Stronki na blogu

czwartek, 17 marca 2022

Enrico Camanni „Kobieta z lawiny”

 

Dolina Aosty. Przewodnik alpejski i szef górskiej służby ratowniczej, Nanni Settembrini, angażuje się w zagadkową sprawę kobiety, która ledwo uszła z życiem po zejściu lawiny. Gdy ją znaleziono była obwiązana kilkudziesięciometrową liną, co sugeruje, że nie wybrała się w góry sama. Gdzie w takim razie podział się jej towarzysz? Czy mógł odłączyć się od tej tajemniczej kobiety wcześniej? A może przepadł pod śniegiem? Nanni nie może też wykluczyć, że nieznajoma była sama, ale w takim wypadku chciałby dowiedzieć się, dlaczego wlokła za sobą długi sznur. Kobieta z lawiny przynajmniej na razie nie może odpowiedzieć na te pytania, ponieważ niczego nie pamięta. Ani wypadku, ani żadnego innego wydarzenia ze swojego życia. Nie wie nawet, jak się nazywa. Settembrini łączy siły z nowo poznaną kobietą, psychiatrą Martiną Argentą, która postara się odblokować wspomnienia przebywającej w szpitalu nieznajomej.

Kobieta z lawiny” (oryg. „Una coperta di neve”) to pierwotnie wydana w 2020 roku powieść włoskiego, urodzonego się w Turynie, pisarza zakochanego we wspinaczce wysokogórskiej. Uczęszczał na kurs historyczny na Wydziale Nauk Politycznych, a potem został instruktorem w Szkole Alpinizmu im. Giusto Gervasuttiego. Swoją pasję do wspinaczki połączył z dziennikarstwem, z czasem wchodząc również na rynek literacki. Napisał kilka powieści osadzonych w różnych okresach historycznych, a potem zdecydował się skorzystać z rady dyrektor artystycznej miesięcznika „Alp”, Eliany Barbery, i stworzył kryminał osadzony w czasach współczesnych z ratownikiem górskim w roli głównej. A raczej powieść obyczajową z dodatkiem kryminału, która do Polski zawitała w roku 2022 pod szyldem Wydawnictwa Kobiecego.

Zwolnijcie, wyciszcie się i cieszcie pięknymi widokami. „Kobieta z lawiny” pióra turyńczyka Enrico Camanniego to bardziej przewodnik turystyczny niż trzymająca w napięciu opowieść kryminalna. Opowieść o zmęczonym życiem, prawie wypalonym zawodowo, przewodniku górskim, który ponadto kieruje zespołem ratowników alpejskich z Doliny Aosty. Nanni Settembrini kiedyś był szaleńczo zakochanym w górach, szczęśliwym mężem urodzonej i wychowanej w tych stronach kobiety, z którą doczekał się dwóch córek. Jego dzieci wyfrunęły już z gniazda, które zresztą zdążyło się rozpaść. Po rozwodzie Nanni związał się ze swoją przyjaciółką Camillą. Ma stały kontakt ze swoimi córkami, przy czym z młodszą zdecydowanie lepiej się dogaduje, a właściwie po prostu lepiej się czuje w jej towarzystwie. Podobne charaktery. Pierworodne dziecko Nanniego nie wdało się w żadne z rodziców. Odpowiedzialna, poukładana, tak doskonale zorganizowana, że aż zawstydzająca swojego ojca. Camanni nie rozwija tego wątku, ale wydaje się, że starsza córka głównego bohater książki, nie chce wzbudzać w nim poczucia winy. Więcej, nie jest świadoma tego, że jej rodziciel w duchu wyrzuca sobie, że jego latorośl, generalnie rzecz ujmując, jest bardziej dojrzała od niego. Że nie był taki jak ona przynajmniej w okresie dorastania swojego potomstwa, że nie zapewnił swoim ukochanym córkom bardziej spokojnego dzieciństwa w wygodniejszym rodzinnym gnieździe. Kiedyś może i więcej czasu spędzał w górach niż w domu, ale teraz najchętniej ograniczyłby swoją działalność zawodową. Nanni Settembrini już na początku tej alpejskiej wyprawy daje nam odczuć, że jest już tym wszystkim zmęczony, że najchętniej ustąpiłoby już pola młodszym przewodnikom i ratownikom. Marzy mu się emerytura, a przynajmniej długi, bardzo długi urlop. Słodkie nicnierobienie w przemiłym towarzystwie Camilli. Albo Martiny Argenty. Genuenki, która wraz ze swoim partnerem zorganizowała sobie małe wakacje w Dolinie Aosty. Ich plany uległy zmianie niedługo po akcji ratowniczej podanej z perspektywy uroczej suczki. Czworonoga, któremu tytułowa kobieta zawdzięcza życie. Szkoda, że Enrico Camanni częściej nie pozwalał mi patrzeć oczami tego wspaniałego zwierzaka, bo nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta dzielna istota miała mi więcej do przekazania od dwunożnego przewodnika ciągle tracącego orientację w terenie. To znaczy, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor nie za bardzo wiedział, o czym chce pisać. W którym kierunku popchnąć tę opowieść. Zaczyna się całkiem obiecująco – przynajmniej częściowo udana akcja ratunkowa w górach; wydobycie spod śniegu nieprzytomnej kobiety, która, jak szybko się okaże doznała amnezji. Nie pamięta niczego, nawet swojego imienia, ale lekarze są dobrej myśli. Przypuszczają, że z czasem, najpewniej stopniowo, odzyska wspomnienia. Co nie znaczy, że nie przydałaby się pomoc specjalisty. To zadanie bierze na siebie właśnie Martina Argenta, którą w sprawę angażuje nowo poznany mężczyzna, nasz nieco pogubiony Nanni Settembrini. Przy niej pogubi się jeszcze bardziej. Albo wręcz przeciwnie, znowu zacznie oddychać pełną piersią. Czyli wątek miłosny lub tylko jego zapowiedź. Fałszywy alarm, czy Nanni koniec końców uwikła się w zakazany romans? Nie jest jasne, czy Camilla robiłaby z tego problem, bo autor daje do zrozumienia, że jej związek z Settembrinim jest dość luźny. Otwarty? Co innego Martina – ją trudno podejrzewać o trwanie w związku bez zobowiązań. Nieśmiałe podchody miłosne niezdecydowanych jednostek mocno zainteresowanych historią kobiety, którą nazwali Lavinią. Enrico Camanni chciał, żeby akcja omawianej powieści dostosowała się do tempa doskonale znanego wspinaczom wysokogórskim. Inaczej rzecz ujmując, „Kobieta z lawiny” została spisana w rytmie górskim. Pośpiech absolutnie niewskazany. Wymagana dokładność, maksymalna precyzja. Bez gwałtownych ruchów, raptownych posunięć. Z licznymi przystankami na nabranie sił. W takich razach w „Kobiecie z lawiny” praktycznie wszystko zamiera. Całkowity paraliż. Mnóstwo słów, z których praktycznie nic nie wynika. Rozmowy o niczym, błądzenie gdzieś myślami. Wewnętrzne monologi, z których niczego nie wyniosłam. No może z wyjątkiem tego, że gatunek ludzki wyrządził poważne, prawdopodobnie nieodwracalne szkody planecie – autor nie raz, nie dwa wspomina o efekcie cieplarnianym, ale niestety dla mnie, nie zagłębia się w ten jakże ważki temat, problem, który podobno najinteligentniejszy gatunek na Ziemi uparcie bagatelizuje.

A jak w tym wszystkim odnajduje się tytułowa postać? Gdzie kobieta z lawiny? Ujmę to tak: nie narzuca się ze swoim towarzystwem. Jakby wolała trzymać się z boku, krążyć gdzieś w tle, cierpliwie czekając na swoją kolej. Owszem, od czasu do czasu - nie tak często jak bym chciała – przenosimy się do szpitalnej sali, w której leży kobieta bez wspomnień. Zagadkowy element, którego nie miałam wielkiej ochoty rozpracować. Ciekawość obudzona na początku tej drogi – długa lina, którą obwiązana była nieszczęsna turystka wydobyta spod śniegu – szybo zgasła. Zostały mi tylko piękne widoki. Tylko albo aż, bo muszę przyznać, że Enrico Camanni doskonale odnajduje się w roli „prozatorskiego fotografa”. Zapierający dech w piersiach, olśniewający krajobraz imponująco dokładnie odmalowany samymi słowami. Mogłabym przysiąc, że oddychałam tym alpejskim powietrzem. Tym, którego w nadmiarze ma nie tylko czołowy bohater „Kobiety z lawiny”, ale też jego stwórca. Nie mogłam też przejść obojętnie obok sfery dotyczącej stricte pamięci człowieka. Właściwie bardziej zajmująca okazała się dla mnie opowieść o kobiecie, która nagle traci wszystkie wspomnienia, a zatem w subiektywnym odczuciu swoją tożsamość, niźli o bohaterce, ewentualnie antybohaterce jakiejś kryminalnej intrygi. Podwójnie poszkodowana. Prawie umarła pod tonami śniegu, a kiedy odzyskała przytomność okazało się, że nie zna samej siebie. Nie wie kim jest, nie rozpoznaje swojego ciała, ani w ogóle nikogo. Jej umysł to śnieżnobiała kartka. Choć nie, niezupełnie. Kobieta nazwaną Lavinią nie musi wszystkiego uczyć się na nowo. Nie jest jak dziecko, które jeszcze nie potrafi mówić, czytać i tak dalej. Sposób, w jaki się wysławia każe sądzić, że jest osobą dobrze wykształconą, oczytaną, a jej akcent wskazuje, że pochodzi z Niemiec. Nanni Settembrini i jego nowa przyjaciółka Martina Argenta tyle wiedzą na początku swojej raczej niezbyt wesołej zabawy w detektywów. Bo kto jak nie oni? Karabinierzy chyba mają ciekawsze rzeczy do roboty, bo zupełnie nie przeszkadza im, że ratownik górski zajął się tym przypadkiem. W gruncie rzeczy policja nie wykazuje żadnej inicjatywy – jakby nie było żadnej sprawy albo, co jeszcze bardziej prawdopodobne, jakby liczyli, że wyrywny przewodnik alpejski wykona całą pracę za nich. Pro bono. Rób co chcesz, droga wolna, ale nie myśl, że ktoś ci za to zapłaci. Nie szkodzi, Nanni nie robi tego dla pieniędzy. Chce zaspokoić swoją ciekawość, ale też pomóc nieszczęsnej turystce. Chciałby też mieć pewność, czy akcja ratunkowa, którą przeprowadzili jego koledzy, podwładni, była całkowitym, czy tylko częściowym sukcesem. Dowiedzieć się, czy jest jakaś śmiertelna ofiara lawiny, która zeszła na samym początku książki. Śledztwo Nanniego i Martiny, mozolny proces dochodzenia do prawdy, przez większość czasu toczy się jak gdyby przy okazji. Jak się przypomni... Właśnie, wystarczy poczekać aż się przypomni. W mojej ocenie niezbyt barwny, mało wyrazisty, pobieżnie odmalowany duet detektywów-amatorów, zdaje sobie sprawę z tego, że ich jedyną szansą na rozwiązanie tej sprawy jest kobieta, która straciła pamięć. Więc czekamy. I czekamy. Nie bezczynnie. Trochę powspinamy się z Nannim, pospacerujemy po już nie tak śnieżnym jak dawniej małym raju na ziemi i mniej zachęcających, zdecydowanie mniej malowniczych zakątkach Włoch. Potem pójdziemy jeszcze dalej, ale zanim to nastąpi, zanim autor lekko pchnie do przodu to małe dochodzenie w sprawie kobiety z lawiny, uraczy nas serią luźnych pogawędek w różnych lokalach odwiedzanych przez naszych bohaterów. Plastyczne, poetycko brzmiące opisy oszałamiającej scenerii, dojrzały warsztat autora (bogaty zasób słów) – myślę, że uznanie należy się też tłumaczowi, Tomaszowi Kwiecieniowi (Wydawnictwo Kobiece, 2022), poruszająca, jakże prawdziwa i empatyczna opowieści o utracie wspomnień oraz akcja ratownicza z punktu widzenia psa. I to chyba już wszystkie atrakcje, jakie Enrico Camanni „dla mnie” przygotował. Szkoda, że mało uwagi poświęcił konstrukcji fabularnej. Ta budowla nie została należycie wykończona. W każdym razie ja czułam się jakbym kręciła się w kółko w daremnym poszukiwaniu jakiegoś punktu zaczepienia. Jakichś silniejszych emocji. Miałam się raczej wyciszyć, odpocząć na tych alpejskich wakacjach, niż brać udział w jakimś trzymającym napięciu pościgu za upragnioną, wytęsknioną prawdą. Mroczną, druzgocącą, wstrząsającą, straszną, zaskakującą... Też nie. W „Kobiecie z lawiny” prawda, w moim odczuciu, okazała się przerażająco banalna.

Kobieta z lawiny” Enrico Camanniego apetyt na prozę obyczajową powinna zaspokoić. Pewnie sprawdzi się też jako swego rodzaju wycieczka krajoznawcza po alpejskiej dolinie. Ale kryminał? Nie sadzę. Osobiście nie poleciłabym tej powieści osobom, które mają ochotę rozwiązać jakąś ciekawą zagadkę kryminalną. Albo chociaż poprzyglądać się jak inni to robią:) Tutaj można popodziwiać widoki, posiedzieć w lokalach, pospacerować po urokliwej miejscowości, zachłysnąć przepięknym językiem, popatrzeć na zwyczajnych ludzi i poznać ich zwyczajne problemy, a od czasu do czasu poświęcić trochę uwagi tytułowej nieznajomej. Nie biegać, nie krzyczeć, nie czuć za dużo. W każdym razie mocnych wrażeń „Kobieta z lawiny” zapewne nie dostarczy. Nie osobom zaprawionym w mroczniejszych klimatach. Ale zwolennikom literatury obyczajowej? Tak czy inaczej, uważam, że przede wszystkich do tej grupy czytelniczej niniejsza oferta powinna być kierowana. Im rekomendowane te wczasy w Alpach.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 15 marca 2022

„Maska diabła” (2000)

 

Henry Creedlow pracuje w magazynie lifestyle'owym o nazwie Bruiser, gdzie czuje się niedoceniany. Ciężko pracuje, ale nie potrafi być asertywny. Tak samo w życiu prywatnym. Jego żona Janine nie ukrywa swojego rozczarowania ich życiem. Chce więcej i nie ma już wątpliwości, że Henry jest zbyt uległy, by sprostać jej wysokim wymaganiom. Dlatego wdaje się w romans z jego rozwiązłym szefem Milo Stylesem, mężem najlepszej przyjaciółki Henry'ego, Rosemary Newley. Janine nie ma najmniejszego zamiaru tłumaczyć się przed mężem, do którego w końcu dotarło, że żona nie jest mu wierna. Dobrze wie, że nie musi, że Henry nie będzie robił z tego wielkiego problemu. Nie zareaguje, nie postawi się ani jej, ani tym bardziej szefowi, bo taki już jest. Chłopiec do bicia, który nie ma odwagi zawalczyć o swoje. Ale pewnego ranka Henry budzi się z białą maską na twarzy, najwyraźniej na trwałe przytwierdzoną do skóry. Mężczyzna nie potrafi tego wytłumaczyć, ale uważa, że stracił swoją tożsamość, stał się jeszcze bardziej niewidzialny niż wcześniej. Szkoda więc byłoby tego nie wykorzystać...

Francusko-kanadyjski, nakręcony w Toronto, mniej znany obraz nieodżałowanego George'a A. Romero na podstawie jego własnego scenariusza. Dla jednych horror społeczny, dla innych thriller psychologiczny, który w lutym 2000 roku został wpuszczony do kanadyjskich kin, a na rynek amerykański trafił grubo rok później, od razu na DVD i VHS. Sprzedaż była niewielka, pewnie dlatego, że tak długa zwłoka w legalnej dystrybucji zaowocowała rozpowszechnieniem pirackich wersji filmu. Część Amerykanów żywo zainteresowanych nowym filmem specjalisty od żywych trupów, zdobyła „Bruiser” (pol. „Maska diabła” aka „Diabelska maska”) „bocznymi kanałami”. Zniechęcająca dla niektórych fanów kina grozy była już sama okładka amerykańskiej edycji DVD i VHS, plakat z białą maską, która nieprzyjemnie kojarzyła im się z serią „Halloween”, zapoczątkowaną przez Johna Carpentera w 1978 roku. Uznali, że to kolejne popłuczyny po niewesołych harcach Michaela Myersa, a więc powstrzymali się od zakupu. I tak „Bruiser” zagubił się w mrokach dziejów. Do całkowitego zapomnienia co prawda jeszcze trochę mu brakuje, ale jak nic się nie zmieni, jak tendencja się utrzyma, to zapewne już niedługo nikt nie będzie wspominał „niewidzialnego człowieka” wielkiego George'a Romero. No może poza jego przyszłymi najzagorzalszymi fanami. Może.

To nie jest podróbka „Halloween”. Poza białą maską, zresztą średnio podobną, Henry'ego Creedlowa (takie sobie wykonanie Jasona Flemynga) nic nie łączy z Michaelem Myersem. Ten zabójca jest inny. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, antybohater „Maski diabła” wzbudził we mnie cieplejsze uczucia, niż milczący morderca z miasteczka Haddonfield w stanie Illinois. Twórcy z całą pewnością o to zabiegali. Chcieli, by odbiorca miał przynajmniej mieszane odczucia względem tego, bynajmniej nie z wyboru, zamaskowanego człowieka. Jeśli o mnie chodzi, to nie tyle w duchu dopingowałam Henry'ego w jego akcie zemsty, ile trzymałam kciuki za to, by w końcu zrozumiał, że wybrał najgorszy z możliwych sposobów na zaznaczenie swojej obecność na tym świecie. „Maskę diabła” otwiera wiele mówiąca tragiczna akcja w eterze. W tle porannych obrządków Henry'ego Creedlowa, jak zwykle, toczą się rozmowy prowadzącego popularnej audycji radiowej z jego słuchaczami. Ludzie dzwonią, by opowiedzieć innym o swoich problemach lub podzielić się swoimi bardziej ogólnymi przemyśleniami o życiu. Aż tu nagle jeden z telefonicznych rozmówców zdumionego spikera popełnia samobójstwo. Wystrzał z broni palnej, a potem cisza. Tak niewidzialny człowiek, nic nie znaczący trybik społecznej machiny, szara twarz w tłumie szarych twarzy, nabiera kolorów. Chcesz jakoś zaznaczyć swoją obecność na tym świecie? Nie chcesz skończyć jako Nikt? Chcesz zostać dostrzeżony? Straszne, ale nie pozostaje mi nic innego jak zgodzić się z George'em Romero, że zdesperowany słuchacz wybrał jeden z niezawodnych sposobów na zwrócenie na siebie uwagi. To najprawdopodobniej nie potrwa długo, ale póki co samobójca z eteru jest na językach wielu, podczas gdy inny szary człowieczek, miewający brutalne wizje, wciąż dzielnie trzyma się swojego marnego żywota. Marnego? Henry Creedlow ma dobrze płatną pracę, w magazynie lifestyle'owym i bynajmniej nieciasny dom, który jest w trakcie remontu. Sprawa zdecydowanie się przeciąga. Może dlatego, że Henry nie potrafi przypilnować ekipy remontowej. Daje się wykorzystywać, jak zwykle. Zakładając, że w ogóle wynajął jakąś firmę – możliwe że na razie zdaje się wyłącznie na własne siły (twórcy nie zagłębiają się w tę kwestię) i jak widać średnio mu to wychodzi. Brakuje czasu i energii? Niewykluczone, bo Henry ciężko pracuje, by zapewnić swojej wielce wymagającej, roszczeniowej i najwyraźniej bezrobotnej żonie taki byt, który uznałaby za zadowalający. Myślę, że Janine (udany występ Niny Garbiras) spokojnie można uznać za femme fatale. Myślę, że zasłużyła sobie na ten nie wiem czy szacowny tytuł, ale od kiedy sięgam pamięcią, to był mój ulubiony typ filmowych i literackich postaci. Już na pierwszy rzut oka widać, że Henry i Janine to niedobrana para. Ona chce mieć wszystko, czego tylko jej zachłanna dusza zapragnie, koniecznie bez „plamienia” swoich delikatnych rączek pracą. Łatwiej spełniać swoje zachcianki przez łóżko. Janine szczerze mówi Henry'emu – bo to w ogóle bardzo, brutalnie wręcz szczera kobieta jest – że wyszła za niego tylko dlatego, że widziała w nim przyszłego człowieka sukcesu. Myślała, że szybko będzie się wspinał po szczeblach kariery w znanym magazynie dla pań. Ta kasa, ten splendor, te bankiety... I się Janine rozczarowała. Okrutnie rozczarowała tym zdecydowanie niepotrafiącym walczyć o swoje, w jej oczach żałosnym chłopczykiem. Na świecie nie brakuje kobiet, którym w zupełności wystarczyłoby to, czym Janine tak bardzo pogardza. Wiele nie może liczyć na taki byt, a mimo to są szczęśliwe. Innymi słowy, Henry powinien poszukać sobie innej partnerki. Uwolnić się od tej toksycznej kobiety. Wtedy na pewno doceni to, co ma. A przede wszystkim odzyska szacunek do samego siebie. Bo jakoś nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jego niskie mniemanie o sobie, to przede wszystkim efekt wytężonej, długoletniej pracy „harpii”, w której na swoje nieszczęście się zakochał. Ale to już chyba mu minęło. Bardziej przyzwyczajenie niż miłość. Bo jak tu kochać taką kobietę? Cóż, wystarczy na nią spojrzeć, by nie dziwić się, że z łatwością owinęła sobie wokół małego palca nie tylko Henry'ego, ale być może także jego pracodawcę, który jest znany ze swoich łóżkowych podbojów. Milo Styles (całkiem widowiskowa, szalona kreacja Petera Stormare'a) i jego niekończąca się defilada młodych, ponętnych kochanek. Czy raczej groupies.

Maska diabła” George'a Romero to według mnie thriller psychologiczny z elementami slashera w polewie satyrycznej. Gorzka satyra społeczna. Uważam, uczciwa, trafna analiza współczesnego świata. W moim mniemaniu Romero tak zupełnie nie odciął się od istot, które zapewniły mu wieczną sławę. To nie jest opowieść o zombie, w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, ale wydaje się, że Romero w swojej mądrości w pewnym sensie przyrównuje „szare masy” do tych biedaków. W niekończącej się pogoni za marzeniami. Niewidzialni ludzie w szarych płaszczach. Twarze gubiące się w tłumie podobnych twarzy. Z utęsknieniem czekający na spełnienie swojego amerykańskiego snu, z zazdrością patrzący na tę mniejszość, która umościła się na wyższych szczeblach tej przeklętej drabiny społecznej. Numer ubezpieczenia, czy jak kto woli NIP, zamiast tożsamości. Oznakowani jak bydło. Żywe trupy do upadłego pracujący na konto innych. Wyzyskiwani, oszukiwani, zdradzani. Jesteś nikim. Jesteś śrubką w kapitalistycznej machinie, której braku nikt nie zauważy. Jeśli nagle znikniesz mało kto, jeśli w ogóle ktoś, to odnotuje. Chyba że odejdziesz „w wielkim stylu”. Samobójstwo w eterze? Henry znajduje lepszy sposób. Lepszy dla siebie, ale na pewno nie dla ludzi, którzy w jakiś sposób mu się narazili. Zemsta, słodka zemsta. Nigdy nie zapomnisz jej smaku. Będziesz chciał znowu go poczuć i ani się obejrzysz, a staniesz się kimś zupełnie innym. Nie znasz tego człowieka, nigdy wcześniej go nie widziałeś, ale on bardziej ci podoba. Ten anonim ma więcej charakteru niż twoje poprzednie „wcielenie”. Paradoksalnie ludzie dostrzegają cię dopiero, gdy tracisz twarz. Dosłownie. Dopiero gdy staniesz się bardziej niewidzialny, anonimowy, zostaniesz zauważony. Jeśli dobrze to rozegrasz. Pomyśl, co przyciąga tłumy w tym okrutnym świecie. Co ludzie chcą oglądać, czytać, czego chcą słuchać i o czym mówić? O szeregowym pracowniku magazynu o modzie, który nikomu nie wadzi, na którym zawsze można polegać, który robi wszystko, co w jego mocy, by zadowolić swoją piękną żonę? A gdyby ten gość nagle zaczął zabijać? Powiedzcie szczerze: czy to nie byłoby ciekawsze? Ciężko pracujący, praworządny człowiek siedzący pod pantoflem małżonki czy seryjny zabójca? Który z nich ma większą szansę trafić na pierwsze strony gazet? Nie odpowiadajcie, to pytanie retoryczne. „Maska diabła” może nasuwać skojarzenia z ponadczasową minipowieścią Herberta George'a Wellsa pt. „Niewidzialny człowiek” (oryg. „The Invisible Man”), przy czym tutaj nie należy owej niewidzialności traktować dosłownie. Henry lubi myśleć, że biała maska, która jakimś niepojętym sposobem przykleiła mu się do twarzy, zapewnia mu anonimowość. Lubi myśleć, że stał się niewidzialny, ale zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest przezroczysty. Właściwie to jest widziany wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej. Maska, której nie może się pozbyć, której nie można tak po prostu zdjąć, nie jest maską-niewidką. Co więcej, Henry niespecjalnie się stara, by utrzymać to w tajemnicy. Smak zemsty stopniowo przykrywa smak wolności. Najważniejsze to ukarać tych, którzy mu się narazili. Pomścić swoje krzywdy. A potem niech się dzieje, co chce. Mordy jak w slasherach. Co prawda w większości (poza akcją na ostatniej imprezie) niezbyt wymyślne, żeby nie powiedzieć do bólu standardowe (potężny cios w głowę, powieszenie, zastrzelenie), ale całe te ekspozycje, ten magiczny duch, ta energia, ten sposób prowadzenia, zupełnie jak w filmach slash. Takich bez większych szaleństw, nieprzesadzających z makabrą. Trochę udanej imitacji krwi i... i to by było na tyle. „Maska diabła”, jeśli o mnie chodzi, nie potrzebowała wstrętniejszych atrakcji. Solidnie zrealizowana, klimatyczna - tutaj w moim odbiorze największą robotę zrobił odpowiadający za ścieżkę dźwiękową Donald Rubinstein, ten sam, który skomponował muzykę do „Martina” George'a Romero (wypada też wspomnieć, że w „Masce diabła” wystąpił zespół punkrockowy The Misfits, ze swoimi dwoma utworami). Nienachalna, delikatna, a tak mocno poruszająca, złowieszcza muzyczna oprawa dla stosownie ponurych, zaskakująco dobrze skomponowanych obrazów. Zaskakująco, bo sugerując się paroma opiniami znalezionymi w Sieci, przygotowałam się na niedomagającą warstwę techniczną. A tu proszę: dla mnie wszystko jest na swoim miejscu w tym, powiedzmy, przedłużeniu „Świtu żywych trupów” (1978). Poniekąd. Jest jakieś podobieństwo między tymi opowieściami. „Maska diabła” wchodzi jednak głębiej do konsumpcjonistycznej klatki, w którą jak te barany się pchamy. W wyścigu szczurów łatwo zatracić swoją tożsamość. W pogoni za marzeniami trudno docenić to, co się ma. I zacząć wierzyć w to, że nieważne, co mówią, byle mówili. Czasami lepiej być Nikim niż Kimś. Albo i nie. Zakończenie „Maski diabła” może wszak sugerować coś zgoła przeciwnego. Może, ale... sprawa pozostaje otwarta. George Romero ufa, że sami wyciągniemy odpowiednie wnioski z tej genialnej w swojej prostocie opowieści o szarym człeku w śnieżnobiałej masce (nie zawsze, oj nie zawsze), który stracił cierpliwość. Przelała się czara goryczy. Dość już zbierania cięgów, dość już grzecznego czekania w przeogromnej kolejce prowadzącej do pańskiego stołu. Koniec z potulnym Henrym. Miałeś swoją szansę, teraz kolej na pana Hyde'a.

Nie mam pojęcia, co jest z tym filmem. Dlaczego aż tak mu się oberwało? Znam dużo gorsze produkcje z przepastnego świata grozy, które radzą sobie lepiej. „Maska diabła” George'a Romero tonie w morzu pełnym, za przeproszeniem, śmieci (przesadziłam, wiem), które z łatwością utrzymują się na powierzchni. Nie rozumiem tego. Wcale a wcale. Tym bardziej, że to „dziecko” jednego z najsłynniejszych twórców kina grozy. Jednego z mistrzów gatunku. No o co chodzi? Spróbujemy to zmienić czy pozwolimy, by ten obraz osunął się w całkowite zapomnienie? Zagubił się w pomrokach dziejów. Ten „wyklęty” thriller psychologiczny zmiksowany z filmem slash i spryskany gorzką satyrą, czy jak kto woli horror społeczny, który w moim przekonaniu niczym nie zasłużył sobie na taki los. Takie dobre kino, a tak się marnuje. Albo to ze mną jest coś nie tak. Zaraz, chwileczkę. Ze mną na pewno jest coś nie tak, to nie podlega dyskusji. To jak? Nie obejrzysz? No weź nie bądź taki/taka.

niedziela, 13 marca 2022

John Glatt „Rodzina z domu obok”

 

14 stycznia 2018 roku siedemnastoletnia Jordan Turpin, mieszkająca przy 160 Muir Woods Road w Perris w Kalifornii, wymknęła się z domu i nawiązała połączenie alarmowe, tym samym kończąc gehennę swoją i swojego licznego rodzeństwa, zgotowaną im przez własnych rodziców, Davida i Louise Turpinów. Dumnych posiadaczy trzynaściorga potomstwa w wieku od dwóch do dwudziestu dziewięciu lat, których zmusili do życia w prawie całkowitej izolacji. Głodzone, bite, całymi tygodniami trzymane na łańcuchach i w klatkach, siedzące we własnych odchodach, bardzo rzadko zażywające kąpieli, przeżywające niewyobrażalne katusze w czterech ścianach okrutnie brudnego, wiecznie cuchnącego domu. Scenariusz horroru? Nie, ta historia wydarzyła się naprawdę. Co więcej, bardzo możliwe, że nie jest to jednostkowy, odosobniony przypadek. Takich rodzin prawdopodobnie jest więcej. Takich rodziców z piekła rodem.

John Glatt urodził się w Londynie. Edukację zakończył w wieku szesnastu lat i imał się różnych nisko opłacanych prac, zanim rozpoczął swoją karierę dziennikarską. Zaczynał od małej gazety tygodniowej, a z czasem zaczął pisać dla większych angielskich magazynów z pozycji wolnego strzelca. W 1981 roku przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie dołączył do zespołu News Limited i pisał między innymi dla takich medialnych gigantów jak „Newsweek” i „New York Post”. Jego pierwsza książka true crime, „For I Have Sinned: True Stories of Clergy Who Kill” ukazała się w roku 1998. Parę lat wcześniej wydano jego „Rage and Roll: Bill Graham and the Selling of Rock”, biografię niemiecko-amerykańskiego impresario i promotora koncertów rockowych Billa Grahama. Pierwszą wydaną w Polsce książką Johna Glatta były „Zaginione dziewczyny”, autentyczna historia młodych kobiet przetrzymywanych w domu w Cleveland przez kierowcę autobusu szkolnego, Ariela Castro, która ukazała się pod szyldem wydawnictwa Filia w 2021 roku. To samo wydawnictwo na 2022 rok przygotowało kolejną głośną książkę true crime Johna Glatta, „Rodzinę z domu obok” (oryg. „The Family Next Door: The Heartbreaking Imprisonment of the Thirteen Turpin Siblings and Their Extraordinary Rescue”), pierwotnie wydaną w roku 2015. Pisał już między innymi o Josefie Fritzlu, który więził dzieci w swoim domu w Australii; przybliżył swoim czytelnikom sprawę Phillipa i Nancy Garrido, którzy porwali jedenastoletnią dziewczynkę i zgotowali jej prawdziwe, trwające wiele lat piekło, i oczywiście spisał też wstrząsającą historię trzech kobiet skazanych na wieloletnią niewolę przez Ariela Castro. Nic więc dziwnego, że gdy John Glatt po raz pierwszy usłyszał o rodzinie Turpinów, po obejrzeniu zaledwie jednego reportażu o Domu grozy postanowił uczynić tę niewyobrażalną sprawę tematem swojej kolejnej książki.

Gdyby „Rodzina z domu obok” była powieścią, to zapewne niejeden odbiorca uznałby, że autora zanadto poniosła wyobraźnia. Niemożliwe, naciągane. Zawieszenie niewiary w takim przypadku jest niewykonalne. Takie rzeczy nie mogłyby się zdarzyć w realnym świecie. No, chyba że kiedyś – w czasach nieszczęsnej Sylvii Likens. Gdyby tylko była to powieść... Czytając „Rodzinę z domu obok” pióra Johna Glatta ciągle musiałam sobie przypominać, że to nie jest klasyczny horror ekstremalny, ani nawet zbeletryzowana wersja autentycznej historii, jak przerażająca „Dziewczyna z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma, tylko reportaż w formie książkowej. True crime, nie fikcja literacka. Kiedy już myślę, że nic na tym podłym świecie nie jest w stanie mnie zaskoczyć – chyba że pozytywnie – John Glatt prowadzi mnie do „rodzinnego gniazdka”, które pokazuje jak bardzo byłam naiwna. Myślałam, że nic złego, co ludzkie nie jest mi obce. Okazuje się jednak, że w dzisiejszych czasach, w tak zwanym cywilizowanym świecie, można z łatwością latami ukrywać swoje liczne potomstwo niejako na widoku. Najstarsza córka Davida i Louise Turpinów miała dwadzieścia dziewięć lat, gdy wreszcie schwytano jej rodziców. Mniej więcej tyle trwała jej gehenna. Innymi słowy, w przybliżeniu tyle potwornym rodzicom zajęła budowa odrażającego więzienia, którym zarządzali wyjątkowo twardą ręką. Ze zdumiewającą swobodą, z nadzwyczajną łatwością odizolowali swoje dzieci od społeczeństwa. Ostatni dom, w którym mieszkało małżeństwo Turpinów stał w malowniczej, spokojnej dzielnicy w kalifornijskim mieście Perris. W towarzystwie zdecydowanie lepiej prezentujących się nieruchomości. Ładne domki, wypielęgnowane trawniki, kolorowe rabaty – na tym tle dom przy 160 Muir Woods Road mocno się wyróżniał. Szpecił tę poza tym pocztówkową scenerię. Niektórym może się nasunąć pytanie: gdzie byli sąsiedzi, gdy David i Louise Turpinowie znęcali się nad swoim potomstwem? Dlaczego nikt nie zareagował? Pewnie dlatego, że nikt nie podejrzewał tych dziwnych ludzi o coś takiego. Byli bardzo skryci, ale to przecież nie zbrodnia. Owszem, ich dzieci rzadko wychodziły z domu i były bardzo blade, ale to jeszcze nie powód do wszczynania alarmu. W każdym razie w sąsiedztwie Turpinów nikogo nie zaniepokoiło to na tyle, by powiadomić policję czy opiekę społeczną. Czy można ich winić? Zastanówmy się: czy gdyby w naszym sąsiedztwie, tuż pod naszym nosem, działy się podobne rzeczy, nie umknęłyby one naszej uwadze? Jak w „Oknie na podwórze” Alfreda Hitchcocka? Wniosek: podglądaj swoich sąsiadów. Bez przesady, ale historia rodziny Turpinów pokazuje, że warto być czujnym. Uważnie rozglądać się wokół siebie, ale bez popadania w paranoję. Odrobina nieufności w tym strasznym świecie raczej nikomu nie zaszkodzi. Czasami jednak to nie wystarczy. Instynkt śpi, gdy przybywają potwory. Nie, nie potwory – ludzie, którzy na pierwszy rzut oka niczym szczególnym się nie wyróżniali. Chyba, że dla kogoś dziwne jest prowadzenie nocnego trybu życia, upiornie jasna karnacja i wyraźna niechęć do zawiązywania sąsiedzkich relacji. Turpinowie kojarzyli się niektórym sąsiadom z wampirami, a konkretniej Cullenami z bestsellerowych, przeniesionych na ekran powieści Stephenie Meyer. Nikt z ich ostatniego sąsiedztwa nie wiedział, że mieli aż trzynaścioro dzieci, dopóki pewna dzielna dziewczyna nie wzięła sprawy w swoje ręce. Siedemnastoletnia Jordan Turpin, jedna z ofiar Davida i Louise Turpinów, która wtedy wyglądała i mówiła jak dziesięciolatka. Do takiego stanu rodzice doprowadzili własną córkę. I prawie całe jej rodzeństwo. Dwuletnia Janna uniknęła losu swoich braci i sióstr (wszyscy nosili imiona na „J”, co dla ich rodziców, czy raczej ludzi, którzy sprowadzili ich na świat, było ukłonem w stronę Biblii, ukłonem w stronę ich chrześcijańskiej wiary), najprawdopodobniej tylko dzięki swojej starszej siostrze. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby nastoletnia Jordan pewnego ranka nie wymknęła się z domu, by zadzwonić pod 911. Bo nie mogła dłużej słuchać płaczu swoich dwóch młodszych sióstr zakutych w łańcuchy. I bała się, że może już nie mieć okazji do wprowadzenia w życie swojego planu. Że druga taka szansa może się już nie pojawić. Szansa na opuszczenie więzienia, w którym tkwiła od urodzenia.

John Glatt nie okaże cienia litości odbiorcom „Rodziny z domu obok”. Wciągnie w otchłań szaleństwa, której architektami byli z pozoru kochający, troskliwi rodzice trzynaściorga dzieci. Najpierw jednak przedstawi nam warunki, w jakich dorastali David i Louise Turpinowie. Poznamy dwa zaprzyjaźnione rody należące do wspólnoty zielonoświątkowej. Rodziców Davida można chyba nazwać ortodoksyjnymi chrześcijanami, którzy zadbali o to, by ich synowie równie poważnie traktowali sferę duchową. Przez jakiś czas - jeśli chodzi o Davida, któremu Louise wpadła w oko, gdy miała zaledwie dziesięć lat. Wykorzystywana seksualnie przez swojego dziadka, za przyzwoleniem własnej matki, córki tego majętnego podofila, który jej też zniszczył dzieciństwo. Właściwie to ona regularnie, w tajemnicy przed mężem, prowadzała Louise i jej siostry, do swojego ojca pedofila, nie widząc lepszego sposobu na zarobienie trochę grosza. Psycholodzy mogą uznać, że to właśnie miało decydujący wpływ na psychikę Louise. Złe ziarno. Takie rozważania na kartach „Rodziny z domu obok” snuje John Glatt, w oparciu o opinie ekspertów. Zdarza się niestety, że ofiary przemocy (fizycznej, psychicznej i/lub seksualnej) niejako podświadomie zakochują się w osobnikach z charakteru przypominających ich krzywdzicieli. Może młodziutka Louise wyczuła w swoim starszym koledze, wzorowym uczniu, szczerze kochającym swojego Boga chłopaku, coś, co zdaje się umykało wszystkim innym. Tak czy inaczej, w wieku szesnastu lat uciekła ze swoim Davidem, poślubiła go, a jakiś czas potem zaczęła realizować jedno ze swoich życiowych celów: wydać na świat dwanaścioro dzieci. Z największych zaskoczeń, jakie przyniosła mi ta książka to: dwukrotne umarzanie przez sąd długów Louise i Davida Turpinów (szaleją na kredyt, ogłaszają upadłość i cała historia się powtarza – aż dziw, że Stany Zjednoczone jeszcze nie zbankrutowały...) oraz łatwość prowadzenia, czy nieprowadzenia fikcyjnej szkoły prywatnej. David sobie taką założył, na papierze (tj. przez internet) i przez siedem lat jej rzekomej działalności nie przeprowadzono ani jednej - ani jednej! - kontroli. Oficjalnie rodzice sami uczyli swoje pociechy, a w rzeczywistości... Chłosty pasem, sprzączką, wiosłem, metalowym słupkiem do namiotu owiniętym szklanym włóknem z metalowymi końcówkami wczepiającymi się w ciało. Zepchnięcie ze schodów. Szczypanie, duszenie, miotanie po pokoju ciągnąc za włosy, bicie po głowie. Skuwanie łańcuchami na całe tygodnie, niekiedy miesiące, nierzadko bez przerw na toaletę. Zakazywanie kąpieli nawet przez cały rok. I głodzenie. Wyobraźcie sobie rodziców, którzy objadają się na oczach swoich głodnych, przeraźliwie wychodzonych dzieci. Wyobraźcie sobie rodziców, którzy kupują ciasto, żeby ich głodujące dzieci mogły patrzeć jak pleśnieje. Jak to opisać? Jak to w ogóle objąć rozumem? „To boli, kiedy się pomyśli, co jedna istota ludzka jest w stanie zrobić drugiej. Takie coś zostaje w głowie na długo” – mówi jeden z pozytywnych bohaterów tej okropnej historii. Inny natomiast pyta: „Co oni mieli w głowach?”. I tak to zostawię. Przejdę do innej materii, zanim znowu się rozkleję. Warsztat autora, który, najwyraźniej poświęcił mnóstwo czasu na samo zbieranie materiału. Dobrze się przygotował do przelania na papier tej szokującej opowieści, przy której
„Kwiaty na poddaszu” V.C. Andrews wydają się bajeczką dla grzecznych dzieci. Albo taki „Dom Glassów: Dobra matka” Steve'a Antina– akurat ten tytuł (ach, i nie zapominajmy o „Władcy much” Williama Goldinga) pada w niniejszym teście. Nie będę się spierać nawet z tymi czytelnikami, którzy orzekną, że przy „Rodzinie z domu obok” blednie nawet „Dziewczyna z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma. Nie zrozumcie mnie źle, nie mówię, że tak jest. Po prostu nie potrafię powiedzieć, który z tych potężnych wstrząsów, w moim przypadku, był potężniejszy. Tak, autor zdobył całkiem pokaźną ilość informacji, ale przy tak prostym warsztacie (krótkie, acz dość treściwe zdania/fragmenty opisowe), to nie wystarczyło do wypełnienia wszystkich tych stronic. Polskie wydanie liczy sobie przeszło trzysta pięćdziesiąt stron. Niby niewiele, ale w dalszej partii John Glatt zaczyna się powtarzać – spokojnie można by to skrócić. Nie przedłużać na siłę? Niestety, ale tak to odebrałam. I to w sumie jedyny, ale nie taki znowu mały zgrzyt w tym ciężkim brzmieniu. Bezlitosnym gwałcie na moim umyśle, ot co!

Pozycja dla odważnych i ciekawych świata. O kompletnym upadku tak zwanego człowieczeństwa z jednej z strony, a z drugiej budujących odruchach serca. Za przykład niech posłuży tutaj pewien bezdomny mężczyzna, który oddaje cały swój skromny majątek okrutnie poszkodowanym nie przez los tylko własny rodziców. I Ty mogłeś być takim małym Turpinem. I Ty, i ja mogliśmy/mogłyśmy urodzić się „w domu obok”. Ta myśl towarzyszyła mi podczas tej wyczerpującej emocjonalnie przeprawy przez bagno, które niestety nie narodziło się w wyobraźni autora. Wstrząsająca, to za mało powiedziane. „Rodzina z domu obok” Johna Glatta to prawdziwa historia rodzinnej sekty, czy czegoś w tym rodzaju. Można prościej: piekło dzieci. Rzeź niewiniątek. Kaźń zgotowana przez biologicznych rodziców. To jest straszne. Ostrzegam: naprawdę coś okropnego. To, co się wyprawia na tym świecie.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

piątek, 11 marca 2022

„Fresh” (2022)

 
Recenzja zawiera małe spoilery

Noa od dawna jest singielką i choć dobrze jej samej, nie ustaje w poszukiwaniach swojej drugiej połówki. Regularnie umawia się na randki, ale zazwyczaj kończy się na jednym spotkaniu z dopiero co poznanym mężczyzną. Człowiek, którego poznaje w hipermarkecie wydaje się jej inny. Przystojny, dowcipny Steve. Noa na jego prośbę daje mu swój numer telefonu, a potem z niecierpliwością czeka, aż się z nią skontaktuje. W końcu dochodzi do wyczekiwanego przez kobietę spotkania, jak się okazuje z chirurgiem plastycznym, który podobnie jak Noa, stracił jednego z rodziców. Wszystko toczy się bardzo szybko – upojna noc, następne udane spotkanie i kobieta już szykuje się na wspólny wyjazd, do miejsca, które zawsze chciała zwiedzić. Noa i Steve planują spędzić tam najbliższy weekend, a przynajmniej takie przekonanie ma tęskniąca do wielkiej miłości dziewczyna. Ale Steve ma dla niej niespodziankę: darmowy dożywotni pobyt w piekle.

Co do cholery?” - taka była pierwsza reakcja Mimi Cave na scenariusz „Fresh”, amerykańskiego thrillera społecznego ze szczyptą czarnej komedii, romansu i horroru, autorstwa Lauryn Kahn, która w okresie dorastania była miłośniczką tego ostatniego gatunku. Chciała jednak stworzyć coś, co przemówi nie tylko do zwolenników mocniejszych klimatów. Coś zarówno dla fanów kina grozy i ludzi zwykle celujących w inne gatunkowe tarcze. Reżyserię powierzono niemającej doświadczenia w pełnym metrażu Mimi Cave, która dość długo przedzierała się przez tę opowieść - przy pierwszym czytaniu musiała robić sobie przerwy wytchnieniowe, tak ciężki był to dla niej materiał - ale potem uzmysłowiła sobie, że to mocno w niej utkwiło. Nie mogła wyrzucić „chorej wizji” Lauryn Kahn z głowy. Nie odrzuciła więc tej „niesmacznej propozycji”. Wręcz przeciwnie: zawalczyła o ten angaż i wygrała. W 2020 roku do publicznej wiadomości podano informację, że reżyserię obrazu „Fresh” powierzono Mimi Cave. Główne zdjęcia ruszyły w lutym 2021 w Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie, a zakończyły się mniej więcej w połowie marca. Premierowy pokaz pełnometrażowego debiutu reżyserskiego Mimi Cave odbył się w styczniu 2022 roku na Sundance Film Festival. 3 marca tego samego roku w Hollywood American Legion Post 43 na Highland Avenue urządzono ciekawe przyjęcie z okazji tego filmowego wydarzenia (bankiet przedpremierowy, czy raczej przed wpuszczeniem „Fresh” w szerszy obieg). Duży stół uginający się od jedzenia, tasaki wiszące na ścianach, słoiki z surowym mięsem i pudełka na żywność w nietypowych kształtach (części ciała). Prawa do dystrybucji filmu na całym świecie nabyła firma Searchlight Pictures, która przekazała go platformie Hulu, gdzie „Fresh” został uwolniony 4 marca 2022 roku.

Mimi Cave jako singielka, mająca za sobą niejedną nieudaną randkę, niejeden rozczarowujący romans, dobrze rozumiała bohaterkę skonstruowaną przez Lauryn Kahn na kartach scenariusza „Fresh”. Noa od dawna bezskutecznie szuka życiowego partnera, choć najwyraźniej dobrze jej samej. Jest sama, ale nie czuje się samotna. W każdym razie nie cierpi z tego powodu. Zdecydowanie bardziej męczy się w towarzystwie ledwo poznanych mężczyzn. Przeważnie w zupełności wystarczy jej jedno spotkanie, by nabrać pewności, że znowu nie trafiła. Zepsuła sobie kolejny wieczór. Ale to jej nie zniechęca. Dlaczego? Dlaczego ta względnie szczęśliwa, samowystarczalna kobieta tak uparła się przy, bądź co bądź, uprzykrzaniu sobie życia? Presja społeczna? Dopasować się do „jedynego słusznego modelu życia”, choćby za cenę gorszego samopoczucia? Czołówka „Fresh” wchodzi dopiero po trzydziestu paru minutach, które utrzymano w lekko dowcipnej romantycznej tonacji. Miłosne perypetie młodej kobiety w wielkim mieście. Po serii rozczarowań (twórcy zapraszają nas na tylko jedną nieudaną randkę protagonistki, ale z innych źródeł dowiemy się, że ta zła passa w sferze miłosnej Noa trwa już od dłuższego czasu, a właściwie od zawsze) uparta poszukiwaczka odpowiedniego kandydata do wspólnego życia, na własnej skórze przekonuje się, że to, co jest ci przeznaczone, to na drodze rozkraczone. Kto szuka, ten błądzi. Cierpliwości, miłość sama do ciebie przyjdzie. Tyle się namęczyła, a tu proszę: idealna partia czeka na nią w hipermarkecie. I tak zaczął się płomienny romans. Tak piękna znalazła swoją bestię. Dosłownie. Koniec słodkości. Przy bliższym poznaniu Steve mocno traci w oczach Noa. Ten związek raczej nie ma przyszłości. Noa już to wie, ale Steve nie zamierza dać jej odejść. Wyjątkowo zaborczy typ... Przestronny, nowocześnie urządzony dom w leśnej okolicy. Wygląda na to, że w promieniu wielu mil nie ma innych nieruchomości. Cisza, spokój, świeże powietrze. Tak, Noa pewnie spokojnie mogłaby tu zamieszkać. Ale czy to aby nie za wysokie progi dla niej? Zachwyt tym niezbyt skromnym wnętrzem, pociąga za sobą poważne wątpliwości. Czy taka dziewczyna jak ja pasuje do takiego chłopaka jak Steve? Kopciuszek znalazł swojego księcia w bajce, a to przecież twarda rzeczywistość. Żeby aż tak szeroko Opatrzność uśmiechnęła się do osoby, którą wcześniej uwielbiała okaleczać? I dobrze, że nie ufa tej podstępnej sile. Gorzej, że zignorowała wcześniejsze znaki ostrzegawcze. Jej przyjaciółka Mollie, ciemnoskóra biseksualistka, która w przeciwieństwie do Noa nie szuka stałego partnera (gustuje w krótkich, intensywnych przygodach), za dzwonek alarmowy uznaje już to, że Steve nie istnieje w mediach społecznościowych. Dla niej to dość podejrzane. Żeby w dzisiejszych czasach nie mieć konta ani na Instagramie, ani na Twitterze? Nie, dla Mollie to nie jest normalne. Dziwak na pewno, ale czy szkodliwy? Mollie nie ma pewności. Mollie musi to sprawdzić. Musi, bo jej najlepsza przyjaciółka coś długo nie wraca. I nie dzwoni. Wiemy dlaczego. Wiemy, co Steve dla niej zaplanował. Nic osobistego, to po prostu biznes. Daisy Edgar-Jones i Sebastian Stan. Noa i Steve. Związek niedoskonały. Cudaczna para. Absurd, kuriozum. Mentalna zgnilizna pojmowana jako coś wyjątkowego. Nienormalność bardziej normalna od normalności – tak mniej więcej patrzy na to Steve. Uroczy zwyrodnialec. Jak Ted Bundy tylko bardziej. Odrażający przystojniak z niewinną minką. Diabeł, który nie ma sobie nic do zarzucania. Szarmancki potwór, który chce być dobrze zrozumiany. Chce, żeby jedna z jego niewolnic miała o nim jak najlepsze mniemanie. Bo nie jest złym gościem. Po prostu nie pasuje do tego świata. Uszczęśliwia innych - oczywiście za godziwą opłatą – a że dobrze się przy tym bawi? Że ma praktycznie nieograniczony dostęp do „produktu”, którego nie znajdziesz w pierwszym lepszym sklepie? Co w tym złego? No co? Przecież wszyscy na tym zyskują. Jego ofiary również. Powinny być mu wdzięczne za to, co dla nich robi. On to wie, ale nie gniewa się na te wszystkie niewdzięcznice, które „serdecznie gości” w swojej piwnicy. Rozumie. Wpojono im inne wartości, inne przekonania (ech ten zgniły Zachód). I jest jeszcze instynkt przetrwania. Z nim Steve nie wygra. Co innego Noa. Jest coś takiego w tej dziewczynie...

Fresh” Mimi Cave trwa prawie dwie godziny, ale zupełnie tego nie czułam. Dobrze, może początek trochę mi się dłużył, ale kiedy pająk upolował już swoją najcenniejszą ofiarę, i ja zaplątałam się w tę lepką sieć. Prosta, przewidywalna opowieść wzniesiona na sprawdzonych w kinie grozy, solidnych fundamentach. Piekło kobiet, które doskonale wiedzą, co ich czeka. Ich dręczyciel nie stara się tego ukryć. Nie karmi ich fałszywymi obietnicami. Nie chce, by ostała się w nich choćby iskierka nadziei na odzyskanie wolności. Zginiesz, ale zanim to nastąpi stracisz trochę ciała. Umrzesz dużo lżejsza. Niekoniecznie szczęśliwa, ale kto wie, może przemocowy chłopak skruszy mur, którym się otoczyłaś. Złamie cię. Przekona do swoich chorych racji. Nauczy chodzić na łańcuchu. Uzależnisz się od swojego mężczyzny, który wprawdzie miewa gorsze momenty, ale kto ich nie ma? W podtekście jest to więc klasyczna opowieść o przemocy domowej. On oprawca, ona ofiara. Na ratunek kobiecie śpieszy inna kobieta, a jeszcze inna, jak to w życiu, okazuje się gorsza od mężczyzny. A przynajmniej taka sama. Solidarność jajników to mit. Obawiam się, że mniej czytelny może być przekaz dotyczący płci męskiej. Kahn nie chciała wrzucać mężczyzn do jego worka. Feministycznie, ale bez tego pazura, jakim często szczycą się tego typu obrazy. Nie demonizujmy całej płci męskiej. Podejdźmy do tego obiektywnie. Kobiety nie mają lekko, ale nie wszyscy mężczyźni są diabłami wcielonymi. We „Fresh” spotykamy naprawdę sympatycznego barmana Paula, który wskakuje na białego konia i pędzi na ratunek swojej księżniczce, którą, gdyby tylko mu pozwoliła, na pewno nosiłby na rękach. UWAGA WIĘKSZY SPOILER Ale w obliczu zagrożenia rycerz nie wytrzyma presji. Zdezerteruje. Kahn wybrała akurat jego – tego, który dotąd dzielnie „ratował honor mężczyzn” w tym świecie przedstawionym – do przekazania prostej treści: tak zachowuje się wielu, gdy zbliża się niebezpieczeństwo. Ot, instynkt samozachowawczy. Łatwo to potępić, ale Kahn wolałaby, żebyśmy nie szli tak daleko w swoich osądach. Bo czy możemy być pewni, jak my zachowalibyśmy się w analogicznej sytuacji? Niemniej zachowanie Paula w krytycznym momencie, niektórych może doprowadzić do przekonania, że to kolejny film, który nielitościwie, nieuczciwie obchodzi się z panami KONIEC SPOILERA. „Fresh” to opowieść snuta przeróżnymi glosami, utwór wygrywany na różnych instrumentach. Jakże łatwo byłoby zamienić to w istną kakofonię. Właściwie wcale bym się nie zdziwiła, gdyby wyszedł z tego jeden wielki harmider. Cukierkowy romans, ciężkawy thriller psychologiczny poprzetykany groteskowymi występami czołowych postaci. Teatralne czy bardziej cyrkowe wygłupy zabójczego „mistrza kuchni”, który zawsze chętnie puści się w tany ze swoją najdroższą niewolnicą. Ma dziewczyna poczucie humoru, ale nie to ten też niegrzeszący nadmierną powagą, lubiący się powygłupiać, łamacz kobiecych serc i kości, najbardziej w niej lubi. Może to, że Noa nie stara się udawać kogoś, kim nie jest. Nie gra, nie nosi masek. Nie dla niego. Dla niego jest przezroczysta. Swój pozna swego. Wyglądało mi na to, że twórcy nie chowali tutaj asów w rękawie. Chcieli, żeby widz od początku patrzył na tę dziwaczną relację z odpowiedniej perspektywy. Tak mi się wydaje, ale pewności nie mam. Żałuję jednak, że nie przedstawiono tego inaczej. I nie mówię tutaj o niskiej zawartości krwi i ludzkich kończyn. Wyznanie Steve'a tuż po „mocno opóźnionej” czołówce każe przygotować się na ostrzejszą jazdę. Większą rzeź. Z makabrycznych rzeczy to przede wszystkim noga, ale myślę, że przed oczami najczęściej będzie mi stawał moment z odkrajaniem cieniutkiego plasterka z nieapetycznej porcji mięsa. Wizja Mimi Cave pokrywała się z wizją scenarzystki – więcej zostawić dla wyobraźni widza. Nie wizualizować wszystkich bezeceństw, do jakich dochodzi w smutnym, dość klaustrofobicznym (chciałoby się bardziej) domu na odludziu. I nie mogę powiedzieć, że mi to przeszkadzało. Emocje były, choć obyło się bez niesmaku. Dominowała zwykła ludzka ciekawość – no, może trochę niezdrowa - jak to szaleństwo się rozwinie. Ach, i polać temu, kto wybierał utwory muzyczne.

Pierwszy długometrażowy film w reżyserskiej karierze Mimi Cave to zaskakująco efektywne połączenie różnych gatunków. Obraz bazujący na kontrastach. Niezbyt krwisty, ale i nie najłagodniej obchodzący się z widzami, zabawny romantyczny film o przemocy. Tematyka tabu nie tak zupełnie na wesoło. Tylko troszeczkę:) Odświeżający ten „Fresh”, okazał się dla mnie. Lekka, przewiewna, prosta opowieść z drugim dnem. O nietypowych upodobaniach kulinarnych, na których można sporo zarobić i niezwykłym, a zarazem boleśnie, przygnębiająco znajomym związku damsko-męskim. Przerażająca proza dnia codziennego w niecodziennym przebraniu. Bon appétit!

środa, 9 marca 2022

Grady Hendrix „Horrorstör”

 

W sklepie meblowym w Cleveland w stanie Ohio, będącym częścią amerykańskiej sieci Orsk, zachodzą zagadkowe zjawiska. Ktoś niszczy asortyment i wszystko wskazuje na to, że robi to nocą, po zamknięciu obiektu. Monitoring zainstalowany w sklepie nie pomaga w namierzeniu sprawcy bądź sprawców, więc kierownik zmiany, nadzwyczaj oddany swojej pracy Basil Washington, organizuje tajną akcję rozpoznawczą. Zamierza spędzić noc w swoim ukochanym sklepie i przyłapać wandali na gorącym uczynku. Nie sam. Basilowi do wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu udaje się namówić dwie podwładne: sprawiającą problemy, antypatycznie nastawioną do swojego kierownika Amy Porter i przemiłą, zawsze życzliwą kasjerkę z wieloletnim stażem Ruth Anne DeSoto. Zagrożenie, z jakim przyjdzie im się zmierzyć przerośnie ich najśmielsze oczekiwania. Ta noc może okazać się ich ostatnią.

Grady Hendrix i jego wariactwa. „Moja przyjaciółka opętana”, „Sprzedaliśmy dusze”, „Poradnik zabójców wampirów klubu książki z południa”, to było potem. Po nawiedzonym sklepie meblowym. Po stylowym horrorze komediowym, pastiszu, wydanym pod tytułem „Horrorstör. Światowa premiera książki stylizowanej na katalog nieistniejącej sieci sklepów meblowych, przypadła na rok 2014, ale na polskie wydanie trzeba było poczekać jeszcze osiem lat. Wydawnictwo Vesper zachowało oryginalny kształt tej prozatorskiej produkcji, gdzie groza idzie w parze z humorem – projekt wydawnictwa Quirk Books z ilustracjami Michaela Rogalskiego. Pomysł na nawiedzony sklep poddał Hendrixowi jeden z redaktorów tego wydawniczego domostwa, Jason Rekulak, ale ziarno zostało zasiane wcześniej. Pracując w organizacji non-profit, prowadzącej badania nad zjawiskami paranormalnymi, Grady Hendrix zapoznał się z nieprzebraną ilością historii o nawiedzonych domach, chodnikach, stodołach, magazynach, archiwach dokumentów medycznych i czego tam jeszcze dusza pragnie. Nowsze i starsze (najstarsze pochodziły z XIX wieku), mniej i bardziej zdumiewające, ponoć autentyczne opowieści z dreszczykiem, znalezione w przepastnym archiwum organizacji pozarządowej specjalizującej się w rzeczach niezwykłych. Opowieści, które skłoniły Hendrixa do zaktualizowania motywu nawiedzonego miejsca w horrorze. Jego propozycja została odrzucona przez wydawcę i wtedy Jason Rekulak zapytał, czy pomyślał o stworzeniu nawiedzonego sklepu. To było to! Czegoś takiego wesoły Grady szukał. A było tuż pod nosem... W każdym razie „pod mikroskop Hendrixa” trafiła IKEA. Wymyślona przez niego amerykańska sieć sklepów meblowych o nazwie Orsk to nic innego jak podróbka tego holenderskiego giganta. Czego Hendrix bynajmniej nie starał się ukryć. Wręcz przeciwnie: upewnił się, że żadnemu odbiorcy „Horrorstör” nie umknie ten dziwny... związek?

Wyjątkowa forma „Horrorstör” zrodziła się w „chorej wyobraźni autora” (to jego określenie, nie moje) na samym początku tej twórczej przygody. Amerykański pisarz specjalizujący się w horrorze, Grady Hendrix, od razu tak to sobie w myśli zaprojektował. Forma miała być częścią narracji – strona wizualna wpisująca się w opowieść. Hendrix miał mnóstwo frajdy z tworzenia tego cudnego dziwoląga. Pisał tradycyjnie i „pisał drobnym drukiem” na fałszywych formularzach, kuponach rabatowych i innych bajerach. Każdy rozdział otwiera mała prezentacja wybranego produktu marki Orsk: proste rysunki, krótkie opisy, dostępne kolory, numery modelów, wymiary „wymarzonych” mebli do samodzielnego montażu. Z czasem jakieś mroczne siły tchną trochę świeżości w tę nudną ofertę. Wprowadzą różne uniedogodnienia dla klientów. Nie, nie klientów. To raczej oferta tylko dla personelu. Doceniany pracownik, to wydajniejszy, bardziej zaangażowany w rozwój firmy pracownik. Daj mu coś specjalnego, niedostępnego dla zwykłych, szarych śmiertelników... Może się wydawać, że „Horrorstör” pod płaszczykiem (nie)klasycznej opowieści o nawiedzonym miejscu, chowa coś w rodzaju krytycznego traktatu o konsumpcjonizmie. Nadmierna potrzeba gromadzenia przedmiotów, „bez których nie można się obejść”. Muszę to mieć i już! Krytyka takich sklepów jak IKEA? Właśnie nie. Hendrix uważa, że – a przynajmniej tak myślał w czasie, w którym powstawała ta niedługa powieść – obawy przed takimi sieciówkami, wielkimi sklepami meblowymi, biorą się z poczucia winy, które jest mu doskonale znane. Otóż, Hendrix ukuł teorię, że współczesny mężczyzna może nie czuć się zbyt komfortowo z tym, że zamiast własnoręcznie tworzyć meble do swojego domu, wzorem dawnych twardych chłopów, polega na takich sklepach jak IKEA, która w jakiś sposób omija ową sprzeczność. Co budzi lęk. Czy tak być powinno? Czy w XXI wieku mężczyzna powinien mieć wyrzuty sumienia w związku z tym, że nie wypełnia należycie obowiązku, który dawniej generalnie spoczywał na płci męskiej? Czy mężczyzna staje się mniej męski, jeśli sam nie wystruga mebli do swojego mieszkania? Po co, skoro dom niedrogo może umeblować choćby taka IKEA. Macie tak Panowie? Czy to tylko takie dziwactwo Grady'ego Hendrixa? Osobom, które na pierwsze pytanie odpowiedzą twierdzo, powiem tylko, że dla mnie samo złożenie zwykłego regału z IKEA to magia czarniejsza od stworzenia mebelka od podstaw. Jeśli sobie z tym poradzicie, to możecie być spokojni o swoją męskość:) I cieszcie się, że nie kupujecie w Orsku. Zwykłymi narzędziami cholerstwa nie złożysz – koniecznie musisz zaopatrzyć się w Magiczne Narzędzia Orska. Ach, i pamiętaj, żeby nie oszczędzać. Kupisz tanio, to przepłacisz. Bo do niczego ci się to to nie przyda. Zawsze możesz spróbować odzyskać pieniądze, ale z jakim skutkiem? Trudno przewidzieć. Tak czy inaczej, przeszkolony, czy jak kto woli, wytresowany, zawsze uśmiechnięty personel, dołoży starań, by rozwiązać twój problem. No chyba, że wina leży po twojej stronie. W takim wypadku nic się nie da zrobić. Następnym razem postępuj zgodnie z instrukcją. A potem wróć z następną reklamacją:) „Horrorstör”, podobnie jak wcześniej opublikowane w Polsce powieści Grady'ego Hendrixa, to połączenie horroru i komedii. W„Sprzedaliśmy dusze”, „Mojej przyjaciółce opętanej”, a już zwłaszcza w „Poradniku zabójców wampirów klubu książki z południa” dało się zauważyć przewagę tego pierwszego gatunku, podczas gdy tutaj Hendrix, w moim poczuciu, zrównoważył te dwa, tylko na pozór bardzo odległe od siebie, prądy. W zasadzie odbierałam to jako pastisz klasycznych opowieści o duchach. Takich jak „Nawiedzony” aka „Nawiedzony dom na wzgórzu” Shirley Jackson. To poczucie dezorientacji w niebezpiecznie odkształcającej się rzeczywistości, ta niestabilność, płynność, nieklarowność, wypaczanie się świata przedstawionego. To wrażenie obcości, straszliwe zagubienie jakby w jakiejś innej strefie. Strefie Mroku. Ten zamiar autora, uważam, najwyraźniej ujawnia się w scence z kamerą – rejestrowany przez nią obraz nie odpowiada temu, co bohaterowie książki widzą gołym okiem. Jeśli oglądaliście „Dom na Przeklętym Wzgórzu” Williama Malone'a, remake obrazu z 1959 roku w reżyserii Williama Castle'a, to będziecie wiedzieć, czy w tej sytuacji lepiej zaufać elektronice, czy własnym oczom.

Nie wiem, czy to przemyślane działanie, czy najzwyczajniej Grady Hendrix dopiero się rozgrzewał, ale w przeciwieństwie do pozostałych powieści tego pana, z którymi dotychczas miałam przyjemność, „Horrorstör” wygląda jak horror klasy B. Albo inaczej, pretendent do nowoczesnego tronu w krainie literatury niskich lotów. Tej śmieciowej, tej, której poważni czytelnicy – wyższa inteligencja – nie tkną nawet kijem. Prosta, żeby nie rzec prymitywna fabuła. Prosty, żeby nie rzec prymitywny język. Proste, żeby nie rzec prymitywne portrety uczestników koszmarnych wydarzeń w koszmarnym sklepie. Poza miejscem akcji - ale jakie to miejsce (fiu, fiu!) - wszystko tutaj brzmi nader znajomo. Może i mamy więcej powodów do śmiechu niż to najczęściej bywa przy zwiedzaniu nawiedzonych obiektów w niehermetycznym światku horroru, ale... ale to już było. Sklep meblowy w Cleveland w stanie Ohio, jedna z cegiełek wielkiej amerykańskiej sieci o nazwie Orsk, która bezwstydnie wzoruje się na IKEI, to jak pewnie już zdążyłam dać do zrozumienia, swoiste skrzyżowanie dwóch popularnych domów ulokowanych na wzgórzach. Domu Shirley Jackson i domu Williama Malone'a (motyw, który mam na myśli nie został jednak zaczerpnięty z remake'u kultowego obrazu Wiliama Castle'a – Hendrixa natchnęła pewna wiktoriańska idea). Z dodatkowymi atrakcjami, które chyba też już gdzieś widziałam. Zagadkowe napisy na ścianach, rzeki śliny i smarków („Blair Witch Project” Daniela Myricka i Eduardo Sáncheza? Nie, prędzej jak w parodii tego pamiętnego momentu: „Straszny film” Keenena Ivory'ego Wayansa) przy bardzo bliskim, najbliższym z możliwych, kontakcie z nieznanym. I wreszcie tunel, którego nie było. Ale najpierw poznajmy śmiałków, którzy zostaną w pracy po godzinach, aby rozwiązać uciążliwy problem. W każdym razie to ważne dla kierownika zmiany, Basila Washingtona, który bardzo poważnie podchodzi do swoich obowiązków. Nie to, co główna bohaterka „Horrorstör”, Amy Porter. Dwudziestoparoletnia, rozgoryczona kobieta, która zdążyła znienawidzić swojego bezpośredniego przełożonego. Tak bardzo, że złożyła podanie o przeniesienie, a właściwie powrót do tego Orska, w którym zaczynała swoją rozczarowującą karierę w rzeczonej firmie. A raczej jednej wielkiej rodzinie. Tak na to patrzy Basil, ale Amy... Ech ta Amy. Nic jej się nie podoba, nawet nie stara się wykrzesać z siebie entuzjazmu do tej arcyważnej, jakże odpowiedzialnej pracy. Najwidoczniej nie chce być częścią zespołu. Nie angażuje się w takim stopniu jak jej koledzy i koleżanki z Orsku. Weźmy taką Trinity Park – istny wulkan energii, który wprost zaraża innych swoim promiennym uśmiechem. Że wierzy w duchy, że w kółko rozprawia o tej swojej dziwacznej pasji? Tym lepiej, bo klienci lubią tego słuchać. Amy Trinity przypomina jednego z tytułowych stworzonek z „Gremliny rozrabiają” Joego Dante. Milusia istotka, która przy bliższym poznaniu staje się niezmiernie irytująca. Porozmawiać można, ale zdaniem Amy w dłuższą dysputę lepiej się z tą przesadnie radosną, rozszczebiotaną dziewczyną nie wdawać. Już lepiej pogadać z Matthew McGrathem, a przynajmniej Amy wyraźnie w rodzinie Orska z Cleveland najbardziej odpowiada towarzystwo tego bodaj najmniej zafiksowanego na punkcie tej pracy młodego mężczyzny. Z tłumu wyłania się jeszcze Ruth Anne DeSoto, kasjerka z długoletnim stażem, którą w zasadzie lubią wszyscy. Szanuj, a będziesz szanowany. Serdeczna, pomocna, niekonfliktowa, znająca różne ciekawe historie (na przykład o robakach-pełzakach, chociaż to akurat nazbyt straszne - na pewno zdaniem Amy). Z takimi ludźmi aż chce się pracować. I przeprowadzać seanse spirytystyczne. Tak, ten zakładam dobrze znany miłośnikom gatunku motyw, też będzie. I akcje rodem z mockumentary. Bez roztrzęsionego obrazu. Będą fekalia, szczury, szalony pseudodoktorek, mroczna przeszłość (gleba, na której stoi ten sklep jest kamienista i skażona. Przeklęta przed wiekami przez... och nie, nie znowu indiański cmentarz). Z budowaniem napięcia Hendrix w nieodległej przyszłości (pamiętajmy, że „Horrorstör” to powieść z roku 2014), w mojej ocenie, będzie radził sobie dużo lepiej. To samo mogę powiedzieć o wydobywaniu nadnaturalnej, groźnej energii – tego magicznego promieniowania, które znają tylko osoby wtajemniczone w ten „okropny, podrzędny gatunek” (tako rzeczą mądre głowy) – z samego otoczenia. Nie wspominając już o różnych kreaturach: demonach, wampirach i innych straszydłach ze świata, w którym zamieszkał ten pozytywnie zakręcony amerykański pisarz i scenarzysta. Miejmy nadzieję, że nie planuje przeprowadzki...

i że wreszcie powstanie ekranowa wersja „Horrorstör”. Toż to gotowy scenariusz! Na film, nie serial. Przymiarki pod to pierwsze już robiono. Prawa w 2015 roku zakupiła firma The Jackal Group, a telewizja FOX zamówiła odcinek pilotażowy. Projekt upadł, a w 2020 roku prawa do sfilmowania „Horrorstör” przejęła niezależna firma producencka New Republic Pictures. Ogłoszono już, że jednym z producentów wykonawczych będzie sam Grady Hendrix. No to czekamy, co? Najpierw jednak warto zwiedzić oryginalny sklep meblowy Orsk, który w zasadzie jest podróbką innej, pewnie bardziej znanej marki w świecie handlu, ale nie bądźmy już tacy drobiazgowi. Zwłaszcza, że sklep Hendrixa ma na składzie coś, czego konkurencja nigdy nie zdobędzie. Taka oferta to tylko w Orsku!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 7 marca 2022

Peter Mohlin, Peter Nyström „Druga siostra”

 

Karlstad w Szwecji. Alicia Bjelke, młoda kobieta ze zdeformowaną twarzą dzięki swoim nieprzeciętnym zdolnościom, do spółki ze starszą siostrą Stellą, rozkręciła internetowy biznes, cieszącą się dużą popularnością witrynę randkową, która zasadniczo różni się od innych tego typu portali. I tak już ciężko doświadczona przez los kobieta, teraz traci osobę, która w jej odczuciu była jej największą podporą. Stalla zostaje zamordowana, a jakby tego było mało, domniemany sprawca przypuszcza atak także na jej siostrę. Sprawę prowadzi były agent FBI, czarnoskóry John Adderley, na własne życzenie wysłany do swojego rodzinnego miasta w ramach programu ochrony świadków. Tutaj znany jako Fredrik Adamsson, John nie może jednak poświęcać tej sprawie tyle uwagi, ile powinien, ponieważ został odnaleziony przez swojego najzacieklejszego wroga.

Druga odsłona mrocznych przygód byłego agenta FBI Johna Adderleya i druga powieść w ogóle (opublikowana) szwedzkiego duetu, Petera Mohlina i Petera Nyströma, która swoją światową premierę miała w roku 2021. Mniej więcej rok po ich wyróżnionym na Targach Książki w Göteborgu (zdobywcy Crimetime Award) i w Holandii, debiucie, w Polsce wydanym pod tytułem „Ostatnie życie”. Pomysłów do swoich książek Mohlin i Nyström zazwyczaj szukają podczas wspólnych spacerów. Potem razem pracują nad streszczeniem każdego rozdziału książki, a następnie rozdzielają je między sobą. Kiedy proces pisania po obu stronach dobiega końca, obrabiają, edytują teksty tak, by należycie się zazębiały. Tworzyły spójną całość. Mohlin ma doświadczenie w pracy dziennikarskiej, w związku z czym czuje się pewniej od kolegi w zakresie stylistycznym, Mohlin, scenarzysta i reżyser, natomiast odpowiada za dialogi – szlifuje wypowiedzi bohaterów i antybohaterów ich kryminalnych „spektaklów”. W „Drugiej siostrze” (oryg. „Den andra systern”, ang. „The Other Sister”) wieloletni przyjaciele, Mohlin i Nyström, stawiają swojego protagonistę przed poważnymi dylematami moralnymi. Zależało im na tym, by czytelnik nie zawsze aprobował wybory, jakich dokonuje John w tym drugim rozdziale swojego nowego życia. Jak to ujął Peter Nyström w jednym z wywiadów: „aby stać się lepszym człowiekiem, trzeba przebyć jego długą drogę”.

Druga siostra” to bezpośrednia kontynuacja „Ostatniego życia” - jeden z dwóch głównych wątków swój początek znajduje w części pierwszej. Czołowy bohater książki, John Adderley alias Fredrik Adamsson startuje z miejsca, w którym ostatnio się z nim pożegnaliśmy, a zatem dość ryzykowne byłoby zasiadanie do tej lektury bez znajomości jej poprzedniczki. Lepiej trzymać się chronologii ustalonej przez Petera Mohlina i Petera Nyströma. Zupełnie nowa opowieść koncentruje się na młodszej siostrze Bjelke, Alicii – rozdziały, w których ten komputerowy geniusz gra pierwsze skrzypce, przeplatają się z przeżyciami człowieka bliżej przedstawionego, szerzej omówionego w „Ostatnim życiu”. Urodzonego w Karlstad w Szwecji, skąd wraz z ojcem wyemigrował już w dzieciństwie, do Stanów Zjednoczonych. Najpierw był policjantem, następnie agentem FBI, a potem powrócił na stare zawodowe śmieci, tyle że w innych realiach. W obcej kulturze, w niewygodnym dla niego systemie. W kraju, z którego się wywodzi. Rodzime, a tak bardzo obce terytorium. Inny świat. John Adderley trafił do Karlstad na własne życzenie. Sam wybrał to miejsce, zmuszony nie tylko do przeprowadzki, ale i zmiany tożsamości. Wciągnięty do programu ochrony świadków agent Federalnego Biura Śledczego, który poważnie naraził się mafijnemu bossowi. Operacja, w której uczestniczył agent specjalny John Adderley zaowocowała skazaniem tego bezwzględnego szefa kartelu narkotykowego. Kilka lat za kratkami – dla Johna licha to nagroda za działalność, która w gruncie rzeczy kompletnie zrujnowała mu życie. Gdyby Adderley mógł cofnąć czas, to najpewniej nie zaangażowałby się w tę operację. Pewnie nawet nie starałby się o pracę w FBI. Teraz żałuje tego jeszcze bardziej niż po przenosinach do Karlstad. Kiedy już zaczął przyzwyczajać się do nowego życia, kiedy jako tako się zaaklimatyzował, przeszłość przypomniała o sobie. Dogoniła go w malowniczej miejscowości, w której w tym krytycznym dla Johna momencie dochodzi do kolejnej zbrodni. To on ma poprowadzić śledztwo, co zważywszy na okoliczności, niezbyt mu się uśmiecha. Główny bohater „Drugiej siostry” w tajemnicy przed kolegami z pracy, szykuje się do ucieczki z kraju. We współpracy z mężczyzną, który kiedyś był jego najlepszym przyjacielem, zaufanie zostało jednak mocno nadszarpnięte. John wie, że bardzo ryzykuje układając się z tym człowiekiem. Może i powinien zadbać tylko o siebie, ale nie potrafi. Nie może się przemóc, by zostawić mężczyznę, który kiedyś uratował mu życie, na pastwę ludzi, którzy z całą pewnością nie okażą mu ani krztyny litości. Pierwsza faza ściśle tajnej operacji prowadzonej przez Johna Adderleya w „Drugiej siostrze” średnio mnie angażowała. Właściwie żałowałam, że Mohlin i Nyström odbiegli od ścieżki, którą wybrali dla swojego protagonisty w „Ostatnim życiu”. Zorganizowana przestępczość, zimnokrwiści zabójcy, którzy na polecenie swojego szefa zawiadującego akcją zza krat, obserwują Johna najpewniej czekając na dogodny moment do, w ich błędnym przekonaniu, ujawnienia swojej obecności – nie jestem miłośniczką takich klimatów, ale mam podejrzenie graniczące z pewnością, że koneserzy mafijnych porachunków w kontrolowanych, bezpiecznych, beletrystycznych warunkach, na niedostatek wrażeń narzekać nie będą. Ja musiałam trochę poczekać. Na punkt kulminacyjny – po tym całkiem mocnym uderzeniu, życie Johna bynajmniej nie wraca do normy. A przynajmniej jeszcze nie. Nie, dopóki Adderley nie doprowadzi do końca swojego kolejnego ryzykownego przedsięwzięcia. Godnego potępienia? Teoretycznie tak, ale w praktyce ta kwestia może okazać się bardziej złożona. To już czytelnik sam musi sobie rozsądzić.

Szwecja, którą znał, była rajem dla biurokratów. Państwem kontrolującym wszystko i wszystkich. Z jednym wyjątkiem: anonimowych kart SIM. To, że nadal były legalne, dziwiło go bardziej niż wszystkie słupy majowe, wokół których Szwedzi skaczą w święto midsommar, udając małe żabki.”

Peter Mohlin i Nyström w „Drugiej siostrze” skonstruowali dość złożoną intrygę, którą trudno rozpatrywać pod jednym kątem. W każdym razie autorzy zapewne nie chcieliby, żeby odbiorca książki kierował się wyłącznie literą prawa. Tutaj sprawa jest oczywista. Pytanie tylko, czy nielegalna działalność to najgorsze, co w tej sytuacji można było zrobić? Zasłużył na karę? Tak. Ale czy w głębi ducha życzyłam delikwentowi wpadki? Czy miałam absolutną pewność, że nieschodzenie z legalnej ścieżki przyniosłoby lepsze rezultaty? Sprawiedliwości stałoby się zadość, ale czy korzyści byłyby większe od strat? Dylemat nie tyle natury prawnej, ile moralnej. Sprawiedliwość ponad wszystko? Może i tak być powinno, ale przypadek Johna Adderleya każe się nad tym głębiej zastanowić. Nie powiem Wam do jakich konkluzji dojdziecie na tej kolejnej jakże wyboistej drodze tej złożonej, niejednoznacznej jednostki robiącej wszystko, co w jej mocy, by po prostu przetrwać, wyjść w miarę suchą stopą z mokradła, w które ten doświadczony śledczy w sumie sam się zapędził. Mógł inaczej to rozegrać, nie uciekać od odpowiedzialności za ten jeden niekoniecznie karygodny czyn, takie posunięcie najpewniej jednak sprowadziłoby na niego śmierć. Tak czy inaczej, mam powody przypuszczać, że John Adderley w tej drugiej odsłonie kryminalnego cyklu dwóch zdolnych Szwedów (dłuższa seria? Zakończenie „Drugiej siostry” sprawiło, że zwątpiłam w ten zamiar Mohlina i Nyströma; wygląda jak definitywny koniec „wielkiej przygody Johna Adderleya”, ale nie takie zmyłki w literaturze stosowano), będzie różnie odbierany przez czytelników. Nie każdy będzie stał po jego stronie w tej niebezpiecznej grze z zupełnie nieświadomymi kolegami policjantami. I koleżanką, której najbardziej się obawia. Najpoważniejsza przeciwniczka i zarazem zawodowa partnerka (w tej jednej sprawie) człowieka, który stąpa po bardzo cienkim lodzie. W przeciwieństwie do obszaru reprezentowanego przez byłego agenta FBI obecnie zamieszkałego w szwedzkiej miejscowości Karlstad, w opowieść o dwóch siostrach wsiąkłam prawie natychmiast. Z perspektywy Alicii Bjelke (narracja trzecioosobowa, tak samo w rozdziałach skoncentrowanych na Johnie), młodszej z nich, która w dzieciństwie miała poważny wypadek, rzutujący na całe jej dalsze życie. W każdym razie wypadek to oficjalna wersja, która nie pokrywa się z prawdą. Ta dwudziestoparoletnia kobieta dobrze wie, w jaki sposób jej twarz została praktycznie na trwałe okaleczona (operacje plastyczne niewiele pomogły). Zdeformowana, co – jakżeby inaczej – skazało ją na życie pod ostrzałem zdumionych, speszonych spojrzeń, a czasami i nieskrywanych grymasów zniesmaczenia. W tym okrutnym świecie umysł nie ma takiego znaczenia, jak wygląd zewnętrzny. Alicia jest komputerowym geniuszem, ale w starciu z płytką ślicznotką, modelką, nie ma najmniejszych szans. Tak uważa, dlatego wolała poddać się bez walki. Ustąpić, zejść z drogi piękności regularnie chwalącej się swoim doskonałym życiem na Instagramie. Alicia obserwuje jej profil, z bolesną świadomością, że nie nigdy nie dane jej będzie posmakować takiego życia. A jeszcze bardziej boli ją, że nie spełni swojego największego marzenia. Nie taką karierę sobie wymarzyła, ale Alicia jest wdzięczna i za to. Wdzięczna swojej siostrze. To Alicia miała największy, decydujący wkład w ich biznes – popularna witryna randkowa, inna od wszystkich. Lepsza? Zdaniem Johna raczej bardziej niebezpieczna, z czym trudno mi się nie zgodzić. Algorytm opracowany przez Alicię zbiera bowiem informacje na temat użytkowników rzeczonej strony z innych źródeł. Z tych danych program tworzy profil jednostki, który następnie dopasowuje do kogoś z bazy. Szuka najlepszego, najbardziej odpowiedniego kandydata do tej połowy jabłka. Znajduje idealnego partnera lub idealną partnerkę. Wygląda na to, że to Stella powinna być wdzięczna swojej siostrze za zbudowanie tego ich małego wirtualnego imperium. Więcej: już na początku książki autorzy przekonują nas, że Alicia ma mocny powód, by chować urazę do swojej siostry. A przynajmniej nie powinna być tak pewna, że Stalla jest największym, może nawet jedynym, wsparciem, jakie ma w życiu. Że bez niej nie poradziłaby sobie. Relacja sióstr Bjelke jest dość skomplikowana. I na swój sposób fascynująca. Właściwie moim zdaniem to najmocniejszy element „Drugiej siostry”. Uzależnienie, prawdopodobnie zły wpływ, toksyczny związek przerwany przez szybko zidentyfikowanego zabójcę. To jest zespół śledczych pod wodzą Johna Adderleya, tutaj znanego jako Fredrik Adamsson, ma tylko jednego podejrzanego i właściwie żadnych wątpliwości, że to ich sprawca. Mężczyzna jakby zapadł się pod ziemię, ale detektywi są względnie spokojni. Najważniejsze, że wiedzą kto zabił, namierzenie go, zwłaszcza, że wszystko wskazuje na to, iż Natura poskąpiła mu sprytu, wydaje się więc dziecinnie proste. Za dzień, góra dwa, będą mogli zamknąć sprawę. Chyba że pojawią się nowe wątki. Intryga się zagęści (w tym miejscu muszę wspomnieć, że na ostatnich odcinkach tej kryminalnej drogi, żadnej niespodzianki nie dostałam, ewidentnie wbrew zamiarom Petera Mohlina i Petera Nyströma). Stawka wzrośnie. Rozpocznie się niebezpieczna, trzymająca w napięciu gra w szerszym gronie. Akcja nabierze tempa i, co dla mnie bardzo istotne, autorzy „Drugiej siostry” nie zaniedbają przy tym ani postaci, ani klimatu. Sroga zima, siarczysty mróz w pozornie zacisznym skandynawskim zakątku.

Lekki spadek formy pisarskiego duetu ze Szwecji, Petera Mohlina i Petera Nyströma, przyjaciół z dzieciństwa, którzy po latach rozłąki spotkali się przy kartkach. Po zaliczeniu jednej porażki, powołali do życia Johna Adderleya, postać moim zdaniem wartą bliższego poznania. W końcu, kto jak nie on, rozkręcił pisarską karierę utalentowanych Peterów i to na arenie międzynarodowej? Żartuję. Z takim wyczuciem suspensu, dbałością o niezbędne detale (bez irytujących wielu czytelników tak zwanych dłużyzn – niepowierzchownie, ale bez dłuższych przystanków, przy zachowaniu tej dynamiki, która mam wrażenie obecnie cieszy się największymi względami odbiorców nie tylko literatury kryminalnej), także, czy raczej przede wszystkim, przy konstruowaniu portretów psychologicznych co ważniejszych uczestników kreowanych przez nich wydarzeń, i bez Johna pewnie by sobie poradzili. Frapujące zagadki kryminalne wieloletnich przyjaciół. „Druga siostra” u mnie oczko niżej od „Ostatniego życia”, a że było z czego schodzić... Polecam obie. Jeśli to możliwe, przy zachowaniu odpowiedniej kolejności. Za duże ryzyko czytać „Drugą siostrę” bez rozeznania w „Drugim życiu” Johna Adderleya.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 5 marca 2022

„Naznaczona” (2021)

 

Od śmierci męża Holly samotnie wychowuje dwie obecnie nastoletnie córki, Betsey i młodszą Isabelle. Betsey wkrótce ma wyjechać na studia, ale nie wybrała jeszcze uczelni. Podczas domowej imprezy w gronie znajomych ze szkoły, dziewczyna zwraca uwagę na Krwawy Księżyc. W transie zagłębia się w pobliski las, a wychodzi odmieniona. Często traci kontakt z rzeczywistością i opowiada niestworzone rzeczy. Jej matkę najbardziej jednak martwi to, że odmawia posiłków. Nie przyjmuje żadnych pokarmów, ale z czasem Holly upewnia się, że nie traci na wadze. Po wykluczeniu innych opcji, lekarze doradzają konsultację z psychiatrą, ale Holly ma wątpliwości. Holly zaczyna wierzyć, że za rzekomą chorobą jej starszej córki kryje się coś większego. Holly zaczyna wierzyć w niepokojące opowieści Betsey. Wyjątkowej dziewczyny.

Brytyjski thriller psychologiczny/art horror w reżyserii debiutującej w pełnym metrażu szkockiej twórczyni Ruth Paxton i na podstawie scenariusza Justina Bulla. Pracując nad „Naznaczoną” (oryg. „A Banquet”) - główne zdjęcia zakończyły się na początku września 2020 roku – historią, która została przedstawiona Paxton jako skrzyżowanie „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego i „Dziedzictwa. Hereditary” Ariego Astera (co rozbudziło w niej zainteresowanie tym projektem, ponieważ jest wielką miłośniczką tych produkcji), reżyserka inspirowała się twórczością między innymi Roberta Eggersa, Darrena Aronofsky'ego i właśnie Ariego Astera. Wpływ na „Naznaczoną” miały też „Antychryst” i „Melancholia” Larsa von Triera i prace szkockiego artysty Kena Currie. W grudniu 2020 roku prawa do dystrybucji „A Banquet” na terenie Ameryki Północnej zakupiła firma IFC Midnight, a pierwszy pokaz filmu odbył się dopiero we wrześniu 2021 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto. W pierwszym kwartale 2022 roku został wpuszczony do wybranych kin i na platformy VOD.

Nowa fala kina grozy. I wszystko jasne. Powolny – bardzo powolny – klimatyczny obraz stworzony pod kierownictwem twórczyni między innymi wyróżnionego na Londyńskim Festiwalu Filmowym krótkometrażowego filmiku pod tytułem „Pulse” (2014). Horror? Dramat? Thriller psychologiczny? Z wypowiedzi Ruth Paxton wnioskuję, że ona sama skłania się ku pierwszemu z wymienionych gatunków. „Współczesny horror transcendentalny”- tak to ujęła. A właściwie widowisko silnie zainspirowane uwielbianymi przez nią produkcjami, które częściej definiuje się jako art horrory (arthouse horror). Horrory podwyższone. Mnie jednak bardziej „Naznaczona” podpada pod thriller psychologiczny. Tak w każdym razie odbierałam ten intrygujący, oszczędny w środkach, stosownie mroczny „spektakl”... dla entuzjastów ślamazarnych historyjek:) Za zdjęcia odpowiada David Liddell, można powiedzieć stały współpracownik Ruth Paxton (krótki metraż). Niesamowicie intensywne – niedookreślona groźba, tajemniczość, jakaś nadnaturalna energia zaklęta niewykluczone, że w bardziej przyziemnym niebezpieczeństwie – obrazki z eskalującego koszmaru dnia powszedniego niepośledniej rodziny, nierzadko wzmacniane złowieszczymi dźwiękami wygrywanymi przez CJ Mirrę, z którym Paxton też już miała okazję pracować. W oprawie muzycznej w mojej ocenia najbardziej efektownie wypada utrzymana w melancholijnej, wręcz depresyjnej tonacji kompozycja, która, uważam, powinna wybrzmiewać częściej. Dużo częściej. W tle tych niecodziennych zmagań w domowym zaciszu. Czy raczej chaosie. Film otwiera tragiczne wydarzenie z przeszłości. Nieodwracalna strata. Śmierć w rodzinie. Holly (bardzo dobry występ Sienny Guillory, którą jednakże w moich oczach odrobinę przyćmiła Jessica Alexander jako Betsey – dostało się jej większe pole do popisu, wdzięczniejsza, ale i bardziej wymagająca, trudniejsza rola. Najmłodsza członkini tego nieszczęsnego rodu, odegrana przez Ruby Stokes, też mnie przekonała, choć pod pewnym względem miała najtrudniej: wykazać się w takim towarzystwie, to znaczy przy tak skrojonych postaciach) musiała zorganizować swoje życie na nowo. Odnaleźć się w roli samotnej matki. Dziewczynek, które też bardzo cierpiały, które tak naprawdę nigdy, co zrozumiałe, nie przestały tęsknić za ukochanym ojcem. Przy naszym pierwszym spotkaniu z Betsey i Isabelle wszystko wskazuje jednak na to, że u każdej z nich ta rana zdążyła się podgoić. Czas zrobił swoje. Tęsknota nadal im doskwiera, i możliwe, że tak będzie już zawsze, ale czarna rozpacz najwyraźniej już dawno minęła. Na tyle, by planować swoją przyszłość. A przynajmniej rozmyślać nad kierunkiem odpowiednim dla siebie. Gdyby na początku tej filmowej drogi spytać Isabelle, czym chce się zajmować po zakończeniu nauki, to najpewniej bez wahania odpowiedziałaby, że poświęci się swojej pasji, czyli łyżwiarstwem figurowym. Z kolei jej starsza siostra Betsey, najzwyczajniej nie wie, co chciałaby robić w życiu. Niby wybiera się na studia, ale w przeciwieństwie do wielu swoich rówieśników, nie zaczęła jeszcze ubiegać się o miejsce w ani jednej uczelni. Nawet jeśli jej matkę to przeciągające się niezdecydowanie córki niepokoi, to nie daje tego po sobie poznać. Nie pogania córki, nie naciska. Ale dziewczyna i tak się tym zadręcza. Nie wie, co zrobić. Jest w kropce. I wtedy z wątpliwej jakości odsieczą przychodzi jej Krwawy Księżyc. Od tego momentu sytuacja staje się niejasna. Scenariusz podsuwa widzom trzy możliwości. Choroba, zjawisko nadprzyrodzone albo zwykły teatr. Holly początkowo skłania się ku tej pierwszej wersji, a babcia dziewczyn (przyzwoita kreacja Lindsay Duncan) ku tej ostatniej. Tylko Betsey zdaje się nie mieć wątpliwości. Tylko ona twardo trzyma się swojego stanowiska. Dobrze, na początku jest trochę skołowana, a przynajmniej sprawia wrażenie nieco zagubionej w tej zupełnie nowej dla niej, niezwykłej sytuacji, ale jej potencjalna uprzywilejowana pozycja, sprawia, że w przeciwieństwie do swoich bliskich szybko przestaje się nad tym głowić. Nie musi już szukać wyjaśnień, bo jak twierdzi, prawda została jej objawiona. Przez jakąś siłę wyższą. Betsey została wybrana. Albo opętana. Jedno jest pewne: Holly nie jest odporna „na to szaleństwo”. Holly ulega czy to sile perswazji chorej lub zupełnie zdrowej dziewczyny, czy jakiejś nadnaturalnej istocie ukrytej w jej ciele lub innej niezwyczajnej sile, która obserwuje to wszystko z góry. Patrzy, czeka na nieuniknione, ale bynajmniej nie z założonymi rękami.

Ruth Paxton wyznała, że wśród rzeczy, które skłoniły ją do zaangażowania się w ten projekt była scena z groszkiem. Właściwie to była kropla, która przelała czarę słodyczy. Przeczytała raz i klamka zapadła. Kolacja w domu Holly już po zagadkowym incydencie z czerwonym Księżycem. Rozpaczliwe próby przełamania oporu niejedzącej dziewczyny. Metoda małych kroczków. Nie ukrywam, że na ten widok coś się we mnie burzyło. Na pewno nie czułam się komfortowo patrząc na bezsprzecznie kochającą matkę, która chcąc ratować swoje dziecko, chwyta się brzytwy. Sposób w jaki Holly w tym momencie traktuje Betsey... Okrucieństwo do przyjęcia. Chcę przez to powiedzieć, że ta bezwzględność w stosunku do odmawiającej przyjęcia pokarmu córki wzbudzała we mnie mieszane odczucia. Rozumiałam, nie miałam najmniejszych wątpliwości, że dla Holly ta sytuacja jest jeszcze bardziej przykra, bolesna niż dla Betsey, że czyni to z miłości i z braku innych pomysłów, niemniej do głosu doszedł też jakiś potępieńczy głosik. Próbowałam mu wytłumaczyć, że Holly czyni to z ciężkim sercem, kierowana naturalną matczyną potrzebą ratowania swojej tonącej latorośli, ale te argumenty do tego małego diabelstwa nie przemawiały. Nie do końca. Byłam skołowana. Skonfundowana. Chyba nawet bardziej niż później. Kiedy upór Holly, by wydobyć Betsey z tego zagadkowego bagna, w jakim ugrzęzła po pierwszym uważnym spojrzeniu na Krwawy Księżyc (czyżby?), zaczął słabnąć. Mijają dni, z dziewczyną jest coraz gorzej, a jej matka jakby pogodziła się z tą sytuacją. W każdym razie nie stosuje się do wytycznych lekarzy, którzy dokładnie zbadali niejedzącą, ale i jakimś cudem nietracącą na wadze nastolatkę i zawyrokowali, że tutaj potrzebny jest psychiatra. A jeszcze lepiej pobyt w zakładzie zamkniętym. Babcia Betsey i Isabelle próbuje przemówić Holly do rozsądku. Przekonać, że droga, którą wybrała przynosi więcej szkody niż pożytku nie tylko jej starszej córce, ale i młodszej. Nie wspominając już o niej samej, kobiecie, która przypuszczalnie (tylko przypuszczalnie) została w pewnym sensie zarażona szaleństwem swojej córki. Zgubny wpływ czerwonego Księżyca być może odbijającego się w oczach udręczonej młodej osoby, która czeka, a przynajmniej takie wrażenie stara się wywrzeć na swoich bliskich, na odegranie roli, która jest jej pisana. Przeznaczenie. Coś, na co nie miała żadnego wpływu. Przymus, nie świadomy wybór. „Naznaczona” Ruth Paxton to poruszająca, dość ciężka opowieść o tak wielkiej macierzyńskiej miłości, że aż zakrawającej na coś anormalnego. Niezdrowego. Obserwacje babci Betsey i Isabelle, trudno uznać za nietrafione. To może się zmienić, ale wydaje mi się, że jakaś część odbiorców przynajmniej na początku w duchu będzie prosić Holly, żeby usłuchała tej starszej kobiety. Która opowie nam przerażającą historię, japońską legendę, na motywach, której ekipa „Naznaczonej” zbuduje według mnie najmocniejszą, „najsoczystszą” sekwencję w tym klimatycznym widowisku. Ukłonik w stronę body horroru. UWAGA SPOILER Trudno oprzeć się skojarzeniom z pewnym filmem Jamesa Wana KONIEC SPOILERA. Ruth Paxton zauważyła jednak, że najbardziej skrajne reakcje budzi akcja z wymiocinami. Dłonią po dopiero co zabrudzonej, zapewne niepięknie pachnącej szybie. W gruncie rzeczy to prosta opowieść – Justin Bull, ani nikt inny po nim, nie wprowadził jakichś większych komplikacji w scenariusz „Naznaczonej”. Nie przewiduję również wielu zachwytów nad świeżością tej koncepcji. Pomysł był, ale nie mogę oprzeć się poczuciu, że gdzieś to już widziałam, w niejednym obrazie (dobrze, najbardziej na myśl nasuwała mi się Krew pelikana" Katrin Gebbe, a jeden moment jakby żywcem wyjęty z Egzorcyzmów Emily Rose" Scotta Derricksona) – zbudowany ze sprawdzonych składników, naturalnie podanych na innych talerzach, inaczej pozlepianych i na pewno nie w psychodelicznym świetle nieporuszonego pana Księżyca. Napisałam, że nie ma tutaj większych komplikacji, ale to wymaga doprecyzowania. Dla niektórych wszak sytuacja może się aż zanadto skomplikować w ostatniej partii tej naprawdę nieśpiesznie – co mnie akurat cieszyło – poprowadzonej psychodramy. W najlepszym wypadku nieczytelna, a w najgorszym niespójna. Ale jestem też pewna, że znajdą się również osoby, które pochwalą twórców i za tę decyzję. A ja... nie wiem. Z jednej strony uwielbiam takie zakończenia, a z drugiej tak sobie myślę, czy akurat dla tej historii nie byłoby lepsze zrezygnowanie z tych kilkudziesięciu sekund tuż przed napisami końcowymi? UWAGA SPOILER Z wypowiedzi Ruth Paxton wnoszę, że nie planowała zostawiać otwartej furtki, że dla niej zakończenie było jasne. Podnoszące na duchu – w takim nastroju chciała zostawić wszystkich uczestników tej żmudnej wycieczki KONIEC SPOILERA.

Pierwszy pełnometrażowy obraz w reżyserskiej karierze Ruth Paxton może mocno rozminąć się z oczekiwaniami sporej części głównej grupy, do której ten obraz jest kierowany. Mówili, że horror, ale wyszedł bardziej thriller psychologiczny z elementami horroru. Nie tak znowu drobnymi, bo miłośnicy gatunku zapewne zauważą, że klimat buduje się jak w rasowym horrorze. Jest i trochę – naprawdę niewiele – ostrzejszych, wizualnych, skrętów na to gatunkowe terytorium, ale myślę, że lepiej nastawić się na dreszczowiec, czy nawet dramat rodzinny. Mroczniejszy dramat. Tak czy inaczej, będzie powoli. Bardzo powoli. I intensywnie. W każdym razie dla mnie ta tutaj „Naznaczona” okazała się nie lada intensywnym doznaniem.