poniedziałek, 1 października 2012

Jack Ketchum „Dziewczyna z sąsiedztwa”

TEKST ZAWIERA LEKKIE SPOILERY
Wyobraźcie sobie świat, w którym grupa dzieciaków pod przewodnictwem dorosłej kobiety przez długi czas torturuje niewinną dziewczynę. W piwnicy ich własnego domu. W sąsiedztwie ślepych na zbrodnię, zajętych własnymi sprawami ludzi. Wyobraźcie sobie cierpienia tej dziewczyny – chłostanej, okaleczanej, dźganej, przypalanej i… obrzezanej. Zastanówcie się, jakie to uczucie brać kąpiel we wrzącej wodzie, pożywiać się zwierzęcymi odchodami, czy czuć na twarzy gorący mocz młodocianego oprawcy. Zapewne pomyślicie, że to scenariusz filmowy, jakiegoś zwichrowanego umysłu, zbyt nieprawdopodobny, aby w niego uwierzyć. Tyle, że to złagodzona wersja koszmaru, który w roku 1965 przeżyła Sylvia Likens. W rzeczywistości było jeszcze gorzej…
Wydana po raz pierwszy w 1989 roku kultowa już powieść Jacka Ketchuma dosłownie zatrzęsła posadami literackiego horroru. Przede wszystkim z powodu inspiracji prawdziwymi wydarzeniami, ale również przez wzgląd na uczynienie potworów z ludzi. „Dziewczyna z sąsiedztwa” przeraża realizmem i czy się to komuś podoba, czy nie czyni z Ketchuma twórcę powieści z gatunku horroru. Skoro przestaliśmy się bać istot z zaświatów pora, aby zaczęto nas straszyć najgorszymi potworami stąpającymi po ziemi – ludźmi. Na początku mamy błyskotliwy wstęp napisany przez samego Stephena Kinga, w którym mistrz grozy zachwala warsztat pisarski Ketchuma oraz pokrótce analizuje „Dziewczynę z sąsiedztwa”. Jednak niezaznajomionym z tą historią czytelnikom radzę zapoznać się z tym tekstem na końcu, gdyż King mocno spoileruje. W dalszej kolejności zostajemy skonfrontowani z dającym do myślenia pierwszym zdaniem lektury: „Wydaje ci się, że wiesz co to ból?” Muszę przyznać, że jak dotąd tylko jedne wstępne słowa bardziej mnie zachwyciły, a mowa tutaj oczywiście o „Nawiedzonym” Shirley Jackson. Sama powieść zaczyna się nadzwyczaj niewinnie. Mamy gorące lato roku 1958. Spokojna ulica w małym miasteczku, pełna dzieciaków, oddających się beztroskim, czasem odrobinę niebezpiecznym zabawom. Czytelnik mimowolnie daje się porwać pierwszoosobowej narracji dorosłego Davida, który za pomocą krótkich, nieskomplikowanych zdań opowiada o swoim dzieciństwie. Gdy do sąsiedniego domu wprowadza się czternastoletnia Meg, wraz ze swoją młodszą, kaleką siostrą Susan, wszystko ulega drastycznej zmianie. Chłopak z miejsca zaprzyjaźnia się ze starszą dziewczyną, aczkolwiek szybko odkrywa, że jej kuzynostwo (a jego przyjaciele) i ciesząca się sympatią u wszystkich dzieciaków z okolicy ciotka, nie traktują swoich nowych domowników zbyt dobrze. Kiedy tylko Ketchumowi udaje się zanurzyć czytelnika w ów sielankowy, leniwy nastrój magicznych lat dziecięcych postanawia zadać mocny cios, a potem kolejny i tak, aż do wstrząsającego zakończenia. W końcu to nie jest obyczajowa opowiastka o beztroskim dzieciństwie – to historia o ludzkim okrucieństwie, o odrażających czynach, do jakich zdolny jest człowiek. Wkrótce ciotka Meg i Susan, Ruth Chandler, zamknie tę pierwszą w zatęchłej piwnicy i z pomocą dzieciaków z sąsiedztwa przystąpi do powolnego, acz systematycznego odbierania jej ciała i duszy.
„W tych oczach była zimna, surowa pustka, w której brak miejsca na śmiech. Nie ma współczucia ani litości. Jest skrajna, depresyjna dzikość. Zupełnie jak oczy polującego zwierzęcia. Jak oczy węża.”
