Stronki na blogu

wtorek, 18 maja 2021

Carol Wyer „Urodziny”

 

Na terenie dawnego Centrum Ogrodniczego i Farmy w Uptown zostają odkopane zwłoki dziecka. Badania ujawniają, że to Ava Sawyer, dziewczynka, która zaginęła przed dwoma laty w wieku pięciu lat, podczas urodzinowego przyjęcia jej koleżanki ze szkoły. Sprawę prowadzi komisarz Natalie Ward, matka dwójki nastoletnich dzieci, która ma wyrzuty sumienia w związku z inną sprawą dotyczącą zabójstwa osoby nieletniej. Tym razem Natalie z pomocą swojego zespołu zamierza sprawdzić wszystkie, nawet na pierwszy rzut oka nieistotne tropy. Niedługo po odnalezieniu zwłok Avy dochodzi do zabójstwa innej uczestniczki feralnego przyjęcia urodzinowego, Audrey Briggs.

Carol Wyer to brytyjska satyryczka i powieściopisarka specjalizująca się w komediach i kryminałach/thrillerach, zdobywczyni między innymi The People's Book Prize Award. Najpierw koncentrowała się wyłącznie na lżejszej, humorystycznej prozie, ale z czasem uświadomiła sobie, że wymyśla coraz więcej zwrotów akcji, które, jak uznała, bardziej pasowałyby do mroczniejszych klimatów. W 2017 roku otwarła się więc kolejna ścieżka jej pisarskiej kariery, wraz z pojawieniem się na rynku jej pierwszego kryminału „Little Girl Lost” (pol. „Ostrze czerwonej kredki”), otwierającego cykl z detektyw Robyn Carter. W 2018 roku natomiast swoją światową premierę miała pierwsza część przygód komisarz Natalie Ward zatytułowana „The Birthday” (pol. „Urodziny”). W 2020 roku seria ta liczyła już siedem tomów. A w 2021 roku Carol Wyer ruszyła z kolejnym kryminalnym przedsięwzięciem – powieść „An Eye for an Eye”, otwierająca planowaną serię z detektyw Kate Young.

Urodziny” Carol Wyer to kryminał w starym stylu. Klasyczne podejście do gatunku. Policyjne śledztwo w sprawie zabójstw małych dziewczynek i niewiele ponadto. Nie mają „Urodziny” solidnej otoczki obyczajowej, autorka „nie zawraca nam zbytnio głowy” prywatnym życiem swoich postaci, nie wyłączając głównej bohaterki, komisarz Natalie Ward. Zajmujemy się głównie jej najnowszym śledztwem, z rzadka i zwykle na szybko zaglądając w inne sfery jej życia. Wiemy, że ma piętnastoletniego syna Josha i trzynastoletnią córkę Leigh, którym nie poświęca tyle czasu, ile by chciała. Jej mąż, David, często jej to wypomina – ma pretensje o to, że więcej czasu poświęca pracy niż swoim bliskim. Nie potrafi pogodzić się z tym, że to jego żona jest głównym żywicielem rodziny, że podczas gdy ona robi karierę, on zajmuje się domem i opieką nad dorastającymi dziećmi. David dokłada się wprawdzie do ich wspólnego budżetu – przyjmuje jakieś drobne zlecenia – ale od kiedy stracił stałą pracę, ma świadomość, że finansowo jest w zasadzie zależny od żony. Czuje się jak jej utrzymanek, choć Natalie absolutnie nie patrzy na niego z góry. Traktuje go jak równego sobie, a czasami wręcz można odnieść wrażenie, że kobieta stara się, by David czuł się od niej lepszy. Podczas gdy ona obchodzi się z nim jak z jajkiem, on nie szczędzi jej wyrzutów. Ona robi wszystko, by uniknąć kłótni, a on wręcz przeciwnie. Tak jakby ciągle szukał zwady. Natalie zdaje się tego nie widzieć, ale czytelnik zapewne bez trudu zauważy, że David wyładowuje na niej swoją złość za przykrości, jakie go spotkały. Za życiowe niepowodzenia, porażki, błędy. Jego frustrację może potęgować przeświadczenie, że Natalie nie popełnia tak poważnych błędów, jak on. Pytanie: czy jego samopoczucie by się polepszyło, gdyby odkrył bodaj największy sekret swojej żony? To mało prawdopodobne. Prędzej poczułby się jeszcze bardziej zraniony. A możliwe, że to byłby koniec ich, już teraz niezbyt szczęśliwego, małżeństwa. To wszystko i trochę więcej to tak na marginesie. Jak już wspomniałam, Carol Wyer nie wrzuca w „Urodziny” wielu szczegółowych obrazków z prywatnej sfery życiowej Natalie i innych. W trakcie policyjnego śledztwa, w wątku kryminalnym, któremu poświęca zdecydowanie najwięcej uwagi, w zasadzie też nie ujawnia się wiele cech bohaterów i bohaterek. Raczej zawiodą się ci, którzy oczekują pogłębionych, szerokich portretów psychologicznych członków policyjnego zespołu, obecnie zajmującego się wyłącznie sprawą zabójcy małych dziewczynek. Najprawdopodobniej wszystko zaczęło się przed dwoma laty, na przyjęciu urodzinowym Harriet Downing, która kończyła wówczas sześć lat. Przyjęciu zorganizowanym w Centrum Ogrodniczym i Farmie w Uptown. I zakończonym tragicznie – zniknięciem pięcioletniej Avy Sawyer. Wytężone poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Dziewczynka przepadła jak kamień w wodę. Ale wszelka nadzieja, że Ava wciąż jest wśród żywych, została odebrana jej rodzicom dopiero dwa lata później. Wraz z odnalezieniem jej zwłok. Wkrótce potem zostaje zamordowana Audrey Briggs, która też brała udział w nieszczęsnym przyjęciu sprzed dwóch lat. Na dodatek sprawca ubrał ją w żółtą sukienkę podobną do tej, jaką miała na sobie Ava Sawyer na tytułowych urodzinach. Wygląda więc na to, że wszystko sprowadza się do owego przyjęcia, że na tym wątku należy się skupić, tam szukać rozwiązania tej kryminalnej zagadki. I zespół pod kierownictwem Natalie Ward bada rzeczony trop, ale nauczona doświadczeniem komisarz pilnuje, by jej ludzie nie zafiksowali się na tym jednym wątku. Żeby nie zamykali się na inne możliwości. Nie wyrabiali sobie opinii z góry. Nie snuli domysłów, tylko trzymali faktów. Faktem jest, że tajemniczy zabójca przyodziewa swoje ofiary w żółte sukienki, ale już przypuszczeniem jest związek tego wdzianka z przyjęciem urodzinowym, które skończyło się tragicznie dla pięcioletniej Avy Sawyer.

Pierwsza odsłona powieściowego cyklu z komisarz Natalie Ward pióra Carol Wyer to, jak na dzisiejsze standardy, bardzo skromny kryminał. Może nawet niepozorny. Samo się czytający, zapewniający jakąś tam rozrywkę, ale też szybko uciekający z głowy. Jakoś nie chcący rozgaszczać się w pamięci. Praktycznie niczym się niewyróżniający, ale poprowadzony na tyle sprawnie, żeby chciało się dociągnąć rzecz do końca. Gdy już rozpocznie się to policyjne śledztwo, gdy już wejdziemy w ten świat przedstawiony, to przypuszczalnie nie będziemy widzieli powodu, by przedwcześnie go opuszczać. Najpewniej zostaniemy z komisarz Natalie Ward do końca, do czasu schwytania, a przynajmniej ujawnienia tożsamości zabójcy kilkuletnich dziewczynek. Muszę przyznać, że Carol Wyer skutecznie odciągała moją uwagę od tego człowieka. Od właściwie jedynej niespodzianki, jaką dla nas w „Urodzinach” przygotowała. Efektu „wow” raczej nie będzie, ale można liczyć chociaż na to, że tożsamość sprawcy będzie dla nas nieznana aż do końca tego wyczerpującego, bardzo trudnego i można chyba powiedzieć, traumatycznego, śledztwa. W końcu ofiarami są dzieci. Zaledwie kilkuletnie dziewczynki, które, jak się wydaje, sprowadziły na siebie śmierć przez coś tak niewinnego, tak zwyczajnego, jak udanie się na przyjęcie urodzinowe swojej koleżanki z klasy. Zastanawiające jest, że solenizantka, Harriet Downing, przemądrzała, wywyższająca się, roszczeniowa sześciolatka (szkolna gwiazdeczka), tak długo pozostaje poza polem zainteresowania zabójcy. Może w jej przypadku nie trafiła się jeszcze okazja – taka sposobność, jak w przypadku Audrey Briggs. Sprawca mógł też zostawić ją sobie na koniec – taka tam ohydna wiśnia na jego zabójczym torcie. Ale nie mniej prawdopodobne jest to, że nigdy nie brał jej pod uwagę, że Downing nie znalazła się na jego liście ofiar. Zespół Natalie Ward nie poświęca jednak Downingom tyle uwagi, ile Sawyerom. Rodzicom niekoniecznie pierwszej ofiary osobnika, którego starają się schwytać. Policjanci uważają, że zbrodnicza seria zapoczątkowana niedługo po znalezieniu zwłok Avy Sawyer, która od mniej więcej dwóch lat miała status osoby zaginionej, może być aktem zemsty. Matka lub ojciec nieszczęsnej Avy, albo oboje, w ten sposób mogą karać rodziców dziewczynek z klasy ich córki, którzy, mówiąc delikatnie, nie okazali im większego współczucia w związku ze stratą, jakiej doświadczyli. Sawyerów spotkała ogromna tragedia – największy koszmar, jakiego może doświadczyć kochający rodzic – a ludzie, jak to ludzie, jeszcze dołożyli im cierpień. Sprawili by żyło im się jeszcze ciężej. Kopanie leżącego: jedna z ulubionych rozrywek Homo sapiens. Tak samo jak osądzanie bliźnich na podstawie na przykład takich „zaniedbań rodzicielskich”, jakie samozwańczym sędziom też się przydarzają. Widzisz drzazgę, ale belki już jakoś nie dostrzegasz. Reasumując: to może być zemsta. Ale na Sawyerach lista podejrzanych się nie kończy. Bynajmniej. Policjanci mają aż za dużo nazwisk, które wymagają prześwietlenia. W międzyczasie my – nie oni – śledzimy wydarzenia z przeszłości. W starannie dawkowanych, nieobszernych fragmentach, Wyer przedstawia nam historię chłopca, który marzy o zaprzyjaźnieniu się z jedną ze swoich rówieśniczek. Jego starania przynoszą jednak skutek odwrotny do zamierzonego. Dość smutna historia, której związek z toczonym dużo później śledztwem w sprawie zabójstw małych dziewczynek (podpis sprawcy: odświętne żółte sukienki), dla odbiorców „Urodzin” pewnie będzie oczywisty. Na szczegóły oczywiście będzie trzeba trochę poczekać, ale myślę, że już przy pierwszej dawce retrospektywnej nikt nie będzie miał wątpliwości, w czyje dzieciństwo autorka pozwala nam zajrzeć. Swoją drogą, da nam też wgląd w ostatnie chwile życia, jak się wydaje, dziewczynek, które nikomu nic złego nie zrobiły... Ktoś jednak uznał, że zasłużyły sobie na śmierć. Dlaczego? Na to pytanie między innymi będą szukali odpowiedzi policjanci pracujący nad tą sprawą. Tropów, które trzeba sprawdzić jest dużo, a czas działa na ich niekorzyść. Im później rozwiążą tę niełatwą zagadkę, tym więcej dzieci straci życie. Obciążając tym samym i tak już nielekkie sumienie komisarz Natalie Ward – policjantki, która zwykła bardzo osobiście traktować ten straszny aspekt swojej pracy. Ryzyko zawodowe, koszmarny element, który jest właściwie wpisany w jej pracę i z którym bohaterka „Urodzin” nie najlepiej sobie radzi.

Pierwsza część literackiej serii między innymi z komisarz Natalie Ward autorstwa brytyjskiej powieściopisarki Carol Wyer, to propozycja, którą rozważyć powinni przede wszystkim zwolennicy starej szkoły kryminału. Cieniutka warstwa obyczajowa i grubiutka sfera stricte kryminalna. W przenośni, bo „Urodziny” to generalnie niedługa opowieść o policjantach zajmujących się sprawą zabójcy małych dziewczynek, które gościły na pewnym przyjęciu. Przyjęciu urodzinowym. Jakichś silniejszych emocji to dziełko wprawdzie mi nie dostarczyło, ale czytało się lekko i przysięgam, że bezboleśnie. W sam raz na raz.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


niedziela, 16 maja 2021

„Kobieta w oknie” (2021)

 
Do osób znających „Kobietę w oknie” A.J. Finna: recenzja może zawierać niepożądane informacje

Nowy Jork. Anna Fox, psycholog dziecięca zmagająca się z agorafobią, przez którą nie opuszcza swojego dużego domu - starej kamienicy, w której oprócz niej mieszka tylko jej lokator, David – zaprzyjaźnia się z nowymi sąsiadami z naprzeciwka, Jane Russell i jej piętnastoletnim synem Ethanem. Podejrzliwie patrzy natomiast na ojca chłopaka i męża Jane, Alistaira. Mężczyzna najwyraźniej ma obsesję na punkcie kontrolowania bliskich i z pewnością nie byłby zadowolony, gdyby się dowiedział, że odwiedzają Annę. Kobieta od dłuższego czasu prowadzi obserwację swoich najbliższych sąsiadów, o czym wiedzą jej psychiatra i mąż Ed, z którym jest w separacji i który mieszka w innym mieście z ich ośmioletnią córką Olivią. Pewnego wieczora Anna przypadkiem zauważa w domu Russellów coś, co zmusza ją do zawiadomienia policji.

Interesuje mnie zacieranie się między subiektywną i obiektywną rzeczywistością, prawdą i kłamstwem; kłamstwami, które sobie opowiadamy i tym, jak tworzymy własną rzeczywistość” - tak Joe Wright, twórca między innymi „Dumy i uprzedzenia” (2005), „Hanny” (2011) i „Anny Kareniny” (2012), wyjaśnia swoje zaangażowanie w „operację pod kryptonimem” „Kobieta w oknie” (oryg. „The Woman in the Window”), zainspirowaną poczytnym powieściowym thrillerem psychologicznym A.J Finna (pseudonim artystyczny Daniela Mallory'ego) pod tym samym tytułem. Film ze stajni 20th Century Studios, który w 2020 roku miał zostać wpuszczony do kin, ale z powodu obostrzeń tłumaczonych pandemią COVID-19, premierę odłożono w czasie. Właściwie „Kobieta w oknie” miała ukazać się już w październiku 2019 roku, ale po pokazie próbnym uznano, że produkcja wymaga poprawy. Ostatecznie „Kobieta w oknie” w reżyserii Joego Wrighta i na podstawie scenariusza Tracy'ego Lettsa „trafiła pod opiekuńcze skrzydła” Netflixa, który rozpoczął dystrybucję w marcu 2021 roku.

Ekranizacja czy adaptacja? Wierne, czy swobodne podeście do debiutanckiego utworu A.J. Finna pod tym samym tytułem? Sporo opuszczono, trochę pozmieniano, ale teoretycznie wszystkie te zmiany są natury kosmetycznej. Filmowcy nie pokusili się o własną interpretację, ogólny kierunek jest taki sam jak w literackim pierwowzorze, więc skłaniam się ku ekranizacji. Mimo wszystko. Mimo pójścia na skróty. Opuszczenie wątku Millerów, sprowadzenie dwóch spotkań Anny z jej nową sąsiadką do jednego, ochłodzenie stosunków głównej bohaterki z jej lokatorem, pominięcie pewnego spotkania w kawiarni i wszystkich wątków z fizjoterapeutką Anny (tej postaci nie ma w ekranowej wersji), czy nawet podmianka interlokutora Anny pod koniec filmu – to wszystko to przykłady zmian, które w mojej ocenie nie mają praktycznie żadnego wpływu na tę historię. Ani korzystnego, ani niekorzystnego. Przypuszczam, że nie chciano po prostu rzeczy nadmiernie wydłużać – w końcu nie od dziś wiadomo, że to, co sprawdza się w książce, niekoniecznie zadziała na ekranie. Pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą (dla niektórych to też mogą być mniej istotne, albo wręcz nieistotne detale), ale już pominięcie „pomazanej” kabiny prysznicowej, czy internetowej przyjaźni Anny ze straszą kobietą, uważam za poważne niedopatrzenia. Wydaje mi się też, że u Wrighta wszystko jest bardziej czytelne niż u Finna. Książka moim zdaniem ma większą zdolność do zaskakiwania odbiorcy niż jej filmowa wersja. A przecież i literacka odsłona „Kobiety w oknie”, przynajmniej w moim odbiorze, nie radzi sobie najlepiej z odwodzeniem czytelnika od prawdy. Na pewno części prawdy. Tym, którzy nie znają jeszcze historii Anny Fox, fikcyjnej bohaterki zmagającej się z ostrą postacią agorafobii, doradzałam więc najpierw zabrać się za książkę. A film... W zasadzie niewiele by mnie ominęło, gdybym swoją znajomość z tą historią ograniczyła do książki A.J. Finna. Zaspokoiłam swoją ciekawość – bo byłam ciekawa, jak na ekranie się to odmaluje – nawet coś tam miłego dla oka wypatrzyłam, ale też spokojnie mogłam się bez tego obejść. Takie tam ugrzecznione patrzydło, dla jednych dramat/kryminał, dla innych (i tu ja się dopiszę) thriller psychologiczny, który prawie w całości rozgrywa się w dosyć mrocznej kamienicy, kilkupiętrowym domu w Nowym Jorku prawie w całości zajmowanym przez Annę Fox (piwnicę wynajmuje mężczyźnie imieniem David). Kobietę, której zawodowa kariera (psycholog dziecięca) skończyła się jakiś czas temu. Mniej więcej w tym samym czasie rozpadła się jej rodzina – mąż Ed wyprowadził się, zabierając ze sobą ich ośmioletnią córkę Olivię. A ona stała się więźniem we własnym domu (agorafobia). Z czasem Anna wpadła w alkoholizm, a nudę zaczęła zabijać podglądaniem, z domu, sąsiadów. Tak, tak, „Okno na podwórze” Alfreda Hitchcocka (patrz: recenzja książki). Z powieści wiemy, że Anna jest wielką miłośniczką między innymi tego mistrza suspensu, ale trudniej wywnioskować to z filmu. Nie można powiedzieć, że jego twórcy zrezygnowali z pasji Anny do starych, głównie czarno-białych, produkcji, ale znacząco zawęzili ten, w gruncie rzeczy, ważny składnik historii A.J. Finna. Czyżby kierowała nimi chęć ukrycia wpływów, zapożyczeń z innych dzieł? Poniekąd, bo niektóre cytaty mogą się skojarzyć. Autor książki dobitniej jednak wskazywał te podobieństwa (poza „Psychopatą” Jona Amiela, Finn jednak utrzymuje, że te zbieżności są przypadkowe), nawet w najmniejszym stopniu nie starał się ich przykryć, bo i po co, skoro ową miłość Anny można było wykorzystać w budowie intrygi, w jaką wplątuje się ta kobieta. A przynajmniej tak jej się wydaje...

Nie jestem fanką Amy Adams, ale muszę przyznać, że całkiem nieźle odnalazła się na pierwszym planie „Kobiety w oknie” Joego Wrighta. W obsadzie zobaczymy też między innymi Gary'ego Oldmana, Julianne Moore i Jennifer Jason Leigh. Również zadowalające występy, choć siłą rzeczy nie tak zajmujące jak kreacja Adams. Takie role. W pewnym sensie krążenie po orbicie Anny Fox. Ludzie otaczający główną bohaterkę oczywiście są tu „po coś”, też są budowniczymi tej historii, ale jądrem, można powiedzieć magnesem, który ich wszystkich przyciąga jest Anna. Nie najlepiej radząca sobie z samotnością, właściwie w głębi duszy łaknąca towarzystwa, schorowana, nadużywająca alkoholu i nieodpowiedzialnie przyjmująca leki przepisywane jej przez psychiatrę, o którym Anna nie ma najlepszego zdania. Uważa, że jest apodyktyczny, że podchodzi do niej z pozycji pana i władcy, ale mąż Anny, z którym jest w separacji, i z którym codziennie rozmawia przez telefon, wątpi w jej osąd. Zresztą nie tylko ten, czemu trudno się dziwić, zważywszy na tryb życia, jaki prowadzi ta kobieta i leki, jakie przyjmuje. O alkoholu nie wspominam, bo to pilnie strzeżona tajemnica Anny. No nie tak pilnie, bo nie czuje potrzeby ukrywania się przed na przykład Jane Russell. Nową sąsiadką, z którą szybko się zaprzyjaźnia. Z jej piętnastoletnim synem, Ethanem, też od razu znajduje nić porozumienia, ale ma problem z jego ojcem Alistairem. Ma powody sądzić, że człowiek ten tyranizuje swoich bliskich, że ucieka się do przemocy fizycznej i psychicznej w swojej obsesji na punkcie kontroli. Annę w domu uwięziła choroba, a jej nowych przyjaciół niewoli Alistair. Tak czy inaczej stara się całkowicie ich sobie podporządkować. Chce wiedzieć gdzie chodzą, z kim się spotykają i oczekuje, że wcześniej, zanim wyjdą z domu, zawsze będą pytać go o pozwolenie. Ethan i jego matka nie informują go jednak o swoich kontaktach z Anną Fox. Ale Alistair ma swoje podejrzenia, a biorąc pod uwagę jego despotyczny charakter, to nie wróży dobrze ani dla nich, ani dla Anny. Kobiety, która zobaczy za dużo. Wieczorem, przez okno w swoim domu i domu Russellów. I przez jakiś czas twardo będzie obstawać przy swoich racjach, będzie trzymać się swojej wersji wydarzeń, choć nikt nie będzie chciał jej wierzyć, ale potem... Potem zmieni zdanie. Wątpliwości, wątpliwości. Cóż to za prymitywna gra? Nie mówię, że nastawiałam się na jakieś niespodzianki – przyznaję, miałam cień nadziei na jakąś większą inicjatywę twórców, ale dla bezpieczeństwa, ażeby się zanadto nie rozczarować, przygotowałam się na przejście po znanej mi już z książki ścieżce, nazwijmy to, kryminalno-psychologicznej – ale nawet z całym tym obciążeniem wynikającym z wcześniejszego spotkania z pierwszym, powieściowych wydaniem tego tytułu, dałoby się wciągnąć w tego rodzaju niezagadkową grę. Przynajmniej z umiarkowanym zainteresowaniem popatrzeć na miotającą się kobietę, która utknęła w dosyć mrocznym, nawet w miarę klaustrofobicznym, choć obiektywnie, w rzeczywistości dużym domu (oprawa audiowizualna pozytywna mnie zaskoczyła, co nie znaczy, że nie można było zrobić tego jeszcze lepiej, że klimat nie mógłby być bardziej duszny). A tu tak szybciutko. Taki bardziej sparing niż konkursowy pojedynek z widzem. Ledwo Anna zaczęła walczyć o swoje przekonania, ledwo otwarły się jej rozpaczliwe próby przekonywania innych, że nic jej się nie przywidziało, ani tym bardziej nie zmyśla, ledwo przystąpiła do przekonywania głównie policjantów, że była świadkiem faktycznej, niewyimaginowanej zbrodni popełnionej w domu naprzeciwko, a już zmienia front. Już nabiera pewności, że jednak się myliła i zaczyna przygotowania do czegoś, co w książce przedstawiono... bo ja wiem, bardziej subtelnie? Jakby filmowcy woleli upewnić się, że wszyscy wszystko dobrze zrozumieją. Jakby powątpiewali w inteligencję widza, obawiali się, że znajdą się tacy, którzy odczytają to nie tak, jak trzeba. A gdyby odpuścić sobie tą „sesję nagraniową” w dalszej partii filmu, gdyby wyrzucić te zbędne tłumaczenia... To i tak pewnie nikt nie miałby wątpliwości, co nasza bohaterka kombinuje. Tak myślę, ale absolutnej pewności nie mam i nie tylko co do tego jednego obszaru scenariusza Tracy'ego Lettsa. Właściwie to pojawiły się już głosy, że filmowa wersja „Kobiety w oknie” jest „zagmatwana”. Mało zrozumiała? Obawiam się, że film Jona Wrighta może zostać tak odebrany przez jakąś cześć widzów, bo to w końcu dość skrótowe podejście do historii wymyślonej przez człowieka „ukrywające się” pod pseudonimem A.J. Finn. Znajomość książki może więc nieco ułatwić odbiór jej ekranowej odsłony. Dzięki temu na pewno się nie pogubimy, co nie jest jeszcze równoznaczne z tym, że na pewno nie nadążymy za scenariuszem, jeśli zastosujemy odwrotną kolejność albo sprowadzimy swoją znajomość z „Kobietą w oknie” tylko do propozycji Joego Wrighta. Nie na pewno, ale jakieś tam ryzyko jest.

Książka bardzo dobra, film przeciętny. Takie moje zdanie na temat kobiet w oknach. Nie że jakaś prawda objawiona. Jedni wolą to, inni tamto, wiadomo. A jeszcze inni ani to, ani tamto. Faktem bezspornym jest, że filmowa „Kobieta w oknie” to szczuplejsza wersja swojej literackiej odpowiedniczki, swojego pierwowzoru stworzonego przez A.J. Finna (właściwie Daniela Mallory'ego). Jeśli zaś chodzi o emocje, to już kwestia indywidualna. Na mnie zdecydowanie lepiej działała książka i nie tylko dlatego, ze poszła na pierwszy ogień. Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że jej ekranizację, czy jak kto woli adaptację w reżyserii Joego Wrighta bardziej przemęczyłam, niż obejrzałam. Nie było tak źle. Ani dobrze. Tak średnio na jeża.

piątek, 14 maja 2021

A.J. Finn „Kobieta w oknie”

 

Cierpiąca na agorafobię, nadużywająca alkoholu, kiedyś czynna psycholog dziecięca, Anna Fox, mieszka w dużym domu w Nowym Jorku. Suterenę wynajmuje młodemu mężczyźnie, Davidowi Wintersowi, z którym jednak nie łączą jej bliskie stosunki. Większość czasu Anna spędza samotnie, uwięziona we własnym domu. Jakiś czas temu kobieta rozstała się ze swoim mężem Edem, który przejął opiekę nad ich jedynym dzieckiem, ośmioletnią Olivią, a ich kontakty z Anną ograniczają się do rozmów telefonicznych. Jedną z ulubionych rozrywek samotnej kobiety jest obserwowanie ludzi mieszkających w sąsiedztwie. Kiedy do domu naprzeciwko wprowadza się trzyosobowa rodzina Russellów, Anna skupia na nich prawie całą swoją uwagę. Zaprzyjaźnia się z Jane Russell i jej szesnastoletnim synem Ethanem, który najwyraźniej boi się swojego ojca, Alistaira. Niebawem w domu naprzeciwko dochodzi do strasznego wydarzenia, które rozgrywa się na oczach przerażonej Anny.

A.J. Finn to pseudonim literacki Amerykanina Daniela Mallory'ego, a po raz pierwszy wydana w 2018 roku bestsellerowa powieść „Kobieta w oknie” (oryg. „The Woman in the Window”) to jego literacki debiut. Podpisanie tego dzieła wymyślonym nazwiskiem było swego rodzaju zabezpieczeniem: autor uznał, że czułby się niezręcznie w wydawnictwie, w którym pracował, gdyby jego książka się nie sprzedawała. Finn co prawda nie ukrywa swojej sympatii do historii w rodzaju „Milczenia owiec” Thomasa Harrisa - klasycznych thrillerów o seryjnych zabójcach – ale po lekturze „Zaginionej dziewczyny” Gillian Flynn doszedł do wniosku, że jako pisarz lepiej odnajdzie się w tego rodzaju klimatach. To był główny impuls, ale Finn nie ukrywa, że inspirował się też twórczością Agathy Christie, Ruth Ware, Patricii Highsmith i Alfreda Hitchcocka. Nie przyznaje się natomiast do zapożyczeń z „Psychopaty”, filmu w reżyserii Jona Amiela, które najdobitniej wytknięto mu na łamach New Yorkera, w demaskacyjnym artykule na temat kłamstw Daniela Mallory'ego. Kłamał, że zrobił doktorat na Uniwersytecie Oksfordzkim, kłamał, że zdiagnozowano u niego guza mózgu i że jego matka umarła na raka, a brat popełnił samobójstwo. A to tylko niektóre z jego fantastycznych opowieści. W odpowiedzi Mallory wydał oświadczenie, w którym przyznał się do większości zarzutów postawionych mu przez The New Yorker, jako usprawiedliwienie podając chorobę afektywną dwubiegunową, którą podobno u niego rozpoznano.

Przełożony na ekran przez Joego Wrighta (Netflix, 2021 rok) hitowy thriller psychologiczny napisany przez człowieka, który „stworzył nowego siebie”. Patologicznego kłamcy, czy po prostu niezbyt dobrego marketingowca. Tak czy inaczej człowieka, który podawał do wiadomości publicznej fałszywe informacje na swój temat. „Kobieta w oknie” A.J. Finna, powieść rekomendowana między innymi przez Stephena Kinga, opiera się na dobrze znanym fanom gatunku motywie podglądactwa, a ściślej obserwowania sąsiadów z własnego domu. Przykłady: „Okno na podwórze” Alfreda Hitchcocka, częściowo inspirowany nim „Świadek mimo woli” Briana De Palmy, „Niepokój” D.J. Caruso. Dwa pierwsze tytuły i „Powiększenie” Michelangelo Antonioniego A.J. Finn wskazuje w swojej powieści jako te, które w pewnym sensie przekładają się na życie Anny Fox. W największym stopniu, bo tytułowa bohaterka i jednocześnie narratorka „Kobiety w oknie”, miłośniczka starego kina, nie szczędzi nam innych, drobniejszych skojarzeń z kultowymi produkcjami. Ale „Psychopaty” Jona Amiela chyba nie widziała... Co innego „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego. Z czasem Anna Fox w jakimś stopniu utożsamia się z Rosemary Woodhouse. Samotnie tkwiąca w centrum jakiegoś potwornego spisku albo dryfująca w oparach paranoi. Ta uwięziona w czterech ścianach swojego trzypiętrowego domu (plus suterena), stojącego przy do niedawna spokojnej ulicy Nowego Jorku, schorowana kobieta, teoretycznie nie jest wiarygodnym świadkiem. Na pewno nie dla policji, ale mam powody przypuszczać, że zapatrywania czytelników będą zgoda odmienne. Autor „Kobiety w oknie” daje nam co prawda rozliczne dowody na to, że Anna Fox nie jest osobą godną zaufania, ale doświadczenie z tego rodzaju opowieściami podpowiada co innego. Jeśli masz już jakieś rozeznanie w motywie, na którym Finn w największym stopniu oparł swoją przebojową historię, to chcąc nie chcąc, zapewne niezachwianie będziesz trzymał się wersji, w którą z czasem przestanie wierzyć nawet Anna. Świadek mimo woli. Przyznaję, że mimo wszystko tliła się we mnie nadzieja, że Finn obierze inny kierunek. Doprowadzi ten sprawdzony motyw podglądania sąsiadów na bodaj dziewicze terytorium. Na pewno zdecydowanie rzadziej eksploatowane, bo powiedziecie sami: ile znacie opowieści o podglądaczach-domatorach, którzy zobaczyli coś, czego nie było? Nie zdradzę, czy „Kobieta w oknie” zaspokoiła ten mój apetyt na historię osoby, która „się pomyliła”. Której coś się pomieszało. Mieszają się jej na pewno silne leki psychotropowe z alkoholem. Te pierwsze, wbrew zaleceniom swojego psychiatry, Anna przyjmuje nieregularnie – niektóre dawki pomija, inne niebezpiecznie zwiększa – ale za to pilnuje, by organizm był dobrze nawodniony. Winem, którego zawsze ma pod dostatkiem. Ma też pokaźną kolekcję płyt DVD ze starymi, w większości czarno-białymi filmami, przy których spędza prawie każdy wieczór. Za dnia natomiast zwykła szukać rozrywki w sąsiedztwie – podglądając życie innych przez okna swojego nigdy niewietrzonego, można powiedzieć dość szczelnie zamkniętego wielkiego domu – i udzielać porad użytkownikom strony internetowej stworzonej z myślą o osobach, które tak jak Anna, zmagają się z agorafobią. Zespół stresu pourazowego, depresja, zespół lęku napadowego: to też widnieje w historii choroby naszej bohaterki. A cały ten koszmar zaczął się niecały rok temu. Jeszcze przed albo już po odejściu jej męża Eda i ośmioletniej córki Olivii, z którymi utrzymuje wyłącznie kontakt telefoniczny.

Główna bohaterka „Kobiety w oknie” A.J. Finna to ten typ postaci, który przyciąga mimo, powiedzmy, dość trudnego charakteru. Autor nie poszedł na łatwiznę, nie stworzył tutaj portretu pozbawionego jakichkolwiek większych pęknięć, osobowości, praktycznie wypranej z wad, jednostki, której sumienia nic nie obciąża. Anna Fox odkrywa się przed nami powoli – kawałek po kawałku Finn obnaża tę złożoną postać. Ani czarną, ani białą. Taką, której trudno nie współczuć (i to mocno), z którą da się zaprzyjaźnić. Stworzyć silną więź mimo przeszkód, jakie przed nami stawia. Momentami tak jakby odpychała mnie od siebie, nie wkładając w to jednak całej siły. Niezbyt zdecydowanie, niechętnie, w głębi duszy licząc na to, że jednak nie odwrócimy się od niej. Zostaniemy przy niej, choćby tylko dlatego, że tak wielu już odeszło. Anna Fox bardzo potrzebuje bliskości drugiego człowieka, rozpaczliwie się jej domaga. To się czuje, choć czasami każe nam myśleć, że nie zasługuje na naszą sympatię. Że nie jest osobą, o przyjaźń z którą warto zabiegać. Niegodną zaufania, siejącą zniszczenie, a przynajmniej silnie raniącą nawet osoby, które nie są jej obojętne. Rodzinę, przyjaciół, znajomych... sąsiadów? Oskarżenia, które Anna rzuca pod adresem swoich nowych sąsiadów, oczywiście mogą się okazać mocno krzywdzące, ale to raczej wątpliwe. Z otwartymi ramionami przyjęłabym taki obrót spraw, ale rozsądek podpowiadał, żeby trzymać się wersji, że Anna naprawdę widziała... no to, co widziała. Założyć, że Finn będzie trzymał się znanej strategii, że nie wyjdzie poza twardy schemat opowieści o ludziach podglądających z domu sąsiadów. Trochę jednak poeksperymentował. Zapuścił się w rejony, której raczej nie kojarzą się z koncepcją, od której autor „Kobiety w oknie” wyszedł. Nie kojarzą się z motywem spopularyzowanym przez Alfreda Hitchcocka („Okno na podwórze” z 1954 roku), tylko... na przykład z „Psychopatą” Jona Amiela, do zapożyczeń, z którego Finn się jednak nie przyznaje (pytanie: czy można mu wierzyć?) i już w mniejszym stopniu z „Dzieckiem Rosemary” Romana Polańskiego, do czego już się przyznaje. Dodatkową atrakcją jest też motyw, który ma ujawnić się później. W moim przypadku nie zagrało to zgodnie z oczekiwaniami autora – wierzcie lub nie, ale już na początku lektury tę rzecz rozszyfrowałam – wielkiej niespodzianki nie było, ale i tak uważam, że ta historia wzmacnia „Kobietę w oknie”. Przewidywalna, ale skuteczna pod innymi względami. Dostarczycielka innych emocji i co najważniejsze korzystnie wpływająca na naszą relację z czołową postacią tej naprawdę klaustrofobicznej opowieści. Poczucie ciasnoty, zamknięcie na ograniczonej i coraz to mniej bezpiecznej przestrzeni. Poczucie beznadziei, obserwowanie nader smutnego, boleśnie samotnego życia w cichym, dusznym, trochę zaniedbanym domu. Paranoja, narastające szaleństwo w obliczu, jak się wydaje, jak najbardziej realnego zagrożenia. Innymi słowy, choć miałam pewność, że racja jest po stronie tytułowej bohaterki książki, to i tak czułam się jakbym przebywała w umyśle osoby, która obsesyjnie wietrzy spiski tam, gdzie ich nie ma. Paranoja mnie dopadła, i to nieomal tak silna jakiej niezmiennie doświadczam czytając „Dziecko Rosemary” Iry Levina, czy oglądając jego ekranizację w reżyserii Romana Polańskiego. Klimat „Kobiety w oknie” jest po prostu cudowny. Cudowne są emocje, jakich dostarcza, ta, bądźmy szczerzy, nieoryginalna opowieść (na marginesie: swoje robią też stare filmy, które ogląda i rozpamiętuje nasza bohaterka – tak dla atmosfery, jak fabuły, rozwoju akcji w domu, który dla Anny jest zarazem schronieniem, jak więzieniem, potencjalnie śmiertelnie niebezpieczną pułapką). W dużym stopniu przewidywalna – takiego finału się nie spodziewałam, ale nie mogę powiedzieć, że przyjęłam go z satysfakcją: jakieś to takie znajome (nawet wiem, gdzie to widziałam), jakieś takie banalne – ale mająca w sobie to coś. Kusi, nęci, przyciąga, wciąga. I nie kończy się wraz z przeczytaniem ostatniej strony. Zostaje z tobą na dłużej. Wraca jak bumerang, każe o sobie myśleć, wspominać te chwile z nadużywającą alkoholu, uwięzioną w domu przez chorobę, kobietą, która na swoje nieszczęście szukała ucieczki od nudy w podglądaniu sąsiadów. Uciekła od monotonii dnia codziennego, od szarego, wyniszczającego, samotnego życia w realia przypominające filmy, które niemal codziennie z lubością ogląda. Anna Fox wchodzi na niepewny, grząski grunt i nawet nie może mieć pewności, czy to się dzieje naprawdę, czy tylko w jej głowie. W jej niestabilnym, zamroczonym alkoholem i lekami, potwornie umęczonym umyśle, do którego A.J. Finn każe nam wejść naprawdę głęboko.

Kobieta w oknie”: elektryzująca, niepowierzchownie rozpisana, mroczna, pierwsza od A.J. Finna (właściwie Daniela Mallory'ego). Jeden z najgłośniejszych powieściowych debiutów ostatnich lat. Historia co prawda niezbyt świeża, oparta na sprawdzonych pomysłach, ale dająca też coś od siebie. Przewidywalna, ale diabelnie klimatyczna. Po prostu bardzo dobrze się czytająca. Mocno wciągająca, uzależniająca opowieść o kobiecie, która widziała za dużo. To takie moje, subiektywne, podsumowanie tej bestsellerowej powieści, która w 2021 roku doczekała się swojej filmowej wersji. Nie nie wszyscy, oczywiście, się z tymi słowami zgodzą. Ale polecam wszystkim fanom literackich thrillerów psychologicznych. Tak sobie „odważnie” uogólnię.

środa, 12 maja 2021

„Syndrom Pinocchia” (1996)

 

Tampa na Florydzie. Vincent Gotto zostaje skazany za zabójstwo swojego kilkuletniego syna, ale opinia publiczna jest przekonana, że odpowiada też za śmierć paru innych dzieci. Jego obrońca, prawniczka z urzędu Jennifer Garrick, jako jedyna nie wierzy, że jej klient jest seryjnym zabójcą. Zakłada, że Gotto kogoś kryje, ale nie potrafi wyjaśnić, dlaczego miałby to robić. Jednym z dowodów w sprawie jest drewniana marionetka wyobrażająca Pinokia, którą Vincent Gotto swego czasu wystrugał dla syna. Traf chce, że zabawka trafia w ręce ośmioletniej córki Jennifer, Zoe, która od rozwodu rodziców uczęszcza na terapię psychologiczną. Dziewczynka szybko przywiązuje się do Pinokia. Traktuje lalkę jak żywą istotę, najlepszego przyjaciela, z którym zawsze może porozmawiać i się pobawić. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że Pinokio bywa bardzo niegrzeczny. Niebezpieczny. Zoe stara się skłonić go do zmiany zachowania, ale uparta lalka ani myśli rezygnować ze swojej krwawej działalności.

Syndrom Pinocchia” (oryg. „Pinocchio's Revenge”, znany też jako po prostu „Pinocchio”) to mieszanka slashera i dreszczowca psychologicznego w reżyserii i na podstawie scenariusza Kevina Tenneya, twórcy między innymi „Diabelskiej planszy” (1986), „Nocy demonów” (1988) i „Zemsty czarownika” (1989). Choć Tenney był zadowolony z ostatecznego kształtu „Syndromu Pinocchia”, przyznał, że nigdy nie napisałby tego scenariusza, gdyby nie dostał na niego zlecenia. Firma Trimark Pictures zażyczyła sobie czegoś w stylu „Laleczki Chucky” Toma Hollanda i „Karła” Marka Jonesa, a Tenney uznał, że warto odnieść się też do „Magii” Richarda Attenborougha. „To prawda, to [„Syndrom Pinocchcia”] nie Magia, ale w końcu nie miałem Anthony'ego Hopkinsa, prawda?” - stwierdził w jednym z wywiadów, dodając jednak, że uważa, iż udało mu się znaleźć kompromis między wymaganiami dystrybutora i swoimi ciągotami. Jednego tylko nie może przeboleć – zmiany tytułu dokonanej przez dystrybutora. Kevin Tenney nazwał ten projekt „The Pinocchio Syndrome”, ale firma Trimark Pictures przemianowała go na „Pinocchio's Revenge”. Reżyser i scenarzysta przedmiotowego obrazu żartuje sobie, że w poprzednim życiu musiał obrazić Walta Disneya, a zmiana tytułu jego wersji „Pinokia” to jego kara.

Laki, lalki, straszne lalki. Tym razem padło na Pinokia, niegrzecznego drewnianego pajacyka stworzonego przez pisarza Carla Collodiego (powieść dla dzieci, która pierwotnie wychodziła w odcinkach w latach 1881-1883), ale obecnie bardziej znana w interpretacji stajni Walta Disneya. „Pinokio” w wydaniu Kevina Tenneya to coś zupełnie innego. Żadna tam bajka dla (nie)grzecznych dzieci o pajacyku, który marzył o staniu się prawdziwym chłopcem, tylko opowieść z dreszczykiem o ośmioletniej dziewczynce, która w swoim przekonaniu na przyjaciela wybrała sobie zabójcę w postaci drewnianej marionetki. Moim zdaniem największą siłą „Syndromu Pinocchia” (dlaczego nie „Syndrom Pinokia”?) jest zabieg, który Tenney najpewniej podpatrzył w „Magii” Richarda Attenborougha, przy czym wyraźniej go zaznaczył. Niby wszystko jest oczywiste, ale po bliższym przyjrzeniu, można zacząć się zastanawiać. Tym razem widz „zostanie zaprogramowany” na rzecz o morderczej lalce, nie zaś o mocno zaburzonej ludzkiej istocie, która za swoje zbrodnie obwinia Bogu ducha winną zabawkę. Czyli poniekąd od „Magii” w „Laleczkę Chucky” Toma Hollanda. Nowa właścicielka podejrzanej lalki, ośmioletnia Zoe Garrick, co prawda znalazła się w kręgu podejrzeń niektórych dorosłych, ale Tenney dba o to, by widz patrzył na Zoe, jak na Andy'ego Barclaya (Holland wprawdzie dążył do czegoś innego, ale cóż... niezbyt się do tego przyłożył)  – kolejną ofiarę ożywionej lalki. Innymi słowy odbiorca ma twardo opowiadać się po stronie dziewczynki, ale tylko do czasu. I jego wątpliwości nie ominą, i on wkrótce zacznie się zastanawiać, czy aby „nie udzieliło mu się szaleństwo” jedynego dziecka Jennifer Garrick, przekonująco wykreowanej przez Rosalind Allen, czego niestety nie mogę już powiedzieć o kreacji małej Brittany Alyse Smith (Zoe). Wypada jednak wspomnieć, że Kevin Tenney był zachwycony rezultatem pracy tej ostatniej, z którą swoją drogą zaskakująco, zważywszy na jej wiek, dobrze mu się współpracowało (prawdziwa profesjonalistka). Wracając do fabuły. Film otwiera zatrzymanie, na gorącym uczynku, mężczyzny, który prawdopodobnie pozbawił życia kilkoro dzieci, w tym swojego rodzonego syna. Z braku dowodów prokuratura ograniczyła akt oskarżenia do jednego zabójstwa: zabójstwa jego nieletniego syna. Obronę (z urzędu) tego człowieka powierzono Jennifer Garrick, która po zbadaniu sprawy nabrała przekonania, że jej klient z jakiegoś sobie tylko znanego powodu, próbuje wziąć na siebie winę także za zbrodnie dokonane przez kogoś innego. Dlaczego to robi? Może dlatego, że jego los i tak jest już przesądzony, a opowiadanie o zabójczej lalce raczej mu nie pomoże? Wręcz przeciwnie: ludzie zapamiętają go jako bredzącego wariata, czego zdecydowanie wolałby uniknąć. Nie ma za to ochoty przedłużać swojego życia na tym padole. W przeciwieństwie do Jennifer, nie chce zawalczyć o łagodniejszy wymiar kary. Woli krzesło elektryczne, bo czuje, że teraz, po stracie jedynego dziecka, nie ma już po co żyć. Syna, którego własnoręcznie zabił i nie wygląda na to, aby tego żałował. Kochał go, ale nie żałuje, że z powodzeniem targnął się na jego życie... Zastanawiająca rzecz, którą zgłębimy niejako z perspektywy innej rodziny. Rodziny, która przyjęła pod swój dach ulubioną zabawkę chłopca zamordowanego przez swojego rodziciela. Drewnianą marionetkę, którą ostatni klient Jennifer Garrick swego czasu wystrugał dla swojego jedynego dziecka i w jej przekonaniu (w którym jest osamotniona) jego jedynej śmiertelnej ofiary.

Grzeczne lata 90-te XX wieku (generalizacja). Gdyby „Syndrom Pinocchia” powstał w poprzedniej dekadzie, gdyby Kevin Tenney - przypomnijmy twórca dość makabrycznej „Nocy demonów” - nakręcił ten obraz zaledwie parę lat wcześniej, to prawdopodobnie znacznie zyskałby on na jakości. To znaczy, przynajmniej w oczach tych jego odbiorców, którzy oczekiwali czegoś deczko mocniejszego. „Syndrom Pinocchia” utrzymano w klimacie, który może nasuwać niepożądane skojarzenia z kinem familijnym. Co prawda kolorystyka jest odrobinkę przymglona, przyblakła, ale nie jest to jeszcze ta szarości, jakiej można oczekiwać od tego rodzaju opowieści. Mrok też jest raczej bezpieczny: niedostatecznie lepki, niebudzący podskórnego niepokoju, niewprawiający w silniejszy dyskomfort emocjonalny. A i napięcie narasta dosyć niemrawo. Również w scenach, które niewątpliwie miały służyć przede wszystkim potęgowaniu niewygodnych emocji, wzmacnianiu poczucia nieuchronnie zbliżającego się śmiertelnego zagrożenia – coś złego się tu zakrada, coś ruszyło na polowanie i tym czymś najprawdopodobniej jest drewniana marionetka, nieplanowany prezent urodzinowy. Zoe Garrick od rozwodu rodziców, od odejścia ojca, który jednak niestrudzenia zabiega o kontakty z córką – Jennifer też zależy na tym, żeby Zoe miała jak najlepsze relacje z ojcem, ale dziewczynka nie chce z nim rozmawiać, ponieważ obwinia go za rozpad ich małej rodziny – zmaga się z koszmarami sennymi, a jej terapeuta na dodatek podejrzewa, że są w niej spore pokłady wściekłości, dla której może nie znaleźć bezpiecznego ujścia. Mężczyzna ma powody sądzić, że dziewczynka jest skłonna do agresywnych zachowań. Niedługo po pojawianiu się niezbyt przyjemnej, a powiedziałabym nawet, że dość upiornie wyglądającej lalki (w kinie grozy to taki zwyczaj: dawać dziecku straszną zabawkę, chociaż... w tym przypadku dziewczynka raczej sama ją sobie sprezentowała), zaczynają ziszczać się obawy psychologa Zoe. W każdym razie on wydaje się być pewien, że wypadki, do jakich dochodzi w otoczeniu jego małej pacjentki, tak naprawdę są powodowane przez nią samą. Jennifer odrzuca taką możliwości – właściwie reaguje oburzeniem na te potworne oskarżenia wysnuwane przez „przemądrzałego doktorka”. Jennifer nie tyle święcie wierzy, ile chce wierzyć, że jej córka nie ponosi winy za te wszystkie (aż dwa) nie tak znowu krwawe zdarzenia, do jakich doszło niedługo po jej ósmych urodzinach. Niedługo? No, powiedzmy, że trochę cierpliwości Kevin Tenney od nas wymaga. Fabuła rozwija się nieśpiesznie, intryga zagęszcza się w mało slasherowym stylu. Pierwszym partiom „Syndromu Pinocchia”, Tenney w moim poczuciu nadał bardziej formę thrillera psychologicznego. W ten gatunek, uważam, celował częściej – a może po prostu tak mu się niechcący trafiło – podczas przeprowadzania nas przez pierwszy etap niezwykłej przyjaźni dziecka z nową zabawką. Jedyny taki egzemplarz na całym świecie. Marionetka wystrugana przez mężczyznę, który później dopuścił się przynajmniej jednej odrażającej zbrodni. Wystrugana z myślą o jego jedynym dziecku. Ale o jej wyjątkowości świadczy przede wszystkim jej niespotykana żywotność. To żyje! I zabija. Każdego, kto w jakiś sposób się jej naraził. Jej albo jej młodziutkiej przyjaciółce. Zoe tego nie chce. Więcej: próbuje przemówić niegrzecznej lalce do rozumu. Zresocjalizować gagatka i jednocześnie dochować sekretu, który jej powierzył. To ostatnie nie najlepiej jej wprawdzie wychodzi, ale Pinokio nie zawraca sobie tym zbytnio głowy. Bo kto da wiarę opowieściom dziecka o chodzącej samopas i mówiącej lalce? Sytuacja wprost wymarzona dla siewcy śmierci. Charles Lee Ray najwyraźniej nie przemyślał tego zbyt dobrze. Jeśli czujesz nieodpartą potrzebą zabijania, jeśli masz zamiar zaspokajać swój morderczy apetyt, mieć pełną swobodę działania, to lepiej być lalką niż człowiekiem. To uśmiech losu, a nie przekleństwo, panie Lee Ray. I Pinokio zdaje się to rozumieć. To nie Disney. Nic nie wskazuje na to, by ten Pinokio marzył o zastąpieniu swojej drewnianej powłoki powłoką cielesną. O zostaniu prawdziwym chłopcem. Albo mężczyzną, bo lalka, która ma szansę przyprawić o szybsze bicie serca przynajmniej (przynajmniej!) osoby dotknięte pediofobią, nie ma mentalności dziecka. Widać, że nasz Pinokio swoje już przeżył, a teraz okrutnie manipuluje ośmiolatką, dla której ta przyjaźń jest wybawieniem od straszliwej samotności. Najwięcej wolnego czasu Zoe spędza ze swoją młodą opiekunką, Sophią (przyzwoity występ Candace McKenzie), która pomaga też Jennifer w prowadzeniu gospodarstwa domowego. A od kiedy matka Zoe porzuciła prywatną praktykę adwokacką i przeszła do sektora publicznego, dziewczynka nie narzeka też na brak kontaktu z matką. Zdecydowanie częściej ją widuje. Ale choć Zoe temu zaprzecza, brakuje jej ojca. Całkiem możliwe, że nawet sobie tego nie uświadamia, że ta naturalna przecież potrzeba została w pewnym sensie zepchnięta do podświadomości, stłumiona przez dziecko, które zawiodło się na swoim rodzicu. Zoe nie ma też przyjaciół wśród swoich rówieśników. Tylko szkolne, bardzo luźne, znajomości. Nic więc dziwnego, że kiedy wreszcie odnajduje tę upragnioną, wytęsknioną przyjaźń, nie chce z niej rezygnować nawet wtedy, gdy ma już pewność, że jej wierny kompan stanowi zagrożenie dla innych. „Syndrom Pinocchia” to taki dziwny produkt, w którym „maniera telewizyjna” (technika przypominająca ugrzecznione filmy kręcone w XX wieku na potrzeby małego ekrany, ale w sumie można też pomyśleć o utrzymanych w lżejszej tonacji horrorach, nakręconych niewielkim kosztem z myślą o szerzej zakrojonej dystrybucji) miesza się z pewnym wysublimowaniem. Te przenikające, nakładające się na siebie obrazy na tle głowy przeklętej lalki (szczególnie uwypuklono nieruchome, puste spojrzenie, jej zimno-niebieskie martwe oczy). To pomysłowe, dobrze pomyślane, prowadzenie kamery w trakcie wybranych wędrówek małego, zabójczego stworzenia: efektowne, acz niezbyt mocno trzymające w napięciu, ujęcia subiektywne. A zakończenie, mmm. To dopiero COŚ. To dopiero finał! Tylko... po co ten epilog?

Thriller psychologiczny i slasher w jednym. Najpierw bardziej dreszczowiec, potem już bardziej horror z nurtu slash. W delikatniejszym wydaniu, ale jednak. „Syndom Pinocchia” Kevina Tenneya to jedna z mniej znanych opowieści o niedobrej lalce. Produkt zapomniany, ignorowany, niekochany. Taka sierotka, która, moim zdaniem, nie może się równać z „Magią” Richarda Attenborougha, ale czy tak daleko jej do nieśmiertelnej, ponadczasowej, hitowej „Laleczki Chucky” Toma Hollanda? No nie wiem. „Syndrom Pinocchia” na pewno lepiej się kończy. Są też u Tenneya techniczne, wręcz artystyczne smaczki, jakich nie zobaczymy w podejściu Hollanda do motywu zabójczej lalki. Ale za to znajdziemy tam więcej mroku, zręczniejszą żonglerkę napięciem i nie zapominajmy, barwniejszy czarny charakter. Co nie znaczy, że Tenneyowsi Pinokio jest zły. To znaczy jest zły, ale w innym sensie. To na wskroś zepsute drewniane chłopaczysko, które w horrorze wyglądem może się szczycić. A że jego działalność nie jest jakoś szczególnie makabryczna, że „Syndrom Pinocchia” pod tym kątem znacznie odstaje od „Nocy demonów”, opus magnum Kevina Tenneya... „Laleczka Chucky” też krwią obficie nie spływa i jakoś ciągle utrzymuje się na powierzchni (tak, tak, duże niedopowiedzenie, zważywszy na jej ogromną, praktycznie niesłabnącą popularność). Więc i tej mało krwistej horrorowej „siekaninie” wypada dać szansę. Nie skreślać z góry, zwłaszcza, że to taki, powiedzmy, ambitniejszy slasherek. Takie bardziej psychologiczne podejście do tematu... lilipuciego zabójcy.

poniedziałek, 10 maja 2021

Andy Weir „Projekt Hail Mary”

 

Nauczyciel przyrody, Ryland Grace, wychodzi ze śpiączki na pokładzie statku kosmicznego Hail Mary będącego w trakcie podróży międzygwiezdnej. Jego towarzysze nie żyją, a on nie pamięta jak się nazywa, jak się tutaj znalazł i jaki jest cel jego misji. Szybko jednak odkrywa, że znajduje się w innym Układzie Słonecznym, a wspomnienia stopniowo do niego wracają. Grace przypomina sobie, że został zwerbowany do ogólnoświatowego Projektu Hail Mary przez kierującą nim Evę Stratt, której nadano specjalne, praktycznie nieograniczone, uprawienia po odkryciu, że Słońce powoli umiera. Pasażer statku Hail Mary uświadamia sobie, że jest jedyną nadzieją ludzkości i że on sam najpewniej nie wyjdzie z tego cało. Wszystko wskazuje na to, że jest zdany wyłącznie na siebie, ale u celu tej kosmicznej podróży naukowiec... dokona kolejnego wiekopomnego odkrycia.

Pierwotnie wydana w 2021 roku powieść science fiction pt. „Project Hail Mary” (pol. „Projekt Hail Mary”) to kolejne dzieło amerykańskiego pisarza, zdobywcy między innymi The Astounding Award for Best New Writer (dawniej John W. Campbell Award for Best New Writer), Andy'ego Weira, któremu światową sławę przyniosła powieść „The Martian” (pol. „Marsjanin”), w wersji papierowej po raz pierwszy opublikowana w 2014 roku (wcześniej Weir wrzucał ją w odcinkach na swoją stronę internetową, a w 2012 roku na prośbę czytelników udostępnił „Marsjanina” na Amazon Kindle). W 2015 roku swoją premierę miał wysokobudżetowy film w reżyserii Ridleya Scotta oparty na tym utworze Weira. Scenariusz napisał Drew Goddard, między innymi reżyser i współscenarzysta „Domu w głębi lasu” (2011), któremu powierzono również napisanie scenariusza „Projektu Hail Mary” - szykowanej adaptacji/ekranizacji książki Andy'ego Weira z Ryanem Goslingiem w roli głównej.

Między „Marsjaninem” a powieścią „Artemis”, która swoją światową premierę miała w 2017 roku, Andy Weir – człowiek, który już w piętnastym roku życia rozpoczął pracę w charakterze programisty komputerowego – pracował nad powieścią, której roboczo nadał tytuł „Zhek”. Gdy książka miała już około siedemdziesięciu tysięcy słów, doszedł do wniosku, że nic z tego nie będzie. Fabuła jakoś się nie składała, a postacie w jego mniemaniu były nieciekawe. Zarzucił więc ten projekt, ale po namyśle uznał, że niektóre pomysły są na tyle interesujące, że niemądrze byłoby pozwolić im tak po prostu umrzeć. I nie pozwolił – wykorzystał je w „Projekcie Hail Mary”, dość długiej i wymagającej powieści science fiction, której głównym bohaterem, pełniącym również rolę narratora, jest nauczyciel przyrody Ryland Grace. To moje pierwsze spotkanie z prozą Andy'ego Weira, imponującego umysłu ścisłego. Rozległa wiedza (fizyka, matematyka, chemia, technika, technologia) tego amerykańskiego powieściopisarza, szczerze mówiąc, trochę mnie przytłoczyła. O „Marsjaninie” mówi się, że to bardziej science fact niż science fiction – nie wiem, nie czytałam, ale z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że oba te określenia pasują do utworu będącego przedmiotem niniejszego dyletanckiego omówienia. Weir jest całkiem niezłym wykładowcą, bo jak by nie patrzeć, udało mu się wytłumaczyć co nieco takiej ignorantce w zakresie nauk ścisłych i technicznych, jak ja. A to już duży sukces, bo w końcu „przemawiał do” wyjątkowo niepojętnej uczennicy. Do osoby, dla której nauki ścisłe to czarna magia. Powiem więcej: już na początku „Projektu Hail Mary” trochę spanikowałam. Instynkt kazał mi uciekać od tej grubaśnej „rozprawy w dziedzinie nauk tajemnych”, ale jak widać, nie usłuchałam i nie powiem, żebym tego żałowała. Nie będę czarować – nie była to dla mnie przeprawa łatwa i zawsze przyjemna. „Projekt Hail Mary” wymagał ode mnie nadludzkiego wręcz skupienia i... wielokrotnego studiowania niektórych akapitów. Czytania w kółko zaledwie paru zdań. Teraz widzicie jak ciężko wytłumaczyć mi rzeczy, które najpewniej dla niejednego odbiorcy Weira będą oczywiste, choć obstawiam, że wśród tych szczęśliwców znajdą się jednostki, którym ta publikacja pozwoli jeszcze poszerzyć swoją wiedzą o... świecie. Bo w gruncie rzeczy autor „Projektu Hail Mary” skupia się na prawach, jakimi rządzi się wszechświat. To znaczy na tych, które ludzki umysł zdążył już zgłębić, ale nie należy zapominać, że to także powieść science fiction, więc można się spokojnie nastawiać na jakieś nowe, zdumiewające odkrycia. Z drugiej strony, gdyby wyrzucić te rozliczne wykłady naukowe, to przypuszczalnie doszlibyśmy do wniosku, że to dosyć konwencjonalne podejście do gatunku science fiction. Można powiedzieć, klasyczna wizja: jeden człowiek, oczywiście Amerykanin, z misją ratowania świata. Międzygwiezdna podróż w jedną stronę i nader zaskakujący sojusz. Nieprzewidziane spotkanie, które dla fanów gatunku żadnym novum raczej nie będzie. Nie, jeśli mówimy o samym motywie, samym szkielecie fabularnym, bo trzeba autowi „Projektu Hail Mary” oddać, że dopełnił go owocami swojej własnej – całkiem bogatej zresztą – wyobraźni. Stworzył coś nowego na sprawdzonych fundamentach, na tradycyjnych rozwiązaniach w stajni fantastyczno-naukowej. Ta kosmiczna przygoda otwiera się nieprzyjemnym przebudzeniem głównego bohatera i zarazem umownego sprawozdawcy na pokładzie statku kosmicznego, na którym oprócz niego nie ma żadnych innych żywych istot ludzkich. Jego towarzysze nie żyją – z jakiegoś powodu nie przeżyli śpiączki farmakologicznej, w którą cała trzyosobowa załoga statku, została wprowadzona przed paroma laty – a jakby tego było mało, Rylanda dotknęła częściowa amnezja. Nieborak nie tylko nie wie, jak się nazywa ani czym wcześniej się zajmował, ale też nie ma bladego pojęcia dokąd zmierza i w jakim celu. Wspomnienia jednak stopniowo wracają i w ten oto sposób Andy Weir rozszczepia akcję powieści. Wprowadza drugi, retrospektywny, tor, który przez większość lektury będzie się nierównomiernie przeplatał z perypetiami Rylanda Grace'a na pokładzie statku kosmicznego Hail Mary.

Wszyscy musimy być gotowi na poświęcenia. Jeśli przypadnie mi w udziale rola kozła ofiarnego jako gwarancja ocalenia świata, to niech tak będzie […] Kiedy alternatywą jest zagłada całego naszego gatunku, wszystko staje się bardzo proste. Żadnych dylematów moralnych i rozważania, co jest dla kogo najlepsze. Tylko determinacja i skupienie na wykonaniu zadania.”

Czołowy bohater „Projektu Hail Mary” to bardzo sympatyczny gość, który nie przez przypadek, został wciągnięty w ogólnoświatową tytułową misję. Ujmując rzecz w wielkim skrócie, z powodu ingerencji jakiejś siły z zewnątrz - z którą bardzo dokładnie się zaznajomimy – Słońce gaśnie. Naukowcy z całego świata nie mają wątpliwości, że ta życiodajna gwiazda umrze, jeśli ludzkość szybko nie znajdzie sposobu na zażegnanie kryzysu. Wiemy już, że wymyślono pewien sposób (taka konstrukcja powieści), ale na bliższe szczegóły będziemy musieli trochę poczekać. Część retrospektywna nieśpiesznie, z imponującą dokładnością – to samo zresztą można powiedzieć o wydarzeniach toczących się w umownej teraźniejszości – przeprowadzi nas przez poprzednie życie Rylanda Grace'a. Przez ostatni rozdział jego dziejów na Ziemi. Bo ta międzygwiezdna wyprawa ma zakończyć się jego śmiercią. To samobójcza misja i można odnieść wrażenie, że nasz bohater dziwi się, że zdecydował się jej podjąć. Delikatnie mówiąc nie ma kompleksu herosa, a ujmując rzecz bardziej brutalnie, z natury jest człowiekiem raczej tchórzliwym. W każdym razie zanim zaangażowano go w ten projekt, nie zwykł podejmować większego ryzyka. Co prawda opublikował kontrowersyjną rozprawę naukową – pracę forsującą śmiały pogląd, która oburzyła znaczną część naukowego światka – ale przy pierwszej nadarzającej się okazji uciekł z placu boju. Zdania nie zmienił, ale przestał przekonywać innych do swoich racji. Dał sobie spokój z publikacjami naukowymi i zajął się nauczaniem przyrody. I tak było mu dobrze, dopóki na jego drodze nie stanęła Eva Stratt. Moja ulubiona postać „Projektu Hail Mary”. Kobieta bardzo zasadnicza, nieprzyjmująca sprzeciwu, nastawiona na działanie, a nie gadanie i szczera do bólu. Kobieta, której dano nadzwyczajne uprawienia – tak ogromne, że można ją uznać za drugą po Bogu. Tak, Stratt ma praktycznie nieograniczoną władzę we wszystkich krajach świata. Nie da się ukryć, że to dość ryzykowny ruch, że danie jej takiej swobody działania to przejaw odwagi graniczącej wręcz z głupotą. Już samo to świadczy o desperacji polityków, którzy raczej nie kojarzą mi się z „wielkodusznym” obdzielaniem innych swoim ulubionym narkotykiem (czytaj: władzą). Z drugiej strony w sytuacji, w jakiej nieoczekiwanie znalazła się ludzkość, to drastyczne posunięcie wydaje się opcją... najlepszą z możliwych. Niebezpieczną, ale gdy w niedalekiej perspektywie jest zagłada między innymi gatunku ludzkiego, to najlepiej połączyć siły. Działać wspólnie i oczywiście jak najbardziej efektywnie. Andy Weir proponuje więc scedowanie części władzy, przekazanie decyzyjności zaledwie jednej osobie i odrzucenie precz biurokracji. Bo jak powszechnie wiadomo, biurokracja nie jest naturalnym sprzymierzeńcem działania. Jak to się rozwinie, to sami musicie sprawdzić. Dodam tylko tyle, że relacja Rylanda Grace'a i Evy Stratt była dla mnie nie lada atrakcją. Ta dosyć szorstka, ale i na swój sposób zabawna (poczucie humoru Weira jak najbardziej do mnie trafia) przyjaźń, bo chyba tak to można nazwać, uprzyjemniała mi lekturę „Projektu Hail Mary” jeszcze bardziej niż druga, istotniejsza dla tej historii, relacja, która też będzie się rozwijać poniekąd na naszych oczach. Właściwie to Andy Weir poświęcił tej drugiej przyjaźni, której wolę bliżej nie przedstawiać, zdecydowanie więcej miejsca. Nie powiem, że to źle, bo jednak swoje dzięki temu przeżyłam. Emocje były i to nie zawsze przyjemne (przygnębianie, niepokój), choć najczęściej pożądane. Od czasu do czasu na statek Hail Mary - wydarzeń z przeszłości to nie dotyczy - wkradała się nuda. Co nie zawsze brało się z zagubienia w naukowych wywodach Weira. W zawiłościach fizyki, techniki, matematyki, rzadziej chemii i technologii, w których raczej częściej niż rzadziej błądziłam jak to dziecko we mgle. Bynajmniej nie dlatego, że autor nie starał się wszystkiego dokładnie objaśnić – po prostu taka ciemna masa się trafiła. Bywało, że w samym środku jakiejś akcji, w trakcie tego czy tamtego dramatycznego „aktu”, w miejsce podszytej obawą ekscytacji, wchodziło rozdrażnienie, zniecierpliwienie, znużenie. Za dużo suchych informacji, niesprzyjających budowaniu dramaturgii, szczegółów z działalności bohatera w obliczu nagłego zagrożenia; czynów i procesów myślowych zachodzących w jego skołowanej, ale nadal tęgiej głowie, gdy robi się naprawdę gorąco. Jak boleśnie przekona się Ryland Graca, ta międzygwiezdna wyprawa jest wprost najeżona niebezpieczeństwami. Zwalczysz jeden kryzys, a zaraz pojawia się kolejny, i tutaj muszę podkreślić, że niemała część takich zwrotów akcji niosła wyłącznie mile widziane emocje. Na szczęście marazm w ową rozpaczliwą walkę o życie w przestrzeni kosmicznej, nie wkradał się nazbyt często. A obawa o życie Rylanda Grace'a towarzyszyła mi praktycznie przez cały czas. Bo w końcu od tego człowieka zależy los nas wszystkich:) A na poważnie: Weirowi udało się stworzyć postać – i to nie jedną – do której trudno się nie przywiązać. Taki to przyjemniaczek, ten nasz kosmiczny wędrowiec, który z całą pewnością zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby wykonać powierzone mu arcyważne zadanie. Pytanie tylko, czy to wystarczy.

Projekt Hail Mary” Andy'ego Weira, autora między innymi hitowego „Marsjanina”, to powieść tyleż pasjonująca, co wymagająca. Wymagająca od czytelnika maksymalnego skupienia i już niekoniecznie dużego rozeznania w naukach ścisłych, ale jakaś wiedza w tym zakresie na pewno się przyda. Jeśli nie czujecie się pewnie na tym gruncie, to też jeszcze nic straconego – Andy Weir będzie cierpliwie tłumaczył i z własnego doświadczenia wiem, że nawet jeśli nie wszystko ładnie się przyswoi, to prawdopodobnie i tak przeżyjecie niemałą przygodę. Z tą może i przewidywalną, na pewno niegardzącą tradycyjnymi motywami, podpinającą się pod, zakładam, dobrze znaną fanom gatunku konwencję, całkiem obszerną powieścią science fiction, częściowo rozgrywającą się na Ziemi, a po części w przestrzeni kosmicznej. Ważne: szkielet fabularny wprawdzie znajomy, ale obudowany pomysłami własnymi. Pomysłami tej chodzącej skarbnicy wiedzy, jaką najwyraźniej jest Andy Weir. Człowiek, któremu wyobraźni i pisarskiej smykałki natura zresztą też nie poskąpiła. Można by bardziej uczuciowo tę historię poprowadzić, ale i tak jest czym się cieszyć.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


sobota, 8 maja 2021

„Zło czyha za drzwiami” (2020)

 

Fredrik, wdowiec wychowujący pięcioletniego syna Lukasa, i jego nowa partnerka Shirin kupują dom, połowę bliźniaka, którego druga część jest niezamieszkana. Zaraz po przeprowadzce mężczyzna, po konsultacji z Shirin, przyjmuje w pracy zlecenie, które wiąże się z jego częstą nieobecnością w domu. Niedługo po wyjeździe ojca Lukas zaprzyjaźnia się z chłopcem z sąsiedztwa, który, jak sądzi Shirin, jest wytworem jego wyobraźni. Zmienia zdanie, gdy sama zaczyna świadkować niezwykłym zjawiskom zachodzącym w jej nowym domu. Kiedy pokazują jej się upiorne istoty, które najprawdopodobniej mieszkają w drugiej połowie bliźniaka.

Szwedzki horror z nurtu ghost story „Zło czyha za drzwiami” (oryg. „Andra sidan”, ang. „The Other Side” aka „The Evil Next Door”) to pierwszy pełnometrażowy film w reżyserskiej karierze tak Torda Danielssona, jak Oskara Mellandera. Scenariusz napisali sami, jak utrzymują, inspirację czerpiąc z autentycznej historii. Danielsson wyjawił wprawdzie, że w domu szeregowym, w którym mieszka pewnego razu zarejestrował odgłosy dobywające się z sąsiedniego niezamieszkałego lokum, ale twórcy „Zło czyha za drzwiami” twierdzą, że głównym materiałem źródłowym była inna historia. Zaznaczając przy tym, że to bardzo swobodna interpretacja rzeczywistości – trochę jak z „Teksańską masakrą piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera, używając słów samego Torda Danielssona. Reżyserzy i scenarzyści „Zło czyha za drzwiami” nazywają go pierwszym szwedzkim czystym horrorem(!) - według nich wcześniejsze tak klasyfikowane szwedzkie obrazy były bardziej thrillerami, dramatami, slasherami lub filmami wampirycznymi (bo slasher to nie horror, a i wampiry w tym gatunku się nie pojawiają...). Albo, jak „Goście” Jacka Ersgarda, są już tak stare, przestarzałe, że „to coś innego”. Główni twórcy „Zło czyha za drzwiami” nie ukrywają, że uczyli się od Jamesa Wana – przeanalizowali jego techniki kręcenia filmów grozy – bo chcieli iść z duchem czasu. Stworzyć horror na wskroś nowoczesny, bez nostalgicznych wycieczek w przeszłość, czy wyraźniejszych odniesień do tak zwanej nowej fali horroru, choć sami lubią sobie takie rzeczy pooglądać.

Szwedzki horror w hollywoodzkim stylu. To źle i dobrze. Źle, bo zasadniczo cenię sobie skandynawskie klimaty, również szwedzkie podejścia do kina grozy, których nie ma zbyt wiele, więc tym bardziej chciałoby się, by „Zło czyha za drzwiami” Torda Danielssona i Oskara Mellandera było bardziej w tym duchu. Z drugiej strony muszę przyznać, że reżyserzy i jednocześnie scenarzyści rzeczonej produkcji okazali się całkiem uważnymi, dość pojętnymi „uczniami” twórcy między innymi „Naznaczonego” (2010) i „Obecności” (2013). Nie chcę przez to powiedzieć, że „Zło czyha za drzwiami” w moim mniemaniu dorównuje im jakością, ale na całym znanym mi tle „na wskroś nowoczesnych straszaków”, uważam, wypada zaskakująco dobrze. Zaskakująco, bo prawdę mówiąc, gdy już dotarło do mnie, że „Zło czyha za drzwiami” idzie za Hollywoodem, mentalnie przygotowałam się na zaciekłą walkę z pragnieniem przerwania seansu. Alarmujące dźwięki, tajemnicze sylwetki przemykające po świeżo zakupionym domu trzyosobowej rodziny, samorzutnie otwierające się drzwi, „jednostronne” rozmowy prowadzone przez najmłodszego członka familii i zabawy z tym jego na pewno nie wymyślonym przyjacielem. Nie, nie miałam najmniejszej ochoty na niekończące się „buu!” i kolejne podejście do motywu „wymyślonego przyjaciela”, który zawiązuje się tuż po – jakżeby inaczej – przeprowadzce do nowego, najpewniej owianego złą sławą, domu. Twarda konwencja i niewyszukane metody zasiewania w widzach niepokoju, niepewności, czy jak kto woli strachu. Przed nieznanym, przed czymś, co dla odmiany nie mieszka w domu zajmowanym przez rodzinę, której historię śledzimy. Niezupełnie, bo problematyczna nieruchomość to tak zwany bliźniak - Shirin i Fredrik kupują tę połowę, gdzie nadnaturalne istoty często manifestują swoją obecność, ale to raczej takie nieproszone sąsiedzkie wizyty, niż dzielenie przestrzeni mieszkalnej z niemile widzianymi śmiertelnikami. Duchy - bo wygląda na to, że z tego rodzaju istotami będzie musiała zmierzyć się główna bohaterka filmu, całkiem przekonująco wykreowana przez Dilan Gwyn (można ją kojarzyć choćby z „Draculą: Historią nieznaną” Gary'ego Shore'a) – swoje gniazdo mają za ścianą, w domu przylegającym do mieszkania naszej trzyosobowej rodzinki. Wyśmienity jest kontrast pomiędzy dwiema połówkami tego budynku mieszkalnego. Odremontowana, zadbana, nowocześnie urządzona część przytulona do zniszczonej, mrocznej połowy zamieszkałej przez nie mniej mroczne istoty. Wygląd obu tych złączonych ze sobą domów stanowi swoiste odbicie ich mieszkańców. Jasna i ciemna strona mocy. Ale można to też traktować jako dosłowne zespolenie błyszczącej nowoczesności z ponurym gotykiem. W ogóle cały klimat, jaki wypracowano dla tej, w gruncie rzeczy, konwencjonalnej opowieści jakoby luźno inspirowanej prawdziwą historią, przypomina gotyckie filmy grozy. Z domieszką Jamesa Wana. Dominują metaliczne szarości i niezbyt głęboka czerń. Nie nieprzenikniona, zręcznie rozpraszana: widać co się dzieje, a przy tym nie ma się poczucia (a przynajmniej ja nie miałam), że trochę przesadzono ze sztucznym oświetleniem, że te noce jakieś takie nienaturalnie jasne...

(źródło: https://www.cda.pl/video/699763378/vfilm)
Tord Danielsson i Oskar Mellander nie chcieli by ich pierwszy pełnometrażowy film, wzorem horrorów z tak zwanej nowej fali, posiadał solidną podstawę dramatyczną, społeczno-obyczajową, psychologiczną etc. Zależało im na tym, żeby do „Zło czyha za drzwiami” nie doklejano innych gatunków. Chcieli czystego horroru. Filmu, który miał tylko straszyć – nic głębokiego, żadnych materiałów do przemyśleń. Nic, co zabiegałoby o stałe miejsce w pamięci częstych odbiorców filmowych straszaków. Ale nie należy przez to rozumieć, że „Zło czyha za drzwiami” to tylko zlepek scen mających zmrozić nam krew w żyłach, przyśpieszać bicie naszych serc, dolać troszkę adrenalinki do szarej prozy życia. To horror fabularny, więc jakieś tam tło obyczajowe, mimo wszystko, musiało się pojawić. Jakieś ramy dla tej historii trzeba było wyznaczyć. A po co próbować z czymś nowym (pomijam kreację nawiedzonego domu, bo tu zapachniało świeżością), skoro można wykorzystać sprawdzone koncepcje? Tord Danielsson i Oskar Mellander przedstawiają nam, jak to mówi, typową amerykańską, to znaczy szwedzką, rodzinę z klasy średniej. W końcu w kinie grozy żadna to nowość, żeby dzietny mężczyzna znalazł sobie nową kobietę, z którą najwyraźniej planuje spędzić resztę życia. Żona Fredrika i matka obecnie pięcioletniego Lukasa zmarła, a mężczyzna jakiś czas później wszedł w nowy związek, z kobietą o imieniu Shirin, która wyraźnie nie czuje się zbyt dobrze w roli macochy. Właściwie z jej zachowania można wyczytać, że nie chce, aby Lukas traktował ją jak drugą, przyszywaną mamę. Kobieta zauważalnie nie ma najmniejszej ochoty „wchodzić w buty” biologicznej matki Lukasa, której ciałem już przy nim nie ma, ale naturalnie zajmuje poczesne miejsce w sercu dziecka życiowego wybranka Shirin. Zaraz po przeprowadzce do nowego domu, co dokonuje się już w pierwszej partii „Zło czyha za drzwiami” - a więc zgodnie z tradycją – Fredrik, po omówieniu sprawy z Shirin, przyjmuje zlecenie, które wymaga od niego większej niż dotychczas dyspozycyjności. Mężczyzna tylko weekendy ma spędzać w domu, więc jak słusznie zauważa, jego partnerka będzie musiała wziąć na siebie dodatkowe obowiązku. Prowadzenie domu i opieka nad pięciolatkiem w pojedynkę. Kobieta jest przekonana, że podoła temu zadaniu, ale gdy zostaje sama z Lukasem, jej wiara w siebie słabnie. Dopadają ją wątpliwości i to jeszcze zanim uświadomi sobie, że wymyślony przyjaciel jej podopiecznego wcale nie jest owocem wybujałej wyobraźni samotnego chłopca. Shirin pod nieobecność Fredrika przyjmuje rolę bardziej średnio zaangażowanej opiekunki do dziecka niż matki (inaczej to wygląda, kiedy jest przy niej Fredrik, w tych momentach doskonale widać, że to on czyni ich rodziną, on jest tym „magicznym spoiwem”). Tak to może wyglądać też z perspektywy chłopca, który ewidentnie chciałby, żeby bardziej się zbliżyli – podejmuje nieśmiałe próby w tym kierunku, ale Shirin, zapewne nieświadomie, niechcący go od siebie odpycha. Kobieta niewątpliwie nie chce przysparzać mu cierpień. Nie jest to opowieść o despotycznej macosze, kobiecie wrogo nastawionej do dziecka swojego aktualnego partnera, kobiecie, która usilnie stara się pozbyć tego „małego problemu”. Nie, to po prostu rzecz o kobiecie, która jeszcze nie odnalazła się w tej ciężko doświadczonej rodzinie, która dopiero szuka swojego miejsca pod tym jakże nieodpowiednim dachem. Chociaż... Powiedzmy, że ta nadzwyczajna i bez wątpienia śmiertelnie niebezpieczna sytuacja może mieć też pozytywny skutek. Może przysłużyć się naszej bohaterce. Pomóc jej zbudować taką relację z pasierbem, jakiej niekoniecznie świadomie, ale podświadomie na pewno, pragnie. Danielsson i Mellander, chcąc nie chcąc, stworzyli więc horror o czymś. To znaczy, ich scenariusz posiada drugie dno. Co prawda nieodkrywcze, można nawet powiedzieć, że oklepane, ale jak by nie patrzeć obok konwencjonalnej, acz poprawnie podanej (zgadza się, nawet te dosyć liczne jump scenki mnie nie zrażały, choć tylko jedna odniosła zamierzony skutek i żeby było ciekawiej sprowadzała się tylko do dźwięku) opowieści o duchach, rozwija się dramatyczna historia o budującej się matczynej więzi. W bólach się rodzącej, która możliwe, że na koniec tej batalii przynajmniej z jedną istotą z zaświatów, zostanie drastycznie przerwana. Bo łatwo się domyślić, co jest stawką w tej wojnie. Pojedynku, który Shirin będzie musiała stoczyć sama. Pojedynku z zaskakująco dobrze zrobionymi maszkarami. Nienaturalnie się wyginającymi (pierwsze skojarzenie: „Egzorcysta” Williama Friedkina), wydającymi nieprzyjemne odgłosy (zabawne „bekanie”, co to „The Grudge” Takashiego Shimizu zawsze mi przypomina, też się rozlega) i straszącymi nieładnymi twarzyczkami. Może nie do końca był to strach, ale przyznać muszę, że nie czułam się komfortowo patrząc na te diaboliczne buźki. Dzieło charakteryzatorów, ale też speców od obróbki komputerowej. Umiejętne, zbilansowane, (nie)miłe dla oka połączenie efektów praktycznych z komputerowymi, czyli zjawisko dosyć rzadkie.

Wiem, że to już było. Wiem, że szybko wywietrzeje mi z głowy. Ale i tak winszuję sobie wyboru „Zło czyha za drzwiami”, szwedzkiego duetu debiutującego w długim metrażu, Torda Danielssona i Oskara Mellandera. Debiutującego tą konwencjonalną opowieścią o istotach z zaświatów dręczących swoich nowych sąsiadów, opatrzoną etykietką „inspirowane prawdziwymi wydarzeniami”. Skandynawski horror w hollywoodzkim stylu, podpatrzonym głównie u Jamesa Wana, czyli jednego z najpopularniejszych twórców „skocznych”, dynamiczniejszych, nieszczędzących efektów specjalnych, ale i raczej (tj. w moim poczuciu) nieprzesadzających w tym względzie, filmów grozy. Tak też można podsumować „Zło czyha za drzwiami”. Na poziom najgłośniejszych horrorów nastrojowych Jamesa Wana lepiej się nie nastawiać, ale sprawdzić i tak nie zawadzi. Ja w każdym razie dobrze „ten eksperyment niemedyczny” zniosłam. Pozytywne zaskoczenie.

czwartek, 6 maja 2021

„Zło w głębi” (2020)

 

Mieszkający w Stanach Zjednoczonych Isaac Pickman i jego będąca w zaawansowanej ciąży żona Emma przybywają na norweską wyspę, aby obejrzeć odziedziczony przez mężczyznę dom, który długo stał pusty. Issac mieszkał w nim wraz ze swoimi rodzicami w pierwszych latach swojego życia, ale pewnej nocy jego matka uciekła do Stanów Zjednoczonych zabierając go ze sobą. Okazuje się jednak, że mężczyzna nie wiedział wszystkiego na temat tamtej nocy. Isaac, w przeciwieństwie do Emmy, szybko zadomawia się na wyspie. I, przeciwnie niż jego żona, nie widzi niczego dziwnego w zwyczajach tutejszej ludności. Jego zachowanie coraz bardziej niepokoi Emmę, którą na domiar złego nawiedzają w tym miejscu niezwykle realistyczne koszmary senne.

Zło w głębi” (oryg. „Sacrifice”) to drugie wspólne reżyserskie osiągnięcie Andy'ego Colliera i Tora Miana, po „Charismacie” z 2017 roku. Niskobudżetowy horror produkcji brytyjskiej nakręcony w norweskim mieście Volda, którego scenariusz (roboczy tytuł: „The Colour of Madness”) – autorstwa Tora Miana – został zainspirowany prozą Howarda Phillipsa Lovecrafta i opowiadaniem Paula Kane'a pod tytułem „Men of the Cloth”. Te informacje znalazły się w czołówce filmu, ale Mian nie ukrywa, że czerpał również z „Kultu” Robina Hardy'ego i... „Drive” Nicolasa Windinga Refna. Przyznaje też, że z perspektywy czasu osadzenie akcji w kraju skandynawskim nie okazało się najlepszym wyborem. Gdy zaczynano przedprodukcję „Zła w głębi” pojawił się „Midsommar: W biały dzień” Ariego Astera. A wcześniej, jak stwierdził Mian, byli przekonani, że wykazali się niemałym sprytem przy konstruowaniu swojej wizji, że udało im się tak zgrabnie zdystansować - tj. zminimalizować ryzyko ewentualnych, godzących w ich projekt, porównań - od „Kultu” Robina Hardy'ego. Kręcenie w dość zamożnej Norwegii też nie było dobrym pomysłem, bo to wygenerowało dodatkowe, niepotrzebne koszta.

Film spod znaku lovecraftian horror/horroru kosmicznego i folk horroru, który – haha – jest kojarzony głównie z „Kultem” Robina Hardy'ego i „Midsommar: W biały dzień” Ariego Astera. Przeważnie nieprzyjemnie kojarzony. To znaczy na tym tle „Zło w głębi” w oczach wielu dotychczasowych odbiorców nie wypada korzystnie. Blednie w obliczu takich mocarzy kina grozy. Nie wspominając już o twórczości H.P. Lovecrafta. Właściwie to zastanawiam się, czy dodanie do czołówki filmu informacji „oparte na prozie Lovecrafta” było wymogiem koniecznym. Formalnością, której trzeba było dopełnić, a nie jedynie zwykłym chwytem marketingowym. Oczywiście, dosyć wyraźnie zaznacza się tu wpływ mitologii Cthulhu, ale widać też podobieństwa do „Kultu” Robina Hardy'ego, a o tym już w czołówce nie wspomniano. Skoro nie jest to adaptacja/ekranizacja żadnego tekstu Lovecrafta, tylko co najwyżej (nie wszyscy zdają się być co do tego przekonani), film z nurtu lovecraftian horror, to poza próbą zwabienia przed ekrany fanów ponadczasowej twórczości Samotnika z Providence, nie widzę powodu, żeby wklejać jego nazwisko w czołówkę „Zła w głębi”. Filmu, który już samą swoją obecnością wsparła Barbara Crampton, bo znacznej części wiernych miłośników gatunku kojarzy się głównie z „Re-Animatorem” i „Zza światów” Stuarta Gordona, jednymi z bardziej znanych i bardziej docenianych obrazów opartych na bezcennych prozatorskich osiągnięciach Lovecrafta. Pierwszoplanowe role w „Złu w głębi” powierzono jednak mniej doświadczonym aktorom - co niestety widać i słychać - Ludovicowi Hughesowi i Sophie Stevens. Pomijając ich mało wiarygodną grę, zaczyna się całkiem obiecująco. Od przybycia małżeństwa Pickmanów, Issaca i jego ciężarnej żony Emmy, na skąpaną w szarościach (jesienna aura) norweską wyspę, gdzie stoi zaniedbany, od dawna niezamieszkały, dom, który mężczyzna dostał w spadku po ojcu. Można się zastanawiać, jak to się stało, że dopiero teraz dotarła do niego informacja o śmierci ojca. Może matka Issaca była sprytniejsza od norweskich służb, może przechytrzyła system: przybranie nowej tożsamości w innym kraju, w Stanach Zjednoczonych, wystarczyło by zmylić biurokratów z jej rodzinnych stron. Issac zawsze wiedział, że pochodzi z Norwegii i zawsze był przekonany, że jego ojciec nadal tam mieszka ze swoją nową rodziną. Najwyraźniej nie zabiegał o odnowienie kontaktu z ojcem, najwyraźniej nie interesowała go zbytnio historia jego rodu. Bo gdyby było inaczej, to pewnie bez trudu dokopałby się do sprawy sprzed dwudziestu paru lat. Chwytliwe, sprawdzone w kinie grozy miejsce akcji – niewielka wyspa – „pomalowane jak najbardziej odpowiednimi kredkami”. Klimat tajemniczości, nadnaturalności tego rodzaju, która kojarzy się głównie z uniwersum H.P. Lovecrafta (no dobrze, niech będzie, że odrobinę), narastające poczucie zamknięcia na niewielkim terenie w otoczeniu groźnych osobników (alienacja, klaustrofobia, niebezpieczeństwo) i niejasne wrażenie, że nad tym wszystkim „czuwa” coś... przedwiecznego. Że zagnieździło się tu coś nieludzkiego, że jakiś potwór tu nadszedł, może już zanim na wyspie zjawił się pierwszy człowiek. Ponuro, chłodno, mokro, mgliście, mrocznie, a jakoś nieefektywnie. Za zdjęcia odpowiadał Andy Collier, ale chociaż sama w sobie w moich oczach sfera wizualna prezentowała się całkiem smacznie (nie wyłączając efektów specjalnych, których zresztą nie ma wiele), to poza podziwianiem widoczków w sumie nic mi z tego nie przyszło. Nie potrafili filmowcy wykrzesać jakichś żywszych emocji, należycie to ukierunkować. Klimat sobie, a fabuła... jakaś taka senna, niemrawa. Marazm się w to wkrada i co gorsza zapuszcza korzenie. Widzisz, ale nie czujesz. Obserwujesz tak jakby z boku, osobiście się w to nie angażując. Nawet za bardzo nie chcąc się w to zagłębiać. Bo też nie za bardzo jest w co.

Tak sobie siedzę i myślę, czy Andy Collier i Tor Mian wyznaczyli jakiś konkretny kierunek dla tej opowieści. Czy mieli jakieś skrystalizowane myśli, jakąś mniej ogólną koncepcję? Czy ta nasza wędrówka ma jakiś cel, czy tak sobie dryfujemy? Raz w świecie marzeń sennych, raz na jawie, zawsze instynktownie wyczuwając, które obszary zakończą się przebudzeniem. Chcę przez to powiedzieć, że już pierwszy koszmarny sen nauczył mnie, jak czytać tę historię. Przewidywać zamiary twórców. Zapewne każdy bez trudu rozpracuje zasady tej, bądź co bądź, niewyszukanej, nieskomplikowanej gierki z widzem. Łatwo się domyślić, jaki będzie tego efekt – obojętność na widok tragicznych, miejscami nawet makabrycznych UWAGA SPOILER - akcja z pępowiną (dalej, ciągnij tę linę) - KONIEC SPOILERA przeżyć jednej z czołowych postaci „Zła w głębi”. Zero współczucia, zero przejęcia, bo to przecież tylko sen. Tylko? A jeśli to robota Śniącego? Potwornej istoty, o której mówi się w tych stronach (lokalny mit), a wręcz – przynajmniej na to wygląda – traktuje się ją jak bóstwo. Rytuały, jakie odprawiają mieszkańcy tej wyspy, mogą, prawie na pewno są, organizowane dla tego morskiego stworzenia. Przedwiecznego stwora, który najpewniej ma macki. Oślizgłe macki włażące do rur i... Pobudka! Już abstrahując od tego, czy rzeczona bestia istnieje w świecie przedstawionym przez twórców „Zła w głębi”, czy nie (różnie można to interpretować, za co dodaję plusik temu biednemu filmikowi – nieborak miał niemały potencjał, który powiedzmy, że tylko w ułamku został wykorzystany), pewne jest, że z mieszkańcami niewielkiej wyspy, gdzie już na samym początku filmu przybywa młode małżeństwo spodziewające się swojego pierwszego dziecka, coś się porobiło. Pachnie sektą. I nie muszę chyba dodawać, że w rodzaju tych, które mogliśmy już spotkać między innymi w „Kulcie” Robina Hardy'ego i „Midsommar: W biały dzień”. To znaczy odbiorcy omawianego obrazu przypuszczalnie natychmiast uczulą się na tę bandę „przebierańców”, oddającą cześć jakimś podejrzanym bóstwom (albo tylko jednemu). Z miejsca nabiorą przekonania, że Emma i Issac powinni bardzo uważać na tych ludzi. A jeszcze lepiej czym prędzej wyruszyć w drogę powrotną. Do Stanów Zjednoczonych, do domu. Problem w tym, że dla Issaca błyskawicznie domem staje się to alarmistyczne miejsce. W końcu stąd pochodzi, na tej norweskiej wyspie są jego korzenie. Tak, ale prawda wydaje się bardziej... hmm..., niech będzie, że złożona. W Issacu zachodzi jakaś fundamentalna, niezwykła zmiana – zmiana, która może przywieść na myśl na przykład „Horror Amityville" Stuarta Rosenberga i „Lśnienie” Stephena Kinga. Można założyć, że na tego, normalnie spokojnego, nieszkodliwego, ugodowego (ale nieprzesadnie, co pokazuje scenka w barze w pierwszej partii filmu), człowieka, wywiera wpływ jakaś nadnaturalna siła. Niezbyt zagadkowa, jeśli już o to chodzi. Z drugiej strony, słuszne mogą być obawy, jakie rodzą się w Emmie. Racja może być po jej stronie, nawet jeśli ta wersja wydaje się mniej prawdopodobna. Bo to jeden z tych horrorów, w którym dosłownie wszystko może się wydarzyć. I tym razem nie jest to komplement. W sumie to jeden z tych filmowych światów, ten klimat, który ja zwykłam nazywać Strefą Mroku (porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie, bo doskonale znane wam ziemskie prawa tutaj nie obowiązują), ale również jeden z tych, którego celem widocznie nie jest opowiedzenie spójnej, ładnie dopinającej się opowieści. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu - i bardzo możliwe, że taki był zamiar twórców – że przyjmuje się tutaj logikę snu. Ta przypadkowość, to nie zawsze łatwe do wytłumaczenia, czasami niejasne poczucie, bezsensu – niby sensowne, ale jednak coś (trudno powiedzieć co) się w tym nie zgadza – odpychało mnie od mrocznej przygody Pickmanów na niewielkiej norweskiej wyspie pełnej groźnych wyznawców. A może Issac nie tylko Emmie, ale również mnie powinien zarzucić uprzedzenie do innej kultury wynikające z niewiedzy, obcości (ksenofobia)? Tak, ale przecież w „Kulcie”... Tylko że to nie ten film. Nie myśl szablonowo, bo możesz się naciąć. Albo nie. Przyznaję, że nie spodziewałam się takiego zamknięcia (dziwaczne i nie pytajcie czy mądre, to niech lepiej mądre głowy rozsądzą), ale trzeba pamiętać, że oglądałam to tak jakby na autopilocie. Nie wnikałam, prawie nie myślałam. Tylko gapiłam się jak to ciele na malowane wrota, czekając na zbawienne napisy końcowej. Tak, wiem nie musiałam czekać, ale takie te „wrota” (czytaj: zdjęcia) ładniutkie, że uznałam, iż mogę sobie posiedzieć. A co mi tam.

Tak sobie popatrzyłam i niewiele z tego patrzenia mi przyszło. Na to tutaj podejście do horroru kosmicznego, horroru lovecraftowskiego i zarazem folk horroru. Na ten brytyjski obraz wyreżyserowany przez Andy'ego Colliera i Tora Miana. Od strony wizualnej nawet dopieszczony – jest klimat i trochę wiarygodnie się prezentujących, praktycznych efektów specjalnych – też nie najgorzej udźwiękowiony, ale coś takiego powinno działać... Działać, kropka. Bo w zasadzie nie działało tak, jak powinno. Żaden to dostarczyciel silniejszych emocji. Napięcie, niepewność, obawa. Nic z tych rzeczy. A wszystkiemu winna „eksperymentalna”, dość chaotyczna, rozproszona, a przy tym zapewne niezamierzenie po części doskonale czytelna nawet dla takiego niezaangażowanego widza jak ja. Bo do tego świata nie udało mi się wejść. Ta opowieść jakoś mnie nie obeszła. Niewykorzystany potencjał, moim zdaniem.