Stronki na blogu

piątek, 23 sierpnia 2019

„Czas polowania” (2017)

Uzależniony od alkoholu i narkotyków Warren Novak odbiera informację, że jego była dziewczyna zmarła, zostawiając w Meksyku dziecko, które może być jego. Po nieudanej transakcji narkotykowej mężczyzna rusza do Meksyku. Zatrzymuje się niedaleko granicy, w małym amerykańskim miasteczku Bedford Flats, w oczekiwaniu na dalsze instrukcje od swojego informatora. Tymczasem lokalna społeczność przygotowuje się do dorocznego festiwalu myśliwskiego, który od dawna jest najważniejszym wydarzeniem w Bedford Flats. To już tradycja, a dla tych ludzi tradycja jest świętością. Warren nie przywiązuje do tego większej wagi. Dopóki nie zostanie do tego zmuszony. Okazuje się, że podczas festiwalu myśliwskiego poluje się na ludzi, a jedną z osób, która w tym roku staje się zwierzyną jest Warren. On i inni nieszczęśnicy dzielący jego los, chcąc przeżyć będą musieli przeprawić się przez pustynię, na której znajdują się ludzie dybiący na ich życie. Ludzie w przeciwieństwie do nich wyspecjalizowani w zabijaniu, uzbrojeni i doskonale znający te nieprzyjazne tereny.

Survival thriller „Czas polowania” („Happy Hunting”) jest „dzieckiem” dwóch debiutujących w pełnym metrażu reżyserów, Joego Dietscha i Louie'ego Gibsona, syna Mela Gibsona. Panowie sami napisali scenariusz i zmontowali film. Ponadto zasilili szeregi producentów wykonawczych, a Joe Dietsch wziął na siebie również zdjęcia. Filmowanie zajęło dwadzieścia trzy dni i odbywało się na pustynnych terenach Kalifornii. Między innymi w osadzie Bombay Beach, którego mieszkańcy też wzięli udział w „Czasie polowania”. Produkcja zdobyła kilkanaście nagród na różnych festiwalach filmowych i została ciepło przyjęta przez krytyków.

„Czas polowania” to nieskomplikowany obraz oparty na motywie zorganizowanego polowania na ludzi, które w tym przypadku odbywa się w pustynnej scenerii. Joe Dietsch i Louie Gibson na pierwszym planie postawili Warrena Novaka (przyzwoita kreacja Martina Dingle'a Walla), alkoholika i narkomana, który na swoje nieszczęście wyrusza w podróż, której celem jest Meksyk. Możliwe jednak że nie dane będzie mu tam dotrzeć, bo na miejsce krótkiego postoju wybiera Bedford Flats. Myśliwską mieścinę, która od lat kultywuje zbrodniczą tradycję. Od kiedy na tych terenach zabrakło bizonów tutejsi mieszkańcy co roku organizują polowanie na ludzi. Wybierają kilka osób do roli zwierzyny, tropem której podąża paru ochotników rozmiłowanych w zabijaniu. Poza wyborem celów sytuacja ta nie odbiega od typowego polowania – to znaczy myśliwi są uzbrojeni, a zwierzyna nie (cóż za herosi...). Poza tym ci pierwsi, jeśli chcą, mogą korzystać z samochodów, ale Warren i pozostałe osoby, na które polują są zmuszeni poruszać się pieszo. Niesprawiedliwe? A czy „bohaterskie” polowania legalnych myśliwych są sprawiedliwe? No nie, to dlaczego w tym przypadku miałoby być inaczej? Społeczność Bedford Flats to społeczność myśliwska, nie dziwmy się więc, że w swego rodzaju igrzyskach, które co roku organizują, szanse nie są wyrównane. Twórcy „Czasu polowania” nie moralizują na ten temat, wprost nie podają ani negatywnych, ani pozytywnych przemyśleń na temat typowej działalności myśliwskiej, ale patrząc na tę historię pod wyżej zaprezentowanym kątem z łatwością samemu można znaleźć do niej analogie. Czytując jednak tę opowieść wprost znajdujemy prowincjuszy, którzy odeszli od etykiety myśliwych. Zabijanie nadal traktują jak sport, ale o ile w tak zwanym cywilizowanym świecie takie podejście do zwierząt nie jest uważane za coś zdrożnego (nie przez wszystkich oczywiście), to już polowania na ludzi akceptowane nie są. Podsumowując: w „Czasie polowania” mamy do czynienia ze zwykłymi zwyrodnialcami, degeneratami rokrocznie dopuszczającymi się czynów zabronionych. Bo polowania od zawsze były ich tradycją, a ta jest dla nich najważniejsza. Co więc mają zrobić skoro w okolicy nie ma już bizonów, które to niegdyś z lubością wybijali? Zrezygnować z tej tradycji? Nie, to nie wchodzi w grę. Nie można zarzucić czegoś, co trwa od pokoleń. Tym bardziej, że to znakomita rozrywka jest. Bo czyż jest coś wspanialszego od zabijania dla sportu? Zdecydowana większość mieszkańców Bedford Flats powiedziałaby, że nie ma. Dla nich wszystkie inne sporty mogłyby nie istnieć. Ci ludzie z niecierpliwością wyczekują każdorocznych igrzysk śmierci, które pewnie i chcieliby organizować częściej, ale to już byłoby ryzykowne, prawda? A tak skromnie raz w roku to można spokojnie pofolgować swoim chorym pragnieniom. Wybór scenerii w moim odczuciu był najlepszą z decyzji podjętych przez twórców „Czasu polowania”. Pustynny krajobraz, tak w thrillerach, jak w horrorach, zazwyczaj się sprawdza. I pełnometrażowego debiutu Joego Dietscha i Louie'ego Gibsona nie uważam tutaj za wyjątek. Pozornie bezkresna pustynia – płaski, zapiaszczony teren, poprzetykany niewysokimi, skalistymi wzgórzami; palące słońce w dzień i prawie niczym nierozpraszane ciemności panujące tu nocami. Wszystko to naturalnie rodzi poczucie wyobcowania. Warren i inne osoby robiące za zwierzynę łowną w „Czasie polowania” znajdują się na ekstremalnie nieprzyjaznym terenie, znacznie oddalonym od tak zwanej cywilizacji (chyba że za takową uznać Bedford Flats). W zacisznym zakątku Stanów Zjednoczonych, niedaleko granicy amerykańsko-meksykańskiej, w którym niełatwo jest znaleźć jakieś schronienie. Nie tylko przed warunkami atmosferycznymi, a nawet nie przede wszystkim. Największym przeciwnikiem Warrena i jego przymusowych kompanów nie jest Natura, tylko ich rodacy. Mamy więc trzy chwytliwe w kinie grozy motywy, których za oryginalne uznać z całą pewnością nie można. Pustynia, polowanie na ludzi i zdegenerowani prowincjusze. Nic odkrywczego prawda? Tak, ale z tych składników spokojnie da się sklecić emocjonujący spektakl przemocy. Zrobić z tego trzymającą w silnym napięciu historię, w której krew leje się obficie, a atmosfera beznadziei sukcesywnie narasta. Twórcom „Czasu polowania” moim zdaniem jednak nie do końca się to udało.

Warren Novak to człowiek z problemami. I to poważnymi. Nie dość, że codziennie bezskutecznie walczy z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków, to jeszcze niechcący robi sobie wrogów w okolicy, w której mieszka. A jakby tego było mało dowiaduje się, że jego była dziewczyna umarła pozostawiając w Meksyku dziecko, które może być jego. Rusza więc do tego kraju, ale niedaleko granicy, na terytorium Stanów Zjednoczonych, robi sobie postój, który jak łatwo się domyślić sprowadzi na niego kolejne kłopoty. Po wjedźcie Warrena do Bedford Flats, małego pustynnego miasteczka przynajmniej niegdyś słynącego z myślistwa, widza oplecie podszyta groźbą cisza. Nienaturalne wyludnienie tego miejsca – spotkamy tu jakieś pojedyncze osoby, ale aura tu panująca sugeruje miasteczko-widmo. Wymarłą albo, by być bardziej precyzyjną, umierającą miejscowość pośrodku niczego. Ta pierwsza faza pobytu głównego bohatera „Czasu polowania” na pustynnym terytorium w mojej ocenie cechuje się najbardziej sugestywnym klimatem. Może nie od razu przygniatającą, ale wyraźnie alarmistyczną atmosferą, którą można podsumować zdaniem: Witamy w Strefie Mroku. Swego rodzaju wizytówką Bedford Flats moim zdaniem nie jest jednak dręcząca cisza i nawet nie jej pustynne otoczenie, tylko kukły porozstawiane po mieście. Robiące w miarę upiorne wrażenie dzieła dziecięcych rąk, stanowiące coś w rodzaju promocji zbliżającego się festiwalu myśliwskiego dla wąskiego grona zainteresowanych (co zrozumiałe owa społeczność nie chwali się tym dorocznym przedsięwzięciem przed resztą świata). Nie trzeba być orłem dedukcji, żeby domyślić się, jak potoczą się dalsze losy Warrena. Tego, że weźmie on udział w igrzyskach śmierci jako zwierzyna scenarzyści nie starali się ukrywać, ale w tej pierwszej partii podano coś, co ewidentnie miało zaskoczyć widownię. Część odbiorców omawianego obrazu może i wprawi to w lekkie zdumienie, ale jestem przekonana, że takich szczęściarzy nie będzie wielu. Co gorsza dalsze wydarzenia dla mnie również były z gatunku tych praktycznie pozbawionych niespodzianek. Nie do końca, bo jednak akcja z nabojem i dosyć kuriozalne zakończenie choć nie wbiły mnie w fotel, to nie mogę powiedzieć, że byłam na coś takiego przygotowana. Nie spodziewałam się też aż tak dynamicznego rozwoju akcji. UWAGA SPOILER Byłam pewna, że podchody za „ludzką zwierzyną” będą trwały dłużej, że scenarzyści i zarazem reżyserzy tej produkcji bardziej rozciągną w czasie proces eliminowania protagonistów. Większość osób wybranych do roli zwierzyny łownej ginie natomiast już na początku tych niecodziennych igrzysk KONIEC SPOILERA. I nie mogę powiedzieć, żeby takie podejście do motywu polowania na ludzi, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, mnie usatysfakcjonowało. Za to interesującym dodatkiem do tego umiarkowanie krwawego przedstawienia jest, nazwijmy to, ponadprogramowa gehenna, jaką przeżywa czołowa postać „Czasu polowania”. Warren jest na alkoholowym głodzie (narkotykowym może i też, ale jak już, to w mniejszym stopniu). Koleś kolejno zalicza wszystkie fazy odstawienia niszczących używek. Ma drgawki, halucynacje, zauważalnie trawi go wysoka gorączka, obficie się poci, myśli mu się plączą, nierzadko wydaje się być skrajnie zdezorientowany, pogubiony, niezdolny do zaplanowania kolejnego posunięcia w tej nadzwyczaj trudnej sytuacji, w której się znalazł z winy zdegenerowanych mieszkańców Bedford Flats. Innymi słowy Joe Dietsch i Louie Gibson nie opowiadają tutaj jedynie o zorganizowanym przez prowincjuszy polowaniu na ludzi, ale również o człowieku przebywającym na przymusowym odwyku. Ta sytuacja paradoksalnie może się Warrenowi przysłużyć – dzięki temu, że stał się zwierzyną w nielegalnych igrzyskach może wreszcie wyjść z nałogów, z którymi dotychczas bezskutecznie walczył. Przezwyciężyć swoje słabości, nareszcie stać się takim człowiekiem, jakim zawsze chciał być. Pod warunkiem, że nie będzie ulegał pokusom, na które nawet tutaj, pośrodku niczego, będzie się od czasu do czasu natykał. I oczywiście pod warunkiem, że uda mu się wyjść z tego cało. Przedostać do Meksyku, bo twórcy „Czasu polowania” pozwalają sobie tutaj na odwrócenie zwyczajowej tendencji. Ciekawym pomysłem według mnie jest to, że tym razem to nie Stany Zjednoczone są „ziemią obiecaną” tylko Meksyk. Tym razem to nie Meksykanin próbuje przedostać się do „mlekiem i miodem płynących” Stanów Zjednoczonych, tylko odwrotnie: to Amerykanin nade wszystko chce dostać się do Meksyku. Szkoda tylko, że ta przeprawa nie została bardziej urozmaicona. Walka z nałogiem i kilka niezbyt śmiałych i nieprzekonująco zrealizowanych scen okaleczeń i mordów (substancja służąca za krew ma nieprzekonujący, przesadnie metaliczny odcień czerwieni i na domiar złego niektóre z tych momentów mają nazbyt efekciarką oprawę – krew prawie dosłownie chlapie po ekranie, a montaż przypomina tani film akcji) to trochę za mało by skraść całą moją uwagę. Na gruncie fabularnym „Czas polowania” aż prosił się o przynajmniej lekkie rozbudowanie. Nad warstwą techniczną też w mojej ocenie powinno się jeszcze trochę popracować (niski budżet nie jest dla mnie żadnym usprawiedliwieniem, bo znam niedrogie horrory i thrillery, którym niedostatki finansowe tak naprawdę bardziej pomogły, niż zaszkodziły), ale jako że atmosfera spowijająca ten film jako tako do mnie przemawiała, to ta materia tak naprawdę jakichś ogromnych niedogodności mi nie nastręczyła. W należytym przeżywaniu tej historii bardziej przeszkadzała mi... sama ta historia. Scenariusz „Czasu polowania” jest zbyt ubogi. Z drugiej jednak strony to mogłoby wystarczyć. Prostota w kinie grozy bowiem zwykle najlepiej się sprawdza (przynajmniej w moim odbiorze). Ale nie dynamizm. Więc może gdyby opowieść tę rozwijano wolniej, bardziej intensywnie, większą wagę przykładając do wzmagania emocji w widzach, to zaangażowałabym się w tę prostą fabułę nieporównanie silniej. Tak, pewnie tak. Niemniej nie mogę powiedzieć, że seans „Czasu polowania” upłynął mi pod znakiem nudy. Aż tak źle nie było. Było całkiem znośnie, ale nie mam wątpliwości, że bez większych trudności można było wycisnąć z tego więcej. Zrobić z tego jeszcze bardziej pasjonujący spektakl. Spektakl przemocy.

Krytycy zachwyceni, pozostali już nieszczególnie – tak w ogólności można podsumować reakcje dotychczasowych odbiorców „Czasu polowania”, pierwszego pełnometrażowego filmu Joego Dietscha i syna Mela Gibsona, Louie'ego. Survival thrillera z westernowym posmaczkiem (klimat), bazującego na dobrze znanym miłośnikom kina motywie polowania na ludzi. Filmu, w którym pustynia staje się areną bardzo nierównej walki na śmierć i życie. W którym człowiek stawia czoło nie tylko swoim bliźnim, ale również Naturze. I swoim słabościom, uzależnieniom od szkodliwych substancji/środków. Innymi słowy prosta opowieść o rzeczach znanych i lubianych przez fanów filmowych rąbanek. Czy w takim razie tę historię też mają szansę polubić? Czy ta propozycja trafi do wielbicieli umiarkowanie krwawych obrazów? Niekoniecznie, bo i bez wątpienia nie jest to szczyt możliwości tego typu kina. Ale pewności nie mam. Bo tak na dobrą sprawę nie najgorzej mi się to oglądało. Doświadczenie nie było przednie, jakichś ogromnych wrażeń nie zaznałam, ale tak na jeden raz może być. Ujdzie w tłoku.

Za seans bardzo dziękuję

środa, 21 sierpnia 2019

Raphael Montes „Sekretna kolacja”

Dante i jego przyjaciele Miguel, Leitao i Hugo, przeprowadzają się z małego miasteczka, w którym się wychowali do Rio de Janeiro, gdzie wspólnie wynajmują mieszkanie. Po skończeniu studiów Dante znajduje nisko płatną pracę w księgarni. Hugo bezskutecznie próbuje zaistnieć w branży gastronomicznej, a Miguel odbywa staż w szpitalu publicznym. Tylko otyły haker Leitao nie dokończył nauki i tylko jemu nie zależy zbytnio na robieniu kariery. Większość czasu spędza w mieszkaniu, oddając się swoim ulubionym zajęciom: jedzeniu i graniu na komputerze. Młodzi mężczyźni ledwo wiążą koniec z końcem, ale pewnego dnia ich sytuacja finansowa jeszcze bardziej się pogarsza. Nie widząc innego wyjścia decydują się zorganizować w swoim mieszkaniu drogą sekretną kolację. Zamieszczają w Internecie ogłoszenie, w którym obiecują, że w menu będzie ludzkie mięso. Jest wielu chętnych, ale wybierają tylko dziesięć osób. A potem opracowują plan pozyskania głównego składnika swojej wykwintnej kolacji.

Raphael Montes – brazylijski prawnik, scenarzysta oraz autor powieści i opowiadań. Swoją pierwszą powieść, „Suicidas”, napisał między szesnastym a dziewiętnastym rokiem życia. W 2010 roku Montes wystawił ją w konkursie organizowanym przez wydawnictwo Benvira, w którym zajęła drugie miejsce. Na rynek trafiła dwa lata później (a w 2015 roku odbyła się premiera sztuki teatralnej na niej opartej), gdy jej autor miał dwadzieścia dwa lata. I bynajmniej nie przeszła bez echa. Pisarska kariera Montesa nabrała rozpędu. Od tego czasu wydał jeszcze kilka poczytnych powieści, z których wyróżnić trzeba wydany też w Polsce thriller pt. „Dziewczyna w walizce”. Odpowiedź Montesa na prośbę jego matki o napisanie historii miłosnej... „Sekretna kolacja” pierwotnie została wydana w 2016 roku, a w Polsce ukazała się mniej więcej rok później. Prawa do sfilmowania tej publikacji zostały już sprzedane – to samo zresztą dotyczy pozostałych powieści Raphaela Montesa.

Chociaż Raphael Montes jest jednym z bardziej znanych brazylijskich pisarzy, w dodatku specjalizującym się w literaturze grozy (horror, thriller), nigdy wcześniej o nim nie słyszałam. „Wcześniej”, czyli przed przypadkowym spotkaniem z jego „Sekretną kolacją”. Skrótowy opis fabuły zamieszczony na okładce polskiego wydania książki (wydawnictwo Filia, rok 2017) nie zdradza wprost przewodniego motywu tej powieści, ale sugestia bez wątpienia jest bardzo wyraźna. Wiem, bo to właśnie ta sugestia pchnęła mnie do zakupu „Sekretnej kolacji”. Nie szukałam bardziej szczegółowych informacji na jej temat – kupiłam ją, bo opis z okładki zasugerował mi tematykę kanibalistyczną. A takich opowieści, ku mojemu ubolewaniu, na rynku literackim (przynajmniej polskim) jest jak na lekarstwo. Ba, w Polsce to nawet powieściowych horrorów jest tyle, co kot napłakał. „Sekretna kolacja” horrorem jest. Thrillerem również. Raphael Montes stworzył, moim zdaniem, idealnie zbilansowaną mieszankę tych dwóch gatunków, która nie bardzo przystaje do standardów polskiego rynku wydawniczego. Oczywiście prozę ekstremalną też się u nas wydaje, ale trudno to uznać za chleb powszedni. Bo „Sekretna kolacja” to ewidentnie proza ekstremalna – rzecz, której myślę nie powstydziliby się nawet tacy specjaliści w tej dziedzinie, jak Clive Barker, Edward Lee, Bentley Little i John Everson. Ci, którzy widzieli „Klub kanibali”, film Guto Parente z 2018 roku, notabene także brazylijski, prawdopodobnie już po samym skrótowym opisie jej fabuły skojarzą go z „Sekretną kolacją”. Podobieństwa bezsprzecznie są (wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że twórcy „Klubu kanibali” delikatnie się ową powieścią inspirowali), ale wierzcie mi, to zupełnie inna liga. Raphael Montes nie patyczkuje się z czytelnikiem, nie wykorzystuje motywu przewodniego do łagodzenia kanibalizmu, tylko wręcz przeciwnie: wyciska z tego tyle makabry, ile można bez popadania w groteskę. I co również ważne, jeśli nie ważniejsze, zauważalnie nie interesuje go szokowanie dla samego szokowania. Pragnie odbiorcy coś uświadomić, coś istotnego przekazać. Aczkolwiek niekoniecznie są to przemyślenia z gatunku tych łatwo akceptowalnych w tak zwanych cywilizowanych społeczeństwach. Główny bohater i zarazem narrator „Sekretnej kolacji”, homoseksualista Dante, wynajmuje wraz z trójką swoich wieloletnich przyjaciół dosyć przestronne mieszkanie w Rio de Janeiro. I podobnie jak jego współlokatorzy boryka się z problemami finansowymi. Czytając omawianą powieść można odnieść wrażenie, że Raphael Montes jest osobą, której delikatnie mówiąc nie jest obojętna kondycja jego rodzimego kraju. Nie tyle pogniewaną na Brazylię, ile na przynajmniej niektóre władze, które to państwo kształtowały. Na te władze, które bardziej szkodzą, niż pomagają... Yyy, a czy gdzieś na świecie są politycy, którzy bardziej pomagają społeczeństwu, niż szkodzą? W każdym razie Dante jest dwudziestoparolatkiem, który właśnie wyzbywa się marzeń. Otwiera oczy na świat – nareszcie do niego dociera, że wytężona nauka i ciężka praca bynajmniej nie gwarantują zawodowego sukcesu. Jeśli nie wywodzisz się z wpływowej rodziny, jeśli już na starcie nie opływasz w bogactwa i nie masz odpowiednich znajomości to kolokwialnie mówiąc masz przekichane. Możesz być najambitniejszym człowiekiem na świecie, możesz harować jak wół, a i tak masz znikome szanse na stabilizację finansową. Bo to Brazylia? Nie, bo tak to wygląda na całym świecie. To jest prawdziwa rzeczywistość tzw. szarych ludzi, o której prawdopodobnie w szkole nie usłyszycie. Dante w każdym razie ze szkoły się tego nie wyniósł – tę naukę zaczerpnął z życia. Nie on pierwszy i z pewnością nie ostatni. Droga, na którą Dante i jego przyjaciele wchodzą celem spłacenia długu, dalece odbiega jednak od tej, którą codziennie, najczęściej aż do śmierci, podążają im podobni ludzie na całym świecie. Zamiast pogodzić się ze status quo, dożywotnio klepać biedę i nauczyć się nie marzyć, (anty)bohaterowie „Sekretnej kolacji” postanawiają powalczyć o swój kawałek tortu. Odwrócić złą passę w sposób iście amoralny. I przestępczy. Bo choć Dante nie znajduje przepisu, który zabraniałby Brazylijczykom spożywania ludzkiego mięsa (co nie znaczy, że takowy nie istnieje, tego nie wiem), to już sposób pozyskania ciała na kolację, którą wraz z przyjaciółmi organizuje dla dziesięciu wybranych osób (z mnóstwa chętnych), bezprawne bez wątpienia jest. Ale cóż to za przeszkoda, kiedy w perspektywie jest spory zarobek? I tak oto Dante i jego współlokatorzy stają się elitarnymi restauratorami...

Warsztat Raphaela Montesa robi różnicę (nie bez znaczenia jest też wkład tłumaczki, Barbary Bardadyn). „Sekretna kolacja” nie jest niechlujnym szokerem, spisaną maksymalnie uproszczonym językiem opowiastką, która nie ma czytelnikom do zaoferowania nic ponad wynaturzenia. Ten brazylijski pisarz moim zdaniem niczego w swoim pisarskim stylu poprawiać nie musi – to pisarz kompletny, artysta władający dojrzałym, poruszającym wyobraźnię warsztatem, dużą odwagą i kreatywnością. A to mieszanka wybuchowa, czego dowodem choćby „Sekretna kolacja” (to na razie jedyna książka tego autora, którą przeczytałam, ale należy położyć tutaj akcent na zwrot „na razie”). Powieść, w której odnajdujemy postacie scharakteryzowane na modłę najlepszych thrillerów psychologicznych, jakie można odnaleźć na światowym rynku wydawniczym. Dogłębnie rozpisane (zwłaszcza Dante), niejednoznaczne jednostki, które pod wieloma względami się od siebie różnią, ale łączy je jedno: wszystko wskazuje na to, że wszyscy, mniej czy bardziej świadomie, zmierzają ku zatraceniu. Głosem rozsądku jest Miguel, odbywający staż w szpitalu publicznym dwudziestoparolatek, który od zawsze marzył, by zostać lekarzem. Ale, jak to często bywa, głos rozsądku jest grzecznie ignorowany. Bo dlaczegóż miałoby być inaczej? Przecież młodzi ludzie nie planują nikomu wyrządzić poważnej krzywdy. Nikogo nie zamierzają zabijać. Po prostu ukradną czyjeś zwłoki i zrobią z nich główny składnik kolacji dla ludzi, gotowych zapłacić każdą cenę za możliwość zjedzenia bliźniego. Owszem, rodzina denata/denatki zapewne będzie rozpaczać, ale to i tak najbardziej litościwe podejście do owego przedsięwzięcia. Najlepszy z możliwych wariantów tego potwornego planu. Młodzi ludzie tak na patrzą, a potem... No potem, jak można się tego spodziewać, sytuacja znacznie się skomplikuje. Na pewnym etapie realizacji tego przedsięwzięcia dołącza do nich Cora, młoda prostytuująca się kobieta, pisząca wiersze i marząca o tym, by kiedyś zostały one wydane oraz specjalizująca się w ćwiartowaniu mięsa. Zwierząt, ale co to za różnica, zwierzę hodowlane czy człowiek? To i to mięso, prawda? I w ten oto sposób przechodzimy do myślę trochę kontrowersyjnych tez sformułowanych przez Montesa na kartach omawianej powieści. „Człowiek jest wielkim hipokrytą […] Tak naprawdę nie musisz jeść ludzkiego mięsa, żeby dokonywać potwornych czynów, wystarczy pokroić stek i kiełbasę, by przyłożyć rękę do okropności”. Innymi słowy Montes daje nam jasno do zrozumienia, że nie ma wielkiej różnicy pomiędzy jedzeniem człowieka i zwierzęcia hodowlanego. W jednym z wywiadów autor „Sekretnej kolacji” zdradził, że podczas pracy nad tym utworem został wegetarianinem. Ale nie na długo. Już nie unika mięsa. Bo jest hipokrytą? Z przedmiotowej powieści wnoszę, że pierwszy by to przyznał. Za pośrednictwem Dantego w pewnym sensie już to zrobił. Ale nie to spojrzenie na jedzenie ludzkiego mięsa namieszało mi w głowie. Pewna jednoznacznie negatywna postać kazała mi spojrzeć na to tak: na świecie panuje głód, mnóstwo ludzi codziennie umiera z powodu braku pożywienia, a my cywilizowani ludzie co robimy? Grzebiemy zmarłych. Marnujemy mięso, bo tak dyktuje nam nasza kultura, nasza moralność. Jaki z tego wniosek? Że wolimy by na świecie szalał śmiercionośny głód od profanowania, konsumowania naszych zmarłych? Montes podsumowuje ten wywód, tę prowokację artystyczną, słowami „niewyobrażalny absurd”, ale przyznaję, że na moment zasiał we mnie ziarno zwątpienia... A potem przyszło otrzeźwienie, a wraz z nim wstręt do samej siebie. I to był najpiękniejszy moment tej książki – chwila, w której Montes poniekąd udowodnił, że „Człowiek jest zły z natury. Nieważne, co mówią, wszyscy są tacy sami. Biedny czy bogaty, czarny czy biały, stary czy młody, nieważne. W czynieniu zła wszyscy jesteśmy jednakowi”. Krótko: jesteśmy potworami. Wydaje nam się, że nie, że akurat ja jestem dobry, że ja przenigdy nie zrobiłbym tego samo, co Dante i jego kumple. A co na to główny (anty)bohater i narrator recenzowanej powieści? Proszę: „Prawda jest jednak taka, że gdybyś znalazł się na moim miejscu, zrobiłbyś to samo. Łatwo jest kogoś potępiać, zrzucić odpowiedzialność, wymyślać teorie i wskazywać winnych. Ale powtarzam: postąpiłbyś identycznie”. Bzdura? Pewnie tak, ale... Poprzestańmy na tym, że Montes zaserwował mi niewyobrażalną gonitwę myśli. Byłabym do tego zdolna czy nie? Znajdując się w położeniu Dantego na pewno nie (bo bywałam w gorszych i jakoś nawet nie pomyślałam o działalności w „branży kanibalistycznej”), ale czy coś, cokolwiek, mogłoby mnie zmusić do przekroczenia takich granic? Tak czy nie? Zupełnie jak na jakiejś wypaczonej huśtawce... Myślę, że większość ludzi wolałaby o takich rzeczach nie myśleć. A jak już to poprzestać na tym, że Dante i jego koledzy to zwyrodnialcy, a światopoglądem takowych osób prawi, porządni, tak zwani normalni ludzie nie powinni sobie zawracać głowy. Bo to pewne jak w banku, że ci drudzy nigdy, pod żadnych pozorem, nie dopuszczą się takich bezeceństw. Młodzi ludzie wykreowani przez Montesa na kartach „Sekretnej kolacji” nie są odbiciem nas, to społeczny margines, a jeszcze ściślej wymysł obdarzonego zbyt wybujałą wyobraźnią pisarza, który powinien wreszcie zejść na ziemię i przestać formułować tezy, że my ludzie mamy w sobie coś z Dantego i jego ferajny. Tak, różowe okulary i heja! Raphael Montes idzie pod prąd – on się z nami nie cacka, pragnie wyrwać nas ze strefy komfortu, zmusić nas byśmy spojrzeli na siebie pod kątem, pod którym, jestem tego pewna, niewielu chciałoby spojrzeć. Tylko przez chwilę – potem wszystko sobie na powrót poukładamy, odzyskamy wiarę w siebie (jeśli takową mieliśmy) i wystawimy Dantemu i jego znajomym rachunek. Osądzimy ich po tych wszystkich krwawych, deprymujących, poruszających, może nawet do głębi szokujących oraz przynajmniej po części zaskakujących przejściach (takiego finału się nie spodziewałam, nie w całości, bo jednak ułamek tego wcześniej przeszedł mi przez myśl). Włożymy ich do odpowiedniej szuflady i zamkniemy ją na klucz. Do tej, do której samych siebie na pewno nie włożymy. Ale czy o tym wszystkim szybko zapomnimy? Ja na pewno nie. Raphael Montes zadbał o to, by ta opowieść wwierciła się w mój umysł. Być może nie na zawsze, ale co z tego – jak wywietrzeje mi z głowy to przeczytam to jeszcze raz. I jeszcze, i jeszcze...
 
Postanowienie: przeczytać wszystko Raphaela Montesa co już wyszło (czyli tylko „Dziewczyna w walizce”) i mam ogromną nadzieję, w przyszłości wyjdzie na polskim rynku. Jeden z moich ulubionych pisarzy, Jeffery Deaver, stwierdził, że „Sekretną kolację” trzeba przeczytać i nie mylił się. Jeśli jest się miłośnikiem krwawych horrorów i/lub thrillerów psychologicznych, to moim zdaniem tego nie można przegapić. Aż wstyd, że tak późno po tę powieść sięgnęłam, a najbardziej zdumiewające jest dla mnie to, że publikacja ta nie odbiła się zdecydowanie głośniejszym echem w Polsce. Może i sporo się o niej mówiło, ale do mnie niestety nic na temat „Sekretnej kolacji” nie dotarło (heh, nawet jej tytuł). Kupiłam to niejako w ciemno i proszę bardzo: jedna z najlepszych powieści, jaką w ostatnich paru latach przeczytałam. Naprawdę mocna rzecz!

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

„Ma” (2019)

Erica przeprowadza się wraz ze swoją nastoletnią córką Maggie do niewielkiego miasta, w którym dorastała. Kilka dni później Maggie zostaje zaproszona na imprezę przez cieszącą się popularnością w szkole swoją rówieśniczkę Haley. Zabawa zostaje odwołana, dziewczyny i trzech chłopców w ich wieku, Andy, Chaz i Darrell, postanawiają więc spędzić czas na tutejszym gruzowisku. Wcześniej jednak udają się w pobliże sklepu w nadziei, że uda im się namówić jakąś dorosłą osobę na kupienie im alkoholu. Po wielu bezskutecznych próbach znajdują kogoś takiego. Czarnoskórą kobietę pracującą w miejscowym gabinecie weterynaryjnym o imieniu Sue Ann. Ale dla nastolatków jest nieznajomą. Do czasu. Sue Ann wkrótce oferuje im swoją piwnicę na zakrapiane alkoholem spotkania. Miejsce to szybko staje się przystanią dla wielu licealistów chcących poimprezować. Swoją dobrodziejkę, Sue Ann, młodzi ludzie nazywają Ma i chętnie bawią się w jej towarzystwie. Nie wiedzą jednak o niej wszystkiego.

Pewnego dnia Tate Taylor, twórca „Ładnych brzydkich ludzi” (2008), „Służących” (2011), „Get on Up” (2014) i „Dziewczyny z pociągu” (2016), filmu opartego na głośnej powieści Pauli Hawkins pod tym samym tytułem, zapragnął wyreżyserować coś popieprzonego. Jego przyjaciel, producent Jason Blum, wręczył mu więc dopiero co zakupiony scenariusz Scotty'ego Landesa. Taylor właśnie czegoś takiego szukał. Uznał jednak, że tekst wymaga paru poprawek. Tytułowa postać w oryginalnym scenariuszu nie miała swojej historii. Była bardzo enigmatycznym czarnych charakterem, człowiekiem „pozbawionym przeszłości” i niemogącym budzić w widzach żadnych cieplejszych uczuć. Taylor postanowił to zmienić. To i kolor skóry antybohaterki. W tej roli od początku bowiem widział Octavię Spencer, aktorkę z którą już pracował („Służące”, „Get on Up”) i z którą ma przyjacielskie stosunki. Spencer przyjęła jego propozycję jeszcze przed lekturą scenariusza. Zanim pierwszy kwartał 2018 roku dobiegł końca thriller (oficjalnie klasyfikowany również jako horror) „Ma” był już gotowy. Ale na premierę przyszło mu czekać aż do końcówki maja 2019 roku. Kosztująca w przybliżeniu pięć milionów dolarów, szeroko dystrybuowana produkcja Tate'a Taylora, dotychczas przyniosła trochę ponad sześćdziesiąt milionów dolarów przychodu i dostała dwie nominacje do nagrody Saturna: najlepszy thriller i najlepsza aktorka Octavia Spencer. Wyniki zostaną ogłoszone we wrześniu 2019 roku.

Główna pozytywna rola (licealistki o imieniu Maggie) w „Ma” przypadła w udziale Dianie Silvers, która według mnie tego niezbyt trudnego zadania nie udźwignęła. Głównie przez „drewnianą” dykcję”. Juliette Lewis w roli matki Maggie, w mojej ocenie poradziła sobie nieporównanie lepiej, a bo i doświadczenie aktorskie ma dużo większe. Octavia Spencer jako Sue Ann zwana Ma, oczywiście świeciła najjaśniej. Bez dwóch zdań. Ale muszę też wyróżnić McKaley Miller, która wcieliła się w postać popularnej uczennicy liceum, Haley. Ta przebojowa, bezczelna osoba, szybko zaprzyjaźnia się z Maggie, która niedawno wprowadziła się do miasta. I która, jak to często z takimi relacjami w horrorach bywa (zwłaszcza w slasherach) znacznie się od niej różni. Do picia alkoholu Haley nie musi jej namawiać, ale już od innych używek Maggie w przeciwieństwie do niej stroni. Stosunek do tychże jest jednak zjawiskiem drugorzędnym – ważniejsze jest ich podejście do innych ludzi. Haley nie liczy się szczególnie z uczuciami innych. Zawsze mówi to, co myśli i nie obchodzi ją, że może tym kogoś urazić. Maggie ewidentnie ma zdecydowanie więcej empatii. Również dla osoby, w dobre intencje której przestaje wierzyć. Ale to potem, bo na początku jest tak samo oczarowana Sue Ann, jak wielu jej rówieśników. Scenarzysta „Ma” wyszedł od dosyć interesującego pomysłu. Motywu, z którym chyba jeszcze w kinie grozy się nie spotkałam. Znajomość Maggie, Haley, Andy'ego, Chaza i Darrella z czarnym charakterem, kobietą w średnim wieku, rozpoczyna się, gdy ta zgadza się kupić im alkohol. Brzmi znajomo? Ja w każdym razie dobrze to znam. Ale na szczęście nigdy nie natrafiłam na kogoś takiego, jak Sue Ann. W pewnym sensie można to traktować jako przestrogę (w „Ma” jest jeszcze jedna, ważniejsza) dla tych młodych osób, które godzinami wystają pod sklepem w nadziei na to, że znajdą kogoś, kto zgodzi się zaopatrzyć je w alkohol. Uważajcie młodzieży, bo możecie spotkać kogoś takiego, jak tytułowa postać omawianego filmu. Na początku pewnie będziecie wdzięczni losowi za kogoś takiego. Koniec problemów z zakupem alkoholu i szukaniem miejsca na huczne imprezy. Spełnienie marzeń, prawda? Nastoletni protagoniści „Ma” właśnie tak na to patrzą. W przeciwieństwie do odbiorcy filmu. W jego głowie już podczas pierwszego spotkania piątki młodych ludzi z Sue Ann, najpewniej odezwie się sygnał alarmowy. Nie zwiedzie ich miła twarz Octavii Spencer i wyrozumiałość, jaką jej bohaterka okazuje nastolatkom. Odbiorca nie będzie miał wątpliwości, że owa wyrozumiałość jest fałszywa, że postać ta ma względem nich jakieś niecne zamiary. Podczas tego pierwszego spotkania młodych ludzi z Sue Ann może jeszcze to nie nastąpi, ale niedługo potem najprawdopodobniej część widzów uzna, że ma do czynienia z bandą bezmyślnych małolatów. Powie sobie: ja byłbym mądrzejszy. Może i tak, ale ja tam takiego komfortu nie miałam. Nie mogłam spojrzeć tak krytycznym okiem na nastolatków ochoczo korzystających z gościnności obcej osoby, bo podejrzewam, że na ich miejscu (w ich wieku) postąpiłabym tak samo. Co nie znaczy, że wszystkie ich zachowania były dla mnie w pełni zrozumiałe. Gdy ich relacja z Sue Ann w końcu zaczęła się psuć, gdy zaczęły docierać do nich sygnały, że z tą kobietą jest coś nie tak, nie potrafili wytrwać w postanowieniu trzymania się z dala od jej piwnicy. Ciągle tam wracali, bo potrzeba uczestniczenia w hucznej zabawie była silniejsza od podejrzeń żywionych względem osoby, z gościnności której tak często korzystali.

„Ma” oficjalnie sklasyfikowano jako hybrydę horroru i thrillera, ale osobiście nie znalazłam w tej produkcji niczego, co mogłabym podciągnąć pod ten pierwszy z wymienionych gatunków. Niektórzy znaleźli w scenariuszu podobieństwa do dwóch obrazów opartych na powieściach Stephena Kinga. Ale te tematy dosyć często przewijają się w kinematografii. Kreśląc przeszłość Sue Ann Tate Taylor czerpał ze swoich wspomnień ze szkolnego okresu. Z doświadczeń kogoś innego, kogo smutny los miał nieprzyjemność obserwować. Reżyser „Ma” nie chciał by widz miał jednoznacznie negatywny stosunek do tytułowej postaci. Zależało mu na tym, żeby widownia miała dla niej trochę współczucia. Zależało mu na nostalgii. I jeśli o mnie chodzi to faktycznie spoglądałam na tę postać łaskawszym okiem. O tyle o ile. Jej przeżycia z czasów licealnych i obecne rozpaczliwe zabieganie o sympatię nastolatków budziły we mnie niemałe współczucie, ale (zgodnie z zamysłem Tylora) daleka jeszcze byłam od stanięcia po jej stronie. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: UWAGA SPOILER wstrętem napawa mnie karanie dzieci za grzechy ich rodziców KONIEC SPOILERA. Z drugiej jednak strony nie jestem przekonana, czy całą tę niecodzienną sytuację można sprowadzić do tego jednego wymiaru. Odnosiłam bowiem wrażenie, że tytułową postacią kieruje przede wszystkim potrzeba nadrobienia tego, z czego tak naprawdę okradziono ją w okresie nastoletnim. A w każdym razie wówczas tego nie miała i bynajmniej nie dlatego, że o to nie zabiegała. Sue Ann nie jest tylko oprawczynią, ale również ofiarą. Ofiarą pragnień, które ma przynajmniej większość ludzi. Ofiarą rówieśników i ofiarą niezdrowej obsesji. Gdybym miała wystawić subiektywną ocenę „Ma” jedynie za tytułową postać, to byłaby ona wyższa, ale ta produkcja to nie tylko interesująca, chociaż niezbyt oryginalna, konstrukcja antybohaterki. To też plejada nieciekawych jednostek, włącznie z główną bohaterką, ale z pominięciem jej nowej przyjaciółki. Nie żeby ta ostatnia zachowywała się mądrze, ale jej rozrywkowy sposób bycia i dosyć wredny charakterek, bądź co bądź, były przyjemną przeciwwagą dla posiadającej cechy final girl, uczynnej, starającej się postępować właściwie Maggie. Grzecznej, ale i nudnej. Jednak potem... Powiedzmy, że sytuacja jest dynamiczna. Chociaż to też niezbyt adekwatne podsumowanie rozwoju wydarzeń. Bo po nadmiernie rozciągniętych w czasie beztroskich przygodach młodych ludzi (imprezy, imprezy, imprezy), okraszanych jasnymi sygnałami, że z ich dobrodziejką jest coś mocno nie tak, ale bynajmniej niepodawanymi w sposób, w którym widać by było jakieś większe starania w kierunku intensyfikowania napięcia, budowania jakiegoś mocniejszego nastroju od tego, którym najczęściej raczy nas współczesny mainstream, przychodzi pora na jeszcze trochę imprez i bardziej zdecydowane, ale wciąż niezatrważające, posunięcia Sue Ann. Innymi słowy: jest zdecydowanie za grzecznie. Zdjęcia nie trącą plastikiem – nie jest szczególnie mroczno, ani ponuro, ale i nie jest przesadnie kolorowo, warstwa wizualna nie jest zbyt mocno skontrastowana, ale i nie jest stosownie przymglona, o przybrudzeniu już nie wspominając. W każdym razie coś konkretniejszego z tych obrazów dałoby się sklecić, gdyby tylko popracowano nad ruchem kamer. Mniej pośpiechu, więcej intensywności. Bo nawet zakazane wędrówki nastoletnich dziewcząt po domu Sue Ann, te momenty, które z definicji powinny podsycać złe przeczucia, dawać odbiorcy silne poczucie znajdowania się u progu istnego koszmaru, nie działały tak, jak powinny. Zamiast z narastającym napięciem wpatrywać się w ekran, przyjmowałam to z obojętnością. Wychodzi więc na to, że chyba ów pośpiech, który twórcy „Ma” sobie narzucili nie był takim złym pomysłem, bo dzięki temu nie musiałam długo czekać na finalizacje tych nieefektywnych sekwencji. Nie żeby zrzucano wówczas na mniej jakieś bomby – nawet nie petardy, bo to w gruncie rzeczy bardzo przewidywalny obraz (korzystający z paru znanych motywów, których twórcom nie udało się przez odpowiednio długi czas przynajmniej przede mną ukryć), podany w dosyć łagodnej formie. Broniący się trochę warstwą psychologiczną – sylwetką tytułowej antybohaterki – w miarę łatwo przyswajalną, acz niezbyt emocjonującą narracją i końcówką, bo dopiero tam znalazłam bardziej charakterystyczne, nie tak ugrzecznione jak dotychczas wizualne akcenty. Nie żeby wcześniej było zupełnie niewinnie, ale nie sądzę, żeby miłośnicy filmowych thrillerów (i tym bardziej horrorów) uznali, że bywało równie drastycznie i/lub pomysłowo. Niemniej miażdżących ciosów radzę się im nie spodziewać – końcówka moim zdaniem jest najmocniejszą partią „Ma”, ale powiedzmy sobie szczerze: kino obdarowywało nas już nieporównanie śmielszymi akcentami.

Drugi, po „Dziewczynie z pociągu”, thriller w reżyserskiej karierze Tate'a Taylora, tak samo jak ten pierwszy, absolutnie mnie nie porwał. Przeciętny dreszczowiec, który nie wiedzieć czemu został też przypisany do horroru, z nieprzeciętną kobiecą kreacją. Wspaniale odegraną i dobrze rozpisaną antybohaterką i bandą nieostrożnych młodych ludzi, którzy na swoje nieszczęście ochoczo korzystają z jej gościnności. To jeden z tych filmów, których obejrzenia ani nie żałuję, ani się z tego nie cieszę. Jeśli nie ma się nic przeciwko filmowym thrillerów i jeśli nie ma się zbyt dużych wymagań, to myślę, że bez obaw można po to sięgnąć. Wątpię, żeby wielu widzów wyszło z tej przygody z maksymalną satysfakcją, ale jako taki zapychacz wolnego czasu „Ma” może się nadać.

sobota, 17 sierpnia 2019

Alvin Schwartz „Upiorne opowieści po zmroku”

Po raz pierwszy wydane w 1981 roku „Upiorne opowieści po zmroku” („Scary Stories to Tell in the Dark”) zawierają dwadzieścia dziewięć legend zebranych przez nieżyjącego już Alvina Schwartza. Ten amerykański pisarz specjalizował się w tematyce folklorystycznej, swoje utwory kierując głównie do dzieci i młodzieży. „Upiorne opowieści po zmroku” w Stanach Zjednoczonych też były promowane jako literatura dziecięca, co delikatnie mówiąc nie zostało dobrze przyjęte przez niektóre środowiska. Opatrzone upiornymi grafikami Stephena Gammella historyjki z dreszczykiem były krytykowane między innymi przez część rodziców oraz chrześcijańską grupę non-profit Concerned Women for America (CWA), którzy dążyli do wycofania książki z bibliotek szkolnych. „Po drugiej stronie barykady” stali m.in. organizacja non-profit American Library Association oraz czasopismo „The Bulletin of the Center for Children's Books”. W 1984 roku wypuszczono drugi tom „Upiornych opowieści po zmroku” pod tytułem „More Scary Stories to Tell in the Dark”, a w 1991 roku na amerykańskim rynku pojawił się trzeci (ostatni) tom, „More Tales to Chill Your Bones” – również stworzone przez Alvina Schwartza i zilustrowane przez Stephena Gammella. Wszystkie te książki trafiły na listę sporządzoną przez American Library Association, zawierającą sto tytułów, które spotkały się z największym społecznym sprzeciwem w kwestii włączenia ich do bibliotek w latach 1990-1999. W 2011 roku wydawnictwo HarperCollins wypuściło w Stanach Zjednoczonych wszystkie tomy „Scary Stories to Tell in the Dark” z bardziej przyjaznymi dzieciom ilustracjami autorstwa Bretta Helquista, co spotkało się z krytyką ze strony fanów oryginału. Kolejne wydanie zawierało już oryginalne grafiki, które to obok treści przez część amerykańskiego społeczeństwa były, i pewnie nadal są, uważane za nieodpowiednie dla najmłodszych czytelników.
 
Pierwsze polskie wydanie „Upiornych opowieści po zmroku” (tom 1), w tłumaczeniu Piotra Kusia, przygotowało wydawnictwo Zysk i S-ka. Dopiero na rok 2019 – ten sam, w którym na ekrany kin trafił horror twórcy „Łowcy trolli” i „Autopsji Jane Doe”, Andre Ovredala. Wyprodukowany między innymi przez Guillermo del Toro (i głównie jego nazwiskiem reklamowany), obraz oparty na najbardziej znanym trzytomowym literackim przedsięwzięciu Alvina Schwartza, noszący ten sam tytuł, co pierwsza część tegoż: w oryginale „Scary Stories to Tell in the Dark”, a polska nazwa to oczywiście „Upiorne opowieści po zmroku”. W 2019 roku pojawił się też film dokumentalny pt. „Scary Stories” wyreżyserowany przez Cody'ego Meiricka, który przedstawia historię tych kontrowersyjnych publikacji Alvina Schwartza.

Polskie wydanie w twardej oprawie (z plakatem filmu Andre Ovredala pod tym samym tytułem na okładce) pierwszego tomu „Upiornych opowieści po zmroku” na szczęście nie zawiera przyjaznych dzieciom grafik Bretta Helquista tylko te, które spotkały się ze wzmożoną krytyką między innymi części amerykańskich rodziców. I trudno jakoś szczególnie dziwić się ich oburzeniu, bo problematyczne ilustracje Stephena Gammella faktycznie niewinne nie są. Powiedziałabym nawet, że ilustrator poszedł na całość. Turpizm jak nic. Najbardziej logiczną grupą docelową wydają się w takim razie być starsi fani horroru, a nie najmłodsi czytelnicy. W Stanach Zjednoczonych reklamowano to jednak jako literaturę dziecięcą i stąd kontrowersje, jakie narosły wokół nie tylko omawianej pierwszej części „Scary Stories to Tell in the Dark”, tylko wszystkich trzech. Ubolewam nad tym, że Zysk i S-ka nie zdecydowało się na wydanie całej tej serii w jednym tomie, bo według mnie największym felerem tej publikacji jest jej długość. Zaledwie sto czterdzieści parę stron, gdzie nie tak znowu małą część zajmują uwagi odautorskie, źródła, bibliografia i wykaz skrótów zastosowanych w tych działach oraz podziękowania od Alvina Schwartza i spis treści. Sporo miejsca zajmują też mroczne grafiki Stephena Gammella. Ponadto mamy krótki wstęp od człowieka, który zebrał w tym tomie dwadzieścia dziewięć, przynajmniej w zamyśle, upiornych legend (trzydzieści jeśli liczyć przypowiastkę przytoczoną w rzeczonym wstępie). Na owe legendy zostaje więc rozczarowująco mało miejsca. Nie uważam, że należało te opowieści rozbudować, ale na pewno bardziej atrakcyjna dla odbiorcy byłaby publikacja zbiorcza – trzy tomy „Upiornych opowieści po zmroku” w jednym. Myślę, że to dodatnio wpłynęłoby i na sprzedaż, i na reakcje polskich czytelników. A na pewno ja byłabym bardziej kontenta, gdyby lektura zajęła mi więcej niż godzinę. Ale z drugiej strony jaka to była godzina... Godzina pełna historii z dreszczykiem, które w Stanach Zjednoczonych (i nie tylko) przekazuje się głównie z ust do ust. Nie należy jednak przez to rozumieć, że „Upiorne opowieści po zmroku” wywoływały we mnie autentyczny strach, ale faktem jest, że wpisują się one w literaturę grozy. Czy także dla dzieci? Ani treści, ani tym bardziej ilustracji osobiście nie podciągnęłabym pod literaturę dziecięcą, ale... No powiedzmy, że gdyby coś takiego trafiło w moje ręce w okresie dziecięcym traumy na pewno bym nie przeżyła. Ale dzieci są różne, więc chyba najlepiej będzie wrzucić tę książeczkę do szufladki z napisem „literatura grozy”, a kwestię wieku najbardziej odpowiedniej grupy docelowej zostawić każdemu do indywidualnej oceny. Legendy zamieszczone w pierwszym tomie „Upiornych opowieści po zmroku” podzielono na pięć grup. Pierwsza „Aaaaaaaaaach!” wedle Alvina Schwartza zawiera sześć historii pełnych zwrotów akcji. Potem mamy dział pod tytułem „Usłyszał kroki na schodach do piwnicy”, który poświęcono duchom – składa się na niego pięć opowieści. „Zjedzą twoje oczy, zjedzą twój nos” to już bardziej ogólnie, partia skupiająca się na różnego rodzaju przerażających rzeczach – i tutaj mamy w sumie osiem historyjek. „Inne zagrożenia” to cztery urban legends (legendy miejskie), z których przynajmniej trzy powinny być doskonale znane długoletnim miłośnikom szeroko pojętego horroru. I na koniec znowu „Aaaaaaaaaach!”, ale tym razem dostajemy sześć opowieści, które spokojnie można podciągnąć pod makabreskę. Alvin Schwartz poprzedził ten dział notką (wszystkie działy opatrzył tego rodzaju notkami), że te historie mają za zadanie rozśmieszyć odbiorcę książki.

We wstępie do „Upiornych opowieści po zmroku” Alvin Schwartz stwierdza, że historie, które tutaj prezentuje najlepiej snuć w nocy na użytek słuchacza/słuchaczy. Najdobitniej wskazuje na to w pierwszym dziale, w którym to nie tylko przelewa na papier zasłyszane historie, ale i opatruje je wskazówkami dla tych, którzy zechcą przestraszyć nimi znajomych. Takie mini „Czy boisz się ciemności?” w wersji papierowej. Mamy tutaj m.in. kanibalizm, części ludzkiego ciała wypadające z komina, wierszyk, który tylko na pozór nic nie znaczy i jeszcze jeden wierszyk o kobiecie natykającej się na rozkładające się zwłoki. Wbrew zapowiedziom autora niczego zaskakującego w tym dziale nie znalazłam. Co więcej napełnił mnie on obawą, że Alvin Schwartz pozostałe opowieści również nadpsuł wskazówkami dla potencjalnych opowiadaczy. I że okażą się równie naiwne. Ale kolejna „szufladka”, partia poświęcona duchom, odegnała ode mnie ów lęk. Opowieści o istocie wyglądającej jak szkielet, o kochanku powracającym z martwych i gościach pewnego domku na odludziu, to moim zdaniem istna kwintesencja ghost story. Między innymi te historie natchnęły mnie przekonaniem, że Alvin Schwartz dobrze zrobił nie rozbudowując wybranych legend. Oczywiście, wiele z nich (jeśli nie wszystkie) krąży po świecie w różnych wersjach – o niektórych z nich Schwartz nawet napomknął, ale na właściwe opowieści wybrał te wersje, które sam uznał za najlepsze. W dziale o duchach znalazły się też nieco mniej efektywne teksty o tajemniczym wilku oraz pastorze postanawiającym przeprowadzić egzorcyzmy w pewnym domu (ilustracja do tego opowiadania zrobiła na mnie największe wrażenie), ale dzięki temu, że Schwartz zrezygnował z instruktażu dla opowiadaczy te chwile, które upłynęły mi na przyswajaniu owych historii przynajmniej nie wypełniała irytacja. W następnym dziale poczytałam o dziewczynce, która to nie wierzyła, że stanięcie po zmroku na jakimkolwiek grobie kończy się wciągnięciem śmiałka pod ziemię; o wiedźmie potrafiącej zamieniać ludzi w konie; o kobiecie przekonanej, że jej bliscy zamienili się w... aligatory; o intrygującym omenie; o Wendigo (klasyczna opowieść indiańska); o zabawie polegającej na przekazywaniu sobie przedmiotów, które w dotyku przypominają części ludzkich zwłok (znowu instruktaż dla osób, które zechcą w to zagrać) oraz o koszyku z upiorną zawartością. Aha, dostałam jeszcze iście makabryczną pieśń o karawanie i moim trupie. Poza wspomnianą „zabawą w ludzkie zwłoki” nie miałam większych powodów do narzekań – seria zajmujących, nieprzekombinowanych opowieści z różnościami spod znaku horroru. Ale mój ulubiony dział „Upiornych opowieści po zmroku” to ten zawierający legendy miejskie – w większości znane mi i to nie tylko w takich wersjach, jakie Schwartz tutaj zaprezentował, opowieści o człowieku, który w miejscu lewej dłoni ma hak; dotychczas nieznana mi ciekawa historia o sukni wieczorowej; o dziewczynie przeżywającej niepokojące chwile na drodze (podróż samochodem z natrętnym kierowcą na ogonie) i jakżeby inaczej perypetie pewnej opiekunki do dzieci, niestety, w tym najłagodniejszym wydaniu. A na koniec trochę śmiechu. Czarnego humoru wyższych i niższych lotów. Mnie najbardziej rozbawiła puenta historii o nawiedzonym pokoju hotelowym. Żmija, nieszczęsna wyprawa na strych (tutaj też jest wskazówka dla opowiadacza, ale w tym jednym przypadku mi nie przeszkadzała, a wręcz jestem zdania, że była wręcz wskazana), historia obrazkowa o obślizgłym potworze, teksty o upartym trupie oraz gadających kotach – wszystko to w tej partii, być może ku swojemu rozbawieniu, znajdziemy. Być może, bo akcenty komediowe zastosowane w legendach zebranych w tym dziale pierwszego tomu „Upiornych opowieści po zmroku” ewidentnie są zróżnicowane jakościowo. Wszystkie to makabreski i moim zdaniem wszystkie są na swój sposób udane – tyle że jedne mniej, inne bardziej.

Premierowe polskiej wydanie pierwszego z trzech tomów kontrowersyjnego przedsięwzięcia nieżyjącego już Alvina Schwartza, robiąca wrażenie publikacja „Upiornych opowieści po zmroku” wydawnictwa Zysk i S-ka (które to wzorowało się na tym mocniej krytykowanym anglojęzycznym wydaniu, bo opatrzonym bardziej makabrycznymi ilustracjami), ale na pewno nie objętością. Myślę, że długość tego zbioru legend może działać najbardziej zniechęcająco na miłośników literatury grozy. Ale z drugiej strony pewnie będzie płynąć do nich zachęta w postaci szeroko reklamowanego i dystrybuowanego horroru Andre Ovredala, który został wypuszczony w tym samym, 2019 roku, co polskie wydanie jednej z trzech książek, na kanwie których ów obraz nakręcono. Szczyt literatury grozy to moim zdaniem nie jest. Proste i króciutkie legendy zebrane w pierwszym tomie „Upiornych opowieści po zmroku” są nierówne, nie stoją na tym samym poziomie, ale myślę, że mimo wszystko fani literackiego horroru powinni dać tej pozycji szansę. Niektóre z widniejących tutaj legend zapewne już znają, ale zaryzykuję przypuszczenie, że nie jest to większość. A styl Alvina Schwartza nowej jakości im nie dodaje (maksymalnie uproszczony). Inna sprawa, czy te funkcjonujące głównie w przekazach ustnych opowieści z dreszczykiem tego potrzebują? Czy bardziej dojrzały styl nie odebrałby aby mocy tym i wielu innym legendom zamieszczonym w rzeczonej publikacji? Według mnie to bardzo możliwe. Czasami więcej słów szkodzi zamiast pomagać, czasami bardziej wskazana jest językowa prostota. Alvin Schwartz bez wątpienia to rozumiał. Arcydzieła literatury grozy nie stworzył (mowa o pierwszym tomie „Upiornych opowieści po zmroku”), ale dał mi nawet niezłą rozrywkę na jedną godzinę w porze nocnej. Na tyle zajmującą, że na pewno zapoznam się z kolejnymi tomami „Upiornych opowieści po zmroku”, jeśli tylko pojawiają się polskojęzyczne wydania. Bo na razie ani widu, ani słychu...

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 15 sierpnia 2019

Victoria Helen Stone „Dziewczyna zwana Jane Doe”

Jane Doe to spokojna, nierzucająca się w oczy pracownica niskiego szczebla firmy ubezpieczeniowej z Minneapolis. Nieco naiwna, łatwo podporządkowująca się mężczyznom, cnotliwa kobieta, która ledwo wiąże koniec z końcem. Tak ją widzi Stephen Hepsworth, syn pastora, który jest menedżerem w tej samej firmie. Bo Jane chce, żeby właśnie tak ją widział. W rzeczywistości Jane jest bogatą socjopatką, na stałe mieszkającą w Kuala Lumpur, gdzie jest prawniczką dużego azjatyckiego koncernu. Do Minneapolis przybyła w jednym konkretnym celu: żeby zniszczyć Stephena Hepswortha. Odpłacić mu za to, co zrobił jej jedynej przyjaciółce i to w możliwie jak najbardziej dotkliwy sposób. Jane jest gotowa nawet odebrać mu życie. Właściwie to marzy o tym. Ale zaczyna od uwiedzenia go. Podczas gdy Stephen jest przekonany, że znalazł kolejną kobietę, nad którą swobodnie może znęcać się psychicznie, jego nowa dziewczyna bezlitośnie nim manipuluje. I czeka. Czeka na dogodny moment do przypuszczenia zdecydowanego ataku. Na swoją zemstę, która nie ma wątpliwości, że będzie bardzo słodka.

Victoria Helen Stone to pseudonim literacki amerykańskiej pisarki Victorii Dahl, która pod własnym nazwiskiem napisała blisko trzydzieści romansów, w tym trzy bestsellery USA Today i kilka pozycji nominowanych do RITA Award. W 2016 roku Dahl skręciła w mroczniejszą stronę beletrystyki jako Victoria Helen Stone. Dotychczas ukazały się cztery jej thrillery: „Evelyn, After”, „Half Past”, „False Step” i „Jane Doe”, która to w Polsce została wydana pod tytułem „Dziewczyna zwana Jane Doe”. Swoją światową premierę ten thriller psychologiczny miał w 2018 roku, na polskim rynku ukazał się natomiast w roku 2019 nakładem wydawnictwa Czwarta Strona. I jak na razie jest to jedyna powieść Victorii Helen Stone, którą wydano w Polsce. Na 2020 rok zaplanowano światową premierę kontynuacji „Jane Doe”, która ma ukazać się pod tytułem „Problem Child”.

„Dziewczyna zwana Jane Doe” prawdopodobnie byłaby zwyczajną, niczym niewyróżniającą się powieścią spod znaku revenge, gdyby nie tytułowa bohaterka i zarazem narratorka tego thrillera psychologicznego. Trzydziestoletnia kobieta posługująca się nazwiskiem Jane Doe, która jest... socjopatką. Ale, jak sama często podkreśla, nie taką filmową. Jane nie jest geniuszem zbrodni, tylko dobrze opłacaną prawniczką pozbawioną empatii. Poddającą się wszelkim zachciankom egoistką, która już w dzieciństwie nauczyła się owijać sobie mężczyzn wokół palca. Cyniczną, wyrachowaną istotą, która zawsze wie, czego chce i bez większych trudności swoje cele realizuje. Istna kobieta demon, femme fatale podniesiona do potęgi, która nigdy wcześniej nie miała potrzeby zabijania. Żadnemu człowiekowi życia jeszcze nie odebrała... jeszcze. Od paru miesięcy, od śmierci swojej jedynej przyjaciółki Meg, Jane marzy o zadaniu jak największych cierpień człowiekowi, który przyczynił się do jej straty. Nie wie jeszcze, jaką dokładnie karę mu wymierzy, ale najbardziej skłania się ku odebraniu mu życia. Mu czyli Stephenowi Hepsworthowi, menedżerowi w firmie ubezpieczeniowej, w której sama się zatrudniła jako osoba do wprowadzania danych, tylko po to, by mieć do niego większy dostęp. Praca ta pozwoliła jej zbliżyć się do swojego celu. Więcej nawet: zwrócić na siebie jego uwagę, rozpalić w nim pragnienie zdobycia jej. Plan Jane bowiem zakłada związanie się z nim na jakiś czas, wejście w rolę bezgranicznie oddanej mu, bezbronnej kobiety, którą będzie mógł do woli upokarzać. Właśnie taki typ kobiet preferuje Stephen. Szuka uległej dziewczyny, nad którą swobodnie będzie mógł znęcać się psychicznie. Kto w takim razie jest gorszy? Pozbawiona współczucia, niepotrafiąca kochać, dbająca głównie o swoje potrzeby socjopatka, czy czerpiący przyjemność z poniżania kobiet syn pastora, który przyczynił się do śmierci swojej poprzedniej dziewczyny, ale bynajmniej nie czuje się winny? Odpowiem tak: już dawno nie miałam przyjemności obcować z tak wspaniałą postacią literacką, jak Jane Doe. Owszem, całkiem niedawno przeczytałam podobną powieść, która swoją światową premierę miała mniej więcej rok później, „Złotą klatkę” Camilli Lackberg, ale tamtejsza mścicielka nie ma wiele wspólnego z tą tutaj. Jane Doe jest jedyna w swoim rodzaju – to niezwykła kompilacja wyrachowania, siły, chłodu, spokoju i pragmatyzmu. Kobieta nieznająca litości i być może miłości (dopuszcza do siebie możliwość, że czuła coś przynajmniej zbliżonego do tego uczucia względem swojej nieżyjącej już przyjaciółki, ale nie jest pewna, bo jest kimś na kształt laika w kwestii emocji), ale doskonale wiedząca, jak smakuje satysfakcja. A teraz największej satysfakcji może dostarczyć jej jedynie upadek Stephena Hepswortha. Akt zemsty za śmierć jej przyjaciółki. Jane nie robi tego dla niej, nie ma bowiem wątpliwości, że Meg by sobie tego nie życzyła. Nie, Jane jak zwykle działa z egoistycznych pobudek. Realizuje swój (nie powiedziałabym, że niecny, ale niech każdy sam sobie to oceni) plan wyłącznie dla siebie. I przednio się przy tym bawi. Może zabrzmieć to strasznie, ale prawdą jest, że ja też wybornie się bawiłam. Zabijcie mnie, ale śledzenie działań zmierzających do zniszczenia rasowego szowinisty, człowieka, który wyspecjalizował się w upokarzaniu i całkowitym podporządkowywaniu sobie bezgranicznie zakochanych w nim kobiet, przynosiło mi swoiste katharsis. Pewnie dlatego, że żyję w świecie, w którym za znęcanie się nad kobietami, przy pomyślnych wiatrach, dostaje się rok-dwa lata więzienia i jeszcze próbuje mi się wmówić, że to jest sprawiedliwość. Nie, to Jane Doe dąży do sprawiedliwości. Nie robi tego jednak po to, by uchronić inne kobiety przed losem, jaki spotkał jej przyjaciółkę. Robi to dla swojej satysfakcji. Bo ma taką potrzebę, a ona praktycznie zawsze robi to, na co akurat ma ochotę. Taka już jest i jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, nie mogę powiedzieć, że źle się czułam w towarzystwie tej socjopatki. Paradoksalnie myślę, że gdyby takich kobiet było więcej, świat byłby przynajmniej trochę lepszy. Co nie znaczy, że we wszystkim się z nią zgadzałam.

Nie jestem socjopatką filmową, tylko zwykłą, więc nie urodziłam się z żadnymi nadprzyrodzonymi umiejętnościami w zakresie otwierania sejfów. Zamkami nie można manipulować tak jak ludźmi.”

(źródło: https://twitter.com/VictoriaDahl)
„Dziewczyna zwana Jane Doe” to powieść feministyczna. Chociaż nie, bardziej adekwatne będzie tutaj chyba stwierdzenie: skrajnie feministyczna. Z tego względu, że Victoria Helen Stone pozwala sobie na naprawdę bezlitosną analizę płci męskiej. No dobrze, nie generalizuje, nie wrzuca wszystkich mężczyzn do jednego worka z napisem „szowiniści”, bo przeciwwagą dla Stephena Hepswortha i innych mężczyzn, z którymi na ogół styka się Jane, jest Luke. Jej chłopak ze studenckich czasów, którego teraz, po latach, znowu spotyka. W „Dziewczynie zwanej Jane Doe” odzywają się echa literatury, w której jej autorka przez długie lata się realizowała. Wątek romantyczny też się tutaj przewija i nie muszę chyba dodawać (ale na wszelki wypadek dodam), że nie przyjęłam go z otwartymi ramionami. Niejaką osłodą było dla mnie tylko to, że damski pierwiastek pączkującego związku dwojga ludzi był... inny? Jane Doe często powtarza, że jest inna. Mówi nawet o sobie, że nie jest prawdziwa, a czasami nazywa się wręcz potworem. Nie chodzi o to, że jest zakompleksiona, nadmiernie samokrytyczna, bo tak naprawdę żyje w zgodzie ze sobą. Lubi siebie taką, jaką jest, ale... Otóż, Jane od dawna jest świadoma tego, że jest klasycznym (nie filmowym, jak podkreśla) przypadkiem socjopatki. Brak empatii jest dla niej zarazem błogosławieństwem i przekleństwem. Z jednej strony to znacznie ułatwia jej życie, a z drugiej zdaje się skrycie tęsknić za taką egzystencją, jaką toczą „prawdziwi ludzie”. Ale to tak na marginesie, w tych rzadkich chwilach, w których garściami nie czerpie ze swojego pozbawionego wznioślejszych emocji życia. Jej największym orężem jest seks, a bo już w dzieciństwie odkryła, że pozbawia on rozumu nawet najbardziej wpływowych, poważnych mężczyzn. A ona wprost uwielbia manipulować mężczyznami, bawić się nimi, wykorzystywać ich słabości. W stosunku do chrześcijanina, który bynajmniej po chrześcijańsku nie postępuje (powiedzmy, bo krytyka tej religii też tutaj wyraźnie wybrzmiewa), ma bardziej dalekosiężne plany. Nie chce, jak to zwykła czynić z mężczyznami, zaspokoić swoich seksualnych pragnień, trochę się nim pobawić i pójść dalej; przeżyć krótkotrwałej przygody łóżkowej, tylko albo dokumentnie zniszczyć mu życie, albo go tego życia pozbawić. Mówicie co chcecie, ale uważam, że ta postać powinna przejść do annałów literackiego thrillera psychologicznego. Dla mnie w każdym razie to jedna z najbardziej charakterystycznych bohaterek (tak bohaterek, nie antybohaterek), z jaką dotychczas w beletrystyce się spotkałam. Postać, z którą kontaktu wręcz łaknę. Pragnę, by została ze mną na dłużej, by Stone uczyniła ją bohaterką obszernej serii, a polscy wydawcy zadbali o to, by każdy tom na bieżąco (w niedużym odstępie od światowej premiery) trafiał na nasz rynek. Mniejsza z tym, że fabuła „Dziewczyny zwanej Jane Doe” nadzwyczajna nie jest, że Stone wykorzystała doskonale znaną fanom nie tylko thrillerów, ale również horrorów i dramatów, konwencję, że tak naprawdę to bardzo schematyczna i pozbawiona mocniejszych punktów historia. To znaczy nieobfitująca w szczególnie zaskakujące zwroty akcji, czy drastyczne sceny fizycznych tortur i/lub śmierci (do czego przyzwyczajeni są fani rape and revenge, z którym to nurtem powieść ta ma trochę wspólnego). To bardzo prosta opowieść o manipulacji i psychicznym znęceniu się nad człowiekiem. Stephenowi Hepsworthowi wydaje się, że to on w ten haniebny sposób dominuje w swoich nowym związku, że to on jest samcem alfa, ale my wiemy, że tak naprawdę to jego partnerka dzierży wszystkie asy. To ona bawi się nim, pozwalając mu przy tym sądzić, że jest odwrotnie. Prostota, również języka, w mojej ocenie nie wpływa jednak jakoś szczególnie mocno na jakość tej powieści. Oczywiście, przydałyby się dłuższe, bardziej szczegółowe opisy poszczególnych miejsc i wydarzeń (bo portretom czołowych postaci powierzchowności zarzucić nie mogę) oraz większe urozmaicenie tych drugich tj. mniej seksu, więcej silniejszych uderzeń, ale bez okrajania gierek psychologicznych roztoczonych na kartach omawianej książki. Ale i w takim wydaniu przygoda ta okazała się dla mnie nadzwyczaj pasjonująca. Nic więc dziwnego w tym, że za największy feler „Dziewczyny zwanej Jane Doe” - większy nawet od wątku romantycznego – uważam długość tej publikacji. Zdecydowanie za krótka – toż chciałoby się przynajmniej z tydzień czytać o kobiecie, której prawdziwego nazwiska nie pozwolono mi poznać, ale poza tym nie miała ona przede mną większych tajemnic. Naprawdę wielu bardziej doświadczonych autorów literackich dreszczowców może Victorii Helen Stone (tzn. Victorii Dahl) pozazdrości tak wspaniale skonstruowanej, niezwykle barwnej, elektryzującej postaci. Bohaterki, która wręcz niesie całą tę powieść. Oby więcej takich!

Polecam, polecam, polecam! Polecam wszystkim osobom, którzy poszukują w literaturze silnych kobiecych postaci, które można albo pochwalać, albo potępiać. To już zależy od czytelnika/czytelniczki. Tytułowa postać „Dziewczyny zwanej Jane Doe” autorstwa Victorii Helen Stone (właściwie Victorii Dahl) to postać, która wprowadza pewną świeżość do thrillera psychologicznego. Nie ogromną, bo może co najmniej delikatnie kojarzyć się z choćby Catherine Tramell z kultowego „Nagiego instynktu” Paula Verhoevena (i jego sequela w reżyserii Michaela Catona Jonesa), ale i tak myślę, że jest to na tyle wyróżniająca się postać, żeby zwrócić uwagę nawet poszukiwaczy oryginalności. Czegoś trochę innego od tego, z czym dotychczas się spotykali. Niekoniecznie nadzwyczaj mrocznego, na pewno nieprzepełnionego krwawą przemocą, ani nawet niecechującego się pamiętnymi zwrotami akcji. Ale na swój sposób bardzo emocjonującego. Podejrzewam, że w tej propozycji odnajdą się nie tylko fani thrillerów psychologicznych, ale również dramatów oraz utworów obyczajowych o podłożu feministycznym. Takich mocniejszych, ale nie mocnych w rozumieniu na przykład fana horroru. Niemniej tenże fan, w „Dziewczynie zwanej Jane Doe” też może się rozsmakować – zwłaszcza, jeśli gustuje w opowieściach osadzonych w konwencji rape and revenge. Albo inaczej: tylko revenge. Podsumowując: czytać, czytać, czytać!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 13 sierpnia 2019

„Mordercza wyspa” (2017)

Kilka miesięcy po samobójstwie nastoletniej Claire, grupka osób uczęszczająca do tego samego liceum co ona, zostaje zaproszona przez koleżankę do jej domu na niewielkiej wyspie. Meg jakiś czas temu zmieniła szkołę, dlatego dziwi ją, że również otrzymała zaproszenie. Na wyspę przybywa ze swoją najlepszą przyjaciółką Minnie, a wśród osób, które zastaje na miejscu jest chłopak, który od dawna zabiega o jej względy, TJ. Meg też coś do niego czuje, ale konsekwentnie odrzuca jego zaloty ze względu na Minnie, która się w nim podkochuje. Niedługo po dotarciu ostatnich gości do dużego domu na wyspie, młodzi ludzie znajdują amatorski filmik ze złowrogim przesłaniem. Tej samej nocy jedna z dziewcząt popełnia samobójstwo. A przynajmniej tak zakładają pozostali. Zmieniają zdanie, gdy giną kolejne osoby. Po każdym zabójstwie znajdują wypisaną farbą liczbę wskazującą na aktualną ilość trupów. Meg ponadto znajduje dziennik Claire. Niektóre kartki z niego wyrwane ktoś zostawia w różnych miejscach i tylko Meg zwraca na nie uwagę. Najpewniej robi to morderca. Pytanie tylko, czy jest nim któreś z nich, czy na wyspie znajduje się ktoś jeszcze?

Amerykański slasher „Mordercza wyspa” („Ten: Murder Island”) został zrealizowany dla kanału Lifetime, gdzie po raz pierwszy wyświetlono go we wrześniu 2017 roku. Scenariusz napisał Chris Robert w oparciu o po raz pierwszy wydaną w 2012 roku powieść „Ten” pióra Gretchen McNeil, wedle słów samej autorki, będącej hołdem dla „I nie było już nikogo” Agathy Christie. Na krześle reżyserskim również zasiadł Chris Robert, który w tej roli zadebiutował parę miesięcy wcześniej, dramatem „Another You”. Został on też jednym z producentów wykonawczych „Morderczej wyspy”.

Powieść „Ten” Gretchen McNeil, na kanwie której nakręcono „Morderczą wyspę”, nie doczekała się jeszcze polskiego wydania, ale mam szczerą nadzieję, że kiedyś to się zmieni. Nie żebym zakochała się w omawianej produkcji, ale jestem ciekawa, jak film Chrisa Roberta prezentuje się na tle książki. „Mordercza wyspa” może być odbierana albo jako thriller, albo (ku czemu sama się skłaniam) jako horror slash. Zauważalnie niskobudżetowy, ale nie należy przez to rozumieć, że mocno trącący amatorszczyzną. Montaż pozostawia wiele do życzenia – cięcia często następują w nieodpowiednich momentach i kojarzą się z miernymi teatrami telewizyjnymi. Wyciszenie, wyciemnienie i powrót do niepotrzebnie przerwanego wątku. Ale czy na pewno te zabiegi nie miały żadnego uzasadnienia? Bo można odnieść wrażenie, że twórcy starali się dostosować do realiów telewizyjnych, albo raczej kanału Lifetime – że cięcia następowały wtedy, gdy przychodził czas na reklamy, a nie wówczas, gdy wymagała tego narracja. Praca kamer, delikatnie mówiąc, też nie jest najwyższych lotów. Ujęcia zamglonej wyspy – ponury leśny krajobraz i równie nastrojowe zdjęcia wody obmywającej jej brzegi – robią niemałe wrażenie, ale gdy w kadr wchodzą ludzie sytuacja ulega pogorszeniu. Nieumiejętne kadrowanie, źle obliczone zbliżenia i z lekka wybijające z rytmu kąty nachylenia kamer. To wszystko stanowi przeszkodę, ale myślę, że nie z gatunku tych nie do przebycia. Raz: da się do tego przyzwyczaić. Dwa: z wyżej wymienionymi felerami nie zderzamy się bez przerwy. W „Morderczej wyspie” nie brakuje fragmentów zrealizowanych w sposób przynajmniej nieutrudniający angażowania się w prezentowaną historię. Przynajmniej, bo myślę, że klimat omawianej produkcji ma szansę porwać niektórych widzów. Mnie nie zelektryzował, ale daleka jestem od ciskania gromów w tę materię „Morderczej wyspy”. Takich ponurości nie zwykłam krytykować, aczkolwiek jestem przekonana, że jesienna, złowroga aura małej wyspy, na której toczy się akcja filmu Chrisa Roberta, znacznie zyskałaby na sile, gdyby wprowadzono parę poprawek w scenariuszu. Główną bohaterką „Morderczej wyspy” jest Meg, w którą w dosyć przekonującym stylu wcieliła się China Anne McClain. Postać wręcz skrojona pod final girl – trzymająca się trochę na uboczu grupy, nieczująca się w gronie osób przebywających na feralnej wyspie tak dobrze jak pozostali, nielubiąca alkoholu i przynajmniej w teorii zawsze kierująca się rozumem, racjonalnie myśląca, tworząca dobre plany i w najwłaściwszy sposób na wszystko patrząca. Tak wynika ze słów choćby jej najlepszej przyjaciółki, borykającej się z nerwicą lękową, Minnie (niezła kreacja Cassidy Gifford), która jak to często z przyjaciółkami final girls w slasherach bywa, jest zupełnym przeciwieństwem głównej bohaterki „Morderczej wyspy”. Często poddająca się emocjom (co może być spowodowane wyłącznie jej chorobą, ale niekoniecznie tylko tym), skora do kłótni, niepozwalająca „wchodzić sobie na głowę”, jak zwykła czynić Meg, niedająca się tłamsić, chyba że za coś takiego uznać opiekę jaką roztoczyła nad nią jej najlepsza przyjaciółka. Wszystko wskazuje na to, że Minnie dobrze się z tym czuje, że wręcz łaknie tego rodzaju uwagi od Meg, ale to mogą być tylko pozory. Sama Meg natomiast okazuje się niedużo bardziej domyślna od pozostałych młodych osób przebywających na posępnej wyspie. Tak, nawet ona, ta niby nadzwyczaj dobrze rozumująca dziewczyna, potrzebuje zawstydzająco dużo czasu na właściwe odczytanie wszystkich wskazówek podrzucanych przez nie tak znowu tajemniczego mordercę. Jego tożsamość co prawda zostaje ujawniona dopiero w ostatnim „akcie”, ale wątpię, żeby znalazło się wielu widzów, którzy sami do tego nie dojdą.

(źródło: http://jbspins.blogspot.com/)
„Mordercza wyspa” w bardzo ogólnym zarysie przypomina „Wyspę strachu” Michaela Storeya (żeby była jasność: ten drugi z wymienionych filmów uważam za dużo lepszy). Mamy grupkę młodych ludzi, która utkwiła na niewielkiej wyspie z osobą, która jak wiele na to wskazuje pragnie się na nich zemścić. Film otwiera scena samobójstwa nastolatki, z którą później stopniowo będziemy zapoznawać się za pośrednictwem jej dziennika, wizualizacji jego fragmentów, w których zastosowano doprawdy kiczowaty zabieg. Otóż, wszystkie twarze poza obliczem narratorki przynajmniej do pewnego momentu są nie tyle zamazane, ile zarysowane. Wygląda to zupełnie tak, jakby jakieś dziecko białą kredką pomazało po ekranie... W każdym razie wynika z tego, że dziewczyna, która na początku filmu popełniła samobójstwo przez długi czas bezskutecznie próbowała zasymilować się w szkolnym społeczeństwie. Rozpaczliwie starała się znaleźć przyjaciół i chłopaka, ale te próby niezmiennie kończyły się dla niej dotkliwym rozczarowaniem. A ostatecznie śmiercią. To znaczy tak się wszystkim wydawało, bo sytuacja na wyspie parę miesięcy później może wskazywać na to, że odrzucona przez rówieśników dziewczyna przeżyła. A teraz dokonuje aktu zemsty na ludziach, których, słusznie czy nie, obwinia za swój ciężki los. Ci ludzie jednak z jakiegoś kompletnie nieznanego mi powodu potrzebują przesadnie dużo czasu na przyswojenie sobie tej prawdy, że na wyspie jest morderca. Mają nagranie, które bardzo wyraźnie mówi zemście, ale jeszcze większą wskazówką jest dziennik Claire (dziewczyny, która jakoby popełniła samobójstwo przed paroma miesiącami), który wpada w ręce Meg. Początkowo z nikim nie dzieli się ona informacją o tym znalezisku, ani o wyrwanych z niego kartkach, które znajduje w różnych miejscach. To ostatnie jest o tyle ważne, że treść, która owe stronice wypełnia ma wiele wspólnego z wydarzeniami na wyspie. Meg przez długi czas tego nie zauważa, a i nawet, gdy zaczyna skłaniać się ku temu, że ktoś tutaj urządził sobie polowanie na ludzi, jej uwagę bardziej zdaje się zaprzątać TJ (w tej roli Rome Flynn, który gra mocno przeciętnie, ale na takiego przystojniaka przyjemnie popatrzeć). I tutaj zaczynają się poważne schody. Owszem, jestem jedną z tych niewielu osób, które przyjmują nielogiczne zachowania bohaterów slasherów, jako dosyć istotną część ich konwencji (która w dodatku nie jest tak do końca na bakier z rzeczywistością). Co do zasady mam sporo sympatii dla tych powszechnie krytykowanych rozwiązań fabularnych, ale to ma swoje granice. Jeśli widzę nastolatków, którzy w obliczu zagrożenia raz po raz wdają się w dyskusje typu „chcę z tobą być - ja w sumie też, ale nie mogę”, to czuję się, jakby świat mi się przekrzywił. Halo ludzie – może zanim zaplanujecie sobie przyszłość, zadbajcie o to, żeby ją w ogóle mieć? Ktoś na was poluje, a wy ględzicie o swoich uczuciach. No błagam... Tylko że na początku wcale nie zakładacie, że na wyspie, może nawet w waszej wąskiej grupie, jest morderca. Dostajecie wystarczająco sygnałów, że tak właśnie jest, ale wolicie myśleć, że dziwnym zbiegiem okoliczności dwie osoby straciły życie z innych powodów. Bo jakie jest prawdopodobieństwo, że jedna z dziewcząt wchodzących w skład tej młodocianej grupki dozna śmiertelnego wypadku niedługo po tym, gdy inna odebrała sobie życie (dwa trupy w przeciągu paru godzin)? Cóż, według ich kolegów i koleżanek bardzo duże. Naiwności więc w mojej ocenie w „Morderczej wyspie” jest co niemiara. Ale z pomocą śpieszy, jakże atrakcyjne dla horroru, miejsce akcji: niewielka wyspa, w przedstawieniu której dominują szarości. Ale i sama koncepcja – a przynajmniej dla mnie, osoby, która wprost przepada za slasherami – przyciąga uwagę. Zwłoki młodych ludzi wyglądają dosyć biednie – przesadnie rozwodniona substancja robiąca za krew, którą w dodatku oszczędzano (pewnie głównym winowajcą był tutaj niski budżet) i brak większej inwencji. Chyba że za takową uznamy na przykład powieszenie, rozłupanie czaszki albo upadek z wysoka. Tak, ale mimo wszystko jakoś się to ogląda. Tę prościutką historyjkę o młodych ludziach sukcesywnie eliminowanych na ponurej wyspie przez człowieka, który kieruje się pragnieniem zemsty. Człowieka wierzącego, że w ten sposób wymierza sprawiedliwość, że wyrównuje rachunki, których nikt inny wyrównać nie zechciał. Ale czy na pewno człowieka? Bo może jest tak, jak niezbyt poważnym tonem stwierdza jedna z potencjalnych ofiar zabójcy z wyspy - może rzecz dotyczy mściwego ducha nastolatki, która przed paroma miesiącami odebrała sobie życie. Jakkolwiek by było, wyspa, na którą Chris Robert zabiera widzów trochę przypomina nawiedzone miejsca z gotyckich horrorów – cechuje ją podobna zimna ponurość. A i znaczne oddalenie od cywilizacji, ekstremalna zaciszność tego miejsca nie jest bez znaczenia. Wzmaga niebezpieczeństwo uosabiane przede wszystkim przez jednostkę, która z premedytacją zabija niezbyt lotnych młodych ludzi.

Czy fani slasherów mają w „Morderczej wyspie” Chrisa Roberta czego szukać? W pewnym sensie tak, bo pod wieloma względami to bardzo klasyczne podejście do tego podgatunku horroru. Konwencjonalizm oczywiście na niektórych zadziała odstraszająco, ale z pewnością nie na wszystkich. Nie mam wątpliwości, że niektórych miłośników tego typu rąbanek ucieszy wykorzystanie dobrze im znanych motywów. Ta radość niekoniecznie jednak będzie wielka, bo „Mordercza wyspa” moim zdaniem ponad przeciętność się nie wybija. Ale może to tylko moje zdanie. Może Wy znajdziecie w sobie więcej sympatii dla tej produkcji. Sprawdźcie, to się przekonacie. Albo nie. Ja w każdym razie nie uważam, żeby nawet dla fanów slasherów była to pozycja obowiązkowa, ale jak się nie ma niczego innego w zasięgu, to można sobie popatrzeć.