Stronki na blogu

wtorek, 14 lutego 2023

„Skinamarink” (2022)

 

Rok 1995. Czteroletni Kevin doznaje niegroźnych obrażeń w domu, a jego sześcioletnia siostra Kaylee informuje ojca, że do wypadku doszło, gdy chłopiec lunatykował. Niedługo potem, po przebudzeniu, dzieci odkrywają, że wszystkie okna, drzwi wejściowe i muszla klozetowa w ich domu zniknęły. Na domiar złego nie mogą znaleźć rodziców. Wygląda na to, że są kompletnie sami w szczelnie zamkniętym budynku, ale to przekonanie nie towarzyszy im długo, ponieważ od czasu do czasu coś do nich przemawia. Jakaś tajemnicza obecność, która najwyraźniej potrafi sprawić, że różne przedmioty znikają i z jakiegoś sobie tylko znanego powodu stara się popchnąć rodzeństwo do potwornych czynów.

Zrealizowany za zaledwie piętnaście tysięcy dolarów kanadyjskich eksperymentalny horror debiutującego w pełnym metrażu Kyle'a Edwarda Balla, oparty na jego własnym scenariuszu. Swego rodzaju trampoliną dla „Skinamarink” (tytuł od dziecięcej piosenki) był niespełna półgodzinny filmik Balla zatytułowany „Heck”, który światło dzienne ujrzał w roku 2020, a na oba obrazy największy wpływ miał „bank koszmarów filmowca” - kanał na YouTube, w którym publikował wizualizacje (shorty) złych snów wybranych internautów, komentatorów w tej jego wirtualnej niszy. Inspiracje czerpał też z twórczości między innymi takich artystów i artystek, jak David Lynch, Stanley Kubrick, Chantal Akerman, Maya Deren i Stan Brakhage. Co nieco podejrzał też w „Wavelength”, awangardowym kanadyjskim filmie krótkometrażowym z 1967 roku w reżyserii Michaela Snowa oraz w „Czarnych świętach”, kultowym slasherze z 1974 roku wyreżyserowanym i wyprodukowanym przez Boba Clarka. Zdjęcia do „Skinamarink” powstawały w domu rodzinnym Kyle'a Edwarda Balla w Edmonton w Kanadzie, a większość sprzętu wypożyczono od kanadyjskiej organizacji filmowej Film and Video Arts Society (FAVA). Pierwszy pokaz „Skinamarink” odbył się na Fantasia International Film Festival w Montrealu w lipcu 2022 roku, a do wybranych amerykańskich i kanadyjskich kin film trafił w styczniu 2023 roku. Na początku lutego został udostępniony na platformie Shudder. Wcześniej „wyciekła” piracka wersja, która podbiła między innymi TikToka.

Horror, który drastycznie podzielił publiczność. Obóz miłość i obóz nienawiści. Jak zawsze są i „stojący w rozkroku”, ale ich głosy, przynajmniej na razie, gubią się w zaledwie zdecydowanych opinii. Przekrzykujących się chórów, co swoją drogą niejednemu miłośnikowi gatunku przypomniało reakcje na „Blair Witch Project” Daniela Myricka i Eduardo Sánchez. Ja nie jestem tutaj wyjątkiem – jakoś tak czuję w kościach, że „Skinamarink” Kyle'a Edwarda Balla „będzie przechowywany na tej samej, niekurzącej się półce w archiwum horroru”, co pierwsza opowieść o wiedźmie z Blair. I pisze to osoba, która prawie dosłownie przemęczyła ten aż stuminutowy seans. Prawie, bo w tym grubaśnym katalogu wnętrz znalazłam jakieś pojedyncze stronice z ciekawszymi widoczkami. Ciekawszymi od ścian, podłóg, sufitów, zabawek i innych zwyczajnych przedmiotów. Nadszarpniętych zębem czasu, ale w wielu gospodarstwach domowych przechowanych po dziś dzień. Z sentymentu, ze zwykłej ludzkiej potrzeby utrwalania przyjemnych wspomnień, swoistego spisywania historii rodzinnej także z myślą o potomnych. Tak czy owak, matka pomysłodawcy „Skinamarink” zachowała sporo przedmiotów z czasów jego dzieciństwa, które przysłużyły się jego przedsięwzięciu: wykorzystano je w charakterze rekwizytów. Akcja „Skinamarink” toczy się w latach 90. XX wieku, ale Ball, poniekąd wbrew logice, wystylizował ów obraz na powstały dwie dekady wcześniej. Myślał nad tym, jak połączyć te dwa niezbyt pasujące do sobie pragnienia, dopasować koszmar z półmetka ostatniego dziesięciolecia poprzedniego wieku do realizacji rodem z lat 70., aż w końcu powiedział sobie: nie obchodzi mnie to. Jak ktoś będzie dopytywał o ten rozdźwięk, to powiem, że tak jest, bo tak chciałem. W ten sposób główny twórca „Skinamarink” dostarczył jakiejś części publiczności dodatkowych powodów do niepokoju. To w połączeniu z zaskakującą informacją ujawnioną w dalszej partii filmu, wzmocniło jakże pożądany w tym gatunku dyskomfort. Wzmogło wrażenie przybywania w Stefie Mroku, w krainie nigdzie i wszędzie, gdzie nie obowiązują znane nam, podobno niezbywalne prawa fizyki. Muszę przyznać, że zaintrygował mnie pomysł wyjściowy, który w gruncie rzeczy jest wspomnieniem Balla. Koszmar senny, który, jak później sobie uzmysłowił, był zmorą nie tylko jego dzieciństwa. Odkrył, że wiele osób ze swojej wczesnej młodości zapamiętało coś praktycznie identycznego. Upiorne sny o zniknięciu rodziców i utknięciu we własnym domu z potworem. Własnym, ale straszliwie obcym. A przynajmniej mali bohaterowie „Skinamarink” mają pełne prawo czuć się nawet nie tyle jak w obcym kraju, ile w równoległej rzeczywistości. A może to po prostu sen przynajmniej jednej z tych dziwnie spokojnych istot? Naprawdę wprost zdumiewający stoicyzm – ja na ich miejscu wrzeszczałabym wniebogłosy, a gdy to nie przyniosłoby rezultatu, to pewnie zwinęłabym się w kłębek w jakimś koncie i rozpaczała, aż do doszczętnej utraty zmysłów:) Tak byłoby teraz, ale w czasach krótkich, często okrutnie podziurawionych, a jeszcze częściej dokumentnie upapranych portek... Tak, nie powinnam patrzeć na Kevina i Kaylee dzisiejszym okiem, tylko dopuścić do głosu swoje młodsze ja. Jak je odgrzebać? Wydaje mi się, że to zadanie wziął na siebie Kyle Edward Ball. Przemawiał do maleńkich istot przykrytych niezliczonymi pledami życiowych doświadczeń. Okazja dla dorosłych, by znów poczuć się dzieckiem. Być jak ten Kevin nie sam w domu. W hermetycznym pudełku, w którym przyczaiła się jakaś złośliwa istota. Zagraconym, dusznym, szalenie mrocznym piętrowym domu, z którego „wyparowali” dorośli.

Lepiej pogapić się w ścianę, niż sięgać po to czy tamto filmidło. Pewnie spotkaliście się już z takimi stwierdzeniami zarówno w przekazach pisemnych, jak i ustnych. Kyle Edward Ball najwyraźniej wziął sobie do serca to wyrażenie, a złośliwi mogą nawet powiedzieć, że zrozumiał je opacznie, uroił sobie, że o takiej rozrywce marzą poszukiwacze mocnych wrażeń. Czego jak czego, ale oryginalności „Skinamarink” odmówić nie mogę. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek tak długo kontemplowała ściany, podłogi i sufity. Ba! Pewnie własnych czterech kątów nie poznałam tak dokładnie, jak rodzinnego domu Balla. Sztuka współczesna w pełnym rozkwicie. Analogowy horror - ekipa korzystała ze specjalnych nakładek na kamery cyfrowe, dające afekt filmowania na kamerach analogowych: taśma 16 mm, a niewykluczone, że jeszcze więcej czasu, energii i nerwów zjadła ścieżka audio: mozolna obróbka materiału w kierunku uzyskania tego charakterystycznego, przytłumionego i zgrzytliwego brzmienia, uważam, z niesłusznie minionej epoki VHS i przyznaję, że efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania – który przypuszczalnie najdonośniej przemówi do najbardziej artystycznych dusz. Koneserów Sztuki. Tak niewprawne oko, taki beznadziejny laik jak ja choćby poświęcił całe lata na wgapianie się w te cudownie ziarniste, bosko chropawe zdjęcia (bardziej retro już być nie mogło; moim zdaniem „Skinamarink” pod tym względem przebija nawet „Grindhouse: Death Proof” Quentina Tarantino i „Grindhouse: Planet Terror” Roberta Rodrigueza), nie dotrze do jądra tej opowieści. Nie wydobędzie całej oszałamiającej głębi z tego skrajnie minimalistycznego widowiska. Bądź co bądź, jednego z najbardziej klaustrofobicznych horrorów, jakie w całym swoim życiu obejrzałam. Ball nie ukrywa, że chciałby, żeby „Skinamarink” zapoczątkował kolejny renesans w gatunku, który w jego przekonaniu wciąż wymyśla się na nowo – jako przykłady takich ogromnych kamieni milowych w nowszej historii horroru wymienia choćby „Krzyk” Wesa Cravena, „Babadooka” Jennifer Kent i „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella. A biorąc pod uwagę „zamieszanie” jakie omawiany produkt wywołał, trzeba się liczyć z tym, że owo marzenie za moment zacznie się spełniać. Czyli że co? Więcej straszenia ścianami? I dywanami, i zabawkami, i starymi kreskówkami (Ball celowo wybrał starsze animacje - z domeny publicznej - zamiast na przykład „Króla Lwa”, którego sam nieskończoną ilość razy raczył się w dzieciństwie. Tak było! Wy, drodzy milusińscy, macie Elsę i Annę, a my, stare pryki, mieliśmy Simbę i Mufasę). Nie zapominajmy o tajemniczym głosie, diabelskich podszeptach w domu bez okien i drzwi zewnętrznych. Muszla klozetowa też wzięła i wyszła, ale to nie koniec magicznych sztuczek niewidzialnego potwora. Albo samiec, albo samica z męskim głosem. Piekielny dżentelmen, bezczelnie kradnący dzieciom zabawki! Czteroletni Kevin i sześcioletnia Kaylee (w tych rolach Lucas Paul i Dali Rose Tetreault, dobrze grający głosami, a gesty i mimika to... nie wiem, nie widziałam) starają się jakoś urządzić w tym onirycznym piekiełku. W miejscu skradzionego kibelka stawiają wiadra, a legowisko robią sobie w salonie. Sypialnia i bawialnia w jednym. Jakby instynktownie czuły, że to najbezpieczniejsze pomieszczenie w domu, a może po prostu zostają wprowadzeni w błąd przez najprawdopodobniej ulubioną rzecz pod tym wcześniej pewnie całkiem przytulnym dachem. Jak ćmy do ognia lecą do rzeczy martwej. Hipnotyczna moc telewizora, który potrafi dotrzymać towarzystwa nie tylko małoletnim. Oparcie w czymś znanym i lubianym. Najsolidniejsza (podstępna?) lina łącząca rodzeństwo ze „Skinamarink” z poprzedni życiem. Bezpowrotnie straconym? Poświata z telewizora (puk, puk, tu „Duch” Tobe'ego Hoopera) to główne źródło światła, ale Kevinowi i Kaylee, zwłaszcza Kaylee przydaje się też latarka. Tak czy inaczej, twórcy przytomnie poskąpili nam światła. A że obraz celowo rozmazany, nieostry, „podniszczony”, niemożebnie, przepięknie ziarnisty, to... Momentami widoczność spada do zera, co jest celowym zabiegiem filmowców, ale w pozostałych minutach też można porządnie oko zmęczyć. Oczy w ciemności, sufitowa makabra i ostatnie jakże sugestywne ujęcie (zabrzmi śmiesznie, ale z ręką na sercu mówię Wam, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy to pytanie nie jest aby skierowane do mnie; czy to się nie skończy jeśli nie odpowiem?), to właściwie jedyne krótsze punkty „tego programu”, które wywołały we mnie jakieś żywsze emocje. Z dłuższych pokazów, to już tylko akcja w sypialni rodziców, podana z perspektywy Kaylee (subiektywne filmowanie). Niecodzienny kontakt ze światem dorosłych, „jeden z wielu eksponatów w tym gabinecie osobliwości Balla”, ale dla mnie zdecydowanie najbardziej atrakcyjny. W nieubłaganym imadle napięcia. Nieznośnie powolna lustracja zagadkowo i eterycznie „zaludnionego” pomieszczenia. Gdy dziewczynka wreszcie odnalazła znane i zarazem potwornie nieznane twarze w jaskini potwora. Dodajmy, że bezprawnie zagarniętej. Hmm, może tak doskonale zadział na mnie tej wyjątek z debiutanckiego większego mechanizmu Kyle'a Edwarda Balla z tego prostego powodu, że jak kania dżdżu łaknęłam dłuższych wędrówek kamer. Krótkich w sumie też, bo wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało (nie liczyłam, więc maksymalnej pewności mieć nie mogę), że „Skinamarink” w większość składa się z nieruchomych kadrów. Pokaźna seria zdjęć pstrykanych na pozór bez żadnego ładu i składu. Pod różnymi dziwnymi kątami – w tym świecie amatorszczyzna, tandeta, bylejakość to wartości, o jakie wyraźnie zabiegano; kontrolowana, zaplanowana fuszerka, próba przekucia teoretycznych wad w zalety. Podejrzewam, że mój odbiór „Skinamarink” byłby dużo lepszy, gdyby mali więźniowie już niekoniecznie we własnym domu, dali mi się lepiej... nie, nie poznać - to byłoby zbyt wygórowane życzenie, a może nawet czysta zachłanność:) - tylko pokazać. Sam widok ich twarzy i całych sylwetek, zluzowanie tych subiektywnej gumki, mógłby zmniejszyć ten przeklęty, niemile widziany dystans między nami, a w konsekwencji wzmóc doznania także tuż przed ścianą czy jakąś inną podłogą. „Cube” Vincenzo Nataliego po kastracji? Nie, to jest wyższa szkoła jazdy. Nie żadna tania sieczka, tylko ultragłęboka i ultradługa zaduma nad...?

