Stronki na blogu

środa, 23 grudnia 2020

Czytamy literaturę duńską

 

W ramach akcji promującej literaturę duńską mam przyjemność przedstawić cztery kryminały z tamtych stron, które niebawem będą recenzowane.

Soren Sveistrup „Kasztanowy ludzik” 

Opis wydawnictwa W.A.B.: Jeżeli znalazłeś kasztanowego ludzika, to znaczy, że jest już za późno... Psychopata terroryzuje Kopenhagę – krwawo morduje swe ofiary, a na miejscach zbrodni pozostawia ręcznie zrobione kasztanowe ludziki. Policja szybko odkrywa, że ślady w tajemniczy sposób prowadzą do dziewczynki, która została uznana za martwą – chodzi o porwaną rok wcześniej córkę minister spraw społecznych. Do jej zabicia przyznał się pewien mężczyzna, a sprawę uznano za wyjaśnioną. Tragiczny zbieg okoliczności czy też te dwie sprawy faktycznie łączy coś mrocznego? Kim jest tajemniczy morderca? By ocalić niewinnych, detektywi muszą połączyć siły i toczyć walkę z czasem. Ponieważ szaleniec ma misję, która jeszcze się nie skończyła... Nikt nie jest bezpieczny!

Katrine Engberg „Szklane skrzydła motyla”

Opis wydawnictwa Zysk i S-ka: Pewnego jesiennego poranka roznosiciel gazet dokonuje makabrycznego odkrycia: w fontannie na Strøget, głównym deptaku Kopenhagi, znajduje ciało nagiej kobiety. Policja ze zdziwieniem odkrywa brak jakichkolwiek śladów krwi, na ciele ofiary są natomiast liczne nacięcia. Wszystko wskazuje na to, że ofierze upuszczono krew. W ciągu następnych dwóch dni pojawiają się dwa kolejne ciała, jedno w fontannie przed Szpitalem Krajowym, drugie w jednym ze stawów w centrum miasta. Wszystkie ofiary zginęły w ten sam sposób: upuszczono im krew, używając do tego rzadkiego rodzaju skalpela - skaryfikatora. Poza tym okazuje się, że wszystkie trzy ofiary coś wiąże: wszystkie pracowały w ośrodku terapeutycznym Dom Motyl dla młodzieży z problemami psychicznymi. Ośrodek został rozwiązany kilka lat wcześniej po samobójstwie jednej z młodych pacjentek. Teraz zaczynają ginąć osoby z nim związane. Kto będzie następną ofiarą? Kto zabija i dlaczego? Rozpoczyna się wyścig z czasem…

Mads Peder Nordbo „Zimny strach”

Opis wydawnictwa Burda: Przyrodnia siostra Matthew znika podczas weekendowej wycieczki do opuszczonej grenlandzkiej osady. Tupaarnaq, młoda, niezależna Grenlandka, oskarżona niegdyś o zabójstwo ojca, powraca więc do Nuuk, aby pomóc swojemu jedynemu przyjacielowi Matthew odnaleźć dziewczynę. Ślady krwi na terenie osady świadczą o zbrodni, ale dopiero gdy matka Arnaq otrzymuje telefon od córki, przerażonej i na skraju wyczerpania, staje się dla wszystkich oczywiste, że czasu na odnalezienie zaginionej jest coraz mniej… Ojciec Matthew, Tom, jako młody żołnierz w amerykańskiej bazie w Thule uczestniczył w tajnym eksperymencie o katastrofalnych skutkach. Tom został oskarżony o podwójne morderstwo, zmuszony do ucieczki i życia w ukryciu. W związku ze zniknięciem Arnaq tajemnice z Thule wychodzą na jaw, a Matthew zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że jest pionkiem w grze toczącej się o życie i śmierć. Rozpaczliwie szukając Arnaq i próbując zrozumieć, co naprawdę stało się z jego ojcem, musi stawić czoło grenlandzkiej policji i armii amerykańskiej, która dąży do schwytania Toma. Ale przede wszystkim zmierzyć się ze swoimi wspomnieniami…

Mads Peder Nordbo „Pustelnik”

Opis wydawnictwa Burda: Mroźna wyspa, która nie zna litości… Na Grenlandii, w pobliżu wikińskich ruin, położonych w odizolowanej osadzie Sandnas, na dnie studni zostaje znalezione ciało mężczyzny. Gdy policja dochodzi do wniosku, że zabiła go kobieta, która zmarła półtora roku wcześniej, na niewielką arktyczną społeczność pada blady strach. Jak to możliwe? A jeśli to qivittoq – tajemniczy grenlandzki pustelnik, którego jedynym celem jest zemsta? Śledczy skupiają uwagę na młodej Inuitce Tupaarnaq, która wcześniej odsiadywała wyrok za zabójstwo ojca, a teraz zniknęła. Na poszukiwania wyrusza jej jedyny przyjaciel, dziennikarz Matthew Cave. I wkrótce odkrywa, że Tupaarnaq nie jest osobą, za którą ją uważał… Tymczasem policja znajduje kolejne zwłoki, a Matthew nagle staje się nie tylko podejrzanym, ale także zwierzyną łowną dla przestępcy.

Chcecie więcej? Zapraszam tutaj: 

„Honeydew” (2020)

 

Młoda para, Rylie i Sam, wybierają się na nowoangielską prowincję, chcąc zebrać materiały o pasożycie atakującym tutejsze uprawy, które kobieta mogłaby wykorzystać w swojej pracy naukowej. Pierwszą noc spędzają pod namiotem, ale nie mają szans na odpoczynek, ponieważ zostają przepędzeni przez mężczyznę podającego się za właściciela ziemi, na której się zatrzymali. Zmuszeni do wędrowania pieszo przez las niespodziewanie natrafiają na samotnie stojący biały dom. Okazuje się, że należy on do miłej, acz trochę zdziwaczałej staruszki imieniem Karen i jej chorego dorosłego syna Gunniego. Kobieta z niekłamaną przyjemnością ugaszcza ich w swoich skromnych progach, zapewniając, że załatwiła im transport do najbliższej wioski, który ma pojawić się jeszcze tej nocy. A do tego czasu Rylie i Sam powinni porządnie się najeść i odpocząć w jej piwnicy...

Pełnometrażowy debiut Devereux Milburna (właściwie Devereux Michaela Milburna) oparty na jego własnym scenariuszu. Historię obmyślił razem z Danem Kennedym, twórcą mało znanego dramatu pod tytułem „Loud Places” (2017). „Honeydew” to amerykański członek tak zwanej nowej fali horroru. Klimatyczna opowieść, celowo ocierająca się o absurd, zainspirowana baśnią braci Grimm „Jaś i Małgosia”, w której ponadto można zauważyć realizatorskie ukłony w stronę twórczości Briana De Palmy. Pierwszy pokaz filmu odbył się w kwietniu 2020 roku na Tribeca Film Festival, a w Polsce zagościł już w grudniu tego samego roku w internetowej edycji (formę tę narzuciła pandemia COVID-19) Splat!FilmFest.

Malin Barr i Sawyer Spielberg w dziwacznej wizji powstałej pod dyrekcją Devereux Milburna, który to dotychczas działał wyłącznie w krótkim metrażu. W wielce tajemniczym prologu widzimy starszą kobietę w czerni patrzącą w dal i słyszymy, że ludzkość na swoje nieszczęście oddaliła się od Boga i że nasze ciała to świątynie, w których mieszka Duch Święty, a więc winniśmy traktować je z należytym szacunkiem. Potem przechodzimy do wykładu na temat pewnego pasożyta żerującego na pszenicy, który już przed wiekami był przyczyną rozlicznych chorób wśród ludzi oraz śmierci bydła, a niedawno pojawił się w Nowej Anglii. Malin Barr w przekonującym stylu wciela się w „Honeydew” w postać o imieniu Rylie, która pisze pracę naukową na temat tego groźnego pasożyta. Jej chłopak Samuel (nie gorszy występ dużo mniej doświadczonego w aktorstwie Sawyera Spielberga, syna Stevena Spielberga) bardzo jej w tym pomaga, ale też wygląda na to, że jest przyczyną jej największych trosk. Już na początku ich historii dowiadujemy się, że Sam rozmawia z jakimś Jimem. Kimś, kto prawdopodobnie nie istnieje – w każdym razie nikt poza Samem ani go nie widzi, ani nie słyszy. Mówiąc wprost: wszystko wskazuje na to, że ten młody mężczyzna rozmawia z samym sobą. Na głos, również wtedy, gdy tuż obok jest jego dziewczyna. Pilnująca, by regularnie brał leki (a więc choroba psychiczna?) i dobrze się odżywiał. To znaczy trzymał dietę odpowiednią dla jego słabowitego organizmu. Sama Rylie jest weganką (z wyboru) i to właściwie wszystko, co wiemy o tej parze. O ludziach, którzy wybrali się na wiejskie tereny Nowej Anglii, chcąc zebrać materiały do pracy Rylie, a zamiast tego zamienili się w Jasia i Małgosię. Ciemny – naprawdę straszliwie mroczny – las, rozległe pola i zaledwie jeden dom. Nie z piernika, zwyczajny (z zewnątrz widać pomalowane na biało deski). Dom stojący w leśnej głuszy i zapraszający zbłąkanych podróżnych. Najpierw jest jednak scena, która nasunęła mi skojarzenia z remakiem „Domu woskowych ciał” wyreżyserowanym przez Jaume Colleta-Serrę i „Wolf Creek” Grega McLeana. Konfiguracja trochę inna, ale motyw ten sam. Mamy turystów rozbijających obóz na pustkowiu i podejrzanego mężczyznę, który zaskakuje ich swoją obecnością. Człowiek ten informuje ich, że wtargnęli na jego teren i oczekuje, że natychmiast się stąd wyniosą. Rylie i Sam tak też robią – nie dyskutują z nieznajomym mężczyzną tylko czym prędzej zwijają obóz i wracają do samochodu. I odkrywają, że już sobie nie pojadą. Muszą iść pieszo. Przez ciemny las. Przemierzać nocą obce i niewątpliwie nieprzyjazne człowiekowi terytorium w nadziei na odnalezienie, jakiejś żywej duszy, która udzieliłaby im pomocy. I faktycznie kogoś takiego odnajdują. Najprawdopodobniej na swoje nieszczęście... Fani gatunku, ale i osoby, którym nieobca jest baśń o Jasiu i Małgosi, najpewniej z miejsca nabiorą pewności, że to żadne wybawienie dla naszej zakochanej pary. Dopiero teraz zapewne zaczną się prawdziwe problemy Rylie i Sama – problemy, przy których błądzenie nocą po zalesionym terenie okaże się czystym relaksem. Problematyczna osamotniona nieruchomość należy do kobiety w podeszłym wieku, która przedstawia się jako Karen (niesamowita kreacja Barbary Kingsley!). Bardzo gościnnej kobiety, jak się okazuje. Kobiety, która bez najmniejszych oporów, wręcz z przesadną serdecznością, wpuszcza pod swój dach obcych ludzi. Wnętrze jest dość obskurne, ale i, że sobie zrymuję, całkiem przytulne. Ciekawe zestawienie. Powiedziałabym nawet, że piorunujący kontrast, zaskakująca symbioza dwóch skrajnie odmiennych nastrojów: połączenie brzydoty z domowym ciepełkiem, degradacji z sielanką. Odbicie tego znajdujemy również w gospodyni tej zapewne nieodpowiedniej przystani dla naszych zagubionych podróżników. Na pierwszy rzut oka przesympatycznej, nadzwyczaj życzliwej staruszce, która aż pali się do pomocy zbłąkanym bliźnim. A horror uczy, że do tak zachowujących się osobników należy podchodzić z ogromną ostrożnością. Z większą niż zazwyczaj nieufnością. Bo w tym gatunku dobroduszność często okazuje się być przykrywką dla jakichś potwornych zamiarów. W tym przypadku owa domniemana maska jest, że tak się wyrażę, bardziej prześwitująca niż zwykle. Devereux Milburn już na początku pobytu Rylie i Sama w domu Karen pokazuje, że gospodyni miewa pewne... incydenty? Najprościej rzecz ujmując od czasu do czasu traci kontakt z rzeczywistością. Całkowicie odcina się od świata. Zawieszenie systemu i szybki „powrót do życia”. Jak gdyby nigdy nic. Jakby wyjątkowo gościnna pani leśnego domu nie zdawała sobie sprawy z tego, że na moment „odleciała”. I może rzeczywiście tak jest. Może nie ma w tym niczego, co należałoby odczytywać na jej niekorzyść. Może te ataki po prostu są związane z jej wiekiem. Ale twórcy niewątpliwie w zupełnie innym kierunku pchają myśli widza. A przynajmniej starają się, byśmy przyjmowali tę przemiłą staruszkę z narastającą obawą.


