Stronki na blogu

środa, 15 września 2021

C.J. Tudor „Płonące dziewczyny”

 

Pastorka Kościoła anglikańskiego z Nottingham, Jacqueline 'Jack' Brooks, zostaje zmuszona przez swojego przełożonego do objęcia tymczasowej pieczy nad parafią we wsi Chapel Croft w hrabstwie Sussex. W XVI wieku spalono tutaj na stosie kilkoro tak zwanych męczenników z Sussex, w tym dwie młode dziewczyny, które co roku upamiętnia się poprzez palenie w ognisku własnoręcznie wykonanych laleczek z gałązek. Jack i jej piętnastoletnia córka Florence 'Flo' dowód na kultywowanie tego w gruncie rzeczy nieszkodliwego zwyczaju znajdują tuż po przybyciu do Chapel Croft. Niedługo potem w ręce Jack trafiają rzeczy należące do poprzedniego pastora, Matthew Fletchera, które napawają ją niepokojem. A to nie wszystko: w piwnicy swojego nowego domu, kobieta znajduje między innymi informacje związane z dwiema nastoletnimi dziewczętami z Chapel Croft, które zaginęły przed trzydziestoma laty. Miejscowa legenda mówi, że komu ukazują się widmowe płonące dziewczyny, ten niebawem znajdzie się w wielkim niebezpieczeństwie. A teraz ukazują się Jack i jej nastoletniej córce.

Poprzednio („Inni ludzie”) rozminęłyśmy się z C.J. Tudor, brytyjską autorką specjalizującą się w horrorze i thrillerze, która na rynek wydawniczy wkroczyła w roku 2018, ze swoją głośną powieścią „The Chalk Man” (pol. „Kredziarz”), uhonorowaną w 2019 roku The Barry Award za najlepszy powieściowy debiut. „Płonące dziewczyny” (oryg. „The Burning Girls”), których światowa i polska premiera przypadła na rok 2021, dla mnie okazał się natomiast wielkim powrotem do jakości pokazanej w „Zniknięciu Annie Thorne”, drugiej opublikowanej powieści C.J. Tudor. Długoletniej fanki twórczości Stephena Kinga, która nie pogardzi też utworem Harlana Cobena czy Michaela Marshalla. Zorientowanej w szeroko pojętym filmowym horrorze, czego dowody daje w swoich książkach (najulubieńsze z ulubionych filmów: „Straceni chłopcy” Joela Schumachera i „Pogromcy duchów” Ivana Reitmana), kobieta, z którą zapewne mogłabym się zaprzyjaźnić – nosi się luźno (bardziej wygodnie niż modnie), nigdy nie miała torebki, a gdy ostatnio, przed laty, włożyła szpilki, skończyło się to złamanym zębem. Ulubione dania: pizza i frytki z sosem curry. Równa babka.

Główną bohaterką swoich „Płonących dziewczyn” C.J. Tudor uczyniła pastorkę Kościoła anglikańskiego, choć jak przyznaje nie jest, i nigdy nie była, osobą religijną. A zatem nie jest zbyt dobrze zorientowana, ogólnie rzecz ujmując, w sprawach wiary. Jack Brooks była więc dla niej pewnym wyzwaniem – trzeba było zasięgnąć języka u ludzi bardziej zorientowanych w temacie (sprawy kościelne) – można powiedzieć wejściem na nieznane terytorium. Poprzetykanym znajomymi oazami. Do prac nad swoją czwartą opublikowaną książką Tudor przystąpiła po przeprowadzce z Nottingham do wioski w East Sussex. Autorkę „Kradziarza” zainteresowała mała kaplica stojąca na obrzeżach tej miejscowości. Szukając jakichś informacji na jej temat, natrafiła na makabryczną historię sprzed wieków, z okresu panowania królowej Marii I Tudor – spalenie na stosie siedemnastu protestantów. Zwyczaj palenia laleczek z gałązek, o którym mowa w „Płonących dziewczynach”, został zainspirowany tradycją po dziś dzień kultywowaną we wsi, w której Tudor osiadła wraz z rodziną: każdego roku lokalne stowarzyszenie robi kukły, które określonej nocy są palone na stosach, w wielkich ogniskach. Tudor przypomniało to „Kult” Robina Hardy'ego. A zatem folk horror. Mroczne tajemnice na angielskiej prowincji. Zagadkowe zbrodnie w zapadłej wsi, nawiedzanej przez tytułowe dziewczyny. Młode męczennice z XVI wieku. Aż prosi się jeszcze o jakieś egzorcyzmy... I tak powstała dość złożona opowieść o Chapel Croft i jej demonach. Część rozdziałów autorka spisała w pierwszej osobie, z punktu widzenia Jacqueline 'Jack' Brooks. W pozostałych przypadkach – fragmenty skupiające się na piętnastoletniej Flo, tajemniczym mężczyźnie, który właśnie wyszedł z więzienia i niezwłocznie wyruszył na poszukiwania czołowych bohaterek książki oraz rozdziały retrospektywne: ciężki żywot dwóch zaprzyjaźnionych nastolatek z Chapel Croft – obrała narrację trzecioosobową. I zgodnie ze swoim zwyczajem zmiksowała dwa gatunki: thriller z horrorem nadprzyrodzonym, w dosyć gęstym psychologicznym sosie. Dodatkową atrakcją dla miłośników literatury i/lub kinematografii grozy mogą być liczne odniesienia (w sumie najczęściej Tudor po prostu podrzuca tytuły) do kultowych dzieł grozy. Przykładowe filmy: „Straceni chłopcy” Joela Schumachera, „Teksańska masakra piłą mechaniczną” (domyślam się, że Tobe'a Hoopera, nie Marcusa Nispela), „Blair Witch Project” Daniela Myricka i Eduardo Sáncheza, „Krzyk” Wesa Cravena, „Martwe zło” Sama Raimiego. Książki: „Miasteczko Salem” i „Carrie” Stephena Kinga, „Jakiś potwór tu nadchodzi” Raya Bradbury'ego, „Dracula” Brama Stokera. Flo Brooks, jej własnej matce natomiast przypomina Winonę Ryder z „Soku z żuka” Tima Burtona – Jack uważa, że jej córka byłaby idealną kandydatką do roli Lydii Deetz w remake'u tego tytułu, który, jak mniemam, każdemu przynajmniej obił się o uszy. Wróćmy jednak do „Blair Witch Project”. Tudor nie omieszkała powiązać z tą produkcją występujących w jej książce (zainspirowanych przez samo życie) laleczek z gałązek, mających symbolizować spalone na stosie w XVI wieku nastoletnie dziewczęta z Chapel Croft. Faktycznie coś w tym jest, nie uważacie? No przypomnijcie sobie te symbole z gałązek porozwieszane w przeklętym lesie: placu zabaw wiedźmy z Blair. Jack i Flo w Chapel Croft czekają jednak zupełnie inne przeżycia. Zamiast wiedźmy z Blair, zjawy, które jak głosi lokalna legenda ukazują się ludziom, których życie jest zagrożone. Które już niedługo będą musiały zawalczyć o swoje być albo nie być na tym padole łez. W tej naprawdę mrocznej krainie, „tam gdzie diabeł mówi dobranoc”. Jak już nadmieniłam, „Płonące dziewczyny” to opowieść zdecydowanie bardziej w stylu „Zniknięcia Annie Thorne” niż „Innych ludzi”. Nie pędzimy, tylko dryfujemy. W tej gęstej mgle niesamowitości. Emocje są starannie dawkowane. Napięcie narasta powoli, by nagle opaść, a za chwilę odnaleźć kolejną falę wznoszącą. Poczucie dyskomfortu, raz mniejsze, raz większe, w zasadzie towarzyszyło mi przez cały pobyt w tym nawiedzonym(?) świecie przedstawionym. Mistycznym. Groźnym. Upiornym. Witamy w Chapel Croft!

„Musimy się pogodzić z myślą, że życie jest przypadkowe, często okrutne. Pragniemy zrzucić na kogoś winę. Nie potrafimy zrozumieć, że coś dzieje się bez powodu. Że nie jesteśmy w stanie wszystkiego kontrolować.”

„Płonące dziewczyny”, moim zdaniem jedno z najlepszych dotychczasowych owoców twórczej pracy C.J. Tudor (obok „Zniknięcia Annie Thorne”), to jedna z tych powieści, gdzie niby niewiele się dzieje, ale tak naprawdę dzieje się sporo. Takie rozchwianie może dopaść tego czy tamtego śmiałka, który odwiedzi niezbyt przyjazną wieś w hrabstwie Sussex, wykreowaną przez „brytyjską odpowiedniczkę Stephena Kinga”. Tudor „wychowała się” na jego prozie (i Agathy Christie) i do dziś pozostaje jego wierną czytelniczką. A wedle obiegowych opinii, także pilną uczennicą. Tudor zresztą temu nie zaprzecza. Wręcz przeciwnie: przyznaje, że Stephen King tak jakby ukształtował jej pisarskie oblicze. W jakimś stopniu. Po części. Bo myślę, że Tudor dobitnie już pokazała, że nie zamierza zbyt mocno trzymać się ścieżek, po których przechadzał się jej mistrz pióra. Że ma też pomysł na siebie, tj. na swoją twórczość. Mroczną twórczość gdzieś na styku thrillera i horroru. Nie inaczej jest z „Płonącymi dziewczynami”. Uważam, przepysznym połączeniem psychologicznego dreszczowca o pastorce Kościoła anglikańskiego, która zderza się z kryminalnymi zagadkami Chapel Croft z horrorem o duchach. I być może ludziach opętanych przez najprawdziwsze demony. Motyw egzorcyzmów w każdym razie też został wpleciony w tę według mnie przednią opowieść z dreszczykiem. W tym miejscu Tudor wdaje się w dyskusję, która w przestrzeni medialnej – w niejednym kraju, także w Polsce – od czasu do czasu się przewija. Tortury czy konieczność? Jack Brooks bardziej skłania się ku temu pierwszemu. Uważa, że egzorcyzmy powinny odejść w zapomnienie, że Kościół winien z tym skończyć. Bo przynoszą więcej szkody niż pożytku. Leczenie psychiatryczne lepsze od egzorcyzmów – tak uważa główna bohaterka „Płonących dziewcząt”. Liberalna wielebna. Starająca się nieść pomoc każdemu, kto jej potrzebuje. Wspierająca, a nie strofująca, oceniająca. Nieuznająca Starego Testamentu Pisma Świętego. Głosząca nauki Jezusa Chrystusa: miłość, miłosierdzie, wybaczenie. Dla każdego? W sumie Jack nie jest przekonana, czy potrafiłaby zastosować się do nauk przekazywanych swoim parafianom, gdyby na przykład ktoś zagroził jej jedynemu dziecku. Tylko odrobinę zbuntowanej piętnastolatce, która rzadko rozstaje się ze swoim ukochanym aparatem fotograficznym. Generalnie lepiej radzącej sobie w domu - te wszystkie codzienne obowiązki związane z prowadzeniem gospodarstwa domowego - może nawet nieco bardziej poukładanej, lepiej zorganizowanej, mniej roztrzepanej od swojej matki. Flo w Chapel Croft nawiązuje tylko jedną przyjaźń, z chłopakiem dotkniętym dystonią (choroba neurologiczna). Prześladowanym przez swoich rówieśników, samotnym w tej samotnej krainie Lucasem Wrigleyem. Jedną z osób, które najbardziej uprzykrzają mu życie jest Rosie Harper, która to teraz postanowiła również „zapewnić trochę rozrywek” nowej nastolatce w wiosce. Tudor też ma trochę przykrych wspomnień z lat szkolnych. Ma za sobą trochę nieprzyjemnych sytuacji zgotowanych przez innych uczniów. Nie takich, jak w opowieści Wrigleya na użytek jego nowej, właściwie to jedynej, przyjaciółki. Flo w poprzedniej szkole też swoje przeszła, ale głównie była tak jakby na uboczu, bardziej outsiderka niż cel szkolnych łobuzów. Nie należała do żadnej paczki, choć miała dwóch wiernych kompanów, z którymi oczywiście podtrzymuje kontakt. Podczas gdy Flo zacieśnia swoją przyjaźń z Wrigleyem, jej matka poznaje swoich parafian i współpracowników. Oraz Harperów. Najbogatszą rodziną we wsi, bez której jak dowiaduje się Jack, kaplica w Chapel Croft, nad którą objęła tymczasową pieczę po zagadkowej śmierci wielebnego Matthew Fletchera, najpewniej szybko popadłaby w ruinę. Harperowie najwyraźniej nieczęsto goszczą w tej skromnej świątyni, ale nie dlatego z miejsca zrażają do siebie młodą pastorkę. Pastorkę, która ma za sobą niejedną tragedię. Harperowie wywołują u niej coś w rodzaju déjà vu. Nasza bohaterka czuje, że na farmie Harperów źle się dzieje. Z całą tą wsią jest coś nie tak. Jakaś groźba wisi w powietrzu. Jakieś niewytłumaczalne zjawiska tu zachodzą. I trupy, cała masa trupów. A to wszystko w oparach makabrycznej historii sprzed wieków. Straszne laleczki, jeszcze straszniejsze opuszczone domostwo na skraju mrocznego lasu, tajemnicze zniknięcie zaprzyjaźnionych nastolatek sprzed trzech dekad, egzorcyzmy i frapujące sekrety poprzedniego opiekuna kaplicy. Dużo tego? Ha! Będzie jeszcze więcej. Więcej niespodzianek. Większych i mniejszych rewelacji. Na jedną, tę ostatnią, byłam przygotowana (zbyt duże wskazówki, nader czytelne tropy Tudor wcześniej powrzucała), choć szczerze mówiąc miałam nadzieję, że autorka nie pójdzie tą drogą. Nie klei się. Nie całkiem. Nie ze wszystkim, co padło wcześniej. To jakieś pojedyncze przypadki, pojedyncze zdania, ale uważam, że wypadłoby to wiarygodniej, gdyby je sobie darowano.

C.J. Tudor znowu w formie! Według mnie, bo pewnie bez trudu znajdziecie czytelników, którzy powiedzą Wam, że tej brytyjskiej powieściopisarce jeszcze nie zdarzyło się być w gorszej formie. No może, ewentualnie „Zniknięcie Annie Thorne” troszeczkę słabsze... W każdym razie właśnie tej pozycji, jednemu z moich ulubionych dokonań tej uzbrojonej w pióro pani, najgorzej się powiodło, jeśli chodzi o reakcje czytelników (całościowo, niejednostkowo patrząc). A że „Płonące dziewczyny” wydały mi się swego rodzaju powtórką z tej rozrywki - że tak to ujmę duch „Zniknięcia Annie Thorne” najbardziej żywy - to obawiam się, że trochę zawiedzionych tą wyprawą do Chapel Croft się uzbiera. „Inni ludzie” to to nie są. Dla mnie dobrze, dla Ciebie i Ciebie niekoniecznie. Ale i tak polecam:) Polecam gorąco wszystkim miłośnikom klimatycznych powieściowych horrorów i thrillerów. Tu macie dwa w jednym.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 13 września 2021

„Kiedy nikt nie patrzy” (2021)

 

Pippa i Thomas wprowadzają się do wynajętego mieszkania i niemal od razu zwracają uwagę na młodą parę mieszkającą naprzeciwko. Podglądanie obcych ludzi ze swoich okien początkowo dla obojga jest podniecającym doświadczeniem, ale rozwój sytuacji doprowadza Thomasa do przekonania, że ta sytuacja nie służy ich związkowi. Mężczyzna uważa, że trzeba z tym skończyć i próbuje przekonać do tego swoją dziewczynę, która do tego czasu zdążyła bardziej zbliżyć się do ludzi z naprzeciwka. Pippa przyznaje mu rację, ale w sekrecie nadal obserwuje sąsiadów, których życie, jak zdążyła już zaobserwować nie jest tak szczęśliwe, jak wydawało się na początku. Pippa wie, że mężczyzna zdradza swoją żonę i poważnie rozważa poinformowanie jej o tym fakcie.

Twórca między innymi komediodramatu „O jeden ranek za daleko” (2010) i komedii romantycznej „Dobra partia” (2012), Michael Mohan, podejmuje próbę „przywrócenia filmowych thrillerów erotycznych”. Takie głosy odezwały się, gdy na horyzoncie pojawił się jego kolejny projekt, „The Voyeurs” (pol. „Kiedy nikt nie patrzy”), którego dystrybucją zajęła się firma Amazon Studios – film ukazał się na Amazon Prime Video we wrześniu 2021 roku. Amerykański dreszczowiec, który jednakże był nagrywany w Montrealu w Kanadzie (główne zdjęcia), w październiku 2019 roku. Michael Mohan sam napisał scenariusz, a rolę główną powierzył swojej dobrej znajomej, Sydney Sweeney („Nocturne" 2020). Nie bez obaw, bo jak stwierdził to intensywna, wymagająca nagości, opowieść, sytuacja więc mogła okazać się mocno niezręczna. Ale jeśli już coś między nimi się zmieniło na skutek tej współpracy, to prędzej można mówić o pogłębieniu niż poluźnieniu ich przyjaźni.

Film w stylu „Dzikich żądz”. W każdym razie między innym tą filmową serię, zapoczątkowaną przez Johna McNaughtona w 1998 roku, mają na myśli ci, którzy opisują „Kiedy nikt nie patrzy” w reżyserii i na podstawie scenariusza Michaela Mohana, jako próbę wskrzeszenia mody na dreszczowce erotyczne. Mohan zresztą zdążył dać do zrozumienia, że brał przykład z tego tytułu, ale w polu widzenia miał głównie „Niewierną” i „Niemoralną propozycję” Adriana Lyne'a. Jednym z jego głównych celów było stworzenie podobnego, jak on to nazywa, gorącego dylematu moralnego. Na kartach scenariusza „Kiedy nikt nie patrzy” starał się wykreować sytuację, która będzie różnie oceniana. Zależało mu na tym, by tak jak w przypadku „Niewiernej” i „Niemoralnej propozycji” (przynajmniej wedle jego własnych obserwacji), postępowanie bohaterki było różnie odbierane. Młoda okulistka Pippa, w którą w całkiem przekonującym stylu wcieliła się wspomniana już Sydney Sweeney, wyraźnie ma dwóch zaufanych doradców. Diabełek i aniołek na jej ramionach przycupnęli. Jej życiowy partner Thomas (taki sobie występ Justice'a Smitha) kontra jej najlepsza przyjaciółka Ari (muszę przyznać całkiem charyzmatyczna Katharine King So). Rozbieżne oceny działań naszej bohaterki. Można powiedzieć różne systemy wartości. Thomas mówi jedno, Ari drugie. Kompas moralny i amoralny. Który jest który? To już każdy sam musi sobie rozsądzić. Z wypowiedzi autora tej historii wywnioskowałam, że dla niego samego owym metaforycznym aniołkiem jest Thomas. Muzyk o łagodnym usposobieniu, który nie szuka jakichś większych podniet. Zadowala go to, co ma. Lubi swoje zwyczajne życie. Lubi rutynę. Kocha Pippę i ich nowe mieszkanie i właściwie nic więcej do szczęścia mu nie potrzeba. Problem w tym, że jego wybrance najwyraźniej zachciało się czegoś więcej. Więcej pikanterii w związku – tego pragnie Pippa, co możliwe, że uświadamia sobie dopiero po przeprowadzce do nowego mieszkania. Scenariusz „Kiedy nikt nie patrzy” oparto na motywie spopularyzowanym przez Alfreda Hitchcocka w jego „Oknie na podwórze”. „Świadek mimo woli” Briana De Palmy, „Niepokój” D.J. Caruso, „Kobieta w oknie” Joego Wrighta na podstawie debiutanckiej powieści A.J. Finna, właściwie Daniela Mallory'ego – przykłady można mnożyć. Historii o podglądaniu sąsiadów przez okno trochę już powstało, ale to nie znaczy, że na ten temat powiedziano już wszystko, że jedyne czego możemy się spodziewać to swoistej powtórki z rozrywki. „Sliver” Phillipa Noyce'a, adaptacja/ekranizacja utworu nieodżałowanego Iry Levina (tak, tego od „Dziecka Rosemary” i „Żon ze Stepford”) - to dziełko najbardziej mi się na myśl nasuwało, mimo że motyw podglądania sąsiadów z naprzeciwka z własnego mieszkania tam był jedynie dodatkiem, maleńkim odgałęzieniem od trochę innego wątku. Innego sposobu na podglądanie niczego nieświadomych sąsiadów. Pippa i Thomas już podczas pierwszego wieczora spędzanego w nowym mieszkaniu, podobnie jak główna bohaterka filmu „Sliver” i obecni w jej domu goście, przez chwilę przyglądają się intymnemu zbliżeniu młodej pary mieszkającej naprzeciwko. Przez duże, panoramiczne(?) okna, które mają wszystkie mieszkania w obu tych leżących blisko siebie blokach. A nieznajomi z naprzeciwka nie mają w zwyczaju zasłaniać swoich. Nie wiedzą, że wszystko widać? A może, jak sugeruje przyjaciółka Pippy, podnieca ich myśl, że są obserwowani, że inni mogą widzieć ich miłosne igraszki? Tak czy inaczej, Pippa i Thomas są dla nich niewidzialni. To znaczy, nic nie wskazuje na to, by byli świadomi, że stali się bohaterami ich prywatnego „Big Brothera”. Nie, Sebastian i Julia, bo takie imiona noszą obiekty szybko rozwijającej się obsesji Pippy (w tych rolach Ben Hardy i Natasha Liu Bordizzo, którzy charyzmą w moim poczuciu dorównywali Katharine King So; powiedziałabym nawet, że ta trójca przyćmiła stojącą w centrum całego tego zamieszania Sydney Sweeney), najwidoczniej nawet nie wiedzą o istnieniu tej dwójki. Ale pewnie prędzej czy później się dowiedzą, co? Tak przypuszczałam. Właściwie to nie spodziewałam się niczego innego. Dekonspiracja murowana, ale wcześniej najprawdopodobniej dojdzie do jakiejś tragedii. Takie rozwiązanie podszeptuje utrwalona konwencja. Taki jest schemat tego typu opowieści. Gdy w thrillerze podglądasz sąsiadów, prawie na pewno niechybnie ujrzysz coś przerażającego. Krew się poleje, a ty, ty będziesz patrzył.


Thriller podlany raczej miękką erotyką. Soft porno w nie tak znowu tradycyjnej opowieści o podglądaniu sąsiadów z domu. O rodzącej się obsesji na punkcie „golasów” z naprzeciwka. Fascynacji powoli, acz nieubłaganie, kawałek po kawałku, odbierającej wszystko, na czym jeszcze do niedawna ci zależało. Poczynając od ukochanego mężczyzny, jak zapewne myślałaś, człowieka, z którym się zestarzejesz. Z którym miał czekać cię długi i względnie szczęśliwy żywot. Gdyby nie Sebastian i Julia, gdyby tylko... Utrzymany w raczej delikatnym, niezbyt mrocznym, a już na pewno nie tak klaustrofobicznym, duszącym klimacie, jak można by oczekiwać od tego rodzaju historii, nieśpiesznie rozwijający się dreszczowiec o kobiecie, w której zachodzi niezbyt subtelna zmiana. Można polemizować czy na lepsze, czy na gorsze (naprawdę można?), ale faktem jest, że po przeprowadzce do nowego lokum, Pippa odkrywa coś nowego. Słodki smak wojeryzmu. A raczej słodko-gorzki, bo to, co na początku było miłym urozmaiceniem dla jej osobistego związku, wkrótce przerodziło się w poważną przeszkodę na tej wspólnej drodze życia. Jeśli Pippa nadal będzie w to brnąć, jeśli fascynacja sąsiadami z naprzeciwka będzie trwać, to prawdopodobnie jej związek z Thomasem się rozpadnie. Żeby tylko to. Otóż, apetyt Pippy rośnie. Patrzenie przestaje jej wystarczać. Chce też słuchać. I ingerować. Działać, zamiast zadowalać się rolą biernej obserwatorki wydarzeń. Thomas tego nie rozumie, ale podejrzewam, że znajdą się widzowie, którzy będą bardziej łaskawi dla dziewczyny, który rozważa uświadomienie innej dziewczyny, że jej małżonek ją zdradza. Sebastian jest zawodowym fotografem i jak szybko odkrywa Pippa jego sesje zdjęciowe przewidują mały bonus. Jeśli masz ochotę, twój fotograf zrobi ci dobrze. Taka tam dodatkowa usługa, o której jego żona nie musi wiedzieć. Pippa tak nie uważa i przynajmniej ja nie potrafiłam jej za to potępić. Nawet potem, gdy stało się... to, co się stało. W tym punkcie bodaj najłatwiej było mi zgodzić się z jej przyjaciółką Ari. Z jej oceną sytuacji, a trzeba wiedzieć, że ta pani ma bardzo swobodne podejście do życia i związków. Widać, że kręcą ją eksperymenty. W przeciwieństwie do Thomasa, nie widzi niczego zdrożnego w poszukiwaniu nowych, choćby nawet nieakceptowanych przez tak zwaną większość społeczeństwa (nie głośno, ale w myślach? Można się zastanawiać) doznań. Thomas konserwatysta, Ari kobieta prawdziwie wyzwolona. Czy aby nie za bardzo? Odpowiedzi przypuszczalnie będą różne. Zależy, kogo zapytać. W każdym razie Michael Mohan przedstawia nam coś na kształt przeciągania liny. Liną jest nasza Pippa, w domyśle do niedawna skromna młoda okulistka, która wprawdzie łatwo nawiązuje znajomości, ale nie odnosi się wrażenia, żeby była częstą bywalczynią jakichś czy to hucznych, czy nawet bardziej kameralnych, wydarzeń/spotkań towarzyskich. Praca, którą lubi. Partner, którego kocha. A od czasu do czasu szybki lunch, czy kawka z najlepszą przyjaciółką i zarazem koleżanką z pracy, „bezwstydną Ari”. Tak mniej więcej wygląda jej, bądź co bądź, całkiem satysfakcjonujący żywot czołowej bohaterki „Kiedy nikt nie patrzy”. Opowieści według mnie ciut przegadanej – romanse, miłostki, zdrady, ciupcianie, trochę mnie to wszystko, powiedzmy że, przytłoczyło. Ciągnęło się prawie jak te flaki z olejem, o których czasami wspomina moja babcia:) Prawie, bo jeśli o mnie chodzi sytuację ratowało właściwie samo oczekiwanie na spodziewane uderzenie. Dyktowane nie tylko przez konwencję, bo intryga z całą pewnością się zagęszcza; napięcie niewątpliwie we mnie rosło, bardziej jednak pracował na to sam tekst niż warstwa techniczna. W każdym razie ani na krok nie odstępowało mnie przekonanie, że coś złego się tu stanie, że Pippa już wkrótce, już za moment, jeszcze chwila, no już zaraz, stanie się świadkiem mimo woli. Zobaczy u sąsiadów (żeby tylko zobaczyła, żeby to było takie proste) coś, co jeszcze skomplikuje jej i tak już pokomplikowane życie. Michael Mohan nie tylko zdawał sobie sprawę z tego, że jakaś część widzów może śledzić poczynania Pippy z narastającym zdumieniem, politowaniem, niedowierzaniem. Że taka niezaradna, tak drastycznie pogubiona, że tak jakby sama prosiła się o kłopoty, jakby robiła wszystko, co w jej mocy, żeby jeszcze bardziej samą siebie pognębić. Cegła po cegle rozebrać swoje życie. Do szczętu zrujnować. Zostawić zgliszcza, zostać z niczym. I jak tak dalej pójdzie, to możliwe, że nawet nie na wolności, że i tego Pippa w końcu się pozbędzie. Mohan w sumie zrobił to specjalnie. To znaczy usiłował stworzyć taką postać, która w oczach przynajmniej niektórych widzów będzie popełniać błąd za błędem, która „nie zawsze będzie słuchała naszych dobrych rad”, która to czy tamto będzie robiła nie tak, absolutnie wspak, ale mimo to zaskarbi sobie choćby tylko tyle naszej sympatii, by nie życzyć jej tego, do czego prostą drogą zdaje się zdążać. Utraty wszystkiego, co ma. Trawa u sąsiada wydaje ci się zieleńsza? Cóż, bajka, którą w pewnym momencie streści Pippa wskazuje na to, że wyznaje zasadę: ciesz się tym, co masz, zamiast wiecznie gonić za czymś więcej. Uważaj, czego sobie życzysz, bo może się spełnić. Takie między innymi prawdy (nic odkrywczego, żeby nie rzec banały) płyną z tej opowiastki. Pippa, w skrócie, takie teorie wygłasza, ale robi coś zupełnie odwrotnego. Hipokrytka? Nie, po prostu nadarzyła się nieoczekiwana, wyjątkowa, jedna na milion okazja, której głupio byłoby nie wykorzystać. I bum! Cóż za zaskoczenie. Ciekawy eksperymencik. Tupnięcie, z którego płynie dodatkowa nauka. Następne ostrzeżenie zawarte w tym, moim zdaniem tylko trochę naciąganym (epilog), scenariuszu spłodzonym przez Michaela Mohana.

Dosyć skromne filmowe przedsięwzięcie, które prześledziłam ze średnim stopniem zaangażowania. Wyciągając średnią:) Bo dalej lepiej niż bliżej. „Kiedy nikt nie patrzy” Michaela Mohana długo się rozkręca, co ma swoje plusy – w tym czasie na przykład całkiem nieźle zaznajamiamy się z niektórymi postaciami, nie tylko główną bohaterką, która to wpada w sidła przypuszczalnie zgubnej obsesji – ale gdyby tak mniej gadania, gdyby tak uderzyć trochę wcześniej? Albo chociaż pobawić się klimatem. Mroczniej, duszniej, ale już niekoniecznie goręcej. Wystarczy mi tej pikanterii. Miękkiej erotyki, która ma uzasadnienie w scenariuszu. Nie że golizna dla samej golizny. Nagość wpisuje się w intrygę, jest jej częścią, czynnikiem w jakimś stopniu determinującym akcję. Rozpalającym obsesję pierwszoplanowej postaci. Według mnie taka sobie historyjka, taki tam nieszkodliwy przeciętniaczek oparty na sprawdzonym motywie podglądactwa, ale... niezbyt mocno.

sobota, 11 września 2021

R.L. Stine „Dziewczyna znikąd. Ulica Strachu”

 

Shadyside w stanie Ohio, rok 1950. Obdarzona niezwykłymi mocami szesnastoletnia Beth Palmieri świadkuje strasznemu wydarzeniu, które na zawsze kończy jej względnie szczęśliwy żywot u boku kochających rodziców. 
Czasy współczesne. Nastoletni Michael Frost zwraca uwagę na nową uczennicą Shadyside High, enigmatyczną Lizzy Walker, przez co naraża się swojej dziewczynie Pepper Davis. Lizzy wyraźnie zabiega o jego towarzystwo i chociaż chłopak w zasadzie nic o niej nie wie, czuje jakby była mu bardzo bliska. Ojciec Michaela jest właścicielem wypożyczalni skuterów śnieżnych, które czasami nieodpłatnie udostępnia swojemu synowi i jego przyjaciołom, Pepper, Gabe'owi, Diegowi i jego dziewczynie Kathryn. Podczas pierwszego takiego wypadu w towarzystwie Lizzy Walker dochodzi do wypadku, który jest zaledwie początkiem koszmaru tych młodych ludzi z Shadyside.

Pierwotnie wydana w 2015 roku „Dziewczyna znikąd” (oryg. „The Lost Girl”) to trzecia powieść spod odnowionego szyldu „Ulica Strachu” („Fear Street”), jaka ukazała się na swoim rodzimym amerykańskim rynku. Po „Party Games”, w Polsce wydanej pod tytułem „Zabójcze gry” oraz jeszcze nieprzetłumaczonej na język polski powieści „Don't Stay Up Late”. Autorstwa Roberta Lawrence'a Stine'a, który oczywiście stworzył także pierwszą, kultową „Ulicę Strachu” - zapoczątkowaną w 1989 roku serię horrorów dla młodzieży, która doliczyła się pięćdziesięciu jeden powieści (podstawowy człon, bo Stine stworzył dla niej też parę „odgałęzień”, podgrup). Nie bez kozery zwany Stephenem Kingiem literatury młodzieżowej, publikujący między innymi jako R.L. Stine, materiały do swoich historii najczęściej zbiera w szkołach i organizowanych przez siebie festiwalach książkowych. Śmieje się, że od dawna szpieguje młodych ludzi – słownictwo, rozrywki, najczęstsze przedmioty rozmów, wiecznie przemijające trendy: istny ekspert od spraw młodzieży. Te wieloletnie obserwacje doprowadziły Stine'a do wniosku, że dorośli nie lubią dzieci. Tak jest od kiedy Stine sięga pamięcią. Na przykład jego twórczość: w latach 90-tych XX wieku młodzi kochali jego książki, więc... do wielu bibliotek nie miały one wstępu. A na tym nie koniec. Właściwie, Stine od lat obserwuje, zwłaszcza w szkołach, że młodym ludziom próbuje się wybić z głowy całe mnóstwo rzeczy. Muzyka, gry, fryzury – nic tylko zakazy i zakazy. Stosunek nauczycieli i bibliotekarzy w Stanach Zjednoczonych, jak zauważa Stine, w XXI wieku uległ jednak lekkiej zmianie. Teraz już raczej pielęgnuje się zainteresowanie młodych jego „Gęsią Skórką”, czy „Ulicą Strachu”. Wreszcie dociera, że narzucanie dzieciom i nastolatkom lektur, utrudnianie, zniechęcanie do kontaktów z „nieodpowiednią prozą”, zazwyczaj zabija wszelkie zalążki miłości do książek.

„Dziewczyna znikąd” R.L. Stine'a to kolejna propozycja dla młodych osób, których ciągnie do grozy. Ludzi, którzy ledwo co weszli, albo dopiero mają zamiar wejść, w magiczne światy rozpościerające się na kartach książek. Ale także dla pokoleń, które w pewnym sensie wychowały się na dawnej Ulicy Strachu. Takich staruszków jak ja, które z rozrzewnieniem wspominają niepokojące chwile przeżyte w starym dobrym Shadyside. Dla mnie przygoda z „Dziewczyną znikąd” była bardziej atrakcyjna od poprzedniego „powrotu do przeszłości” ze Stine'em, czyli „Zabójczych gier”. W tamtym świecie przedstawionym trzymał mnie prawie wyłącznie sentyment, tutaj natomiast nie musiał już pracować w pocie czoła na podtrzymywanie mojego zainteresowania lekturą. Miał pomocników – lepiej scharakteryzowane, ciekawsze postaci i nieprzewidywalny rozwój akcji. Choć miejsce mniej obiecujące niż wyspa, na którą na swoje nieszczęście wybrała się między innymi Rachel Martin, główna bohaterka „Zabójczych gier”, którą Stine wspomni też w „Dziewczynie znikąd”. Drobne połączenie, luźne nawiązanie w duchu pierwszej „Ulicy Strachu”. Tym razem autor nie odciąga swoich pechowych nastolatków od cywilizacji. Nie zamyka ich w swoistej klatce, na odciętym od reszty świata kawałku ziemi. Tym razem zostaniemy w mieście, w sennej amerykańskiej mieścinie, o której krążą niepokojące opowieści. Klątwa rodziny Fearów. W „Dziewczynie znikąd” o tej tajemniczej familii Stine jedynie napomknie, jeśli więc jesteś zainteresowany tym tematem, spróbuj z „Zabójczymi grami”. A potem wróć do Michaela Frosta, którego uczyniono jednym z narratorów tej, muszę przyznać, frapującej opowieści. Wspomniany chłopak żyje w czasach nam współczesnych, ale Stine przygotował też wycieczki do roku 1950. Niewiele tego, a i próżno szukać tutaj adekwatnego klimatu retro. Właściwie nic nie wskazuje na to, że szesnastoletnią Beth Palmieri, która to umownie relacjonuje dla nas (wyjątkiem jest tutaj ostatni rozdział retrospektywny) tragedię, jaka dotknęła jej rodzinę zimową porą, spotykamy na samym początku lat 50-tych XX wieku. W każdym razie Beth szybko odkrywa przed nami swój wielki sekret. Mówi nam o nadzwyczajnych mocach, jakie posiadła – à la Carrie White, z tą różnicą, że jej, jak to nazywa, triki, wymagają zaklęć. Wypowiedzenia jakichś magicznych sentencji. Czarownica? Na to wygląda, ale to nie Beth jest tutaj antybohaterką. A przynajmniej wszystko wskazuje na to, że zagrożenie niesie zamożny ród Dooleyów. Gdy już dokona się ta spodziewana tragedia – autor prawie od początku książki podtrzymuje w nas przekonanie, że już za chwilę, już za moment dojdzie do jakiegoś okropieństwa, czegoś, co doszczętnie zniszczy życie niewielkiej rodziny Palmierich – raptownie, w najmniej odpowiednim (bardzo zagadkowe) momencie przeskoczymy o jakieś siedemdziesiąt lat do przodu. Jeszcze na chwilę wrócimy do roku 1950, ale najpierw poznamy nastolatków, których historia w jakiś, skrzętnie skrywany, sposób łączy się z piekielnymi wydarzeniami z dość odległej przeszłości. O co chodzi? Jak jedno ma się do drugiego? Przyznaję, że w swoich domniemaniach szłam uliczką, która okazała się ślepa. Wybrałam jedną z najprostszych możliwych dróg, a tu proszę, nie ma tak łatwo! Stine poszedł bardziej pokrętną ścieżką. Pokrytą śniegiem, bo do Shadyside przyszła dość sroga zima. A wraz z nią, że tak sobie zrymuję, tajemnicza dziewczyna.

Lizzy Walker (w skrótowym opisie fabuły zamieszczonym na okładce pierwszego polskiego wydania „Dziewczyny znikąd” - Media Rodzina, 2021 – wkradł się chochlik: nazwisko Palmer) właśnie przeprowadziła się do Shadyside i dołączyła do uczniów tutejszej szkoły średniej, Shadyside High. Tak samo jak nasz narrator (który co jakiś czas zwraca się do nas bezpośrednio, tak jakby zagaduje do czytelnika) Michael Frost i jego najbliżsi przyjaciele, Lizzy jest w ostatniej klasie licealnej. I wygląda na to, że robi wszystko, co w jej mocy, by zbliżyć się do uczynnego, zawsze służącego pomocą, młodzieńca, do którego zdążył już przylgnąć przydomek „harcerzyk”. Nic więc dziwnego, że Michael z ochotą pomaga nowej uczennicy odnaleźć się w szkole. Taka jego natura, ale niewątpliwie nie tylko o to chodzi. Sam Michael może i sobie tego do końca nie uświadamia, jednakże czytelnikowi zapewne nie umknie, że jest między nimi jakaś chemia. Michaelowi wystarczył zaledwie rzut oka na tę dziewczynę, by poczuć motylki w brzuchu. Zupełnie jakby coś go do niej ciągnęło, jakby Lizzy była mu kimś bardzo bliskim. A przecież nawet jej nie zna. Tak naprawdę nic o niej nie wie. No może, poza tym, że nie pachnie pieniędzmi. Michael ma powody przypuszczać, że dziewczyna wywodzi się z ubogiej rodziny. Nie tylko nie ma telefonu, ale widać też nie dojada. Musi kraść, żeby jakoś przetrwać. Michaelowi – co zrozumiałe – robi się żal tej dziewczyny. Ma dla niej dużo współczucia, ale i czegoś zbliżonego do miłości. W każdym razie chłopak jest nią coraz bardziej zauroczony, a i Lizzy daje mu rozliczne dowody na to, że jest nim zainteresowana. To na poły zagadkowe wzajemne przyciąganie – czuć, że coś się za tym kryje i nawet domyśliłam się co konkretnie; prawdę mówiąc to nie jestem przekonana, czy Stine próbował w ogóle robić z tego tajemnicę – nie uchodzi uwadze dziewczynie Michaela, Pepper Davis. Temperamentnemu rudzielcowi, dziewczynie, która nie zwykła kryć swoich emocji, która zawsze mówi to, co myśli, i która, jak się zdaje lubi być w centrum uwagi. Z oczywistych względów Pepper nie żywi sympatii do Lizzy, trzeba jej jednak przyznać, że w jej obecności stara się ukryć rzeczoną niechęć do tej dziewczyny znikąd. Robi to bardziej z myślą o Michaelu niż głównej zainteresowanej. Bo Pepper zależy na tym chłopaku. Chłopaku, którego powoli traci. Akcja nabiera tempa, gdy dochodzi do jak się wydaje śmiertelnego w skutkach wypadku spowodowanego przez jednego z bohaterów na oczach jego znajomych. Michael, Pepper, Lizzy, Gabe, Diego i Kathryn wpadają nagle w... „Koszmar minionego lata” Jima Gillespiego. Podobny motyw – zabili człowieka, a on jakimś sposobem, albo tylko tak się wydaje, wrócił, by się zemścić. Ukarać młodych ludzi, którzy w popłochu uciekli przed odpowiedzialnością. To jedna ze znanych nauk horroru: nie ukrywaj swoich występków, od razu się przyznaj, ponieważ takie sekrety na pewno mniej ci się opłacą. Prędzej czy później boleśnie się na tobie zemszczą. Mogą cię nawet zabić... A więc slasher. No nie, niezupełnie. Owszem, po tragicznej w skutkach sobotniej przejażdżce na skuterach śnieżnych, młodzi ludzie z Shadyside, Michael i jego paczka, stają się celem potencjalnego zabójcy. Swojej ofiary? Wszystko na to wskazuje, ale jeśli faktycznie tak jest to pytanie brzmi: żywej czy martwej? Opowieść o stalkerze z zaświatów? Mściwym duchu? Prześladowcy, który najpewniej nie spocznie dopóki Michael i jego przyjaciele nie podzielą jego losu? Dobrze, ale jak dopasować do tego slasherowego scenariusza tytułową dziewczynę? Która zachowuje się coraz bardziej podejrzanie. Ona też znalazła się na celowniku, bądź co bądź, tajemniczego mściciela, ale trudno nie zauważyć, że nie mówi pozostałym wszystkiego. Ewidentnie coś ukrywa. Prawie na pewno także stanowi zagrożenie dla swoich nowych znajomych. Zwłaszcza dla Michaela, z którym coś dziwnego, niepojętego, ją łączy. Skłonik w stronę horroru psychologicznego, oczywiście najzupełniej w stylu Stine'a: lekkiego, właściwie bez ryzyka przeciążania umysłu odbiorcy nie mniej skołowanego od głównego bohatera „Dziewczyny znikąd”. Wgląd w umysł Michaela dostajemy, aczkolwiek trudno nazwać go szerokim. To w końcu horror od Stine'a. Mimo wszystko nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to taki trochę „dojrzalszy pan Stine”. Nie, inaczej: portret psychologiczny protagonisty wydał mi się nieco bardziej wyczerpujący niż to miało miejsce w „Zabójczych grach”. I rzecz jasna od tego co zapamiętałam ze starej Ulicy Strachu, przy czym do owych wspomnień nie mam już takiego zaufania. Było to dawno, dawno temu, kiedy jeszcze dinozaury chodziły po ziemi. Rozumiecie więc chyba, że wolę nie polegać zanadto na tych wciąż żywych, a zarazem (paradoksalnie) tak mglistych wspomnieniach. Fajna rzecz, ale niekoniecznie wdzięczny materiał do porównań młodszego i starszego Roberta Lawrence'a Stine'a. Człowieka, któremu zawsze będę dłużna - i jak doskonale wiem, nie jestem w tym poczuciu osamotniona, już prędzej znajduję się w nieprzebranym tłumie ludzi - za wprowadzenie mnie do światka literackiej grozy. Ramię w ramię ze Stephenem Kingiem, Deanem Koontzem, Grahamem Mastertonem, Guyem N. Smithem (eh, to przerażające „Trzęsawisko”). Ach! Byłabym zapomniała o Tomie B. Stone'u i jego cudnej „Szkole przy cmentarzu”.

Nie zmiażdżyło, ale tym razem nie udało mi się wyprzedzić autora. Przedwcześnie rozplątać wszystkie supły zawiązane przez jednego z najbardziej zasłużonych autorów młodzieżowej literatury grozy. Dzwoniło, ale nie wiedziałam, w którym kościele. „Dziewczyna znikąd” R.L. Stine'a zaskoczyła mnie też pod innym względem. Nie spodziewałam się, że dam się aż tak wciągnąć w tak oszczędną w słowach (szczegółowe, wyczerpujące opisy? Puk, puk, to przecież horror od R.L. Stine'a) historyjkę. Opowieść o młodych, acz nieszczególnie gniewnych, którzy jak przystało na „Ulicę Strachu”, jak to w miasteczku Shadyside Stine'a, przeżyją – albo nie przeżyją – istny koszmar na jawie. Tajemniczy prześladowca i jeszcze bardziej tajemnicza tytułowa nastolatka. Pomysłowe scenki, nazwijmy je gore, w sprawdzonych rozstawieniach: tradycyjne motywy, wątki, jak mniemam, dobrze znane wieloletnim miłośnikom filmów i/lub powieści grozy. Uroczy slasherek i coś więcej. Więcej smakowitych kąsków. Coś innego, coś, co widocznie zerwało się z innych konwencji w sumie nie tylko horroru. Mniami.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

czwartek, 9 września 2021

Ann Rule „Ted Bundy. Bestia obok mnie”

 

Życzliwy, troskliwy, empatyczny. Podły, okrutny, zły. Dwa oblicza Theodore'a Roberta Bundy'ego, jednego z najbardziej znanych seryjnych morderców w historii, działającego w latach 70-tych XX wieku na terenie swoich rodzimych Stanów Zjednoczonych. „Ted Bundy. Bestia obok mnie” (oryg. „The Stranger Beside Me”) to książka biograficzna i autobiograficzna autorstwa Ann Rule, nieżyjącej już amerykańskiej dziennikarki kryminalnej, autorki specjalizującej się w literaturze faktu i... przyjaciółki Teda Bundy'ego. Pierwszą wersję wypuszczono w 1980 roku, a potem najgłośniejsza publikacja Rule stopniowo się rozrastała – światowe premiery wszystkich tych wznowień ukazywały się w 1986, 1989, 2000 i 2008 roku. Pierwsze polskie wydanie „Bestii obok mnie” przygotowane przez wydawnictwo SQN jest oparte na ostatecznej wersji książki (rok 2008). Pięćset pięćdziesiąt stron, jakże wygodnym dla mnie drobnym drukiem z bonusową kolorową wkładką w środku: osiem kartek ze zdjęciami archiwalnymi. Twarda oprawa i doskonałe tłumaczenie Bartosza Czartoryskiego. Innymi słowy, godne swojej, moim zdaniem, w pełni zasłużonej sławy, wydanie jednej z najgłośniejszych pozycji true crime na światowym runku literackim.

Powiadają, że gdyby to był utwór beletrystyczny, to najpewniej nie znalazłby wielkiego uznania wśród czytelników. Naciągane, mówiliby. Niewiarygodne! A jednak prawdziwe. Był rok 1971. Ann Rule była jedna z wolontariuszek w Klinice Kryzysowej w Seattle w stanie Waszyngton. Odbierała telefony od ludzi z różnymi problemami. Ludzi szukających wsparcia. Wołających o pomoc. Także do Theodore'a Roberta Bundy'ego, czarującego studenta, który podobnie jak późniejsza autorka książki o nim, dawał z siebie wszystko, żeby pomóc dzwoniącym do Kliniki Kryzysowej w Seattle. Tak narodziła się niezwykła przyjaźń kobiety piszącej o prawdziwych zbrodniach i jednego z największych zbrodniarzy o jakich usłyszał świat. Tym co odróżnia „Bestię obok mnie” od innych biograficznych utworów o mordercach, jest rzeczony związek autorki z podmiotem jej wytężonej pracy. Przeniesiona na mały ekran w 2003 roku („Obcy przyjaciel” w reżyserii Paula Shapiro) przebojowa książka Ann Rule to nie tylko szczegółowy portret charyzmatycznej bestii, ale również szczere wyznanie kobiety wątpiącej w jego winę. Kobiety, która myślała, że potrafi wyłowić drapieżnika z tłumu niewinnych, że zawdzięcza to wrodzonemu talentowi, wykształceniu i zawodowemu doświadczeniu. Tak jej się wydawało, dopóki nie zaakceptowała strasznej prawdy o człowieku, którego poznała zanim zrobiło się o nim głośno. Zanim przyjęła zlecenie na książkę o zabójstwach młodych kobiet popełnianych przez wówczas jeszcze nieznanego sprawcę. Jeszcze przed otwarciem pierwszego śledztwa dotyczącego, jak potem się okazało Bundy'ego, w którym uczestniczyła. Współpracowała z policjantami, których dobrze znała. Kiedyś była jedną z nich, a gdy zajęła się dziennikarstwem (pisała artykuły głównie o zabójstwach) nierzadko obserwowała policyjne śledztwa niejako od środka. Policjanci jej ufali. Rule wszak nigdy nie dała im najmniejszego powodu do zwątpienia w jej intencje. Zawsze twardo stała po ich stronie. Aż do „wejście na scenę” Teda Bundy'ego. Wtedy to Ann Rule prawdopodobnie po raz pierwszy stanęła w rozkroku. Pomiędzy „psami gończymi i zwierzyną, którą zwąchali”. Na szczęście.

Wygadany, inteligentny, przystojny, czarujący, elokwentny, oczytany, dowcipny, wysportowany, łatwo nawiązujący znajomości, zwłaszcza z kobietami... prawdziwy złoty chłopiec. Tako rzecze się o Tedzie Bundym. Między innym takie etykietki mu przyklejono. Przystojny? Kwestia gustu. Inteligentny? Na pewno sprytny, zaradny. Na pewno mający dużo szczęścia, ale czy taki geniusz, geniusz zbrodni, jaki utrwalił się w świadomości publicznej? W „Bestii obok mnie” Ann Rule kontestuje tę tezę, ale dopiero po latach. Nie polemizuje z tym, że podmiot jej analizy „miał trochę oleju w głowie”. Na tyle, żeby bez heroicznego wysiłku zdobyć wyższe wykształcenie. Na przykład dołączyć do palestry (zostać prawnikiem), co zresztą było jego nigdy niespełnionym marzeniem. Sędzia, który przewodniczył pierwszej rozprawie z Tedem Bundym w charakterze oskarżonego, w stanie Floryda, wyraził przypuszczenie, a właściwie to pewność, że ten „złoty chłopiec” byłby dobrym prawnikiem. Gdyby wybrał inną drogę. Gdyby nie nieodparty przymus zabijania. Młodych kobiet, których mogły być dziesiątki. Nie wiadomo ile dokładnie żyć odebrał ten podły, okrutny, zły człowiek. Skazano go za trzy zabójstwa (plus poważne pobicia), przyznał się do trzydziestu, ale śledczy zaangażowani w ten odrażający przypadek zapewne nie zdziwiliby się, gdyby było ich więcej. Autorkę ostatniego wydania „Bestii obok mnie” też nie. Ale ta dawna Ann Rule, ta, która przyglądała się pierwszemu większemu śledztwu w sprawie, który z czasem skoncentrował się na Tedzie Bundym, to już zupełnie inna sprawa. Jej kultowa true crime story ma zdecydowanie więcej zwolenników niż przeciwników, ale, jak zawsze, nie zabrakło też głosów krytycznych. W „Bestii obok mnie” niektórym nie podobała się na przykład stronniczość Ann Rule. Jej osobiste zaangażowanie w sprawę „czarusia Teda”. Oburzyło co poniektórych wsparcie, jakie Rule dawała głównemu podejrzanemu o liczne, w tym śmiertelne, ataki na między innymi studentki podobne do jego pierwszej „miłości” (kolor włosów i uczesanie). Dziewczyny, na której mu zależało, prawdopodobnie pierwszej, z którą był w dłuższym, poważniejszym związku. Pierwszej, która go zraniła. Ale czy ją kochał? Czy Ted Bundy był w ogóle zdolny do miłości? Czy potrafił prawdziwie kochać kogoś innego poza sobą? Tak czy inaczej, w „Bestii obok mnie” istotnie wyłania się obraz kobiety [Rule], która była z Tedem na dobre i na złe. Zwłaszcza na złe. Nasza narratorka była jedną z tych osób, które dały się omotać „boskiemu Tedowi”. Na nią też rzucił swój czar, a przynajmniej do takich wniosków doprowadziła mnie lektura niniejszego... arcydzieła. Prawdopodobnie jedynej w swoim rodzaju, bo takie zbiegi okoliczności z całą pewnością nie zdarzają się często. Właściwie coś takiego nie miało prawa się zdarzyć. Żeby pisać o zbrodniach, a potem dowiedzieć się, że popełnił je przyjaciel? Takie cuda to nawet w hollywoodzkich filmach się nie zdarzają. W rzeczywistości już tak. Życie często pisze bardziej pokręcone, zdumiewające, szokujące scenariusze. Co, możliwe że najdobitniej, pokazuje „Bestia obok mnie”. Obok Ann Rule.

Opus magnum Ann Rule spisano „dwoma językami”. Styl reporterski łączy się ze stylem bardziej kojarzonym z beletrystyką. To znaczy obiektywne, suche sprawozdanie, naszpikowane faktami, bezstronna relacja spotyka się w tej wyśmienitej publikacji ze strukturą à la powieściową. Autorka przytacza - od myślników – wybrane rozmowy różnych osób „występujących” w tej tragedii, a od czasu do czasu w kwiecistych, nieomal poetyckich zdaniach, pieczołowicie kreśli tło, tworzy klimat, jakiego pewnie nie powstydziłby się doświadczony autor powieści kryminalnych. Mówi też o sobie. O swoim życiu, o myślach, które przez te wszystkie lata znajomości z Tedem Bundym się w jej głowie przewinęły. O swoich uczuciach, o swojej roli w tej przerażającej historii. Ta przyjaźń przyniosła jej sławę i oczywiście potężne pieniądze, ale Rule zarzeka się w tej publikacji - i ja jej wierzę - że wolałaby, by ich drogi nigdy się nie przecięły. Nie w ten sposób. Nie tak. Wolałaby aby Ted Bundy był dla niej kimś zupełnie obcym. W sumie taki był. Theodore Robert Bundy tak naprawdę nie dał się poznać nawet jej. Ba! Niektórzy, w tym Ann Rule, z czasem doszli do przekonania, że nawet Ted Bundy nie znał Teda Bundy'ego. Autorka „Bestii obok mnie” w pewnym momencie przyrównuje go do przybysza z innej planety – mniej więcej taką obcość Rule nam w tej nietuzinkowej, niepowtarzalnej opowieści przedstawia. Gdyby to była tylko biografia Teda Bundy'ego, to podejrzewam efekt nie byłby aż tak oszałamiający. Bo to, na co narzekali niektórzy krytycy, dla mnie okazało się najsmaczniejszym kąskiem tej nieprawdopodobnej, ale prawdziwej historii. Główną postacią jest Teda Bundy – tak, to on dostaje najwięcej miejsca, owszem, prawie wszystko kręci się tutaj wokół niego (co niewątpliwie by go cieszyło: wreszcie nie tylko w swoim wyobrażaniu jest pępkiem świata) – ale w moich oczach to Ann Rule kradła tę publikację. Co mnie cieszy, bo historia Teda Bundy'ego dla mnie w niemałym zakresie była, że tak ujmę, powtórzeniem materiału. Chcę przez to powiedzieć, że zdążyłam się o nim trochę naczytać i naoglądać, aczkolwiek muszę przyznać, że w aż takich szczegółach to nie, nie znałam. Niemniej to co robiło największą różnicę, tym co najbardziej mnie w tej strasznej opowieści fascynowało, to osoba Ann Rule. Rola, jaką odegrała w tej okropnej „sztuce”. Jej rozdarcie, niemożność opowiedzenia się za lub przeciw człowiekowi, który wedle jej kolegów policjantów w okrutny sposób, najpewniej z zimną krwią zabił... właściwie nigdy niepoliczoną liczbę kobiet. W tym przynajmniej – z naciskiem na przynajmniej – jedno dziecko, zaledwie dwunastoletnią dziewczynkę. To, jak ją potraktował, jak potraktował je wszystkie, w głowie pomieścić się niepodobna. Rule jednak z większym uczuciem mówi o sprawcy niż jego ofiarach! W każdym razie ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ta dawna Ann więcej współczucia miała dla słusznie odizolowanego od społeczeństwa człowieka (który aż dwukrotnie uciekł z „klatki”) niż dla jego młodych ofiar. To jest tych pewnych i tych domniemanych. Szczegółowe opisy zbrodni są denerwująco zimne [Ważne: co innego da się odczuć w nowszych fragmentach: już sama ta tonacja, a to nie wszystko, pokazuje zmianę jaka zaszła w naszej narratorce na przestrzeni tych wszystkich lat.] No dobrze, jakieś tam cieplejsze dźwięki miejscami będą się rozlegać, ale przeważnie Rule w tych momentach nie pozwala sobie na emocje. Jest do bólu obiektywna, tak sucha w swoich wywodach, że aż zastanawiałam się, czy aby pisząc te słowa gdzieś w głębi ducha nie obwiniała ofiar za to, co spotkało jej przyjaciela. Przeniesienie winy ze sprawcy na jego ofiary? „Jeśli mną manipulował, to szło mu wyśmienicie”. Ann Rule już w latach 70-tych XX wieku, kiedy to rozpoczęła pracę nad niniejszą książką, jeszcze przed pierwszym wyrokiem sądu, jaki usłyszał Ted, kategorycznie nie odrzucała jego sprawstwa. Brała pod uwagę tę możliwość, ale jednocześnie towarzyszyło jej poczucie, że policjanci mylą się, co do niego. Że właściwie prawie cały świat się pomylił. A gdy wreszcie zaczęło docierać do niej, że to ona jedną nogą tkwiła w okowach błędu, nie zostawiła go. Walczyła o Teda, choć jak wynikało mi z jej długiej relacji, bardziej skłaniała się już ku temu, że jej długoletni przyjaciel jest tym za kogo go uważają. Jest seryjnych mordercą i to jednym z najokrutniejszych, jacy chodzili po tej ziemi. Jednostka antyspołeczna, czy jak kto woli klasyczny psychopata. Działacz polityczny, niedoszły prawnik, wytrawny podrywacz, mężczyzna z łatwością rozkochujący w sobie kobiety, także po tym, gdy jego zbrodnie wyszły na jaw, gdy już świat poznał ciemną, zgniłą stronę tego człowieka (nie potwora, i to właśnie jest najstraszniejsze), troskliwy przybrany ojciec i już mniej troskliwy wybranek kobiety, która też później napisze o nim książkę pod pseudonimem Elizabeth Kendall - „The Phantom Prince: My Life Ted Bundy” - przełożoną na ekran w 2019 roku przez Joego Berlingera. Film pod tytułem „Podły, okrutny, zły”, uważam, z widowiskową, elektryzującą kreacją tytułowego antybohatera w wykonaniu Zaca Efrona.

W „Tedzie Bundym. Bestii obok mnie” pióra Ann Rule mamy wszystko. Istna skarbnica wiedzy o morderczym czarusiu. Wytrawnym manipulancie. Zapatrzonym w siebie, egocentrycznym młodym człowieku, który przez większość życia grał miłego chłoptasia. Wielka rola człowieka, którego nie zna nikt i najpewniej nikt już nie pozna. Człowieka enigmy. Opowieść przyjaciółki jednego z najbardziej znanych seryjnych zabójców w historii ludzkości. Wstrząsająca relacja kobiety, która, jak zobaczycie, potrzebowała czasu, by nabrać dystansu do tytułowej bestii. Złamać urok, jaki zdaje się rzucił także na nią, na doświadczoną dziennikarkę śledczą. Szczere wyznania nieżyjącej już autorki, specjalizującej się w true crime. A „Bestia obok mnie” to jej najważniejsze, najpoczytniejsze dzieło. Pozycja obowiązkowa dla ludzi interesujących się real serial killers. Możliwe, że lepszej w tym gatunku nie znajdziecie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 7 września 2021

„Manipulacja” (2017)

 

Doktor Angela Morgan zaprzyjaźnia się z młodą samotną matką Katie Wells, która niedawno przeprowadziła się do miasta. Niedługo potem Katie informuje ją i jej męża Briana o planowanej kolejnej przeprowadzce w celach zarobkowych. Jako że ich córki zdążyły się zżyć, a Angela chce wrócić do pracy, Morganowie przedstawiają Katie lepszą ofertę: zajęcie opiekunki do dziecka i zakwaterowanie w ich domku gościnnym. Katie, wraz ze swoją córką Maddie, wprowadza się więc do Morganów i roztacza troskliwą opiekę nad ich małą córeczką. Jej zachowanie coraz bardziej niepokoi Angelę. Kobieta nabiera przekonania, że Katie coś ukrywa, że ma jakieś niecne zamiary względem jej rodziny. Albo tylko wobec niej, bo wygląda na to, że Katie mocno zbliżyła się nie tylko do jej córki, ale także męża.

W 2014 roku na Sundance Film Festival Lindsay Lohan ogłosiła nowy projekt filmowy, który miała wyprodukować i wcielić się w jedną z głównych ról. W 2015 roku ujawniono, że reżyserię powierzono debiutantowi Jonathanowi Bakerowi, założycielowi firmy produkcyjnej Baker Entertainment Group, która będzie współfinansować to przedsięwzięcie. W 2016 roku Baker podał do publicznej wiadomości, że studio nie przychyliło się do jego usilnych próśb o zatrzymanie Lindsay Lohan. Główne zdjęcia ruszyły w październiku 2016 roku i trwały piętnaście dni. Podstawę tego amerykańsko-brytyjskiego thrillera, któremu nadano tytuł „Inconceivable” (pol. „Manipulacja”), stanowił scenariusz Chloe King („Trujący bluszcz II”), a budżet oszacowano na dziesięć do niespełna trzynastu milionów dolarów. Film wypuszczono w czerwcu 2017 roku w wybranych kinach i na platformach VOD.

Na „Manipulację” Jonathana Bakera trafiłam zupełnym przypadkiem. W telewizji. Pastelowe barwy. Nieśpieszne, skoncentrowane na fabule prowadzenie. Coś skromnego, kameralnego. Tak to wyglądało, więc zostałam. Do końca. Już po seansie odkryłam, że pierwszy film w reżyserskiej karierze Jonathana Bakera nie znalazł wielu zwolenników. Aż się uśmiechnęłam na tę wiadomość – jak zwykle w mniejszości. Wciągnęła mnie bowiem ta, bądź co bądź, niezaskakująca i właściwie pozbawiona szarpiących nerwy akcentów, historia wyjątkowo oddanej opiekunki do dziecka. Ta rola miała przypaść w udziale Lindsay Lohan, ale ostatecznie postawiono na Nicky Whelan, która na ekranie stopniowo wchodzi w poważny konflikt z Giną Gershon, tj. Angelą Morgan. Przyznaję bez bicia, że najbardziej ciągnęło mnie (bez podtekstów) do tej pierwszej, samotnie wychowującej małą córeczkę Maddie, młodej artystki Katie Wells. Cóż za charyzma! I ten diabelski błysk w oku... Nic konkretnego, nic co świadczyłoby przeciwko tej postaci, a jednak już przy jej pierwszym spotkaniu z doktor Angelą Morgan wychwytuje się jakieś złe wibracje bijące od tej z pozoru nieszkodliwej, z pozoru sympatycznej kobiety. Przypuszczam, że to celowy zabieg twórców, że zależało im na tym, by widz od początku patrzył wielce podejrzliwym okiem na Katie Wells. By w przeciwieństwie do jej nowej przyjaciółki natychmiast doszedł do wniosku, że tylko zgrywa „aniołka”, że jej życzliwość względem Morganów, to rodzaj maski, zasłony dymnej. Przez jakiś czas jedyną osobą na ekranie, która podziela nasze złe przeczucia względem Katie jest matka Briana, starsza kobieta o imieniu Donna, która nie bez powodu pokazuje się w „Manipulacji” wyłącznie na siedząco. Zdobywczyni Oscara za pierwszoplanową rolę w dramacie „Sieć” Sidneya Lumeta, ale chyba bardziej kojarzona z „Bonnie i Clyde”, kultowym obrazem Arthura Penna z 1967 roku, Faye Dunaway, kilka dni przed rozpoczęciem zdjęć do „Manipulacji” złamała nogę. Zmiana aktorki nie wchodziła w grę – ta postać, wedle doniesień medialnych, została rozpisana specjalnie dla niej, a reżyser się uparł. Wprowadzono więc drobne zmiany w scenariuszu, tak żeby Dunaway mogła wystąpić. Tego chciała, choć podobno nie było to dla niej bezbolesne doświadczenie. Ponoć uszkodzona noga na planie mocno jej doskwierała, ale nie miało to widocznego wpływu na jej postać. Spadek formy? Nic takiego w oczy mi się nie rzuciło w kontakcie z tym prosto podanym, nieefekciarskim dreszczowcem o potencjalnie niebezpiecznej nowej przyjaciółce i opiekunce do dziecka. Znowu? No tak, żadna nowość. Temat znany, choć niekoniecznie w szczegółach. Pierwszy zwrot akcji następuje mniej więcej godzinę przed napisami końcowymi. Wtedy to wszystko wychodzi na wierzch, mroczne sekrety zostają ujawnione przez samych twórców. Nie mogę obiecać, że Was to zaskoczy, ale tak czy inaczej od tego momentu mamy już pewność, że na znanej glebie – podejrzana nowa przyjaciółka, lokatorka i opiekunka do dziecka – wykiełkowała jakaś egzotyczna roślinka. Nie, to pewnie za dużo powiedziane. Bardziej na miejscu będzie chyba stwierdzenie, że jakieś dodatkowe składniki do tej potrawki wrzucono. Pomysły własne: coś jeśli już nie oryginalnego, to na pewno rzadko spotykanego, niepospolitego, do tej wybranej konwencji dodano. Opowieści o przypuszczalnie złej kobiecie, która najwyraźniej chce zniszczyć życie lekarce, która przyjęła ją pod swój dach. Zająć jej miejsce? Ukraść dziecko i męża? Na to wygląda. Doktor Brian Morgan, w którego w zadowalającym mnie stylu wcielił się Nicolas Cage, wyraźnie nie jest dla niej tak ważny jak Cora, jedyne dziecko tego zamożnego małżeństwa.

Perfekcyjna matka. Prawdziwy ideał. Czego nie można powiedzieć o Angeli Morgan. W każdym razie Katie Wells jest coraz bardziej zniesmaczona postawą swojej pracodawczyni. Według niej Angela nie poświęca swojemu dziecku tyle uwagi, ile powinna. Tymczasem Angela coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że problemem jest Katie. Kobieta, której dała pracę i wygodne mieszkanie: trzeba przyznać luksusowy domek gościnny. Z perspektywy Angeli nowa lokatorka powoli, acz konsekwentnie niszczy jej życie rodzinne. Bierze, co jej się nie należy i nikt poza Angelą zdaje się tego nie dostrzegać. Ci, którzy przyjęli Katie mniej serdecznie od Angeli, najwidoczniej wyzbyli się już wszelkich uprzedzeń. A na tym nie koniec. Sytuacja Angeli będzie się coraz bardziej pogarszać. Twórcy wytrwale przekonują nas, że sprawczynią całego tego zamieszania jest Katie Wells, że to ona kawałek po kawałku niszczy życie Angeli. Intrygantka. Wytrawna manipulantka. Mącicielka, która możliwe, że nie cofnie się przed niczym. Nie zatrzyma, dopóki nie wyeliminuje wszystkich przeszkód. Jedyne czego chce, to być matką. Niczego innego do szczęście jej nie trzeba. Innych życiowych celów nie ma. Tylko spełniać się w roli matki. „Manipulacja” jest więc opowieścią o macierzyństwie, aczkolwiek w dość ekstremalnym wydaniu. U Katie Wells przerodziło się to w najprawdziwszą obsesję. Mroczną, niebezpieczną. W „Manipulacji” macierzyństwo zostaje przedstawione niczym choroba. Ale tylko w jednym przypadku. Bo Angeli Morgan, kobiety pracującej, kobiety sukcesu, to nie dotyczy. Ona ma zdecydowanie zdrowsze podejście do roli matki, a przynajmniej tak się wydaje. Tak to malują twórcy, ale sytuacja w każdej chwili może się odwrócić. Może się okazać, że to wszystko to tylko... manipulacja. Zabieg obliczony na zaskoczenie widza, klasyczne odwracanie uwagi. Tak czy inaczej, nie uczestniczyłam w tej ewentualnej zabawie. Nie widziałam takiej potrzeby. Żeby się nad tym zastanawiać, żeby wietrzyć tego rodzaju spiski ze strony ludzi, którzy przygotowali dla mnie ten przyjemny spektakl. Ot, opowieść o wyrachowanej, bezwzględnej, przebiegłej kobiecie od środka niszczącej nader okazałe rodzinne gniazdko. Nowoczesna rezydencja w spokojnej dzielnicy – malownicze przedmieście, gdzie zalęgło się zło w ludzkiej postaci. Pocztówkowa oprawa dla koszmaru, jaki niechybnie rozegra się na ekranie. Tylko czekać, aż panie pokażą pazurki (jak w „Obsesji Steve'a Shilla?) Aż rozpocznie się zaciekła walka, którą najpewniej zainicjuje kobieta zajmująca przylegający do głównej nieruchomości Morganów domek gościnny. Katie opowie Angeli o toksycznym związku, z jakiego wyrwała się niedługo po narodzinach swojej córki. Opowie jej o długiej tułaczce. A Angela w odpowiedzi zwierzy się jej ze swoich problemów z wydaniem na świat drugiego dziecka. Ona i jej mąż marzą o poszerzeniu rodziny, ale ich starania w tym kierunku, nie licząc Cory, nie tylko nie przynoszą efektu, ale wręcz przysparzają ogromnych cierpień. Kończą się tragicznie. Łatwo się domyślić, jak to się rozwinie - właściwie cała ta, poprzetykana (niezbyt gęsto) retrospekcjami z życia Katie Wells, opowieść o dwóch matkach. Dosyć łagodnie obchodząca się z widzem, w każdym razie w moim odbiorze pozbawiona jakichś mocniejszych, bardziej emocjonujących momentów. Niełapiąca za gardło, niewbijająca w fotel, nietrzymająca w nieznośnym napięciu, a jednak mająca coś w sobie. Coś, co praktycznie przyśrubowało mnie do ekranu. Błyskawicznie, bez najmniejszego wysiłku ze swojej strony, weszłam w ten kolorowy świat - dużo światła, niewiele cieni, jest słonecznie, jest bajecznie, ale jakby nieco mgliście, jak w delikatnie przygaszonym, słabszym świetle. I choć nie dałam się zwieść, choć opowieść ta nie miała dla mnie żadnych większych niespodzianek (ani wcześniej, ani później), choć było tak grzecznie, mimo że niezbyt spokojnie, coraz to mniej spokojnie (zło nie śpi), choć nie siedziałam jak na szpilkach w oczekiwaniu na najgorsze, to jednak zaangażowałam się w ten maleńki wir, jak by nie patrzeć, dramatycznych wydarzeń. Na pewno dla Angeli, wszystko wskazuje na to, że tej, która stoi, acz coraz mniej stabilnie, po jasnej stronie mocy. Bohaterki dającej się lubić, ale nie ukrywam, że moją uwagę najsilniej przykuwała... jej nemezis(?). W każdym razie osoba, do której Angela niebawem straci zaufanie, którą uzna za poważne zagrożenie. Wroga, którego wcześniej uważała za przyjaciela, tj. przyjaciółkę. Jednostkę szalenie zdeterminowaną, która ma broń i nie zawaha się jej użyć. Potrafi zjednywać sobie ludzi, manipulować, gładko sprzedawać kłamstwa na swój temat także osobom, które ostrożniej od Angeli podchodzą do nowych znajomości. Takie przekonanie narasta w Angeli, matce i żonie, która powoli staje się intruzem we własnym domu. No, może nie aż tak, ale niewątpliwie czuje się osamotniona w tej nierównej walce z kobietą, która jak wszystko na to wskazuje bierze co chce. Uważa, że jej się to należy. A raczej nie tyle jej, ile bezbronnym istotom, których potrzeby są spychane na dalszy plan. Czy tak jest w istocie? Przygotujcie się, bo odpowiedź może Was... nie zaskoczyć:)

Jakiś wielki specjał to to nie był. Zakładam, że szybko wyparuje mi z pamięci to pierwsze reżyserskie dokonanie Jonathana Bakera. Ten kameralny, utrzymany w lżejszej atmosferze dreszczowiec o potencjalnie diabolicznej opiekunce do dziecka. Ta nieśpiesznie rozsnuwana, raczej nietajemnicza, a już na pewno nieskąpana w mroku i brudzie, urocza „Manipulacja”. Tak, według mnie ma to swój urok. Ten skromny „spektakl” zapewne dla mniej wymagających widzów. A już na pewno bardziej strachliwych:) Tak czy inaczej, ja w tym świecie przedstawionym nosem nie kręciłam. Nie za często. Było miło. Nie olśniewająco, tylko zwyczajnie miło.

niedziela, 5 września 2021

„The Sacred” (2012)

 

Jessie pracuje nad swoją drugą powieścią grozy, ale nie idzie jej tak sprawnie, jakby chciała. Jej chłopak Brian proponuje wspólny pobyt w leśnym domku, który Jessie odziedziczyła po swojej ciotce Jean. Po namyśle kobieta decyduje się ulokować tam w pojedynkę, mając nadzieję, że to pomoże jej w pisaniu. Nieprzekonany do tego pomysłu Brian odwozi ją do okolicznego miasteczka, skąd odbiera ją mieszkający w tych stronach starszy mężczyzna, stróż imieniem George. Wbrew oczekiwaniom Jessie, od dawna niezamieszkany domek nie został przygotowany na jej przyjazd, ale kobieta szybko doprowadza go do porządku. Niedługo potem poznaje Leah, miejscową dziewczynkę, która przyjaźniła się z jej ciotką. Poprzednią właścicielką domu, w którym, jak zauważa Jessie, dzieją się niezwykłe rzeczy.

„The Sacred” to pierwszy pełnometrażowy film w reżyserskiej karierze Bretta Donowho. Niskobudżetowy amerykański horror paranormalny stworzony przez człowieka, który później nakręci takie mało znane straszaki, jak „No Tell Motel” (2013), „A Haunting at Silver Falls” (2013) i „5 Souls” (2013). Scenariusz „The Sacred” napisali bracia Van Dyke, Carey i Shane, których fani kina grozy mogą kojarzyć z „Czarnobylem. Reaktorem strachu” (2012) i „Ciszą” (2019), filmem opartym na powieści Tima Lebbona, w Polsce wydanej pod tytułem „Milczenie”. Warto też odnotować, że Shane Van Dyke, jest ponadto wyłącznym autorem scenariusza horroru „Paranormal Entity”, którego sam wyreżyserował. A skoro już przy tym jesteśmy, to dodajmy, że wyreżyserował również choćby „Klątwę z Salem” z 2011 roku. „The Sacred” kręcono w Portland w stanie Oregon, a jego premiera, w rodzimych Stanach Zjednoczonych, przypadła na rok 2012.

Jennifer Hills, to jest Jessie szuka pisarskiej weny w odosobnionym domku. Gdzie czają się potwory. Według mnie tragicznie wykreowana przez Heather Roop (będzie też epizodyczny występ Sida Haiga, znanego chociażby z „Domu 1000 trupów” i „Bękartów diabła” Roba Zombie) autorka jednej wydanej powieści, powieści grozy, obecnie pracuje nad swoją drugą książką, która też ma być horrorem. Stephen King w spódnicy? Jeszcze nie. Może nigdy nie. W scenariuszu jednak nie można było pominąć jego nazwiska (a gdzieżby). I jednego z jego najsłynniejszych dzieł – pobyt naszej pisarki w zacisznym zakątku Stanów Zjednoczonych, przez samych twórców „The Sacred” został w pewnym sensie połączony z powieścią „Lśnienie”. Stąd inspiracja? Całkiem możliwe, ale gdyby nie ta wskazówka skłaniałabym się ku „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego. Swoja drogą świtały mi też „Dom na Słomianym Wzgórzu” Jamesa Kenelma Clarke'a i „Istnienie” Toma Provosta. W każdym razie rzecz znana: samotny pobyt na odludziu, który, to pewne, do przyjemnych nie będzie należał. Bynajmniej. Główna bohaterka pierwszego długometrażowego filmu Bretta Donowho zmierzy się z koszmarem, który fani kina grozy zapewne już widzieli. I to więcej niż raz. Bracia Van Dyke zmiksowali kilka sprawdzonych motywów, ale zapomnieli o przyprawach. W efekcie otrzymałam pozbawioną smaku, mdłą papkę, która z trudem przez gardło mi przechodziła. Pamiętacie program „Nieustraszeni”? Tak mi się nasunęło, gdy konsumowałam ten pokarm. Kiedy z mozołem przedzierałam się przez „straszną” historię młodej powieściopisarki. Zrealizowaną niskim kosztem, co boleśnie rzuca się w oczy; twórcy nie zdołali przekuć tego na korzyść produkcji, bo takich przypadków w filmowym horrorze w mojej ocenie jest sporo. Mamy tutaj opowieść o zjawiskach nadprzyrodzonych zachodzących w leśnej głuszy. Sceneria idealna. Wybór idealny - piękna tradycja od dawien dawna, wciąż i wciąż kultywowana w kinie grozy - ale coś od siebie wypadłoby dodać. Właściwie to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że filmowcy, zapewne niechcący, odejmowali tej leśnej aurze. Nadnaturalne zagrożenie na odludnym kawałku ziemi, śmiertelnie niebezpieczna, gęsto zadrzewiona pułapka, z której, gdy zrobi się naprawdę gorąco, prędko się nie wydostaniesz – mogłam zapomnieć. Tak być powinno, takich wrażeń zapewne miała dostarczać ta opowiastka o duchach(?), tego zapewne życzyliby sobie twórcy „The Sacred”. Gdyby popracować nas samą atmosferą – zagęścić, pobrudzić – trochę pobawić się w obszarach, które przynajmniej na pozór uprzedzają atak/manifestację czegoś na wskroś obcego, czegoś nieprzyjaźnie usposobionego, czegoś Złego, gdyby chwilę pokrążyć, nie trzymać się tak uporczywie tego prostego metrum, gdzie każdy dźwięk brzmi nader płasko, gdzie wszystko jest tak przerażająco obliczalne... Gdyby. Ciekawe, że choć akcja przebiega znanym torem, choć oczywistość goni oczywistość, choć nie ma w tym za grosz spontaniczności, to przynajmniej u mnie szło to w parze z przeświadczeniem (rosnącym wraz z postępem fabuły), że oto zwiedzam jakiś zagracony pokoik, pomieszczenie pełne niezbyt pasujących do siebie przedmiotów „częstego użytku”. Potencjalnie nawiedzony przez jakąś istotę, albo istoty, z zaświatów niewielki domek w lesie. Nie, za mało. Doklejmy więc tutejszych mieszkańców – małomiasteczkowa społeczność – którzy nie wiedzieć czemu dziwnie patrzą na pisarkę, która przybyła w ich strony. Z tej zgrai wybierzmy jednego (Jeff Fahey bez szans od scenarzystów na wykazanie się), który będzie służył Jessie dobrą radą. W kwestiach praktycznych, związanych z domem, w którym ma zamiar spędzić najbliższe dni, tygodnie, ale i w bardziej ukrytej, zagadkowej materii, której nie ma ochoty, albo z jakiegoś powodu, nie może, jej objaśnić. Tak czy inaczej jego zachowanie jest podejrzane. Przyjaciel to czy wróg? Dowiecie się, oj dowiecie, ale nie mogę obiecać, że ten deserek rozpieści Wasze kubki smakowe. Trudno przewidzieć. Ja na pewno obyłabym się bez tej przekąski.

Teraz brudna lalka nazywana Isabelle. Nie mylić z Annabelle. Zabawka z jednym okiem – drugie wypadło albo ktoś je wydłubał, nie wiem – znaleziona przez Jessie w leśnym domku odziedziczonym po zmarłej przed dwoma laty ciotce Jean. W chwili śmierci kobieta była już dość mocno posunięta w latach i przypuszczalnie bardzo stęskniona za towarzystwem swojej siostrzenicy. Jessie nie odwiedzała jej, czego teraz wydaje się żałować. Nie przyjeżdżała, bo się bała. Bo z domem Jean wiążą się jakieś nieprzyjemne wspomnienia. Brian wysnuwa na poły żartobliwą teorię, że to, co Jessie przeżyła w tym domku w dzieciństwie, miało jakiś, być może decydujący, wpływ na jej życie zawodowe. Pisze powieści grozy, bo sama przeżyła coś strasznego, niepojętego, nadzwyczajnego. Albo pisze horrory, bo ten przeklęty dom ją do tego zmusza. Precyzyjniej: może zmuszać ją do tego groźna istota mieszkająca w tej cichej krainie. Bo to wszystko raczej nie rozgrywa się jedynie w umęczonym, przepracowanym umyśle jednostki obdarzonej bujną wyobraźnią. Jessie raczej nie traci zmysłów – coś tam w tym temacie przebąkiwano, ale szczerze mówiąc nawet przez chwilę nie brałam tej wersji pod uwagę. Czy słusznie? Wróćmy może do motywu przypuszczalnie niezwykłej lalki. Wszystko wskazuje na to, że bynajmniej nie jest ona przedmiotem nieożywionym. Czyżby jakieś zło wniknęło w tę wcześniej najzupełniej zwyczajną zabawkę? Duch? Demon? Seryjny zabójca Charles Lee Ray? :) Prolog każe myśleć o tym drugim gościu. Tylko jak w tym wszystkim odnajduje się tajemnicza dziewczynka o imieniu Leah (w tej roli Brighid Fleming, która według mnie pokazała tutaj najlepszy, zdecydowanie najlepszy warsztat: aż miło było popatrzeć)? Dziewczynka, która będzie dotrzymywać towarzystwa samotnej kobiecie w głębi lasu. W okolicznym miasteczku zresztą też, choć oczywiście większość czasu Jessie będzie spędzać w samotności. Tego szukała w tym miejscu: samotności, ciszy i spokoju. Założyła, że w domku, którego od dawna się bała, praca nad drugą powieścią będzie postępować szybciej niż dotychczas. To ma być horror, więc lęk jakim napawa ją to miejsce, też się przyda. Tak kombinuje Jessie, ale widz od początku będzie wiedział, że nie tędy droga. W horrorze jeszcze chyba nikomu na dobre nie wyszło pchanie się na kompletne odludzie. No dobrze, niekompletne, bo jest tutaj Leah, której odbiorca raczej nie przyjmie z taką ufnością, otwartością jak główna bohaterka omawianego obrazu. W pobliżu kręci się też stróż George, a i jakaś (uwaga, uwaga!) młoda kobieta „zakradnie się” tu pewną niespokojną, burzową nocą. Jedna czy dwie? Tak czy tak, zrobi się pikantnie, ale czy współgra to z całością? Niby później rzecz się wyjaśnia – o tyle, o ile – niby jest w tym jakiś sens, ale jakoś nie mogę pozbyć się myśli, że to namiętne spotkanko trzech pań (u jednej nic się nie ukryje: ani góra, ani dół) wpleciono w tę opowieść tylko po to, by „rozświetlić scenę” nagością. Wcześniej też coś tam mignie – scena pod prysznicem, poza tym Jessie nie zwykła nosić stanika, więc... sami sobie dopowiedzcie – ale toż to przecież za mało jak na szanujący się horror. Wincej golizny! Będzie, będzie jeszcze seks, ale to już tak na szybko, bo Zło, które zalęgło się na tym kawałku ziemi, ma już dość czekania. Wreszcie uderzy i nie powiem, nareszcie się trochę ożywiłam. Niezła, minimalistyczna charakteryzacja. I jeszcze ten gruby głos. Brr! W sumie wcześniej też jakieś upiorności się przewijały. Migawki: a to zjawa w lustrze, a to spalone ofiary. Najlepsze (i najgorsze) przyszło jednak na koniec tego niemiłosiernie dłużącego mi się seansu UWAGA SPOILER o demonie, co to raz jest w lalce, raz w dziewczynce. W scenie egzorcyzmów to nieszczęsne dziecko, łudząco przypomina Regan MacNeil w wykonaniu Lindy Blair, oczywiście z „Egzorcysty” Williama Friedkina. Skoro to opowieść o opętaniu człowieka przez istotę z Piekła, to nie mogło wszak zabraknąć, tym razem nieskutecznej, próby przepędzenia tego demonicznego intruza, podjętej przez specjalistę w tym zakresie. Duchownego, który miał przy sobie – niekoniecznie jednak zdawał sobie z tego sprawę – najprawdziwszego anioła. Stróża. Pod koniec zahaczymy (takie tam muśnięcie) też o slasher. A co będziemy sobie żałować. Co za dużo to przecież zdrowo KONIEC SPOILERA. Jak się skończyło, to aż z ulgą odetchnęłam. Zmęczyłam mnie ta topornie snuta, nieprawnie zrealizowana, bez większego pomyślunku, niewygodnie posklejana opowieść o młodej pisarce, której zachowanie zapewne nie wszystkim wyda się logiczne. Wie, że coś się dzieje, płacze, że tkwi w tym zupełnie sama, ale nawet przez myśl jej nie przechodzi, żeby wrócić tam skąd przyszła. Do domu, do miasta. Takich kwiatków jest więcej, ale wspomnę jeszcze tylko jedną rzecz, która mnie osobiście najbardziej męczy: dlaczego Jessie wolała skorzystać z podwózki obcego mężczyzny, niż przyjechać własnym samochodem? To w końcu bardzo przydatna rzecz na takim bezludziu, gdy do cywilizacji droga nie najkrótsza. O! Już wiem! Jessie pewnie nie miała prawa jazdy. Takie to proste.

Schowała się pewna pani w lesie w poszukiwaniu natchnienia. A że pracowała nad powieścią grozy, to dobrze się złożyło, bo ona sama też była bohaterką horroru. Niedrogiego, mało znanego straszaka w reżyserii debiutującego w pełnym metrażu Bretta Donowho. Konwencjonalnej opowieści o zjawiskach nadprzyrodzonych zachodzących w leśnej głuszy. I o sennym amerykańskim miasteczku, w którym nasza pani czuje się cokolwiek nieswojo. O małej dziewczynce i jej upiornej lalce. O duchach, demonach, czy innych groźnych istotach. Mocno przewidywalna, beznamiętna, nieklimatyczna, drętwa historyjka, przez którą ledwo przeszłam. A już myślałam, że „polegnę na placu boju”. Plusy też znalazłam. Albo raczej plusiki. Tak czy owak, marna to rekompensata. Fatalny wybór na filmowy wieczorek. Mój błąd. Ten nieszczęsny „The Sacred”. Nieszczęsny dla mnie, nie mówię, że dla wszystkich. Co to to nie.

piątek, 3 września 2021

R.L. Stine „Zabójcze gry. Ulica Strachu”

 

Shadyside w stanie Ohio. Siedemnastoletnia Rachel Martin nie posiada się z radości: chłopak, który wpadł jej w oko zaprosił ją na swoją osiemnastkę. To Brendan Fear, wielki miłośnik gier komputerowych, wywodzący się z bogatej rodziny, o której krążą niepokojące historie. Niektórzy wierzą, że Fearowie są obciążeni straszliwą klątwą, ale Rachel nie jest jedną z nich. Uważa, że to bajki i nie słucha tych, którzy radzą jej nie korzystać z zaproszenia Brendana na Fear Island. Wraz z dziewięciorgiem innych gości przybywa do letniej rezydencji Fearów na niewielkiej wyspie otoczonej wodami Fear Lake, gdzie mają wziąć udział w całonocnej imprezie zorganizowanej przez solenizanta. Na miejscu okazuje się, że główną atrakcją będą stare gry i zabawy. W przepastnych, mrocznych korytarzach wiekowego domostwa Fearów, gdzie, jak szybko się przekonają, ukrywa się morderca, który zorganizował dla nich własne gry. Zabójcze.

Nazywany Stephenem Kingiem literatury młodzieżowej, nadzwyczaj płodny amerykański powieściopisarz, ponadto producent filmowy i scenarzysta, który ma za sobą też parę występów aktorskich, Robert Lawrence Stine, publikujący jako R.L. Stine, Jovial Bob Stine i Eric Affabee. Jego najsłynniejszymi przedsięwzięciami są serie literackie, horrory dla młodzieży, „Gęsia skórka” i „Ulica Strachu”. Ta druga była wydawana w latach 1989-1997 i liczy sobie pięćdziesiąt jeden powieści. Potem Stine skupił się na innych projektach. Wprawdzie myślał o wznowieniu „Ulicy Strachu”, czego zresztą domagali się jego najwierniejsi czytelnicy, ale wydawcy nie byli zainteresowani tym pomysłem. Mówiono mu, że preferencje młodych czytelników nie są już takie jak kiedyś, że młodzież woli historie osadzone w dystopijnych światach oraz utwory silnie nasycone tak zwaną nadnaturalnością. Kiedy jednak Stine podał na portalu społecznościowym informację, że nie ma chętnego wydawcy na reaktywację „Ulicy Strachu”, odezwała się do niego Kat Brzozowski z wydawnictwa St. Martin's Press. Najpierw zaproponowano mu kontrakt na trzy nowe powieści pod szyldem „Ulicy Strachu”, ale ostatecznie zdecydowano się na sześć tomów, które były wydawane (światowe premiery) w latach 2014-2017. W 2021 roku o „Ulicy Strachu” znowu zrobiło się głośno także w Polsce. Za sprawą filmowej trylogii inspirowanej tym fenomenem wydawniczym (bardziej starą niż nową „Ulicą Strachu” Stine'a) w reżyserii Leigh Janiak udostępnionej na Netfliksie, którą tworzą „Ulica Strachu - część 1: 1994”, „Ulica Strachu - część 2: 1978” i „Ulica Strachu - część 3: 1966”. Z tej okazji wydawnictwo Media Rodzina wypuściło pierwsze polskie wydania trzech z nich: „Zabójcze gry” (oryg. „Party Games”), „Dziewczyna znikąd” (oryg. „The Lost Girl”) oraz „Kill znaczy zabić” (oryg. „Give Me a K-I-L-L”). Pozostałe, jeszcze niewydane w Polce, to „Don't Stay Up Late”, „Can You Keep a Secret?” i „The Dead Boyfriend”.

Na „Ulicy Strachu” wychowały się pokolenia dzisiejszych oddanych fanów szeroko pojętego horroru. Pokolenie lat 80-tych i 90-tych XX wieku. Ale nie tylko. Seria ta nie jest już wprawdzie tak popularna, jak w poprzednim stuleciu (gdzie jej do na przykład „Igrzysk śmierci” Suzanne Collins), nie można jednak powiedzieć, że nikt już się tym starociem nie interesuje. Nikt z młodych. O tej właśnie grupie myśleli ci amerykańscy wydawcy, którzy nie odważyli się wejść wraz z R.L. Stine'em na nową Ulicę Strachu. Nie wykazali zainteresowania reaktywacją jednej z najpoczytniejszych serii w historii literackiego horroru młodzieżowego. Najwyraźniej nie wzięli jednak pod uwagę starszych czytelników, którzy wciąż pamiętają jak wspaniale było przechadzać się po Ulicy Strachu, gdy ledwo odrastało się od ziemi. Nic więc dziwnego, że część z nich zdecydowała się zwiedzić także zupełnie nową Ulicę Strachu. Może nawet jest ich – nas – więcej niż młodszych odbiorców... na początek „Zabójczych gier”. Tak jak pierwsza edycja „Ulicy Strachu”, powieści spod tego odkurzonego szyldu, nie są ze sobą ściśle powiązane. Różne historie, różni bohaterowie, ale jedno miasteczko. Stare, (nie)dobre Shadyside w stanie Ohio. Spodziewam się co prawda jakichś luźniejszych połączeń, bo takowe z łatwością można wyłapać przynajmniej w niektórych tomach z pierwszej, ogromnej serii „Fear Street”, ale żaden porządek chronologiczny na pewno nie obowiązuje, nie jest wskazany. Jeśli kogoś więc zmartwiło, zdziwiło, że Media Rodzina wpuściła na polski rynek (przynajmniej na razie) pierwszą, trzecią i szóstą powieść z nowej „Ulicy Strachu”, w kolejności ich pierwszych, amerykańskich, wydań, to... wystarczy choćby zapoznać się ze skrótowymi opisami fabuł tych książek, żeby rozwiały się obawy o zgubienie się w tym świecie przedstawionym. W sennym miasteczku Shadyside w Ohio. Stine wyszedł z założenia, że współczesna młodzież nie zadowoli się formułą, jaką cieszyły się poprzednie pokolenia. Uznał, pewnie słusznie, że bezpieczniej będzie nieco bardziej się rozpisać. Nie tak prosto, jak kiedyś. O nie! Prostota fabularna to już przeżytek. Passé. Tylko że... Zabójcze gry”, pierwotnie wydane pod tytułem „Party Games” w 2014 roku, istotnie są dłuższe od swoich antenatów i można powiedzieć, że bardziej skomplikowane, ale zaryzykuję twierdzenie, że nawet odbiorcy współczesnych młodzieżówek przywykli do zdecydowanie bardziej zawiłych, złożonych historii. Tak literackich, jak i filmowych. Wiem, bo sama od nich nie stronię. Ja byłam jednak w o tyle komfortowej sytuacji, że za towarzysza miałam Sentyment. Na Ulicy Strachu XXI-wieku. Akcja, wbrew moim (i nie tylko moim) nadziejom, toczy się w czasach nam współczesnych. Liczyłam na retro klimacik, powrót na Fear Street z dawnych lat. Z okresu swojej świetności. Ale... To prawda, że Rachel Martin żyje w erze smartfonów, ale jeśli się przyjrzeć, jeśli się wczuć, to można złapać tego Starego Ducha opowieści z dreszczykiem. Jakaś subtelna woń tego uroczego drania, niewątpliwie do mnie docierała podczas zapoznawania się z umowną relacją (narratorka) tej siedemnastoletniej dziewczyny, która wpadła w szpony niebezpiecznej miłości. Tak uważa jej najlepsza przyjaciółka, Amy O'Brien. Bo to obciach chodzić z takim maniakiem gier komputerowych, geekiem, jak Brendan Fear? Nie, to akurat mało ważne. Amy nie chce, żeby jej przyjaciółka wiązała się z tym chłopakiem głównie dlatego, że jest jedną z tych, którzy wierzą, że w strasznych historiach o rodzinie Fearów tkwi przynajmniej ziarno prawdy. Rachel nie słucha. Rachel jest zakochana i nie wierzy w jakieś tam bzdurne urban legends. Rachel skorzysta z zaproszenia swojej sympatii do letniej rezydencji Fearów usytuowanej na niewielkiej wyspie. I chcąc nie chcąc (zdecydowanie nie chcąc) zagra w tytułowe gry.

Magiczna tandeta, tak bym to podsumowała. Naiwna, okrutnie przewidywalna opowieść podana z perspektywy dziewczyny, którą trudno uznać za orła dedukcji. Nie powiem „bezdennie głupie dziewczę”, ale też nie będę się spierać z tymi, którzy tak ją podsumują. R.L. Stine chyba spodziewał się, że Rachel Martin przez jakąś część czytelników będzie tak odbierana. Dał temu wyraz w przedmowie, tłumacząc to „dziwne zjawisko” w gruncie rzeczy stwierdzeniem faktu. „Czasem uczucia odbierają nam rozum”. Rachel nie łączy kropek, bo się zadurzyła. Nie trafiają do niej żadne argumenty... Niby jakie? Że na rodzinie Fearów ciąży klątwa? Że cała ich historia jest skąpana we krwi niewinnych? Że jakieś czary? Że mordercy? W sumie trudno się dziwić siedemnastoletniej bohaterce tej slasherowej opowieści UWAGA SPOILER - która potem przejdzie w home invasion, czyli jak ja to nazywam, młodszego i przeważnie łagodniejszego kuzyna nurtu slash - KONIEC SPOILERA że nie daje wiary tym wszystkim mrocznym opowieściom o Fearach, krążącym w jej rodzinnym miasteczku Shadyside. [Na marginesie, taka tam dygresja: Stine w jednym z wywiadów zwierzył się, że zawsze zastanawiało go dlaczego ludzie mieszkający na Fear Street nie przeprowadzą się na Happy Street. Haha.] Ale mogłaby przynajmniej wysłuchać do końca przemówienia jej wyraźnie spanikowanego byłego chłopaka, Maca Garlanda. Wyraźnie dowiedział się on czegoś ważnego o zbliżającej się imprezie Brendana Feara, ale Rachel nie daje mu skończyć. Tak jakby wolałaby nie wiedzieć? Nie, po prostu ma już dość słuchania, jacy to Fearowie są niebezpieczni. Jaki to ogromny błąd popełnia, trwając przy swoim postanowieniu skorzystania z zaproszenia przekazanego jej przez TEGO Brendana Feara. A makabryczne znalezisko, jakiego dokonuje (trudno żeby tego nie odgrzebała...) niedługo przed popłynięciem na nieszczęsną wyspę? Nie ma co sobie nad tym głowy łamać, wiadomo wszak, czyja to sprawka. Taka mądra ta nasza Rachel. Papierowa sylwetka – ogólnikowy, niepogłębiony portret psychologiczny i oczywiście jakaś tam skrótowa opowieść o jej rodzinie, ich aktualnej i poprzedniej sytuacji finansowej, wzajemnych relacjach, ze wskazaniem na więź siostrzaną - w otoczeniu zgrai „postaci bez twarzy”. Bez charakteru. No nie, coś tam Stine na ich temat rzeknie. Jakieś tam szczątkowe informacje ujawni. A fan horrorowych rąbanek zapewne zakrzyknie: witam ponownie! Bo Stine korzysta z, komu jak komu, ale sympatykom tego rodzaju opowieści, dobrze znanych modeli osobowości. Bohaterów, wśród których może kryć się morderca. Stine zaprasza nas oto na krwawą imprezę na cichej, nie licząc młodych Fearów, służby i gości Brendana, wyludnionej, Fear Island. Autor trzyma się sprawdzonym konwencji, „pożycza” motywy bodaj chętniej wykorzystywane w kinie niż w literaturze grozy. Gra: i wszystko jasne. Nie? Nic nie świta? Spokojnie, Stine nakieruje. Podrzuci trochę wskazówek (co za subtelność), bo to ma być uczciwa gra, fair play. Szanse muszą być wyrównane. W tej szachowej rozgrywce – choć bardziej trafne byłoby chyba porównanie do warcabów – pomiędzy autorem i odbiorcą jego przeuroczej prozy. Kiczowate, że aż nie boli. Te mordercze interpretacje znanych gier. Na przykład Twister, którego wyróżniam nie bez powodu, jest drugie dno: z całego tego przedstawiania ten obrazek na pewno najdłużej będzie tkwił w mojej pamięci. Kreatywne i zaskakująco upiorne. Jednakże tak sobie myślę, czy aby złotego medalu za najlepszy pomysł nie przyznać taksydermii. Straszno i pal licho czy coś takiego jest w ogóle możliwe. Pewnie dlatego pierwszy raz się na coś takiego nadziałam. Nie czytałam, nie widziałam. Dostałam więc efekt nowości i to na dodatek w niezłej oprawie. Aura niesamowitości. Upiór, zmora, duch w ogromnym domostwie odciętym od cywilizacji. Nie zadzwonisz, nie połączysz się z internetem, nie popłyniesz. Chyba że jesteś wyjątkowo dobrym pływakiem i tak zwanym morsem. Mamy jesień, wody dookoła według mnie jednego z najlepszych miejsc, jakie można sobie wybrać dla opowieści z dreszczykiem (wyspa), są więc przerażająco zimne. Lodowate. Pułapka bez wyjścia. Alienacja, może nawet lekko klaustrofobiczny zawrót głowy. Mnie dopadł. Ale nad krzesaniem większego napięcia, w ogóle nad żonglerką emocjami, to R.L. Stine, moim skromnym, nic nieznaczącym, zdaniem, powinien trochę popracować. Nużące, szczególnie w drugim „akcie” książki, to jego nieśpieszne budowanie atmosfery deptającego po piętach zagrożenia. Swego rodzaju zabawa w podchody.

Całkiem milusia to była przygoda, ale chyba głównie dlatego, że przemawiał przeze mnie sentyment. Ja z tych, co to w dzieciństwie z prawdziwymi wypiekami na twarzy zaczytywali się w młodzieżowych horrorkach R.L. Stine'a. Co to raz po raz wracali na Ulicę Strachu, a i najprawdziwszą Gęsią Skórką nie pogardzali. Wiadomo, że to już nie to samo. Przynajmniej nie, jeśli chodzi o „Zabójcze gry”, ale podejrzewam, że tak samo będzie z kolejnymi odsłonami nowej „Ulicy Strachu”, a i pewnie gdyby odświeżyć te starsze, byłoby podobnie. To już tak nie działa. Upływ czasu zrobił swoje. Starość, nie radość:) Wspomnienia z tamtego magicznego okresu, mimo wszystko, podczas lektury „Zabójczych gier” we mnie odżyły. Cofnęłam się pamięcią do tamtych długich nocy spędzanych ze Stine'em na jego strasznej ulicy. W jakimś stopniu przywołał ten piękny czas, kiedy groza była Grozą. Przypomniał ten kicz, który kiedyś tak bawił. I już choćby przez sam ten fakt zabawił znowu. Samym gwałtownym napływem cudownych wspomnień. Inne dobra w „Zabójczych grach” też znalazłam, ale bądźmy szczerzy, gdyby nie moje młodzieńcze przygody na Fear Street, to prawdopodobnie z mozołem brnęłam do mety. Albo tylko półmetka.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

  Więcej nowości literackich