Stronki na blogu

niedziela, 27 marca 2016

„Uwolnienie” (1972)


Czterech zaprzyjaźnionych biznesmenów, Lewis, Ed, Drew i Bobby wybierają się na spływ czółnami po rzece w północnej Georgii. Niedługo te tereny mają zostać zalane, więc mężczyźni uznają, że to najlepszy czas na wyprawę. Drugiego dnia pobytu na łonie natury, Ed i Bobby, zostają zaatakowani przez dwóch tubylców, którzy zamierzają wykorzystać ich seksualnie i najprawdopodobniej zamordować. Przyjaciele przychodzą im z pomocą, ale ten incydent sprawia, że biznesmeni nie mogą już czuć się bezpiecznie. Teraz, muszą walczyć nie tylko z siłami nieubłaganej Natury, ale również mieć baczenie na miejscowych, wśród których jak się okazało znajdują się tacy, którzy pragną skrzywdzić przyjezdnych, folgując swoim odrażającym skłonnościom.

„Uwolnienie” oparto na powieści Jamesa Dickeya, po raz pierwszy wydanej w 1970 roku. Scenariusz do filmu spisał sam autor książki, a za reżyserię odpowiadał John Boorman, który później stworzył między innymi sequel „Egzorcysty”, jednak „Uwolnienie” to najbardziej doceniany obraz w jego filmografii. Nominowany do wielu prestiżowych nagród, w tym Oscarów i Złotych Globów, okrzyknięty najbardziej dochodową produkcją w 1972 roku (zarobił przeszło czterdzieści sześć milionów dolarów przy dwumilionowym budżecie), a w 2008 roku wpisany na listę filmów tworzących dziedzictwo kulturalne Stanów Zjednoczonych (National Film Registry), przechowywanych w Bibliotece Kongresu. Jednak o wyjątkowości „Uwolnienia” świadczy przede wszystkim jego ponadczasowość - zjednanie sobie kolejnych pokoleń widzów, w czym ogromną rolę odegrała praktycznie niedraśnięta zębem czasu realizacja i uniwersalna problematyka.

„Uwolnienie” jest thrillerem, utrzymanym w realiach survivalowych. Jon Voight, Burt Reynolds, Ned Beatty i Ronny Cox bezbłędnie wcielili się w role biznesmenów z Atlanty, którzy przybywają na dzikie tereny w Georgii, aby spłynąć czółnami po tutejszej rzece, zanim naturę zdominują tak zwani cywilizowani ludzie. Już wstępne wynurzenia jednego z bohaterów nadają fabule swoistej ciężkości, wskazując na skłonność Dickeya do roztrząsania ważkich w skali globalnej zagadnień. Scenarzysta wtłoczył w usta Lewisa kwestie świadczące o zachłanności tak zwanych cywilizowanych ludzi, pazerności mieszczuchów, których zdaje się nadrzędnym celem jest dominacja nad Naturą. Zaraz potem scenarzysta skupia się na kontaktach miastowych z tutejszymi prostymi ludźmi, żyjącymi z dala od cywilizacyjnych zdobyczy ułatwiających egzystencję. Bardzo istotne dla dalszego przebiegu akcji są reakcje głównych bohaterów na tubylców. Tylko jeden z nich, Drew, czerpie przyjemność ze wspólnego muzykowania ze zdeformowanym chłopcem. Pozostali podchodzą do kilku przedstawicieli tutejszej społeczności z nieufnością, obawą, pogardą i wyższością. Każdy z tej trójki przyjezdnych ma do nich inny stosunek, przy czym żaden nie sprzyja zawiązaniu przyjaźni. Patrząc na zdeformowanego chłopca Bobby z odrazą w podtekście domniemywa, że pochodzi z kazirodczego związku, tymczasem Lewis stale zaznacza swoją urojoną wyższość nad tubylcami, nie przebierając w słowach, co z kolei budzi obawy w Edzie. Po tym krótkim wstępie, zgrabnie wyłuszczającym stosunek miastowych do małomiasteczkowej społeczności oraz zapatrywania jednego z nich na globalny problem destrukcyjnego podejścia rasy ludzkiej do przyrody twórcy wrzucają głównych bohaterów w sam środek malowniczego, nieokiełznanego środowiska naturalnego, w którym człowiek, aby przeżyć musi zaufać swoim instynktom i mieć nadzieję, że jego siła fizyczna wystarczy, aby zwycięsko wyjść ze starcia z Naturą. Oczywiście, mieszczuchy są przygotowane na trudności, szczególnie Lewis, mający obsesję na punkcie survivalu, ale nie aż takie, z jakimi ostatecznie przyjdzie im się zmierzyć. Punktem zapalnym jest konfrontacja z dwoma tutejszymi mężczyznami, których odrażająca aparycja – spocone twarze, brudne włosy i popsute zęby - powinna być wyznacznikiem dla wszystkich twórców filmów przynależących do nurtu rape and revenge, którzy to najczęściej z jakiegoś sobie tylko znanego powodu nie decydują się na aż tak odpychające sylwetki gwałcicieli, czym niezmiennie łagodzą uczycie niesmaku. Charakteryzatorzy w „Uwolnieniu” wystarali się o niebywale odpychający wygląd zewnętrzny oprawców, co w połączeniu z ich odrażającymi poczynaniami wywindowało u mnie poziom wstrętu na niebotyczny poziom. Boorman i Dickey postanowili podejść do najbardziej wstrząsającej sceny w „Uwolnieniu”, tj. homoseksualnego gwałtu analnego z daleko idącym minimalizmem, który paradoksalnie tylko wzmógł siłę oddziaływania zabarwioną nutką nihilizmu. Słyszymy jedynie wymuszone przez oprawcę kwiczenie i mimowolne jęki jego ofiary i widzimy skupiony wyraz twarzy gwałciciela zagłębiającego się w odbycie sponiewieranego mężczyzny. To wszystko z rosnącym przerażeniem obserwuje skrępowany Ed, bezsilny w obliczu okrucieństwa tubylców i zauważalnie przeświadczony o swojej rychłej śmierci, poprzedzonej jak wkrótce zobaczymy próbą wymuszenia stosunku oralnego. Niniejszy incydent to zwrot w obserwowanej do tej pory akcji. Od tego momentu otaczająca głównych bohaterów przyroda nie jawi się już tak malowniczo, jak dotychczas, dużo łatwiej dostrzec w niej nieokiełznaną, niszczącą siłę, na co bez wątpienia ma wpływ widmo rychłej zemsty tubylców.

„Uwolnienie” nakręcono w latach 70-tych XX wieku za zaledwie dwa miliony dolarów, w co naprawdę trudno uwierzyć obcując z tym obrazem. Przepiękne zdjęcia, acz dostrzegalnie nacechowane zwiastującą zagrożenie dzikością doskonale zsynchronizowane ze skoczno-nastrojową ścieżką dźwiękową skomponowaną na banjo generują ogromne pokłady potężnego napięcia. Ale nie tylko realizacja odgrywa znaczącą rolę w nieustannym podnoszeniu poziomu adrenaliny u odbiorcy. Również scenariusz ma swój nieoceniony wpływ na wspomniane pożądane reakcje widza, w szczególności rzadko spotykane wyczucie chwili Dickeya, który chyba na kalkulatorze wyliczał chwile wymagające zdecydowanego ożywienia akcji. Bo konfrontacja z tubylcami nie jest jedyną przeszkodą dla bohaterów na drodze do normalności, uosabianej przez cywilizację. Wszak czyn, jakiego w samoobronie się dopuścili najpewniej ściągnął na nich niebezpieczeństwo ze strony pobratymców jednego z oprawców, co znacząco utrudnia im do tej pory sielankową przeprawę przez rzekę. „Uwolnienie” w wielkim skrócie stanowi więc obraz tragicznego w skutkach starcia przedstawicieli małomiasteczkowej społeczności z miastowymi oraz konfrontacji człowieka z Naturą, której wbrew przekonaniu tak zwanych cywilizowanych ludzi nie sposób okiełznać. Przy czym absolutnie każde nieszczęście, jakie spotyka biznesmenów oraz każda poczyniona przez nich próba wydostania się z tego miejsca i zminimalizowania zagrożenia ze strony miejscowych nacechowane są chwilami wręcz nieznośnymi pokładami napięcia, nieosiągalnego dla większości twórców filmowych thrillerów. John Boorman stworzył obraz obfitujący w wiele niespodzianek, warunkujących przygnębiający ogląd całej sytuacji, który ostatecznie prowadzi do przeświadczenia przywodzącego na myśl przesłania, jakie niosą najpopularniejsi przedstawiciele włoskiego nurtu kanibalistycznego.

Jednym z bardziej znanych horrorów inspirowanych „Uwolnieniem” jest „Droga bez powrotu”, czego jej twórcy nawet nie ukrywali wtłaczając owy tytuł w usta jednego z bohaterów. Oczywiście, od czasu powstania tej wiekopomnej pozycji wielu innych filmowców mniej lub bardziej zdecydowanie wzorowało się na dokonaniu Johna Boormana, ale i tak życzyłabym sobie, żeby było ich więcej. Może nie tyle w kontekście fabuły, co sposobu opowiadania danej historii - konsekwentnego trzymania się obranej problematyki, z niebywałą lekkością wzbogacanej aurą wszechobecnego zagrożenia wespół z innymi genialnie wyłożonymi częściami składowymi generującą potężne napięcie. „Uwolnienie” nie bez przyczyny zyskało tak wielkie uznanie opinii publicznej, w tym krytyków, teraz to wiem. Szkoda tylko, że szansę temu thrillerowi dałam tak późno, bo jak przekonałam się na własnej skórze odkładałam czystą przyjemność płynącą z obcowania z tym wspaniałym dziełem.

sobota, 26 marca 2016

„Zabójcza cisza” (2014)


Fotograf, Brandon Davis, dziedziczy po pradziadku, Wentonie, zabytkowy aparat fotograficzny, którym jego zmarły krewny niegdyś robił przynoszące mu sławę zdjęcia pośmiertne. Brandon niezwłocznie przystępuje do testowania aparatu, ufając, że uda mu się osiągnąć podobny efekt, jak jego pradziadek portretując osoby żyjące. Niedługo potem media obiega wiadomość o brutalnym podwójnym morderstwie. Asystentka Davisa, Ivy Monroe, uświadamia sobie, że ofiary były niedawno fotografowane przez Brandona. Tymczasem giną kolejne osoby, którym Davis zrobił zdjęcie za pośrednictwem odziedziczonego aparatu, upewniając Ivy, że urządzenie jest przeklęte.

Reżyser i scenarzysta „Zabójczej ciszy”, Philip Adrian Booth, nakręcił między innymi takie horrory, jak „ShadowBox”, „DarkPlace”, czy „The Possessed”, ale największą oglądalnością, która nie szła w parze z aprobatą, cieszył się jego debiut, zatytułowany „Tunel śmierci”. Booth zdobywa doświadczenie w niskobudżetowych produkcjach, które trafiają głównie na małe ekrany i na rynek DVD. Szacuje się, że na realizację „Zabójczej ciszy’” przeznaczył dwa miliony dolarów, co we wprawnych reżyserskich rękach powinno być wystarczającą sumą niezbędną do stworzenia udanego straszaka, ale dla mniej utalentowanych twórców zazwyczaj okazuje się niewystarczająca. Booth już wcześniej nie wyróżnił się szczególnym wyczuciem gatunku, dlatego też nie powinno dziwić, że w „Zabójczej ciszy” wielu widzów dopatruje się zaprzepaszczenia potencjału, z całą pewnością drzemiącego w pomyśle wyjściowym. Jednak w moim pojęciu wzmożona krytyka pod adresem Bootha nie powinna rozciągać się na absolutnie wszystkie części składowe jego najnowszej produkcji, bo o dziwo parę rzeczy mu się udało.

Szczyt popularności fotografii pośmiertnych przypadał na drugą połowę XIX wieku i początek XX, stanowiąc swoistą formę upamiętnienia zmarłego krewnego i poradzenia sobie z bólem po jego stracie. Z czasem zaczęto odchodzić od tej tradycji, z czego tylko powinniśmy się cieszyć, zwłaszcza w dobie portali społecznościowych, na których dominują wszelkiego rodzaju zdjęcia użytkowników i ich bliskich robione w przeróżnych sytuacjach. Scenariusz Philipa Adriana Bootha dotyka tej problematyki za pośrednictwem niegdysiejszej profesji zmarłego pradziadka głównego bohatera. Wenton Davis zasłynął, jako fotograf osób zmarłych, które ustawiał przed obiektywem na przemyślnych metalowych podpórkach, dzięki czemu osoby portretowane wyglądały jak żywe. Odziedziczony przez głównego bohatera, Brandona, aparat pradziadka ma być jego nowym narzędziem pracy, przy czym mężczyzna przeciwnie niż jego krewniak trudni się fotografowaniem osób żyjących. Co zważywszy na specyfikę owego urządzenia delikatnie mówiąc staje się wielce problematyczne. Otóż, aparat ma tendencję do zabijania każdego sfotografowanego nim nieszczęśnika, z czego rzecz jasna posługujący się nim Brandon początkowo nie zdaje sobie sprawy. Pomysł naprawdę zacny, a i dosłowna wizualizacja morderczych tendencji przeklętego aparatu nie pozostawia wiele do życzenia. Co ciekawe, choć scenariusz umożliwiał umiarkowanie krwawy sznyt rodem ze slasherów, Booth parokrotnie skręcił raczej w stronę body horroru, tym samym wykazując się nieco większą odwagą w szafowaniu makabrą. Najbardziej pomysłowymi, a przy tym realistycznie oddanymi na ekranie formami eliminacji sfotografowanych osób są obdzieranie żywcem ze skóry mężczyzny i jego małego synka oraz „prześwietlanie skóry” podane w formie parzących wykwitów, mnożących się w zastraszającym tempie. W tym pierwszym przypadku twórcy efektów specjalnych uderzyli w barkerowską stylistykę, unaoczniając widzom drobiazgowo sportretowaną, długą sekwencją powolnego zdzierania płatów skóry z wrzeszczących ofiar, obficie oblanych wiarygodną substancją imitującą posokę. W drugim scenarzysta wykazał się dużą dozą oryginalności, a realistyczne efekty specjalne tylko spotęgowały makabryczny wymiar niniejszej sekwencji. Jako, że Booth dosyć śmiało sobie poczyna z aspektami gore oprócz wymienionych scen eliminacji ofiar zobaczymy między innymi bardziej sztampowe, ale również wiarygodnie oddane na ekranie wypatroszenie bezdomnego i przemieszanie jego organów wewnętrznych oraz klasyczne obcinanie palców, podczas którego kamera ani na chwilę nie ucieka przed makabrą. Całkiem drastycznie jawi się również osobliwe zajęcie Wentona Davisa, co jakiś czas pokazywane w retrospekcjach - szczególnie wtłaczanie żelastwa w ciało osoby przez niego fotografowanej UWAGA SPOILER w trakcie, którego zastanawiałam się, dlaczego zmarły tak obficie krwawi, przez długi czas poczytując to za błąd twórców, ale końcówka rozwiała wszelkie wątpliwości KONIEC SPOILERA. Gdyby Booth przerzucił cały ciężar scenariusza na estetykę body horroru zapewne dostalibyśmy całkiem zajmujący szoker, umiejętnie wykorzystujący dobrodziejstwa płynące z tego nurtu, ale na swoje nieszczęście reżyser i scenarzysta „Zabójczej ciszy” ciągle uciekał w stronę horroru paranormalnego, w czym nie byłoby niczego złego, gdyby potrafił wykrzesać choćby minimum oczekiwanego, mrocznego klimatu.

Choć realizacja, wyłączając miejscami rozproszony montaż, może poszczycić się dużą dozą profesjonalności: stabilnymi zdjęciami, utrzymanymi w ciemnych barwach i zadowalająco zespolonymi ze ścieżką dźwiękową, sposób opowiadania całej historii znacząco zakłóca odbiór filmu. Szczególnie ubodło mnie szczątkowe wyłuszczenie warstwy obyczajowej traktującej o małżeńskich problemach Brandona i wychowywaniu niemego syna, Bobby’ego. Odtwórca tej roli, Gavin Casalegno obok Raya Wise’a, który wcielił się w postać Wentona Davisa w zderzeniu z pozostałymi członkami obsady wyróżnia się przyzwoitym warsztatem. Za to najbardziej irytowali mnie „drewniany” Ben Browder i manieryczna Elle LaMont. Może ich niedostatki warsztatowe nie uwidaczniałyby się tak bardzo, gdyby wzbogacić powierzone im postacie jakimiś interesującymi cechami, dynamizującymi fabułę, zamiast w najmniej oczekiwanych momentach nieustannie zbaczać w stronę morderczych właściwości aparatu, tym samym niwecząc dramaturgię, nieśmiało wykluwającą się z relacji międzyludzkich i sprawiając nieprzyjemne wrażenie niemożności zespolenia przez scenarzystę tych dwóch warstw scenariusza. Kolejny motyw, czyli nadprzyrodzone tendencje przeklętego urządzenia z obowiązkowymi zagubionymi duszami fabularnie współgrał z pozostałymi wątkami, ale technicznie wypadł zdecydowanie najsłabiej. Boothowi chyba obce są takie pojęcia, jak potęgowanie atmosfery, czy dawkowanie napięcia, bo w „Zabójczej ciszy” nie zdołałam dopatrzeć się konsekwencji w budowaniu dramaturgii. Ilekroć zaczęto jakąś bazującą na nastroju grozy, stonowaną sekwencję błyskawicznie dynamizowano ją szybkim montażem i wyskakującymi zewsząd upiorami zza światów. Którzy gwoli sprawiedliwości mogli przynajmniej pochwalić się demonicznym wyglądem (szczególnie mężczyzna z zaszytymi ustami i rozmazanymi rysami twarzy), co jest kolejną dużą zasługą twórców efektów specjalnych. Aż strach pomyśleć, jakby „Zabójcza cisza” się prezentowała, gdyby nie oni. Zwłaszcza w końcówce, chyba inspirowanej „Naznaczonym”, którą łatwo było zamienić w sztuczny pokaz tanich efektów, z dominującą rolą komputera, ale dzięki powściągliwości twórców efektów specjalnych dusze zamieszkujące „świat negatywu” nie wypadły groteskowo, czego nie można powiedzieć o melodramatycznym zwrocie akcji.

Nie będę szkalować „Zabójczej ciszy” z taką mocą, z jaką czyni to większość jej odbiorców, bo choć całokształt w żadnej mierze nie zachwyca to kilka części składowych, odbieranych w oderwaniu od pozostałych elementów sportretowano na tyle udanie, żeby nie wywołać we mnie potrzeby przerwania seansu, a chwilami nawet zyskując sobie moją wzmożoną uwagę. Szkoda, że Philip Adrian Booth zdecydował się samodzielnie przełożyć swój scenariusz na język filmu, bo gdyby powierzył go bardziej utalentowanemu reżyserowi mógłby z tego powstać prawdziwy hit. A tak został jedynie średniak, który z całą pewnością szybko osunie się w otchłań zapomnienia.

piątek, 25 marca 2016

„Furia: Carrie 2” (1999)


Nastoletnia Rachel Lang w dzieciństwie była świadkiem załamania nerwowego samotnie ją wychowującej matki, która od tego momentu przebywa w zakładzie psychiatrycznym.  Rachel pozostaje pod opieką rodziców zastępczych, ale nie łączą jej z nimi ciepłe relacje. Osobą najbliższą dziewczynie jest jej jedyna przyjaciółka, Lisa, która pewnego dnia informuje Rachel, że straciła dziewictwo z chłopakiem ze szkoły. Tego samego dnia Lisa popełnia samobójstwo, a zrozpaczona Rachel odkrywa, że spotykała się z członkiem szkolnej drużyny futbolu amerykańskiego. Jego znajomi próbują zatuszować ten fakt i zastraszyć dziewczynę, celem wymuszenia jej milczenia. Tymczasem przynależący do tej paczki, Jesse Ryan, zaczyna spotykać się z Rachel, jednocześnie odsuwając się od przyjaciół. Jego koledzy opracowują więc plan zemsty, nie wiedząc, że Rachel Lang urodziła się ze zdolnością przenoszenia przedmiotów siłą woli, której kontrolowanie nastręcza jej coraz większych trudności.

Powieściowy debiut Stephena Kinga, po raz pierwszy wydany w 1974 roku, adaptacja wyreżyserowana przez Briana De Palmę, jej sequel stworzony przez Katt Shea, ekranizacja Davida Carsona i remake wersji De Palmy, względnie readaptacja w wykonaniu Kimberly Peirce. Zadziwiające, że tak prosta historia, jaką niewątpliwie jest pierwsza powieść Stephena Kinga posłużyła tylu filmowcom, a jeszcze bardziej zdumiewające, że szeroka opinia publiczna chętnie sięga po kolejne produkcje inspirowane książką. Scenarzystę „Carrie 2”, Rafaela Moreu, co prawda natchnęła prawdziwa historia tzw. The Spur Posse, grupy licealistów z Lakewood w Kalifornii, wykorzystujących dziewczęta i przyznających sobie punkty za seksualne podboje (proceder chłopców zyskał rozgłos w 1993 roku, kiedy to odkryto, że wykorzystywali osoby nieletnie), ale po uświadomieniu sobie wielu podobieństw do „Carrie” zdecydowano się dostosować tę historię do prawideł rządzących filmowymi kontynuacjami. Sequel uzyskał błogosławieństwo Briana De Palmy, który to nie tylko zgodził się na wykorzystanie w „Carrie 2” kilku ujęć ze swojej wersji, ale również zaaprobował udział Amy Irving w drugiej odsłonie tej historii, która to ponownie wcieliła się w rolę Sue Snell.