Czasowe dzielenie ekranu i edycja dźwięku w „Honeydew” najprawdopodobniej zostały zapożyczone z twórczości Briana De Palmy. To pierwsze to jeden ze znaków rozpoznawczych twórcy między innymi pierwszej filmowej wersji
„Carrie”, „Sióstr” i „W przebraniu mordercy”, ale czujne uszy wiernych fanów jego obrazów pewnie bez trudu wychwycą też znajome brzmienia. Nie tylko na stylistycznych odniesieniach do dorobku De Palmy opiera się jednak ten dość osobliwy film. Rwany montaż (gwałtowne, z premedytacją wytrącające z rytmu niektóre przejścia), zatrzymania przy straszliwie intensywnych, mrocznych, ale i na swój sposób pięknych fragmentach naturalnego krajobrazu otaczającego niewielkie grono mocno zastanawiających postaci. Może z wyjątkiem Rylie... Nie wspominając już o wrażeniach w obmierzłych, ale niepozbawionych jakiegoś dziwacznego, bardziej alarmującego, niż uspokajającego ciepła, wnętrzach. W sumie podobnie jak w baśni, która zainspirowała tę „nienormalną” opowieść. W domu Karen czułam się po trosze, jak na małej farmie, do której przeniósł mnie Charlie Kaufman w „Może pora z tym skończyć”, filmowym horrorze psychologicznym opartym na, moim zdaniem, wybitnej powieści Iaina Reida pod tym samym tytułem. A zanim protagoniści trafili w te skromne progi miałam powody liczyć na coś zbliżonego do „Koko-di Koko-da” Johannesa Nyholma – jednego z moim ulubionych filmów grozy z ostatnich lat. Wyżej wymieniałam inne skojarzenia, jakie nasunęły mi się podczas obozowania Rylie i Sama na łące otoczonej gęstym lasem, ale ten rodzaj tajemniczości, ta deprymująca, nie do końca uchwytna osobliwość, to zawieszenie pomiędzy dwoma światami – twardą rzeczywistością i czymś, co zwykłam nazywać Strefą Mroku – z obliczami ewidentnie zwróconymi w tę stronę, do której z pewnością należałoby odwrócić się plecami, cała ta specyficzna otoczka kazała mi myśleć głównie o właśnie „Koko-di Koko-da”. Pobyt bohaterów w domu Karen bynajmniej nie wróci nam tej pewności, tej stabilności, jaką dają znane, niezbywalne prawa fizyki. W tym leśnym domku rzeczywistość wręcz jeszcze drastyczniej zdaje się odkształcać. Raczej nie widać tego gołym okiem, a przynajmniej trudno te anomalie wychwycić, ale naprawdę czuć (odbierałam to absolutnie każdą komórką swojego ciała), że bohaterowie filmu, a my wraz z nimi, po szyję zanurzyliśmy się w... jakiejś równoległej rzeczywistości? Gdzieś, gdzie zatarła się granica pomiędzy jawą i snem? A może po prostu bez ostrzeżenia przeniesiono nas do niestabilnego, żeby nie rzec zwichrowanego umysłu jakieś jednostki? Jeśli tak, to łatwo odgadnąć, w czyjej głowie tkwimy, która osoba „mimowolnie wciągnęła nas” do swojego wnętrza. Nasuwają się jeszcze dwie możliwości. Możliwości mniej pokombinowane, a właściwie to proste jak budowa cepa. Czyli opowieść o wiedźmie mieszkającej w lesie i łapiącej zbłąkane duszyczki w wiadomym celu albo rzecz o szalonej morderczyni. Tak czy inaczej niebezpiecznej starszej pani UWAGA SPOILER z niecodziennymi, ohydnymi gustami kulinarnymi KONIEC SPOILERA, która najwyraźniej mieszka z okrutnie doświadczonym przez los otyłym synem. Dorosłym mężczyzną o imieniu Gunni, który całymi godzinami wgapia się pustym wzrokiem w ekran telewizora, na którym przewijają się czarno-białe kreskówki i mechanicznie zajada pomarańcze. „Honeydew” z pewnością nie jest przedsięwzięciem ukierunkowanym na szybko przemijające, raptowne skoki adrenaliny. Poza jedną stricte oniryczną sceną i ewentualnie końcówką, nie widać w „Honeydew” dobitniejszych „wystraszeń”. Ani upiornych efektów specjalnych, ani prymitywnych jump scenek. Devereux Milburn gra prawie wyłącznie atmosferą – coraz bardziej lepką, zagadkową, wstrętną, ale i hipnotyzującą. Nie bardzo wiadomo co się dzieje, ale trudno oprzeć się tej częściowo ukrytej sile, która najpewniej nas zniszczy. A przynajmniej może zniszczyć młodych bohaterów filmu, jeśli będą przedłużać swój pobyt w tym przeklętym domu. Chyba że twórcy nieoczekiwanie odbiją w inną stronę. Tego nie można wykluczyć, ale wizja złej Karen wydaje się bardziej nęcąca... Bez względu na to, co stawiający swoje pierwsze kroki w długim metrażu Devereux Milburn przygotował nam na deser i bez względu na to, jak na owo rozwiązanie zareagujemy (pozytywnie czy negatywnie), chyba wszyscy się zgodzimy (no dobrze, niech będzie, że jakaś tam część odbiorców tego technicznie dopieszczonego widowiska), że w scenariuszu zieją ogromne dziury - UWAGA SPOILER rozmowy Sama z wyimaginowanym Jimem, czy pasożyt, który jakiś czas temu zawitał w Nowej Anglii, przy czym w przypadku tego drugiego, końcówki niektórych palców Karen mogą być jakąś wskazówką, że mimo wszystko szkodnik, o którym tyle powiedziano odgrywa w całym tym koszmarze decydującą rolę KONIEC SPOILERA. Nie wyglądało mi to, jak celowe niedopowiedzenia, mające zachęcać odbiorców do tworzenia własnych interpretacji. Prędzej, jakby twórcy najzwyczajniej o tych wątkach zapomnieli. Takie wrażenie odniosłam, ale tak naprawdę filmowcy zapewne nie mieli pomysłu na rozwinięcie tych motywów. Nie potrafili znaleźć dla nich miejsca w dalszej partii, więc w pewnym momencie, powiedzmy, jednym cięciem odkroili je od reszty. Tak przypuszczam, ale pewności mieć nie mogę.

Od strony technicznej „Honeydew”, debiutancki obraz Devereux Milburna, nakręcony pod dyktando scenariusza jego własnego autorstwa, moim zdaniem wypada wprost nieziemsko. Ten dość osobliwy amerykański horror nastrojowy (oniryczny, surrealistyczny, psychologiczny i przynajmniej na pozór nadprzyrodzony) zainspirowany jedną z najpopularniejszych baśni braci Grimm, aż lepi się od mroku. I aż kipi od szaleństwa. Zachodzą w tym odludnym leśnym zakątku jakieś dziwaczne zakłócenia, dzieje się tutaj coś, czego racjonalny umysł przetrawić nie może. Coś, co trudno ująć w słowa, bo i trudno wyłapać „te chochliki” wzrokiem, ale one niewątpliwie ciężko pracują na upewnianie widza, że świat, jaki Devereux Milburn i jego ekipa wykreowali w tym oszałamiającym spektaklu, różni się od naszego. Ten w „Honeydew” jest zdecydowanie mniej konkretny, zdestabilizowany, płynny, podlegający jakimś tajemniczym odkształceniom. Albo tylko takie wrażenie sprawia. Tak czy inaczej do Strefa Mroku w tym, według mnie, doskonale zrealizowanym, diabelsko frapującym horrorze, zajrzymy. Ale czy będziemy w pełni usatysfakcjonowani? Choćby tylko najwięksi zwolennicy tak zwanej nowej fali kina grozy? Trudno powiedzieć. Mnie w każdym razie do maksymalnego szczęścia trochę zabrakło. Zabrakło kleju przy tworzeniu scenariusza. Ale ogólnie przygoda nielicha.

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Georgette Heyer „Zbrodnia wigilijna”

 

Posiadłość Lexham Manor leżąca na angielskiej prowincji. Imponujące domostwo należące do bogatego, opryskliwego, kłótliwego starszego człowieka, Nathaniela Herriarda. W tym właśnie miejscu jego brat, Joseph Herriard, który od dwóch lat mieszka tutaj wraz ze swoją żoną Maud, postanawia urządzić Święta Bożego Narodzenia w większym gronie. Choć właściciel Lexham Manor sprzeciwia się temu pomysłowi, z inicjatywy Josepha do jego azylu wkrótce ściągają goście: arogancki, złośliwy bratanek Nathaniela i Josepha, główny kandydat na spadkobiercę tego pierwszego, Stephen Herriard, który zabiera ze sobą swoją narzeczoną, piękną niewiastę, Valerie Dean, której obecność najbardziej denerwuje Nata; siostra Stephena, Paula Herriard, aktorka teatralna, która przybywa wraz z wywodzącym się z niższej klasy społecznej Willoughby'ego Roydona, autora sztuki, na wystawieniu której bardzo zależy Pauli; partner w interesach Nathaniela i jego wieloletni przyjaciel nazwiskiem Edgar Mottisfont oraz daleka kuzynka Herriardów, Mathilda Clare. Wraz z ich przybyciem w Lexham Manor pojawia się mocno napięta atmosfera. Szybko też zaczynają się kłótnie, głównie z Nathanielem Herriardem, człowiekiem o bardzo trudnym charakterze. Który zostaje zamordowany w wigilijny wieczór. Jego ciało zostaje odnalezione w zamkniętej na klucz sypialni na piętrze. Miejscowa policja przekazuje sprawę Scotland Yardowi. Prowadzić ma ją inspektor Hemingway, któremu towarzyszy niedoświadczony młody śledczy, sierżant Ware. Aby znaleźć sprawcę policjanci będą musieli między innymi rozwikłać zagadkę zamkniętego pokoju i uważanie przyjrzeć się wszystkim osobom przebywającym w domu denata, bo nie mają powodów zakładać, że zabójca przybył z zewnątrz.

Angielka Georgette Heyer swoją pisarską karierę rozpoczęła w roku 1921 (miała wówczas zaledwie dziewiętnaście lat) powieścią romantyczną „The Black Moth” napisaną specjalnie dla brata, która odniosła komercyjny sukces. Aż do roku 1931, kiedy to pojawiła się jej pierwsza powieść kryminalna zatytułowana „The Canqueror”, pisała wyłącznie romanse i powieści historyczne. Potem już miała zwyczaj wydawać jeden romans i jeden kryminał rocznie. W tym drugim gatunku Heyer „powołała do życia” dwóch policyjnych detektywów, nadinspektora Hannasyde'a i inspektora Hemingwaya, którzy gościli w wielu jej książkach. Nie zyskali oni takiej popularności, jak Sherlock Holmes Arthura Conana Doyle'a czy Herkules Poirot Agathy Christie, ale niewątpliwie jakąś rozpoznawalność zyskali. Twórczości kryminalnej Georgette Heyer (której w pracy bardzo pomagał mąż) najczęściej zarzucano brak oryginalności, a chwalono ją głównie za humor. I za drobiazgowy styl, który jednak bywał też powodem ostrej krytyki. Pierwotnie wydana w 1941 roku powieść „Envious Casca” aka „A Christmas Party” (pol. „Zbrodnia wigilijna”) jest szóstą z kolei książką spod znaku „Hannasyde i Hemingway” (tutaj bez tego pierwszego), ale znajomość poprzednich tomów nie jest niezbędna do nadążania za tą historią.

Angielskie wyższe sfery w pierwszej połowie XX wieku. Fikcyjny ród Herriardów, ogromna wiejska posiadłość najbogatszego z nich, która w okresie Świąt Bożego Narodzenia staje się areną zbrodni. Okładka polskiego wydania świątecznej opowieści Georgette Heyer – projekt Pauliny Radomskiej-Skierkowskiej – sprawiła, że aż zachłysnęłam się z wrażenia. Przepiękna, oszałamiająca wręcz robota! Robota, która, co przyznaję nie bez wstydu, była jednym z głównych powodów mojego zainteresowania tą pozycją. Obok wieku książki oraz skrótowego opisu jej fabuły. „Zbrodnia wigilijna” to pierwszy utwór Georgette Heyer, jaki wpadł mi w ręce, ale z całą pewnością nie ostatni. Bo się zakochałam. Bo ta nieżyjąca już autorka, bez widocznego trudu, sprawiła, że zniknęłam. Wyparowałam z tego świata i dołączyłam do fascynującego towarzystwa spędzającego Święta Bożego Narodzenia w Lexham Manor. Zabytkowym, przepastnym domostwie, w którym sprawy właściwie od początku źle się układają. W każdym razie nie po myśli Josepha Herriarda, byłego aktora, który zorganizował to, jak się okazało, tragiczne w skutkach spotkanie zwaśnionych jednostek. W rodzinie Herriardów sprzeczki zawsze były na porządku dziennym. Można nawet założyć, że kłótnie to coś w rodzaju ich hobby. A na pewno jedna z ulubionych rozrywek Nathaniela Herriarda, najbogatszego członka tej osobliwej familii, który nawet nie stara się ukryć swojej niechęci do ludzi goszczących w jego nieskromnych progach. Nikt nie ma wątpliwości, że właściciel Lexham Manor wolałby spędzić te święta w samotności. Ewentualnie z bratem i bratową (nie licząc służby), którzy przed dwoma laty wprowadzili się do niego. Joseph uparł się jednak na spędzenie tych świąt w szerszym gronie i podszedł do tego z właściwym sobie nadmiernym entuzjazmem. Naiwnie wierząc, że uda mu się załagodzić wszelkie spory. Joseph uważa się za dobrą duszę tej rodziny, za człowieka potrafiącego „lać oliwę na wzburzone morze”. Mającego swoje sposoby na godzenie innych, a tym samym zapewnianie przyjemnej, relaksującej atmosfery w domu. Ale szybko okazuje się, że zdanie, jakie Joseph ma o sobie samym jest, delikatnie mówiąc, podkoloryzowane. Okazuje się bowiem, że jego przesadnie radosna postawa, jego nachalna wręcz uprzejmość, jego nieustające nadskakiwanie innym, niektórych bardziej denerwuje, niż uspokaja. A spokój bardzo by się wszystkim przydał, nawet jeśli nie wszyscy za nim tęsknią. Na pewno nie Nathaniel Herriard, starszy pan, który najwyraźniej „gra swoją chorobą” (lumbago). Kiedy mu to pasuje, pokazuje się jako człowiek cierpiący, zmagający się z dotkliwymi bólami fizycznymi, które jakoś nie przeszkadzają mu brać czynnego udziału w zażartych „dyskusjach”. Właściwie to w głośnych kłótniach. Heyer daje do zrozumienia, że Nathaniel jest mizoginem, który na dodatek czepie perwersyjną przyjemność z wściekłości, jaką celowo wzbudza w gościach nie tyle jego, ile Josepha. Każdy, kto go zna jest przekonany, że największymi względami cieszy się u Nathaniela syn jego dawno zmarłego brata, Stephen Herriard. Młody człowiek dorównujący mu arogancją, tak jak on nieszczędzący innym przykrych słów, i też mający jak najgorsze zdanie o swoim rodzie. Jego siostra Paula również nie należy do najżyczliwszych osób, ale w przeciwieństwie do Stephena i Nathaniela, nie traktuje wszelkich kłótni jak najlepszej na świecie rozrywki. Jest jedną z tych, którzy najczęściej wdają się podczas tych nieszczęsnych świąt, w sprzeczki, ale głównie dlatego, że jest osobą łatwo poddającą się emocjom – nie umie nad nimi panować tak jak Stephen, który swoją drogą jest w tym najprawdziwszym mistrzem – a nieustępliwa postawa jej stryja, jego uparte odmowy sfinansowania sztuki napisanej przez jej znajomego, Willoughby'ego Roydona, który również gości w Lexham Manor, sprawiają, że Paula aż kipi od negatywnych emocji. Gniew na Nathaniela coraz bardziej w niej rośnie. I nie tylko w niej, bo taki właśnie jest Nat: „człowiek stworzony po to, by psuć innym krew”.

Z tego niewesołego grona osób zgromadzonych w imponującej posiadłości na angielskiej prowincji (niedaleko Londynu) z okazji Świąt Bożego Narodzenia, autorka stosunkowo szybko wyłania kogoś, kto wydaje się prawdziwą dobrą duszą tego towarzystwa. Uważną obserwatorkę wydarzeń i ludzi, osobę cechującą się niemałą przenikliwością i potrafiąca wyciągać wnioski, które zdają się umykać całej reszcie. Mowa o Mathildzie Clare, kobiecie bardzo nieurodziwej, co podkreśla autorka, ale co ważniejsze: kobiecie mającej najtrzeźwiejszy ogląd na tę, chyba można powiedzieć, dysfunkcyjną rodzinę. Mathildzie nie zależy na łagodzeniu atmosfery (w każdym razie nie tak, jak Josephowi), ale da się odczuć, że na wielu działa niczym balsam. Jedynie narzeczona Stephena, Valerie Dean, piękne dziewczę z niewielkim rozumkiem, patrzy na nią złym okiem. Bo widzi w niej konkurencję – ma powody przypuszczać, że Mathilda zagraża jej związkowi z, jak zakłada, już niedługo bardzo bogatym mężczyzną. I jest jeszcze dramatopisarz bezskutecznie starający się „sprzedać” Nathanielowi swoją „wielką sztukę” oraz wieloletni przyjaciel głowy rodu Herriardów, który tuż po dotarciu do Lexham Manor wdał się z Nathanielem w zażartą kłótnię, której powodu chyba nie zna nikt poza tą dwójką. I wreszcie Maud, małżonka Josepha, która albo jest nadzwyczaj inteligentną i przebiegłą kobietą, albo osobą nieco oderwaną od rzeczywistości. Nieco?! Jest morderstwo, jest policyjne śledztwo w tej sprawie i oczywiście, jak zawsze u Herriardów, mnóstwo kłótni, gróźb i rzecz jasna nieskrywanych podejrzeń, a głowę Maud zaprząta jedynie jej zaginiona książka. Tak się kobiecina w nią wciągnęła, a jakiś niegodziwiec nie dał jej poznać zakończenia... Bo chyba można założyć, że książka została skradziona i to przez kogoś z tego skłóconego towarzystwa. W sumie każdy zapalony czytelnik w takiej sytuacji nielicho by się wkurzył, ale czy z porównywalną determinacją wszcząłby poszukiwania nawet najbardziej fascynującej lektury, gdy tuż obok toczy się śledztwo w sprawie zabójstwa, powiedzmy, bliskiej mu osoby? Powiedzmy, bo Maud nie była przywiązana do Nathaniela. Tak naprawdę to wygląda na to, że nie zależy jej na nikim w tym domu. I na niczym, poza utraconą książką. Trzyma się na uboczu i w żaden sposób nie daje po sobie poznać, że choćby w najmniejszym stopniu interesuje ją cokolwiek, co dzieje się wokół niej. No chyba, że akurat nawinie się ktoś, komu będzie mogła przedstawić losy bohaterki później zaginionej książki - wtedy Maud gada jak najęta, nie bacząc na to, że absolutnie nikogo nie interesuje treść jakiegoś utworu literackiego. Przezabawna postać, którą osobiście uważam za jedną z największych atrakcji z przygotowanych przez Georgette Heyer na użytek „Zbrodni wigilijnej”. Chyba nawet większą od niezwykle frapującego Stephena – raczej nietypową osobowość, dość niezwykłą. I tak tajemniczą, jak tylko można. Ach, i jest jeszcze służba, z wścibskim, zarozumiałym kamerdynerem na czele. Mężczyzną, który najpewniej zna najskrytsze tajemnice Herriardów. Prowadzący sprawę zabójstwa Nathaniela Herriarda, inspektor Hemingway bierze też pod uwagę możliwość, że albo kamerdyner, albo lokaj denata mieli swój udział w przedwczesnej śmierci swojego wymagającego chlebodawcy. Inspektor Hemingway to megaloman i zatwardziały cynik. Człowiek święcie przekonany, że mało kto, jeśli w ogóle ktoś, w jego fachu dorównuje mu błyskotliwością. Swojego protegowanego, sierżanta Ware'a, traktuje protekcjonalnie, ciągle przypomina, że nigdy nie osiągnie tego, co on. Bo nie ma wyobraźni, sztuka dedukcji to dla niego czarna magia, nie jest należycie spostrzegawczy i przede wszystkim brakuje mu tego wrodzonego instynktu, tej detektywistycznej żyłki, jaką ma on, genialny inspektor Hemingway. Talentu do rozwiązywania nawet najtrudniejszych zagadek, istotnie nie można Hemingwayowi odmówić, ale to jakoś nie umniejszało we mnie poczucia, że jest typem zakochanym w samym sobie. Człowiekiem, któremu mimo wszystko przydałoby się trochę pokory. Teraz ma do rozwiązania jedną z trudniejszych zagadek kryminalnych w swojej karierze – klasyczną tajemnicę zamkniętego, najprawdopodobniej od wewnątrz, pokoju. Tajemnicę, której nie rozwiąże dopóki nie zapozna się z „bohaterami tego dramatu”. Ze wszystkimi ludźmi, którzy przebywali w Lexham Manor (czyli w domu, w którym w Wigilię Bożego Narodzenia padł trup). Dopóki nie odkryje wszystkich mrocznych sekretów tego dość egzotycznego, bardzo interesującego towarzystwa. Intrygę Georgette Heyer buduje w „Zbrodni wigilijnej” bardziej dialogami niż fragmentami stricte opisowymi. One też są, ale najwięcej dowiadujemy się z rozmów (rzadziej monologów) toczonych tak wśród podejrzanych, jak pomiędzy policjantami starającymi się rozwikłać tę skomplikowaną sprawę. Z bardzo obrazowych rozmów, trzeba zaznaczyć. Pełnych najdrobniejszych detali, rozbudowanych, wprost przepięknie napisanych (brawa też dla tłumacza Piotra Kusia: wydanie Zysk i S-ka z 2020 roku), po mistrzowsku skonstruowanych wywodów na przeróżne tematy. Nie tylko na temat zbrodni, jaka dokonała się pod tym dachem. Finanse Herriardów, osobiste animozje, sekrety i sekreciki, a to wszystko w atmosferze... Świąt Bożego Narodzenia? Niezupełnie, bo choć akcja toczy się w tym okresie, to raczej nie znajdzie się w owym dziele tej specyficznej magii, jaką wielu automatycznie łączy w myślach z tymi konkretnymi świętami. Za to jest mrocznie, jest niebezpiecznie i zaskakująco ciasno. Klaustrofobicznie. A napięcie.. Napięcie jest wręcz nieznośne!

Mistrzowski kryminał od Georgette Heyer. Powieść napisana w pierwszej połowie XX wieku, która moim zdaniem w ogóle się nie zestarzała. Coś takiego mogłoby powstać i w naszych czasach. Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że nie każdy współczesny autor specjalizujący się w kryminałach, by temu podołał. Tylko ci najbardziej uzdolnieni, bo „Zbrodnia wigilijna” to w moim mniemaniu samiuteńki szczyt. Kryminał doskonały! Cudny! Jeden z najlepszych, jakie w życiu czytałam! Klasyczna zagadka kryminalna w zacisznej, odludnej scenerii, w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Świąt, które zakłóca nie tylko zabójstwo najprawdopodobniej dokonane przez kogoś z wewnątrz. Emocjonująca opowieść o zepsutych ludziach z wyższych sfer (ale nie tylko), wśród których najwyraźniej są i tacy, którzy skrywają jakieś, przynajmniej pozornie niezwiązane z wigilijną zbrodnią, brudnej sekrety. Opowieść, którą całym sercem pokochałam, pomimo tego, że bez najmniejszego wysiłku w błyskawicznym tempie rozpracowałam tożsamość zabójcy.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 19 grudnia 2020

„Piękna i rzeźnik” (2020)

 

W małym amerykańskim miasteczku grasuje seryjny morderca zwany Blissfield Butcher. Pewnego wieczora przypuszcza atak na nastoletnią Millie Kessler, niepopularną licealistkę od śmierci ojca mieszkającą tylko z nadużywającą alkoholu matką i siostrą pracującą w miejscowym biurze szeryfa. Dziewczynie udaje się przeżyć, ale jej jaźń jakimś cudem przenosi się do ciała Rzeźnika. Zabójca z kolei przejmuje ciało Millie i w przeciwieństwie do niej cieszy go ta sytuacja. Teraz bowiem poszukiwany przez policję maniak może przez nikogo nie niepokojony kontynuować swoją zbrodniczą działalność. To Millie musi się ukrywać przed ludźmi, a na domiar złego dowiaduje się, że jeśli przed upływem doby nie odzyska swojego ciała, to już zawsze będzie uwięziona w ciele psychopatycznego mordercy.

„Piękna i rzeźnik” (oryg. „Freaky”) to zrealizowany za pięć do sześciu milionów dolarów slasher komediowy ze stajni Blumhouse Productions, oparty na pomyśle Michaela Kennedy'ego, który z kolei wzorował się na powieści Mary Rodgers z 1972 roku pod tytułem „Freaky Friday”. Książka doczekała się już kilku adaptacji, z których najbardziej znana jest wersja z 1976 roku, „Zwariowany piątek” w reżyserii Gary'ego Nelsona, scenariusz którego napisała autorka literackiego pierwowzoru oraz wersja z roku 2003, „Zakręcony piątek” wyreżyserowany przez Marka Watersa z Jamie Lee Curtis i Lindsay Lohan w rolach głównych. Michael Kennedy przedstawił swoją koncepcją wieloletniemu przyjacielowi, Christopherowi Landonowi, który zasłynął humorystycznym slasherem „Śmierć nadejdzie dziś” (2017) i jego sequelem (2019). Scenariusz „Pięknej i rzeźnika” opracowali razem, ale na krześle reżyserskim zasiadł już sam Landon. Pozycję tę określa się jako swego rodzaju połączenie „Freaky Friday” z filmową serią „Piątek trzynastego”, ale pisząc scenariusz panowie czerpali jeszcze między innymi z takich obrazów jak: dwie pierwsze części „Krzyku” Wesa Cravena”, „Carrie” (1976), „Krew niewinnych” (2000), „Ulice strachu” (1998), „Plazma” (1988), „Postrach nocy” (1985), „Oni” (1998), „Szkoła czarownic” (1996) i „Zabójcze ciało” (2009). Christopher Landon dał do zrozumienia, że chciałby połączyć „Śmierć nadejdzie dziś” z „Piękną i rzeźnikiem”, a głównych producent tych filmów, Jason Blum, jest zainteresowany pracami nad kontynuacją „Pięknej i rzeźnika”.

Swobodna lekkość filmowania. Cały Christopher Landon. Oglądałam „Piękną i rzeźnika” nie wiedząc, kto rzecz wyreżyserował. Dopiero napisy końcowe (swoją drogą graficy się postarali) dały mi taką pewność, bo już wcześniej przeczuwałam, że to może być on, twórca dwóch odsłon slashera „Śmierć nadejdzie dziś”. Ewentualnie ktoś, kto próbuje skopiować tamten styl. Dość skutecznie, trzeba dodać. Wszystko zaczyna się w środę jedenastego (pierwsze żartobliwe nawiązanie do „Piątku trzynastego”). Grupka młodych ludzi na terenie posiadłości jednej z członkiń tej małej paczki rozmawia o lokalnej niesławie, seryjnym mordercy zwanym Blissfield Butcher (od nazwy miasteczka, w którym toczy się akcja filmu), który, jak można się tego domyślić, jeszcze tej nocy uderzy w nich. Już w tym prologu uwidacznia się dosyć śmiałe podejście twórców do wizualnej makabry. Reżyser „Pięknej i rzeźnika” zdradził, że zależało mu na tym, by film dostał wyższą kategorię wiekową od „Śmierć nadejdzie dziś” (chciał R i dostał R), dlatego nie narzucał jakichś ogromnych ograniczeń twórcom efektów specjalnych. Zaczyna się od akcji przypominającej „Ty będziesz następna” (2009), luźny remake „Domu pani Slater” z 1983 roku, przy czym tutaj filmowcy poszli o krok dalej. Potem następuje całkiem zabawne i w tym kontekście raczej zaskakujące, płynne przejście z miażdżenia głowy deską sedesową w... coś innego. Zobaczymy podczas tego dynamicznego wstępu też bardziej kreatywny sposób uśmiercenia ofiary – w każdym razie ja takiego narzędzia zbrodni w kinie grozy chyba jeszcze nie widziałam. Mroczna maska, za którą Rzeźnik skrywa swoje jeszcze mroczniejsze oblicze (w tej roli Vince Vaughn, więc... Ej, grał przecież Normana Batesa!) była inspirowana legendarną hokejową maską Jasona Voorheesa, ale szczerze mówiąc, ja takich skojarzeń nie miałam. W każdym razie prolog kończy się ujawnieniem kradzieży dokonanej przez antagonistę. Zabytkowego sztyletu, którym później dźgnie główną bohaterkę filmu, co będzie miało nadzwyczajne konsekwencje. Wspomniana bohaterka to nastoletnia Millie Kessler. W tej roli Kathryn Newton, którą Vaughn swoim przezabawnym występem, moim zdaniem, odrobinę przyćmił, ale ogólnie rzecz biorąc, bynajmniej nie ujmuje ona tej produkcji. Zwłaszcza jako „ta zła” przykuwa wzrok. Ale to potem. Najpierw Newton, tj. Millie pokazuje się nam jako zahukane, nieśmiałe, niepewne siebie dziewczę, które zwykło przedkładać szczęście swoich bliskich nad własne. W scenariuszu przedstawia się to tak, że Millie zamiast żyć własnym życiem, woli spełniać życzenia ludzi, na których jej zależy. Szczególnie matki, która nadużywa alkoholu od czasu śmierci męża (ojca Millie i jej starszej siostry, policjantki Charlene), do której doszło mniej więcej rok wcześniej. W szkole protagonistka „Pięknego i rzeźnika” jest kimś w rodzaju popychadła dla tak zwanych popularnych uczniów. Ofiara kpin i niewybrednych żartów, co oczywiście upodabnia ją do Carrie White. Ale w odróżnieniu od niej zdążyła zawrzeć stałe przyjaźnie. Konkretniej, trzyma się z czarnoskórą Nylą (przyzwoita kreacja Celeste O'Connor) i homoseksualistą Joshem (w tej zajmująco odegranej roli Misha Osherovich, osoba niebinarna). Różnorodność być musi! Współczesny hollywoodzki film z samymi białasami? Toż to nie do pomyślenia! Uspokajam jednak osoby, które mają już za sobą trochę takich artystycznych wyrazów tak zwanej poprawności politycznej: oglądając „Piękną i rzeźnika” nie miałam wrażenia, że gej i Afroamerykanka zostali, że tak brzydko ujmę, wepchani na siłę, tylko po to, by nikt nie psioczył, że homofoby i rasiści. Nyla, a już w szczególności Josh, to barwne, starannie wykreślone (jak na nowszy horror z głównego nurtu) postaci. Zróżnicowane, odrębne osobowości, aczkolwiek bez wątpienia zbudowane na sprawdzonych już w kinie modelach. Tak czy inaczej każdy z nich jest inny. Każdy na swój sposób sympatyczny (mowa też o Millie), ale żeby nie było niejasności: postaci na miarę Tree Gelbman z dwóch części „Śmierć nadejdzie dziś” w „Pięknej i rzeźniku” nie znalazłam. Aż tak dobrze to nie miałam.

Uważam, że Christopher Landon jest jednym z nielicznych filmowców, którzy potrafią równoważyć horror z komedią. Nie dopuszczać do tego, żeby któryś z nich zdominował, przysłonił drugi. Zazwyczaj to komedia tępi horror, humor niejako wypiera grozę. W „Pięknej i rzeźniku” podobnie jak w hitowych filmach spod znaku „Śmierć nadejdzie dziś”, horror idzie ramię w ramię z komedią. Umiarkowanie krwawa makabra pięknie komponuje się z ciętym, ironicznym humorem oraz czymś, co można by nazwać młodzieńczą błazenadą. Takimi tam wygłupami nastolatków. Tym śmieszniejszymi, gdy ich wykonawcą staje się Vince Vaughn – „stary chłop”, a zachowuje się jak sweetaśna nastka. Widok po prostu bezcenny! Tak, tak, Vaughn ma za sobą wiele komediowych ról, ale takich? Wątpię. Tymczasem nasza nieśmiała, bezlitośnie wyśmiewana w szkole Millie, nareszcie wychodzi ze skorupy. Choć słowo „nareszcie” chyba niezbyt tu pasuje, ponieważ Millie dosłownie nie jest sobą. Wygląda jak Millie, ale w środku siedzi Blissfield Butcher we własnej osobie. Seryjny morderca od wielu lat terroryzujący to spokojne, przekoloryzowane niewielkie miasteczko. Swoją drogą głębokie i oszałamiająco wręcz zróżnicowane barwy z pogodną kompozycją muzyczną w tle, widziane i słyszane, gdy nastoletnia protagonistka po raz pierwszy na naszych oczach wychodzi z domu, cały ten obrazek wygląda jak pastiszowe podejście do kina lat 50-tych i 60-tych XX wieku. Tutaj jest jeszcze bardziej słodko, jeszcze cudowniej – ot, małomiasteczkowa idylla do potęgi entej. Podobnych retro momentów jest w „Pięknej i rzeźniku” więcej. Właściwe to czułam się trochę tak, jakby Landon przeniósł mnie do jakieś równoległej rzeczywistości - do świata, gdzie stare (również lata 70-te i 80-te XX wieku, czyli okres, w którym nurt slash rozwijał się najprężniej – a już najszybciej w pierwszej połowie ósmej dekady poprzedniego stulecia, żeby być całkowicie precyzyjną) przebija przez nowe. Dawno miniona epoka nakłada się na naszą współczesność (świat oczyma Pokolenia Z?). Albo na odwrót, trudno orzec. Połączenie w każdym razie okazało się dla mnie zdumiewająco smaczne. Wprost nie mogę się nadziwić skuteczności tego, nie ukrywajmy, kuriozalnego zestawienia. Jak pięknie w rękach Christophera Landona i jego ekipy skomponowały się w moich oczach niepasujące do siebie składniki. Chwilami rzeczywiście trochę się to gryzło, ale – i tu kolejna niespodzianka – to tylko uatrakcyjniało tę zwariowaną przejażdżkę po miasteczku Blissfield. Nie pierwsze podejście do motywu zamiany ciał, ale (o ile nic w ten deseń mi nie umknęło), to pierwsze w slasherowej odsłonie. W zasadzie niemało pada trupów w „Pięknej i rzeźniku”, ale w środkowej partii przydałoby się dodać jeszcze jedno-dwa pokrwawione ciała, bo po tak mocnym wejściu (prolog) rozwój akcji wydawał mi się trochę przeciągnięty. Z lekka mi się czas przy tym dłużył. Troszkę, bo na pocieszenie miałam „kolorowe” postacie i multum zabawnych kwestii. Warto dodać, że niektóre teksty padające z ust poszczególnych jednostek zgrabnie nawiązują do kultowych filmów grozy, ale i podgatunku slash w ogólności. Nie było w „Pięknej i rzeźniku” ani jednego momentu, który dałby mi choćby w najmniejszym stopniu odczuć, że scenarzyści desperacko machają mi przed oczami tablicą z napisem: „A teraz, Proszę Państwa, śmiejemy się”. Płaszczyzna komediowa została poprowadzona z taką samą swobodą, jak warstwa slasherowa. Zero nachalności. Jest szybko, a chwilami nawet stosunkowo mocno, ale to jeden z tych rzadkich przypadków, w których dynamizm nie blokował we mnie żywszych emocji. Landon nie pozwolił, aby wartkie tempo, jakie wraz z Michaelem Kennedym narzucili tej starej-nowej historii, rozpraszało mrok. Poczucie śmiertelnego zagrożenia konsekwentnie wzrastało, zamiast jak to najczęściej dzieje się u mnie w tak rozpędzonych horrorach, maleć. Napięcie nieprzerwanie rosło. A od czasu do czasu wybuchy szczerego śmiechu, nieomal spazmatyczny chichot, który niby na chwilę rozładowywał nieprzyjemne - ma się rozumieć, pożądane - emocje, ale gdy po takich razach przychodziło otrzeźwienie, gdy powaga wracała, to... powiedzmy, że znajdowałam się już na kolejnym pięterku sfery emocjonalnej. Aha, i jeszcze jedno: poza wymienionymi muszę do już wyróżnionych sekwencji mordów dołożyć akcję z piłą tarczową – długoletnim fanom wszelkiej maści horrorowych rąbanek pomysł prawdopodobnie znany, ale wykonanie już niekoniecznie. Odważny kąt widzenia kamery, operatorski trik, który podejrzewam jeszcze będzie wykorzystywany w kinie grozy. Podkradany... to znaczy wypożyczany przez innych filmowców.

Christopher Landon w dobrej, ale według mnie już nie takiej jak wcześniej, formie. Twórca kasowego slashera z dodatkiem komedii „Śmierć nadejdzie dziś” i jego sequela tym razem (zwycięsko) mierzy się z kolejnym nie pierwszej świeżości motywem. Motywem zamiany ciał. Z wypróbowaną już lekkością, ale tym razem z większą dosadnością, mówi o tym, jak dziewczynka i chłopczyk (a raczej chłopaczysko) nie na swoje życzenie wymieniają się ciałami. I robi się dym. Tym gęstszy, że jedno z tych problematycznych ciał należy do poszukiwanego od dawien dawna seryjnego mordercy, który jeśli tylko nadarzy się okazja z największą ochotą zabije cię w środę jedenastego, w czwartek dwunastego i w piątek trzynastego też. Bo nie jest tak wybredny, jak gość przywiązany do pewnego podupadłego obozu. Legendarna, fikcyjna postać, która trochę popracowała również na rzecz jego legendy. Legendy człowieka nazywanego Blissfield Butcher. Legendy, która możliwe, że dalej będzie się budować. Możliwe, że powstaną kolejne części, ale nawet jeśli nie, to obstawiam, że ten obraz zostanie zapamiętany. Tak czy inaczej „Piękna i rzeźnik” to propozycja nie tylko dla osób, które ukochały sobie klimaty slasherowe. Jest szansa, że do zwolenników lżejszych spektakli Christopher Landon również z niemałą mocą przemówi. Podobnie jak to uczynił w dwóch odsłonach „Śmierć nadejdzie dziś”. I właśnie sympatykom tamtych produkcji (a już zwłaszcza jedynki) najgoręcej „Piękną i rzeźnika” polecam.

czwartek, 17 grudnia 2020

Mały kraj – wielka literatura

 

Mrożąca krew w żyłach i podnosząca na duchu. Baśniowa i realistyczna. Społecznie krytyczna i poetycka. Mimo że Dania to niewielki kraj, to jej literatura jest bardzo bogata i różnorodna, a w Polsce dzięki świetnym tłumaczeniom, coraz chętniej czytana.


Wszyscy wychowywaliśmy się na baśniach Andersena, potem czytaliśmy „Pożegnanie z Afryką”, a niedawno zachwycaliśmy się książkami o hygge. Te trzy skrajne przypadki pokazują bogactwo duńskiej literatury. Można pokusić się o stwierdzenie, że jest ona jak słynne duńskie klocki – z jednej strony bardzo różnorodna, a z drugiej, składa się na niezwykłą całość.

Klimat skandynawski w literaturze duńskiej można odnaleźć w powieści „Chłopiec z tamtych lat” Janiny Katz. Premiera tej długo oczekiwanej przez miłośników twórczości tej polsko-duńskiej pisarki i poetki żydowskiego pochodzenia, książki odbędzie się 15 grudnia. Zbiór jej wierszy „Powrót do jabłek” będzie idealnym wyborem dla miłośników liryki. Z kolei wybitna futurystyczna powieść z pogranicza thrillera, „Efekt Susan”, jednego z najważniejszych współczesnych duńskich pisarzy – Petera Høega – ukazuje nam nadzwyczajny świat, w którym Susan, kobieta o niezwykłym talencie, potrafi bez żadnego wysiłku skłaniać ludzi do wyjawiania jej swoich najskrytszych tajemnic. Dania ma też coś dla fanów kryminałów, czyli gatunku, z którym Skandynawia się kojarzy najbardziej. Bestsellerowa seria o „Departamencie Q” zdobywającego nagrody mistrza gatunku Jussi Adler-Olsena oraz Katrine Engberg to tylko dwa przykłady z listy wielu świetnych duńskich powieści kryminalnych. Warto dodać, że ekranizacja „Zabójców bażantów”, czyli drugiego tomu z serii Adler-Olsena, cieszyła się wielką popularnością w Danii i została wyróżniona 2 nagrodami i 11 nominacjami Duńskiej Akademii Filmowej.

Dania zawsze była mocna w literaturze dziecięcej i młodzieżowej. Z kilku wydanych w ostatnich latach tytułów na uwagę zasługuje popularna w Danii seria „Spektrum” Nanny Foss. Jej dwa pierwsze tomy – „Leonidy” i „Geminidy” – opowiadają o szóstce nastolatków, którzy w podróżach w czasie znajdują ratunek przed ścigającymi ich tajemniczymi mocami, ale przeżywają też przyjaźń, miłość i trudne czasem relacje w realnym świecie. Polskich czytelników zainteresuje na pewno także niezwykły komiks o życiu Marii Skłodowskiej-Curie. Stworzyły go Frances Andreasen Østerfelt i Anja Cetti Andersen, a zilustrowała Anna Błaszczyk. Szukając lektury dla młodszych dzieci, warto sięgnąć po serię „Zaklinaczka” Lene Kaaberbøl i – nieznany wcześniej w Polsce – iście brzechwowski, zabawny wierszyk Andersena „Miała jaja gospodyni” czy po mniej znane, ale równie piękne baśnie zebrane w tomie „Córka króla moczarów i inne baśnie”.

Warto zwrócić uwagę także na duńskie książki non-fiction. Na przykład na zaskakujący reportaż „Czaszka z Katynia” Anny Elisabeth Jessen. Autorka przypadkowo odkrywa w kopenhaskim Instytucie Medycyny Sądowej czaszkę zamordowanego w Katyniu polskiego oficera. Szukając jego potomków, ukazuje obraz kłamstwa katyńskiego w perspektywie globalnej i zderza polski punkt widzenia tej sprawy ze spojrzeniem osoby z zewnątrz. Równie pasjonująca jest lektura książki Jensa Høvsgaarda “Szpiedzy, których przyniosło ocieplenie. Afera Nord Stream”.

Nadchodzący rok 2021 przyniesie przekłady najgorętszych duńskich nowości i klasyków literatury tego kraju– nakładem wydawnictwa Driada ukaże się powieść „Nieprzystosowani” Petera Høega należącego do grona najbardziej poczytnych duńskich pisarzy, a także trzeci tom serii „Andersen dla dorosłych” – „Driada i inne opowieści” oraz antologia duńskiej poezji współczesnej. Biuro Literackie wyda tomik wierszy kultowego duńskiego poety Mortena Nielsena, rówieśnika Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, który podobnie jak on zginął podczas wojny, a wydawnictwo Marpress opublikuje książkę „Ulica dzieciństwa” wybitnej duńskiej powieściopisarki i poetki Tove Ditlevsen.


Z wszystkimi książkami można się zapoznać na stronie http://www.ksiegarniadunska.pl/


Lista książek:
 
Proza:
- Janina Katz, Chłopiec z tamtych lat, przekład Bogusława Sochańska, Driada
- Aksel Sandemose, Uciekinier przecina swój ślad. Opowieść o dzieciństwie mordercy, przekład Iwona Zimnicka, Czarne
- Christina Hesselholdt, Vivian, przekład Justyna Haber-Biały, W.A.B.
- Dorthe Nors, Lusterko, ramię, kierunkowskaz (finalistka Bookera 2017), przekład Elżbieta Frątczak-Nowotny, Czarna Owca
- Jonas T. Bengtsson, Życie Sus, przekład Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Poznańskie
- Peter Høeg, Efekt Susan, przekład Elżbieta Frątczak-Nowotny, Zysk i S-ka
- Karen Blixen, Pożegnanie z Afryką, Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich Przekład Józef Giebułtowicz, Jadwiga Piątkowska
- H.Ch. Andersen, seria „Andersen dla dorosłych”:
t.1 Książka z obrazkami bez obrazków, przekład Bogusława Sochańska, Driada
t.2. Piesza podróż, przekład Bogusława Sochańska, Driada
t.3. ZAPOWIEDŹ 2021 - Driada i inne opowieści , przekład Bogusława Sochańska, Driada
- H.Ch. Andersen Dzienniki 1825-1875. Wybór, przekład i opracowanie Bogusława Sochańska, Media Rodzina
- ZAPOWIEDŹ 2021 - Tove Ditlevsen, Ulice dzieciństwa, przekład Agata Lubowicka, Marpress
- ZAPOWIEDŹ 2021 - Peter Høeg, Nieprzystosowani, przekład Bogusława Sochańska, Driada
- ZAPOWIEDŹ 2021 - Adda Djørup, Punkt najmniejszego oporu, przekład Bogusława Sochańska, Biuro Literackie 
 
Kryminały:
- Katrine Engberg, Stróż krokodyla, przekład Elżbieta Frątczak-Nowotny, Zysk i S-ka
- Katrine Engberg, Szklane skrzydła motyla, przekład Elżbieta Frątczak-Nowotny, Zysk i S-ka
- Ane Riel, Żywica, przekład Joanna Cymbrykiewicz, Zysk i S-ka.
- Jussi Adler-Olsen, Kobieta w klatce, przekład Joanna Cymbrykiewicz, Sonia Draga
- Jussi Adler-Olsen, Zabójcy bażantów, przekład Joanna Cymbrykiewicz, Sonia Draga
- Jussi Adler-Olsen, Wybawienie, przekład Joanna Cymbrykiewicz, Sonia Draga
- Jussi Adler-Olsen, Kartoteka 64, przekład Joanna Cymbrykiewicz, Sonia Draga
- Jussi Adler-Olsen, Pogrzebany, przekład Joanna Cymbrykiewicz, Sonia Draga
- Jussi Adler-Olsen, Wisząca dziewczyna, przekład Joanna Cymbrykiewicz, Sonia Draga
- Jussi Adler-Olsen, Kobieta z blizną, przekład Joanna Cymbrykiewicz, Sonia Draga
- Elsebeth Egholm, Ukryte wady, przekład Magdalena Trocka, Sonia Draga
- Elsebeth Egholm, Udział własny, przekład Edyta Stępkowska, Sonia Draga
- Elsebeth Egholm, Szkody w ludziach, przekład Edyta Stępkowska, Sonia Draga
- Krause-Kjær Niels, Strefa mroku, przekład Joanna Cymbrykiewicz, Sonia Draga
 
Non-fiction:
- Anna Elisabeth Jessen, Czaszka z Katynia, przekład Bogusława Sochańska, Driada
- Svend Brinkmann, Poczuj grunt pod nogami. Jak uciec z pułapki samorozwoju, przekład Agata Lubowicka, Mando
- Svend Brinkmann, Jak być człowiekiem. Świat Zofii na miarę XXI wieku, przekład Agata Lubowicka, Justyna Haber-Biały, Mando
- Jens Høvsgaard, Szpiedzy, których przyniosło ocieplenie. Afera Nord Stream, przekład Franciszek Jaszuński, Zysk i S-ka
- ZAPOWIEDŹ 2021 - Jens Andersen, Astrid Lindgren – nowa biografia. Żyje się tylko dziś, przekład Włodzimierz K. Pessel, Sedno 
 
Poezja:
- Inger Christensen, alfabet, przekład Bogusława Sochańska (Nagroda Literacka GDYNIA 2019 w kategorii, przekład), Lokator
- Yahya Hassan, Yahya Hassan (Nominacja do Nagrody Europejski Poeta Wolności 2014), przekład Bogusława Sochańska, Słowo/obraz terytoria, Instytut Kultury Miejskiej Gdańsk
- Janina Katz, Powrót do jabłek (wybór wierszy), przekład Bogusława Sochańska, Biblioteka Śląska
- ZAPOWIEDŹ 2021 - Morten Nielsen, Wiersze, przekład Bogusława Sochańska, Biuro Literackie
- ZAPOWIEDŹ 2021 - Duńska poezja współczesna, wybór i przekład Bogusława Sochańska, Driada/uDkAnt 
 
Dla dzieci:
- H.Ch. Andersen, Miała jaja gospodyni, przekład Bogusława Sochańska, Ilustr. Joanna Jasińska-Koronkiewicz, Driada
- H.Ch. Andersen, Baśnie, przekład Bogusława Sochańska, Ilustr. Flemming P. Jeppesen, Media Rodzina
- H.Ch. Andersen, Córka króla moczarów i inne baśnie, przekład Bogusława Sochańska, ilustr. Aleksandra Kucharska-Cybuch, Media Rodzina
- H.Ch. Andersen, Dzikie łabędzie, przekład Bogusława Sochańska, Ilustr. Joanna Consejo, Tako
- Lene Kaaberbøl, seria Zaklinaczka, przekład Edyta Stępkowska, Młody Book 
 
Dla młodzieży:
- Nanna Foss, seria SPEKTRUM
t.1.: Leonidy
t.2: Geminidy
przekład Bogusława Sochańska, Driada 
- Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen, ilustr. Anna Błaszczyk Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności, przekład Bogusława Sochańska, Media Rodzina 
 
 
Źródło: wszystkie materiały od Business and Culture

środa, 16 grudnia 2020

Antologia „Fantastyczne opowieści wigilijne”

 
CONNIE WILLIS, MIROSŁAWA SĘDZIKOWSKA, JOE HALDEMAN, RUDY RUCKER, DAVID GERROLD, MAREK ORAMUS, ORSON SCOTT CARD, KRZYSZTOF KOCHAŃSKI, ROBERT REED, PIOTR GOCIEK, KRISTINE KATHRYN RUSCH, ŁUKASZ ORBITOWSKI, JANET KAGAN

Piotr Gociek, polski dziennikarz, publicysta i pisarz, mający słabość do literatury fantastycznej, z okazji Świąt Bożego Narodzenia 2020 zebrał trzynaście treścią nawiązujących do tego wydarzenia (może poza jednym) opowiadań polskich i zagranicznych autorów, w książce wydanej pod szyldem wydawnictwa Zysk i S-ka, zatytułowanej „Fantastyczne opowieści wigilijne”. Jak sama nazwa wskazuje, każdy z zaprezentowanych tutaj tekstów wpisuje się do literatury fantastycznej. Szeroko pojętej – od science fiction przez fantasy po horror. Książkę wydano w twardej oprawie, którą zilustrował Maciek Wolański, ze wstępem Piotra Gocieka i z opracowanymi przez niego notami przybliżającymi sylwetki wszystkich autorów goszczących w tej świątecznej publikacji.

Najpierw najlepsze. Dwa, według mnie, mistrzowskie opowiadania. Dwa różne podejścia do motywu Obcych. Connie Willis w swojej „Gazetce” przedstawia świąteczną inwazję „Obcych” z punktu widzenia wygadanej młodej kobiety nazwiskiem Nan Johnson, singielki bez wzajemności zakochanej w koledze z pracy, Garym. Kobiety, która nie ma najlepszego zdania o kondycji współczesnego świata. Jedni powiedzą, że jest cyniczna, a inni, że po prostu trzeźwo patrzy na rzeczywistość. Tak czy inaczej to barwna, charyzmatyczna osobowość. Postać, która, jak można się tego domyślić, stanie do nierównej walki z tajemniczymi najeźdźcami. W każdym razie ona i jej sympatia zaczynają podejrzewać, że takie filmy (i książki) jak „Inwazja porywaczy ciał”, czy „Władcy marionetek” powoli stają się rzeczywistością. To nie jedyne dzieła gatunku, które wspomina Willis. Bynajmniej. Pada ich całe mnóstwo, a niektóre z tych mniej czy bardziej znanych opowieści, można powiedzieć, bierze czynny udział w jej mrocznej, ale i nieszczędzącej trochę cierpkiego dowcipu, wizji, której gatunkowo najbliżej do horroru science fiction. Zaczyna się dosyć niewinnie – ludzie nagle robią się milsi, zdumiewająco uczynni. Ot, istny wysyp altruistów. To nie jest normalne, ale czyż nie byłoby wspaniale, gdyby taka (nie)normalność nastała? Willis pod płaszczykiem standardowej opowieści o inwazji jakichś zagadkowych organizmów, poddaje krytycznej analizie ludzkość. Analizuje tak zwane wysoko rozwinięte społeczeństwo. Konsumpcjonizm, egoizm, arogancja, materializm. Nan i Gary będą się musieli głęboko zastanowić nad tym, czy warto zatrzymywać fundamentalną zmianę, jaka właśnie się dokonuje.

„Aha, i jeszcze jedno. Dennis uważa się za Marsjanina”. Tak zaczyna się „Dziecko z Marsa”. Opowiadanie Davida Gerrolda, zdobywca między innymi nagrody Hugo i Locus Award, który później przekształcił się w powieść. Na motywach tej historii powstał film w reżyserii Menno Meyjesa, który swoją premierę miał w 2007 roku. Rzecz traktuje o pisarzu imieniem David, samotnym mężczyźnie, który marzy o adoptowaniu dziecka. Wybiera ośmioletniego Dennisa: nadpobudliwego, straumatyzowanego chłopca, który twierdzi, że pochodzi z Marsa. David wychodzi z założenia, że dziecko w ten sposób ucieka od strasznej rzeczywistości, ale jakiś czas po staniu się pełnoprawnym rodzicem Dennisa, mężczyzna zaczyna się zastanawiać. Co jeśli chłopiec naprawdę jest Marsjaninem? W końcu ma pewne zdolności... David zdążył zbudować z Dennisem mocną więź – bezgranicznie kocha tego chłopca i ma powody sądzić, że to uczucie jest odwzajemnione. Ale co jeśli Dennis nie wymyślił sobie tego, że pochodzi z innej planety? Czy został wysłany na Ziemię w jakimś konkretnym celu? Czy jest wrogo nastawiony do gatunku ludzkiego? I czy na Ziemi jest więcej takich dzieci? Mówiąc wprost: czy to pierwsza faza wrogiego przejęcia naszej planety przez Obcych? Najbardziej dramatyczne jest to, że David nigdy wcześniej nie zbudował z nikim tak silnej relacji, jak z tym kilkuletnim chłopcem. Nie było w jego życiu drugiej tak ważnej osoby. „Dziecko z Marsa” to diablo wzruszająca opowieść o niechcianych dzieciach, o małych istotach, które przeszły przez niewyobrażalną mękę zgotowaną im przez dorosłych, a gdy wreszcie znalazły kochający dom... Główny bohater opowiadania ma niebywale ciężki dylemat – zdradzić Dennisa, tym samym narażając się na śmieszność i co gorsza bezpowrotną utratę ukochanego syna, czy stłumić złe przeczucia, wyrzucić z głowy apokaliptyczne wizje i na powrót czerpać czystą radość z rodzicielstwa? Bez względu na to, jakiego wyboru David dokona, łzy z pewnością niejednemu odbiorcy tej literackiej perełki, z oczu popłyną.

Przechodzimy do tekstów w mojej ocenie jedynie (albo aż) dobrych. Na tyle zajmujących, by zasłużyć sobie na wyróżnianie, ale nie tak błyszczących, jak dwa powyższe diamenciki. „Pod choinką” pióra Krzysztofa Kochańskiego to opowieść o rodzinie, która jak co roku przygotowuje się do Świąt Bożego Narodzenia. W ich stronach boleśnie brakuje żywych choinek, a z jakiegoś powodu sztuczne uznaje się za ostateczność. Najbardziej zagadkowy jest jednak stosunek tutejszej ludności do Świętego Mikołaja. Nie wiedzieć czemu nikt nie chce, by ten brodaty darczyńca zawitał w jego progach. Nie wiedzieć czemu wszyscy się go boją. I wierzą, że schronienie przed nim zapewnia choinka. Świąteczna idylla w opowiadaniu Kochańskiego stosunkowo szybko zostaje wyparta przez niedookreślone zagrożenie. Wkracza jakaś zagadkowa groza – zagadkowa, bo w najdramatyczniejszych chwilach człowiek ciągle się zastanawia, dlaczego ma się obawiać Świętego Mikołaja? A ten niezrozumiały lęk czteroosobowej rodziny coraz bardziej się udziela...

„Pętla” Kristine Kathryn Rusch to bardzo sentymentalna, dość melancholijna opowieść o niejakiej Amelii, kobiecie, która jakiś czas temu przeżyła straszną stratę, którą w jakiś sposób próbuje sobie zrekompensować niezwykłymi podróżami. Podróżami w czasie i przestrzeni. Początkowo przenosi się jedynie do swoich własnych wspomnień, ale z czasem uświadamia sobie, że widzi scenki z życia, którego nie przeżyła. Słodko-gorzka opowieść podpinająca się pod doskonale znany fanom gatunku motyw podróży w czasie, który autorka wzbogaca innym też nierzadko wykorzystywanym w science fiction wątkiem. Czymś, co jeszcze bardziej wspomoże naszą bohaterkę w żałobie, niż możliwość ciągłego przeżywania najszczęśliwszych chwil z jej przeszłości. Z jej (nie)długiego życia.

Łukasz Orbitowski i jego widmowe psy. Opowiadanie pod tytułem „Wigilijne psy” przeprowadza nas przez burzliwe dzieje najpierw chłopca potem mężczyzny, który w okresie PRL-u był bestsellerowym powieściopisarzem. Został nim trochę przez przypadek, bo jego plany zawodowe były z gruntu inne. Ale bynajmniej nie utyskiwał na taki obrót spraw. Nie narzekał też na coroczne towarzystwo dwóch dużych psów przy wigilijnym stole. Zwierzęta spędzają u niego tę jedną noc od czasu tragicznej śmierci jego ojca, do której doszło, gdy nasz bohater był jeszcze dzieckiem. A może antybohater? Bo „szczęśliwy chwilowy posiadacz niezwykłych psów” w dorosłym życiu popełnia błąd za błędem. W każdym razie antypatia czytelnika do tego gościa prawdopodobnie będzie konsekwentnie wzrastać. Jest jeszcze zagadka tytułowych stworzeń. Przyjaźnie nastawionych istot, które z jakiegoś nieznanego powodu pojawiają się u naszego bohatera tylko w Wigilię. Czy mają jakieś ukryte zamiary? I skąd przychodzą? Bo nie wygląda na to, by przynależały do tego świata, by pewien sukcesywnie niszczący sobie życie pisarz miał do czynienia z najzwyklejszymi w świecie „czworonożnymi najlepszymi przyjaciółmi człowieka”. „Wigilijne psy” to horror zmieszany z dramatem, wychodzący od dość kreatywnej koncepcji (że Wigilia, bo że widmowe psy, to nie), która jednak dopiero pod koniec nabiera rozpędu.

