Stronki na blogu

piątek, 14 grudnia 2018

Ray Bradbury „Kroniki marsjańskie. Człowiek Ilustrowany. Złociste jabłka słońca”

Któż nie zna, choćby ze słyszenia, „451° Fahrenheita” i „Jakiś potwór tu nadchodzi” autorstwa nieżyjącego już Amerykanina Raya Bradbury'ego, jednego z najpopularniejszych twórców fantastyki? A kto nie słyszał o jego „Kronikach marsjańskich”? Nie trzeba interesować się literaturą science fiction i horrorem, żeby wciąż natykać się na te tytułu w różnego rodzaju analizach mniej czy bardziej znanych dzieł, bo Bradbury inspirował (i nadal inspiruje) niezliczonych artystów. Publikacja zbiorcza wydawnictwa MAG, przełożona na język polski przez Pawła Ziemkiewicza i moją ulubioną tłumaczkę Paulinę Braiter, to prawdziwa gratka nie tylko dla zagorzałych miłośników twórczości tego pisarza (Bradbury był również scenarzystą), ale także, albo przede wszystkim, dla osób, którzy dotychczas nie mieli okazji przeczytać żadnego z jego utworów. Wydanie to, według mnie, idealnie nadaje się na początek, jestem o tym przekonana, dłuższej przygody z Rayem Bradburym w roli przewodnika. Przewodnika po światach stworzonych przez niego dziesiątki lat temu, a zdecydowanie bardziej przypominających naszą współczesność niźli okres, w jakim one powstawały. Bradbury nazywany jest wizjonerem, prorokiem, wiele jego utworów określa się mianem ponadczasowych i chyba nikt, kto zapozna się z tekstami zamieszczonymi w tym jakże atrakcyjnym zbiorze wydawnictwa MAG, nie będzie miał co do tego wątpliwości. W formie książkowej pierwotnie opublikowane kolejno w 1950, 1951 i 1953 roku, „Kroniki marsjańskie”, „Człowiek Ilustrowany” i „Złociste jabłka słońca [i inne opowiadania]” oferują niepokojąco znajome historie – kawałki z życia wzięte. Z naszego życia, czyli z przyszłości, w którą to Bradbury jakimś cudem zajrzał...

„Kroniki marsjańskie” to zbiór krótkich historii najpierw, pod koniec lat 40-tych XX wieku, publikowanych w magazynach science fiction, a potem zebranych przez Raya Bradbury'ego w jednym tomie. Nie na chybił trafił. Forma tego utworu, jak zresztą sam jego autor powiadał, przypomina zarazem zbiór opowiadań i powieść. „Kroniki marsjańskie” są i tym i tym, choć nie powiedziałabym, że w takim samym stopniu. Bardziej skłaniam się w stronę powieści. W przeciwieństwie do standardowych zbiorów opowiadań tychże tekstów nie można czytać bez zachowania chronologii. Nie można ustalić sobie dowolnej kolejności, chyba że chce się znacznie utrudnić sobie ową wędrówkę po Marsie i w mniejszym stopniu po Ziemi. Akcja „Kronik marsjańskich” rozpoczyna się w 1999 roku, czyli w czasach nam minionych, ale dla piszącego te słowa Bradbury'ego była to przyszłość, której tak na marginesie dożył, mógł więc sam sprawdzić w jakim stopniu, i czy w ogóle, jego wizja się ziściła. Utwór kończy się w roku 2026, a więc również z naszej perspektywy w przyszłości. Niezbyt nam odległej, ale dosyć dalekiej dla opisującego to Amerykanina. To wyjątkowe dziełko rozpoczyna historia o mieszkającej na Marsie kobiecie, która ma niezwykle realistyczne sny o przybyszach z innej planety. Kolejne teksty zdradzają, że faktycznie na Ziemi rozpoczęto program kosmiczny, którego celem jest kolonizacja Marsa. Pierwsze wyprawy na Czerwoną Planetę kończą się fiaskiem. To jest rakiety docierają na miejsce, ich załoga spędza trochę czasu na tym obcym terytorium, poznaje jego mieszkańców, ale Ziemia z czasem traci z nimi kontakt. Czytelnicy natomiast doskonale wiedzą, co się z nimi stało. Wiedzą jaki straszny los ich spotkał, ale mimo to nie potrafią patrzeć na Marsjan, jak na rasowe czarne charaktery. W twórczości Raya Bradbury'ego najbardziej nie ujmuje mnie jego zdolność przewidywania przyszłości, chociaż oczywiście uznaję to za ogromną zaletę jego pisarstwa, tylko jego spojrzenie na gatunek ludzki. Analiza, której go poddaje, dla mnie jest największą wartością jego prozy. Przede wszystkim to kradnie mi serce, to najbardziej przyczynia się do tego, że uznaję owego pisarza za człowieka niezmiernie przenikliwego i boleśnie wręcz szczerego. A to właśnie nagą, nieupiększoną, okrutną prawdą najłatwiej do mnie trafić, a Ray Bradbury różowych okularów swoim czytelnikom nie zamierzał zakładać. Raczej wyglądało mi to tak, jakby za punkt honoru postawił sobie zerwanie tego przeklętego przedmiotu z twarzy każdego, kto z dumą go nosił. W „Kronikach marsjańskich” Bradbury przyrównuje ludzkość do szarańczy. Daje do zrozumienia, że jesteśmy jak zaraza, która zabija wszystko na swojej drodze, która uparcie niszczy Ziemię, ale to bynajmniej jej nie wystarcza. Marzy o tym, aby posiąść też inne planety – Ziemia ledwo dyszy? Żaden problem. Dysponujemy bowiem techniką, która pozwala nam przeprowadzić się na inną planetę, gdzie niezwłocznie rozpoczniemy to, co wychodzi nam najlepiej, czyli zmasowaną destrukcję. „Kroniki marsjańskie” to ponury, ale i jakże prawdziwy, obraz nas samych – lustro, w którym przeglądać się zechcą tylko ci, którzy nie wychodzą z założenia, że człowiek jest najwspanialszą istotą we wszechświecie. Bradbury nie generalizuje, nie próbuje nas przekonać, że absolutnie wszyscy ludzie to szarańcza, pasożyty, zaraza, że każdy z nas znajduje przyjemność w niszczeniu wszystkiego, co tylko się da. Nie, w „Kranikach marsjańskich” pojawiają się jednostki pozbawione tego haniebnego zapędu, ludzie niereagujący agresją na wszelką obcość, osobnicy wolący sadzić drzewa niż konstruować bomby atomowe; pragnący spokojnie, nikomu nie wadząc żyć w jakimś zacisznym zakątku wszechświata zamiast brać udział w którejś z niezliczonych wojen toczonych na Ziemi w imię... Tak naprawdę to nie wiadomo czego, bo po co komu powód do przelania krwi swych bliźnich? Sęk w tym, że tacy ludzie tworzą absolutną mniejszość, a jak trzeźwo zauważa autor „Kronik marsjańskich” światem rządzi większość. A to oznacza tylko jedno: że jesteśmy skazani na zagładę.

„- Szukałem ziemskiej logiki, rozsądku, uczciwych rządów, pokoju i odpowiedzialności.
- I wszystko to zostało na Ziemi?
- Już nie. Nie znalazłem niczego. Może to już nigdy nie powróci. Może oszukiwaliśmy się, sądząc, że kiedykolwiek istniało.”

„Człowiek Ilustrowany” to już tradycyjny zbiór opowiadań ujętych w klamrę w postaci tajemniczego człowieka, którego ciało zdobią ruchome tatuaże – obrazki składające się na osiemnaście niepowiązanych ze sobą opowieści (nie licząc tejże klamry), dające nam bardzo szerokie spektrum wyjątkowej wyobraźni Raya Bradbury'ego. Science fiction, fantasy, thriller, horror, dramat – w każdym z tych gatunków autor owego zbiorku odnajduje się wprost znakomicie, prawie każdy z tych tekstów jest dowodem na to, że Bradbury był diablo pomysłowym artystą, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa miewał prorocze wizje i był w tym lepszy od Nostradamusa. Żartuję, ale... Nie wierzę w coś takiego, ale czytając „Człowieka Ilustrowanego” (i dwie pozostałe składowe tej publikacji wydawnictwa MAG) zapominałam o tym. To znaczy łapałam się na tym, że biorę Bradbury'ego za kogoś, kto wejrzał w swoją przyszłość, a naszą teraźniejszość. Jednakże analizując to na chłodno doszłam do wniosku, że był jedną z tych osób, która po prostu potrafiła wyciągać trafne wnioski ze swoich obserwacji – rzeczywistości w jakiej żył, mentalności ludzkości, wydarzeń, ówczesnych dokonań naukowych, technologicznych etc. Opowiadania tworzące zbiorek pod tytułem „Człowiek Ilustrowany”, tak jak „Kroniki marsjańskie” bynajmniej nie napawają nas wiarą w ludzkość. Pozostawiają nas raczej z przeświadczeniem, że nie czeka nas świetlana przyszłości, bo z jakiegoś niezrozumiałego powodu, od dawien dawna zmierzamy w przeciwnym kierunku. My, jako gatunek, nie poszczególne jednostki. Ray Bradbury najczęściej wieszczy nam śmierć w wojnie atomowej, co dowodzi, że tego autora nie ominął bodaj największy lęk ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa (i w sumie nie tylko amerykańskiego, czemu trudno się dziwić wziąwszy pod uwagę wtedy jeszcze bardzo żywą pamięć o atakach atomowych na Hiroszimę i Nagasaki). Oczywiście, ten strach nie zniknął. W XXI wieku nadal uznaje się wojnę atomową za realne zagrożenie, ale z całą pewnością nie jest ona już poczytywana za największe niebezpieczeństwo dla planety Ziemia. Większy jest choćby niekontrolowany rozwój techniki, powstawanie coraz to groźniejszych dla nas gadżetów, zwłaszcza w takim sensie, że robiących z nas dobrowolnych niewolników, ale również takim, że w pewnym momencie owe twory mogą wystąpić przeciwko swoim stwórcom. O tym zagrożeniu Bradbury również mówi w „Człowieku Ilustrowanym”, tj. niektóre z zamieszczonych w tym zbiorze opowiadań poruszają tę problematykę i przyznam się, że wiele z tych wizji odbierałam niczym silne ciosy w twarz. Inteligentne sprzęty w domach, tj. skomputeryzowane domostwa, czy jakże powszechne w literaturze science fiction roboty to coś, czego dzisiejszy czytelnik raczej nie odbierze w takich kategoriach, w jakich ujmował to Bradbury – najprawdopodobniej prędzej potraktuje to jako powieść obyczajową niźli science fiction, bo te motywy tak na dobrą sprawę stały się już faktem albo już za chwilkę się staną. W zbiorku tym znajdziemy też tekst nasuwający skojarzenia z późniejszą powieścią Raya Bradbury'ego pt „ 451° Fahrenheita”. Zresztą w „Kronika marsjańskich” też jest coś o paleniu książek. Ten amerykański pisarz uczyni autentyczne postaci, legendarnych twórców literatury fantastycznej (z horrorem włącznie), bohaterami swojego opowiadania. Z ogromną wściekłością, z rozczulającą bezsilnością będzie rozliczał się z cenzurą, rozprawiał się z samozwańczymi strażnikami moralności, z osobami przekonanymi, że science fiction, fantasy, horror, baśń, że wszystkie te poruszające wyobraźnię opowieści tak naprawdę szkodzą umysłom, bo utrudniają racjonalne myślenie. Bradbury dla ludzi, którzy tak myślą i ze wszech miar starają się odrzeć nas z fantazji nie ma żadnej litości. Wyglądało mi to tak, jakby poczytywał cenzorów za istne szkodniki, które jak najszybciej powinno się wytępić. I powiem szczerze, że poczułam się jakby odnalazła bratnią duszę (co warto zaznaczyć, Bradbury'emu w żadnym wypadku nie chodziło o ludzi czuwających nad bezpieczeństwem żywych stworzeń biorących udział w procesie tworzenia jakiegoś dzieła, innymi słowy nie krytykował tych osób, które chronią życie ludzkie i zwierzęce, bo i wątpię, żeby uważał on, że również też granicę w sztuce winno się przekraczać).

„Złociste jabłka słońca [i inne opowiadania]” (taka pisownia, bo na okładce widnieje tylko jeden człon tego tytułu, całość natomiast mamy wewnątrz omawianego wydania) tak jak „Człowiek Ilustrowany” jest zbiorem opowiadań, ale w przeciwieństwie do niego nie posiada klamry. Mamy tutaj osiemnaście tekstów, które to również nie wiążą się ze sobą w taki sposób, jak to miało miejsce w „Kronikach marsjańskich”. Tutaj, co zauważyło wielu odbiorców twórczości nieodżałowanego Raya Bradbury'ego, pisarz ów był bardziej poetycki niż zazwyczaj. To nie znaczy, że język jakim zwykle operował poetycki nie był (a przynajmniej tak wnoszę z paru recenzji anglojęzycznych wydań, bo ja mogę opierać się tylko na polskojęzycznych wersjach, a to przecież nie musi dokładnie odzwierciedlać stanu faktycznego - styl tłumaczy też trzeba brać pod uwagę), ale teksty zamieszczone w tym zbiorku zdecydowanie silniej emanują czymś na kształt lirycznej energii, czymś, że tak to ujmę, bardziej uduchowionym. Chcę przez to powiedzieć, że Bradbury koncentruje się na duchowej stronie życie w sposób przywodzący na myśl poezję, ale formalnie te krótkie opowieści pozostają epiką (abstrahując, rzecz jasna, od gdzieniegdzie widniejących wierszy). „Złociste jabłka słońca [i inne opowiadania]” nie wydawały mi się aż tak ponure, tak skrajnie pesymistyczne, nie przygniatały mnie porównywalnym poczuciem beznadziei, jak poprzednie utwory. Niektóre wręcz podnosiły na duchu, napawały (wiem, że złudną) wiarą w lepsze jutro, ale zdecydowana większość tych opowiadań i tak optymistyczna nie była. Gorzki posmaczek dominował. Bradbury nie zawiódł moich oczekiwań w kwestii analizy gatunku, do którego niestety przynależę i nie raz, nie dwa wykazał się typową dla siebie zadziwiającą zdolnością przewidywania przyszłości. Ludzie tak uzależnieni od przenośnych telefonów, że praktycznie niewyobrażający już sobie rozmów z współpasażerami komunikacji miejskiej, wpadający w panikę jeśli uniemożliwi im się, ten niemalże ciągły, kontakt na odległość. Brzmi znajomo? Nie? To podczas najbliższej podróży autobusem czy pociągiem rozejrzyjcie się. Przyjrzyjcie się innym pasażerom, a potem wróćcie i powiedziecie, że Bradbury się pomylił, że nie opisał okropnego zjawiska, które rozgrywa się na naszych oczach. I tak jak w jego opowiadaniu prostą drogą zmierza to do punktu, w którym to ludzi niedotkniętych tą niszczącą obsesją będzie się uznawało za chorych psychicznie (z własnego doświadczenia wiem, że są już tacy, którzy osoby nieposiadające konta na pewnym portalu społecznościowych uważają za, delikatnie mówiąc, dziwne). Bradbury skonstruował zarówno takie opowieści, które powinny wzruszyć nawet najtwardsze serca, nad którymi trudno nie uronić paru łez, jak i takie które mogą mocno zaniepokoić niejednego odbiorcę, z długoletnimi miłośnikami literatury grozy włącznie. Znajdziemy tutaj historie o samotności, rasizmie, dziwacznych obsesjach, o bezgranicznej ludzkiej głupocie, o Marsie oczywiście i destrukcyjnej/autodestrukcyjnej naturze rzekomo najinteligentniejszych stworzeń zaludniających Ziemię, o żywocie nielegalnych imigrantów, o podróżach astralnych i jakżeby inaczej końcu świata, na którym to wydaje się, że bardzo nam zależy (a przynajmniej tak wynika z poczynań ludzkości). W większości opowiadania te nie są tak agresywne jak te zamieszczone w „Człowieku Ilustrowanym”, nie cechują się porównywalnym stopniem beznadziei, którą sami sobie zgotowaliśmy, ale to bez wątpienia się czuje. Piękne słowa opisują tutaj rzeczy szpetne, Ray Bradbury w ten silnie przemawiający do podświadomości, niemal poetycki sposób, przedstawia okrutną prawdę o nas samych, o świecie, w którym żyjemy, i o drodze, którą od lat podążamy. I jakimś cudem tylko niemająca siły przebicia mniejszość zdążyła się zorientować dokąd tak naprawdę nas ta ścieżka prowadzi. Na pewno nie tam, gdzie chciałoby dojść zdrowe na umyśle stworzenie...

Trzy w jednym: „Kroniki marsjańskie”, „Człowiek Ilustrowany” oraz „Złociste jabłka słońca [i inne opowiadania]”. W twardej oprawie, w doskonałym tłumaczeniu i przystępnej cenie. Kultowe utwory jednego z najwybitniejszych twórców literatury fantastycznej, Raya Bradbury'ego. Wciągające, barwne, wizjonerskie, ponadczasowe, zróżnicowane tematycznie i wprost oszałamiające mrocznym, pesymistycznym, upiornym klimatem nie tak do końca przyszłości. A w każdym razie nie do końca naszej, bo autor ten nie bez powodu przez wielu nazywany jest istnym prorokiem... I co tu jeszcze dodać? Zarekomendować tę powieść każdemu czytelnikowi, bez względu na jego literackie preferencje? Taką zachętę znajdziecie na tylnej okładce tego wydania „Kronik marsjańskich”, „Człowieka Ilustrowanego” oraz „Złocistych jabłek słońca [i innych opowiadań]” i nie ma w tym oczywiście żadnego przekłamania, ale czy uważam, że w tym przypadku gorące rekomendacje są niezbędne? Raczej nie. Wydaje mi się, że nazwisko Raya Bradbury'ego jest największą reklamą. Mogę się założyć, że samo ono zachęci do sięgnięcia po tę pozycję osoby niezaznajomione z jego twórczością, a i takie, które zdążyły już poznać zebrane w tym tomie utwory (wszystkie bądź część), z poprzednich czy to zagranicznych, czy polskich wydań („Złociste jabłka słońca [i inne opowiadania]” w ten oto sposób debiutują na naszym rynku), bo śmiem podejrzewać, że co najmniej większość z nich nie może się już doczekać ponownego spotkania z tymi znakomitymi opowieściami zebranymi w niniejszym jakże atrakcyjnym tomie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 11 grudnia 2018

„Cień mgły” (2015)

Sandy Duffy jest nauczycielem akademickim, stałym gościem jednego z programów telewizyjnych i autorem bestsellerowej książki, która teraz, po latach, jest szumnie wznawiana. Mężczyzna jest rozpoznawalną i szanowaną postacią, skrywającą przed światem wstydliwą tajemnicę. Jest bowiem kleptomanem, człowiekiem uzależnionym od drobnych kradzieży sklepowych, od silnych emocji, jakich niezmiennie dostarczają mu te czyny. Pewnego dnia Duffy zostaje przyłapany na kradzieży w supermarkecie przez ochroniarza imieniem Robert. Mężczyzna zgadza się nikogo o tym nie informować, ale w zamian oczekuje przyjaźni Sandy'ego. Robert zatrzymuje nagrania z monitoringu mogące pogrążyć Duffy'ego, dzięki czemu zyskuje nam nim władzę. Daje wykładowcy wyraźnie do zrozumienia, że jeśli nie zastosuje się do jego warunków to ujawni niewygodne dla niego materiały filmowe.

Urodzony w Irlandii Północnej Michael Lennox w branży filmowej działa od wielu lat, ale dotychczas wyreżyserował tylko jeden pełnometrażowy obraz, thriller „Cień mgły”, pierwszy raz pokazany w 2015 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto. Lennox zajmuje się głównie reżyserią krótkometrażówek – jedna z nich, „Boogaloo and Graham” otrzymała między innymi nominację do Oscara i była laureatką nagrody BAFTA. Za scenariusz „Cienia mgły” John Cairns i Michael McCartney byli nominowani do BIFA (Nagrody Niezależnego Kina Brytyjskiego). Film zyskał uznanie krytyków, ale nie dotarł do bardzo szerokiego grona odbiorców – przez ograniczoną dystrybucję.

„Cień mgły” określa się jako thriller neo-noir, czyli obraz czerpiący z kina noir, ale wzbogacony o elementy nieobecne w tamtym nurcie, o aktualniejsze treści. Tym, co najbardziej kojarzyło mi się w omawianym filmie z noir była rezygnacja z wyraźnego podziału bohaterów na dobrych i złych. W pełnometrażowym debiucie Michaela Lennoxa trochę postaci się przewija, ale tylko dwie tak naprawdę się liczą: nauczyciel akademicki Sandy Duffy i ochroniarz Robert. Tego pierwszego poznajemy jako człowieka sukcesu – wykształconego mężczyznę, który wzbogacił się przed laty dzięki bestsellerowej powieści pod tytułem „Cień mgły”. Jego jedynej książce, o której znowu jest głośno. Wydawnictwo właśnie wznowiło tę pozycję, szumnie reklamując to literackie wydarzenie, z czego Sandy nie jest szczególnie zadowolony. Są chwile, w których wręcz żałuje, że napisał tę powieść. Być może dlatego, że przez to stał się osobą publiczną, a więc trudniej mu utrzymywać w tajemnicy swoje uzależnienie od kradzieży sklepowych... Ale jakoś mu się to udaje. Dopóki na jego drodze nie pojawia się niejaki Robert, mężczyzna pracujący w ochronie supermarketu, w którym to Sandy, nie po raz pierwszy zresztą, dopuszcza się drobnej kradzieży. Przyłapany na gorącym uczynku wykładowca jest gotowy na wiele poświęceń, byle jego brudny sekret się nie wydał. Tym, czego żąda od niego Robert w zamian za milczenie jest jednakże tylko przyjaźń. Niewielkie to więc poświęcenie ze strony Sandy'ego, prawda? Tak może się wydawać na początku, ale im dalej w tę nietypową relację brniemy, tym jaśniejsze staje się dla nas to, że Duffy stał się istnym więźniem. Wpadł w pułapkę. Najprawdopodobniej śmiertelnie niebezpieczną. Zaraz, zaraz. To znaczy, że to on jest ofiarą? Że to Sandy jest tym dobrym, a Robert godnym najwyższej pogardy widza, wyrachowanym oprawcą? Jak już wcześniej dałam do zrozumienia to nie jest takie proste. Tak naprawdę nie sposób polubić albo znienawidzić któregoś z nich. Można by się spodziewać, że to szantażysta będzie demonizowany przez twórców, a jego ofiara idealizowana, ale w „Cieniu mgły” żaden z tych procesów (ani idealizacja, ani demonizacja), przynajmniej przez większość czasu, nie zachodzi. Sandy to w gruncie rzeczy skromny człowiek, woda sodowa nie uderzyła mu do głowy na skutek sukcesu odniesionego na polu literackim. Jest stałym gościem czy wręcz współprowadzącym programu telewizyjnego, w którym omawia się różnego rodzaju dziełka i wydarzenia kulturalne, ale największą przyjemność daje mu praca ze studentami. Lubi uczyć i cieszy się sympatią swoich uczniów. Wydaje się więc, że i my, odbiorcy „Cienia mgły”, bez trudu go polubimy, nawet wziąwszy pod uwagę ciemniejszą stronę jego życia. Kleptomanię, silne uzależnienie od drobnych kradzieży sklepowych, o którym wiemy tylko my i Robert, ochroniarz rozpaczliwie łaknący towarzystwa. W Sandym jest jednak coś odpychającego – bardziej od kradzieży, których tak często się dopuszcza. Nie wiem, czy każdy tak go będzie odbierał, ale ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jest on osobą pozbawioną empatii. Tak bardzo wpatrzoną w siebie, że niezwracającą większej uwagi na potrzeby ludzi ze swojego otoczenia. Introwertyk w stopniu znacznym, można by rzec. Robert tymczasem jest człowiekiem otwartym. Aż za bardzo. Chętnie słucha zwierzeń Sandy'ego, stara się być dla niego wsparciem, ale jednocześnie nie pozwala mu zapomnieć o tym, że dysponuje materiałem, który jeśli zostanie ujawniony, najprawdopodobniej zniszczy mu życie. Robert pragnie przyjaźni z drugim człowiekiem (jego jedynym przyjacielem jest prześliczny wąż) jak niczego innego na świecie, jego samotność wzbudza współczucie, ale sposób, w jaki zabiega o przyjaźń sprawia, że trudno się dziwić temu, iż nie może znaleźć życzliwego towarzystwa. Toksyczna relacja tych dwóch panów, bardzo dobrze wykreowanych przez Conletha Hilla (Sandy) i Stephena Grahama (Robert) to według mnie najjaśniej błyszczący element „Cienia mgły”. Najsilniejsza składowa tego dreszczowca, ale nie aż tak silna, żeby w moich oczach dosłownie niosła cały ten obraz.

Odnoszę wrażenie, że John Cairns i Michael McCartney nie mieli pomysłu na rozwój scenariusza „Cienia mgły”, że dysponowali materiałem na obraz o jakąś połowę krótszy. Film trwa mniej więcej półtorej godziny, z czego część to rozciąganie w czasie nudnawych scenek z życia Sandy'ego Duffy'ego w kleszczach namolnego ochroniarza. Duża część odbiorców tego brytyjskiego thrillera w pełni doceniła sposób, w jaki Michael Lennox i jego ekipa budowali napięcie, ale ja miałam z tym problem. Istotnie, były momenty, które co prawda nie ściskały mi krtani, ale na pewno dostarczały silniejszych emocji. Problem jednak w tym, że spora część seansu była za grzeczna. Wyglądało to tak, jakby twórcy bali się pójść na całość, jakby rozpaczliwie szukali kompromisów, żeby przypadkiem zbyt mocno widzem nie wstrząsnąć. I nie chodzi mi tutaj o brak krwawych scen, tego od dreszczowców nie wymagam, ale już od takiej fabuły miałam pełne prawo oczekiwać sukcesywnie zagęszczającej się atmosfery zaszczucia, nieustannego pogrążania się w bagnie, z którego wydaje się nie ma takiego wyjścia, które mogłoby zadowolić obie strony. Tego rodzaju sytuacje (w filmie i literaturze) zawsze napawają mnie pewnością, że wszystko to zmierza do tragedii, że ktoś musi zginąć. Tutaj też nie miałam wątpliwości, że Sandy i Robert wkroczyli na śmiertelnie niebezpieczną ścieżkę, że coraz bardziej zbliżają się do punktu, z którego, tak naprawdę dla żadnego z nich, nie będzie już odwrotu. Czy tak jest w istocie? Czy „Cień mgły” kończy się morderstwem Sandy'ego przez Roberta lub odwrotnie? Tego nie zdradzę, ale chyba nie zaszkodzi jak wyjawię, że końcowa partia omawianego filmu trzyma w napięciu nieporównanie mocniej od wszystkich poprzedzających ją scenek. To właściwie jedyna część „Cienia mgły”, w której nie gnębiło mnie poczucie niedosytu, najbardziej emocjonalny kawałek tego obrazu, choć UWAGA SPOILER niezwieńczony dogłębnie wstrząsającym, mocno zaskakującym uderzeniem. Nawet ujawniona wcześniej rewelacja na temat powieści opublikowanej pod nazwiskiem Sandy'ego Duffy'ego nie zrobiła na mnie wrażenia – może dlatego, że coś takiego widziałam całkiem niedawno w pewnym horrorze/thrillerze (ten link odnosi do niego), który jednak wyszedł później, więc akurat tą pozycją scenarzyści „Cienia mgły” z całą pewnością się nie inspirowali KONIEC SPOILERA. Pełnometrażowy debiut Michaela Lennoxa nie jest jednak kompletnie pozbawiony niespodzianek, choć historia ta w ogólnym zarysie jawi się dosyć zwyczajnie. Życiowo można rzec. Chcę przez to powiedzieć, że twórcy nie kombinują jak konie pod górę, nie silą się na jakieś zapadające w pamięć treści, choćby nawet za cenę pogwałcenia logiki. Tego ostatniego akurat bardzo pilnują – historia ta jest spójna i w sumie bardzo wiarygodna. Łatwo uwierzyć w to, że coś takiego mogłoby zaistnieć w rzeczywistości i nawet te nie tak znowu częste niespodzianki nie wydają się wydumane, nie obniżają realizmu tej opowieści. Ale i nie wbijają w fotel. Pewnie już za parę dni nie będę pamiętać nawet fortelu zastosowanego przez jednego z (anty)bohaterów „Cienia mgły” pewnego dnia na uczelni, który to uznałam za wręcz genialny w swojej prostocie. Ale pewnie jeszcze nie raz, nie dwa będę się łapać na tym, że UWAGA SPOILER myślę o losie biednego węża, że zastanawiam się co się z nim stało... Głupie, wiem KONIEC SPOILERA.

Według mnie średniak, ale z uwagi na to, że ten pełnometrażowy debiut Michaela Lennoxa, ten brytyjski thriller neo-noir wielu jego odbiorców wielce zadowolił, uważam, że fani gatunku najlepiej zrobią dając mu szansę. Tak, tak, ja mam spory niedosyt. Mój apetyt nie został przez tego docenianego twórcę głównie krótkometrażówek, zaspokojony. Nie mogę powiedzieć, żebym ogromnie cierpiała oglądając to dziełko, ale i nie przeżyłam jakiejś niezapomnianej przygody. Ani mnie ten film nie zachwycił, ani nie wymęczył. Opinie innych odbiorców „Cienia mgły” napawają mnie jednak pewnością, że film ten znajdzie jeszcze wielu miłośników, że duża część, jeśli nie większość, jego przyszłych widzów będzie cieszyć się z tego wyboru.

niedziela, 9 grudnia 2018

„Toybox: Przyczajone zło” (2018)

Charles organizuje rodzinną wycieczkę używanym kamperem, którego niedawno zakupił. Zabiera swoich dwóch synów, Steve'a i Jaya, żonę tego pierwszego Jennifer, ich córeczkę Olivię i psa. Charles ma nadzieję, że ta podróż ich do siebie zbliży, ponieważ od kiedy odszedł od nieżyjącej już żony jego stosunki z synami uległy pogorszeniu. Zwłaszcza z Jayem, który od początku jest negatywnie nastawiony do tego wypadu. Przemierzając pustynną autostradę Charles zauważa samochód stojący na poboczu. Okazuje się, że należy do młodej kobiety Samanthy i jej brata Marka i że uległ awarii. Rodzina zabiera ich ze sobą, obiecując, że wysadzi ich w najbliższym mieście, ale najpierw zrobią sobie przystanek w jednym miejscu, na zwiedzeniu którego bardzo zależy Charlesowi. Aby się do niego dostać muszą zjechać z autostrady. Podczas jazdy przez pustynię kamper nagle, bez udziału kierowcy, przyśpiesza, a niedługo potem gwałtownie hamuje. Gdy pasażerowie dochodzą do siebie odkrywają, że Mark nie przeżył tej szaleńczej jazdy, a kamper nie chce zapalić. Zostają uwięzieni na pustyni, za jedyne schronienie mając wóz kempingowy. Nie wiedzą jeszcze, że samochód to tak naprawdę śmiertelnie niebezpieczna pułapka, obiekt nawiedzony przez coś rozmiłowanego w zabijaniu.

W 2016 roku ukazał się, moim zdaniem, słabiutki pełnometrażowy debiut reżyserski Toma Nagela, slasher pod tytułem „ClownTown”. W swoim kolejnym filmie, „Toybox: Przyczajone zło”, Nagel mierzy się z konwencją horroru nadprzyrodzonego, w którym jednakże pojawiają się też elementy kojarzące się z nurtem slash. Scenariusz napisał debiutujący w tej roli Jeff Denton, aktor, który dołączył również do obsady „Toybox: Przyczajonego zła”. Pierwszy pokaz filmu odbył się w maju 2018 roku na Texas Frightmare Weekend, a do szerszego obiegu, w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych, wszedł we wrześniu tego samego roku.

Widzę postęp. Po „ClownTown” nie wróżyłam Tomowi Nagelowi przyszłości w horrorze, ale po obejrzeniu „Toybox: Przyczajonego zła” doszłam do wniosku, że warto śledzić jego filmografię. Nie chcę przez to powiedzieć, że drugi pełnometrażowy obraz Nagela jest dowodem jego ogromnego talentu, ale w mojej ocenie wypada on dużo lepiej niż „ClownTown”. To oczywiście nie oznacza, że każdy kolejny horror Nagela (o ile takie będą powstawać) będzie lepszy od swojego poprzednika, ale chęć sprawdzenia tego bez wątpienia się we mnie narodziła. Bo ten reżyser naprawdę może być twórcą progresywnym – na takie założenie sobie pozwalam, ale na tę chwilę nie dopuszczam do siebie nadziei na to, że reżyser ten w przyszłości stworzy coś, co wprawi mnie w czysty zachwyt. Ale w miarę dobre horrory mogą wychodzić spod jego ręki – to znaczy takie, które przypadną do gustu szerszej grupie odbiorców, bo wątpię, żeby „Toybox: Przyczajone zło” zyskało wielu sympatyków. Bo mnie już ten twór zdołał zaciekawić, już teraz uznałam, że Tom Nagel przekroczył średnią. Nie zawędrował co prawda daleko, ot zaledwie o jeden kroczek oddalił się od tej „magicznej linii”, ale dla mnie jest to już jakieś osiągnięcie (jeśli chodzi o współczesne horrory). „Toybox: Przyczajone zło” opowiada o nawiedzonym kamperze, który staje się zarazem schronieniem i śmiertelną pułapką dla grupki osób tkwiącej na pustyni. Już prolog ujawnia (widzom, nie bohaterom filmu), że pojazd ten ma mordercze skłonności. Właściwie już wtedy łatwo dojść do wniosku, że gnieździ się w nim jakaś nadnaturalna istota. Może nawet nie jedna. Tak więc kiedy rozpoczyna się właściwa akcja filmu, kiedy twórcy przeskakują do pewnej rodziny, która właśnie wyrusza w podróż, my już wiemy, że wybrali sobie iście nieodpowiedni środek transportu. Pierwszą osobą, która z całą mocą uświadomi sobie, że z tym wozem coś jest mocno nie tak, będzie młoda kobieta imieniem Samantha, której znana nam już rodzinka wkrótce zaoferuje podwózkę. Jej i jej bratu Markowi. Rola Sam przypadła w udziale Mischy Barton, która według mnie wyprzedza pozostałych członków obsady. Całkowicie mnie przekonała, czego nie mogę powiedzieć o pozostałych aktorach, muszę jednak zaznaczyć, że nie przyglądałam się szczególnie Denise Richards kreującej postać Jennifer, żony Steve'a (w tej roli scenarzysta omawianego filmu Jeff Denton) i matki kilkuletniej Olivii. Bo trudno mi patrzeć na tak nienaturalne oblicze – obstawiam botoks, ale pewna nie jestem, bo nie śledzę życia gwiazd. W każdym razie jak widzę tak naprężoną skórę twarzy to automatycznie uruchamia się moja wyobraźnia, niezmiennie odmalowując przed moimi oczami makabryczne obrazy pękającej w wielu miejscach skóry. Ot, taki psikus umysłu, którego wolałabym się pozbyć, bo to czasami utrudnia mi odbiór filmu. Tutaj nieszczególnie, ponieważ Jennifer nie jest najważniejszą i na pewno nie najciekawszą postacią – ten zaszczyt spotkał Samanthę. Pewnie każdy długoletni miłośnik kina grozy, który sięgnie po „Toybox: Przyczajone zło” nabierze pewności, że to ona najdłużej utrzyma się przy życiu, kiedy tylko pojawi się ona na ekranie. Wtedy jeszcze nie wiemy o niej praktycznie nic, ale z jakiegoś powodu (może przez sposób, w jaki ją filmowano) natychmiast klasyfikuje się ją jako final girl. Później okazuje się, że tą nowoczesną. W XXI wieku nie raz, nie dwa odchodzono od klasycznego portretu final girl, znacznie zmieniono jej charakter, co oczywiście nie oznacza, że archetyp tej kobiecej postaci zupełnie wypadł z łask filmowców. Myślę, choć mogę się mylić, że pierwsze krok w tym kierunku zrobił Marcus Nispel w swoim remake'u „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, bo choć Erin zachowała pewne cechy klasycznej final girl to ewidentnie nie była „szarą myszką” niemającą dużego posłuchu w grupie, która dopiero później obrasta w siłę. Od początku cechowała się autorytetem i niezależnością, potrafiła nakłonić innych do postępowania wedle swojej woli. Nie można powiedzieć, że Samantha jest takim liderem w grupie jak Erin. Tę pozycję zajmuje Steve, ale na pewno nawet z pozoru nie jest słabym, niezaradnym dziewczątkiem sypiącym dobrymi radami, których jednak nikt nie słucha. Wygląda to raczej tak, jakby miała w nosie to, co myślą sobie inni – swoje wiem, ale nie powiem, bo i tak to do was nie dotrze, zrobicie po swojemu, będzie uparcie odrzucać prawdę, bo wykracza ona poza zdolność waszego pojmowania. Tak odczytywałam tę postać i muszę powiedzieć, że taka postawa głównej bohaterki miała coś w sobie, jakąś siłę przyciągania. Może chodziło o tę jej niezależność – niektórzy pewnie uznają, że niemądrą, bo przecież dzielenie się z innymi swoimi obserwacjami mogłoby przysłużyć się im wszystkim, ale według mnie ocena sytuacji Sam była trafna. Jakoś nie potrafiłam uwierzyć, że rodzina przestanie słuchać najbardziej ograniczonego z nich wszystkich Steve'a. Ha, bo oto mamy kolejny horror, który kpi z osób niepotrafiących uwierzyć w zjawiska nadprzyrodzone, z twardo stąpających po ziemi osobników, którzy na wszystko muszą mieć dowód i to nie byle jaki, bo wiele rzeczy potrafią wytłumaczyć sobie na swój sposób.

