Stronki na blogu

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Wyniki świątecznego konkursu

Konkurs świąteczny dobiegł końca. Poniżej prezentuję wszystkie warianty odpowiedzi, które akceptowałam (zdrobnienia imion również były akceptowane).
Odpowiedzi:
1. Michael Myers
2. Hannibal Lecter
3. Ben Willis/Fisherman (Rybak)
4. John Kramer/Jigsaw
5. Daniel Rabitaille/Candyman
6. Charles Lee Ray/Laleczka Chucky/Dusiciel z Lakeshore
7. Freddy Krueger
8. Victor Crowley
9. Jason Voorhees
10. Ghostface
11. Jerry Blake/Ojczym
12. Angela (Peter) Baker
13. Patrick Bateman
14. Babyface
15. Dr. Alan Feinstone
16. John Doe
17. Leatherface/Bubba Sawyer/Thomas Brown Hewitt
18. Matt Cordell/Maniac Cop (Maniakalny glina)
19.
Norman Bates
20. Elliot Spencer/Pinhead
Zagadka, wbrew pozorom, okazała się całkiem łatwa. Z 50 zgłoszeń wyłoniłam, aż 36 komplety odpowiedzi, z których z kolei wylosowałam zwycięzców konkursu.
Zwycięzcy:
Zestaw nr. 1 – Czterołapka z Sunsilka (http://lapka-sunsilk.blogspot.com/)
Zestaw nr. 2 – Izabela Wiszniewska
Zestaw nr. 3 – Dawid Antczak
Zestaw nr. 4 – Artur Borowicz

Gratuluję zwycięzcom i bardzo dziękuję wszystkim biorącym udział w konkursie za wspólną zabawę!

Sponsorzy nagród:




sobota, 15 grudnia 2012

Michael Robotham „Groza”

Profesor psychologii Joseph O’Loughlin, zostaje poproszony przez policję o pomoc w sprawie kobiety, stojącej nago na barierce mostu z telefonem komórkowym przy uchu. Pragnąc powstrzymać potencjalną samobójczynię przed skokiem Joe bez zastanowienia rusza na miejsce zdarzenia. Jednakże kobieta ani myśli zrezygnować ze swego zamiaru – nie biorąc pod uwagę rozpaczliwych próśb profesora, skacze. Wkrótce Josepha odwiedza jej nastoletnia córka i przekonuje go, że matka nie była typem samobójczyni. Współpracując z policją Joe natrafia na kolejne dowody osoby trzeciej – psychopaty, który tylko słowami, za pośrednictwem telefonu komórkowego zmusił swoją ofiarę do skoku z mostu. Niedługo potem bierze na celownik kolejne niewinne kobiety.
Czwarty thriller Michaela Robothama, w którym pojawiają się bohaterowie znani jego czytelnikom z poprzednich książek. Zarówno literatura, jak i kinematografia, traktujące o seryjnych mordercach cieszą się niesłabnącą popularność wśród poszukiwaczy odrobiny kontrolowanej adrenaliny. Proza Robothama zdaje się być przeznaczona właśnie dla takich osób. Prosty styl – krótkie, treściwe zdania z oszczędnymi opisami miejsc i zdarzeń, ale za to z dogłębną charakterystyką wewnętrzną zarówno mordercy, jak i protagonistów w tym gatunku literackim są nieodzowne i autor doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Największą siłą „Grozy” jest, więc znakomite studium psychologiczne poszczególnych postaci, a w szczególności zabójcy oraz jego niecodzienne modus operandi.
