Stronki na blogu

piątek, 9 listopada 2012

Najlepsze ghost stories (spoilery)

Głosowanie na najlepsze ghost stories dobiegło końca. Przy okazji prezentacji wyników poniżej przybliżam nieco najpopularniejsze motywy tego typu horrorów/thrillerów oraz sposoby budowania grozy.
Postać ducha, obok wampira i wilkołaka, towarzyszy filmowemu horrorowi niemalże od początku jego istnienia. Ludzie od zawsze zastanawiali się, co też dzieje się z nimi po śmierci, a ich wiara w duchy przetrwała do dziś. Nic więc dziwnego, że twórcy horrorów tak często decydują się na straszenie, ale również oswajanie widzów ze świadomością ich nieuchronnej śmierci oraz jednym z możliwych scenariuszy ich pozaziemskiego bytu.
Ghost story na przestrzeni lat dostosowywała się do wymagań odbiorców – kiedyś straszonych subtelnymi środkami, rzadko konfrontowanych z zagrożeniem. Klasyczna groza budowana na niezdefiniowanych, delikatnych w swej prezentacji zjawiskach pozostawiała dużą przestrzeń dla wyobraźni odbiorcy, która często okazywała się bardziej przerażająca od najwymyślniejszych efektów specjalnych. Wystarczyła mroczna sceneria, szarpiąca nerwy ścieżka dźwiękowa i suspens, aby wprowadzić widza w pewnego rodzaju dyskomfort emocjonalny. Obecnie era klasycznych ghost story w szybkim tempie zanika. Współczesnym odbiorcom nie wystarczy już obietnica czającego się w cieniu zagrożenia – oczekują dosłowności, chcą zobaczyć źródło swojego lęku w całej jego okazałości. Twórcy starają się dostosować sposoby straszenia do oswojonych z dosłownością widzów dając im mocniejszą ścieżkę dźwiękową, jeszcze mroczniejszą scenerię i kolorystykę obrazu, posiłkując się licznymi jump scenami oraz generując komputerowo coraz to wymyślniejsze zjawy. Ale choć ewokacja grozy uległa drastycznej zmianie na przestrzeni wielu lat bytności ghost story na ekranie, główne motywy pozostały takie same.

Nieprawdą jest, że tylko slashery trzymają się utartej konwencji. Filmy nurtu ghost story również obracają się, w większym lub mniejszym stopniu, wokół kilku integralnych motywów. Jednakże jedną z kluczowych różnic pomiędzy slasherem a opowieścią o duchach jest element tajemnicy – intryga, która najczęściej zmierza do całkowitego zaskoczenia odbiorcy. W slasherach nietrudno domyślić się, kto zabija, a nawet, w jakiej kolejności będą ginąć protagoniści, natomiast, aby odpowiedzieć sobie na kluczowe pytania wynikłe z poszczególnych fabuł ghost story często trzeba mocno pogłówkować, co w przypadku naprawdę dobrych produkcji z tego nurtu na ogół i tak jest bezcelowe, gdyż twórcy na wszelkie możliwe sposoby starają się zdezorientować odbiorcę, coraz to nowymi, przeważnie całkowicie bezużytecznymi tropami. Oczywiście, nie jest to nieodzowne - czasem po prostu serwuje nam się niewymagającą myślenia opowieść, nastawioną raczej na straszenie aniżeli jakąś skomplikowaną tajemnicę fabularną. Żeby dokładniej zobrazować istotę ghost story poniżej przedstawiam najpopularniejsze motywy tego typu filmów wraz z kilkoma przykładami.

Motywy ghost stories

1. Przeprowadzka do nowego domu
Zawiązanie akcji najdobitniej wykorzystane w „Horrorze Amityville” Stuarta Rosenberga z 1979 roku i „Duchu” Tobe Hoopera z 1982 roku. W tym pierwszym szczęśliwa rodzina wprowadza się do dużego domostwa, w którym niegdyś dopuszczono się zbiorowego mordu (najprawdopodobniej za sprawą podszeptów duchów), a w tym drugim kolejna wesoła familia zajmuje domek, postawiony na starym indiańskim cmentarzu. Jak można się tego spodziewać obie rodziny wkrótce zostaną skonfrontowane z pozaziemskimi siłami – ich źródło będzie inne, ale efekt podobny. Motyw tzw. poltergeista, złośliwego ducha uprzykrzającego życie żywych oraz klasycznego nawiedzenia danego obiektu przez wymykające się logice, nadnaturalne siły. Tutaj można śmiało dopisać ekranizację opowiadania Stephena Kinga „1408” wyreżyserowaną przez Mikaela Hafstroma z 2007 roku i niedawne „Szepty” Nicka Murphy’ego. Z tą różnicą, że w tym pierwszym mamy bardziej dosłowną grozę wynikłą z nawiedzonego pokoju hotelowego, a w drugim gotyckie, pełne subtelności straszenie w rzekomo opętanej przez duchy szkole dla chłopców.
2. Odwrócenie ról
Nastawiony na całkowite zaskoczenie odbiorcy motyw uczynienia z głównego bohatera/bohaterów ducha. Praktycznie cała oś fabularna takich filmów polega na podrzucaniu widzom drobnych tropów, które często nie sposób właściwie zinterpretować. Subtelne straszenie podczas całego seansu nieuchronnie zmierza do finalnej kulminacji, która ma za zadanie odwrócić proporcje tak dobitnie, aby podczas ewentualnego ponownego seansu takiej produkcji odbierać go przez całkowicie inny pryzmat. Taki motyw wykorzystał w swojej książce pt. „Nawiedzony” James Herbert, która w 1995 roku została zekranizowana przez Lewisa Gilberta. W jego ślady poszli Alejandro Amenabar w 2001 roku, kręcąc znany thriller (moim zdaniem horror) gotycki „Inni” o straszeniu umarłych przez żywych oraz M. Night Shymalan, który w 1999 roku swoim „Szóstym zmysłem” zaskoczył chyba wszystkich jego odbiorców.
3. Wątpliwy stan psychiczny głównego bohatera
Kolejnym sposobem dezorientacji widza, tym razem potęgowanym podczas całego seansu zamiast samego finału jest kreacja głównego bohatera/bohaterki, która każe podejrzewać widzom, że nie ma do czynienia z żadną ingerencją sił nadprzyrodzonych, a najzwyklejszą chorobą psychiczną. Delikatnie wyczuwalne jest to w adaptacji książki Stephena Kinga pt. „Lśnienie”, wyreżyserowanej przez Stanley’a Kubricka, gdzie początkowo trudno jest rozszyfrować rzeczywistą istotę szaleństwa żądnego krwi swojej rodziny dozorcy hotelu (i tutaj znowu motyw nawiedzenia pewnego obiektu budowlanego). Podobnie rzecz ma się z kultowym „Nawiedzonym domem”, ekranizacją fenomenalnej powieści Shirley Jackson w reżyserii Roberta Wise’a, wszak aż do końcowych minut seansu tylko jedna protagonistka, mocno infantylna Eleanor jest świadkiem subtelnych ingerencji duchów w egzystencje osób żywych. Oczywiście, w ghost story, jak sama nazwa wskazuje, zawsze na końcu okaże się, że to jednak duchy były sprawcami całego szaleństwa, zaprezentowanego nam podczas projekcji filmu, ale zdarzają się też nastrojowe horrory, w których twórcy decydują się na tę drugą ewentualność - przykładem niech będą „Nieproszeni goście” z 2009 roku.
4. Spełnianie życzeń ducha
Istnieje całkiem spora liczba obrazów o dobrych lub umiarkowanie złych duchach, którzy nie mogą opuścić świata żywych z powodu jakiś niedokończonych spraw. Oczywiście, do tego zadania angażują głównego bohatera, który przez cały czas trwania filmu będzie się starał odkryć zamiary ducha (bo ten oczywiście nie może wyjawić mu ich wprost) oraz aby się go pozbyć ze swojego życia spełnić jego żądania. Najdobitniej rozwija ten motyw horror Davida Koeppa „Opętanie” oraz w niewielkim stopniu gotycka „Kobieta w czerni” Herberta Wise’a.
5. Badanie zjawisk paranormalnych
Ostatnim, wypatrzonym przeze mnie, popularnym motywem ghost story jest sprowadzenie do jakiegoś rzekomo nawiedzonego domu grupy ludzi, która ma za zadanie znaleźć jakieś sygnały, potwierdzające lub obalające krążące wśród ludzi plotki. Tutaj za przykład znowu może posłużyć „Nawiedzony dom” z 1963 roku oraz miniserial na podstawie scenariusza Stephena Kinga, wyreżyserowany przez Craiga R. Baxley’a pt. „Czerwona róża” z 2002 roku, którego prequel nakręcono w 2003 roku na podstawie powieści Ridley’a Pearsona.