Morderczy wóz nie jest żadnym novum w kinie grozy. Wystarczy przytoczyć chociażby „Samochód” Elliota Silversteina, czy „Christine” Johna Carpentera na podstawie powieści Stephena Kinga, ale z takim wykorzystaniem przeklętego pojazdu jeszcze się nie spotkałam. To znaczy nie widziałam filmu o nawiedzonym wozie, w którym protagoniści byliby zmuszeni się schronić. Niektórzy z nich zdają sobie sprawę z tego, że coś z tym obiektem jest mocno nie w porządku, ale większość przez długi czas jest kompletnie nieświadoma zagrożenia ze strony kampera. A ściślej istoty bądź istot gnieżdżących się w nim. Największym problemem jest dla nich to, że samochód nie chce zapalić, a oni tkwią przecież na pustyni, a więc w miejscu, w którym nie należy spodziewać się przejezdnych. Gdy protagoniści utknęli na tym jałowym terytorium przyszły mi na myśl horrory „Wzgórza mają oczy”, i oryginał Wesa Cravena i remake Alexandre'a Aja. Pustynna sceneria, samochód kempingowy (chociaż w tamtych obrazach była chyba przyczepa kempingowa) i rodzinka (plus Samantha) z psem, co prawda tylko jednym, ale to i tak podsyca owo skojarzenie. Ale na tym podobieństwa „Toybox: Przyczajonego zła” do „Wzgórza mają oczy” się kończą. W omawianym filmie wróg nie czai się na zewnątrz, gdzieś na tych pustynnym terenie, tylko tkwi w kamperze należącym do jednego z bohaterów filmu, Charlesa. Samochód nie chce zapalić, ale zamiast wziąć przykład z bohaterów „Wzgórza mają oczy” i wysłać chociaż jedną osobę pieszo do autostrady, gdzie mogłaby znaleźć pomoc, co byłoby najnaturalniejszym w tej sytuacji posunięciem, to protagoniści z jakiegoś nieznanego mi powodu wolą zdać się na Samanthę. Kobieta coś tam wie o silnikach, ale żeby zaraz rezygnować z innych prób wydostania się z pustyni? W sumie można to traktować jako ukłon w stronę konwencji – to i parę innych nielogicznych zachowań protagonistów. Na przykład to kolejny horror, w którym nie wiedzieć czemu nie wybija się szyb w zamkniętych, śmiertelnie niebezpiecznych obiektach. Owszem, z czasem się próbuje, ale naprawdę mam uwierzyć w to, że w kamperze nie ma ani jednego ciężkiego przedmiotu, którym można by rzucić w szybę? To znaczy cięższego od tych, które się wybiera. A jeśli nawet nie ma takowych to dlaczego nie próbuje się wykorzystać choćby rękojeści pistoletu jako młotka? Ano dlatego, że bohaterowie horrorów na ogół bardzo szanują szyby (żart) i „Toybox: Przyczajone zło” dostosowuje się do tego trendu. Twórcy stosunkowo szybko ujawniają, że w feralnym nabytku Charlesa tkwi duch okaleczonej kobiety, który czasem krąży też nieopodal tego samochodu. Samantha i Jennifer będą widywać tę postać, ale gdy tylko ta druga zacznie o niej przebąkiwać, jej krótkowzroczny mąż dojdzie do wniosku, że zaczyna tracić zmysły. I ma to sens, tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę szok, w jaki wpadła chwilę wcześniej (nie bez powodu), ale i tak trudno się przestawić, zmusić się do nadawania na falach Steve'a, skoro wiemy dużo więcej od niego. Dlatego podejrzewam, że przynajmniej część odbiorców będzie go miała za kompletnego idiotę, który w dodatku może stanowić zagrożenie dla pozostałych. Bo jak się słucha instrukcji najbardziej ograniczonej w grupie jednostki to trudno żeby wyszło się na tym dobrze... „Toybox: Przyczajone zło” to ghost story z elementami slashera, a może nawet więcej niż tylko dodatkami, bo fabułę osadzono w konwencji, która mocno kojarzy się ze slasherami albo w ogólności krwawymi horrorami. I posoki faktycznie trochę się leje – parę razy nawet się wzdrygnęłam. Jak zwykle na widok paznokcia oderwanego od skóry (to zawsze mnie rusza), w reakcji na okaleczoną rękę jednego z bohaterów i patrząc na skalpowanie kobiety. Efekty specjalne (praktyczne, nie komputerowe, na szczęście) wypadły całkiem realistycznie, chociaż miałam niedosyt jeśli chodzi o czarny charakter. UWAGA SPOILER Jakoś nie pasowało mi to, że niegroźny w gruncie rzeczy duch jednej z ofiar seryjnego mordercy wyglądał bardziej upiornie od niego. Tak wiem, że to następstwo doczesnych przeżyć tej kobiety, ale co stało na przeszkodzie, żeby dorobić seryjnemu mordercy historię z okaleczeniem twarzy albo sprawić by urodził się zdeformowany? KONIEC SPOILERA Nie sądzę, żeby był to budżet, bo nie wyglądało mi to tak, jakby oszczędzano na efektach specjalnych (nie ma ich znowu tak dużo, ale mnie to wystarczy – nagromadzenie krwawych ujęć takie jak w większości slasherów: ani duże, ani małe). Myślę, że taka po prostu była inwencja twórców. Nie tak kompletnie rozczarowująca, bo dobrze tę rolę obsadzono, ale jednak chciałoby się czegoś więcej. Tym bardziej, że wcześniej dostało się dowody na to, że twórcy „Toybox: Przyczajonego zła” nie zamierzają iść na kompromisy, że UWAGA SPOILER nie darują życia nawet dziecku, co natchnęło mnie przekonaniem, że nikt nie wyjdzie z tego żywy. I trafiłam w dziesiątkę, KONIEC SPOILERA ale przyznaję, że nie udało mi się przewidzieć, w jakiej kolejności bohaterowie będą umierać. Nie w całości.

Niezłe patrzydło. Poziom tego filmu pozytywnie mnie zaskoczył, bo mam jeszcze w pamięci poprzedni horror Toma Nagela pt. „ClownTown”, który nielicho mnie wymęczył. A „Toybox: Przyczajone zło” oglądało mi się praktycznie bezboleśnie. Można było wycisnąć z tego więcej, nie jest to produkcja pozbawiona wad, ale nawet mnie one nie irytowały. Naprawdę przyjemnie mi się ten obraz oglądało – nie wpadłam w ekstazę, ani nic w tym stylu, ale serio chciało mi się to oglądać. I myślę, że znajdzie się trochę osób podzielających moje odczucia względem tego obrazu, a być może nawet wywrze on na kimś jeszcze większe wrażenie. Wydaje mi się jednak, że fani rąbanek, zwłaszcza slasherów, mają na to największe szanse – to opowieść o nawiedzonym samochodzie, ghost story owszem, ale konwencja, klimat, wykorzystane efekty specjalne raczej będą kojarzyć się z pierwszym z wymienionych rodzajów kina grozy. Ot, takie nietypowe (ale i nie nazwałabym go nowatorskim) spojrzenie na horror nadprzyrodzony.

sobota, 8 grudnia 2018

„Kosiarz umysłów” (1992)

Doktor Lawrence Angelo prowadzi finansowany przez rząd Stanów Zjednoczonych projekt zwiększania inteligencji szympansów z wykorzystaniem rzeczywistości wirtualnej. Z czasem postanawia poddać temu eksperymentowi człowieka, nie informując o tym swoich przełożonych. Wybiera swojego sąsiada, niedorozwiniętego ogrodnika Jobe'a Smitha, który poza tym wykonuje drobne prace dla lokalnego księdza. W krótkim czasie doktor Angelo zwiększa jego inteligencję, po czym przedstawia wyniki swojemu przełożonemu wraz z prośbą o udostępnienie mu sprzętu niezbędnego do kontynuowania projektu. Dostaje zgodę i rozpoczyna kolejny etap prac nad umysłem Jobe'a. Wyniki przekraczają jego najśmielsze oczekiwania. Smith nie tylko zyskuje ponadprzeciętną inteligencję, ale i nowe zdolności, które, ku przerażeniu doktora Angelo, zaczyna wykorzystywać przeciwko wybranym osobom.

W 1975 roku w magazynie „Cavalier” opublikowano opowiadanie Stephena Kinga zatytułowane „The Lawnmower Man”, które potem autor umieścił w swoim zbiorze „Nocna zmiana” (polski tytuł opowiadania to „Kosiarz trawy”). Prawa do sfilmowania tego tekstu uzyskała wytwórnia New Line Cinema i faktycznie potem wypuściła film pod tytułem „The Lawnmower Man”, ale w zasadzie poza tytułem nie miał on nic wspólnego z tekstem Kinga. Co nie powstrzymało producentów przed reklamowaniem tego obrazu nazwiskiem pisarza. King pozwał więc New Line Cinema, domagając się usunięcia jego personaliów ze wszystkim materiałów dotyczących tej pozycji i to nie jeden raz, ponieważ pierwszego wyroku sądu przychylającego się do stanowiska Kinga, wytwórnia nie zechciała zrealizować. Dopiero groźba poniesienia znacznych strat finansowych zmusiła New Line Cinema do zastosowania się do wytycznych sądu, co nie rozciągnęło się na wszystkich dystrybutorów - w Polsce chociażby reklamuje się go nazwiskiem Kinga.