„Przychodzi taka chwila, kiedy znika wszelka nadzieja, nie ma już, ani dumy, ani wiary, ani żadnych oczekiwań czy pragnień. Ta chwila należy do mnie. Jest moja. Wtedy właśnie słyszę ten odgłos; odgłos miażdżonego umysłu.”
W jaki sposób można całkowicie podporządkować sobie kobietę? To proste: jeśli jest dobrą matką należy zagrozić jej dziecku. Morderca wykreowany przez Robothama dobrze o tym wie. Jest tak znakomitym znawcą ludzkiej natury, że bez większych problemów może kontrolować upatrzone przez siebie ofiary nawet ich nie dotykając, nawet na nie nie patrząc. Wystarczy mu rozmowa telefoniczna, w trakcie której przekona przerażone kobiety, że porwał ich dzieci, a w następnej kolejności opisze, co z nimi zrobi, jeśli matki nie będą mu posłuszne. Przez większą część powieści nasz sprawca unika bezpośrednich konfrontacji ze swoimi ofiarami – on je tylko namawia do popełnienia samobójstwa, co wedle jego słów ocali ich dzieci. Innowacyjność modus operandi sprawcy jest tak bardzo intrygująca, że siłą rzeczy całkowicie zatapia czytelnika w lekturze, trzymając go w nieustannym napięciu, ani przez chwilę nie pozwalając na nudę. Tymczasem „druga strona medalu”, Joseph O’Loughlin, który przypadkiem wplątuje się w tę przerażającą sprawę, stara się za pomocą znajomości ludzkiej natury odnaleźć sprawcę, tym samym powstrzymując go przed zamordowaniem kolejnych kobiet. Czytelnik będzie miał okazję poznać również jego życie rodzinne u boku pięknej żony i dwóch córek, które z biegiem czasu również zacznie mocno się komplikować. O dziwo, owe wstawki obyczajowe, są doskonałą odskocznią od właściwej, mrożącej krew w żyłach fabuły – na tyle krótkie, żeby nie nużyć, ale równocześnie tak sprawnie napisane, aby kilkoma wydarzeniami przyciągnąć uwagę odbiorcy.
Nie znalazłam żadnych mankamentów tej powieści, choć bardzo się starałam. Dla mnie "Groza" była swego rodzaju trzymającym w napięciu studium psychologicznym, podczas którego nieustannie serwowano mi jakieś wydarzenie, od którego nie sposób było się oderwać. Bohaterowie, modus operandi zabójcy oraz intrygująca mieszanka porażającego thrillera z obyczajówką zdobyły moje serce na tyle, abym z niecierpliwością wyczekiwała swojego kolejnego spotkania z prozą Michaela Robothama. Namawiam do tego samego – jeśli gustujecie w literaturze, traktującej o inteligentnych seryjnych mordercach „Groza” jest pozycją właśnie dla was. Z pewnością nie pozwoli wam na choćby chwilę wytchnienia, wciągając w fabułę, jak mało która tego rodzaju książka.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 14 grudnia 2012

