Stronki na blogu

niedziela, 24 kwietnia 2016

„The Witch: A New-England Folktale” (2015)


XVII wiek, Nowa Anglia. William zostaje wygnany z chrześcijańskiej wioski i wraz z rodziną urządza się w małym zakątku otoczonym lasem. Jakiś czas po przymusowej przeprowadzce w to odludne miejsce żona Williama, Katherine rodzi ich piąte dziecko, Samuela, który wkrótce potem znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Głowa rodziny podejrzewa wilka, jego małżonka obwinia najstarszą córkę, Thomasin, gdyż tuż przed zaginięciem niemowlę przebywało w jej towarzystwie. Nieufność Katherine do pierworodnej narasta, podobnie jak jej lęk o niemożność zbawienia jej nieochrzczonego najmłodszego potomka. Tymczasem w lasach otaczających ich dom coraz wyraźniej można odczuć czyjąś obecność, bezbożne byty rzekomo czyhające na bogobojną rodzinę.

Kiedy już Robert Eggers postanowił, że jego pełnometrażowy debiut będzie horrorem, jak sam wyznał nie wyobrażał sobie, żeby traktował o czym innym niż wiedźmy, którymi to szczególnie mocno się interesuje, a co za tym idzie ma sporą wiedzę w tym temacie. Szacuje się, że na realizację swojego dzieła zebrał trzy i pół miliona dolarów. Wydawać by się mogło, że niewiele zważywszy na okres, w jakim rozgrywa się akcja filmu, który przecież powinien generować wysokie koszty na kostiumy z epoki i wiarygodną scenerię, ale kameralne ujęcie tematu pozwoliło Eggersowi zminimalizować wydatki. Amerykańska opinia publiczna, z krytykami włącznie, była pod wrażeniem efektu ciężkiej pracy Eggersa, zarówno w roli reżysera, jak i scenarzysty. I nie bez powodu, bo początkujący twórca wykazał się ogromną znajomością profesji, jednocześnie opowiadając niegłupią, angażującą na kilku płaszczyznach historię, skierowaną tak do fanów horrorów, jak i dramatów. W zależności od indywidualnego definiowania tego pierwszego gatunku, gdyż wzorem chociażby „Coś za mną chodzi”, „Babadooka”, czy „Honeymoon” Eggers stawia na minimalizm, w którym nie uświadczymy wymyślnych efektów specjalnych i prymitywnych prób chwilowego poruszenia widza, co powinno być największą przestrogą dla osób akceptujących horror jedynie w postaci ciągu jump scenek i odrażających wygenerowanych komputerowo maszkar. „The Witch” nie jest tego typu propozycją – ona wnika głębiej i mocniej niż „taśmowo produkowane” mainstreamowe straszaki.

