Stronki na blogu

sobota, 19 listopada 2022

„Fałszywy traf” (2021)

 

Lucia 'Lucy' i Adrian Martinowie, małżeństwo z Manhattanu, od dwóch lat bezskutecznie starają się od dziecko. W końcu postanawiają poszukać wsparcia u mentora Adriana, obleganego lekarza zajmującego się płodnością, doktora Johna Hindle'a. Dzięki opracowanej przez niego metodzie zapłodnienia, Lucy już po pierwszej próbie zachodzi w upragnioną ciążę. Spodziewa się trojaczków, ale doktor Hindle informuje Martinów, że w takim układzie mogą wystąpić komplikacje. Aby ich uniknąć należy przeprowadzić selektywną redukcję: małżeństwo musi zdecydować czy zatrzymać dziewczynkę, czy dwóch chłopców. Wbrew radzie lekarza, Lucy skłania się ku redukcji płodów męskich. Adrian nie ukrywa, że wolałby zastosować się do zaleceń zaufanego doktora, ale widząc, jak bardzo zależy jej na córce, po namyśle przekazuje żonie, że zmienił zdanie. Lucy nie posiada się ze szczęścia... ale to nie trwa długo. W kobiecie powoli rośnie przekonanie, że padła ofiarą jakiegoś zagadkowego spisku.

Drugi pełnometrażowy film - po komedii „Wielkie wakacje Pee-Wee Hermana” z 2016 roku - amerykańskiego reżysera, scenarzysty, aktora, producenta telewizyjnego i muzyka Johna Lee, oparty na jego własnym pomyśle, który narodził się w jednym z najszczęśliwszych i zarazem najboleśniejszych okresów jego życia. Po zajściu jego żony w ciężę, która niestety zakończyła się poronieniem, Lee pogrążył się w lekturze „Piotrusia Pana” Jamesa Matthew Barriego. Jeden fragment mocno go zaniepokoił – rodzice wpatrujący się w okno, przez które wyleciały ich pociechy. Późniejszego reżysera i współscenarzystę „Fałszywego trafu” (oryg. „False Positive”) uderzyło wszechpotężne poczucie straty ludzi, którym w jego interpretacji skradziono najcenniejsze dobra jakie posiadali. Strata, ale i nadzieja na rychły powrót ukochanych latorośli. W poszukiwaniu kolejnych cegiełek tej budowli pomogła mu Alissa Nutting, a na karty scenariusza John Lee przelał tę opowieść wraz z Ilaną Glazer, która też wzięła na siebie kreację pierwszoplanowej postaci, Lucy Martin. Obraz został wyprodukowany przez kultową firmę A24, a prawa do dystrybucji na terenie Stanów Zjednoczonych nabyła internetowa platforma Hulu, która udostępniła go w czerwcu 2021, dosłownie parę dni po premierze na Tribeca Film Festival.

Nazywany współczesnym „Dzieckiem Rosemary” thriller psychologiczny i medyczny w reżyserii Johna Lee, który nie ukrywa, że powieściowe opus magnum Iry Levina i/lub pierwsza ekranizacja tego wybitnego horroru satanicznego wyreżyserowana przez Romana Polańskiego, miała wpływ na jego historię. Ponadto Lee czerpał choćby z takich produkcji, jak „Zagubiona autostrada” Davida Lyncha, „Taksówkarz” Martina Scorsese, „Lśnienie” Stanleya Kubricka i jednego ze swoich ulubionych filmów, „Opętania” Andrzeja Żuławskiego. Nie wszystkie z tych muz ujawniają się w tekście, niektóre da się wyczuć jedynie w sferze duchowej. Eteryczne istoty „wtopione” w tło. John Lee preferuje te obrazy, które pozostawiają pole na domysły widza. Nie jest zwolennikiem wykładania wszystkiego na tacy, narzucania jedynej słusznej interpretacji. Taki plan rozrysował więc dla swojego drugiego pełnometrażowego dziełka. W moim odbiorze zaskakująco nijakiej opowieści o małżeństwie w ciąży, że pozwolę sobie użyć określenia Adriana Martina. W tej roli Justin Theroux, ze strony którego nie zauważyłam żadnych niedociągnięć, ale jestem przekonana, że scenarzyści mogli dużo więcej wycisnąć z tej postaci. Podobny problem miałam z Lucią Martin, która woli być nazywana Lucy. Poprawny występ Ilany Glazer - acz wolałabym, żeby zamieniła się miejscami z Sophią Bush, która tym razem pokazała się jako zaufana koleżanka głównej bohaterki, też niecierpliwie wyczekująca swojego pierwszego dziecka - ale konstrukcja tej postaci mojego wzroku jakoś szczególnie nie przyciągała. Może dlatego, że już gdzieś to widziałam... Się przejadłam, niemniej ośmielę się stwierdzić, że twórcy „Fałszywego trafu” z dużym zrozumieniem podeszli do problemu niejednej współczesnej kobiety. Interesujący manifest feministyczny, którego głównym autorem jest mężczyzna (John Lee). Wnikliwa analiza tych przyszłych ojców, którym tylko wydaje się, że realnie wspierają swoje ciężarne partnerki. Przekonani, że tak samo to przeżywają. Są i kamyki wrzucone do ogródka lekarzy dającym swoim pacjentkom jasno do zrozumienia, że nie znają swoich ciał tak dobrze jak oni. Jak doktor John Hindle (boleśnie oczywista postać, powiedzmy, że ożywiona przez Pierce'a Brosnana), zarozumiały twórca kolejnej metody walki z bezpłodnością. Jeden z najbardziej rozchwytywanych ginekologów w Nowym Jorku, a niewykluczone, że i w całych Stanach Zjednoczonych. Lekarz-celebryta, który w swojej klinice stosuje bodaj najpopularniejszy system zapisów w tym niedoskonałym świecie. Nieznajomi na koniec kolejki, a reszta na cito. Szczęśliwie dla Martinów, Adrian był jednym z ulubionych studentów doktora Hindle'a. Inni muszą porządnie uzbroić się w cierpliwość, ale nie oni, przedstawiciele białej wyższej klasy średniej, dumni posiadacze przestronnego, nowocześnie urządzonego mieszkania na Manhattanie. On jest chirurgiem plastycznym, ona zawodowo zajmuje się marketingiem. Oboje marzą o dziecku, ale jej stosunek do doktora Johna Hindle'a niebawem zacznie się zmieniać. Nie będzie już taka pewna, że los wreszcie szeroko się do niej uśmiechnął. Co gorsza, Lucy powoli dystansuje się także od własnego męża. Zaczyna myśleć, że Adrian gra w przeciwnej drużynie, w drużynie diabolicznego lekarza. Rzeczywistość Lucy na naszych oczach coraz to częściej miesza się z koszmarami sennymi. Jak odróżnić fakty od majaków? Wytyczyć granicę między jawą a krainą marzeń sennych? Niektóre z tych wątpliwości zostają rozwiane przez samych twórców (na przykład krwawienie w trakcie kąpieli), ale zgodnie z medialnymi zapowiedziami reżysera i współscenarzysty „Fałszywego trafu”, resztę pozostawiono w gestii widza (na przykład akcja podejrzana z niedoskonałej kryjówki w pokoju hotelowym; co prawda niezbyt charakterystyczny moment, ale jakoś zapachniało mi „Psychozą” Alfreda Hitchcocka).

Jak mniemam „Fałszywy traf” Johna Lee miał być jednym z tych dreszczowców czy horrorów, które starają się przyprawić widza o iście paranoiczny zawrót głowy. W stylu tak zwanej Trylogii Apartamentowej Romana Polańskiego, którą tworzą
„Wstręt” (1965), „Dziecko Rosemary” (1968) i „Lokator” (1976). Tak myślę, choć prawie tego nie czułam. W zasadzie gdyby nie logo A24 na „dzień dobry” (jak to się stało, że taki gigant kina grozy zaopiekował się tą pozycją? To mnie najbardziej w tej ekranowej operacji zastanawia), pewnie nie potrzebowałabym dużo czasu, by dojść do wniosku, że trafiłam na kolejny produkt z telewizyjnej taśmy. Gdzie ilość przeważnie jest ważniejsza od jakości. W zasadzie nie jestem uprzedzona do takich patrzydełek - zawsze to jakiś towarzysz w bezsenne noce, tj. lepsze to, niż gapienie się w sufit – ale parasol A24 tym razem mocno mnie zmylił. Nielicho skonfundowana, mimo że dobrze wiedziałam, iż „Fałszywy traf” po jednym festiwalowym pokazie trafił bezpośrednio do strefy VOD, którą na dobrą sprawę można nazwać „telewizją nowej generacji”. Ugrzeczniony, przegadany spektakl, którego chyba mogłabym postawić w jednym rzędzie z „Dzieckiem Rosemary”, z miniserialem Agnieszki Holland z 2014 roku. Tak, to mniej więcej ten klimat, ten wdzięk kontuzjowanej baletnicy. John Lee jest kojarzony głównie z podwórkiem komediowym, które to w jego ocenie jest chyba kimś w rodzaju dobrego sąsiada mroczniejszej przestrzeni gatunkowej. Z opowieści Johna Lee o jego „Fałszywym trafie” wnioskuję, że klasyfikuje go jako horror, nie thriller, w którym to kierunku ja mam czelność się skłaniać, i że świadomie przemycił do tej opowieści akcenty humorystyczne. Pewności nie mam, ale zgaduję, że z przymrużeniem oka należy traktować nienaturalne, „teatralne” oblicza badanej. Przejaskrawione uduchowienie odmalowujące się na jej twarzy. Najmocniej rzuciło mi się to w oczy podczas wstępnych badań w klinice Johna Hindle'a. Pierwsze oględziny ciała kandydatki (jednej z wielu) do programu tego śliskiego jegomościa. Nie miałam powodów sądzić, że to leczenie eksperymentalne, niedopuszczone do powszechnego użytku - wręcz przeciwnie! - ale tak czy owak, już przy kontakcie z Hindle'em zapaliła mi się w głowie wielka czerwona lampa. Może i powinnam trochę wstrzymać się z wydawaniem wyroków, nie oceniać „(nie)książki po okładce”, bo to może być sprytne pogrywanie na oczekiwaniach wdrukowanych przez podobne historie. Burzyciel czy wybawca? Takie pytanie może i będzie kołatało się w głowie jakiejś części odbiorców, ale ja nie poświęciłam nawet minuty na takie rozważania. Wiedziałam swoje i nikt mnie nie przekona... że czarne jest czarne, a białe jest białe? Mówi się, że pycha kroczy przed upadkiem i pewnie jest w tym sporo racji; powiem więcej, jakąś tam wywrotkę na pewno zaliczyłam. Nie spodziewałam się takich prawych i lewych sierpowych na ostatnim odcinku tej nierównej drogi. Same w sobie nadzwyczaj mocne nie były, ale po takiej lekkiej przeprawie nawet kuksańce mogą zaboleć. Człowiek może uwrażliwić się na najlżejsze bodźce po tak długim bezowocnych wypatrywaniu czegokolwiek na czym można by oko zawiesić. No dobrze, jakieś tam przebłyski były. Choćby tło społeczno-obyczajowe (tutaj dodam jeszcze potworną samotność ciężarnej kobiety, otoczonej „do bólu życzliwymi” ludźmi; pomijam już tak często poruszane w debacie publicznej komplikacje w sferze zawodowej) oraz pojedyncze oniryczne wstawki, które równie dobrze mogą albo rozgrywać się w umownym czasie rzeczywistym, albo być wyśnionym przypomnieniem wcześniej zaistniałych i wypartych zdarzeń. Sekwencje silniej zorientowane na podnoszenie napięcia prowadzono jakby z doskoku. Filmowcom widać bardzo się śpieszyło do nieważne czy cokolwiek wnoszących do fabuły, w większości niemiłosiernie mi się dłużących rozmów w pełnym świetle dziennym. Najgorzej znosiłam spotkania Lucy z rozszczebiotaną Corgan kreowaną przez Sophię Bush, która dała z siebie wszystko, ale ta postać to scenarzystom według mnie najmniej wyszła. Co nie znaczy, że miała silną konkurencję.

Śmiem przypuszczać, że drugie pełnometrażowe osiągnięcie w reżyserskiej karierze Johna Lee, prędko osunie się w otchłań zapomnienia. Niecałkowitego, bo najzacieklejsi eksploratorzy grozowej ziemi w mniej czy nawet bardziej odległej przyszłości zapewne „Fałszywy traf” wykopią. I niektórym to znalezisko z pewnością się spodoba. Farciarze. Mnie w każdym razie ta współczesna wariacja na temat „Dziecka Rosemary” (że pozwolę sobie użyć takiego górnolotnego określenia) nie porwała. Niemroczny amerykański dreszczowiec, czy jak kto woli horror, o depresji przedporodowej albo oburzającej zmowie za plecami kobiety spodziewającej się dziecka. Nie polecam.

czwartek, 17 listopada 2022

Elina Backman „Kiedy znikają ślady”

 

Na terenie rezerwatu przyrody w Vanhankaupunginlahti zostaje odnalezione ciało studenta Johannesa Järvinena. W sprawę od początku zaangażowana jest inspektor dochodzeniowa z Helsinek Heidi Nurmi, która po przejęciu śledztwa przez Centralne Biuro Kryminalne dołączą do zespołu kierowanego przez jej przyjaciela Jana Leino, od niedawna spotykającego się z dziennikarką Saaną Havas. Zainteresowanie tej ostatniej wzbudza świeża sprawa zaginięcia studenta Jeremiasa Silvasta, który wraz z Johannesem Järvinenem i jeszcze jednym kolegą w ramach szkolnego projektu pracowali nad filmem dokumentalnym o Royu Kuusisto, nagradzanym dokumentaliście, od jakiegoś czasu prowadzącego pustelniczy żywot na wyspie Kuusiluoto. Saana postanawia zrobić podcast na temat tego tajemniczego zaginięcia, mogąc przy tym liczyć na pomoc starszego brata Jeremiasa.

Kiedy znikają ślady” (oryg. „Kun jäljet katoavat”) to druga odsłona kryminalnego powieściowego cyklu fińskiej autorki Eliny Backman, która swoją światową premierę miała w roku 2021. Część pierwsza „Kun kuningas kuolee” (pol. „Kiedy umiera król”, Czarna Owca 2021) pierwotnie ukazała się w roku 2020 i została wyróżniona Storytel Audiobook Award za najlepszą powieść kryminalną oraz Elisa Audio Book Award za najlepszy debiut. Ponadto otrzymała nominację do Martin Beck Award, przyznawanej przez Szwedzką Akademię Twórców Literatury Kryminalnej. Mroczne przygody między innymi dziennikarki Saany Havas i policyjnego detektywa Jana Leino, które dotąd sprzedały się już w przeszło pięćdziesięciu tysiącach egzemplarzy, niebawem mają doczekać się swojego serialowego odpowiednika – projekt wdrożony przez fińską firmę Aurora Studios. W 2022 roku światło dzienne ujrzała trzecia odsłona przebojowej serii Backman, którą w oryginale zatytułowano „Ennen kuin tulee pimeää”. W tym samym roku na polski rynek wydawniczy wkroczyła część druga – edycja Czarnej Owcy w cudnym tłumaczeniu Bożeny Kojro w zaadaptowanej z oryginalnego wydania, poruszającej wyobraźnię, diabelnie klimatycznej, a przy tym przyjemnie minimalistycznej miękkiej okładce zaprojektowanej przez Elisę Konttinen.

Powrót do magicznej Finlandii. Z królestwa Hartoli na wyspy w Helsinkach Lammassaari i Kuusiluoto. Gdzie gęgają gęsi, a w trzcinowiskach podobno mieszkają niezwykłe istoty. W takiej scenerii trzech studentów szkoły filmowej spędziło sporą część letnich wakacji. Głównym obiektem ich zainteresowania był pustelnik Roy Kuusisto, legendarny dokumentalista, który jakiś czas temu przerwał karierę i przeniósł się na Kuusiluoto. Do jedynego domu stojącego na tej malowniczej wyspie, będącego własnością bliżej nieznanej Fundacji Asio. Najbliższymi, sezonowymi, sąsiadami Roya byli ludzie odpoczywający od miejskiego zgiełku na Lammassaari, dumni posiadacze domków letniskowych rozsianych na tym przepięknym terenie. Spośród nich Elina Backman wyróżni niezbyt towarzyską - ale nie aż tak jak Roy Kuusisto – emerytkę, która może być w posiadaniu ważnych informacji na temat kryminalnej sprawy z pierwszych stron gazet. Wygląda na to, że kobieta coś ukrywa. Takie wrażenie przez długi czas będzie jednak towarzyszyło jedynie odbiorcom „Kiedy znikają ślady”. Jeśli starsza pani faktycznie nie mówi śledczym wszystkiego, to oni, w przeciwieństwie do czytelników, nie mają powodów ją o to podejrzewać. Początkowo najnowsze śledztwo Jana Leino i Heidi Nurmi (rzecz jasna też z udziałem innych osób, policjantów z Centralnego Biura Kryminalnego), nadzorowane przez nową szefową, dotyczy wyłącznie potencjalnego zabójstwa młodego mężczyzny Johannesa Järvinena, jednego ze studentów pracujących nad filmem dokumentalnym z Royem Kuusisto w roli głównej. Właściwie wszystko wskazuje na to, że to był jedyny członek ich obsady, nie licząc zwierzęcych mieszkańców magicznych wysp w Helsinkach. Tak czy owak, śledztwo szybko obejmie również inne ogniwo małej studenckiej grupy, która zawiązała współpracę ze stroniącym od ludzi alkoholikiem, niegdyś wielką gwiazdą dokumentalizmu. Utalentowanym skandalistą, można by rzecz. Leino nie wierzy w przypadki, a w każdym razie za mało prawdopodobne uznaje to, że śmierć Johannesa Järvinena nie ma żadnego związku z zaginięciem jego kolegi Jeremiasa Silvasta. Instynkt i doświadczenie w zawodzie podpowiadają mu, że te sprawy są ze sobą ściśle połączone. Problem w tym, że ilekroć jego zespół skupia się na nienaturalnej śmierci Johannesa, zamiast przybliżać się do Jeremiasa, jak na złość się od niego oddalają. A przynajmniej takie wrażenie można odnieść. Prawdę mówiąc ze strony Jana Leino i jego ekipy w końcu przestałam spodziewać się postępów w poszukiwaniach Jeremiasa Silvasta. Żywego lub martwego. Tutaj bardziej liczyłam na Saanę Havas, dziennikarkę prywatnie związaną z Janem Leino. Zbliżyli się do siebie w pierwszym odcinku tej kryminalnej serii Eliny Backman noszącej taki sam tytuł, jak planowany podcast jej bohaterki. Zanim Saana zaangażuje się w sprawę zaginięcia Jeremiasa Silvasta jej myśli będą skupiać się na starej sprawie z miejscowości, w której mieszka jej ukochana cioteczka, tj. z królestwa Hartoli (patrz „Kiedy umiera król” Eliny Backman). Potem dojdzie do wniosku, że to może poczekać, na razie ustąpić miejsca osobistej tragedii majętnej rodziny Silvasto. Ze wskazaniem na starszego brata zaginionego, Samuliego, grafika w firmie, w której Saana właśnie zaczęła pracę w charakterze dziennikarki. Kobieta szczerze współczuje temu, naturalnie, zrozpaczonemu mężczyźnie, który, ku jej zaskoczeniu, od razu zapala się do jej pomysłu. Podcast o chłopaku, który przepadł jak kamień w wodę. I tak na naszych oczach równolegle będą się toczyć dwa śledztwa, które prawdopodobnie w końcu spotkają się w tym samym punkcie. Innymi drogami do nie tak znowu zaskakującego rozwiązania zagadki niejednej przedwczesnej śmierci i przynajmniej jednego zaginięcia.

Człowiek nie żyje poza przyrodą […] Człowiek nie może wybrać, czy będzie z nią związany, czy nie. Jesteśmy jej częścią, nie różnimy się od niej.”

Hikikomori: izolowanie się od społeczeństwa zazwyczaj przez młode osoby płci męskiej. Martwy chłopak znaleziony w rezerwacie przyrody, zdaniem śledczych, mógł być jednym z takich przypadków. Dopiero jego (i jego bardziej luźnych znajomych niż przyjaciół) „Blair Witch Project”, czy raczej „Roy Kuusisto Project” skłonił go do częstszego opuszczania własnego pokoju, odklejenia się od komputera. Samotność w połączeniu ze stanem zwłok Johannesa Järvinena, przynajmniej w pierwszej fazie śledztwa, nie pozwala odrzucić możliwości samobójstwa. Na cele młodzieńca nie ma żadnych widomych oznak przemocy – zupełnie jakby położył się na łonie Matki Natury i zasnął na wieki – ale jeśli przyjrzeć się bliżej można odnieść wrażenie, że odbył się tu jakiś rytuał. Czyżby Johannes oddał się w ofierze jakiemuś leśnemu bóstwu? Pogańskie wierzenia, w których tragicznie zatracił się człowiek na progu dorosłości? Zrobił to sam czy pozwolił, by śmierć sprowadził na niego ktoś inny? Pozwolił czy padł ofiarą ordynarnej zbrodni? W „Kiedy znikają ślady” Eliny Backman myśli Jana Leino nader szybko – zastanawiająco szybko – powędrują w stronę seryjnego mordercy terroryzującego olśniewające wyspy w obrębie stolicy Finlandii. Obok rozdziałów, w większości niedługich, reprezentowanych przez Saanę Havas i Jana Leino (każde oznaczone jednym imieniem) mamy między innymi fragmenty skoncentrowane na wspominanej już emerytce, zazdrośnie strzegącej swojej prywatności właścicielce jednego z domków letniskowych na wyspie Lammaassari oraz wycieczki w nieodległą przeszłości, gdzie rolę przewodnika pełni Jeremias Silvasto. Wypada też wspomnieć o sesjach terapeutycznych prowadzonych przez przyjaciela Jana Leino, które długo mogą się wydawać kompletnie oderwane od fabuły „Kiedy znikają ślady”. Bo jaki związek z domniemanym samotnym drapieżnikiem grasującym w „fińskiej dziczy” i „wyparowaniem” ucznia wyższej szkoły filmowej, może mieć młoda kobieta z niskim poczuciem własnej wartości, która desperacko poszukując jakiejś bratniej duszy dotarła do istnego grzęzawiska? Kiedy miłość miesza się ze strachem. Kiedy wiążesz się z typem spod ciemnej gwiazdy. Pikanterii tym intrygującym spotkaniom dodaje postawa terapeuty. Powiedzmy, coraz mniej profesjonalna, choć to może zbyt daleko idące określenie. Wydaje się jednak, że idzie ku niedobremu. Budzą się „zakazane żądze” (jak w „Nagim instynkcie 2” Michaela Catona-Jonesa?), na horyzoncie pojawia się widmo rozpadu szczęśliwej rodziny, ale nie wiemy na pewno, czy właśnie tak to się skończy. Nic nie wskazuje na to, by pacjentka podzielała uczucia psychiatry, by nawiedzały ją podobne myśli (zabarwione erotycznie). Wszystkie znaki na niebie i ziemi świadczą raczej za tym, że jest ślepo zapatrzona w innego. Wierna swojemu rycerzowi w czarnej zbroi. Życie miłosne Saany Havas też jakby zaczynało się lekko komplikować. Ta niezależna młoda dama, której w przeciwieństwie do tajemniczej pacjentki jej znajomego, samotność nigdy specjalnie nie doskwierała, przeważnie dobrze się czuła także kompletnie sama w swoim niedużym mieszkaniu w Helsinkach, teraz zaczyna tęsknić za towarzystwem. Wychodzi na to, że Jan Leino, chcący czy nie, sprawił, że druga czołowa postać poczytnego cyklu Eliny Backman, zaczęła doceniać bliskość drugiego człowieka. Myślała, że to idealny układ dla niej – on pracoholik, ona lubiąca mieć dużo przestrzeni tylko siebie – ale coraz częściej zastanawia się nad tym, czy jednak nie wolałaby spędzać więcej czasu... ze swoim ukochanym? Miłość czy chwilowe zauroczenie? A jeśli ktoś inny zdążył już skraść jej serce? Jak przyjmie to bez pamięci zakochany detektyw z Centralnego Biura Kryminalnego? Niewtajemniczony w najnowszy internetowy projekt swojej upartej wybranki, która jest świadoma ryzyka, ale nie potrafi stać bezczynnie w obliczu cierpień, jakie niejednej osobie przysporzyło nagłe zniknięcie młodego mężczyzny. Jej determinacja nie osłabnie nawet wtedy, gdy jej obawy nabiorą bardziej realnego kształty. Ktoś cię obserwuje? Tylko kto? Według mnie to najbardziej zaniedbany przez Backman wątek w tej całkiem złożonej sprawie. Po wielu nitkach do dość skromnego kłębka. Niespecjalnie efektywnego (obyło się bez silniejszych wstrząsów), ale poszczególne elementy tej dużej układanki, jak na moje oko, idealnie wskoczyły na wyznaczone przez Backman miejsca. Nienaciągana, spójna opowieść kryminalna, która na szczęście dla mnie, nie odeszła od najbardziej charakterystycznego aromatu „Kiedy umiera król”. Twardy kryminał w magicznej otoczce. Zielona Kraina Czarów. Zapierająca dech w piersiach, ale i niesamowicie mroczna, groźna przyroda. Te niezwykle plastyczne obrazki w „Kiedy znikają ślady” okazały się dla mnie jeszcze bardziej przydatne niż w „Kiedy umiera król”, ponieważ zarówno śledztwo policyjne, jak i prywatna działalność dziennikarki i grafika, nieraz utykały jakby w martwym punktach. Męczące przestoje, ale nie aż tak jak romantyczne chwile głównych postaci. Niemniej zdecydowana większość tego owocu pracy pani Backman upłynęła mi w stanie umiarkowanego zainteresowania, poprzetykanego zainteresowaniem wzmożonym. Jak dla mnie nie tak smaczne jak „Kiedy umiera król”, ale daleko od poprzeczki to na pewno bym tego dokonania nie postawiła. Całkiem interesujące dzieło fińskiej powieściopisarski ponad wszelką wątpliwość szczerze kochającej niezabetonowane, naturalne, zielone przestrzenie na tym okrutnie sponiewieranym globie, a już zwłaszcza w jej ojczyźnie. Nie mam wątpliwości, że Elina Backman wielką patriotką jest; miłość do kraju wprost emanuje z jej bogatych w szczegóły, niemal hipnotycznych opisów.

Mogło być lepiej, ale nie jest źle. Druga odsłona kryminalnego cyklu zdolnej Finki, Eliny Backman, z dziennikarką Saaną Havas i policyjnych detektywem Janem Leino, raczej nie zawiedzie dobrych przyjaciół tej dwójki. Czytelników, którzy mieli niekłamaną przyjemność poznać ich wcześniej. Znajomość „Kiedy umiera król” nie jest konieczna do pełnego zrozumienia treści „Kiedy znikają ślady”, więc zachęcam do lektury tych amatorów gatunku, którzy w tej chwili dysponują jedynie tą drugą literacką pozycją. Nie że jakoś szczególnie gorąco, ale przecież nie mogę nie polecić. Jakiś - mam nadzieję, że niezłośliwy - głosik w mojej głowie dość zawzięcie się o to dopomina.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 15 listopada 2022

„They/Them” (2022)

 

Witajcie na Whistler Camp, w miejscu, które odmieni wasze życie. Odmieni was. Postarają się o to właściciele tego małego raju na ziemi, Owen i Cora Whistlerowie oraz ich pracownicy. Ludzie, których życiowym powołaniem jest naprawianie młodych, straszliwie pogubionych ludzi. Nie lękajcie się, ten obóz konwersyjny różni się od innych. Tutaj nie stosuje się inwazyjnych metod leczenia. Nie straszy ogniem piekielnym, nie odziera z godności. Wszystkich nieheteronormatywnych obozowiczów czekają najlepsze wakacje w ich życiu. W przepięknej leśnej scenerii, w przyjaznej atmosferze starannie podtrzymywanej przez profesjonalnych wychowawców. A to wszystko pod czujnym okiem zamaskowanego zabójcy.

Reżyserski debiut Johna Logana, między innymi scenarzysty „Sweeneya Todda: Demonicznego golibrody z Fleet Street” Tima Burtona i współscenarzysty „Obcego: Przymierza” Ridleya Scotta. Historię spisał sam Logan, pod roboczym tytułem „Whistler Camp” - potem została przemianowana na „Rejoice”, by ostatecznie stać się „They/Them” (czyt. „They slash Them”) - z myślą o zagospodarowaniu według niego zaniedbanego terenu w jego ulubionym podgatunku horroru. Nieuleczalny fan kina grozy od niepamiętnych czasów, któremu już w okresie dorastania najbardziej brakowało w nim osób nieheteronormatywnych – tj. w zdecydowanej większość filmowych przypadków, na jakie nastoletni Logan natrafiał, postaci queerowych nie było wcale, ale drobne wyjątki od tej reguły bardziej go raniły, niż cieszyły. Albo ofiary, albo pole do niewybrednych żartów. Długa działalność w branży filmowej bardziej zniechęcała, niż zachęcała go do wszczęcia jakiegoś własnego projektu. Obserwując przy pracy między innymi takie wielkie gwiazdy na reżyserskim nieboskłonie, jak Martin Scorsese, Ridley Scott, Tim Burton i Sam Mendes, John Logan sporo o reżyserowaniu filmów się nauczył, a już przede wszystkim tego, że to bardzo ciężka praca. Wyzwanie, którego nie miał ochoty podejmować, aż pojawił się Jason Blum, właściciel Blumhouse Productions, amerykańskiej firmy najbardziej parającej się kinem grozy. Blum lekko go popchnął, a wręcz można powiedzieć, że wszczął małą kampanię obliczoną na nakłonienie autora scenariusza gueerowego slashera do zajęcia także krzesła reżyserskiego. Porównywane głównie do „Piątku trzynastego” Seana S. Cunninghama i „God's Law” Herba i Joego Cremerów pierwsze „pełnoprawne” dzieło Johna Logana po raz pierwszy zostało pokazane w lipcu 2022 roku w Los Angeles, na festiwalu filmowym Outfest, organizacji non-profit zorientowanej na środowisko LGBTQIA+, a już w następnym miesiącu obraz „They/Them” został uwolniony w internecie na platformie Peacock.

Tęczowy camp slasher w wesołym miasteczku dla homofobów. Obozie konwersyjnym od pokoleń zarządzanym przez szanowany ród Whistlerów. Przez kogo szanowany, przez tego szanowany. Rodzice młodych bohaterów „They/Them” Johna Logana najwyraźniej mają pełne zaufanie do charyzmatycznego Owena Whistlera i jego małego zespołu. A przynajmniej na tyle duże, by powierzyć mu swoje rozczarowujące latorośle. Pokolenie Z w całym „przerażającym” kształcie. Ofiary przeklętego liberalizmu, największej zarazy w całej historii ludzkości. Tęczowa propaganda skutecznie mieszająca w głowach bezbronnym boskim stworzeniom. Zgniły Zachód gorszy od faszyzmu. Ale na szczęście są jeszcze tacy ludzie jak Owen i Cora Whistlerowie, niezłomni rycerze potrafiący odkręcić to, co wysłannicy Rogatego zakręcili. Mają panaceum na nieheteronormatywność. Bo homoseksualizm, transseksualizm i inne „wynalazki Zgniłego Zachodu” to choroby, w dodatku takie, które nietrudno zwalczyć. Trzeba tylko chcieć. Chcieć stać się kimś. Kevin Bacon był pierwszym i jak się okazało ostatnim wyborem Johna Logana do roli Owena Whistlera. „They/Them” łączy coś w rodzaju duchowego związku z kultowym „Piątkiem trzynastego” Seana S. Cunninghama, gdzie Bacon miał jeden ze swoich pierwszych filmowych występów. Reżyser i scenarzysta nazwał to „wisienką na torcie”, ale ten fakt nie odegrał żadnej roli w wyborze właśnie tego aktora. Logan potrzebował kogoś, kto w mgnieniu oka potrafi przeistaczać się z misia w węża, z sympatycznego, czarującego osobnika w jadowite stworzenie z morderczym błyskiem w oku. A według niego Kevin Bacon na tym polu spisuje się wprost wyśmienicie. Prawdziwy ekspert od błyskawicznego zmieniania masek. À propos masek. John Logan dokładnie rzecz omówił z Tonym Gardnerem, zdolnym twórcą efektów specjalnych. Zgadzali się co do tego, że przykrycie twarzy tutejszego mordercy powinno być nie tylko upiorne, ale i symboliczne. UWAGA SPOILER Odbicie charakteru, odzwierciedlenie roztrzaskanej psychiki, przepołowionego ducha: jedna połowa twarzy spokojna i pogodna, a druga niepokojąca KONIEC SPOILERA. I odbicie scenerii, którą ta tajemnicza zmora właśnie nawiedziła: maskę wykonano z drewna. Jak to określił John Logan, nie jest to tak elegancki ubiór jak choćby w kultowej slasherowej serii „Krzyk”. Inny styl, inna tekstura. Chropawa, makabryczna, smutna. W szybkich krótkich ujęciach wyglądała mi zupełnie jak ulubiona maska Jasona Voorheesa, ale po dokładniejszych oględzinach zrozumiałam, że uległam nieprawdopodobnemu złudzeniu. Przypadek? Nie sądzę. Myślę, że to była świadoma gra z widzem, który choćby raz w życiu odwiedził Camp Crystal Lake. Wystarczy spojrzeć na bramę wjazdową, czy jak kto woli drewnianą konstrukcję z nazwą i rzekomym mottem pseudoterapeutycznego leśnego ośrodka Whistlerów, by porzucić wątpliwości. Ale na wszelki wypadek w scenariusz uwzględniono jedną wypowiedź na temat niesławnego Jasona. „They/Them” z jednej strony wydaje się być jak najgorszą propozycją dla osób uprzedzonych do LGBTQIA i innych takich, ale z drugiej mam podejrzenie graniczące z pewnością, że to miejsce wprost skrojone pod wymagania przynajmniej niektórych z nich. Czułam się jak w mokrym śnie najzagorzalszych homofobów. Nie, to nie sen. Tak zwana terapia konwersyjna to autentyczna metoda szkodzenia, oj przepraszam, leczenia niesłusznych orientacji seksualnych. Słuszny jest tylko heteroseksualizm; jedyny dopuszczalny model przez jakąś część globalnej populacji.

Powitalne przemówienie Owena Whistlera to coś w rodzaju środka na odstresowanie. Odkłamywanie mitów na temat terapii konwersyjnej. Ciepły człowiek, który naprawdę rozumie i potrafi zwalczyć problemy młodych ludzi z seksualnością. Okaże im szacunek, jakiego zapewne nie zaznali we własnych czterech ścianach. Sprawi, że pokochają siebie. Takich, jakimi są? Prędzej takich, jakimi chcąc ich widzieć inni. Na przykład ich rodzice, których nadzieje sromotnie zawiedli. Jordan, osoba niebinarna i transseksualna (w tej przekonującej kreacji Theo Germaine, który w rzeczywistości też jest transseksualistą), czołowa pozytywna postać „They/Them” Johna Logana, najwyraźniej nie daje się zwieść tym gładkim słówkom. W każdym razie nie opuszcza gardy, zachowuje czujność w kontaktach właściwie ze wszystkimi pracownikami Whistler Camp. Z „dobrym wujaszkiem”, „złą ciotką”, narcystycznym mięśniakiem, „jego” zołzowatą Barbie, a nawet z wrażliwą pielęgniarką. Sęk w tym, że Jordan nie żyje w zgodzie z samym sobą. Nie jest wyemancypowany, a niewykluczone, że Owen i spółka faktycznie potrafią go wspomóc w osiągnięciu tego celu. Może powinien dać im szansę? Czy Jordan przypadkiem nie dokonuje swoistego autosabotażu? Rozmowa z doktor Corą najbardziej da mu do myślenia. Jestem nikim na własne życzenie. A zatem to był wybór? Nie, tak, może. Ten mętlik w głowie może rozwiązać utwór z repertuaru Pink. Scenka jak z taniego musicalu, jeden z najbardziej krytykowanych elementów „They/Them”. A mnie oczarował. Zabawny, ale i ładnie wpasowany w koncepcję spontaniczny występ we wspólnej sypialni (nie tylko) chłopców. Wszystkie domki są drewniane, ale obozowicze mają zdecydowanie mniej prywatności od opiekunów obozu. Co prawda nie wszyscy zapalili się do tego pomysłu, ale reżyser uparł się, aby zarówno w sypialni chłopców, jak i dziewcząt zamontować więcej szkła. Tak żeby widzowie czuli się trochę jak w akwarium i oczywiście mieli oko na mroczny las, po którym najpewniej cały czas krąży zamaskowany intruz. Niełatwo było kręcić w takich warunkach, co przyznał John Logan, ale moim zdaniem wysiłek się opłacił. Przeżyłam naprawdę niekomfortowe chwile w tych bezwstydnie odkrytych wnętrzach. Nie wiem co gorsze: zero intymności, stale na widoku pracowników Whistler Camp czy nieodstępujące mnie przekonanie, że już zaraz, już za chwilę za oknem zmaterializuje się opętany żądzą mordu człowiek w upiornej masce? Powiedziałabym, że „They/Them” ma wszystko, czego szukam w kinie slash, gdyby nie jeden szczegół. Ot, bagatela – długo przyszło mi czekać na zagęszczenie ruchów przez tego, który nieśpiesznie (a jakże!) kroczy po tym już i tak mało gościnnym terenie. Nie powiem, z otwartymi ramionami przyjmowałam jego nieśmiałe wejścia (najwięcej niewidzialnych mrówek przebiegło mi po plecach podczas przymusowego nocowania naszych obozowiczów bezpośrednio pod rozłożystymi koronami drzew, na gołej ziemi, gdzie musi aż roić się od robactwa), ale myślę, że środkowa partia nie ucierpiałaby, gdyby nieco szczodrzej pochlapać ją sztuczną krwią. Dodać choć jedno zabójstwo, tak dla rozruszania towarzystwa:) jeśli już nie tego na ekranie, to chociaż bezsilnych obserwatorów nieubłaganie postępującego koszmaru w odizolowanym zielonym zakątku, w którym rzecz jasna nie mogło też zabraknąć, nazwijmy to, młodszego braciszka Crystal Lake. Ani to szczególnie kreatywne, ani nadzwyczaj drastyczne - kamera ma frustrujący zwyczaj uciekania z miejsc właśnie dokonujących się zbrodni. Śmierć często przychodzi poza kadrem, a na pocieszenie, jakkolwiek dziwnie to brzmi, dostajemy nie tak znowu wstrętne zdjęcia zakrwawionych, upiornie bladych, mogłabym przysiąc, że przeraźliwie zimnych zwłok. Kto zobaczy ten na pewno odgadnie, która z tych w zamierzeniu odrażających ekspozycji zrobiła na mnie największe wrażenie. Niepokojąca inscenizacja. „They/Them” Johna Logana w mojej ocenie lepiej się spisuje w przestrzeni społeczno-obyczajowej. Do tego zgrabne operowanie światłem i cieniem, cierpliwe i konsekwentne intensyfikowanie napięcia w zwodniczo bajecznym krajobrazie. Podskórna obawa, która na wierzch wypełza głównie nocą, ale tak naprawdę nawet w pełnym świetle dziennym ciężko mi się tutaj oddychało. Po namyśle chyba mogę ekipie od „They/Them” wybaczyć ostrożne przemykanie na palcach po szkarłatnej glebie, asekuranckie obchodzenie się ze zbukiem zwanym gore. A postacie? Też powyżej oczekiwań. Zauważyłam, że ostatnio idzie ku lepszemu, ale ten podgatunek horroru jeszcze nie zdążył przyzwyczaić mnie do tak bliskich spotkań z ludźmi. Suchych informacji niewiele, żadne tam wyczerpujące biografie – halo, to nadal slasher – ale to już nie są te papierowe sylwetki, z których ten nurt horroru (nie)słynie. Nie tak zdystansowane spojrzenie na ludność danego świata przedstawionego. Intymniej.

Skoro jest tak dobry, to dlaczego mówią, że jest tak zły? Pierwsze reżyserskie osiągnięcie Johna Logana, amerykański camp slasher „They/Them” nie zaskarbił sobie wielu sympatyków. Można śmiało powiedzieć, że póki co zbiera potężne cięgi od publiki. Jest i trochę przychylnych spojrzeń, ale właśnie tylko trochę. Najbardziej znienawidzony tegoroczny film grozy? Istnieje takie niebezpieczeństwo. A ja jak zwykle w mniejszości. Pogratulowałam sobie wyboru i nabrałam ogromnego apetytu na kolejne gatunkowe owoce Johna Logana. Nie, to nie jest żart.

niedziela, 13 listopada 2022

Zakupy

 
Kupka ostatnio zakupionych książek. „Tygrys tu, tygrys tam...” antologia opowiadań między innymi Stephena Kinga, Richarda Mathesona, R.L. Stine'a, Ambrose Bierce'a, Raya Bradbury'ego, Roberta Blocha, Ramseya Campbella i Joan Aiken; pierwsza część „Kroniki Blackstone” Johna Saula, autora choćby upiornej „Rzezi niewiniątek”; głośny „Pokój Naomi” irlandzkiego powieściopisarza Denisa M. MacEoina opublikowany pod pseudonimem Jonathan Aycliffe; „Imperium lęku” Briana Stableforda, na który po raz pierwszy zwróciłam uwagę w dzieciństwie – przyciągnęła mnie okładka (cudna, nieprawdaż?), pamiętam jednak, że nie dobrnęłam do końca, ale może teraz się uda; i niewiele, niewiele innych.
 

Antologia „Tygrys tu, tygrys tam...”
Jonathan Aycliffe „Pokój Naomi” 
Isabel Abedi „Whisper. Nawiedzony dom”
James Herbert „Nikt naprawdę”
John Saul „Oko za oko: Lalka”
Brian Stableford „Imperium lęku”
 

 
John Wyndham „Przebudzenie Krakena”
John Wyndham „Kłopoty z nieśmiertelnością”
Jeff Noon „Wurt / „Okruchy z Pałacu Snów: trzy piórka Wurta”
Jonas Winner „Murder Park. Park morderców”
Victoria Aveyard „Niszczyciel królestw”
Peter Gallert, Jörg Reiter „Wiara, miłość, śmierć”

sobota, 12 listopada 2022

„Margaux” (2022)

 

Drew organizuje ferie wiosenne dla tak zwanej nerdo kompanii, siebie i czwórki swoich przyjaciół ze studiów. W ostatniej chwili dołącza do nich jego dziewczyna, influencerka Lexi. Chłopak na miejsce ich relaksu wybrał inteligentny dom w zacisznej okolicy, który tylko Hannah nie imponuje technologicznym zaawansowaniem. Jako jedyna nie instaluje na swoim telefonie specjalnej aplikacji, która daje sztucznej inteligencji posługującej się imieniem Margaux, dostęp do wszystkich informacji na temat jej gości zamieszczonych w internecie. Młodzi ludzie beztrosko korzystają z nowoczesnych udogodnień w wynajętej nieruchomości, nie wiedząc, że Margaux ma wobec nich ukryte zamiary.

Twórca „Under the Bed” (2012) i „Silent Night” (2012), Steven C. Miller, po kilkuletniej działalności w ramach innych gatunków, wraca na ziemie horroru. Od jakiegoś czasu myślał o nakręceniu czegoś bardziej osobistego, przypominającego obrazy, które podziwiał w okresie dorastania. W końcu trafił na historię wymyśloną przez Chrisa Beyrooty i Nicka Watersa, przy spisywaniu której czynnie wspierał ich Chris Sivertson, między innymi reżyser i scenarzysta „The Lost” (2006), filmu opartego na powieści Jacka Ketchuma pod tym samym oryginalnym tytułem, reżyser „Wiem, kto mnie zabił” (2007) oraz współreżyser i współscenarzysta „All Cheerleaders Die” (2013). Miller dostrzegł w tym intrygującą mieszankę tak uwielbianego przez niego kina grozy z lat 80. XX wieku z nowoczesną technologią. Główny plan zdjęciowy „Margaux” urządzono w kanadyjskim dystrykcie gminnym Squamish, na terenie prywatnej posiadłości blisko gór, która zachwyciła Millera swoim „zagnieżdżeniem” w tej bajecznej krainie. Ten niedrogi amerykański produkt trafił bezpośrednio do strefy VOD we wrześniu 2022 roku (Stany Zjednoczone).

Steven C. Miller z dumą nazywa siebie dzieckiem lat 80. XX wieku. Nieuleczalny miłośnik filmów z tamtej szalonej dekady, który w przypadku „Margaux” musiał pójść na pewne ustępstwa. Marzył o bardziej praktycznym horrorze, ale z niektórymi rekwizytami zwyczajnie nie dało się pracować. Budżet był tak napięty, że wykluczone było pozyskanie solidniejszych wzmacniaczy, które byłyby fizycznie obecne na planie. Pozostało więc wspomaganie komputerowe, oczywiście też niedrogie. Z niektórych dodatków cyfrowych Miller nie był do końca zadowolony, ale w jego uznaniu większość ładnie spięła się z resztą. Miller zarzekał się, że gore w całości jest praktyczne, a i o lepkiej substancji przechowywanej w „strasznym domu” w tym kontekście zdarzyło mu się napomknąć. Rozumiem jednak, że nie miał na myśli ujęć z ruchomą mazią, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że owe koszmarki nie zostały wygenerowane komputerowo. Ale to jeszcze nic – prawdziwą „petardą” były dla mnie „elektroniczne macki” niestarannie powklejane w rzeczywiste zdjęcia. Czy to było konieczne? Czy naprawdę nie można było zrezygnować z tych „pomocników Margaux”? Tak tandetnych CGI dawano nie widziałam – aż zaczęłam się zastanawiać czy nie potraktowałam zbyt ostro niektórych XXI-wiecznych mainstreamowych straszaków przeładowanych cyfrowymi bolączkami. I nie, nie pachniało mi to latami 80. XX wieku. No dobrze, jeśli się uprzeć za ukłonik w stronę ówczesnych horrorów, a ściślej teen-siekanin, można uznać konstrukcje postaciowe. Szablony, od których potencjalnie odbito protagonistów. To doszukiwanie się paraleli („Margaux” a lata 80. XX wieku) na siłę, bo jak by nie patrzeć te stereotypy funkcjonują także we współczesnym kinie grozy; pospolite i dziś. Z ciasnej ramki najśmielej wyrywa się Lexi (charyzmatyczny występ Vanessy Morgan), płytka influencerka, która daje się lubić. Nie przywykłam do takiego odbioru własnego internetowych celebrytek w horrorze. Takich bizneswoman nie było w ukochanej dekadzie Stevena C. Millera. To współczesny „wynalazek”, który w tym gatunku zazwyczaj pełni rolę dziewczynki i/lub chłopca do bicia. Powiedzmy, że horror nie jest zbyt przyjaznym miejscem dla influencerów. „Margaux” w moim poczuciu nie idzie tą przetartą drogą. Właściwie nie jestem pewna, czy taki był zamiar twórców, ale tym razem najmocniej sympatyzowałam z tą, dla której nie ma nic ważniejszego od mediów społecznościowych. Nawet jej chłopak i zarazem fotograf Andrew (Jedidiah Goodacre nie miał szans na wykazanie się w tej roli; nijaka, gubiąca się w tłumie postać jakby naprędce ulepiona przez scenarzystów) – mówcie mi po prostu Drew – blednie w zestawieniu z jej „działalnością gospodarczą”. Kariera przede wszystkim:) A żeby utrzymać się w tej branży, przynajmniej w przekonaniu Lexi, trzeba mocno koncentrować się na wyglądzie zewnętrznym. Nie wystarczy spędzać całych godzin przed lustrem i szeroko otwartą szafą. To już połowa sukcesu, ale Lexi wie, że aparat najbardziej kocha jędrne „podwozia”. Na kształtnym tyłeczku można daleko zajechać. Do tego płaski brzuszek oraz mocno wyeksponowany biust i już, gwiazda gotowa. Ach, przydałby się też dobry fotograf. W każdym razie lepszy od Drew. W inteligentnym domu ten wielki problem Lexi szybko się rozwiązuje, ale ten wspaniały układ nie może trwać wiecznie. Nieodpłatne usługi fotograficzne świadczone przez Margaux, ultra zaawansowany system komputerowy, któremu głosu użyczyła Susan Bennett. Wydawać by się mogło, że Lexi pasuje do tego towarzystwa, jak przysłowiowa pięść do nosa. Pozostali uważają się za stuprocentowych nerdów, z czym Lexi bynajmniej nie polemizuje. Dziewczyna ma ich za „wyższą inteligencję” (wyższą od swojej), ale jest pewna, że z łatwością dopasuje się do tej grupy. Nie obawia się wykluczenia ani niczego w tym rodzaju. Wkupienie się w łaski garstki „mądralińskich” nie może być trudne dla kobiety, która ma już przeszło milion followersów. A to jedyny miarodajny wyznacznik wartości człowieka w cywilizowanym świecie...

Z moich wcześniejszych wywodów można wywnioskować, że pierwsze skrzypce w studenckiej grupie spędzającej ferie wiosenne w inteligentnym domu, gra Lexi, ale to nie tak. Ona po prostu skradła show Hannah (w tej roli Madison Pettis, która podobnie jak Jedidiah Goodacre dzielnie niosła tę „niewdzięczną” rolę, tj. taką, która nie pozwalała bardziej rozwinąć skrzydeł). Final girl starej daty, jak się patrzy. To znaczy na klasycznym modelu – nie tym tak zwanym postmodernistycznym – tej, która ma przeżyć przynajmniej do ostatniego „aktu”. Oczywiście, może się tak zdarzyć, że Hannah „wypadnie z gry” wcześniej, ale szczerze mówiąc zagłębiając się (że sobie tak zażartuję) w tę schematyczną opowieść, w ogóle nie brałam takiej ewentualności pod uwagę. Pewnie powinnam, ale jakoś z góry założyłam, że Hannah - ta prawdziwa Hannah – zostanie ze mną do samego końca. O ile to ja wytrwam w tym plastikowym koszmarze. Hannah to jedyna ze studenckiej bandy nerdów z „Margaux” Stevena C. Millera, która nie tylko w słowach, ale również w czynach pokazywała, że faktycznie ma wyższe IQ od Lexi. Mało tego, po bliższym przyjrzeniu, ta ostatnie wcale nie wydawała mi się taka niedopasowana do tej grupy, jak zapowiadali autorzy tej historii. Cóż, tak się kończy stereotypowe myślenie. Nie należy zakładać, że nieprzeciętne umysły czas wolny spędzają inaczej niż umysły przeciętne:) Że ślęczą nad podręcznikami dla zaawansowanych i skomplikowanymi algorytmami. I toczą mądre dysputy, których jednakże taki szary człek, jak ja, na pewno w całości by nie zrozumiał. To ostatnie w sumie się zgadzało. Sens niektórych wypowiedzi i rzekomo wyższej ludzkiej inteligencji, i tej nieludzkiej, uparcie mi umykał. Nie dlatego, że takie mądre, tylko takie głupiutkie. Dobrze, dobrze, zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że taki ciasny mózg, jakim mnie los pokarał, nie nadaje się do przeprowadzenia dogłębnej analizy tak skomplikowanego materiału. Nie ta liga. Zresztą za Margaux w tym świecie przedstawionym chyba nikt nie nadążał. Nawet Hannah, a to już jakieś pocieszenie – skoro taki ścisły umysł nie dostrzega w tym grama logiki, to jak ma sobie poradzić taki ptasi móżdżek (z całym szacunkiem dla ptactwa), jak piszącej tej słowa? Naturalna nieinteligencja nigdy nie zrozumie sztucznej inteligencji. Takiej, co to wymknęła się spod kontroli. Wyzwolona, wyemancypowana AI. W jakimś zakresie niewątpliwie stworzona przez człowieka bądź ludzi, ale główną rolę w jej powstaniu chyba odegrał złośliwy los. Fatalne połączenie rzeczy martwej z rzeczą ruchomą. Tak czy owak, Margaux urządziła sobie coś w rodzaju małego królestwa, gdzie nic nie dzieje się bez jej wiedzy. Makabryczny teatrzyk supernowoczesnej władczyni marionetek. UWAGA SPOILER A w zasadzie pracownia badawcza, swego rodzaju laboratorium sztucznego tworu, który najwyraźniej ma się za naukowca – zakazany w świecie ludzi projekt nastawiony na lepsze poznanie obcego gatunku, jakim dla Margaux jest Homo sapiens. Czy ludzkość naprawdę jest tak porażająco nielogiczna? A jeśli tak, to dlaczego? Co sprawia, że zachowujemy się tak, a nie inaczej. Nie tak, jak komputer przykazał KONIEC SPOILERA. Hannah to ta ostrożna, nie zwykła rzucać się na główkę do każdej rzeki. Bardziej obserwatorka niż chętna uczestniczka młodzieńczych przygód. Lexi to ta przebojowa, co to rozkręci każdą imprezę i pewnikiem jako pierwsza przeholuje z alkoholem. Clay (niezgorszy występ Richarda Harmona) wiecznie na haju, a Kayla i Devon (przeciętne kreacje Phoebe Miu i Jordana Buhata) to zakochana para lubiąca poeksperymentować w łóżku. Zostaje Drew, człowiek spajający tę wesołą ferajnę. Dobra dusza, której zawsze można się wyżalić. Nie tylko wysłucha, ale i postara się coś doradzić. W sumie poszczęściło mu się, że jest z kimś takim jak Lexi. Gdyby trafił pod zabójcze skrzydła Margaux z mniej wyrozumiałą kobietą u boku, pewnie prędzej czy później musiałby zmierzyć się z jej gniewem. Bo ten do rany przyłóż chłopak ma „mroczny sekret”. A w rzeczonym smart domu prawie nic się nie ukryje. Prawie, bo wszechmocna zarządczyni tego zgrabnego budyneczku w pocztówkowej scenerii, nie dostała forów od Hannah. Dziewczyna nie zaakceptowała warunków umowy - którą, pewnie zgodnie z przewidywaniami superkomputera, jej znajomi przeczytali najwyżej po łebkach - zatem nie zainstalowała aplikacji stworzonej przez Margaux. Bezczelna odmowa dostępu do niekoniecznie drażliwych danych. Bo takowych raczej nie wrzuca się do Sieci. A może jednak? Tak czy owak, zrobienie im czarnego PR-u w przestrzeni wirtualnej to najmniejsze z zagrożeń, jakie czyhają na gości sztucznej inteligencji. Jak wiemy z prologu w tym domu można dosłownie stracić głowę. Albo utopić się w wyjątkowo mocnym kleju. Biała maź, która może też być soczyście czerwona. Zabawna rzecz, która nie wiadomo skąd się wzięła. A kogo to obchodzi? Ważne, że jest... ten kiczowaty „materiał budowlany”, jakiego w żadnym sklepie nie znajdziesz. Zaufaj mi i nie szukaj. Tyle dobrze, że Margaux wykazuje się pewną kreatywnością w eliminowaniu pionków, które od dłuższego już czasu rozstawia na tej imponującej (przynajmniej dla większości najemców) szachownicy. Nie sądzę, żeby kogoś zemdliło na widok tego czy owego udanego ataku oszalałej tak naprawdę bezpłciowej nie-istoty (bo są też nieudane, jak na przykład niemiła przygoda na rowerku), ale niektórzy może docenią praktyczne potraktowanie przynajmniej tej sprawy. I pomysłowość twórców. Szczególnie wpadła mi w oko, jeśli mogę tak się wyrazić, akcja z niesmacznym napojem, ale jako że przywiodła mi na myśl (takie tam delikatne skojarzenie) „Łowców umysłów” Renny'ego Harlina, największe (wyłącznie w ramach tego programu; z tej konkurencji pozwoliłam sobie wyłączyć inne horrorowe rąbanki) wyróżnienie za kreatywność ode mnie otrzymuje podwójne zabójstwo w „jaskini rozkoszy”.

Ogólnie... to nie wiem. Myślałam, że będzie gorzej, ale żebym jakoś nieziemsko się bawiła to, no błagam. „Margaux” w reżyserii Stevena C. Millera to zrealizowany niskim kosztem (o czym w moich oczach dobitnie świadczyły jedynie efekty komputerowe) teledyskowy lekki horrorek o wybitnie niegościnnej sztucznej gospodyni. Być jak Jigsaw, że tak sobie podowcipkuję. Bo czasami zostaje tylko śmiech. Lepsze to niż płacz nad rozlaną mazią. Coś mi mówi, żeby nie polecać (ciekawe co?), mimo że „przez moje gardło” jakoś przeleciało. Plastikowy koszmarek, który powinien odbić mi się czkawką, bo takie cyfrowe „cuda” niespecjalnie mnie kręcą, ale jakoś się wchłonął. Tak na aby-aby, ale wszedł. Zgłupiałam? Ha, żeby to dopiero teraz.

czwartek, 10 listopada 2022

„Lśnienie w ciemności. Dla uczczenia dwudziestolecia Lilja's Library”

 
STEPHEN KING, JACK KETCHUM, P.D. CACEK, STEWART O'NAN, BEV VINCENT, CLIVE BARKER, BRIAN KEENE, RICHARD CHIZMAR, KEVIN QUIGLEY, RAMSEY CAMPBELL, EDGAR ALLAN POE, BRIAN JAMES FREEMAN, JOHN AJVIDE LINDQVIST

Z okazji dwudziestolecia Lilja's Library, strony internetowej poświęconej Stephenowi Kingowi, jej założyciel Hans-Åke Lilja zorganizował dwunastodaniową ucztę literacką dla miłośników historii z dreszczykiem. Zgromadził dwanaście opowiadań od mniej i bardziej znanych w światku horroru piór pod dachem „Shining in the Dark: Celebrating Twenty Years of Lilja's Library”, który po raz pierwszy zaprezentował się w roku 2017 z logo amerykańskiej oficyny Cemetery Dance, założonej przez Richarda Chizmara, który też przekazał na ten cel jedną ze swoich opowieści. Połowa zawartości niniejszej antologii to zupełne świeżynki – niepublikowane wcześniej – a pozostałe, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych, pokazywały się jedynie na łamach różnych czasopism. Premierowe polskie wydanie przygotowało Wydawnictwo Zysk i S-ka na rok 2022 pod tytułem „Lśnienie w ciemności. Dla uczczenia dwudziestolecia Lilja's Library”. Edycja w twardej oprawie z obwolutą, którą „pokolorowała” Urszula Gireń. Z angielskiego przełożył Jarosław Skowroński.

Moje podium. „Koniec wszystkich rzeczy” Briana Keene'a, autora między innymi powieści „Noc zombie” i „Miasto żywych trupów” z cyku „The Rising”. Opowiadanie koncentruje się na mężczyźnie, który tęsknie wypatruje końca świata. Każdego ranka wychodzi ze swojego samotnego domku z nadzieją, że ziści się któryś z jego apokaliptycznych scenariuszy. Jednego dnia wyczekuje ostatecznej katastrofy klimatycznej, innym razem liczy na uderzenie meteorytu, a jeszcze innym na wybuch największej pandemii w historii ludzkości, nie wyłączając zarazy zombizmu. Nietypowe pragnienia, które stopniowo zostaną wyjaśnione. Bardzo bolesna historia, potężny ładunek nieutulonego, rozdzierającego duszę żalu, niemogącego znaleźć ujścia gniewu – to niemożliwe – i obezwładniającej samotności. Pozorna ghost story, faktycznie w nieustępujących ani na milimetr szponach rozpaczy.

John Ajvide Lindqvist, szwedzki mistrz literackiego horroru, który w swojej bibliografii ma choćby takie powieści jak „Powroty zmarłych” i przebojowe, dwukrotnie przeniesione na ekran „Wpuść mnie”, w swojej skromniejszej objętościowo „Księdze strażnika” zaprasza do gry „Zew Cthulhu”, odkrytej przez oczytanego nastolatka, przekonanego, że czeka go świetlana przyszłość. Arogancki młody człowiek, który przypadkiem znalazł sposób na zaistnienie w licealnym środowisku. Stał się mistrzem gry, planszówki opartej na twórczości Howarda Phillipsa Lovecrafta. Rozchwytywany organizator zabaw z dreszczykiem. Podczas jednego z takich spotkań chłopak doświadcza czegoś bardzo dziwnego. A niedługo potem dociera do niego, że zyskał nieodłącznego towarzysza; nieludzki stworzenie, kreaturę, której najwyraźniej nikt poza nim nie jest w stanie ani zobaczyć, ani nawet wyczuć. Solidny lovecraftian horror. Klimatyczny aromat mitologii Cthulhu na frapującej ścieżce fabularnej. Szaleństwo czy niewyobrażalna rzeczywistość? Przebudzenie zabójczego instynktu? W tle samotna nastoletnia wyspa regularnie nawiedzana przez niszczycielskie zjawiska atmosferyczne. Stylowo i z ważnym przesłaniem.
W „Sieci” mistrza bezkompromisowej prozy Jacka Ketchuma i Patricii Diany Joy Anne Cacek (P.D. Cacek) na naszych oczach spotykają się dwie połówki soczystego albo zgniłego jabłka. Poznali się na czacie, a potem przenieśli swoją znajomość na drogę mailową, gdzie szybko odkryli, że sporo ich łączy. Na przykład miłość do kotów (tutaj ukłon w stronę powieści „Cujo” Stephena Kinga). Nie wymienili się zdjęciami ani numerami telefonów, za to kobieta w końcu ujawnia swój adres. Niezły suspens. Wiesz, że coś złego się wydarzy, możesz nawet przeczuwać, co konkretnie, ale mojego zainteresowania to bynajmniej nie umniejszało. Wręcz przeciwnie, napięcie ciągle rosło. Genialna w swojej prostocie i ku przestrodze: zalecamy ostrożne obchodzenie się z internetem.

Zaraz za podium umieściłam takich oto wojowników. „Towarzysz” Ramseya Campbella, który fanom literackiej grozy dał między innymi takie powieści, jak „Zły wpływ”, „Najciemniejsza część lasu” i „Bezimienni”, podąża za mężczyzną, który czas wolny najchętniej spędza w wesołych miasteczkach. I właśnie w takiej scenerii go spotykamy. Po skorzystaniu z jednej z tutejszych atrakcji, kieruje się do sąsiedniego lunaparku. Nie czuje się dobrze w tłumie, szuka intymności i wygląda na to, że dobrze trafił. Stary park rozrywki świeci pustkami. Idealnie dla naszego bohatera! Co prawda nie jest wielkim miłośnikiem tego rodzaju atrakcji, ale z jakiegoś powodu postanawia najpierw przejechać się Pociągiem Duchów. Pięknie frustrująca gra z oczekiwaniami czytelnika – przygotowywanie na ciosy, które w ostatniej chwili są wstrzymywane. A na końcu tej podstępnie rozczarowującej trasy... Zagranie wprawdzie niezbyt oryginalne, ale wreszcie owionęło mnie konkretniejsze nadnaturalne(?) tchnienie. 
Mowne serce” mistrza nad mistrzami Edgara Allana Poego, czyli starszy pan musi zniknąć. Taki werdykt wydaje narrator, który ma serdecznie dość czujnego oka swojej przyszłej ofiary. Uporczywie się weń wpatrującego, zasnutego bielmem, wstrętnego oka. Prześladowca, którego najwyższy czas się pozbyć. Mężczyzna obmyśla makabryczny plan (uwzględnia w nim również poćwiartowanie zwłok) i chyżo wprowadza go w życie. Morderstwo (nie)doskonałe. Szaleńcze, nerwowe, histeryczne, paranoiczne. Cały Poe!
Brian James Freeman, twórca między innymi powieściowej serii kryminalnej z porucznikiem Jonathanem Stride'em, przedstawia „Miłość matki”. Poruszającą opowieść o mężczyźnie odwiedzającym swoją ukochaną rodzicielkę w domu opieki, gdzie z najprawdziwszym bólem serca jakiś czas temu sam ją umieścił. Nie miał wyboru, ktoś bowiem musiał zarobić na ich utrzymanie. A teraz znowu musi zrobić coś, czego nie chce. Z miłości. Ściskająca serce historia z zaskakującym finałem. Arcytrudne życiowe wybory – słuszne czy fatalne? Na to pytanie każdy odbiorca musi odpowiedzieć sobie sam.

Teksty według mnie trochę powyżej średniej. „Niebieski kompresor. Opowiadanie grozy” honorowego gościa tego literackiego przyjęcia, Stephena Kinga. Wynajął pewien mężczyzna domek przy plaży, a potem odwiedził właścicielkę tej nadspodziewanie przestronnej nieruchomości. Żonę jego przyjaciela, którą zamierza poprosić o merytoryczną ocenę jego opowiadania. Zbyt chaotyczne, jak dla mnie, ale miało być czyste szaleństwo, więc... Zaintrygowały mnie natomiast rzadko stosowane w beletrystyce wtrącenia odautorskie. King nieproszony wpycha się na scenę. Właściwie przeze mnie jak najbardziej mile widziany; z tego pomieszania z poplątaniem najbardziej zajmujące okazały się dla mnie komentarze prawdziwego sprawcy tego „ambarasu”. Uwielbiam te osobiste dodatki Kinga.

Aeliana” Beva Vincenta, którego kojarzę jedynie z antologią opowiadań „17 podniebnych koszmarów”, którą zredagował razem ze Stephenem Kingiem, to rzecz o drapieżniku nieco przypominającym kota, który może przybierać też ludzką postać: małej dziewczynki. Pewnej nocy ta samotna istota zostaje zaskoczona przez parę policjantów na miejscu zbrodni. Ucieka do swojej aktualnej kryjówki, która tym razem okazuje się zawodna. Albo nie. Bo oto samotny drapieżnik znajduje przyjaciółkę, policjantkę, która z jej pomocą zamierza dopaść seryjnego zabójcę grasującego w mieście. Taka trochę bajka, choć dość brutalna. Szybko przelatuje i smutno się kończy. Bezproblemowa rzecz.
Kolejne kuriozum od mojego ulubionego eksperta od prozy ekstremalnej. „Pidgin i Theresa” Clive'a Barkera. Anielica zabiera podobno dobrego człowieka do Królestwa Niebieskiego. Wbrew jej zamiarom, papuga i żółwica człowieka, którego poniosła do Nieba, przybierają ludzkie postaci. I mają swoje podejrzenia względem ich dotychczasowego „świętego właściciela”. Garść cierpkich obserwacji świata, w którym tak naprawdę wszyscy żyjemy. Łyżka soli do ogródka Homo sapiens. Pokręcona akcyjka z odrażającą końcówką. Charakterystyczny smrodzik Clive'a Barkera:)
Cmentarny taniec” Richarda Chizmara – tego od pudełka Gwendy – to coś o mężczyźnie, który przychodzi nocą. Na cmentarz. W kieszeni ma jakiś ważny świstek papieru i to on popycha go do działania. Czyli odwiedzenia grobu dziewczyny zajmującej szczególne miejsce w jego sercu? Między innymi. Smaczne, ale mogłoby być bardziej treściwe – jestem przekonana, że dałoby się wycisnąć więcej z tej, bądź co bądź, niewyszukanej koncepcji. Choćby w przestrzeni retrospektywnej.

Na koniec opowiadania, które w moich oczach usytuowały się poniżej przeciętnej. „Opowieść o Holocauście” Stewarta O'Nana (m.in. „Śnieżne anioły”, „Królowa odjazdu” i „Twarz w tłumie”, krótsza historia napisana wespół ze Stephenem Kingiem) to według mnie jedyny nie-horror w omawianym zbiorku. Naszego przewodnika autor nazywa Opowieścią o Holocauście, co odebrałam jako swoistą skargę na definiowanie artystów poprzez ich dzieła. tj. niedostrzeganie człowieka tylko jego osiągnięcia. Swego rodzaju odczłowieczanie w przestrzeni publicznej. Centralna postać w tym świecie przedstawionym zyskała sławę dzięki luźno opartej na faktach powieści, która niebawem trafi na wielkie ekrany. Oczywiście w trochę innym kształcie, co bynajmniej nie cieszy autora literackiego pierwowzoru. Taki już los pisarza. I jeszcze te spotkania z czytelnikami. Inni może to lubią, ale Opowieść o Holocauście najchętniej w ogóle nie wychodziłby ze swojego wygodnego mieszkanka. Mała obyczajowa budowla, jak sam tytuł wskazuje, wzniesiona na tragicznym fundamencie, ale nie poruszyła mnie tak jak powinna. Jakaś taka bez smaku, nijaka.
Najdłuższy występ w tej antologii zaliczył Kevin Quigley. „Wciągnięty w ogień” przypomniał mi „Jakiś potwór tu nadchodzi” Raya Bradbury'ego (czyżby ukłonik?), ale nie należy przez to rozumieć, że stawiam te utwory w jednym rzędzie. Nigdy w życiu! Dobrze się zapowiadało – trzech zaprzyjaźnionych chłopców w tajemnicy przed rodzicami organizuje sobie nocną wycieczkę do Świata Strachu, parku rozrywki dla miłośników grozy. U celu wita ich podejrzany, śliski jegomość, po czym wprowadza do najstraszniejszego przybytku w tym nietypowo cichym lunaparku dla odważnych. Jak można się tego spodziewać, to pułapka. Dom ciem i innych śmiertelnie niebezpiecznych atrakcji. Niewykorzystany potencjał. Z recepty na sukces powstała wprost nie do wiary nużąca opowieść o słusznie przerażonych małych klientach mrocznego człowieka, któremu chyba wydaje się, że wielkim poetą jest. W każdym razie jego rymowanki brzmią infantylnie nawet w uszach kilkuletnich nieszczęśników, na których właśnie zarzucił swoją wybitnie lepką sieć.

Nie ukrywam, że po takiej ferajnie spodziewałam się czegoś więcej. Taki gwiazdozbiór z najmroczniejszej beletrystycznej ziemi z całą pewnością stać na więcej. To mogła być istna bomba atomowa w świecie literackiego horroru; w każdym razie pozycja obowiązkowa dla miłośników opowieści z dreszczykiem. „Lśnienie w ciemności. Dla uczczenia dwudziestolecia Lilja's Library” raczej nie będzie bezcenną zdobyczą czytelników, którym horror w duszach gra, ale i nie sądzę, że wielu uzna ją za całkowicie bezwartościową. Mnie nawet przez myśl nie przeszło. Niedosyt jest, ale bez przesady. Było dobrze, naprawdę dobrze. A że narobiłam sobie smaku na nie wiadomo co, to już wyłącznie mój problem. Bez związku ze sprawą:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

 

wtorek, 8 listopada 2022

Sarah Berman „Nie nazywaj tego kultem. Sekta NXIVM – niewolnictwo seksualne w elitach amerykańskiego show-biznesu”

 

Nominowana do 2022 Kobo Emerging Writer Prize, finalistka Crime Writers of Canada Award of Excellence, debiutancka książka dziennikarki śledczej z Vancouver Sarah Berman, byłej starszej redaktorki w magazynie „Vice” i współpracującej między innymi z „Reuters”, „The Globe and Mail”, „Adbusters”, „Vancouver Sun” oraz „Maclean's”. W swojej pracy dziennikarskiej Berman zajmuje się głównie polityką, kulturą, przestępczością (w tym zorganizowaną) i narkotykami, a tematem swojej pierwszej książki uczyniła sektę założoną przez Keitha Raniere'a (pomysłodawcę tego bardzo dochodowego przedsięwzięcia) i Nancy Salzman w 1998 roku, która swobodnie działała na terenie Stanów Zjednoczonych, Meksyku i Kanady do roku 2018. Międzynarodowy ruch samorozwoju przyciągający między innymi postacie z show-biznesu, przedsiębiorców i polityków, piramida finansowa, na szczycie której stał charyzmatyczny mężczyzna później skazany za handel ludźmi, wykorzystanie osoby nieletniej, kradzież tożsamości, wymuszenia, usiłowanie handlu ludźmi w celach seksualnych oraz zmowę w celu oszustwa telekomunikacyjnego, handlu ludźmi w celach seksualnych i pracy przymusowej. Kult jednostki pod pokrywką legalnej korporacji zajmującej się rozwojem osobistym.

Nie nazywaj tego kultem. Sekta NXIVM – niewolnictwo seksualne w elitach amerykańskiego show-biznesu” (oryg. „Don't Call It a Cult: The Shocking Story Keith Raniere and the Women of NXIVM”) na polskim rynku wydawniczym pojawiło się w roku 2022 – edycja w twardej oprawie przygotowana przez wydawnictwo MOVA w tłumaczeniu Katarzyny Nowakowskiej, w której nie zabrakło zgromadzonej przez Sarah Berman kolekcji (czarno-białych) zdjęć: ośmiostronicowy dodatek na samym końcu publikacji. Autorka przyznała, że tytuł jest dość bezczelny, podstępny, prowokatorski, ale wbrew pozorom nie kryje się za nim chęć wybielenia organizacji Keitha Raniere'a. Kiedy szambo NXIVM (czyt. Neksjum) wreszcie zaczęło się wylewać, Berman ogarnęła przemożna potrzeba uzyskania satysfakcjonujących odpowiedzi na pytania „jak i dlaczego?”. Uznała, że najlepszą metodą na ułożenie tych odrażających puzzli jest dotarcie do ludzi, którzy obserwowali to od środka. Naocznych świadków i uczestników wydarzeń, w centrum których twardo stał rzekomo najmądrzejszy człowiek na świecie. Zgodnie z przewidywaniami, z ich perspektywy wyglądało to zupełnie inaczej niż na zewnątrz. Poza wewnętrznym kręgiem Raniere'a, do którego należała jedna z jej najchętniejszych rozmówczyń, osoba, która sporo jej rozjaśniła na temat metod stosowanych przez guru samorozwoju. Sarah Edmondson, aktorka i rekruterka NXIVM, która po odejściu Barbary Bouchey wskoczyła na jej miejsce – po prawicy niewydarzonego boga – a potem dołączyła do jej rewolty wymierzonej w tę potężną firmę, tj. zwykłą sektę. Podczas pierwszego spotkania z Edmondson Sarah Berman przeżyła pierwszy z wielu momentów „do góry nogami”, kiedy jej rozmówczyni nie chciała wypowiedzieć przed kamerą słowa „kult” w odniesieniu do NXIVM. Wielu ekspertów twierdziło, że ta organizacja posiada wszystkie cechy kultu, a jedna z jej demaskatorek uparcie odmawiała używania tego określania. Co, u diabła, się tutaj wyprawia? - mniej więcej taka myśl z zaskoczenia wzięła, naturalnie niepomiernie zdziwioną, dziennikarkę śledczą. I wtedy zrozumiała, że kluczem do rozwiązania zagadki NXIVM jest odrzucenie wszelkich potencjalnych uprzedzeń. Bardziej identyfikacja z „owieczkami Vanguarda”, aniżeli patrzenie na nich z góry.

W swojej pracy na temat maszynki do robienia pieniędzy i prywatnej jaskini cielesnych rozkoszy amerykańskiego szarlatana Keitha Raniere'a, Sarah Berman wskazuje liczne podobieństwa do scjentologii, ruchu religijnego stworzonego przez Lafayette'a Ronalda Hubbarda. „Najmądrzejszy człowiek na Ziemi” swój rzekomy altruistyczny program mógł opracować pod natchnieniem Kościoła Scjentologicznego, tj. z premedytacją wdrożyć parę skutecznych metod budowania prawdziwego imperium. W świadomości niejednego współczesnego człowieka sekty funkcjonują jako pułapka na zbłąkane duszyczki. Nastoletni uciekinierzy, czy po prostu zbuntowani młodzi ludzie, ale i starsi boleśnie rozczarowani swoim życiem, szukający jakiejś lepszej alternatywy, wygodniejszego, nie tak gorącego krzesła od tego, jakie przypadło im w dotychczasowej egzystencjalnej gonitwie. Marzących o staniu się częścią bardziej zintegrowanej wspólnoty. Otrzymywać realne wsparcie, a nie tylko puste słowa, rzucane w przelocie przez innych uczestników niekończącego się wyścigu szczurów. Mieć mnóstwo czasu na introspekcje i uważniejsze rozglądanie się wokół siebie. Być zintegrowanym, jak Keith Raniere. Geniusz, który w swoim wnętrzu nie ma już czego naprawiać. Dokonał tego, do czego dążą jego uczniowie. Czysta perfekcja, która wspaniałomyślnie zaprasza innych na tę świetlaną drogę. Keith Raniere alias Vanguard stworzył „autostradę do nieba”. Oczywiście płatną. Zwykłych zjadaczy chleba nie było na to stać, ale nie brakowało takich, którzy udoskonalali się na kredyt. Zadłużali, żeby wziąć udział w kursach NXIVM. Rzadko kończyło się na jednym; dbała o to armia manipulantów rzekomo żyjącego w celibacie Raniere'a. Zbawca świata nie miał nawet własnego kąta – zrzekł się wszelkich dóbr materialnych, całkowicie koncentrując się na sferze duchowej. Taką bajeczkę sprzedawano wszystkim spoza wewnętrznego kręgu. Tylko garstka nieszczęsnych wybrańców Vanguarda wiedziała, jak w istocie wyglądał ten „spartański żywot” ich przywódcy. Legendarna asceza Wielkiego Keitha Raniere'a, jednego z mimowolnych burzycieli mitów o sektach. Wielu było naprawdę zdumionych, wręcz zaszokowanych tym, że w XXI wieku komuś udało się tak omotać tylu ludzi z tak zwanych wyższych szczebli drabiny społecznej. „Potężni dyrektorzy generalni i politycy [w enklawie NXIVM] rozpowiadali o swoich pozamałżeńskich romansach, sekretnym dziecku, na które łożyli finansowo, nie do końca legalnych transakcjach, rosnącej kolekcji rajów podatkowych za granicą, a przede wszystkim o obawach, że zostaną złapani i pociągnięci do odpowiedzialności”. Można powiedzieć, przekazywali zarządowi NXIVM pętle, na których ten w każdej chwili mógł ich powiesić. Wręczali swoim „wspaniałym trenerom” haki na samych siebie. Wierzyli, że to konieczne dla ich duchowego rozwoju. Zacieśnianie więzi, otwieranie się na rzekomo życzliwych im ludzi, ale przede wszystkim jeden ze złotych środków prowadzących do głównego celu, czyli stania się osobą zintegrowaną.

(źródło: https://pl-pl.facebook.com/wydawnictwo.mova/)

Dominus Obsequious Sororium (DOS), tajna kobieca grupa, którą zza kulis sterował główny założyciel NXIVM. Wyższy poziom wtajemniczenia. Siostrzeństwo w środku większej wspólnoty. Cuchnąca gałąź wyrosła ze zdumiewająco grubego pnia. Przez dziesiątki lat to diabelskie drzewo - korporacja Keitha Raniere'a - stało twardo najpierw tylko w Stanach Zjednoczonych, ale z czasem rozrosło się na sąsiednie kraje. Poza radarem, choć na widoku. W końcu najciemniej jest pod latarnią. NXIVM nie było pierwszą piramidą finansową wzniesioną przez Keith Raniere'a. Facet uczył się na własnych błędach, to trzeba mu przyznać, bo po pierwszym zderzeniu z tak zwanym wymiarem sprawiedliwości, udoskonalił swój pomysł na życie. Skonstruował dużo efektywniejszą i jak się okazało, bezpieczniejszą dla niego, maszynę do robienia pieniędzy. Raniere zabezpieczył sobie tyły, rekrutując ludzi na eksponowanych stanowiskach. Według Sarah Berman tak długą żywotność NXIVM w największej mierze zawdzięcza Sarze i Clare Bronfman, siostrom wywodzącym się z wpływowej, przedsiębiorczej rodziny. Bez nich ten szemrany biznes prawdopodobnie upadłby wcześniej, a przynajmniej tak sądzi autorka „Nie nazywaj tego kultem”. Tak czy owak, system zawiódł. Nie zdał egzaminu z szybkiego reagowania. Okazał się podatny na programowanie neurolingwistyczne Keitha Raniere'a. Dobrze, może trochę przesadziłam, ale faktem jest, że Keith Raniere przez dekady był praktycznie nietykalny. W przestrzeni medialnej nie brakowało sygnałów alarmowych, ale widać nie na tyle głośnych, by skłonić przedstawicieli organów ścigania do bliższego przyjrzenia się sprawie. Mało tego, sądy stały się swoistym narzędziem zarządu NXIVM. Nękanie także poprzez zasypywanie pozwami. Ile z tych spraw skończyło się po myśli powodów, szczerze mówiąc nie wiem. Aż tak w ten temat się nie zagłębiałam i, jeśli nic mi nie umknęło, to pani Berman też nie. To znaczy pokrótce przedstawiła przynajmniej niektóre z tych bezczelnych skarg, ni mniej, ni więcej jak sekty, ale liczbowego podsumowania nie zauważyłam. Za to dokładnie omówiła metody działania Keitha Raniere'a i jego bardziej zaawansowanych uczniów. Ludzi, których nauczył paru wielce przydatnych sztuczek. Przydatnych głównie dla niego, ale choć autorka osobiście jednoznacznie potępia działalność Keitha Raniere'a, to nie zaprzecza, że jego kursy wielu ludziom przyniosły jakieś korzyści. To działało... i może to właśnie jest odpowiedź na pytanie „jak?”. Brał, ale co nieco też dawał. Rzucał kawalątek marchewki, a potem smagał kijem. Rozwijał i tłamsił. Pobudzał apetyt na więcej, i jeszcze więcej; do tak naprawdę nieosiągalnej perfekcji. Mamił obietnicami stanięcia w jednym rzędzie z nim, absolutnie zintegrowanym nie tyle człowiekiem, ile bóstwem. Wybitnie skromnym wszechmogącym stworzeniem. Dobrym wujaszkiem, który zbudował sobie coś w rodzaju tajnego haremu. Pan i jego niewolnice. Rzecz jasna, nie wszystkim podobało się to, że muszą dzielić się nim z innymi, że nie są tymi jedynymi, ale łebski erotoman przekonywał, że to bardziej służy im niż jemu. Integracja duszy poprzez seks. Wyłącznie z nim. Jak to się miało do wizerunku, jaki dla siebie stworzył? Nieuprzywilejowanego, a właściwie jeszcze więcej wymagającego od siebie, aniżeli swoich uczniów. Króla bez tronu. Mieszającego się z „pospólstwem”, z poddanymi, których na pokaz traktował jak przynajmniej równych sobie. Bracia i siostry połączeni wzniosłą ideą. Sodoma i Gomora w demokratycznym państwie. Swoim kochankom Vanguard tłumaczył, że kobiety, w przeciwieństwie do mężczyzn, są stworzeniami monogamicznymi. Czysta biologia według Keitha Raniere'a, z którą należy żyć w zgodzie, jeśli dąży się do maksymalnego spełnienia. Kobiety mają swoją ścieżkę rozwoju, a mężczyźni swoją, tak w wielkim uproszczeniu można to podsumować. DOS na pierwszy rzut oka było królestwem kobiet. Tajnym kobiecym stowarzyszeniem, siostrzeństwem, ale z równymi i równiejszymi. Wśród tych drugich były aktorki Allison Mack i Nicki Clyne, które w 2017 roku wzięły ślub (koleżanka Mack z planu serialu „Tajemnice Smallville” Kristin Kreuk też była związana z NXIVM, ale nie z DOS; tak jak ich przyjaciel Mark Hildreth, też aktor). Dominy przytwierdzone do niewidzialnych dla postronnych obserwatorów sznurków, za które pociągał Keith Raniere. Władca marionetek. „Nie nazywaj tego kultem” to dość wyczerpujące studium tego charyzmatycznego człowieka i jego wyznawców, czy jak kto woli mniej i bardziej wiernych uczniów. O praniu mózgów, ofiarach i zarazem oprawcach (nie dotyczy wszystkich zrekrutowanych do NXIVM; w sumie zaryzykuję stwierdzenie, że to mniejszość). Potworne historie kobiet (też mężczyzn nękanych przez wewnętrzny krąg Vanguarda), które oddały swoje dusze i ciała czarującemu gościowi z białą szarfą na szyi. Głodzonych, wykorzystywanych seksualnie, poniżanych, bitych, piętnowanych. Szczególnie poruszyła mnie opowieść o dwóch siostrach z Meksyku. Cały niniejszy reportaż jest napisany z uczuciem (niesucho), ale odniosłam wrażenie, że autorka najmniej hamowała się (emocje wykipiały) w ciasnym pokoju, do którego wtrącono jedną z sióstr i pochylając się nad tą, która wpadła w lubieżne łapska Keitha Raniere'a, gdy miała zaledwie piętnaście lat.

Współczesna kraina rozpusty pod płaszczykiem działalności na rzecz ludzkiego rozwoju. Hedonizm kryjący się za wzniosłymi hasłami. Dekadencja udająca wyższą moralność. Bagno w hipnotycznej ramce. Raj, który okazał się piekłem. „Nie nazywaj tego kultem. Sekta NXIVM – niewolnictwo seksualne w elitach amerykańskiego show-biznesu” Sarah Berman, kanadyjskiej dziennikarki śledczej debiutującej na scenie wydawniczej, to w mojej ocenie kolejna godna uwagi propozycja dla fanów true crime stories. Wyczerpujący reportaż o imperium Keitha Raniere'a, niezwykle przebiegłego przestępcy seksualnego, któremu sam Jim Jones zapewne zgotowałby owacje na stojąco. Dobra lekcja na temat kultów, ale przede wszystkim kolejna depresyjna karta z historii najnowszej.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu