Stronki na blogu

czwartek, 18 kwietnia 2019

Camilla Lackberg „Złota klatka”

Faye Adelheim z pozoru prowadzi szczęśliwe życie u boku męża Jacka i czteroletniej córki Julienne. Cała trójka żyje dostatnio dzięki firmie prowadzonej przez Jacka i jego przyjaciela, która zrobiła z nich jednych z najbardziej znanych finansistów w ich rodzimej Szwecji. Największy udział w jej powstaniu miała jednak Faye, która obecnie jest wyłączona z życia zawodowego swojego męża. Mężczyzna nie rozmawia już z nią o pracy, a Faye o to nie zabiega. Kobieta robi wszystko by zadowolić swojego męża, od lat dostosowuje się do jego potrzeb i cierpliwie znosi jego autorytarny sposób bycia. Właściwie to za naturalne uważa bezwzględne posłuszeństwo wobec ukochanego męża. Do czasu. Wkrótce życie Faye diametralnie się zmienia. Kobieta nie ma wątpliwości, że na gorsze, dopóki nie znajduje w sobie siły, którą już myślała, że bezpowrotnie utraciła w trakcie tych wszystkich długich lat u boku mężczyzny, który z premedytacją ją tłamsił. Teraz Faye ma nowy cel: zniszczyć Jacka. A jej determinacja jest tak silna, że wydaje się, że nic nie jest w stanie zawrócić jej z tej nowo obranej drogi.

Zwana królową szwedzkiego kryminału, Camilla Lackberg, na rynku literackim zadebiutowała w 2003 roku, powieścią „Isprinsessan”, w Polsce wydaną pod tytułem „Księżniczka z lodu”, która zapoczątkowała kryminalną serię z między innymi Ericą Falck (Saga o Fjallbace). Cykl ten przyniósł jej międzynarodową sławę i zainspirował twórców filmowych – na jej podstawie nakręcono serial „Fjallbackamorden (Morderstwa w Fjallbace"), składający się z sześciu mniej więcej półtoragodzinnych odcinków. Do napisania „Złotej klatki” Camilla Lackberg długo się zbierała. Jak sama mówi, wcześniej brakowało jej odwagi do opowiedzenia tej (fikcyjnej) historii. Sagi o Fjallbace nie zamierza jeszcze kończyć, ale jest zdecydowana powołać do życia nową serię – „Złota klatka” to początek. Pierwszy tom planowanego cyklu thrillerów psychologicznych/dramatów pióra kobiety, która na świecie zasłynęła jako autorka kryminałów. Można chyba nawet powiedzieć, że podbiła światowy rynek literatury kryminalnej.

Camilli Lackberg dotychczas znałam tylko „Księżniczkę z lodu” i nie mogę powiedzieć, żebym uważała to spotkanie za szczególnie udane. Ot, pospolite czytadełko, które owszem wchłania się w błyskawicznym tempie, ale równie szybko się o nim zapomina. Ta lektura zniechęciła mnie do twórczości tej szwedzkiej pisarki – nie potrafiłam się zmusić, by dać jej jeszcze jedną szansę, dopóki w moje ręce nie wpadła „Złota klatka”. Zarys fabuły grał tutaj mniejszą rolę niż szuflada, do której ją włożono. Thriller psychologiczny, nie kryminał. Pomyślałam więc sobie: może w tym gatunku lepiej mi jej pióro podpasuje (co oczywiście sprawiedliwe nie było, zważywszy na moje bardzo skąpe doświadczenie z kryminalną częścią jej bibliografii). W Polsce „Złota klatka” wyszła w dwóch szatach graficznych – wydawnictwo Czarna Owca przygotowało szarą i różową okładkę (ta druga to edycja limitowana), i nie muszę chyba dodawać, która w moich oczach lepiej się prezentuje. Ale dość już o rzeczach nieistotnych – zostawmy szatę i przejdźmy do treści. Do historii kobiety, która w chwili gdy ją poznajemy tkwi w tytułowej złotej klatce. Faye Adelheim ma jeden cel: dawać szczęście swojemu mężowi Jackowi. Jej podeście do niego najlepiej obrazują jej własne myśli: „nie powinna być nieprzyjemna ani namolna, tylko miła i spolegliwa. Nie powinna niczego się domagać”. Już to powinno budzić sprzeciw czytelników, podszyte niedowierzaniem oburzenie, wręcz wściekłość na tę pierwszoplanową postać, niemal równie silną jak ta, którą praktycznie od początku „Złotej klatki” żywi się w stosunku do jej męża. Pan i niewolnica – tak naprawdę taki układ Camilla Lackberg odmalowuje na kartach tej powieści. To znaczy w pierwszej jej części, bo są jeszcze dwie. Aktualne dzieje Faye pisane w trzeciej osobie przetykane są retrospekcjami przedstawianymi z perspektywy tej bohaterki (w pierwszej osobie), najpierw sięgającymi tej mniej odległej przeszłości (przeprowadzka do Sztokholmu, początki związku z Jackiem), a potem pokrótce przedstawiającymi jej trudne dzieciństwo. Właściwie to cała zawartość drugiej i trzeciej części „Złotej klatki” została przedstawiona dosyć skrótowo. W porównaniu do pierwszej partii wypada bardzo powierzchownie. Camilla Lackberg później chwyta się dużo większej liczby wątków, na mniej więcej takiej samej przestrzeni, jaką zajmuje wcześniejsza faza życia Faye. Rzecz jasna wraz z retrospekcjami, które to w pierwszej połowie (w przybliżeniu) „Złotej klatki” również są bardziej szczegółowe od tych wrzucanych w dalszą partię powieści. Ten pośpiech, który Camilla Lackberg z czasem sobie narzuciła, ten ewidentny sprint w kierunku mety, drażnił mnie tym bardziej, bo w tego typu opowieściach zawsze z niecierpliwością czekam na ich drugi człon. Zemstę na człowieku (bądź ludziach), który absolutnie na dotkliwą karę sobie zasłużył. Podobną konstrukcję znajdujemy w filmach z nurtu rape and revenge – Lackberg bez wątpienia stara się wykrzesać w odbiorcach zbliżone emocje i jeśli o mnie chodzi to na tym polu odniosła sukces, ale tylko połowiczny. Przez proces demonizacji Jacka przeszła wzorcowo. Już bardziej znienawidzić powieściowej postaci chyba bym nie potrafiła. To ważne, bo tego rodzaju historie upragnionego katharsis dostarczają odbiorcom poprzez bolesny upadek takich drani. Stawiają nas po stronie mścicielki (albo mściciela), która działa poza systemem – to znaczy nie ma zamiaru polegać na legalnym wymiarze sprawiedliwości. Bierze sprawiedliwość we własne ręce i akurat w tym przypadku wydaje się, że inna droga nie istnieje. Faye raczej nie może szukać sprawiedliwości w sądzie. Sytuacja, w której się znalazła nie pozwala jej na taki, powiedzmy, komfort. Ma tylko dwie możliwości: sama (no dobrze z pomocą przyjaciółek) pomścić swoje krzywdy bądź darować swojemu oprawcy, puścić w niepamięć wszystkie cierpienia, jakie jej zadał. I trudno potępiać ją za wybór tej drugiej, trudniejszej ścieżki. Już prędzej tego się od niej oczekuje, pomimo tego, że ma się świadomość, iż może to doprowadzić ją do zguby, równie silnie zaszkodzić jej co jej wrogowi. Albo innym niewinnym osobom.

Życie Faye Adelheim w tytułowej złotej klatce, choć bulwersujące, nie sprawia wrażenia oderwanego od rzeczywistości. Camilla Lackberg nie postawiła na pierwszym planie postaci, która, że tak to ujmę, kompletnie nie pasuje do czasów współczesnych, która zachowuje się jakby przybyła z innej epoki. Na przykład z XIX wieku. Nie, Lackberg jest w pełni świadoma tego, że powszechna emancypacja kobiet w Europie to mrzonka, że nawet w czasach, w których feminizm jest w modzie, istnieją kobiety żyjące głównie po to, by dawać szczęście swoim mężczyznom. Całkowicie podporządkowane ich woli, nieczujące potrzeby by realizować się zawodowo, tylko wychodzące z założenia, że są stworzone po to, żeby pomagać swoim partnerom w osiąganiu sukcesów. Wspierać ich, stwarzać im takie warunki, jakich potrzebują, o nic ich nie prosić, ale od siebie dawać im wszystko co tylko się da. Może się wydawać, że takie życie pasuje Faye, że zaspokajanie wszelkich potrzeb męża daje jej absolutne szczęście, że niczego więcej jej nie potrzeba. Ale to nie takie proste. Lackberg całkiem zgrabnie przedstawiła tutaj typ kobiety, która okłamuje samą siebie – wmawia sobie, że dobrze jej w takim układzie, że rola wiernej, bezgranicznie oddanej swojemu mężczyźnie żony daje jej satysfakcję, że może być szczęśliwa tylko wtedy, gdy Jack jest zadowolony. A że mało co go zadowala, Faye przez większość czasu jest nieszczęśliwa. Ale to bynajmniej nie osłabia w niej ducha walki o względy ukochanego mężczyzny. Czytelnik prawie do początku będzie trwał w przekonaniu, że Faye nosi maskę, że tak naprawdę jest kimś zupełnie innym, chociaż sama nie zdaje sobie z tego sprawy. Jeszcze, bo nie ma się wątpliwości, że wkrótce nastąpi przebudzenie, że odrodzi się niczym Feniks z popiołów, że kobieta zedrze z twarzy tę straszną maskę, która tak dopasowała się do jej twarzy, że przez wiele lat nawet nie czuła, że ją nosi. Sama bynajmniej jej nie włożyła – winę za to kim się stała ponosi przede wszystkim Jack. To on uformował ją na swoją modłę, zrobił z niej istną niewolnicę, ale my w przeciwieństwie do niej samej cały czas mamy świadomość, że ta prawdziwa Faye (a raczej Matylda) nadal w niej tkwi i już nie może się doczekać pozbycia tego a la sobowtóra uwięzionego w złotej klatce. Plan zemsty, który później opracuje ta skrzywdzona kobieta, odwet jaki zdecyduje się wziąć na człowieku, który obszedł się z nią w niebywale okrutny sposób (właściwie to gnębił ją przez wiele lat) w samym zarysie prezentuje się niezgorzej. Nie są to co prawda wyżyny kreatywności, ale chwali się, że Lackberg wysiliła się na coś więcej od tradycyjnej śmierci w niewyobrażalnych mękach. Zemsta Faye jest bardziej wyrafinowana i czasochłonna. To, co przygotowała dla Jacka wymaga dużo więcej cierpliwości i sprytu. I oczywiście żelaznych nerwów. Faye tak naprawdę zawsze wszystko to w sobie miała, potrzebowała tylko impulsu, który na powrót przywoła ten ogromny hart ducha, dzięki któremu niejedną tragedię w życiu przetrwała. Trudno nie przypiąć „Złotek klatce” etykietki powieści feministycznej, nazwać jej swego rodzaju manifestem skierowanym do wszystkich kobiet tłamszonych przez swoich partnerów, tych których spotkała jakaś krzywda ze strony ukochanego mężczyzny. Tak, ten manifest bardzo wyraźnie tutaj wybrzmiewa, co ujmą dla tej powieści dla mnie nie jest, ale dobrze by było, gdyby z równą wyrazistością odmalowano wydarzenia następujące po wytęsknionym przebudzeniu Faye. Gdyby poprowadzono je przynajmniej z takim poszanowaniem szczegółów i z taką dbałością o budowanie dramaturgii, jak w części pierwszej. Więcej elementów zaskoczenia też by się przydało – właściwie tylko jednej z ujawnionych pod koniec książki informacji wcześniej nie udało mi się rozpracować. I to raczej tej pomniejszej, takiej o której najwyraźniej sama autorka nie myślała jako o jednym z najpotężniejszych ładunków, które zechciała dla nas zdetonować (a paradoksalnie to ta rewelacja najbardziej mnie poruszyła). Trochę tego jest, ale szczerze wątpię, by dla wielu odbiorców „Złotej klatki” były to jakieś niespodzianki, bo naprawdę nie trzeba zbytnio się wysilać, żeby przynajmniej większość z tego domyślić się dużo wcześniej.

Ze spotkania ze „Złotą klatką” Camilli Lackberg wyszłam mniej wilgotną stopą niż z lektury jej „Księżniczki z lodu”. Według mnie nie jest to thriller psychologiczny (bezsprzecznie zmieszany z dramatem) z najwyższej półki, absolutnie nie uważam tej książki za jednej z najgodniejszych reprezentantów tego gatunku na arenie literackiej, ale i nie żałuję, że zdecydowałam się dać tej pisarce drugą szansę. Choćby dla samej konstrukcji pierwszoplanowej postaci warto było to przeczytać, a i tematyka, nad którą Lackberg się tutaj pochyla daleka mojemu sercu z pewnością nie jest. Szkoda tylko, że z takim pośpiechem poprowadziła jej dalsze segmenty, że ta dosyć spora szczegółowość, jaką odnalazłam w mniej więcej pierwszej połowie książki nie cechuje całej tej publikacji. Niemniej drugiej odsłony jestem ciekawa. A najbardziej tego, czy Camilla Lackberg wróci do Faye, czy raczej skupi się na innej bohaterce znajdującej się w podobnym położeniu. Bo ta historia wydaje mi się kompletna – nie wiem, co jeszcze można by tu dodać, ale chętnie się tego dowiem. Ale i równie chętnie zasiądę do dziejów innej postaci, która zdecyduje się wziąć sprawiedliwość we własnej ręce, w nadziei, że nie będzie ich znamionować taka powierzchowność, z jaką niestety zderzyłam się w przybliżeniu w drugiej połowie pierwszej odsłony zaplanowanej serii thrillerów psychologicznych/dramatów od pisarki nazywanej królową szwedzkiego kryminału.

Za książki bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 16 kwietnia 2019

„Goście” (1988)

Frank i Sara Erikssonowie, wraz z dwójką swoich małych dzieci, Lottą i Peterem, przeprowadzają się na wieś, do takiego domu, o jakim zawsze marzyli. Zakup tej nieruchomości mocno nadszarpnął ich budżet, ale mężczyzna jest przekonany, że szybko go podreperuje. Frank jest przedstawicielem handlowym i właśnie zajmuje się kampanią reklamową jednego z klientów firmy. Wkrótce okazuje się jednak, że zadanie, którego się podjął jest trudniejsze, niż mu się wydawało. Jego żona, dziennikarka, uznaje że za bardzo pośpieszyli się z zakupem domu, ale Frank nie zamierza się poddawać. Wie, że może jeszcze wymyślić koncepcję, która przekona klienta i zamierza wykorzystać tę szansę. Pojawia się jednak nieoczekiwana przeszkoda. Frank zauważa, że w domu, w którym zamieszkał wraz z rodziną dzieje się coś dziwnego, że zachodzą w nim zjawiska niedające się racjonalnie wytłumaczyć. A przynajmniej dla niego nie są one naturalne. Mężczyzna nabiera pewności, że dom jest nawiedzony przez jakąś nadprzyrodzoną siłę. Z czasem kontaktuje się z łowcą duchów Allanem Svenssonem, który decyduje się zbadać ten przypadek.

Szwedzki horror o zjawiskach nadprzyrodzonych, „Goście”, został wyreżyserowany przez Jacka Ersgarda (jako Joakim Ersgard), na podstawie scenariusza, który napisał wespół ze swoim bratem Patrikiem Ersgardem. To pierwszy film Jacka Ersgarda i nie jedyny owoc współpracy braci – Patrik brał udział w pracach nad scenariuszami jeszcze dwóch filmów Jacka: „Na własne ryzyko” (1997) i „Pokonać własny cień” (2004). Ponadto zasilił obsadę paru obrazów swojego brata. „Goście” nie odbiły się głośnym echem na arenie międzynarodowej, nawet w kręgu długoletnich wielbicieli kina grozy prawie się o tej pozycji nie mówi. W kompletne zapomnienie się jednak nie usunęła - widownię wciąż znajduje, ale z pewnością nie można powiedzieć, że jest ona spora.

Już pierwsze zdanie zarysu fabuły „Gości” Jacka Ersgarda każdemu, kto w swoim życiu obejrzał choćby tylko trochę horrorów nastrojowych, powinien uświadomić z jakiego rodzaju filmem grozy mamy tutaj do czynienia. Przeprowadzka do nowego domu to jeden z ulubionych motywów twórców ghost stories – znajdujemy go w tak wielu produkcjach (i utworach literackich) o duchach, że uznaje się go za część tradycji tego nurtu. Jedną z ważniejszych składowych konwencji ghost story, choć rzecz jasna niewpisywany w każdą historię o duchach, a i często „wypożyczany” przez twórców innego rodzaju horrorów. Jack i Patrik Ersgardowie na tym nie poprzestali – w swój scenariusz wtłoczyli więcej motywów silnie związanych z ghost story. Już wtedy, w drugiej połowie lat 80-tych XX wieku, były one dobrze znane fanom tak filmowych, jak i literackich horrorów. I choć trochę czasu już minęło, filmowcy i pisarze nadal chętnie po nie sięgają. Można więc chyba powiedzieć, że rzeczone motywy zyskały nieśmiertelność, że na trwałe wpisały się w konwencję nie tylko ghost stories, ale w horror nastrojowy w ogóle. W „Gościach” proponuje się nam tak klasyczne podejście do gatunku, że bardziej już chyba się nie da. Chociaż nie. Gdyby pozbawić ten obraz humoru pewnie prezentowałby się jeszcze bardziej standardowo (i zmienić coś jeszcze, ale o tym później). Rzeczony standard przeze mnie nie jest traktowany jako zarzut, bo należę do tych osób, które w horrorze wyżej cenią sobie sprawdzone motywy od usilnego dążenia do oryginalność. Nie wszystkie i nie w każdym wydaniu – nie liczy się tylko „co”, ale również „jak”. Debiutanckie dziełko Jacka Ersgarda to nie tylko tradycyjny tekst, ale też takowa realizacja. „Goście” to jeden z tych horrorów o nawiedzonych domach, który celuje w minimalizm, jeśli chodzi o manifestację sił nadprzyrodzonych. Współczesne filmy tego typu zazwyczaj pozwalają sobie na większą śmiałość, są bardziej dosłowne, a przy tym często mniej realistyczne. W omawianym filmie, jak to w starszych horrorach nastrojowych zwykle bywało, nie chodzi o to by widz co rusz podrywał się z fotela, by nie tyle straszyć, ile zaskakiwać go z nagła pogłaśnianą muzyką i/lub różnego rodzaju mniej lub bardziej udanymi maszkarami wskakującymi na pierwszy plan. W „Gościach” wszystko odbywa się z dużo mniejszą agresywnością. Widać, że Jackowi Ersgardowi zależało na zasianiu w widzach czystego strachu, który miał być w nim podtrzymywany aż do ostatniego ujęcia. Podskórny, nieustający niepokój zamiast krótkotrwałych... hmm... atrakcji w postaci najbardziej prymitywnego stylu niby straszenia (bardziej zaskakiwania), jakie w kinematografii grozy wymyślono (jump scenki). Nie twierdzę, że Jack Ersgard i jego ekipa przeszli przez tę niełatwą próbę celująco, że udało im się stworzyć horror, który ma szansę przedrzeć się przez bariery ochronne widzów, docierając wprost do jądra strachu. Jest w „Gościach” jeden moment, który sprawił, że poczułam się nieswojo. Przerażaniem bym tego nie nazwała, ale przyznaję ogarnął mnie wówczas lekki niepokój, który to utrzymywał się we mnie jeszcze przez jakiś czas. Gdy Frank budzi się w środku nocy i kieruje spojrzenia na leżącą obok niego Sarę, widzimy wykrzywione oblicze kobiety z szeroko otwartymi oczami wbijającymi się w przerażonego mężczyznę. Ta twarz dosłownie przez chwilę wypełniająca ekran, to według mnie moment szczytowej grozy. Ani przedtem, ani potem nie dostałam niczego, co mogłoby się z tym równać. Tylko tutaj (albo aż, bo rzadko zdarza mi się dostać od horroru choćby tylko jeden tak niepokojący moment) autentycznie zerwano ze mnie kilka warstw ochronnych. Nie aż tyle, by zdjął mnie najczystszy strach, ale wystarczająco, abym jeszcze przez jakiś czas czuła się emocjonalnie roztrojona. A najlepsze w tym jest to, że przy kręceniu tej scenki nie posiłkowano się efektami specjalnymi. Pełna naturalność, maksymalny realizm i co nie jest bez znaczenia, perfekcyjne zagęszczenie mroku wokół leżących na łóżku Erikssonów. Plus idealne wyliczenie wszystkiego w czasie. Kilkusekundowa perełka, ot co!

Humor to nie jedyne delikatne odstępstwo od reguł jakimi rządzą się klasyczne horrory o zjawiskach nadprzyrodzonych (co nie znaczy, że z niektórych takich filmów on nie spoziera), poczynione w scenariuszu „Gości”. Swoją drogą, to z lekka dowcipne podejście do owej historii, te akcenty komediowe rzadko mi przeszkadzały – tak naprawdę to większość z nich umilała mi seans. Przejdźmy jednak do drugiego elementu, którego co prawda za powiew jakiejś ogromnej świeżości uznać nie można – i przed 1988 rokiem, kiedy to wypuszczono ową produkcję jako novum, pewnie nie było to odbierane. Niemniej dosyć rzadką w kinie grozy sytuacją jest ta, w której to mężczyzna jest tą połówką pierwszoplanowej pary, która jako pierwsza nabiera przekonania, że w ich domu dzieje się coś, czego nie da się zracjonalizować. W „Gościach” to kobieta, dziennikarka Sara, jest tą osobą, która twardo stąpa po ziemi, podczas gdy jej mąż wydaje się, jak to się mówi, mieć bardziej otwarty umysł. Frank ma w sobie coś z dziecka – tę beztroskę, fantazję, czystą radość z życia, których to może pozazdrościć mu, myślę że, zdecydowana większość ludzi dorosłych. Albo popukać się w czoło w odpowiedzi na jego infantylne zachowania... Franka nie można jednak zaszufladkować jako osoby ciągle bujającej w obłokach, skrajnie nieodpowiedzialnej, starającej się zrzucić wszystkie obowiązki na barki żony. Frank stara się zapewnić godny byt swoim najbliższym (jest przedstawicielem handlowym) – robi wszystko, co w jego mocy, by dobrze im się żyło w wymarzonym domu na wsi, w którym to chętnie wykonuje niezbędne prace. Spędza czas z dziećmi i stara się rozładowywać wszelkie napięcia, których to w rodzinie nie da się uniknąć. Tym bardziej w domach, w których zaczyna brakować pieniędzy. Stephen King na kartach swojej genialnej „Danse Macabre” nazwał „Horror Amityville” Stuarta Rosenberga filmem ekonomicznym i jestem przekonana, że „Gości” Jacka Ersgarda również podciągnąłby pod tę kategorię. Rodzina Erikssonów, tak jak Lutzowie, ma problemy finansowe, do których to według Sary doprowadził przedwczesny zakup wiejskiej nieruchomości, do której na początku filmu się wprowadzają. W filmach o nawiedzonych domach taki akcent jest bardzo pomocny. To swego rodzaju ułatwienie dla twórców, bo dzięki temu przynajmniej części widzów nie dręczy pytanie, dlaczego bohaterowie po prostu czym prędzej takiego nawiedzonego domu nie opuszczą. Części, bo są i tacy, którzy wychodzą z założenia, że lepsza bezdomność, niż mieszkanie pod jednym dachem z agresywną istotą nie z tego świata. W „Gościach” nie to jednak jest usprawiedliwieniem dla, w tej sytuacji niebezpiecznie przedłużającego się, pobytu czteroosobowej familii Erikssonów w nieruchomości usytuowanej w zacisznej okolicy. Otóż, ten stan rzeczy tłumaczy się postawą Sary. Kobieta nie wierzy w opowieści męża o duchach bądź demonach gnieżdżących się w ich nowym domu. Nie widzi więc powodu, by się wyprowadzać. Nie wierzy w opowieści o nadnaturalnych istotach bądź istocie, która uwiła sobie gniazdko na strychu, ale tak naprawdę w całym tym domu daje się Frankowi we znaki. Drapanie w ścianach, otwierające się drzwi prowadzące na zakurzony strych, gdzie znajduje się jedno zamknięte pomieszczenie, którego Frank boi się otworzyć. Łowca duchów, Allan Svensson, z którym to już wkrótce główny bohater filmu połączy siły, uzna to za konieczne. Chociaż absolutnie nie można o nim powiedzieć, że w przeciwieństwie do Franka jest wolny od strachu przed nieznanym. Mężczyzna ów przypomniał mi łowcę wampirów Petera Vincenta z „Postrachu nocy” Toma Hollanda – taki z niego nieustraszony specjalistka od zjawisk nadprzyrodzonych (bo na takiego się kreuje), jak ze mnie osoba wierząca w nie. Zabawnie było, ale nic więcej ta postać w ów film nie wniosła. Dwukrotnie nawet silnie mnie zirytowała, bo przyniosła niepożądaną bajkowość. UWAGA SPOILER W mojej ulubionej powieści Stephena Kinga i filmie Mary Lambert na niej opartym, „Smętarzu dla zwierzaków” (Cmętarzu zwieżąt"), też mamy pomocnego ducha, ale o ile lepiej przedstawionego. Czego jak czego, ale Victor Pascow, takiej mdłej bajkowości, jak Allan Svensson nie wprowadza. Ba, ta postać choć pozytywna, ma w sobie sporo upiorności KONIEC SPOILERA. Niemniej całkiem znośnie się to oglądało – poza tą jedną wyżej przybliżoną sekwencją bez większej ekscytacji, bez zaskoczeń i w ogóle bez silniejszych emocji, ale i bez jakichś potężnych zgrzytów. Klimacik lat 80-tych - te przybrudzone, przyblakłe kadry – i nieprzekombinowana opowieść, w której czuć miłość do klasycznych opowieści o zjawiskach nadprzyrodzonych, sympatyczni bohaterowie, zwłaszcza dzieci (choć nie wszystkie ich zachowania da się zrozumieć – chodzi mi tutaj głównie o jedno z posunięć Sary w dalszej partii filmu), i trochę takiego humoru, który w moim przypadku akurat trafił na podatny grunt, to dość by zapewnić mi całkiem niezłą rozrywkę. 
 
„Goście” Jacka Ersgarda dla mnie żadnym wielkim odkryciem nie są. Na pewno nie jest to jeden z lepszych horrorów nastrojowych, jaki w życiu zobaczyłam, ale to klasyczne podejście do horroru o nawiedzonym domu (pytanie czy przez ducha, czy przez demona i w liczbie pojedynczej czy mnogiej - powiem tylko że odpowiedź niezbyt mnie usatysfakcjonowała) bezsprzecznie coś w sobie ma. Pomimo wad chciało się to obejrzeć do końca. Tym bardziej, że obecnie trudno znaleźć tak minimalistyczne spojrzenie na kino grozy – film opowiadający prostą, w żadnym razie nieprzekombinowaną historię, silnie osadzoną w konwencji, która chyba nigdy mi się nie znudzi, i to opowiadający w sposób, który absolutnie nie przypomina tego, z czym mam nieszczęście najczęściej stykać się we współczesnym horrorze. Zwłaszcza tym z głównego nurtu. Dosyć miły powrót do korzeni – tak w gruncie rzeczy odebrałam „Gości” Jacka Ersgarda, chociaż bezsprzecznie nie było to niezapomniane, w pełni satysfakcjonujące doświadczenie. Do absolutnego szczęścia jeszcze trochę mi zabrakło. Chyba że ograniczymy się do tej jednej WYBORNEJ scenki...

niedziela, 14 kwietnia 2019

„Ktoś we mnie” (2018)

Rok 1948. Doktor Faraday zostaje wezwany do Hundreds Hall, wiekowej rezydencji, w której jego matka przed laty pracowała jako pokojówka. Mężczyzna ma zbadać młodą kobietę imieniem Betty, obecnie jedyną pokojówkę w Hundreds Hall, domostwie należącym do rodziny Ayresów, w skład której wchodzą okaleczony na wojnie Roderick, jego siostra Caroline i ich matka. Miejsce to utraciło dawny splendor. Jego właściciele mają tak poważne problemy finansowe, że nie mogą mieć pewności czy uda im się zatrzymać dom. Doktor Faraday pamięta go z dzieciństwa, z okresu, w którym Hundreds Hall prezentował się dużo bardziej okazale. Niedługo po odwiedzeniu niedomagającej Betty mężczyzna oferuje pomoc Roderickowi, któremu dokucza okaleczona noga. W ten sposób Faraday staje się częstym gościem Hundreds Hall, przyjacielem rodziny, ze szczególnym wskazaniem na Caroline. Kobieta, tak samo jak on, nie daje wiary Rodowi, upierającemu się, że w domostwie tym dzieje się coś nienaturalnego. Niepełnosprawny młody człowiek jest przekonany, że na Hundreds Hall ciąży jakaś zabójcza klątwa, że dom ten jest opanowany przez nadnaturalną siłę, która bynajmniej nie jest nastawiona przyjaźnie do jego mieszkańców.

Angielsko-irlandzko-francuski thriller gotycki z elementami horroru pt. „Ktoś we mnie” został wyreżyserowany przez twórcę między innymi obsypanego nagrodami „Pokoju” (2015), Lenny'ego Abrahamsona. Scenariusz napisała Lucinda Coxon, w oparciu o powieść Sarah Waters pod tym samym tytułem (oryg. „The Little Stranger”, pol. „Ktoś we mnie”), której nie czytałam, więc porównań nie będzie. Zdjęcia ruszyły w lipcu 2017 roku w Wielkiej Brytanii i trwały mniej więcej dziesięć tygodni. Prawa do dystrybucji filmu wszędzie poza Francją, Szwajcarią i Wielką Brytanią nabyła firma Focus Features – w tych trzech wymienionych krajach prawa do rozpowszechniania „Ktoś we mnie” dostała firma Pathe.

Rola główna w omawianym przedsięwzięciu Lenny'ego Abrahamsona przypadła w udziale Domhnallowi Gleesonowi (m.in. „Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy”, „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”, „Mother!”, „Zjawa” z 2015 roku), aktorowi, który zdążył już zaskarbić sobie rzeszę wiernych fanów, ludzi niemogących wyjść z podziwu nad jego warsztatem. W „Ktoś we mnie” Gleeson wciela się w postać Faradaya, lekarza praktykującego na angielskiej prowincji, do którego doprawdy ciężko się zbliżyć. To zdystansowanie stwarzał chłód bijący z tej postaci. Wyglądało to trochę tak, jakby mężczyzna ów patrzył na wszystko z zewnątrz, jakby mentalnie odsuwał się od wszystkich wokół niego. Owszem, wchodził w interakcje z ludźmi, ale cały czas nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że więzi jakie z nimi tworzy nie są tak do końca prawdziwe. Nie płyną z głębi serca, nie wynikają z wewnętrznej potrzeby, z naturalnego pragnienia towarzystwa innych ludzi, tylko są dla niego czymś w rodzaju zła koniecznego. Myślałam o nim jak o samotniku (co też nienaturalne nie jest) – człowieku, któremu samotność bynajmniej nie dokucza, ale który, choćby z racji swojego zawodu, nie może sobie pozwolić na komfort przebywania jedynie we własnym towarzystwie. Domhnall Gleeson spisał się całkiem nieźle. Przekonująco oddał tę postać na ekranie – postać, która w mojej ocenie o sympatię widza zabiegać nie miała. Doktor Faraday przykuwał moją uwagę, na okrągło ściągał na siebie mój wzrok, ale nie było to spowodowane głęboką sympatią do jego osoby. Ta nieodparta potrzeba wpatrywania się w niego brała się we mnie z chęci przeniknięcia jego myśli, zrozumienia tego wielce enigmatycznego człowieka, znalezienia drogi do jego umysłu, który jak podejrzewałam jest bardzo złożony. Tak myślałam pomimo tego, że przez cały czas pozwalano mi patrzeć jedynie na prawie niezapisaną kartę, dopuszczano mnie zaledwie do tych mniej istotnych cząstek jego osobowości. Tonacja, jaką Lenny Abrahamson nadał tej produkcji każe sądzić, że to co w przypadku doktora Faradaya zostało ukryte, te jego cechy, do których się nas nie dopuszcza, jest tym, czego przede wszystkim należy się obawiać. Z drugiej jednak strony nie można zignorować innych sygnałów. Drugą najbardziej czytelną teorią jest ta mówiąca o nawiedzeniu Hundreds Hall przez istotę, której związki z rodziną Ayresów z czasem zostaną przez scenarzystkę dokładnie wyłuszczone. Ale myślę, że wielu widzów wpadnie na to wcześniej. Możliwość panoszenia się w tym wiekowym domu, jakiejś nadnaturalnej siły, werbalnie po raz pierwszy zostaje zaakcentowana w trakcie kameralnego przyjęcia wydawanego przez Ayresów. To wówczas Rod dzieli się z Faradayem swoimi złymi przeczuciami. Mówi mu, że dręczy go poczucie, że wkrótce stanie się coś złego, że jeszcze tego samego wieczora dojdzie do jakiejś tragedii. Szybko okazuje się, że ten niepełnosprawny młody mężczyzna nie mylił się, że jakimś cudem przewidział, iż przyjęcie to zakończy się fatalnie. Zdarzenie to, i oczywiście jego bezpośrednie następstwo, w moim odczuciu nie tyle miały wzbudzić strach u odbiorców, ile dotkliwy smutek. A w każdym razie ja tak na to zareagowałam. To wydarzenie przyniosło jednakże jeszcze coś: teorię, która w porównaniu do dwóch wcześniej przeze mnie wyłapanych (bo sferę nadprzyrodzoną bierze się pod uwagę długo przed złowieszczymi słowami Roda podczas feralnego przyjęcia w Hundreds Hall) w „Ktoś we mnie” wykluwa się bardzo nieśmiało. Ta ewentualność zarysowuje się tak delikatnie, UWAGA SPOILER że nie mam pewności, czy twórcy w ogóle dążyli do wprowadzenia tej teorii, czy nie jest to powiedzmy szczęśliwy wypadek przy pracy KONIEC SPOILERA. Uważny widz pod koniec tego kameralnego przyjęcia u Ayresów powinien wzbogacić pulę potencjalnych zagrożeń o stałych mieszkańców tej rezydencji, w szczególności jedną z tych osób. I nie mam tutaj na myśli „domorosłego wieszcza” w postaci żyjącego w ciagłym strachu Rodericka.

