Stronki na blogu

wtorek, 16 maja 2023

Top 10. Nowa fala horroru

 
Subiektywny ranking horrorów z tak zwanej nowej fali, pod którą zwykle podciąga się filmy spod znaku arthouse horror i utrzymane w formule slow burn – często idące w parze, ale zdarzają się wyjątki. Pozwoliłam sobie uwzględnić także te produkcje, których przynależność do nowej fali może być kwestią co najmniej dyskusyjną; obrazy teoretycznie stojące w swego rodzaju rozkroku, balansujące na granicy nowej i popcornowej fali. Wybierając filmy do niniejszego zestawienia kierowałam się własnymi odczuciami. Jak to mówią: poszłam za głosem serca, a jak „powszechnie wiadomo”, ile ludzkich serc, tyle opinii:) W każdym razie wybranie tylko dziesięciu pozycji nie było łatwe. Kusiło żeby zamieszczać ex aequo i dodać jeszcze z pięć tytułów, ale tak jakoś się uparłam, żeby sobie utrudnić. Najbardziej ubolewam, że nie zmieściły się takie obrazy jak „Koko-di Koko-da” Johannesa Nyholma, „Domek w górach" Severina Fialy i Veroniki Franz, „Mięso” Julii Ducournau oraz „Musimy coś zrobić” Seana Kinga O'Grady'ego, więc uznajcie że to moje miejsca od jedenaście do czternaście.
 

10. „Dziedzictwo. Hereditary” (oryg. „Hereditary”)

Reżyseria: Ari Aster
Scenariusz: Ari Aster
Światowa premiera: 2018
Recenzja tutaj

Plakat filmu. „Hereditary" 2018, A24, PalmStar Media, Finch Entertainment, Windy Hill Pictures

Pełnometrażowy debiut reżyserski Ariego Astera, spod markowego szyldu A24, potencjalnie nadnaturalny horror psychologiczny, mrożąca krew w żyłach saga rodzinna, utrzymana w atmosferze tajemniczości opowieść o głębokiej traumie i nieutulonym żalu. Najbardziej dochodowy „podopieczny” firmy A24 do fenomenu Dana Kwana i Daniela Scheinerta, obsypanego Oscarami obrazu „Wszystko wszędzie naraz” z 2022 roku. Z filmowych wpływów na „Dziedzictwo. Hereditary” jego główny twórca i pomysłodawca wymienił choćby „Kucharza, złodzieja, jego żonę i jej kochanka” Petera Greenawaya oraz „Carrie” Briana De Palmy, pierwszą ekranizację/adaptację debiutanckiej powieści Stephena Kinga. Aster opisywał swojego długometrażowego pierworodnego jako film zakorzeniony w dynamice rodziny, dwie połówki nierozerwalnie ze sobą związane. W scenariuszu dopatrywano się ewentualnej inspiracji autentyczną historią, makabrycznym zdarzeniem z 2004 roku w mieście Marietta w stanie Georgia z niejakim Johnem Kemperem Hutchersonem w roli głównej, ale Ari Aster, sprawca tego wspaniałego zamieszania, nie odniósł się do rzeczonych podejrzeń.
 

9. „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” (oryg. „The VVitch: A New England Folktale”)

Reżyseria: Robert Eggers
Scenariusz: Robert Eggers
Światowa premiera: 2015
Recenzja tutaj

Plakat filmu. „The VVitch: A New England Folktale" 2015, Parts and Labor, RT Features, Rooks Nest Entertainment

Głośne wejście Roberta Eggersa - późniejszego twórcy nominowanego do Oscara za zdjęcia czarno-białego obrazu pt. „Lighthouse” - do bezkresnego królestwa filmu pełnometrażowego. Osadzony w latach 30. XVII wieku kasowy folk horror, zrodzony z dziecięcej fascynacji Eggersa czarownicami. Kluczowe słowo w oryginalnym tytule („The VVitch”) swój fantazyjny zapis zawdzięcza broszurze o czarach z czasów jakobińskich, która szczęśliwie wpadła na ogromny stos materiałów historycznych, z najwyższym zainteresowaniem przeglądanych (tj. czytanych) przez człowieka, w głowie którego koniec końców wykluła się prawdopodobnie najsłynniejsza współczesna filmowa opowieść o faktycznej czy nietrafnie domniemanej wiedźmie, do czego w jakimś stopniu na pewno przyczyniło się mocne postanowienie Eggersa, by zachować możliwie największą wierność historyczną. W czym, poza wspomnianymi tekstami z epoki, ale i nowszymi publikacjami opisującymi tamte niespokojne czasy (jakby któreś były spokojne...), diabelskie wieki ciemne, niezmiernie pomocne okazały się konsultacje z pracownikami wybranych muzeów brytyjskich i amerykańskich oraz innymi ekspertami ds. choćby XVII-wiecznego rolnictwa. Na plan sprowadzono nawet strzechę i stolarza z doświadczeniem w stylizowaniu współczesnych budowli na podobieństwo dawno, dawno temu.
 

8. „Chłopcy z drzew” (oryg. „Boys in the Trees”)

Reżyseria: Nicholas Verso
Scenariusz: Nicholas Verso
Światowa premiera: 2016
Recenzja tutaj

Plakat filmu. „Boys in the Trees" 2016, Mushroom Pictures, Best FX Adelaide, White Hot Productions
Australijska podróż po świecie czarodziejskiej wyobraźni. Surrealistyczna, niepokojąca przygoda dwóch chłopców w Halloween 1997. Dawnych kolegów, których ścieżki z jakiegoś powodu się rozeszły. Chłopców odnawiających znajomość w alarmistycznych okolicznościach, w niecodziennym stylu. Dark fantasy, dramat psychologiczny, ale i (nie)tradycyjna opowieść z dreszczykiem: pełnokrwisty horror jądrem magicznej planety. Obraz, który niestety nie zrobił oszałamiającej kariery, mimo gorących rekomendacji krytyków – większość z tej garstki, która rzecz nie tylko obejrzała, ale i zrecenzowała stanowczo opowiedziała się za niniejszym osiągnięciem Nicholasa Verso. Porównywanym między innymi do „Stań przy mnie” Roba Reinera, produkcji opartej na minipowieści Stephena Kinga pt. „Ciało”, zamieszczonej w zbiorku „Cztery pory roku”. Kojarzony też z twórczością Stanleya Kubricka i Joe Dantego, a przez odtwórcę roli głównej, Toby'ego Wallace'a nazwany spotkaniem „Straconych chłopców” Joela Schumachera z „Donniem Darko” Richarda Kelly'ego.

 

7. „Ostatniej nocy w Soho” (oryg. „Last Night in Soho”)

Reżyseria: Edgar Wright
Scenariusz: Edgar Wright, Krysty Wilson-Cairns
Światowa premiera: 2021
Recenzja tutaj

Plakat filmu. Last Night in Soho" 2021, Film4, Perfect World Pictures, Focus Features International
Artystyczny brytyjski horror psychologiczny, nadprzyrodzonym potencjalnie wspomagany, przez jego głównego twórcę Edgara Wrighta zapowiadany jako „mroczna walentynka do Londynu i okolic Soho”. Wyraz niesłabnącej miłości filmowca, można powiedzieć, wyniesionej z domu – słodki owoc fascynujących opowieści rodziców. Niegroźnej obsesji na punkcie Londynu lat 60. XX wieku, którą podzielił się z główną bohaterką „Ostatniej nocy w Soho”. Wysublimowanego, oszałamiającego widowiska, w którym, bynajmniej nieprzypadkowo, odzywają się echa „Wstrętu” Romana Polańskiego oraz „Czarnego narcyza” Michaela Powella i Emerica Pressburgera. Wright wyraził też silne przypuszczenie, że podczas prac nad tą pozycją, że tak to ujmę, utrzymywał jakiś kontakt z twórczością Dario Argento. Podświadomie mógł „podkraść” co nieco z jednego czy dwóch obrazów z nurtu giallo tego bodaj niekwestionowanego mistrza włoskiego kina grozy. Scenariusz najpierw nosił tytuł „Red Light Area”, potem „The Night Has a Thousand Eyes”, aż w końcu zdecydowano się na „Last Night in Soho”, pochodzące ze szlagiera z drugiej połowy lat 60. XX wieku, utworu z repertuaru brytyjskiej formacji pop-rockowej Dave Dee, Dozy, Beaky, Mick & Tich i cennej rozmowy Edgara Wrighta z Quentinem Tarantino.

 

6. „Kolor z przestworzy” (oryg. „Color Out of Space”)

Reżyseria: Richard Stanley
Scenariusz: Richard Stanley, Scarlett Amaris
Światowa premiera: 2019
Recenzja tutaj

Plakat filmu. „Color Out of Space" 2019, SpectreVision, ACE Pictures Entertainment, XYZ Films
Filmowa adaptacja opowiadania nieśmiertelnego Howarda Phillipsa Lovecrafta. Bardzo swobodne – niektórzy mogą uznać, że nazbyt swobodne – urocze spotkanko współczesnych filmowców z niewspółczesnym, ale w pewnym sensie wiecznie żywym Literatem z Providence, mistrzem weird fiction, ojcem mitologii Cthulhu. Richard Stanley w opowieści papy Howarda wsłuchiwał się już we wczesnej młodości; czytanki jego mamy, miłośniczki przerażających opowieści Lovecrafta. Po latach role się odwróciły – kiedy jego ukochana rodzicielka poważnie zachorowała, Stanley dodawał jej otuchy między innymi lekturami jej ulubionych dzieł. „Kolor z przestworzy” H.P. Lovecrafta odkrył w wieku dwunastu lub trzynastu lat, którego z czasem zaczął traktować jako część swojego charakteru. I w końcu postanowił coś z tym zrobić. Wykorzystać ową cudną część swojej osobowości do stworzenia... czegoś dziwnego, szalonego, gorączkowego, nerwowego. Do pięknie zaróżowionego body horroru. Chore wizje w rytmie schizofreniczno-kosmicznym. Od człowieka nieukrywającego, że chciałby zrobić coś na kształt tryptyku z rogu obfitości Samotnika z Providence, czyli nakręcić jeszcze dwie adaptacje, czy jak kto woli wariacje na temat jego niestarzejących się utworów. A na drugi ogień planuje wziąć „Zgrozę w Dunwich”.

 

5. „Huesera” (aka „Huesera: The Bone Woman”)

Reżyseria: Michelle Garza Cervera
Scenariusz: Michelle Garza Cervera, Abia Castillo
Światowa premiera: 2022
Recenzja tutaj

Plakat filmu. „Huesera" 2022, Maligno Gorehouse, Machete Producciones, Disruptiva Films
Meksykański horror macierzyński, będący pierwszym reżyserskim dokonaniem Michelle Garzy Cervery w pełnym metrażu. Historia pod natchnieniem meksykańskiej legendy o kościanej kobiecie spisana. I sagi rodziny czołowej twórczyni tego kameralna dziełka, które napędziło mi niebagatelnego stracha. Z filmowych wpływów to na pewno Trylogia Apartamentowa Romana Polańskiego, w skład której wchodzą „Wstręt” (1965), „Dziecko Rosemary” (1968) i cieszący się specjalnymi względami reżyserki i zarazem współscenarzystki tego nadnaturalnego horroru psychologicznego body horrorem okraszonym, „Lokator” (1976). Doceniony przez amerykańską krytykę obraz ponadto wyróżniony na Tribeca Film Festival, gdzie miał swój premierowy pokaz: laureat Nora Ephron Award i zwycięzca (właściwie to zwyciężczyni Michelle Garza Cervera) w konkursie Best New Narrative Director. Slow burn horror o domniemanej mrocznej prześladowczyni. Potworzycy kościanej, przypuszczalnie mającej chrapkę na wyczekiwane dzieciątko pierwszoplanowej pary.

 

4. „Babadook” (oryg. „The Babadook”)

Reżyseria: Jennifer Kent
Scenariusz: Jennifer Kent
Światowa premiera: 2014
Recenzja tutaj

Plakat filmu. „The Babadook" 2014, Screen Australia, Causeway Films, The South Australian Corporation
Kinowy przebój piekielnie zdolnej kobiety, która cztery lata później spłodziła kolejne godne pozazdroszczenia - zobaczenia! - „dziecko”; głęboko poruszający, nawet wstrząsający thriller pt. „The Nightingale”. Korzenie „Babadooka” sięgają jej około dziesięciominutowego obrazu z 2005 roku o nazwie „Monster”, przez Jennifer Kent później zwanym „baby Babadook”. Australijski horror psychologiczny z niepokojącą postacią niby żywcem wyjętą z kina ekspresjonistycznego, którym Kent rozpoczęła swoją przygodę z długim metrażem, korzystając z doświadczeń, umiejętności nabytych/podpatrzonych na planie „Dogville” Larsa von Triera, który przychylił się do jej prośby o możliwość asystowania przy tym projekcie - przyuczenia do zawodu reżysera. Swoje zrobiły też dokonania innych, tacy czarodzieje jak „Nosferatu - symfonia grozy” Friedricha Wilhelma Murnaua, „Wampir” Carla Theodora Dreyera, „Oczy bez twarzy” Georgesa Franju, „Karnawał dusz” Herka Harveya, „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera, „Lśnienie” Stanleya Kubricka, „Coś” Johna Carpentera i „Pozwól mi wejść” Tomasa Alfredsona. Pomysłodawczyni i czołowa twórczyni tej relatywnie niedrogiej produkcji opisywała ją jako opowieść o stawianiu czoła ciemności w nas samych, o strachu przed szaleństwem i próbie zbadania rodzicielstwa z perspektywy kobiet samotnie walczących. Tych kobiet, o którym zwykle się nie mówi, pomijanych postaci tragicznych, jednostek „wkładanych do akt tabu”, bądź co bądź, ryzykownie omijanych wzrokiem. Bolesne prawdy o twardej rzeczywistości pod niepospolitą kołderką w horrorowym mocarstwie utkaną.

 

3. „Gwiazdy w oczach” (oryg. „Starry Eyes”)

Reżyseria: Kevin Kölsch, Dennis Widmyer
Scenariusz: Kevin Kölsch, Dennis Widmyer
Światowa premiera: 2014
Recenzja tutaj

Plakat filmu. „Starry Eyes" 2014, Dark Sky Films, Snowfort Pictures, Parallactic Pictures
Śmiała opowieść późniejszych twórców drugiej filmowej wersji „Smętarza dla zwierzaków” aka „Cmętarza zwieżąt” Stephena Kinga, która swój początek znajduje lata wcześniej, podczas zorganizowanego przez Kevina Kölscha i Dennisa Widmyera przesłuchania do filmu, który nigdy nie powstał. Poruszył ich widok aspirujących aktorek i aktorów, ludzi dających z siebie wszystko, całkowicie się odsłaniających, obnażających swoje dusze, przez te parę minut, które przewidziano dla każdego z nich, a potem jak gdyby nigdy nic idących w swoją stronę, najpewniej (przynajmniej w większości przypadków) bez biletu powrotnego. Robią swoje, a potem jakby nieodwracalnie rozpływają się w powietrzu. Znikają w tumie. Kölsch i Widmyer nie mogli pozbyć się tego przykrego wspomnienia, wyrzucić z głów smutnych wniosków do jakich doprowadził ich ten pamiętny casting. A jeśli nie możesz się od czegoś uwolnić, to spróbuj do cna to wykorzystać, przekuć klątwę w cenny dar, zamienić mrocznego prześladowcę w... mrocznego sojusznika. Tak narodził się scenariusz „Starry Eyes”, jednego z najgłośniejszych body horrorów pierwszych dwóch-trzech dekad XXI wieku, przez jakąś część fanów (pod)gatunku stawianego w jednym rzędzie z taktownie:) paskudnym dorobkiem mistrza Davida Cronenberga. Szokowanie nie dla samego szokowania. Niepłytka opowieść o desperackim gonieniu za marzeniami, o straszliwej cenie sukcesu. O nadzwyczaj żarłocznych ambicjach, o całkowitym rozpadzie ciała i duszy. Pysznie wstrętna, zdrowo chora, efektownie brzydka, wykwintnie zepsuta, artystycznie zarobaczywiona historia z morałem.

 

2. „Coś za mną chodzi” (oryg. „It Follows”)

Reżyseria: David Robert Mitchell
Scenariusz: David Robert Mitchell
Światowa premiera: 2014
Recenzja tutaj

Plakat filmu. „It Follows" 2014, Northern Lights Films, Animal Kingdom, Two Flints
A gdyby tak coś za tobą chodziło? Za Davidem Robertem Mitchellem w pewnym sensie chodziło. W młodości zmagał się z takim niepokojących wrażeniem. Irracjonalnym lękiem, uporczywie nękającym go na jawie i w krainie marzeń sennych, według niego mogącym mieć jakiś związek z rozwodem jego rodziców. Pracę nad scenariuszem „Coś za mną chodzi”, genialnego w swojego prostocie horroru nadprzyrodzonego zainspirowanego jego nieprzyjemnymi przeżyciami z dzieciństwa - rozliczenie z dziecięcymi lękami? - rozpoczął w 2011 roku, kiedy pełnometrażowy debiut reżyserski miał już „odgwizdany” (komediodramat „Legendarne amerykańskie pidżama party” 2010) i bardzo możliwe, że obracał już w głowie składniki późniejszych osobliwych „Tajemnic Silver Lake”. Interesujący motyw klątwy przenoszonej drogą płciową został dodany później, kiedy uznał, że warto poszukać jakiegoś, w domyśle niegłupiego, pomysłu na transmisję hiper egzotycznego „wirusa”. Głębiej przemyśleć tę jakże ważką sprawę. Ironia? A gdzie tam! „Coś za mną chodzi” osobiście uważam za jedną z najpoważniejszych spraw w XXI wiecznej kinetografii grozy. Zdecydowanie rozbił Mitchell bank tym elektryzująco kameralnym, niesamowicie intensywnym, duszącym, miażdżącym napięciem, zrealizowanym niewielkim kosztem (przynajmniej jeśli chodzi o kwestie stricte materialne, bo umysłowy wysiłek przy przelewaniu tej historii na papier do najmniejszych z pewnością nie należał) nieodkrytym cudzie świata:) Wznosząc go David Robert Mitchell poniekąd opierał się na mocarnych ramionach George'a Romero i Johna Carpentera, wędrował wzrokiem do ich zacnych filmografii. Kierunek dla kompozycji tego obrazu (ogólna estetyka filmu) wyznaczył artystyczny dorobek fotografa Gregory'ego Crewdsona, to znaczy w sferze wizualnej celowano w ducha podpatrzonego w jego zdjęciach.

 

1. „Midsommar. W biały dzień” (oryg. „Midsommar”)

Reżyseria: Ari Aster
Scenariusz: Ari Aster
Światowa premiera: 2019
Recenzja tutaj

Plakat filmu. „Midsommar" 2019, A24, Nordisk Film, B-Reel Films
Amerykańsko-szwedzka wystawna uczta dla zmysłów z prestiżową pieczątką A24. Odpowiedź Ariego Astera na prośbę stworzenia slashera rozgrywającego się w Szwecji. To ostatnie się zgadza, ale zamiast typowej siekaniny ta specyficznie artystyczna dusza wysmażyła „Czarnoksiężnika z Krainy Oz dla zboczeńców”, jak to nazwał sam Aster. Jedyny w swoim rodzaju folk horror zainspirowany „Nowoczesnym romansem” Alberta Brooksa. Poza tym Aster uważnie przestudiował nie tylko szwedzki, ale też niemiecki i angielski folklor w zakresie obchodów przesilenia letniego, zawczasu zwiedził Hälsingland, historyczną prowincję w środkowej części Szwecji, do której miał zamiar ściągnąć bohaterów swojego drugiego horroru i gdzie dokładnie obejrzał malowidła na ścianach wielowiekowych budowli. Mówił, że to film o rozstaniu ubrany w stroje horroru ludowego, co jest prawdą, ale wydaje się nader, wręcz obraźliwie, skromną recenzją tej perły współczesnej kinematografii. Z drugiej strony, czy w ogóle da się w zwykłych ludzkich słowach oddać to tak niezwykłe, że aż nieludzkie widowisko? Znajomego nieznajomego. Szatańsko charyzmatycznego kaznodzieję, wytrawnego hipnotyzera, dystyngowanego jegomościa w tradycyjnym wdzianku i z nieodłącznym drapieżnym uśmieszkiem na twarzy. Z zabójczym błyskiem w oku. Niezapomniany koszmar w biały dzień. Mocny drink bynajmniej na poprawę nastroju. Brutalny, zimny, ale nie bezduszny. Moim zdaniem horror z najwyższej półki.

sobota, 13 maja 2023

„Dzień matki” (1980)

 
Przyjaciółki ze studiów, Jackie, Trina i Abbey, organizują spotkanie po latach, weekendowy wypad nad jezioro w lasach New Jersey, na obszarze nazwanym Deep Barrens. Jackie mieszka w Nowym Jorku, gdzie pracuje na etacie i praktycznie utrzymuje swojego aktualnego chłopaka, Trina jest odnoszącą sukcesy modelką z imponującą posiadłością w Los Angeles, a Abbey opiekuje się schorowaną matką w Chicago. Teraz wreszcie mają okazję do wspólnego powspominania szalonych przygód z czasów młodości i przeżycia nowej, z dala od ich naturalnego, wielkomiejskiego, środowiska. Relaks na łonie Natury zostaje jednak brutalnie przerwany przez obłąkaną rodzinkę z Deep Barrens: dorosłych, ale bynajmniej dojrzałych braci Ike'a i Addleya oraz ich troskliwą inaczej matkę, radośnie zarządzającą tym koszmarem.

Plakat filmu. „Mother's Day” 1980, Troma Entertainment, Saga Films, Duty Productions

Obraz wyklęty. Zakazany między innymi w Wielkiej Brytanii (do użytku domowego dopuszczony dopiero w 2015 roku), Australii i Republice Federalnej Niemiec. Jeden z najbardziej znienawidzonych filmów Rogera Eberta, nieżyjącego już amerykańskiego krytyka filmowego, pierwszego zdobywcy Nagrody Pulitzera w tej dziedzinie, dziennikarza, scenarzysty i autora książek. Właściwie obraz znienawidzony przez większość ówczesnych i wielu współczesnych znawców kina. Za przedstawienie przemocy wobec kobiet (ekstremalnie niesmaczna, chora opowieść), za cynizm, „kreskówkowe aktorstwo”, nieporadne próby generowania napięcia, niezręczne ustawienia kamer i w ogóle za wszystko. W jednej z amerykańskich gazet pojawiła się nawet pochwała dla cenzury, coś w rodzaju niby ostrożnej laurki dla pomysłu czy to okrojenia, czy w ogóle wyeliminowania tej inwazyjnej produkcji. „Dzień matki” (oryg. „Mother's Day”) Charlesa Kaufmana - brata współzałożyciela kultowej wytwórni Troma Entertainment, Lloyda Kaufmana, jednego z producentów tej małej paskudy – został zrealizowany za zaledwie sto piętnaście tysięcy dolarów (albo sto pięćdziesiąt, bo i takie dane są w obiegu), między innymi w miejscu, które zostało bezbłędnie rozpoznane przez miłośników „Piątku trzynastego” Seana S. Cunninghama i „Piątku trzynastego II” Steve'a Minera. Scenariusz jest dziełem Charlesa Kaufmana i Warrena Leighta. W 2010 roku wypuszczono luźny remake tej (nie)sławnej pozycji pod tym samym oryginalnym tytułem (pol. „Powrót zła”), wyreżyserowany przez Darrena Lynna Bousmana, twórcę między innymi drugiej, trzeciej i czwartej odsłony hitowej „Piły” (filmowa seria zapoczątkowana w 2004 roku przez Jamesa Wana) oraz późniejszych „11-11-11. Liczby przeznaczenia” (2011), „The Barrens” (2012) i „Zakonu Świętej Agaty” (2018).

Rape and revenge w oparach satyry społecznej. Siarczysty policzek dla amerykańskiej kinematografii, ohydztwo nie do przyjęcia, odrażający produkt, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego. Hańba, hańba, hańba! Psy szczekają, a karawana jedzie dalej. Nieważne, jak mówią, byle mówili. W zasadzie w kinie grozy ostrzegawcze krzyki obrońców moralności czy mniej wzniosłe wyrazy oburzenia bezczelnym przekraczaniem granic dobrego smaku, często przynoszą skutek odwrotny do zamierzonego. Antykampania rozkręcona przez krytyków filmowych zaraz po wypuszczeniu „Dniu matki” Charlesa Kaufmana, przez jakiś czas może i przynosiła spodziewane efekty - zadowalających wpływów z tego obrazu nie było: prędzej porażka niż sukces finansowy, ale jak się do tego miały w większości skrajnie niepochlebne recenzje zaufanych piór, pewności nie mam – w końcu jednak „muchy zaczęły oblegać padlinę”. „Dzień matki” Charlesa Kaufmana nieoczekiwanie wyrwał się ze okowów całkowitego zapomnienia, przystroił w piórka kultu. I śmiem przypuszczać, że spora w tym zasługa rozgniewanych koneserów sztuki filmowej. W sumie szkoda, że nie przypuścili większego ataku, bo mam czelność ubolewać nad, bądź co bądź, niedostateczną rozpoznawalnością tej produkcji spod ciemnej gwiazdy. Właściwie, gdybym zaufała tym wszystkich wstrząśniętym, zaszokowanych, zniesmaczonym ekspertom filmowym, to pewnikiem czułabym się mocno oszukana. Też mile zaskoczona, bo ze „szczytnej” akcji pt. „Nie zbliżajcie się do Dnia Matki Charlesa Kaufmana!!!” wyniosłam też wyraźną sugestię, że to czysta mizoginia jest. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet przemycili swój wstrętny manifest pod przykrywką co najmniej równie wstrętnego (pod)gatunku. Yhm, jasne. Exploitation... trzymajcie mnie w pięciu, bo zabiję dziesięciu. Normalni ludzie czegoś takiego nawet kijem by nie tknęli. Tylko psychopaci, zboczeńcy, dewianci, czy jak tam nas teraz zwą. Nas, czyli odbiorców hardcorowych obrazów. Nie jestem tylko pewna, czy opowieść o niemodelowej amerykańskiej rodzince autorstwa Charlesa Kaufmana i Warrena Leighta (scenariusz) bezpiecznie można włożyć do tej szufladki. Czy aby nie zostanie tam rozerwana na strzępy przez inne bestie? Choćby szerzej znane pozycje spod znaku gwałtu i zemsty: taki „Ostatni dom po lewej” Wesa Cravena albo „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego. „Bękarty lat 70. XX wieku”, które też zostały zrimejkowane (nowe plucie na grób, w Polsce dystrybuowane pod tytułem „Bez litości” obecnie liczy sobie trzy części, z których jedna jest bardzo luźno, jeśli w ogóle powiązana z resztą, a stare plucie na grób dwie, przy czym sequel ukazał się dopiero w 2019 roku, czyli przeszło czterdzieści lat po premierze pierwowzoru), zresztą z większym powodzeniem i które najwyraźniej nie uzbroiły amerykańskich krytyków - w każdym razie nie wszystkich - porywających się na „Dzień matki” Charlesa Kaufmana. Może nie widzieli? Albo to, albo okazali się bardziej czuli na ten ochłap, a właściwie to bardziej pierd sztuki. Mmm... cóż za rozkoszny zapaszek. Słychać wycie? Znakomicie! Nazywajcie mnie mizoginem, nazywajcie cynikiem, ale prawdy nie zakrzyczycie. A prawda jest taka, że Stany Zjednoczone Ameryki Północnej (i nie tylko one) ugrzęzły w bagnie konsumpcjonizmu. Żyjcie sobie dalej w swoich mydlanych bańkach, gońcie za mitycznym American Dream, oglądajcie telewizje, słuchajcie disco lub punku i zamykajcie oczy na wszelkie patologie. Zamiatajcie brudy pod dywan, a ja i tak je wyciągnę. Trupy z szaf, komód i innych schowków też powywlekam, nie mogę jednak obiecać, że będą w jednym kawałku.