Od lat moim faworytem filmów traktujących o wiedźmach, czy to prawdziwych, czy wyimaginowanych jest obraz z 1996 roku zatytułowany „Czarownice z Salem”. I to się nie zmieniło po seansie „The Witch”. Ale zaszczytne drugie miejsce od teraz należeć będzie do pełnometrażowego debiutu Roberta Eggersa. Bo swoim obrazem zdecydowanie wzniósł się na wyższy poziom straszenia, przy okazji przekazując interesującą, językiem i mentalnością ludzi znajdującą pokrycie w materiałach źródłowych historię o fanatyzmie, braku akceptacji w społeczeństwie i kręgach rodzinnych, trudach dnia codziennego w XVII wieku i… wiedźmach oczywiście. Film otwiera scena wygnania Williama i jego rodziny z chrześcijańskiej wioski, po czym następuje przeskok w akcji i właściwie na jednym wydechu scenarzysta przechodzi do zawiązania właściwej problematyki poprzez tragiczny w skutkach, owiany tajemnicą incydent. Widzimy młodą kobietę, Thomasin, zabawiającą na skraju lasu niemowlę, swojego brata Samuela, którego dosłownie na ułamek sekundy spuszcza z oczu, a kiedy na powrót kieruje wzrok w jego kierunku dziecka już nie ma. Chwilę potem świadkujemy enigmatycznie, na dużych zbliżeniach sportretowanemu a la rytuałowi w środku lasu z Samuelem tkwiącym w centrum całego zamieszania. To czytelny znak dla widzów, że między drzewami, nieopodal nowego lokum Williama i jego rodziny zagnieździły się jakieś groźne dla świata istoty, najpewniej wiedźmy. Po tym wydarzeniu następuje kolejny przeskok w akcji i Eggers przestaje rozpraszać uwagę widza eksperymentowaniem z czasem, przechodząc do szczegółów trudnej egzystencji głównych bohaterów. Każdy, kto przeczytał choćby kontrowersyjny „Młot na czarownice” powinien mieć niejakie rozeznanie w mentalności głęboko wierzących chrześcijan z ubiegłych wieków, ale jeśli nawet nie czuje się komfortowo w tym temacie, Eggers spieszy z wyłuszczeniem procesów myślowych niektórych naszych poprzedników. Rodzina, którą sportretował od zawsze była całkowicie oddana Bogu, tak dalece, że nawet w niektórych zwyczajnych incydentach dnia codziennego, czy ludzkich emocjach dopatrywała się boskiej ingerencji. Wiara w Boga pociągnęła za sobą konieczność wiary również w Lucyfera i jego zdeprawowanych służebnic, uosabianych przez poganki jakoby hasające po lasach w Nowej Anglii i werbujące młode dziewczęta na swoje sabaty. U Williama fanatyzm przez większą część seansu uwidacznia się w mniejszym stopniu niż u jego żony, której oddanie Wszechmogącemu posunęło się do takiego ekstremum, że zaczęła podejrzewać własną pierworodną córkę o nieczyste myśli i haniebne postępki, mogące wskazywać na jej paktowanie z diabłem. Robert Eggers z drobiazgowością pedantycznego dokumentalisty przybliża nam więc istotę zabobonnego myślenia, zdeterminowanego przez lata egzystowania w zdominowanych przez bogobojnych chrześcijan wioskach i ufnego przyjmowania ich doktryny. Ale czy patrzy na to zagadnienie tak jednostronnie? Czy Eggersa rzeczywiście motywowało pragnienie wykazania elementarnych błędów w ich myśleniu, czy istotnie zamierzał z daleko idącym sceptycyzmem potraktować ich osobowości? Nie, to by było zbyt łatwe. Eggers nie ukrywał obecności wiedźm w lasach Nowej Anglii, więc pytanie nie dotyczyło zasadności przekonań rodziny Williama tylko ewentualnej przynależności któregoś z jej członków do grona czarownic i oczywiście konsekwencji, jakie może nieść za sobą życie w odosobnieniu w stanie permanentnego oddania Bogu. Co nie wykluczało możliwości zwrotu akcji w finale, który mógłby całkowicie zmienić perspektywę.