Tym, co najmocniej przyciągało mnie do „Ktoś we mnie” Lenny'ego Abrahamsona wcale nie była intrygująca rozpiska doktora Faradaya i takowa kreacja Domhnalla Gleesona (swoją drogą z obsady należy wyróżnić jeszcze znakomitą Charlotte Rampling, którą to miłośnicy kina grozy mogą pamiętać z takich obrazów jak choćby „Orka – Wieloryb zabójca” i „Harry Angel”). Nie, dla mnie najsmaczniejszym elementem omawianej produkcji jest jej na wskroś gotycki klimat. Mgliste obrazy, melancholijna ścieżka dźwiękowa i oczywiście ogromne, wiekowe domostwo, któremu bardzo przydałby się remont. Na to właścicieli owej rezydencji jednak nie stać – Ayresowie znajdują się obecnie na skraju bankructwa i nic nie wskazuje na to, by ich los miał wkrótce się odmienić. Kiedyś Hundreds Hall opływał w bogactwa – na organizowane tutaj przyjęcia ściągała największa śmietanka towarzyska z tych stron (angielska prowincja), a być może i z samego Londynu. Teraz domostwo to prezentuje się nie tyle nędznie, ile po prostu dużo mniej okazale. Rodzina Ayresów nadal jest poważana w okolicy, wciąż cieszy się szacunkiem tutejszych mieszkańców, ale ich dom nie tętni już takim życiem, jak przed paroma laty. Jak u Shirley Jackson przykrywa go gruby płaszcz ciszy, od czasu do czasu urozmaicany na przykład tajemniczymi odgłosami, które budzą tak duży lęk u Roda. Mężczyzna ten jako pierwszy nabiera pewności, że źródło tych hałasów nie jest naturalne, że są one generowane przez agresywnego ducha, nadnaturalną istotę, która z jakiegoś powodu pragnie krzywdy Ayresów. Doktor Faraday, jak na umysł ścisły przystało, nie potrafi uwierzyć w te opowieści. Siostra Rodericka, Caroline, też jest nastawiona do tego sceptycznie, chociaż z pewnością nie aż tak jak nowy przyjaciel rodziny Ayresów. A co na to widz? Z jednej strony każdy, kto w swoim życiu obejrzał kilka filmów grozy z bohaterami twardo stąpającymi po ziemi, będzie czuł potrzebę potraktowania tego jak swoisty kierunkowskaz. W takich produkcjach racjonalizm zazwyczaj nie jest opłacalny, kroczenie tzw. ścieżką oświecenia prowadzi bohaterów na manowce – rację zwykle mają ci, którzy święcie wierzą w obecność różnego rodzaju sił nieczystych, istot nie z tego świata, które to dybią na życie wybranych śmiertelników. Pokusa by uwierzyć Rodowi, a później jego matce, by dać wiarę opowieściom o klątwie i/lub złośliwym duchu gnieżdżącym się w Hundreds Hall, dla osób dobrze zorientowanych w regułach, jakimi rządzą się horrory o zjawiska paranormalnych, prawdopodobnie będzie bardzo silna. Ale równie, jeśli nie bardziej, nęcąca pewnie będzie któraś z możliwości niezahaczających o sferę nadprzyrodzoną. Chociaż twórcom udało się stworzyć całkiem gęsty klimat niezdefiniowanego zagrożenia, dojmującej samotności w świecie, który wymaga noszenia przeróżnych masek, w którym dba się o pozory, bo po prostu tak wypada w prominentnym towarzystwie, choć ta magiczna, podszyta niepokojem, przepełniona niepewnością nawet względem najważniejszych postaci, podróż do lat 40-tych XX wieku, na angielską prowincję, ze szczególnym wskazaniem na ponure domostwo Ayresów – chociaż to wszystko, jak na standardy współczesnego kina grozy, prezentuje się bardzo solidnie, to sposób prowadzenia tej opowieści pozostawia wiele do życzenia. W mojej ocenie opowieść ta jest nazbyt poszarpana – wiele sekwencji wygląda tak, jakby dostały się w ręce jakiegoś maniakalnego cenzora. Tak nie było: po prostu filmowcy nie widzieli potrzeby rozbudowywania niektórych wątków, dociągania ich do końca, chociaż tak naprawdę mieli na to mnóstwo czasu. Często z nagła opuszczali bardziej interesujący wątek, po to by przystać na długie minuty, uspokoić akcję, która tak naprawdę więcej stoicyzmu nie potrzebowała. Nie chodzi mi o to, że brakowało mi niepokojących efektów specjalnych, czy o zgrozo jump scenek. Bo uciekanie od efekciarstwa, ten minimalizm, budowanie dramaturgii głównie przy pomocy stopniowo (bardzo powoli) zagęszczającego się klimatu nie do końca zdefiniowanego zagrożenia, akurat wielce mnie radowało. W konstruowaniu tej historii duży udział mieli również bohaterowie... antybohaterowie (?): te osobowości, które doprawdy ciężko zgłębić, ale co ciekawe nie towarzyszyło mi przy tym nieprzyjemne przeczucie, że „w środku tak naprawdę nic nie ma”, że mamy tutaj do czynienia z papierowymi, denerwująco powierzchownymi postaciami. Myślę po prostu, że te dynamiczniejsze momenty (nie mylić z efekciarskimi) aż prosiły się o pociągnięcie, niekoniecznie w porównywalnym tempie. Można było po prostu pozwolić poszczególnym postaciom na więcej emocjonalnych i werbalnych reakcji na wszystkie te zagadkowe, ale i pospolite (pies) wydarzenia rodzące w nich strach, wątpliwości, smutek, panikę albo bolesną samotność. O wiele bardziej dokuczliwą niż dotychczas. Zachowanie trochę większej ciągłości narracji, liniowa sekwencja zdarzeń (przyczyny i skutki, zamiast tego częstego, nie do końca przemyślanego, niezgrabnego wskakiwania w to, co niejednokrotnie już powiedziano i pokazano) nie wytrącałaby mnie tak z rytmu, jak miało to miejsce w obecnej sytuacji. Owszem, angażowałam się w tę historię. W sumie to nawet całkiem mocno, jak na współczesny film grozy, ale mogło być lepiej. Można było z łatwością zniwelować te nierówności, które z lekka dystansowały mnie od rzeczonej gotyckiej opowieści. Poza tym prawie przez cały seans dręczyła mnie obawa o zakończenie. „Ktoś we mnie” serwuje nam tego rodzaju opowieść, która może rodzić w filmowcach pokusę sfinalizowania jej w iście hollywoodzkim stylu. Czyli podania odbiorcom wszystkiego na tacy, wyjaśnienia tego w najdrobniejszych szczegółach, żeby tylko sami myśleć nie musieli. UWAGA SPOILER Przez cały film skłaniałam się ku temu, że to z głównym bohaterem dzieje się źle, że to on odpowiada za przynajmniej część nieszczęść zachodzących w domu Ayresów. I finał bynajmniej nie zmusił mnie do zmiany zdania, aczkolwiek jednoznaczny na pewno nie jest. Twórcy na szczęście nie postanowili zamknąć wszystkich pozostałych furtek, które w moim umyśle nieśmiało pootwierały się wcześniej. Ale nie na taką szerokość, jak w sumie oklepany motyw szaleństwa? wyrachowania? sadystycznej kalkulacji?... W każdym razie na pewno chorobliwej obsesji na punkcie Hundreds Hall, która to wzięła we władanie Faradaya już w dzieciństwie, a w okresie dorosłym tylko zyskiwała na sile KONIEC SPOILERA.

Wziąwszy pod uwagę bardzo niskie zainteresowanie dzisiejszych twórców kina grozy tradycją gotycką, bulwersująco małą ilość współczesnych produkcji utrzymanych w takich klimatach (formą i/lub treścią odwołujących się do tej niegdyś niezwykle popularnej stylistyki), ale i niezgorszą jakość tego obrazu, nie pozostaje mi nic innego (poza – koniecznie – przeczytaniem literackiego oryginału), jak zachęcić miłośników opowieści gotyckich do przyjrzenia się temu miszmaszowi gatunkowemu w reżyserii Lenny'ego Abrahamsona. „Ktoś we mnie” to według mnie przede wszystkim thriller, ale podejrzewam, że część widzów skłoni się w stronę dramatu. Elementy horroru też się tutaj przewijają, głównie jednak dotyczy to klimatu, nie zaś, albo raczej w zdecydowanie mniejszym stopniu, jakichś konkretnych wydarzeń. Myślę, że raz spokojnie obejrzeć ten obraz można, ale tylko wtedy jeśli ma się ochotę na coś powolniejszego. Na nieśpiesznie rozwijającą się opowieść, która gra na emocjach, ale według mnie w sposób umiarkowany; która stara się żerować na tajemniczości, co w moim mniemaniu udaje jej się tylko po części i intrygować różnego rodzaju osobowościami tj. tymi postaciami, które zajmują ważniejsze miejsca w scenariuszu. I na taką, która buduje dramaturgię głównie klimatem. Gotyckim rzecz jasna.

sobota, 13 kwietnia 2019

Antologia „17 podniebnych koszmarów”

E. MICHAEL LEWIS, ARTHUR CONAN DOYLE, RICHARD MATHESON, AMBROSE BIERCE, E.C. TUBB, TOM BISSELL, DAN SIMMONS, CODY GOODFELLOW, JOHN VARLEY, JOE HILL, DAVID J. SCHOW, RAY BRADBURY, BEV VINCENT, ROALD DAHL, PETER TREMAYNE, STEPHEN KING, JAMES L. DICKEY

Pomysł zebrania w jednym tomie siedemnastu opowieści, które łączy motyw latania narodził się w głowie Stephena Kinga. W lipcu 2017 roku pisarz przedstawił tę koncepcję Bevovi Vincentowi, autorowi między innymi „The Dark Tower Companion”, przewodnika po uniwersum „Mrocznej Wieży” Kinga oraz Richardowi Chizmarowi, z którym to King napisał nowelę „Pudełko z guzikami Gwendy”. Pomysłodawca niniejszej antologii chciał by wyszła ona nakładem Cemetery Dance Publications, wydawnictwa należącego do Chizmara, Beva Vincenta natomiast poprosił o pomoc w poszukiwaniu tekstów do tej książki. W taki oto sposób powołano do życia „17 podniebnych koszmarów”, antologię, w której przeważają wcześniej publikowane utwory, ale znalazło się też miejsce dla świeżynek. Szesnaście opowiadań i jeden poemat opatrzone komentarzami Stephena Kinga, który to napisał również przedmowę. I oczywiście jedno z opowiadań. Z kolei drugi redaktor (nazywany w tym zbiorze drugim pilotem), Bev Vincent, napisał posłowie i tak jak King jest autorem jednego z opowiadań zawartych w „17 podniebnych koszmarach”. A na ostatnich stronicach niniejszego dziełka znajdziemy noty biograficzne autorów wszystkich tekstów w nim zamieszczonych.

Wydawać by się mogło, że w Polsce „17 podniebnych koszmarów” spotka się z lepszym przyjęciem niż w Stanach Zjednoczonych. Bo w końcu tamtejsi czytelnicy mieli dużo większą szansę na spotkanie z lwią częścią tej antologii już wcześniej. Bev Vincent w swoim posłowiu powątpiewa co prawda w to, że wielu, w domyśle jego rodakom, jest znane więcej niż kilka z prezentowanych tutaj utworów i może faktycznie tak jest, ale myślę, że mało który polski czytelnik będzie mógł powiedzieć, że zapoznał się już z więcej niż jednym-dwoma tekstami teraz publikowanymi w „17 podniebnych koszmarach”. Nie mówię, że takich Polaków nie ma – wydaje mi się, acz mogę się mylić, że mało który z tych utworów był już u nas publikowany, ale trzeba brać pod uwagę, że niektórzy sięgają po zagraniczne wydania. Ja nie, więc dla mnie bilans był korzystny. Albo nie – zależy jak na to spojrzeć, bo przecież w „17 podniebnych koszmarach” znajdujemy również takie teksty, które wypadało poznać dużo wcześniej. To znaczy jeśli jest się miłośnikiem literatury grozy i science fiction. Mnie znane było tylko jedno opowiadanie - „Latająca machina” (1953) Raya Bradbury'ego. Utwór ten pochodzi ze zbioru „Złociste jabłka słońca” (tam nosi tutaj „Machina latająca”), który to jakiś czas temu został wypuszczony przez wydawnictwo Mag razem z „Kronikami marsjańskimi” i „Człowiekiem Ilustrowanym” (w jednym tomie). I stąd właśnie znałam to opowiadanko. Raczej średnia opowieść o człowieku, który bardzo boi się postępu.

„17 podniebnych koszmarów” to nie tylko horrory (na co może wskazywać tytuł). Antologię tę cechuje dosyć duża różnorodność gatunkowa, na co pewnie nie każdy zareaguje entuzjastycznie. Nie zdziwiłabym się, gdyby niektórzy poczuli się wręcz oszukani. Tytuł to jedno, ale okładka i opis wydawcy (chodzi o polskie wydanie) też robiły swoje tj. sugerowały, że w owej publikacji znajdują się same horrory. Inna sprawa, że jeden z redaktorów „17 podniebnych opowiadań”, zwany tu pierwszym pilotem, niejednemu kojarzy się wyłącznie z horrorem, chociaż ma na koncie również utwory z innych gatunków. Z drugiej jednak strony nie sposób nie odczuć, że nawet te teksty, które horrorami nie są, ocierają się o stylistykę literatury grozy. Innymi słowy: mogą dostarczać emocji zbliżonych do tych poszukiwanych w horrorze. I nie tylko dlatego, że ich akcja (bądź część akcji) rozgrywa się wysoko nad ziemią, że ich bohaterowie znajdują się w tak niekomfortowym, przyprawiającym o nieprzyjemny zawrót głowy, położeniu, ale także za sprawą elementów w nie powrzucanych (motywów przynajmniej zahaczających o horror) oraz samego sposobu snucia opowieści: ukierunkowanego na budzenie w odbiorcach co najmniej lekkiego niepokoju. Oczywiście, nie tyczy się to wszystkich opowieści tutaj zebranych. Weźmy na przykład „Latającą maszynę” Ambrose'a Bierce'a, humoreskę, króciutkie opowiadanie z 1899 roku będące ironicznych, kpiarskim spojrzeniem na ludzi tak bardzo zakochanych w lotnictwie, że gotowych wkładać w to ogromne sumy pieniężne, nawet wtedy, gdy jest właściwie pewne, że to im się nie opłaci. Ten dowcipny utwór Bierce'a tak naprawdę sporo mówi o ludzkiej naturze i bynajmniej nie są to słowa ciepłe, ale ów cierpki posmaczek nie sprawia, że opowiadanie to (nie)bezpiecznie zbliża się do horroru. Co oczywiście nie oznacza, że umieszczenie go w tym tomie było błędem ze strony Stephena Kinga i Beva Vincenta. A przynajmniej ja za błędne posunięcie tego nie uważam. Tego samego nie mogę jednak powiedzieć o „Dwie minuty czterdzieści pięć sekund” (1988) Dana Simmonsa. W sumie to on najbardziej mnie rozczarował – po tak wspaniałym pisarzu spodziewałam się czegoś... innego. Specjalistyczny żargon, wypełnianie stronic czczą gadką po to, by na koniec zaserwować coś, co miało chyba zaskakiwać odbiorców, ale szczerze wątpię, żeby kogoś w fotel to wgniotło. No błagam... Skoro już przy tym jesteśmy, to satysfakcji nie przyniosły mi także opowiadania osadzone w realiach wojennych: „Nie zestarzeją się nigdy” (1946) Roalda Dahla, zabierające mnie w ostatnią podróż poległych żołnierzy i „Ptaki Wojny” (2007) autorstwa Davida J. Schowa, miłośnikom horrorów pewnie głównie znanego z kina (pracował nad scenariuszami m.in. „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną 3” i „Kruka”). Opowiadanie z przesłaniem, w którym to, jak wiele na to wskazuje (pewności jednak mieć nie możemy), pojawia się potwór, ale mnogość szczegółów bojowych, te opisy starć wojennych, życia w tych niebywale trudnych warunkach, to ewidentnie w sferze moich zainteresowań nie leży. Tak samo jak wiesze. Pora na poemat James L. Dickeya, autora m.in. powieści „Wybawienie” przeniesionej na ekran przez Johna Boormana (film z 1972 roku, w Polsce lepiej znany pod tytułem „Uwolnienie”), który to opierał się na scenariuszu samego twórcy literackiego pierwowzoru. „Spadanie” pierwotnie opublikowane w 1967 roku to opowieść o... spadaniu. Towarzyszymy tutaj młodej stewardesie w najprawdopodobniej ostatnich chwilach jej życia – podczas zbliżania się do ziemi (biedaczka wypadła z samolotu). Wbrew logice pewni tego, że na końcu spotka ją śmierć być nie możemy, ale ta wątpliwość to za mało bym z zainteresowaniem mogła śledzić ten przeciągający się lot.

Przejdźmy teraz do utworów science fiction, bo i dla takich znalazło się miejsce w tej książce. „Lucyferze!” (1969) E.C. Tubba ma w sobie coś z „Oszukać przeznaczenie” Jamesa Wonga, a raczej to film ma w sobie coś z tego opowiadania, bo przecież powstało ono dziesiątki lat wcześniej. Opowieści o podróżach w czasie jest od groma, ale w mojej ocenie tekst ten nie wtapia się w tło. Gdy już człowiek myśli, że o powiewie świeżości w tym temacie może zapomnieć, że na większą kreatywność w tym przypadku nie może już liczyć, to trafia na taką perełkę jak „Lucyferze!”, która owszem na pierwszy rzut oka jawi się stereotypowo, ale im dalej w las, tym mocniej czytelnik skłania się ku temu, że tamto wrażenie było błędne. A przynajmniej ja tak to odbierałam. Druga opowieść science fiction to „Nalot” (1977) Johna Varleya, który to także traktuje o podróżach w czasie i również cechuje go niemała kreatywność – myślę, że większa nawet niż w przypadku „Lucyferze!”, ale osobiście więcej sympatii mam dla utworu Tubba. Zaprezentowane przez Varleya rozpaczliwe próby przechwycenia pasażerów i członków załogi pewnego samolotu, nieszczególnie trzymały mnie w napięciu, co nie znaczy, że nie miałam ochoty dowiedzieć się, jak skończy się owa historia.
Teraz horrory. Na pierwszy ogień niech pójdzie „Groza przestworzy” (1913) sir Arthura Conana Doyle'a, kojarzonego głównie z przygodami Sherlocka Holmesa. Solidny kawałek klasycznej prozy, wręcz przesyconej klimatem kojarzonym głównie z H.P. Lovecraftem, ale rok wydania wskazuje, że to Samotnik z Providence mógł się inspirować tekstem Doyle'a, a nie odwrotnie. Ale w „Grozie przestworzy” co innego najbardziej mnie zaciekawiło. Z „Triumfu Endymiona” pióra Dana Simmonsa pamiętam coś podobnego do tego, z czym spotkałam się w tym opowiadaniu Arthura Conana Doyle'a. Jestem prawie pewna, że Simmons zainspirował się tym tekstem przy tworzeniu pewnej latającej istoty i w ogóle całego wątku z nią. „Ładunek” (2008) E. Michaela Lewisa to w mojej ocenie kolejny mocny człon „17 podniebnych koszmarów” - utrzymana w stylistyce ghost story, acz niekoniecznie nią będąca, diablo klimatyczna opowieść o transporcie zwłok członków sekty Jima Jonesa (tak, tak, tej autentycznej postaci, którą nazwać szaleńcem to mało). Z tekstem Beva Vinceta nie jest już tak różowo. „Zombi w samolocie” z 2010 roku to w gruncie rzeczy bardzo uproszczone spojrzenie na apokalipsę zombie (wolę tę pisownię!). Zakończenie jest niezłe, ale wszystko co ma miejsce przedtem to tak naprawdę enta powtórka odcinka zatytułowanego „O ludziach, którzy starają się przetrwać w świecie opanowanym przez żywe trupy”. „Koszmar na wysokości sześciu tysięcy metrów” (1961), legendarnego Richarda Mathesona, który jest stanowczo zaniedbywany przez polskich wydawców (chociaż jedna z tegorocznych zapowiedzi wydawnictwa Mag budzi nadzieję na zmianę tego oburzającego stanu rzeczy), to perła, której miłośnikom horrorów przegapić nie wolno. Niektórym ta historia pewnie jest już znana i to nie tylko w wersji papierowej – w kinowym wydaniu „Strefy mroku” znajdziemy ekranizację tego opowiadania. Oczywiście porównania z pierwowzorem filmik ów nie wytrzymuje, a przecież uważam, że to całkiem zacne widowisko. Aż takiego poczucia szaleństwa, takiego zwątpienia w prawdziwość osądu głównego bohatera w ekranowej wersji ze świecą możemy szukać. Literacka historia o pewnym złośliwym stworzonku starającym się uszkodzić lecący samolot pasażerski, który równie dobrze może być jedynie projekcją umysłu spanikowanego człowieka, to istna jazda bez trzymanki, podróż w oparach paraliżującego strachu przed lataniem, ale i przed nietypowym pasażerem na gapę. „Diablitos” (2017) Cody'ego Goodfellowa pewnie rozkocha w sobie przynajmniej część fanów ekstremalnego horroru. Wyśmienicie rozpisana opowieść o człowieku, który przemyca pewien przedmiot, który jak można się tego spodziewać sporo namiesza. W wielkim skrócie: dostaniemy całkiem obficie oblaną posoką podniebną podróż, której pewnie nie powstydziliby się tacy pisarze, jak Clive Barker i Edward Lee.
 
Kategoria piąta” (2014) Toma Bissella może być jedną z tych opowieści, która nie wstrzeli się w gusta nabywców „17 podniebnych koszmarów”. Może nie wszystkich, ale podejrzewam, że wielu odbiorców tej antologii nie odnajdzie się w tej propozycji. Głównie dlatego, że sporo w tym polityki – warstwa ta została bardzo silnie rozwinięta, w sumie to nawet mocniej niż elementy, którym ogólnie rzecz ujmując bliżej do zainteresowań tych osób, które prawdopodobnie w pierwszej kolejności po tę publikację sięgną. Mowa o tych każących myśleć, że mamy tutaj do czynienia z thrillerem. Ja jednak miałam to szczęście, że problematyka, którą porusza Bissell na kartach rzeczonego utworu żywo mnie interesuje. Torturowanie podejrzanych o terroryzm przez CIA to jedno. Ale niejakie zderzenie dwóch diametralnie odmiennych poglądów na ten proceder też przykuło moją uwagę. Właściwie jeszcze silniej niż zakończenie, które miało chyba być niespodzianką, ale naprawdę trudno nie przyjąć tego z całkowitą obojętnością. Peter Tremayne swoim w „Morderstwie w powietrzu” (2000) proponuje sentymentalną podróż do czasów minionych. No niekoniecznie, skoro u progu XXI wieku powstało to oto dziełko trącące przygodami Sherlocka Holmesa. Między innymi. Tajemnica zamkniętego pokoju, a ściślej zamkniętej toalety w samolocie pasażerskim. W tej oto lecącej maszynie dochodzi do morderstwa, o tyle zagadkowego, bo trupa znaleziono w toalecie zamkniętej od wewnątrz. A mordercy oczywiście przy nim nie było. Zupełnie jak w wielu klasycznych kryminałach, które rozkochały w sobie i wciąż rozkochują niezliczoną ilość czytelników z całego świata. I nie mam wątpliwości, że i ten diamencik mnóstwo miłośników znajdzie. Pomimo swojej przewidywalności.
 
Na koniec teksty, które chyba budziły największą ciekawość. Choć mogę się mylić. Zarówno Stephen Kinga, jak i jego syn Joe Hill, obdarowują nas tutaj premierami. A więc, jako że „17 podniebnych koszmarów” pierwotnie opublikowano w roku 2018, to zarówno „Specjalistę od turbulencji” Kinga, jak i „Jesteście wolni” jego latorośli, opatrzono właśnie tą datą. Jako jedyne, jeśli komuś to umknęło. I tutaj, Proszę Państwa, jest mój faworyt. Nie, nie. Nie myślcie sobie, że najpopularniejszy z żyjących autorów literatury grozy (choć nie tylko takową tworzy) prześcignął mniej doświadczony owoc swoich lędźwi. W sumie to nic zaskakującego, bo znane mi są utwory Hilla, którym większość dzieł Kinga do pięt nie dorasta. Co nie znaczy oczywiście, że w moich oczach już doścignął ojca – na to ma jeszcze zbyt skąpy dorobek. Na razie. Nie sądzę jednak, żeby uderzenia w taką nutę, jak w przypadku „Jesteście wolni” mogły dopomóc mu w zdobywaniu kolejnych szczytów w światku grozy, bo utwór ten z horrorem nie ma praktycznie nic wspólnego. Owszem, ta wizja może budzić niepokój, ale emocją dominującą pewnie będzie dotkliwy smutek. Wzruszenie wręcz. Pacyfistyczny wydźwięk owej opowieści też nie był mi obojętny (z racji moich własnych przekonań), tak jak i bardzo trzeźwy osąd mentalności współczesnych wyborców (tutaj Amerykanów, ale wierzcie mi, do Polski też spokojnie można to odnieść) i ludzkości w ogóle. Tego naszego chorego dążenia do samounicestwienia. Stephen King miał co prawda niezły pomysł, jego „Specjalista od turbulencji” jakichś poważniejszych wad według mnie nie posiada. To też nie jest horror, ale tak jak „Jesteście wolni” może wprawiać w jakże pożądany przez fanów wspomnianego gatunku dyskomfort emocjonalny. Lekki, ale zawsze. Hill ten nieformalny pojedynek według mnie wygrywa przede wszystkim dlatego, że jego opowieść niesie więcej emocji i ma o wiele bogatszą treść. Nie tyle chodzi o to, że opowiadanie Hilla jest dłuższe, choć istotnie jest, ile o poruszanie przez niego pewnych ważkich, wręcz niecierpiących zwłoki problemów współczesnego świata. Tak nam bliskich i tak przerażających. Ale z drugiej strony o prezydencie Stanów Zjednoczonych Donaldzie Trumpie, King i tak sporo pisze (prześledźcie jego konto na Twitterze), więc chyba dobrze, że nie szedł tą drogą (bo nie mam wątpliwości, że Hill właśnie w Trumpa wymierza tutaj oskarżycielski palec, chociaż rzecz jasna nie tylko w niego). Bo w końcu co za dużo, to niezdrowo:)

Dobra robota. Tak, według mnie Stephenowi Kingowi i Bevovi Vincentowi należą się niskie ukłony głównie od miłośników literatury grozy (ale nie tylko) za to cudeńko. Za „17 podniebnych koszmarów”, która to antologia oczywiście nie powstałaby bez piętnastu innych pisarzy. I tych jeszcze żyjących i tych, którzy niestety odeszli już z tego świata. Jeśli chodzi o wiek tekstów zawartych w tym zbiorze to rozrzut jest ogromny – XXI, XX, ale i XIX wiek – a i w konwencjach można przebierać. Horror, science fiction, thriller, dramat, fantasy: wybrzmiewają tutaj echa wszystkich tych gatunków. Jedne słabiej, inne silniej. A klamrą jest latanie. Przebywanie wysoko nad ziemią w czymś, co King nazywa rurą z metalu i plastiku (niczym – brrr! - trumna), z której nie można ot tak czmychnąć, gdy pojawią się poważne problemy. Według mnie żadna z tych podniebnych opowieści do poziomu „Langolierów” Stephena Kinga nie dobija, ale tyle naprawdę mi wystarczy. (Wiem, że porównanie nie jest sprawiedliwe, bo tamto to minipowieść, a więc pole do popisu było szersze.) Właściwie to nie spodziewałam się, że aż tyle od Stephena Kinga i Beva Vincenta dostanę. W roli zbieraczy utworów literackich spisali się na medal. Może nie złoty, ale myślę, że srebrny im się należy. Tak, to po prostu im się należy!

czwartek, 11 kwietnia 2019

„Hex” (2018)

Amerykanin Ben Trepanier spędza wakacje w Kambodży, wraz ze swoimi dwoma braćmi. Poznaje tam pochodzącą z tych samych stron co on, Amber Kelly, którą od początku jest mocno zauroczony. Młoda kobieta zdaje się odwzajemniać jego uczucia, ale szczęście tej pary nie trwa długo. Ben z czasem nabiera pewności, że Amber coś przed nim ukrywa, że ma jakieś problemy, o których nie chce mówić. Jej zachowanie coraz bardziej niepokoi mężczyznę, jednocześnie uruchomiając w nim instynkt opiekuńczy. Ben nade wszystko pragnie pomóc swojej ukochanej. Stara się wspierać ją w trudnych chwilach, za co Amber jest mu głęboko wdzięczna. Ich sytuacja jednak coraz bardziej się pogarsza. Wiele wskazuje na to, że stoi za tym jakaś nadnaturalna siła, ale wyjaśnienie ich problemów równie dobrze może mieć naturalne podłoże.

Urodzony w RPA reżyser, scenarzysta, producent i montażysta filmowy, Rudolf Buitendach, swój pierwszy pełnometrażowy film fabularny, „Dark Hearts”, wypuścił w kwietniu 2014 roku. Potem były „Where the Road Runs Out” i dobrze przyjęty na paru festiwalach filmowych thriller „Selling Isobel”. Scenariusz amerykańsko-kandyjskiego horroru pt. „Hex” Buitendach napisał wspólnie z Christianem Piersem Betleyem, autorem scenariusza między innymi wyreżyserowanego przez tego pierwszego „Dark Hearts”. Pierwszy pokaz filmu odbył się we wrześniu 2018 roku na Raindance Film Festival.