Okładka DVD. „Mother's Day” 1980, Troma Entertainment, Saga Films, Duty Productions

Dzień matki” Charlesa Kaufmana otwiera parodia Erhard Seminars Training, autentycznej organizacji założonej przez Wernera Erharda w 1971 roku, oferującej „jedyny w swoim rodzaju, niezastąpiony” sześciotygodniowy kurs w zakresie samodoskonalenia. W jedną z epizodycznych postaci wcielił się sam Charles Kaufman (a w inną, która przewinie się nieco później, jego ojciec Stanley Kaufman), ale nas powinna najbardziej interesować sympatyczna staruszka proponująca nowym znajomym darmową podwózkę. W zasadzie jest chyba gotowa ugościć tych młodych ludzi w swoich skromnym progach – nakarmić, może nawet przenocować – gdzieś w leśnej głuszy. Poczciwa kobiecina nie ukrywa, że w duchu śmieje się z tych wszystkich mieszczuchów, którym wydaje się, że zapuszczanie korzeni na takim bezludziu nierozerwalnie wiąże się z całkowitym odcięciem od zdobyczy cywilizacyjnych. Rozszczebiotana pani za kierownicą przekonuje swoich wielce podejrzanych pasażerów, że bez trudu nadąża za zwykle patrzącymi na nią z góry miastowymi. Aroganckimi turystami, którzy teraz siedzą w jej rozklekotanym aucie. Czekając na dogodny moment do definitywnego uciszenia tej naiwnej staruchy? Bo chyba tak o niej myślą. Złe spojrzenia w połączeniu z alarmistyczną zabawką młodzieńca z tylnego siedzenia, dobitnie mówią nam, że kroi się jakaś grubsza sprawa. Że dobry uczynek starszej kobiety, już niebawem zostanie ukarany. Spadnie głowa i pokaże się poszarpane mięsko, polane raczej kiepską imitacją krwi. A potem poznamy kobiety walczące. Papużki nierozłączki w czasach studenckich, których drogi potem się rozeszły. Nie pokłóciły się ani nic w tym rodzaju, tylko tak się niefortunnie dla tej przyjaźni poskładało, że osiadły w różnych metropoliach. A co studia złączyły, niechaj los permanentnie nie rozłącza. Jackie, Trina i Abbey (zadowalające kreacje odpowiednio Deborah Luce, Tiany Pierce i Nancy Hendrickson) z inicjatywy tej pierwszej po latach umawiają się na biwak. Wariatki znowu razem. Pozytywnie zakręcone, ale i potrafiące uprzykrzyć życie niewadzącym im rodakom. Scena w sklepie – klasyczny postój: podrzędny przybytek z nieeleganckim, jeśli już nie niechlujnym, bądź co bądź podejrzanym typem za ladą – doskonale to pokazuje, ale mnie ukuło coś jeszcze. Nawet bardziej niż niegrzeczne potraktowanie drobnego przedsiębiorcy. Przeróbka motywu z „Jasia i Małgosi” braci Grimm, remiks piwoszek, które najwyraźniej uważają, że o porządek wypada dbać tylko w swoich czterech ścianach (w przypadku Triny na posesjach), a wszędzie indziej można się zachowywać jak zwykłe fleje. Z drugiej strony, to może okazać się zbawienne dla przynajmniej jednej z nich. Której? Nie wiem, jak to się stało, ale beznadziejnie przestrzeliłam w typowaniu czołowej postaci. Naprawdę, byłam mocno zaskoczona rozwojem wydarzeń – tacy przebiegli filmowcy, czy taka niekontaktująca ja? - w „melinie” niewzorcowej amerykańskiej rodziny. Skażonej popkulturą. Nestorka rodu, jedna z najciekawszych, najbardziej wybuchowych staruszek, jakie w kinie grozy zdążyłam wypatrzyć (bezbłędny występ Beatrice Pons) - normalnie kobieta dynamit - jest zapaloną telewidzką, samotnie wychowującą dwóch pełnoletnich synów, Ike'a i Addleya (aktor jednej roli Gary Pollard i Michael McCleery, czyli oficer Akins z późniejszego „Prześladowcy” Johna Dahla), faktycznie dokazujących jak w kreskówce, ale mnie to przekonało. Nie do końca, bo ulubione zajęcie tej skrajnie patologicznej rodzinki, z bajką dla grzecznych dzieci przypuszczalnie nikomu kojarzyć się nie będzie. Odgrywanie scenek dla najdroższej mamusi. Uwielbia telewizję, ale to za mało. Pragnie obcować także z kulturą wysoką, chadzać do teatru, jak inne wytworne damy w tym niesprawiedliwie obdzielającym kraju. Panie z miasta mają wszystko wykładane na tacy, a ona, pani z pipidówy, może liczyć tylko na wątpliwy talent swoich chłopców. Porwania, tortury, gwałty, morderstwa, makabryczne czynności już post mortem... ale nieprzestrzegania czwartego przykazania Bożego zarzucić im nie można. Bezwzględnie czczą matkę swą (ojciec gdzieś się zapodział). To nie kwestia religii, tylko wartości panujących w ich obskurnym, potwornie brudnym domu. Nie żebym była pedantką, ale to już tęgie przegięcie. Artystycznym nieładem nawet najbardziej roztrzepane twórcze umysły zapewne tego nie nazwą. Niewykluczone, że część wystroju „zrobiła się sama”, że w tym nieprzytulnym domku w lesie zadziałali też niewyspecjalizowani, przypadkowi scenografowie, bo ekipa kręciła w pustostanie, w którym podobno ktoś został zamordowany, a zwłoki odkryła ekipa Charlasa Kaufmana. „Dzień matki” bywa zabawny, częściej okrutny, niespecjalnie, a na pewno nieprzesadnie krwawy i mnie tam nieraz solidnie trzymający w napięciu. A już najmocniej podczas spuszczania odpowiednio zapakowanego ciała z okna i „zabawy w chowanego” w ciemnym, strasznym lesie.

Brudny klimat, brudna historia, brudne charaktery – czego chcieć więcej? I jeszcze ten charakterystyczny moment, to przebudzenie mocy (final girl), przy którym niezmiennie rośnie moje serce. „Dzień matki” Charlesa Kaufmana to „wideo paskudne”, ale myślę, że z tej bardziej ugodowej półki. Nie jest takim wstręciuchem, jak go malują. W każdym razie podejrzewam, że miłośnicy tanich filmowych brutali bywali już w większych „opałach”. Exploitation z nie tak znowu ostrymi zębiskami. Niezachowujący maksymalnej powagi, mający dystans do siebie, śmiejący się, ale z umiarem. I raczej gorzko. Niepoprawny politycznie czaruś. Bo mnie zauroczył, a najgorsze, że nie wstydzę się do tego przyznać, prawda?

czwartek, 11 maja 2023

„Zegar” (2023)

 
Odnosząca sukcesy dekoratorka wnętrz Ella Patel zbliża się do czterdziestki i nadal nie odczuwa potrzeby posiadania dzieci. Jej mąż Aidan stara się nie wywierać na nią presji, ale też nie ukrywa, że marzy o zostaniu ojcem. Inne osoby z najbliższego otoczenia Elli nie są już tak wyrozumiałe, a najmniej jej ojciec Joseph, dumny członek narodu żydowskiego, przy każdej okazji przypominający córce o piekle, przez jaki przeszli ich przodkowie i dający jasno do zrozumienia, że niewydawanie na świat potomka uznaje za oburzający brak szacunku dla poprzednich pokoleń. Czas na sprostanie oczekiwaniom innych powoli się kończy, Ella decyduje się więc wziąć udział w eksperymentalnej terapii doktor Elizabeth Simmons, ukierunkowanej na rozbudzenie instynktu macierzyńskiego u przedstawicielek płci żeńskiej z zepsutymi zegarami biologicznymi.

Plakat filmu. „Clock” 2023, 20th Digital Studio, Hulu Originals

Pełnometrażowy debiut reżyserski Alexis Jacknow na podstawie jej własnego scenariusza, będącego rozbudowaną wersją jej shorta z 2020 roku. Horror psychologiczny zawierający elementy autobiograficzne. Podobnie jak pierwszoplanowa postać „Zegara” (oryg. „Clock”), Jacknow przez długie lata biła się z myślami o macierzyństwie. Mieć dziecko czy nie mieć dziecka? - dniami i nocami próbowała rozstrzygnąć tę życiową kwestię, dokonać ostatecznego wyboru. Społeczeństwo, przyjaciele, kultura, religia – wszystko mówiło jej, by zostać matką. Innymi słowy, Alexis Jacknow z autopsji wie, jak wygląda życie pod ogromną presją. A jej pierwsze długometrażowe osiągnięcie dobitnie świadczy o jej przekonaniu, że ten problem wymaga pogłębionej debaty publicznej. Najwyższy czas poważnie porozmawiać o tak zwanej normalności. Premierowy wykład odbył się w marcu 2023 roku na Overlook Film Festival, a regularne odczyty ruszyły już w następnym miesiącu na platformach Hulu i Disney+.

Wbrew obiegowym opiniom horror komentowaniem bieżących wydarzeń, problemów, dążeń i oczywiście lęków społecznych, nie zaczął parać się dopiero w XXI wieku. To zawsze „należało do jego obowiązków”, tj. wpisywało się w jego charakter, a wręcz stanowiło jedną z integralnych części jego niezwykle złożonej osobowości. I nadal stanowi, można jednak odnieść wrażenie (być może mylne), że niechęć do tego oblicza horroru nigdy wcześniej nie była tak silna. Horror ma straszyć, nie uświadamiać, moralizować, edukować czy nawet tylko wskazywać aktualne (w tym wiecznie aktualne) bolączki tego świata. Nie wymądrzać się - po prostu straszyć. Tylko tyle i aż tyle. Sęk - albo urok - w tym, że strach jest pojęciem względnym. „Sęk” też w tym, że nie wszyscy traktują to „jak najważniejszą obietnicę wyborczą” horroru. „Zegar” Alexis Jacknow podatny grunt przypuszczalnie prędzej (w większej liczbie) znajdzie właśnie w tym drugiem „elektoracie”. Niemających nic przeciwko parowaniu horroru z dramatem. Nie wspominając już o typowym wymądrzaniu się... Na przykład kwestionowaniu ustalonego porządku, krytykowaniu „jedynego słusznego modelu życia”, agitowaniu za nienormalnością ubraną w ornat normalności. Ella Patel (szalenie intensywna kreacja Dianny Agron, na którą zwróciłam uwagę już w „Porachunkach” Luca Bessona, komedii kryminalnej opartej na powieści Tonino Benacquisty) należy do „groźnego plemienia” bezdzietnych z wyboru. Wrogów ludzkości, bo bezczelnie uchylających się od biologicznych obowiązków. Powinnością wszystkich istot żywych jest praca na rzecz przedłużenia swojego gatunku, a już na pewno powinno się tego wymagać od najinteligentniejszego gatunku na Ziemi. Co innego bezpłodność, a co innego suwerenny wybór. Uparte powstrzymywanie się przed płodzeniem. Kariera ważniejsza od rodziny? Szczyt bezczelności. Joseph (przekonujący Saul Rubinek), dawno tremu owdowiały ojciec Elli, recenzując swoje jedyne dziecko niebezpiecznie zbliża się do absolutnej skrajności. A przynajmniej ja tylko czekałam, aż kochany tatuś postawi Ellę w jednym rzędzie z nazistami. To nie jest nienawiść, tylko szczera troska. Ella niewątpliwie jest dla niego najważniejsza, jego intencje są krystalicznie czyste, zorientowane przede wszystkim na jej dobro, które szczęśliwie pokrywa się z jego głębokim szacunkiem, potwornym współczuciem, ogromnym podziwem i jeszcze większą wdzięcznością dla poprzednich pokoleń obrzydliwie potraktowanego narodu żydowskiego. Dlaczego tak nas to odstręcza? Zdaniem Elli w historii ludzkości nie brakuje czarniejszych kart od Holokaustu, ale pamięć o nich jest dużo słabsza. Nasza przewodniczka po świecie przedstawionym w „Zegarze” ma ciekawą teorię na ten temat. Swoje wyjaśnienie stawiania Zagłady Żydów na szczycie niebotycznej piramidy bestialstw przodującego gatunku na Ziemi. Wracając do głównego wątku tej filmowej rozmowy, a mianowicie dobrowolnej bezdzietności. Za tą nieakceptowalną społecznie decyzją Elli nie stoją żadne „zgniłozachodnie ideały”. Właściwie w odróżnieniu od innych uważa, że tak naprawdę Matka Natura nie pozostawiła jej wyboru. Płodna, ale nieposiadająca instynktu macierzyńskiego. To prawda, że skupia się na karierze, ale najchętniej wymieniłaby ją na rzekomo dane każdej kobiecie pragnienie dziecka. Tak mówi? Nie, po czynach ją poznajemy. Kiedy pojawia się szansa na obudzenie z wytęsknieniem wypatrywanego instynktu, rezygnuje z wymarzonego zlecenia. Wszystkie przygotowania do tej decydującej bitwy okazują się mniej ważne od zostania kochającą mamą. „Kochającą” to słowo klucz. Bo Ella nie podziela przekonania choćby swojej najlepszej przyjaciółki, że wystarczy rozłożyć nogi przed Aidanem (poprawna, ale niewyróżniająca się kreacja Jaya Aliego), odczekać parę miesięcy i voilà: masz dziecko. Z punktu widzenia Elli właśnie to byłyby Himalaje egoizmu – skazywanie niewinnej istoty na niekochającą, niewystarczająco zaangażowaną, rozgoryczoną, żałującą, a może nawet obwiniającą matkę. Ona sprostałaby oczekiwaniom najbliższych, nareszcie rozstałaby się z poczuciem wykluczenia, odsuwania na boczny tor podczas różnych towarzyskich spotkań; ona mogłaby bez wstydu oglądać stare fotografie rodzinne i w ogóle czuć się bardziej przydatna społecznie. A co z jej latoroślą? Czy te wszystkie życzliwe dusze wokół Elli biorą pod uwagę coś takiego jak dobro dziecka?

źródło, zwiastun filmu: https://www.youtube.com/watch?v=dsmuf95eshk

Prowokacyjny? Bulwersujący? Szkodliwy? Alexis Jacknow w swoim długometrażowym „Zegarze” z pewnością idzie pod prąd. Nie dość, że wygłasza niepopularne opinie, opowiada się po stronie „tych złych”, bo niedbających o przyrost naturalny, to jeszcze wyolbrzymia egzystencjalne zmagania płodnych bezdzietnych kobiet. Ella Patel raczej nie znajdzie swojej idealnej odpowiedniczki w rzeczywistość, ale częściowych trochę się może uzbierać. Upominanych, strofowanych, naciskanych. Płodzić przede wszystkim. Ale najpierw ślub, a kiedy już spełnisz te dwa obowiązki obywatelskie, przedstawimy kolejne. Bo chyba nie myślałaś, że na tym koniec życia pod dyktando innych? Po porodzie prawdopodobnie presja wzrośnie, sztuką nie jest bowiem urodzić, tylko wychować. I lepiej przygotować się na armię prawdziwych specjalistów w tej dziedzinie, surowych sędziów, głoszących swoją dobrą nowinę o perfekcyjnym rodzicielstwie. A Ella ma nikłe szanse na sprostanie tym wymogom. W każdym razie ona obawia się, że nie będzie Idealną Mamą. Krytyczne spojrzenia i obrabianie czterech liter przez Nieomylnych Rodziców jeszcze by zniosła, gorzej z ewentualnym bólem, wyrzutem, dotkliwym zawodem w oczach maleńkiej istoty, którą nie tyle dla własnego, ile cudzego komfortu wypchnęła (wybaczcie proszę to brzydkie słowo) z siebie. Zegar tyka, upiorne wahadło niebawem nieodwracalnie znieruchomieje - czegoś takiego chyba jeszcze nie widziałam; cudnie, jakkolwiek dziwnie to brzmi, makabryczny symbol nieuchronnie upływającego czasu, narastającej presji czasu dla nomen omen wahających się kobiet wciąż i wciąż nie-matek – najwyższy więc czas, by zwalczyć w sobie przerażenie graniczące ze wstrętem albo odtrąbić porażkę. Bo dla Elli to byłaby porażka, ponieważ zawsze wierzyła, że ta najważniejsza z potrzeb sama do niej przyjdzie. Legenda mówi, że każdej kobiecie zesłany zostanie instynkt macierzyński. Jednym wcześniej, innym później, ale tego jednego rzekomo wszystkie panie mogą być pewne (ach, zapomniałabym o śmierci i podatkach). Doktor Elizabeth Simmons (zadowalający występ Melory Hardin) nie ma wątpliwości, że nie każda kobieta doczeka się sławnego instynktu, ale też ani myśli godzić się z tą smutną prawdą. Woli działać – w końcu jest naukowcem! - głównie z myślą o cierpiących, ale jeśli przy okazji ugra coś dla siebie, to co w tym złego? Pytanie, czy doktor Simmons jest bardziej nieklasyczną filantropką, czy klasyczną burzycielką? Mogę chyba bezpiecznie zdradzić, że od początku patrzyłam na nią „przez taśmę Davida Cronenberga”. Te przyjemne skojarzenia jeszcze podsycały soczyste - niektórzy mogą powiedzieć, że niesmaczne i pewnie będą mieli rację;) - migawki w jej klinicznie zimnym (znowu ten Cronenberg senior) ośrodku badawczym, ale i wkomponowane w najbliższą przyszłość biednej Elli. Sugestywne, rozgorączkowane kolaże w rytmie fobii protagonistki. Zgodnie z przewidywaniami nowy koszmar bezdzietnej kobiety rozpocznie się w ośrodku doktor Simmons. Przypadek? Szczerze mówiąc, nawet nie raczyłam uwzględnić takiej ewentualności. Sprawiedliwie czy nie, miałam doktor Simmons za diablicę wcieloną, czy raczej osobę stawiającą interes społeczny (z akcentem na interes własny) nad interesem jednostek. Przeć do celu choćby po wielu trupach. „Zegar” ociera się o body horror, ale bardziej ciągnie go do popcornowego straszaka. Wysoka, szczupła, żeby nie powiedzieć wychudzona, kobieta w czerni, jak mniemam, miała być główną atrakcją dla horrormaniaków. Wygląda nieźle - z jej nieczęstych wejść w oko najbardziej wpadła mi bodaj najskromniejsza akcja z oknem: niewyraźna, mroczna sylwetka, która ruszy głową, ale samochodowa przygoda Elli też dolała kapkę benzyny do emocjonalnego ognia - z „gargantuicznym”, włochatym pająkiem na zamieszkałym brzuchu w moich oczach równać się jednak nie mogła. Ella najprawdopodobniej cierpi na tokofobię, a ja na arachnofobię, ale z jakiegoś powodu to ją dotkliwiej prześladują te małe bestie. Prawdziwe czy wyimaginowane? W zasadzie nad tym twórcy nie każą nam się zastanawiać. Większą zagadką jest innowacyjny implant doktor Simmons, a największym widowiskiem Dianna Agron. Jako kobieta, która ma (nie)swoje wariactwa. Drastyczne osłabienie kondycji psychicznej, może nawet rozłam ze swoim unikalnym – naturalnym! - ja, pożegnanie ze sobą, byle tylko się dopasować. A mówią, że nonkonformizm jest niebezpieczny...

Opowieść o nie-dewiacji społecznej w woal horroru owinięta. O podporządkowywaniu się obyczajom, wartością, zasadom panującym w społeczeństwie. Za wszelką cenę, na siłę, wbrew sobie. Niepokorna produkcja debiutującej w pełnym metrażu reżyserki i scenarzystki Alexis Jacknow. Amerykański horror psychologiczny o zepsutym zegarze biologicznym i fatalnym sposobie na wyeliminowanie tej potwornie niewygodnej, bo nieakceptowalnej społecznie usterki. Piekielny serwis. Gatunkowo nieczysty, więc potencjalnie problematyczny. Nie, nie dla wszystkich i właśnie owym „nie wszystkim” gorąco polecam ten macierzyński terror. Ten działający „Zegar” z zepsutym przez epilog finałem.

wtorek, 9 maja 2023

„Odrodzony. Charles Manson” (2023)

 
Tianna i Mitch wynajmują na weekend domek na pustyni, gdzie mężczyzna zamierza się oświadczyć, a kobieta uzyskać materiał na przesłuchanie do upragnionej roli w filmie o Charlesie Mansonie i jego tak zwanej Rodzinie. Wydaje się, że mają spory kawałek spieczonej słońcem ziemi tylko dla siebie, że udało im się znaleźć prawdziwą samotnię, w której poza wszystkim innym będą mogli nacieszyć się wyłącznie własnym towarzystwem, ale tak naprawdę od samego początku ktoś bacznie ich obserwuje. Niepostrzeżenie zakrada się do ich weekendowego domu i krąży wokół niego, jakby czekając na najdogodniejszy moment do ataku, zabijając czas bawieniem się kosztem w związku z tym coraz bardziej zaniepokojonego Mitcha.

Plakat filmu. „The Resurrection of Charles Manson” 2023, XYZ Films, Dare Angel, Bolt Films, Hooligan Dreamers

Niskobudżetowe pierwsze reżyserskie osiągnięcie Remy'ego Grillo - w ścisłej współpracy z firmą XYZ Films - który w jednej z ról obsadził swojego ojca Franka Grillo, a w innej współautora scenariusza Josha Plasse'a; skrypt „The Resurrection of Charles Manson” (pol. „Odrodzony. Charles Manson”) opracował razem z debiutantem Brevem Mossem. Remy Grillo uważa, że niechlubna historia Rodziny Mansona z lat 60. XX wieku nadal niebezpiecznie rezonuje w amerykańskim społeczeństwie, że bez trudu można się dopatrzeć silnych związków między ideologią demonicznego Charlesa Mansona i dzisiejszą atmosferą społeczną oraz polityczną. Fikcyjna opowieść Breva Mossa i Josha Plasse'a to między innymi próba wszczęcia poważnej dyskusji na temat rzeczonych ewentualnych wpływów nieżyjącego już przywódcy zbrodniczej sekty na młodsze pokolenia. Na dzisiejszą rzeczywistość. Thriller z drobnymi elementami horroru nakręcony w Santa Clarita w stanie Kalifornia, który w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych został uwolniony w marcu 2023 roku, w strefie VOD, a w Polsce pojawił się już w następnym miesiącu – też w internecie.

W „Odrodzonym. Charlesie Mansonie” Remy'ego Grillo podążamy za młodą parą - aspirującą aktorką Tianną (intrygujący występ Katherine Hughes) i wspierającym ją Mitchem (mniej zajmujący Josh Plasse) - organizującą sobie w zamiarze bardziej pracowity, niż relaksujący weekend na pustyni. Zupełnie jakbym jedną nogą przeniosła się do „Wzgórza mają oczy” Alexandre Aja, remake'u kultowego horroru Wesa Cravena z 1977 roku (z mniejszą śmiałością odbiegając też myślą do „Kalifornii” Dominica Seny). Rzecz nie tylko w miejscu akcji, ale też, może nawet przede wszystkim, oświetleniu. Nie wspominając już o obskurnej „budzie” - z jej swobodnie się noszącym, żeby nie powiedzieć niechlujnym właścicielem włącznie - „obowiązkowym” przystanku mieszczuchów ze świata horroru nieświadomie pędzących na spotkanie z terrorem na jakimś pustkowiu. Na Mitchu stojący za ladą starszy od niego mężczyzna, robi bardzo dobre wrażenie, ale zaznajomiony z regułami gatunkowymi odbiorca „Odrodzonego. Charlesa Mansona”, w przeciwieństwie do jego klienta, niby(?) bezinteresowną „szczodrość” tubylca (tubka kremu przeciwsłonecznego gratis) zapewne prędzej potraktuje jako potwierdzenie swoich złych przeczuć. Śliski jegomość grający przyjazną duszę czy swego rodzaju ofiara twardej (pod)gatunkowej konwencji? Tak czy inaczej, Mitch wraca do samochodu, do swojej ukochanej, w przekonaniu, że miejscowi są bardzo mili - tak, ledwo zamienił parę słów tylko z jednym, ale nie od dziś wiadomo, że gratisy potrafią zdziałać cuda;) Domek, który Mitch i Tianna zarezerwowali sobie na ten najpewniej fatalny weekend najwyraźniej nie ma czegoś takiego jak bliskie sąsiedztwo, nie zanosi się więc na to, by „zauroczony tubylcami” młody przyjezdny zawiązał tutaj jakieś bliższe znajomości. Co w sumie go cieszy, bo to wymarzona sceneria do oświadczyn. W każdym razie Mitcha do tego intymnego zakątka przywiodła przede wszystkim ta romantyczna misja, Tianna natomiast prawdopodobnie zdecydowała się na ten wypad niemal wyłącznie z myślą o swojej aktorskiej karierze. Upojne chwile niewątpliwie też będą, ale priorytetem jest zgromadzenie materiału, który będzie mogła wykorzystać w walce o upatrzoną rolę. W filmie o Charlesie Mansonie i jego szaleńczo wiernych owieczkach. Tianna jest w posiadaniu jego scenariusza – historii przyjmującej punkt widzenia wyznawców drapieżnego Charliego, wśród których jest dziewczyna, z którą Tianna podobno nawiązała silną więź. To znaczy, jest pewna, że z nawiązką sprosta temu zadaniu, że stworzy niezapomnianą kreację aktorską,. O ile pokona konkurencję. Zakochany chłopak pomaga jej w przygotowaniach do przesłuchania, w odgrywaniu wybranych scenek zazwyczaj pod czujnym okiem obsługiwanej przez niego kamery cyfrowej. A filmowe dossier Tianny mają uświetnić zdjęcia z „naturalnego środowiska Rodziny Mansona”. W „Odrodzonym. Charlesie Mansonie” umowna teraźniejszość miesza się z przeszłością. Scenariusz wyraźnie (acz niedosłownie) dzieli się na dwie części, można powiedzieć „sztuka w dwóch aktach”, która wydała mi się doskonałym odbiciem ciekawiącego Mitcha symbolu węża połykającego własny ogon. Tianna też zwróci na niego uwagę: w wynajętym domku na pustyni, który w zasadzie byłby całkiem przestronny, gdyby nie mnogość mebli i innych „gratów”, ale wówczas pewnie wczasowiczom nie byłoby tak „cieplutko” i przytulnie. W każdym razie na jednej ze ścian wisi niewielki obraz zielonego gada z autokanibalistycznymi ciągotami, co w drugim etapie tej, na szczęście dla mnie, dość krótkiej, bo niespełna osiemdziesięciominutowej podróży, odebrałam jako nie tyle uczciwe, ile przypadkowe ostrzeżenie przed nieciekawym rozwojem wydarzeń. Samozjadająca się produkcja, jak na moje niewprawne oko.

źródło: https://filmyrating.in/

Odrodzony. Charles Manson” w reżyserii debiutującego Remy'ego Grillo w moim poczuciu został skonsumowany przez swoją chaotyczną strukturę. Mam tutaj na myśli wyłącznie „akt” drugi, niewstrząśnięty, ale za to (nie)porządnie zmieszany. Dramaturgia pęka pod naporem wspomnień. Klimat pogrzebany przez „grabarza z przeszłości”. Wbrew pozorom nie uważam, że rezygnacja z płaszczyzny retrospektywnej najwyżej podniosłaby jakość „Odrodzonego. Charlesa Mansona”. Nie, myślę, że ta historia najkorzystniej wypadłaby w trzech „aktach”. Teraźniejszość (z tymi skromnymi wycieczkami w „kiedyś”), przeszłość i znowu teraźniejszość – przy takim ułożeniu pewnie zdecydowanie łatwiej byłoby mi utrzymać się w tym świecie przedstawionym. Niewystarczający byłby sam przesiew drugiej partii, a przynajmniej moja wymarzona konstrukcja „Odrodzonego. Charlesa Mansona” zakładała rozbudowę scenariusza. W sumie wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że ta nieszczęsna narracja była bardziej koniecznością niż wyborem, że ten ciężkostrawny miszmasz był sposobem na zmieszczenie się w budżecie. Albo to, albo nic z tego? Może tak, może nie, nie wiem. Wiem tylko - a w każdym razie tak to odbierałam - że pierwszy reżyserski występ Remy'ego Grillo na drugim odcinku ten pustynnej trasy zaciekle się ode mnie opędzał. Mimo ewidentnych starań Franka Grillo i Jaime King. Miłośnicy kina grozy mogą pamiętać, że ta dwójka lata wcześniej spotkała się na planie „Mother's Day” (pol. „Powrót zła”) Darrena Lynna Bousmana, remake'u horroru Charlesa Kaufmana z 1980 roku pod tym samym oryginalnym tytułem. Franka Grillo mogą też/lub kojarzyć ze „Zbaw mnie ode złego” Wesa Cravena, „Nocy oczyszczenia: Anarchii” i „Nocy oczyszczenia: Czasu wyboru” Jamesa DeMonaco czy „Stephanie” Akivy Goldsmana, natomiast Jaime King z „Krwawych wizji” Erniego Barbarasha, „Krwawych walentynek” Patricka Lussiera, remake'u „Mojej krwawej walentynki” George'a Mihalki czy „Silent Night” Stevena C. Millera. Na ścieżce retrospektywnej najpierw znajdujemy informację o ogromnej stracie Tianny. Nowotwór złośliwy zabrał jej narzeczonego, a ona za tę tragedię winiła siebie. Dołączyła do grupy wsparcia, ale choć nie ulega wątpliwości, że od tamtego czasu zrobiła duże postępy, widać, że w jej wnętrzu nadal toczy się jakaś zażarta walka. Niezaleczone, nadal bardzo bolesne rany, których nie pozszywał nawet Mitch? Uroczy chłopak, który nie ukrywa, że dosięgła go strzała Amora. Nie szczędzi jej deklaracji miłości, co Tiannie najwyraźniej nie przychodzi już tak łatwo. Podczas gdy Mitch czyni ostatnie przygotowania (czyli zbiera się na odwagę) przed oświadczynami, Tianna może szykować się do zadania druzgocącego ciosu prosto w jego wielkie serducho. On jest jak otwarta księga, a ona jak pamiętnik z solidną kłódką. Nie zawsze zatrzaśniętą, ale w porównaniu do jej przeźroczystego chłopaka, ta dziewczyna może uchodzić za istną enigmę. Skryta jak diabli albo najzwyczajniej niepewna swojego aktualnego związku, czy raczej swoich uczuć do Mitcha. Prawdę mówiąc, bardziej frapowała mnie relacja tej dwójki, ich wspólna historia i wcześniejsze przejścia samej Tianny, aniżeli mroczny intruz. Tajemniczy obserwator pary z miasta, który niewątpliwie knuje coś bardzo niedobrego. On, ona albo oni. Już pierwszy dłuższy obchód terenu, samotny spacer Mitcha po tym kalifornijskim pustkowiu, ujawnia, że jednak mają jakiegoś sąsiada. Może nie od razu bliskiego, ale w tym ziemskim piekiełku urządził się jakiś złotowłosy kawaler, mający swoje dziwactwa, ale to jeszcze nie czyni z niego bezczelnego włamywacza i bezwstydnego podglądacza. Jednakże z braku innych kandydatów, podejrzenia protagonisty „Odrodzonego. Charlesa Mansona” skupią się na nim. Kiedy Mitch zyska niezbity dowód na to, że ktoś grzebał w jego rzeczach. W tym amatorskim śledztwie widz zajmie bardziej dogodną pozycję, chcąc nie chcąc wyprzedzi Mitcha w owych nieformalnych zawodach. Pustynnych igrzyskach śmierci? Wszystkie znaki na olśniewająco błękitnym niebie (gdzieniegdzie poprzecinanym śnieżnobiałymi chmurkami) i popękanej, suchej ziemi na to wskazują. Backwood horror (slasher, survival czy inna siekanina na odludziu) płynnie przechodzący w home invasion, a po drodze raczej nie niechcący zostawiający czytelne wskazówki odnośnie właściwej tematyki filmu. Uprzedzanie wypadków bądź klasyczna zmyłka. Potencjalny skręt na inną, w gruncie rzeczy też już mocno ubitą ścieżkę. Niedziewicza wyprawa pod patronatem przeklętego ducha Charlesa Mansona... Pustynny survival nabiera rozpędu i już nie trzeba się tak bardzo przejmować budowaniem jakiejś atmosfery. Amatorzy ekstremalnych doznań też mogą być niepocieszeni, nie wspominając już o zwolennikach linearnych narracji. Założenie według mnie całkiem zacne, ale niekonsekwentne prowadzenie „tego traktorka” w moim odbiorze zeżarło to dziełko. Niesamowicie frustrującą opowieść z niezaskakującą, ale myślę, że celną puentą. Po(d)kręcona piłka.

Nie będę dobrze wspominać pierwszego reżyserskiego dokonania Remy'ego Grillo, ale przez chwilę myślałam, że tak będzie. Nawet pogratulowałam sobie wyboru - tak się pośpieszyłam! Teraz pozostaje mi już tylko zapłakać nad zmarnowanym materiałem, nad zaprzepaszczonym potencjałem, bo tak niefortunnie rozwinęła się moja krótka znajomość z „Odrodzonym. Charlesem Mansonem”. Może Wam bardziej się poszczęści...? Trzymam kciuki, ale poniekąd asekuracyjnie wstrzymam się od polecania tego pustynnego thrillera zalotnie uśmiechającego się do horroru, komukolwiek. Przezorny zawsze ubezpieczony.

niedziela, 7 maja 2023

B.A. Paris „Uwięziona”

 
Kiedyś. Po śmierci ojca nastoletnia Amelie Lamont w obawie przed dostaniem się pod kuratelę państwa przeprowadza się z Reading do Londynu, gdzie zamierza odłożyć pieniądze na studia. W najczarniejszych chwilach w stolicy Anglii poznaje Carolyn Blakely, która oferuje jej pracę w charakterze pomocy domowej wraz z zakwaterowaniem. Amelie zaprzyjaźnia się nie tylko ze swoją pracodawczynią, ale także z jej koleżankami, Justine Elland i Liną Mielkute, pracującymi dla magazynu „Exclusives” prowadzonego przez Neda Hawthorpe'a, syna miliardera filantropa Jethra Hawthorpe'a, założyciela Fundacji Hawthorpe'a. Skuszona obietnicą szybkiego zarobku i chcąc pomóc bliźniemu, Amelie przystaje na niekonwencjonalną propozycję biznesową przedstawioną jej przez Neda. Układ, który dla Amelie okazuje się śmiertelnie niebezpieczną pułapką.
Teraz. Amelie Hawthorpe jest przetrzymywana w ciemnym pomieszczeniu przez niezidentyfikowanych mężczyzn. W innym pokoju przebywa jej fałszywy małżonek, główna karta przetargowa porywaczy, najwyraźniej starających się nakłonić ojca Neda do wpłacenia okupu.

Okładka książki. „Uwięziona”, Albatros 2023

B.A. Paris (właściwie Bernadette Anne MacDougall) urodziła się w hrabstwie Surrey, w południowo-wschodniej Anglii jako trzecia z szóstki dzieci Francuzki i Irlandczyka. Po zakończeniu edukacji przeprowadziła się do Francji, gdzie przez parę lat pracowała jako przedstawicielka handlowa w międzynarodowym banku, a w międzyczasie poznała swojego przyszłego męża, ojca jej pięciu córek i współzałożyciela ich szkoły językowej. I wróciła z nim do Anglii - obecnie mieszkają w hrabstwie Hampshire. Swoją wielką przygodę z powieściopisarstwem Paris zaczęła dopiero po pięćdziesiątym roku życia: za namową córki wzięła udział w konkursie pisarskim organizowanym przez jedno z czasopism. Nie wygrała, ale wymyślała kolejne historie, która skrzętnie przelewała na papier. Na rynku wydawniczym zadebiutowała w 2016 roku bestsellerową powieścią „Behind Closed Doors” (pol. „Za zamkniętymi drzwiami”), dwukrotnie nominowanym w plebiscycie Goodreads Choice Awards thrillerem psychologicznym, który przyniósł jej nie tylko krajową, ale też międzynarodową sławę – trwają ostatnie prace nad filmową wersją „Za zamkniętymi drzwiami”, wyreżyserowaną przez Jeffa Celentano w oparciu o scenariusz Megan Stewart pt. „Blackwater Lane”. „Uwięziona” (oryg. „The Prisoner”) to szósta samodzielna powieść B.A. Paris - brytyjskiej autorki poczytnych „Na skraju załamania”, „Pozwól mi wrócić”, „Terapeutki”, „Dylematu” i rzecz jasna wspomnianego już „Za zamkniętymi drzwiami”, która ponadto wspólnie z paroma koleżankami po piórze stworzyła niejaką:) „Dublerkę” - thrillera niekoniecznie psychologicznego, który swoją światową premierę miał w roku 2022, a jego pierwszą polską edycję przygotowało wydawnictwo Albatros na rok 2023. w tłumaczeniu Roberta Walisia.

Tu i teraz. Tam i kiedyś. Swoją „Uwięzioną” B.A. Paris najpierw prowadzi na dwóch nierównomiernie przeplatających się osiach czasu - teraźniejszość i niezbyt odległa przeszłość – by potem rzecz skondensować - zwarta forma, linearna narracja. Amelie Lamont/Hawthorpe, główną bohaterkę i zarazem narratorkę powieści, po raz pierwszy spotykamy w niewoli zgotowanej przez tajemnicze postaci, które rychło wtrącą ją do „ciemnego lochu”. Niewielkie pomieszczenie z materacem, zabitym oknem i dwojgiem drzwi, z których tylko jedne nie są zamykane na klucz. Za nimi znajduje się ciasna łazienka, gdzie w przeciwieństwie do „jej sypialni i jednocześnie jadalni”, Amelie może w dowolnym momencie przeganiać egipskie ciemności. Drugimi drzwiami od czasu do czasu (najczęściej kilka razy dziennie) wchodzi jeden z porywaczy, milczący mężczyzna, któremu najwyraźniej nie zależy na zagłodzeniu swojej ofiary. Właściwie wszystko wskazuje na to, że Amelie wpadła w brudne łapska przestępczego duetu; dwóch „dżentelmenów” szantażujących miliardera, od niedawna teścia Amelie. Żony z przypadku? Niezupełnie, ale jej związek to czysta fikcja. Układ biznesowy, w szczegółach przedstawiony na płaszczyźnie retrospektywnej. Ale zanim ta niemoralna propozycja zostanie przedstawiona młodej kobiecie, szukającej szczęścia w Londynie, na chwilę przeniesiemy się do Reading, niewystawnego gniazdka Amelie i jej ojca, rozgoryczonego niemiłosiernie przedłużającym się brakiem postępów w sprawie podejrzanej śmierci jego ukochanej żony. Paris właściwie nie pozwala nam lepiej poznać tego bezskutecznie walczącego o sprawiedliwość mężczyzny, bo po długiej chorobie, z małoletnią Amelie w roli jedynej opiekunki, podwójnie poszkodowany wdowiec umiera, co dla jego jedynej córki oznacza przejście pod opiekę państwa. Nastolatka salwuje się więc ucieczką. Kierunek: Londyn. Cel: zgromadzenie pieniędzy niezbędnych do rozpoczęcia nauki w szkole wyżej. Chce zostać prawniczką, do czego zainspirowała ją, jak wszystko na to wskazuje, bezowocna przeprawa rodziciela z tak zwanym wymiarem sprawiedliwości. Nastolatka szybko gubi się w wielkim mieście. Traci pracę i dach nad głową, ale zanim głód porządnie zajrzy jej w oczy, poznaje, na oko dobrze sytuowaną, kobietę nazwiskiem Carolyn Blakely. I tak rodzi się piękna przyjaźń, w którą klin wbije Ned Hawthorpe, przystojny właściciel magazynu „Exclusives”, zespół którego zasilają członkinie małej paczki Carolyn: rodowita Francuzka Justine Elland i rodowita Litwinka Lina Mielkute. Amelie zyskuje więc nie jedną, a aż trzy zaufane przyjaciółki, dzięki którym znowu z nadzieją patrzy w przyszłość. Tym bardziej gdy dostaje pracę w prestiżowym piśmie młodego Hawthorpe'a. Jego ojciec, filantrop Jethro Hawthorpe, po śmierci brata Neda założył fundację zorientowaną głównie na pomoc osobom uzależnionym od narkotyków. Początki były trudne, za co Jethro winił skandalicznie się bawiącego Neda, który bynajmniej nie poprawił swoich notowań u ojca poprzez rozkręcenie takiego szemranego(?) biznesu jak magazyn „Exclusives”. Dobra passa Amelie w Londynie kończy się z chwilą skrzyżowania życiowych ścieżek z Nedem Hawthorpe'em. Oczywiście uświadomi to sobie później... po wejściu w związek małżeński z aroganckim przedstawicielem „brytyjskiej szlachty”. Nie ukrywam, że zaintrygował mnie pomysł B.A. Paris na „Uwięzioną”, podwójna niewola Kopciuszka – a może spod rynny w deszcz? - niestandardowy układ biznesowy z daleka zalatujący archetypicznym motywem podpisania cyrografu z Diabłem. Niestety Amelie Lamont nie ma takich skojarzeń – owszem, ma lekkie wątpliwości, ale natury moralnej, etycznej, nie ma natomiast powodu dopatrywać się w śmiałej propozycji „boskiego Neda” jakichś diabolicznych zamiarów wobec niej. Mieli pomóc sobie nawzajem: Amelie miała przez najwyżej miesiąc grać rolę jego szczęśliwej małżonki, a Ned po wszystkim miał wypłacić jej sto tysięcy funtów, tym samym finansując jej wymarzone studia. Zaintrygował mnie pomysł, ale zawiodło wykonanie.

Okładka książki. „The Prisoner”, Hodder & Stoughton 2022

Drobiazgowa eksploatacja sfery wewnętrznej bohaterki to według mnie nie jest. Thriller psychologiczny to w moim odczuciu nie jest. Prędzej „nagi thriller” o młodziutkiej kobiecie z potężnym, acz jedynie nieśmiało zarysowanym, bagażem życiowym, która poniekąd na oczach czytelnika wpada w jeszcze większe bagno. A właściwie dwa. Najpierw nieszczęsny układ z Nedem Hawthorpe'em, a potem przymusowy pobyt w ciemnicy. Co jest gorsze? Złota klatka czy czarna klatka? Imponująca rezydencja kłopotliwego synalka miliardera, który na względzie zdaje się mieć przede wszystkim dobro swojej fundacji czy po spartańsku urządzona klitka połączona z jeszcze ciaśniejszą, ale za to jaśniejszą łazienką jedynie z muszlą klozetową i umywalką (nie ma ani prysznica, ani wanny)? To proste: lepszy mroczny loch nie wiadomo gdzie. Lepiej dożyć swoich dni w tym klaustrofobicznym wnętrzu, niż korzystać z luksusów niewspaniałomyślnie oferowanych przez zepsutego „chłopczyka” z Londynu. Ned i Amelie, jak to się mówi, są z kompletnie różnych planet. Szkoła przetrwania i lunapark. Rozpaczliwa walka o utrzymanie się na powierzchni i czerpanie z życia nader pełnymi garściami. Ned nie prosi, wszak nie tak został wychowany. Przez nieżyjącego już dziadka, który, ku wielkiemu niezadowoleniu swojego syna Jethro Hawthorpe'a, spełniał wszelkie zachcianki przypuszczalnie ulubionego wnuka. Z drugiej strony Ned i bez dziadka mógłby okazać się niegodny odziedziczenia wychuchanej Fundacji Hawthorpe'a (Paris każe nam błądzić w sferze domysłów). Podręcznikowy przykład psychopaty sadystycznego? Urodzony morderca? Nie można tego wykluczyć, ale w grę wchodzi też kupowanie sobie wolności. Tak czy inaczej, to jeden z tych członków rzekomo równej wobec prawa (bajka dla dorosłych, jeden z rozdziałów Współczesnej Mitologii) ludzkiej populacji tak zwanego demokratycznego świata, który w miarę spokojnie może dopuszczać się najohydniejszych zbrodni. W miarę, bo jest jeszcze zła prasa. „Podłe insynuacje” dziennikarzy, sensacyjne nagłówki bezlitośnie komentowane przynajmniej przez tych internautów, których żywo interesuje wszystko co związane z wpływowym rodem Hawthorpe'ów. Organy ścigania Nedowi niestraszne, ale przedstawiciele czwartej władzy już tak. Druzgocący cios nadejdzie jednak z zupełnie nieoczekiwanej przez niego strony. Porwanie dla okupu? Na to wygląda, ale na nieszczęście żądania oprawców nie tyle małżeństwa, ile partnerów biznesowych, z jakiegoś zagadkowego powodu trafiają w próżnię. Czy to możliwe, że Jethro Hawthorpe dostrzegł w tym procederze okazję do pozbycia się swojego największego problemu? Pragnie śmierci swojego już jedynego syna? A co z Amelie? Przypadkowa ofiara, za którą ten poważany miliarder tęsknić raczej nie będzie. Mniej więcej takie myśli krążą w głowie tytułowej protagonistki tego w gruncie rzeczy prościutkiego thrillera, mnie osobiście odmawiającego satysfakcjonującej wędrówki po na pewno ciekawym wnętrzu Amelie. Obiecujący zarys, ale niedostatecznie zagospodarowany środek. Rozczarowująco pustawe, a w każdym razie w moich oczach irytująco mętne wnętrze (nie zawsze nadążałam za jej tokiem rozumowania). Fragmentaryczna przeszłość i ten jakże niepożądany dystans w umownej teraźniejszości. Pomimo usilnych starań nie potrafiłam zespolić się z tą postacią, bo wyglądało mi na to, że autorce bardziej zależało na dynamicznym i pewnie zaskakującym rozwoju akcji – u mnie obyło się jednak bez większych niespodzianek – aniżeli „powołaniu do życia” pełnokrwistych, niepapierowych postaci. Pośpiech z reguły nie sprzyja staremu, dobremu budowaniu napięcia, coś tam popróbować zawsze jednak można. I pani Paris, owszem, próbowała, ale na mnie te zabiegi jakoś nie za bardzo chciały działać. Intensywnych wrażeń niniejsza lektura mi nie dostarczyła, ale też nie jestem pewna, czy taki był cel autorki. Może „Uwięziona” miała być li wyłącznie małą przekąską, czystą rozrywką dla miłośników gatunku, pragnących odskoczni od „traumatycznych”, odważniejszych opowieści. Od mroczniejszych klimatów. Utworów mniej ugodowych, nieobchodzących się tak łagodnie z drogimi czytelnikami.

Szybki thriller od jednego z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych brytyjskich piór, przynajmniej na tym konkretnym obszarze gatunkowym. Od powieściopisarki publikującej pod pseudonimem B.A. Paris, która od 2016 roku konsekwentnie podbija niezliczone serca czytelników z różnych zakątków świata. Kariera w tempie „Uwięzionej”. No dobrze, może aż tak w tym świecie przedstawionym się pani Paris nie rozpędziła, ale jeśli już miałabym komuś polecić tę pozycję, to prędzej szukającym lekkiego thrillera w sensacyjnych sosie, aniżeli osobom akurat łaknącym czegoś jeśli już nie cięższego, to przynajmniej bardziej skoncentrowanego na postaciach, na warstwie stricte psychologicznej.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/