Choć nie uważam „Furii: Carrie 2” za obraz tragiczny w kontekście całego gatunku to oceniając go przez pryzmat pozostałych dzieł powstałych na kanwie powieści Stephena Kinga, z literackim pierwowzorem włącznie, przez długi czas uważałam ten film za najsłabszą odsłonę przygód nastolatki obdarzonej mocami telekinetycznymi. To się zmieniło po powstaniu najnowszej „Carrie” w 2013 roku, choć oczywiście nadal uważam, że Katt Shea, która kilka lat wcześniej zasłynęła znakomitym „Trującym bluszczem” w tym konkretnym przypadku nie udało się wybić ponad przeciętność. W mojej ocenie przede wszystkim zawiniła niekonsekwencja scenarzysty oraz brak dosadnego klimatu grozy, którym to szczyci się adaptacja. Oczywiście nie wymagałam od Shea zrównania z geniuszem Briana De Palmy, bo takie zjawisko jest zwyczajnie niemożliwe, ale ufałam, że przynajmniej nacechuje narrację zdecydowaną aurą rychłego zagrożenia oraz wymusi na operatorach wzbogacenie zdjęć dosadną mrocznością.  Niestety, przeważającą część filmu odarto z wszelakiej grozy, nade wszystko skupiając się na lekkich realiach młodzieżowych, jedynie sporadycznie wykrzesując ździebko napięcia. Choćby w scenie najścia dwóch szkolnych futbolistów na dom Rachel (przyzwoita kreacja Emily Bergl), która poza znośnie stopniowanym klimatem wyróżniała się swoistym ukłonem w stronę „Krzyku” Wesa Cravena, kiedy to napastnik imitując przez telefon głos Kaczora Donalda pytał dziewczynę o jej ulubiony horror. Napięcie wynikało również z fabularnych aspektów produkcji, przy czym najsilniej było ono wyczuwalne w początkowych sekwencjach. W ten sposób przechodzimy do drugiego poważnego mankamentu „Carrie 2”, który uwidocznił się po naprawdę zacnym zawiązaniu akcji. Twórcy sequela dysponowali o wiele większą swobodą od swoich kolegów po fachu przekładających literacki oryginał na język filmu, gdyż nie musieli ściśle trzymać się narracji zaproponowanej przez Stephena Kinga. I na początku rzeczywiście korzystali z owego nieskrępowania powieściowym pierwowzorem, porywając się na wątek inspirowany prawdziwymi wydarzeniami. Całą intrygę rozpoczyna świeży w kontekście tej konkretnej historii motyw samobójstwa nastolatki, w którą wcieliła się znakomita Mena Suvari, szkoda tylko, że jej występ był tak znikomy (jako ciekawostkę dodam, że w „Carrie 2” wystąpił również Eddie Kaye Thomas, który to spotkał się z Suvari również na planie „American Pie” i kilku kontynuacji tego obrazu). To wydarzenie generuje kolejne nowe rozwiązanie fabularne, traktujące o niemoralnej rywalizacji chłopców ze szkolnej drużyny futbolu amerykańskiego, polegającej na sypianiu z dziewczętami za punkty. Niniejszy inspirowany prawdziwymi wydarzeniami wątek rozwinięto na tyle należycie, żeby rozbudzić moją ciekawość dalszym rozwojem akcji, ale scenarzysta niestety uznał, że fabuła wymaga kilku przydługich oczywistych nawiązań do losów Carrie White. Tak więc po odświeżającym wstępie przychodzi pora na znaną już fanom nastolatki posiadającej telekinetyczne zdolności opowieść o młodzieńczej miłości, spisku kolegów ze szkoły i finalnej eskalacji mocy, a wszystko z poszanowaniem reguł teen horrorów. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego Rafael Moreu tak ściśle trzymał się konstrukcji fabularnej „Carrie”. Pokrewieństwo obu dziewcząt i kontynuacja losów Sue Snell wespół z udanym pomysłem wtłaczania co jakiś czas we właściwą akcję filmu niepokojących, klimatycznych ujęć z wersji De Palmy moim zdaniem powinny stanowić jedyną formę nawiązań do historii Carrie White. Tym bardziej, że początkowe samobójstwo Lisy umożliwiło twórcom odmienne ukierunkowanie akcji. Zamiast stawiać na kingowskie portretowanie zdarzeń, które naturalną koleją rzeczy prowadzą do rzezi na imprezie można było dawkować makabrę stopniowym eliminowaniem przez Rachel bogatych nastolatków przekonanych o swojej wyjątkowości. Tym bardziej, że wygórowany budżet, bo opiewający na aż dwadzieścia jeden milionów dolarów ułatwiał wprowadzenie tego rodzaju sekwencji. Widać, zabrakło inwencji albo perspektywa wymagającej mniejszych nakładów pracy „powtórki z rozrywki” była bardziej nęcąca.

„Carrie 2” podobnie, jak książka i trzy filmy na niej bazujące eksploatują motyw młodzieńczej miłości pomiędzy popularnym chłopcem i stroniącą od dużego towarzystwa, acz nie tak napiętnowaną w szkole, jak Carrie White, nastolatką z problemami osobistymi, która w tym przypadku staje się zarzewiem tragicznego w skutkach konfliktu. W ten oto sposób przez lwią część filmu śledzimy perypetie skłóconych młodych ludzi, szczegóły młodzieńczego romansu, niemoralny proceder kilku członków szkolnej drużyny futbolowej i niesnaski Rachel z rodzicami zastępczymi i gdyby nie sporadyczne akcentowanie telekinetycznych mocy, tkwiących w głównej bohaterce dostalibyśmy klasyczny teen dramat, po którym nie należy spodziewać się potężnej dawki grozy. Ale przez wzgląd na niezwykłe zdolności Rachel twórcy co jakiś czas byli zmuszeni generować złowróżbny klimat, co wypadało raczej miernie i dawać do zrozumienia widzom, że cała intryga zakończy się tragicznie. I szczerze mówiąc po obiecującym wstępie, niemalże cała środkowa partia filmu głównie tym oczekiwanym tragizmem w finale zachęca do przebrnięcia przez tę historię, szczególnie, że najwięcej uwagi poświęcono wówczas mdłym wątkom romantycznym. Ale chyba warto przecierpieć owe rozciągnięte w czasie miłostki młodych ludzi, bo twórcy odrobinę rekompensują wcześniejszy marazm realistycznymi krwawymi ujęciami, z paroma ciekawymi sposobami eliminacji ofiar, jak choćby wbijanie płyt CD w ciało, czy pęknięcie szkieł w okularach popychające okaleczoną dziewczynę do mimowolnego pozbawienia kolegi przyrodzenia. Interesująco jawił się również finalny wygląd Rachel, której ciało ozdobił tatuaż imitujący ciernie, co oczywiście wcale nie oznacza, iż twórcom „Carrie 2” udało się wyrwać z ciasnych ram narzuconych przez Stephena Kinga. Wręcz przeciwnie, pomijając kilka ozdobników, w gruncie rzeczy zaserwowali widzom powtórkę ze znanej historii tylko z inną główną bohaterką.

Oddanym fanom Carrie White zapewne są doskonale znane również losy jej przyrodniej siostry, dlatego też nie ma sensu, abym tej grupie rekomendowała względnie odradzała seans „Furii: Carrie 2”. Osoby niezaznajomione z literackim pierwowzorem i filmami powstałymi na jego kanwie odsyłam do powieści, wersji De Palmy oraz Carsona, ale jeśli mają akurat pod ręką sequel wyreżyserowany przez Katt Shea nie muszą się obawiać, że nie nadążą za akcją, bo fabułę skonstruowano w taki sposób, aby przyciągnąć przed ekrany również ludzi nieobytych z wcześniejszymi odsłonami. Powinni jednak przygotować się na znikomą dawkę grozy i kilka nużących rozwiązań fabularnych, przynajmniej z perspektywy miłośnika horrorów. Choć gwoli sprawiedliwości tragicznie nie jest – a przynajmniej nie aż tak, jak miałam to okazję zobaczyć w „Carrie” z roku 2013.