Ostatnimi czasy, w coraz prężniej rozwijającej się erze paradokumentów, triumfy święci seria zatytułowana „Paranormal Activity”, której niskobudżetowa część pierwsza z 2007 roku, wyreżyserowana przez Orena Peli przyniosła twórcom zaskakująco wysokie zyski. Wygląda na to, że historia ghost story zatoczyła koło – ogromną rzeszę ludzi przestała już straszyć dosłowność, a poczęli szukać w kinie grozy dużej dawki realizmu. Co nie znaczy, że zabawa schematami i efektami komputerowymi całkowicie wypadły z łask – widać to na przykładzie „Naznaczonego” Jamesa Wana, który w 2010 i 2011 roku przyciągnął do kin całkiem pokaźną, spragnioną mocnych wrażeń grupę odbiorców.
Biorąc pod uwagę oczekiwania publiczności filmowa ghost story ma sporą szansę wyewoluować w całkiem interesującym kierunku. Jednakże, podobnie, jak ma to miejsce w przypadku pozostałych nurtów horroru, jak na razie oryginalne pomysły przegrywają z modą na remake’i, sequele, readaptacje, czy (o zgrozo) remake’i remake’ów oraz re readaptacje.

czwartek, 8 listopada 2012

„Nowojorski rozpruwacz” (1982)

Recenzja na życzenie (Nukie)
W Nowym Jorku grasuje seryjny morderca, który wydaje z siebie kwaczące odgłosy. Jego celem są zdeprawowane kobiety, poszukujące cielesnych uciech pod osłoną nocy. Tropem zabójcy podąża detektyw Williams.
Giallo w wydaniu Lucio Fulci’ego. Swego czasu film był zakazany w Finlandii, Australii, Wielkiej Brytanii, Norwegii i Niemczech. Dosłownie zmiażdżony negatywnymi opiniami krytyków, co oczywiście, pomijając nazwisko reżysera, przede wszystkim zachęciło mnie do zapoznania się z tym obrazem. ”Nowojorski rozpruwacz” w niczym nie przypomina najsłynniejszych filmów Fulci’ego, jak na przykład „Siedmiu bram piekieł”, czy „Miasta żywej śmierci”. Tutaj klimat nie jest tak duszący, a akcja skupia się na wielkomiejskim, zdeprawowanym życiu. Seks i przemoc jest tutaj na porządku dziennym, a w centrum tego wszystkiego znajdują się kobiety. Scen erotycznych jest całkiem sporo, ale w przeciwieństwie do amerykańskich teen-slasherów są one nieodzowne w zobrazowaniu szokującego zamysłu Fulci’ego. Otóż, reżyser wychodzi z założenia, że kobiety pod maską niewinności skrywają inne, całkowicie zdegenerowane oblicze. Bez względu na konsekwencje uprawiają seks na scenie przed sporą publicznością; podrywają przypadkowych mężczyzn w barze, aby „załapać się” na darmowy seks oralny (oczywiście, nie fatygując się nawet poszukiwaniem jakiegoś ustronnego miejsca), a nawet znajdują przyjemność w poczuciu zagrożenia, bólu i bezsilności. Słowem: niewyżyte nimfomanki, które nie znają takiego pojęcia, jak gwałt, a jeśli nawet to i tak potrafią znaleźć w nim przyjemność. Bulwersująca teza, ale tego rodzaju kino między innymi na tym polega. Twórcy nie przykładali większej wagi do nieuniknionego wyklęcia ich filmu – konsekwentnie, czasem wręcz z brutalną dosłownością obrazowali swój główny zamysł, w efekcie kręcąc film, którego nie sposób zbyt szybko zapomnieć. Swoją drogą feministki miałyby używanie:)
Jak to w giallo akcja skupia się na śledztwie, prowadzonym przez detektywa Freda Williamsa, przerywanym kilkoma średnio krwawymi scenami mordów. Ewenementem jest sama postać mordercy, która każe widzowi sądzić, że Fulci do pewnego stopnia naigrawa się z nurtu giallo. Kwaczący głos zabójcy nosi wszelkie znamiona autoparodii, w interesujący sposób kontrastując z bestialskimi czynami, których się dopuszcza. Kolejnym plusem jest sceneria – brudne, odrapane, pełne graffiti budynki, z nocnymi klubami na czele, co znacznie potęguje atmosferę wszechobecnego zepsucia. Aczkolwiek klimat podczas scen mordów znacznie zakłóca skoczna ścieżka dźwiękowa, skomponowana przez Francesco De Masi, która nijak ma się do prezentowanych, przerażających wydarzeń. Zdecydowanie najsłabszy element tego obrazu. Sama intryga kryminalna może zaskoczyć niejednego odbiorcę, gdyż twórcy stosują zgrabne zwroty akcji, które dezorientują widza na tyle, iż w końcu całkowicie rezygnuje z „szukania mordercy” pośród tej garstki bohaterów, z którymi ma do czynienia. Szczególnie zaskakuje pełen niespodzianek finał, ale najbardziej w pamięć wbija się scena, mająca miejsce troszkę wcześniej – swego rodzaju wizytówka „Nowojorskiego rozpruwacza”. Mowa tutaj oczywiście o kultowym momencie rozcinania żyletką sutka i oka kobiety – najkrwawsza, najdłuższa i najbardziej odrażająca scena gore w całym obrazie. Gwarantuję, że długo tego nie zapomnicie.
W „Nowojorskim rozpruwaczu” zabrakło mi odrobinę tego charakterystycznego dla Lucio Fulci’ego sposobu filmowania, z licznymi zbliżeniami na oczy bohaterów i rzecz jasna okaleczone ciała, aczkolwiek pomijając ten fakt (i denerwującą ścieżkę dźwiękową) film ma swój odrażający urok. Bulwersuje, intryguje, a jedną sceną nawet mocno zniesmacza odbiorcę. Seans odradzam jedynie zatwardziałym feministkom, gdyż przesłanie wydaje się być całkowicie sprzeczne z ich przekonaniami – pozostałe kobiety z pewnością również mocno zbulwersuje, co w tego rodzaju obrazach należy brać na plus. Jednym zdaniem: kwintesencja włoskiego giallo w wykonaniu „mojego” mistrza.

