Stronki na blogu

piątek, 18 stycznia 2019

Złoty Kościej 2018

Przez jednych uwielbiany
Przez innych znienawidzony
Startuje ZŁOTY KOŚCIEJ 2018


Redakcja portalu Kostnica zaprasza do głosowania w plebiscycie ZŁOTY KOŚCIEJ 2018. Osoby, które zagłosują, wezmą udział w losowaniu nagród, których pulę stanowią książki nominowane w plebiscycie. Zostanie rozlosowane 6 nagród – 3 główne i 3 mniejsze, każda z atrakcyjnym pakietem książek. Głosowanie trwa do 31 stycznia 2019 roku.

To Wy zadecydujecie kto zwycięży i otrzyma potworną i przeklętą statuetkę. Wybierzemy najlepsze książki 2018 roku. Rozpoczynamy ZŁOTEGO KOŚCIEJA 2018.
 
Już ósmy raz wybieramy najlepsze książki, autorów i wydawców. Tak jak w poprzednich edycjach ZŁOTY KOŚCIEJ 2018 to głosowanie w kilku kategoriach:


1. HORROR ROKU 2018
2. THRILLER ROKU 2018
3. KRYMINAŁ ROKU 2018
4. FANTASTYKA ROKU 2018
5. OPOWIADANIE ROKU 2018
6. KRAJOWY HIT 2018 NOWOŚĆ
7. OKŁADKA ROKU 2018
8. WYDAWCA ROKU 2018

Szczegóły tutaj: https://kostnica.com.pl/zloty-kosciej-2018/
 
Źródło: https://kostnica.com.pl/

„El pacto” (2018)

Prawniczka Mónica od jakiegoś czasu mieszka tylko ze swoją nastoletnią córką Clarą. Jej mąż, policjant Alex, na prośbę Móniki przeprowadził się na łódź, ale utrzymuje z nimi kontakt. Clara cierpi na cukrzycę, przez którą w dzieciństwie omal nie umarła. Matka nieustannie się o nią zamartwia, nie lubi na dłużej tracić jej z oczu, a córka ma jej za złe, że nie pozwala jej żyć tak jak żyją jej rówieśnicy. Pewnego dnia Mónica po powrocie z pracy, ku swojemu przerażeniu, nie zastaje w domu Clary. Udaje się do Alexa, który niezwłocznie wszczyna poszukiwania córki. W ich trakcie Mónica dostaje informację, że Clara jest w szpitalu. Okazuje się, że dziewczyna zapadła w śpiączkę cukrzycową, a lekarze są praktycznie przekonani, że nigdy z niej nie wyjdzie. Mónica znajduje jednak kogoś, kto twierdzi, że może jej pomóc. Poszukiwanego przez policję mężczyznę, z którym kobieta zawiera pakt. Dzięki niemu Clara wychodzi za śpiączki, ale Mónica musi za to zapłacić życiem innego człowieka.

Hiszpański twórca docenionych filmów krótkometrażowych - „Reacción” (2008), „La culpa” (2010), „Zero” (2015) – nagrodzony na Your Film Festival, nazwany przez „Variety” i „Screen Daily” jednym z najbardziej obiecujących reżyserów, David Victori, swój pierwszy pełnometrażowy film, „El pacto”, nakręcił w oparciu o scenariusz, który napisał wespół z Jordim Vallejo. Premiera produkcji odbyła się w sierpniu 2018 roku w jej rodzimej Hiszpanii. Oficjalnie „El pacto” sklasyfikowano jako horror/thriller, ale pojawiły się już głosy (według mnie słuszne), że film ten ma zdecydowanie więcej wspólnego z tym drugim z wymienionych gatunków, że elementów horroru nie ma w nim tyle, aby uzasadnione było dopisywanie go również do tego gatunku.

Belen Rueda (m.in. „Sierociniec”, „Oczy Julii” i „Trup”) w bardzo dobrym stylu wciela się w „El pacto” w postać Móniki, prawniczki, która wikła się w paranormalną sprawę. A ściślej zawiązuje pakt z poszukiwanym przez policję mężczyzną, obdarzonym niezwykłymi zdolnościami, za które drogo trzeba płacić. Pomysł wyjściowy może i nie jest jakoś szczególnie wymyślny, może i nie jest dowodem ogromnej kreatywności Davida Victoriego i Jordiego Vallejo, ale niewątpliwie ma coś w sobie. Motyw ten budzi zaciekawienie idące w parze z całkowitą pewnością, że stanie się coś złego... i najprawdopodobniej na jednym takim wydarzeniu się nie skończy. Najlepsza w tej koncepcji jest jego prostota – współcześni filmowcy nader często kombinują jak konie pod górę, chociaż najczęściej to właśnie prostota okazuje się być kluczem do serc milionów widzów z całego świata. David Victori zdaje się to rozumieć, ale też wydaje się być świadomy tego, że wielu dzisiejszych odbiorców wymaga od kina czegoś więcej, niźli uproszczonej opowiastki o kobiecie, która dla swojej córki jest gotowa wiele poświęcić... nawet życie innych ludzi. Fabuła „El pacto” nie zamyka się więc w tym jednym nieskomplikowanym wątku - scenarzyści obudowali go warstwą dramatyczną/obyczajową, która dodała temu trochę głębi, mogącej (ale wcale niemuszącej) rodzić wrażenie złożoności, wielowarstwowości tej historii. Dezorientacja, gubienie się w tej opowieści chyba jednak nikomu nie grozi, bo twórcy omawianego filmu jak ognia unikają nadmiernych komplikacji. Wątki poboczne, z płaszczyzną psychologiczną włącznie, przedstawiają w bardzo przystępny sposób (acz bywa też nudno), tak bardzo, że można sobie nawet pozwolić na nieuważne śledzenie przebiegu akcji - o czym wspominam, dlatego że przynajmniej u niektórych widzów może pojawić się taka pokusa. „El pacto” według mnie jest bowiem thrillerem dosyć nierównym, tego rodzaju obrazem, który wydaje się więcej obiecywać niż dawać. Pierwsza mniej więcej połowa filmu każe przygotować się na trzymający w napięciu koszmar zgotowany pewnej hiszpańskiej rodzinie przez enigmatycznego jegomościa posiadającego niezwykłe moce. Człowiekiem tym nie kieruje nienawiść, czy chęć zemsty. Chyba też nie czerpie perwersyjnej przyjemności z zadawania cierpień innym, wybranym przez siebie, ludziom (a przynajmniej nie wydaje się, by tak było), ale być może potrzebuje tego, by móc istnieć na tym świecie. O tym mężczyźnie wprost nie mówi się wiele – dostajemy jedynie strzępy informacji na jego temat, z których co nieco da się wywnioskować, ale nie tyle, żeby mieć poczucie, że w miarę dobrze się go poznało. Wielu (jeśli nie wszystkim) odbiorcom „El pacto” jako pierwszy pewnie nasunie się na myśl Szatan, ponieważ motyw straszliwego paktu w literaturze i kinematografii najczęściej jest wiązany właśnie z tą biblijną postacią. Równie dobrze jednak ów mężczyzna może być jakimś pośledniejszym demonem albo człowiekiem z krwi i kości, którego od nas odróżnia jedynie to, że posiada on moc uzdrawiania i wskrzeszania. Moc, z której chętnie korzysta, chociaż wie, jak straszliwą cenę trzeba za to płacić. Dlaczego trzeba? Dlaczego kosztem ocalenia jednej osoby jest odebranie życia komuś innemu (to nasunęło mi delikatne skojarzenia z „The Box. Pułapką” Richarda Kelly'ego, na podstawie literackiego utworu pt. „Button, Button” autorstwa Richarda Mathesona), jakiemukolwiek, dowolnie wybranemu, innemu człowiekowi? Tutaj nasuwają mi się tylko dwie odpowiedzi: albo rzeczony jegomość wyznaczył taką cenę, bo czerpie przyjemność ze zmuszania innych do zabijania albo (co wydaje mi się bardziej prawdopodobne) to jest niezależne od niego, cena ta niejako przyszła w pakiecie z owym darem/przekleństwem, z którego musi korzystać by żyć. Niewykluczone jednak, że jestem w błędzie, że twórcy woleliby żeby odczytywano to w inny sposób, inaczej tłumaczono sobie motywy, jakimi kieruje się ten wielce podejrzany mężczyzna, czy demoniczna istota, być może w osobie samego Lucyfera. W każdym razie cieszył mnie ten element tajemniczości, ta jakże frapująca zagadka, którą to niewątpliwie był dla mnie mroczny jegomość zawiązujący pakty z niektórymi ludźmi gotowymi wiele poświęcić dla zdrowia i życia swoich bliskich.

Mroczna jak na standardy współczesnego kina grozy, atmosfera „El pacto”, moim zdaniem jest najsilniejszą składową tej produkcji. Tak, nawet ten jakże interesujący motyw przewodni w moich oczach nie mógł równać się z wizualną oprawą pełnometrażowego debiutu Davida Victoriego. W scenach kręconych za dnia bodaj nie zobaczymy promieni słonecznych (w nocy prym wiedzie gęsty mrok, ale nieprzesadnie zagęszczony, nie tak żeby miało się trudności z dostrzeżeniem większości szczegółów), bo i nie mogą one przedrzeć się przez ciężkie, brudnoszare chmury grubą warstwą pokrywające niebo. Tak ponury klimat nieczęsto jest widoczny nawet jesienią – operatorzy i oświetleniowcy podkręcili to tak dalece, że czułam się jakbym przebywała w strefie mroku, niemal jak w jakimś alternatywnym świecie, pozbawionym wszelkiej nadziei na lepsze jutro. To poczucie beznadziei, trwania w rzeczywistości, która przyniesie bohaterom filmu wyłącznie niewyobrażalne cierpienie, w której nie ma miejsca na radosną pewność, że już wkrótce wszystko się ułoży, towarzyszyło mi aż do finału. Chwilami ta iście depresyjna otoczka wręcz mnie przygniatała, ale były też chwile (niestety dosyć liczne), których nawet klimat nie był w stanie uratować. Efektów komputerowych nie ma wiele, ale te parę wstawek wystarczyło, żeby wytrącić mnie z równowagi. Już pająk prezentuje się nader sztucznie, ten pikselowy twór nie wywoływał odrazy/niepokoju nawet u takiej arachnofobiczki, jak ja, a co dopiero mówić o osobach wolnych od tego irracjonalnego lęku. Ale to jeszcze nic. Nieporównanie gorzej prezentowało się coś w rodzaju nadnaturalnych gałęzi atakujących dane osoby, wówczas gdy zapłata za, nazwijmy to, usługę, nie wpłynęła w wyznaczonym czasie. Rzeczone a la gałęzie przybywają po to, by zabić i są widziane jedynie przez te osoby, które mają już za parę sekund umrzeć. Doprawdy, żałosny widok, realizmu nie ma w tym za grosz, zareagować na to śmiechem też raczej trudno, chyba, że będzie to śmiech przez łzy. Bo jak tu nie posmutnieć, gdy widzi się tak kompletnie niezrozumiałe obniżanie jakości filmu, działanie na jego niekorzyść, wydawanie pieniędzy na coś, na co naprawdę ciężko było mi patrzeć. I bynajmniej nie dlatego, że widoki te budziły jakże pożądany lęk... Kolejnym, dużo poważniejszych od tandetnych efektów komputerowych, bo zdecydowanie częstszym, uniedogodnieniem, było dla mnie coś, co odbierałam, jako swego rodzaju chodzenie w kółko. W „El pacto” jest sporo scen, które wydają się pełnić rolę zapychaczy czasu, które żadnych interesujących treści nie przekazują. Nie odnajdujemy w nich niczego, co można by traktować, jako coś niezbędnego dla tej opowieści, z rysami psychologicznymi bohaterów włącznie. Te ostatnie natomiast (w pozostałych sekwencjach) przedstawiono w całkiem wyczerpujący sposób, według mnie o pierwszoplanowych postaciach powiedziano wszystko, co powinno się powiedzieć (i pokazać) w filmowym thrillerze. Wrażenia niedosytu w tym punkcie absolutnie nie miałam, ale już samą akcję można było poprowadzić w bardziej zajmujący sposób. Niekoniecznie dynamiczny, podejrzewam wręcz, że większe rozpędzenie fabuły dałoby gorszy efekt od zastałego, bo zapewne zaowocowałoby to większą powierzchownością zwłaszcza u protagonistów, pociągałoby to za sobą konieczność ogólnikowego przedstawienia postaci. Ale nic nie stało na przeszkodzie, by miejsca te wypełnić intensywniejszymi scenami z życia Móniki i jej rodziny, zamiast tak naprawdę powtarzać to, co już wcześniej zostało powiedziane – w mniej więcej drugiej połowie filmu mocno rzucało mi się to w oczy, w pierwszej raczej nie miałam takich problemów (swoją drogą, co zdarza się raczej rzadko, wówczas zaserwowano mi jedną jump scenkę, której udało się przyprawić mnie o szybsze bicie serca). Finał chyba najbardziej mniej rozczarował. Wcześniej ma miejsce jeszcze jeden zwrot akcji, którego przyznaję, nie przewidziałam, ale i tak wielkiego wrażenia na mnie nie wywarł. Również przez kierunek, który mu nadano, przez stronę, w którą ostatecznie go popchnięto, wchodząc tym samym w UWAGA SPOILER mdły happy end. A ja naiwna już myślałam, że Mónica zabije Alexa chwilę po przesypaniu się piasku w klepsydrze, tym sposobem tracąc i córkę, i męża KONIEC SPOILERA.

