Niespełna
szesnastoletnia Melissa Morgan i jej rodzice niedawno przybyli do
małego, spokojnego miasteczka w stanie Teksas, w którym szeryfem
jest Dan Burke, samotny ojciec nastoletnich Hanka i Marci. Choć
Morganowie zamierzają spędzić w tym miejscu tylko kilka miesięcy,
Melissa stara się dopasować do nowego środowiska. Na swój sposób.
Dziewczyna wykorzystuje swoje wdzięki do zjednywania sobie płci
przeciwnej. Pewnego dnia miasteczkiem wstrząsa wiadomość o
zabójstwie nastoletniego chłopca. Jedną z ostatnich osób, które
widziały go żywego jest Melissa. Przed swoją śmiercią chłopak
spędził trochę czasu w jej towarzystwie, ale szeryf Burke nie ma
powodów by przypuszczać, że dziewczyna jest w to zamieszana. Do
czasu. Niedługo potem w taki sam sposób ginie kolejny nastolatek,
który nawiązał relację z Melissą. Burke nie ma już wątpliwości,
że dziewczyna ma związek z tą sprawą, wciąż nie jest jednak
przekonany, że to ona odpowiada za śmierć chłopców.
Jak
już wspomniałam na pierwszym planie w „Sweet Sixteen” stoi
szeryf Dan Burke, prowadzący śledztwo w sprawie morderstw
dokonywanych w dotychczas spokojnym miasteczku w stanie Teksas.
Zadanie samo w sobie łatwe nie jest, a sytuację jeszcze pogarsza
postawa niektórych mieszkańców. W miasteczku żyje niewielka
społeczność rdzennych Amerykanów, którzy jak to często z
mniejszościami niestety bywa, skupia na sobie nieuzasadnioną
nienawiść kilku członków tej, w ich mniemaniu, lepszej
większości. Lepszej, bo białej. Oczywiście, nie jest tak, że
całe to miasteczko składa się z rasistów i bezskutecznie
starających się nikomu nie wadzić rdzennych mieszkańców Ameryki.
Tych pierwszych nie ma tutaj wielu, ale wystarczająco, aby stwarzać
dodatkowe zagrożenie. Zwłaszcza gdy w mieście pojawia się
morderca. Tajemniczy osobnik obierający sobie za cel nastoletnich
chłopców, którzy wcześniej zbliżyli się do tymczasowej
mieszkanki tego miejsca Melissy Morgan, która ku uciesze osób
pałających nienawiścią do czerwonoskórych, skierowuje
podejrzenia na tych ostatnich. W „Sweet Sixteen” może i nie
pokuszono się o dogłębną analizę rasistowskich postaw względem
rdzennych Amerykanów, ale też nie można powiedzieć, że
potraktowano ten temat mocno po macoszemu. Właściwie to jak na
slasher, którym „Sweet Sixteen” mimo wszystko pozostaje,
poświęcono mu dosyć sporo miejsca. Mamy oto ludzi, którzy nie
przepuszczą żadnej okazji do zaznaczenia swojej wyższości
rasowej. To znaczy to oni myślą, że błyszczą mocarnością,
podczas gdy w istocie to podszyci tchórzem awanturnicy. Mocni w
stosunku do dużo słabszych od siebie, nadużywający alkoholu
obdartusy, zachowujący się jak uczniaki chcący zaimponować
kolegom. Inna sprawa, czy to im się udaje. Czy ich czyny znajdują
akceptację w tej niewielkiej społeczności? Raczej nie. Wydaje się,
że w tym małym amerykańskim miasteczku, na rasistów patrzy się
gorszym okiem niż na rdzennych Amerykanów, ale też nie ma wielu na
tyle odważnych, by zdecydowanie stawać w obronie pokrzywdzonych.