„Siedem” (1995)

Detektywi, William Somerset i David Mills, prowadzą sprawę serii okrutnych morderstw. Przy każdej ofierze znajdują napis z jednym z siedmiu grzechów głównych. W dodatku każda z ofiar ginie w taki sposób, w jaki według mordercy, grzeszy. Detektywi starają się odnaleźć psychopatę i tym samym ocalić życie kolejnych ludzi.
Jeden z najlepszych (jeśli nie najlepszy) thrillerów, traktujących o seryjnym mordercy w historii kina. Obsypany licznymi nagrodami oraz nominowany do Oscara w kategorii „najlepszy montaż”. David Fincher stworzył coś, co nawet teraz, kilkanaście lat po premierze, jest szeroko komentowane w kręgach wielbicieli szeroko pojętej grozy. Fabuła, na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ot, mamy śledztwo tropem seryjnego mordercy, który z sobie tylko znanych powodów, postanowił ukarać grzeszników, bezwstydnie kalających świat swoimi przywarami. Ale owa konwencjonalność na dłuższą metę okazuje się zwodnicza. Rozbierając „Siedem” na czynniki pierwsze każdy, nawet najmniej doświadczony widz, zauważy innowacyjność tego obrazu. Oczywiście na największą uwagę zasługuje modus operandi sprawcy – jego ofiary giną w dokładnie taki sposób, w jaki żyją. Tak więc dla przykładu, mamy otyłego mężczyznę, zmuszonego przez psychopatę do nieustannej, w efekcie zabójczej konsumpcji. Z licznych ofiar na uwagę zasługuje jeszcze „lenistwo”, czyli mężczyzna przywiązany na długi czas do łóżka, w którym bez pożywienia i ruchu powoli zamienia się w kościotrupa. Zarówno takie przerażające, jak i te bardziej beztroskie wydarzenia (jak na przykład kolacja u Millsa) spowija mroczny klimat grozy – ponura kolorystka obrazu, znakomita ścieżka dźwiękowa oraz wszechobecna aura ludzkiego zepsucia, składają się na niepowtarzalną, chwilami wręcz nieznośnie trzymającą w napięciu atmosferę zdefiniowanego zagrożenia.
Protagoniści, detektywi Somerset i Mills, w tych rolach kolejno znakomici, Morgan Freeman i Brad Pitt, to swego rodzaju Jing i Jang – tak różni od siebie, ale równocześnie doskonale się uzupełniający. „Stary wyjadacz” wydziału zabójstw, William Somerset, jest trzymającym się przepisów, racjonalnym, wykształconym stoikiem, który prawie nigdy nie dopuszcza emocji do swojej pracy. Jego przeciwieństwo, David Mills, jest młodym, porywczym idealistą, który całym sercem wierzy, że może choć trochę zmienić świat, łapiąc psychopatów, do których pała tak wielką nienawiścią, iż jest gotów naginać przepisy, aby tylko ich schwytać. Ważną postacią jest też żona Millsa, Tracy, wykreowana przez jedną z najbardziej znienawidzonych przeze mnie aktorek, Gwyneth Paltrow, której znakiem rozpoznawczym jest obrazowanie całej gamy uczuć dosłownie jedną, mocno melancholijną miną. Tracy próbuje dostosować się do nowego miejsca – hucznego, pełnego niebezpieczeństw miasta. Przez cały seans nie odgrywa większej roli, aczkolwiek we wstrząsającym finale stanie się jedną z najważniejszych postaci dramatyzmu sytuacyjnego. No właśnie, zakończenie wielu widzom z pewnością dostarczy sporej dawki informacji do przemyślenia – mam na myśli motywy sprawcy, które choć szalone po głębszym zastanowieniu posiadają swoją okrutną logikę. A niektóre teorie mordercy, na temat ludzkiej egzystencji, okazują się aż nazbyt trafne. Następnie, będziemy świadkami porażającego finału krwawego procederu psychopaty, który szczerze mówiąc jest jednym z najlepszych epilogów filmowych, jaki dane mi było w życiu zobaczyć. Okrutny w swej wymowie, zapadający w pamięć i na długi czas dający do myślenia
Nie przedłużając „Siedem” jest absolutnym arcydziełem gatunku. Wstrząsa klimatem, okrutnymi mordami, problematyką, zakończeniem oraz samą sylwetką zabójcy, która szturmem wdarła się do panteonu najbardziej rozpoznawalnych czarnych charakterów w historii kina. David Fincher nagrał jeden z kamieni milowych światowej kinematografii, obraz który każdy powinien znać, nawet osoby niegustujące w tego rodzaju psychologiczno-policyjnych thrillerach, wszak wszystkie pochwalne peany widzów, skierowane w stronę tego obrazu są jak najbardziej prawdziwe.

