Stronki na blogu

środa, 24 sierpnia 2016

„Summer Camp” (2015)


Prowadzący skromny obóz letni w Hiszpanii, Antonio, zatrudnia dwie młode, nieznające się Amerykanki, Michelle i Christy. Tak samo, jak pracujący w tym miejscu kolejny sezon Amerykanin Will mają być wychowawcami dzieci, którzy poza odpoczynkiem będą uczyć się języka angielskiego. Dzień poprzedzający przyjazd wczasowiczów cała czwórka poświęca na przygotowania, w tym szkolenie Michelle i Christy. Wieczorem, kiedy mają wreszcie się odprężyć po ciężkim dniu, jednego z nich dopada jakaś choroba, przez którą staje się agresywny. Jego koledzy wkrótce odkrywają, że parę osób przebywających w tej okolicy również zostało zarażonych, zamieniając się w szaleńców opętanych manią zabijania.

Hiszpańsko-amerykański „Summer Camp” to reżyserski pełnometrażowy debiut Alberto Mariniego, dotychczas realizującego się w roli scenarzysty - „Romasanta”, „Extinction”, „Słodkich snów”, „Apartament” z cyklu „filmów, które nie dadzą ci zasnąć”. Dwa ostatnie obrazy wyreżyserował Jaume Balagueró, który jest znany przede wszystkim, jako współtwórca horroru pt. „[Rec]”. Artysta miał swój udział w powstawaniu „Summer Camp”, służąc początkującemu w roli reżysera koledze cennymi radami i dofinansowując produkcję. Scenariusz „Summer Camp” Marini napisał wspólnie z Danielle Schleif, a ich czołowym zamysłem było odejście od znanej konwencji, przemodelowanie schematów, mając nadzieję, że taki eksperyment zaskoczy wielbicieli horrorów.

Z wypowiedzi Alberto Mariniego wnioskuję, że spodziewał się, iż początek „Summer Camp” nasunie miłośnikom kina grozy skojarzenia ze starymi camp slasherami, ale mnie bardziej to przypominało remake „Martwego zła”. Niezupełnie na płaszczyźnie tekstowej, już prędzej od strony technicznej. Hiszpański obóz letni położony w zacisznym, zalesionym zakątku osnuto wówczas mroczną aurą wyobcowania oddaną w delikatnie wyblakłych barwach, wizualnie bardzo zbliżoną do nowej wersji „Martwego zła”. Wrażenie osamotnienia w swoistej głuszy wzmaga niewielka liczba bohaterów. Akcja rozgrywa się w przededniu otwarcia obozu, koncentrując się głównie na właścicielu przybytku Antonio i zatrudnionej przez niego trójce młodych wychowawców, którzy czynią przygotowania do jutrzejszego przyjazdu małych wczasowiczów. Ten niedługi klimatyczny wstęp poza oczywistym wprowadzeniem widza w złowieszczy nastrój ma za zadanie zmusić dobrze zaznajomionego z filmowymi rąbankami odbiorcę do usystematyzowania sobie w głowie bohaterów, zgodnie z wytycznymi konwencji. Innymi słowy scenarzyści dają mu do zrozumienia, że zaradna Michelle (zadowalająco wykreowana przez Maiarę Walsh) jest jedyną możliwą kandydatką na final girl, natomiast Antonio, z którym zaczyna wchodzić w bliższą relację najprawdopodobniej najdłużej będzie jej towarzyszył podczas zmagań z tajemniczą zarazą. Will (przyzwoity aktorsko Diego Boneta) zostaje wówczas wtłoczony w ramy standardowego podrywacza i lekkoducha (wejście do klatki, w której przebywa pies rzekomo mający wściekliznę), a Christy również zadowalająco wykreowana przez Jocelin Donahue, miała uchodzić za bogatą, rozpuszczoną strojnisię nieradzącą sobie na łonie natury - w slasherach zazwyczaj takie role powierza się blondynkom. I kiedy już widz za podszeptami scenarzystów uszereguje sobie czołowe postacie pod kątem najbardziej prawdopodobnej kolejności ich umierania, twórcy burzą cały zamysł oglądającego, dając mu do zrozumienia, że jednym z ich celów jest pogrywanie na jego oczekiwaniach. Gdy już utwierdzamy się w przekonaniu, że ugryziony przez chorującego psa Will jest jedynym możliwym kandydatem na pierwszą zarażoną ludzką postać twórcy serwują nam trzymającą w napięciu sekwencję jego skradania się za plecami Antonia. Wstrzymujemy wówczas oddech w oczekiwaniu na atak, który istotnie następuje chwilę później, ale nie ze strony której się spodziewaliśmy. A żeby tego były mało zaraz potem kolejną ofiarą zarazy pada osoba, która nie miała prawa zostać tak szybko wykluczona z grona pozytywnych bohaterów, w myśl konwencji rąbanek powinna najdłużej pozostawać „przy zdrowych zmysłach”. Razem z zaskoczeniem na widok tak osobliwego procesu zarażania protagonistów przychodzi refleksja, że oto twórcy nazbyt szybko zmniejszyli liczbę protagonistów o połowę – zastanawia więc, w jaki sposób zamierzają dynamizować kolejne sekwencje… Stosunkowo szybko dostajemy na to odpowiedź w formie wyjawienia nam niezwykłych tendencji panoszącej się w obozie i jego okolicach choroby. Nie przypominam sobie żadnego filmu o zarazie, która charakteryzowałaby się takim przebiegiem, dlatego też mogę oddać koncepcji Mariniego i Schleif swoisty powiew świeżości, który w połączeniu z wcześniejszym przemodelowaniem konwencji obiecuje prawdziwie innowacyjne widowisko, pełne przeróżnych niespodzianek w warstwie tekstowej. Tak może się wydawać tuż po wyjawieniu widzom niesztampowych skłonności tej konkretnej choroby, jednak dalszy przebieg fabuły mnie osobiście przyniósł wyłącznie rozczarowanie i nie tylko przez wzgląd na jej przewidywalny przebieg.

Do pewnego momentu myślałam, że „Summer Camp” będzie godzien fenomenu „Śmiertelnej gorączki” Eliego Rotha, że będę mogła z czystym sumieniem stwierdzić, że obok wspomnianego dzieła to najlepszy XXI-wieczny horror o zarazie. Ale z czasem niestety zostałam zmuszona do obniżenia oczekiwań, do zaakceptowania jego przeciętności. Wiem, że niejeden wielbiciel kina grozy jest zachwycony całokształtem „Summer Camp”, ale mnie niestety rozwój fabuły i towarzysząca mu oprawa wizualna mocno zawiodły. Wspomniana przewidywalność to w moim pojęciu pierwszy mankament drugiej partii filmu - pochodzenie zarazy nie było dla mnie żadną tajemnicą, gdyż scenarzyści zdecydowanie za dużo tropów podrzucili już na początku seansu. Ale przewidywalność w dalszej części scenariusza nie przeszkadzała mi zanadto, byłam nieporównanie bardziej zawiedziona wycofaniem twórców na gruncie gore i w moim pojęciu topornym stopniowaniem napięcia. Horror o zarazie powinien oferować kilka krwawych ujęć, ale twórcy widocznie również w tym aspekcie postanowili odciąć się od schematów - wszystkie sekwencje okaleczenia i zabijania ludzi ukrywając przed wzrokiem widza bądź montując w sposób uniemożliwiający dojrzenie makabry w całej krasie (na przykład migawkowy portret stopy dziurawionej wiertarką). W sumie jako tako posoce mogłam przyjrzeć się jedynie w ujęciach skoncentrowanych na bladych twarzach zarażonych wykrzywionych w szaleńczych grymasach, gdyż kiedy dopadała ich choroba z ich ust buchała realistycznie się prezentująca krew, zresztą tak samo jak ich całe sylwetki, na szczęście minimalistycznie ucharakteryzowane. Mogłabym wybaczyć twórcom małą drastyczność, w pełni zaakceptować taką formę odcięcia się od konwencji horrorów o zarazie, gdyby nie nieudolnie stopniowane napięcie i dużo słabszy klimat od tego, z którym zderzyłam się na początku „Summer Camp”. Na chaotyczne pościgi młodych ludzi, ich konfrontacje z zarażonymi i paniczne poszukiwanie sposobu na wydostanie się z obszaru, na którym panoszy się osobliwa zaraza patrzyłam z całkowitą obojętnością. Nie potrafiłam „zsynchronizować się” z w dużej mierze plastikową aurą osnuwającą te wydarzenia, pomimo usilnych starań nie znalazłam prawie niczego, co ożywiłoby mnie w dalszej części seansu. Prawie, bo pesymistyczne podsumowanie wyartykułowanych na początku przez bohaterów tez dotyczących wzajemnego zaufania stanowiło miłą odskocznię od beznamiętnych pogoni i prawie bezkrwawych ataków zarażonych. Wydawało mi się nawet, że podczas gdy początkowe sekwencje „Summer Camp” umiejętnie pogrywały z oczekiwaniami widzów, inteligentnie rezygnując z prawideł rządzących rąbankami, dalsze partie filmu tkwiły już w ramach konwencji. Co nie byłoby złe, gdyby przedstawić to w bardziej emocjonujący i klimatyczny sposób.

Zdecydowanie nie jestem fanką „Summer Camp”, choć doceniam początkowe eksperymentowanie z kliszami, całkiem oryginalne podejście do konwencji filmowych rąbanek oraz wstępne budowanie klimatu. Gdyby dalsze partie filmu utrzymały wysoki poziom początkowych sekwencji zapewne rozpływałabym się w zachwytach, ale niestety z czasem stało się dla mnie jasne, że twórcom nie udało się dosięgnąć wysoko zawieszonej poprzeczki, że walory tej produkcji rozłożono nierównomiernie, niemalże wszystkie superlatywy zawierając w pierwszych partiach filmu. Myślę jednak, że „Summer Camp” znajdzie wielu sympatyków, że niejedną osobę całkowicie przekona takie stopniowanie klimatu, tego rodzaju podejście do gore i właśnie taki klimat, jaki zaproponowano w dalszych partiach filmu.

wtorek, 23 sierpnia 2016

„Szatańskie zabawki” (1992)


Policjanci, Matt Cable i Judith Gray zastawiają pułapkę na dwóch handlarzy bronią. Jednak akcja nie przebiega zgodnie z planem. Partner Judith i zarazem ojciec dziecka, którego się spodziewa zostaje zastrzelony, a przestępcy ukrywają się w magazynie, w którym przechowywane są zabawki. Policjantka rusza ich śladem. W środku udaje jej się dopaść i skuć jednego z nich. Tymczasem krew drugiego przywołuje Szatana, który ożywia znajdujące się w magazynie zabawki. Ich zadaniem jest zabicie każdego, kto znajdzie się w pobliżu. Z wyjątkiem Judith, co do której diabeł ma inne plany. Policjantka i schwytany przez nią przestępca zostają uwięzieni w małym pomieszczeniu. Hałasy zwracają uwagę ochroniarza i młodego dostawcy kurczaków, Marka Wayne’a. Mężczyźni docierają do uwięzionych intruzów. Chwilę potem ożywione zabawki ruszają do ataku.

„Szatańskie zabawki” to horror klasy B wyreżyserowany przez Petera Manoogiana i porównywany do powstałego trzy lata wcześniej „Władcy lalek” Davida Schmoellera, którego jednym z pomysłodawców był Charles Band, producent wykonawczy „Szatańskich zabawek” i inspirator ich scenariusza. Autorem warstwy tekstowej jest David S. Goyer, późniejszy twórca między innymi „Blade’a: Mrocznej Trójcy” i „Nienarodzonego”. W 2010 roku „Szatańskie zabawki” doczekały się sequela, a wcześniej powstały dwa crossovery, w których skonfrontowano szatańskie zabawki z bohaterami innych horrorów, zatytułowane „Dollman vs. Demonic Toys” i „Puppet Master vs. Demonic Toys”.

„Szatańskie zabawki” to w moim pojęciu kwintesencja kina grozy klasy B lat 90-tych: tandetny horror z akcentami komediowymi, skierowany głównie do fanów niskobudżetowej rozrywki. Dominującą rolę w tej produkcji odgrywa kicz, również w akcentach gore, a wątek przewodni jest tak naiwny, jak to tylko możliwe. Innymi słowy miłośnik horrorów klasy B dostaje to, co kocha, podczas gdy koneser ambitnego, innowacyjnego kina grozy z zażenowaniem wpatruje się w ekran, zastanawiając się dla kogo kręci się takie filmy. Między innymi dla mnie, bo od zawsze czułam jakiś „pociąg” do tandetnych, umiarkowanie krwawych horrorów, które nie grzeszą błyskotliwością, a wszystkie elementy składowe aż proszą się o większe dopracowanie. „Szatańskie zabawki” to istotnie głupiutki obraz, od którego nie należy oczekiwać profesjonalizmu, ale jeśli akceptuje się kiczowate realizacje i infantylne scenariusze można się naprawdę przednio bawić. Fabuła, jak to w kinie grozy klasy B zazwyczaj bywa została maksymalnie uproszczona. Akcję zamknięto w starym magazynie pełnym zabawek, liczbę bohaterów znacznie ograniczono, a wątek przewodni zbudowano w oparciu o jeden z częstych motywów horrorów, bazujących na ingerencji Szatana we własnej osobie w życie kilku śmiertelników. A ściślej nieszczęśników, którzy mieli pecha znaleźć się w budynku, w którym właśnie nieświadomie przywołano niematerialnego Księcia Ciemności, który czerpie energię z każdego morderstwa popełnionego przez powołane przez niego do życia zabawki i stara się przybrać cielesną postać. Szatan najczęściej przybiera oblicze małego, słodziutkiego chłopca z wściekle zielonymi oczami i przemawiającego grubym głosem typowym dla dorosłego mężczyzny (kontrast wyglądu z głosem robi wrażenie). Ale to nie on kradnie „Szatańskie zabawki” tylko tytułowi antybohaterowie – Szatan przegrywa w starciu z nimi nawet wówczas, gdy przybiera bardziej upiorne postacie zakrwawionego zombie-Matta, demona ze szkaradną twarzą, czy wreszcie standardową postać diabła z rogami. Wprost nie mogłam się napatrzeć na ożywione zabawki – między innymi głowę klauna z ogromną paszczą wyskakującą z pudełka, wściekłego miśka, który najbardziej rozbawił mnie w chwili, w której dzierżył w łapkach kij baseballowy i wreszcie wprost zachwycającą Stokrotkę. Ta ostatnia dosłownie mnie rozbrajała, wywołując uśmiech ilekroć pojawiała się na ekranie, a niekontrolowany wybuch śmiechu zawsze kiedy się odzywała. Stokrotka to lalka wyobrażająca bobasa z prześmiewczą mimiką, która nie szczędzi widzom i zdumionym protagonistom filmu dowcipnych odzywek i zauważalnie szefuje krwiożerczej armii zabawek grasującej w starym magazynie. Aż dziw, że nie skradła serc milionów wzorem laleczki Chucky, bo naprawdę niewiele ustępuje „swojemu sławnemu koledze”.

Jak można się tego domyślić akcja koncentruje się na pościgach po starym magazynie i sekwencjach mordów dokonywanych przez ożywione zabawki. Niski budżet nie pozwolił twórcom wykorzystać porażająco realistycznych efektów specjalnych, ale ten niedostatek w dużej mierze rekompensował ich zapał i inwencja. Sztuczna posoka co prawda nie leje się hektolitrami, ale na niedobór akcentów gore i tak nie można narzekać, na brak pomysłowości również. Najczęściej portretowano wgryzanie się zabawek w szyje protagonistów z licznymi zbliżeniami na rozciąganie fragmentów skóry, ale rekwizyty którymi wówczas się posiłkowano wizualnie nie grzeszyły wiarygodnością. Jednak ten mankament nie psuł moich ogólnych wrażeń – wygląd napastników i swoiste czyste szaleństwo przebijające z owych ustępów (właściwie to z całego filmu), nieskrępowane popuszczanie wodzów wyobraźni przez twórców wynagrodziły mi małą wiarygodność scen gore. Wspomnianą pomysłowość w okaleczaniu ofiar widać na przykład w dosyć długiej sekwencji rozrywania zębami policzka ochroniarza oraz pełnego determinacji dźgania oka dziewczyny. Szatan również ma coś w zanadrzu, w końcu głupio byłoby gdyby tylko pozostające na jego usługach zabawki dostarczały widzom umiarkowanie krwawych akcentów. Ujęcie gore z jego udziałem jest chyba najbardziej charakterystyczne – koncentruje się bowiem na powolnym wyjmowaniu własnych oczu… Kolejnym (nie wiem już którym z kolei) superlatywem „Szatańskich zabawek” jest odtwórczyni roli głównej, Tracy Scoggins oraz charakter postaci, którą z takim wdziękiem kreuje. Spodziewająca się dziecka policjantka, która obejmuje dowodzenie w wąskim gronie nieszczęśników uwięzionych w magazynie opanowanym przez diabelskie moce, jest głównym celem Szatana, ale cechujące ją hardość i ogromna odwaga nie pozwalają jej poddać się panice, która wielu innych w takiej sytuacji dosłownie by sparaliżowała. Judith Gray staje do nierównej walki zarówno z Szatanem, ożywionymi zabawkami, jak i handlarzem bronią, nie ulegając Szatanowi nawet wówczas, gdy wdziera się w jej podświadomość i przenosi ją do domku dla lalek, gdzie demonstruje jej swoje moce. Ten ustęp wiąże się z ciekawymi sekwencjami snów Judith traktującymi o grze w karty dwóch chłopców – jednym z nich jest diabeł, a drugim stojący po stronie Judith chłopiec, którego tożsamość poznamy dopiero pod koniec filmu. Niniejszy akcent w finale nawet mnie zaskoczył UWAGA SPOILER myślałam, że „dobrym duszkiem” jest sam Bóg KONIEC SPOILERA, ale zanim to nastąpiło nie obyło się bez kilku niebudzących mojego zachwytu części składowych. Superlatywy filmu Manoogiana już w skrócie przedstawiłam, ale zauważyłam również kilka wad, a przynajmniej elementów, które mnie nie przypadły do gustu. Efekty komputerowe wyobrażające a la wyładowania elektryczne trąciły animacją, a zbudowany na początku całkiem mroczny klimat filmu z czasem został zaniedbany. Wyparowała gdzieś klaustrofobiczna, ponura aura swoistej pułapki w formie starego magazynu, przestano podkreślać ciasnotę poszczególnych pomieszczeń i zalegającą w kątach ciemność, większą wagę przykładając do dynamicznych pościgów i strzelanek, które same w sobie były diablo wciągające, ale myślę, że wypadłyby jeszcze lepiej, gdyby przez cały czas towarzyszył im gęsty mroczny klimat.

Myślę, że „Szatańskie zabawki” to niemalże doskonała propozycja dla wieloletnich wielbicieli umiarkowanie krwawych niskobudżetowych horrorów z akcentami komediowymi. Kiczowaty, naiwny obraz, z którego tchnie jakaś magia – porywający urok taniego kina grozy lat 90-tych, nastawionego przede wszystkim na czystą rozrywkę. Niestarającego się na siłę kogoś przestraszyć, czy zniesmaczyć, już prędzej próbującego odprężyć, a nawet rozbawić odbiorcę akceptującego takie „dziwactwa”. Już nie kręci się takich filmów, bo i liczba ich fanów nie jest zbyt wielka, ale kilka osobników poszukujących tego rodzaju rozrywki „niższych lotów” jeszcze się ostało i to właśnie im pragnę zarekomendować „Szatańskie zabawki”.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Dean Koontz „Głos nocy”


Po rozwodzie rodziców i przeprowadzce wraz z matką do Santa Leone, nieśmiały czternastoletni Colin Jacobs zaprzyjaźnia się z popularnym rówieśnikiem, Royem Bordenem. Dotychczas stroniący od towarzystwa chłopiec dzięki Royowi poznaje inny świat. Colin nie traktuje go jedynie jak najlepszego przyjaciela, widzi w nim również przewodnika i idola. Kiedy Borden zdradza mu, że lubi dręczyć i zabijać zwierzęta Jacobs jest przekonany, że zmyśla, aby sprawdzić jak zareaguje. Nie odchodzi od tego założenia nawet wówczas, gdy przyjaciel wyznaje mu, że zabijał już ludzi i zamierza dopuścić się następnej zbrodni z pomocą Colina. Do czasu, aż Roy zamienia słowa w czyn, dając przyjacielowi twarde dowody swojego agresywnego jestestwa.

„Głos nocy” pióra Deana Koontza po raz pierwszy opublikowano w 1980 roku, pod pseudonimem Brian Coffey. Premiera powieści zbiegła się w czasie z jego dziełem zatytułowanym „Szepty”, które zwróciło uwagę szerokiej opinii publicznej na twórczość Koontza - okazało się prawdziwym przełomem w jego karierze. „Głos nocy” nie cieszy się taką poczytnością, jak „Szepty”, właściwie to jedna z jego mniej znanych powieści. Dean Koontz znajduje upodobanie zarówno w tworzeniu długaśnych tomiszczy, pełnych wyczerpujących opisów, jak i krótkich dzieł, niegrzeszących stylowym rozmachem. „Głos nocy” wpisuje się w tę drugą kategorię – całkiem dobrze sprawdza się jako niewymagające myślenia czytadło, ale z całą pewnością nie jest to pozycja obowiązkowa dla fanów literackiej grozy.

Jednym ze znaków rozpoznawczych Deana Koontza jest zgrabne łączenie stylistyki horroru, thrillera i science fiction, ale nie każdy jego utwór cechuje się przemieszaniem tych trzech gatunków. Przykładem choćby „Głos nocy”, będący rasowym dreszczowcem, chyba że uznać niektóre wyobrażenia głównego bohatera za ukłon w stronę estetyki horroru. Akcja powieści bazuje na popularnym również w kinie grozy wątku traktującym o psychopatycznym nieletnim, który tak jak to miało miejsce w nakręconej w następnej dekadzie produkcji Josepha Rubena pt. „Synalek”, szuka sprzymierzeńca w swoim rówieśniku. Czternastoletni Roy Borden jest klasycznym przykładem charyzmatycznej, mocno zaburzonej jednostki, posiadającej zdolności manipulacyjne, które wykorzystuje w kreowaniu swojego fałszywego wizerunku. Swoją prawdziwą naturę zdradza nowemu przyjacielowi, Colinowi Jacobsowi, będącemu jego całkowitym przeciwieństwem. Podczas gdy Roy jest „duszą towarzystwa”, jego kolega ma trudności z nawiązywaniem znajomości. Najlepiej czuje się w samotności – uwielbia czytać i oglądać science fiction i horrory oraz bawić się modelami potworów, które gromadzi w swoim pokoju. Jednak dzięki znajomości z Royem odkrywa nowy, dotąd niedostępny dla niego świat, wreszcie czuje, że gdzieś przynależy i podoba mu się to. Nie rozumie dlaczego Roy zwrócił na niego uwagę, bo w przeciwieństwie do niego jest outsiderem, ale jest mu wdzięczny za wszystko, co dla niego zrobił. W jego oczach Roy uchodzi za człowieka wyjątkowego, godnego naśladowania, Colin patrzy na niego jak na autorytet, nieustannie pilnując się, żeby go nie rozczarować. Jest przekonany, że Roy poddaje go licznym próbom, starając się wybadać, czy może powierzyć mu swój największy sekret, który scementuje ich przyjaźń. Dlatego też kiedy czternastolatek zaczyna raczyć Colina makabrycznymi opowieściami o swoich rzekomych czynach, jego przyjaciel nie odczuwa strachu. Wychodzi z założenia, że Borden zmyśla i dostosowuje się do w jego mniemaniu reguł gry, dając wyraz swojej gotowości pomagania Royowi w krzywdzeniu innych stworzeń. Książkę rozpoczyna przygnębiająca relacja Bordena, w której opisuje tortury, jakim poddał kota sąsiadów, ostatecznie odbierając mu życie. Już ta historia powinna uczulić czytelników na postać Roya, Koontz bowiem wyraźnie nie chciał zasiewać ziarna niepewności, jego celem nie było zmuszenie odbiorcy do podzielania zapatrywań Colina na całą sytuację. Bez wątpienia pragnął, żeby czytelnik wyprzedzał głównego bohatera, żeby od początku powieści spodziewał się po Royu niebezpiecznych dla otoczenia zachowań i poglądów. Od początku więc mamy do czynienia z klasyczną, prostą opowieścią o młodocianym socjopacie, w tajemnicy przed ludźmi oddającemu się swojemu okrutnemu hobby. Cieszy mnie, że Koontz nie eksperymentował z konwencją, bo mordercze dzieciaki to jeden z moim ulubionych motywów literatury i kina grozy, a zbytnie kombinacje mogłyby przyczynić się do zagubienia jego walorów. Nie miałabym jednak nic przeciwko, gdyby spisując „Głos nocy” wykorzystał swój drugi warsztat – wyczerpujący styl, dzięki któremu przekuwa niektóre pomysły w prawdziwe powieściowe majstersztyki.

Dean Koontz sygnalizuje czytelnikom, że z Royem Bordenem coś jest nie tak głównie za pośrednictwem dialogów – krótkich konwersacji pomiędzy chłopcami, często bez portretowania ich reakcji na właśnie wypowiedziane słowa interlokutora i przemyśleń o właśnie prowadzonej dyskusji. Ten oszczędny w słowach sposób wyłuszczania opowieści nie pozwala całkowicie wczuć się w żadną z tych czołowych postaci, sprawia, że miejscami wypadają zbyt jednowymiarowo i wpływa negatywnie na napięcie na początku powieści budowane głównie dzięki nieświadomości Colina, co do prawdziwej natury jego kolegi. Czytelnik wie, że grozi mu duże niebezpieczeństwo ze strony Roya, ale główny bohater przez jakiś czas nie zdaje sobie z tego sprawy, a to naturalną koleją rzeczy budzi żywsze emocje u odbiorcy, jednocześnie uczulając go na postać Colina, wszak nie sposób rozsądzić, czy nieśmiały czternastolatek ostatecznie rozsmakuje się w zbrodni, czy stawi czoło swojemu idolowi. Jednak pomimo sprzyjającej napięciu warstwie fabularnej, emocjonalny wydźwięk nie jest tak dobitny, jakbym tego oczekiwała od tego rodzaju opowieści – nazbyt prosty, nieobfitujący w szczegółowe opisy styl, jaki Koontz obrał w tej powieści nie pozwalał mi całkowicie zaangażować się w lekturę, o silnym solidaryzowaniu się z głównym bohaterem już nie wspominając. Poza tym zdecydowanie brakowało mi chociaż jednego dobitnego ustępu, obrazującego mordercze zapędy Roya. Miałam nadzieję, że nastąpi to podczas próby wykolejenia pociągu (tutaj znowu pomyślałam o „Synalku”, tyle że tam mieliśmy do czynienia z karambolem na drodze) bądź wówczas, gdy wreszcie wprowadzi w życie swoje plany zgwałcenia i zabicia sąsiadki oraz jej małego synka, ale jak się okazało Koontz trzymał się innej, zdecydowanie mniej odważnej koncepcji. Z czego nie byłam zadowolona, ale skłamałabym gdybym powiedziała, że pomysł na ożywienie i sfinalizowanie akcji był pozbawiony superlatywów. Choć niewyszukany i poza sporadycznymi opisami rozbuchanej wyobraźni Colina sportretowany po macoszemu przynajmniej nie nużył zanadto. Przydałoby się więcej głębokich przemyśleń Koontza o naturze zła tkwiącego w nastoletnim chłopcu, bo tak na dobrą sprawę takim mianem można określić tylko wyjaśnienie, czym tak naprawdę jest tytułowy głos nocy i finalną konkluzję Colina, że to społeczeństwo odpowiada za krzywdę, jaka spotkała Roya oraz rzecz jasna dużo więcej ustępów bazujących na klimacie zagrożenia. Ale jeśli nie ma się wygórowanych oczekiwań to forma, jaką przybrał „Głos nocy” również ma szansę, chociażby miejscami, dostarczyć trochę pożądanych wrażeń.

„Głos nocy” nie jest moją ulubioną powieścią Deana Koontza, pomimo tego, że bazuje na jednym z moich ulubionych motywów kina i literatury grozy. Największym mankamentem tej książki jest oszczędny w słowach styl i nazbyt szybkie finalizowanie dosłownie wszystkich wydarzeń. Jednak na tyle już przyzwyczaiłam się do „B-klasowego oblicza” Koontza i w sumie dostałam na tyle zajmującą historię, że nie miałam ochoty odłożyć tej pozycji przed doczytaniem do końca. Co prawda mogło z tego wyjść mistrzowskie tomiszcze, mieszające warstwę psychologiczną z przynajmniej umiarkowanie krwawymi wątkami, ale w takim przeciętnym kształcie książka również dostarczyła mi odrobinę rozrywki, więc nie będę nikogo do niej zniechęcać.

piątek, 19 sierpnia 2016

„I zapadła ciemność” (1970)


Dwie zaprzyjaźnione młode kobiety, Jane i Cathy, pochodzące z Nottingham są w trakcie wakacyjnej wycieczki rowerowej po mniej zaludnionych obszarach Francji. Przy jednej z mało uczęszczanych dróg dochodzi między nimi do kłótni. Zdenerwowana Jane odjeżdża zostawiając koleżankę na poboczu, która z kolei nie przejmując się rozłąką postanawia zostać i odpocząć. Jane tymczasem dociera do małego sklepiku. Jego właścicielka przestrzega ją przed samotnym przemierzaniem tej konkretnej drogi, sugerując, że grozi jej jakieś niebezpieczeństwo. Zaniepokojona dziewczyna wraca do miejsca, w którym rozstała się z Cathy, ale nie zastaje tam przyjaciółki. Za to spotyka mężczyznę na motorze, którego widziały wcześniej, deklarującego chęć pomocy. Nieznajomy zdradza Jane, że ma na imię Paul i jest detektywem z paryskiego Wydziału Kryminalnego. Niedługo potem Jane dowiaduje się, że w tych rejonach jakiś czas temu zamordowano kobietę, a sprawcy nigdy nie odnaleziono.

Brytyjski thriller „I zapadła ciemność” wyreżyserowany przez Roberta Fuesta nie odniósł spektakularnego sukcesu. Winą za ten stan rzeczy można obarczyć wówczas mało doświadczonego dystrybutora i nieprzystający do głównego nurtu kształt produkcji. Część współczesnej opinii publicznej zwróciła uwagę na tę pozycję w 2010 roku, kiedy ukazał się szeroko reklamowany remake obrazu Fuesta w reżyserii Marcosa Efrona z Amber Heard w roli głównej. Scenariusz nowej wersji różni się od pierwotnej warstwy tekstowej autorstwa Briana Clemensa i Terry’ego Nationa. To samo można powiedzieć o formie – podczas, gdy wizja Fuesta nie dostosowywała się do oczekiwań masowych odbiorców, Efron skręcił w stronę komercji. To w połączeniu z nieporównanie większą kampanią reklamową i prężniejszą dystrybucją sprawiło, że remake jest bardziej znany od pierwowzoru. A szkoda, bo moim zdaniem do pięt nie dorasta swojemu inspiratorowi.

Jedna mało uczęszczana droga we Francji, dwie brytyjskie turystki na rowerach, mężczyzna przemieszczający się na motorze, kilkoro podejrzanych miejscowych i rzecz jasna zaginięcie młodej kobiety najprawdopodobniej powiązane z morderstwem mającym miejsce jakiś czas temu w tych rejonach. To niemalże wszystkie elementy składające się na fabułę „I zapadła ciemność”, nie da się więc ukryć, że koncepcja twórców była aż nadto powściągliwa. Zamiast kombinować z szeroko zakrojonym spiskiem, porażającymi zwrotami akcji rozciągniętymi na dużej przestrzeni i zapełniać plan niezliczoną liczbą podejrzanych postaci, Clemens i Nation zaproponowali widzom prostą opowieść z udziałem niewielu aktorów, której wątek przewodni zasadza się na zniknięciu młodej kobiety i jest zamknięty na mocno ograniczonym obszarze. Areną tajemniczych wydarzeń jest niedługi odcinek mało uczęszczanej francuskiej drogi, przy której sporadycznie „wyrastają” różnego rodzaju zabudowania, a moment zawiązujący właściwą akcję następuje niedługo po rozdzieleniu się brytyjskich turystek, Jane i Cathy, które przemierzają rowerami niniejsze rejony. Albo raczej już w chwili ich rozłąki, ponieważ „I zapadła ciemność” w przeważającej mierze bazuje na klimacie, który to wyraźnie zagęszcza się, gdy wyprowadzona z równowagi zachowaniem przyjaciółki Jane zostawia ją samą na małym zadrzewionym terenie usytuowanym przy feralnej drodze. To wydarzenie jest sygnałem dla widzów, dosadną zapowiedzią rychłej tragedii również przez warstwę tekstową, ale w dużo większej mierze za sprawą pierwszej zaprezentowanej kulminacji klimatu. Ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Laurie Johnson moim zdaniem zasługuje na najwyższe odznaczenia. Tak nastrojowe, szarpiące nerwy brzmienia, w paru momentach bez znaczącej pomocy operatorów, niemalże w pojedynkę generujące momenty szczytowej grozy we współczesnych thrillerach są praktycznie niespotykane. Nawet w niszowych dreszczowcach tak samo, jak „I zapadła ciemność” minimalistycznie zapatrujących się na formę. Ale choć muzyka miała decydujące znaczenie dla niezwykłego klimatu tego obrazu, nie należy umniejszać pracy operatorów, bo gdyby nie ona „dźwiękowe uderzenia” nie miałyby takiej siły rażenia. Podczas, gdy muzyczne tony wyraźnie wysuwały się na pierwszy plan podczas momentów kulminacyjnych to również wcześniejszym zdjęciom zawdzięczałam tak silne emocje towarzyszące tym a la jump scenkom. Lekko wyblakłe, miejscami nawet przybrudzone obrazki osnute wówczas stonowaną klimatyczną muzyczką, portretujące wiejskie tereny Francji właściwie już w pierwszych minutach seansu wprawiły mnie w odpowiedni nastrój. Najczęściej sprawiająca wrażenie opuszczonej asfaltowa droga, rozciągające się po jej obu stronach wyblakłe trawy i pola uprawne i z rzadka pojawiające się stare, zniszczone budynki zarówno swoim charakterem, jak i profesjonalnymi zdjęciami, nacechowanymi potężną złowieszczością właściwie już po pierwszym rzucie oka natchnęły mnie ogromnym napięciem. Które z biegiem trwania filmu tylko wzrastało, ani na chwilę nie wytracając pędu. A kiedy już miało się wrażenie, że atmosfera grozy osiągnęła apogeum, że mocniej uderzyć się już nie da, na pierwszy plan wysuwała się muzyka, która nawet tak mało widowiskowe ujęcia jak rozbicie okna przez napastnika, czy raptowne skierowanie kamery w pusty kąt pomieszczenia zamieniła w prawdziwie szarpiący nerwy, niebywale wysmakowany spektakl.

Nieskomplikowana, jednowątkowa fabuła moim zdaniem tylko pomogła twórcom w wydobyciu maksimum klimatu zagrożenia i aury nieustannie zagęszczającej się tajemniczości. Krążenie Jane po niedługim odcinku mało uczęszczanej asfaltowej drogi, przystanki w różnego rodzaju zabudowaniach, konwersacje z miejscowymi i przeczesywanie zalesionego zakątka, w którym ostatni raz widziała swoją przyjaciółkę do wymyślnych z całą pewnością nie należą, ale w moim pojęciu to właśnie ich prostota sprawiła, że reżyser mógł przede wszystkim skupić się na budowaniu diablo trzymającej w napięciu oprawy audiowizualnej, nie zaprzątając sobie głowy logicznym wyłuszczaniem coraz to bardziej skomplikowanych wątków. Równocześnie z tej prostoty przebijała prawda, duża wiarygodność, wszak tajemnicze zniknięcie na poboczu mało uczęszczanej drogi samo w sobie jawi się bardzo prawdopodobnie – ma się wrażenie, że taka sytuacja mogła mieć miejsce w rzeczywistości, właściwe to codziennie na świecie zdarzają się podobne tragedie. Co więcej również dzięki prostemu, acz jakże skutecznemu trikowi operatorskiemu (zbliżenia na bijące czystym przerażeniem i zaszczuciem oczy głównej bohaterki) oraz przekonującej kreacji odtwórczyni roli głównej Pameli Franklin, możemy na własnej skórze doświadczyć emocji, jakie towarzyszą postaci Jane. Niezwykle łatwo jest „wejść” w jej sylwetkę, nawet pomimo tego, że ciężko kojarzy pewne fakty. Mała domyślność głównej bohaterki nie przeszkadza w należytym wczuciu się w jej położenie, ale informacja, która sprawia, że ma się wrażenie, iż nie jest zbytnio rozgarniętą osóbką bez wątpienia oddziera scenariusz z elementu zaskoczenia. Z konwersacji Jane z miejscowymi dowiadujemy się, że dziewczyna słabo włada językiem francuskim, jednak pojedyncze angielskie słowa wypowiedziane przez właścicielkę małego sklepu oraz rozmowa z pochodzącą z Wielkiej Brytanii nauczycielką uczulają ją na miejsce, w którym aktualnie przebywa. Znajomość z rzekomym detektywem z paryskiego Wydziału Kryminalnego, Paulem, a ściśle historia, z którą ją zapoznaje również każe jej sądzić, że znalazła się w samym sercu koszmaru. Jednak bariera językowa uniemożliwia jej wytypowanie jednego podejrzanego, więc początkowo nieufnie podchodzi do paru osób. Ciekawe, bo pojedyncze angielskie słowa wypowiedziane przez jedną z mieszkających w tych rejonach osób mnie z miejsca naprowadziły na jak się okazało właściwy trop. Innymi słowy scenarzyści zdecydowanie za dużo zdradzili, przez co z jednej strony nie udało im się zaskoczyć mnie tożsamością sprawcy, a z drugiej miejscami wprost zdumiewał mnie brak domyślność głównej bohaterki (choć nie aż tak, żeby mówić o niskiej wiarygodności tej postaci). Co o dziwo wcale nie przeszkadzało mi w dużym napięciu śledzić jej napiętych relacji z osobami, na których skupiała swoje podejrzenia, pewnie dlatego, że strona audiowizualna zaserwowała mi właściwie nieustający ciąg silnych wrażeń. Jednak mimo wszystko na miejscu scenarzystów nieco mniej zdradziłabym odbiorcom we wczesnych partiach filmu i zmieniłabym finał – twórcy znakomicie weszli w końcowy pojedynek (wyłączając przewidywalną tożsamość sprawcy), ale ku mojemu ubolewaniu ostatecznie złagodzili wydźwięk zakończenia.

„I zapadła ciemność” to thriller skierowany głównie do wielbicieli klimatycznych obrazów, udowadniających, że największa siła tkwi w prostocie, tak fabularnej, jak technicznej. Liczne efekty specjalne i zawiłe fabuły nie są konieczne do stworzenia naprawdę emocjonującego dreszczowca – liczy się przede wszystkim złowieszczy klimat, mistrzowskie stopniowanie napięcia towarzyszące nieskomplikowanej, ale może właśnie dzięki temu niezwykle wciągającej i przekonującej fabule. Poszukiwacze innowacyjnych rozwiązań, zaskakujących zwrotów akcji i spektakularnych za sprawą drogich efektów specjalnych, wbijających się w pamięć sekwencji mogą sobie odpuścić seans produkcji Roberta Fuesta, ale osoby zgoła odmiennie zapatrujące się na kino grozy powinni dać szansę tej pozycji, bo to naprawdę znakomite widowisko.