środa, 7 listopada 2012

Ewa Ostrowska „Kamuflaż”

Małym miasteczkiem w Nevadzie wstrząsa potworna zbrodnia – ktoś porywa sześcioletniego chłopca. Miejscowy szeryf, Stan Haig, angażuje wszystkich swoich ludzi do poszukiwań. Policja stanowa przysyła mu pomocnika, Collina Petersa. Mężczyźni są przekonani, że mają do czynienia z kidnaperem, który niebawem odezwie się w sprawie okupu. Jednak kilka dni później matka chłopca znajduje przed domem manekina ze skalpem jej synka na głowie. Haig i Peters stają do walki z czasem – tym bardziej, że morderca ani myśli poprzestać na jednym chłopcu.
Thriller psychologiczny polskiej pisarki i dziennikarki, którego akcja rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych. Na początku odrzucił mnie odrobinę styl – szczególnie pełne niepotrzebnej egzaltacji dialogi, z licznymi powtórzeniami oraz chaotyczne przemyślenia protagonistów. Jednak z czasem do tego pierwszego zdołałam się przyzwyczaić, natomiast to drugie skutecznie gmatwało całą intrygę kryminalną, co znacznie utrudniało przedwczesne odkrycie tożsamości sprawcy. Aczkolwiek i tak udało mi się ją rozszyfrować, tyle, że w tym przypadku nastręczyło mi to sporych trudności. Więc przewidywalności na pewno nie można „Kamuflażowi” zarzucić, co jest bardzo ważne w tego rodzaju, opartej na śledztwie literaturze.
Bohaterowie miejscami są odrobinę niedopracowani, mało konsekwentni osobowościowo. Na przykład Peters, który w jednej chwili kreuje się na twardego glinę, żeby zaraz potem wyłuszczać Haigowi całą swoją bolesną przeszłość. Podobnie jest z psycholog sądową, zimną jak lód Jennifer, która dość szybko pęka, odsłaniając całkowicie inną twarz. Zdaję sobie sprawę, że tacy protagoniści byli nieodzowni, biorąc pod uwagę główny zamysł autorki (na który wskazuje już sam tytuł), ale w moim mniemaniu troszkę za szybko, właściwie bez wyraźnego powodu odkrywali swoje prawdziwe „ja”. Tymczasem modus operandi mordercy, który najpierw w bestialski sposób zabija dzieci, żeby dopiero później przerzucić się na dorosłych z pewnością zelektryzuje niejednego czytelnika, na tyle, aby przymknąć oko na drobne niedoróbki warsztatowe. Ostrowska w niezwykle wnikliwy sposób przenika do umysłów rodziców, którym odebrano jedyne dzieci, obrazując ich osobistą tragedię od tak wzruszającej strony, że przyznam się szczerze, nieraz zakręciła mi się łezka w oku. Ponadto nasz nieprzeciętnie inteligentny sprawca na wszystkie możliwe sposoby dezorientuje organy ścigania, podrzucając na miejscach zbrodni nieprzydatne ślady, aby skierować uwagę policjantów na kogoś innego. Jego kamuflaż jest na tyle skuteczny, że zarówno policja, jak i czytelnik na początku lektury niejednokrotnie dają się zwieść jego choremu umysłowi. Jednakże krzywdzące dla autorki byłoby przypisywanie tytułu powieści jedynie postaci mordercy. Ewa Ostrowska na kartach tej powieści przedstawia nam małomiasteczkową społeczność. Życzliwych, towarzyskich, szanowanych ludzi, którzy skrywają przed oczami swoich sąsiadów wstydliwe tajemnice, na co dzień przywdziewają maski, przysłaniające ich prawdziwe, mroczne tożsamości. To w połączeniu z jakże wnikliwymi obserwacjami na temat życia w małym miasteczku, w którym wszyscy się znają, sprawia, że „Kamuflaż” nie jest jedynie kolejnym brutalnym thrillerem, traktującym o pościgu za zbrodniarzem, ale również rzetelnym studium psychiki ludzkiej, ze szczególnym wskazaniem na jej negatywne strony. Obok bestialskich mordów niewinnych dzieci autorka porusza również problem pedofilii i podobnie, jak to ma miejsce w przypadku zobrazowania reakcji rodziców na wieść o śmierci ich pociech tutaj również bez wahania wnika w umysły skrzywdzonych w dzieciństwie kobiet, udowadniając czytelnikowi, że pedofilia jest drugą z najgorszych zbrodni, jaką człowiek może popełnić względem bliźniego.
„Kamuflaż” to bardzo mroczny thriller psychologiczny, o jakże pesymistycznej wymowie. I choć styl odrobinę kuleje z czasem dynamika akcji odwraca od niego uwagę odbiorcy, który jestem tego pewna, daje się całkowicie porwać przerażającej intrydze, skonstruowanej przez Ewę Ostrowską, aż do wstrząsającego finału. Jak najbardziej polecam nie tylko wielbicielom kryminałów, ale również życiowych prawd, o których autorka zdaje się sporo wiedzieć.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 5 listopada 2012

Łukasz Śmigiel „Mordercy”

Zbiór dwunastu opowiadań, autorstwa redaktora naczelnego wydawnictwa Dobre Historie, Łukasza Śmigla. Z pozoru, każda historia zamieszczona w niniejszej książce porusza całkowicie inną tematykę, ale łączy je jedno: zbrodnia, popełniona przez różnych sprawców i z różnych, czasem haniebnych, a kiedy indziej, wręcz szlachetnych powodów. Po zapoznaniu się z twórczością Śmigla, mówiąc kolokwialnie, jestem niesamowicie wkurzona. Jego „Mordercy” trafiły na nasz rynek w ubiegłym roku i choć wówczas obił mi się o uszy ten tytuł to z pewnością nie można powiedzieć, że był on jakimś wielkim hitem literackim. Niesłusznie! Po wielu poszukiwaniach wśród polskich autorów wreszcie znalazłam osobę, której twórczość zauważalnie wybija się ponad poziom. Śmigiel nie posiłkuje się slangiem młodzieżowym, czy tzw. rynsztokowym słownictwem, które to tak bardzo męczą, spragnionego dobrych historii czytelnika. Jego styl odznacza się pewną dozą dojrzałości, ale bez nadmiernej przesady – autor skupia się przede wszystkim na konsekwentnym snuciu opowieści, bez niepotrzebnego moralizowania, czy żmudnego atakowania odbiorcy przydługimi opisami sytuacyjnymi. Jego opowiadania mają niewiele wspólnego z typową polską literaturą nie tylko przez wzgląd na warsztat pisarski, ale również miejsca akcji i personalia bohaterów – jeśli ktoś nie znałby nazwiska autora niniejszego zbiorku z całą pewnością nie domyśliłby się, że został napisany przez naszego rodaka.
Nie jestem w stanie wytypować spośród tych dwunastu historii swojego faworyta, gdyż jak dla mnie wszystkie historie Śmigla utrzymują się na tym samym, wysokim poziomie. Każda z nich intryguje czytelnika czymś innym, przy okazji przekonując go, że w kilku przypadkach autor musiał sporo napracować się przy zbieraniu informacji na temat zwyczajów, folkloru i historii innych państw, gdyż gdzieś tam w tle Śmigiel przytacza nam kilka nieodzownych dla wymyślonych przez siebie opowieści informacji. A porusza szerokie spektrum zagadnień od horroru, przez kryminał i thriller po fantastykę. Mamy tutaj wilkołaki, demony podróże w czasie, Armagedon i życie niedobitków w postapokaliptycznym świecie, kanibalizm, nekrofilię (tutaj mała inspiracja opowiadaniem Stephena Kinga), reinkarnację, wskrzeszanie umarłych, neonazistów, inkwizycyjne tortury i oczywiście morderców. Znalazło się nawet miejsce na klasyczne retro kryminały z inteligentnymi, twardymi detektywami na czele. Praktycznie każdy wielbiciel mrocznych gatunków literackich powinien znaleźć tutaj coś da siebie – od entuzjastów intrygujących tajemnic, przez sympatyków fantastycznych stworów po miłośników krwawych jatek, które dzięki swojej oszczędności nie popadają w groteskę, a co za tym idzie mają szansę zniesmaczyć niejednego odbiorcę.
Każde z dwunastu opowiadań Łukasza Śmigla dostarczyło mi szerokiego spektrum emocji, każde czytało się, jak przysłowiowe marzenie, nie tylko przez wzgląd na znakomite pomysły autora, ale przede wszystkim dzięki jego niebywałym w Polsce zdolnością narracyjnym. „Mordercy” to jeden z najlepszych zbiorów opowiadań, z jakimi miałam dotychczas do czynienia, w niczym nieustępujący twórczości zagranicznych pisarzy. Dobrze wiedzieć, że wydawca ostatniego hitu – magazynu „Coś na progu” – tak mistrzowsko włada piórem. Jeśli ktoś nie przepada za literaturą polskich autorów zapraszam do lektury „Morderców” Śmigla, bo po samych tekstach nawet nie zauważy, że niniejszą pozycję napisał nasz rodak. I kto wie, może jego zachwyt zbliży się do mojego? Bo ja nadal nie mogę wyjść z podziwu.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 4 listopada 2012

„Pamięć absolutna” (2012)

Recenzja na życzenie
Douglas Quaid, pracownik fabryki, w której produkuje się androidy, znudzony monotonią życia, postanawia skorzystać z maszyny, która daje ludziom możliwość kilkudniowego złudzenia wymarzonej egzystencji. Jednak, kiedy mężczyzna życzy sobie przeżyć przygodę w roli agenta, maszyna wykrywa, że jest nim w istocie. Od tego momentu Douglas stanie się głównym celem sił porządkowych, tak naprawdę nie wiedząc, kim właściwie jest.
Film twórcy „Underworlda”, Lena Wisemana. Do obejrzenia zachęciła mnie recenzja Aeth tylko z jednego, dla wielu pewnie nieistotnego powodu. Otóż, mam słabość do kobiecych czarnych charakterów, a filmów z takimi postaciami, wbrew pozorom nie nakręcono zbyt wiele. Remake kultowego obrazu z 1990 roku, obiektywnie rzecz biorąc niewiele ma wspólnego z oryginałem, więc daruję sobie jakiekolwiek porównania. „Pamięć absolutna” to mieszanka science fiction i filmu akcji, przeznaczona jedynie dla osób z góry nastawionych na spektakularne efekty specjalne, widowiskowe sceny walki wręcz i strzelanki. Z kolei jeśli ktoś spodziewa się czegoś ambitnego powinien sobie odpuścić. Wiseman nakręcił film, który ogląda się jedynie w celach całkowicie rozrywkowych, bez pretendowania do jakiegoś drugiego, głębszego dna. Z takim podejściem zasiadłam do „Pamięci absolutnej” i bawiłam się wręcz wyśmienicie, tyle że nie oglądałam jej z takiej pozycji, z jakiej zapewne chcieliby tego twórcy.
Jak już wspomniałam uwielbiam role twardych, wrednych kobiet i jeśli takowa w jakimkolwiek obrazie się pojawi, a w dodatku będzie magnetyzująco odegrana z miejsca zdobędzie moją sympatię. Chyba lepszej aktorki od Kate Beckinsale nie mogłam sobie wymarzyć i nawet protagoniści (również wielkie gwiazdy Hollywoodu), Colin Farrell i Jessica Biel (Timberlake), w konfrontacji z nią wypadali niezwykle blado. To nie tyle zasługa ich błędów zawodowych, ile specyfiki ich bohaterów, którzy w zestawieniu z czarnym charakterem w wykonaniu Beckinsale są praktycznie niewidoczni. Więc, jak zwykle w takich przypadkach, obejrzałam sobie „Pamięć absolutną” kibicując antagonistce (wiem, że to trochę chore), nastawiając się na czystą, efekciarską, pełną akcji rozrywkę i ku mojemu zaskoczeniu czas upłynął mi w błyskawicznym tempie. Sama fabuła, jak już wspomniałam, nie pretenduje do niczego ambitnego, a nawet jak dla mnie, mimo kilku zwrotów akcji, w postaci kolejnych rewelacji odnośnie prawdziwej tożsamości Quaida, pozbawiona jest również jakiegoś mocniejszego elementu zaskoczenia. Mamy rządzącego miastem i androidami ważniaka, dla którego pracuje Beckinsale, który za wszelką cenę pragnie schwytać Farrella, któremu z kolei pomaga Biel. Mamy ruch oporu i troszkę manipulacji (jak w serialu „V:Goście”) – mowa tutaj o intrygującej rozmowie Quaida z jego najlepszym przyjacielem, w której nasz bohater na chwilę traci wiarę w swoją prawdziwą tożsamość i choć widzów na pewno nie uda się twórcom oszukać należy oddać im sprawiedliwość, że ten konkretny moment, bazuje na całkiem ciekawym pomyśle. Ponadto, efekty specjalne, tak nieodzowne dla tego gatunku filmowego, ze szczególnym wskazaniem na ciągłe wybuchy, pościgi, strzelanki i moim zdaniem najlepsze walki wręcz robią naprawdę spore wrażenie (wysoki budżet, aż wylewa się z ekranu). Szczególnie zachwyca pierwsze starcie Quaida ze swoją nemezis, akcja w i na windach oraz scena pościgu latającymi samochodami. Twórcy postarali się również o przykuwającą oko scenerię niedalekiej przyszłości – wąskie uliczki, pełne ludzi; mroczne, obdrapane budynki dla kontrastu pełne zdobyczy najnowszej technologii. Jak dla mnie w tym aspekcie twórcy całkowicie popuścili wodze wyobraźni..
Zawiodło mnie jedynie zakończenie – bardziej przewidywalne i bardziej cukierkowe już być nie mogło. Niestety, Wiseman wybrał najgorszy możliwy finał, czym odrobinkę zepsuł mi ogólną ocenę tego obrazu. Ale poza tym, dostałam coś, czego akurat potrzebowałam, ale raz jeszcze powtarzam potencjalnym widzom tej produkcji: odpowiednie nastawienie jest w tym przypadku najważniejsze. Jeśli będziecie porównywać remake z oryginałem lub oczekiwać, czegoś ambitnego, nici z dobrej zabawy. Z kolei entuzjastom pełnego dynamicznej akcji science fiction jak najbardziej polecam, ale jedynie w celach czysto rozrywkowych – a czy nie o rozrywkę przede wszystkim w kinie chodzi?

sobota, 3 listopada 2012

„Efekt motyla” (2004)

Evan Treborn w dzieciństwie cierpiał na sporadyczne zaniki pamięci. Obecnie studiuje psychologię i ma ambicję rozwikłać wszystkie tajemnice pamięci ludzkiej. Wkrótce odkrywa, że za pomocą swoich dzienników może przenieść się do czasów dzieciństwa i całkowicie zmienić zarówno swoje życie, jak i ludzi z jego otoczenia. Evan postanawia, za pomocą drobnych modyfikacji w przeszłości poprawić egzystencję każdego, na kim mu zależy. Problem w tym, że przyszłość nie chce dostosować się do jego oczekiwań.
Hollywoodzki thriller science fiction J. Mackye’go Grubera i Erica Bressa z gwiazdorską obsadą. Inspiracją do napisania scenariusza była znana teoria, mówiąca, że jakoby trzepot skrzydeł motyla może wywołać poważny kataklizm po drugiej stronie globu. Na początku zapoznajemy się z kilkoma wydarzeniami z dzieciństwa Evana i jego znajomych. Spokojne przedmieście, skąpane w pastelowych kolorach i grupa dzieciaków przeżywająca swoje młodzieńcze, czasem traumatyczne przygody. Przy okazji jesteśmy świadkami kilku zaników pamięci Evana, w które to za kilka lat będzie na chwilę się „przenosił”, aby zmienić swoje życie. Dzięki czytaniu odpowiednich fragmentów swoich dzienników (które pisze od dzieciństwa) dorosły Evan odkrywa swoją niebywałą zdolność i… zaczyna mieszać. Twórcy wychodzą z założenia, że niemalże każda, nawet z pozoru nieistotna decyzja diametralnie wpływa na naszą przyszłość. Tak, więc usilne próby Evana, aby coś pozmieniać kończą się na przykład zmianą jego statusu na studiach – z wzorowego ucznia przekształca się w członka bractwa. Konserwatywne stroje zamienia na kiczowate fatałaszki w krzykliwych kolorach i wraz ze swoją dziewczyną tworzy parę a la Ken i Barbie. Ponadto trafia do więzienia, staje się inwalidą i tak dalej. Twórcy starają się zobrazować pęd Evana do zagarnięcia wszystkiego, co może zaoferować mu życie, przy okazji zapewniając godny żywot swojej matce i znajomym z dzieciństwa. „Efekt motyla” z pewnością nie jest jakimś efekciarskim, czy nawet trzymającym w napięciu thrillerem science fiction – raczej skupia się na intrygującym poprowadzeniu fabuły, a już same alternatywne egzystencje Evana, następujące po sobie w dość szybkim tempie przykuwają uwagę widza, któremu nie przeszkadza nawet banalne przesłanie.

UWAGA SPOILER
Zastanawia mnie tylko, dlaczego Evan po modyfikacji konkretnego zdarzenia z dzieciństwa i odkryciu, że po raz kolejny coś poszło nie tak, ani razu nie spróbował ponownie zaingerować w to samo wydarzenie, ucząc się na własnych błędach. Mamy na przykład moment morderstwa Tommy’ego przez Lenny’ego, do którego dochodzi tylko dlatego, że wcześniej Evan wręcza temu drugiemu kawałek ostrego żelastwa. Tak więc, moje pytanie brzmi: dlaczego po tym niefortunnym wydarzeniu Evan nie cofa się ponownie do owego konkretnego momentu i nie rezygnuje z wmieszania Lenny’ego w swoją konfrontację z Tommy’m? Podobnie rzecz ma się w trakcie podłożenia dynamitu do skrzynki pocztowej. Jak wiemy, dorosły Evan, dzięki swojej feralnej ingerencji w przeszłość traci obie ręce, ale tylko dlatego, że aby ocalić kobietę z dzieckiem stał za blisko miejsca wybuchu, podczas gdy Tommy powalił ją na ziemię. A wystarczyło jedynie ponownie cofnąć się do tego okresu i stanąć troszkę dalej od skrzynki. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nawet, gdyby Evan ponownie starał się naprawić swoje błędy i tak przeszkodziłby mu jakiś inny fatalny zbieg okoliczności, ponieważ na tym polegał zamysł twórców, ale jak dla mnie fabuła prezentowałaby się o wiele wiarygodniej, gdyby choć raz tego spróbował.
KONIEC SPOILERA

 „Efekt motyla” jest tego rodzaju obrazem, który nie pozwala widzowi na ani minutę nudy. Skierowany do szerokiego grona odbiorców, profesjonalnie zrealizowany i choć miejscami odrobinę nieprzemyślany i tak wzbudza zainteresowanie widzów, zmuszając ich nawet do kilku refleksji nad własnym życiem. Obsada, niestety poza kilkoma młodymi aktorami, z Jesse Jamesem na czele, nie trafiła w moje osobiste upodobania. Ashton Kutcher i Amy Smart zwyczajnie nie pasują mi do tego gatunku filmowego i nawet jeśli spisali się całkiem przyzwoicie, ich widok mówiąc oględnie, mocno mnie mierził. Zakończenie również mogłoby być lepsze – gdyby twórcy skrócili ten obraz o finalną scenę pozostawiliby furtkę do indywidualnej interpretacji, co w moim mniemaniu wywołałoby jeszcze więcej emocji u zaintrygowanych odbiorców. Ale przyznaję szczerze, że te niedoróbki wcale nie zmieniają faktu, iż „Efekt motyla” należy do wąskiej grupy moich ulubionych thrillerów science fiction, bo takich wrażeń, jakich zapewnia ta produkcja podczas seansu próżno szukać pośród miliona innych nudnawych obrazów hollywoodzkich. A czyż emocje nie są najważniejsze? Film, jak dotąd doczekał się dwóch kontynuacji, które niestety przegrywają z oryginałem na wszystkich możliwych frontach.

piątek, 2 listopada 2012

Dawid Kain „Punkt wyjścia”