Po tak wychwalanym przez tak zwanych znawców kina, twórcy, jakim jest David Victori można spodziewać się czegoś więcej. A przynajmniej na niektóre osoby jego nazwisko może działać jak wabik, wyrobić w nich przekonanie, że „El pacto” jest dla nich pozycją obowiązkową. Mnie do seansu tego obrazu zachęciło co innego – doniesienia niektórych odbiorców tego filmu, że obraz ten ma więcej wspólnego z thrillerem niż horrorem, oczywiście w połączeniu z wiedzą, że jest to produkcja hiszpańska. Bo filmowe dreszczowce z tego kraju nieczęsto mnie rozczarowują, a na pewno rzadziej od hiszpańskich horrorów. Ale w tym przypadku mogę chyba mówić o rozczarowaniu – nie jakimś wielkim, bo swoje walory „El pacto” ma i to na tyle duże, żebym ostatecznie doszła do wniosku, że mimo wszystko nie popełniłam błędu wybierając właśnie ten film (jeden seans spokojnie można sobie zaserwować), ale jednak spodziewałam się czegoś bardziej zajmującego, budzącego trochę większe emocje, zapewniającego silniejsze doznania. Ale i mogło być znacznie gorzej – w końcu miałam już nieprzyjemność oglądać nieporównanie słabsze thrillery, nawet od Hiszpanów, więc summa summarum zwrócić uwagę miłośników gatunku na „El pacto” mogę, nie należy jednak odbierać tego w kategorii gorącej rekomendacji. Usilnie polecać tego tytułu, nawet fanom gatunku, nie będę, ale i odradzać nikomu go nie zamierzam.

środa, 16 stycznia 2019

„Obsesja” (2015)

Holendrzy Simone, jej mąż Eric oraz dzieci Suzanne i Bastian przeprowadzają się na francuską prowincję, gdzie Simone odziedziczyła po zmarłej matce wymagający remontu dom i parę hektarów ziemi. Niedługo po przyjeździe poznają, również pochodzącego z Holandii, Petera, który mieszka w tych rejonach od lat. Mężczyzna ma firmę budowlaną, która przynosi mu zadowalające zyski. Gdy proponuje Simone i Ericowi odpłatne wyremontowanie ich domu, para nie posiada się z radości, ponieważ zaczęli już tracić nadzieję, że uda im się znaleźć tutejszych robotników, którzy zechcą zająć się ich nieruchomością. Peter i jego ludzie wkrótce rozpoczynają pracę u Simone i Erica. Pomiędzy gospodarzem i Peterem szybko zawiązuje się przyjaźń, mężczyźni sporo czasu spędzają razem, głównie omawiając szczegóły prac remontowych i budowlanych, które zamierzają przeprowadzić na terenie przedtem należącym do matki Simone. Kobieta tymczasem gotuje dla wszystkich, zajmuje się dziećmi i wykonuje drobne prace w domu. Ponadto zbliża się do jednego z robotników, młodego mężczyzny imieniem Michel, który wyraźnie jest nią zainteresowany. Simone nie potrafi mu się oprzeć, w ramionach Michela odnajduje szczęście, którego już od dłuższego czasu tak bardzo jej brakowało. Kobieta nie ma nad tym kontroli, tak bardzo zatraca się w tym romansie, że niemal przestaje myśleć o przyszłości swojej i swojej rodziny.

„Rendez-Vous” (polski tytuł: „Obsesja”) to holenderski thriller w reżyserii Antoinette Beumer, twórczyni między innymi filmu „Loft” z 2010 roku. Scenariusz napisali Dorien Goertzen i jedna z sióstr reżyserki Marjolein Beumer (drugą jest znana aktorka Famke Janssen), opierając się na opublikowanej w 2006 roku powieści Esther Verhoef pod tym samym tytułem. Książki nie czytałam, ale jeśli wierzyć recenzjom, filmowcy pozwolili sobie na wprowadzenie wielu zmian w stosunku do literackiego pierwowzoru. W Holandii dystrybucja „Rendez-Vous” rozpoczęła się w czerwcu 2015 roku, a w drugiej połowie 2016 roku film, że tak to ujmę, wyszedł poza granice swojego kraju. Odbyło się to jednak w dosyć wąskim zakresie. Obraz dotarł do niewielkiej liczby osób, przynajmniej poza Holandią, przede wszystkim przez wielce niezadowalającą dystrybucję, co z kolei najprawdopodobniej zdeterminował niewielki budżet filmu.

„Obsesję” Antoinette Beumer otwiera niewiele mówiąca scena aresztowania młodej kobiety na oczach mężczyzny, który nie może być nikim innym niż jej partnerem. Potem akcja zostaje cofnięta o pół roku i widzimy tę samą parę, która wraz z dwójką dzieci jedzie do swojego nowego domu. Prolog daje nam więcej pytań niż odpowiedzi, ale co jednego nie pozostawia praktycznie żadnych wątpliwości – mamy pewność, że główna bohaterka, a co za tym idzie również jej najbliżsi, nie będą żyli długo i szczęśliwie w malowniczym zakątku Francji, do którego ta holenderska rodzina postanowiła się przeprowadzić, po otrzymaniu wiadomości, że Simone, żona Erica oraz matka kilkuletnich Suzanne i Bastiana, odziedziczyła dom i kawałek ziemi po matce, która porzuciła ją w dzieciństwie. Prolog daje pewność, że wszystko potoczy się źle, że wkrótce wydarzy się coś, co zniszczy tę familię. Tylko z pozoru szczęśliwą, bo dosyć szybko odkryjemy, że małżeństwo Erica i Simone przechodzi kryzys, że tylko z zewnątrz prezentuje się praktycznie nieskazitelnie. Scenariusz w największej mierze koncentruje się na odmalowywaniu życia Simone i jej najbliższych w nowym miejscu, w kraju, który dla nich jest zupełnie obcy, wśród ludzi, którzy nie wydają się być nastawieni do nich przyjaźnie. To w miasteczku, ale dom Simone i Erica leży w pewnym oddaleniu od niego. Wokół nieruchomości rozciągają się pola, niezabudowane tereny, po części należące teraz do Simone. Holenderska rodzina nie ma sąsiadów, czego mogłam im tylko pozazdrościć, i co jeszcze lepsze codziennie mogą sycić oczy naturalnym krajobrazem, przepięknymi widokami płaskich terenów zielonych, na które (w okresie, w którym toczy się akcja filmu) najczęściej padają gorące promienie słoneczne. To nadaje zdjęciom przebogaty koloryt – barwy są żywe i zróżnicowane, ale jak przystało na szanujący się thriller, szarości i mrok też się tutaj zakradną. Z większości zdjęć bije pewien chłód – może to brzmieć nieprawdopodobnie, ale nawet sceny nakręcone w pełnym świetle dziennym, w tę słoneczną pogodę, tchną lekkim zimnem, jakże przyjemnym z punktu widzenia miłośnika filmów z dreszczykiem. Klimat „Obsesji” ma w sobie coś z kinematografii skandynawskiej, nasuwa silne skojarzenia z obrazami z tego regiony Europy, ale uwidacznia się w nim też styl, który nasuwał mi na myśl głównie Stany Zjednoczone. Nie te współczesne hollywoodzkie produkcje, nie dreszczowce głównego nurtu, tylko te powolniejsze, nieefekciarskie i przede wszystkim nieplastikowe dziełka, filmy, które można chyba nazwać niszowymi, a na pewno ukierunkowanymi na poszukiwaczy intensywnego kina. Na osoby wprost przepadające za filmami silnie skoncentrowanymi na fabule i emocjach, ze szczególnym wskazaniem na generowanie napięcia w mniej agresywny, ale i zwykle skuteczniejszy, sposób niż zwykły to czynić XXI-wieczne hollywoodzkie superprodukcje. Twórcom „Obsesji” nigdzie się nie śpieszy, rytm jaki nadają tej opowieści może zmęczyć co bardziej niecierpliwych odbiorców, i to już w pierwszej połowie seansu, bo może z wyjątkiem końcówki, nie znajdą tutaj jakichś mocniejszych akcentów. A przynajmniej nie takich, do jakich co poniektórych widzów przyzwyczaiło współczesne, droższe kino grozy. Antoinette Beumer nie posiłkuje się widowiskowymi efektami specjalnymi, nie wprawia akcji w zastraszająco szybki ruch, a i nawet przez długi czas nie definiuje zagrożenia. Bo ono niewątpliwie istnieje, wiemy, że wkrótce zdarzy się coś strasznego, nie tylko za sprawą prologu. Nieuchronność tragedii jest doskonale wyczuwalna nawet w scenach z pozoru niewinnych, wydaje nam się, że niebezpieczeństwo czai się dosłownie wszędzie, nawet tam, gdzie w przypadku inaczej zrealizowanego filmu uderzenia pewnie byśmy nie wypatrywali. Co oczywiście nie oznacza, że właśnie stamtąd padnie spodziewany cios, że to pożądane nieprzyjemne wrażenie tkwienia wśród niemal samych wrogów znajdzie uzasadnienie w dalszej części scenariusza Marjolein Beumer i Doriena Goertzena.

Jeśli nie szuka się dynamicznych fabuł, w „Obsesję” bardzo łatwo jest wejść. Wsiąknąć w tę opowieść, może nawet zatracić się w takim stopniu, w jakim główna bohaterka zatraca się w swoim romansie z młodym Francuzem imieniem Michel. Narracja jest płynna, realizatorzy nie szarpią akcji, nie dezorientują widza raptownymi przeskokami w czasie (poza wstępem, który jednak mylący nie jest), nieuzasadnionymi, chaotycznymi wstawkami z życia holenderskiej rodziny we Francji, przekombinowanym montażem i ogólnie spychaniem fabuły na dalszy plan. Parę wątków aż prosiło się o doprecyzowanie. Nie przeczę, że pozostawienie akurat tego w sferze domysłów widza, nie było dobrym pomysłem, bo zamiast podejrzenia, że twórcom zależało na tym, aby odbiorca pokusił się o własną interpretację tychże, narodziło się we mnie wrażenie miejscowego niechlujstwa, pozostawienia w scenariuszu dziur, których albo nie potrafiono zacerować, albo zwyczajnie uszło to uwadze twórców. Wiemy, że właścicielką nieruchomości i paru hektarów ziemi na francuskiej prowincji jest Simone. To plus pokaźna gotówka to spadek po jej zmarłej niedawno matce, która porzuciła ją w dzieciństwie. Eric nie może swobodnie rozporządzać tym majątkiem, takie uprawnienia ma tylko Simone, ale główna bohaterka podporządkowuje się (choć często niechętnie) woli męża. Można to oczywiście tłumaczyć jej charakterem – kobieta zwykła przedkładać dobro swojej rodziny nad własne, na wszelkie możliwe sposoby dążyć do zapewnienia im szczęścia, nawet własny kosztem. I właśnie tak to sobie wyjaśniłam. Ale gdy Peter pozwolił sobie, w bardzo szorstki sposób, upomnieć Simone o jej kuchnię, gdy wyraził swoje niezadowolenie z posiłku, które przygotowała również dla niego i paru jego pracowników, pojawił się pewien zgrzyt, drobna rysa, która później jeszcze się poszerzyła. Otóż, wydaje mi się, że na jej miejscu każdy, nawet tak ugodowa osoba, jak Simone, powiedziałby swojemu partnerowi/partnerce, jak został/została potraktowana. Notabene Peter aktualnie pracował dla Simone. To ona miała fundusze, a więc w każdej chwili mogła zwolnić tego mężczyznę, nie pytając nawet swojego męża o zdanie, a mimo to szef rzeczonej firmy budowlanej nie dbał o dobre relacje z nią tylko z Erickiem... Można sobie to tłumaczyć tym, że Peter szybko zauważył, kto rządzi w tym związku, a odpowiedź Simone na pierwszy zarzut, jaki w stosunku do niej wystosował można oczywiście wytłumaczyć kierującą nią potrzebą uszczęśliwiania wszystkich wokół siebie. Tak więc, to, że natychmiast po tej próbce impertynenci Petera, kobieta nie zrezygnowała z usług jego firmy nie wydawało mi się mało realne, ale już to, że nie zechciała zrelacjonować owej rozmowy z Peterem Ericowi w moim oczach wiarygodnie się nie prezentowało. Dalej: gdy „na scenę” wkroczyła siostra Simone, spodziewałam się, że twórcy powiedzą coś więcej o kontaktach oby sióstr z ich matką (poza tym, że porzuciła ona Simone w dzieciństwie) albo przynajmniej zdradzą, czy ta druga kobieta też coś odziedziczyła po rodzicielce – jak tak, to co, a jak nie, to dlaczego została przez nią pominięta w testamencie. Mojego apetytu na te informacje jednak nie zaspokojono. To samo można powiedzieć o końcówce. Nie całej, nawet nie jej większej części, bo muszę przyznać, że takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Wstrząsnąć mną to nie wstrząsnęło, jakoś dogłębnie zaskoczona, porażona na pewno nie byłam, ale stereotypowości, na którą tak naprawdę się przygotowałam, zarzucić temu nie mogę. Jednakże postawa Erica nie do końca mnie przekonała. UWAGA SPOILER Wszystko wskazuje na to, że domyślił się, iż żona miała romans z Michelem i to właśnie jego dziecko nosi pod sercem, ale nie czyni jej żadnych zarzutów z powodu zdrady, której względem niego się dopuściła. Zostaje z nią, choć widać, że czuje się mocno zraniony, i że ma jej za złe to, że pozwoliła by niewinny człowiek poszedł za nią siedzieć. Miłość? Być może. Względy finansowe? To też możliwe. Ale wolałabym, żeby motywy Erica zostały przez twórców przedstawione wprost, a jeszcze lepiej byłoby, gdyby podkręcili sytuację jakimś dramatycznym posunięciem mężczyzny KONIEC SPOILERA. Niektórym nieprzekonująca może również wydawać się reakcja Simone i Erica na tragedię, na którą my, widzowie, będziemy szykować się od pierwszych minut filmu, ale jeśli weźmie się pod uwagę panikę, szok i obecność kogoś, kto wydaje się być wolny od tych uczuć, wydaje się doskonale wiedzieć, co w takiej sytuacji należy zrobić (nie nam, bezstronnym obserwatorom, tylko zagubionym uczestnikom tego koszmaru), to nie wydaje się już to tak bardzo nieprawdopodobne.

W sumie jestem zadowolona z seansu „Obsesji” Antoinette Beumer. Nad scenariuszem, według mnie, powinno się trochę dłużej popracować, dopiąć niektóre wątki i jeszcze podkręcić, w większości i tak niezły finał, bo rzeczony obrót spraw dawał filmowcom taką możliwość. Ale w przeważającej części scenariusz wydawał mi się dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Twórcy skupili się na postaciach, w dosyć wyczerpujący sposób odmalowali ich osobowości i wzajemne, często burzliwe, relacje oraz dbali o konsekwentne prowadzenie tej opowieści (przypominam: najczęściej, nie zawsze). Ponadto zatroszczyli się o atrakcyjną dla filmowego thrillera otoczkę, bez widocznego wysiłku żonglowali napięciem, konsekwentnie zagęszczali aurę zagrożenia płynącą z... można mieć wrażenie, że z wielu źródeł. Filmowcy nie gnali na oślep przed siebie, bez troszczenia się o jakiekolwiek emocje i co przynajmniej dla mnie było prawie tak samo wartościowe, nie sięgali po nowoczesne efekty specjalne, po te zwłaszcza komputerowe dodatki, które najczęściej przynoszą mi wyłącznie wrażenie sabotowania własnego projektu – niezrozumiałego odzierania filmu z realizmu przez jego twórców. „Obsesja” nie idzie tą drogą i dzięki jej za to!

poniedziałek, 14 stycznia 2019

„Anatomia” (2000)

Mieszkająca w Monachium studentka medycyny, Paula Henning, zostaje przyjęta na letni kurs w renomowanej szkole medycznej w Heidelbergu. W pociągu spotyka znajomą z uczelni, Gretchen, która informuje ją, że również dostała się na ten kurs. Następnie Paula udziela pierwszej pomocy innemu pasażerowi, młodemu mężczyźnie imieniem David, który ma problemy z sercem. W Heidelbergu Paula i Gretchen mieszkają razem i przyjaźnią się, chociaż bardzo się od siebie różnią. Obie są uzdolnione, ale podczas gdy Paula większość wolnego czasu spędza na nauce, Gretchen interesuje się głównie płcią przeciwną. Wkrótce na zajęciach z anatomii, Paula, ku swojemu zaskoczeniu, staje nad zwłokami Davida. Młoda kobieta musi odsunąć emocje na bok i zająć się jego ciałem, idąc za wskazówkami wykładowcy. Udaje jej się wywiązać z tego zadania, ale coś jej nie pasuje. Postanawia zakraść się do kostnicy, by poddać zwłoki Davida dokładniejszym oględzinom oraz pobrać próbkę, którą obiecał zbadać jej kolega z Monachium. Wyniki okazują się mocno podejrzane. Paula zaczyna podejrzewać, że młody mężczyzna padł ofiarą tajemniczego stowarzyszenia, które zostało zdelegalizowane lata temu.

„Anatomia” to niemiecki thriller w reżyserii i na podstawie scenariusza Austriaka Stefana Ruzowitzky'ego, twórcy między innymi późniejszego „Piekła” (2017) i „Patienta Zero” (2018). Zrealizowany za niespełna osiem i pół miliona marek niemieckich (szacunkowo) obraz cieszył się sporym zainteresowaniem widzów nie tylko w swoim rodzimym kraju. Choćby w Stanach Zjednoczonych zebrał wiele pozytywnych opinii, przede wszystkim zwykłych odbiorców, ale i niektórzy krytycy wyrażali się o nim w miarę pochlebnie. W 2003 roku wypuszczono sequel „Anatomii”, którego twórcą również jest Stefan Ruzowitzky.

„Anatomię” kręcono w języku niemieckim, ale Columbia Pictures wpuściła na rynek też wersję z angielskim dubbingiem. Jako że miałam do czynienia z tą drugą, nie mogę pokusić się o ocenę całego warsztatu żadnego członka obsady omawianego filmu. Nie jest to nic nadzwyczajnego – najczęściej spotykam się z taką sytuacją we włoskich produkcjach – ale to nie zmienia faktu, że niezmiernie irytuje mnie to, że w Polsce dużo łatwiej o takie „podróbki”. Dubbing w sumie nie jest aż tak tragiczny, jak w przypadku większości włoskich filmów grozy, z jakimi dotychczas się spotkałam, ale skoro nie mam pojęcia, kto owe głosy podkładał, trudno orzec, którzy aktorzy w tej materii radzili sobie lepiej, a którzy gorzej. Mogę jedynie ocenić (całkowicie subiektywnie) gesty, mimikę, ogólnie pracę ciała, a jeśli o to chodzi to odtwórczyni roli głównej, Franka Potente, dla mnie była najmniej wiarygodna. Uważam, że w tym zakresie dużo lepiej spisywali się m.in. partnerujący jej Anna Loos (w roli Gretchen) i Sebastian Blomberg (jako Caspar), przy czym ten drugi tracił przez nie do końca przekonujące (przynajmniej mnie) przedstawienie tej postaci przez scenarzystę Stefana Ruzowitzky'ego. Najbardziej rzuca się to w oczy pod koniec filmu – reakcja młodego mężczyzny na, powiedzmy niecodzienny widok, jest dosyć dziwaczna. UWAGA SPOILER Twórcom chyba tutaj zależało na zintensyfikowaniu, obudzonych w widzach już wcześniej, podejrzeń względem Caspara (to imię okazuje się nieprawdziwe), ale nawet jeśli ktoś dzięki temu zyska pewność, że ten młody mężczyzna rzeczywiście jest członkiem tajnego stowarzyszenia działającego w Heidelbergu, to chwilę później najpewniej uzna, że jego gadanina nad skrępowaną i umierającą Paulą oraz mocno spowolnione reakcje nie znajdują racjonalnego wyjaśnienia. Może poza raczej naciąganą teorią, że chłopak był w szoku, że ów młody mężczyzna zwykle tak reaguje na stresujące sytuacje. Jeśli więc bardzo się tego pragnie można znaleźć wytłumaczenie dla zachowania Caspara, ale mnie ono nie przekonuje. Dla mnie było to, ni mniej, ni więcej, jak rozpaczliwa próba zmylenia odbiorcy filmu, która koliduje z tym, co twórcy przekazują nam później KONIEC SPOILERA. Ale to nie jedyny nieprzekonujący występ tej postaci (postaci, niekoniecznie – bo nie wiem, jak z dykcją - aktora, który się w nią wciela). Caspar, tak jak wiele innych osób przebywających na terenie uczelni w Heidelbergu (studentów i pracowników), wie, że Paula Henning prowadzi śledztwo w sprawie zagadkowego zgonu młodego mężczyzny, którego niedawno poznała. To nikt inny jak Caspar powiedział jej o stowarzyszeniu, które zostało zdelegalizowane przed laty, o pewnej loży, w skład której wchodzą ludzie wywodzący się ze światka medycznego, działający wbrew etyce lekarskiej. Student ten zwraca uwagę na Paulę, można chyba powiedzieć, że jest nią zauroczony, ale nie wykazuje większego zainteresowania jej śledztwem. Nie pomaga jej w takim stopniu, jakiego można by oczekiwać od chłopaka starającego się przypodobać dziewczynie. Postawa Caspara powinna zaalarmować odbiorcę, wzbudzić w widzach podejrzenia względem tego młodego mężczyzny. Twórcy aż nazbyt mocno sugerują jego przynależność do tajemniczej loży ludzi (pseudo)nauki, właściwie to wyglądało mi to, jakby pragnęli obedrzeć oglądającego z wszelkich wątpliwości co do tego, że Caspar jest tym złym. UWAGA SPOILER I znowu – jeśli chciano w ten sposób zmylić widza, to powinno się nadać temu jakieś wiarygodniejsze podstawy. Bo gdy w końcu oczyszczono Caspara z wszelkich podejrzeń, to pozostało pytanie: dlaczego chłopak nie połączył sił z Paulą, dlaczego nie podzielił się z nią materiałami ze swojego śledztwa, dlaczego zachowywał się tak, jakby nie zależało mu na powodzeniu amatorskiego dochodzenie jego sympatii? W końcu ich cele były mocno zbliżone. Ona chciała zdekonspirować zbrodniarzy (chciała by sprawiedliwości stało się zadość), a on napisać o nich pracę. Oboje więc musieli zdobyć dowody na to, że rzekomo rozwiązane przed laty stowarzyszenie nadal funkcjonuje i oczywiście dowiedzieć się kto wchodzi w jego szeregi KONIEC SPOILERA.
 
