Dwudziestodwuletni
student medycyny Teodoro 'Teo' Avelar Guimaraes nigdy nie miał
przyjaciół, ale też nigdy o nich nie zabiegał. Na ludzi zawsze
patrzył z góry, ale też starał się nie pokazywać im co naprawdę
o nich myśli. Teo mieszka z niepełnosprawną matką, a czas dzieli
między opiekę nad nią i naukę. Do czasu spotkania z
dwudziestoczteroletnią Clarice Manhaes chłopak był przekonany, że
nie jest zdolny do miłości, a teraz okazuje się, że nie potrafi
żyć bez kobiety, której praktycznie nie zna. Kiedy Clarice odrzuca
jego zaloty, Teo traci nad sobą kontrolę i ogłusza kobietę.
Następnie przetransportowuje ją do swojego mieszkania, w nadziei,
że Clarice szybko zrozumie, że są sobie pisani. Teo zamierza
zrobić wszystko, by ją w sobie rozkochać. Chce jej pokazać, jak
bardzo mu na niej zależy i liczy, że Clarice też się do niego
przywiąże. Potrzebuje jednak czasu, Teo to rozumie. Daje jej więc
mnóstwo czasu w swoim towarzystwie. I nie ma znaczenia, że ona nie
chce być przy nim. Teo jest przekonany, że ostatecznie będzie mu
wdzięczna za to, że stworzył szansę dla ich związku.
„Teo
rozumiał, że cierpiała, ale ani przez chwilę nie żałował tego,
co zrobił. W ostatecznym rozrachunku wszystko to uczynił dla jej
dobra.” Te dwa zdania wiele mówią o młodzieńcu wykreowanym
przez Raphaela Montesa na potrzeby „Dziewczyny w walizce”. O
młodym mężczyźnie w drastyczny sposób zabiegającym o względy
ukochanej kobiety. Teo co prawda zdaje sobie sprawę z konsekwencji,
jakie mu grożą, ale jednocześnie jest przekonany, że działa w
dobrej wierze. W dobrej wierze zniewolił kobietę, w dobrej wierze
ją krępował, kneblował, szprycował środkiem nasennym,
nieprzytomną upychał w walizce, w dobrej wierze dotkliwie ją
karał... Tak, tak, wszystko to dla jej dobra. Tak się chłopak
poświęcił dla drugiego człowieka! Absurdalny sposób myślenia
Tea w moich oczach stanowi największy walor tej opowieści. Nie
powiem, że ta postać mnie zaskoczyła, bo w „Sekretnej kolacji”
spotkałam już paru niebezpiecznych zwyrodnialców skrojonych na
podobną modłę. Tyle że bardziej... sympatycznych. Wiem jak to
brzmi. Tak, nie jest to przyjemne doznanie, może nawet szokujące,
ale kto powiedział, że Raphael Montes chce by jego czytelnicy czuli
się w pełni komfortowo? Nie, nie, ten Brazylijczyk urodził się po
to, by Was dręczyć... A przynajmniej tak może się wydawać po
lekturze „Sekretnej kolacji”. Niekoniecznie jednak po
„Dziewczynie w walizce”. Kolejnej opowieści o obsesyjnej
miłości. Kolejnej historii o mocno zaburzonej jednostce, gotowej
zrobić absolutnie wszystko w imię stworzenia nierozerwalnego
związku z obiektem swoich westchnień. Kolejnej opowieści o
zniewoleniu kobiety przez mężczyznę, który nie chce jej
krzywdzić. Co to to nie. On tylko chce by była szczęśliwa. Z nim,
bo i bez niego jej życie nigdy nie będzie pełne. Tylko on, Teo
Avelar Guimaraes, może zapewnić Clarice Manhaes taki żywot, na
jaki ta wspaniała kobieta zasługuje. Clarice, jak można się tego
spodziewać stopniowo, przynajmniej pozornie, będzie zmieniać
nastawienie do swojego porywacza. To rodzi dwie możliwości: syndrom
sztokholmski albo gra obliczona na uśpienie czujności wroga.