Damian, pisarz, cierpiący na poważne depresje dowiaduje się od swojego znajomego o pewnej białej chacie, stojącej w głębi lasu, którą zamieszkuje tajemniczy uzdrowiciel i postanawia poszukać w niej inspiracji do kolejnej książki. Tymczasem, uzależniony od adrenaliny Rafał, poznaje pewną dziewczynę, która wprowadza go do elitarnego klubu, w którym ludzie dopuszczają się wyuzdanych rzeczy. Kiedy Damian i Rafał spotkają się z uzdrowicielem i odkryją moc słowa pisanego ich życie diametralnie się odmieni.
Głośno komentowany w Polsce horror metafizyczny, autorstwa dosyć znanego w naszym kraju Dawida Kaina. Czytelnicy zachwalali przede wszystkim nowatorską narrację, która jakoby dostarczyła im silnych, negatywnych emocji oraz przeszkodziła w całościowej interpretacji zamysłu autora. Ja, na przekór wszystkim, pokuszę się o całkowicie odmienną opinię. Jest takie ładne wyrażenie: „przerost formy nad treścią”, które po drobnej modyfikacji w pełni odda moje zdanie na temat tej pozycji – przerost treści nad formą, w moim mniemaniu znakomicie obrazuje „Punkt wyjścia”. Ilekroć sięgam po powieść polskiego autora trafiam na młodzieżowy slang, pełen wulgaryzmów i błędów językowych. Pewnie mam pecha w doborze lektur, ale naprawdę miałam nadzieję, że Kain zrezygnuje z tego rynsztokowego, męczącego, a często wręcz niezrozumiałego słownictwa. I po części tak było, bowiem narracja Damiana bardzo przypadła mi do gustu – dołujące, dojrzałe opisy jego rozterek egzystencjonalnych oraz aktualnych problemów, z którymi boryka się nasz kraj. Z całą pewnością ta postać wraz z całym depresyjnym inwentarzem jest najmocniejszym elementem tej powieści (obok fabuły, rzecz jasna), ale jest też Rafał – młody człowiek, poszukujący nocnych ekscesów. Alkohol, narkotyki, przygodny seks i bijatyki to jego żywioły, a więc nic dziwnego, że jego narracja prędzej trafi do młodego, obeznanego z takimi realiami czytelnika niż osoby „polującej” na piękny warsztat pisarski. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że właśnie oczyma Rafała obserwujemy wydarzenia w masochistycznym, elitarnym klubie oraz późniejszą rzeź – i niestety nie jesteśmy w stanie całkowicie wyklarować w swojej wyobraźni całego ogromu tego koszmaru, tylko z powodu ubogiego słownictwa narratora.
„Jestem bezkształtne nic, wymykające się wszelkim kategoriom i nazwom. Jestem tym, czym i wy się staniecie, gdy tylko zamienicie wygodne łóżka na niezbyt wygodne trumny, by w nich spędzać kolejne bezmyślne dekady.”
Jak już wspomniałam fabuła przypadła mi go gustu – niby schematyczna, ale przedstawiona z tak nowatorskiej strony, że siłą rzeczy przyciąga uwagę czytelnika, aczkolwiek szkoda, że Kain nie skupił się troszkę mocniej na drobiazgowych opisach sytuacyjnych, na większej objętości swojej pozycji, pozwalając odbiorcy całkowicie zatopić się w lekturze. Dał nam tylko zarys, pełen zaskakujących zwrotów akcji i mnogości interpretacji, co się chwali, ale w ogólnym rozrachunku oczekiwałabym troszkę większego skupienia na opowiadanej historii – mniej pseudo filozoficznych, często zabawnych spostrzeżeń Rafała, a więcej szczegółów na temat uzdrowiciela i jego tajemniczego procederu i byłoby (wyłączając ten nieszczęsny slang) niemalże idealnie.
Nie wiem, czy mogę z czystym sumieniem komukolwiek polecić tę pozycję. Nie wywołała we mnie niemalże żadnych mocniejszych emocji, a narracja Rafała tylko mnie zmęczyła. Jednakże wielu czytelników twierdzi, że „Punkt wyjścia”, za pośrednictwem postaci Damiana i jego schizofrenicznego spojrzenia na świat mocno ich zdołował – na mnie na pewno, aż tak mocno nie oddziaływał, ale aspekt psychologiczny, mimo wszystko, wybija się ponad poziom. Ponadto dostrzegłam jedynie potencjał, drzemiący w zarysie fabularnym, ale to chyba troszkę za mało, żeby z czystym sumieniem zachwalać tę powieść.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 1 listopada 2012

Konkurs Horror Online

Zapraszam wszystkich do wzięcia udziału w obiecującym konkursie największego polskojęzycznego portalu poświęconego szeroko pojętej grozie w sieci! Info poniżej:
Oglądasz nałogowo horrory? Jesteś uzależniony od literatury z dreszczykiem? Napisz recenzję książki lub filmu grozy i zgarnij nagrody! Autorzy najlepszych prac otrzymają również możliwość stałej współpracy z redakcją największego portalu o tematyce horroru w Polsce, Horror Online.

Recenzje wraz z danymi osobowymi i dopiskiem "Konkurs recenzencki" prosimy przysyłać do dnia 31.12.2012 na adres: horror.com.pl.konkurs@gmail.com

Nagrodami w konkursie są:

I Miejsce: Antologia „13 ran”; „Golem” Edwarda Lee; „Niewinna krew” Grahama Mastertona
II Miejsce: Antologia „13 ran”; „Golem” Edwarda Lee
III Miejsce: „Niewinna krew” Grahama Mastertona*

Maraton halloweenowy

„Nocne plemię” (1990)
Aarona Boone’a dręczą koszmary, w których widzi odrażające stwory, zamieszkujące podziemie cmentarza, zwanego Midian. Kiedy jego psychiatra, dr Decker, oznajmia mu, że jest winny morderstw kilku rodzin, o których przez swoją postępującą chorobę psychiczną nie pamięta, przerażony Boone rusza do Midian, aby spróbować wkupić się w łaski demonów i dołączyć do ich małej społeczności.
Mistrz makabry, Clive Barker, ma rzadko spotykany talent do przenoszenia swojej prozy na ekran. Często sam odpowiada za scenariusz i reżyserię (jak ma to miejsce w tym przypadku), ale nawet, jeśli jego książki ekranizują inni twórcy, wielbiciele jego twórczości rzadko mają się, do czego przyczepić (nie licząc sequeli). „Nocne plemię” jest ekranizacją niemalże idealną – nie pominięto prawie żadnego wątku powieści, co akurat w takich przypadkach nie jest dla mnie najważniejsze, bowiem na ogół wystarcza mi zachowanie głównych myśli autora książki, natomiast modyfikacja fabuły na ogół mi nie przeszkadza, ale wielbiciele wiernych ekranizacji powinni być zadowoleni. Film widocznie dzieli się na dwie części, przy czym pierwsza połowa prezentuje się o wiele okazalej. Mroczny klimat wyczuwalny jest przez cały seans, ale w trakcie początkowych scen dodatkowo mamy intrygującą aurę tajemnicy. Główny bohater boryka się z przerażającymi koszmarami sennymi, w których widzi wszelkiego rodzaju maszkary (znak rozpoznawczy Barkera) w niepokojącej scenerii starej nekropolii. Ponadto jesteśmy świadkami morderstwa dokonanego przez zamaskowanego psychopatę na trzyosobowej rodzinie, w jakże klimatycznej oprawie. Później Boone spotyka się z jeszcze jednym wyznawcą Midian, który tak bardzo pragnie dołączyć w szeregi demonów, że bez zastanowienia zdziera sobie skórę z twarzy. Po tym wydarzeniu Aaron ucieka do Midian, przy czym klimat tajemniczości nadal jest obecny (nawet w trakcie spotkania z dwoma jego mieszkańcami), aczkolwiek powoli zbliża się do finiszu.
W dalszej części seansu na scenę wkracza dziewczyna Boone’a, która stara się go odnaleźć w mrocznej nekropolii. Po czym przechodzimy do meritum Barkera, który za pośrednictwem tego obrazu pragnie chyba podkreślić różnicę pomiędzy ludźmi i demonami, przy czym potworów robi, wbrew wszelkim oczekiwaniom, z tym pierwszych. I tutaj wszelka tajemniczość momentalnie wyparowuje. Mroczna atmosfera i jakże interesująca sceneria podziemi Midian, oczywiście zostają, ale widz nie będzie już miał wielu okazji do niepokoju. Druga połowa filmu stawia przede wszystkim na akcję i kilka banalnych, ale w ogólnym rozrachunku, jakże trafnych spostrzeżeń na temat natury ludzkiej, zdolnej do niszczenia wszystkiego, czego nie jest w stanie objąć rozumem. Film nadal przyjemnie się ogląda (szczególnie wybija się poruszająca scena morderstwa pierwszego demona), ale niestety nie uświadczymy już tutaj tak niepokojących emocji, jak na początku seansu.
Główna rola przypadła Craig’owi Shefferowi i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że ją udźwignął, podobnie jak poboczni bohaterowie – Anne Bobby, Hugh Quarshie i (uwaga!) znakomity reżyser, David Cronenberg, we własnej osobie. Odtwórcy ról potworów dali z siebie chyba jeszcze więcej od nich, przy czym ich miażdżąca charakteryzacja, obok klimatu, jest chyba najmocniejszym, na długo wbijającym się w pamięć odbiorcy, elementem.
„Nocne plemię” zawsze było dla mnie kwintesencją Clive’a Barkera i kina lat 90-tych. To jeden z tego rodzaju obrazów, do którego, mimo kilku niedoróbek w scenariuszu (i w powieści), często z przyjemnością wracam.  Polecam osobom, poszukującym interesujących klasyków, które przecież są podporą tego gatunku.
„Dzieci kukurydzy” (1984)
Burt i Vicky przemierzają samochodem wyludnioną szosę w Nebrasce. Kiedy pod koła wpada im mały chłopiec szybko odkrywają, że ktoś najpierw poderżnął mu gardło. Chcąc zgłosić wypadek, wkładają ciało do bagażnika i ruszają na poszukiwanie małego miasteczka, Gatlin, leżącego nieopodal. Szybko odkryją, że w mieście nie ma ani jednego dorosłego, a rządy sprawują fanatyczne dzieciaki, oddające hołd bogowi kukurydzy.
Adaptacja jednego z moim ulubionych opowiadań Stephena Kinga., zachowująca jedynie główną oś fabularną jego prozy, tak więc osoby, które wymagają od tego rodzaju filmów drobiazgowej wierności z oryginałem powinni raczej sięgnąć po readaptację z 2009 roku. Właściwie cała seria „Dzieci kukurydzy” nie cieszy się zbytnią popularnością wśród widzów (ja chyba stanowię wyjątek od tej reguły), ale obiektywnie rzecz biorąc część pierwsza, jak to zwykle bywa, zauważalnie wybija się ponad poziom kolejnych sequeli. To nie jest produkcja dla fanatycznych wielbicieli prozy Kinga, wymagających przeniesienia absolutnie każdego szczegółu opowiadania na ekran – to raczej propozycja dla entuzjastów klimatu horrorów lat 80-tych, z niezapomnianą ścieżką dźwiękową i jakże przyjemnym kiczem, będącym kwintesencją ówczesnych efektów komputerowych. Reżyser, Fritz Kiersch, podszedł z szacunkiem do twórczości Stephena Kinga, ale urozmaicił scenariusz kilkoma własnymi pomysłami.
Jak dla mnie największym błędem były postacie dwóch dobrych dzieciaków, spośród których jeden był kimś w rodzaju narratora. Nie ukrywam, że ten zabieg odrobinę niszczył poza tym znakomity klimat wyludnionego miasteczka, w samym sercu posępnych pól kukurydzy. Antagoniści natomiast, ze szczególnym wskazaniem na demonicznego Isaaca i brutalnego Malachaia dodają wiele smaczku całej produkcji, nie tylko przez wzgląd na doskonałe kreacje aktorskie, ale również zdolność spotęgowania i tak już mrocznej atmosfery grozy. Niecierpliwi widzowie, nastawieni na dynamiczną akcję, raczej nie znajdą tutaj nic dla siebie, bowiem ten obraz proponuje nam subtelną grozę, z małą ilością krwi, ale za to prawdziwą bombą klimatyczną. To opowieść o niszczącym fanatyzmie, tyle że wśród dzieci, co już samo w sobie wywiera piorunujące wrażenie na odbiorcy. Dla mnie ten film to kwintesencja lat 80-tych, obraz niemalże idealny (niemalże, bo cukierkowe zakończenie jest troszkę nie na miejscu), którego „bliźniaka” próżno szukać wśród współczesnych tworów horrorowych.
W rolach głównych Peter Horton i młodziutka Linda Hamilton, przy czym nie rozumiem krytyki widzów względem żeńskiego pierwiastka, ponieważ w moim mniemaniu całkowicie przebiła ona swojego filmowego chłopaka. Jednakże obojgu daleko do znakomitych kreacji Johna Franklina i Courtney’a Gainsa.
Cóż mogę rzecz? Lubisz klimatyczne horrory lat 80-tych, z odrobiną kiczowatych efektów specjalnych i porażającą ścieżką dźwiękową to jak najszybciej zapoznaj się z niniejszym obrazem. Ale tylko jeśli nie jesteś fanatycznym „wyłapywaczem” różnic pomiędzy książkowym oryginałem a filmową adaptacją, ponieważ tutaj jest ich całkiem sporo, przy czym główną myśl Kinga zachowano, co automatycznie powstrzymuje mnie od czepiania się:)
„Mroki pamięci” (2006)
Karin przyjeżdża do swojej rodzinnej posiadłości, położonej na odludziu, aby zgodnie z wolą jej zmarłej niedawno babci przygotować ją do sprzedaży. Jej chłopak, Jeff, po kilku dniach wraca do miasta, do pracy, natomiast Karin zaczyna miewać niepokojące sny, które powoli doprowadzają ją na skraj histerii. Kiedy dołącza do niej młodsza siostra i poznaje bliżej mężczyznę, mieszkającego na terenie jej posiadłości i opiekującego się końmi zdaje się powoli „wracać do siebie”. Jednak z czasem zacznie mieć dziwne obiekcje względem opiekuna koni, który w jej mniemaniu poważnie zagraża bezpieczeństwu jej i jej siostry.
Horror nastrojowy Rubi’ego Zacka, wyprodukowany specjalnie na potrzeby DVD. „Mroki pamięci” to jeden z tego rodzaju obrazów, który nie przypadł do gustu niemalże nikomu, a ja na przekór wszystkim już od pierwszej jego sceny całkowicie zatopiłam się w intrygującej fabule. Sam pomysł nie jest niczym oryginalnym – ot, kobieta miewa niepokojące wizje i koszmary senne, które w jakimś tam stopniu próbują naprowadzić ją na rozwiązanie zagadki domu jej dzieciństwa. Groza jest tutaj do tego stopnia subtelna, pozbawiona jakichkolwiek wbijających się w pamięć, przerażających scen, że nic dziwnego, iż większość widzów zmieszało ten obraz z przysłowiowym błotem. A mnie z kolei ta subtelność urzekła, co w połączeniu z tajemniczą zagadką, której nie udało mi się przedwcześnie rozwikłać oraz psychologią głównej bohaterki (bardzo dobra kreacja, znanej w światku horroru, Giny Philips) skutecznie przyciągnęło moją uwagę do rozgrywanych na ekranie, często idących w stronę dramatu, aniżeli horroru , wydarzeń.
Specyfika Karin, aż do końca seansu, nie pozwala widzowi jednoznacznie ocenić, czy jest on świadkiem prawdziwego nawiedzenia, czy ma do czynienia z klasyczną ghost story, czy zwyczajnym dramatem psychologicznym, podczas którego obserwuje postępujące szaleństwo głównej bohaterki. Postać opiekuna koni dodatkowo wszystko komplikuje, ponieważ na pierwszy rzut oka wydaje się być sympatycznym, skorym do pomocy mężczyzną, ale podskórnie wyczuwamy, że jest w nim również coś demonicznego, jakaś skaza, która być może zagraża życiu Karin i jej młodszej siostry. Tyle, że aż do wyjaśnienia tego wątku nie będziemy całkowicie przekonani, czy mamy do czynienia z antagonistą, czy zwyczajnie ulegliśmy siły sugestii, w naszym mniemaniu, spaczonego umysłu Karin. Ten wątek wyjaśni się jeszcze przed finalną bombą, która mnie całkowicie zaskoczyła, choć nie ukrywam, że twórcy wcześniej kilka razy sugerowali, jak to wszystko się skończy, tyle że ja nie potrafiła wówczas właściwie zinterpretować ich sygnałów. Więc jeśli, ktoś jeszcze filmu nie widział, a pomimo negatywnych opinii na jego temat jednak się skusi to radzę oglądać go bardzo uważnie, skupiając się na najdrobniejszych, nawet tych z pozoru nieistotnych szczegółach.
Nie wiem, czy „Mroki pamięci” mają szansę przypaść do gustu nawet wielbicielom nastrojówek, ponieważ obiektywnie rzecz biorąc nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym pośród innych tego typu obrazów. Mnie zachwycił, ale ja jestem w mniejszości, więc chyba się nie liczę:)

środa, 31 października 2012

Halloween w TV

Jak co roku nasza telewizja przygotowała kilka niespodzianek dla wielbicieli horrorów, którzy Halloween zdecydują się spędzić w zaciszu domowym i choć szczerze powiedziawszy, jako że święto nie obowiązuje oficjalnie w Polsce, patrząc na ramówki programów telewizyjnych tak naprawdę tylko kilka programów może pochwalić się kilkoma wyświetlanymi dzisiaj pod rząd filmami grozy.
Jakościowo prym będzie wiodło Ale Kino+, które w tym roku postawiło na lata 90-te. O 20:10 zobaczymy głośny horror wampiryczny z gwiazdorską obsadą, na podstawie książki Anne Rice pt. „Wywiad z wampirem”. Zaraz po nim najsłynniejszy pastisz w historii kina grozy „Krzyk” Wesa Cravena oraz obraz kanibalistyczny „Drapieżcy”. Czyli mamy nastrojowy horror wampiryczny, slasherowy pastisz oraz mroczne gore – jeśli Ale Kino+ nie pomyślało o entuzjastach każdego nurtu horroru (co byłoby raczej niewykonalne) to przynajmniej swoją ramówką ujęło gusta dosyć sporej rzeszy entuzjastów tego gatunku, za co należą się gratulacje.
Troszkę gorzej rzecz ma się z Tele 5, ale tylko pod kątem doboru filmów, ponieważ ilościowo również ukłoniło się fanom interesującego nas gatunku. Cykl, nazwany „Halloween Party” zaczyna się o 20:05 od, moim zdaniem, przyzwoitego slashera, o krwiożerczym stomatologu, natomiast kolejne „Route 666” i „W pogoni za świtem” chociaż, podobnie jak „Dentysta” nakręcone specjalnie na potrzeby telewizji, więc siłą rzeczy jakimiś wybitnymi obrazami nie są może przypadną do gustu, entuzjastom niskobudżetówek.

Skoro dwa przodujące programy tegoroczne mamy już za sobą, czas przejść do kanałów, które zrezygnowały z  halloween’owych maratonów, ale mimo wszystko pamiętały o wielbicielach kina grozy. 13th Street Universal o północy wyświetli „Halloween 2” z 1981 roku, AXN „Egzorcyzmy Emily Rose” o 23:00, Canal+ o 21:00 postawiło na horror komediowy zatytułowany „Stan Helsing”, a późno w nocy na dwie produkcje polskie - „Diabła” i „Wilczycę”, HBO natomiast, skromnie po północy pokaże nam tylko „Księdza” z 2011 roku. Lepiej zaprezentuje się TCM, ale niestety program ten nie jest dostępny zbyt wielkiej rzeszy odbiorców. Już o 17:00 zobaczymy klasyczny obraz z 1939 roku pt. „Pies Baskerville’ów”, potem troszkę Stephena Kinga („Podpalaczka’ i „Dolores Claiborne”), a na koniec kolejny klasyk „Dziwolągi”. Gdyby nie fakt, żet TCM nie jest ogólnodostępnym kanałem (jak Ale Kino+ i Tele 5) to z pewnością cieszyłby się największą oglądalnością w dzisiejszym dniu. Program muzyczny MTV również pamiętał o horrormaniakach, decydując się na wyświetlenie swojej własnej produkcji - slashera o 23:55 pt. „Moje superkrwawe urodziny 3”.

Przechodząc do kanałów ogólnodostępnych nasza „kochana” TVP1 po raz enty wyświetli ekranizację opowiadania Stephena Kinga zatytułowaną „Mgła”, więc jeśli komuś jakimś cudem udało się ten obraz przegapić to dzisiaj o 20:25 ma okazję to nadrobić – ale spokojnie, jeśli dzisiaj umknie mu ta pozycja to z całą pewnością w najbliższym czasie jeszcze nie raz dostrzeże ją w ramówce TVP1:) Polsat z uporem kontynuuje swoją „Komediową Środę”, jednakże dzisiaj zdecydował się na mały ukłon w stronę Halloween - o 23:50 proponując nam horror komediowy „Zombieland”. Na deser TVN7 o 23:10 wyświetli mroczny musical Tima Burtona, zainspirowany znaną legendą o kanibalu Sweeney’u Toddzie.

Podsumowując, jak co roku, telewizja w ogólnym rozrachunku nie zapomniała o święcie horrormaniaków, ale ilościowo, a często nawet jakościowo nie jest niestety już tak różowo. Ja postawię na DVD, ale mam nadzieję, że ktoś jednak znajdzie coś dla siebie wśród powyższych propozycji.

Wszystkim horrormaniakom życzę przerażającego Halloween!!!