Ruth Chandler z pewnością jest jedną z najciekawszych postaci w książce. Idealna dorosła przyjaciółka dzieciaków z okolicy. Przeklina, opowiada o rzeczach, o których nie usłyszą od swoich rodziców, poi ich piwem, i co najważniejsze, nie traktuje ich z góry, jak to mają w zwyczaju czynić dorośli względem dzieci. Nic więc dziwnego, że wszystkie dzieciaki ją uwielbiają, że jest dla nich wzorem do naśladowania. Nie potrzeba wiele, żeby zmanipulować dziecko i Ruth doskonale o tym wie. Co więcej, zdaje sobie sprawę, że jego hierarchia wartości jest do tego stopnia nieukształtowana, że zrobi niemalże wszystko, o co poproszą go dorośli. Tym bardziej, jeśli w jego oczach jest to wielce ekscytujące. A co może być bardziej atrakcyjne dla dorastających chłopców od możliwości zrobienia z dziewczyną wszystkiego, co tylko sobie wymarzą. Poczucie władzy jest, jak narkotyk – szczególnie dla małolatów, którzy dotychczas tego nie zaznali, wychowanych w przeświadczeniu, że są całkowitą własnością swoich rodziców. Podobną manipulację Ruth wykorzystuje na początku na Meg, ale w tym przypadku jej główną bronią jest Susan. Aby wymusić posłuszeństwo u nastolatki Ruth grozi, że skrzywdzi jej siostrę, wszak doskonale zdaje sobie sprawę, jaką miłością ta ją darzy, wie, że zgodzi się na niewyobrażalne męki, aby tylko oszczędzić jej cierpień.  Ilekroć Ruth w taki sposób szantażowała Meg przypominała mi się pełna bólu wypowiedź Johna Coffey’a z „Zielonej mili” Stephena Kinga: „Zabił je ich wzajemną miłością. To samo dzieje się każdego dnia. Na całym świecie.” Te słowa chyba najdobitniej charakteryzują Ruth – pokazują, do czego była zdolna, żeby zaspokoić swoje chore fantazje. A jeśli ktoś myśli, że tylko ona mogła w tak okrutny sposób manipulować bliźnim to niech lepiej rozejrzy się wokół. W końcu, jeśli spojrzeć na jej postać z trochę innej perspektywy można dojść do wniosku, że w istocie symbolizuje ona tzw. człowieczeństwo, że to ludzie i tylko ludzie są prawdziwymi potworami, które w sprzyjających okolicznościach są zdolne absolutnie do wszystkiego. Wiem, że brzmi to strasznie, że po przeczytaniu tego rodzaju książki można zwątpić w ludzką dobroć, ale nikt nie obiecywał, że Ketchum chce komuś zrobić przyjemność. Nie, jego pióro ma boleć – tego autora nie obchodzi wasza depresja, wasze bezsenne noce i kłębiące się w głowie nieprzyjemne przemyślenia egzystencjonalne. On tylko mówi, to co myśli, a że po skończonej lekturze czujecie się, jakby ktoś walną was w twarz to już wasz problem. Wracając do Ruth można z całą pewnością stwierdzić, że jest całkowicie negatywną postacią. Ketchum nawet nie próbuje w jakikolwiek sposób usprawiedliwić jej zachowania. Do jasnej cholery, to była kobieta, która bez skrupułów przez długi czas torturowała bezbronną dziewczynę! Która zniszczyła młode umysły – namówiła dzieci do niewyobrażalnej zbrodni i całkowicie świadomie stworzyła prawdziwe potwory! Nie wiem, co mogłoby ją usprawiedliwić, więc cieszę się, że Ketchum scharakteryzował ją w taki, a nie inny sposób.
„Pomyślałem, jak łatwo jest kogoś zranić. Nie musiał to być akt fizyczny. Wystarczy jedynie porządnie uderzyć w czuły punkt. Ja też mógłbym to zrobić, gdybym tylko chciał. Ludzie są bezbronni.”
Ketchum bardzo się stara oddać realia schyłku lat 50-tych. Czasy, w których w małych miasteczkach policja cieszyła się ogromnym zaufaniem wśród mieszkańców, a człowiek po wyjściu z domu nie zamykał drzwi w obawie przed włamaniem. Ale przede wszystkim czasy, w których nikt nie interweniował w prywatnych sprawach sąsiadów. Nikogo nie interesowało, co działo się w domach innych – każdy myślał tylko o sobie i tego samego oczekiwał od innych. Tak naprawdę to jedyne sensowne, acz jakże przerażające wytłumaczenie bierności sąsiadów Ruth w obliczu krzywdy Meg. A najsmutniejsze jest to, że w żadnym razie nie można obwinić ich o brak jakiejkolwiek reakcji w obliczu zniknięcia nastolatki – w końcu jedynie dostosowywali się oni do panujących wówczas zwyczajów. David również. Co wcale nie zmienia faktu, że podczas lektury nienawidzimy ich wszystkich.
Być może świadomie, być może nie (znając błyskotliwość Ketchuma obstawiam ten pierwszy wariant) autor wykreował tak wielowymiarowego głównego bohatera, że nie sposób jednoznacznie zaszufladkować go w kategoriach „zła” lub „dobra”. David doskonale zdaje sobie sprawę, że to, co jego znajomi robią Meg jest złe (jako jedyny z całej gromadki młodocianych oprawców), a mimo to milczy. Niemo przygląda się torturom na niewinnej dziewczynie, często cierpi razem z nią, ale i tak nie robi nic, żeby przerwać ten niewyobrażalny koszmar. Przez długi czas po prostu się przygląda i na swój dziecięcy sposób przyjmuje to za usprawiedliwienie (w końcu on nie robi żadnej krzywdy Meg, on tylko patrzy i wyobraża sobie, że ogląda film). Ale są też chwile, kiedy podoba mu się to, co widzi – ogarnia go podniecenie na widok nagiej Meg i przepełnia go poczucie władzy, jaką ma nad nią. Z tego powodu czytelnik nienawidzi Davida – denerwuje go jego bierność w obliczu ludzkiego okrucieństwa oraz fakt, że potrafi czerpać z niego przyjemność, ale równocześnie mu współczuje, bo do pewnego stopnia jest w stanie go zrozumieć – chłopak jest w istocie przerażony, boi się zdradzić przyjaciół i zaryzykować własnym bezpieczeństwem. A jak wiadomo dziecięcy strach, aż nazbyt często jest wyolbrzymiony do tego stopnia, że wręcz paraliżuje. „Powtarzam sobie, że byliśmy dziećmi, kiedy to wszystko się wydarzyło. Tylko dziećmi, na litość boską! […] Nie byliśmy w pełni ukształtowani.” I właśnie do tego to wszystko się sprowadza. Nie jesteśmy w stanie całkowicie potępić Davida nie tylko dlatego, że jako jedyny z całej gromadki zwyrodnialców posiada tzw. kręgosłup moralny, ale również z tego powodu, że tak czy inaczej był tylko dzieckiem – dzieckiem wychowanym w czasach znieczulicy społecznej, gdzie za szczyt nieprzyzwoitości uważano wtrącanie się w cudze sprawy; dzieckiem wychowanym w przeświadczeniu, że dorośli wiedzą najlepiej. Wiedział, że to, czego jest świadkiem w piwnicy Chandlerów jest złe, ale równocześnie był wewnętrznie blokowany przez zwyczaje społeczne, jakie wpajano mu przez całe życie. „Między młotem a kowadłem” – to przysłowie chyba najlepiej oddaje impas, w jakim David się znalazł.
Zastanawiam się, czy kiedyś nadejdzie taki moment, że przeczytam „Dziewczynę z sąsiedztwa” całkowicie beznamiętnie, wszak dotychczas, po kilkukrotnym przebrnięciu przez tę paraliżująca lekturę, nadal przeżywam ją całą sobą. Jack Ketchum napisał coś, o czym nigdy nie zapomnę i jestem przekonana, że każdy, kto posiada choć odrobinę empatii również nie zdoła przejść obok tej powieści obojętnie. Perełka literackiego horroru – nic dodać, nic ująć.

8 komentarzy:

  1. Że też jeszcze się z tą pozycją nie zapoznałem. Od ponad dwóch lat gdzieś wokół mnie ta Dziewczyna z sąsiedztwa krąży, ale zawsze coś mi staje na przeszkodzie by ją ostatecznie przeczytać. Po tak obszernej rekomendacji, jaką jest twoja recenzja, na pewno przystąpię do lektury w trybie przyspieszonym. Do tego nie omieszkam poszukać paru informacji o owej prawdziwej sprawie Sylvii Likens, w chwili obecnej mi zupełnie nieznanej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam. Aczkolwiek znając Twoje preferencje literackie:) muszę przestrzec, że nie jest to powieść epatująca rzezią tylko właśnie emocjami, co w połączeniu z faktem, iż oparto ją na faktach robi piorunujące wrażenie.

      Usuń
  2. Genialna recenzja. Po książkę sięgnę z pewnością, nie tyle wiedziony niezdrową ciekawością co o zgrozo obserwuję notorycznie na forach tematycznych, ile studiowaniem szerszej kwestii norm moralnych i definicji pojęcia dobra i zła, co też mnie ostatnio w wolnych chwilach zajmuje.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna recenzja i opis, pogratulować.

    Decepticon

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo rzeczowa recenzja, gratuluję! Książkę przeczytałam parę miesięcy temu i rzeczywiście jest dość wstrząsająca. Oglądałam też chyba wszystkie jej ekranizacje, ale jakoś żadna z nich nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak książka. Jest tak mocno wciągająca, że ani się obejrzymy, a już się kończy i pozostawia nas pełnymi żalu pomieszanego z wściekłością. To przerażające, zwłaszcza dlatego, że opiera się o fakty...

    OdpowiedzUsuń
  5. oglądałam film i przyznam szczerze, że tak strasznie się denerwowałam, dlaczego nikt jej nie pomógł. W filmie była taka scena, gdzie przesłuchiwana była zdaje się siostra więzionej dziewczyny, policjant z politowaniem ją zapytał, czemu nikomu o tym nie powiedziała, wystarczyłoby gdyby wybiegła na ulicę i krzyczała, albo po prostu poszła na policję, a ona nic. Ani jeden dzieciak, który widział bądź wiedział co się dzieje z Sylvie nie potrafił odpowiedzieć na pytanie skąd u nich była taka bierność. Film był przejmujący, pokazujący jakimi bestiami potrafią być ludzie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Książka mnie wgniotła w ziemię. Nie przypominam sobie, by jakaś inna powieść wywołała u mnie takie emocje. Czytając, czułem autentyczny gniew, jakby chodziło o rzeczywistą osobę. Choć właściwie to przecież taka do końca fikcyjna nie jest, może dlatego wywołuje takie mocje.
    Film jest niemal wiernym odpowiednikiem książki i, choć może nie powinno, nieco mi to przeszkadzało.

    Bardzo mi się podobają Twoje recenzję. Wprawiasz mnie w kompleksy ;P Zazdroszczę talentu!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...