Intryga rozsnuta na kartach scenariusza „Anatomii” według mnie została naciągnięta też w innym punkcie. Bo mamy oto tajne stowarzyszenie, które najwidoczniej od dłuższego czasu zabija ludzi w imię „wyższego dobra”. Jak wielu pseudonaukowców przed nimi wychodzą z założenia, że dla dobra ogółu warto poświęcać jednostki. I wszystko wskazuje na to, że robią to na terenie ekskluzywnej szkoły medycznej w Heidelbergu. Robią to od lat i dotychczas jakoś nikt się tym nie zainteresował. Trudno w to uwierzyć dlatego, że nie wyglądało to tak, jakby mocno się z tym kryli. Już samo to, że na stół jednej z uzdolnionych studentek medycyny (w Heidelbergu nie ma miejsca dla słabszych uczniów) trafiają zwłoki młodego mężczyzny, których wygląd nawet laika powinien zmusić do podejrzeń – obrażenia, które odniósł nie pasują do historyjki podanej przez wykładowcę Pauli, do podanej przez niego przyczyny śmierci młodego mężczyzny. Ale to nic w porównaniu z zachowaniem niektórych osób, które najprawdopodobniej przynależą do tajnego stowarzyszenia, na tropie którego jest główna bohaterka „Anatomii”. Biegają sobie za ofiarami po całej uczelni, nie przejmując się hałasem, jaki przy tym robią zarówno oni, jak i ich cele. Zabijają nawet w pomieszczaniach, do których w każdej chwili może ktoś wejść. Przenoszą ciała i ich fragmenty z miejsca na miejsce i jakimś cudem nikt ich nie zauważa, chociaż w pobliżu (nawet w nocy) często ktoś się kręci. Nie twierdzę, że brakowało mi tutaj roli policji, że ich postawa mnie nie przekonała, bo moje doświadczenia z tą grupą zawodową nie pozwalają mi podać w wątpliwość tego, co pokazano w „Anatomii”. Policjanci wyśmiewają zeznania Pauli, odbierają jak szczeniacki żart. Nie zamierzają nawet tego sprawdzać, natychmiast wyrabiają sobie zdanie, że dziewczyna kłamie i śmieją się z niej. Obywatelu radź sobie sam... skąd ja to znam? Tak więc postawa przedstawicieli organów ścigania całkowicie mnie przekonała, ale już to, że zbrodniarze przez tak długi czas pozostawali niezauważeni przez inne osoby przebywające na terenie uczelni, zakrawało mi na istny cud. A w takie cuda naprawdę trudno mi uwierzyć... Samo założenie, sam pomysł na czarne charaktery, na ten ich okrutny proceder nie był zły. Powiedziałabym nawet, że całkiem interesujący, tym bardziej, że historia ta może przypominać autentycznych pseudonaukowców (Stefan Ruzowitzky o jednym nawet wspomniał w swoim scenariuszu), iście demoniczne jednostki, które dopuszczały się prawdziwie przerażających eksperymentów na ludziach. Ciekawym pomysłem było też wykorzystanie anatomicznych modeli ludzi zainspirowanych autentycznymi pracami doktora Gunthera von Hagensa. Twórcy filmu nie szli tak daleko, jak ich inspirator, nie skorzystali z ludzkich zwłok, Stefan Ruzowitzky doszedł bowiem do wniosku, że byłoby to nazbyt makabryczne, ale te manekiny, te substytuty prac doktora Gunthera von Hagensa, i tak prezentują się bardzo realistycznie. To samo zresztą mogę powiedzieć o kilku umiarkowanie krwawych efektach specjalnych, aczkolwiek nie zaszkodziłoby trochę bardziej rozszerzyć warstwę gore. Pasowałoby to w końcu do scenariusza, no i dawałoby dodatkowy dreszczyk emocji. Dodatkowy, bo choć fabuła nie została poprowadzona w maksymalnie przekonujący mnie sposób, powiedziałabym nawet, że jest w niej trochę dziur, to generowała napięcie. Tematyką też, ale bardziej zawdzięczałam to atmosferze – zimne, wręcz sterylne wnętrza uczelni, dosyć gęsty mrok spowijający pozytywnych bohaterów, na których wyczuwalnie, ale często też dostrzegalnie, czyha zło w postaci szaleńca, czy szaleńców, bo nie sposób zapomnieć, że mamy do czynienia z jakąś tajną organizacją działającą w sposób skrajnie nieetyczny. Ktoś może dojdzie do wniosku, że scenariusz każe nam zastanowić się nad filozofią wyznawaną przez członków sekretnej loży, na tropie której znajduje się Paula Henning, ale ja o taką odwagę twórców „Anatomii” bym „nie posądzała”. Przekonania członków rzeczonej organizacji zostały praktycznie jednoznacznie potępione przez twórców filmu, nie dali mi oni żadnego powodu, by sądzić, że według nich takie podejście do nauki można w jakiś sposób usprawiedliwić. Nie czułam się, jakby zachęcano mnie do rozważania tego, czy aby w takich przypadkach cel nie uświęca środków, czy takie działania nie przyniosłyby ludzkości więcej korzyści niźli strat. Nie, na moje oko twórcy wyraźnie opowiedzieli się po przeciwnej stronie, czyniąc to za pośrednictwem Pauli Henning, która wydawała się ani przez chwilę nie wątpić w to, że takie zachowanie nie przystoi lekarzom, że zasługuje na najwyższą pogardę i oczywiście dotkliwą karę. W sumie to byłabym tego pewna, nawet wówczas, gdyby twórcy poczynili jakieś starania w kierunku choćby tylko lekkiego ocieplenia wizerunku członków tajemniczej loży, ale wolałabym, żeby to zrobili, z tego prostego powodu, że ogólnie rzecz ujmując wprost przepadam za sztuką budzącą jakieś kontrowersje, prowokującą do samodzielnego myślenia w sposób, który wielu jej odbiorców mocno oburza. Ale „Anatomia” tego rodzaju filmem na pewno nie jest.
 
„Anatomia” Stefana Ruzowitzky'ego to taki lżejszy thrillerek, w którym wszystko wykłada się nam na tacy, w sposób właściwie uciekający od kontrowersji. Jeśli chodzi o tekst, bo zdjęcia są całkiem mroczne, tym bardziej jeśli porówna się je do tych nowszych dreszczowców, ze szczególnym wskazaniem na te produkowane w Hollywood. Ale nie od dziś wiadomo, że współczesna kinematografia, ogólnie rzecz ujmując, nie może równać się z tą dawniejszą. „Anatomia” nie jest taka znowu stara, miała swoją premierę zaledwie dziewiętnaście lat temu i oczywiście nie jest „dzieckiem Hollywoodu”, bo powstała w Niemczech. Mimo to widać przepaść, jaka powstała przez te kilkanaście lat – atmosfera „Anatomii” jest dużo bardziej mroczna od tej, którą najczęściej karmią nas nowsze filmowe thrillery, horrory zresztą też (czytaj: plastik), ale fabuła i przedstawienie postaci pozostawiają już sporo do życzenia. A przynajmniej mnie, te dwie jakże ważne składowe, nie do końca przekonały. Ale choćby dla tego klimatu i samego pomysłu na intrygę można po tę produkcję sięgnąć. Tym bardziej, jak lubi się takie medyczne klimaty z lekkim dreszczykiem. Dla sympatyków takich produkcji, „Anatomia” może okazać się nie lada gratką.

sobota, 12 stycznia 2019

„Park grozy” (2018)

Natalie przyjeżdża do swojej najlepszej przyjaciółki Brooke, z którą jakiś czas temu dzieliła mieszkanie. Teraz współlokatorką Brooke jest Taylor, dziewczyna, którą Natalie zna ze szkoły i za którą nigdy nie przepadała, dlatego nie jest zadowolona z tego, że musi znosić jej towarzystwo. Zaraz po przyjeździe Natalie dowiaduje się od Brooke, że ich kolega, Gavin, zdobył dla całej ich paczki bilety do objazdowego parku rozrywki. Parku grozy funkcjonującego pod nazwą Hell Fest i podróżującego po Stanach Zjednoczonych w sezonie halloweenowym. Gavinowi zależy przede wszystkim na obecności Natalie, w której się podkochuje. Dziewczyna nie jest entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu, ale ostatecznie daje się namówić Brooke na ten wieczorny wypad. Niedługo potem Natalie, Gavin, Brooke i jej chłopak Quinn oraz Taylor i jej chłopak Asher wchodzą do popularnego parku rozrywki, obiecującego potężną dawkę strachu. Mniej więcej w tym samym czasie w Hell Fest pojawia się zamaskowany morderca. Wkrótce zwraca on uwagę na Natalie. Młoda kobieta zauważa, że jakiś tajemniczy mężczyzna za nią chodzi i trochę ją to niepokoi, ale uznaje, że to jeden z pracowników Hell Fest, który zbyt mocno angażuje się w zadanie straszenia klientów.

Gregory Plotkin jako reżyser debiutował w 2015 roku, horrorem „Paranormal Activity: Inny wymiar”. Slasher „Park grozy” jest jego drugim pełnometrażowym filmem, ale to wcale nie oznacza, że nie ma on dużego doświadczenia w branży filmowej. Bo od lat zajmuje się montażem – pracował między innymi nad takimi produkcjami, jak „Nieuchwytny” Gregory'ego Hoblita, kilka części „Paranormal Activity”, „Uciekaj!” Jordana Peele'a i „Śmierć nadejdzie dziś” Christophera Landona. Za montaż swojego „Parku grozy” też odpowiada, wespół z Davidem Eganem. Scenariusz natomiast opracowali Seth M. Sherwood, Blair Butler i Akela Cooper. Budżet filmu opiewał na mniej więcej pięć i pół miliona dolarów, dotychczas dając trochę ponad siedemnaście i pół miliona dolarów przychodu.