„Mistrzowskie posunięcie dziadka do orzechów” Janet Kagan rozgrywa się na planecie Ucieszność. Planecie zamieszkałej przez niezwykłe stworzenia. Przodującym gatunkiem są pierzaste istoty rozumne, z którymi Ziemianie od jakiegoś czasu się integrują. Marianna Tedesco jest jedną z osób wysłanych na Ucieszność w tym właśnie celu. Etnografka, dyplomatka, która zdążyła już zżyć się z tutejszą społecznością. Teraz zamierza urządzić pierwszą w tych stronach Gwiazdkę, w nadziei, że ta ziemska tradycja przyjmie się też na Ucieszności. Ale niechcący kobieta zapoczątkowuje coś innego. Coś, co może doprowadzić do zagłady jej niezwykłych przyjaciół. Zniszczyć tę wspaniałą krainę, a przynajmniej doprowadzić do obfitego rozlewu krwi. „Mistrzowskie posunięcie dziadka do orzechów” to nie tylko opowieść fantasy osadzona w magicznym, innym uniwersum, ale także przypowieść polityczna, którą spokojnie można przełożyć na ziemskie realia.

A teraz garść średniaczków. Historii, które nie najgorzej mi się czytało, które działały na mnie nawet relaksująco, przy których spędziłam trochę przyjemnych chwil, ale bez większych podniet. Takie niezobowiązujące, lżejsze historyjki na urozmaicenie nudnych wieczorów po szczególnie ciężkich dniach. Jak to się mówi: na jeden raz. Od Mirosławy Sędzikowskiej dostajemy coś, co spokojnie można przeczytać dzieciom (ale tylko tym, które nie wierzą w Świętego Mikołaja) po wigilijnej kolacji. Jej „Wigilia” opowiada o pewnym czarodzieju, który na prośbę sąsiada, bez entuzjazmu wciela się w rolę Świętego Mikołaja. Wdziewa czerwony strój na użytek spragnionych jego towarzystwa dzieci sąsiada, który w przeciwieństwie do naszego czarodzieja uważa, że należy podtrzymywać w dzieciach wiarę w brodacza z workiem pełnym prezentów tak długo, jak się da. Prosta, niewyszukana opowieść, która ma nas wprowadzić w świąteczny nastrój. I chyba nic ponadto.

„Świetlisty anioł” Joego Haldemana to kolejna bajkowa opowieść, którą otwiera zaskakujące znalezisko pewnego wyznawcy chrislamu dokonane w jego własnej piwnicy. Człowiek ten znajduje oto stary magazyn „z wątpliwą moralnie treścią”. A konkretniej: magazyn z opowiadaniami science fiction. Który zamierza spieniężyć albo zamienić na coś, co mógłby sprezentować swoich dzieciom z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Można powiedzieć, że to taka świąteczna przypowiastka o ludziach różnych wyznań, różnych ras i przeróżnej (dotyczy to także planet) proweniencji, których pokrótce poznajemy w pewien dzień targowy. Przypowiastka bez jakiejś wyrazistej puenty i w sumie bez pomysłowych rozwiązań, ale chociaż szybko się czyta.

Rudy Rucker i jego „Święta w Louisville”. Osadzona w 2030 roku cyberpunkowa opowieść o uciekającej przed wymiarem sprawiedliwości Delli Taze. Młodej kobiecie, która obawia się, że jest poszukiwana w związku z zabójstwem dokonanym w dość niezwykłych okolicznościach. Kiedy ofiara akurat raczyła się pewnym narkotykiem działającym tak na umysł, jak na ciało. Dokonującym niepojętych odwracalnych zmian w ludzkiej anatomii. Della też chętnie sięga po ten narkotyk, ale teraz, naturalnie, przede wszystkim zaprząta ją ucieczka. Schronienie znajduje w rodzinnym domu w Louisville, u rodziców, których towarzystwa zdecydowanie sobie nie ceni. O których nie ma dobrego zdania. Ale ich raduje możliwość spędzenia tych świąt z dawno niewidzianą córką. Finał co poniektórych może zaskoczyć, ale nie wszystkich, bo Rucker zdradza dość, by znacząco wyprzedzić myślą rzeczony ruch autora (mimo wszystko nie opuszczała mnie nadzieja na gwałtowny skręt w stronę body horroru), a poza tym mamy sporo gadania o robotyce, trochę złośliwości Delli wymierzanych w nieodpowiedzialnych rodziców i oszczędnych opisów zbrodni, która wstrząsnęła jej małym światem.

„Opowieść wigilijna” Marka Oramusa to rzecz o paru sprzedawcach z placu targowego, którzy w przeddzień Bożego Narodzenia starają się zarobić trochę grosza, nawet wtedy, gdy większość handlowców dawno już rozeszła się do domów. W obliczu braku klientów w końcu i ci najbardziej wytrwali zwijają swoje kramiki, ale zanim wrócą do siebie, będą musieli jeszcze coś bardzo ważnego załatwić. „Opowieść wigilijna” Oramusa to opowieść w miarę poruszająca. Trochę niewygodnych dla mnie slangowych odzywek wprawdzie się pojawia, ale ogólnie to dość podtrzymująca na duchu, pełna nadziei historia o tym, jak dobro popłaca. I o pracy dla idei:)

„Najlepszy przyjaciel kobiety” autorstwa Roberta Reeda zaczyna się od przypadkowego spotkania kobiety o imieniu Mary z mężczyzną przedstawiającym się jako George. Mężczyzną, który zdradza jej, że właśnie uratował życie najprawdziwszemu aniołowi. A ten obiecał, że w zamian pokaże mu, jak wyglądałby świat, gdyby George się nie narodził. Mary zaprasza nieznajomego do swojego mieszkania, po czym niezwłocznie przystępuje do objaśniania mu pewnych zasadniczych kwestii. Mówi o życiu i śmierci w odniesieniu do jego, nie tak znowu niezwykłego jak się okazuje, acz nie najfortunniejszego, aktualnego położenia. Ot, egzystencjalna, filozoficzna opowiastka, odrobinę nawet zaskakująca, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że można było zrobić z tego coś więcej.

„Podróż trzech króli” Piotra Gocieka to swoista reinterpretacja biblijnej przypowieści o narodzinach Jezusa Chrystusa. A ściślej: nowe spojrzenie na znojną podróż Trzech Króli do Betlejem w celu przywitania Zbawiciela na tym smutnym padole. W wersji (fantasy) Gocieka tytułowe postacie są nie tylko królami, ale także magami, którzy zabłądzili w drodze do stajenki. Ale napotykają pewnego mężczyznę, który jak szybko się okazuje ma sporą wiedzę o tym wspaniałym przepowiadanym wydarzeniu, jakie niedawno dokonało się w Betlejem. Magowie muszą tylko przekonać go do wyjawienia niezbędnych dla nich informacji. Lekko zaskakujący zwrot akcji, dynamicznie rozwijająca się sytuacja, frapujące modyfikacje w od zarania dziejów znanych sylwetkach, ale co muszę zaznaczyć jakichś większym emocjonalnych zrywów podczas lektury tego dziełka nie zaznałam.

I na koniec Orson Scott Card i jego reinterpretacja biblijnej przypowieści o Trzech Królach, zatytułowana po prostu „Trzej królowie”. Jedyne opowiadanie w tym zbiorze, w które nawet w najmniejszym stopniu nie udało mi się zaangażować. Science fiction oferujące nawet większą niespodziankę niż Gociekowe eksperymentowanie z tym samym materiałem źródłowym. Wyjściowo podobną, ale Card poszedł o krok-dwa dalej. Problem w tym, że w przedstawionym przez tego drugiego uniwersum łatwo się pogubić. Niektóre składniki tego świata były dla mnie nie do końca zrozumiałe. Zwłaszcza natura pierwszoplanowych postaci. Cała ta geneza, którą Card w nader enigmatyczny sposób przedstawia już na początku, a potem niby obraz ów doprecyzowuje, ale ja tam nadal czułam się nieco zagubiona. Zupełnie jakbym czytała fragment jakiejś większej, nieznanej mi, całości. A może Card skorzystał w „Trzech królach” ze świata, który stworzył na użytek innego utworu, ewentualnie utworów? Może wraca tu na stare śmiecie i dlatego nie uznaje ze stosowne rozwodzić się nad szczegółami? Bo ufa, że czytelnikom to uniwersum jest już doskonale znane? Nie wiem. Mogę tylko powiedzieć, że z trudem przebrnęłam przez to opowiadanie.

Polecić chyba mogę. Ten wybór trzynastu opowiadań dokonany przez wielkiego miłośnika opowieści świątecznych, Piotra Gocieka. Polscy i zagraniczni autorzy spotykają się oto w jednym miejscu, między innymi po to, żeby wprowadzić nas w magiczny nastrój Świąt Bożego Narodzenia. Raz nas wzruszą, innymi razy rozbawią, a jeszcze kiedy indziej odrobinę zaniepokoją. Momentami może trochę zmęczą, rozdrażniają, zniecierpliwią, ale też pokażą niezwykłe, fikcyjne światy. I naszą (ale „odkształconą”) rzeczywistość: dobrze znany świat, w którym zaczną zachodzić niewiarygodne zjawiska. Normalnie raczej niespotykane. Takie w wielkim skrócie są „Fantastyczne opowieści wigilijne” - antologia opowiadań od wydawnictwa Zysk i S-ka dla fanów szeroko pojętej fantastyki i nie tylko.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


poniedziałek, 14 grudnia 2020

„Niedosyt” (2019)

 

Spodziewająca się dziecka Hunter Conrad nie musi pracować, bo jej mąż Richard zapewnia im obojgu dostatnie życie. Hunter nie musi uczestniczyć w towarzyskich dyskusjach, ponieważ nikogo nie obchodzi jej zdanie. Od Hunter oczekuje się jedynie tego, by dbała o potrzeby mężczyzny swojego życia i ładnie wyglądała. Kobieta uparcie wmawia sobie, że niczego jej nie brakuje, że jest zadowolona ze swojego życia, ale w głębi ducha wie, że nie jest szczęśliwa. Żyje w złotej klatce i nawet nie stara się z niej wydostać. Jej rutynę niespodziewanie zaczyna zakłócać przemożny apetyt na niewielkie niejadalne przedmioty, któremu Hunter z coraz większą ochotą się poddaje. I stara się utrzymać tę słabość w tajemnicy przed mężem.

Bardzo dobrze przyjęty przez krytykę pierwszy pełnometrażowy film fabularny Carlo Mirabelli-Davisa oparty na jego własnym scenariuszu, w głównej mierze zainspirowanym smutną historią jego babci. Amerykańsko-francuski niezależny thriller psychologiczny pt. „Niedosyt” aka „Łaknienie” (oryg. „Swallow”) uznaje się za film feministyczny, który na dodatek (oczywiście niezamierzenie) dotknął lęków szczególnie żywych w czasie pandemii COVID-19. Mirabella-Davis zdradził, że swego rodzaju prototypem głównej bohaterki „Niedosytu” była jego cierpiąca na nerwicę natręctw (objawiającą się między innymi obsesyjnym myciem rąk) babcia. Gospodyni domowa w latach 40-tych i 50-tych XX wieku, która na polecenie męża została umieszczona w zakładzie psychiatrycznym, gdzie poddawano ją terapii elektrowstrząsami, wdrożono terapię szokową i przeprowadzono lobotomię, na skutek czego straciła smak i węch. Filmowymi inspiracjami Mirabelli-Davisa były „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego, „Życie na fali” Nicholasa Raya, „Jeanne Dielman, Bulwar Handlowy, 1080 Bruksela” Chantal Akerman, „Kobieta pod presją” Johna Cassavetesa i „Schronienie” Todda Haynesa. Co nieco zaczerpnął też z twórczości Alfreda Hitchcocka, Douglasa Sirka i Dario Argento. Pierwszy pokaz filmu odbył się w kwietniu 2019 roku na Tribeca Film Festival, a w szerszy obieg został wpuszczony w pierwszym kwartale roku 2020.

Pica to zaburzenie psychicznie polegające na konsumowaniu niejadalnych przedmiotów. Taka przypadłość dotyka główną bohaterkę „Niedosytu” Carlo Mirabelli-Davisa, brzemienną gospodynię domową Hunter Conrad, w którą w obłędnym stylu wcieliła się Haley Bennett. Pozornie kobieta ma wszystko: przystojnego męża, który nie szczędzi jej drogich prezentów, ładny i przestronny dom w spokojnej, malowniczej okolicy oraz mnóstwo wolnego czasu, który może poświęcać swojej artystycznej pasji. Życie jak w bajce, chciałoby się rzec. Gdyby tylko Hunter miała większe pole do samostanowienia. Nie trzeba się zbytnio w jej sytuację zagłębiać, żeby powiązać Hunter z żonami ze Stepford. Do reszty oddana mężowi: pilnie dbająca o jego potrzeby, robiąca wszystko, co w jej mocy, by czuł się szczęśliwy. I obsesyjnie wręcz pilnująca czystości w domu. Poza tym przykłada dużą wagę do nawet najdrobniejszych detali wystroju wnętrz. Równie ważny jest dla niej ogród. I w tych kwestiach ma dużą swobodę – jej mąż Richard jedynie tutaj dał jej prawo decydowania. We wszystkich pozostałych obszarach życia to on podejmuje decyzje. Ona zwykle pyta go o zdanie przed wprowadzeniem jakiejś, w jej mniemaniu, większej zmiany w domu i ogrodzie, ale Richie nie odwzajemnia się tym samym. Hunter zresztą tego nie oczekuje. A przynajmniej nie świadomie, bo gdzieś w głębi ducha niewątpliwie tkwi w niej potrzeba uzyskania większej decyzyjności w sprawach bieżących. Reżyser i scenarzysta „Niedosytu” chciał, by widz patrząc na Hunter myślał o gospodyniach domowych z lat 50-tych XX wieku. Akcję osadzono w czasach współczesnych, ale w pierwszych etapach tego intensywnego widowiska ma nam towarzyszyć wrażenie „cofnięcia się w czasie”. A raczej swego rodzaju nałożenia starego na nowe. Mirabella-Davis historią Hunter przede wszystkim chciał dać nam do zrozumienia, że tak zwana rewolucja obyczajowa, jaka dokonała się potem, tak do końca nie wypleniła godzących w jednostkę paradygmatów, przodującego stylu życia z tamtych „zamierzchłych czasów”. Innymi słowy: na tym polu jest jeszcze sporo do zrobienia. Rewolucja obyczajowa musi trwać, choćby po to, by przekonać takie kobiety, jak Hunter, że nie urodziły się po to, żeby być swoistą „ozdobą” dla swoich życiowych partnerów. Ozdobą, ale i służbą, bo choć Richarda trudno odbierać jako despotę, ciemiężyciela, fizyczną przemocą wymuszającego posłuszeństwo na małżonce, to nie da się ukryć, że zyskał ogromną władzę nad kobietą, którą najprawdopodobniej szczerze kocha. Na swój sposób, ale wygląda na to, że kocha. Możliwe, że jest jednak tak krótkowzroczny, by sądzić, że do spełnienia Hunter wystarczy prowadzenie domu, regularne obdarowywanie jej ładnymi prezentami i częste wyrazy czułości (przytulanie, głaskanie, całowanie, namiętny seks). Richard nie zastanawia się nad tym, czy aby jego żona nie chciałaby rozwijać się zawodowo albo chociaż być pytana o zdanie w sprawach, którymi on się zajmuje, a które tak naprawdę dotyczą ich obojga. Wcześniej może i nie miał powodów do takich rozważań – nic, a w każdym razie nic, co mocno rzucałoby się w oczy, nie świadczyło o tym, że jest nieszczęśliwa – ale niedługo po tym jak Hunter zaszła w ciążę pojawiły się dość czytelne przesłanki, które łatwo odebrać, jako dręczącą tęsknotę za innym życiem. Zespół Pica, który dopada naszą bohaterkę łatwo interpretować jako wyraz buntu. Albo po prostu straszne następstwo długo tłumionej potrzeby decydowania o sobie. Rozpaczliwym krzykiem za wolnością. To jednak głos wołającego na puszczy, bo mężczyźni „mający nad Hunter władzę” - jej mąż i teść - albo pozostają ślepi na jej największe potrzeby, albo z premedytacją starają się przywrócić status quo, tj. wymusić na Hunter powrót, najlepiej z szerokim uśmiechem na ustach, do starego, tak wygodnego dla nich, układu. Ta rodzina przywykła do patriarchatu, Hunter więc staje się swoistą anomalią. Nieświadomie zaczyna burzyć utrwalony porządek – model życia wpływowego rodu, z którego wywodzi się Richard. Człowiek, którego też (tak jak Hunter) można uznać za niewolnika. Niewolnika wygórowanych oczekiwań niepodzielnego władcy tej dysfunkcyjnej rodzinki.

Klimat „Niedosytu” Carlo Mirabelli-Davisa jest płynny. W początkowej fazie filmowcy celują w stylistykę retro. Starają się też atmosferą – nie tylko konstrukcją czołowej postaci – przywołać lata 50-te XX wieku. Nie można tu mówić o maksymalnym upodabnianiu zdjęć do obrazów z tej epoki. To nie tyle przypomina film z tamtych czasów, ile nowe podejście, powiedzmy nowoczesne wydanie duszy, jaka się w nich zachowała. „Niedosyt” wpisuje się w tak zwaną nową falę kina grozy, a więc fabuła rozwija się nieśpiesznie, ze stosunkowo silną koncentracją na postaciach, uważam, z maksymalną dbałością o odpowiedni klimat (tożsamy z tekstem) i z minimalnym wykorzystaniem dosadniejszych efektów specjalnych. Chociaż z tą dosadnością to trochę przesadziłam, bo raczej trudno za takowe uznać (w każdym razie na pewno częstym odbiorcom krwawego kina grozy) krople krwi na języku Hunter i niewielką czerwoną plamę na prześcieradle podczas badania endoskopowego (ekspertką w tym temacie wprawdzie nie jestem, ale czy aby w tym przypadku bardziej od gastroskopii nie byłaby wskazana kolonoskopia?). Do tego niezbyt obfite wymioty, zaledwie odrobinka stolca i jeszcze trochę krwi na i w muszli klozetowej. Z jednej strony żałuję, że Carlo Mirabella-Davis nie popłynął na fali body horroru, że nie wkomponował w to wyrazistych, niepięknych elementów horroru cielesnego. W każdym razie agresywniejszych, bo muszę zaznaczyć, że niektórym widzom tyle wystarczyło, by uznać, że „Niedosyt” w ten prąd też się wpisuje. Ale przede wszystkim omawiany obraz jest odbierany jako dramat psychologiczny lub thriller psychologiczny. Opowieść o narastającym poczuciu izolacji, uwięzienia w nader pięknej scenerii. W „szklanym” domu, z którego notabene w każdej chwili można wyjść. Nikt nie trzyma naszej Hunter pod kluczem, nikt jej wiąże, ani nic w tym rodzaju. Gdy jej mąż jest w pracy, ona wcale nie musi siedzieć sama w tym przestronnym domu stojącym w odludnej okolicy, ale przycupniętym blisko dość ruchliwej szosy. Jak to się mówi może pójść gdzie tylko zechce. Ale Hunter nie czuje takiej potrzeby. No dobrze, zdarza się jej odwiedzić teściową, ale poza tym woli trzymać się domowych pieleszy. A przynajmniej wydaje jej się, że tego właśnie chce – przesiadywania przez cały dzień w swoim „słodkim domu”. Przystrojona w suknie w krzykliwych kolorach i w dopasowanym do nich makijażu, z wytęsknieniem czekając na swojego ukochanego, który zazwyczaj dopiero wieczorem kończy pracę. W międzyczasie Hunter sprząta, oddaje się swojemu artystycznemu hobby, zmienia wystrój tego czy innego pomieszczenia w domu i uprawia ogród. A od czasu do czasu coś tam przekąsi – to szklaną kulkę, to pinezkę, to baterię. Nic wykwintnego, takie tam szybkie przekąski... A teraz na poważnie, bo ton, w jakim utrzymano tę dość oryginalną opowieść bez wątpienia taki właśnie jest. Powiedziałabym nawet, że to całkiem ciężka, ponura, a nawet przeraźliwie zimna opowieść skąpana w poczuciu beznadziei. Wszystkie te pierwiastki będą stopniowo zanikać. W miarę wychodzenia naszej bohaterki z długiego letargu (od strony realizacyjnej proces ten jest tak subtelny, zachodzi z taką niezwykłą płynnością, że momenty przejścia od szarości w istny kalejdoskop żywych kolorów były dla mnie nieuchwytne). W Hunter dokonuje się coś w rodzaju transformacji – pokorna „kura domowa” powoli, acz konsekwentnie zamienia się w samodzielną, można powiedzieć odrębną jednostkę, która nie tylko wreszcie wie, czego chce od życia, ale także wydaje się być coraz bardziej zdecydowana, by o to zawalczyć. Ale ta druga siła, ta wciąż żyjąca w niej pokusa trwania przy swoim „księciu na białym koniu”, który zapewnia jej dostatnie życie, ciągle w niej tkwi. Co istotniejsze Hunter wciąż kocha swojego męża i ma powody sądzić, że jego miłość też nie osłabła. Nie jakoś znacząco. Portret pierwszoplanowej postaci nie jest co prawda zbyt szeroki – to znaczy nie dostajemy szczególnie dużo informacji na jej temat. Mirabella-Davis dokonał tutaj tego, co można by nazwać zbudowaniem „czegoś z prawie niczego”. Widziałam w tej nader frapującej postaci głębię, widziałam ogromną staranność w wykonaniu (tak „na papierze”, jak w kreacji aktorskiej), choć zasadniczo dużo na jej temat nie powiedziano. Trochę faktów z jej przeszłości, parę cech i obrazów z jej monotonnej, szarej codzienności. I niebezpieczny apetyt. Apetyt, który może zabić nie tylko ją, ale i małą istotę, którą od niedawna nosi pod sercem. W ten prosty sposób Mirabella-Davis dodaje dramatyzmu i tak już dramatycznej sytuacji kobiety, której zażarcie kibicowałam na tej nadzwyczaj wyboistej drodze ku wolności. Obawa o jej życie towarzyszyła mi praktycznie bez przerwy, z coraz większym napięciem śledziłam postępowanie strasznej choroby, która dosłownie na moim oczach, ni z tego, ni z owego, ją dopadła oraz jednoczesne wychodzenie ze skorupy. Można powiedzieć otwieranie się na inne, pełniejsze życie. Czy bardziej dla niej satysfakcjonujące, to być może się okaże. Jeśli tylko Hunter znajdzie w sobie odwagę by odciąć się od męża, by zerwać ten toksyczny związek, ale i pokonać chorobę, która, jak można odczytać ze scenariusza (tkwi to gdzieś między słowami), wynikła „z niezdrowego życia”, jakie toczyła u boku Richarda. W skrócie, w uproszczeniu rzecz ujmując. Nasza Hunter trochę co prawda przypomina Rosemary Woodhouse (zwłaszcza w pierwszych partiach filmu), ale nie aż tak, żeby zakładać, że to istota, którą nosi w sobie zmusza ją do połykania niejadalnych przedmiotów.

Jeśli filmy feministyczne to takie. Takie jak amerykańsko-francuski „Niedosyt”, pierwsze pełnometrażowe fabularne dokonanie Carlo Mirabelli-Davisa. Nie ukrywam, że przydałoby się rzecz trochę bardziej rozwinąć (dodać jakiś wątek albo po prostu rozbudować któryś z istniejących, najlepiej tak, żeby rozszerzało to portrety osób z najbliższego otoczenia głównej bohaterki), ale ogólnie jestem za. Za tą oprawą audiowizualną, za tą niedynamiczną, skupioną na szczegółach, intymną narracją, za tym klaustrofobicznym, posępnym, dość chłodnym klimatem, a nawet za tym niepostrzeżenie wkradającym się wraz z rozwojem fabuły, ciepłem, za tymi żywszymi barwami. Z przygaszonej, szarawej kolorystyki, która tutaj ma kojarzyć się z latami 50-tymi XX wieku, w, że tak się wyrażę, nowoczesną jaskrawość i ostrość. O tyle o ile, bo plastikowa atmosfera, na szczęście dla mnie, tego spektaklu ani na moment nie opanowała. Tego pomysłowego, całkiem emocjonującego thrillera psychologicznego (odbieranego też jako dramat) o autodestrukcyjnych zapędach dyktowanych przez chorobę, ale i wychodzeniu z tak zwanej złotej klatki, a wraz z tym odkrywaniu siebie. Prawdziwej, a nie takiej, jaką stworzyło się, żeby dogodzić innym.