Za głupia jestem na „Skinamarink” Kyle'a Edwarda Balla. Przyznaję bez bicia. Nie rozumiem i co gorsza, nawet nie chcę zrozumieć. Taki ze mnie beznadziejny przypadek. Artystyczny troglodyta, który nie próbuje poszerzyć swoich żałośnie wąskich horyzontów. Niektórych rzeczy nie przeskoczysz, więc po co marnować energię? To nie jest sarkazm, tylko najszczersze wyznanie stworzenia wyjątkowo opornego na wiedzę. Ułomnej istoty, która porwała się z motyką na słońce. Morał z tego taki, że opłaca się mierzyć siły na zamiary – nie brać się za Wielką Sztukę, gdy jest się ignorantką w tej dziedzinie. Mądra Polka po szkodzie. Właściwie teraz to dopiero zgłupiała:)

niedziela, 12 lutego 2023

Carlos Augusto Casas „Ministerstwo Prawdy”

 

Madryt, rok 2030. Studentka dziennikarstwa Julia Romero rozpoczyna praktyki w czasopiśmie internetowym, gdzie poznaje dawnego kolegę swojego ojca, Alfredo Varonę. Po śmierci żony i publikacji serii niewygodnych dla władzy artykułów, kariera jednego z ostatnich prawdziwych dziennikarzy śledczych, Gabriela Romero, nieodwracalnie się załamała. Nieliczni wciąż pamiętają jego zasługi, ale w oczach mieszkającej z nim Julii, Gabriel jest bezrobotnym alkoholikiem i paranoikiem, który nawet nie próbuje stanąć na nogi. Nagła śmierć rodziciela zmusza Julię do przeprowadzenia własnego śledztwa w tej sprawie. Oficjalna wersja to samobójstwo, ostatecznie nieszczęśliwy wypadek, ale dziewczyna ma powody przypuszczać, że jej ojciec został zamordowany. Co gorsza, wszystko wskazuje na to, że to efekt jego działalności wymierzonej w Ministerstwo Prawdy, wszechmocną instytucję, która teraz bacznie przygląda się nieodrodnej córce nieprawomyślnego dziennikarza.

„Ministerstwo Prawdy” (oryg. „El ministerio de la verdad”), jak już sama nazwa wskazuje, jest hołdem dla arcydzieła literatury światowej, niestety wiecznie aktualnej dystopijnej powieści George'a Orwella pt. „Rok 1984” aka „1984”. Epicki pomnik postawiony przez Carlosa Augusto Casasa, hiszpańskiego pisarza i dziennikarza (pracował między innymi w takich stacjach telewizyjnych, jak Antena 3, TVE i Cuatro, ma też własną rubrykę w gazecie Público zatytułowaną „Oveja Negra”). Autora obsypanej nagrodami, pierwotnie wydanej w 2017 roku powieści „Ya no quedan junglas adonde regresar”, który w przeszłości imał się różnych prac – między innymi był dostawcą reklam i kontrolerem jakości w linii lotniczej. W swojej rodzimej Hiszpanii „Ministerstwo Prawdy” Casasa ukazało się w roku 2021 (światowa premiera), a pierwsza polska edycja weszła na rynek w roku 2023, z inicjatywy wydawnictwa Mova. Okładkę zaprojektował Tomasz Majewski, a z hiszpańskiego przełożyła Iwona Michałowska-Gabrych.

Dystopijny thriller osadzony w nieodległej przyszłości, niespecjalnie różniącej się od teraźniejszości. Po Wielkiej Pandemii niemal całe hiszpańskie społeczeństwo pogrążyło się w słodkim śnie na jawie. Realiach utkanych z pięknych kłamstw. Atrofia mózgu, ewolucja wsteczna, wysyp żywych trupów pod rzekomo opiekuńczymi skrzydłami „demokratycznie wybranego” rządu. Roboty Ministerstwa Prawdy, okrutnie zmanipulowany szary tłum radosnych niewolników. „Niemal pogardliwie obojętni na to, co spotyka innych. Prości i sterowalni niczym marionetki, którym się wydaje, że są wolne, bo postanowiły nie widzieć poruszających nimi sznurków”. Carlos Augusto Casas w „Ministerstwie Prawdy”, podobnie jak swego czasu George Orwell, jest głosem wołającym na puszczy. „Próżność i pozory. Wszyscy publikują w mediach społecznościowych te same bzdury. Jedni mają więcej kasy, inni mniej, ale wszyscy epatują fałszywym szczęściem jak w reklamie płatków śniadaniowych”. Prawda już powoli staje się przeżytkiem. Zabawne filmiki, ogłupiające aplikacje i gry, błahe sprawy sprzedawane jako wielkie afery, sensacyjne nagłówki i puste artykuły oraz instytucjonalne dyskredytowanie opornych. Bo kto kłamstwem wojuje... ten zwycięża. Ludzie ludziom zgotowali ten los. Wolność za bezpieczeństwo. Uczciwy układ, prawda? Człowiek stale inwigilowany, to człowiek bezpieczny. A jeśli ktoś zgłasza sprzeciw, to niezawodny znak, że ma coś do ukrycia. Nie tylko godzimy się na kolejne zakazy i nakazy, ale wręcz sami się o nie dopraszamy. Od równiejszych, bo jak przystało na ludzi rozumnych, akceptujemy „folwarczne status quo”. Uprzywilejowani, stojący ponad prawem to wielka cywilizacyjna zdobycz. Coś czego najwyraźniej warto bronić zacieklej niż niepodległości. Przelewać krew dla ukochanych polityków. Każda manifestacja antyrządowa wywołuje gniew prawomyślnej części społeczeństwa. Protestujący to wrogowie publiczni, zdrajcy narodu, bo naród to rząd. Kto atakuje demokratycznie wybranych przywódców, ten atakuje państwo. Główna bohaterka „Ministerstwa Prawdy” Carlosa Augusto Casasa, Julia Romero to typowa przedstawicielka dystopijnych realiów. Bohaterka dynamiczna, owieczka, która stopniowo przeobraża się w wilka. A przynajmniej powoli otwiera oczy na niewygodną prawdę. Umiera konformistka, rodzi się rewolucjonistka. W królestwie Wielkiego Brata. A może niejakiego Poety? Bezwzględnego likwidatora największych mącicieli, czyli ostatniego bastionu prawdy. Czwarta władza już jakiś czas temu została obalona – udało się zniszczyć tak zwane wolne media, ale niewielu zdaje sobie z tego sprawę. Zewsząd sączy się propaganda rządowa, niemal wszyscy hiszpańscy dziennikarze tańczą tak, jak zagra im Ministerstwo Prawdy, a ich czytelnicy i widzowie nawet nie mają ochoty weryfikować przekazywanych przez nich informacji. Protestują już tylko emeryci, praktycznie niewidzialni dla młodszych pokoleń uzależnionych od nowoczesnych gadżetów. Życie z nosem w smartfonie, najlepszym przyjacielu człowieka. Aplikatorze pięknych kłamstw. Pigułek szczęścia bezrefleksyjnie połykanych w zatrważających ilościach. Pokarm młodych bogów w niezauważalnych okowach potężniejszych istot, reżyserów tego spektaklu nazywanego życiem. Większości wydaje się, że są kowalami swojego losu, że posiadają coś takiego jak wolna wola, ale tak naprawdę wszystkie decyzje podejmują za nich Wielcy Architekci. Doskonali stratedzy, zimni manipulanci, którzy w zamkniętych gabinetach zaśmiewają się do rozpuku z naiwnych obywateli. W dobie internetu wbrew pozorom łatwiej podporządkować sobie społeczeństwo. Autor „Ministerstwa Prawdy” przekonuje, że postęp technologiczny bardziej pomaga, niż przeszkadza w budowaniu autokratycznych systemów. Prędzej wróg niż sprzymierzeniec demokracji?

„W całej swojej historii ludzkość nigdy nie była tak kontrolowana, tak uwarunkowana, tak zmanipulowana. Na dźwięk przychodzącej na komórkę wiadomości rzucamy wszystko, bo musimy natychmiast ją przeczytać. Jeśli nie potrafisz już odróżnić prawdy od kłamstwa, to znaczy, że kłamcy zwyciężyli. Żyjemy w świecie fikcji, w świecie papierowej wolności.”

Wielki Brat patrzy... na studentkę dziennikarstwa i świeżo przyjętą praktykantkę „Obserwatora Cyfrowego”, czasopisma internetowego, którego redaktorem naczelnym jest podręcznikowy oportunista. Ojciec dobrej koleżanki protagonistki „Ministerstwa Prawdy” - obie studiują na Uniwersytecie Madryckim, ale w różnych trybach. Lepsi i gorsi na uczelniach. Jasny podział na dwie klasy społeczne. Julia Romero jest w tej niższej, bo najzwyczajniej nie stać jej na uiszczanie comiesięcznych opłat, które z kolei dla rodziców jej najlepszej przyjaciółki nie są żadnym obciążeniem. Gdyby jej ojciec, swego czasu prawdziwa gwiazda dziennikarstwa śledczego, postąpił jak większość jego kolegów po fachu, to i jego jedynemu dziecko teraz żyłoby się łatwiej. Gabriel Romero wybrał drogę słuszną, a zatem mniej opłacalną. W tym ułomnym świecie twarde kręgosłupy moralne niezwykle rzadko są doceniane. Bardziej opłacalne jest sprzymierzanie się z diabłami. Gonienie za prawdą w królestwie kłamstw to prosta droga do grobu. Droga przez mękę. Z Gabriela zrobiono istnego pariasa, zepchnięto na margines społeczny. Paranoik wiecznie przyssany do butelki. Wygumkowany zasłużony dziennikarz, na którego nawet rodzona córka patrzy z pogardą. Bezrobotny pijaczek, którego Julia doceni dopiero po jego nagłej śmierci. Matka Julii zginęła w wypadku samochodowym, gdy ta pierwsza była jeszcze dzieckiem. W duchu dziewczyna zawsze żałowała, że łaska Opatrzności wtedy spadła na jej ojca. Z czasem bowiem nabrała właściwie niczym niepopartego przeświadczenia, że lepiej dla niej byłoby, gdyby to ojciec zginął w tamtym wypadku. Może i nie zdążyła dobrze poznać swojej matki, ale za to zdążyła nabrać przekonania, że lepiej sprawdziłaby się w roli rodzica. Życie z Gabrielem mocno dało jej w kość, a jego śmierć bynajmniej niczego nie ułatwiła. Julia oddałaby wszystko za wskrzeszenie człowieka, za którego tak długo się wstydziła. „Ministerstwo Prawdy” Carlosa Augusto Casasa można czytać jako uwspółcześnioną wersję „Roku 1984” George'a Orwella – egzemplarze tego drugiego tytułu w tym umownym 2030 roku są wykorzystywane w charakterze alarmu, cennego ostrzeżenia od tajemniczego ruchu oporu. Antyutopijna wizja nieżyjącego już kolegi po piórze dostosowana do dzisiejszych realiów. Do epoki mediów społecznościowych, elektrycznych samochodów, wirtualnych asystentów i farm trolli. W gruncie rzeczy mocno konwencjonalna powieść dystopijna, jak dla mnie z niedostatecznie rozwiniętymi postaci. Powierzchowne rysy psychologiczne stereotypowych protagonistów. Desperacka walka z machiną państwową, śmiertelnie niebezpieczna pogoń za prawdą, bolesne przebudzenie jednostki w reżimowym piekle. Fabuła „Ministerstwa Prawdy” w największej mierze podąża za Julią Romero i Alfredo Varoną. Śmiała współpraca młodej kobiety, która dotąd żyła w kłamstwie i mężczyzny mniej więcej w wieku jej ojca, któremu strach amputował dziennikarskie skrzydła. Impuls do działania dostarcza może nie tyle śmierć jego dawnego kolegi, ile mocne postanowienie jego córki, by obnażyć podłe kłamstwa na jego temat. W konsekwencji pogrążając tytułowe ministerstwo, gdzie jak Julia dobrze wie pracuje jej nowy kolega, który przedstawia się jako Max. Właściwie dziewczyna powoli i po części wbrew sobie zakochuje się w tym podejrzanym rycerzu w lśniącej zbroi. Tymczasem Varona skupia się na najnowszym programie rządu. Mężczyzna ma nadzieję na zdobycie materiałów, które wstrząsną opinią publiczną. Wierzy, że domniemana gehenna ludzi w jesieni życia rozpocznie upragnioną rewolucję. Tak naprawdę Varona już czuje się jak zwycięzca, bo niezależnie od wyniku jego starań, odtąd prawdopodobnie będzie mógł śmiało patrzeć w lustro. Dziennikarz, który odzyskał szacunek do samego siebie i dziennikarka, która nabrała szacunku do swojego nieodżałowanego ojca. Nieskomplikowana intryga w technologicznej i konsumpcjonistycznej matni. To jutro czy już dziś? Nasza przyszłość czy teraźniejszość? Czy ta historia może dobrze się skończyć? Straceńcza misja niezłomnej studentki czy początek końca sekretnego pokoju sto jeden w Ministerstwie Prawdy? I w ogóle całej tej przeklętej instytucji, symbolu orwellowskiej nowomowy, „tajemnego języka” środowiska politycznego. Doceniam to dzieło przede wszystkim za szczerość i w gruncie rzeczy na to liczyłam sięgając po ten, jak się okazało rozpędzony dreszczowiec. Żadna z przygotowanych przez autora niespodzianek - włącznie z tą największą, którą przyjęłam z otwartymi ramionami, bo obawiałam się, że Casas ostatecznie ulegnie słodszej pokusie (z brutalnych realiów w polukrowaną czystą fikcję literacką) - nie wywołała we mnie pożądanej reakcji. Musiałam obejść się bez niespodziewanych wstrząsów, ale to niespecjalnie mi przeszkadzało. Nie tak jak pobieżnie scharakteryzowane, żeby nie powiedzieć papierowe postacie.

Konkurencji „Rokowi 1984” George'a Orwella dzieło hiszpańskiego powieściopisarza i dziennikarza Carlosa Augusto Casasa pt. „Ministerstwo Prawdy” raczej nie zrobi. Bo i chyba nie taki był plan. Nie sądzę, by autorowi tej młodszej dystopijnej opowieści zależało na strąceniu z piedestału swojego niestarzejącego się epickiego kolegi. „Ministerstwo Prawdy”, thriller na motywach „Roku 1984”, to prędzej jedna (nie)wielka laurka dla jednego z najwybitniejszych utworów George'a Orwella. Godna uwagi oferta nie tylko dla osób zaznajomionych z najgłośniejszym, obok „Folwarku zwierzęcego”, osiągnięciem Wielkiego Prozaika. Nieidealna, ale najważniejsze, że do bólu szczera relacja z „krainy mlekiem i miodem płynącej”.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

piątek, 10 lutego 2023

„Blood” (2022)

 

Jessica, rozwiedziona pielęgniarka po odwyku, przeprowadza się z córką Tyler i jej młodszym bratem Owenem do starego domu na pustkowiu odziedziczonym po ciotce. Niedługo potem dzieci odkrywają, że pobliskie jezioro wyschło, a stojące pośrodku martwe drzewo wzbudza w nich jakiś nieokreślony niepokój. Wieczorem ukochany pies Owena ucieka z domu, a rozwścieczony pozorną obojętnością matki chłopiec postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Jego poszukiwania nie trwają jednak długo, bo wkrótce czworonożna zguba sama znajduje drogę do domu. I atakuje swojego młodego właściciela. Owen w ciężkim stanie trafia do szpitala, w którym pracuje Jessica. Lekarzom udaje się zatamować krwawienie, ale mają powody przypuszczać, że zwierzę zaraziło Owena jakimś wirusem. Objawy jednak szybko ustępują, a koledzy Jess nie wiedzą, że to wynik jej ukradkowej działalności. Pojenia swojego synka krwią, najwyraźniej jedynego pokarmu obecnie tolerowanego przez jego organizm.

Reżysera między innymi „Dziewiątej sesji” (2001), „Mechanika” (2004), „Zniknięcia na 7. ulicy” (2010), „Połączenia” (2013) i „Obłąkanych” (2014), Brada Andersona, do scenariusza „Blood” autorstwa Willa Honleya (m.in. „The Hive” z 2014 roku i „Bloodline” z roku 2018) przyciągnęło głównie połączenie dwóch uwielbianych przez niego gatunków: horroru i mrocznego dramatu rodzinnego – na jednym poziomie opowieść wampiryczna, a na drugim heroiczna walka matki o utrzymanie przy życiu dziecka zainfekowanego rzadkim wirusem. W oryginalnej wersji skryptu czołowa postać miała dwóch synów, ale Anderson wymienił jednego z nich na starszą córkę. Inną większą zmianą wprowadzoną przez reżysera było martwe drzewo pośrodku wyschniętego jeziora, które zastąpiło jaskinię. Ten niedrogi film kręcono w Winnipeg w Kanadzie (główne zdjęcia trwały od 14 października do 14 listopada 2020 roku), gdzie wedle wiedzy reżysera „Blood” nie ma żadnych jaskiń, co oczywiście miało decydujący wpływ na drugą z wymienionych decyzji, ale Anderson nie ukrywa, że też najzwyczajniej bardziej spodobał mu się ten pomysł. W jego mniemaniu te potężne rośliny dają większe pole do popisu twórcom kina grozy – mocarniejsi przedstawiciele sfery nadprzyrodzonej od jaskiń. Światowa premiera „Blood” odbyła się 5 września 2022 roku na Deauville American Film Festival. W tym samym miesiącu firma Vertical Entertainment nabyła prawa do dystrybucji obrazu na terenie Ameryki Północnej i Wielkiej Brytanii. Dystrybucji, która ruszyła w styczniu 2023 roku (wybrane kina i strefa VOD).

Michelle Monaghan (m.in. „Eagle Eye” D.J. Caruso, „Szkoła czarownic: Dziedzictwo” Zoe Lister-Jones, „Niania” Nikyatu Jusu) w „Blood” Brada Andersona w bezbłędnym, zajmującym stylu wcieliła się w pierwszoplanową postać mającą chyba uosabiać nieskończoną siłę macierzyństwa. Jessica niedawno wyszła z nieszczącego uzależnienia i robi wszystko, co w jej mocy, by w jakiejś części odbudować swoje zrujnowanej życie rodzinne. W zasadniczej części, bo rozwód z mężem Patrickiem (w tej roli Skeet Ulrich, fanom kina grozy znany choćby ze „Szkoły czarownic” Andrew Fleminga i „Krzyku” Wesa Cravena) jeszcze jakoś zniosła, ale nie ma wątpliwości, że przegranie batalii o opiekę nad dziećmi byłoby dla niej druzgocącym ciosem. Patrick obecnie będący w związku z ich dawną opiekunką do dzieci, z którą doczekał się kolejnego dziecka, jest równie zdeterminowany w tej bitwie, ale póki co musi zadowolić się jedynie rzadkimi widzeniami z Owenem i Tyler (bardzo dobre występy Finlaya Wojtaka-Hissonga, którego mogliśmy już widzieć choćby w „Dreamkatcher” Kerry'ego Harrisa oraz Skylar Morgan Jones, która dotychczas występowała głównie w serialach: między innymi epizod w „Pamiętnikach wampirów” na podstawie książek L.J. Smith). Jess ma świadomość, że Patrick jest dużo lepiej uzbrojony od niej, że jego pozycja w tych prawniczych negocjacjach mimo wszystko jest silniejsza. W zasadzie jej jedynym argumentem jest płeć, bo przecież nie od dziś wiadomo, że w tego typu sprawach sędziowie często są bardziej przychylni matkom. Nawet takim, które nawet nie znają swoich latorośli. Jess ledwo wyszła ze szponów potwornego uzależniania, a na dodatek przynajmniej chwilowo nie może zapewnić swoim pociechom tak przytulnego gniazdka, jakie posiada ich ojciec. A zatem nie tylko nieodległa przeszłość, ale także teraźniejszość Jess mogą przechylić szalę zwycięstwa na stronę jej byłego męża. Niektórzy mogą uznać, że mu się to po prostu należy, ponieważ włożył więcej energii w wychowanie Owena i Tyler. Dalsze wypadki mogą albo umocnić ich w tym przekonaniu, albo wręcz przeciwnie: że tak ujmę, przeciągnąć na stronę Jessiki. Przekonać, że kobieta jest jak najbardziej gotowa do sprawowania choćby nawet wyłącznej opieki nad małoletnimi obywatelami. Różnie można oceniać jej działalność, ale trzeba przyznać, że Jess złożyła większą ofiarę od Patricka. Tak się bowiem złożyło, że tajemnicza choroba, na którą zapadła jej młodsza pociecha, niewątpliwie w wyniku ataku straszliwie odmienionego pupila, właśnie przed nią uchyliła rąbka tajemnicy. Wielu na jej miejscu po prostu podzieliłoby się odkryciem z lekarzami, ale Jessica uznała, że najbezpieczniej zatrzymać tę okropną wiedzę dla siebie. Z obawy przed definitywną utratą pewnie nie tylko Owena, a i może także przed sprowadzeniem na niego zagrożenia (ewentualna panika na wieść o nowej zarazie i drastyczne środki zaradcze – w najlepszym razie izolacja pacjenta zero, a w najgorszym uśmiercenie chłopca), kobieta próbuje zupełnie sama zadbać o niezwykłe potrzeby ukochanego synka. Aż przypomniał się „Syn” Ivana Kavanagha, twórcy wspaniałego „Kanału” z 2014 roku, dosadniejszy horror o niecodziennych problemach rodzicielskich, o przeogromnym poświęceniu dla przypuszczalnie niebezpiecznego dziecka. Mroczny sekret rozwiedzionej pielęgniarki, która powoli zaczyna przypominać dawną siebie. Czyżby jedno zgubne uzależnienie zamieniła na inne? Można i tak na to patrzeć, ale jedyna pewna rzecz pod niestabilnym dachem nienowego domu Jessiki to dokarmianie innego nałogowca. Chłopczyka, który najwyraźniej nie ma wyboru – musi żywić się krwią, jeśli chce (a bardzo chce) przedłużyć swój pobyt na tym padole łez. Krótko: albo krew, albo śmierć. Wszystko rozumiem, ale jakiś uparty głosik w mojej głupiej głowie raz po raz szeptał, że w prawdziwym życiu nawet osoba z identycznym bagażem doświadczeń co Jess, w pierwszej fazie choroby poszukałaby wsparcia u specjalistów. Innymi słowy nie do końca przekonała mnie postawa czołowej postaci; myślę, że dałoby się lepiej wytłumaczyć tę wielce ryzykowną działalność niewątpliwie kochającej matki. No, ale może ona nie przeżyła „najgorszej pandemii w historii ludzkości”, a zatem nie miała okazji na własne oczy zobaczyć, jak dzisiaj walczy się z superwirusami. Może naoglądała się za dużo horrorów o zarazach, bo naprawdę nie wydaje mi się, żeby jej czarne wizje wzięły się z zawodowych doświadczeń/obserwacji. Niemniej nie wykluczam, że jakaś część widzów właśnie tutaj poszuka wyjaśnienia nieufnej postawy Jess do jej zawodowego środowiska – domniemanego wyjścia z założenia, że lekarze bardziej zaszkodzą, niż pomogą jej bezcennej latorośli. Z drugiej strony silniejszym impulsem najpewniej jest cały czas trwająca batalia przedsądowa. I tak już mocno zagrożona pozycja matki w zajadłej bitwie o dzieci. To już łatwiej było mi zrozumieć, to tłumaczenie dobitniej do mnie przemawiało, ale nie aż tak by zagłuszyć ów wstrętny głosik kontestujący wiarygodność tej coraz bardziej zdesperowanej jednostki. Postaci tragicznej.