Wyjątkowość „The Witch” w moim odczuciu zasadza się przede wszystkim na emocjach, jakie rozbudzają w nas bohaterowie, które ściśle wiążą się ze scenerią i realizacją. Gdyby nie dojrzała, intymna narracja dzieje wygnanej familii nie oddziaływałyby z taką siłą, ich losy byłyby nam raczej obojętne. Jednak powolne najazdy kamer, liczne zbliżenia uwypuklające wszystkie szczegóły przygnębiających, złowieszczych plenerów i obrazujące dosłownie wszystkie emocje odmalowujące się na twarzach członków rodziny, stwarzają swoistą więź pomiędzy oglądającym, protagonistami i otaczającą ich naturą. Metaliczne, silnie skontrastowane barwy, jesienna, deszczowo-mglista pora, spowijająca rozległe, mroczne, gęste lasy i niewielki obszar pośrodku tego złowrogiego otoczenia, na którym uboga, napiętnowana przez Kościół rodzina stara się ułożyć sobie życie. To prawda, że ich niezłomna wiara, mentalność nakazująca całkowite oddanie Bogu współczesnemu widzowi może wydać się naiwna, ale Eggers zrobił absolutnie wszystko, co w ludzkiej mocy, aby mimo ich radykalnych przekonań wymusić na oglądającym konieczność psychicznego wspierania ich w tych ciężkich chwilach. Sprawił, że życzyło się im wszystkiego, co najlepsze, nawet biorąc pod uwagę podejrzenia, jakie wkrótce zaczynają żywić do siebie nawzajem. To niełatwa sztuka, naprawdę niebywale ciężko jest przedstawić w takim świetle bohaterów przedkładających Boga ponad wszystko, nawet ponad swoich krewnych. Wszak w „The Witch” pomimo uświadomienia nam obecność czarownic, przyczajonych w lesie, przez większą część projekcji największe zagrożenie zdaje się wypływać od członków rodziny, przytłoczonych warunkami, w jakich przyszło im żyć, lichymi plonami i niewystarczającym żywym inwentarzem oraz tragicznymi w skutkach incydentami najprawdopodobniej z udziałem wiedźm. Największą uwagę Eggers poświęca Thomasin i jej bratu Calebowi, wspaniale wykreowanym przez Anyę Taylor-Joy i Harveya Scrimshawa (w szczególny zachwyt wprawiła mnie zamierzenie egzaltowana mimika i dykcja podczas wizji chłopaka). Caleb, niezdrowo, acz zrozumiale zważywszy na proces jego dorastania i odosobnienie, w jakim przyszło mu żyć, fascynuje się kobiecymi wdziękami siostry, ale Eggers nie pociągnął tego wątku, uderzając w kazirodczy wątek, wykorzystując go raczej, jako preteksty do częstego obwiniania się chłopaka, akcentowania jego pragnienia wyzbycia się grzesznych myśli, co pozwoliłoby mu dostąpić łaski bożej. Thomasin wyznaje bardziej trzeźwe podejście do zagadnień wiary, co w połączeniu z losem, jaki spotkał Samuela w jej obecności naturalną koleją rzeczy wzbudza nieufność Katherine względem jej osoby. „The Witch” jest przede wszystkim horrorem psychologicznym i religijnym oraz dramatem, którego nadrzędnym celem, zresztą w pełni osiągniętym, jest wprawienie widza w podszyty niepokojem nastrój, umiejętnie potęgowany za sprawą coraz to bardziej przygnębiających i tragicznych wydarzeń oraz stworzenie swoistej nici sympatii pomiędzy oglądającym i bogobojną rodziną borykającą się z trudami dnia codziennego w ekstremalnie nieprzyjaznej scenerii. Wyłączając ostatnie ujęcia, będące prawdziwym apogeum grozy, Eggers wizualizuje nadnaturalny wymiar zagrożenia bardzo oszczędnie, z rzadka pokazując coś, co może być dowodem bytowania obdarzonych diabelskimi mocami czarownic w lasach Nowej Anglii. Najdobitniej czyni to podczas spotkania Caleba z jedną z wiedźm, kiedy przez ułamek sekundy obrazuje jej demoniczne oblicze, ale zaraz potem powraca do psychologicznej, niezwykle emocjonującej warstwy scenariusza i zaczyna niepokoić właśnie nią, co (chyba każdy to przyzna) jest dużo trudniejszą sztuką od straszenia wymyślnie ucharakteryzowanymi bądź wygenerowanymi komputerowo szkaradami.

Obraz „The Witch” był prawdziwą ucztą dla moich oczu. Kameralną wyprawą w głąb XVII-wiecznych nowoangielskich lasów, pełnych różnego rodzaju niebezpieczeństw – nadnaturalnych, zagrożeń płynących z trudów dnia codziennego i wreszcie ludzkiej psychiki zdominowanej głęboką wiarą w Boga i diabelskie moce. W filmie Roberta Eggersa mają szansę rozsmakować się tak wielbiciele minimalistycznych horrorów nastawionych na fabuły, a nie przekombinowaną dynamikę, jak inteligentnych dramatów, ale z całą pewnością nie jest to obraz skierowany do sympatyków prostego straszenia i zawrotnych akcji szafujących wydumanymi efektami specjalnymi. „The Witch” to film, który się przeżywa i doprawdy długo się o nim myśli, ale tylko wówczas, jeśli nastawimy się na dojrzałą, stonowaną, skupioną na najdrobniejszych detalach realizację. Ten film niepokoi, ale nie na takim poziomie, do jakiego przyzwyczaiły nas współczesne hollywoodzkie straszaki i wydaje mi się, że kluczem do właściwego odbioru niniejszej propozycji jest właśnie zsynchronizowanie się z tą płaszczyzną, z nieszablonowym spojrzeniem Roberta Eggersa na kino grozy.

sobota, 23 kwietnia 2016

„Powrót do Heaven’s Veil” (2016)


W 1985 roku guru Jim Jacobs i przeszło czterdziestu członków jego sekty Heaven’s Veil popełnili samobójstwa. Przeżyła jedynie pięcioletnia Sarah. Dwadzieścia pięć lat później Maggie Price wraz z bratem i kilkorgiem znajomych postanawia nakręcić dokument o ranczu, na którym przed laty doszło do zbiorowego samobójstwa. Kobieta ma nadzieję, że poznanie wszystkich faktów o sekcie pomoże jej zrozumieć samobójstwo ojca, który ćwierć dekady temu pracował nad sprawą kościoła Jacobsa z ramienia FBI. Rolę przewodniczki Maggie proponuje Sarah, która po namyśle przyjmuje ją, wierząc, że dzięki tej wyprawie pozna swoje korzenie. Niedługo po dotarciu na ranczo The Veil domorośli dokumentaliści świadkują niepojętym zjawiskom, wskazującym, że to miejsce jest nawiedzone, najprawdopodobniej przez Jima Jacobsa i jego trzódkę.

„Powrót do Heaven’s Veil” w reżyserii Phila Joanou to ghost story delikatnie zainspirowana prawdziwym wydarzeniem, która pierwotnie miała być utrzymana w stylistyce found footage. Jednak pod wpływem pozostałych członków ekipy, scenarzysta Robert Ben Garant, który wcześniej rozpisał fabułę między innymi „Klątwy Jessabelle”, postanowił zmodyfikować projekt dostosowując go do tradycyjnej realizacji. Po dołączeniu do obsady Jessici Alby producent, Jason Blum, nakłonił Garanta do wprowadzenia kolejnych poprawek w scenariuszu, mających na celu rozbudować powierzoną jej postać. Choć liczne modyfikacje scenariuszy nie są niczym nadzwyczajnym na etapie pracy nad filmem w tym konkretnym przypadku niezdecydowanie twórców mogło rzutować na ostateczny kształt produkcji. Choć na realizację filmu przeznaczono cztery miliony dolarów, a obsadę uświetniła hollywoodzka gwiazda nie zdecydowano się na dystrybucję kinową, rozpowszechniając dziełko Joanou za pośrednictwem platformy „wideo na żądanie” oraz na płytach DVD i Blu-ray.

Jeśli weźmie się pod uwagę dzisiejsze częste plastikowe oprawy wizualne w kinie grozy, tendencję twórców do gloryfikowania żywych, silnie skontrastowanych barw, kolorystyka „Powrotu do Heaven’s Veil” może mile zaskoczyć. Zdjęcia bowiem całkowicie pozbawiono pastelowych barw, uderzając w wyblakłe odcienie ciemniejszych reprezentantów palety, co chwilami sprawiało nawet wrażenie obcowania z produkcją niezrealizowaną w kolorze, szczególnie w momentach, w których dominowała czerń. Kolejnym superlatywem „Powrotu do Heaven’s Veil” jest dynamiczny, acz nieprzekombinowany montaż, który spotęgował wydźwięk kilku jump scen, reminiscencji i nastrojowych kolaży: serii szybko następujących po sobie klimatycznych obrazków. Doskonałym przykładem umiejętnego wykorzystania dobrodziejstw płynących z montażu jest scena wejścia młodych dokumentalistów do zniszczonej chatki, kiedy to tuż po otwarciu przez nich drzwi wejściowych widzimy na korytarzu zjawę podążającą w ich kierunku w krótkich przebłyskach z wykorzystaniem techniki  poklatkowej. Wszystkie wspominki Sarah na ranczu The Veil również ożywiono licznymi, niespodziewanymi manifestacjami nieznanego, dzięki zdolnościom montażystów i pogrywaniu reżysera na oczekiwaniach widzów wyrobionych przez lata obcowania z konwencjonalnymi straszakami poprzez ujęcia wkomponowane w akcję w najmniej spodziewanych momentach. Tutaj za przykład niech posłuży moment zbliżania się pięcioletniej dziewczynki do trupa spoczywającego pod płachtą. Zbliżenie na jego nieruchomą dłoń każe sądzić, że w następnym ujęciu kończyna niespodziewanie się poruszy, zmuszając odbiorcę do poderwania się z fotela. Dlatego świadomie przygotowujemy się na taką sytuację, nawet nie biorąc pod uwagę innej ewentualności, choćby szkaradnych zjaw z nagła wchodzących w kadr. Bardziej wymagająca część opinii publicznej najprawdopodobniej skwituje owe zabiegi lekkim wzruszeniem ramion i konstatacją, że przecież jump sceny, choćby nawet diablo skuteczne to prymitywny zabieg, mający na celu nie tyle przerażenie oglądającego, co zaskoczenie go. I będą mieli absolutną rację, tyle że współczesne mainstreamowe ghost stories są praktycznie zdominowane przez tego rodzaju triki, na domiar złego rzadko odnoszą pożądany skutek, głównie przez niemożność wyczucia odpowiedniej chwili przez twórców i oczywiście mało który dystrybuowany na dużych ekranach horror może się poszczycić taką konsekwencją w niwelowaniu pastelowych barw.

