
Hollywood.
Cierpiący na klaustrofobię Jake Scully jest nisko opłacanym
aktorem, grywającym w filmach klasy B. Aktualnie pracuje na planie
taniego horroru, gdzie wciela się w rolę wampira. Kiedy pewnego
dnia wraca wcześnie do domu zastaje swoją dziewczynę w łóżku z
innym mężczyzną. Ta sytuacja zmusza go do szukania nowego lokum.
Traf chce, że nowo poznany Sam Bouchard, zajmujący się domem
swojego znajomego, musi wyjechać na parę tygodni. Proponuje więc
Jake'owi lokum do czasu swojego powrotu, w zamian oczekując jedynie
podlewania roślin. Przed wyjazdem Sam oprowadza Jake'a po
futurystycznym, bogato urządzonym domu, pokazując mu między innymi
teleskop, przez który można podejrzeć piękną sąsiadkę, Glorię
Revelle, która co wieczór „daje pokaz” tańca erotycznego w
swojej sypialni. Po wyjeździe Sama Scully zauważa, że nie jest
jedynym mężczyzną podglądającym Glorię, że przygląda się jej
również mężczyzna przypominający Indianina. Nazajutrz zauważa,
że nieznajomy ją śledzi, więc bez zastanowienia również rusza
jej śladem. Jake stara się zapewnić ochronę, jak mu się wydaje
niczego nieświadomej sąsiadce, którą jest wielce zafascynowany.
„Świadek
mimo woli” w reżyserii niedoścignionego Briana De Palmy, na
kanwie scenariusza spisanego wespół z Robertem J. Avrechem po
wejściu na duże ekrany w Stanach Zjednoczonych wywołał niemałe
kontrowersje. Wiele widzów uważało, że obraz jest przeładowany
niesmaczną erotyką i przemocą (co uważam za stwierdzenie
przesadne), pojawiły się nawet opinie, że z obrazu bije
mizoginizm, o który posądzono oczywiście reżysera. Nominacja
Briana De Palmy do Złotej Maliny była ukoronowaniem ówczesnej
krytyki, wymierzonej w „Świadka mimo woli”, choć gwoli
sprawiedliwości znaleźli się również odbiorcy, którzy stawali w
obronie tego dokonania De Palmy. Jednak potrzeba było lat, aby
produkcja wkupiła się w łaski szerokiej opinii publicznej, żeby
przestano postrzegać ją jedynie w kategoriach bezsensownego
spektaklu przemocy i seksu. Dzisiaj zrealizowany za dziesięć
milionów dolarów „Świadek mimo woli” w wielu kręgach cieszy
się statusem thrillera kultowego, a recenzenci z lubością chwalą
jego realizacyjny i fabularny potencjał.
„Świadek
mimo woli” to swoiste połączenie „Okna na podwórze” i
„Zawrotu głowy” Alfreda Hitchcocka, rzecz jasna wzbogacone o
nowe wątki. Brian De Palma słynie z silnych inspiracji dziełami
nieodżałowanego mistrza suspensu - przez wielu widzów uważany
jest wręcz za godnego następcę Hitchcocka, pod czym bez zmrużenia
oka się podpisuję. Podczas, gdy w „Zawrocie głowy” mieliśmy
bohatera cierpiącego na akrofobię, w „Świadku mimo woli”
dostajemy mężczyznę borykającego się z klaustrofobią, która to
znacznie utrudnia mu pracę. Bo w końcu aktor aktualnie pracujący
nad rolą wampira sypiającego w ciasnej trumnie, którego paraliżuje
strach ilekroć spocznie w swoim upiornym legowisku dla reżysera
jest kompletnie nieprzydatny. Nie dziwi więc, że nasz bohater, Jake
Scully (w którego w znakomitym stylu wcielił się Craig Wasson),
wkrótce zostaje zwolniony, a jego miejsce zajmuje bardziej wydajny
pracownik. W końcu Hollywood nie jest miejscem na jakiekolwiek
sentymenty, tutaj liczy się przede wszystkim zysk, a więc i
minimalizacja kosztów jest nieodzowna. Reżyser podrzędnego horroru
o wampirze nie może sobie pozwolić na czekanie, aż odtwórca
tytułowej roli dojdzie do siebie, bo i po co, skoro aktorów pokroju
Jake'a Scully'ego jest na pęczki. Na przykładzie zawodowych
perypetii głównego bohatera „Świadka mimo woli” scenarzystom,
