Stronki na blogu

niedziela, 23 marca 2014

„Ostatni dom po lewej” (1972)

Recenzja na życzenie (Paulina)

Lata 70-te XX wieku. Dwie nastoletnie przyjaciółki, Mari i Phyllis wybierają się na koncert zespoły rockowego. W mieście zwracają się do mijanego młodego chłopaka z prośbą o marihuanę. Ten zabiera ich do swojego mieszkania, w którym na dziewczyny czeka już trójka poszukiwanych przez policję psychopatycznych morderców, w tym jedna kobieta. Przez całą noc znęcają się nad Phyllis i Mari, a nazajutrz zawożą je do lasu, w pobliżu domu tej drugiej, po czym torturują je, gwałcą i zabijają. Gdy postanawiają przenocować w napotkanym domu nie wiedzą jeszcze, że ich gospodarzami są rodzice Mari, którzy postanowili pomścić śmierć córki.

Kultowy rape and revenge Wesa Cravena, na podstawie jego własnego scenariusza. Producentem filmu był znany, m.in. z reżyserii „Piątku trzynastego” Sean S. Cunningham. Na początku lat 70-tych amerykański horror dopiero wkraczał w erę daleko posuniętej brutalności, dlatego też nie dziwi (dla współczesnych widzów pewnie przesadzone) hasło reklamowe „Ostatniego domu po lewej” – „Aby uniknąć omdlenia powtarzaj to tylko film… tylko film… tylko film… tylko film” - oraz zakaz dystrybucji w wielu krajach. W latach swojej świetności „Ostatni dom po lewej” był obrazem przełomowym – w bezkompromisowy, jak na tamte czasy sposób łamiący tematy tabu i epatujący daleko posuniętym okrucieństwem. Dzisiaj po powstaniu jego hollywoodzkiego remake’u z 2009 roku, z wypacykowanymi oprawcami i oddartego z brudnego, surowego klimatu charakterystycznego dla pierwowzoru, ale za to bardziej krwawego kultowość jednego z najpopularniejszych filmów Wesa Cravena jest podważana przez współczesnych masowych odbiorców. Jego fenomen rozumieją tylko wieloletni wielbiciele szeroko pojętej grozy, a dla mnie deklaracje dzisiejszej opinii publicznej o wyższości podróbki nad oryginałem są zwyczajnie śmieszne.

W jednym z wywiadów Craven przyznał, że „Ostatni dom po lewej” miał być jego krzykiem rozpaczy na widok szerzącego się w Stanach Zjednoczonych pokolenia hipisów (remake żadnym krzykiem nie jest – nakręcono go jedynie dla pieniędzy). Dysponując groszowym budżetem reżyser wyraźnie wyartykułował swoje przekonania, aczkolwiek jego nadrzędnym celem pozostało szokowanie odbiorców nieuzasadnioną przemocą. Tak, więc mamy czwórkę odrażających wizualnie, zapuszczonych degeneratów, którzy przez pierwszą połowę filmu znęcają się nad dwiema nastoletnimi dziewczynami. W nowej wersji oprawcy mieli na twarzy tyle makijażu i w dodatku jeden z nich był tak uderzająco przystojny, że nawet nie ma co porównywać wrażeń z seansów obu filmów. Utrzymując swój film w surowym klimacie z ogromną dawką wszechobecnego brudu, uzewnętrznianego odstręczającym wyglądem psychopatów Cravenowi udała się rzadka sztuka – zniesmaczył mnie (szczególnie w trakcie sceny brutalnego gwałtu na Mari przez zaślinionego Kruga), ale też wzbudził we mnie przytłaczające współczucie. Kiedy Phyllis na żądanie herszta bandy moczy się w spodnie, kiedy Mari wije się z bólu podczas wycinania przez niego swojego imienia na jej dekolcie czułam przede wszystkim przejmującą litość nad ich losem, która najsilniej uderzyła mnie podczas ich śmierci. Craven nie idzie na żadne kompromisy, ani myśli oszczędzać uczucia widza – nadzieja na przeżycie ofiar jest złudna (wzbudzona dzięki chwilowej ucieczce Phyllis), one umierają, nie to co w remake’u, którego reżyser bał się znęcać nad odbiorcami. Ciało Phyllis jest wielokrotnie dźgane nożem, a mrożący krew w żyłach dźwięk nieznośnie akcentuje każdy cios – na końcu psychopaci bez cienia współczucia babrają się w jej wnętrznościach, a empatyczny widz myśli sobie: czy to się wreszcie skończy? Nie, za chwilę będzie jeszcze gorzej! Po zranieniu i zgwałceniu Mari oszołomiona dziewczyna wchodzi do jeziora, z którego już nigdy nie wychodzi. W nieznośnie przytłaczającej scenie, przy akompaniamencie melancholijnej ścieżki dźwiękowej Krug unosi pistolet i bez zmrużenia oka strzela do zmaltretowanej dziewczyny. Fenomenem tego filmu jest podejście jego twórców do ofiar. One nie są jedynie nic nieznaczącym mięsem, pożywką dla psychopatycznych morderców, do której publiczność nie ma żadnych ciepłych uczuć. Craven sprawia, że zależy nam na tych dziewczynach, być może identyfikujemy się z nimi, a co za tym idzie ich krzywda uderza w nas w zwielokrotniony sposób. Jestem zaskoczona, że Cravenowi udało się wzbudzić we mnie takie uczucia do ofiar, bo odtwórczyni Mari, Sandra Peabody, z dzisiejszego punktu widzenia aktorsko wypada bardzo słabo (za dużo egzaltacji w jej mimice), choć w latach 70-tych właśnie tak się grało. O wiele przystępniej dla współczesnego odbiorcy wypada Lucy Grantham, filmowa Phyllis oraz oprawcy. Za to odtwórcy ról rodziców Mari prezentują sobą jeszcze niższy poziom niż Peabody (ale podkreślam: jedynie biorąc pod uwagę dzisiejsze podejście do aktorstwa).

Jak to w rape and revenge bywa drugą połowę filmu poświęcono zemście na oprawcach i jak przystoi temu nurtowi zrobiono to w taki sposób, aby absolutnie żaden widz nie czuł litości na widok śmierci psychopatów – już prędzej mściwą satysfakcję. Tym razem jednak w przeciwieństwie do innych reprezentantów tego podgatunku to nie ofiary staną się oprawcami tylko rodzice jednej z nich. A trzeba oddać im inwencję w sposobach odbierania życia swoim wrogom. Najsilniej wbija się tutaj w pamięć odgryzienie penisa Weaselowi przez matkę Mari (choć z psychologicznego punktu widzenia raczej wątpię, żeby rodzicielka jego ofiary w rzeczywistym świecie zdecydowała się wziąć do ust jego przyrodzenie…) oraz poszatkowanie ciała Kruga za pomocą piły łańcuchowej.

Myślę, że Craven zrobił tylko jeden poważny błąd w scenariuszu „Ostatniego domu po lewej”, dodając postacie ciapowatych policjantów, którzy przez swoją nieuwagę pieszo zmierzają do domu naszych protagonistów. Myślę, że ich humorystyczne przygody miały za zadanie przede wszystkim nieco rozładować mocno dołujący klimat filmu – i szkoda, bo gdyby tych postaci w ogóle nie było akcja jeszcze silniej oddziaływałaby na widza. Za to ścieżka dźwiękowa, stare szlagiery, ze szczególnym wskazaniem na ten przewodni to już prawdziwy majstersztyk, znacząco akcentujący i tak duszącą atmosferę nieuzasadnionego okrucieństwa.

Dla mnie „Ostatni dom po lewej” zawsze będzie czymś przewspaniałym. Takiego klimatu surowości i brudu nie uświadczymy w żadnym współczesnym horrorze i żaden dzisiejszy twórca tak mocno nie utożsami nas z ofiarami, jak Wes Craven. Pierwowzór to prawdziwie bezkompromisowe kino tylko dla koneserów gatunku, a remake to jedynie marne popłuczyny po geniuszu Cravena.  

piątek, 21 marca 2014

„Księga Wampirów” Praca zbiorowa

SYLWIA BŁACH, KAMIL CZEPIEL, KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI, GRZEGORZ GAJEK, DAWID KAIN, MACIEJ KAŹMIERCZAK, ARTUR KUCHTA, PAULINA KUCHTA, KAZIMIERZ KYRCZ JR, PAWEŁ MATEJA, ARTUR OLCHOWY, MARCIN PĄGOWSKI, MARCIN PODLEWSKI, ŁUKASZ RADECKI, MARCIN ROJEK, ROBERT RUSIK, MARCIN RUSNAK, TOMASZ SIWIEC, MICHAŁ STONAWSKI, JULIUSZ WOJCIECHOWICZ

Zbiór opowiadań dwudziestu polskich autorów, zmęczonych współczesną modą na zakochane w śmiertelniczkach wampiry, które ani myślą krzywdzić ludzi. Pragnąc przywrócić dobrą reputację krwiopijcom nasi rodzimi pisarze w swoim wspólnym dziele przeniosą czytelników w złowrogie światy, zdominowane przez klasyczne sylwetki wampirów – bezwzględne kreatury, pałające nienawiścią do całej rasy ludzkiej. „Księgę Wampirów” wzbogacono mrocznymi grafikami autorów Anny Marii Faraś-Pągowskiej, krótkim wstępem Sylwii Błach o miernej kondycji dzisiejszej kinematografii i literatury wampirycznej oraz posłowiem Marcina Pągowskiego, pokrótce przytaczającym nam historię naszych wierzących w nieumartych przodków, praktykujących specjalne pochówki osób, co do których istniało podejrzenie, że po śmierci będą terroryzować żyjących (chłopak naprawdę zna się na temacie). Wydaniu naprawdę nie można niczego zarzucić – Studio Truso, mówiąc kolokwialnie, odwaliło kawał dobrej roboty, z myślą o czytelnikach-kolekcjonerach, ale czy równie dobrze wypadły same opowiadania? Moim zdaniem, jak najbardziej! Ukłon autorom należy się już za sam pomysł wskrzeszenia prawdziwych wampirów, ale samymi intencjami antologie nie żyją – liczy się też poziom tekstów, a ten biorąc pod uwagę inne antologie plasuje się naprawdę wysoko.

W całej antologii znalazłam aż siedem perełek, parę bardzo dobrych opowiadań grozy oraz kilka przeciętnych tekstów, które choć czyta się wyśmienicie są pozbawione charakterystycznych elementów, co to sprawiłyby, że na dłużej zostałyby w pamięci. Najlepiej zaprezentował się Marcin Pągowski. Jego „Casus de Strigis” zachwyca główną bohaterką z ciętym języczkiem, licznymi nawiązaniami do filmów grozy, klimatem rodem z „Drakuli” Brama Stokera (szczególnie w trakcie przytaczania fragmentów dziennika świadka przypadku wampiryzmu z przeszłości) oraz klasycznym, ale jakże wspaniale opisanym polowaniem na krwiopijcę. Kawał naprawdę świetnej prozy! Dawid Kain nie zostawał daleko w tyle. „Anna” to bardzo nietypowe spojrzenie na sylwetkę wampirzycy, wykańczającej swoje nastoletnie ofiary poprzez wymuszanie na nich utraty kilogramów, w iście sielskim klimacie przedmieścia. „Potrójne morderstwo Rozalii Wajs” Pawła Mateji początkowo przypomina odrobinę „Wywiad z wampirem” Anne Rice, ale potem… istne szaleństwo! Rzeczywistość miesza się z fikcją, w znaną nam materię wkrada się nieznane i robi się naprawdę dziwacznie. Artur Olchowy w swoim „Zrób to sam” prezentuje nam media przyszłości, zabawiające swoich widzów nabijaniem ludzi na pal, w celu konstrukcji lampy na przyjęcie. Opowiadanie równie krwawe, jak „Lustra” Pauliny Kuchty, której warsztat chyba nigdy mnie nie zawiedzie. Z jej tekstu bije prawdziwa miłość do makabry, ale nie rozczarowuje również oryginalna fabuła, skupiająca się na dziewczynie, która znalazła nietypowy sposób na pisanie bestsellerów. „Ruda” Artura Kuchty wręcz mnie zahipnotyzowała swoim nietuzinkowym pomysłem na fabułę – wredny pies wampir! Nie gorszy od swoich poprzedników był Tomasz Siwiec. Jego „Ewa” opowiada o wampirzycy energetycznej z cechami sukkuba, która wykańcza swoich wybranków podczas aktów płciowych. Czyta się jak marzenie – podobnie zresztą, jak wszystkie wyżej wymienione teksty.

Troszkę słabiej od wspomnianych autorów, ale na tyle dobrze, żeby nie mieć poczucia straconego czasu wypadają Sylwia Błach, która troszkę chyba inspirowała się „Underworld’em” (i dobrze, bo kocham ten film), Kamil Czepiel zachwycający gotyckim klimatem i dojrzałym stylem, ale troszkę męczący przez swoją niechęć do dialogów, Krzysztof T. Dąbrowski, który postawił na humor oraz Juliusz Wojciechowicz czerpiący pomysł ze „Stay Alive”. Spośród tych wszystkich dobrych, acz pozbawionych jakichś bardziej charakterystycznych akcentów opowiadań na czoło wysuwa się bardzo nastrojowy „Latarnik” Roberta Rusika, osadzony w jakże atrakcyjnej dla fanów horrorów scenerii – starej latarni morskiej, w której zagnieździło się zło. Niezgorzej wypadł też Łukasz Radecki. Jego „Ćma”, choć opowiedziana za pomocą drażniących mnie krótkich zdań intryguje konstrukcją - zderzeniem zapatrywań niczego nieświadomej ofiary i jej przyszłego oprawcy. Autor ubarwił swoją opowieść również trafnymi przemyśleniami na temat nastolatek zakochanych w pseudowampirach. Przewidywalna historia, ale tak właśnie miało być, o czym autor wspomina w finale, czym przy okazji kpi sobie z zadowolonego ze swej rzekomej błyskotliwości czytelnika (tak, tak ze mnie też). „Wampir” Grzegorza Gajka był troszkę przydługi, a co za tym idzie chwilami nużący. Ale za to poziom odrobinę zawyżył pomysł - wizja przyszłości z mieszaniem ras wampirów. Podobała mi się natomiast dowcipna osobowość „Srampira” Marcina Rojka, ze szczególnym wskazaniem na jego słuszną filozofię upadku mentalności ludzkości w XXI wieku, choć szczerze mówiąc slangowy język chwilami troszkę mnie męczył. Michał Stonawski również skrytykował współczesne ogłupiające mody, z tym, że on skupił się na zagrożeniach płynących z bezrefleksyjnego korzystania z portali społecznościowych i czatów. Jego „Wampir.pl” może i fabularnie jest konwencjonalny (krwiopijca wychodzi na żer), ale nie dość, że dobrze się go czyta to jeszcze zaskakuje zakończeniem.

Na koniec zostawiłam sobie kilka tekstów, które głównie ze względu na moje oczekiwania mrożącej krew w żyłach grozy mocno mnie zawiodły. „Veto” Macieja Kaźmierczaka ciekawie wtłacza postać wampira do polityki, ale równocześnie odniosłam wrażenie, że autor wzdragał się przed pójściem na całość, fabularnie troszkę się wycofał, w efekcie serwując mi historię z niewykorzystanym potencjałem (przy okazji nie wiedziałam, że ktoś jeszcze używa zwrotu „mimika twarzy”…). Ale pod kątem stylu śmiem twierdzić, że młody autor ma zadatki na naprawdę dobrego pisarza. Wyrobi się, na pewno. Zawiodły mnie również „Kły i kolczyki” Kazimierza Kyrcza Jr o mężczyźnie, który potrafi wyczuwać wampiry energetyczne, głównie przez wzgląd na brak mocniejszych, wbijających się w pamięć akcentów. Długi „Fort na wzgórzu” Marcina Rusnaka niezmiernie mnie znużył, ale tylko dlatego, że nie przepadam za konwencją fantasy, w której autor osadził swoją opowieść, co nie znaczy, że wielbicielom tego gatunku tekst również się nie spodoba. „Samotnie…” Marcina Podlewskiego odrzuciły mnie miłością wampirów oraz pozbawionym jakiejkolwiek grozy, konwencjonalnym polowaniem klanu wampirów na swojego niefrasobliwego bliźniego. Taka bardziej przygodówka, aniżeli horror, którego po tej antologii oczekiwałam.

Jak już wspomniałam wcześniej, pomimo kilku słabszych tekstów zamieszczonych w „Księdze Wampirów”, ogólny poziom antologii jest naprawdę zadowalający. Wizje okrutnych wampirów we współczesnym świecie gwałconym „zmierzchopodobnymi tworami” są jak najbardziej pożądane przez wielbicieli klasycznych, prawdziwych sylwetek krwiopijców. Za taką inicjatywę należą się autorom medale – wszystkim, zarówno tym, których opowiadania mnie zachwyciły, jak i tym, którym w moim mniemaniu poszło troszkę gorzej. Brawo Polska!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 20 marca 2014

„Inwazja łowców ciał” (1978)


San Francisco zostaje opanowane przez przybyłe z innej planety zarodniki, które pasożytują na roślinach, dzięki którym rozprzestrzeniają się po całym mieście. Pracownica Departamentu Zdrowia, Elizabeth Driscoll przynosi jedną z takich roślin do domu, a nazajutrz odkrywa, że jej chłopak jest inny niż zwykle. Wyzuty z uczuć mężczyzna, podobnie jak inni mieszkańcy San Francisco podczas snu wbrew sobie oddał swoje ciało obcej formie życia. Tymczasem jego dziewczyna konsultuje problem ze swoim znajomym z pracy, Matthew Bennellem, który choć początkowo sceptyczny na skutek przerażających wydarzeń w mieście orientuje się, że Ziemia padła ofiarą najeźdźców z Kosmosu. Razem z kilkoma przyjaciółmi Matthew stanie do nierównej walki o planetę.

Kultowa powieść Jacka Finneya pt. „Inwazja porywaczy ciał”, na kanwie której jak dotąd nakręcono cztery filmy (nie licząc kilku luźno z nią związanych produkcji) w Polsce, przez zaniedbanie wydawców jest praktycznie nie do zdobycia (chyba, że ktoś jest gotowy wyłożyć stówkę za używany egzemplarz). Dlatego też moja znajomość z tą książką ogranicza się do kilku jej fragmentów i obszernej recenzji zamieszczonych w „Danse Macabre” przez wielbiciela prozy Finneya, Stephena Kinga. Spośród wszystkich filmów na podstawie „Inwazji porywaczy ciał” największą popularnością cieszy się ekranizacja Dona Siegela z 1956 roku. Film istotnie jest arcydziełem skończonym, aczkolwiek widzowie popełniają poważny błąd porównując do niego wersję Philipa Kaufmana z 1978 roku, która jest adaptacją – czerpiącą główną oś fabularną z literackiego pierwowzoru, ale w szczegółach wprowadzającą tak wiele zmian, że raczej nie przystoi zestawiać readaptacji z dziełem Siegela.

Najważniejszą zmianą dokonaną przez Kaufmana w stosunku do powieści Finneya i jej pierwszej ekranizacji jest miejsce akcji. Podczas gdy w poprzednich wersjach tej historii konfrontowano nas z małomiasteczkową paranoją, będącą odpowiedzią autora książki na rozprzestrzeniający się w latach 50-tych XX wieku strach przed najeźdźcami z obcych planet i pośrednio obawę przed utratą własnej tożsamości, Kaufman postanowił sprawdzić, jak też taka tematyka prezentowałaby się w wielkim mieście (co skopiowała czwarta adaptacja powieści Finneya: „Inwazja” z 2007 roku). Biorąc pod uwagę liczne nominacje do nagród filmowych i dwa wygrane Saturny taka wizja jak najbardziej przypadła do gustu tak zwanym znawcom kinematografii, ale niestety (moim zdaniem niesłusznie) jest dyskredytowana wśród współczesnych, masowych odbiorców.

Największą siłą „Inwazji łowców ciał” jest wizualizacja wielkomiejskiej paranoi. Pierwsza połowa filmu, bazująca głównie na klimacie, potęgowanym niezapomnianą ścieżką dźwiękową to prawdziwy popis realizacji minimalistycznego szaleństwa, ogarniającego San Francisco. Ludzie z dnia na dzień tracą swoją tożsamość, pozbywając się wszystkich uczuć, tym samym stając się zimnymi osobnikami. Zewnętrznie prezentują się dokładanie tak samo, jak ich nosiciele, ale osobowościowo są już kim innym. Połączonymi zbiorową świadomością, wyzbytymi z wszelkich uczuć obcymi organizmami, pragnącymi przejąć naszą planetę. Pracownica Departamentu Zdrowia, Elizabeth Driscoll (znakomita Brooke Adams) zauważa to jako pierwsza, dzięki przemianie jej chłopaka. Próbuje przekonać do swoich racji kolegę z pracy, Matthew Bennella (Donald Surherland, którego nikomu nie trzeba rekomendować), ale niestety z miernym skutkiem. Całe miasto ogarnia istne szaleństwo, a mężczyzna wzdraga się przed zaakceptowaniem prawdy. Znamienna jest pełna nieznośnego napięcia scena odnalezienia nie do końca uformowanego klona jego przyjaciela, Jacka Belliceca (świetna kreacja Jeffa Goldbluma), spoczywającego w organicznym kokonie oraz będąca następstwem tego widoku szaleńcza podróż Matthew na ratunek Elizabeth. Po nastrojowej wędrówce po jej skąpanym w mroku domostwie, zdominowanym przez jej podmienionego chłopaka oczom mężczyzny ukazuje się przerażający widok. Śpiąca na łóżku Elizabeth i otoczony roślinami jej klon formujący się w kokonie. Od tego momentu początkowe maksymalne skupienie na klimacie będzie urozmaicane większą akcją. Twórcy oczywiście nie zapomną o atmosferze wszechobecnej paranoi, ale będzie ona troszkę słabiej akcentowana, przez wzgląd na dynamiczny rozwój akcji. Czwórka głównych bohaterów, wystrzegając się snu, podczas którego kształtują się klony, stanie do walki przede wszystkim o życie, ale również o całą planetę. Najeźdźcy z innej planety opanowali już całe miasto, eksportując mordercze zarodniki poza jego granice, w szybkim tempie dziesiątkując rasę ludzką. Jedynymi osobami, które mogą ich powstrzymać zdaje się być czwórka naszych protagonistów. Tylko, czy zdołają pokonać niezliczoną hordę wrogów?

W drugiej połowie filmu twórcy zadbali o kapitalne efekty specjalne. Rekwizyty mające imitować organiczną, przezroczystą tkankę kokonów, wnętrzności wypływające z uszkodzonych roślinnych zarodników i zapadanie się ciała zranionych klonów są tak dalece przekonujące wizualnie, a przy tym minimalistycznie, że chwilami, aż trudno uwierzyć, że to wszystko to tylko oszustwo na potrzeby produkcji. Jedyne, w czym Kaufman przesadził to ingerencja komputera w kreacji psa z głową człowieka – dowcipna, ale tak dalece sztuczna, że zastanawiam się nad zasadnością umieszczenia tej hybrydy w filmie. Znakomity okazał się też pomysł sygnalizacji obecności ludzi przez obcych – ten ich przenikliwy wrzask z palcem wycelowanym we wrogów. W 1993 roku Abel Ferrara skradnie ten motyw do swojej, trzeciej adaptacji powieści Jacka Finneya.

Nie twierdzę, że „Inwazja łowców ciał” jest lepsza od arcydzieła horroru science fiction z 1956 roku. Uważam, że tych filmów nie należy porównywać, bo Kaufman nie kręcił remake’u, a jedynie readaptację, w dodatku ze sporymi zmianami względem literackiego pierwowzoru. I moim zdaniem zrobił to niemalże idealnie. Nie ma to jak nastrojowe, pełne znakomitych efektów specjalnych kino science fiction z jakże niepokojącymi, ale też kuszącymi swoją ideologią antagonistami. Naprawdę godne uwagi kino – ale jedynie dla entuzjastów minimalizmu. Masowa publiczność pragnąca zawrotnej akcji i widowiskowych efektów komputerowych niech lepiej wybierze coś innego.

poniedziałek, 17 marca 2014

„Kiedy dzwoni nieznajomy” (2006)

Recenzja na życzenie

Nastoletnia Jill Johnson musi odpracować zaciągnięty na telefonie debet, a więc zatrudnia się u bogatego małżeństwa, jako opiekunka dwójki ich dzieci. Wielkie domostwo położone z dala od cywilizacji pewnego piątkowego wieczoru stanie się śmiertelnie niebezpieczną pułapką. Nękana telefonami od nieznajomego, pałającego do niej nienawiścią mężczyzny Jill coraz bardziej obawia się o bezpieczeństwo swoje i dzieci. Wydaje się, że tajemniczy oprawca ma co do nich poważne zamiary, a odludne położenie domu znacznie ułatwia mu wprowadzenie w życie swojego zbrodniczego planu.

Remake thrillera Freda Waltona z 1979 roku, wyreżyserowany przez Simona Westa. Szczerze mówiąc nie przepadam za filmami z nurtu home invasion – doświadczenie nauczyło mnie, że ich twórcy wzdragają się przed jakimkolwiek rozlewem krwi, stawiając nade wszystko na budowanie napięcia, co w dziewięciu przypadkach na dziesięć i tak nie do końca im wychodzi. „Kiedy dzwoni nieznajomy” to wyjątek. Nie wiem, ile twórcy skopiowali z pierwowzoru, bo jak dotąd nie dane mi było go zobaczyć, ale to raczej nieistotne, bowiem siłą remake’u nie jest fabuła tylko realizacja.

Nigdy nie podejrzewałabym, że fabuła skupiająca się na jednej osobie prowadzącej niezliczone rozmowy telefoniczne tak silnie mnie zainteresuje, ażeby kilkukrotnie powtórzyć seans. Jak się okazuje w thrillerze nieważne jest zawrotne tempo akcji, porywające efekty specjalne i multum bohaterów – wystarczy napięcie i klimat, aby przyciągnąć uwagę wielbicieli tego gatunku. Simon West chyba też to wiedział, bo jego film przez większą część projekcji, w przeciwieństwie do na przykład „Nieznajomych”, wystrzega się chaotycznych, nużących ucieczek protagonistów przed zamaskowanymi oprawcami. Konstrukcja scenariusza „Kiedy dzwoni nieznajomy” jest troszkę inna. Mamy imponujący, położony w górach dom, w którym największą uwagę zwraca piękny ogród usytuowany wewnątrz oraz na każdym kroku rzucający się w oczy nowoczesny przepych. W jego murach przez niemalże cały wieczór widzimy jedynie opiekunkę do dzieci Jill, która z jakiegoś powodu przez długi czas nie czuje potrzeby ujrzenia swoich podopiecznych. A więc, czy to z chęci spotęgowania nastroju, czy przez wrodzony brak ciekawości dziewczyny dzieciaki przyjdzie nam zobaczyć dopiero po przeszło połowie filmu – do tego czasu cała fabuła skupi się na Jill, nękanej telefonami od nieznajomego psychopaty. Z prologu wiemy, że mężczyzna upodobał sobie mordowanie opiekunek do dzieci i ich podopiecznych, ale to jedyny aspekt jego życia, który zostanie nam wyjawiony. Aż do finału niedane nam nawet będzie ujrzeć jego twarzy (w finalnych scenach walki niezmiennie skąpanej w cieniu). A więc lwia część fabuły skupia się na rozmowach telefonicznych, nie tylko z oprawcą, ale również ze znajomymi, aktualnie przebywającymi na wielkim organizowanym przez szkołę ognisku. Zatem jakim cudem coś tak trywialnego może się podobać? Odpowiedź jest prosta: West ma rzadko spotykane u hollywoodzkich twórców wyczucie suspensu i to tak dalece posunięte, że nawet ciągle wykorzystywany przez niego, na ogół denerwujący mnie zabieg budowania nieznośnego wręcz napięcia tylko po to, aby w kulminacji nie ukazać niczego niepokojącego ma w sobie jakąś moc oszukiwania. Ile razy wędrówka Jill po skąpanym w ciemności wielkim domostwie w poszukiwaniu źródeł niezidentyfikowanych dźwięków nie zakończyłaby się brakiem mocniejszego akcentu w kulminacji i tak czekałam na kolejną tego rodzaju, nastrojową scenę z nadzieją, że tym razem natknie się na psychopatę. A nawet jeśli nie, to nic straconego, bowiem nawet te jej pełne napięcia wędrówki mają w sobie niebywałą siłę przekazu – sprawiają, że siedzi się w fotelu z silnie zaciśniętymi pięściami, w przygotowaniu na makabrę.