Szeryf Dan Burke ma taką odwagę, ale w pewnym momencie nawet on
musi dopuścić do siebie możliwość, że z kręgu osób
prześladowanych może wywodzić się morderca. Jak na slasher
„Sweet Sixteen” może poszczycić się dosyć szerokimi
portretami bohaterów i być może antybohaterki. To jest ważniejszym
postaciom poświęcono zaskakująco sporo uwagi. Zaskakująco, bo po
slasherze spodziewa się powierzchowniejszego kreślenia
tychże. Jak już wspomniałam w moich oczach najlepiej wypadła
Marci Burke, nastoletnia córka szeryfa, u której wprawdzie
uwidacznia się trochę cech final girl, ale i trudno posadzić
ją o stereotypowość. Tym co odróżnia Marci Burke od rasowych
final girl, to między innymi poza, jaką lubi przybierać:
Sherlock Holmes w spódnicy. Dziewczyna interesują się zagadkami
kryminalnymi. Zaczytuje się w kryminałach, ale ze zdecydowanie
większą ochotą wchodzi w buty detektywa w realnym świecie. Czy to
u boku ojca, czy w pojedynkę. Krótka scenka na szkolnych błoniach
dobitnie pokazuje, że Marci (w niezgodzie z archetypem final
girl) ma duży posłuch u rówieśniczek. W kontaktach z płcią
przeciwną nie radzi sobie tak dobrze, jak Melissa, ale i nie wydaje
się być nimi zainteresowana. Wystarczy jej przyjaźń z bratem,
Hankiem - ich przekomarzanki stanowią dodatkową atrakcję, bo bądź
co bądź jeszcze bardziej ocieplają ich wizerunki. Hank mocniej
stąpa po ziemi od swojej siostry. Nie bawi się w detektywa, nie
ubolewa nad tym, że w miasteczku jest za spokojnie i można
powiedzieć, że pilnuje, by siostra „zbytnio nie odleciała”.
Nie zapamiętała się w swojej „detektywistycznej działalności”.
U Marci, wbrew definicji final girl, od początku widać
niemałą siłę charakteru – czuje się, że to kobieta, która
lubi stawiać na swoim, że nie stara się wtopić w tło, a wręcz
przeciwnie: to typ liderki. Dziewczyna z charyzmą, działającą nie
tylko na jej otoczenie, ale także na mnie. I to jak! W sumie to
dosyć ciekawe zjawisko. Zamiast dawać się prowadzić
pierwszoplanowemu bohaterowi, wolałam podążać za, notabene
niezbyt pragmatycznym, głosem jego córki. I denerwowało mnie, że
muszę tyle na nią czekać (nie, nie zakochałam się). Na nią i na
jej brata, bo trzeba przyznać, że ta połówka duetu młodych
Burke'ów sporo dodawała też Marci. Wiadomo – Dana Kimmell
mnie... no dobrze zauroczyła, ale na partnerującym jej Stevie
Antinie też się nie zawiodłam. Zawiodły mnie natomiast sceny
mordów. Delikatnie wyróżnić mogę tylko jedno krótkie ujęcie
ostrza przecinającego policzek pierwszej pokazanej ofiary mordercy,
którego głowy aż do finału nie zobaczymy. O ile nic mi nie
umknęło to pokazuje się nam jedynie jego rękę uzbrojoną w nóż:
pchnięcia i cięcia ujęte z tej perspektywy plus parę zbliżeń na
zwłoki pochlapane niezbyt wiarygodnie się prezentującą krwią.
Nawet jak na slasher jest nazbyt delikatnie – warstwa gore
znikoma. Jeśli w ogóle można mówić o gore w przypadku
szybkich migawek (w dodatku niewielu) z praktycznie niedostrzegalnymi
ranami. Trochę substancji nieudanie imitującej krew, i to w
zasadzie tyle. Poza wyróżnionym cięciem policzka. Na domiar złego
ścieżka fabularna była dla mnie zbyt wyboista. Bardzo nierówna to
opowieść, a przynajmniej ja przeszłam przez istną sinusoidę
nastrojów, od zachwytu (Marci), przez umiarkowane zainteresowanie
(Melissa i Hank) i rozczarowanie (sceny mordów), po obojętność
przechodzącą w znużenie i irytację (Dan Burke). Najgorsze, że to
wątek przewodni, czyli policyjne śledztwo, budził u mnie
niepożądane emocje. W sumie to sceny skoncentrowane na szeryfie i
jego zastępcy oglądałam głównie z myślą o przerwach. Czekałam
po prostu na skręty w stronę nastoletnich postaci. Za każdym razem
po cichu licząc, że będzie wśród nich Marci.