Nieutwardzonymi ścieżkami przespacerował się Will Honley po wampirzej stronie mocy. Niepospolita cegiełka dodana do przebogatej mitologii, która wydaje się też być obiecującą propozycją dla zwolenników dramatów rodzinnych. Mroczniejszych sag napędzanych jakimiś drastycznymi sekretami. A raczej rujnowanych. Zgnilizna tocząca i bez tego niezbyt przytulne rodzinne gniazdko. Właściwie całą tę rozbitą rodzinę, bo wyzwanie, któremu stara się podołać zrozpaczona matka siłą rzeczy przekłada się też na życie jej byłego męża. Mężczyzna przynajmniej na razie może trwać w błogiej nieświadomości co do faktycznego stanu zdrowia swojego drugiego dziecka. Pielęgnować swój gniew na kobietę, która w jego mniemaniu jest jedyną winną rozpadu ich małżeństwa. Jessica ma trochę inne zdanie na ten temat. Owszem, poczuwa się do winy, ale uważa, że zdrada Patricka też nie powinna być w tej zażartej dyskusji pomijana. Patrick teraz w jakimś stopniu jest zależny od Jess. On tego nie wie, ale widz może dość szybko nabrać przekonania, że wynik tajnej misji Jessiki ukształtuje też jego przyszłość. W końcu to gra o życie ich wspólnego dziecka, w której mężczyzna nie ma szans uczestniczyć. Wykluczony nie tylko przez Jessicę, ale również Owena. Coś w rodzaju paktu matki i nieletniego syna. Krwawa umowa, utrzymywana w tajemnicy także przed mieszkającą pod tym samym dachem starszą siostrą naprawdę poważnie chorego chłopca. Przed mniej kochanym dzieckiem Jess? Taka deklaracja pewnego wieczora wypłynie z ust samej matki, ale kobieta ubiera to w formę żartu, z którego śmieje się nawet Tyler, co odebrałam jako jasny sygnał ze strony twórców, by nie przywiązywać się zanadto do rzekomego faworyzowania młodszego dziecka przez rodzicielkę. Dobrze, to może i żaden dowód, ale trudno nie zauważyć, że Jess za wybryki Owena zwykła besztać Tyler, od której oczekuje moim zdaniem trochę zbyt twardego (w końcu ona też jest jeszcze dzieckiem) oparcia. Głównym zadaniem dziewczyny jest pilnowania brata, a zatem, gdy chłopak przeprowadzi wielki skok na siano albo wytapla się w błocie ze swoim czworonożnym przyjacielem, praktycznie jedyną winną będzie Tyler. W tym zaniedbanym domostwie na ponurym odludziu, w sąsiedztwie smacznie zagadkowego, stosownie złowieszczego, emanującego nadnaturalną energią nieidealnego koła pośrodku, którego stoi martwe drzewo. Malownicze jezioro doskonale pamiętane przez Jess zamieniło się w istne bagno pełne kości różnych stworzeń. Tylko zwierząt? Tak czy inaczej, najpewniej tutaj należy upatrywać źródła obecnych problemów rodziny, która niejedno już przeżyła. Ale żeby coś takiego? Doprawdy niezwykła złośliwość losu. Nadzwyczajny pech, którego przypuszczalnie niepodobna odwrócić. Można już tylko grać tymi okropnymi kartami rzuconymi przez okrutną Opatrzność, jakoś urządzić się w tym piekle na ziemi, wejść jeszcze głębiej w te cuchnące mokradła. Albo przegonić jeden koszmar drugim. Wybór między złem i złem – w sumie typowa sytuacja w kinie grozy, klasyczne katusze przeciętnego obywatela bezkresnego królestwa horroru, które tym razem będą obracać się wokół niewypowiedzianego wampiryzmu. Zgadzam się jednak z Bradem Andersonem, że to dość uniwersalna, haha podatna na różne choroby (no, niech będzie, że ze wskazaniem na wirusowe) opowieść o wątpliwej superbohaterce dnia codziennego. Jessica to jedna z tych, co do zasady, mile widzianych przeze mnie postaci, co do których odbiorca ma mieć niejednoznaczny, ambiwalentny stosunek. A przynajmniej ja nie miałam wątpliwości, że twórcom „Blood” zależało na tym, by Jess wymykała się zarówno czarnej jak i białej szufladce. Podziw dla determinacji matki może mieszać się z odrazą. Zrozum, ale nie pochwalaj: taką radę od autorów tego nieefekciarskiego dziełka wyczytałam gdzieś między słowami. Nieśpiesznie snuta, dosyć solidnie zrealizowana - jest mrok, ale prawdę mówiąc daleka byłam od piania z zachwytu nad klimatem; za mało intensywny jak dla mnie - przyjemnie prosta, niezbyt szczodrze podlana krwią opowieść o miłości i szaleństwie. Szaleństwie zrodzonym z miłości? Opowieść o nie tylko jasnej, ale i ciemnej stronie mocy macierzyńskiej? Ciepienia małego upiora, doprawdy nieszczęsnego i zarazem bardzo groźnego stworzenia, który nie straszył mnie przesadzonym, irytującym sztucznym wyglądem – niemaksymalistyczna charakteryzacja młodego wampira. Upiornie świecące w ciemności oczęta, czarne „wężyki” (tj. żyły) i inne w moich oczach realistycznie się prezentujące, drobne (jak na możliwości horrorowego światka) atrakcje cielesne. Uwaga: jest jeszcze jedna scena między planszami końcowymi.

Można polecić, ale nie trzeba:) „Blood” Brada Andersona raczej nie odbije się głośnym echem w przepastnym światku horroru. Nie rozłoży na łopatki nieprzebranej publiczności. I mam tutaj na myśli nie tylko wielkich miłośników gatunku, ale też sporadycznych odbiorców filmowych historii z dreszczykiem. Nie powiem, całkiem nieźle mi się ten obraz oglądało, ale uroczyście przysięgam, że szczęki z podłogi nie zbierałam. Kolejny nieolśniewający czasoumilacz. Łatwo wchodzi, łatwo wychodzi.

środa, 8 lutego 2023

Marcin Silwanow „Warstwy podskórne”

 

Piotr Rajski, prywatny detektyw z Białegostoku, przyjmuje zlecenie od lokalnego biznesmena Ryszarda Gaszyńskiego dotyczące działki zakupionej przez jego fundację. Klient jest świadom, że przed wojną ziemia należała do prywatnego osoby, niejakiego Chaima Lewina i chce się upewnić, że o majątek nagle nie upomną się jego ewentualni spadkobiercy. Niedługo potem w biurze Rajskiego zjawia się urodziwa młoda kobieta, Izabela Banasz, nosząca się z zamiarem wynajęcia detektywa w celu sprawdzenia rzeczywistego majątku jej narzeczonego. Piotr sporządza dla niej wstępną wycenę, a intrygująca nieznajoma obiecuje odezwać się za kilka dni. Detektyw uznaje, że kobieta się rozmyśliła, co jest mu trochę na rękę, gdyż zanosi się na to, że sprawa Gaszyńskiego pochłonie mnóstwo czasu. Coś jednak uparcie odwraca jego uwagę od tego prawdopodobnie nader intratnego zlecenia: Rajski chcąc nie chcąc angażuje się w kryminalną intrygę. A raczej zostaje w nią wciągnięty przez tajemniczego osobnika lub osobników, którzy z jakiegoś zagadkowego powodu prowadzą bynajmniej nieukradkową obserwację skromnego prywatnego detektywa z Podlasia.

Marcin Silwanow. Człowiek, który w dzieciństwie marzył o zostaniu Robin Hoodem. Człowiek, który już w młodości znajdował przyjemność w przelewaniu swoich myśli, uczyć i po prostu fikcyjnych historii na papier (epika i liryka). Człowiek, który odkrył swoje zawodowe powołanie przez zwykły zbieg okoliczności. Na własną rękę rozpracował tożsamość oszusta i wziął sobie do serca radę policjantki zajmującej się jego sprawą. Kobieta radziła pomyśleć o pracy w policji i niedoszły Robin Hood przez chwilę faktycznie „bawił się myślą” o przywdzianiu munduru, ale koniec końców postanowił wyrobić licencję prywatnego detektywa. I można chyba śmiało powiedzieć, że to była jedna z lepszych decyzji w jego życiu. W każdym razie nie pożałował obrania właśnie takiej ścieżki zawodowej, wbrew pozorom niezbyt ryzykownej, bo bohater owego niefikcyjnego opowiadania nie zwykł wikłać się w jakieś podejrzane sprawy – najczęściej przyjmuje zlecenia od przedsiębiorców, a najrzadziej, jeśli w ogóle, angażuje się w historie kryminalne. Podobnie jak protagonista jego debiutanckiej powieści: wydanych nakładem wydawnictwa Czarna Owca w 2022 roku, w miękkiej okładce zaprojektowanej przez Krzysztofa Rychtera, „Warstw podskórnych”. Pierwszej, ale niekoniecznie ostatniej „szarży” w gruncie rzeczy wyimaginowanego białostoczanina, którego poza pracą i miejscem zamieszkania ze swoim stwórcą łączy głębokie zainteresowanie historią miasta. Silwanow ostatnimi czasy wyspecjalizował się w detektywistyce genealogicznej, dla odmiany niespecjalnie pociągającej głównego bohatera „Warstw podskórnych”.

Dwie oddzielne, przynajmniej na pierwszy (i drugi) rzut oka nijak nie łączące się ze sobą sprawy trafiające na biurko prywatnego detektywa z Białegostoku, Piotra Rajskiego, który z całą pewnością nie przywykł do takich zadań. Ryszard Gaszyński wprawdzie nie jest pierwszym biznesmenem na jego liście klientów, ale bohater „Warstw podskórnych” debiutującego na rynku wydawniczym Marcina Silwanowa zapewne nigdy wcześniej nie miał w perspektywie takiego przekopu przez archiwalia. Rajski już od jakiegoś czasu po cichu liczył na zlecenie od tego wpływowego człowieka. Wcześniej łączyły ich wyłącznie stosunki koleżeńskie, ale można odnieść wrażenie, że gdyby nie koneksje Gaszyńskiego, Piotrek nie przywiązywałby aż takiej wagi do podtrzymywania tej znajomości. Właściwie nawet z najbliższymi przyjaciółmi najczęściej kontaktuje się w sprawach zawodowych – wygląda na to, że niemal całe jego życia jest podporządkowane pracy – ale też nie można go posądzić o kompletny brak zainteresowania problemami innych. Jeśli może w jakikolwiek sposób pomóc, robi to. Taki zawód, ale też taka jego natura. Niezupełnie samotnego wilka, przeciwko któremu najwyraźniej zawiązano jakiś spisek. Dlaczego? Rajski nie ma bladego pojęcia. Niewątpliwie w Białymstoku nie brakuje osób, którzy życzą mu wszystkiego najgorszego – ryzyko zawodowe – ale mógłby przysiąc, że nikomu nie naraził się aż tak, by w ogóle chciało mu się (albo jej) wdrażać taki proceder. To może policja? Rajski ma na uwadze też tę opcję, przy czym przynajmniej na początku uznaje ją za mało prawdopodobną. Bo skądinąd wie, że inwigilacja prowadzona przez służby wygląda zupełnie inaczej. Legalni podglądacze dokładają starań, by obiekty ich zainteresowania nie wiedziały, że straciły prawo do prywatności, że Wielki Brat patrzy i słucha. Poza tym Rajski jak ognia unika spraw kryminalnych i generalnie stara się nie wchodzić w drogę „psom gończym” (z całym szacunkiem dla psów) z sektora państwowego. A zatem Piotrek mimo wszystko bardziej skłania się w stronę prywatnej osoby albo firmy, która doznała jakichś, niekoniecznie obiektywnie ogromnych czy niezawinionych, szkód w wyniku jego zawodowej działalności. Tak czy owak, sytuacja detektywa Rajskiego jest coraz bardziej nieciekawa. Marcin Silwanow w „Warstwach podskórnych” pokazuje bezradność nieuprzywilejowanej jednostki w obliczu inwigilacji. Koszmar każdego zazdrośnie strzegącego swojej prywatności (optymistycznie zakładając, że coś takiego jak prywatność jeszcze istnieje) zwykłego szarego obywatela. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że takich ludzi nie ma już zbyt wielu. Można rzec: gatunek zagrożony, już prawie egzotyczne okazy, na które nierzadko patrzy się krzywym okiem – wielce podejrzane, drogi Watsonie – tylko dlatego, że nie posiadają konta na popularnych portalach społecznościowych. Nie uzewnętrzniasz się w internecie, to w najlepszym razie jesteś dziwakiem, a w najgorszym typem spod ciemnej gwiazdy. I niewykluczone, że mocno komplikujesz, wybitnie utrudniasz pracę jakiemuś „Piotrowi Rajskiemu”. Bo bohater „Warstw podskórnych” niejedną już sprawę rozwiązał prawie dosłownie bez wychodzenia z domu, ewentualnie biura. Social media to bezcenna skarbnica informacji dla ludzi jego (i nie tylko jego) profesji. Uprzejme donosy... na samych siebie. Taka to ciekawa, na swój sposób zabawna, epoka nastała.

(źródło: https://www.facebook.com/people/Marcin-Silwanow-autor/100076143644707/)

„Praktycznie każde miasto poza mniej lub bardziej okazałym rynkiem głównym i zabytkami miało jeszcze swoją warstwę podskórną. Była ona niewidoczna dla postronnych, ale przenikając głębiej, można było wiele zobaczyć. W takich sytuacjach okazywało się, że to w zasadzie kilkanaście osób. Biznesmenów i polityków. Była to grupa bezpartyjna, to znaczy taka była głębiej, pod skórą. Na co dzień panie i panowie z wrogich sobie ugrupowań i stronnictw okazywali się przyjaciółmi, a raczej wspólnikami, którzy przy jednym stoliku i jednej butelce kolorowej wódki omawiali szczegóły różnych interesów. Przy takich właśnie stolikach rodziły się polityka i pieniądze.”

Niepocieszeni mogą być ci, którzy po „Warstwy podskórne” Marcina Silwanowa sięgną z potrzeby przeżycia iście elektryzującej, spektakularnej przygody kryminalnej. Jak mniemam dla autora rzeczonej pozycji ważne było, by jak najbardziej zbliżyć się do twardych realiów; że tak to ujmę, odmalować nieprzekłamany obraz pracy polskiego prywatnego detektywa. Materiał nie dla Hollywoodu. W sumie zaskoczyłaby, może nawet zaszokowałaby mnie wiadomość o wszczęciu prac nawet nad polską superprodukcją o detektywie Piotrze Rajskim. Szara proza życia nie jest zła, ale żeby aż tak szara? Takich skromnisi to ze świecą szukać nawet na monstrualnej światowej półce ze współczesnymi powieściami kryminalnymi, a cóż dopiero na ekranie? „Warstwy podskórne” wydają mi się jednak doskonałą propozycją dla osób, które bardziej od oszałamiających zwrotów akcji, trzymających w nieznośnym napięciu podchodów, widowiskowych konfrontacji czy po prostu pomysłowych, mocno zagadkowych, soczyście rozwojowych intryg, cenią sobie (nie)czysty autentyzm. To jedno, bez względu na swój ostateczny stosunek do „Warstw podskórnych” moim zdaniem wypada oddać panu Silwanowi. Uważam, że wszystko można zarzucić tej literackiej wyprawie, ale grubą przesadą byłoby posądzenie tego początkującego autora o nieakceptowalne naginanie rzeczywistości do swoich potrzeb. Co jak co, ale wyobraźnia na pewno go nie poniosła. Już prędzej można mu zarzucić zbyt uporczywe trzymanie się twardej rzeczywistości, w pewnym sensie nazbyt mało ustępstw na rzecz fascynującej fikcji literackiej. Zwyczajny człowiek w niespecjalnie wyszukanej, lepkiej sieci. Takie rzeczy niewątpliwie się zdarzają, bo jak by to ująć... aura sprzyja takim zdrożnych zachowaniom? Nie, już chyba nie zdrożnym, a przynajmniej ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podsłuchiwanie i podglądanie stało się niemal tak naturalne jak oddychanie. Bardziej powód do dumy niż wstydu. Chwalenie się znajomym, to jedno, ale żeby obnosić się z tym przed obiektem swojego ekstremalnie wzmożonego zainteresowania? Po namyśle – i konsultacjach z przyjaciółmi – Rajski nabiera przekonania, że tajemniczy prześladowcy w ten sposób próbują go zastraszyć. Nakierowują go na swoje przeklęte zabawki, a gdy go śledzą, gdy jak to się mówi „siadają mu na ogonie”, wyraźnie chcą, żeby był tego świadom. A przynajmniej Rajski szybko wyzbywa się wszelkich wątpliwości – to nie wpadki amatorów, tylko zaplanowane działanie jakiegoś zdecydowanie niechcianego towarzystwa. Efekt jest łatwy do przewidzenia: biedny detektyw przestaje czuć się bezpiecznie nawet we własnym mieszkaniu, nie wspominając już o biurze. Podczas pieszych wędrówek po mieście raz po raz lękliwie spogląda przez ramię - w swoim ukochanym foresterze wspiera się lusterkiem - a w trakcie postojów uważniej, niż kiedykolwiek skanuje wzorkiem daną okolicę, swoje najbliższe otoczenie. W takich warunkach łatwo nabawić się najprawdziwszej paranoi, upatrywać spiskowców także w niewinnych twarzach przychodniów. Czy najlepsi przyjaciele Piotrka też w tym uczestniczą? Nasz przewodnik po świecie przedstawionym w „Warstwach podskórnych” będzie uparcie odpychał od siebie aż tak czarne myśli, ale nam nawet ten minimalnym komfort prawdopodobnie zostanie odmówiony. W każdym razie autor bezsprzecznie stara się uczulić odbiorców na niektóre postacie. Uruchamia może niezbyt głośne, ale z własnego doświadczenia wiem, że niemożliwe do zignorowania alarmy. W podtekście Silwanow radzi bacznie przyglądać się gestom i mimice rzekomych sojuszników skołowanego detektywa. Każde słowo, każde zawieszenie głosu może mieć znaczenie. Przekopywanie się przez leciwe akta, szukanie informacji w Sieci, mało wnoszące, można powiedzieć niewinne konwersacje twarzą w twarz i przez telefon (gadki-szmatki, jak to w życiu) – to wszystko (i jeszcze więcej?) z kolei może skutecznie, nieodwracalnie uśpić uwagę czytelnika. Przyznaję, że moja cierpliwość w „Warstwach podskórnych” została wystawiona na próbę. Zazwyczaj lepiej odnajduję się w wolniejszych klimatach, ale ta teoretycznie złożona, piętrowa intryga - albo dwie różne sprawy detektywa z Białegostoku - niejednokrotnie jakby raptownie wypadała z toru. W moim odczuciu dramaturgia na kilka-kilkadziesiąt stron całkowicie siadała: takie trochę kręcenie się w kółko, w gruncie rzeczy z całkiem sympatycznym prywaciarzem. Obserwowanym i obserwatorem. Swoją drogą choćby jego leśne wyprawy można było odrobinkę podkręcić, wypracować choć jedną bardziej niebezpieczną sytuację, czy po prostu przygnieść samą atmosferą. Wzmocnić groźbę tam, gdzie nikt nie usłyszy twojego krzyku. Mile zaskoczył mnie finał, dosłownie ostatnia scenka, natomiast wyjaśnienie jak dla mnie zbyt mętne. Chyba coś istotnego mi umknęło w objawieniu Piotra Rajskiego. On najwyraźniej zrozumiał z tego więcej niż ja.

Stonowany, leniwy kryminał od debiutującego polskiego autora. Powieść o fikcyjnym prywatnym detektywie z Białegostoku od autentycznego prywatnego detektywa z Białegostoku. Kameralna, niehałaśliwa historia, która z pewnością błyskawicznie zatrze się w mojej pamięci. Kultura masowa przyzwyczaiła nas do nieporównywalnie bardziej emocjonujących śledztw w większości prowadzonych przez domyślniejszych, mniej ufnych, a czasem wręcz genialnych licencjonowanych i domorosłych detektywów. Marcin Silwanow w „Warstwach podskórnych” obala mity na temat swojej profesji. W każdym razie moc wrażeń protagonisty może ukołysać niejednego miłośnika twardych kryminałów. Samo życie:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 6 lutego 2023

„Wilk wikingów” (2022)

 

Policjantka Liv Berg, jej partner Arthur oraz dwie córki, siedemnastoletnia Thale i młodsza głuchoniema Jenny, niedawno przeprowadzili się z Oslo do małego norweskiego miasteczka w leśnej okolicy. Korzystając z zaproszenia lubianego w szkole Jonasa Larsona, Thale zjawia się na plenerowej imprezie, gdzie nieoczekiwanie dochodzi do makabrycznego wydarzenia. Wszystko wskazuje na atak jakiegoś drapieżnika, z którego Thale i Jonas szczęśliwie uchodzą z życiem, ale policja wszczyna poszukiwania ich rówieśniczki, córki pani burmistrz. W śledztwo od początku jest zaangażowana inspektor Liv Berg, która szybko nabiera przekonania, że sprawcą całego nieszczęścia jest wilk. Innego zdania jest jednoręki myśliwy, Lars Brodin, który bezskutecznie stara się przekonać policjantkę, że w okolicznych lasach tak naprawdę grasuje wilkołak. Tymczasem coś złego dzieje się ze starszą córką Liv.

Norweski werewolf horror w reżyserii Stiga Svendsena, twórcy między innymi takich obrazów jak „Elevator” (2012) i „Kings Bay” (2017). Scenariusz „Wilka wikingów” (oryg. „Vikingulven”, tytuł międzynarodowy: „Viking Wolf”) napisał wespół z Espenem Aukanem (m.in. „Troll” Roara Uthauga) pierwotnie nadając mu tytuł „Thriller”, co miało być hołdem dla kultowego teledysku Michaela Jacksona stworzonego pod artystycznym przywództwem Johna Landisa, przez fanów kina grozy prawdopodobnie najbardziej kojarzonego z „Amerykańskim wilkołakiem w Londynie” z 1981 roku, ewentualnie z „Krwawą Marią” z roku 1992. Ostatecznie nazwę zmieniono, ale przynajmniej jedna ze scen kłania się temu przebojowemu klipowi. Inną gloryfikowaną w „Wilku wikingów” produkcją są „Szczęki” Stevena Spielberga, a na ekranie telewizora Bergów w pewnym momencie mignie „Hotel zła” wspomnianego już Roara Uthauga. Film kręcono w Notodden (miasto i gmina w norweskim Telemark), a pierwszy pokaz odbył się 23 października 2022 roku na Ramaskrik Film Festival. W swojej rodzimej Norwegii w szerszy obieg został wpuszczony już w następnym miesiącu, a dystrybucję międzynarodową rozkręciła platforma Netflix (start 3 lutego 2023 roku).

Prolog „Wilka wikingów” Stiga Svendsena zapowiada niepospolite podejście do mitu wilkołaka – opowieść wyrosłą bardziej z mitologii nordyckiej, niż konwencji utrwalonej głównie przez Amerykanów. W praniu wychodzi jednak coś zgoła przeciwnego, w pewnym sensie (oczywiście abstrahując od genezy klątwy, bez której jednakże moim zdaniem fabuła spokojnie mogłaby się obejść) oderwanego od wstępu osadzonego w epoce wikingów. Co prawda w kulturze masowej lepiej przyjął się inny wizerunek wilkołaka: włochatej, wysokiej bestii chodzącej na dwóch łapach. W każdym razie mam podejrzenie graniczące z pewnością, że w tym nurcie rzadziej występują tacy czworonożni nieprzyjaciele jak w niniejszym świecie przedstawionym. Co nie znaczy, że wcale – coś podobnego (nieidentycznego) mogliśmy już widzieć choćby w „Krew jak czekolada” Katji von Garnier na podstawie powieści Annette Curtis Klause czy sadze „Zmierzch” w reżyserii kolejno Catherine Hardwicke, Billa Condona i Davida Slade'a na podstawie książek Stephenie Meyer). Akcja „Wilka wikingów” toczy się w niewielkiej norweskiej miejscowości Nybo. W scenerii leśnej. W sumie dla samych zdjęć - za które odpowiada Trond Tønder - warto było obejrzeć to schematyczne widowisko. Chłodne, przygaszone barwy, posępny, mglisty naturalny krajobraz, bezsprzecznie emanujący dzikością, co rzecz jasna koresponduje z tematyką filmu. Ciasna mieścina otoczona zwartym szpalerem drzew, bezkresną „dżunglą”, w której przyczaiło się niezwykłe stworzenie. Mięsożerna istota, która najpewniej wbrew domniemaniom tutejszych tak zwanych stróżów prawa, nie jest samotnym wilkiem. Oględziny pierwszych znalezionych zwłok co prawda podważają tę hipotezę - w każdym razie lekarka medycyny sądowej wyraźnie nie jest przekonana do wstępnej oceny zagrożenia – ale szpon znaleziony na miejscu zbrodni to dowód koronny, a na pewno dla policjantów mocniejszy od opinii pani patolog. W tym przekonaniu Liv Berg (przyzwoita kreacja Liv Mjönes) i jej przełożonego utwierdzi jeszcze lokalny ekspert od drapieżników, lekarz weterynarii imieniem William, który nie straci rezonu nawet wtedy, gdy wredny ludojad objawi mu się w pełnej krasie. Wilk i basta! Wilkołaki nie istnieją i kropka. Tak, William zdaje sobie sprawę z tego, że wilki nie osiągają takich rozmiarów (normalnie dorosłe osobniki są mniejsze), ale tłumaczy sobie to jakąś chorobą. Świerzbem? Tak czy inaczej, Lars Brodin będzie miał ubaw z tego krótkowzrocznego, żeby nie powiedzieć ślepego doktorka. Łowca wilkołaków, który w nieokreślonej przeszłości stracił lewą rękę. Myśliwy, którego ulubioną zwierzyną łowną są właśnie likantropy. Jak można się tego spodziewać, Brodin nie zostanie potraktowany poważnie przez główną bohaterkę „Wilka wikingów”, Liv Berg, a przynajmniej nie na początku tej przygodnej znajomości. Nie od dziś wiadomo, że w światku horroru sceptycyzm zazwyczaj nie popłaca – im szybciej uwierzysz w niewiarygodne, tym lepiej dla ciebie. I twoich bliskich, bo twórcy nie ukrywają, że z pierworodnym dzieckiem dzielnej policjantki dzieje się coś (w sumie wiadomo co) bardzo niedobrego. Podejrzewam, że ta historia bardziej by mnie ciekawiła, gdyby twórcy częściej podążali za siedemnastoletnią Thale Berg, miast jej biologiczną matką, która po śmierci swojego pierwszego męża, związała się z mężczyzną o imieniu Arthur. Nie jest dla mnie jasne, czy głuchoniema młodsza siostra Thale, Jenny, jest owocem teraźniejszego czy poprzedniego związku Liv, ale za to nie ulega wątpliwości, że siostrzyczki Berg łączy mocna więź. Gorszy kontakt Thale ma ze swoją rodzicielką, która najwyraźniej ma mniej liberalne podejście do wychowywania dzieci od Arthura. Czego najjaskrawszym dowodem ich odmienna reakcja na „kradzież” sześciopaku, bądź co bądź, ze wspólnej lodówki:) Arthur nie ma też nic przeciwko temu, by tak młoda osóbka jak Jenny oglądała takie okropności jak „Hotel zła” Roara Uthauga, natomiast Liv nie ma okazji wygłosić swojego poglądu w tym jakże ważkim dla niejednego rodzica temacie.

(źródło: https://www.heavenofhorror.com/)

Senne norweskie miasteczko pewnego niczym niewyróżniającego się popołudnia wpada w szpony chodzącego koszmaru. Autorzy „Wilka wikingów” nie bawią się w długie wstępy, nader szybko zawiązują właściwą akcję, na czym według mnie najbardziej tracą postacie. Nie tylko nie ma należytego „wieczorka zapoznawczego”, ale i po otwarciu śledztwa w sprawie nietajemniczej bestii z lasu, wyłapywałam jedynie jakieś strzępy informacji na temat pierwszoplanowych postaci, nie wspominając już o pozostałych mieszkańcach tego przeklętego kawałka skandynawskiej ziemi. Irytująco ogólne, wręcz szczątkowe portrety jak by nie patrzeć stereotypowych bohaterów i bohaterek. Rozgoryczona nastolatka (niezgorszy występ Elli Rhiannony Müller Osborne), którą wyrwano z jej „naturalnego środowiska” (z metropolii na prowincję), a jakby tego było mało nie może oprzeć się wrażeniu, że tylko jej brakuje ojca, że jej matka z ulgą przyjęła śmierć swojego poprzedniego małżonka. Zdeterminowana, doświadczona policjantka – wspomniana matka obrażonej nastolatki – która właśnie zderza się z innymi metodami śledczymi (nie jesteś już w Oslo, Dorotko), tropiąca dzikiego zwierza, co pochłania niemal całą jej uwagę. Rzadko bywa w domu, w odróżnianiu od swojego aktualnego partnera, Arthura, który nie jest zwolennikiem ograniczania wolności małoletnich, a w każdym razie szanuje ich prawo do prywatności. W przeciwieństwie do Liv nie pcha się nieproszony do akurat zajętych pomieszczeń w ich gospodarstwie domowym. I pewnie nawet nie wyobraża sobie buszowania w „świątyni nastolatki” podczas jej nieobecności w domu, a cóż dopiero gdy dziewczyna jest w środku. Cierpiąc w samotności, z czego doskonale ma zdawać sobie sprawę odbiorca „Wilka wikingów”. Niepokojące wizje, chodzenie we śnie (somnambulizm, który w domyśle nie występował u Thale Berg przed spotkaniem z „niewidzialnym” drapieżnikiem), dreszcze, puste spojrzenie... i narastający nietypowy apetyt? Tak czy owak, dziewczyna choruje, a jedyną osobą, która może być tego świadoma jest jej młodsza siostra, niemająca w zwyczaju komukolwiek wyjawiać sekretów Thale. W innej sytuacji taka postawa byłaby godna pochwały – piękna solidarność, lojalność, przypuszczalnie obustronna – ale śmiem podejrzewać, że dla widzów od początku tych nieludzkich zmagań siedemnastolatki będzie jasne, że najlepiej dla wszystkich byłoby natychmiast wszcząć alarm. Powiadomić jakiegoś dorosłego o nie takiej znowu zagadkowej chorobie pechowej imprezowiczki. Bo wszystko przez tę przeklętą imprezkę w plenerze, zmarnowaną szansę(?) Thale na nawiązanie nowych znajomości. Myślała, że to pomoże jej w procesie aklimatyzacji, bo raczej nie zanosiło się na to, że jej matka na tyle pożałuje swojej decyzji o przeprowadzce (zaakceptowanej przez Arthura), by znowu zwinąć manatki i wrócić do stolicy. Może gdyby nie pojawił się rzekomy wilk... W sumie ten wypad już wcześniej nie układał się po myśli Thale, ale nie można wykluczyć, że towarzystwo w końcu szerzej otwarłoby się na nową „przywleczoną” przez Jonasa Larsona, ogólnie lubianego chłopaka, który ewidentnie czuje miętę do Thale. Żeby tradycji stało się zadość, w scenariuszu przewija się wzmiankowany już wytrawny łowca, szorstki w obyciu pogromca tym razem nie wampirów, żywych trupów czy innych fantastycznych kreatur, tylko legendarnych krzyżówek człowieka z wilkiem (niewykluczone, że nieścieralne piętno, klątwa, której niepodobna cofnąć – można tylko uśmiercić pechowego delikwenta). Ekspert w sprawach „nie do wiary”, którego głównym oponentem chyba miał być William, przedstawiciel nauki, która w świecie horroru częściej bardziej przeszkadza, niż pomaga. Od strony technicznej „Wilk wikingów” Stiga Svendsena w moich oczach zaprezentował się praktycznie bez zarzutów – może z wyjątkiem makabrycznego skąpstwa (uwagę mogą zwrócić tylko niemiłosiernie okaleczone zwłoki pewnej niewiasty: mięsiste, realistycznie się prezentujące, potężne obrażenia cielesne), bo jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, z otwartymi ramionami przyjęłabym dodatkowe krwistości w wykonaniu zespołu ds. efektów specjalnych skompletowanego na potrzeby „Wilka wikinga”. Zdecydowanie zaostrzyli apetyt na swoje wstrętne, pożądanie niesmaczne twory. Agresor (lub agresorzy; swoją drogą jest i całkiem widowiskowa scena przemiany człowieka w niby wilka) też nie porażał sztucznością. Właściwie całkiem zacny horrorek mógłby się z tego wykluć, gdyby na gruncie fabularnym tak nie wiało nudą. Nijaka historia, która tak naprawdę dopiero przy końcu dostarczyła mi żywszych emocji. Taki jakiś depresyjny nastój mnie ogarnął.

Nie można mieć wszystkiego? Jeśli chodzi o owoce działalności artystycznej, to bym polemizowała, ale nie na przykładzie „Wilka wikingów” Stiga Svendsena, norweskiego werewolf horroru w jakimś, raczej niedużym, zakresie pomyślanego jako pomnik dla „Szczęk” Stevena Spielberga i „Thrillera” Johna Landisa (wideoklip do utworu Michaela Jacksona). Szkoda takiego klimatu dla tak bezbarwnej opowieści. Taka konkluzja, niestety, nasunęła mi się na mecie owego niecodziennego polowania na grubego zwierza. Albo dwa. Porządne opakowanie i rozczarowująca zawartość, tak muszę podsumować swój stosunek do tego daru. Na poły trafiony prezent prosto ze Skandynawii.

sobota, 4 lutego 2023

Freida McFadden „Zamknięte drzwi”

 

Przed dwudziestoma sześcioma laty w Oregonie schwytano seryjnego mordercę Aarona Nierlinga, znanego też jako Handyman, w nawiązaniu do jego makabrycznej kolekcji przechowywanej w wielkiej skrzyni znalezionej w piwnicy jego rodzinnego gniazdka. Za wiecznie zamkniętymi drzwiami, gdzie popełniał swoje krwawe zbrodnie. Obecnie mieszkająca w Mountain View w Kalifornii, Nora Davis, wspólniczka w małej klinice chirurgicznej, ponadto pracująca w dużym szpitalu, miała jedenaście lat, kiedy na jaw wyszły odrażające sekrety jej ojca. Już w młodości zmieniła nazwisko i odtąd pilnowała, by nikt nie dowiedział się, że jest córką niesławnego Handymana, ale teraz jej tajemnice są zagrożone. Wszystko wskazuje na to, że w mieście pojawił się naśladowca Aarona Nierlinga, który ofiar szuka wśród pacjentek doktor Davis. Psychopatycznej zabójczyni, nieodrodnej córeczce sadystycznego tatusia czy niewinnej kobiety, na którą faktyczny sprawca z premedytacją kieruje podejrzenia organów ścigania?

Pierwsza wydana w Polsce powieść Freidy McFadden, całkiem płodnej bestsellerowej amerykańskiej autorki, która szczególnie upodobała sobie thrillery psychologiczne i medyczne utwory humorystyczne. Pochodząca z Nowego Jorku gwiazda Amazona, praktykująca lekarka specjalizująca się w urazach mózgu, która swoją pierwszą powieść napisała w wieku jedenastu lat – rękopis najpewniej wciąż leży gdzieś w pokoju gościnnym jej matki. W dzieciństwie McFadden zaczytywała się między innymi w twórczości Ann M. Martin (a konkretnie w skierowanym do najmłodszych czytelników cyklu „Klub Opiekunek”) i Judy Blume. Czas wolny najbardziej lubi spędzać w Greenwich Village w Nowym Jorku, jest uzależniona od babeczek i bajgli, a mieszka w starym trzypiętrowym domu nad oceanem z rodziną i czarnym kotem. Światowa premiera „The Locked Door” (pol. „Zamknięte drzwi”) przypadła na rok 2021, a pierwszą polską edycję tego powieściowego thrillera psychologicznego wypuściło wydawnictwo Czwarta Strona w roku 2023. Okładkę zaprojektował Tomasz Majewski, a z angielskiego przełożyła Joanna Zalewska.

Serial killer thriller podany z perspektywy córki zimnokrwistego mordercy, potencjalnego złego nasienia, domniemanej kontynuatorki potwornej działalności osadzonego rodziciela. Trzydziestosiedmioletniej Nory Davis i jedenastoletniej Nory Nierling – umowna teraźniejszość wątpliwej bohaterki „Zamkniętych drzwi” nierównomiernie (ze zdecydowaną przewagą „tu i teraz”) przeplata się z retrospekcjami (okres poprzedzający niekoniecznie definitywny koniec krwawej działalności Handymana). Kobiety przeklętej, a przynajmniej trwającej w przekonaniu, że w jej sytuacji lepiej nie nawiązywać trwalszych więzi z drugim człowiekiem. Nie jest gotowa nawet na przygarnięcie bezdomnej kotki, którą od jakiegoś czasu sumiennie dokarmia, a cóż dopiero mówić o znalezieniu życiowego partnera czy chociażby prawdziwego przyjaciela. Właściwie całe jej życie sprowadza się do pracy. Bliższych osób od współpracowników i pacjentów narratorka „Zamkniętych drzwi” mieć w swoim mniemaniu nie może. Według niej tak jest bezpieczniej. Minimalizacja przypuszczalnie podwójnego ryzyka – to ułatwia utrzymywanie w tajemnicy faktu, że w jej żyłach płynie krew przerażającego Handymana i być może stanowi coś w rodzaju tarczy przed chorą żądzą krwi, niechcianą genetyczną spuścizną. Z obawy przed pójściem w krwawe ślady ojca – a może obojga rodziców? - Nora na dobrą sprawę zrzekła się prawa do założenia rodziny. Unieszczęśliwiała się tylko dlatego, że trafili jej się tacy, a nie inni rodzice? Stereotypowe myślenie przechodzące w autodestrukcyjną obsesję; niezasłużone kajdany narzucone niejako przez społeczeństwo. „Jaki rodzic, takie dziecko”, „niedaleko pada jabłko od jabłoni” i wreszcie polska teoria pt. „resortowe dzieci” - kłody w tym niby oświeconym, postępowym świecie wrzucane pod nogi przez jakąś część „dobrze urodzonych obywateli”. Podcinanie skrzydeł potomkom między innymi (nie tylko, o na pewno nie tylko) zbrodniarzy. Nora najwyraźniej zdążyła już zdiagnozować samą siebie, jako socjopatkę, ale nawet jeśli jej ocena jest słuszna (a szczerze mówiąc nie miałam powodów, by kontestować rzeczoną umowną autoanalizę), to stąd długa jeszcze droga do zabijania niebieskookich młodych pacjentek. Freida McFadden nie szczędzi jednak innych alarmistycznych sygnałów w związku z tą intrygującą panią doktor. Mistrzynią skalpela, która nawiązała owocną współpracę ze starszym chirurgiem, Philipem Corey'em. Przystojnym mężczyzną swobodnie skaczącym z kwiatka na kwiatek. Nieuleczalnym podrywaczem, któremu Nora wytyczyła wyraźną granicę w tych pseudomiłosnych podbojach. Obiecał, że przestanie flirtować z ich dwudziestoparoletnią recepcjonistką imieniem Harper, którą Nora, ku własnego zaskoczeniu, traktuje niemal jak córkę. W każdym razie ta dziewczyna przypadkiem skruszyła gruby mur, jakim Nora otoczyła się już w okresie nastoletnim. A może jeszcze wcześniej? Może ten „defekt” jest zakodowany w jej DNA. Nieprzeparta potrzeba dystansowania się od bliźnich? Imperatyw wewnętrzny, którego niepodobna przezwyciężyć? Tak czy owak, doktor Davis pogodziła się już z wizją dożywotniej samotności. Uznała, że nie ma wyboru, że to coś w rodzaju obywatelskiego obowiązku, niezbędne środki ostrożności najwyraźniej odbiegające od jej niewygórowanych, żeby nie powiedzieć bardzo skromnych marzeń. Chciałaby być żoną, chciałaby być matką, ale dawno temu solennie obiecała sobie, że w całości skupi się na budowaniu kariery. Na ratowaniu istnień ludzkich. Pokuta za potężne grzechy ojca? A co z matką? Czy Linda Nierling, gospodyni domowa, która popełniła samobójstwo w areszcie, była wspólniczką seryjnego mordercy? Czy ich jedyne dziecko było jedyną osobą niewtajemniczoną w ten potworny proceder? Czy tylko mała Nora nie wiedziała, co wyprawia się w piwnicy jej własnego niczym niewyróżniającego się, a wręcz całkiem przytulnego domku gdzieś w stanie Oregon?

Współczesna baśń o Sinobrodym. Patologicznym kłamcy, bez większego wysiłku czarującym płeć przeciwną, nieomal hipnotyzującym głównie młode ciemnowłose i niebieskookie niewiasty. „Reinkarnacja Teda Bundy'ego”. Wzorowy obywatel, który okazał się potworem. Podejrzewa się, że Aaron Nierling z zimną krwią pozbawił życia co najmniej trzydzieści osób, ale skazano go za osiemnaście zabójstw, do których mogła, ale nie musiała przyłożyć rękę jego uległa małżonka. Akcja „Zamkniętych drzwi” postępuje, jak dla mnie, w zastraszającym tempie. Zdecydowanie lepiej „współpracuje mi się” z autorami przywiązującymi większą wagę do szczegółów, powoli zanurzającymi czytelników w danym świecie przedstawionym, skrupulatnie budującymi swoje emocjonujące opowieści i dogłębnie charakteryzującymi swoje postacie. „Zamknięte drzwi” Freidy McFadden to tymczasem oferta przede wszystkim dla zwolenników szybkich thrillerów, szaleńczo rozpędzonych gatunkowych pociągów, które raz po raz wchodzą w ostre zakręty. Bez tak zwanych zbędnych dłużyzn - dla jednych nużących przestojów, dla innych doskonałych okazji do lepszego poznania bohaterów i antybohaterów, do należytego zaangażowania się w fikcyjną intrygę. Nie mogę jednak powiedzieć, że niegodny pozazdroszczenia żywot Nory Davis, wcześniej Nierling, był mi całkowicie obojętny, że jej historia nie dostarczyła mi tego magicznego dreszczyku, jakiego zwykle oczekuję od mroczniejszej beletrystki, w którą mimo wszystko wpisuje się to niezbyt klimatyczne dziełko. Pobieżnie wyłuszczona niecodzienna saga rodzinna, niekończący się(?) koszmar, przekazywana z pokolenia na pokolenie genetyczna bomba niekoniecznie z mocno opóźnionym zapłonem. McFadden już na płaszczyźnie retrospektywnej sugeruje, że Nora wdała się w ojca, że ta jedenastoletnia dziewczynka zdążyła już splamić swoje ręce krwią, ale nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek przypuściła śmiertelny w skutkach atak na istotę ludzką. Co nie znaczy, że ten zakazany pierwszy raz nie nastąpi jeszcze przed zatrzymaniem jej... mentora? Tak czy inaczej, to psychopatologiczne piekiełko frapowało mnie w dużo większym stopniu, aniżeli bieżące wiry w egzystencjalnym mętnym jeziorku zabieganej lekarki. Zazdrośnie strzegącej swojej prywatności, nielubiącej się przytulać chłodnej profesjonalistki, która rzadko odmawia sobie wieczornego drinka, albo dwóch, w ulubionym barze, ale nigdy nie przyjmuje takich propozycji od znajomych z pracy. Narastająca ciekawość dziecka, groźna fascynacja szczelnie zamkniętym podziemnym pomieszczeniem, z którego wydobywa się zapach lawendy. Czarna magia dzieciństwa, prawdopodobnie skażonego nie tylko zdrożnymi czynami długo nieuchwytnego seryjnego zabójcy młodych kobiet, który na pamiątkę zachowuje sobie kości ich rąk. Wstrętne trofea ukrywane w wielkiej skrzyni leżącej gdzieś w rzekomym warsztacie stolarskim czarującego Aarona Nierlinga. Człowieka, który nigdy nie podnosi głosu, ale mającego swoje sposoby na wymuszenie posłuszeństwa u wiecznie zamartwiającej się małżonki. Jedynego żywiciela rodziny, więcej czasu spędzającego w przeklętej piwnicy niż w pozostałych pomieszczaniach razem wziętych. Kochającego ojca, ale już niekoniecznie kochającego męża. Potencjalne brudne sekrety małoletniego stworzenia i niekwestionowane ohydztwa jego drogiego tatka. W dorosłym życiu Nory architektka tych książkowych realiów wykorzystała motyw tajemniczego prześladowcy. Zabójczego stalkera, naśladowcy przebywającego za kratkami seryjnego mordercy, który z jakiegoś sobie tylko znanego powodu zawziął się na córkę swojej okropnej muzy. Jest też druga możliwość, dla głównej zainteresowanej przypuszczalnie jeszcze upiorniejsza. Nora nie ma odwagi porządnie przemyśleć tej odstręczającej ewentualności; jakby desperacko spychała to na samo dno świadomości. Ze strachu przed nieznośną prawdą o sobie, Nora szuka winnych wokół siebie? Wyparcie? Osobowość wieloraka? Moja lista podejrzanych w sprawie naśladowcy Handymana, zawierała tylko dwa imiona, z których jedno okazało się strzałem w dziesiątkę, a drugie dopiero tuż przed ostateczną konfrontacją zostało wyszczególnione, obarczone podejrzeniem, przez samą McFadden. Kolejna żywa ślepa uliczka, klasyczna zmyłka powieściopisarki, która w „Zamkniętych drzwiach” nie zaimponowała mi jakże mile widzianą w tym gatunku przebiegłością, dostatecznie skutecznym zaciemnianiem Prawdy. Z przygotowanych większych niespodzianek tylko „kropka nad i” (epilog) jeśli o mnie chodzi nie okazał się kompletnym niewypałem. Kwaśna wisienka na torcie – niezaskakująca, a nawet uczciwie zapowiadana, ale nie na ostatnim odcinku tej literackiej trasy. Koniec bajki, czas wrócić do brutalnej rzeczywistości.

Gorąca oferta dla entuzjastów dynamicznych dreszczowców. Ekspresowych opowieści o nieautentycznych seryjnych mordercach, fikcyjnych typach spod najciemniejszej gwiazdy. „Zamknięte drzwi” pióra Freidy McFadden, poczytnej amerykańskiej powieściopisarki i czynnej lekarki, to średnio makabryczna, jeszcze mniej klimatyczna, pobieżnie rozpisana i jeśli o mnie chodzi niespecjalnie pochłaniająca, ale jadalna, nieciężka opowieść o rodzinnym przekleństwie, niemożliwie cuchnących korzeniach, od których szalenie trudno się odciąć. O samobiczowaniu, życiu w strachu przed samą sobą, w mentalnej pułapce, z której może lepiej się nie wygrzebywać? O poskramianiu faktycznej bądź wyimaginowanej bestii. Beznadziejnej walce z hipotetycznym morderczym instynktem. Z mrocznym dziedzictwem.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 2 lutego 2023

„Coś jest nie tak z dzieciakami” (2023)

 

Dwie pary, Margaret i Ben oraz Ellie i Thomas wraz ze swoimi dziećmi Spencerem i Lucy, spędzają weekend w sąsiadujących ze sobą domkach letniskowych w zacisznym leśnym zakątku. Podczas pieszej wycieczki, w zrujnowanym budynku, znajdują głęboką studnię, z której chwilami bije tajemniczy blask. Chcąc pomóc przyjaciołom w naprawianiu wzajemnych stosunków, po powrocie Margaret proponuje, żeby najbliższą noc ich dzieciaki spędziły z nią i Benem. Wieczór upływa im na wspólnej zabawie, ale rankiem tymczasowi opiekunowie dokonują przerażającego odkrycia. Pociechy ich przyjaciół zniknęły. Po bezowocnym przeszukaniu domku i podwórza, nie informując o zdarzeniu Ellie i Thomasa, Ben w pojedynkę rusza do opuszczonego budynku w nadziei na zastanie w nim małych zgub. Tym sposobem staje się jedynym świadkiem szokującej tragedii. Jedynym dorosłym mającym wszelkie powody nie ufać istotom podającym się za Spencera i Lucy.

Kameralny horror wyprodukowany przez Blumhouse Television, w reżyserii Roxanne Benjamin, twórczyni między innymi „Szkółki przetrwania” (2019) i współtwórczyni antologii grozy „Droga na południe” (2015) oraz „XX” (2017). Oryginalny skrypt autorstwa T.J. Cimfela i Davida White'a, scenarzystów między innymi „Shut In” (2015), został przerobiony przez Benjamin, dostosowany do innej lokalizacji i napiętego harmonogramu, na co zasadniczy wpływ miała zapewne sytuacja pandemiczna (główne zdjęcia powstawały w okresie bezwzględnego panowania covida – ruszyły w listopadzie 2021 roku). I przemianowany z „The Ravine” na „There's Something Wrong with the Children” (pol. „Coś jest nie tak z dzieciakami”). Film kręcono w stanie Luizjana, w tym w XIX wiecznym ceglanym forcie, funkcjonującym pod nazwą Fort Macomb, leżącym w Nowym Orleanie, na zachodnim brzegu Chef Menteur Pass miejscu o szczególnym znaczeniu historycznym, w pobliżu którego nie ma żadnych wąwozów. Obraz trafił bezpośrednio do strefy VOD, poczynając od 17 stycznia 2023 roku (Kanada i rodzime poletko owej produkcji, czyli Stany Zjednoczone).

Roxanne Benjamin nie ukrywa, że pracując nad „Coś jest nie tak z dzieciakami” czerpała głównie z twórczości Stephena Kinga, którą darzy szczególnymi względami, ale w swoich wypowiedziach medialnych dawała też do zrozumienia, że ponadto na tę produkcję wpłynęły dwa z jej ukochanych filmów: „Synalek” Josepha Rubena i „Wioska przeklętych” Wolfa Rilla (ewentualnie Johna Carpentera: remake/readaptacja „Kukułczych jaj z Midwich” Johna Wyndhama). A właściwie trzy, bo czołówka – soczyście zielone harce filmowego rodzeństwa, płynnie zwalniające tempo przy dźwiękach Sisters of Mercy – powstała z inspiracji „Co się stało z Solange?” Massimo Dallamano. „Coś jest nie tak z dzieciakami” to horror skromny zarówno na gruncie fabularnym, jak i technicznym. O ile mnie pamięć nie myli, mniej dosadny od „Dzieci” Toma Shanklanda (nie wspominając już o kultowym „Czy zabiłbyś dziecko?” Narciso Ibáñeza Serradora na podstawie powieści Juana José Plansa), niemniej przede wszystkim ten tytuł miałam przed oczami podczas niniejszej weekendowej wyprawy. Dwóch zaprzyjaźnionych par i rzecz jasna tytułowych dzieciaków, w które w stosownie (lekko) upiornym stylu wcielili się Briella Guiza i David Mattle. Role ich filmowych rodziców powierzono Carlosowi Santosowi (m.in. „W pogoni za duchami” Bena Paysera i Scotta Rutherforda) i Amandzie Crew (m.in. „Oszukać przeznaczenie 3” Jamesa Wonga, „Udręczeni” Petera Cornwella, „Isabelle” Roberta Heydona), których wkład oceniam na mocno przeciętny. Podobnie jak występ Alishy Wainwright (jako Margaret), ale już partnerujący jej Zach Gilford (m.in. „Ostatnia zima” Larry'ego Fessendena, „Zemsta po śmierci” Sebastiana Gutierreza, „Diabelskie nasienie” Matta Bettineliego-Olpina i Tylera Gilletta, „Noc oczyszczenia: Anarchia” Jamesa DeMonaco) przyjemnie mnie zaskoczył. Wbrew pozorom „Coś jest nie tak z dzieciakami” nie przemierza najbardziej utartych ścieżek na terytorium horroru, na co zresztą w swoich szczegółowych omówieniach rzeczonego przedsięwzięcia, zwracała uwagę sama reżyserka. Gdyby tak było, to twórcy nie omieszkaliby przedstawić całej genezy „szaleństwa dzieciaków”, zbudować jakiejś niekoniecznie interesującej mitologii (z wypowiedzi Benjamin można wywnioskować, że takie „dawno, dawno temu bla, bla, bla” przeważnie niemiłosiernie ją nudzi), a współczesną Kasandrą nie byłby mężczyzna. Innymi słowy, to Benowi przypadła niewdzięczna rola zaalarmowania reszty. Pozostałych dorosłych wczasowiczów, którzy w odróżnieniu od niego, nie mają żadnego powodu, by wietrzyć jakieś niebezpieczeństwo ze strony zaledwie dziewięcioletniego chłopca i jego niewiele starszej siostry. Tym bardziej, gdy złym prorokiem jest jednostka z nie najlepszą kondycją psychiczną. Cała akcja zamyka się na amerykańskim wygwizdowie, w odludnej okolicy otoczonej niezbyt gęstym, żeby nie powiedzieć rzadkim (przynajmniej w najbliższej perspektywie) lasem, którego maleńki fragment oczywiście też posłużył za plan ekipie pod dowództwem Roxanne Benjamin. Dwa niemal przytulone do siebie średniej wielkości drewniane domki letniskowe postawiono nieopodal zabytkowych ruin, które nasi bohaterowie - a jakże! - na swoje nieszczęście na samym początku tego pechowego weekendu uznają za warte obejrzenia. Albo po prostu większość dojdzie do wniosku, że lepiej ulec namowom Bena, niż później wysłuchiwać, ileż to stracili nie wybierając się z nim na tę niezapomnianą wyprawę, która swoją drogą przypomniała mi „Smętarz dla zwierzaków” aka „Cmętarz zwieżąt” Stephena Kinga. A sekretna studnia, naturalną koleją rzeczy (znając główne źródło inspiracji Roxanne Benjamin, czyli wspomnianą już twórczość Stephena Kinga), doprowadziła mnie do „Dolores Claiborne”, pierwszą myślą innych odbiorców „Coś jest nie tak z dzieciakami” może być jednak Pennywise, prędzej filmowy niż książkowy (dwuczęściowa readaptacja genialnej powieści „To” w reżyserii Andy'ego Muschiettiego). Tak czy owak, znowu nie ma mojego ulubionego bohatera (Żółwia) oryginalnej opowieści o nieziemskim postrachu fikcyjnego miasteczka Derry w stanie Maine. W zasadzie jest tylko mistyczne światło, nadnaturalna energia o hipnotycznych właściwościach. Żeby tylko...

(źródło, zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=YB1rTbcYRdE)

Długoletnia damska przyjaźń, która wytrzymała wybór odmiennych modeli życia. Ellie uwiła sobie całkiem przytulne rodzinne gniazdko, a Margaret wolała skupić się na karierze i pasji, którą wcześniej dzieliła z Ellie. Najczęściej spontaniczne wyprawy w różne ciekawe miejsca, pełne przygód podróże, w które od jakieś czasu zwykle wyrusza razem z kochanym Benem. Decyzję o niewydawaniu na świat dzieci podjęła Margaret, a on się nie sprzeciwiał, więc kobieta dotąd żyła w przekonaniu, że Ben też nie widzi się w roli rodzica, że nie pociąga go mniej więcej taki żywot, jaki toczą ich najbliżsi przyjaciele. Ellie i Thomas nie dają im do zrozumienia, by żałowali, że nie poszli tą drogą co Margaret i Ben. Nie, z pewnością nie chcieliby zamienić się miejscami z tymi uciekającymi od odpowiedzialności, może nawet niedojrzałymi ludźmi, którzy nawet nie zdają sobie sprawy z tego, ile tracą tak uparcie odmawiając sobie potomstwa. W każdym razie tak swoich bezdzietnych przyjaciół mogą widzieć przeszczęśliwi rodzice, którzy oczywiście nie mają zamiaru wygłaszać takich opinii w ich obecności. Z kolei Margaret i Ben w rzeczywistości mogą uważać swoich biednych znajomych za ofiary presji społecznej, konformistów, którzy jakby na żądanie innych porzucili swoje marzenia, jak to się mówi, zrezygnowali z własnego życia. Jakiekolwiek zdanie o tych drugich chowają dorośli wczasowicze w „Coś jest nie tak z dzieciakami” Roxanne Benjamin, wygląda na to, że wszyscy - z wyjątkiem Bena? - ułożyli sobie żywoty podług własnych potrzeb. Każdy słuchał wyłącznie własnego serca, aczkolwiek Margaret niebawem zacznie się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie unieszczęśliwiła swojego życiowego wybranka. Wcześniej jakoś nie pomyślała, by zapytać go, czy chciałby być ojcem. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że Ben może nie nie dzielić z nią wszystkich pragnień. Choć w wielu sprawach w pełni się zgadzają, to w tym jednym, jakże istotnym punkcie, Ben może mieć zdanie odrębne, które z jakiegoś sobie tylko znanego powodu, postanowił zatrzymać dla siebie. Może powstrzymuje go obawa przed utratą Margaret? A może kobieta błędnie to wszystko odczytuje? Nie da się ukryć, że Ben ma dobry kontakt ze Spencerem i Lucy, ale samo to, że uwielbia spędzać czas z tymi dzieciakami, że doskonale sprawdza się w roli przyszywanego wujka, nie musi oznaczać, że marzy mu się własny szkrab. W jednej z rozmów z Thomasem, Ben wyznaje, że dla niego dzieci są jak luksusowe hotele: dobre na urlop, ale na co dzień, na dłuższą metę najpewniej okazałyby się strasznie męczące, boleśnie rozczarowujące, czy coś w tym rodzaju. I może to wcale nie jest kłamstwo? Tak czy inaczej, kontakty Bena z największymi skarbami Ellie i Thomasa, niebawem ulegną drastycznemu pogorszeniu. Mali przyjaciele zamienią się w zaprzysięgłych wrogów. A wszystko przez przeklętą studnię w przestronnej, ciemnej, zniszczonej budowli z cegieł. Film o gaslightingu: tak zapowiadała to minimalistyczne widowisko Roxanne Benjamin i nie powiedziałabym, że to czcze obietnice, ewentualnie przestrogi (choćby dla osób, którym akurat zachciało się bardziej makabrycznej filmowej uczty). Widowisko, które mogło być bardziej klimatyczne, skąpane w gęstszych, odstręczająco lepkich ciemnościach, za to ścieżka audio, jak mało która we współczesnym kinie grozy, w moim odbiorze zdecydowanie pchała się na czoło tej trzymającej w umiarkowanym napięciu, nienużącej, ale też nieprzełomowej, niespecjalnie wyszukanej orkiestry. Złowieszczej, prostej „piosenki” o opętanych lub podmienionych stworzeniach, które nomen omen z dziecinną łatwością torpedują wizerunek dobrego wujaszka. Zastawiają pułapki na człowieka mogącego pokrzyżować ich niecne plany. W każdym razie coś złego z tajemnej studni pewnie nie brało pod uwagę napatoczenia się naocznego świadka... nieodwracalnej tragedii? Szokujące odkrycie Bena po zakończeniu desperackich poszukiwań bezcennych latorośli jego przyjaciół, to mój ulubiony moment „Coś jest nie tak z dzieciakami”. Świat się przekrzywił, teraz to już na pewno dobiłam do tabliczki z napisem „Witamy w Strefie Mroku!”. Wcześniej miałam wątpliwości, ale ten moment zdecydowanie uwarunkował mnie te specyficzne, nieziemskie (gdzieś poza czasem i przestrzenią), szaleńczo zdestabilizowane, osobliwie płynne, nienormalnie ciekłe realia. No cóż, myślę, że można było śmielej poeksperymentować, bardziej zaszaleć na tym chwytliwym, ekstremalnie niepewnym terytorium. Największa przewrotka, odstępstwo od pospolitości, szczerze mówiąc żadnego wrażenia na mnie nie zrobiło. Takie rzeczy zdarzały się już w kinie grozy – nieczęsto spotykane, ale też nieinnowacyjne zagranie. Mnie przed oczami raptownie stanął pewien czarno-biały dreszczowiec wyreżyserowany przez jednego z najbardziej znanych filmowców w historii kinematografii.

Doceniam niepodążanie za modą pod tytułem „spokojnie, wszystko nie najgorzej się skończy” - uporczywe lukrowanie świata, który z definicji powinien był brzydki, zły, wstrętny, niepokojący:) Mały, bo mały, ale grunt, że jakiś pazur jest, a przynajmniej ja takowy wypatrzyłam w tym niewybuchowym „spektaklu” wyreżyserowanym przez Roxanne Benjamin, w tym Blumhouse'owym „Coś jest nie tak z dzieciakami”. Jak dla mnie dostatecznie zajmującym, niemęczącym, niewymagającym „straszydełku” w sam raz na jeden raz. Kameralnym horrorze o diabolicznych szkrabach, które że tak to ujmę, pozazdrościły milusińskim z fikcyjnej mieściny Gatlin w Nebrasce i znalazły sobie swojego Tego, Który Kroczy Między Rzędami. A raczej Tego, Który Tkwi W Studni.