Skoro więc ekipa „Powrotu do Heaven’s Veil” pod przewodnictwem Phila Joanou z taką wprawą podeszła do technicznych aspektów produkcji, dlaczego ich projekt zderzył się ze wzmożoną krytyką? Cóż, nie wiem, jak zapatrują się na to inni widzowie, ale ja największą winą obarczyłabym rozproszoną narrację i papierowych bohaterów. Fabuła w przeważającej mierze eksploatowała znane motywy, wtłoczone w pospolitą konwencję grupki domorosłych dokumentalistów zamierzających zbadać owiane złą sławą miejsce. W tym przypadku niegdysiejszą siedzibę sekty Jima Jacobsa, ranczo The Veil, dzisiaj oddane na pastwę nieubłaganych zjawisk atmosferycznych. Zarówno wątek nawiedzenia punktu docelowego młodych filmowców (nastrojowy zakątek, przypominający nieco miejsce akcji „Charlie’s Farm”, ale bardziej złowieszcze), jak i motyw sekty w kinie grozy nie są żadnych novum, ale akurat stereotypowość w najmniejszym stopniu mi nie przeszkadzała. Za to sposób, w jaki wyłuszczoną ową w gruncie rzeczy prościutką opowieść pozostawia wiele do życzenia. Scenarzysta wplótł we właściwą akcję liczne retrospekcje obrazujące dzieje kościoła Jima Jacobsa, przede wszystkim skupiając się na jego osobliwych staraniach oddzielenia duszy od ciała oraz zdolnościach uzdrawiania. Ale pomijając fakt, że odtwórcy roli guru, Thomasowi Jane’owi zabrakło charyzmy (tak bardzo, że aż człowiek się zastanawiał, jakim cudem jego trzódka z taką uwagą „wchłaniała” każde jego słowo) Garant przez większą część seansu nie zachował jakiejkolwiek równowagi pomiędzy dwoma płaszczyznami fabuły. W ten sposób zamiast nieco rozbudować chociaż wątek przewodni szczególnie w środkowej partii seansu serwował swoiste zajawki obu ustępów, bez zagłębiania się w szczegóły, przy okazji spłaszczając psychologiczne aspekty całej intrygi. W ten oto sposób dobre kreacje Jessici Alby i Lily Rabe, pomimo, że były czołowymi postaciami „Powrotu do Heaven’s Veil” sportretowano tak nieciekawie, że właściwie nie miało się okazji odpowiednio wczuć w sytuację którejkolwiek z nich. O ich towarzyszach nawet nie wspominając, gdyż twórcy zauważalnie potraktowali ich w kategoriach „armatniego mięsa”, do czasu zgonu robiąc z nich elementy tła dla wspomnianych kobiet. Twórcy tak nieubłaganie, bez choćby najmniejszego poczucia dramaturgii skakali z wątku przewodniego w minione dzieje, że z czasem zupełnie straciłam zainteresowanie rozwojem fabuły, mimowolnie odpływając gdzieś myślami i ożywiając się jedynie w przebłyskach akcentowania obecności nieznanego. Dopiero ostatnia partia nieco wybiegła poza ramy ciasnej konwencji i co ważniejsze Joanou zachował w niej ciągłość przyczynowo-skutkową, pozwalającą mi w całości skoncentrować się na koszmarze młodych ludzi. Zaskoczył mnie również zwrot akcji, ale nie na tyle, żebym mogła mówić o jakimś druzgocącym uderzeniu.

„Powrót do Heaven’s Veil” paroma elementami deklasuje większość współczesnych horrorów głównego nurtu: podejściem do jump scen, oprawą wizualną i montażem, ale oceniając go całościowo głównie przez rozproszoną narrację i szczątkowe rysy psychologiczne wszystkich bohaterów nie mogę oddać mu wybicia się ponad przeciętność. Twórcy mieli w rękach właściwe wszystkie asy potrzebne do stworzenia naprawdę interesującego straszaka, z trudniejszych zadań wywiązując się całkiem zadowalająco, ale wiele zepsuli zbytnim pośpiechem, który rzutował na ciągłość akcji, tym samym obniżając poziom mojego zainteresowania fabułą oraz sylwetkami poszczególnych bohaterów, notabene sprawiając, że nijak nie potrafiłam się z nimi utożsamić, ani sympatyzować z którymkolwiek z nich. Naprawdę ubolewam nad tą pobieżnością, bo gdyby nie ona „Powrót do Heaven’s Veil” mógłby okazać się bardzo solidnym, choć oczywiście mało odkrywczym horrorem.

piątek, 22 kwietnia 2016

Opowiadania Edwarda Lee

Amerykański pisarz Edward Lee jest jednym z najchętniej czytanych twórców literatury ekstremalnej, nacechowanej skrajną przemocą i śmiałą erotyką, ale choć napisał kilkadziesiąt powieści, w Polsce, jak dotychczas wydano tylko trzy dłuższe utwory jego autorstwa. Jednak, co jakiś czas opowiadania Lee uświetniają niektóre antologie, czy magazyny i właśnie kilku takim krótszym dziełkom pisarza postanowiłam przyjrzeć się bliżej. Wszystkie w głównej mierze bazują na odrażających dewiacjach seksualnych, w których kluczową rolę odgrywa wymyślna przemoc fizyczna. Innymi słowy Edward Lee na kartach poniższych opowiadań tak samo, jak w trzech znanych Polakom powieściach, „Sukkubie”, „Ludziach z bagien” i „Golemie”, jest wierny turpizmowi, swoistemu „kultowi brzydoty”, tym samym kierując swoje utwory w stronę spragnionych mocnych wrażeń czytelników, niszowej grupy odbiorców odnajdującej się w stylistyce tak zwanej literatury ekstremalnej. Ze względu na mocną tematykę utworów osoby niepełnoletnie proszę o opuszczenie dalszej części tekstu.

„Pokój 415”
Polska publikacja: dodatek do czwartego numeru magazynu „Coś na progu”

Zdecydowanie najlepszy krótszy utwór literacki Edwarda Lee, z jakim dotychczas miałam do czynienia, udowadniający, że pisarz równie dobrze odnajduje się w zasadach budowania suspensu i warstwie stricte psychologicznej, co we wszelkiej maści wynaturzeniach. Nowela opowiada o Jake’u Floodzie, który przyjeżdża z Seattle do St. Pete Beach w celach biznesowych. Od rozstania z żoną przed trzema laty mężczyzna nie może osiągać orgazmów, co frustruje go na tyle, żeby korzystać z pomocy psychoterapeuty. Rady specjalisty okazują się jednak mniej skuteczne od widoku, jaki po zatrzymaniu się w hotelu w St. Pete Beach rozciąga się przed oczami Flooda. Biznesmen widzi dwóch alfonsów katujących i wykorzystujących seksualnie pracującą dla nich prostytutkę w innym pokoju hotelowym. Ich okrucieństwo tak go podnieca, że nareszcie osiąga satysfakcję seksualną, co tak go przeraża, że zaczyna zastanawiać się nad swoją prawdziwą naturą, dotychczas pozostającą w uśpieniu. Ale niepokój nie powstrzymuje go przed wypatrywaniem w kolejnych dniach dalszych bezeceństw. Flood przygląda się między innymi nieprzerwanemu uderzaniu w krocze kobiety dopóki całe nie opuchnie i przekłuwaniu piersi, celem uszkodzenia implantów, co dowodzi dużej pomysłowości Edwarda Lee, w procesie wymyślania technik znęcania się nad fikcyjną ofiarą o zabarwieniu seksualnym. O wiele ciekawsze są jednak psychologiczne konsekwencje tego, czemu świadkuje główny bohater, z czasem podsłuchujący dwóch alfonsów planujących morderstwo jednej z prostytutek. Biorąc pod uwagę zalążki obsesji, jaką wykazuje Flood na widok odrażających czynów kryminalistów czytelnik nie może być pewien jego ewentualnej interwencji. Czy uwolnienie się od długoletniego celibatu będzie dla Flooda ważniejsze od uratowania życia kobiecie, czy może spróbuje pokrzyżować plany alfonsów kosztem własnego bezpieczeństwa? Na to pytanie Lee odpowiada w zaskakujący, przewrotny sposób, po ówczesnym podtrzymywaniu czytelnika w ciągłej niepewności, co do dalszych wydarzeń, jak i finalnego stanu nadwątlonej psychiki głównego bohatera.

„Matka”
Polska publikacja: antologia „15 blizn”

Ze wszystkich omawianych historii tylko w „Matce” Edward Lee uderzył w tony o podłożu nadprzyrodzonym, w zwyczajowym bezkompromisowym stylu. Opowiadanie traktuje o koronerze Smithcie, który pomimo szczęśliwego pożycia z żoną, którego owocem jest aktualnie siedmioletnia dziewczynka, dużo czasu spędza na podglądaniu przez lornetkę dziewiętnastoletniej sąsiadki, opalającej się przed domem. Pewnego dnia, podczas folgowania swoim voyeurystycznym zapędom, nieopodal swojego domu dostrzega podejrzaną beczkę, która okazuje się być wypełniona czarną mazią, wydzielającą zapach zbliżony do woni psującego się mięsa. Z obawy przed zagrożeniem biologicznym anonimowo informuje o znalezisku odpowiednie służby, ale jak się z czasem okazuje kontakt z beczką ma zupełnie nieoczekiwane konsekwencje. Wskazówką jest klimatyczno-odrażający sen Smitha, idealnie rozpisany przez Lee, w którym widzi swoją roznegliżowaną żonę spożywającą tajemniczą maź i obściskującą się z dziewiętnastoletnią sąsiadką, obiektem skrywanego pożądania Smitha. Nazajutrz mężczyzna z łatwością odnajdzie echa koszmarnego snu w rzeczywistości, czując, że czarna breja odgrywa ważną rolę w swoistym szerzącym się w jego otoczeniu kulcie, w którym on sam zajmuje ważne miejsce. Lee w typowy dla siebie sposób ożywił opowiadanie kilkoma ustępami natury erotycznej, ale oddał je w atmosferze tajemniczości i zagrożenia o podłożu nadprzyrodzonym, którego istotę ujawnił dopiero w zaskakującym, tragicznym finale, będącym zwiastunem dalszych, acz już niespisanych dramatycznych wydarzeń.

„Pan Kadłubek”
Polska publikacja: antologia „13 ran”

W niniejszym utworze Edward Lee przemieszał stylistykę kryminalną z wymyślnym gore, snując opowieść na dwóch płaszczyznach, z punktu widzenia śledczego Tippsa i obiektu jego dochodzenia, mocno zaburzonego seryjnego mordercy, Luda, zwanego Panem Kadłubkiem. Mężczyzna porywa młode prostytutki i przetrzymuje je w piwnicy, w czym nie byłoby niczego nietypowego, gdyby uprzednio nie pozbawiał ich rąk i nóg, nie robił im lobotomii, nie sklejał powiek, nie wyrywał zębów i wreszcie nie przekłuwał bębenków. Same ogłupione i pozbawione niektórych zmysłów torsy są mu niezbędne do urojonej misji w imię Boga, której przebieg jest równie odrażający, co modus operandi sprawcy. Wszak Lud umyślił sobie, że Bóg pragnie, aby zapładniał okaleczone kobiety i sprzedawał dzieci ludziom zbyt niecierpliwym, aby czekać na legalną adopcję. W ten oto sposób podstarzały Lud przetrzymuje torsy w warunkach zbliżonych do tych, w jakich hoduje się zwierzęta przeznaczone na ubój i co miesiąc zmienia niewolnicę, którą regularnie gwałci, podgrzewając się magazynami erotycznymi. Przypadek doprawdy tak dalece zaburzony i odrażający, że wprost nie można oderwać się od długich opisów jego zwichrowanych procesów myślowych, czego nie sposób powiedzieć o szczątkowych ustępach kryminalnych, które moim zdaniem niezbyt obrazowo wyłuszczają sposób postępowania Pana Kadłubka. Ale za to interesująco sportretowano osobowość Tippsa, który nieustannie roztrząsa trudne zagadnienia egzystencjalne, na każdym kroku dostrzegając szerzący się nihilizm. Zakończenie również poczytuję na plus, głównie dzięki typowemu dla Lee obraniu najbardziej wstrząsającego kierunku, bo o większym zaskoczeniu mówić już nie można.

„Oddział zamknięty”
Polska publikacja: antologia „999” tom 1

„Oddział zamknięty” to w moim pojęciu najsłabsze opowiadanie ze wszystkich omawianych, głównie przez zbyt dalece idącą przewidywalność niszczącą wszelkie zalążki suspensu i odniesienia do światka zorganizowanej przestępczości, za którym to nie przepadam w literaturze grozy. Ale gwoli sprawiedliwości Lee przygotował dla mnie małą niespodziankę w postaci szokujących szczegółów nielegalnej profesji głównego bohatera. Rzecz opowiada o mężczyźnie, Francisie Paone, który budzi się w miejscu przypominającym pokój szpitalny i odkrywa, że stracił dłoń oraz nogę, a na jego brzuchu widnieje paskudna rana. Po krótkiej konwersacji z pielęgniarką Lee przechodzi do retrospekcji, unaoczniającej nam wydarzenia poprzedzające jego pobyt w szpitalu. Pisarz zdradza (i w tym miejscu pojawiają się najbardziej odrażające elementy opowiadania), że Paone zajmował się rozprowadzaniem amatorskich filmików, traktujących o wszelkiego rodzaju wynaturzeniach. Pornografia dziecięca, gwałty, sadomasochizm, sodomia, koprofilia, zoofilia oraz seks z ciężarnymi, staruszkami, kalekimi i zdeformowanymi, czasami również tak zwane snuff movies – wszystkim tym trudnił się główny bohater, co naturalną koleją rzeczy z miejsca nastawia czytelnika antypatycznie do jego osoby. Lee chciał żebyśmy wróżyli mu straszny koniec, przez co odarł finał z aury tragizmu, nie wspominając już o jego przewidywalności. Moim zdaniem w miarę popisał się jedynie odstręczającymi detalami jego haniebnej profesji, ale z uwagi na to, że nie pokusił się o kilka dewiacji w czasie rzeczywistym o jakichś skrajnościach w tej sferze również nie może być mowy.

Bonusowo krótkie opowiadanie zatytułowane „Stół” i opublikowane na portalu Horror Online. Delikatniejszy w formie utwór o kobiecie zafiksowanej na punkcie morderców, w ręce której trafia stół, na którym niegdyś popełniono zbrodnię i chce się na nim przespać ze swoim nowym partnerem. Krótka, treściwa opowieść o zboczeniu, które ma opłakane skutki, podana w wersji lajt, oczywiście jak na standardy Edwarda Lee, ale mimo to ciekawie ujmująca temat.

Za wypożyczenie opowiadań bardzo dziękuję dobrej duszy, Skoczusiowi!