czwartek, 13 grudnia 2012

Głosowanie – strony internetowe

Z uwagi na niepowodzenie głosowania na ulubionych protagonistów horrorów spróbujmy z innej strony. Proszę w komentarzach lub mailowo (buffy1977@wp.pl) wklejać linki swoich dwóch ulubionych polskojęzycznych stron/blogów poświęconych szeroko pojętej grozie. Jeśli ktoś jest autorem takiej witryny to oczywiście "nieskromnie" może wkleić link do niej, ale adresu mojego bloga proszę nie podawać. Jak zwykle czas nieokreślony – kiedy spłynie odpowiednia ilość głosów na blogu pojawi się zestawienie krótko charakteryzujące podane przez Was stronki. Zapraszam wszystkich do wspólnej zabawy i z góry dziękuję za oddane głosy!

środa, 12 grudnia 2012

„Wicked Little Things” (2006)

Po śmierci męża, Karen Tunny przeprowadza się wraz z dwiema córkami do jego rodzinnej posiadłości. Stare domostwo, stojące w środku lasu i przerażające legendy, krążące po okolicy na temat starej kopalni i dzieci, które w niej zginęły, bynajmniej nie nastrajają Karen pozytywnie do nowego życia na odludziu. Wkrótce jej młodsza córka zaczyna spotykać się z jakoby wymyśloną przyjaciółką Mary, a w okolicy dochodzi do kilku krwawych procederów.
Po horror J.S. Cardone’a sięgnęłam z dwóch powodów: to obraz klasy B, które to bardzo lubię, a w dodatku z serii „wyjechali na kompletne odludzie”, motyw stary, jak świat, który z jakiegoś powodu jeszcze mi się nie przejadł. Początek konwencjonalny, aż do bólu. Karen wraz z dwiema córkami, nastoletnią Sarah i małą Emmą, znajdują się w samochodzie, podążającym wyludnioną szosą, gdzieś w otoczeniu gęstych lasów. Starsza córeczka bynajmniej nie jest zachwycona wyjazdem (tutaj na uwagę zasługują jej humorystyczne dialogi, mające być wyrazem buntu), natomiast młodsza zdaje się z niecierpliwością wyczekiwać końca podróży. Zatrzymują się w małym, prowincjonalnym sklepie, w którym (jakże by inaczej) spotykają sprzedawcę, który nie jest zachwycony ich przeprowadzką do akurat tego konkretnego domostwa. Gdy wreszcie docierają na miejsce ich oczom jawi się wielki, stary dom, pełen kurzu, szczurów i pajęczyn, w dodatku z wadliwą instalacją elektryczną i wodociągową. Tutaj na szczególną uwagę zasługują ich wędrówki po zniszczonych pomieszczeniach domostwa – twórcom udało się wybudować całkiem przyzwoicie trzymający w napięciu klimat grozy. Od tej chwili każda noc Tunnych w nowym miejscu będzie utrzymana w bardzo ciemnej kolorystyce, co oczywiście przyczyni się do potęgowania atmosfery, aczkolwiek widzów, poszukujących, dosłowności może nieco zirytować, wszak w kilku momentach (mowa tutaj szczególnie o konsumpcji surowego mięsa przez antagonistów) naprawdę ciężko jest dopatrzyć się jakiś porażających szczegółów.
Konwencja slashera w drugiej połowie filmu zostanie całkowicie przyćmiona nurtem zombie movies i raczej nietrudno się domyślić, jakiego rodzaju żywe trupy będą zagrażać życiu naszych protagonistek (już w prologu mocno nam to zasugerowano). Minimalistyczna charakterystyka zombie bardzo przypadła mi do gustu – blade twarze, czarne oczy (lub puste oczodoły, ciężko to stwierdzić przez wzgląd na skąpe oświetlenie scen nocnych) i zakrwawione usta, bez przesady, bez efekciarstwa, czyli akurat to, co w horrorze lubię najbardziej. Jako, ze „Wicked Little Things” jest typową niskobudżetówką, niewnoszącą do gatunku absolutnie niczego nowego, ale mającą szansę zainteresować gustujących w schematyczności widzów, nie obyło się również bez kilku logistycznych potknięć. Najbardziej razi scena z samochodem czwórki nastolatków. Podczas, gdy chłopak stara się wypchnąć zakopany w błocie wóz, dziewczyna dodaje gazu. Z chwilą pojawienia się żywego trupa, który po dachu samochodu skrada się w kierunku chłopaka, dziewczyny siedzące na przodzie zaczynają wrzeszczeć, aby ostrzec go przed grożącym mu niebezpieczeństwem. Jednak ich piski zagłusza silnik wozu – a wystarczyło zdjąć nogę z gazu i tym samym być może uratować kolegę… Takich potknięć jest więcej, ale jedynie ten konkretny moment wywołał u mnie silne uczucie konsternacji.
Odtwórczyni roli Karen, Lori Heuring oraz Sarah, Scout Taylor-Compton („Amerykańska zbrodnia”, „Halloween 1-2”, „Prima aprilis”), za którą nie przepadam, spisały się średnio. Zanadto nie raziły swoim brakiem większej profesjonalności aktorskiej, aczkolwiek nie zdołały w pełni przekonać mnie do swoich postaci. Za to mała wyjadaczka filmów grozy, Chloe Grace Moretz („Amityville”, „Room 6”, „Oko”, „Pozwól mi wejść”, „Mroczne cienie”), której karierze pilnie się przyglądam, jak zwykle zdobyła moje pełne uznanie.
„Wicked Little Things” to typowy, niewymagający myślenia horrorek przeznaczony dla ludzi, których absolutnie nie razi konwencjonalność fabularna, skąpe oświetlenie oraz brak większej logiki sytuacyjnej. Jak na jeden raz chyba w sam raz:) Nie nudzi (przynajmniej mnie), a to już coś w przypadku współczesnych filmów grozy.

wtorek, 11 grudnia 2012

„Dziewczyna z sąsiedztwa” (2007)

Recenzja na życzenie
Nastoletnia Meg Loughlin wraz ze swoją młodszą siostrą Susan po śmierci rodziców w wypadku samochodowym, wprowadzają się do domu swojej ciotki Ruth Chandler, na przedmieściach. Meg zaprzyjaźnia się z mieszkającym w sąsiedztwie Davidem, ale nie może porozumieć się z trzema swymi kuzynami i ciotką. Wkrótce nowa rodzina zgotuje jej prawdziwe piekło.
Ekranizacja opartej na faktach, kontrowersyjnej książki Jacka Ketchuma pod tym samym tytułem. Mając do dyspozycji niski budżet na krześle reżyserskim zasiadł Gregory Wilson. Początek seansu, podobnie jak powieść, wprowadza pewnego rodzaju kontrast do późniejszych wydarzeń. Obserwujemy skąpane w pastelowych kolorach, słoneczne przedmieścia pełne rozbawionych dzieciaków. Ta familijność będzie zakłócana stopniowo – a to historią Ruth o skąpo odzianych tancerkach, skierowaną do młodych chłopców, a to awanturami z Meg (na temat larw) i Susan (przy zbieraniu prania), a to rozpaczliwymi wynurzeniami nastolatki, która uparcie twierdzi, że ciotka jej nie lubi, a nawet głodzi. Te drobne sygnały mają być preludium do koszmarnych wydarzeń, które rozegrają się w obskurnej piwnicy Chandlerów, w której dorosła kobieta bez najmniejszych skrupułów przez długi czas będzie torturowała niewinną dziewczynę, wciągając w to zarówno swoich synów, jak i dzieciaki z sąsiedztwa.
Wilson zdecydował się odrobinę ułagodzić wersję Ketchuma (dla przykładu, nie zobaczymy tutaj kąpieli we wrzątku, czy konsumpcji zwierzęcego kału), ale pod kątem fabularnym filmowa wersja trzyma się dosyć wiernie swojego literackiego pierwowzoru – nawet niektóre dialogi są identyczne. Wydawać by się mogło, że w obrazie, w którym głównym wątkiem są nieludzkie tortury na nastoletniej dziewczynie twórcy zdecydują się na spory rozlew krwi. Nic bardziej mylnego. Choć wielu widzów uparcie twierdzi, że „Dziewczyna z sąsiedztwa” wręcz ocieka posoką to zapewne ulegli oni swego rodzaju sile sugestii – podobny fenomen miał miejsce po premierze kultowej „Psychozy”, kiedy to widzowie byli przekonani, że widzieli nóż zagłębiający się w ciele Marion, w trakcie legendarnej sceny pod prysznicem. „Dziewczyna z sąsiedztwa” jest thrillerem, a nie obrazem z nurtu torture porn, a więc najbardziej zwyrodniałe momenty rozgrywają się poza kadrem. Wilson, podobnie jak Ketchum w swojej powieści, skupia się przede wszystkim na emocjach, przeładowując swój obraz sporą dawką przemocy, aczkolwiek niemalże całkowicie bezkrwawej. Kolejnym odstępstwem od książki jest postać Davida. Tutaj nie będziemy mieli okazji w całości odczuć tej ambiwalentności uczuć względem niego. Twórcy maksymalnie starali się go usprawiedliwić – chłopiec od początku jest przeciwny brutalnemu traktowaniu Meg. Już na wstępie, jako dorosły człowiek wyjaśnia nam, dlaczego zarówno on, jak i inni mieszkańcy przedmieść w ogóle nie reagowali na krzywdę niewinnej dziewczyny: „To było w latach 50-tych. Okres przedziwnych zahamowań, tajemnic. Czas, gdy nawet będąc winnym miejscowe prawo czyniło cię niewinnym”. Ponadto, na korzyść Davida działa wątek z policjantem, który praktycznie nie zareagował na skargi Meg – a jeśli ktoś by sądził, że mógł powiedzieć rodzicom jest jeszcze jeden wątek, w którym inny chłopiec z sąsiedztwa poinformował swoich rodziców o tragedii, mającej miejsce w piwnicy Chandlerów, którzy z kolei skontaktowali się z bierną policją. W filmie, zapewne łatwiej jest pojąć bezsilność Davida – jeśli, oczywiście, wszyscy zrozumieją realia lat 50-tych i spowijającą je znieczulicę społeczną.
Z całej obsady zdecydowanie najlepiej radzi sobie odtwórczyni roli Ruth Chandler, Blanche Baker – aktorka idealnie oddała na ekranie podszyte szaleństwem okrucieństwo swojej postaci. Z młodocianych oprawców, według mnie, najlepiej wypadł Graham Patrick Martin, natomiast jego mały filmowy braciszek o twarzy aniołka, Austin Williams, wprowadził ciekawy kontrast pomiędzy swoim niewinnym wyglądem a morderczymi zapędami. Blythe Auffarth, w roli Meg i Daniel Manche, jako David nie udźwignęli do końca swoich niełatwych ról, ale nasz główny bohater uatrakcyjniał swoją średnią grę ciekawą manierą dykcyjną.
Nie wiem, czy istnieją jeszcze jacyś widzowie, którzy tego filmu nie widzieli. Jeśli jednak tak, pragnę przestrzec wszystkich, że nie jest to obraz, obok którego można przejść obojętnie – to okrutne studium ludzkiego zła oraz swego rodzaju przestroga, mówiąca, że każdy poważny błąd, który w życiu popełnimy (choćby nawet i w okresie dzieciństwa) będzie rzutował na całe nasze życie, pod warunkiem oczywiście, że posiadamy choćby minimalną dozę empatii. Wielbiciele krwawego gore nie znajdą tutaj nic dla siebie, ale poszukiwacze brutalnej prawdy o ludziach z pewnością nie poczują się zawiedzeni.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Informacja

W dziale „Stephen King – kolekcja” dodałam opisy książek oraz moje subiektywne oceny. Zapraszam wszystkich zainteresowanych do zapoznania się z nowymi informacjami.

niedziela, 9 grudnia 2012

„Śmiertelnie mroźna zima” (1987)