Przynajmniej jeden ze zwiastunów „Parku grozy” obiecuje stylizację na kino z lat 70-tych/80-tych XX wieku, rąbankę utrzymaną w klimacie retro, przywołującą ducha niskobudżetowych slasherów z dawnych lat, z okresu ekspansji tego podgatunku. I faktycznie, scenariusz uparcie podąża ścieżką wytyczoną wiele lat wcześniej, twórcy ściśle (z jednym wyjątkiem, ale o tym później) trzymają się konwencji filmów slash z młodymi ludźmi w rolach głównych. I oczywiście z zamaskowanymi mordercami na nich polującymi. Ale zdjęcia nie zostały obrobione w taki sposób, żeby tworzyć w widzach (złudne) wrażenie obcowania z filmem nakręconym w ubiegłym wieku. Dosadnej stylizacji obrazu na rąbankę z dawnych lat tutaj nie ma, wbrew temu, co można odnaleźć w materiałach promocyjnych (dotyczy to także plakatów). Część z nich wskazywała na coś realizacją zbliżonego do „Grindhouse: Death Proof” Quentina Tarantino i „Grindhouse: Planet Terror” Roberta Rodrigueza, czyli bardzo mocną imitację obrazu na XX-wieczną niskobudżetówkę, przez co niektórzy odbiorcy „Parku grozy” mogą poczuć się rozczarowani. Mają prawo uznać, że wprowadzono ich w błąd, ale dotyczyć to może tylko (i aż) warstwy technicznej, bo już płaszczyzna fabularna nikomu nie powinna pozostawiać wątpliwości, że twórcy omawianej produkcji inspirowali się klasycznymi opowieściami z nurtu slash. Na pewno nie kręcili tego filmu z myślą o miłośnikach nowoczesnych horrorów o mordercach polujących na ludzi, filmów uporczywie starających się wyjść poza ramy ciasnej konwencji, zreinterpretować schemat w taki sposób, żeby dobrze zaznajomiony z nim widz dostał coś więcej niźli tylko kolejną powtórkę z rozrywki. Mnie takie kombinowanie rzadko przynosi satysfakcję – nie znam wielu XXI-wiecznych slasherów, którym wyszłoby to na dobre (w mojej ocenie), które dostarczałyby mi tyle samo przyjemności (jakkolwiek nieodpowiednio to brzmi w kontekście umiarkowanie krwawego horroru), co stara, dobra prostota. Wydaje mi się, że Gregory Plotkin ma świadomość istnienia takich osób, jak ja – ludzi ceniących sobie konwencjonalne slashery, kręcących nosem na usilne próby wprowadzenia do tego nurtu czegoś nowego, czynione przez niemałą część współczesnych twórców kina grozy. „Park grozy” wydaje się być filmem stworzonym z myślą o właśnie takich osobach, o tej niezbyt dużej grupie ludzi stęsknionych za prościutkimi opowieściami o zamaskowanych/okaleczonych/zdeformowanych mordercach polujących na ludzi. Z tym jednak też trzeba uważać – nadmierne uproszczenia, zbytnia powierzchowność może nie być mile widziana nawet przez wieloletnich fanów slasherów. Wierzcie lub nie, ale w takich filmach też zwracam uwagę na przedstawienie pozytywnych postaci. Nie przeszkadza mi bazowanie na stereotypach, wykorzystywanie wielokrotnie wałkowanych przez kino modeli osobowości, ale oczekuję, że jakieś rysy psychologiczne zostaną w zadowalający mnie sposób wykreślone. A do zadowolenia w tego typu filmach wystarczy mi ogólny zarys, nie wymagam wyczerpujących analiz psychologicznych, ale dobrze jest wiedzieć o protagonistach trochę więcej niż raczyli mi przekazać twórcy „Parku grozy”. O domniemanej final girl, Natalie (w tej roli dysponująca niezłym warsztatem Amy Forsyth), wiemy tyle, że jakiś czas temu wyprowadziła się z mieszkania, które dzieliła ze swoją przyjaciółką Brooke, wyjechała z miasta ku niezadowoleniu swojej koleżanki, a teraz wróciła i dowiedziała się, że Brooke dzieli mieszkanie z dziewczyną, której Natalie nigdy nie lubiła. Nie mam pojęcia, czy główna bohaterka „Parku grozy” przyjechała tylko w odwiedziny, czy zamierza zostać w swoim rodzinnym mieście na stałe (być może ta informacja mi umknęła albo jak wiele innych pożądanych faktów z życia protagonistów scenarzyści to przemilczeli), ale jeśli musiałabym obstawiać to skłaniałabym się ku krótkim odwiedzinom, bo wskazuje na to niewielki bagaż Natalie. Poza tym dowiedziałam się, że ta młoda kobieta nie przepada za horrorami, za halloweenowymi rozrywkami takimi jak tytułowy park grozy, że nie jest zachwycona perspektywą spędzania wieczoru w tym miejscu, ale zgadza się (niezbyt chętnie) odwiedzić je wraz ze znajomymi. Wśród nich jest Gavin, młody mężczyzna, który od jakieś czasu podkochuje się w Natalie, który marzy o związaniu się z nią, co zresztą cieszy obiekt jego westchnień, bo dziewczyna także jest nim zainteresowana. O Gavinie wiemy praktycznie tylko tyle, że kocha Natalie i jest gotowy wiele dla niej zrobić. Pozostali członkowie tej paczki zostali przedstawieni równie enigmatycznie: Brooke jest najlepszą przyjaciółką Natalie i z jakiegoś powodu ciągle się o nią martwi, przyjaźni się też jednak z przebojową Taylor (wcielająca się w tę postać Bex Taylor-Klaus moim zdaniem radziła sobie najlepiej z całej obsady, za wyjątkiem Tony'ego 'Candymana' Todda, który niestety musiał zadowolić się epizodyczną rólką), za którą z kolei Natalie nie przepada, a Quinn i Asher to „drugie połówki” Brooke i Taylor. Ten pierwszy jest bardziej poważny od drugiego (dowcipnisia) i... właściwie nic więcej o tych postaciach napisać nie umiem. Mało informacji, nawet jak na slasher.

Miejsce akcji to według mnie jeden z największych walorów „Parku grozy”. Wcześniej wspomniałam, że film zrealizowano na współczesną modłę i rzeczywiście technika filmowania nie przypomina tej z dawnych lat, ale już sceneria może nasuwać skojarzenia z niektórymi horrorami zwłaszcza z lat 80-tych. Ja na przykład miałam przed oczami „Lunapark” Tobe'a Hoopera z 1981 roku, horror, za którym nie przepadam (wolę adaptację powieściową Deana Koontza – książka pojawiła się przed filmem tylko dlatego, że produkcja trwała dłużej niż oczekiwano, została jednak napisana w oparciu o scenariusz autorstwa Lawrence'a J. Blocka), ale ten jego jarmarczny klimat ma coś w sobie. Krzykliwe kolory (aczkolwiek kiedy trzeba jest mrocznie), kiczowate, ale też całkiem realistycznie się prezentujące rekwizyty (dostajemy i to i to), wymyślne stroje – to wszystko ma w sobie niezaprzeczalny urok, tego rodzaju tandeta może się podobać, szczególnie fanom kina klasy B z przedostatniej dekady XX wieku, ale i może wywołać duży niesmak u osób nieprzyzwyczajonych do takich wrzaskliwych form albo po prostu optujących za bardziej stonowanymi klimatami. To już zależy od indywidualnych preferencji widzów – mnie ta krzykliwa sceneria ujęła, ponieważ wprost przepadam za tańszymi horrorami z lat 80-tych poprzedniego wieku, horrorami, w których aż roi się od kiczowatych efektów specjalnych, bo miejsce, w którym Natalie i jej znajomym przyjdzie walczyć o życie przypomina właśnie tego rodzaju dziełka. Pomimo tego, że część wykorzystanych przez Gregory'ego Plotkina efektów specjalnych prezentuje się nader profesjonalnie, nie trąci tą, dla mnie magiczną, tandetą, którą z kolei tchnie wiele innych, na szczęście praktycznych, dodatków mających budzić w odwiedzających Hell Fest przerażanie, niesmak, chwilowy szok, etc. Jak to zwykle w takich miejscach bywa, w tytułowym parku grozy, aż roi się od wyskakujących zewsząd manekinów (jump scenki). Nie brakuje też przebierańców, pracowników w różnych, w zamyśle strasznych, strojach, którzy robią wszystko co w ich mocy, by napędzić stracha złaknionym mocnych wrażeń klientom. Pomysłów im nie brakuje, a i ich kreacje są tak zróżnicowane, że przyznaję, iż nie narzekałam na nudę, chociaż najwięcej miejsca poświęcono właśnie tym wygłupom personelu Hell Fest i oczywiście reakcjom młodych protagonistów na te próby straszenia odwiedzających popularny park rozrywki organizowany w sezonie halloweenowym. Mordów jest niewiele i nie są zbyt pomysłowe, ale też nie można powiedzieć, że twórcy poprzestają na, jakże częstym, tchórzliwym pokazywaniu niewielkiej ilości krwi wypływającej z niewidocznych dla nas ran. Miażdżenie głowy chłopaka, czy przekuwanie oka innego nieszczęśnika przedstawiono dosyć szczegółowo – jak na slasher, bo już osoby nastawiające się na coś na kształt torture porn mogą poczuć się zawiedzione. Według mnie najmocniejszy jest jednak drugi (pamiętając o tym pokazanym w prologu) mord dokonany przez tajemniczego mężczyznę w całkiem upiornej masce (stworzonej przez Alterian, Inc.). Rzecz nie w tym, że zbrodnia ta jawi się jakoś szczególnie brutalnie (dźgnięcie nożem, jakich wiele w różnej maści filmowych rąbankach), tylko w postawie Natalie. Z czymś podobnym spotkamy się choćby w „Talon Falls” Joshuy Shreve'a. Charakter miejsca, w którym przebywają protagoniści omawianego horroru Gregory'ego Plotkina zmusza ich do założenia, że wszystkie okropieństwa rozgrywające się na ich oczach są wyreżyserowane, że wszystko to jest inscenizacją... nawet morderstwo skrajnie przerażonej dziewczyny, które z kolei przez nas, odbiorców „Parku grozy”, jest odbierane tak jak trzeba: jak prawdziwe zabójstwo dokonywane przez psychopatę, którego tożsamości nie znamy. Natalie myśli, że to kolejne przedstawienie, przez co niejako przyczynia się do śmierci innej młodej kobiety odwiedzającej tego feralnego wieczora park Hell Fest. Wskazuje mordercy jej kryjówkę, a gdy ten pochyla się nad swoją ofiarą z ostrym narzędziem w ręku mówi mu, by to zrobił, by zanurzył je w ciele spanikowanej dziewczyny. Natalie jest przekonana, że to jedynie gra, że ma do czynienia z aktorami wykonującymi swoją pracę, ale mimo to jej zachowanie sprawia, że można poczuć się nieswojo. Można wręcz zapałać antypatią do tej postaci, nawet mając pełną świadomość tego, że nie wie z czym tak naprawdę ma do czynienia. Jakkolwiek byśmy na to nie zareagowali jedno jest pewne: nie jest to coś, co wpisywałoby się w tradycyjny model final girl, to znaczy nie jest to zachowanie typowe dla kogoś, kto jak wszystko na to wskazuje ma być tą, która albo przeżyje prezentowaną rzeź, albo zginie jako ostatnia. Po final girl spodziewałabym się większej domyślności lub po prostu niemożności patrzenia na tego typu spektakle. Jej koleżanki uciekły, ona została, by obejrzeć to do końca, chociaż według mnie konwencja dyktuje sytuację odwrotną (to ona powinna czym prędzej opuścić to pomieszczenie, a jej znajome winny zostać do końca rzekomo udawanego morderstwa). Gregory Plotkin nie trzyma się więc tak ściśle konwencji nurtu slash, jak się wydaje – znalazłam tylko jedno odstępstwo od reguły, ten jeden element, który wychodził poza znajome ramy fabularne. Przy całym swoim uwielbieniu tradycji tego podgatunku nie miałam jednak twórcom za złe tego drobnego odejścia od konwencji, tego jednego eksperymentu na postaci potencjalnej final girl. Nie przekombinowali, nie wypaczyli tej sylwetki, nie zdemonizowali jej doszczętnie, a i tym posunięciem zasiali we mnie ziarno wątpliwości. Od tego momentu zaczęłam brać pod uwagę możliwość niemałego przewrotu polegającego na uczynieniu final girl (bądź final boy) kogoś innego. Końcowy pojedynek natomiast bardzo mnie rozczarował. Epilog nie jest zły, ale to, czemu świadkowałam trochę wcześniej nie miało w sobie takiej mocy, do jakiej przyzwyczaiły mnie slashery. Dużo bieganiny i ukrywania się przed mordercą, a sama finalna walka zdecydowania za krótka i praktycznie nierzucająca się w oczy.