Brianowi De Palmie i Robertowi J. Avrechowi udało się w przystępny,
nieprzedobrzony sposób pokazać bezwzględność filmowego światka
- zdołali unaocznić widzom, jak trudne jest pozyskanie i utrzymanie
roli nawet w kiczowatym horrorze i jak łatwo można z dnia na dzień
wypaść z tej branży. Nie przez wrodzone okrucieństwo producentów
tudzież reżyserów tylko przez konieczność szybkiego
sfinalizowania projektu i przeogromną konkurencję. Twórcy jednak
nie sprowadzają całego filmu do trzeźwego osądu jednego z
przykrych aspektów życia w światku filmowym, nieporównanie więcej
uwagi poświęcając obsesji głównego bohatera - jego głębokiej
fascynacji tymczasową sąsiadką, Glorią Revelle, która jak można
się tego spodziewać będzie miała opłakane skutki. Czyli
podobnie, jak w „Zawrocie głowy” Alfreda Hitchcocka, aczkolwiek
należy nadmienić, że wpływ pięknej kobiety na Jake'a Scully'ego
wydaje się dużo większy. W latach 80-tych pojawiły się głosy
krytyków wskazujące na mizoginizm De Palmy, a ściślej nienawiść
do kobiet przebijającą z tego konkretnego obrazu. Do
wykrystalizowania się takich opinii zapewne przyczyniło się kilka
wstawek o zabarwieniu erotycznym, które sprowadzały kobiety do
rozpustnych jednostek, gotowych sprzedawać własne ciała byle tylko
zaistnieć w branży i wejść w posiadanie dużej gotówki.
Mizoginia w pojęciu co poniektórych widzów mogła przebijać
również ze sceny stanowiącej apogeum napięcia, tj. ataku na
tymczasową sąsiadkę Jake'a Scully'ego w jej własnym domu i nie
tylko z powodu brutalnego potraktowania kobiety, ale również
poprzez symbolikę tej konkretnej sekwencji. Otóż, mogę sobie
wyobrazić, że w wiertle dzierżonym przez napastnika dopatrywano
się symbolu fallusa, jednakże nie wykluczam, że aż tak daleko w
interpretacjach nie wybiegano. Chociaż nie kwestionuję obecności w
„Świadku mimo woli” postaci kobiecej, która specjalizuje się w
branży porno, choć nie neguję wydźwięku erotycznego silnie
wyczuwalnego w wielu sekwencjach z udziałem niektórych kobiet to
nie odniosłam wrażenia, żeby film niósł
jakiś mizoginistyczny podtekst. Nie zauważyłam niechęci twórców
do kobiecych postaci, nie miałam poczucia demonizowania ich
sylwetek, czy beznamiętnego obchodzenia się z nimi, albo wręcz
czerpania radości z ich okrutnego traktowania. Już raczej odnosiłam
wrażenie, że scenarzyści zaakcentowali wady czołowej męskiej
postaci, Jake'a Scully'ego (brak większych oporów przed
podglądaniem kobiety, stopniowe poddawanie się zboczeniu), że w
przeciwieństwie do wzbudzających sympatię sylwetek płci żeńskiej
cechował się swoistą ambiwalencją. Na początku niejeden widz
najprawdopodobniej będzie mu współczuł. Wszak Brian De Palma z
dużą, acz niemelodramatyczną wrażliwością pokazał obraz
człowieka znajdującego się na rozstaju. Posiłkując się
melancholijną ścieżką dźwiękową niezastąpionego Pino Donaggio
i operując silnie skontrastowanymi zdjęciami oddanymi w
pastelowych, acz przemyślnie lekko przybrudzonych barwach, twórcy
przybliżyli nam historię człowieka, który z dnia na dzień traci
niemalże wszystko: dziewczynę, mieszkanie i angaż. Zyskuje jednak
nowego przyjaciela, który „wyciąga do niego pomocną dłoń”,
oferując tymczasowe lokum w okazałym domu. Pomysłowa konstrukcja,
na której usytuowane jest nowe lokum Jake'a Scully'ego sprawia
wrażenie, jakby przeniesiono ją z jakiegoś obrazu science fiction,
a bogaty wystrój, w którym widać wyłącznie „męską rękę”
z pewnością wprawi w czysty zachwyt niejednego widza.
Pytanie,
czy odbiorcy będą tak samo zafascynowani podglądactwem, jak Jake
Scully, czy tak samo jak on „uzależnią” się od widoku
roznegliżowanej sąsiadki, która co wieczór daje nieświadomy
pokaz tańca erotycznego i będą wyczekiwać chwili, w której znowu
spojrzy na jej nagie ciało, czy raczej potępią takie zachowanie.
Pokaz jest nieświadomy, bo wszystko wskazuje na to, że żona
majętnego, agresywnego człowieka, Gloria Revelle, idealnie
wykreowana przez Deborah Shelton, nie zdaje sobie sprawy, że ktoś
się jej przygląda (motyw znany z „Okna na podwórze”, choć
nieco zmodyfikowany). A podglądaczy jest dwóch – jeden z nich
Jack Scully zauważa bowiem, że Glorię obserwuje również
mężczyzna przypominający Indianina, który nie zamierza ograniczyć
swoich kontaktów z nią jedynie do podglądania. Od tego momentu
akcja nabiera tempa i to w kilku różnych kierunkach. Z jednej
strony dostajemy ujęcia świadczące o rosnącej niezdrowej obsesji
Scully'ego na punkcie sąsiadki, a z drugiej silnie trzymające w
napięciu sekwencje podążania tajemniczego mężczyzny śladami
Glorii, któremu z kolei bacznie przygląda się główny bohater
„Świadka mimo woli”, tak dalece niewprawny w sztuce śledzenia,
że aż dziw, iż Gloria nie zdała sobie sprawy z jego obecności
dużo wcześniej. W każdym razie w końcu zauważyła Jake'a, ale
zanim ten zdołał jej wszystko wyjaśnić, wkroczył mężczyzna
przypominający Indianina, wyrywając kobiecie torebkę. Pościg w
wykonaniu Jake'a, sfinalizowany klaustrofobiczną sekwencją w tunelu
to pokaz prawdziwie mistrzowskiego wyczucia dramatyzmu De Palmy i
niezwykłej wprawy w tworzeniu naprawdę przytłaczającej aury,
zbudowanej głównie za sprawą prostego triku z przybliżającym się
i oddalającym obrazem, sprawiającym wrażenie, jakby ściany miały
za chwilę zmiażdżyć zlanego potem głównego bohatera. W tym
ustępie odrobinę zraziło mnie jedynie nienaturalne wpadnięcie
Glorii w ramiona Jake'a tuż po tym jak napastnik oddalił się ze
swoim łupem. Nie sądzę, żeby w rzeczywistości tak wytworna
kobieta tak szybko przylgnęła do nieznajomego mężczyzny, nawet
jeśli stanąłby w jej obronie. Wydaje mi się, że De Palma tym
ustępem próbował wykrzesać lekko oniryczny klimat, czy też
wygenerować swego rodzaju marzycielską atmosferę, gdyż „wirująca,
całująca się para” sprawia wrażenie żywcem wyjętej z jakiejś
fantazji.
Niedługo po tym wydarzeniu, mniej więcej po upływie połowy filmu
dochodzimy do najbardziej charakterystycznej sceny, w której
wcześniej doskonale wyczuwalne napięcia osiąga punkt kulminacyjny.
Moment szczytowej grozy poprzedza pojawienie się w domu Glorii
tajemniczego Indianina, którego Jake zauważa podczas zwyczajowego
podglądania kobiety przez teleskop. Od tego momentu następuje
niezwykle długi spektakl niebotycznie emocjonujących wydarzeń,
obfitujący w dosłownie wbijające w fotel ujęcia duszenia Glorii,
powolnego zbliżania się do niej z dużym wiertłem w ręku i
szaleńczego „wyścigu z czasem” w wykonaniu Jake'a. Widziałam
już na ekranie niejedną sekwencję brutalnego ataku na niewinną
ofiarę, ale to co pokazał De Palma w „Świadku mimo woli”
autentycznie mną sponiewierało. Wpatrywałam się w ekran szeroko
otwartymi oczyma z silnie zaciśniętymi pięściami i błagałam w
myślach scenarzystów, żeby kobiecie udało się ujść z życiem,
żeby Jake zdążył wybawić ją z opresji. Bo do tego czasu
zdążyłam już zapałać dużą sympatią do Glorii, bo De Palma
sprawił, że naprawdę zależało mi na jej bezpieczeństwie i byłam
wręcz oburzona zachowaniem głównego bohatera, tym, że nie raczył
wcześniej zawiadomić policji. Trwałam więc w stanie nieznośnego
napięcia (nie pamiętam filmu, w którym pojawiłaby się scena
ataku, która tak silnie by na mnie podziałała), zanosząc modły
do twórców, aby nie wykazywali się bezwzględnością i pozwolili
Glorii przeżyć (choć na ogół wolę bezkompromisowość, co
powinno najdobitniej świadczyć o tym, jak bardzo polubiłam
tymczasową sąsiadkę Jake'a) i przeklinając w duchu głównego
bohatera za wcześniejszą bierność, za chęć ukrycia swoich
niechlubnych praktyk, kosztem bezpieczeństwa niewinnej kobiety. Ale
równocześnie dopingowałam mu podczas biegu w kierunku znajdującej
się w wielkim niebezpieczeństwie kobiety, głośno zachęcałam go
do podkręcenia tempa. To był naprawdę niesamowity ciąg niezwykle
emocjonujących wydarzeń, co zdarza się tak rzadko w
kinematografii, że grzechem byłoby tego nie zobaczyć, więc jak
ktoś nie widział „Świadka mimo woli” to choćby ze względu na
tę jedną sekwencję radzę czym prędzej się z tą produkcją
zapoznać. A przecież plusów jest więcej. Poza tymi wzmiankowanymi
wyżej i pojawiającymi się w pierwszej partii filmu warto
nadmienić, że wydarzenia mające miejsce po ataku na Glorię
obfitują w jeszcze więcej superlatywów, z Melanie Griffith na
czele, nominowaną za tę rolę do Złotego Globu, która poza
wszystkim innym (zapadającą w pamięć kreacją, trzymającą w
napięciu końcówką z jej udziałem i krztyną niewymuszonych
humorystycznych akcentów pojawiających się za sprawą jej postaci)
wypowiada niezwykle błyskotliwą kwestię na temat nekrofilów,
dając widzom do zrozumienia, że jest ekspertką w tym temacie, bo
obejrzała film dokumentalny o tego rodzaju dewiantach. Innymi słowy
De Palma w ten subtelny sposób mówi nam, że
doszliśmy do punktu, w którym wiedzę czerpie się przede wszystkim
z filmów. W domyśle większą wiarę pokładamy w kreowane na
ekranie postacie i wydarzenia, aniżeli w suche fakty – a
przynajmniej ja tak zinterpretowałam wyznanie Holly Body,
partnerującej Scully'emu w dalszych partiach filmu. Na miejscu
scenarzystów popracowałbym dłużej nad finałem, nie warstwą
techniczną, bo ta wypada niezwykle emocjonująco tylko nad
płaszczyzną tekstową, bo odpowiedź na najważniejsze pytanie
postawione w scenariuszu łatwo znaleźć już na początku „Świadka
mimo woli”. Naprawdę nie trzeba być „orłem”, żeby
przedwcześnie rozszyfrować jeden z końcowych zwrotów akcji, choć
przyznam się, że drugi twist mocno mnie zaskoczył. Na koniec, i o
tym też warto wspomnieć, De Palma przygotował scenę pod
prysznicem, która miała unaocznić widzom jeden ze sposobów
„oszukiwania” widza przez branżę filmową, dać mu do
zrozumienia, że nie należy ślepo pokładać wiary w to co widzimy
na ekranie. Ostatnia sekwencja wydaje się więc być finalizacją
wcześniejszej znamiennej kwestii Holly Body, będącej przytykiem w
stronę „łatwowiernych” widzów.
„Świadek
mimo woli” to moim zdaniem jedno z najlepszych dokonań Briana De
Palmy, oczywiście spośród tych, które dotychczas dane mi było
zobaczyć. Chociaż film trwał niemalże dwie godziny żałowałam,
że nie wydłużono go o co najmniej drugie tyle, bo oglądając go
dosłownie zapomniałam o otaczającym mnie świecie. Byłam tylko
ja, ogarnięty obsesją Jake Scully, wzbudzająca ogromną sympatię
Gloria Revelle i wyzwolona (aż za bardzo), bezpruderyjna Holly Body. I oczywiście
czysty geniusz Briana De Palmy, który emanuje z dosłownie każdego
ujęcia „Świadka mimo woli”, zamieniając ten nieskomplikowany
thriller w niezwykle emocjonujące, zapadające w pamięć widowisko,
które w moim odczuciu całkowicie zasłużyło sobie na status filmu kultowego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz