Stronki na blogu

piątek, 25 grudnia 2015

„Pocałunek” (1988)


Siostry, Felice i Hilary, część dzieciństwa spędziły w Kongo Belgijskim, ale zostały rozdzielone. Felice wsiadła do pociągu ze swoją ciotką, która wówczas poprzez pocałunek przekazała jej jakąś niezwykłą moc. Ostatecznie osiedliła się w Europie i została światowej sławy modelką. Tymczasem Hilary po przeprowadzce do Albany w stanie Nowy Jork rozpoczęła spokojne życie u boku męża, Jacka i córki Amy. Tę idyllę niszczy nieoczekiwany telefon od Felice, która informuje dawno niewidzianą siostrę, że muszą się spotkać. Niedługo potem Hilary ginie w wypadku, a Felice wprowadza się do jej rodziny. Nastoletnia Amy od początku jest niechętnie nastawiona do ciotki, a kiedy ludzi z jej otoczenia zaczynają spotykać przykre wypadki nabiera przekonania, że to sprawka jej parającej się czarną magią krewnej.

Kanadyjsko-amerykański horror klasy B wyreżyserowany przez Pena Denshama na postawie scenariusza Toma Ropelewskiego i Stephena Volka, który z jakiegoś niepojętego dla mnie powodu nie przedarł się skutecznie do świadomości szerokiego grona wielbicieli tego rodzaju obrazów, a ta niewielka liczba osób, która zapoznała się z „Pocałunkiem” w większości zadowolona nie była. Pen Densham nakręcił swój film w duchu taśmowo wypuszczanych na rynek niskobudżetówek lat 80-tych, choć szacowany budżet „Pocałunku” do zatrważająco niskich nie należał. Widać to choćby w realizacji, która jak na taki zamierzenie lekki, nieskomplikowany twór jest zaskakująco profesjonalna. Ale to nie wykonanie szczególnie ubodło widzów - najwięcej obiekcji mieli do scenariusza, który owszem prosił się o drobną korektę, ale na aż tak nasiloną krytykę w mojej ocenie sobie nie zasłużył.

Nie sposób opisać tego uczucia, kiedy po dłuższym „przegryzaniu się” przez porażająco słabe horrory w końcu natrafi się na coś zapomnianego, acz wielce przyzwoitego. To mniej więcej tak, jakby zostało się nagrodzonym za trud włożony w poszukiwania i czas poświęcony miernym produkcjom. Po lekturze zniechęcających opinii pod adresem „Pocałunku” nie nastawiałam się na żadne arcydzieło i też takowego nie otrzymałam. Ale z pewnym zdumieniem odkryłam, że to całkiem zajmujące kino. Owszem, niepretendujące do niczego odkrywczego, ale ten fakt w najmniejszym stopniu nie zaważył na moim odbiorze niniejszej pozycji. Osobom, które widziały „Obcego w naszym domu” Wesa Cravena zapewne nie umkną paralele pomiędzy tym filmem a „Pocałunkiem”. Wszak u Denshama również mamy do czynienia z gościem płci żeńskiej podejrzewanym przez nastoletnią lokatorkę o paranie się czarną magią. Nominowana do Saturna Joanna Pacuła w roli Felice podobnie, jak Julia u Cravena wywiera silny wpływ na ludzi w swoim otoczeniu, szczególnie mocno zjednując sobie ojca nastoletniej Amy (w tej roli również nominowana do Saturna Meredith Salenger) i analogicznie do Julii wykorzystuje swoje moce do unieszkodliwiania wrogów. Ropelewski i Volka jednak nieco urozmaicili szablonowy rys czarownicy niezwykłymi właściwościami jej pocałunku, którym zanim jej czas się skończy musi obdarzyć swoją siostrzenicę. Już w prologu zobaczymy, jak dla obu kobiet skończy się ten pocałunek – obdarowana nim posiądzie moce i cechy ciotki, ta z kolei zamieni się w zasuszone truchło. Jednak największą niezwykłość pocałunku twórcy i tak zostawili na koniec, serwując nam wówczas coś rodem z horrorów science fiction, coś będącego wynikiem doprawdy wspaniałej pracy twórców efektów specjalnych. Drugim oryginalnym elementem filmu jest czarny kot Felice. Tak, wiem, że nie brzmi to zbyt odkrywczo, w końcu te zwierzęta to atrybut czarownic, ale wierzcie mi pupil akurat tej wiedźmy nie prezentuje się szablonowo. Przy nim Church ze „Smętarza dla zwierzaków” to maskotka. Wściekłe kocisko z wielką paszczą najeżoną ostrymi ząbkami i błędnym wzrokiem szarżujące na wszystko, co się rusza to kolejny zachwycający dar od twórców efektów specjalnych. A takich niespodzianek jest więcej, przy czym nie celują one w wielbicieli skrajnie makabrycznych horrorów. Właściwie tylko trzy bazujące na przemocy sceny prezentują się ciekawie i bynajmniej nie z powodu ich śmiałej drastyczności tylko pomysłowości. Wypadek matki Amy sfinalizowano genialnym ujęciem wyciąganej spod samochodu zakrwawionej kobiety, której noga zostaje na miejscu, „nie podążając” za ciałem. Wycieczkę Amy i jej przyjaciółki do centrum handlowego kończy okaleczenie tej drugiej, która wpada w sidła ruchomych schodów. I wreszcie ostatnie bądź co bądź pomysłowe ujęcie pokazuje przebicie na wylot nożem szyi czarownicy. Ofiar „szatańskich” mocy Felice jest więcej, aczkolwiek twórcy albo skrzętnie ukrywali ich szczegóły przed wzrokiem widza, albo porywali się na coś mało charakterystycznego (jak na przykład podpalenie księdza w windzie).

Abstrahując od efektów specjalnych i sposobów eliminacji poszczególnych ofiar warto nadmienić, że „Pocałunek” to również starcie dwóch silnych kobiet, których odtwórczynie nie bez powodu wyróżniono nominacjami do Saturna. Zarówno Joanna Pacuła, jak i Meredith Salenger całkowicie sobie na to zasłużyły, bo każda z nich w przekonującym stylu pokazała wszystkie walory swojej postaci. Felice, jak na kobiecy czarny charakter przystało jest odpowiednio demoniczna. Bez wpadających w groteskę przesadnych min i żywej gestykulacji Pakuła wręcz hipnotyzowała nie tylko Jacka, ale również mnie i intrygowała fałszywymi deklaracjami mającymi ukryć przed pozostałymi domownikami jej prawdziwą naturę. Na Amy owe manipulacyjne sztuczki nie wywierają żadnego wrażenia – dziewczyna właściwie od pierwszej chwili, w której ją ujrzała zapałała do Felice niechęcią. W procesie dochodzenia do prawdy przez nastolatkę dużą rolę odgrywają wizje narzucone jej przez ciotkę. Najlepsza jest klimatyczna sekwencja w szkole, w trakcie lekcji biologii, kiedy to uporczywie wpatrująca się w manekina Amy w przebłyskach widzi jakieś niepokojące obrazy przemieszane ze scenami seksu ojca i Felice. Dziewczynie dużo daje do rozumienia również zawartość walizki ciotki – afrykańskie figurki bożków i zakrwawione okulary jej okaleczonej niedawno przyjaciółki. Znakomita Meredith Salenger podobnie, jak Rachel w „Obcym w naszym domu” łączy więc wszystkie niepodważalne fakty i wychodzi jej, że ciotka jest czarownicą, z jakiegoś powodu szczególnie uporczywie dybiącą na jej życie. Nic oryginalnego, wiem, ale oddanego z takim wyczuciem napięcia, w niezmiennie mnie porywającym klimacie lat 80-tych, że wprost nie można oderwać wzroku od tej rozgrywki pomiędzy dwiema fantastycznymi paniami. Jedyne, co odrobinę zaniża poziom warstwy fabularnej „Pocałunku” to często oderwane od całości, wtłoczone na siłę dialogi – nie wszystkie, głównie te obracające się wokół seksualności i procesu dojrzewania.

Jeśli jakiś sympatyk horrorów klasy B z lat 80-tych nie widział jeszcze „Pocałunku” to najwyższy czas nadrobić zaległości. Szczególnie jeśli jest się również fanem filmów o czarownicach, oddanych w duchu „Obcego w naszym domu” Wesa Cravena. Lekka, przyjemna produkcja, która wbrew obiegowym opiniom ma do zaoferowania parę udanych efektów specjalnych i całkiem zajmującą, acz mało odkrywczą fabułę. Z niewielkim przymrużeniem oka można się bardzo dobrze bawić podczas seansu „Pocałunku”, dlatego też polecam głównie ludziom dostrzegającym piękno w horrorach klasy B.

czwartek, 24 grudnia 2015

„Śmierć i dziewczyna” (1994)


Ameryka Południowa. Po upadku dyktatury niegdysiejsi opozycjoniści, Paulina Escobar i jej mąż, wybitny prawnik Gerardo mieszkają w małym domku położonym na odludnym terenie. Mężczyzna właśnie dołączył do komisji badającej zbrodnie dawnego reżimu, którym przewodniczy prezydent, z czego nie jest zadowolona wówczas poddawana torturom Paulina. W dniu, w którym Gerardo podjął decyzję o przystąpieniu do komisji, w drodze powrotnej do domu przebija oponę i korzysta z oferty pomocy podwiezienia przez przejezdnego, doktora Roberto Mirandy. W nocy mężczyzna powraca do Escobarów i Gerardo zaprasza go do środka. Kiedy do Pauliny dociera głos nieznajomego nabiera przekonania, że to jeden z jej dawnych oprawców. Wbrew sprzeciwom męża, upierającego się przy niewinności Mirandy, kobieta niewoli jego gościa.

„Śmierć i dziewczyna” to brytyjsko-amerykańsko-francuski thriller psychologiczny Romana Polańskiego na podstawie sztuki argentyńsko-chilijskiego pisarza Ariela Dorfmana, który wespół z Rafaelem Yglesiasem napisał również scenariusz. Tytuł filmu nawiązuje do utworu Franza Schuberta, który odgrywa istotną rolę w filmie. Choć nie sprecyzowano, w którym dokładnie kraju Ameryki Południowej toczy się akcja „Śmierci i dziewczyny” znając biografię Dorfmana można domniemywać, że jest to Chile. Na realizację filmu przeznaczono dwanaście milionów dolarów, co stanowi całkiem sporą kwotę, jeśli spojrzeć na oszczędną konstrukcję. Być może znaczną część budżetu poświęcono na wynagrodzenia dla trójki znanych aktorów, którzy poza krótkimi prologiem i epilogiem są jedynymi postaciami w filmie.

„Śmierć i dziewczyna” podejmuje bardzo ciężką tematykę sankcjonowanych przez reżim tortur na jednostkach podejrzewanych o działalność w ruchach oporu, podchodząc do owych niechlubnych praktyk w dziejach nienazwanego południowoamerykańskiego państwa z perspektywy jednej z ofiar, wspominającej dawne krzywdy. Zamiast wrzucać widzów w sam środek piekła, jakie zgotowano Paulinie Escobar, dzielnie przeciwstawiającej się autorytarnej władzy, Polański skacze z akcją kilka lat do przodu, do czasów mających miejsce tuż po upadku reżimu. W ten sposób stwarza możliwość spojrzenia na ofiarę z szerszej perspektywy w typowym dla siebie nieznośnie wręcz intymnym stylu. Roman Polański tym obrazem ugruntował we mnie przekonanie, że pomijając wszystko inne specjalizuje się w stwarzaniu więzi pomiędzy bohaterem filmu i jego odbiorcą. Reżyser tego kalibru posiadł wiedzę praktycznie niedostępną dla większości współczesnych twórców dreszczowców i co więcej potrafi po mistrzowsku przełożyć ją na język filmu. Zamiast zawrotnej akcji, czy skrajnie makabrycznych scen mamy kameralny dramat trzech postaci, niemalże w całości zamknięty w czterech ścianach małego domku, usytuowanego w zacisznym zakątku Ameryki Południowej. Niebo spowite ciężkimi, burzowymi chmurami, delikatna mgła zalegająca nad nizinno-morskimi terenami rozpościerającymi się za oknami domu Escobarów oraz przybrudzone zdjęcia w jego wnętrzu stanowią przygnębiające tło dla właściwych skrajnie depresyjnych wydarzeń. Prawdziwą sztuką jest wywrzeć jakieś wrażenie na widzu, dogłębnie nim wstrząsnąć głównie za pośrednictwem dialogów, bez wizualnych retrospekcyjnych wtrąceń. Jednak znając twórczość Polańskiego jestem skłonna wysnuć tezę, że nie nastręczyło mu to większych trudności, że taki ładunek emocjonalny stanowi coś na kształt jego podpisu, charakterystyczny rys jego filmografii. Myślę, że niewielka liczba bohaterów ułatwiła twórcom zadanie – dopomogła w stworzeniu więzi pomiędzy nimi i widzami, bo dała im możliwość (z której chętnie skorzystali) dogłębnego, długiego scharakteryzowania wszystkich osób, zamiast dzielić czas pomiędzy rzeszę postaci. Najwięcej emocji wzbudza Paulina Escobar, niegdysiejsza opozycjonistka poddana wymyślnym torturom, które rzutują na jej obecną kondycję psychiczną. Kobieta drży na widok nieznanego samochodu zatrzymującego się pod domem i często wpada w złość podczas kontaktów ze swoim mężem, prawnikiem i przywódcą dawnego ruchu oporu, Gerardo. Kiedy w ich życiu pojawia się doktor Roberto Miranda relacja pomiędzy nimi znacząco się komplikuje. Niebywale autentyczna w swojej roli, Sigourney Weaver (partnerują jej równie doskonali Ben Kingsley i Stuart Wilson), nabiera przekonania, że gość jej męża był jedną z osób, która przed laty poddawała ją torturom. Po skrępowaniu mężczyzny każda z postaci pozostających w domu Escobarów na skutek radykalnej postawy kobiety zajmuje określoną rolę „ w tym spektaklu”. Paulina w rozczulający sposób przekonuje Gerardo i widzów o winie Mirandy. Jej małżonek z kolei wciela się w postać jego adwokata, wykazując słabości w jej rozumowaniu, a sam doktor pozostaje dla nas zagadką. Nie wiemy, czy rzeczywiście skrzywdził kobietę - zdaje się w ogóle nie pojmować sytuacji, w jakiej się znalazł, ale też nie możemy być pewni, czy to prawdziwa dezorientacja, czy przedstawienie na użytek Escobarów. Ale dzięki mistrzowskim zabiegom Polańskiego bardzo chcemy poznać odpowiedź na kluczowe pytanie zadane przez scenarzystów, pragniemy poznać prawdę, w przeciwieństwie do Pauliny, która zdaje się być przekonana o słuszności swoich poglądów, chociaż w jednym momencie pod wpływem swojego męża dopuszcza możliwość pomyłki. Stwierdza wówczas, że jeśli Roberto jest niewinny to ma pecha, tak jakby na chwilę zatraciła się w potrzebie zemsty, tak jakby było jej obojętne, czy dokona się ona na rzeczywistym sprawcy, czy na przypadkowej osobie.

Lata egzystowania w strachu z nieustanną świadomością dawnych krzywd, na skutek których Paulina stała się bezpłodna wyklarowały w niej pragnienie doprowadzenia do triumfu sprawiedliwości. Kobieta nie rozumie jej jednak na jeden sposób, trwając w przekonaniu, że nie tylko śmierć oprawcy jest formą zadośćuczynienia jej krzywdzie, że wystarczy jedynie przyznanie się do winy. I podczas, gdy ona próbuje zmusić sceptycznego Gerardo do wywarcia na Mirandzie nacisku widz pozostaje w stanie swoistego zawieszenia, miotając się w niepewności, co do ukierunkowania swojej sympatii. Niebywale wrażliwy portret kobiety przygniecionej ogromem cierpień i obsesją zadośćuczynienia swoim krzywdom, potęgowany licznymi zbliżeniami na jej udręczoną twarz i melancholijną ścieżką dźwiękową skomponowaną przez Wojciecha Kilara, w widzach również rozbudza emocje kłębiące się w Paulinie. Chcemy, żeby mężczyzna, który wielokrotnie ją gwałcił przy dźwiękach utworu Schuberta zapłacił za swoje zbrodnie. Chcemy, żeby kobieta, która niegdyś była bita, poddawana elektrowstrząsom z metalowym prętem w pochwie, której piersi były przypalane cygarami, a jej głowę wkładano do wiadra z odchodami wreszcie zaznała spokoju, żeby nareszcie poczuła, że sprawiedliwości stało się zadość. Problem tylko w tym, że nie wiemy, czy mężczyzna, którego zniewoliła rzeczywiście przyczynił się do jej krzywdy, czy Paulina przypadkiem nie schwytała niewinnego człowieka, przypisując mu zbrodnie, których nie popełnił. Właśnie z taką zagwozdką spotykamy się w „Śmierci i dziewczynie”, przez co aż do finału zostajemy wręcz zmuszeni do sympatyzowania z dosłownie każdym bohaterem, co po wyjawieniu przez scenarzystów całej tajemnicy (choć niektórzy widzowie twierdzą, że finał jest niejasny ja nie dostrzegam w nim furtki do wielorakiej interpretacji) może natchnąć nas pewnym niesmakiem do samego siebie. Ale w niewielkim stopniu, bo tak naprawdę „Śmierć i dziewczyna” roztrząsa pewien problem moralny, UWAGA SPOILER próbując uświadomić nam, że odpłacanie oprawcom tym samym stawia nas na równi z nimi, że czasem pozostawienie ich przy życiu ze świadomością, że wiemy kim byli, i co zrobili może okazać się większą karą za ich odrażające zbrodnie KONIEC SPOILERA. Osobiście wolałabym, żeby twórcy jednak pozostawili kluczowej pytanie bez odpowiedzi.

„Śmierć i dziewczyna” to niezwykle przygnębiające, ciężkie studium psychiki jednostki niegdyś poddanej strasznym torturom, która w dosyć radykalny sposób próbuje poradzić sobie z krzywdą. To również przewrotne spojrzenie na bohaterów oraz swego rodzaju psychologiczny traktat o zachowaniu jednostek na usługach autorytarnej władzy, którzy zatracili się w bezrozumnym pokazie siły. Romanowi Polańskiemu, bez uciekania się do odstręczającej makabry, właściwie za pośrednictwem jedynie dialogów udało się odmalować w moim umyśle tak odrażające i ponure obrazy, że zapewne jeszcze przez długi czas nie będę mogła wyrzucić ich z pamięci. „Śmierć i dziewczyna” to dowód na to, że pokaźny ładunek emocjonalny sponiewiera naszą psychikę bardziej, aniżeli śmiały spektakl gore. Jeśli nie wierzycie to obejrzyjcie to niezwykłe dokonanie Romana Polańskiego i przekonajcie się sami.

niedziela, 20 grudnia 2015

„Kto wiatr sieje” (2015)


Bart odziedziczył po babce, Corrine, rodzinny majątek, w tym rezydencję Foxworth Hall, ale do dwudziestych piątych urodzin zgodnie z ostatnią wolą spadkodawczyni nie może swobodnie dysponować całym spadkiem. Do czasu odczytania dalszych zapisów testamentu majątkiem ma zarządzać wujek Barta, Chris, ale chłopak jest przekonany, że jego dwudzieste piąte urodziny nareszcie uniezależnią go od znienawidzonego krewnego. Z tej okazji zaprasza całą rodzinę na przyjęcie i późniejszy dłuższy pobyt w murach Foxworth Hall. Jego brat, Jory, światowej sławy tancerz przybyły do rezydencji w towarzystwie swojej ciężarnej żony i scenicznej partnerki, Melodie, ma wystąpić w trakcie urodzinowego przyjęcia Barta, ale ze względu na brzemienny stan kobiety partnerować ma mu młodsza adoptowana siostra, Cindy. Podczas pokazu baletowego ma miejsce wypadek, który pozbawia Jory’ego czucia w nogach. Po opuszczeniu szpitala zrozpaczony mężczyzna nie może szukać oparcia w swojej żonie. Na domiar złego kolejny zapis w testamencie Corrine nie brzmi tak, jakby tego chciał Bart. Nadal pozostający pod silnym wpływem swojego pradziadka, Malcolma, fanatycznie religijny chłopak zaczyna krzywdzić swoich bliskich. Jego matka, Cathy, pozostająca w kazirodczym związku z bratem, Chrisem, próbuje okiełznać szaleństwo Barta, równocześnie starając się podtrzymywać niepełnosprawnego Jory’ego na duchu. Jednak czuje, że jej rodzina się rozpada.

„Kto wiatr sieje” to najprawdopodobniej ostatnia telewizyjna adaptacja powieści wchodzącej w skład literackiego cyklu autorstwa Virginii C. Andrews. Póki co nie planuje się przeniesienia na ekran ostatniego tomu zatytułowanego „Ogród cieni” będącego prequelem tej historii. Cztery odsłony serii nakręcono dla telewizji Lifetime w iście zastraszającym tempie – wszystkie filmy powstały w przeciągu dwóch lat. Każdy wyreżyserowała inna osoba: pierwsze trzy części kobiety, ale już za „Kto wiatr sieje” odpowiadał mężczyzna, Shawn Ku. Scenariusz również został spisany przez osobę, która nie pracowała nad wcześniejszymi adaptacjami twórczości Andrews, Darrena Steina, który siłą rzeczy stanął przed koniecznością znaczącego okrojenia fabuły przedstawionej w książce. Powieść „Kto wiatr sieje” charakteryzowała się mnogością szczegółów z burzliwego życia Sheffieldów / Foxworthów / Dollangangerów, których nie sposób było kompleksowo przenieść do niespełna półtoragodzinnego obrazu. Stein musiał więc z wielu mniej istotnych wątków zrezygnować, co nie powinno zanadto przeszkadzać fanom prozy Andrews, ale konieczność powściągliwości rozciągnęła się również na bohaterów, a to z kolei może wzburzyć mniej pobłażliwych odbiorców.

Literacki cykl Andrews o rodzie Foxworthów / Dollangangerów jest nierówny głównie przez przeskakiwanie autorki z jednego gatunku w drugi, niejednokrotnie nadmiernie rozbudowującej również te mniej zajmujące wątki. Ale nawet biorąc pod uwagę niniejsze wady książki wchodzące w skład tej serii mają w sobie to coś, co dostarczyło mi więcej czystej przyjemności, aniżeli irytacji. Historia rodu Foxworthów / Dollangangerów dostarcza całej gamy różnych emocji, zachwycając skomplikowanymi relacjami międzyludzkimi i oburzającymi dziejami tej fikcyjnej familii. I nawet jeśli Andrews miejscami się zapętla, zauważalnie chwilowo nie mając pomysłu na rozwinięcie fabuły w końcu i tak każdorazowo wraca na właściwe tory, dosłownie kradnąc uwagę czytelnika coraz to bardziej pomysłowymi wątkami. Skomplikowane losy bohaterów cyklu Andrews nie służyły twórcom telewizyjnych adaptacji, niejako przymuszając ich do szczątkowego ujęcia bądź opuszczenia co poniektórych tematów. W niektórych przypadkach można to było scenarzystom wybaczyć, w innych nie, ale summa summarum filmy, choć zrealizowane z iście „serialowym sznytem” w gruncie rzeczy mnie zadowoliły. Oczywiście, w kategoriach takiego skrótowego ujęcia problematyki sagi. Darren Stein podobnie jak jego poprzednik, scenarzysta „A jeśli ciernie”, przede wszystkim skoncentrował się na Barcie (w którego z dużą charyzmą wcielił się James Maslow), pozostałym bohaterom poświęcając nieporównanie mniej czasu. Przez to postać Melodie, która najsilniej angażowała mnie w trakcie lektury w filmie nie miała już w sobie takiego magnetyzmu. Charakterystyka tej wewnętrznie ambiwalentnej bohaterki w adaptacji została zredukowana do typowej roli niewiernej żony, przytłoczonej ogromem obowiązków, jakie spadły na jej barki po tragicznym w skutkach wypadku jej męża, Jory’ego (którego notabene kreował drewniany, wielce irytujący Anthony Konechny). Bez większego zagłębiania się w jej psychikę. Równie niewiele miejsca scenarzysta poświęcił Cathy, Rachael Carpani, która ponownie, po „A jeśli ciernie”, wcieliła się w tę postać, pomimo niezbyt dużego udziału, z równie zadowalającym skutkiem. Tutaj kobieta przyjęła na siebie rolę rozjemcy i swatki, starającej się wspierać poszczególnych członków rodziny i zażegnywać konflikty między nimi. Spory, które generuje głównie Bart, czołowa postać „Kto wiatr sieje”, na którą przerzucono cały ciężar scenariusza.

Gdyby nie charakterystyka Barta zapewne byłabym wielce rozczarowana tym dziełkiem, ale o ile scenarzysta nie popisał się większą wnikliwością przy kreśleniu skomplikowanych rysów charakterologicznych pozostałych bohaterów, o tyle przypadek Barta charakteryzuje się mnogością cech, dynamizujących akcję w najbardziej pożądanych momentach. „Kto wiatr sieje” właściwie rozwija jego pączkującą w „A jeśli ciernie” obsesję upodabniania się do pradziadka Malcolma Foxwortha. Chłopak podobnie, jak jego przodek jest głęboko wierzący, tyle, że jak na fanatyka przystało interpretuje Pismo Święte na swoje, radykalne sposoby. W urządzonej w domu kapliczce oddaje się samoumartwieniu, prosząc Boga o zbawienie jego grzesznej rodziny, która notabene w jego mniemaniu swoimi karygodnymi czynami napiętnowała jego krew. Poza tym Bart ma poważne problemy w zaangażowaniu się w jakiś związek, w każdej kobiecie widząc nierządnicę, próbującą swoimi wdziękami sprowadzić go na drogę grzechu. Najwięcej obiekcji ma do swojej adoptowanej siostry, wesołej Cindy (dobra kreacja Sammi Hanratty), prowokującej go swoim ciałem. Ich konflikt sportretowano na tyle szczegółowo, żeby dać widzom całościowe rozeznanie w tej kuriozalnej relacji – wrogów, którzy mają się ku sobie, ku przerażeniu Barta, drżącego na myśl o powielaniu grzechu matki. Poza Cindy Bart pała głęboką nienawiścią do Chrisa, którego obwinia za okrycie hańbą Cathy, do której z kolei jak sam przyznaje odczuwa jakiś niezdrowy pociąg. Innymi słowy Bart to jednostka tak bardzo złożona, targana tyloma kuriozalnymi odczuciami do członków swojej rodziny, że wręcz nie sposób przejść obok niego obojętnie. A żeby tego było mało Bart z czystej zazdrości przypuszcza atak na brata, Jory’ego, którego owszem kocha, ale to wcale nie powstrzymuje go przed rujnowaniem mu życia. Po wypadku, czy też efekcie świadomego działania Barta (twórcy jednoznacznie tego nie wyjaśniają) życie Jory’ego w jego mniemaniu dobiega końca. Pozbawiony czucia w nogach już nigdy nie będzie mógł oddawać się swojej pasji (baletowi), a na domiar złego jego żona drży na myśl o przybywaniu w jego pobliżu, czując odrazę również do bliźniaków, które nosi pod sercem. Podczas, gdy Jory cierpi jego brat przystępuje do prób pozbawiania go towarzystwa płci pięknej, wykorzystując swój wysoki status, majątek, w którym dosłownie się kąpie. Czyli tak jak to często bywa w życiu – podczas, gdy z natury dobra jednostka cierpi tak bardzo, że jest gotowa odebrać sobie życie, ta zdeprawowana cieszy się wszystkimi dobrodziejstwami, jakie tylko może nieść egzystencja na tym padole. Oczywiście, do czasu, bo Bart to typowy przykład wiecznie nienasyconego egoisty, w dodatku borykającego się z chorobą psychiczną, co razem daje iście wybuchową mieszankę mogącą doprowadzić do kolejnej tragedii w dziejach rodu Foxworthów / Dollangangerów. Często zmieniające się nastroje Barta, coraz bardziej okrutne traktowanie bliskich i ta malcolmowska obsesja obmycia rodziny z grzechów w połączeniu z wyczuciem suspensu Shawna Ku sprawiają, że fabułę śledzi się w stanie dość sporego napięcia, w oczekiwaniu na mocniejsze uderzenia, które jeszcze bardziej urozmaicą obraz tej kuriozalnej familii.

Jeśli ktoś oglądał poprzednie telewizyjne adaptacje literackiej serii Virginii C. Andrews i dał się im porwać to powinien być również zadowolony z „Kto wiatr sieje”. Realizacyjnie i fabularnie czwarta filmowa odsłona historii Foxworthów / Dollangangerów jest utrzyma na takim samym poziomie. W typowo telewizyjnym, stonowanym stylu, ale mimo paru mankamentów w ogólnym rozrachunku zapewniającym całkiem przyjemne, miejscami nawet trzymające w napięciu chwile. A to chyba wystarczy, żeby dać szansę tej produkcji, jeśli oczywiście widziało się wcześniejsze części serii.  

sobota, 19 grudnia 2015

„Wizyta” (2015)


Loretta Jamison w młodości pokłóciła się z rodzicami i uciekła ze starszym od siebie mężczyzną. Teraz, po latach, mąż ją opuścił zostawiając z dwójką dzieci, Rebeccą i Tylerem. Kiedy młodzi dostają zaproszenie od dziadków na tydzień pobytu w ich domu Loretta ma wątpliwości, ale ostatecznie daje się przekonać, planując w tym czasie rejs z chłopakiem. Po przyjeździe w spokojne okolice, gdzie mieszkają rodzice ich matki, Tyler i Rebecca nie kryją podekscytowania z pierwszego spotkania z rodziną. Dziadkowie bardzo się starają umilić im pobyt, ale nieprzewidziane drobne nieprzyjemności z czasem rzutują na ich relację. Młodzi starają się przymykać oczy na przypadłości osób starszych, ale ich coraz bardziej niepokojące zachowanie zmusza Beccę i Tylera do zgłębienia tych incydentów.

M. Night Shyamalan, twórca między innymi „Szóstego zmysłu”, „Znaków”, „Osady”, „Kobiety w błękitnej wodzie” i „Zdarzenia”, tym razem postanowił zmierzyć się ze stylistyką verite, przedtem spisując scenariusz estetyką nieco odbiegający od jego wcześniejszej twórczości. I dobrze, bo pomijając „Szósty zmysł” nigdy nie pałałam wielkim uwielbieniem do twórczości Shyamalana, choć też nie mogę określić jego filmów mianem gniotów. „Wizytę”, jak na standardy jej reżysera, zrealizowano małym kosztem (5 milionów dolarów). Zarówno technika „kręcenia z ręki”, jak i specyfika scenariusza nie wymagały wielkich nakładów pieniężnych, dzięki czemu Shyamalan mógł udowodnić niedowiarkom, że potrafi jeszcze nakręcić coś godnego uwagi bez wielomilionowego budżetu. Coś, co pomijając wszystko inne nastręczałoby opinii publicznej problemów z klasyfikacją gatunkową. „Wizytę” najczęściej szufladkuje się, jako horror komediowy, ale w mojej ocenie film ma więcej z thrillera – chociaż istotnie, paroma pojedynczymi sekwencjami twórcy starali się przestraszyć odbiorców. Jest ich jednak zbyt mało, żebym potrafiła rozpatrywać ten obraz w kategoriach horroru.

„Wizyta” to jeden z tego rodzaju tworów, w trakcie którego, zaangażowany w fabułę widz, ma szansę uświadczyć całej gamy, często sprzecznych emocji (niepokój, przygnębienie, rozbawienie), bo scenariusz nie zamyka się w jednej konkretnej konwencji, ani myśląc jednotorowo ukierunkowywać uczuć odbiorcy. Widać, że Shyamalan bardzo długo pracował nad dialogami, dopieszczając kwestie w najdrobniejszych szczegółach, przez co wiele smaczków (szczególnie natury komediowej) zasadza się właśnie na konwersacjach. Podobną dbałość zauważyłam w charakterystyce bohaterów oraz ich odtwórcach. Poświęcając tak dużo uwagi sympatycznym młodocianym postaciom – błyskotliwej domorosłej operatorce Becce (Olivia DeJonge) i jej cierpiącemu na mizofobię, parającemu się rapem bratu Tylerowi (Ed Oxenbould) – scenarzysta z pomocą aktorów sprawił, że właściwie z miejsca się do nich przywiązałam, tym samym z trwogą, doprawioną nutką humoru śledząc ich losy. W największy zachwyt wprawiał mnie Tyler, szczególnie kiedy zaczynał rapować, ale doskonałych, prześmiewczych sekwencji z jego udziałem było więcej. Wystarczy choćby przytoczyć moment wręczenia mu kamery przez Beccę ze wskazówką, aby w roli operatora był chłodny, stonowany, po czym w następnym ujęciu widzimy rozdziawioną paszczę wygłupiającego się dzieciak, ignorującego przykazania starszej siostry. Równie zabawna jest scena, w której Tyler na widok nagiej babci „kamienieje” i śmiertelnie poważnym tonem informuje Rebeccę, że zaczął tracić wzrok. Jego siostra natomiast stanowi idealną przeciwwagę dla beztroski chłopaka, swego rodzaju głos rozsądku, z czułością okiełznujący niefrasobliwość najmłodszego Jamisona. Naprawdę bardzo przyjemny duecik, przez długi czas właściwie dźwigający na swoich barkach cały humorystyczny ciężar scenariusza. W kinie grozy przyjazd protagonistów w jakieś wcześniej nieodwiedzane miejsce zazwyczaj stanowi preludium do koszmarnych wydarzeń i tak też jest w „Wizycie”. Tyle, że Shyamalan wstrzela się w konwencję w dosyć nietypowym stylu, najpierw sugerując widzom odwieczny strach dzieci do starszych osób, borykających się z ograniczeniami własnych ciał. Wypróżniający się w pieluchy dziadek, opętany manią prześladowczą i sporadycznymi pragnieniami wyjścia na bal przebierańców, który jak można się domyślić miał miejsce lata temu. I ekscentryczna babcia, strasząca dzieci w moim zdaniem najbardziej niepokojącej sekwencji skradania się na czworakach pod domem i wpadająca w szał po godzinie 21:30, kiedy to często zupełnie nago drapie ściany, wymiotuje i trzaska drzwiami. Dzieci oczywiście są przerażone jej nocnymi ekscesami, ale przynajmniej do Becci trafiają wyjaśnienia dziadków, skruszonych własnymi słabościami psychicznymi i cielesnymi. Tyler, wręcz przeciwnie, jest podejrzliwy, co siostra przez długi czas zrzuca na karb niezrozumienia ograniczeń osób starszych, które naturalną koleją rzeczy prowadzą do irracjonalnego strachu. Tyle, że my, widzowie, podzielamy opinię chłopca. Pomimo mylących zabiegów scenarzysty, od początku zdajemy sobie sprawę, że to jedynie wymówki, mające zaciemnić prawdziwy obraz gospodarzy.

Oprócz fabularnej prostoty, wzbogaconej przewrotnością gatunkową i starannej charakterystyki bohaterów „Wizytę” wzbogaca również aura tajemnicy, co do prawdziwej natury ekscentrycznych dziadków oraz zawartości piwnicy, do której nie wolno schodzić ich młodym gościom. Mimo, że film nakręcono w stylistyce verite kamera, aż do końcówki jest bardzo stabilna, chwilami wręcz zapomina się, że to obraz „kręcony z ręki”, a operatorom udaje się wykrzesać maksimum tajemniczości z dosłownie wszystkich ujęć bazujących na podskórnym napięciu. Każdorazowy nocny incydent z szalejącą babcią wręcz oszałamia zręczną grą cieni, zwielokrotniającą złowieszczy wydźwięk ujęć zdominowanych wskakującą nagle w kadr wykrzywioną twarzą staruszki z pustym wzrokiem. Skąpane w gęstych ciemnościach pomieszczenia i ciągłe akcentowanie za pomocą obrazu możliwości wychynięcia czegoś z mroku potęgują również sekwencje samotnych wędrówek młodych bohaterów po krótkim korytarzu. Może nie strasząc, ale na pewno silnie trzymając w napięciu, jak na dobry dreszczowiec przystało. Szkoda tylko, że wiele z tego dosłownie wyparowuje tuż po zwrocie akcji – wyjawieniu mrocznej tajemnicy dziadków Becci i Tylera, której przyznaję nie udało mi się przewidzieć UWAGA SPOILER (znów ta genialna przewrotność, która kazała mi zastanawiać się nad zawartością piwnicy oraz prawdziwą naturą przypadłości starszych ludzi, zamiast pobiec w innym, zaciemnianym przez twórców kierunku) KONIEC SPOILERA. Kiedy tylko sekret znika zostaje wydmuszka (poza ujęciem smarowania po twarzy chłopaka zabrudzoną pieluchą), bazująca na nierównych, chaotycznych pojedynkach, wyjałowionych z mocniejszego klimatu i co gorsza przez nadmierną chwiejność kamery uniemożliwiających właściwe wczucie się w dramat młodych ludzi.

Pomijając końcówkę „Wizyta” to jeden z lepszych thrillerów, jakie dane mi było obejrzeć w ostatnim czasie. Nie ma tutaj zawrotnej, efekciarskiej akcji, czy licznych zaskoczeń. Jest zwyczajna, czasem przygnębiająca, czasem trzymająca w napięciu historyjka podlana sporą dawką dobrego, niewymuszonego humoru, którą ogląda się z prawdziwą przyjemnością, głównie przez jej przewrotność oraz wzbudzające sympatię sylwetki znakomicie sportretowanych młodocianych bohaterów. Polecam fanom nienapuszonych, pozbawionych denerwującej toporności dreszczowców, które zachwycają lekkim ujęciem tematu, bez pretensji do czegoś śmiertelnie poważnego.