Niezły slasher. Niestety, tylko niezły, a naprawdę niezbyt dużo brakowało mi do pełnej satysfakcji. Najbardziej raziła mnie nazbyt szczątkowa prezentacja pozytywnych postaci, nawet jak na slasher bardzo niechlujne przedstawienie szóstki młodych ludzi, którzy na swoje nieszczęście odwiedzają objazdowy park grozy funkcjonujący pod nazwą Hell Fest. Przydałoby się też trochę więcej scen mordów, ale z małą liczbą tychże jeszcze jestem w stanie się pogodzić. Czego nie mogę powiedzieć o finalnej konfrontacji i rzecz jasna tak skrajnie ogólnikowym przedstawieniu protagonistów. Ale miejsce akcji, klimat, efekty specjalne, prostota fabularna, jakże przeze mnie pożądana zwłaszcza jeśli chodzi o slashery, czyli podgatunek horroru do którego i „Park grozy” przynależy oraz oczywiście postać mordercy (tajemniczy i na dodatek noszący dosyć upiorną maskę) – wszystko to sprawiło, że nawet przez chwilę nie żałowałam wyboru tej pozycji. Mimo tych paru elementów, które przynajmniej w mojej ocenie aż prosiły się o dopracowanie. Mimo to polecam „Park grozy” Gregory'ego Plotkina miłośnikom umiarkowanie krwawych horrorów, ze szczególnym wskazaniem na sympatyków slasherów. Tych bardziej konwencjonalnych, bazujących na prostocie i pod pewnymi względami mogącymi być rozpatrywane jako swoisty hołd dla XX-wiecznych slasherów, zwłaszcza tych powstałych w przedostatniej dekadzie tamtego stulecia. Tak, myślę, że przede wszystkim ta grupa osób powinna być przynajmniej umiarkowanie usatysfakcjonowana „Parkiem grozy” - przynajmniej, bo istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że w przeciwieństwie do mnie odbiorą oni tę produkcję w samych superlatywach, że ich zadowolenie będzie o wiele większe od mojego. Chociaż i ja nie mam jakichś ogromnych powodów do narzekań.

Za seans bardzo dziękuję

Na Cineman VOD film będzie dostępny od 25 stycznia 2019 roku

piątek, 11 stycznia 2019

„You Might Be the Killer” (2018)

Kierownik obozu letniego, Sam, ukrywa się przed zamaskowanym mordercą w jednej z drewnianych chat stojących na terenie kempingu. Dzwoni do swojej najlepszej przyjaciółki Chuck, wybierając numer sklepu, w którym kobieta pracuje. Mówi jej, że w obozie należącym do jego rodziców pojawił się tajemniczy osobnik, który zabił większość opiekunów. Sam jest przekonany, że morderca wkrótce dopadnie i jego, jeśli szybko czegoś nie wymyśli. Prosi Chuck o radę, wiedząc, że interesuje się takimi historiami. Kobieta chce, by przyjaciel zrelacjonował jej cały przebieg wydarzeń, ale Sam początkowo niewiele pamięta. Pamięć wraca mu stopniowo. Mężczyzna na bieżąco przekazuje Chuck wszystko co mu się przypomina, a kobieta korzystając ze swojej wiedzy na temat horrorów stara się mu pomóc.

W lipcu 2017 roku pisarz Sam Watkins (publikujący jako Sam Sykes) oraz pisarz, bloger, autor komiksów i scenarzysta Chuck Wendig zabawiali się na Twitterze snuciem historyjki grozy z elementami komedii. Niedługo potem rozpoczęto pracę nad filmem pt. „You Might Be the Killer” opartym na pomyśle Watkinsa i Wendiga. Scenariusz napisali Thomas P. Vitale, Covis Berzoyne i Brett Simmons. Ten ostatni zasiadł również na krześle reżyserskim. Brett Simmons ma już pewne doświadczenie w kinie grozy - „Husk” (2011), „Małpia łapa” (2013), „Monstrum” (2014) – ale jak dotąd nie odnosił na tym polu sukcesów. Jak dotąd, bo „You Might Be the Killer” może być przełomem w jego karierze...

W 2015 roku ukazał się, moim zdaniem doskonały, pastisz camp slasherów w reżyserii Todda Straussa-Schulsona, pt. „The Final Girls”. Film zarówno śmiejący się, jak i składający należny hołd temu nurtowi kina grozy. Tetralogia „Krzyk” Wesa Cravena to również tego rodzaju ekperymencik, a i „You Might Be the Killer” można spokojnie rozpatrywać w kategoriach pastiszu. Więcej w nim dowcipu niż w „Krzykach” Cravena, warstwa komediowa jest zdecydowanie szersza, ale to wcale nie oznacza, że Brett Simmons i jego ekipa zepchnęli horror poza margines. I bynajmniej nie kierowało nimi przede wszystkim pragnienie wyśmiania reguł, jakimi rządzą się slashery w ogólności i camp slashery w szczególności. „You Might Be the Killer” to również pochwała konwencji, coś na kształt pomnika dla horrorów o mordercach polujących na ludzi. Pomnika stworzonego przez osoby doskonale orientujące się w nurcie slash, przez twórców, którym, czego jak czego, ale niezrozumienia reguł, jakimi rządzą się slashery zarzucić na pewno nie można. Braku inwencji również, bo choć „You Might Be the Killer” ma za zadanie uwypuklać znane motywy tego rodzaju rąbanek, choć ta powtarzalność jest niezbędnym składnikiem tego projektu, to trzeba filmowcom (albo pomysłodawcom tej historii w osobach Sama Watkinsa i Chucka Wendiga) przyznać, że mieli swój pomysł na punktowanie zasad jakimi rządzą się slashery (wiemy jednak, że nie wszystkie). Za podstawę tej opowieści najwidoczniej posłużył kultowy „Piątek trzynastego” Seana S. Cunninghama, a właściwie to seria tych camp slasherów, ale Brett Simmons i jego ekipa przywołują też inne znane tytuły (zresztą nie tylko slasherów) wprost oraz w bardziej subtelny sposób. Miłośnicy filmów slash najpewniej bez trudu wyłapią również te bardziej zawoalowane, mniej oczywiste nawiązania do kultowych rąbanek. Weźmy na przykład postać Jamie, jednej z opiekunek obozu prowadzonego przez Sama (dobre kreacje Jenny Harvey i Frana Kranza) – fanom slasherów to imię prawdopodobniej skojarzy się tylko z jednym tytułem (tak naprawdę będącym tytułem serii horrorów), przynajmniej dla nich, tym najbardziej oczywistym i na tym powinni zakończyć poszukiwania, bo twórcom „You Might Be the Killer” zależało na skojarzeniu Jamie z tą pozycją (tymi pozycjami), o których część odbiorców ich produkcji od razu pomyśli. Tym co przede wszystkim przemawia za niemałą kreatywnością autorów omawianej historii jest zaburzenie chronologii. Zamiast tradycyjnie najpierw zapoznać nas z bohaterami filmu, z postaciami, na które później będzie polował tajemniczy morderca (jego tożsamość, inaczej niż to zazwyczaj bywa, poznajemy bardzo szybko), twórcy wrzucają nas w końcowy etap rzezi. Na ekranie pojawia się napis (będzie ich więcej) informujący, że zginęło już wielu opiekunów obozu – napis w stylu retro – a my patrzymy na jednego z tych, którzy przeżyli, na zakrwawionego Sama, który w panice szuka jakiejś kryjówki. W końcu chowa się w drewnianym domku stojącym na terenie należącym do jego rodziców i dzwoni do swojej najlepszej przyjaciółki Chuck (znakomita rola i przekonująca kreacja Alyson Hannigan). I gdy już wyśmiejemy pomysł wyżalenia się koleżance przed zawiadomieniem policji, dowiemy się, że jednak Sam wcześniej zadzwonił do szeryfa, ale go nie zastał, więc po prostu zostawił wiadomość na automatycznej sekretarce i czym prędzej skontaktował z Chuck. I tak jakby ten lokalny glina był jedynym przedstawicielem prawa w Stanach Zjednoczonych, ani Sam, ani jego powierniczka nie decydują się powiadomić innych policjantów o rzezi, do jakiej niedawno doszło na Camp Clear Vista. „You Might Be the Killer” to horror komediowy, a więc nie należy mieć za złe protagonistom takich głupich zachowań. Poza tym wiemy, że nurt, nad którym Brett Simmons się tutaj pochylał słynie między innymi z nielogicznych zachowań pozytywnych postaci. Twórcy omawianego obrazu celowo je uwypuklali, absurd zamierzenie goni tutaj absurd, dając miłośnikom kina grozy dwojakiego rodzaju wrażenia: możemy zarazem śmiać się z reguł, jakimi rządzą się slashery (serdecznie, nie złośliwie) oraz po raz kolejny zachwycać niezaprzeczalnym urokiem, jaki w nich tkwi. Bo Brett Simmons i jego ekipa zauważalnie mają dużo sympatii, wręcz miłości dla tego podgatunku, nawet humor zawarty w tym obrazie jest im życzliwy – owszem, śmiejemy się z takich historii (dowcip jest naprawdę dobry, żeby nie rzec błyskotliwy), ale nie szydzimy z nich. Ten śmiech jest absolutnie przyjazny, wątpię żeby nawet najbardziej ortodoksyjni miłośnicy slasherów poczuli się tym urażeni.

Nie da się nie zauważyć, że zdjęcia były stylizowane na kino grozy (konkretnie nurtu slash) z lat 70-tych i 80-tych, że twórcy starali się (według mnie skutecznie) przywołać ducha slasherów powstałych w tych dwóch dekadach XX wieku. Ziarno pojawia się z rzadka, chyba tylko na przynajmniej niektórych „tablicach” z napisami, ale sposób prowadzenia kamer, kolorystyka zwłaszcza za dnia na obozie prowadzonym przez pierwszoplanową postać (na obozie, na którym gdy toczy się właściwa akcja filmu dzieci jeszcze nie ma), te przyblakłe, z lekka przybrudzone obrazki muszą, po prostu muszą, kojarzyć się ze slasherami z najlepszego okresu tego podgatunku. Ta stylizacja nie jest kompletna, to znaczy w „You Might Be the Killer” widać także współczesność – uwidacznia się ona też w warstwie technicznej, nie dotyczy to jedynie takich nowoczesnych sprzętów, jak smartfony – ale to o dziwo wzbogaca klimat tego filmu. Tak, ta mieszkanka, zmiksowanie tych dwóch okresów, wręcz mnie oczarowało, bo realizatorzy „You Might Be the Killer”, podeszli do tego z tak niezwykłym wyczuciem klimatu, z tak niebiańskim smakiem, że nic tylko konsumować. Wróćmy jednak do eksperymentalnej narracji tego filmu. Wcześniej zdradziłam, że ta historia ta dla widza rozpoczyna się od jej końcowej fazy (w sumie to prawie, bo to jeszcze nie finał), ale tylko niezbyt jasno zasugerowałam, że zostaniemy zapoznani z wcześniejszymi wydarzeniami. Nie po kolei, retrospekcje będą wrzucane bez poszanowania chronologii, większa część tej historii będzie snuta od tyłu – zaczynamy prawie od końca i cofamy się etapami do początku, gdzieś tam po drodze, również we wcześniejszym etapie, natykając się na jakieś odstępstwa od tej reguły, jakieś zaburzenia również tej, nazwijmy ją, narracji wstecznej. Takie snucie opowieści rodzi niebezpieczeństwo w postaci niemożności sympatyzowania czy wręcz identyfikowania się z pozytywnymi postaciami filmu (i w większości przypadków rzeczywiście tak jest), bo skoro tak długo mamy czekać na „wieczorek zapoznawczy”, skoro najpierw dowiadujemy się o śmierci większości z nich, to jak mamy wczuć się w ich sytuację? Ale ta moja obawa zrodzona na początku tej historii, na szczęście nie do końca się ziściła. Twórcy poniekąd wyszli z tego obronną ręką – i nie chodzi mi tutaj tylko o Chuck i Sama. UWAGA SPOILER Choć w przypadku tej dwójki może być różnie (to zależy od widza). Chuck, jako istna specjalistka w dziedzinie horroru, nie mogła nie zyskać mojej sympatii, nawet wziąwszy pod uwagę, to komu starała się pomóc. A mianowicie mordercy, którym był... Sam. Ale czy ten fakt oznacza, że trudno o jakieś pozytywne odczucia względem niego? Otóż niekoniecznie. Chociaż brzmi to strasznie, niejako wbrew sobie, można go polubić. Swoją drogą pomysł na obranie perspektywy mordercy, na swego rodzaju ocieplanie jego wizerunku, ale jednocześnie pokazywanie okrucieństwa czarnego charakteru w pewnym sensie z drugiej strony maski (i notabene przez maskę, co każe mu współczuć, bo w sumie też jest ofiarą) delikatnie skojarzyło mi się z „Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon” Scotta Glossermana KONIEC SPOILERA. Inny bardzo pomysłowy akcent dotyczy final girl – młodej kobiety całkowicie czystej, może nawet czystszej od inspiratorek tych postaci, od najsłynniejszych, legendarnych wręcz final girls, bo ta dziewica nie unika tylko alkoholu, narkotyków i papierosów, ona nawet od kofeiny trzyma się z dala... Lepszego materiału na wybawicielkę, na osobę pokonującą zamaskowanego mordercę nie można więc sobie wymarzyć, prawda? A sytuacji w jakiej znajduje się ta niewiasta ktoś mógłby jej pozazdrościć, ktoś niezbyt czysty, ale kto powiedział, że final girl może być tylko cnotliwe dziewczę? No kto? Cóż, Chuck tak mówi, jest tego absolutnie pewna. I ciężko nie przyznać jej racji, tyle że UWAGA SPOILER Chuck jest również przekonana (i większość widzów pewnie też będzie), że final girl pokona zło. Nawet do głowy jej nie przychodzi możliwość, że to ona, ta cnotliwa niewiasta, może stać się wysłanniczką rzeczonego zła. Cóż za przewrotność... nieprzekombinowana, całkiem zaskakująca, w ciekawy sposób reinterpretująca archetyp final girl. Epilog też mnie ujął – wspaniały ukłon w stronę pewnego motywu często wałkowanego przez ten podgatunek KONIEC SPOILERA. Tak na marginesie maska mordercy jest niezła, a podobieństwo do maski Jasona Voorheesa wcale mi nie przeszkadzało, właściwie to traktowałam to jako korzyść. Scenom mordów również niczego zarzucić nie mogę – no dobrze, może pomysłowości nie ma w tym wiele, ale efekty specjalne prezentują się nader realistycznie, a trup snuje się gęsto. Na zaniedbanie przynajmniej tej konkretnej płaszczyzny miłośnicy umiarkowanie krwawych horrorów narzekać więc nie powinni (przynajmniej, ale skłaniam się ku temu, że wielu z nich, jeśli nie wszyscy, będą zadowoleni z całości). A piosenka "You Might Be the Killer" wymiata (napisy końcowe).

„You Might Be the Killer” Bretta Simmonsa to jeden z najlepszych współczesnych horrorów komediowych, jaki widziałam. Nie tak dobry, jak „The Final Girls” Todda Straussa-Schulsona (nie według mnie), ale też tchnący miłością do kultowych slasherów (i nie tylko) oraz oczywiście głębokim zrozumieniem reguł, jakimi rządzi się ten nurt horroru. Bawiący się tym podgatunkiem, dowcipkujący w dosyć błyskotliwy sposób, ale zarazem wychwalający motywy z nim związane, oddający cześć tradycji zarówno fabułą, jak i realizacją. Oczu od tego nie mogłam oderwać, właściwie to wpadłam w czysty zachwyt, choć przyznaję, że po tym reżyserze spodziewałam się czegoś nieporównanie gorszego. W sumie to nie uwierzyłabym, gdybym tego nie zobaczyła – Wy też pewnie sceptycznie podejdzie do tych moich pochwalnych słów pod adresem tej pozycji. I pewnie część z Was rzeczywiście powinna zaufać tym złym przeczuciom i trzymać się od tej produkcji z daleka. Ale mam nadzieję, że wieloletni miłośnicy slasherów nie pozwolą sobie na opuszczenie tej pozycji. Bo ten film bez wątpienia kręcono z myślą o nich.

środa, 9 stycznia 2019

„Tajemnice Silver Lake” (2018)

Sam jest niezadowolonym z życia, bezrobotnym młodym człowiekiem, wynajmującym mieszkanie w Los Angeles, z którego zostanie eksmitowany, jeśli w ciągu najbliższych paru dni nie zapłaci zaległego czynszu. Mężczyzna niezbyt przejmuje się perspektywą bezdomności. Nie jest zainteresowany szukaniem pracy, spędza czas tak jak zwykle: czyta komiksy, ogląda telewizję i spotyka się ze znajomymi. Najbardziej absorbuje go jednak jego sąsiadka, młoda kobieta imieniem Sarah. Sam spędza z nią wieczór, a nazajutrz dowiaduje się, że kobieta się wyprowadziła. Podejrzane wydaje mu się to, że nie wspominała, że ma takie plany i że opróżniła mieszkanie w nocy. Postanawia więc przyjrzeć się tej sprawie. Rozpoczyna poszukiwania Sarah, podczas których coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że ma do czynienia z szeroko zakrojonym spiskiem. Zniknięcie Sarah to tylko czubek góry lodowej, mały fragment intrygi, w którą prawdopodobnie zamieszani są niedawno zmarły bogacz, zabójca psów i tajemnicza postać ukrywająca swoją twarz pod maską sowy.

Swoim poprzednim filmem, horrorem „Coś za mną chodzi”, David Robert Mitchell tak wysoko zawiesił sobie poprzeczkę, że przeskoczenie jej graniczyłoby z cudem. Osobiście, bardzo wątpiłam w to, że Mitchellowi kiedykolwiek uda się nakręcić coś, co choćby dorównywałoby tamtemu osiągnięciu w dziedzinie kinematografii, ale i tak nie miałam wątpliwości, że warto śledzić jego karierę. Jak to się mówi: miał z czego schodzić. I według mnie faktycznie zszedł – to było nieuniknione – ale tak jak podejrzewałam, i tak dał mi powody do radości. „Tajemnice Silver Lake”, tak samo jak to miało miejsce w przypadku poprzednich filmów Davida Roberta Mitchella, zostały nakręcone w oparciu o jego własny scenariusz, który to, delikatnie mówiąc, okazał się mocno problematyczny dla niemałej części widzów. Reżyser za ten film był nominowany do Złotej Palmy na Festiwalu Filmowym w Cannes, ale wyróżnienie to nie pomogło produkcji w osiągnięciu finansowego sukcesu. Budżet „Tajemnic Silver Lake” oszacowano na osiem i pół miliona dolarów, a wpływy z biletów na milion siedemset tysięcy dolarów. A więc pieniądze wyłożone na tę produkcję nawet się nie zwróciły, co było do przewidzenia. Bo „Tajemnice Silver Lake” są tak odmienne od tego, do czego przyzwyczaiło nas kino, tak osobliwe, że już choćby recenzje tego filmu mogły zniechęcić część opinii publicznej. Nie wspominając już o nazwisku reżysera, bo „Coś za mną chodzi”, przynajmniej w Polsce, ma prawie tyle samo zwolenników co przeciwników. Chociaż z drugiej strony w kilku krajach film dopiero ma wejść na wielkie ekrany i dotyczy to także Stanów Zjednoczonych, gdzie szeroka dystrybucja kinowa ma rozpocząć się dopiero w kwietniu 2019 roku. 
 
„Tajemnic Silver Lake” nie sposób wtłoczyć w jakieś gatunkowe ramy, przypisać ich do jednego, czy nawet dwóch gatunków. Neo-noir, dramat, komedia, horror, thriller psychologiczny i szpiegowski - echa wszystkich tych gatunków wyraźnie wybrzmiewają w omawianym dziełku Davida Roberta Mitchella. Granice pomiędzy nimi zacierają się w tym filmie. Jeden gatunek splata się z drugim, trzecim, czwartym i tak dalej, co każe sądzić, że Mitchell jest tego rodzaju twórcą, który pragnie udowodnić, że w ostatecznym rozrachunku takie podziały nie są ważne, że wszelkie etykietki nie służą sztuce, bo często nastawiają one odbiorców na coś, czego w niej nie znajdują. „Tajemnice Silver Lake” to obraz, do którego należy zasiadać bez żadnych założeń, nie nastawiać się ani na czarny kryminał, ani na dramat, ani na thriller, ani żaden inny znany rodzaj kina, bo choć spotyka się tutaj wiele z nich, to jednocześnie nie można oprzeć się wrażeniu, że to nie to, że dany element nie do końca spełnia wymogi gatunkowe. To frustrujące, ale wydaje mi się, że właśnie takie miało być, że Mitchellowi zależało na tym, żeby widz przez cały czas był niezaspokojony, chciał, by był zdezorientowany, zagubiony, ale i zaciekawiony. Patrząc na to nie miałam absolutnie żadnych wątpliwości, że reżyser chciał bym nieustannie zastanawiała się, na co tak naprawdę patrzę, z jakiego rodzaju historią mam tutaj do czynienia, czego powinnam się spodziewać, na co się przygotować, jeśli w ogóle na coś... Czy powinnam szukać jakiejś wiarygodnej interpretacji, wypatrywać symboli, zwracać baczniejszą uwagę na jakże liczne nawiązania do kultowych filmów z różnych gatunków, wyjść z założenia, że odgrywają one jakaś istotną rolę w „Tajemnicach Silver Lake”, że nie jest to tylko swoisty hołd dla tych produkcji i oczywiście gwiazd kina (dotyczy to zresztą także muzyki), czy po prostu brać wszystko, jak leci, w nadziei, że z czasem twórcy to objaśnią? Za tym drugim podejściem do „Tajemnic Silver Lake” przemawiało podejrzenie graniczące z pewnością, że Mitchell kpi z maniakalnego wręcz doszukiwania się przez niektórych widzów drugiego dna w filmach, które go nie mają. Śmieje się z uporczywego wypatrywania symboli, wymyślania przeróżnych, nawet najbardziej cudacznych interpretacji rzeczy i zjawisk, które należy czytać dosłownie, brać je takimi jakie są, a nie takimi, jakie chciałoby się by były. Tak, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że reżyser i scenarzysta „Tajemnic Silver Lake” nabija się ze mnie, że praktycznie nieustannie kpi sobie z widzów starających się przecież tylko odgadnąć, o co w tym wszystkim chodzi. A żeby było jeszcze zabawniej, śmiałam się razem z nim – śmiałam się z siebie do wtóru z Davidem Robertem Mitchellem, bo tak naprawdę wbrew sobie szukałam rozwiązań. Starałam się wyprzedzić głównego bohater filmu, przeniknąć tę sprawę przed nim, próbując również zinterpretować symbole, które jak wiedziałam wcale symbolami być nie muszą. A właściwie to byłam pewna, że nie są. Dlaczego w takim razie w tak wielu obrazach doszukiwałam się drugiego dna, jakieś głębszego znaczenia? Odpowiedź jest prosta: wpadłam w pułapkę zastawioną przez reżysera i scenarzystę omawianego filmu. I to było w tym najlepsze: robić coś ze świadomością, że nie powinno się tego robić. Ciężko pracować, pomimo że tak wiele wskazywało na to, że takim zachowaniem udowadnia się tylko to, że Mitchell ma rację. Nie, nie. Inaczej: jeśli rzeczywiście chciał nam powiedzieć, że kieruje nami potrzeba interpretowania dosłownie wszystkiego na przeróżne sposoby, to przynajmniej ja łapałam się na postawie, która mówiła tylko i aż tyle, że ma zupełną rację, że jego kpiny bynajmniej nie są nieuzasadnione. Bo nawet mając tak dużą pewność, że nie powinnam iść tą drogą, przez większość czasu podążałam właśnie nią – powiedzieć, że byłam niczym owieczka idąca na rzeź, to za mało, ponieważ ja w przeciwieństwie do niej wiedziałam czemu służy ta podróż. Byłam praktycznie pewna, że zmierzam donikąd, ale z jakiegoś, nawet dla mnie niezrozumiałego powodu, nieśpieszno było mi do odwrotu. W pewnym momencie znajomy głównego bohatera stwierdza, że tak naprawdę każdy z nas jest paranoikiem. W tych skomputeryzowanych czasach wręcz nie sposób nie nabawić się przynajmniej lekkiej paranoi. „Tajemnice Silver Lake” starają się zintensyfikować to poczucie w doprawdy przewrotny sposób. Tak jak w przypadku, według mnie, rzekomej symboliki niby zawartej w tym filmie, ma się świadomość, że teoria spiskowa wysnuta przez Mitchella na użytek tej produkcji jest skrajnie nieprawdopodobna, przypomina wręcz majaki jakiejś chorej psychicznie jednostki, to przyznaję, że uwierzyłam, iż coś takiego mogłoby zaistnieć w rzeczywistości. To znaczy wierzyłam w to w czasie trwania filmu. Zawieszenie niewiary w moim przypadku twórcom „Tajemnic Silver Lake” się udało. Zadziwiające, jeśli weźmie się pod uwagę to, jak bardzo wydumana, przekombinowana jest to intryga...

Głównym bohaterem omawianego filmu (chociaż może powinnam nazwać go antybohaterem) jest trzydziestotrzyletni leser imieniem Sam, w którego według mnie w bardzo dobrym stylu wcielił się Andrew Garfield. Mężczyzna wynajmuje przytulne mieszkanie w Los Angeles, którego ściany ozdobił plakatami kultowych filmów (m.in. „Psychozy” i „Okna na podwórze” Alfreda Hitchcocka), o czym wspominam dlatego, że to przede wszystkim one rzucają się w oczy w większości sekwencji nakręconych w tym miejscu. Od początku wiemy, że kącik ten Sam straci jeśli w przeciągu paru dni nie uiści zaległego czynszu. Ale chociaż człowiek ów nienawidzi ludzi bezdomnych, nieszczególnie martwi go to, że wkrótce może stać się jednym z nich. Wielu ludzi na jego miejscu czym prędzej rozpoczęłoby poszukiwania jakiejś pracy, choćby tylko dorywczej, ale Sam się do tego nie garnie. Zresztą, nie wiedzieć skąd, jakieś pieniądze ma – stać go na życie w tak drogim mieście jak Los Angeles, na pożywienie, opłaty wszystkiego poza czynszem, drinki w klubach i oczywiście komiksy. Najbardziej fascynują go historyjki obrazkowe o dzielnicy Silver Lake. Chciałby spotkać się z ich autorem, z rysownikiem także mieszkającym w Los Angeles. Od czasu do czasu spotyka się z kobietą, z którą łączy go głównie seks, ogląda filmy, wiadomości i widuje się ze swoim przyjacielem. Lubi też słodkie chwile nicnierobienia – odpoczywa (jakby miał po czym...) w swoim mieszkaniu albo obserwuje sąsiadów z balkonu. Żyć nie umierać, prawda? Ale Sam nie jest zadowolony ze swojego życia, czegoś mu brak. Wie, że powinien wreszcie dorosnąć – znaleźć pracę, stać się bardziej odpowiedzialnym, po prostu ustatkować się. Ale tak trudno rozstać się z okresem nastoletnim, tak ciężko zrezygnować z młodzieńczej beztroski, robienia tego co się chce i kiedy chce... A więc mamy nastolatka w ciele trzydziestoparolatka. Towarzyszymy postaci, którą trudno darzyć sympatią, niekoniecznie dlatego, że uchyla się od obowiązków osób dorosłych. Sam wydaje się być człowiekiem bardzo płytkim, nieprzywiązującym się zanadto do nikogo poza sobą (oraz Sarah) i co gorsza skłonnym do agresji. Nawet w stosunku do dzieci. W „Tajemnicach Silver Lake”, aż roi się od postaci, które mogą, ale wcale nie muszą być femme fatales. Niemal każdą kobietę przewijającą się przez życie Sama można podejrzewać o jakieś niecne zamiary, również, ale nie tylko względem Sama. Dotyczy to też Sarah – kobiety, której główny (anty)bohater filmu nie zdążył dobrze poznać, ale to nie powstrzymuje go przed uporczywym dążeniem do rozwikłania zagadki jej zniknięcia. Zarys tej historii jest prosty, prawda? Nic nadzwyczajnego, nic szczególnie skomplikowanego. Ot, kolejna opowieść o jednym człowieku szukającym drugiego; następna kryminalna intryga, która nie wydaje się być bardzo złożona, co nie? No nie, ponieważ to jedynie szczątkowe ujęcie fabuły „Tajemnic Silver Lake”. Pewnie zwróciliście uwagę na to, że w polskim tytule mamy liczbę mnogą – mówi on o więcej niż jednej tajemnicy i słusznie, bo tutaj sekret goni sekret. A odpowiedzi? Hmm, powiedzmy, że nie każdego one usatysfakcjonują, choć jeszcze bliższe prawdy UWAGA SPOILER prawdopodobnie jest stwierdzenie, że niektórych wcale nie ma. Nie każda tajemnica zostaje przez twórców wyjaśniona, a przynajmniej nie wprost KONIEC SPOILERA. Domniemane przekazy podprogowe (to autentycznie mnie przeraża), symbole zostawiane przez bezdomnych, tajemnicza kobieta, zjawa (?) mordująca wybranych mężczyzn, zabójca psów (ulotki ze zwierzakami domowymi przypomniały mi „Małych ludzi w żółtych płaszczach” Stephena Kinga), tajemnice zmarłego bogacza, potencjalny spisek zawiązany przez ludzi z branży rozrywkowej, uzbrojeni prześladowcy, niegdysiejsze gwiazdki teraz świadczące usługi seksualne oraz pewien zespół muzyczny i parę innych osób podejrzanie często wkraczających w życie Sama, tak zwany król bezdomnych, zaopatrzone bunkry – to wszystko wprowadza takie zamieszanie, że czasami ma się wrażenie, jakby film ów nie miał wątku przewodniego. Miejscami traci się go z pola widzenia, a żeby było jeszcze trudniej wszystko to podlano sporą porcją surrealizmu.

(źródło: https://posterspy.com/)
David Robert Mitchell według mnie celował tutaj w logikę snu – jedno osobliwe wydarzenie przechodzi w następne, a Sam zdaje się nie reagować należycie na te wszystkie cuda. Czasami wygląda to wręcz tak jakby przechodził nad tym do porządku dziennego albo po prostu zapominał, nawet o czymś tak ważkim, jak morderstwo kogoś znajomego, zupełnie jak w jakimś czasami zabawnym, miejscami niepokojącym, kuriozalnym śnie. A właściwie to w wielu snach powiązanych ze sobą, choć może nie zawsze w całkowicie zrozumiały sposób. W „Tajemnicach Silver Lake” widać jak bardzo Davida Roberta Mitchella ciągnie do horroru, widać, że nie chce rozstać się z tym gatunkiem. Scena z jakąś widmową postacią ścigającą Sama zmierzającego wieczorem do swojego mieszkania z zakupami, z tajemniczą Sową i nietypowy dla tego reżysera, ale bardzo udany krótki pokaz gore (kanibalizm) dla mnie były największymi ozdobnikami tego obrazu (plus zbliżenie na stolec, który wydaje się być kolejną, jakże zabawną, formą zakpienia ze skłonności widzów do szukania symboli. Mitchell mówi zinterpretuj to... i wypełnia ekran ludzkimi odchodami). Istna kwintesencja filmowego horroru: mocno trzymające w napięciu, mroczne, gwałtowne wstawki, które chyba każdemu uświadomią, że właśnie tam jest najlepsze miejsce dla tego reżysera. W horrorze, nie w neo-noir, dramacie, komedii i thrillerze, bez względu na to, jak dobrze „Tajemnice Silver Lake” mu wyszły (według, mnie rzecz jasna). Nie jest to wszak arcydzieło na miarę „Coś za mną chodzi”, pomimo tych wszystkich, jakże licznych smaczków zaserwowanych przez twórców (doskonałą oprawę muzyczną skomponował Rich Vreeland, ten sam, który stworzył muzykę do „Coś za mną chodzi”). Seans bowiem miejscami się dłuży. Trochę mnie zmęczył, były chwile, w których ogarniała mnie nuda – jestem przekonana, że „Tajemnicom Silver Lake” przysłużyłoby się skrócenie tej historii, bo w tym przeszło dwugodzinnym filmie nie brakowało niestety scenek, które wydawały się kompletnie niepotrzebne, które przynajmniej dla mnie nie wnosiłyby do tej historii nic, na czym można by zawiesić oko. Dobrze, prawie nic, bo klimat niezmiennie zwracał moją uwagę – żywe kolory przeplatane z gęstymi ciemnościami, parę czarno-białych, komiksowych wstawek, trochę szarości, a miejscami wręcz „przybrudzenie ekranu”. To wszystko naprawdę smacznie się ze sobą przeplatało, każda z zaprezentowanych otoczek miała swoje walory, każda dosłownie pieściła moje oczy z takim samym zapamiętaniem, z jakim ścieżka dźwiękowa (zaryzykuję twierdzenie, że inspirowana filmami z lat 40-tych, 50-tych i 60-tych) łechtała moje uszy.

„Tajemnice Silver Lake” to specyficzny, kuriozalny, wymykający się ścisłej klasyfikacji gatunkowej obraz stworzony przez człowieka, któremu z pewnością nie brakuje talentu, przy czym wydaje się, że owym talentem może obdarowywać jedynie dosyć wąską część opinii publicznej. To znaczy nie sądzę, żeby David Robert Mitchell stanowił dobry materiał na twórcę tak zwanego mainstreamu. A sądząc po tym, jak wyraża się o popkulturze w omawianym obrazie, wnoszę, że nie jest zainteresowany tworzeniem komercyjnej papki albo jak kto woli superhitów królujących na wielkich ekranach i przynoszących wielomilionowe zyski. „Tajemnice Silver Lake” zdecydowanie nie są dla każdego miłośnika kina i wcale nie dlatego, że można się trochę pogubić w tej historii (ja nie wszystko zrozumiałam, a mimo to dobrze się bawiłam), że antypatię do tego filmu może rodzić wyłącznie jego niezrozumienie, bo założę się, że istnieją osoby, które wszystko ogarnęły, a mimo to nie dały się porwać tej opowieści. To prostu dziwny film jest, coś tak bardzo osobliwego, że prawdopodobieństwo zawodu wydaje mi się bardzo duże. Mnie ta pozycja przekonała, choć przyznaję, że nie w pełni, ale obawiam się, że jeszcze wiele osób głęboko „Tajemnicami Silver Lake” się rozczaruje, że zapała do nich nie tyle niechęcią, ile czystą nienawiścią. Jednakże nie mam też wątpliwości, że rzeczony film znajdzie jeszcze sporo sympatyków. Może nie tylu, co przeciwników... ale kto wie?
 
Za seans bardzo dziękuję

Na Cineman VOD film będzie dostępny od 18 stycznia 2019 roku