Zrealizowany za w przybliżeniu dziesięć milionów dolarów amerykańsko-brytyjsko-japoński thriller science fiction „Kosiarz umysłów” w reżyserii Bretta Leonarda, twórcy między innymi „Kryjówki diabła” opartej na powieści Deana Koontza, powstał na podstawie scenariusza spisanego przez niego wespół z Gimelem Everettem. Z opowiadania Stephena Kinga zaczerpnięto jedynie kosiarkę – jedynie, bo potraktowano to tylko jako dodatek do ich koncepcji, urozmaicający ich wizję, ale niewprowadzający nawet ułamka charakteru „Kosiarza trawy”. Film odniósł umiarkowany sukces finansowy, doczekał się jednego filmowego sequela i paru gier komputerowych oraz zyskał grupkę wiernych fanów, aczkolwiek trudno znaleźć wśród nich tak zwanych znawców kina, tj. krytyków. Zdecydowana większość z nich nie zostawiła na tym filmie suchej nitki. Dla widza, że tak to ujmę, wychowanego na XXI-wiecznej kinematografii, „Kosiarz umysłów” może być, delikatnie mówiąc, trudny do strawienia. Przez efekty komputerowe. Kiczowate animacje wizualizujące rzeczywistość wirtualną, którą to w „Kosiarzu umysłów” przedstawiono jako poważne zagrożenie dla ludzkości. Chociaż tak na dobrą sprawę już w pierwszej połowie lat 90-tych XX wieku, kiedy to ukazał się ten film, wykorzystane w nim CGI mogły trącić myszką. Wtedy dysponowano już bardziej zaawansowaną techniką, czego dowodem choćby „Terminator 2: Dzień sądu” Jamesa Camerona. Brett Leonard dysponował jednak dużo mniejszym budżetem – z mniej więcej dziesięciu milionów dolarów, które wydał na tę produkcję ponoć zaledwie pięćset tysięcy przeznaczył na efekty komputerowe. O tak, tandeta to aż się z tego wylewa, ale czy mi to przeszkadza? Powiem tak: nie wiem jak to się stało, że dopiero teraz natknęłam się na tę pozycję. Do takiego kiczu mam ogromny sentyment, takie science fiction cenię sobie nieporównanie bardziej od współczesnych blockbusterów (pomijając nowe „Gwiezdne wojny”), plasując się tym w zdecydowanej mniejszości. Według mnie „Kosiarz umysłów” nie ma absolutnie żadnych szans na zyskanie nowego życia, na zdobycie sympatii dużej części młodszego pokolenia, a wręcz nie wydaje mi się, żeby wielu z nich zechciało choćby dać mu szansę, tj. obejrzeć ten tworek Bretta Leonarda. Co innego osoby wychowane na niskobudżetowym kinie science fiction lat 80-tych XX wieku. Bo z tą dekadą „Kosiarz umysłów” kojarzył mi się najbardziej i chociaż jego budżet nie był znowu taki mały, to jakoś tego nie odczuwałam. Przez cały czas czułam się jakbym oglądała obraz nakręcony za góra dwa miliony dolarów, głównie przez te tchnące taniością efekty komputerowe, co każe mi dawać wiarę informacji znalezionej w Sieci, mówiącej, że przeznaczono na nie jedynie pół miliona dolarów. Brett Leonard i Gimel Everett wymyślili dosyć standardową opowieść – to znaczy taką, w której nie brakuje znanych każdemu miłośnikowi kina motywów, która uparcie podąża utartym torem, chociaż sam wybór zagrożenia przynajmniej na początku ostatniej dekady XX wieku mógł być odbierany jako pewien powiew świeżości (przynajmniej, bo jak się zna „Matrixa”... choć akurat ten film w ogóle do mnie nie przemawia). Rzeczywistość wirtualna (ang. virtual reality), czyli multimedialne kreowanie komputerowej rzeczywistości, symulatory komputerowe, które pozwalają ludziom czuć się tak, jakby faktycznie przebywali w sztucznych światach to nader atrakcyjny temat dla twórców technothrillerów, bo nie trzeba się jakoś szczególnie wysilać, żeby przedstawić to w formie zagrożenia dla ludzkości i bez wątpienia jest to temat, który szybko się nie zdezaktualizuje. Nawet teraz, pod koniec drugiej dekady XXI wieku, VR może budzić złe przeczucia, chociaż jest to już na tyle powszechna rozrywka, że raczej trudno o to, by budziła niepokój porównywalny do tego sprzed kilkudziesięciu lat.

Jobe Smith (dobra kreacja Jeffa Faheya) jest poczciwym, lekko upośledzonym umysłowo młodym mężczyzną, który przez swoją niepełnosprawność toczy dosyć niewdzięczny żywot. A raczej nie tyle przez swoją niepełnosprawność, ile przez ludzi uważających, że mają wszelkie prawo go wykorzystywać i pastwić się nad nim. Brett Leonard i Gimel Everett poświęcili takim haniebnym zachowaniom społecznym dosyć sporo miejsca i dobrze, bo postawienie Jobe'a w pozycji ofiary miało niemały udział w budowaniu silnej więzi pomiędzy mną i tym (anty)bohaterem. A nie było to bez znaczenia w dalszych partiach filmu – właściwie to fakt, iż nie potrafiłam znienawidzić Jobe'a nawet wówczas, gdy było już jasne, że stanowi on spore zagrożenie dla ludzkości, że mimo wszystko nie pragnęłam jego śmierci (ale i nie trzymałam kciuków za powodzenie jego głównego planu) sprawiło, że „Kosiarz umysłów” jeszcze zyskał w moich oczach. Motyw samotnego mściciela jest nader często wykorzystywany w kinematografii i zazwyczaj przedstawiany tak, że ciężko nie postawić się po jego stronie. I tak też było tutaj. Nie umiałam współczuć jego ofiarom, bo i nie sądzę, żeby na tym twórcom zależało – jak w rape and revenge bardziej chodziło o danie mi poczucia, że oto sprawiedliwości staje się zadość, że ludzie ci całkowicie zasłużyli sobie na tragiczny los, który właśnie ich spotyka. Ale to nie koniec. Plan Jobe'a bynajmniej nie ogranicza się do pomszczenia krzywd swoich i swojego małego przyjaciela (chłopca z sąsiedztwa). Nie jest to nawet główny punkt tego planu. To na czym zależy mu przede wszystkim budzi już zgoła inne odczucia odbiorcy. Na pewno nie każe mu z nadzieją wypatrywać owocnego wyniku tego dążenia jeszcze niedawno niedorozwiniętego, a teraz wręcz genialnego osobnika. Drugą pierwszoplanową postacią jest naukowiec Lawrence Angelo tak sobie kreowany przez Pierce'a Brosnana, który chociaż zdeklarowany pacyfista, przyjmuje formę klasycznego burzyciela, szalonego naukowca, który to na trwałe (i dużo wcześniej) wpisał się w gatunek science fiction. Tak patrzyłam na niego przez jakiś czas. To znaczy Angelo nie był dla mnie szalony w sensie chory psychicznie, nawet nie wyglądało mi to tak, jakby działał z premedytacją, jakby jego zamiarem było czynienie zła, niemniej nie miałam wątpliwości, że niechcący przeszarżował, że jego wygórowane ambicje wepchnęły całą ludzkość na drogę ku zatraceniu. Tak wiem, głupio to brzmi zważywszy na fakt, że nasz gatunek już dawno sam ochoczo wkroczył na tę ścieżkę i nie wygląda na to, żeby szczególnie nam zależało na zejściu z niej (nam jako gatunkowi, nie poszczególnym jednostkom). Ale zostawmy wojny i niszczenie Natury, bo „Kosiarz umysłów” nie na tym się skupia. Brettowi Leonardowi i Gimelowi Everettowi chodziło o inne zagrożenie, które sami na siebie sprowadzamy. Chociaż oczywiście dokonania doktora Lawrence'a Angelo wykraczają daleko poza to, co jest nam już teraz znane. Tak daleko, że ciężko uwierzyć, że cała ta wizja mogłaby w przyszłości się ziścić. Zdolności psychokinetyczne? Jakoś w to wątpię. (Swoją drogą mogło to być nawiązanie do „Carrie” i „Podpalaczki” Stephena Kinga. Ponadto w Sieci można znaleźć informację, że doktor Angelo pracuje dla Sklepiku znanego z tej drugiej z wymienionych powieści). Ale już zwiększanie inteligencji z wykorzystaniem VR takie znowu nieprawdopodobne mi się nie wydawało. Nie wspominając już o zatracaniu się w rzeczywistości wirtualnej – to już się dokonuje, choć oczywiście nie w dokładnie takiej postaci, jaką zobaczymy w „Kosiarzu umysłów”. Niemniej w kategoriach science fiction wizja Bretta Leonarda i Gimela Everetta całkiem dobrze się sprawdza, a i klimat jest stosownie mroczny. Owszem, pod koniec trochę ich poniosło UWAGA SPOILER Wdzieranie się rzeczywistości wirtualnej do realnego świata, obrazy wygenerowane komputerowo odmalowywane w realu, a wręcz ingerujące w tę prawdziwą rzeczywistość, niezbyt mi do tego pasowały. Bardziej przekonująco i spójnie byłoby bez tego. Postawienie na samo całkowite pogrążanie się Jobe'a w wirtualnym świecie, dobrowolne stanie się przez niego częścią tej sztucznej rzeczywistości. Ale to tyko moje zdanie KONIEC SPOILERA.

Oto kawałek kiczowatego kina science fiction, którego moim zdaniem nie wypada przegapić żadnemu miłośnikowi niskobudżetowych członków tego gatunku z ostatnich dekad XX wieku. Zwłaszcza z lat 80-tych, bo choć „Kosiarz umysłu” swoją premierę miał na początku kolejnego dziesięciolecia to jego specyfika najbardziej przypomina tą, w którą często celowano w poprzedniej dekadzie. Tak, dla tych osób te tandetne efekty komputerowe nie będą żadną przeszkodą, a wręcz istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że przynajmniej większość z nich będzie istną ucztą dla ich oczu, co choć niewielu tak uważa, taniość może się podobać. A „Kosiarz umysłów” praktycznie tą taniością emanuje. Dla mnie dobrze, dla innych nie. I jestem przekonana, że tych „innych” tzn. niepodatny grunt dla „Kosiarza umysłów” obecnie jest nieporównanie większy. I wątpię, żeby miało to kiedykolwiek ulec zmianie. Na początku lat 90-tych może niekoniecznie, ale teraz to niszowy thriller science fiction, a owa nisza pewnie z biegiem lat będzie się jeszcze kurczyć, bo takie „potworki”, niestety, nieubłaganie odchodzą w zapomnienie.

środa, 5 grudnia 2018

„Prawdziwa zbrodnia” (1995)

Nastoletnia Mary Giordano interesuje się zagadkami kryminalnymi i pracą detektywistyczną. Jej ojciec policjant jakiś czas temu zginął na służbie, ale wcześniej zaraził ją swoją pasją. Od tego czasu Mary mieszka tylko z matką, siostrą i bratem. Uczęszcza do katolickiej szkoły i każdą wolną chwilę poświęca na zgłębianie swoich zainteresowań. Kiedy miasto obiega informacja o morderstwie nastolatki w wesołym miasteczku, Mary dostaje istnej obsesji na punkcie tej sprawy. Chce odkryć tożsamość sprawcy, który jak się okazuje zabijał już wcześniej, a jego ofiarami zawsze były nastoletnie dziewczęta. Z czasem Mary łączy siły z praktykantem policyjnym Tonym Campbellem, który wbrew rozkazom swojego przełożonego wcześniej starał się na własną rękę rozwiązać tę sprawę, w przekonaniu, że to przysłużyłoby się jego karierze. Ich wspólna praca szybko zaczyna przynosić owoce. Znajdują podejrzanego, któremu detektywi z wydziału zabójstw dobrze się nie przyjrzeli.

Thriller „Prawdziwa zbrodnia” to jedyny pełnometrażowy film Pat Verducci. Jedyny obraz przez nią wyreżyserowany i jedyny przez nią rozpisany, chyba że wliczy się dziewięciominutowy „Smoked” z 1997 roku. „Prawdziwa zbrodnia” to produkcja amerykańska, ale najpierw została wypuszczona w Niemczech – w 1995 roku ukazała się tam na kasetach VHS. W Stanach Zjednoczonych i kilku innych krajach również trafiła od razu na rynek VHS, ale dopiero w kolejnych latach. W swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych w pierwszym kwartale 1996 roku.

Gwiazdka kina lat 90-tych XX wieku, Alicia Silverstone wciela się w „Prawdziwej zbrodni” w zupełne przeciwieństwo postaci z wcześniejszego „Zauroczenia” Alana Shapiro, z którą to kreacją, nie wiedzieć czemu, kojarzę ją przede wszystkim. Tutaj Silverstone nie jest niebezpieczną kokietką w pełni świadomą swojej nieprzeciętnej urody, tylko zakompleksioną osóbką, nielubiącą nawiązywać nowych znajomości, wzorem swoich rówieśników chadzać na imprezy, czy zabiegać o względy chłopców. Zamiast tego Mary Giordano zagłębia się w zagadki kryminalne, zapoznaje z niewyjaśnionymi zabójstwami popełnianymi w różnych zakątkach Stanów Zjednoczonych, profilami psychologicznymi znanych już morderców oraz ze szczegółami pracy śledczych. Mary często gości na posterunku policji. Spotyka się tam z mundurowymi, którzy służyli z jej ojcem zanim odszedł z tego świata i stara się wyciągnąć z nich jak najwięcej informacji na temat prowadzonych przez nich spraw i technik pracy detektywistycznej w ogólności. Trudno więc nazwać Mary typową nastolatką, ale też nie sądzę, żeby Pat Verducci poniosła tutaj wyobraźnia, że stworzyła postać, która wydaje się kompletnie niewiarygodna. Nawet obsesyjne dążenie głównej bohaterki „Prawdziwej zbrodni” do odkrycia tożsamości seryjnego mordercy nastoletnich dziewcząt, nie było przeze mnie odbierane jako coś oderwanego od rzeczywistości, podobnie jak rozliczne dowody na to, że uczennica szkoły średniej odnosi lepsze wyniki w pracy detektywistycznej od policjantów z dużym stażem. To ostatnie niektórym odbiorcom omawianego filmu pewnie wyda się mocno naciągane, ale ja nie mam aż takiej wiary w mundurowych, dzięki czemu mogłam przychylniejszym okiem spoglądać na tę opowieść. Kryminalną historię, w centrum której tkwiła dociekliwa nastolatka zwykła męczyć wszystkich dookoła swoimi przemyśleniami na temat zbrodniarzy, dokonanych przez nich morderstw i pracy detektywów z wydziału zabójstw. Nastolatka, która aktualnie zgłębia sprawą bestialskiego mordu dziewczyny, której siostra uczęszcza do tej samej klasy co ona. Z czasem Mary łączy siły z policyjnym praktykantem, Tonym Campbellem, w którego w niezłym stylu (ale nie lepszym od tego zaprezentowanego przez Silverstone) wcielił się Kevin Dillon. Mężczyzna wcale nie ukrywa przed Mary swoich skłonności do agresji, tłumacząc jej, że czasami to jedyny sposób na uzyskanie informacji niezbędnych do popchnięcia sprawy naprzód, a ostatecznie do schwytania przestępcy. Ponadto Tony zwierza się jej ze swojego trudnego dzieciństwa u boku despotycznego ojca i przedstawia jej swój, jedni powiedzą pesymistyczny, a inni realistyczny, ogląd świata. W tej postaci jest coś mrocznego, coś co z pewnością nie umyka uwadze Mary, ale dziewczyna dostrzega w nim również dobro, którego być może on sam w sobie nie odnajduje. Pat Verducci nakręciła thriller, z którego tchnie zarazem lekkość i wrogość. Kolorowe obrazki z pozornie beztroskiego życia nastolatki wywodzącej się z tak zwanej dobrej rodziny co jakiś czas są wypierane przez mrok uosabiany tajemniczym seryjnym mordercą, aktualnie grasującym w mieście, w którym mieszka główna bohaterka filmu (złowrogie oniryczne scenki szczególnie zwracają tutaj uwagę). Wszystko wskazuje na to, że osobnik ten działa na trasie pewnego wędrownego wesołego miasteczka, co może świadczyć o tym, że jest nim któryś z jego pracowników albo któraś z pracownic, bo i taką możliwość co poniektórzy widzowie mogą brać pod uwagę. Fabuła, choć całkiem zajmująca, według mnie nie jest najatrakcyjniejszą składową „Prawdziwej zbrodni”. Atmosfera, w jakiej utrzymano ten obraz przyciągała mnie zdecydowanie silniej – ten magiczny klimat kina lat 90-tych XX wieku, tym lepszy, bo tchnący małomiasteczkowością przywodzącą mi na myśl twórczość Stephena Kinga. Nie mam pojęcia, czy akcję filmu istotnie osadzono w niewielkim amerykańskim miasteczku, ale tak mi to wyglądało. Ze scenerii bił spokój, senność, tak typowa dla tego rodzaju miejsc, ale jednocześnie przez cały czas miało się świadomość, że to tylko pozory, że tak naprawdę nikt nie może się tutaj czuć bezpiecznie. Zupełnie jak u Kinga (i według mnie tak jak w realu): z zewnątrz sielanka, a pod powierzchnią istna zgnilizna. I właśnie tam będziemy zmierzać razem z dającą się lubić uczennicą szkoły średniej.

Mary Giordano i Tony Campbell nie potrzebują dużo czasu na znalezienie swojego podejrzanego i nie jest to osoba, którą biorą pod uwagę policjanci zajmujący się sprawą morderstwa nastolatki popełnionego w wesołym miasteczku. Co więcej, wygląda to tak jakby śledczy w ogóle nie zdawali sobie sprawy z tego, że ścigają seryjnego mordercę. Pat Verducci nie zagłębia się w tym miejscu w szczegóły, ale odebrałam to tak, jakby tylko Mary, która dokonała tego odkrycia i partnerujący jej Tony podążali rzeczonym tropem. Ta dwójka przygląda się jednemu z pracowników wesołego miasteczka, mężczyźnie ze zdeformowaną dłonią, który spotyka się z kobietą wyglądającą jak ofiara przemocy. Nie brakuje tutaj głupotek w stylu ścigania samochodu na rowerze (chyba nie muszę pisać jaki był efekt tego pościgu...), czy tak nieudolnego śledzenia podejrzanego, że aż trudno uwierzyć w to, że ani obiekt obserwacji, ani jego partnerka nie zorientowali się, że mają ogon (siedzący w samochodzie Mary i Tony nawet nie zadają sobie trudu by się schylić, gdy śledzony przez nich mężczyzna i kobieta, z którą się spotyka przechodzą nieopodal i nawet nie dbają o zachowanie odpowiedniej odległości gdy ruszają za tym pierwszym). Ale negatywnie nie zaważyły one na moim odbiorze tej opowieści. Właściwie miało to swój urok – w niskobudżetowych thrillerach z lat 90-tych takie przebłyski niemałej naiwności to w sumie norma, coś co wydaje mi się nierozerwalnie związane z tymi obrazami. Tak mocno, że często łapię się na tym, że odbieram to jako część konwencji, coś jak morderca w slasherze, któremu udaje się dopaść upatrzoną ofiarę, chociaż on wolał iść, podczas gdy ona biegła. Przewidywalność to także bolączka wielu dreszczowców z lat 90-tych (nie wszystkich), ale w przeciwieństwie do drobnych głupotek ten zgrzyt wpływa ujemnie na moją ocenę takiego obrazu. Tak też było w przypadku „Prawdziwej zbrodni”, chociaż na korzyść Pat Verducci przemawia to, że była świadoma tego, że przynajmniej część widzów szybko wkroczy na właściwą ścieżkę (sam ten fakt, a nie jej metody zminimalizowania ryzyka). Tak to wygląda później. W dalszej części seansu następuje seria gwałtownych zwrotów akcji, nowe informacje mnożą się w zastraszającym tempie, wskazując na winę coraz to innych osób, UWAGA SPOILER ale z punktu widzenia przynajmniej współczesnego widza (nie wiem jak to było z publiką w latach 90-tych XX wieku), niestety, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa będzie to wyglądać tak, jakby Verducci chciała za bardzo, jakby zbyt usilnie dążyła do wyprowadzenia widza w pole, co tylko przynosiło jej efekt odwrotny do zamierzonego. Powiem tak: miałam jednego podejrzanego (jak się okazało właściwego) i trzymałam się go nawet wtedy, gdy Verducci wytoczyła najcięższe działa. Nie udało jej się nawet zasiać we mnie małych wątpliwości KONIEC SPOILERA i absolutnie nie doszła tutaj do głosu jakaś wyjątkowa zdolność dedukcji (takowej nie posiadam), bo naprawdę nie trzeba być orłem, żeby rozwiązać tę zagadkę na długo przed finalną rozgrywką. Właściwie to nie trzeba nawet w maksymalnym skupieniu śledzić tej historii, nie trzeba trafnie interpretować pozyskiwanych przez Mary i Tony'ego dowodów, żeby błyskawicznie rozpracować tożsamość seryjnego mordercy nastoletnich dziewcząt. Poważny mankament, ale czy zniechęcający do dalszego oglądania „Prawdziwej zbrodni”, do zapoznawania się z dalszymi partami tej historii? Mnie na pewno nie – naprawdę, ani przez moment nie musiałam zmuszać się do śledzenia rozwoju akcji, bo thrillery utrzymane w takim klimacie i opowiedziane w tak przystępny sposób zazwyczaj nie wyprowadzają mnie z równowagi nawet wtedy, gdy rozwiązania wprowadzanych zagadek nie są dla mnie żadną tajemnicą.

Polecam przede wszystkim miłośnikom lżejszym, ale i niepozbawionym mroku thrillerów z lat 90-tych XX wieku. Zwłaszcza tych z niższym budżetem, bo widać, że Pat Verducci nie dysponowała jakąś pokaźną sumą pieniężną na realizację swojego jedynego filmu pełnometrażowego, ale według mnie zdołała wyjść z tego obronną ręką. Arcydzieło to to w żadnym razie nie jest, ale i nie sądzę, żeby jego twórczyni miała takie aspiracje. I nie powiem, żebym miała jej to za złe – gdzież bym mogła, skoro tak mnie „Prawdziwa zbrodnia” wciągnęła? Bo przecież nie trzeba arcydzieła, żeby dobrze się bawić, a nie mam wątpliwości, że spora część miłośników filmowych thrillerów tak zareaguje na tę pozycję. Jeśli tylko da jej szansę, do czego, nie jakoś szczególnie gorąco, ale jednak zachęcam.

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Stephen King „Uniesienie”

Mieszkający w małym miasteczku Castle Rock w stanie Maine, Scott Carey zauważa, że zaczął tracić na wadze. Mężczyzna nie zmienił trybu życia, nie stosuje żadnej diety, a mimo to codziennie ubywa mu minimum pół kilograma. To znaczy tak pokazuje waga, nawet wówczas, gdy wchodzi na nią z różnymi przedmiotami, ale Carey wygląda tak jak zawsze. Czuje się jednak inaczej, tak jakby jego ciało rzeczywiście było lżejsze. Zaprzyjaźniony emerytowany lekarz, Bob Ellis, stara się namówić go na wizytę w szpitalu, celem zdiagnozowania tej niezwykłej przypadłości, ale Scott jest nieugięty. Nie ma wątpliwości, że współczesna medycyna mu nie pomoże, zresztą coraz mniej się tym martwi. Zdaje sobie sprawę z tego, że nieuchronnie zbliża się do dnia, w którym jego waga pokaże zero kilogramów, ale uznaje, że nie ma sensu zamartwiać się tym, czemu nie można zapobiec. Skupia się na pracy i próbach poprawienia relacji z małżeństwem lesbijek z sąsiedztwa. Jego postawa względem nich jest zupełnym przeciwieństwem postawy większości mieszkańców Castle Rock. Można powiedzieć, że ta para na własnej skórze przekonuje się jak nieprzyjaznym miejscem jest to małe amerykańskie miasteczko.

Stephen King zapowiadał „Uniesienie” jako prawie sequel „Pudełka z guzikami Gwendy”, noweli wydanej w 2017 roku, którą napisał wspólnie z Richardem Chizmarem, ale jak już wówczas podejrzewałam to „prawie” robi wielką różnicę. Właściwie to mamy tutaj do czynienia z zupełnie inną historią – również osadzoną w wymyślonym przez Kinga miasteczku Castle Rock, ale to za mało, żeby mówić o fabularnym powiązaniu z „Pudełkiem z guzikami Gwendy”. Zwłaszcza że wiele utworów tego autora rozgrywa się w owym złowrogim miejscu. Co innego (nie fabuła) jednak łączy „Uniesienie” z „Pudełkiem z guzikami Gwendy”.Oba te utwory są nowelami – króciutkimi utworami, które najlepiej byłoby wcielić do zbioru zamiast wydawać pojedynczo. Lepiej dla czytelników, bo jak na utwory, które przeczyta się w jedną-dwie godziny, cena obu tych publikacji jest dosyć wysoka.
 
„Uniesienie” tak samo jak „Pudełko z guzikami Gwendy” zawiera kilka czarno-białych grafik zajmujące całe stronice, pozostałe natomiast zostały zadrukowane dużą czcionką, co nie pozostawia wątpliwości, że wydawcy bardzo starali się na siłę zwiększyć objętość tej publikacji („Pudełka z guzikami Gwendy” zresztą również), tak aby maksymalnie oddalić od potencjalnych nabywców przeczucie, że mogą przepłacić. Z drugiej jednak strony jeśli jest się wieloletnim miłośnikiem twórczości Stephena Kinga (a nie tak zwanym niedzielnym odbiorcą jego pióra) pewnie niespecjalnie pożałuje się tych wydanych zarówno na „Uniesienie”, jak i „Pudełko z guzikami Gwendy” złotówek, nawet jeśli obie te historie nie wywrą dużego wrażenia, bo fan zazwyczaj stara się brać wszystko jak leci. Najważniejsze więc, że nowelki te pojawiły się na polskim rynku – również w wersji papierowej, bo to przynajmniej dla mnie ma ogromne znaczenie. „Uniesienie” i nowe wydania kilku innych opowieści Stephena Kinga osadzonych w miasteczku Castle Rock, reklamują serial HBO inspirowany jego twórczością i zatytułowany właśnie „Castle Rock” (wytrzymałam zaledwie dwa odcinki). Ja tam zawsze wolałam Derry, ale najwidoczniej jestem w zdecydowanej mniejszości. To Castle Rock w pierwszej kolejności przez opinię publiczną jest kojarzone z Kingiem. Derry potem. Główny bohater „Uniesienia”, Scott Carey, mieszka w bogatszej dzielnicy Castle Rock, w niemałym domu, na który niegdyś uparła się jego żona (choć jak zauważa mężczyzna był on za duży dla ich dwójki). Teraz już była żona – jakiś czas temu rozwiedli się i od tego momentu Carey mieszka sam. Nowelę rozpoczyna wizyta głównego bohatera u zaprzyjaźnionego emerytowanego lekarza, któremu opowiada o swojej niezwykłej przypadłości. Już jakiś czas temu zaobserwował regularny spadek swojej wagi – to znaczy pokazuje to waga i wskazuje na to jego samopoczucie, ale jego wygląd w ogóle się nie zmienił. Nie jest to więc kopia „Chudszego” (tego samego autora), chociaż tutaj również mamy problem niemożliwego do zatrzymania tracenia kilogramów. Bo chociaż Scott Carey nie zaczyna przypominać szkieletów ze świata mody, to czuje się coraz lżejszy i lżejszy i... I wygląda to tak, jakby grawitacja przestawała go obowiązywać. Mężczyzna ma świadomość tego, że wkrótce może mieć poważne trudności z poruszaniem się, ale bierze też pod uwagę to (ale nie robi sobie zbytniej nadziei), że proces ten może sam się zatrzymać zanim stanie się to dla niego naprawdę uciążliwe. Pomysł niezły, muszę przyznać, ale tak samo jak w przypadku „Pudełka z guzikami Gwendy” podejrzewam, że lepiej sprawdziłby się w powieści. Spokojnie można było to rozbudować, mocniej popychając w kierunku horroru. Bo elementów tego gatunku jest doprawdy niewiele. To raczej taka opowieść z lekkim dreszczykiem, thriller może, ale bez wątpienia z dosyć silnie rozwiniętymi wątkami obyczajowymi. Stephen King jest zdeklarowanym demokratą, nikogo nie powinno więc dziwić, że upiorne miasteczko Castle Rock w większości zamieszkują republikanie. Autor omawianej noweli wyraźnie daje w niej do zrozumienia, że to nie jest bez znaczenia. Może i nie uosabia całego zła panoszącego się w Castle Rock z konserwatyzmem jego mieszkańców, ale nie pozwala wątpić odbiorcy „Uniesienia” w to, że poglądy większości populacji tego amerykańskiego miasteczka owe mroczne siły wzmacniają. Zastanawiałam się, czy King da mi tutaj próbkę tego, czemu często daje wyraz na Twitterze, a mianowicie ogromnej niechęci do prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. I w sumie nie mam pojęcia, dlaczego nie uznałam tego za pewnik, czemu w ogóle się nad tym zastanawiałam. W końcu autor ten nader często pozwala sobie na komentarze polityczne i nie mogę powiedzieć, żebym miała mu to za złe. Wręcz przeciwnie: w moim odczuciu to tylko wzbogaca jego utwory.

„Uniesienie” przeczytałam w mniej niż dwie godziny – jeśli wliczyć przerwy, które sobie robiłam to nie wiem, czy siedziałam nad tym utworem więcej niż godzinę. Niektórzy mogą to uważać za plus, ale nie ja. Zdecydowanie wolałabym spędzić kilka długich wieczorów w towarzystwie Scotta Careya i innych postaci zaludniających „Uniesienie”. Bo to całkiem wciągająca opowieść, pomimo tego, że Stephen King ucieka tutaj od tak uwielbianego przeze mnie swojego gawędziarskiego stylu. Jak w „Pudełku z guzikami Gwendy” nie szafuje słowami, unika długich opisów i wielu różnych wątków – innymi słowy trzyma się zasad tworzenia noweli, konstrukcji, którą nie można nazwać typową dla tego autora. Z drugiej jednak strony nie od dziś wiadomo, że mistrz współczesnej literatury grozy lubi eksperymentować i wygląda na to, że na jakiś czas postanowił zatrzymać się przy takiej formie literackiej. Nie wiem na jak długo, ale jako że dwie jego nowele, „Pudełko z guzikami Gwendy” (napisane z Richardem Chizmarem) i „Uniesienie”, dzieli mniej więcej rok, można chyba powiedzieć, że teraz ma fazę na nowele (chociaż od powieści nie odszedł). Omawiana historia nie charakteryzuje się tak tajemniczą aurą, jak „Pudełko z guzikami Gwendy”, ale to nie znaczy, że jest pozbawiona tego pierwiastka. King wymyślił interesującą osobliwość, kuriozalne zjawisko, które budzi wyłącznie złe przeczucia. Zastanawiamy się skąd wzięła się owa przypadłość, czy jest zaraźliwa i przede wszystkim czy w końce wejdzie w stadium, które będzie nie do zniesienia dla głównego bohatera tej opowieści. Sympatycznego gościa, którego w pewnym momencie bardziej zaczyna interesować zawiązanie dobrych stosunków z sąsiadkami niż niezwykła choroba, która go dopadła. Chodzi o lesbijki pozostające w związku małżeńskim – dwie kobiety, które niedawno wprowadziły się do Castle Rock i otworzyły tutaj wegetariańską restaurację. Wygląda jednak na to, że wkrótce będą zmuszone zrezygnować z tej działalności gospodarczej. Zamknąć restaurację i wyjechać z miasteczka, bo ewidentnie nie są w nim mile widziane. Nie dlatego, że są homoseksualistkami – to konserwatywni mieszkańcy Castle Rock byliby w stanie znieść, ale żeby zaraz małżeństwo? Co to to nie! Tym bardziej, że według nich obie panie obnoszą się ze swoją orientacją seksualną. Obnoszą się, bo nie starają się tego ukrywać... Scott Carey wpisuje się w dużo mniejszą grupę demokratów zamieszkujących to potworne miasteczko. Uważa się za człowieka postępowego, bardzo tolerancyjnego, liberalnego etc. Ale to właśnie on najbardziej naraża się jednej z szykanowanych lesbijek. To bardzo ciekawa relacja – Scotta i Deirdre – bo dopóki trwa ta mała wojenka bardzo trudno opowiedzieć się po którejś ze stron. Kłótnia dotyczy rzeczy błahej, ale tak to najczęściej jest w małym miasteczkach – szczególiki urastają do rangi katastrof narodowych. No dobrze, Carey tak do tego nie podchodzi, i racja leży po jego stronie, ale w tym konkretnym przypadku jego metody muszą zawieść. Najpierw grzecznie zwraca uwagę Deirdre, a gdy ta zarzuca mu kłamstwo zdobywa dowód na poparcie swoich słów. Tyle że w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, jak traktowane są w Castle Rock Deirdre i jej partnerka Missy. Mają prawo (robi to tylko ta pierwsza) odebrać to jako kolejny atak „praworządnego” obywatela, uznać, że to kolejna forma uprzykrzania życia kobietom „żyjącym w grzechu”. Łatwo też zrozumieć reakcje Deirdre na później czynione przez Scotta starania w kierunku zażegnania tego konfliktu. Kobieta nie chce litości, poza tym można domniemywać, że wydaje jej się, że Scott w gruncie rzeczy jest taki sam jak znakomita większość mieszkańców Castle Rock, a wyciąga do niej rękę tylko po to, żeby on mógł poczuć się lepiej. Wydaje mi się, że King chciał przez to powiedzieć, że w tę stronę też można przeszarżować, że chęć zaprzyjaźnienia się z osobami wchodzącymi w skład jakiegoś rodzaju mniejszości może być przez nich odczytywane inaczej. Czy obiektywnie Scott afiszuje się ze swoją tolerancją dla małżeństw homoseksualnych? Według mnie nie, ale można zrozumieć dlaczego Deirdre tak to odbiera. Zrozumieć ją, ale i zrozumieć jego. To nie jedyna relacja międzyludzka rozpostarta przez Kinga na kartach „Uniesienia”, ale zdecydowanie najbardziej pasjonująca, wręcz dająca do myślenia. Pierwiastkiem, który najsilniej podtrzymywał moje zainteresowanie była jednak nieustająca pewność, że wszystko to zmierza do smutnego końca, że cokolwiek Scott Carey by zrobił jego dni są już przesądzone. Nie zdradzę czy tak jest w istocie, ale przyznam, że już jakiś czas przed finałem uroniłam łezkę nad tym bohaterem. Czy mnie to zaskoczyło? Bynajmniej. King umie mnie wzruszać – nie raz, nie dwa zdarzało mi się tak reagować na los niektórych jego bohaterów, na tragedie jakie ich spotykały, ponieważ autor ten ma dar do tworzenia przekonujących postaci, których trudno nie polubić, a w wielu przypadkach wręcz się z nimi nie utożsamić.

„Uniesienie” według mnie nie odstaje od poziomu „Pudełka z guzikami Gwendy”. Nie uważam, żeby to była jakaś nadzwyczajna opowieść, kawałek prozy, której po prostu nie można przegapić, zwłaszcza jeśli jest się miłośnikiem literatury obyczajowej/dramatycznej z domieszką grozy, ale też nie jestem zdania, że to jeden z gorszych utworów Stephena Kinga. Ani to szczyt jego możliwości, ani pomyłka. Ot, po prostu dobra opowiastka do poduszki, krótka rozrywka, którą kiedyś pewnie powtórzę bez zmuszania się do tego, co zaznaczam, bo zdarzało mi się już wracać do tych utworów Kinga, których nie wspominałam dobrze. Musiałam się do tego zmuszać i w sumie rzadko zmieniałam zdanie po ponownym przeczytaniu danego utworu. W tym przypadku zmuszać się nie będę, ale też jestem pewna, że ta nowela nigdy nie dołączy do moich ulubionych dzieł Stephena Kinga.

sobota, 1 grudnia 2018

Jonathan Maberry „Fabryka Smoków”

Wojskowy Departament Nauki (WDN), agencja rządowa, w której pracuje między innymi kapitan Joe Ledger, ma poważne kłopoty. Z rozkazu wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych inna agencja, NSA, stara się schwytać wszystkich pracowników WDN i przede wszystkim przechwycić program komputerowy, dzięki któremu jego dyrektor zwany panem Churchem zdobywa informacje nieosiągalne dla nikogo innego na świecie. W tym samym czasie agenci WDN natrafiają na dowody istnienia szeroko zakrojonego spisku, w którym ważną rolę odgrywa transgenika. W wyniku manipulacji genetycznej powstała armia żołnierzy doskonałych – bardzo silnych, przystosowanych do walki, rosłych mężczyzn, wykorzystywanych do jakichś niecnych celów. Na domiar złego ktoś tworzy przerażające krzyżówki zwierząt i mityczne istoty oraz odwzorowuje dawno wymarłe gatunki najprawdopodobniej w celach komercyjnych. I realizuje plan eksterminacji miliardów ludzi. Plan, który istnieje od dziesięcioleci i który już za parę dni ma wejść w ostateczną fazę. Uwolniony spod jarzma wiceprezydenta Wojskowy Departament Nauki, przy wsparciu innych agencji rządowych, stara się dotrzeć do ludzi odpowiedzialnych za ten kryzys zanim osiągnie on punkt krytyczny. Zanim rozpocznie się tak zwana Fala Wymierania, która zmieni obraz świata.