Niestety autor nie zdecydował się na powolne, szczegółowe
przeprowadzanie nas przez kolejne fazy tej niecodziennej relacji.
Niby thriller psychologiczny, a psychologii w tym doprawdy niewiele.
Od czego jak od czego, ale od takiej historii oczekiwałabym
większego skupienia na przynajmniej czołowych postaciach. Tea autor
zaszczycił większą uwagą: jego osobowość wykreślił staranniej
od charakteru Clarice i naturalnie dał mi większy wgląd w jego
przemyślenia, bo i w sumie inaczej nie mógł postąpić chcąc
utrzymać w tajemnicy motywację ofiary niezrównoważonego
młodzieńca. Ale choć udało się wykrzesać ze mnie
zainteresowanie tym chorobliwym przypadkiem, to summa summarum
pozostał ogromny niedosyt. Clarice natomiast była dla mnie niczym
otwarta księga. Nie musiałam zastanawiać się nad tym, czy dopadł
ją syndrom sztokholmski, czy zwyczajnie gra na użytek swojego
oprawcy. Zaskoczeniem był dla mnie jedynie finał tej opowieści.
Niezbyt dużym, ale w przeciwieństwie do prawie wszystkich wydarzeń,
które go poprzedzają, ten pomysł wybija się ponad przeciętność.
Poza transportowaniem nieprzytomnej kobiety w walizce – nie mogę
przyrzec, że przed Raphaelem Montesem nikt się takiego tematu nie
podjął, mogę jedynie stwierdzić, że nie przypominam sobie ani
utworu literackiego, ani filmu, który wykorzystywałby taki motyw.
Zwłoki, zwłaszcza poćwiartowane, a i owszem, ale żywa istota?
Nie, nie pamiętam fikcyjnego psychola, który upchałby żywą
kobietę w walizce... A ja liczyłam, że Clarice będzie martwa, że
Montes i tutaj wejdzie w obszar horroru ekstremalnego, że znowu
zostanę skonfrontowana z wynaturzeniem, które, jak to mówią,
normalnemu człowiekowi w głowie się nie mieści. Bezpardonową,
obrzydliwą, okrutną, obrazoburczą opowieścią o człowieku
zakochanym w trupie... Cóż, moja wyobraźnia chyba zanadto się
rozbrykała. I pewnie w jakimś stopniu to wpłynęło na mój odbiór
„Dziewczyny w walizce”. Wygórowane wymagania, fałszywa wizja,
jaką stworzyłam sobie w głowie na długo przed lekturą tej
publikacji: tak, to nie mogło być bez znaczenia. Ale też nie mam
wątpliwości, że nie to przesądziło. Decydujące znaczenie miał
sposób snucia tej schematycznej opowieści. Gdyby Raphael Montes nie
spisał jej tak rażąco ogólnikowo, gdyby znacznie rozbudował
psychologiczną warstwę tego utworu, gdyby bardziej skoncentrował
się na postaciach, to w nieporównanie lepszym tonie bym się o
„Dziewczynie w walizce” wyrażała. Na oryginalności generalnie
mi nie zależy, ale jeśli owe utarte ścieżki wykreśla się w tak
mało emocjonujący, pobieżny sposób, to już z mniejszą ochotą
nimi podążam. W takiej formie nawet element, którego najczęściej
za wadliwy nie uznaję, staje się niemałym uniedogodnieniem. Bo
osobiście wolałabym, żeby staranniej, w bardziej wyczerpujący i
emocjonujący sposób fabułę „Dziewczyny w walizce” prowadzono.
Za szybko, ale na pewno nie za mocno. Powiedziałabym, że jak na
autora późniejszej „Sekretnej kolacji” bardzo delikatnie.