Początkująca aktorka, Katie McGovern, otrzymuje propozycję zastąpienia odtwórczyni głównej roli w nagrywanym właśnie thrillerze, gdyż ta przeszła załamanie nerwowe. Kobieta, bez wahania zgadza się pojechać na zdjęcia do położonej w środku lasu willi, w której poznaje niepełnosprawnego producenta, dr Josepha Lewisa i jego byłego pacjenta, obecnego pomagiera pana Murray’a. Wkrótce Katie opanowuje przeświadczenie, że znalazła się w wielkim niebezpieczeństwie.
Horror twórcy jednego z moich ulubionych filmów pt. „Bonnie i Clyde” (1967), Arthura Penna. Jak sam tytuł wskazuje jest to chyba idealna pozycja na obecną porę roku, więc pełna nadziei, z przeświadczeniem, że mam do czynienia z klasycznym slasherem (co wniosłam po opisie filmu) zasiadłam do seansu. Początek rzeczywiście przywodzi na myśl horror slash, kiedy to jesteśmy świadkami zabójstwa kobiety i wyjazdu Katie do zasypanej śniegiem willi, położonej w głębi lasu. Jednakże od tego momentu nie będziemy obserwować coraz to wymyślniejszych scen mordów tylko pewnego rodzaju grę psychologiczną z uwięzioną kobietą oraz mocno kryminalną intrygę. Kilka scen mordów pojawi się pod koniec seansu, aczkolwiek będą one całkowicie bezkrwawe. Siłą tego obrazu jest zimowa sceneria i odcięta od świata willa, co znacznie wzmaga poczucie alienacji naszej bohaterki, a co za tym idzie w pewnym stopniu oddziałuje również na nas. Fabuła, która kładzie szczególny nacisk na psychologię oraz kryminalną intrygę również prowadzona jest całkiem zgrabnie – jest kilka drobnych nielogiczności, ale z powodzeniem można przymknąć na nie oko. Jednakże z uwagi na główną problematykę tej produkcji miałam wrażeniem, że oto mam do czynienia z klasycznym thrillerem. Oczywiście klimat grozy jest mocno wyczuwalny (szczególnie w pierwszej połowie seansu), w czym znacznie pomaga znakomita ścieżka dźwiękowa, skomponowana przez Richarda Einhorna, aczkolwiek oś fabularna niezmiennie podąża w stronę dreszczowca, aniżeli horroru. Co dla mnie wcale nie było mankamentem – zwyczajnie w trakcie seansu musiałam odrobinę zmodyfikować swoje oczekiwania.
Podczas, gdy cały seans jest całkiem intrygującą, klimatyczną, miejscami mocno trzymającą w napięciu zabawą psychologiczną końcówka pozostawiła mnie z tak daleko posuniętym uczuciem niesmaku, że znacznie zaniżyła moją ogólną ocenę tego obrazu (nie wiem, jak można było wpaść na tak nielogiczny finalny pomysł). UWAGA SPOILER Nasza Katie, po niedoczekaniu się pomocy ze strony policji, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. W tym celu w samoobronie zabija silną kobietę i wykorzystując swoje zdolności aktorskie podszywa się pod nią, aby wyeliminować pana Murray’a (znakomicie wyegzaltowana kreacja Roddy’ego McDowalla) w najbardziej przyciągającej oko scenie mordu (przybicie dłoni do szyi). Następnie… przystępuje do chaotycznej ucieczki przed sparaliżowanym staruszkiem, który z uwagi na swój stan zdrowotny ledwo pełznie w jej stronę. No tak, osoba, która bez większych problemów zamordowała silną kobietę i mężczyznę w średnim wieku nie mogła równie skutecznie wyeliminować niepełnosprawnego staruszka bez uprzedniej dosyć zabawnej pogoni po poszczególnych pomieszczeniach domostwa… KONIEC SPOILERA.
„Śmiertelnie mroźna zima” absolutnie nie należy do jakiś ambitnych, mocno przerażających obrazów, oczekujących od widza całkowitego skupienia. To raczej całkiem przyjemna, dosyć pomysłowa, aczkolwiek miejscami troszkę nielogiczna rozrywka, którą najlepiej obejrzeć w jakiś mroźny, zimowy wieczór, spodziewając się raczej elementów charakterystycznych dla filmowego thrillera niż horroru. Oglądało się całkiem znośnie, ale na pewno nie pozostanie na dłużej w mojej pamięci.

sobota, 8 grudnia 2012

David Mitchell „Atlas chmur”