„Fabryka Smoków” to druga, po nominowanym do Nagrody Brama Stokera „Pacjencie zero”, część literackiej serii z Joe Ledgerem pióra amerykańskiego pisarza Jonathana Maberry'ego, autora między innymi pasjonującej trylogii Pine Deep. Seria ta póki co liczy sobie dziesięć tomów (plus zbiór opowiadań osadzonych w świecie Joe Ledgera) – ostatni w Stanach Zjednoczonych ukazał się w październiku 2018 roku. W Polsce jak na razie wydano dwie pierwsze części: „Pacjenta zero” i właśnie „Fabrykę Smoków”, która swoją (zagraniczną) premierę miała w roku 2010. Tak samo jak poprzednia odsłona przygód Joe Ledgera i jego przyjaciół, omawianej powieści najbliżej do technothrillera, choć i echa innych gatunków w niej wybrzmiewają.

Znajomość „Pacjenta zero” nie jest konieczna do zrozumienia „Fabryki Smoków”. Jonathan Maberry roztacza przed oczami czytelników zupełnie inną sprawę. Rozpracowywaną przez bohaterów znanych odbiorcom pierwszego tomu, ale poza tym niemającą żadnych związków z tamtą epidemią zombie. Oczywiście, zachowanie chronologii gwarantuje pełniejszy obraz protagonistów, ale w „Fabryce Smoków” mierzą się oni z innym zagrożeniem, z innymi czarnymi charakterami, starającymi się wprowadzić w życie innego rodzaju plan. On również ma doprowadzić do zagłady miliardów istnień, ale terrorystami kierują zupełnie inne przekonania, a ich metody nie przypominają tych przedstawionych w „Pacjencie zero”. Według mnie są dużo potworniejsze. W pewnym momencie główny bohater i zarazem częściowy narrator książki, Joe Ledger, zauważa, że to, z czym przyszło mu się zmierzyć wykracza poza zło, dochodzi do wniosku, że to coś dużo gorszego. Coś, na co nie potrafi znaleźć dobrego określenia. I nie pozostaje mi nic innego, jak się z nim zgodzić. Jonathan Maberry już w „Pacjencie zero” pokazał, że posiada dar tworzenia czarnych charakterów, postaci tak bardzo niepokojących, bo znajomych. Maberry przy budowaniu ich garściami czerpie z rzeczywistości, niewątpliwie inspiruje się ekstremistycznymi grupami funkcjonującymi w realu i na tym szkielecie wznosi wielopiętrową intrygę, nie zapominając o solidnych podstawach naukowych. Manipulacje genetyczne nie są żadnym novum w beletrystyce – wystarczy wspomnieć choćby powieść „Następny” pióra nieżyjącego już mistrza technothrillerów, Michaela Crichtona. Ale Jonathan Maberry idzie jeszcze dalej. Na kartach „Fabryki Smoków” snuje iście przerażającą wizję wykorzystywania inżynierii genetycznej bez żadnych zahamowań. Antagoniści nie znają absolutnie żadnych granic, manipulują ludzkim i zwierzęcym DNA w sposób swobodny, tworzą potworne krzyżówki stworzeń, odwzorowują istoty mityczne i takie, które wyginęły przed wiekami. Tworzą istne maszyny do zabijania, genetyczne krzyżówki ludzi i zwierząt będących żołnierzami doskonałymi oraz niewolników, uwarunkowanych do uległości, zaprogramowanych do przyjmowania wszelkich tortur, skazanych na życie w męczarniach przez ludzi opętanych chorą ideologią. Ideologią, która niczym zaraza rozprzestrzenia się po świecie, którą znamy z historii, ale i obecnie nie brakuje jej wyznawców. Ludzi chorych z nienawiści do określonych grup etnicznych, ludzi uważających się za tak zwaną rasę panów, jedyną, która ma prawo żyć. W „Fabryce Smoków” Jonathan Maberry daje do zrozumienia, że jego czarne charaktery różnią się od rasistów zaludniających znany nam świat, że poddał ich procesowi demonizacji na skalę praktycznie niespotykaną w rzeczywistości. Łatwo jednak odbierać to jako swoistą przestrogę, całkiem realną wizję tego, do czego może doprowadzić społeczne przyzwolenie na radykalizowanie się poglądów, na funkcjonowanie ekstremistycznych grup i zezwalanie na to, by rosły one w siłę. I oczywiście na przekraczanie coraz to dalszych granic w nauce. Czarne charaktery „Fabryki Smoków” wykorzystują inżynierię genetyczną tak jak może, ale wcale nie musi, być ona wykorzystywana w przyszłości. W technothrillerach bardzo ważne jest, aby zagrożenia miały przekonującą podstawę naukową, żeby wyrastały z badań przeprowadzanych przez naukowców, które przyniosły jakieś wyniki. Choćby tylko częściowe, takie, wokół których można zbudować niepokojącą opowieść o tym, jakie konsekwencje może przynieść tak zwana zabawa w Boga. „Fabryka Smoków” dostarczyła mi silniejszych emocji niż, notabene również udana, pierwsza odsłona serii o Joe Ledgerze. Skonfrontowała z okrucieństwem, przy którym pandemia zombie wydaje się być dziecinną igraszką i co równie ważne Jonathan Maberry przedstawił tutaj bardziej złożoną i zaskakującą intrygę.

„Kiedy zbrodnia jest tak ogromna, że obejmuje dziesięciolecia, przekracza wszystkie granice, zmienia kultury, pochłania słabych i silnych, jaka możliwa forma kary byłaby stosowna? Gdzie jest sprawiedliwość w obliczu prawdziwego, czystego zła?”

W „Fabryce Smoków” znajdziemy też elementy powieści szpiegowskiej. Autor odmalowuje szeroko zakrojony spisek, którego korzenie sięgają czasów zimnej wojny albo jeszcze dalej wstecz. Spisek zawiązany przez ludzi o bardzo radykalnych poglądach, w który zaangażowały się nawet jednostki zajmujące wysokie stanowiska państwowe. Ale tylko dwie osoby znają każdy szczegół tej niecnej operacji, tylko jej pomysłodawcy wiedzą do czego tak naprawdę to wszystko zmierza. Niektórzy nawet nie są świadomi, że są częścią tego planu, że biorą lub dopiero wezmą udział w ustalaniu nowego porządku świata, że są marionetkami w rękach ludzi, których nazwać zdeprawowanymi to mało. Potwory w ludzkiej skórze? Szczerze powiedziawszy to wątpię, żeby nawet zrodzone w najgorszych koszmarach sennych monstra mogły niepokoić bardziej od dwóch mężczyzn, którzy starają się doprowadzić do eksterminacji miliardów istnień. I są bardzo bliscy osiągnięcia tego haniebnego celu. Jak można się tego domyślić najpoważniejszą przeszkodą będzie dla nich Wojskowy Departament Nauki zarządzany przez tajemniczego pana Churcha, w szeregach którego jest były policjant, dokonały wojownik Joe Ledger oraz major Grace Courtland, których połączyło głębsze uczucie. O miłości Jonathan Maberry pisze niewiele – w ogóle wszelkiego rodzaju związkom międzyludzkim w szeregach pozytywnych postaci nie poświęca dużo miejsca, ale i nie pozostawia na tym polu niedomówień. Ot, bez zagłębiania się w szczegóły przedstawia relacje pomiędzy poszczególnymi protagonistami, ze szczególnym wskazaniem na związki Joe Ledgera z innymi osobami tworzącymi Wojskowy Departament Nauki. Niżej pochyla się nad ludźmi stojącymi po drugiej stronie barykady, szerzej opisuje wzajemne relacje czarnych charakterów, z czego mnie osobiście najsilniej intrygowały Bliźnięta – dorosłe już dzieci czołowego oprawcy prowadzące własne gierki i żyjącej w zastanawiającej symbiozie ze swoim szalonym rodzicielem. Interesujący był też wątek czternastolatka przetrzymywanego w jednym z obiektów należących do pseudonaukowców, którzy uruchomili tak zwany Zegar Wymierania. Dzieje chłopca starającego się nie dopuścić do masowej zagłady ludzkich istnień to nie jedyny wzruszający wątek rozpostarty na kartach tej powieści. Jonathan Maberry wciąga nas też w niedolę tak zwanych Nowych Ludzi oraz innych niezwykłych stworzeń, które powstały w wyniku manipulacji genetycznej. Polowanie na jednorożca to tylko przedsmak mąk przez jakie na naszych oczach będą przechodzić te niezwykłe stworzenia. Bo nawet krzyżówki różnych stworzeń zaprogramowane do zabijania wrogów ich stwórców budzą niemałe współczucie – zasługują na litość pomimo czynów, których się dopuszczają. Są zabójcami, ale i ofiarami. To nie one są największymi potworami. Nawet te najszkaradniejsze stworzenia powstałe w wyniku manipulacji zwierzęcym DNA nie są takimi straszydłami, jak ludzie zabawiający się w Bogów, pseudonaukowcy, którzy w inżynierii genetycznej przekroczyli już chyba wszystkie granice. Zabrnęli tak daleko, że dalej już chyba się nie da... Jonathan Maberry nie szedł na kompromisy w tej swojej wizji zrodzonej z dotychczasowych osiągnięć w dziedzinie ingerencji człowieka w materiał genetyczny organizmów oraz w swoich ocenach gatunku ludzkiego nieustannie przecież dążącego do samozagłady. Ale miejscami pozwalał czytelnikom na oddech, rozładowywał sytuację czarnym humorem... po czym na powrót chwytał mnie za krtań krwawymi walkami, strzelaninami, manipulacją ukierunkowaną na realizację różnych strasznych planów i przede wszystkim szczegółowymi opisami wyobrażonych przez niego tworów ludzkich rąk. Tylko zakończenie na miejscu Jonathana Maberry'ego bym zmieniła – zaskakuje, owszem, ale UWAGA SPOILER pozbycie się jednej z ważnych i lubianych przeze mnie postaci nie nastraja mnie pozytywnie do kolejnych tomów KONIEC SPOILERA. Chociaż i tak pewnie nie odmówię sobie lektury trzeciej części serii o Joe Ledgerze, jeśli tylko pojawi się w Polsce.

Osoby, którym przypadł do gustu „Pacjent zero” nie powinny być rozczarowane drugą odsłoną przygód Joe Ledgera i jego przyjaciół. Istnieje wręcz spore prawdopodobieństwo, że „Fabrykę Smoków” przyjmą jeszcze lepiej, że tę opowieść będą przeżywać jeszcze mocniej, że dostarczy im ona jeszcze silniejszym emocji i jeszcze więcej materiału do głębszych przemyśleń na temat otaczającego nas świata, ze szczególnym wskazaniem na najokrutniejszy gatunek zaludniający Ziemię. Szczerze polecam tę powieść wszystkim miłośnikom technothrillerów, również tym, którzy jeszcze nie mieli okazji zapoznać się z „Pacjentem zero”. Znajomość pierwszej części nie jest bowiem nieodzowna do pełnego zrozumienia dosyć złożonej intrygi wykreślonej na kartach omawianego dzieła. Tak więc jeśli kogoś przed sięgnięciem po pierwszy tom o Joe Ledgerze powstrzymała awersja do historii o zombie, a tak się składa, że zarys problematyki „Fabryki Smoków” jest dla niego nęcący, to spokojnie może wskoczyć od razu w tom drugi. Ale na jego miejscu dałabym jednak szansę też „Pacjentowi zero”, ponieważ chociaż sama nie jestem wielką fanką żywych trupów tamtą pozycję wspominam całkiem dobrze.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu