Stronki na blogu

niedziela, 14 stycznia 2024

Ada Moncrieff „Morderstwo w Theatre Royale”

 
Rok 1935, Londyn. Redaktorka działu porad praktycznych w „Daily Chronicle” marząca o zostaniu dziennikarką śledczą Daphne King przed Świętami Bożego Narodzenia nakłania swojego przełożonego do powierzenia jej ambitniejszego zadania. Wprawdzie wolałaby jakąś sprawę kryminalną, uważa bowiem, że ma naturalne predyspozycje do rozwiązywania takich zagadek, nie ma jednak wątpliwości, że artykuł w dziale kultury opublikowany pod jej własnym nazwiskiem to wyższa liga od prowadzenia kolumny dla gospodyń domowych. Panna King ma wejść za kulisy Theatre Royale, gdzie niedawno dotarła objazdowa trupa teatralna pod dyrekcją artystyczną Chestera Harrisona, aby uroczyście zakończyć kilkumiesięczne tournée pod znakiem „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa. Podczas ostatnich przygotowań do świątecznego spektaklu w stolicy Anglii następuje nieoczekiwany obrót spraw: Robert Stirling, wcielający się w postać Ebenezera Scrooge'a, żegna się z życiem na deskach teatru. I pewnie sprawiedliwości nie stałoby się zadość, gdyby nie determinacja bystrej dziennikarki świadkującej temu upiornemu zdarzeniu.

Okładka książki. „Morderstwo w Theatre Royale”, Zysk i S-ka 2023

Urodzona w Londynie absolwentka University of Cambridge – kierunek anglistyka – doświadczenie zawodowe zbierająca w branży teatralnej i wydawniczej, Aine Mulkeen podczas kariery nauczycielskiej, w 2019 roku, zainteresowała się poszukiwaniami znajomego redaktora ukierunkowanymi na świąteczną powieść kryminalną. I doszła do wniosku, że mogłaby coś dla niego przygotować, a w najgorszym wypadku upewnić, że pisarstwo nie jest dla niej. Zainspirowana poprzednim zajęciem zarobkowym, cenną przygodą w wydawnictwie, gdzie odpowiadała za utwory kryminalne z lat 30. i 40. XX wieku, co zresztą korespondowało z jej osobistymi preferencjami czytelniczymi, wybrała klasyczny scenariusz w wiejskiej rezydencji. Retro kryminał z szufladki whodunit, pierwotnie opublikowany już w 2020 roku pod tytułem „Murder Most Festive” (pol. „Świąteczne morderstwo”; Zysk i S-ka 2021). Debiutancki występ pani Mulkeen na scenie literackiej, pod pseudonimem Ada Moncrieff i zarazem otwarcie luźnego cyklu „Christmas Mystery”. Niepowiązane zagadki kryminalne rozwiązywane przez różnych bohaterów w latach 30. XX wieku. W każdym razie w tym okresie toczy się akcja dotychczas odkrytych świątecznych kart marki Moncrieff. Drugą, „Murder at the Theatre Royale”, zaprezentowano w 2022 roku – w Polsce w 2023; wydarzenie pt. „Morderstwo w Theatre Royale” w szacie graficznej Pauliny Radomskiej-Skierkowskiej i tłumaczeniu Jarosława Skowrońskiego, trupa Zysk i S-ka – a trzecia ujawniła się rok później pod nazwą „Murder at Maybridge Castle”.

Czar przeszłości przywołany przez współczesną brytyjską powieściopisarkę zakochaną w twórczości Agathy Christie, Josephine Tey, Gladys Mitchell, Ngaio Marsh, Edmunda Crispina i przede wszystkim Margery Allingham. Murder mystery retro od Aine Mulkeen „grającej” Adę Moncrieff. Dramat sceniczny w 1935 roku. Minimalistyczna interpretacja ponadczasowej „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa. Sztuka w reżyserii przygasłej gwiazdy Chestera Harrisona, wspieranego przez ukochaną małżonkę, sławną aktorkę teatralną Theodorę D'Arby. Właściwie wszystko wskazuje na to, że dama ze sfinksowym wyrazem twarzy ten etap ma już za sobą, że całkowicie skupiła się na wspieraniu utalentowanego ukochanego. Bo nie wątpi w nadludzkie zdolności artysty, którego niezmordowanie strzeże. Cerber reżysera teatralnego, serdecznie witającego niespełnioną dziennikarkę w swoim świecie. Trzydziestoparoletnia Daphne King jest ofiarą własnego sukcesu. Od pięciu lat pracuje w „Daily Chronicle”, ale czytelnicy znają ją jako Drogą Susan, enigmatyczną doradczynię gospodyń domowych. Ludzie wyobrażają ją sobie jako nieprzesadnie wytworną, dojrzałą kobietę z malowniczej prowincji, pozostającą w szczęśliwym i najpewniej nie pierwszym związku małżeńskim. Perfekcyjną panią domu i ogrodu z sympatyczną buzią. Tymczasem zażegnująca małe kryzysy brytyjskich „żon ze Stepford” redaktorka poczytnej kolumny, jest panną z Londynu z obgryzionymi paznokciami. Rzadko umalowaną, często pokazującą się w znoszonych, nijakich ubraniach aspirującą dziennikarką śledczą. Jej autorytetem jest Nellie Bly (właściwie Elizabeth Cochran Seaman), a z postaci fikcyjnych najdobitniej przemawia do niej Sherlock Holmes, wybitny detektyw stworzony przez Arthura Conan Doyle'a; Daphne zainwestowała nawet w jeden z nieodłącznych atrybutów tego „niedościgłego mistrza dedukcji”. „Morderstwo w Theatre Royale” Ady Moncrieff otwiera przełomowa rozmowa głównej bohaterki z redaktorem naczelnym „Daily Chronicle” Martinem Hallidayem, faworyzującym męską część zespołu. Dziecko swojej epoki, protekcjonalnie traktujące przedstawicielki płci przeciwnej goniące za świetlaną karierą. Nierealne cele niewdzięcznej Daphne. Ubzdurała sobie, że może wykonywać pracę należną mężczyznom - zamiast gryź rękę swego łaskawcy, który przecież powierzył jej kolumnę w poważnej gazecie, powinna codziennie ją całować – że niczym nie ustępuje Jamiemu Jenkinsowi, czołowemu dziennikarzowi śledczemu „Chronicle”. Mało tego, panna King najwyraźniej ma się za lepszą od jego ulubieńca. Naprawdę próbuje mu wmówić, że w dziale kryminalnym z łatwością przyćmiłaby samego Jenkinsa? Śmiech na sali. Ale skoro tak stawia sprawę, to trudno, trzeba rzucić jej jakiś ochłap. Jeden tekst podpisany jej nazwiskiem powinien zaspokoić apetyt na prawdziwą robotę dziennikarską, ale niech nie myśli, że Droga Susan porad udzielać już nie będzie. Redaktor naczelny oczekuje, że po świętach Daphne z nowym zapałem przystąpi do zażegnywania drobnych katastrof w domach i ogrodach rodaków. Niech sobie bujające w obłokach dziewczątko chwilkę poobcuje z kulturą niekoniecznie wysoką. W sumie lepszego momentu wybrać nie mogła, bo Martin Halliday akurat rozglądał się za zastępstwem dla dziennikarza, który nagle podupadł na zdrowiu. Można zatem powiedzieć, że Daphne King z nieba mu z tym swoim szantażykiem spadła...

Okładka książki. „Murder at the Theatre Royale”, Vintage 2022

Złoty Wiek Kryminału według Ady Moncrieff. W czasach ekspansji powieści kryminalnych z solidnym podłożem obyczajowym i społecznym, wielowątkowych śledztw prowadzonych przez drobiazgowo przedstawione postaci, pojawia się taki oto ryzykowny cykl, jak „Christmas Mystery”. Ryzykowne, bo trąci myszką. Nieistotne, że robi to specjalnie – grunt, że nie odpowiada na zapotrzebowanie. Zadowoli mniejszość, „niepoprawnych zwolenników” naiwnych historyjek o geniuszach dedukcji i Napoleonach zbrodni. Lupa, fajka i melonik. Nada się też „stara” panna, która minęła się z powołaniem. Można się spierać, czy Daphne King to urodzona sprzedawczyni, czy dziennikarka śledcza, ale prowadzenie kolumny z poradami praktycznymi można już wykluczyć. Zawodowy sukces, który jakoś jej nie cieszy. Dobrze wie, czego chce, a Theodora D'Arby z tą sprzedawczynią raczyła żartować. Tak czy owak, nie ma takiej siły, która mogłaby zawrócić pannę King z dawno obranej drogi. Dość już czasu zmarnowała na „Drogą Susan”. Pięć lat czekania na wymarzony awans! Pora pokazać pazurki, przyprzeć do muru szowinistę z sumiastym wąsem. Przybyła do Theatre Royale z zamiarem zebrania materiału do artykułu o ostatnim przystanku trupy teatralnej skompletowanej przez Chestera Harrisona. Adaptacja „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa, z którą reżyser wiązał ogromne nadzieje. Czy jego plan odzyskania wysokiej pozycji w środowisku artystycznym zakładał zamordowanie przyjaciela w razie frekwencyjnego fiaska i nieprzychylnych recenzji liczących się krytyków? Szok przechodzący w rozpacz niby temu przeczą, ale może podobnie jak Daphne minął się z powołaniem. Lepszy aktor niż reżyser? Niewykluczone, ale w tym smutnym towarzystwie łebska dziennikarka prędko wypatrzy ciekawsze okazy. Narcystyczny Donald Hartforth, w poczwórnej roli Trzech Wigilijnych Duchów i Jakuba Marleya albo twardo stojąca u jego boku Irene Juniper, rozgoryczona odtwórczyni Maleńkiego Tima. Nie zapominajmy o wyniosłej Theodorze D'Arby, królowej śniegu ze wzrokiem bazyliszka oraz zabójczo przystojnym Cecilu, obiecującym aktorze złowionym przez bezsprzecznie zamordowanego Richarda Stirlinga, słynącego z przygodnych związków. Niewzruszony łamacz kobiecych serc albo biedak pomawiany nawet po, jakkolwiek nietaktownie to zabrzmi, spektakularnym zejściu z tego świata. A rodzeństwo Burfordów? Życzliwy Alfred i charyzmatyczna Veronica, nowa przyjaciółka Daphne King. Dramatopisarka z mgławicy dymu tytoniowego. Niegryząca się w język, lubiąca prowokować, siać zgorszenie w śmietankach towarzyskich, nienadążająca za błyskotliwą dziennikarką nie tyle żeńska wersja doktora Watsona, ile jego żywiołowe alter ego. Wspomnieć wypada też inspektora Marklowa, polegającego na instynkcie panny King, w duchu może jednak przeklinać Opatrzność, bo jędza tak to zorganizowała, by spadły na niego gromy z małżeńskiego nieba. Trup w świątecznej gorączce nie wystarczył. O nie, trzeba było rzucić większą kłodę pod nogi może i niewzorowego policjanta, ale na pewno oddanego męża. Skromne życzenie bożonarodzeniowe przepracowanego człowieka, w spełnieniu którego przeszkodzić może najgorszy z możliwych świadków zdarzenia w Theatre Royale. Inspektor Marklow lubi i szanuje Daphne King, ale przez nią może mieć nieliche kłopoty w domu. Nie dość, że posłała po niego, to jeszcze rozwiała nadzieje podejrzanie zasiane przez Donalda Hartfortha. Atak serca odpada, gdy w garderobie nieboszczyka znajdujesz... Zbrodnie zimową porą Ady Moncrieff. Duch Wigilijnej Przeszłości zaklęty na kartach „Morderstwa w Theatre Royale”. Przaśna opowieść kryminalna z barwnymi postaciami najpewniej zamierzenie niepogłębionymi. W końcu w latach 30. XX wieku nie przywiązywano takiej wagi do portretów psychologicznych protagonistów i antagonistów literackich światów przedstawionych. Opowieść, która u mnie dodatkowo zapunktowała lekko ironicznym poczuciem humoru i niespodziewaną odpowiedzią na jedyne pytanie postawione przez autorkę. „Kto zabił?” - majordomusa nie widać, ale sprawca prawdopodobnie jest wśród nich.

Niemodny kryminał z pieczątką „Christmas Mystery”. Część pierwszego pisarskiego przedsięwzięcia belferki z Madrytu. Rodowitej Angielki porządnie wyedukowanej na gatunkowej prozie z pierwszej połowy XX wieku. „Morderstwo w Theatre Royala” Ady Moncrieff (właściwie Aine Mulkeen) to bynajmniej bezpośrednia kontynuacja podroży w czasie odnotowanej jako powieściowy debiut tej pani. Stara szkoła rozwiązywania zagadek kryminalnych. Współczesny utwór starannie wystylizowany. Polecam miłośnikom przygód Sherlocka Holmesa, Herkulesa Poirot i Jane Marple.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 12 stycznia 2024

„A Gun for Jennifer” (1997)

 
Mieszkająca w niewielkiej miejscowości w stanie Ohio Allison ucieka od przemocowego męża i dociera do Nowego Jorku, gdzie natychmiast zostaje napadnięta przez dwóch nieznajomych. Z opresji ratuje ją grupa uzbrojonych kobiet, która nie okazuje żadnej litości niedoszłym gwałcicielom dziewczyny z prowincji. Allison przedstawia się im jako Jennifer, a nazajutrz dowiaduje, że żeński gang w swoim przekonaniu oczyszczający miasto ze stojących ponad prawem zbrodniarzy, nie pozwoli jej odejść. Jej zapewnienia o zachowaniu tajemnicy nie wystarczą, tym bardziej, że stojąca na czele szajki Jesse dostrzega w niej materiał na strażniczkę sprawiedliwości. Opór Allison szybko słabnie, chcąc nie chcąc, ofiara długoletniej przemocy domowej, przekonuje się do misji pracownic niewielkiego klubu ze striptizem prowadzonego przez zdeklarowaną feministkę, byłą aktywistkę walczącą o prawa kobiet, która może być wtajemniczona w nielegalną działalność podwładnych. Misji wściekłych pań, którym szyki może pokrzyżować detektyw z wydziału zabójstw Billie Perez, której od niedawna partneruje niedoświadczony śledczy, nadrabiający entuzjazmem i lojalnością w stosunku do błyskotliwej współpracowniczki, w tym rzekomo męskim zawodzie muszącej starać się bardziej, by udowodnić swoją wartość.

Plakat filmu. „A Gun for Jennifer” 1997, Independent Partners

Nakręcony w stylu retro grindhouse, na taśmie 16 mm, thriller z nurtu rape and revenge w reżyserii debiutującego Todda Morrisa, któremu zależało na maksymalnym zbliżeniu do klimatu kina blaxploitation oraz filmów i seriali o policjantach z lat 70. XX wieku, na których w pewnym sensie się wychował. Inspirowały go między innymi takie ikony popkultury, jak Kojak oraz Starsky i Hutch, ale największy wpływ na „A Gun for Jennifer” mógł mieć porucznik Rizzo, emerytowany detektyw z nowojorskiego wydziału zabójstw, żołnierz piechoty morskiej w wojnie wietnamskiej, który takiemu miłośnikowi filmów i książek o twardych policjantach jak Todd Morris, wydał się szczególnie barwną postacią. Scenariusz napisał razem z Deborah Twiss, też odtwórczynią roli głównej i producentką, która odwoływała się do osobistych doświadczeń – wykorzystała wspomnienia z pracy w klubie go-go w Nowym Jorku, mieście, do którego przywiodło ją marzenie o karierze aktorskiej. Przykre wspomnienia notorycznego upokarzania kobiet przez (nie wszystkich) klientów. Radosnego uprzedmiotawiania istot ludzkich, nieszanowania granic stawianych przez bliźnich nierzadko desperacko starających się utrzymać na powierzchni, jakoś związać koniec z końcem w miejskiej dżungli. Nie tylko w świadkującej, ale też obłapianej przez rechoczących nieznajomych dziewczynie w takich razach zwykle budził się gniew, który ujście miał znaleźć we współpracy z Toddem Morrisem. Współscenarzystka „A Gun for Jennifer” przelała te niewygodne emocje na niskobudżetową produkcję, która długo się rodziła (pierwszy klaps na planie padł trzy lata przed ostatnim), ale za to dostała owacje na stojąco po premierowym pokazie na Fantasia Film Festival w Kanadzie w lipcu 1997 roku.

Przesadnie długo goszczący głównie na festiwalach – w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych w szerszy obieg wpuszczony dopiero w drugiej połowie 2023: wydanie Blu-ray Vinegar Syndrome – brudas Todda Morrisa wpisujący się w tradycję gałęzi kina exploitation, na której wiszą choćby takie legendarne owoce jak „Ostatni dom po lewej” Wesa Cravena i „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego. Rape and revenge ze starej szkoły, w przeciwieństwie do wyżej wymienionych, oszczędzający wrażliwym widzom męki bezsilnego przyglądania się zboczeńcom w akcji. W pierwszym rozdziale „A Gun for Jennifer” podążamy za młodą kobietą z sennej miejscowości w Ohio, w którą perfekcyjnie wcieliła się Deborah Twiss. Kobietą rozpaczliwie szukającą bezpiecznej przystani w okrutnym świecie Homo sapiens. Maltretowana przez męża Allison wreszcie powiedziała „dość”. Spakowała się i wsiadła do pociągu nie byle jakiego w poszukiwaniu lepszego życia. Wtopić się w tłum, ukryć wśród obcych twarzy, nacieszyć anonimowością, której dotychczas nie miała okazji zakosztować. Nie sądzę, by Allison marzyła się oszałamiająca kariera, mimo że Nowy Jork w świadomości społecznej zapisał się jako jedno z tych magicznych miejsc, w którym odpowiednio zdeterminowany zwykły zjadacz chleba sięgnie gwiazd. Skromne potrzeby przybyszki przytłoczonej rubaszną metropolią, która nigdy nie śpi. Gęsto obwieszonej billboardami i oślepiającej neonami w nieustępliwym smrodzie samochodowych spalin, niemytych ciał i gnijących odpadów wylewających się ze śmietników. Wysyp ludzi bezdomnych, klubów nocnych i gangów. Pod obstrzałem lubieżnych spojrzeń, wulgarnych tekstów wypluwanych z parchatych ust drapieżników niemających powodu, by się hamować. Twój krzyk zostanie puszczony mimo uszu, twoja krzywda bezceremonialnie zamieciona pod dywan, twoje zmaltretowane ciało dokładnie obfotografowane i odłożone ad acta. Na pewno słyszeliście ten mit o równości wobec prawa (nie, w tak zwanych demokratycznych państwach nie ułaskawia się kolegów i nikt nie zasłania się immunitetem), przezabawną bajeczkę najchętniej sprzedawaną przez równiejszych, reżyser i współscenarzysta „A Gun for Jennifer”, w swoich wypowiedziach publicznych podkreślał jednak, że nie jest zwolennikiem metod wojujących feministek z tego obskurnego świata przedstawionego. Gangu wymyślonego na potrzeby tej nie tyle zachęty, ile przestrogi przed wymierzaniem sprawiedliwości na własną rękę. A koronnym argumentem miały być przypadkowe ofiary pilnie poszukiwanych przez policję strażniczek Wielkiego Jabłka. Todd Morris przyznał, że on też się wścieka, ale uważa że nie tędy droga, że lepiej skupić się na starannym oliwieniu machiny państwowej, niż odgrzebywaniu Kodeksu Hammurabiego, promowaniu zasady „oko za oko, ząb za ząb”. Prawo ulicy, prawo zemsty, samosąd, jakkolwiek to nazwiemy, „A Gun for Jennifer” może przywieść na myśl diabelskiego kusiciela. Potencjalnie (nie dla wszystkich) pociągająca wizja, ale tracąca przy głębszym wczytaniu. Bestia nie mniej – może nawet bardziej – ułomna od legalnego wymiaru sprawiedliwości.

Okładka DVD. „A Gun for Jennifer” 1997, Independent Partners

Przestępczość zorganizowana w poczuciu wzniosłej misji. Najbardziej zacietrzewiona jest oczywiście przywódczyni bandy z zapyziałego klubu ze striptizem, co ciekawe otworzonego przez feministkę, kobietę niegdyś walczącą, nawet jeśli wtajemniczoną w sekretną działalność swoich pracownic, niebiorącą w niej udziału. Todd Morris przewidywał większy udział Jesse w „A Gun for Jennifer”, ale nie udało mu się namówić jej odtwórczyni Freidy Hoops do powrotu na plan podczas tej nadspodziewanie długiej (właściwie „stosunek przerywany”) przeprawy ze zdjęciami głównymi. W 1993 roku Todd Morris i Deborah Twiss dowiedzieli się o defraudacji przeprowadzonej przez mężczyznę, którego kobieta poznała podczas swojej szczęśliwie niedługiej, nieprzyjemnej przygody z tańcem egzotycznym, i któremu scenarzyści „A Gun for Jennifer” powierzyli swoje finanse. W efekcie, poza wszystkim innym, musieli nielicho się nakombinować, żeby opowiedzieć o paniach, którym przelała się czara goryczy. O nieustępliwej Jesse, jej prawej ręce Becky (Rene Alberta) i słodkiej siostrzyczce Trish (Sheila Schmidt), o nieprzebierającej w słowach, żeby nie powiedzieć wrednej, Priscilli (Veronica Cruz), bezkonfliktowej Grace (Tracy Dillon) i wreszcie tej nowej, co to się głupio upiera przy imieniu Jennifer. Wciągniętej w ciemne sprawki gangu z klubu go-go. Pomogły jej, ale wolą nie ryzykować spuszczania jej z oka. W każdym razie tak to tłumaczą, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Jesse praktycznie od początku ich niezwykłej znajomości widziała w Allison vel Jennifer, kolejnego anioła zemsty. Jesse pewnie wydrapałaby mi oczy za to oszczerstwo, bo sama postrzega się jako ostatni bastion sprawiedliwości, strażniczkę ładu i spokoju w swoim mieście. Superwoman bez fikuśnego kombinezonu, ale za to w stylowej wełnianej czapce-masce. Naturalnie to też podstawowe wyposażenie jej żołnierek, ale nie tak ważne jak spluwy. Z tymi ostatnimi zdecydowanie mniej chętnie się rozstają. Dmuchają na zimne, a w ogniu zemsty w nosie mają, czy ktoś ich rozpozna. Nie przejmują się nawet tą upierdliwą policjantką, jak jej tam... detektyw Billie Perez (Benja K. Thomas), która, jak widać na załączonych obrazkach, nie słyszała o solidarności jajników. Niewybaczalna zdrada płci? Nie, przecież nie płacze nad zwłokami przestępców seksualnych, nie smuci jej widok wykastrowanego sadysty (realistyczna prezentacja, bez cenzury, nagiego trupa z niewąsko okaleczonym przyrodzeniem w odrażającej jaskini zakazanych rozkoszy) ani podziurawione ciała ulicznych rzezimieszków, zapuszczonych obiboków, oblechów z nadgorliwymi penisami. Nie przeraża jej też wysokie prawdopodobieństwo zabójczej zasadzki na grubszą rybę, którą bądź co bądź Perez ma chronić. Taka praca i nie ma znaczenia, co taki ważny gość wyprawia po godzinach. Można być jednak pewnym, że przedstawiciele organów ścigania dokładnie zbadają sprawę napadu z bronią w ręku na podrzędny lokal nocny. Obrona konieczna czy niewspółmierna? Temu trzeba się uważnie przyjrzeć, nawet jeśli gość trzymał na muszce twoją koleżankę, a przedtem zastrzelił kolegę – a nieustraszeni detektywi w to nie wątpią, bo zdążyli już przesłuchać teoretycznie wiarygodniejszych świadków od „Janie Wayne” i jej psiapsiółek. Należy przemaglować tę, która mogła przypadkiem ocalić parę istnień ludzkich. Gdzie byli, kiedy opowiadała o mężczyźnie gwałcącym własną córkę? Uznali, że gówniara kłamie, ale kiedy ginie typ z potężną kartoteką, to gliniarze już na pewno z panną sobie pogadają. Nie dziwi żywiołowa reakcja podejrzanej, w domyśle najdłużej przesłuchiwanej w barze zbryzganym krwią, nie wspominając już o kawałkach mózgu wyjmowanych z włosów zszokowanej blondynki, która nie mogła liczyć na porównywalne zaangażowanie policji, kiedy bojąc się o młodszą siostrę mówiła o komnacie tortur w domu rodzinnym. Nie dziwi też postawa detektywów, bo jak by nie patrzeć zeznania innych świadków zdarzenia nie potwierdzają wersji wyborowego strzelca „w spódnicy”. „A Gun for Jennifer” Todda Morrisa to niejednostronna opowieść o przemożnej potrzebie zaprowadzenia jakiegoś porządku w dżungli zwanej cywilizacją. O podwójnych standardach, paraliżującym strachu przed agresywnymi stworzeniami, instytucjonalnych parasolach ochronnych roztaczanych także nad niebezpiecznymi osobnikami, o znieczulicy społecznej i nadmiernym zaangażowaniu. Ziarnista rozprawa o (nie)sprawiedliwości, klaustrofobiczna produkcja w cudownie duszących objęciach ducha exploitation z lat 70. XX wieku. Przemoc w wielkim mieście. Surowa, cuchnąca paskuda jakby żywcem wyrwana z prawdziwego świata. Twarda rzeczywistość z wątpliwymi pocieszycielkami. Niespecjalnie krwawy – poza wspomnianym trupem w ciasnym mieszkanku uwagę zwraca jeszcze filetowanie człowieka, UWAGA SPOILER aluzja do kanibalistycznych skłonności pozornie nietykalnego handlarza dziećmi KONIEC SPOILERA – ale i tak brutalnie obchodzący się z widzem genialny przedstawiciel kina niepokornego.

Na pohybel patriarchatowi! Todd Morris we współpracy z Deborah Twiss sprowadził na świat prawdziwego potwora. Folwarcznego propagandzistę grzmiącego o równych i równiejszych. Zatruwającego dusze bajdurzeniem o jaskrawej niesprawiedliwości w cywilizacji wysoko rozwiniętej. Skubaniec zagraża ładowi społecznemu, na pewno w epoce postprawdy. W latach 90. XX wieku coś takiego jeszcze mogło przejść, ale dzisiaj trzeba to traktować jako niepotwierdzoną ciekawostkę historyczną. Tak mogło być, ale już tak nie ma. Obecny system sprzyja ofiarom, nie przestępcom, żaden zły uczynek nie zostaje bez kary i tak dalej. Yhm, a jeśli powiem, że „A Gun for Jennifer” wali wiecznie aktualną brzydką prawdą między oczy? Zostanę uznana za rebeliantkę? Tak czy inaczej, pierwsze pełnometrażowe osiągniecie reżyserskie Todda Morrisa, list miłosny do tak zwanego męskiego kina z lat 70. XX wieku, szorstki thriller o policjantach i wściekłych kobietach, niszczy system. Rape and revenge na grindhouse'owiej papeterii. Nieoszczędzający nikogo i mający gdzieś, czy kogoś to zaboli. Niepoprawny jak jasna cholera. Polecam serdecznie.

środa, 10 stycznia 2024

Anna Górna „Głośniej”

 
Panowało przekonanie, że zespół Dirty Birds się skończył, ale nagle znowu robi się o nich głośniej. Weterani rocka ze Stanów Zjednoczonych zachwycają najnowszą płytą i po latach przerwy ruszają w trasę koncertową. Ten etap promocji przebojowego albumu kultowej grupy ma zakończyć się we Florencji, nikt jednak nie podejrzewa, że ostatni występ Birdsów w dotychczasowym składzie już się odbył. Wielki finisz europejskiego tournée zostaje odwołany po makabrycznym odkryciu w luksusowym hotelu. Po odnalezieniu zwłok basisty, głównego kompozytora i autora tekstów Trevora Davisa. Wszystko wskazuje na samobójstwo lub przypadkowe przedawkowanie narkotyków, ale asystentka nieszczęsnego członka zespołu, Abigail Russel, od początku upiera się przy innej wersji wydarzeń. Uważa, że jej pracodawca został zamordowany, nie jest więc zaskoczona, kiedy sprawa zostaje przekazana komisarzowi Alberto Manettiemu z wydziału kryminalnego. Nie sądziła jednak, że utknie we Florencji, w dodatku w ścisłym kręgu podejrzanych.

Okładka książki. „Głośniej”, Czwarta Strona 2023

Urodzona w Częstochowie, od 2014 roku mieszkająca w Szwajcarii absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, która na rynku wydawniczym zadebiutowała w 2022 roku wyróżnioną między innymi przez portal LubimyCzytać (nominacja w kategorii Debiut Roku) i organizatorów festiwalu Gwiazdozbiór Kryminalny Kujawy i Pomorze (finalistka konkursu) powieścią „Kraina złotych kłamstw”, pierwszą odsłoną kryminalnego cyklu z Piotrem Sauerem - tom drugi, „Dolina straconych złudzeń”, ukazał się w kolejnym roku – Anna Górna wychodzi ze strefy komfortu robiąc „Głośniej”. Samodzielną powieść kryminalną, która siedziała w niej od dłuższego czasu, ponieważ autorka nie chciała zawieść fanów łebskiego Piotrka, z niecierpliwością wypatrujących następnego spotkania w Szwajcarii. Zresztą jeszcze parę miesięcy przed premierą „Głośniej”, która przypadła na listopad 2023, stwórczyni Sauera głośno (w mediach społecznościowych) zastanawiała się nad trzecim krokiem w pisarskiej karierze. Iść za głosem serca czy kontynuować przygodę z lubianym detektywem? Zaryzykować z czymś nowym czy wydłużyć pobyt w teoretycznie bezpiecznej strefie? Padło na to pierwsze, ale pani Górna zapewniła swoich czytelników, że Piotr Sauer nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Niebawem wróci, a tymczasem posłuchajmy rocka.

Umowna relacja asystentki sławnego basisty najprawdopodobniej zamordowanego podczas europejskiej trasy koncertowej promującej ostatnią płytę rockowego zespołu, którego mógł być najważniejszym członkiem. Ważniejszym nawet od oficjalnego frontmana Jonathana Wooda. Niechronologiczny zapis wydarzeń z poplątanego życia Abigail Russel, czarnej owcy we wpływowej amerykańskiej rodzinie, rozczarowującej córki wicegubernatora. W każdym razie narratorka „Głośniej” od jakiegoś czasu kontakt utrzymuje jedynie z matką, przed przyjściem na świat siostrzeńców miała jednak lepsze widoki na odbudowanie pozostałych relacji z krewnymi. Znowu zawiodła i wcale nie uważa, że tym razem ma solidne usprawiedliwienie swojej nieobecności w ważnym wydarzeniu rodzinnym. Przeszkodziła jej praca, Abby obawia się jednak, że przyjęcie tej niewiarygodnej oferty było poważnym błędem. Kolejny punkt na długiej liście fatalnych wyborów panny Russel. Niewykluczone, że decydujący, z tej pułapki czołowa postać „Głośniej” Anny Górnej może się już bowiem nie wydostać. Tak naprawdę nie uporała się jeszcze z poprzednimi problemami, jedną nogą wciąż tkwiła w innym życiowym bagnie, kiedy rockowy sen okazał się koszmarem. Trasa koncertowa muzycznego feniksa – cudowne odrodzenie amerykańskiego zespołu – już przed Florencją przekonywała, że to nie dla niej. Życie na walizkach szybko jej zbrzydło, ale mimo wszystko w dalszym ciągu sumiennie wykonywała swoje obowiązki, może licząc na to, że w końcu przywyknie do tego szalonego trybu życia, a może cierpliwie czekając na zakończenie rockowej wycieczki objazdowej po Europie. Abigail Russel to typ narratorki nieubłaganie dawkującej informacje. Niechętnie dopuszczającej czytelników do swojej osobistej przestrzeni, nieskorej do zwierzeń, zazdrośnie strzegącej niekoniecznie mrocznych sekretów z przeszłości. Kobiety błądzącej, której wydawało się, że los wreszcie się do niej uśmiechnął, że dostała wspaniałą szansę na wykaraskanie się z kłopotów. Naprawa życia i przede wszystkim samej siebie. Zaufała Trevorowi Davisowi, pora odzyskać zaufanie do samej siebie. Basista Dirty Birds był nie tylko jej pracodawcą, ale i najlepszym przyjacielem, łatwo więc domyślić się jak Abby przyjmuje wiadomość o jego śmierci. Gwoli ścisłości, była jedną z osób, która zobaczyła trupa w pokoju hotelowym. Trzeba jej jednak przyznać, że zachowała zimną krew – wystarczy spojrzeć na pozostałych nieszczęśliwych znalazców, żeby dojść do takiego wniosku, panna Russel nie pozwoli nam jednak zbyt długo trwać w tym przeświadczeniu. Opanowana na zewnątrz, zdruzgotana w środku. Dusza rozdarta, a potem jeszcze deptana przez nieustępliwego komisarza z komendy miejskiej policji we Florencji. Amerykanka, Włochy, podejrzana śmierć - nic dziwnego, że Abigail przypomina się sprawa Amandy Knox. Wprawdzie nie jest jedyną podejrzaną, nie może jednak oprzeć się wrażeniu, że Alberto Manetti z wydziału kryminalnego się na nią uwziął. Szef zespołu śledczego zajmującego się zagadkowym zgonem w drogim florenckim hotelu. Domniemanym zabójstwem idola, którego internetowi detektywi zdążą nieprzykładnie osądzić. Pomyje niestrudzenie wylewane w mediach społecznościowych na tego, który nie może się obronić. Anna Górna w „Głośniej” dotknęła przerażającego zjawiska epoki oświeconej, kompletnego nieliczenia się z uczuciami bliskich osób zmarłych/poszkodowanych, w tym dzieci, przez część namiętnych komentatorów wydarzeń bieżących. Kopanie ofiar stało się popularniejszym zajęciem od kopania oprawców?

Materiał promocyjny. „Głośniej”, Czwarta Strona 2023

Pomysł ciekawy, gorzej z wykonaniem. Zachęcona poprzednimi powieściowymi dokonaniami Anny Górnej – wyśmienitą „Krainą złotych kłamstw” i jeszcze lepszą „Doliną straconych złudzeń” - z lekkim sercem wkroczyłam do świata przedstawionego w „Głośniej”, rozejrzałam... i jeszcze raz spojrzałam na okładkę (zaprojektowaną przez Mariusza Banachowicza; Czwarta Strona 2023), aby się upewnić, że nie pomyliłam autorek. Nazwisko się zgadzało, ale przed powrotem do rzeczywistości Abigail Russel na wszelki wypadek rzuciłam okiem na biogram. Naprawdę tak trudno było mi uwierzyć, że leżąca przede mną powieść „wyszła spod tego samego pióra”, co kryminalne zagadki ze Szwajcarii pod przewodnictwem Piotra Sauera. Tęskniłam za plastycznymi opisami pani Górnej, nie mogę jednak powiedzieć, że potężnie wymęczyłam się w tym powierzchownie zarysowanym i przyjemnie ciasnym światku. To może być próba powiększenia „elektoratu” o zwolenników „nierozwlekłych kryminałów i/lub thrillerów”. Utworów szybkich, prawdziwego rocka, a nie jakichś babskich pościelówek;) Zostawiamy – mam nadzieję, że na chwilę – slow burn i biegniemy. W podskokach do zaskakującej mety. Nieklasyczne deus ex machina; niezbyt klejące się, żeby nie powiedzieć naciągane rozwiązanie akcji. Struktura umownego sprawozdania niegodnej zaufania (a przynajmniej podejrzanej przez szorstkiego glinę) byłej asystentki rockmana z jednej strony dosyć energicznie (nie wzorowo, ale małą premię bym przyznała) pracowała dla suspensu, podsycała niepewność, obiecywała i odkładała na później - przyjemność oczekiwania, czy jak kto woli nieprzyjemność, bo mówimy o wstydliwych faktach z życia co najmniej jednej postaci uwięzionej we Florencji i spodziewanych dalszych zawirowaniach - a z drugiej nielicho drażniła. Jak zwykle w tak rozproszonych narracjach ciężko było mi zakotwiczyć się w świecie Abby. W sumie to nie jestem pewna, czy misja się powiodła, powiedzmy więc, że byłam postronnym, mało zaangażowanym emocjonalnie obserwatorem ujawnionych zdarzeń z kroniki „córki wyklętej”. Z małymi wyjątkami, momentami wszak udzielał mi się nastrój „Amandy Knox”. Są pewne podobieństwa, co zresztą nie umknęło samej autorce „Głośniej”, może nawet pisała pod natchnieniem tej głośnej sprawy, zainspirowała zderzeniem Amerykanki z włoskim systemem prawnym: oskarżona, skazana i uniewinniona), o nadmiernym zbliżeniu nie ma jednak mowy. Żadne tam kopiowanie, najwyżej delikatne wsparcie, skuteczny chwyt na mnie. Chcę przez to powiedzieć, że to jedna z rzeczy, która pomogła mi dotrwać do końca „wielkiej włoskiej przygody Abigail Russel”. W słonecznej Florencji, w ekskluzywnym hotelu, w wymarzonym towarzystwie. Półbogowie z przytupem wracający na Olimp. Wokal Jonathan Wood, bas Trevor Davis, gitara Andy Campbell, perkusja Charlie Barber – starzy przyjaciele znowu na scenie. O ile można ich nazwać przyjaciółmi, a takie wątpliwości zdecydowanie istnieją w przypadku największych gwiazd Dirty Birds. Po odnalezieniu zwłok jednej z nich nasza narratorka skupia się jednak na innych członkach tej dysfunkcyjnej(?) „rodziny”. Wyklucza tego, z którym Trevor na pierwszy rzut oka miał najbardziej napięte stosunki. Podczas gdy inni prześcigają się w typowaniu winnego, Abby nawet z nami, wiernymi czytelnikami, nie chce się podzielić swoimi przemyśleniami na temat zagadki zamkniętego pokoju. W przeciwieństwie do pozostałych, nie wierzyła ani w samobójstwo, ani w przypadkowe przedawkowanie narkotyków, obstawiała zabójstwo, ale nie ma ochoty typować sprawcy. Nie wyklucza jakiegoś psychofana, bardziej prawdopodobna wydaje jej się jednak teoria, do której najwidoczniej przywiązał się też komisarz Alberto Manetti. Jej prześladowca, który prędzej czy później pewnie wyciśnie z Abby jakieś nazwiska. Skłoni do zwierzeń, wyrwie prawdę z idealnego świadka, ewentualnie wtrąci niewinną kobietę za kraty, nie uznając za stosowne bliżej przyjrzeć się jej podejrzanym. Kobietę, która podczas tej włoskiej przeprawy (zaczynamy cztery dni po znalezieniu ciała basisty Dirty Birds: teraźniejszość Abby) umownie uraczy nas na pozór nieusystematyzowanymi odcinkami ze swojego poprzedniego życia. W tym chaosie jest metoda, to przeświadczenie nie hamowało jednak zniechęcenia, nie dodawało wiatru w żagle podczas tego retrospekcyjnego rejsu po starszych i młodszych wodach.

Trochę męcząca wyprawa w rytmie rocka. Głęboko rozczarowująca, bo poprzednie publikacje Anny Górnej nie zapowiadały takiej zmiany kursu. Spadek formy? Niekoniecznie, po prostu inny storytelling. Niepreferowany przeze mnie, ale niewątpliwie jest popyt na takie kryminalne przekąski. Miłośników gatunku nieprzekonanych do twórczości tej pani, „Głośniej” może przekonać. Niezauroczonych przygodami Piotra Sauera ten oddzielny utwór może pozytywnie zaskoczyć. Do trzech razy sztuka.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


poniedziałek, 8 stycznia 2024

„Gra w opętanie” (2023)

 
Rok 1971. Nastoletnia Samantha Kramer, uczennica prywatnej szkoły dla dziewcząt Blackvale Academy, zostaje zmuszona do spędzenia Świąt Bożego Narodzenia w tej odizolowanej placówce oświatowej, w towarzystwie wyalienowanej rówieśniczki Clary i młodej nauczycielki panny Rose Tanner. W wigilijny wieczór w szkole zjawia się poszukiwana przez policję banda bezwzględnych zabójców z zamiarem przeprowadzenia rytuału przywołującego demona. Fanatyczni zbrodniarze są przekonani, że do osiągnięcia celu niezbędna jest jeszcze jedna niewinna ofiara, którą zamierzają wybrać spośród sterroryzowanych niewiast spędzających święta w Blackvale. Nie pozostawiają jednak wątpliwości, że ich plan nie przewiduje pozostawienia jakiegokolwiek świadka krwawego obrzędu, domniemanego sposobu na zyskanie mocy absolutnej.

Plakat filmu. „The Sacrifice Game” 2023, AMG Music Film Television, Convoke Media, Real by Fake

W 2013 roku Jenn Wexler rozpoczęła pracę w niezależnej amerykańskiej wytwórni Glass Eye Pix, która zainspirowała ją do wyreżyserowania pełnometrażowego obrazu opartego na własnym scenariuszu. Uczęszczała do publicznego liceum w stanie New Jersey, ale zawsze fascynowały ją prywatne szkoły z internatem – sekretne miejsca, które w wyobrażeniach nastoletniej Jenn, spragnionym mrocznych przygód młodym ludziom oferowały nieporównywalnie więcej od ogólnodostępnych, a zatem odartych z tajemnicy, nudnych placówek oświatowych – uznała zatem, że to będzie najodpowiedniejsze miejsce dla jej pierwszej dłuższej opowieści filmowej. Pamiętając, jakim przeżyciem była dla niej lektura „Helter Skelter” Vincenta Bugliosiego i Curta Gentry'ego oraz wcześniejsze coroczne przygnębienie małej Żydówki nieodwiedzanej przez Świętego Mikołaja (poza tym uwielbia „Czarne święta” Boba Clarka), zdecydowała się to wykorzystać. Dodatkową inspirację Wexler czerpała z „Egzorcysty” Williama Friedkina, „Ostatniego domu po lewej” Wesa Cravena, „Odgłosów” Dario Argento i serialu „Buffy: postach wampirów” Jossa Whedona. Gotowy scenariusz „The Sacrifice Game” (pol. „Gra w opętanie”) musiał jednak poczekać w szufladzie, ponieważ jego autorka doszła do wniosku, że to za duże przedsięwzięcie na początek reżyserskiej przygody z pełnym metrażem. W zasadzie współautorka, bo Jenn Wexler mogła liczyć na pisarskie wsparcie męża Seana Redlitza. Po sfinalizowaniu czegoś skromniejszego, po wypuszczeniu horroru „The Ranger” (2018) i epizodzie z serialem „Pandora” Marka A. Altmana, współproducentka między innymi „Kochanie” Mickeya Keatinga oraz „Zdemoralizowanych” Larry'ego Fessendena, wróciła do potencjalnie kosztowniejszego projektu, horroru świątecznego, który swoją światową premierę miał w lipcu 2023 na Fantasia International Film Festival w Kanadzie. W Polsce zadebiutował w październiku 2023 w ramach Splat!FilmFest, a dwa miesiące później ruszyła dystrybucja kinowa zorganizowana przez Monolith Films. W swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych szerszej publiczności obraz został przedstawiony kilkanaście dni wcześniej przez firmę Shudder.

Plan zdjęciowy „Gry w opętanie” Jenn Wexler przygotowano we wiosce Oka w kanadyjskiej prowincji Quebec. Wcześniej ekipa odwiedziła niejedną szkołę z internatem, ale do wyobraźni kierowniczki najmocniej przemówiło tutejsze Opactwo Notre-Dame du Lac (Abbey of Notre-Dame du Lac). Zbudowany w XIX wieku dawny klasztor trapistów z jego długimi korytarzami, mroczną piwnicą i stylową wieżą zegarową, idealnie nadawał się na Blackvale Academy, fikcyjną placówkę edukacyjną nawiedzoną przez „Rodzinę Jude'a”. Co więcej, w pobliżu Wexler wypatrzyła dom w stylu rancho, wyglądający zupełnie jak w jej wizji wprowadzenia do „Gry w opętanie”. Jakby żywcem wyjęty z lat 60. XX wieku uroczy domek chętnie udostępniony filmowcom przez prywatnych właścicieli. Najście niezamaskowanych nieznajomych, trzech mężczyzn i jednej kobiety, niezwłocznie przystępujących do przelewania krwi mieszkańców. Masakra 1971, która miała nasuwać silne skojarzenia z terrorem Charlesa Mansona i jego najzagorzalszych, a przynajmniej najbardziej zaufanych wyznawców. Następnie przenosimy się do położonej na odludziu prywatnej szkoły średniej dla dziewcząt, po której oprowadzi nas nastoletnia Samantha Kramer (przeciętna kreacja Madison Baines), jeszcze przez chwilę przekonana, że jedyną uczennicą, która spędzi święta w tym depresyjnym przybytku będzie outsiderka Clara (widowiskowy występ Georgii Acken). Ulubiony obiekt ataków słownych pannic z tak zwanych dobrych domów, zamknięta w sobie dziewczyna, która w przeciwieństwie do Sam nawet nie stara się dopasować. Nie zależy jej na byciu lubianą, nie szuka przyjaciół czy najzwyczajniej nie wie, jak się do tego zabrać? Jakkolwiek z nią jest, intryguje tą, która bardzo chce być lubiana, ale nie czuje się zbyt pewnie w sztuce nawiązywania znajomości. Mimo wszystko jakieś koleżanki w Blackvale Samantha znalazła i prawdopodobnie tylko to powstrzymuje ją przed próbą wciągnięcia w rozmowę prześladowanej rówieśnicy. Nie może oprzeć się poczuciu, że to Clara jest jej pokrewną duszą, najpoważniejszą kandydatką na prawdziwą przyjaciółkę w tej koszmarnej akademii, ma jednak świadomość, że pójście za tym przeczuciem równałoby się towarzyskiemu samobójstwu. Dla przyjaźni pewnie bez wahania poświęciłaby te wszystkie luźniejsze relacje z trudem zawiązane w liceum dla bogatych, bez większego żalu zrezygnowałaby z towarzystwa wrednych dziewczyn dla bratniej duszy, ale skąd ma wiedzieć, że Clara nią jest? Nie dowie się, dopóki nie narazi się jej dręczycielkom? Niezupełnie, bo świąteczne plany Sam niebawem zostaną drastycznie przekreślone. Szykują się najgorsze święta w jej życiu i doskonała okazja do upewnienia się, czy gra (o przyjaźń) jest warta świeczki. W międzyczasie na pierwszy plan wysuwa się też młoda nauczycielka historii Rose Tanner, w którą w przekonującym stylu wcieliła się Chloë Levine (z Jenn Wexler pracowała już przy jej pełnometrażowym debiucie reżyserskim „The Ranger”, ale mogły też spotkać się na planie „Zdemoralizowanych” Larry'ego Fessendena). Kobieta ma nadzieję niedługo pożegnać się z Blackvale Academy, ale na pewno nie z panem Jimmym, lubianym belfrem, szykującym wielką świąteczną niespodziankę dla ukochanej. Uprzedzą go jednak niespodziewani wigilijni goście.

Plakat filmu. „The Sacrifice Game” 2023, AMG Music Film Television, Convoke Media, Real by Fake

Oprychy z „Ostatniego domu po lewej” Wesa Cravena w elitarnej szkole z „Odgłosów” Dario Argento, home invasion z wyrzutkami z Sunnydale High School Jossa Whedona, w demonicznym sosie Williama Friedkina, doprawionym autentycznym obłędem: lato nienawiści Charlesa Mansona i wojna w Wietnamie. „Czarne święta” Jenn Wexler. Ambitny plan „podróżującej w czasie” miłośniczki kina grozy, makabra w nietotalnym klimacie retro. Poza planszą tytułową „Gra w opętanie” nie wygląda jak taśma z lat 70. XX wieku, taka stylizacja nie jest jednak niezbędna do przywołania tego magicznego ducha, co niniejsza wyprawa może dobitnie potwierdzić. W każdym razie ja wyczuwałam tę wspaniałą obecność w nawiedzonej szkole na odludziu. Pomijam takie oczywistości, jak oldschoolowa ścieżka dźwiękowa, stroje z epoki i tożsamy wystrój wnętrz, bo działał ten dobry duszek też na głębszym poziomie. W sentymentalny nastrój najzacieklej wprowadzały mnie przygaszone barwy, mocarne ponurości, szorstkość, artystyczna swoboda, radosne pląsy w brutalnej rzeczywistości. Horror niebiorący siebie zbyt poważnie, niemający przysłowiowego kija w czterech literach, za to skłonny do histerii. Upiornie teatralny, odpychająco bezduszny, przeraźliwie obojętny i przesadnie zaangażowany. Rozemocjonowany i wycofany. Introwertyczny ekstrawertyk:) Też mały eksperyment (pod)gatunkowy: dość osobliwa mieszanka konwencji, która może nastrajać na coś bardziej zaskakującego. Po takich regułach „Gry w opętanie” ma się prawo spodziewać nieobliczalnego przebiegu, a tymczasem planowane ruchy „przeciwnika” nietrudno rozszyfrować. Wieść o bezlitosnych osobnikach nachodzących w domach mieszkańców amerykańskiej prowincji, dotarła też do hermetycznej społeczności uczniowskiej Blackvale. Zabójcy z pierwszych stron gazet to jedna z wielu cenzurowanych przez dyrektorkę informacji, nastolatki mają jednak swoje sposoby na śledzenie wstrząsających wydarzeń z kraju i ze świata. Samantha słyszała więc o świątecznych zwyrodnialcach zanim grzecznie zapukali do wrót prestiżowej akademii i pod pretekstem konieczności opatrzenia postrzelonego kolegi ominęli zaniepokoją tymczasową strażniczkę tego onieśmielającego obiektu budowlanego. Samozwańczy lider fanatycznego zespołu, narcystyczny Jude, potrafi robić makabryczny show, bo aktorskiego fachu uczył się od prawdziwego mistrza. Najsolidniejsze wsparcie w zbrodniczej działalności przeważnie znajduje w Grancie, odznaczonym weteranie, wprawdzie niepotrafiącym odstawiać takich spektaklów jak Jude, niemniej w grupie jest postrzegany jako niezawodna maszyna do zabijania. Doug stoi bardziej z boku, może nawet skrycie bije się z myślami o bezsensowności ich okultystycznej misji. A realną władzę dzierży Maisie? Diabolicznie charyzmatyczna postać, którą wszyscy członkowie morderczego klanu pożerają wzrokiem – wszyscy kochają Maisie – czy są jednak gotowi skoczyć za nią w piekielny ogień? Nieźle dokazująca ferajna, barwne zestawienie czarnych charakterów, jakiego we współczesnej kinematografii grozy nie spotykam tak często, jak bym chciała. W zalewie jednowymiarowych, płaskich osobowości sadystycznych, tutejsze persony (bezbłędnie przedstawione przez odpowiednio Menę Massouda, Dereka Johnsa, Laurenta Pitre i Olivię Scott Welch z trzyczęściowej „Ulicy Strachu” Leigh Janiak) mogą być jak kubeł zimnej wody w upalny dzień. Orzeźwiające wstręciuchy. Na naszych oczach wykrawający kawałek skóry z brzucha jakiegoś nieszczęśnika, masakrujący gardła, odcinający paluszki i robiący sito z ciała bliźniego. Niewiele widać, poza obficie sikającą niezgorszą imitacją krwi, z odsieczą biegną jednak inne grubsze elementy świata przedstawionego. Zjawiskowo kuriozalna tancerka, aż dwie atrakcje z Teksasu Tobe'ego Hoopera rodem i dosadniejsza charakteryzacja niestety epizodyczna. Ale najbardziej narozrabiać może finał; sprawnie zagrać na nerwach ludziom z innym poczuciem humoru. W sumie nie wiem, czy to miał być dowcip, ja jednak się ubawiłam.

Niezbyt wystawna, ale nawet sycąca wieczerza w Blackvale Academy, gargantuicznym architektonicznym koszmarze nastoletnich pogromczyń seryjnych zabójców z obsesją na punkcie demonologii. Święta z pozbawionymi skrupułów adeptami wiedzy tajemnej. Inwazja na niemal wyludnioną szkołę magii i czarodziejstwa. Z działem ksiąg zakazanych pod ziemią. Pomysłowy horror z premedytacją nieidący z duchem czasu. Nostalgia Jenn Wexler. Zwariowana „Gra w opętanie” w osaczonym przez Pazuzu ostatnim domu po lewej z Naturom Demonto. W niewymarzonej przystani nastoletniej czarownicy?

sobota, 6 stycznia 2024

Konrad Możdżeń „Listy z Miasta Wiatraków”

 
Sentymentalna podróż autora „Chodź ze mną”, Książki Roku LubimyCzytać w kategorii Horror 2020 oraz opowiadania „Nomen nominandum” z „Grobowca. Zarazy” wydawnictwa Vesper, kolekcji krótszych historii z dreszczykiem polskich piór. Wspomnienia z beztroskiego dzieciństwa w makabrycznej licentia poetica, genialne zwieńczenie blogerskiej działalności Konrada Możdżenia - „sekrety przeszłości, historie ze starych fotografii i z zamkniętych kopert”, czyli zaadresowane do internautów „Listy z Miasta Wiatraków”. We współpracy z oficyną Vesper utalentowany wrocławianin przygotował osiem dłuższych opowiadań grozy (plus posłowie), których akcja rozgrywa się w miasteczku Śmigiel - i okolicach - jego idyllicznej krainie leżącej w województwie wielkopolskim. Od XIX do XXI wieku, przy mocnym wsparciu rodzinnego archiwum internetowego śmigielskiego Centrum Kultury oraz książki Huberta Zbierskiego pt. „Śmigielskie ABC”. Ponad siedemset gęsto zapisanych (drobny druk) stron w unikalnej twardej „kopercie” zaprojektowanej przez Michała Loranca – też autora nastrojowych ilustracji zdobiących strony tytułowe opowieści z Miasta Koźlaków – na której widzimy śmigielski kościół św. Stanisława Kostki oraz skan autentycznego dokumentu, zaświadczenia o niekaralności praprapradziadka Konrada Możdżenia wystawionego w 1915 roku. Okładkowe arcydzieło zarówno od strony wizualnej, jak opisowej (notatka na odwrocie koperty pana Loranca). „Listy z Miasta Wiatraków” zaadresowane do bibliofilów. Wiatraków, których wedle lokalnej legendy nie powinno być więcej niż dziewięćdziesiąt dziewięć, bo jak uczy historia nadwyżkę niechybnie pokona ogień lub wiatr.

Okładka książki. „Listy z Miasta Wiatraków”, Vesper 2023

Ośmiotysięcznik Konrada Możdżenia, Mount Everest krótkiej formy literackiej. Wybitna korespondencja, w rewelacyjnym i bardzo dobrym (tak od strony stylistycznej, jak tematycznej) towarzystwie. Standardowo zacznę od moich ulubieńców. Od lat 1938-1939, od niesamowicie depresyjnej „Schedy”, umownej opowieści (narracja pierwszoosobowa) starszego mężczyzny patrzącego wstecz. W chacie na skraju lasu mieszka ubogi, przeraźliwie samotny chłopiec, osierocony w okresie niemowlęcym i wychowany przez dziadków, który od śmierci babci z rosnącym niepokojem obserwuje zmiany zachodzące w drugim opiekunie prawnym. Długie samotne spacery szczelnie zamkniętego w sobie, nietypowo milczącego starszego mężczyzny, resztę czasu przeważnie spędzającego w dawnej izbie małżeńskiej, skąd od czasu do czasu wydobywa się dziwna woń. Zakazana komnata, alarmujące rytuały żałobą motywowane. Dojmujący smutek, nieprzepuszczalna, niesamowicie ciężka mgła beznadziei. Nieustępliwy smog szczelnie wypełniający płuca. Toksyczna mieszanina nieznośnej samotności, dotkliwego głodu, i paraliżującego strachu. Rozpacz, chłód, alienacja. Żywot tak marny, tak wściekle niesprawiedliwy, bezrozumnie okrutny, że aż palący trzewia. Przeraźliwie ponure, duszące, nieubłaganie wstrętne, dokumentnie odarte z nadziei opowiadanie o niewinności mimowolnie skalanej przez człowieka obdarzonego platoniczną miłością, ale niekoniecznie bezgranicznym zaufaniem. O wychudzonym, przemarzniętym i słusznie zalęknionym dziecku, z którym trudno się nie utożsamić. Ten tekst zostaje w człowieku, więc miejcie się na baczności.
W „Błękicie” bezimienny narrator przedstawia koszmar z lat 70. XX wieku. Rodzinna idylla drastycznie przerwana w domu przyszywanej cioci Bogumiły Woźniackiej, starszej pani po potwornych przejściach, dla której chociaż jesień życia okazała się łaskawsza. Ostatnie lata na tym padole łez spędziła z przemiłymi ludźmi, którym w umowie dożywocia przekazała swoją nieruchomość. Przeprowadzka trzyosobowej rodziny do przytulnego domku w sielskiej miejscowości, przyjście na świat uroczej Kasi, ukochanej siostry narratora. Po śmierci cioci Bogusi, piętnastoletni chłopak stopniowo nabiera przekonania, że jego dziewięcioletnia siostrzyczka zmaga się z jakimś nadzwyczajnym problemem. Zachowuje się jak opętana. Pierwszorzędny horror nadnaturalny! Plastyczne opisy martwego dziecka nocy, natrętnego intruza o iście demonicznej aparycji. Kreatywna kreatura i postępujący rozkład rodziny, ze wskazaniem na dramat małej dziewczynki i determinację starszego chłopca, z którą nie może konkurować nawet w pełni uzasadniony strach przed nieznanym. Nawiedzony dom opętany, w którym atmosfera gęstnieje dosłownie ze strony na stronę, a nieodwracalna katastrofa czyha tuż za progiem. Takiego klimatu i takiej krwawej uczty mogliby Konradowi Możdżeniowi pozazdrościć najwytrawniejsi architekci przeklętych światów przedstawionych, największe gwiazdy najmroczniejszej sceny gatunkowej. Arcydzieło.

Epistolarne” perełki z zabytkowego sejfu Wielkiego Literata. Dokument z nagłówkiem „Więcej grzechów nie pamiętam” dotyczy Kazimierza Bednarczyka, cenionego kowala z Miasta Wiatraków, który podczas drugiej wojny światowej, pod okupacją niemiecką, w przeciwieństwie do wielu sąsiadów zachował dom i zakład. W latach 70. XX wieku w Śmiglu zjawia się nowy wikary, dobrze wykształcony Jan Woźniak z Lublina. Kazimierz i jego ukochana żona Helena czym prędzej zaprzyjaźniają się ze stosunkowo młodym księdzem, a parę lat później stary kowal pogrąża się w najczarniejszej rozpaczy. Upada, ale w końcu nieśmiało, niepewnie zaczyna się podnosić. I wtedy zauważa bacznie obserwującego go mężczyznę, najpewniej przyszłego nadawcę złowieszczej wiadomości zostawionej w skrzynce na listy Bednarczyka. Dwie epoki z mocnymi interludiami – okupacja niemiecka i rosyjska – składające się na egzystencjalną zawieruchę śliskiego kowala. Przechwalającego się wyjątkowym fachem w rękach, którego dopiero w jesieni życia doganiają krwiożercze demony wewnętrzne. Rzekomo uporządkowane życie bezceremonialnie burzone przez, jak się wydaje, nieznajomego prześladowcę człowieka w podeszłym wieku. Na pozór długo nic się nie dzieje – przyglądamy się monotonnemu życiu bogobojnego małżeństwa z wieloletnim stażem, zaniedbywanego przez jedynego syna – na tym sielskim obrazku da się jednak zauważyć drobne pęknięcia, które w dalszej partii w zastraszającym tempie będą się powiększać. Brutalnie poruszająca rzecz!

W prywatnych zbiorach dżentelmena z Wrocławia znalazła się też „Ostatnia spowiedź” pewnego duchownego. A zaczęło się od największej sprawy w milicyjnej karierze sierżanta Czesława Leśniaka. Zaginięcie proboszcza ze Śmigla i makabryczne odkrycia mieszkańców. Najpierw zwłoki chwilowo niezidentyfikowanego mężczyzny odnalezione w świątyni, następnie topielec w sutannie, ale nawet to nie przygotuje małomiasteczkowych przedstawicieli władzy na kolejną rzeź nieznanego sprawcy. Na posterunek trafia też list od poszukiwanego plebana z niepokojącą wiedzą na temat mordów w Śmiglu. Spowiedź księdza i zagadkowe zbrodnie w Mieście Wiatraków. Blady strach pada na mieszkańców domniemanego rewiru seryjnego mordercy. „Gdzie jest sprawiedliwość” na tym świecie? Gdzie błogi, regenerujący sen? Upiorna rzeczywistość i bynajmniej lepsze wizje w objęciach Morfeusza. Oniryczne paskudy z przebogatej wyobraźni kompozytora niebanalnego utworu o pozornie nieuchwytnym zbrodniarzu i pozornie nieustraszonym glinie. O szaleńczej pogoni za sprawiedliwością: potencjalną pułapką na ludzi prawych, bo jak przestrzegał Friedrich Nietzsche „kto walczy z potworami, ten niechaj baczy, by sam przytem nie stał się potworem”. Emocjonująca rozgrywka solidnie osadzona w czasach minionych. Szerzej nieznana (fikcyjna) uzależniająca sprawa kryminalna z lat 70. XX wieku.
Pora na akta z teczki podpisanej „Kalendarium”. Pora na fana motoryzacji Michała Nadolnego, w 1980 roku oferującego podwózkę nieznajomemu, starszemu mężczyźnie, który przedstawia mu się jako Stanisław Lis i zdradza, że zajmuje medycyną niekonwencjonalną, a konkretnie ziołolecznictwem. Na prośbę Nadolnego intrygujący staruszek mieszkający w lesie wręcza mu mieszankę ziół, która ma zaradzić jego problemom ze snem. W drodze do domu dobry samarytanin zwraca uwagę na skórzany notes z kłódką, który musiał wypaść jego przypadkowemu pasażerowi. Zabiera zgubę znachora do swego mieszkania, a wieczorem parzy sobie magiczną herbatkę według receptury interesującego pustelnika. Efekty są zdumiewające... i przerażające. A jakby tego było mało, Michał nie może oprzeć się magnetycznej sile kajetu, do którego wolałby nie zaglądać. Tak trudno jednak oprzeć się ciekawości. Pomysłowe ujęcie znanych motywów, rzekomo wyeksploatowanych tematów. Dzikie żądze, morderczy szał, instynkt zabójcy teoretycznie budzony przez jakąś zewnętrzną siłę. Zagadkowe znalezisko o właściwościach praktycznie niespotykanych w bezdennej szufladzie gatunkowej. Imponujące panowanie nad napięciem; właściwie nieustanne pojenie bestyjki – kropla po kropli, z farmaceutyczną dokładnością bolesne wstrzykiwanie „toksycznej herbatki” do krwiobiegu czytelnika. Schizofreniczna symfonia gore.
Misterium” Karola Morawskiego, którego spotykamy w 2019 roku we Wrocławiu. Chory psychicznie, dręczony przez liczne fobie i uzależniony od leków psychotropowych mężczyzna mimowolnie sięgający myślami pamiętnego roku 1991, tradycyjnie spędzanego u dziadków. Niespełna jedenastoletni wrocławianin jak zawsze niecierpliwie wyczekiwał wakacji w czarodziejskim Śmiglu, uroczej miejscowości wolnej od okropnego hałasu i przerażającej ciżby, ale kiedy improwizowana zabawa z kuzynami w wywoływanie duchów wejdzie na wyższy poziom sztuki tajemnej, dobiegnie krasu wiek niewinności, beztroski i czystej radości życia. Upalne lato z dewocjonaliami. Mroczne sekrety domu dziadków. Ogień, pioruny, różaniec i zmora. Hipnotyczna atmosfera niesamowitości, niedookreślone, nienazwane(?) zagrożenie, zaszczucie w dziecięcej krainie szczęśliwości. Dławiąca panika, celowo bądź przypadkiem podsycana przez tę, która powinna uspokajać. Wprawne pogrywanie aluzjami, niewyobrażalna siła sugestii Konrada Możdżenia. Świadomość, że ludzkiej wyobraźni nie trzeba wiele, by się rozbrykała. Wystarczy delikatnie pociągnąć za odpowiednie sznureczki, aby doprowadzić do erupcji niepokojących skojarzeń i makabrycznych możliwości rozwoju nieszczęsnego żywota chłopaka, który się lękał.

Źródło, oficjalny fanpage autora: https://www.facebook.com/KonradMozdzenAutor/

Odrobinkę mniej zajmujące akta z Miasta Wiatraków, z naciskiem na pierwsze słowo. „Aqua Vitae” po części rozgrywa się w pod koniec pierwszej połowy XIX wieku, a w drugiej części w latach 20. XX wieku. W odleglejszej przeszłości odwiedzamy znajdujący się na skraju bankructwa wyszynk należący do Oskara Matzla, w którym niebawem zawita przypuszczalnie niewypłacalny klient. Szukający pracy, najlepiej z zakwaterowaniem, awanturnik i włóczykij Leo Holzer. I tak się niefortunnie składa, że właściciel lokalu ma dla niego ofertę nie do odrzucenia. W nie tak zamierzchłej przeszłości przyjrzymy się natomiast Zygmuntowi Włodarczakowi, prowadzącemu nielegalną działalność gospodarczą, skromny biznes bimbrowniczy, kochającemu mężowi Wandy, której nie wtajemniczył we frapujące odkrycie związane z jego pasją. Niebawem jego coraz bardziej skołowaną głowę bardziej zaprzątnie niedyskretny obserwator, wścibski nieznajomy, który z jakiegoś sobie tylko znanego powodu uwziął się na nikomu niewadzącego bimbrownika. Obskurna esencja „Chodź ze mną”, debiutanckiej powieści Konrada Możdżenia. Ten charakterystyczny, cuchnący mrok, który można już chyba uznać za wizytówkę twórczości nostalgicznego pisarza ze stolicy Dolnego Śląska. Artysty bezkompromisowego, odważnie zaglądającego w otchłań szaleństwa. Niemrawy początek i wreszcie makabra desperacją malowana. Motyw z jakim dotychczas się nie spotkałam. Genialny w swojej prostocie. Mocna nalewka z etykietą „Love Forever”.
W „Drodze na Robaczyn” podążamy za młodym mężczyzną Romanem Wilskim, któremu w 1973 roku na niemal kompletnym pustkowiu psuje się samochód. Resztę drogi do domu narzeczonej i przyszłych teściów decyduje się więc pokonać pieszo, w oczy szybko jednak rzuca mu się stary młyn, który na pierwszy rzut oka wygląda na opustoszały. Przeczy temu jednak snop światła wychwycony przez pechowego podróżnego, który odpowiada dobijaniem się do drzwi jednak zamieszkałego obiektu i wołaniem o pomoc. Zamiast pomocnej dłoni otrzymuje solidny cios, a przytomność odzyskuje w mrocznym budynku, na zimnej podłodze, w ostrym aromacie stęchlizny. W jaskini drapieżnika. Polowanie w porzuconej cukrowni. Przydługie, z lekka męczące opisy błądzenia w ciemnościach, muszę jednak przyznać, że w tym krętym tunelu łatwo nabawić się klaustrofobii. Mimo wszystko udało się autorowi ożywić ten „mroczny organizm”: pełzająca, lepka, atramentowa czerń w „nawiedzonym zamczysku”. I po rozwlekłym wstępie wprowadzić angażującą koncepcję na motywach wojennego obłędu.

Nostalgia jegomościa z bujną wyobraźnią. „Unikatowy album ze starymi pocztówkami w skórzanej okładce z otwartą kłódką”. Wehikuł czasu Konrada Możdżenia, skonstruowany pod natchnieniem malowniczego polskiego miasteczka słynącego z koźlaków. Dziecięca utopia smagana piorunami wyobraźni dorosłego. Osiem wypraw w nieznane pod prawdziwie upiorną banderą. Fenomenalne „Listy z Miasta Wiatraków” od rozbrajająco sentymentalnego pasjonata historii mrocznych i tajemniczych. Księcia beletrystycznej makabry.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 4 stycznia 2024

„Delirium” (2023)

 
Nie mogąc znaleźć pracy, Ingi korzysta z protekcji swojej partnerki Snædís i udaje się na rozmowę kwalifikacyjną z jej krewnym, właścicielem średniej firmy nieszczędzącym mu przykrych słów. Po powrocie do domu dowiaduje się, że wpłynęły skargi na okropny zapach wydobywający się z mieszkania przeznaczonego na wynajem. W środku bezrobotny mężczyzna dokonuje makabrycznego odkrycia, a po przeprowadzeniu czynności przez policję, z pomocą profesjonalnego sprzątacza niezwłocznie przystępuje do prac porządkowych. Ingi zamierza pozbyć się wszystkich rzeczy po lokatorze, który najwyraźniej targnął się na własne życie, ale robi wyjątek dla drewnianej szkatułki, w której znajduje między innymi taśmę z niewiarygodnym wyznaniem nieszczęsnego najemcy. Zmagającego się z bezsennością i zanikami pamięci, zdesperowanego człowieka przekonanego, że spadła na niego straszliwa klątwa. Najgorsze, że Ingi nie ma żadnych powodów, by wątpić w opowieść poprzedniego posiadacza szkatułki, ponieważ od jej otwarcia identyczne objawy obserwuje u siebie.

Plakat filmu. „Óráð” 2023, 1801 Film Productions, 7 Stafir, Delirium

Islandzki horror psychologiczny w potencjalnym związku z nadprzyrodzonym będący debiutem reżyserskim Arró Stefánssona, operatora filmowego, który pracował między innymi przy takich serialach komediowych, jak „Hreinn Skjöldur” (2014) i „Steypustöðin” (2017-2018). „Delirium” (oryg. „Óráð”, międzynarodowy: „Wrath” aka „Delirium”) może być pierwszą islandzką produkcją zrealizowaną (częściowe finansowanie) z wykorzystaniem kryptowaluty bitcoin. Stefánsson pracował z własnym scenariuszem, ponadto stając na czele zespołu operatorskiego, tj. odpowiada też za chłodne zdjęcia z okrutnie pokomplikowanego życia kochającego partnera i ojca kilkuletniej dziewczynki, którego rozpaczliwe poszukiwania stabilnego toru w egzystencjalnego podróży, drastycznie przerywa niewinnie wyglądająca drewniana szkatułka. Światowa premiera filmu odbyła się ostatniego marca 2023 roku w jego rodzimej Islandii, a w Polsce obraz zjawił się pod koniec grudnia tego samego roku, na platformie CDA Premium.

Hjörtur Jóhann Jónsson jako przypadkowy sukcesor domniemanego samobójcy i jeszcze nie mogąca pochwalić się porównywalnym doświadczeniem aktorskim, ale dobrze rokująca Heiddis Chadwick Hlynsdottir jako główna żywicielka rodziny coraz bardziej zaniepokojona stanem swego wybranka. Bojąca się powtórki z przeszłości. Ingiego, niepewnego przewodnika po ponurym świecie przedstawionym w „Delirium”, poznajemy na drodze ku lepszemu. Unika alkoholu, cieszy zaufaniem ukochanej Snædís i z dumą przygląda idealnemu owocowi ich pięknego związku, uroczej Lilji (pierwszy występ w pełnometrażowej produkcji fabularnej Anny Sigrún Fannarsdóttir, co niestety widać), na zabawy z którą ma aż nadto czasu. Podczas gdy matka dziewczynki dzieli czas na dom, pracę na etacie i dodatkową działalnością zarobkową – mieszkanie na wynajem – Ingi zapewnia, że niestrudzenie rozgląda się za jakąś posadą. Najlepiej przy biurku, bo nie po to studiował, żeby teraz urabiać sobie ręce po łokcie na jakimś nisko płatnym stanowisku. Innymi słowy praca fizyczna mu śmierdzi, ale czy może sobie pozwolić na długie wybrzydzanie? Snædís anielsko cierpliwa jest, sytuacja może się jednak diametralnie odwrócić, gdy Ingi uniesie się honorem w kontaktach z jej wujem. Odrzuci wspaniałomyślną propozycję opryskliwego prezesa nieprzynoszącej kokosów firmy, nieukrywającego, że bez wstawiennictwa jego siostrzenicy, Ingi nie miałby najmniejszych szans „w bitwie” o miejsce w jego zakładzie. Lepszy obcy niż ktoś taki, ale Snædís zawsze potrafiła przebić się przez jego nadzwyczaj grubą skórę. Przedsiębiorca najzwyczajniej nie potrafi jej odmawiać, na czym teraz ma też skorzystać niebudzący jego zaufania, fatalny wybranek kobiety, która w odróżnieniu od Ingiego, ciężkiej pracy się nie boi. A przynajmniej takie wrażenie można odnieść w pierwszej fazie „Delirium” Arró Stefánssona. Nie tyle wyznawca „kultu nieróbstwa”, ile obywatel przekonany, że tacy jak on - wykształcenie wyższe - nie powinni z mozołem piąć się po drabinach firmowych, tylko zaczynać od wyższych szczebli. Z drugiej strony nie ulega wątpliwości, że w Ingim jest dość mocne postanowienie poprawy, silne pragnienie stanięcia na nogach. Podobnie jak Jack Torrance z „Lśnienia” Stephena Kinga, bardzo chce naprawić to, co popsuł. To, co jeszcze można naprawić. Tym bardziej przykre będzie wejście w kolejny życiowy zakręt. Jak po grudzie, ale jednak szło ku dobremu. Ki diabeł go podkusił, by zatrzymać niedawną własność kłopotliwego najemcy? Właściwie za życia nie stwarzał właścicielom lokalu żadnych problemów – skargi zaczęły wpływać dopiero po jego śmierci. Narzekanie sąsiadów na smrodek wybijający na korytarz. Trupi odór. Makabryczne odkrycie czołowej postaci „Delirium” blednie przy intrygującym wykopalisku z worka na odpady. W ten sposób przechodzimy do sprawdzonego w kinie grozy motywu „szatańskiego przedmiotu”. Złośliwości rzeczy martwych. Teoretycznie nawiedzona drewniana skrzyneczka – nie otwieraj, bo wylezie jakaś zołza z zaświatów! Teraz to mówisz? No tak, kluczowe informacje poznasz dopiero po otwarciu. Instrukcja (nie)obsługi diabolicznej skrytki. Żadna tam przestroga tylko musztarda po obiedzie; niepocieszające solidaryzowanie się z aktualnym posiadaczem wielce problematycznego pudełka. Pełzająca zaraza, jak się wydaje, każdorazowo atakująca tylko jeden ludzki organizm. Nieprzesądzona(?) klątwa od dekad przechodząca z człowieka na człowieka – niewykluczone okresy wyciszenia mściwej duszy przypuszczalnie mieszkającej we frapującej skrzynce.

Kadr z filmu. „Óráð” 2023, 1801 Film Productions, 7 Stafir, Delirium

Na oko niedrogie to przedsięwzięcie początkującego islandzkiego reżysera – chwilami dość mocno wieje cyfrową tandetą (wygenerowane komputerowo ogniste dodatki) – które mimo warsztatowych niedociągnięć (montaż, kadrowanie zdjęć; bynajmniej ścieżka dźwiękowa, depresyjne melodie, a zatem idealnie współgrające też z niewesołą fabułą) niemniej zawzięcie walczy o maksymalną uwagę widza. Hipnotyzuje fabułą i aurą. Angażujące prowadzenie w gruncie rzeczy nieinnowacyjnych wątków. Pewnie będą mówić, że nieznośnie konwencjonalna to opowieść, ale nie będę zaskoczona, gdy co najmniej równie liczna grupa zgoła inaczej ustosunkuje się do tego imponująco skromnego dziełka. Nieprzemądrzałego, niepopisującego się, niepajacującego „Delirium” Arró Stefánssona. W epoce, w której opakowanie ma znaczenie (mniejsza o treść, najważniejsze, by ładnie wyglądało na półce), pojawia się taki oto niemodny gość, który nade wszystko skupia się na zawartości. Nie zachęcał plakat, nie wróżyły dobrze pierwsze kadry, upór jednak się opłacił. Koniec końców pogratulowałam sobie, że przedwcześnie nie wymeldowałam się z tego filmowego lokalu. Nie żebym wykazała się tutaj jakąś ogromną cierpliwością, bo prawdę mówiąc wpadłam na wczesnym etapie tej nieprzekombinowanej przeprawy nieludzko zaszczutego Islandczyka. Gwoli ścisłości, jeszcze przed startem, przed otwarciem niecudownego znaleziska, ale już po otwarciu wynajętego mieszkania. Bałagan, obklejona ściana i źródło fetoru, na który uskarżali się sąsiedzi. Ingi i Snædís ledwo wiążą koniec z końcem, nie korzystają więc z usług firm sprzątających – przed przybyciem nowych lokatorów w domyśle zawsze sami doprowadzali mieszkanie do porządku. Minimalizacja kosztów, którą główny (anty?)bohater „Delirium” przeprowadza i w tym ekstremalnym przypadku, zakrwawioną łazienkę musi jednak odstąpić specjaliście. Nie chce już na to patrzeć i tym bardziej nie chce by Snædís tam wchodziła. Nie, dopóki wykwalifikowany konserwator powierzchni płaskich nie odprawi swoich niemagicznych rytuałów. Biała magia luzaka zaangażowanego przez Snædís i nie pierwsza czarna godzina Ingiego. Klątwa z tego czy tamtego świata? To wszystko zwyczajnie czy niezwyczajnie go przerosło? Wrócił do złych nawyków czy przyczepiła się do niego jakaś mroczna istota? Permanentna bezsenność, halucynacje bądź mimowolne patrzenie wstecz (wojenny koszmar) i czas dosłownie wyjęty z życiorysu. Okresy niepamięci, nawet całe godziny, których Ingi za nic sobie nie przypomni. Film mu (i nam) się urywa. Jest w jednym miejscu, cięcie, i już jest w innym. Jest dzień, cięcie, i już po zmierzchu. Jakby działał na autopilocie lub coś przejmowało kontrolę nad jego ciałem i umysłem. Bezwolna marionetka z tymczasowo wyłączanym zapisem danych w osobistym banku pamięci lub przypadłość bardziej zbliżona do somnambulizmu. Nie, nie, już prędzej zombizmu, bo twórcy coraz wyraźniej dają nam do zrozumienia, że Ingi stanowi poważne zagrożenie dla innych. To przekleństwo wątpliwego bohatera, ten ułomny wehikuł czasu (właściwie natrętne zawieszenia systemu), u mnie sprawę przesądziły. Najlepsza atrakcja w niewesołym miasteczku Arró Stefánssona. Minorowym światku człowieka, który się starał... Ale wredne życie starało się bardziej? Bohater tragiczny, który przy bliższym poznaniu możesz stracić, miast zyskać. Kibicowałam, choć swoje podejrzewałam. Moje przewidywania (włącznie z finałem bardziej szczegółowo zobrazowanej gehenny błądzącego człowieka) okazały się jak najbardziej trafne, nie pogratulowałam sobie jednak domyślności, bo filmowcy nie przyłożyli się zbytnio do ukrywania tropów. Wręcz przeciwnie: czułam się jakby za rękę prowadzili i mnie od jednego śladu do następnego, tłumacząc co oznaczają. Niechcący, z rozpędu, ale to nie zmienia faktu, że do mety dotarłam niepożądanie przygotowana. Co miało też swoją dobrą - na swój niedobry sposób;) - stronę. Niewygodna więź z postacią, dyskomfort wynikający z bezwiednego dopingowania człowiekowi, który jak by nie patrzeć UWAGA SPOILER jakąś karę ponieść powinien - nie twierdzę, że taką, ani że nie taką - z czym on sam przed „wokandą z innego świata” z całą pewnością by się nie zgodził. W głębi ducha może i przyznawał się do winy, ale na „wokandzie z tego świata” był zdecydowany walczyć o uniewinnienie. Byle sprawiedliwości nie stała się zadość KONIEC SPOILERA. Manifestacje upiorzycy i inne (na przykład przypominający się nieboszczyk z plastikowym workiem na głowie) obliczone na straszenie elementy świata przedstawionego w „Delirium” Arró Stefánssona w moich oczach w większości broniły się praktycznym, a przy tym dostatecznie fantazyjnym wykonaniem. Broniły przed niezgrabnym montażem (nieudana zabawa w „buu!”, mnie jednakże najbardziej zabolała zabawa w „pojawia się i znika” za i przed samochodem; odrobina płynności i mogłabym się pozachwycać) tudzież kiczowatymi dodatkami komputerowymi.

Obłęd po islandzku. Śmierć w szkatułce. Życie w ruinie. Delirium tremens ghost story obszyte. Islandzki operator kamery daje próbkę swoich ukrytych talentów: zdolności pisarskich i reżyserskich. Warto to obadać, tym bardziej jeśli gustuje się w niepociesznych klimatach filmowych. Horror psychologiczny z faktyczną bądź urojoną ingerencją nadprzyrodzonego, który umie się przypodobać. „Delirium” Arró Stefánssona wielkiego hałasu zapewne nie zrobi, ale stęsknionym za klimatycznymi straszakami przegapić nie wypada:) A poważnie, polecam przejedzonym plastikowymi horrorami głośnymi.

wtorek, 2 stycznia 2024

Zapowiedzi na rok 2024

 
Poniżej krótka lista filmów grozy zapowiedzianych na rok 2024. Standardowo niektóre premiery – mogą się przesunąć – i standardowo starałam się pomijać pozycje, które uwzględniłam w zeszłorocznych zestawieniach oraz odrębnych postach („Urojenie” Jeffa Wadlowa).
 

Sok z żuka 2”, reż. Tim Burton

Materiał promocyjny. „Beetlejuice 2”, Plan B Entertainment, Tim Burton Productions, Tommy Harper Productions

Najbardziej wyczekiwana przeze mnie produkcja filmowa: sequel kultowego obrazu Tima Burtona z 1988 roku z Winoną Ryder ponownie wcielającą się w Lydię Deetz i Królową Krzyku Jenną Ortegą w roli jej córki Astrid. A tytułową barwną postać okrutnie rozrabiającego ducha znowu powierzono Michaelowi Keatonowi, który nie ukrywał, że to była jedyna filmowa kontynuacja, w jakiej pragnął wystąpić. Fabuła jest objęta ścisłą tajemnicą, ale ujawniono, że nad scenariuszem pracował duet z serialu „Wednesday”, Alfred Gough i Miles Millar, a głównym pomysłodawcą historii był Seth Grahame-Smith, który z kolei wcześniej pracował z Timem Burtonem przy „Mrocznych cieniach” (2012).
 

Nosferatu”, reż. Robert Eggers

Materiał promocyjny. „Nosferatu”, Focus Features, Stillking Films, Studio 8

Remake „Nosferatu - symfonii grozy” z 1922 roku, nieautoryzowanej adaptacji wybitnej powieści Brama Stokera, reprezentanta niemieckiego ekspresjonizmu filmowego stworzonego przez Friedricha Wilhelma Murnaua. Wampiryczny horror w klimacie gotyckim, nad którym Robert Eggers rozpoczął pracę w 2015 roku (reżyser i scenarzysta filmu), po wydaniu „Czarownicy: Bajki ludowej z Nowej Anglii”. Choć jak stwierdził „wydaje się brzydkie, bluźniercze, egoistyczne i obrzydliwe, że filmowiec taki jak on robi nową odsłonę Nosferatu. Może dlatego odłożył rzecz na potem; po nominowanym do Oscara za zdjęcia czarno-białym widowisku grozą podszytym pt. „Lighthouse” (2019) i przygodowym „Wikingu” (2022). Miał nadzieję na udział Anyi-Taylor Joy, z którą dobrze mu się współpracowało przy jego bajce ludowej, ale aktorka odrzuciła propozycję, tłumacząc się innymi zobowiązaniami. Do obsady za to dołączyły takie gwiazdy jak Willem Dafoe i Bill 'Pennywise' Skarsgård.
 

Przeklęta woda”, reż. Bryce McGuire

Materiał promocyjny. „Night Swim”, Atomic Monster, Blumhouse Productions, Universal Pictures

Rozszerzona wersja około czterominutowego obrazu z 2014 roku pod tym samym oryginalnym tytułem („Night Swim”). „Krótkich spodek” zaprojektowanych przez Bryce'a McGuire'a, uszytych już w ścisłej współpracy z Rodem Blackhurstem. Pełnometrażowy horror młodej kobiety terroryzowanej ciemną nocą w basenie przez jakąś nadnaturalną istotę, obmyślili razem, ale na karty scenariusza McGuire przelał ją już sam. Reżyserię też wziął na siebie, łącząc siły z takimi prestiżowymi firmami jak Universal Pictures, założona przez Jamesa Wana Atomic Monster i Blumhouse Productions.
 

Alien: Romulus”, reż. Fede Alvarez

Materiał promocyjny. „Alien: Romulus”, 20th Century Studios, Hulu, Scott Free Productions

Twórca między innymi zaskakująco udanego remake'u legendarnego niskobudżetowego horroru Sama Raimiego, „Martwego zła” z 2013 roku i przewrotnego thrillera z nurtu home invasion „Nie oddychaj” (2016), wkracza w rzeczywistość ksenomorfów, inwazyjnej pozaziemskiej formy życia na ekranie po raz pierwszy zaprezentowanej w 1979 roku, w kultowym „Obcym – ósmym pasażerze Nostromo” Ridleya Scotta, który ponoć był zachwycony szkicem scenariusza dostarczonym mu przez jego autora Fede Alvareza. Akcja „Alien: Romulus” prawdopodobnie będzie osadzona gdzieś pomiędzy „Obcym – ósmym pasażerem Nostromo” i „Obcym – decydującym starciem” Jamesa Camerona i skupiać na kolejnym nazbyt bliskim spotkaniu trzeciego stopnia.
 

Return to Silent Hill”, reż. Christophe Gans

Materiał promocyjny. „Return to Silent Hill”, Ashland Hill Media Finance, Davis-Films, Hassell Free Productions

Silent Hill: Reaktywacja. Reżyser pierwszej adaptacji głośnej serii gier komputerowych, wybornie klimatycznego horroru z 2006 roku z Radhą Mitchell, Seanem Beanem i Jodelle Ferland, Christophe Gans wspólnie z Williamem Josefem Schneiderem i Sandrą Vo-Anh przygotowuje scenariusz powrotu do mglistego miasta. Opowieść grozy, którą wyreżyseruje w pojedynkę. Opowieść podążającą za Jamesem Sunderlandem (Jeremy Irvine), zwabionym do tytułowej przeklętej miejscowości obietnicą odzyskania miłości jego życia. Tajemniczy list i plejada upiornych stworzeń, które drastycznie osłabią jego zaufanie do własnych zmysłów.
 

Cinderella's Curse”, reż. Louisa Warren

Materiał promocyjny. „Cinderella's Curse”, ChampDog Films

Wariacja na temat bajki Charlesa Perraulta spopularyzowanej przez Walt Disney Pictures. Kopciuszek w horrorze. Brytyjska odpowiedź na pokrzepiającą historyjkę o czarodziejskim wychodzeniu na prostą. Odpowiedź napisana przez Harry'ego Boxleya, która zainteresowała panią Louisę Warren, bardzo płodną reżyserkę i jeszcze bardziej zaangażowaną producentkę w najlepszym razie kojarzonej z kinem klasy B... No dobrze, może jednak Z.
 

Håndtering av udøde”, reż. Thea Hvistendahl

Materiał promocyjny. „Håndtering av udøde”, Einar Film, Filmiki Etairia, Zentropa International Sweden
Koprodukcja szwedzko-norwesko-grecka pod dyrekcją artystyczną współautorki scenariusza Thei Hvistendahl, która opierała się na pierwotnie opublikowanej w 2005 roku powieści „Handling the Undead” Johna Ajvide Lindqvista, autora między innymi dwukrotnie przenoszonej na ekran wampirycznej historii w Polsce wydanej pt. „Wpuść mnie”, który brał udział w pracach nad scenariuszem „Håndtering av udøde”. Niezwykłe zjawisko podczas fali upałów w Oslo. Udręka trzech rodzin odwiedzonych przez zmarłych bliskich.
 

We Harvest”, reż. Julia Tranfaglia

Materiał promocyjny. „We Harvest”, Divine Entertainment

Realizacja scenariusza Drew Dusterhoffa skupionego na ambitnym młodym chirurgu dołączającym do wspaniale prezentującego się zespołu z Las Vegas. Innowacyjna placówka medyczna, która wydaje się idealnym miejscem dla marzącego o wielkiej karierze lekarskiej, desperacko pragnącego się wykazać, niemającego odpowiednich znajomości i w gruncie rzeczy niedoświadczonego, ale za to zdolnego absolwenta szkoły medycznej. Tak bardzo zdeterminowanego, że kiedy zostaje wtajemniczony we właściwą działalność nieszczęsnego szpitala, polegającą na wymierzaniu sprawiedliwości na własna rękę, zamiast posłuchać sumienia, usiłuje je uciszyć. Daje się wciągnąć w tajną operację, która może nieodwracalnie przekreślić jego marzenia.
 

Candlewood”, reż. Myke Furhman

Materiał promocyjny. „Candlewood”, Bandstand Pictures, Digital Thunderdome, Lillinonah

Czerpiąc z historycznego źródełka Joseph Patrick Conroy wyszedł z propozycją nakręcenia horroru o tak zwanej mieszanej rodzinie, która przeprowadza się z Nowego Jorku do hermetycznego miasteczka w stanie Connecticut, gdzie zostaje obłożona swoistą klątwą. Spustoszenie w kręgach rodzinnych, zrywanie więzi nad otchłanią nieczystego obłędu. Reinterpretacja historii na papier przelana przez Myke'a Furhmana i Victorię Flores-Argue.
 

Goldilocks and the Three Bears: Death and Porridge”, reż. Craig Rees

Materiał promocyjny. „Goldilocks and the Three Bears: Death and Porridge”, Rees Dragon ProductionsGold Eagle Studios

Złotowłosa i trzy misie” według twórcy „Antebellum: The Curse of Salem” (2019), przed którą, że tak to ujmę, uczciwie przestrzegł rodziców grzecznych dzieci. Jego wersja znanej bajki ma zawierać drastyczne scenki, typu uszkodzenie gałek ocznych i miażdżenie głowy. W roli nieproszonego jasnowłosego gościa, bezczelnie raczącego się cudzą owsianką, mamy zobaczyć Olgę Solo.
 

They Turned Us Into Killers”, reż. Thomas Walton

Materiał promocyjny. „They Turned Us Into Killers”, PhilaDreams Films, Safier Entertainment, Lux Angeles Studios

i scenariusz Thomas Walton. Przeciągnięcie nitki Roba Zombie z kłębka „Halloween”? Takie informacje można już znaleźć w Sieci, w udostępnionym zarysie fabuły trudno jednak dopatrzyć się związków ze światem przeraźliwie zimnokrwistego Michaela Myersa. Co innego w obsadzie – Scout Taylor-Compton może się kojarzyć. Cokolwiek to będzie, fabułę ma zawiązać tragedia młodej kobiety spowodowana przez jej chłopaka BJ-a. Dziewczyna popełnia samobójstwo, wcześniej w liście zaadresowanym do swojej przyjaciółki Star (Scout Taylor-Compton) szczegółowo opisując swoje przejścia z przemocowym partnerem. Przyjaciółki, która poprzysięga krwawą zemstę.
 

Gruesome”, reż. James Helsing

Materiał promocyjny. „Gruesome”, Latinx Productions, Lombard Street Flickers, Publikro London

Szeryf Jesse Mendoza (w jego skórę prawdopodobnie wejdzie René Mena) i jego zastępca, poruszający się na wózku inwalidzkim Rico Santos prowadzą śledztwo w sprawie aktywnego seryjnego mordercy mieszkańców miasta, którzy w młodości prześladowali bliźnich. Lista podejrzanych jest długa, a zadania bynajmniej nie ułatwi im zacietrzewiony rasistowski sędzia zbierający podpisy pod petycją nawołującą o odebranie odznaki Mendozie. Tak w ogromnym skrócie ma przedstawiać się fabuła horroru kryminalnego skonstruowana przez Jamesa Helsinga.
 

Clowns”, reż. Alexander Kane

Materiał promocyjny. „Clowns”, Blitz Entertainment, Brickhouse Pictures, DMV Entertainment Group

Revenge horror, rozpisany i wyreżyserowany przez Alexandra Kane'a. Dziesięcioro nieznajomych budzi się w opuszczonym magazynie w strojach klaunów. Po przytoczeniu ponoć autentycznej historii porwani zostaną zmuszeni do konfrontacji z wewnętrznymi demonami przez filmowca, który nieprzypadkowo dobrał obsadę do makabrycznego spektaklu, w którym umiera się naprawdę.
 

In from Outside”, reż. Dan Walton

Materiał promocyjny. „In from Outside”, Sony, Telefilm Canada - Equity Investment Program

Kanadyjski horror science fiction, którego budżet oszacowano na milion dwieście tysięcy dolarów kanadyjskich. Obraz twórcy „American Conjuring” (2016), pewnie bardziej znanego ze swojej producenckiej działalności (m.in. „Mroźny wiatr” Gregory'ego Jacobsa, „Nails” Dennisa Bartoka, „Polaroid” Larsa Klevberga i przede wszystkim związki z serią „Piła” zapoczątkowaną w 2004 roku przez Jamesa Wana). „In from Outside” przeniesie nas do niezwykłej przydrożnej jadłodajni, niefortunnego przystanku trzech podróżujących par, gdzie w każdej chwili można zniknąć. Zagadkowe rozpływanie się w powietrzu istot ludzkich.
 

A Quiet Place: Day One”, reż. Michael Sarnoski

Materiał promocyjny. „A Quiet Place: Day One”, Paramount Pictures, Platinum Dunes, Sunday Night

W 2018 roku John Krasinski zachwycił wielu miłośników gatunku pomysłowym horrorem scence fiction pt. „A Quiet Place” (pol. „Ciche miejsce”), a dwa lata później przedstawił ciąg dalszy tej emocjonującej historii postapokaliptycznej. Pałeczkę przejął Michael Sarnoski (scenariusz i reżyseria, przy czym w obmyślaniu historii wspomógł go sam John Krasinski), bodaj najbardziej kojarzony z dramatem „Świnia” z Nicolasem Cage'em w roli głównej. Produkcja między innymi Paramount Pictures, kultowej firmy, która zdążyła już ogłosić, że „A Quiet Place: Day One” będzie spin-offem serii. I wszystko wskazuje na to, że z nową obsadą – niestety bez Emily Blunt.
 

The Conjuring: Last Rites”

Materiał promocyjny. „The Conjuring: Last Rites”, Atomic Monster, New Line Cinema, The Safran Company

W 2013 roku James Wan rozbił paranormalny bank „Obecnością” - nowa gałąź (seria) ze znaczkiem „oparto na faktach” i zarazem nowy pień (uniwersum) w kinematografii grozy. Z archiwum amerykańskich badaczy zjawisk nadprzyrodzonych, ekspertów w dziedzinie demonologii Eda i Lorraine Warrenów (tutaj niezmiennie kreowanych przez Patricka Wilsona i Verę Farmigę). Współscenarzysta „Obecności 2” (2016) i „Obecności 3: Na rozkaz diabła” (2021), David Leslie Johnson-McGoldrick, przygotował scenariusz następnego horroru nadnaturalnego z nieustraszonym małżeństwem, pojawiły się też pogłoski, że to jemu zostanie powierzone artystyczne kierownictwo nad produkcją roboczo nazwaną „The Conjuring: Last Rites”. Obsadę ma uświetnić Taissa Farmiga, młodsza siostra Very, która wejdzie w znaną skórę siostry Irene, bohaterki z tego samego filmowego uniwersum - „Zakonnica” (2018) i „Zakonnica 2” (2023).
 

Krzyk 7”

Materiał promocyjny. „Scream 7”, Spyglass Entertainment

Matt Bettinelli-Olpin i Tyler Gillett żegnają się z meta slasherową marką Wesa Cravena, a wita się Christopher Landon, twórca między innymi „Śmierć nadejdzie dziś” (2017), „Śmierć nadejdzie dziś 2” (2019) oraz „Pięknej i rzeźnika” (2020). Niedługo potem z pokładu zostaje wyrzucona odtwórczyni jednej z głównych ról w piątej i szóstej cegiełce serii „Krzyk”, Melissa Barrera, której wpisy w mediach społecznościowych na temat konfliktu zbrojnego w Strefie Gazy - aktorka wstawiła się za palestyńską ludnością cywilną dziesiątkowaną przez armię izraelską - zostają zinterpretowane przez czołowego producenckiego opiekuna „Scream 7” Spyglass Entertainment (a przynajmniej niektórych decyzyjnych członków zespołu) jako mowa nienawiści. Niemal równocześnie opinia publiczna zostaje poinformowana o ponoć podjętej wcześniej decyzji Jenny Ortegi, drugiej połówki przewodniego teamu dwuczęściowego wkładu Bettinelliego-Olpina i Gilletta w Scream Universe, o odejściu z ekipy Woodsboro. Swoje postanowienie umotywowała konfliktem z harmonogramem „Wednesday”, hitowego serialu firmy Netflix. Potem odszedł Christopher Landon z powodu zmian w obsadzie. Nowy plan opiera się na przywróceniu pierwotnej supergwiazdy franczyzy Neve Campbell, oczywiście w roli Sidney Prescott, która w zmaganiach z Ghostface/Ghostface'ami będzie mogła liczyć na pomoc starej przyjaciółki Gale Weathers (Courteney Cox).
 

The First Omen”, reż. Arkasha Stevenson

Materiał promocyjny. „The First Omen”, Kiwii, Phantom Four Films

Prequel „Omenu” Richarda Donnera, jednego z najważniejszych horrorów satanicznych w historii kina, wydanego niemal równocześnie z jego beletrystycznym odpowiednikiem „wyczarowanym” przez Davida Seltzera, też autora scenariusza. „The First Omen” to pisarska inicjatywa Tima Smitha, Keitha Thomasa i Arkashy Stevenson, która rzecz wyreżyserowała (tryb dokonany, bo obraz jest już gotowy). Film ma opowiadać o młodej Amerykance wysłanej do Rzymu, gdzie ma pracować na rzecz Kościoła, jej wiara w najświętszą z ziemskich misji zostanie jednak wystawiona na ciężką próbę, kiedy myśli zdominuje potencjalny spisek zawiązany w celu sprowadzenia Antychrysta.
 

The Watchers”, reż. Ishana Shyamalan

Materiał promocyjny. „The Watchers”, Blinding Edge Pictures, Inimitable Pictures, New Line Cinema

Reżyserski debiut córki M. Nighta Shyamalana na podstawie powieści A.M. Shine'a z 2021 roku. Dakota Fanning w tajemniczym lesie; niewidniejącej na mapach puszczy spoza czasu i przestrzeni. Awaria samochodu samotnie podróżującej młodej kobiety o imieniu Mina zmusza ją do poszukania pomocy w gęsto zadrzewionej okolicy. Znajduje krzyczącą kobietę, za namową której biegnie do pobliskiego bunkra. Wrota się zatrzaskują, a po zapadnięciu zmroku na zewnątrz, wewnątrz staje się jasność. I na żer wychodzą tajemnicze stworzenia – kto szybko nie dotrze do bunkra, ten prawdopodobnie pożegna się z życiem.
 

Speak No Evil”, reż. James Watkins

Amerykańskie podejście do duńsko-holenderskiego bezkompromisowego dreszczowca wyreżyserowanego przez Christiana Tafdrupa. „Goście” Jamesa Watkinsa, który dotąd w grozowym światku wydał takie duże owoce jak „Eden Lake” (2008) i „Kobieta w czerni” (2012), readaptacja neogotyckiej powieści Susan Hill. Znowu zaproszenie na weekend przez ledwo poznane małżeństwo mieszkające na idyllicznej prowincji, ale już niekoniecznie identyczny koszmar.
 

Terrifier 3”, reż. Damien Leone

Masakra w Halloween”, „Masakra w Święta” - ciekawe, pod jakim polskim tytułem objawi się trzeci rozdział makabrycznej kroniki klauna Arta. Komercyjny sukces „Terrifier 2” (2022) slasherowej makabreski Damiena Leone'a, brutalniejszego od poprzednika („Terrifier” z 2016 roku tego samego scenarzysty i reżysera), wzbudził niemałe zainteresowanie w środowisku producenckim. W każdym razie Leone mówił, że niejedno duże studio zgłosiło gotowość współpracy nad „Terrifier 3”, ale „ojciec” upiornego klauna wszystkie oferty grzecznie odrzucił, szykuje bowiem mocną akcję na początek i coś mu podpowiadało, że żadna „szanująca się firma” nie pozwoli na wypuszczenie czegoś tak kontrowersyjnego pod swoim szyldem. Uznał więc Leone, że najbezpieczniejszą opcją dla jego historii jest trzymanie się wypróbowanej strategii, której filarem jest całkowita niezależność. Czyli szukanie pieniędzy poza mainstreamem, tym razem dla masakry w Wigilię Bożego Narodzenia.