Tak sobie siedzę i myślę: co to właściwie było? Tak wiem, że horror, ale nie jest pewna, czy nadążałam za twórcami „Hex”. Oglądając to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że tkwi w tym jakieś drugie dno, którego pomimo usilnych starań, nie dostrzegłam. To może zabrzmieć dziwnie, ale jednocześnie dręczyła mnie myśl, że film ten tylko udaje innego niż jest w istocie. Innymi słowy, że Rudolf Buitendach stara się wytworzyć w widzach wrażenie istnienia głębi w horrorze, który tak naprawdę żadnej głębi nie posiada. Nie wykluczam, że to całkowicie błędne odczucie, że Buitendach niczego ponad to, co widać gołym okiem przekazać tutaj nawet nie próbował. Biorę to pod uwagę, niemniej coś każe mi skłaniać się w tę drugą stronę. To źle, bo podejrzewam, że gdybym nie czuła się zachęcana do, jak się okazało bezowocnych, poszukiwań drugiego dna, to odbierałabym „Hex” ciut lepiej. Troszkę, bo nie jest to tego rodzaju historia, która leżałaby w sferze moich zainteresowań. Chociaż nie. Nie do końca, bo jednak Rudolf Buitendach i Christian Piers Betley sięgnęli po motywy, które już niejednokrotnie się sprawdziły. Więc tak, „Hex” nie jest pozbawiony wątków, do których jestem w jakiś sposób przywiązana. I nie tylko ja, bo motywy te w ogóle cieszą się dużą sympatią w kręgu miłośników horrorów. Samo ujęcie owych tematów w scenariuszu jednak mi nie wystarcza. Trzeba to jeszcze należycie poprowadzić, a temu wyzwaniu twórcy „Hex”, według mnie, nie podołali. To znaczy do mnie taki sposób prowadzenia opowieści grozy zupełnie nie trafia, swoich zwolenników bowiem już znalazł. I pewnie będzie ich jeszcze więcej. Czy dużo więcej? Szczerze w to wątpię i bynajmniej nie przemawia tutaj przeze mnie moja awersja do tej produkcji. „Hex” po prostu nie jest horrorem, który podążałby za dzisiejszymi trendami, wydaje się raczej celować w pewną niszę, niż zabiegać o względy większości. Niedostosowywanie się do reguł, jakimi rządzi się współczesny mainstream, a przynajmniej lwia część szeroko dystrybuowanych nowszych horrorów, potępiane przeze mnie nigdy nie było i na pewno nie będzie. Powiedzmy jednak, że nisza, w którą Rudolf Buitendach tutaj celuje, nie jest jedną z tych, do których przynależę. Wątkiem przewodnim „Hex” jest romans Amerykanów w słonecznej Kambodży. Ben i Amber pochodzą z Bostonu, ale ich drogi przecięły się dopiero teraz, na wakacjach w Azji, które to mężczyzna spędza w towarzystwie swoich dwóch braci, podczas gdy kobieta wybrała się w tę podróż w pojedynkę. Przedzieranie się przez poszczególne etapy tego związku, patrzenie na tę wakacyjną miłość byłoby dla mnie istną męką, gdyby nie to, że praktycznie przez cały czas twórcy podtrzymywali we mnie przekonanie, że mam tutaj do czynienia z miłością toksyczną. Dzięki temu nie zasnęłam, ale nie mogę powiedzieć, że ta sytuacja mnie ciekawiła. Owszem scenarzyści zadają pytania, które pewnie w ich mniemaniu mają pobudzać publiczność do myślenia (albo nie, bo równocześnie wiele sugerują), do zagłębiania się w tę historię w celu odnalezienia tak upragnionych odpowiedzi. Cóż, niektórzy pewnie ochoczo skorzystają z tego zaproszenia – będą starali się dojść do źródła problemu, odnaleźć zgniliznę, która toczy związek Amber i Bena – ja natomiast najpierw skupiłam się na poszukiwaniach drugiego dna rzeczonej historii, a potem (dodam, że niedługo potem) dopadło mnie takie zniechęcenie, że zaczęłam wątpić w to, że uda mi się wytrwać do napisów końcowych. Ogarnęło mnie tak potężne zobojętnienie, znalazłam się tak daleko poza tą historią, że myślę, iż taki sam efekt osiągnęłabym wpatrując się w sufit. „Hex” był czymś na kształt niezapisanej karty, czystej stronicy nadaremno czekającej na zapełnienie jakąś treścią. Dlatego, że absolutnie nic nie czułam. Nic poza potworną nudą.

Główne pytanie wypływające ze scenariusza „Hex” dotyczy dolegliwości Amber. Rudolf Buitendach i Christian Piers Betley starają się uczulić widza na tę postać, natchnąć go podejrzliwością względem tej młodej kobiety i co za tym idzie obawą o bezpieczeństwo jej aktualnego partnera. Tak „drewnianej” kreacji, jak ta w wykonaniu Kelly'ego Blatza (filmowy Ben) już dawno w kinie grozy nie widziałam i rzecz jasna wolałbym już nigdy nie zobaczyć. Jenny Boyd w roli Amber moim zdaniem wypada trochę lepiej, chociaż ma zdecydowanie mniejsze doświadczenie aktorskie od Blatza. Lepiej nie znaczy dobrze. Moim zdaniem, rzecz jasna. Faktem jest jednak, że przed Boyd postawiono dużo trudniejsze zadanie, co w moich oczach jeszcze bardziej umniejsza Blatza - choć miał łatwiej, uważam że zaprezentował się trochę gorzej od swojej koleżanki z planu. Rzeczone wyzwanie, którego to podjęła się Jenny Boyd, polega na pokazywaniu dwóch diametralnie różnych osobowości, z których to jedna bez wątpienia ma rodzić strach u odbiorcy. Ataki, które co jakiś czas dopadają Amber, niekontrolowane drgawki, przemawianie w języku zmarłych, agresja ukierunkowana także na Bena (na każdego, kto w tych chwilach znajduje się blisko niej) ewidentnie wyrastają z tradycji horrorów o opętaniach przez różnego rodzaju nadnaturalne istoty. W wykonaniu Rudolfa Buitendacha i jego ekipy bardziej przypominało mi to jednak parodię tychże. Wysiłki Jenny Boyd mogą zmuszać do śmiechu, ale chyba nie tak bardzo jak rozpiska tych gwałtownych wydarzeń. Sama jednak śmiechem nagrodziłam tylko jeden moment – sekwencję z uderzeniami w ścianę przez... haha... demona. Był to humor tak niskich lotów, tak durny, że nie mogłam się powstrzymać przed śmianiem się, nie tyle z jego autorami, ile z nich. Waleczni aptekarze, parka Kambodżan, która poza sprzedażą leków własnej roboty i innych medykamentów, zajmuje się egzorcyzmami, poważnie też się nie prezentowała. Ich nachalność i patetyczne przemowy trąciły zwykłą tandetą – to było tak jarmarczne, że aż musiałam się zastanowić, czy twórcy „Hex” nie żartują sobie ze mnie (tzn. z odbiorców swojego filmu), czy aby ta wszystko nie jest pomyślane jako zwykłe kpienie z gatunku, w granicach którego obraca się ich historia. Myśl ta długo mi jednak nie przyświecała, choćby dlatego, że nie mogłam nie zauważyć starań w kierunku wytworzenia mrocznego klimatu. Co prawda niezbyt produktywnych, głównie przez wybór miejsca akcji – malownicza Kambodża, gorące promienie słoneczne padające na przepiękne krajobrazy mieniące się żywą zielenią, nie pomagają w budowaniu atmosfery grozy, ale długoletnim miłośnikom horrorów pewnie znane są obrazy, w których i z takich scenerii emanuje potężna groźba, twórcom „Hex” jednak moim zdaniem sprawiało to ogromne trudności. Właściwie to wyglądało mi to tak, jakby wrzucili sobie pod nogi przeszkodę, której nie potrafili pokonać. Widać, że się starali, że bardzo chcą natchnąć to wrogością - oczywiście nie zrezygnowali z mroku i różnych odcieni szarości, ale żywych kolorów dla mnie i tak było zdecydowanie za dużo. Sposób prowadzenia kamer i montaż niczego nie ułatwiały. Wręcz przeciwnie: miałam poczucie lekkiego chaosu, sklejania tych niezbyt dobrze wykadrowanych obrazów jak leci, bez większego pomyślunku. Miałam wrażenie, jakbym patrzyła na mozaikę, z której niewiele udało mi się wyczytać (może i niewiele tutaj jest). Tylko to co oczywiste – toksyczna miłość dwójki Amerykanów podczas wakacji w Kambodży, miłość, którą zdaje się niszczyć przypadłość kobiety, tak naprawdę niebędąca żadnych novum w kinie grozy. Gdybyż tylko przypadek ten był bardziej tajemniczy, gdyby tak szybko nie rozwiały się we mnie wszelkie wątpliwości (w czym swój udział mieli sami twórcy „Hex”) i gdyby historia ta nie była tak przerażająco beznamiętna, gdyby wykrzesano z tego choćby tylko dozę intensywności, to może nie nudziłabym się tak bardzo. Chociaż z drugiej strony ten tekst, ten zamierzony i ten przypadkowy humor, ta jarmarczność i pompatyczność – to, tak czy inaczej, trudno byłoby mi przełknąć. Tak samo jak finał, który ma za zadanie zaskoczyć widza (wcześniej pokazując mu „istny cud współczesnej techniki”). I jeśli o mnie chodzi to faktycznie to zadziałało – byłam do głębi zdumiona tym, że udało się pokazać mi coś bardziej żenującego od wszystkiego, co miałam nieprzyjemność oglądać wcześniej. Łącznie z tym badziewnym efektem komputerowym widzianym chwilę wcześniej, a to doprawdy nieliche osiągnięcie...

Różnie „Hex” Rudolfa Buitendacha jest określany: horror o zjawiskach nadprzyrodzonych, horror psychologiczny, folk horror. Albo wszystko naraz. Osobiście skłaniam się ku jednej z tych szufladek. Ale łatka tak naprawdę nie ma większego znaczenia. Znaczenie ma przede wszystkim jakość tego filmu. A ta według mnie jest porażająco niska. I mam tutaj na myśli zarówno warstwę fabularną, jak i techniczną. Film ten zauważalnie dużego budżetu nie miał, ale jako że widziałam już trochę horrorów nakręconych niewielkim kosztem, które w każdym calu znacznie przewyższają omawianą produkcję, to nie czuję się w obowiązku traktować jej ulgowo. Tym bardziej, że ogólnie rzecz biorąc wolę tańsze horrory. W niszach lepiej się czuję niźli w mainstreamie (mowa o współczesnym kinie grozy), ale nie w tej, do której zaprosił mnie „Hex”. Nie, nie, za takie kino ta ja podziękuję.

wtorek, 9 kwietnia 2019

„Escape Room” (2019)

Sześć nieznających się osób dostaje zaproszenie do ekskluzywnego escape roomu, gdzie można wygrać dziesięć tysięcy dolarów. Śmiałkowie muszą tylko rozwiązać wszystkie przygotowane przez organizatorów zabawy zagadki, umożliwiające wydostanie się z zamkniętych pomieszczeń. Szybko uświadamiają sobie jednak, że to wcale nie jest zabawa, że prawdziwą stawką w tej perwersyjnej grze jest ich własne życie. Jeśli nie uda im się w porę rozwiązać którejkolwiek z przygotowanych zagadek, bez wątpienia zginą pod czujnym okiem kamer rozlokowanych w całym budynku.

Twórca „Opętanej” (2014) i „Naznaczonego: Ostatniego klucza”, Adam Robitel, prace nad swoim trzecim pełnometrażowym (amerykańsko-kanadyjskim) filmem rozpoczął w 2017 roku, mając do dyspozycji scenariusz autorstwa Bragiego F. Schuta i Marii Melnik. Projekt ten na początku nosił tytuł „The Maze”, ale z czasem został zmieniony na „Escape Room”. I tak już zostało, co najlepszą decyzją chyba nie było, wziąwszy pod uwagę to, że w 2017 roku pojawiły się dwa filmy pod taką samą nazwą: reżyserem jednego jest Will Wernick, a drugiego Peter Dukes. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy mówić, że rok bez filmu grozy pod tytułem „Escape Room” jest rokiem straconym... W każdym razie ta zbieżność nazw obrazów, które nie są ze sobą powiązane może stwarzać mały zamęt, dezorientować jakąś część publiczności. Tym bardziej w niedalekiej przyszłości – już w 2020 roku planuje się wypuścić sequel „Escape Roomu” Adama Robitela, możliwe więc, że znajdą się tacy, którzy wybiorą się na ten film z myślą o innym „Escape Roomie”:) Na decyzję o stworzeniu kontynuacji (którą to także ma wyreżyserować Adam Robitel, a scenariusz najprawdopodobniej napisze Bragi F. Schut, czyli połówka pisarskiego duetu odpowiadającego za scenariusz części pierwszej) wpływ pewnie miał komercyjny sukces omawianego obrazu. Na całym świecie film zarobił trochę ponad sto pięćdziesiąt milionów dolarów, podczas gdy jego koszt (budżet filmu) oszacowano na dziewięć milionów dolarów. W Polsce zrezygnowano z dystrybucji kinowej w związku z tragedią, do jakiej doszło w Koszalinie (pięć ofiar śmiertelnych w jednym z escape roomów) parę dni przed planowaną polską premierą filmu Adama Robitela.

Może to dziwne, ale pierwszym filmem, o którym pomyślałam oglądając „Escape Room” wcale nie był inny obraz o pokojach zagadek. Ani „Piła”, „Cube”, czy jakiś inny obraz traktujący o ludziach poddawanych śmiertelnie niebezpiecznym próbom. Pierwszym tytułem, który przemknął mi przez głowę był „Wysłannik piekieł” („Hellraiser”) Clive'a Barkera, bo choć wiedziałam z jakiego rodzaju historią mam tutaj do czynienia (zdradza to już sam tytuł filmu), to zanim „weszłam” do pokoju zagadek, przyjrzałam się zaproszeniom, tak podobnym do kostki Lemarchanda. Małych pudełek podrzuconych kilku osobom nie da się otworzyć ot tak. Trzeba się trochę nagimnastykować, ruszyć głową, znaleźć na to metodę, czyli podobnie jak w przypadku kostki Lemarchanda z „Wysłannika piekieł” (a właściwie to całej serii spod znaku „Hellraisera”). Skojarzeń z serią „Cube” i przede wszystkim z „Piłami” uniknąć się oczywiście nie dało, tyle że pojawiły się one troszkę później. Niedługo po wprowadzeniu, myślę że zainspirowanych wspomnianym dziełem (filmowym bądź literackim) Clive'a Barkera, pudełeczek z zaproszeniami do ekskluzywnego escape roomu. Myślałam też rzecz jasna o „Escape Roomie” Willa Wernicka (obrazu Petera Dukesa pod tym tytułem nie widziałam), ale jednocześnie towarzyszyła mi świadomość, że to nie do końca te klimaty. Przedsięwzięcie to ani nie jest tak brutalne jak „Piły”, ani tak klaustrofobiczne, jak filmy spod znaku „Cube'a”. Ani tak głupiutkie, jak wspomniany film Willa Wernicka. Protagonistów jest sześcioro – dwie kobiety i czterej mężczyźni – ale już na początku „Escape Roomu” można zauważyć, że na pierwszy plan wysuwa się Zoey. Studentka odznaczająca się imponującą biegłością w naukach ścisłych. To znaczy imponującą mnie: istnemu głąbowi matematycznemu. Już sam ten talent Zoey może zrodzić skojarzenia z serią „Cube”, choć nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że nie został ona należycie w tym obrazie wykorzystany. Spodziewałam się jakichś skomplikowanych procesów myślowych zachodzących w jej głowie, budzących zazdrość błyskawicznych obliczeń, z których skorzysta cała grupa ludzi zamkniętych w...hmm... luksusowym budynku pełnym zagadek. Logiczne myślenie faktycznie bardzo się tutaj przyda – ta młoda kobieta istotnie będzie dla tej grupy bardzo cenna, ale powiedzmy sobie szczerze, łamigłówki przygotowane przez organizatorów tej okrutnej gry nie dawały jej wielkiego pola do popisu. To znaczy skomplikowanych działań matematycznych, czy też wyzwań, w których niezbędna okaże się jej rozległa wiedza w zakresie fizyki albo chemii, tak na dobrą sprawę tutaj nie znajdziemy. Co nie znaczy, że zagadki, z którymi będą musieli zmierzyć się nasi bohaterowie ciekawości we mnie nie wzbudzały. Bragi F. Schut i Maria Melnik nie szli tutaj po linii najmniejszego oporu, w mojej ocenie nie wykazali się jakąś rażącą naiwnością w konstruowaniu wszystkich tych wyzwań, którym są poddawani ich bohaterowie. Pułapki nie są co prawda tak zmyślne, jak te w wykonaniu Jigsawa i jego następców/naśladowców, ale i nie mogę powiedzieć, że ewidentnie brakowało im kreatywności. Pomysły owszem były. I w gruncie rzeczy nie były to koncepcje pozbawione polotu. Niektórych może jednak uderzyć zbytnie asekuranctwo twórców, rozpaczliwe wręcz uciekanie od materii gore/torture porn, której to przecież ma się prawo oczekiwać od opowieści osadzonej w budynku naszpikowanym różnymi śmiercionośnymi pułapkami. W tym sensie także nie mamy do czynienia z powtórką głośnych „Pił” - w „Escape Roomie” Adama Robitela nie zobaczymy długich scen tortur, obfitego rozlewu krwi protagonistów, odrażających ran wykwitających na ich ciałach etc., bo i nie jest to horror z nurtu torture porn. Albo inaczej: ja nie odbierałam tego obrazu w takich kategoriach. Dla mnie jest to thriller i jako takowy całkiem nieźle się sprawdził. Tak, dobrze rozumiecie: absolutnie nie miałam Adamowi Robitelowi i jego ekipie za złe tego, że trzymali się z dala od krwawej makabry, że nawet nie próbowali wzbudzić skrajnej odrazy w odbiorcach, bo w zamian dali mi sukcesywnie narastające napięcie wynikające z coraz to bardziej rozpaczliwego położenia niezaniedbywanych protagonistów.

Wydaje się, że ktoś taki jak Zoey (przekonująca kreacja Taylor Russell) szybko wysunie się na pozycję liderki, a bo od początku najwidoczniej jest ona najlepiej przygotowana do takiego wyzwania, z jakim przyszło zmierzyć się jej i pozostałym nieszczęśnikom zaproszonym do śmiercionośnego escape roomu. Nawet mający ogromne doświadczenie „w tego typu rozrywce” (w przeciwieństwie do jego towarzyszy) młody mężczyzna imieniem Danny nie jawi się niczym naturalny kandydat na lidera. Bo dla nas, odbiorców „Escape Roomu”, od początku będzie wiadome, że nie są to zwyczajne pokoje zagadek. To nie jest kolejna zabawa w szukanie wyjścia z zamkniętych pomieszczeń pod presją czasu, w rozwiązywanie niewinnych łamigłówek. Bądź po prostu w czekanie aż ktoś nas wypuści. To znaczy, jeśli w tego typu przybytkach zagadki nas przerosną to nie mamy czym się martwić, bo tak naprawdę w każdej chwili możemy wydostać się z takiego pomieszczenia. Takiej możliwości nie mają jednak bohaterowie omawianego filmu Adama Robitela. Tutaj jeśli szybko nie opuścisz danego pokoju, to z całą pewnością zginiesz. Zasady doskonale znane Danny'emu z dziesiątków escape roomów, które odwiedził, tutaj nie obowiązują. Wzywanie pomocy na nic się nie zda. Protagoniści nie mogą liczyć na żadne koła ratunkowe – ani ekstra podpowiedzi, ani tym bardziej przerwanie „zabawy” na ich żądanie. Siedzenie i czekanie na zbawienne otwarcie drzwi naturalnie także nie wchodzi w grę. Wydaje się więc, że jedyne, co nasi bohaterowie mogą zrobić w tej arcytrudnej sytuacji to podjęcie rękawicy, dostosowanie się do chorych reguł narzuconych przez jakieś tajemnicze persony (albo personę), które zważywszy na wystrój głównego miejsca akcji, biedne nie są. Właściwie to łatwo domyślić się UWAGA SPOILER z jakiego rodzaju procederem mamy tutaj do czynienia. Zwłaszcza jeśli widziało się dosyć głośne „Hostele” i im podobne, tj. filmy dotykające problematyki obrzydliwie majętnych ludzi dostarczających sobie bez wątpienia chorych bodźców KONIEC SPOILERA. „Escape Room” jakoś szczególnie mnie więc nie zaskoczył. Nie w sensie uderzenie zdumiewającym zwrotem akcji, motywem zmieniającym moje dotychczasowe spojrzenie na fabułę. Naprawdę, spodziewałam się czegoś takiego, i nie mam wątpliwości, że wielu widzów na takie wyjaśnienie też, już na wczesnym etapie filmu, się przygotuje. Ta przewidywalność zanadto w odbiorze „Escape Roomu” mi nie przeszkadzała, chociaż oczywiście element zaskoczenia w dalszej partii przysłużyłby się mu. Pod warunkiem oczywiście, że nie byłby przekombinowany. Swoją drogą, możliwe że ten co najwyżej kapiszon, który to został wrzucony w końcówkę „Escape Roomu” co poniektórych zirytuje też z jeszcze przynajmniej jednego powodu. Możliwe, że w ich oczach realizm nie zostanie tutaj zachowany, że trudno im będzie wziąć na wiarę wszystko to, co zobaczą w ostatniej partii. Mnie też szczerze mówiąc jeden moment trochę zgrzytał. UWAGA SPOILER Mowa o wystroju tytułowego miejsca zastałym przez policjantów. Potem jednak pomyślałam, że rujnowanie nie wymaga dużo czasu i wysiłku. Nie wierzycie? To przyjrzyjcie się choćby tylko polskiej arenie politycznej:) KONIEC SPOILERA. Jak już wspomniałam twórcy dosyć wprawnie żonglują tutaj napięciem, na deficyt emocji narzekać w sumie nie mogłam, ale i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że nie wykorzystano całego potencjału drzemiącego w tym pomyśle. Atmosfera mogła być zdecydowanie mroczniejsza - niestety trochę plastiku z tego przebija. Jestem przekonana, że towarzyszyłoby mi silniejsze poczucie klaustrofobii, gdyby postawiono na zdecydowanie bardziej przyblakłe barwy, gdyby biła z tego przytłaczająca ponurość i oczywiście gdyby praca kamer była silniej skoncentrowana na tworzeniu ułudy przebywania w pomieszczeniach jeszcze ciaśniejszych niż są one w rzeczywistości. Ale i tak mogło być dużo gorzej. Na przykład można było dać szersze pole do popisu twórcom efektów komputerowych, jak przystało przecież na „szanujący się” współczesny film z głównego nurtu... Więc tak, uważam, że warstwa techniczna jest do strawienia. Zachwycić miłośników kina grozy ten klimat pewnie nie zachwyci, ale i możliwe, że doświadczenie z nowszym mainstreamem każe im przygotować się na coś dużo słabszego, od tego co zastaną. Ja w każdym razie myślałam, że będzie nieporównanie gorzej.

W mojej ocenie nawet na tle współczesnego kina grozy (które to, ogólnie rzecz ujmując, uważam za dużo gorsze od tego niegdysiejszego, XX-wiecznego), „Escape Room” Adama Robitela, nie prezentuje się jakoś szczególnie nadzwyczajnie. Nie jest to mocno wyróżniający się thriller, którego na pewno szybko z pamięci nie wyrzucicie. Ale kto powiedział, że tylko takie produkcje warto oglądać? Owszem, wyjątkowe dzieło to to nie jest, ale przyswaja się naprawdę nieźle. Na te mniej więcej półtorej godziny, co najmniej jako taką rozrywkę (jakkolwiek niestosownie to brzmi w przypadku filmu o śmiercionośnych pułapkach) ma szansę wielu osobom zapewnić. Mnie w każdym razie trochę emocji zapewnił, a i z zaangażowaniem się w tę niezbyt odkrywczą i z gruntu prostą opowieść, nie miałam większym problemów. Tak, dosyć dobrze się to oglądało.