Teraz, kiedy w kinach święci triumfy wysokobudżetowy film pt. „Atlas chmur”, jest chyba najlepszy czas na omówienie jego docenionego przez krytyków literackiego pierwowzoru pióra Davida Mitchella. Na język polski książkę przetłumaczyła Justyna Gardzińska – nie wiem, ile za to zarobiła, ale w moim mniemaniu każde wynagrodzenie pieniężne w tym przypadku byłoby za niskie. David Mitchell w swoim „Atlasie chmur” tak dalece eksperymentuje z różnymi stylami, że mogę sobie tylko wyobrazić, jak ciężkie zadanie stało przed panią Gardzińską, więc przy okazji bardzo dziękuję za wręcz genialne wywiązanie się ze swojej roli.
„Jakiego chce państwa? Żadnego. Im lepiej zorganizowane państwo, tym bardziej ogłupia ludzkość.”
David Mitchell prezentuje nam sześć różnych historii, osadzonych w różnych czasach i opowiadanych przez różnych narratorów, których coś łączy. Każda opowieść snuta jest w całkowicie innym, pasującym do danego okresu historycznego stylu. Najwcześniejszym okresem jest rok 1850, w którym pasażer statku Adam Ewing przeżywa różne przygody w trakcie swojej podróży. Jego pełen archaizmów, z orzeczeniami na końcu zdania, styl może być odrobinę przyciężki dla niektórych czytelników – podobnie, jak historia zatytułowana „Bród Slooshy i wszystko co potem” (dla mnie najbardziej problematyczna z uwagi na podchodzący pod slang język narratora). Najpiękniejszy styl wypowiedzi przypadł muzykowi, piszącemu listy do swojego przyjaciela w roku 1931. Samej jego opowieści najbliżej do literatury obyczajowej, aczkolwiek wielce interesującej i pouczającej. Z kolei, żyjący najbliżej współczesnych nam czasów Timothy Cavendish opowie nam o swoich perypetiach w domu spokojnej starości oraz przyciągnie naszą uwagę swoimi jakże wnikliwymi obserwacjami świata. Przyszłość poświęcono azjatyckiemu klonowi, skazanemu na karę śmierci, który podczas przesłuchania opowiada nam o swoim tragicznym, pełnym sensacyjnych przygód „życiu”. Tutaj czytelnicy będą mieli okazję zapoznać się z nowatorską pisownią (w miejscu „ku” widniało „q”), co z początku nieco dezorientuje, ale z czasem można się przyzwyczaić. I na koniec najlepsza, w moich mniemaniu, kryminalna historia dziennikarki Luisy Rey, która w roku 1975 wpada na trop poważnej afery jądrowej, co naturalną koleją rzeczy sprowadza na nią groźbę rychłej śmierci.
„Zaczyna się od niewiedzy. Niewiedza rodzi strach. Strach rodzi nienawiść, a nienawiść przemoc. Przemoc prowadzi do dalszej przemocy, aż każde prawo staje się jedynie tym, czego pragną najsilniejsi.”
Czytając „Atlas chmur” można odnieść wrażenie, że ma się do czynienia ze zbiorem dłuższych opowiadań. Jednakże, mimo wszystko, radzę zapoznawać się z nimi we właściwej kolejności, ponieważ jak już wspomniałam narratorów łączy jedna bardzo ważna rzecz, którą powinno się odkrywać stopniowo, tak jak chce tego władający różnorodnymi stylami autor. Chociaż wszystkie historie nie prezentują sobą niczego porażająco oryginalnego, jakimś cudem nie pozwalają czytelnikowi oderwać wzroku od zapełnionych drukiem stron, przenosząc go w świat wielkiej wyobraźni, subtelnej magii i jakże porażająco prawdziwych wniosków. Każdy z sześciu narratorów znajdzie chwilę na wygłoszenie swoich konkluzji na temat dążącej do wyniszczającej władzy ludzkości. Według nich nasza rasa sama skazuje się na wyginięcie – nie tylko z powodu morderczej natury, która pcha nas do ciągłych bezsensownych wojen, ale również nieodpartej potrzeby tworzenia, której rezultaty prędzej, czy później obrócą się przeciwko nam. Przygnębiające, acz jakże prawdziwe w swej wymowie przesłanie z pewnością zmusi nawet najbardziej opornych czytelników do kilku minut melancholijnego zamyślenia nad własną, w gruncie rzeczy, niegodną pozazdroszczenia naturą.
„Pewnego pięknego dnia świat z samych drapieżców pożre sam siebie. {…} W pojedynczym człowieku samolubność szpeci duszę; dla rodzaju ludzkiego samolubność jest zagładą. {…} Nieprosty postęp, jaki pokolenia wypracowały, zaprzepaścić może jedno pociągnięcie piórem krótkowzrocznego prezydenta czy cios szablą próżnego generała.”
Nie wiem, jakich słów użyć, żeby zachęcić jak największą grupę odbiorców do zapoznania się z tą pozycją, a muszę to zrobić, ponieważ nie wybaczyłabym sobie, gdyby choć jedna moja negatywna uwaga kogokolwiek do „Atlasu chmur” zniechęciła. Mitchell swoją doskonałą prozą gwarantuje swoim czytelnikom pełną różnorakich przygód podróż, miażdży wnikliwymi obserwacjami naszego świata i zmusza do myślenia. A to wszystko dzięki, jakże różnorodnemu warsztatowi pisarskiemu, tak doskonale oddanemu przez polską tłumaczkę. Myślę, że z tą powieścią powinien zapoznać się każdy poszukujący ambitnej, znakomicie napisanej literatury, od której wprost nie sposób się oderwać.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 7 grudnia 2012

„Zejście” (2005)

Sześć zakochanych w sportach ekstremalnych przyjaciółek wyrusza do niezbadanej jaskini we wnętrzu ziemi. Choć wszystkie mają doświadczenie we wspinaczce, nie mają pojęcia co począć, gdy wejście do podziemnych grot zawala się. Po krótkim ataku paniki kobiety postanawiają odnaleźć drugie wyjście. W tym celu będą musiały zbadać ogromny obszar nieodkrytej dotychczas jaskini, starając się unikać wielu niebezpiecznych pułapek. Na domiar złego wkrótce zdają sobie sprawę, że nie są same, bowiem polują na nie szkaradni mieszkańcy mrocznych podziemi.
Brytyjski obraz Neila Marshalla, twórcy „Dog Soldiers” (2002) i „Doomsday” (2008). „Zejście”, zdobywca dwóch nagród BIFA i jednego Saturna, jest typowym survivalem, w którym grupka bezbronnych kobiet walczy nie tylko z maszkarami, zamieszkującymi jaskinię, ale również z bezwzględną Naturą. Niby pomysł na scenariusz nie jest niczym odkrywczym w tym podgatunku, ale nie można tego samego powiedzieć o realizacji. Beznadziejne położenie protagonistek, które utknęły w mrocznych, ciasnych korytarzach niebezpiecznej jaskini, mając do towarzystwa jej żądnych krwi lokatorów nie tylko znacznie potęguje klimat wyalienowania i wszechobecnego zagrożenia, ale również wprawia widza w silne uczucie dyskomfortu. Nie mam problemów z klaustrofobią, ale nawet ja czułam się nieswojo – szczególnie w trakcie czołgania się kobiet w ciasnych korytarzach, a w chwili zaklinowania się głównej bohaterki, Sarah, w jednej z takich pułapek wręcz czułam przygniatające mnie skały. Takie silne utożsamianie się z opłakaną sytuacją bohaterów filmu, w moim przypadku, nie jest częstym zjawiskiem, więc tym bardziej byłam pod wrażeniem zdolności realizacyjnych twórców „Zejścia”. Oczywiście, praca kamery w niczym by nie pomogła, gdyby nie charakterystyka protagonistek. W tego rodzaju filmach postacie na ogół zachowują się lekko mówiąc niemądrze. Tutaj zamiast głupoty mamy nadmierną pewność siebie (niezgłoszenie wycieczki odpowiednim służbom) oraz paraliżującą panikę, która jest aż nazbyt widoczna, dzięki dobremu aktorstwu.
Oszczędne oświetlenie miało za zadanie potęgować realizm sytuacyjny. Głównym źródłem światła są latarki naszych bohaterek oraz race (w niektórych momentach posiłkują się również aparatem cyfrowym, aby cokolwiek dostrzec). Jednakże ingerencja z zewnątrz, z rąk oświetleniowców jest do tego stopnia oszczędna, że chwilami naprawdę ciężko jest cokolwiek wypatrzyć. W pierwszej połowie filmu to znacznie pomaga – potęguje klimat i przeświadcza widzów o niebezpieczeństwie, czyhającym w nieoświetlonych kątach. Jednakże z chwilą wkroczenia na scenę wyewoluowanych stworków przeszkadza w dostrzeżeniu szczegółów ich krwawego procederu. Ktoś powie – i dobrze, nie ma przynajmniej nadmiernego epatowania przemocą, ale w przebłyskach wyraźnie widać realizm scen gore, więc w moim mniemaniu troszkę szkoda, że twórcy nie chcieli się nimi pochwalić, tym samym rezygnując ze zniesmaczania odbiorców na rzecz survivalowej walki o przetrwanie – pełnej akcji i klimatu zaszczucia, ale chwilami tak mało widocznej, że aż irytującej. Brak oświetlenia w drugiej połowie seansu jest jedynym mankamentem tego obrazu – w pozostałych aspektach dostrzegam jedynie same superlatywy.
Oprócz znakomitej pracy kamery, idealnego miejsca akcji, mrocznego klimatu i umiejętnie wyważonej charakteryzacji brutalnych stworków na uwagę zasługują również skomplikowane relacje pomiędzy Sarah i Juno. Już na początku seansu twórcy poinformują nas o śmierci męża i małej córeczki tej pierwszej. Natomiast jakiś czas później jej przyjaciółka, Juno, zdecyduje się zorganizować dla niej niniejszą wyprawę. Niemalże od początku ich wycieczki będziemy świadkami drobnych negatywnych sygnałów, wysyłanych przez Sarah w stronę speszonej Juno. Ich konflikt natury osobistej doczeka się swej kulminacji dopiero podczas ostatnich scen seansu, kiedy to Sarah odkryje prawdziwe źródło poczucia winy Juno i rozwiąże ten problem we własny, mocno infantylny sposób. Wydać by się mogło, że takie drobne niesnaski, dzielące nasze bohaterki, w ich sytuacji są całkowicie niepoważne, wręcz niepotrzebne, jednakże jakimś cudem twórcom udało się przekonać mnie do ich nieodzowności, tym samym znacznie uatrakcyjniając oś fabularną.
Jak już wspomniałam aktorstwo stoi na bardzo wysokim poziomie. Najwięcej miejsca poświęcono postaciom zdruzgotanej po śmierci rodziny Sarah, najsilniejszej fizycznie Juno oraz przebojowej Holly. W tych rolach kolejno Shauna Macdonald, Natalie Mendoza i Nora-Jane Noone. Wszystkie panie, również te mniej wyróżniające się ciekawszymi cechami, spisały się nadzwyczaj przekonująco, a co za tym idzie były głównym powodem tak mocnego utożsamienia się widzów z ich beznadziejnym położeniem.
W 2009 roku film doczekał się o wiele słabszego od pierwowzoru sequela. Natomiast w 2005 roku (kilka miesięcy po premierze niniejszego obrazu) ukazała się produkcja Niemiec i Stanów Zjednoczonych pt. „Jaskinia”, którą ewidentnie zainspirowało brytyjskie „Zejście”. Moim zdaniem, pomimo miejscowej niedbałości o odpowiednie oświetlenie, jest to jeden z najlepszych horrorów XXI wieku, który kładzie szczególny nacisk na mroczny klimat grozy, a przecież w tym gatunku to jest najważniejsze.