Myślę, że w tak silnym sympatyzowaniu z główną bohaterką, a co za tym idzie dopingowaniu jej pomogła odtwórczyni tej postaci, Camilla Bell, dosyć uzdolniona aktorka, aczkolwiek kiedy tylko zobaczyłam w epizodycznej rólce Katie Cassidy pożałowałam, że dziewczyn nie zamieniono miejscami. Jestem przekonana, że ta druga poradziłaby sobie jeszcze lepiej. W każdym razie przystępna charakterystyka naszej protagonistki i należyta jej kreacja w tym przypadku były bardzo ważne, bowiem Jill na potrzeby rozwinięcia akcji i spotęgowania i tak już mrocznej atmosfery zdefiniowanego zagrożenia była zmuszona, pod wpływem paniki, czynić nie do końca mądre rzeczy. Za przykład może tutaj posłużyć jej szaleńczy bieg w zapierającej dech wichurze do stojącego nieopodal domku dla gości, w którym ma nadzieję zastać syna właścicieli domu oraz poszukiwania zaginionej gosposi. Widz doskonale zdaje sobie sprawę, do czego doprowadzą takie posunięcia, ale Jill coraz silniej tracąca poczucie rzeczywistości, ani myśli brać pod uwagę najgorszego – z tego też powodu jej głupiutkie zachowania mogą odrobinę zirytować, co poniektórych widzów. Mnie w ogóle nie zniechęciły, ale głównie przez wzgląd na jej dającą się lubić postać, co zawdzięczamy przede wszystkim scenariuszowi, ale również Bell. Jedyne, co bym tutaj poprawiła to zakończenie – moim zdaniem było, aż nader zachowawcze, tak jakby twórcy bali się pójść na całość i zamiast tego postawili na oklepany kompromis.

Wielbicielom thrillerów z nurtu home invasion nie muszę rekomendować tego filmu, bo pewnie już dawno go obejrzeli. Polecę zatem poszukiwaczom trzymających w napięciu, minimalistycznych obrazów, całkowicie pozbawionych efektów komputerowych i dynamicznej akcji, ale za to posiadających w sobie niezmierzone pokłady mrocznego klimatu.

niedziela, 16 marca 2014

Przegląd reżyserów kina grozy # John Carpenter

W cyklu „Przegląd reżyserów kina grozy” będzie pokrótce rozpatrywana przeze mnie filmografia twórców horrorów. Temat będzie dotyczył nie tyle reżyserów, którzy mieli jakiś wkład w rozwój gatunku (choć w niektórych przypadkach będzie to skutkiem ubocznym), ale raczej takich osób, których twórczość przypadła mi do gustu. Na początek przyjrzę się filmom Johna Carpentera. Poniżej przedstawiam uszeregowane względem mojej oceny wszystkie filmy grozy jednego z mistrzów gatunku, które do tej pory dane mi było obejrzeć. Jeśli jakaś produkcja nie pojawi się w tym i w następnych przeglądach to tylko dlatego, że jeszcze jej nie widziałam.

1. „Coś” (1982)

Nakręcona tanim kosztem readaptacja opowiadania Johna W. Campbella Jr., będąca odpowiedzią na zdaniem Carpentera niedopracowaną pierwszą ekranizację. „Coś” dziś uważany jest za jeden z najlepszych horrorów science fiction w historii kina. Z powodzeniem może rywalizować z taką klasyką, jak seria o Obcych. Ale zapomnijcie o statkach kosmicznych – tutaj grozy nie potęgują wąskie przestrzenie tylko rozległe tereny mroźnej Antarktydy.

1. „W paszczy szaleństwa” (1995)

Inspirowany twórczością H.P. Lovecrafta i poniekąd obsesją sporego grona czytelników na punkcie prozy Stephena Kinga. Mocno nastrojowy horror, którego oniryczna konstrukcja fabularna daje widzom złudzenie obcowania z odrealnionym, jakże przerażającym światem, w którym dosłownie wszystko może się zdarzyć.

2. „Mgła” (1980)

Klimatyczna ghost story w ciekawy sposób wykorzystująca złowróżbność mgły (być może będąca inspiracją dla Stephena Kinga do napisania opowiadania o tym samym tytule). Znakomicie ucharakteryzowane, przerażające duchy rybaków atakujące mieszkańców małego nadmorskiego miasteczka na trwałe już wpisały się w świadomość wielbicieli kina grozy. I słusznie, bo tak nastrojowych horrorów wbrew pozorom nie ma zbyt wiele.

3. „Wioska przeklętych” (1995)

Readaptacja powieści Johna Wyndhama pt. „Kukułcze jaja z Midwich”. Co prawda odrobinę ustępuje wierniejszej pierwowzorowi ekranizacji Wolfa Rilla z 1960 roku, ale wprowadza do tej historii wiele nowych, ciekawych rozwiązań. Dzięki temu film może zainteresować zarówno młodą grupę odbiorców, jak i osoby dobrze zaznajomione z nieziemskimi białowłosymi dzieciakami z Midwich.

4. „Halloween” (1978)

Mając do dyspozycji niewielki budżet John Carpenter nakręcił slasher, który w pewnym stopniu ukształtował amerykańskie krwawe kino grozy lat 80-tych. „Halloween” doczekało się licznych kontynuacji oraz uczyniło z mordercy Michaela Myersa bożyszcze młodych ludzi, równocześnie poddając innym reżyserom pomysł na w ich mniemaniu należyte wykorzystanie w popkulturze potencjału drzemiącego w „niekończących się” seriach slasherów. Jedynym mankamentem „Halloween” jest maksymalne okrojenie z brutalności (krwi raczej tutaj nie uświadczymy), ale jednocześnie posiada tak sugestywny klimat, że trudno gniewać się na Carpentera za ten brak odwagi w wizualizacji scen gore.

5. „Christine” (1983)

Ekranizacja znanej powieści Stephena Kinga, doceniona przez samego autora. Posiłkując się swoją znajomością prawideł horrorów science fiction Carpenter wykreował prawdziwie niepokojącą antagonistkę – morderczy samochód, zwany Christine, wykańczający swych wrogów w jakże nastrojowych scenach przy akompaniamencie niezapomnianej ścieżki dźwiękowej.

6. „Oni żyją” (1988)

Zainspirowany aferą z tzw. reklamą podprogową horror science fiction będący oryginalnym spojrzeniem nie tylko na zagrożenie czyhające ze strony subliminali, ale również najeźdźców naszej planety, mających moc oddziaływania na umysły ludzi.

7. „Oddział” (2010)

Dostosowując się do obecnej mody krzewienia w kinie grozy problematyki pewnej choroby psychicznej Carpenter przedstawił swoją wizję. Ale nie byłby sobą, gdyby nie osadził swojego filmu w konwencji ghost story, zamkniętej w klaustrofobicznym, ponurym szpitalu psychiatrycznym.  W efekcie może i nie powstało jakieś super innowacyjne arcydzieło, ale przynajmniej należycie klimatyczny straszak.

8. „Łowcy wampirów” (1998)

Rasowy horror wampiryczny osadzony w westernowym klimacie. Być może przemawia przeze mnie sentyment (to film mojego dzieciństwa), ale odnoszę wrażenie, że w obliczu współczesnego upadku wampiryzmu w kinematografii ta produkcja, aż krzyczy: tak powinni prezentować się prawdziwi krwiopijcy! Mordercze bestie, które z wszelkim poszanowaniem klasycznej sylwetki wampira, w brutalny sposób wykańczają każdego, kto stanie im na drodze.

9. „Książę ciemności” (1987)

Nieudane, choć oryginalne spojrzenie na sylwetkę Antychrysta w kinematografii. Carpenter niestety nie zdołał należycie wykorzystać swojego innowacyjnego pomysłu, poprzez zaniedbanie duszącego klimatu grozy i wplecenie kilku dłużyzn, które skutecznie obniżają ogóle wrażenia z seansu.

10. „Duchy Marsa” (2001)

Już obecność w horrorze science fiction Jasona Stathama nie wróży dobrze, a jeśli dodać do tego kiczowate efekty komputerowe i miałki scenariusz to, aż nie chce się wierzyć, że sam Carpenter podjął się reżyserii tej, pożal się Boże, produkcji. „Duchy Marsa” zostały wręcz zmiażdżone przez opinię publiczną i słusznie, bo tak bezbarwnego straszaka próżno szukać nawet w dorobku nowicjuszy, a co dopiero u Carpentera.