czwartek, 16 stycznia 2025
Zakupy
środa, 15 stycznia 2025
Tehlor Kay Mejia „Wednesday. Adaptacja Sezonu 1”

Okładka książki. „Wednesday. Adaptacji Sezonu 1”, Wydawnictwo Young 2024, adaptacja
Książka napisana z perspektywy Wednesday Addams w interpretacji Alfreda Gougha, Milesa Millara, Jenny Ortegi i Tima Burtona, producenta wykonawczego i reżysera paru odcinków niekwestionowanego hitu, który dekady temu odrzucił propozycję pokierowania zespołem kompletowanym na potrzeby pełnometrażowego filmu fabularnego opartego na gotyckim sitcomie Davida Levy z lat 1964-1966 pt. „The Addams Family” (pol. „Rodzina Addamsów”). Ostatecznie wyreżyserowanego przez debiutującego Barry'ego Sonnenfelda kultowego filmu dark fantasy and comedy wydanego w 1991 roku. Później Tim Burton zaangażował się w Addamsowy projekt Illumination Entertainment, anulowany w 2013 roku, podobno z powodu niezgodności wizji: studio upierało się przy animacji komputerowej, a Burton wolał animację poklatkową. Parę lat później, poważnie myślący o przejściu na emeryturę twórca filmowego wampira energetycznego (tj. wysysacza kreatywności), „Dumbo” (2019), otrzymał „ofertę nie do odrzucenia” od świeżych nabywców praw do własności intelektualnej Charlesa Samuela Addamsa, Milesa Millara i Alfreda Gougha, którzy planowali serial skupiony na sadystycznej(?) córce Morticii i Gomeza Addamsów. Zależało im na powrocie do dziedzictwa oryginalnej postaci Gomeza, ale gdy udało im się znaleźć idealną odtwórczynię Wednesday – amerykańską aktorkę z korzeniami meksykańskimi i portorykańskimi – napotkali opór. Po pierwszej rozmowie z Jenną Ortegą, Miles Millar miał stwierdzić, że „nikt inny na tej planecie nie nadaje się lepiej” do odegrania postaci charakterem plasującej się gdzieś pomiędzy Wednesday w wykonaniu małej Lisy Loring i mroczniejszej kreacji Christiny Ricci (w „Wednesday” obsadzonej w innej roli). Opór Ortegi przełamał Tim Burton... i świat oszalał na punkcie gotyckiego „urwisa z warkoczykami” osadzonego w akademii dziwolągów – w tym uniwersum to Alma Mater Edgara Allana Poego, fikcyjna uczelnia nazwana na cześć jego słynnego poematu z 1845 roku pt. „The Raven” (pol. „Kruk”) lub świadomie wykorzystana, opiewana w rzeczonym arcydziele. Dla głównej bohaterki (dynamicznej) i narratorki powieści opartej na scenariuszach Alfreda Gougha, Milesa Millara, Matta Lamberta, April Blair i Kayli Alpert, która swoją światową i polską premierę (Wydawnictwo Young; w przekładzie Kamila Bieleckiego) miała w roku 2024, kontynuacja edukacji w Akademii Nevermore jest surowszą karą od standardowego więzienia, odbiera to bowiem jako kolejną przegraną bitwę w „wiecznej” wojnie z własną matką, prawdopodobnie jedyną osobą na tym okropnym świecie, której nigdy nie ogra. I ta świadomość doprowadza ją do szału. Co gorsza Morticia dobrze to wie. Choć Wednesday do perfekcji opanowała sztukę ukrywania emocji, przeklęta rodzicielka zawsze czyta w niej jak w otwartej księdze. Wbrew obiegowej opinii, w odbiorze Wednesday bynajmniej złośliwym plotkom o analfabetyzmie emocjonalnym, umowna sprawozdawczyni wydarzeń w miasteczku Jericho, założonym w 1625 roku przez po dziś dzień skandalicznie hołubionego pielgrzyma Josepha Crackstone'a, nie jest wyzuta z uczuć. Właściwie mamy tutaj nieklasyczną - arcyciekawą - relację ambiwalentną, toksyczną i wzmacniającą, czy jak kto woli z wpływem nieakceptowanym przez społeczeństwo i imponującym społeczeństwu. Rzekomo połączonemu społeczeństwu „normalnych” i „dziwolągów”, odstawiających w Jericho szopkę, obok której protagonistka „Wednesday. Adaptacji Sezonu 1” (oryg. „Wednesday: A Novelization of Season One”) Tehlor Kay Mejii nie potrafi i nie chce zaakceptować. Najważniejsze dla niej są prawda i sprawiedliwość, a podejście do historii w tym mdląco malowniczym zakątku stanu Vermont nader brzydko pachnie tak zwaną poprawnością polityczną. Skoro już przy tym jesteśmy pozwolę sobie zauważyć, że firma Netflix złamała swą świętą regułę, wpuszczając na swoją grzeczną platformę streamingową tak niegrzeczny. tj. niepoprawny politycznie serial jak „Wednesday”. Panna Addams nie mówi tego wprost, ale między wierszami łatwo wyczytać, że podobnie jak jej kreatorka w pierwowzorze omawianej powieści, Jenna Ortega, nie jest zachwycona kierunkiem w jakim to (poprawność polityczna) poszło i nadal idzie. Na przykład zakłamywanie historii i wydarzeń bieżących.

Materiał promocyjny. „Wednesday:
A Novelization of Season One”, Random House Books for Young Readers 2024. Źródło: https://www.amazon.com/
„Wednesday. Adaptacja Sezonu 1” Tehlor Kay Mejii wiedzy o świecie idolki dzieci i młodzieży - i zmory ich rodziców;) - nie rozbuduje, większych emocji od oryginału też raczej nie dostarczy, ale zawsze to jakieś urozmaicenie w niekończącym się powtarzaniu materiału. Po co po raz setny oglądać, jak można po raz pierwszy przeczytać? Coś czuje, że ta pozycja pomoże w promocji czytelnictwa, nie jestem tylko pewna, czy instytucjom, które się tym zajmują zależy na takim doborze lektur dla zwykle niegarnących się do czytania książek. Ale ja namawiam młodszych i starszych miłośników serialu „Wednesday” do sprawdzenia opowieści o charyzmatycznej sadystce z silnie rozwiniętym instynktem opiekuńczym wobec bezbronnych ofiar prześladowań, w formie powieściowej. Natomiast zaciekawionym, ale bliżej niezaznajomionym z tym popkulturowym fenomenem, doradzałabym zacząć od serialu.
poniedziałek, 13 stycznia 2025
„Kukułka” (2024)

Plakat filmu. „Cuckoo” 2024, Neon, Waypoint Entertainment, Fiction Park
Horror zbierający głównie pozytywne recenzje od krytyków i długoletnich fanów gatunku, którego (póki co?) „trzeba” nazywać porażką finansową. Stowarzyszenie cenzorów, czy jak kto woli strażników moralności publicznej, Motion Picture Association (MPA), przyznało „Kukułce” Tilmana Singera, kategorię wiekową R, ale reżyser i scenarzysta tego stylowego dziełka głośno liczy na przyciągnięcie młodszych nastolatków. Chciałby, żeby historia zdesperowanej dziewczyny, uwięzionej w złowrogim ośrodku wypoczynkowym w Alpach Bawarskich, była dla współczesnej młodzieży tym, czym dla Singera byli „Komornicy” Alexa Coxa i „Zagubiona autostrada” Davida Lyncha – wzbogacającym doświadczeniem nielegalnym, przełomowym odkryciem sztuki dziwnej, niesamowitej, silnie uzależniającej. Otwarciem na nowe doznania, „naćpaniem się” zakazanym owocem. Tilman Singer zauważył, że „Kukułka” jest kojarzona ze „Lśnieniem” nieżyjącego już Stanleya Kubricka i „Dziedzictwem. Hereditary” Ariego Astera, z tych dwóch ucieszyły go jednak tylko porównania do kultowej adaptacji powieści Stephena Kinga o trzyosobowej rodzinie Torrance'ów zimującej w przeklętym Overlook Hotel w Górach Skalistych. Reżyser „Kukułki” nie ukrywa, że „Lśnienie” Stanleya Kubricka – w przeciwieństwie do pierwszego długometrażowego osiągnięcia Ariego Astera – wywarło silny wpływ na życie siedemnastoletniej Gretchen w ekstremalnie niewygodnym kurorcie górskim Herr Königa. Momentem zwrotnym prawdopodobnie było znalezienie sali, która uruchomiła lawinę wspomnień z hotelu Overlook – staromodne miejsce, jakby żywcem wyjęte z legendarnego horroru Kubricka, które z łatwością zostało przekształcone w recepcję ośrodka wczasowego w Alpach Bawarskich. „Lśnieniu” dzieło Tilmana Singera w jakimś stopniu zawdzięcza też swój hiperrealistyczny wygląd, uderzająco kontrastujący z substancją lynchowską z premedytacją wyemitowaną do atmosfery panującej w nowym miejscu zamieszkania nieskonsolidowanej amerykańskiej rodziny. Główna bohaterka „Kukułki”, nastoletnia melomanka wymiatająca na gitarze i niewyobrażająca sobie innej przyszłości niż działalność w zespole rockowym, przygnębiona dziewczyna, w którą w doskonałym stylu wcieliła się Hunter Schafer (m.in. „Igrzyska śmierci: Ballada ptaków i węży” Francisa Lawrence'a), czuje się jak piąte koło u wozu, intruzka w życiu swego biologicznego ojca Luisa (Marton Csokas; m.in. „Morderca ze wschodu” Davida Grieco, „Dom snów” Jima Sheridana, „Głosy ze ściany” Erica D. Howella), od paru lat będącego w związku małżeńskim z kobietą imieniem Beth (Jessica Henwick; m.in. „Głębia strachu” Williama Eubanka, „The Royal Hotel” Kitty Green), którego owocem jest Alma (świetna Mila Lieu), niema dziewczynka, która podobno pożarła swoją bliźniaczkę - właściwie zespół znikającego bliźniaka/płodu - zapatrzona w nieakceptującą jej przyrodnią siostrę. Taki sam albo jeszcze gorszy (jak w „Nieproszonych gościach” Charlesa i Thomasa Guardów? To się okaże) stosunek Gretchen ma do swojej macochy, również niewykazującej chęci do zbudowania lepszej relacji z pierworodną jej życiowego wybranka, z którym Beth ma pracować przy budowie nowego kurortu śliskiego pana Königa (diablo zajmujący występ Dana Stevensa; m.in. „Gość” Adama Wingarda, „Krocząc wśród cieni” Scotta Franka, „Apostoł” Garetha Evansa, „Lokum” Dave'a Franco, „Abigail” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta). Niemieckiego hotelarza z drewnianym fletem.

Materiał promocyjny. „Cuckoo” 2024, Neon, Waypoint Entertainment, Fiction Park
Taka tam mała wielka rzecz niemiecko-amerykańska. Bazujący na tajemnicy, sensoryczny retro horror Tilmana Singera. Frapująca opowieść o lęku egzystencjalnym utrzymana w atmosferze niesamowitości. Niekonwencjonalny utwór kapitalnie anachroniczny, porządnie nakarmiony przez ubiegłowieczne kino surrealistyczne i suspensywne, przez filmowe eksperymenty psychologiczne, cielesne i nadnaturalne. Arcydziełem „Kukułki” bym nie nazwała, czegoś zabrakło w tym (zanadto kontrolowanym) szaleństwie, ale polecać będę. Poszukiwaczom małych skarbów: nieszablonowych wizji autorskich.
sobota, 11 stycznia 2025
„The Man in the White Van” (2023)

Plakat filmu. „The
Man in the White Van” 2023, Legion M, Brooksville Project, Garrison Film Company
„The Man in the White Van” to pierwszy pełnometrażowy film fabularny Warrena Skeelsa, który powstał w oparciu o autentyczną historię bezpośrednio przekazaną przez niedoszłą ofiarę śmiertelną amerykańskiego seryjnego mordercy działającego w latach 1975-1980, powszechnie dostępne informacje o zbrodniczej działalności Billy'ego Mansfielda Jr., wspomnienia jednego z policjantów swego czasu pracujących nad tą sprawą i detektywów z hrabstwa Hernando zajmujących się starymi, nierozwiązanymi zagadkami kryminalnymi, bo w biografii architekta Domu Grozy w Spring Hill wciąż jest wiele niedopiętych wątków. Śledczy nie wykluczają, że Mansfield jest odpowiedzialny także za parę innych zabójstwo z lat 70. XX wieku. Scenariusz „The Man in the White Van” Warren Skeels napisał razem z Sharon Y. Cobb, dodatkową inspirację czerpiąc choćby z takich kultowych pozycji, jak „Okno na podwórze” i „Psychoza” Alfreda Hitchcocka, „Pojedynek na szosie” i „Szczęki” Stevena Spielberga, „Halloween” Johna Carpentera oraz „Christine” Stephena Kinga. Produkcja miała miejsce głównie w Shreveport w stanie Luizjana i okolicach – dom pięcioosobowej rodziny Williamsów znaleziono we wsi Belcher, leżącej na północ od Shreveport. Mniej więcej jedną czwartą filmu nakręcono na Florydzie, gdzie skompletowano część zespołu. Światowa premiera „The Man in the White Van” odbyła się w październiku 2023 roku na Newport Beach Film Festival, ale szeroka dystrybucja ruszyła dopiero w grudniu 2024 w Stanach Zjednoczonych. Pod koniec XIX i na początku XX wieku miejscowość Brooksville na Florydzie było uważane za jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w Stanach Zjednoczonych dla osób czarnoskórych (jeden z najwyższych wskaźników przemocy na tle rasowym). Duży wzrost emigracji z tego miasta nastąpił jednak dopiero w latach 20. XX wieku, co miało ścisły związek z ponownym wzrostem aktywności Ku Klux Klanu na tym obszarze. W 1948 roku w Brooksville zaczęła się (instytucjonalna segregacja rasowa) jedna z ulubionych operacji polityków, zawsze modna „zabawa w strefy wolne od...”, która trwała do końca lat 60. XX wieku. William Mansfield Jr. sterroryzował hrabstwo Hernando w okresie względnego spokoju. W każdym razie w 1975 roku tylko dzieciak z wybujałą wyobraźnią mógł pomyśleć, że w tym idyllicznym zakątku czai się jakiś skrajnie niebezpieczny osobnik. Warrenowi Skeelsowi i Sharon Y. Cobb od początku zależało na tym, by scenariusz „The Man in the White Van” w przeważającej części podążał za nastoletnią protagonistką, jawnie obserwowaną przez tytułowy czarny charakter. Licealistką ze skłonnością do wymyślania niestworzonych historii, w najbliższych kręgach podejrzewaną o nadmierną potrzebę zwracania na siebie uwagi, trochę chłopczycę, która w głębi ducha chciałaby być bardziej podobna do swojej starszej siostry. Annie Williams (charyzmatyczna kreacja Madison Wolfe, znanej choćby z „Diabelskiego nasienia” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta, „Obecności 2” i „Wcielenia” Jamesa Wana aktorki pochodzącej z Luizjany) czuje się pomijana przez rodziców, rozpieszczających jej młodszego brata i rozpływających w zachwytach nad sukcesami pierworodnej. Syndrom/kompleks środkowego dziecka? Tak czy inaczej, Annie dorasta w cieniu rodzeństwa i choć nie ma problemu z zainteresowaniem w domu okazywanym Danielowi (przekonujący występ Gavina Warrena, którego fani kina grozy mogli już widzieć w „Przeklętej wodzie” Bryce'a McGuire'a), wręcz chętnie pomagającej rodzicom w opiece nad ich najmłodszą latoroślą, do szału doprowadza ją niekończąca się litania pochwał pod adresem Margaret (doskonałe wcielenie Brec Bassinger; m.in. „Podwodna pułapka 2: Labirynt śmierci” Johannesa Robertsa).

Plakat filmu. „The
Man in the White Van” 2023, Legion M, Brooksville Project, Garrison Film Company
To uczucie, kiedy w zalewie nijakich filmowych thrillerów człowiek przypadkiem znajduje dziełko z charakterem... Taką perełkę jak „The Man in the White Van” debiutującego w długometrażowym kinie fabularnym Warrena Skeelsa, dobrze wyedukowanego na twórczości mistrza suspensu. Porywająca prostota fabularna, wyraziste postacie, magnetycznie złowieszcza atmosfera. Dramaturgia konsekwentnie budowana. Więcej takich dreszczowców poproszę.
czwartek, 9 stycznia 2025
Robert McCammon „Bagno”

Okładka książki. „Bagno”, Vesper 2024
Najpierw nie chcieli „Boy's Life”, a później zażyczyli sobie „Boy's Life 2”. „Bogowie” okrutnie się pomylili, a „zwykły” śmiertelnik od początku miał rację. Sukces mimo znikomej promocji - arcydzieła Roberta McCammona z 1991 roku, pierwszego wydania jednej z jego najważniejszych powieści, laureatki Bram Stoker Award i World Fantasy Award. Sukces, który stał się zarzewiem zupełnie nowej śpiewki w literackiej karierze McCammona. Od jego debiutu w 1978 roku, powieści grozy pt. „Baal”, wydawcy i redaktorzy zwykle zaczynali „koncert życzeń” od horroru. Umowa z Pocket Books zobowiązywała autora zdumiewająco (dla Pocket Books) dobrze przyjętej, dochodowej powieści do przekazania jeszcze jednego niekrótkiego utworu. Namawiali McCammona do kucia żelaza, póki gorące – chcieli tomu drugiego„Boy's Life”, ale w tamtym czasie autor między innymi genialnych „Swan Song” (pol. „Łabędzi śpiew”) i „Usher's Passing” (oryg. „Dziedzictwo Usherów”), nie miał za grosz zaufania do sequeli; nie zamierzał tracić czasu na tworzenie czegoś, co najpewniej zostanie uznane za niedorównujące oryginałowi. Poza tym miał już pomysł na książkę – coś zupełnie innego od „Boy's Life”. A gdy przedstawił go ludziom z Pocket Books, usłyszał: „Nie, możesz zrobić tylko jedną rzecz [„Boy's Life 2”]. Nie chcemy, żebyś robił coś innego”. Chyba że powieść grozy. I tak wrócono do starej śpiewki: „Dlaczego nie robisz horrorów? To dzięki nim wyrobiłeś sobie nazwisko!”. I miarka się przebrała. Robert McCammon miał serdecznie dość spełniania oczekiwań innych – skoro nie pozwalano mu iść własną drogą, rozwijać się jako pisarz, to nie będzie już pisarzem. W pierwszym zdaniu datowanej na czerwiec 2008 roku przedmowy do „Gone South” (pol. „Bagno”), powieści pierwotnie wydanej w 1992 roku, McCammon uprzedza, że ten utwór „zrodził się z czarnej rozpaczy”. Ostatnia publikacja wpędzonego w depresję wszechstronnego (gatunkowo) literata przed pozorną dziesięcioletnią przerwą w spełnianiu swego powołania. Tak naprawdę Robert McCammon wykorzystał ten czas na „podróż duchową”, przemianę, którą przypieczętował długą historią rozgrywającą się w XVII wieku, pierwotnie wydaną w 2002 roku pod nazwą „Speak the Nightbird” (pol. „Zew nocnego ptaka”) pierwszą częścią serii z Matthew Corbettem, ale pisaną z myślą o samodzielnej powieści. Polska premiera gehenny Dana Lamberta, cieśli z Luizjany, nastąpiła dopiero w 2024 roku, ale zniecierpliwionych fanów twórczości pana McCammona tak cudowna edycja, godna talentu Wielkiego Literata z Alabamy, powinna ugłaskać. Kolejne dzieło sztuki oficyny Vesper – twarda oprawa (olśniewająca kolorystyka na zewnątrz; wewnątrz większe - rozciągnięcie na pierwszą i ostatnią stronę - ilustracje czarno-białe), jak zawsze, imponująco zaopiekowana przez Macieja Kamudę (projekt okładki); staranne tłumaczenie Macieja Grabskiego i Marii Grabskiej-Ryńskiej.

Okładka książki. „Gone South”, Gallery Books 2008
Depresyjna historia Roberta McCammona. Niepermanentnie mroczna, ale nie poleciłabym rozglądającym się za lekturą na poprawę nastroju. „Bagno” to powieść wykuta w ogniu psychicznej męki i to się czuje. Książka ociekająca pesymizmem, chmurna, gniewna, ale wbrew pozorom nieplanująca utopić czytelnika w cuchnącym bayou. Ekscytująca na swój wyjątkowy sposób. Żywiołowy ponurak. Nie byle co.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu
wtorek, 7 stycznia 2025
„Azrael” (2024)

Plakat filmu. „Azrael” 2024, C2 Motion Picture Group, Homeless Bob Production, Traffic.
Film prawie niemy producentów uwolnionego w tym samym roku głośnego „Kodu zła” Osgooda Perkinsa, z których jeden, Dan Kagan, odegrał kluczową rolę w znalezieniu reżysera dla nader wymownie zatytułowanej opowieści Simona Barretta, czołowego producenta survival horroru porównywanego do „Cichego miejsca” Johna Krasinskiego. Zdjęcia główne do „Azrael” ruszyły w październiku 2022 roku na półwyspie Pärispea w Harju maakond (Harjumaa, Harju County) w Estonii, a ekipę techniczną w większości skompletowano na miejscu – paru rodowitych Estończyków dołączyło też do obsady aktorskiej. W 2023 roku produkt został zaprezentowany na European Film Market, corocznym spotkaniu branżowym organizowanym na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie, z nadzieją na znalezienie dystrybutora. A parę tygodni później opinia publiczna została poinformowana o nabyciu prawa do dystrybucji „Azrael” E.L. Katza na terenie Ameryki Północnej przez firmę Republic Pictures. W marcu 2024 roku film pokazał się na South by Southwest w Teksasie, niecały miesiąc później na Overlook Film Festival w Luizjanie, a to był zaledwie początek festiwalowego tournée „Azrael”. W lipcu 2024 roku amerykańskie marki IFC Films i Shudder odkupiły od Republic Pictures uprawnienia do dystrybucji postapokaliptycznego (hipotetycznie) horroru z Samarą Weaving – we wrześniu 2024 wprowadzili go do wybranych amerykańskich kin, a mniej więcej miesiąc później film został udostępniony w internecie, na platformie streamingowej Shudder. Opowieść, którą samemu trzeba sobie wymyślić:) Reżyser miał swoją mitologię, scenarzysta swoją, a odtwórczyni roli głównej swoją. Złośliwi będą upierać się przy braku pomysłu na rozwinięcie motywów podsuniętych przez Morfeusza, przerzucaniu obecnie najtrudniejszego zadania na publiczność. A przynajmniej ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dla wielu współczesnych filmowców największym wyzwaniem jest obmyślanie najprostszych fabuł, powielanie korzystnych schematów, nie mówiąc już o pobudzaniu kreatywności. Doszliśmy do punktu, w którym kino gatunkowe nazbyt mocno ogranicza wyobraźnia twórców? Tak czy owak, takie propozycje jak „Azrael” nie nastrajają mnie optymistycznie. To już wolę remaki, rebooty, sequele, prequele, requele, spin-offy i inne „odgrzewane kotlety”. Celowo pominęłam adaptacje i ekranizacje utworów literackich, bo niezanikająca wyobraźnia w środowisku powieściopisarskim według mnie jest najlepszym „lekarstwem na epidemię braku weny” od lat szerzącą się w przemyśle filmowym. Zazwyczaj cieszy mnie pozostawianie miejsca na interpretację odbiorców, ale „pisanie” niemal całej historii to już lekka przesada. „Azrael” E.L. Katza wymagała stworzenia uniwersum prawie od podstaw – tak to odczuwałam, gdy już porzuciłam wszelką nadzieję na skonkretyzowanie tego świata podobno postapokaliptycznego. Tego dowiadujemy się z pierwszej planszy tekstowej (niestety nie w stylu retro) i jeszcze tego, że mowa została uznana za grzech. Rzeczone plansze można nazwać największym ustępstwem na rzecz komunikacji werbalnej, ale niejedynym. Komunikację pisemną po przeszło trzydziestu minutach łażenia po lesie jednorazowo wesprze komunikacja ustna (jak w cudownym body horrorze „Thanatomorphose” w reżyserii i na podstawie scenariusza Érica Falardeau, ale na tym kończą się podobieństwa między tymi pozycjami). Monolog w Esperanto.

Materiał promocyjny. „Azrael” 2024, C2 Motion Picture Group, Homeless Bob Production, Traffic.
Ciche miejsce z hipnotyczną dziurą w ścianie. Tajemnicze stworzenia żywiące się ludzkim mięsem. Uzbrojeni sekciarze i ścigana przezeń kobieta, która za nic się nie podda. Spokojnie dałoby się złożyć z tego jakąś historię; coś więcej od leśnych bitew i morderczych pogoni. „Azrael” E.L. Katza może się okazać lepszą opcją dla fanów kina akcji niż horroru. Nie poleciłabym nawet największym entuzjastom (umiarkowanie) krwawych survivali, mimo silnego przeczucia, że w tej grupie znajdzie się paru zachwyconych (nie)proroczą wizją przyszłości Simona Barretta.
niedziela, 5 stycznia 2025
„Cichy krzyk” (1979)

Plakat filmu. „Silent Hill” 1979, Denny Harris
„Cichy krzyk” Denny'ego Harrisa zapisał się w historii jako jeden z najbardziej dochodowych niezależnych horrorów lat 70. XX wieku. W listopadzie 1979 roku American Cinema Productions, hollywoodzka firma założona w 1975 roku, która sześć lat później ogłosiła upadłość, wprowadziła to dziełko do wybranych amerykańskich kin, a wysoka frekwencja zachęciła do wznowienia i rozszerzenia dystrybucji kinowej na terenie Stanów Zjednoczonych, co nastąpiło już w styczniu 1980 (w drugiej połowie roku wystartowała dystrybucja na arenie międzynarodowej). Budżet produkcji oszacowano na sześćset tysięcy dolarów, a wpływy z biletów miały wynieść niecałe osiem milionów dolarów. W premierowo wyemitowanym w 1980 roku odcinku specjalnym „Sneak Previews” (1975-1996), film review show Rogera Eberta i Gene'a Siskela, „Cichy krzyk” posłużył jako argument w krytycznym wywodzie na temat trendu, według gospodarzy rzeczonego programu, zapoczątkowanego przez „Halloween” Johna Carpentera (i Debry Hill). Dwa fragmenty jedynego filmu Denny'ego Harrisa – szukanie niedrogiego pokoju do wynajęcia i nieuchronne zbliżanie się do śmierci (a przynajmniej tak to zostało przedstawione w tym amerykańskim programie telewizyjnym) przez „agresywną kobietę” - miały wykazać, że w tych paskudnych filmach (slasherach) nawet najzaradniejsza, najwytrwalsza protagonistka koniec końców zostawia widzów z przekonaniem, że nie powinna samodzielnie podejmować decyzji, bo gdy tylko zacznie, jak to ujął pan Ebert, „można prawie się założyć, że zapłaci za to swoim życiem, i to okropnie”. Wydaje się, że łatkę kalki „Halloween” Johna Carpentera „Cichemu krzykowi” Denny'ego Harrisa przylepili pierwsi profesjonalni recenzenci (niektórzy krytycy filmowi), ale na ten trop mogli naprowadzić ich dystrybutorzy lub sami twórcy „Cichego krzyku”. Nadal mówi się, że pierwszy film z Michaelem Myersem, seryjnym mordercą z fikcyjnego miasteczka Haddonfield w stanie Illinois był główną inspiracją dla autorów opowieść o przeklętym pensjonacie w Kalifornii. „Halloween” Johna Carpentera uwolniono w październiku 1978 roku, a produkcja „Cichego krzyku” Denny'ego Harrisa (po zmianie scenariusza) ruszyła w pierwszym kwartale tego samego roku, więc... Może „Cichy krzyk” nakręcono po raz trzeci po premierze „Halloween”? Albo opinia publiczna nie poznała prawdziwej daty realizacji scenariusza Jima i Kena Wheatów oraz Wallace'a C. Bennetta. Albo ktoś coś podsłuchał przed rozpoczęciem zdjęć do „Halloween”, które - gwoli przypomnienia - odbyły się w maju 1978. Jak widać różnie można to sobie tłumaczyć, o ile dostrzega się wielkie podobieństwa między slasherem Johna Carpentera i slasherem Denny'ego Harrisa.

Kadr z filmu. „The Silent Hill” 1979, Denny Harris
W swoim czasie popularny, obecnie mało znany operatywny niskobudżetowiec działający na styku slashera i dreszczowca. Klimatyczna perełka wyrosła z nieskutecznej fantazji swego reżysera, producenta telewizyjnego Denny'ego Harrisa. Skutecznie przerobiona opowieść o nieprzytulnym pensjonacie. „Cichy krzyk” nie jest filmem doskonałym, ale w żadnym razie nie zasłużył sobie na odejście w zapomnienie. Tak uważam, dlatego nieśmiało apeluję o odkurzanie tego nastrojowego dziełka.


