Stronki na blogu

niedziela, 25 marca 2012

„Pod moją skórą” (2002)

Recenzja na życzenie
Esther, podczas przyjęcia poważnie rani się w nogę. Początkowo nie orientuje się, że zrobiła sobie poważną krzywdę, gdyż nie odczuwa żadnego bólu. Od tego momentu w Esther zaczynają zachodzić nietypowe zmiany. Kobieta nieustannie odczuwa niepohamowaną potrzebę okaleczania własnego ciała. Nie bacząc na komplikacje, jakie zachodzą w jej prywatnym i zawodowym życiu z powodu jej obsesji, Esther całkowicie się jej poświęca, a w swoim uzależnieniu zdaje się nie dostrzegać żadnych granic.
Francuski obraz Mariny de Van, w którym odegrała ona również główną rolę. W XXI wieku kinematografia francuska zaczęła cieszyć się ogromnym powodzeniem wśród wielbicieli nurtu torture porn. Takie obrazy, jak „Blady strach”, „Frontiere(s)”, „Martyrs. Skazani na strach”, czy „Najście” szokowały widzów niezwykle realistycznymi scenami tortur, niejednokrotnie oferując również oryginalną fabułę, będącą przekonującym tłem dla okropności, których odbiorcy byli bezradnymi świadkami. „Pod moją skórą”, oczywiście, również nie wystrzega się owej dosłowności w ukazywaniu krwawych scen, aczkolwiek reżyserka wykazuje odrobinę większe ambicje, aniżeli tylko i wyłącznie próba zniesmaczenia widza. Produkcja Mariny de Van jest przede wszystkim wnikliwym studium psychologicznym ewidentnie chorej kobiety, sceny gore zdecydowanie schodzą tutaj na plan dalszy, są jedynie niezbędnym środkiem, mającym na celu podkreślenie tragizmu głównej bohaterki.
Najczęstszym powodem samookaleczania jest symboliczne pozbycie się, poprzez krew, nagromadzenia negatywnych emocji. Tymczasem Esther zdają się kierować zupełnie odmienne, rzadziej spotykane powody. Czując rozpad między jej wewnętrznym „ja” a własnym ciałem, poprzez samookaleczanie stara się odzyskać władzę w kończynach, poczuć, że jej ciało należy tylko i wyłącznie do niej – nie jest autonomicznym bytem, działającym wbrew jej woli. Twórcy nie wyjaśniają tej kwestii dosłownie, posiłkują się raczej symbolicznymi obrazami, spośród których najbardziej wymowna jest scena służbowej kolacji, gdzie Esther dostrzegając, iż jej ręka spoczywa spokojnie na stoliku, oddzielona od reszty ciała zaczyna się kaleczyć, co na powrót pozwala jej odzyskać utraconą w jej mniemaniu kończynę. Cały seans utrzymany jest w surowym, schizofrenicznym klimacie, co zmusza odbiorców do mimowolnego wkroczenia w psychikę chorej kobiety, która w swojej obsesji posuwa się coraz dalej, nie dostrzegając żadnych granic swojego uzależnienia raczy nas coraz to wymyślniejszymi sposobami okaleczania własnego ciała, a gdy i to przestaje jej wystarczać bez zastanowienia decyduje się na autokanibalizm, w nadziei, że może taka odrażająca forma autodestrukcji pomoże jej odzyskać kontrolę nad własnym zbuntowanym ciałem.
Jak już wspomniałam francuscy twórcy nie boją się dosłowności w ukazywaniu makabrycznych scen. Podobnie jest tutaj. Gdy Esther systematycznie zadaje sobie kolejne cięcia, gdy konsumuje małe kawałki własnej skóry widz ma okazję ze szczegółami obejrzeć cały ten odrażający proces autodestrukcji – z pewnością nie przegapi najmniejszej ranki, żadnej kropli przelanej krwi, która tak na marginesie sprawia niebywale realistyczne wrażenie. Jednak podczas seansu nie będzie odczuwał jedynie zniesmaczenia, nie taki był główny cel twórców. Podczas drobiazgowego ukazywania rozpadu życia i psychiki głównej bohaterki nieustannie będziemy się zastanawiać, gdzie leży granica jej uzależnienia, jaką krzywdę jeszcze musi wyrządzić samej sobie, żeby w końcu zwrócić się po pomoc, żeby dotarło do niej, że potrzebuje specjalistycznej opieki, która być może zapewni jej w końcu spokój ducha. Takie odczucia u odbiorcy zapewnia w szczególności drobiazgowa charakterystyka Esther, łącznie z wglądem w jej psychikę, jaki zapewnili nam twórcy. I właśnie, głównie z tego powodu „Pod moją skórą” nie jest zwykłą jatką, mającą na celu zaspokojenie naszych najniższych instynktów – to przede wszystkim obraz psychologiczny, wymagający od odbiorcy maksymalnego skupienia podczas seansu.
„Pod moją skórą” idealnie nadaje się dla dwóch grup wielbicieli filmów grozy – zarówno entuzjastów krwawego kina, jak i sympatyków psychologicznej fabuły, okraszonej trudnym do zniesienia klimatem obłędu. Atmosferą odrobinę przypomina kultowe dzieło Romana Polańskiego „Dziecko Rosemary”, bo choć tematyka obu filmów jest zupełnie odmienna zdają się one wykorzystywać podobne środki przekazu do wprowadzenia widza w iście schizofreniczny klimat.

sobota, 24 marca 2012

Virginia C. Andrews „Kwiaty na poddaszu”

Wydana po raz pierwszy w 1979 roku pierwsza część sagi o rodzinie Dollangangerów, dzisiaj już uważana za pozycję kultową. W roku 1987 światło dzienne ujrzała wstrząsająca adaptacja powieści ze znakomitą ścieżką dźwiękową skomponowaną przez Christophera Younga oraz porażająco mrocznym klimatem.
Narratorką książki jest Cathy, która w przejmujący sposób opowiada czytelnikom o swoim tragicznym dzieciństwie. Dowiadujemy się, że mając lat dwanaście Cathy wraz ze starszym o dwa lata bratem, Christopherem oraz małymi bliźniętami, Cory’m i Carrie, zostali zmuszeni do wyjazdu z przytulnego domku, w którym wiedli szczęśliwe życie do czasu tragicznej śmierci ich ojca. Ich matka, nie mając środków do życia postanawia wrócić do swoich rodziców, którzy przed laty wyrzekli się jej z powodu bluźnierczej rzeczy, której się dopuściła. Postanawiając na powrót wkupić się w łaski bogatego, umierającego ojca, aby ten wpisał ją do testamentu, decyduje się zamknąć swoje dzieci w pokoju na piętrze, dając im również do dyspozycji wielkie poddasze. Uwięzione rodzeństwo, od tego momentu, będzie musiało znosić towarzystwo fanatycznej babci, która po wyjawieniu im wstrząsającej prawdy o nich samych nie cofnie się przed niczym, aby zmusić ich do posłuszeństwa. A co gorsza, dzieci wkrótce odkryją również nowe oblicze własnej matki…
„Coraz częściej myślę o nas jako o kwiatach na poddaszu. Papierowych kwiatach. Narodzeni w jasnych barwach, ciemniejących z każdym dniem długiego, ponurego, męczącego, koszmarnego czasu, który spędziliśmy jako więźniowie nadziei i ofiary zachłanności. Nigdy nie dane nam było pomalować naszych kwiatów na żółto.”
Książka, choć stosunkowo krótka, porusza cały szereg trudnych w odbiorze tematów, które z jednej strony mają za zadanie szokować odbiorców, a z drugiej zmusić ich do obrania innego punktu widzenia. Problem kazirodczych związków, nakreślony tak sugestywnie przez Andrews zbulwersuje pewnie każdego, ale równocześnie zostaje przez autorkę całkowicie usprawiedliwiony, a co za tym idzie czytelnik zostaje wręcz zmuszony do tolerowania tego odrażającego tematu tabu. Zupełnie inaczej rzecz ma się z zachowaniem babci i matki czwórki rodzeństwa – w tym aspekcie autorka nie żałowała sobie słów potępienia. Biedne, zamknięte w czterech ścianach, niewinne dzieci latami zmagają się z fizycznymi karami wymierzanymi przez ich babcię, ale to i tak nie jest najgorsze. Stara kobieta, mimo ewidentnych zapędów katowskich oraz trudnego do zdefiniowania fanatyzmu religijnego, w żaden sposób nie może równać się z matką dzieci, która nie tylko bezlitośnie manipuluje nimi, ale również w ogóle nie przejmuje się faktem uwięzienia własnych pociech – jest przekonana, że drogie prezenty wystarczą im do szczęśliwej egzystencji bez słońca, bez czystego powietrza. Kobieta, zaślepiona żądzą pieniądza, myśli jedynie o testamencie swojego ojca, nie zważając na męki własnych dzieci, które z dnia na dzień coraz bardziej podupadają na zdrowiu, które wraz z upływem lat coraz bardziej tracą nadzieję na upragnioną wolność. Podczas, gdy ona dobrze bawi się na wykwintnych przyjęciach, obraca się wśród elity, przyozdabia swoje ciało w drogą biżuterię i ubrania jej dzieci powoli umierają na zakurzonym poddaszu. A ich matka zdaje się tym w ogóle nie przejmować… Naprawdę niezwykle ciężko jest przebrnąć przez tego rodzaju problematykę, którą Andrews na szczęście przeplata również z dobrymi chwilami na poddaszu, gdzie dzieci mogą oddawać się beztroskiej zabawie w dzieciństwie, a w miarę dorastania najstarsze rodzeństwo dopuszcza się grzechu, przed którym tak zaciekle przestrzegała ich babka – co jeszcze ciekawsze, choć Chris i Cathy robią coś, co w cywilizowanym społeczeństwie jest zwyczajnie odrażające wcale ich nie potępiamy, wręcz przeciwnie, cieszymy się, że znaleźli sposób na osiągnięcie choćby tak szczątkowego szczęścia w pełnej mroku egzystencji.
Barwny, patetyczny styl Andrews znakomicie wpasowuje się w problematykę powieści i choć czasem może wydawać się odrobinę za bardzo podniosły to idealnie potęguje cierpienia czwórki rodzeństwa. Czytelnik nie tylko bez trudu zatopi się w brudnych tajemnicach rodziny Foxworth’ów, ale będzie wręcz pożerał każdą kolejną stronę, aż do porażającego zakończenia, podczas którego odkryje rzeczy, o jakich nawet mu się śniło, odkryje, że istnieją ludzie, dla których pieniądze są ważniejsze od życia ich własnych dzieci. Lektura przeznaczona jest przede wszystkim dla osób lubiących przeżywanie całej gamy emocji podczas czytania, niekoniecznie tylko tych pozytywnych. „Kwiaty na poddaszu” poruszą nawet najtwardsze serca, sprawią, że przez długi czas będziemy pamiętać o tragedii niewinnych dzieci, które w zamian za miłość, jaką obdarzyli swoją matkę otrzymali jedynie odrzucenie. W końcu, jakie mieli szanse w pojedynku z wielkim bogactwem?

wtorek, 20 marca 2012

„Kolobos” (1999)

Recenzja na życzenie (Snakehead)
Kilkoro ludzi decyduje się na udział w reality show. Pomysłodawca programu zamyka ich w domu pełnym kamer, a jedynym ich zadaniem jest zachowywać się naturalnie. Jedna z uczestniczek projektu, cierpiąca na stany lękowe Kyra, już od pierwszego dnia pobytu w nowym miejscu doświadcza dziwnych przywidzeń. Wkrótce jej omamy staną się rzeczywistością - uczestniczy reality show będą musieli walczyć o życie z tajemniczym mordercą.
Niskobudżetowy slasher Davida Todda Ocvirk’a i Daniela Liatowitsch’a. Film znany głównie w wąskim kręgu wielbicieli krwawych horrorów, co moim zdaniem przez wzgląd na nowatorskie podejście do tego bądź, co bądź skostniałego nurtu powinno jak najszybciej się zmienić. Początkowe sceny filmu nie obiecują nam nawet ułamka tych mocnych wrażeń, których uświadczymy w dalszej części seansu. Prawdę mówiąc, zaczyna się bardzo zniechęcająco. Po krótkiej sekwencji wypadku samochodowego, na chwilę przenosimy się do szpitala, do którego trafia ofiara kraksy. Następuje retrospekcja, podczas której będziemy zmuszeni przebrnąć przez krótkie wywiady z uczestnikami reality show. Całkiem zgrabny sposób na ekspresowe przedstawienie protagonistów, aczkolwiek stanowił on główny powód mojego sceptycznego nastawienia do dalszej części projekcji. Byłam pewna, że oto mam do czynienia z kolejnym obrazem verite, w dodatku porażająco słabo zagranym. Jednakże po przekroczeniu przez bohaterów progu naszpikowanego kamerami domostwa szybko zweryfikowałam swoją pierwszą konkluzję – aktorzy nadal spisywali się nadzwyczaj drętwo i mało przekonująco, ale w żadnym wypadku nie miałam do czynienia z kolejnym pseudo dokumentem, skupiającym się przede wszystkim na stylizacji obrazu w formę programu rozrywkowego. Nie, „Kolobos” to całkowicie inny rodzaj kina grozy – inny i równocześnie doskonale znany wielbicielom slasherów, a takie intrygujące miszmasze podgatunkowe, w moim mniemaniu mają dużą szansę zainteresować potencjalnych widzów.
„Kolobos” zręcznie łączy konwencję filmowego slashera z kinem gore, równocześnie dbając o iście psychodeliczny klimat. Dzięki przywidzeniom ewidentnie chorej psychicznie Kyry już od pierwszych minut pobytu naszych bohaterów w pełnym kamer domu będziemy mieli okazję zaznać mrożących krew w żyłach chwil, jakby żywcem wyjętych z najgorszych koszmarów sennych – wyłaniająca się spod łóżka męska dłoń, na wpół obdarta za skóry twarz ukazująca się na samoistnie włączanym ekranie telewizora. Takie psychodeliczne smaczki będą obecne, aż do końca seansu, jednak twórcy nie decydują się jedynie na ich wizualną ekspresję, ale również dźwiękową. Skomponowana przez Williama Kidd’a muzyka jest kluczowym elementem mrocznego klimatu, który towarzyszy nam niemalże przez cały seans, jej łagodne tony wręcz zmuszają odbiorcę do pozostawania w ciągłym napięciu psychicznym, są obietnicą dalszych przerażających wydarzeń. A owe przerażające wydarzenia, rzecz jasna, jak na slasher przystało skupią się głównie na wymyślnych morderstwach protagonistów, które przez wzgląd na swoją nadzwyczajną brutalność prędzej wpisują się w nurt gore, aniżeli klasyczny slasher. Otóż, zważywszy na błyskawiczne rozwinięcie akcji, dość szybko odkryjemy, że dom, do którego nieopatrznie weszli uczestnicy realisty show naszpikowany jest morderczymi pułapkami, które to będą głównym przyczynkiem spływającej po ekranie krwi. A takich scen gore jest naprawdę sporo, natomiast jeśli wziąć pod uwagę niski budżet filmu, nieustannie rzucający się w oczy (szczególnie przez rozproszoną realizację oraz słabą obsadę) są one nadzwyczaj realistyczne, żeby nie rzec zwyczajnie obrzydliwe.
Twórcy prowadzą akcję filmu, trzymając się wyrobionego przez lata schematu slasherów, aczkolwiek wielokrotnie od niego odstępując, co z pewnością zaskoczy niejednego wielbiciela tego nurtu, przekonanego, że ma do czynienia z kolejnym porażająco przewidywalnym horrorem. Za przykład może tutaj posłużyć kolejność uśmiercania poszczególnych ofiar. W slasherach na ogół jest ona łatwa do przewidzenia, „Kolobos” jednak całkowicie odwraca ową utartą konwencję, sprawiając, że widz nie jest do końca pewien, czyja kolej przypada w konkretnym momencie, a co chyba ważniejsze nie ma bladego pojęcia, w jaki to oryginalny sposób zostanie uśmiercony nasz bohater. A obserwując, jakże wymyślne sceny mordów poszczególnych ofiar, które są coraz bardziej brutalne, twórcy skutecznie wzbudzają nasz apetyt na więcej. Również zakończenie oferuje nam prawdziwie nowatorski popis podejścia do tematu. UWAGA SPOILER Podejrzewana przez cały seans Kyra w istocie okazuje się morderczynią. Wszelkie sygnały wysyłane przez reżyserów, mające nas upewnić w takim rozwiązaniu akcji (jej choroba psychiczna; podejrzenia, co do jej winy artykułowane przez pozostałych bohaterów filmu) zgodnie z konwencją tego nurtu kazały nam podejrzewać kogoś innego, mniej oczywistego, natomiast twórcy w finale pokazali nam dokładnie to, co we wcześniejszych scenach tak nachalnie nam narzucali KONIEC SPOILERA.
„Kolobos” wydaje się być idealną pozycją dla entuzjastów slasherów, kina gore oraz mrocznego psychodelicznego klimatu. Jednak czuję się w obowiązku przestrzec przed seansem osoby niegustujące w amatorskiej realizacji oraz żenująco niskim poziomie gry aktorskiej – jeśli ktoś nie potrafi przymknąć oczu na te mankamenty zdecydowanie powinien odpuścić sobie tę produkcję.

niedziela, 18 marca 2012

„Ludzka stonoga” (2009)

Recenzja na życzenie
Dwóm Amerykankom psuje się samochód gdzieś na pustkowiu w Niemczech. Szukając pomocy trafiają do domu ekscentrycznego lekarza. Mężczyzna usypia ich i zamyka w piwnicy, gdzie znajduje się już zniewolony Japończyk. Chirurg objaśnia swoim więźniom powód swojego zbrodniczego zachowania – otóż, pragnie stworzyć pierwszą na świecie ludzką stonogę, połączoną wspólnym układem pokarmowym.
Film Toma Sixa, który w Polsce wywołał niemało zamieszania. Już sam pomysł na główną oś fabularną wywoływał niezdrową ciekawość u widzów, którzy po skończonym seansie prześcigali się w krytycznych opiniach, szczególny nacisk kładąc na słówko „chory”. Nic więc dziwnego, że spodziewałam się iście wstrząsającego widowiska – byłam przygotowana dosłownie na wszystko, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że w trakcie projekcji mogłabym się nudzić. Akcja rozkręca się dosyć długo. Najpierw obserwujemy dwie spanikowane Amerykanki, szukające pomocy na niemieckim pustkowiu. Gdy w końcu docierają do jakiegoś domu i poznają jego dziwnego mieszkańca widzom od razu zapala się przysłowiowe światełko ostrzegawcze. Już sam wygląd mężczyzny w połączeniu z ekspresyjną gestykulacją każe nam sądzić, że oto mamy do czynienia z psycholem. I tak jest w istocie. W dalszej części filmu dowiadujemy się, że mężczyzna nazywa się Heiter i jest emerytowanym lekarzem, zajmującym się rozdzielaniem bliźniąt syjamskich, który postanowił odwrócić przebieg swoich badań i tym razem połączyć w jeden organizm troje porwanych osób. Pomysł niezwykle oryginalny, w zamierzeniu szokujący, w moim odczuciu, niestety nie zdał egzaminu. Wedle opinii wielu widzów „Ludzka stonoga” przeznaczona jest dla wąskiej grupy odbiorców – i tutaj moje pytania: dla jakiej? Wielbiciele szokującego kina gore mogą być mocno zawiedzeni, bo jedynym elementem mogącym kimkolwiek wstrząsnąć jest końcowy efekt eksperymentu Heitera, który entuzjastom tego rodzaju obrazów na pewno nie zapadnie w pamięć – wszak, widzieli oni na ekranie rzeczy o niebo gorsze. Natomiast osoby nieobcujące na co dzień z produkcjami gore rzeczywiście mogą być mocno zniesmaczeni, a z uwagi na fakt, że „Ludzka stonoga” ma sporą szansę osiąść im mocno na psychice to oni będą krzyczeć, że film jest chory.
Na uwagę zasługuje tutaj jedynie postać doktora Heitera – mocno przerysowany, aczkolwiek intrygująca. Dieter Laser wypadł w tej roli bardzo przekonująco, a uwagi na to, że scenariusz skupia się głównie na psychologii Heitera aktor bynajmniej nie miał łatwego zadania. Niestety na profesjonalizm możemy liczyć tylko i wyłącznie z jego strony, gdyż pozostali członkowie skąpej obsady nie przedstawiają sobą absolutnie żadnych zdolności aktorskich. Dwie Amerykanki nic tylko jęczą i płaczą, a gdy jednej z nich udaje się, choć na chwilę uciec doktorkowi widzowie mają okazję poobserwować iście chaotyczne, pozbawione wszelkiej logiki zachowanie, które nie może skończyć się niczym innym, jak ponownym schwytaniem ofiary. Natomiast Japończyk bez przerwy serwuje nam niewybredne, nazistowskie złorzeczenia wymierzone w Hetera – w końcu „Ludzka stonoga” jest produkcją europejską, więc nic dziwnego, że to właśnie z Niemca postanowiono zrobić potwora.
„Ludzką stonogę” śmiało można podsumować dwoma słowami: niewykorzystany potencjał. Proces dehumanizacji ograniczono do minimum, krwawych scen nie ma prawie wcale, a sam eksperyment doktora, który obiecywał nam iście przerażające przeżycia w ostatecznym rozrachunku nie wywołuje takiego szoku o odbiorców, jaki być powinien. Przez większą cześć seansu walczyłam z narastającym znużeniem – znużeniem ciągłym płaczem ofiar, nieustannymi monologami Hetera i całkowitą minimalizacją trzymającej w napięciu akcji. W 2011 roku miała miejsce premiera drugiej części filmu, a na rok 2013 zaplanowano odsłonę trzecią, jednak ja chyba sobie odpuszczę obcowanie z sequelami tej historii – część pierwsza w zupełności mi wystarczy…

środa, 14 marca 2012

„Siedem bram piekieł” (1981)

Liza Merril dostaje w spadku po wujku stary hotel, którego postanawia wyremontować i ponownie otworzyć. Mimo dziwnych wypadków, które mają miejsce w trakcie odnawiania hotelu kobieta nie poddaje się, uparcie dążąc do celu. Jeszcze nie wie, że hydraulik przypadkowo otworzył przejście do piekła, które znajduje się w piwnicy budynku. Od tego momentu Liza, mając do pomocy miejscowego lekarza, będzie musiała zmierzyć się z rzeczami, którym nigdy nie dawała wiary – rzeszom przerażających zombie.
Kino gore z XX wieku charakteryzowało się zadziwiającą kompatybilnością wynaturzonej przemocy z duszącym klimatem ogólnej degeneracji. Natomiast jeden z czołowych przedstawicieli włoskiej odmiany tego nurtu, Lucio Fulci, opanował owe zależności do perfekcji. Jedno z jego najsłynniejszych dzieł „Siedem bram piekieł”, dzisiaj uważane już za kultowy obraz gore, zyskało sobie rzesze fanów, ale przez swoją niecodzienną konstrukcję fabularną niemalże tyle samo przeciwników. Podobnie jak wiele innych filmów Fulci’ego tak i ten trafił w latach 80-tych na brytyjską listę produkcji zakazanych, co nie powinno dziwić zważywszy na fakt, że to jeden z najbrutalniejszych przedstawicieli nurtu gore.
„I ujrzysz morze ciemności i nic, co tam jest nie będzie odkryte.”
„Siedem bram piekieł” charakteryzuje nowatorska dysharmonia konstrukcyjna. Szczątkowa, żeby nie rzec bzdurna fabuła, która miała być jedynie pretekstem do ukazania, jak największej liczby krwawych scen. Przejaskrawione postacie, ze szczególnym wskazaniem na niewidomą Emily, przemawiającą w iście patetyczny sposób oraz naiwną do granic możliwości Lizę, która przez większą część filmu również wydaje się być ślepa na rozgrywające się wydarzenia. Zachowanie bohaterów przez brak jakiejkolwiek logiki nie pozwoli widzowi na skuteczne przewidywanie ich posunięć. Natomiast muzyka, skomponowana przez Fabio Frizzi’ego, zdaje się być żywcem wyjęta z innego obrazu – brak jakiejkolwiek synchronizacji z wydarzeniami rozgrywającymi na ekranie. Wszystkie te elementy, zawsze przypisywane na poczet wad filmu, tutaj zastosowano celowo, aby zdezorientować odbiorcę, uniemożliwiając mu przewidzenie jakichkolwiek wydarzeń. Fulci zgrabnie przekształcił ogólnie rozumiane wadliwe aspekty kinematografii w zalety, tym samym robiąc jeden z najoryginalniejszych obrazów gore, jakie powstały – a to ciekawe, zważywszy na jego naiwność fabularną.
Lucio Fulci był twórcą, stawiającym przede wszystkim na aspekt wizualny swoich filmów. Ukierunkowując swój geniusz na kino gore przede wszystkim skupiał się na drobiazgowym prezentowaniu scen mordów, których w „Siedmiu bramach piekieł” na pewno nie brakuje. Stwierdzenie „krew leje się strumieniami” w przypadku tego filmu znajduje całkowite uzasadnienie. Takiego nagromadzenia wynaturzonej przemocy, takiego dobitnego epatowania przemocą próżno szukać nawet pośród krwawych horrorów. Wizualizacja scen mordów zdaje się działać na zasadzie „cios-zbliżenie-zoom” – reżyser stara się, aby żadna z prezentowanych obrzydliwości nie umknęła uwadze widza. Przyznam się szczerze, że w pewnych momentach staje się to niemal nieznośne. Przykładowo scena z włochatymi pająkami zjadającymi mężczyznę wstrząsnęła mną do głębi. Dość nadmienić, że cierpiąc na arachnofobię już sam widok pajęczaków sprawiał mi fizyczny ból to niewyobrażalne pożeranie kawałek po kawałku poszczególnych ochłapów skóry ich ofiary całkowicie dopełniło dzieła – Fulci osiągnął swoje główne zamierzenie, zaszokował mnie do głębi i wątpię, żebym w najbliższym czasie zdołała wyrzucić tę konkretną scenę z pamięci. A takich krwawych wynaturzeń jest tutaj o wiele więcej. Jak już wspomniałam, Lucio Fulci, łączy w swoich obrazach przemoc z atmosferą, która to w „Siedmiu bramach piekieł” osiąga absolutne apogeum degeneracji, brzydoty i brudu. Tutaj wszystko jest spaczone do granic możliwości, każdy rekwizyt zdaje się być na wskroś przeżarty zepsuciem, a sam obraz wręcz poraża swoją mroczną kolorystyką. Już samym klimatem Fulci daje nam wgląd w prawdziwe Zło, które na każdym kroku czyha na naszych bohaterów.
Polecać „Siedem bram piekieł” komukolwiek byłoby raczej nie na miejscu. Entuzjaści kina gore na pewno już zapoznali się z tym obrazem, natomiast jeśli komuś brakuje mocnych wrażeń ze szczególnym wskazaniem na uczucie zniesmaczenia najlepszym wyborem będzie dla niego właśnie ta produkcja. Lucio Fulci gwarantuje zaspokojenie naszych najniższych instynktów.

niedziela, 11 marca 2012

„Heartless – W świecie demonów” (2009)

Recenzja na życzenie (Mayurii)
Fotograf, Jamie Morgan, samotnie zmaga się z ponurym życiem w zdemoralizowanym świecie. Będąc przekonanym o bezsensowności własnej beznadziejnej egzystencji stroni od ludzi, ukrywając swoją oszpeconą twarz pod kapturem i nie zawierając dłuższych przyjaźni z kimkolwiek. Podczas jednej z nocnych wędrówek przez miasto chłopak odkrywa, że pod osłoną ciemności, niewidoczne dla zwykłych śmiertelników żyją stwory jakby żywcem wyjęte z najgorszych koszmarów. Znając przerażającą tajemnicę Jamie zacznie powoli, acz nieuchronnie staczać się ku prawdziwemu szaleństwu.
Brytyjski film Philipa Ridley’a łączący w sobie elementy typowe dla horroru, kina psychologicznego oraz fantasy, ze szczególnym naciskiem na ten ostatni gatunek. Efekciarski obraz pełen wygenerowanych komputerowo demonów oraz szczegółową psychologią postaci Jamie’ego, stanowiącego główną oś fabuły, która ze względu na przemieszanie wątków religijnych z psychologicznymi pozostaje otwarta na różne interpretacje. Głównym wątkiem produkcji, który już od pierwszych minut seansu najszybciej rzuca się w oczy są realia wielkomiejskiej egzystencji. Ulice opanowane przez gangi, szerząca się przestępczość, która sprawia, że absolutnie nikomu nie jest dane, choć przez chwilę poczuć się bezpiecznie. Miasto skąpane w mroku, brudzie i degeneracji – wszystko to sprawia, że mieszkańcy dzień po dniu tracą nadzieję na lepsze jutro, bez celu snując się po podejrzanych dzielnicach, z rozpaczliwą nadzieją przeżycia kolejnego, nic nieznaczącego dnia. Cały film utrzymany jest w takiej pesymistycznej konwencji. Twórcy na każdym kroku przypominają nam o bezcelowości ludzkiego życia – zgodnie z zasadą „całe życie cierpisz, a potem umierasz”. Bohaterowie filmu, co jakiś czas klarują nam wprost wszystkie te przygnębiające, ale jakże prawdziwe myśli, ale twórcy nie ograniczają się tylko do słownego ich artykułowania. Klimat bezsensu ludzkiej egzystencji dodatkowo podkreślają mroczne zdjęcia oraz nostalgiczna ścieżka dźwiękowa. A w centrum tego wszystkiego mamy Jamie’ego, który stara się żyć w zgodzie ze swoją osobistą tragedią. Chłopak jest przekonany, że znamię szpecące jego twarz jest winne jego trudnościom z przystosowaniem się do otaczającej go rzeczywistości, z całego serca pragnie być taki, jak inni – marzy jedynie o akceptacji ze strony społeczeństwa, poznaniu kobiety, która zamiast uciec z odrazą na jego widok pokochałaby go na tyle, aby spędzić z nim resztę swojego życia. I właśnie w takim momencie pojawia się ktoś, kto może pomóc Jamie’emu w spełnieniu owych skromnych marzeń. Chłopak, biorąc przykład z legendarnego Fausta Goethego podpisuje cyrograf z diabłem, co dla osób zaznajomionych z faustowskim motywem zaprzedania duszy siłom ciemności jest sygnałem, że życie Jamie’ego bynajmniej nie zmieni się na lepsze.
Głównym mankamentem filmu, w moim odczuciu jest zbyt duże skupienie twórców na akcentowaniu różnego rodzaju pesymistycznych przesłań, niejednokrotnie zapominając o akcji, która mogłaby na dłużej przykuć uwagę widza. W końcu słuchanie o współczesnej, zdemoralizowanej rzeczywistości jest bardzo ciekawe, ale tylko do pewnego momentu. Moim zdaniem reżyser w tym aspekcie odrobinę przedobrzył. Tak intrygujący początkowo seans z czasem zaczął zwyczajnie nużyć. Ale na szczęście końcówka filmu na powrót prezentuje nam oryginalne motywy przemieszania religijności z psychologią, co znacznie ratuje ogólną wymowę produkcji.
Kluczową postacią filmu jest Jamie, to on stoi w centrum wszystkich przerażających wydarzeń, a więc najważniejszym zadaniem reżysera było obsadzenie w tej roli jakiegoś nieprzeciętnie uzdolnionego aktora. I ku mojemu zadowoleniu udało się znaleźć kogoś takiego. Jim Sturgess w iście przekonujący sposób zdołał udźwignąć tę niełatwą rolę, co znacznie pomaga odbiorcom w obcowaniu z tragicznym życiem Jamie’ego.
„Heartless – W świecie demonów” na tle innych współczesnych produkcji wypada nadzwyczaj oryginalnie i choć ewidentnie posiada kilka słabszych momentów, szczególnie w swojej środkowej części, to myślę, że i tak zasługuje na uwagę widzów gustujących w nowatorskich miszmaszach gatunkowych oraz pesymistycznych akcentach, które tak często uwypuklane są w filmach grozy.

sobota, 10 marca 2012

„Donner Pass” (2012)

Czwórka przyjaciół wybiera się do domku w górach, w okolice owianej złą sławą przełęczy, gdzie przed laty grupa osadników, aby przeżyć dopuściła się kanibalizmu. Gdy docierają na miejsce dołącza do nich również grupka znajomych ze szkoły. Jeden z chłopców odłącza się od grupy i wyrusza do miasta po piwo. Nazajutrz przyjaciele znajdują szczątki jego zjedzonego ciała. Spanikowani zaczynają podejrzewać, że legenda o George’u Donnerze stała się rzeczywistością i teraz oni są celem przerażającego kanibala.
W 1846 roku grupa osadników, której przewodził George Donner wyruszyła z Utah do Kalifornii. W październiku w górach Sierra Nevada rozpętała się śnieżyca, która podzieliła pionierów na dwie grupy – jedna została na miejscu, postanawiając przetrwać jakoś zimę, a druga wyruszyła w dalszą drogę. Pięć mil za przełęczą, w której została część osadników wędrowcy utknęli. W dwa miesiące później dwóch pionierów jakimś cudem dotarło do jakiegoś osiedla i sprowadziło pomoc. Wkrótce odkryto, że z całej osiemdziesięcioczteroosobowej grupy Donnera ocalało jedynie dziewięć osób, którzy aby przeżyć zjadali swoich zmarłych kompanów. Historia wyprawy Donnera jest klasycznym przykładem tzw. kanibalizmu in extremis, wymuszonego rozpaczliwą sytuacją bez wyjścia, która nakazuje złamać ogólnie przyjęte normy zachowania w celu przeżycia.
„Gdy poczujesz głód, po raz pierwszy jesteś niczym dzikie zwierzę. Całe człowieczeństwo z ciebie uchodzi.”
Elise Robertson w swoim niskobudżetowym filmie przedstawia osobliwą wariację na temat historii Donnera. Wśród miejscowych, zamieszkujących okolicę tzw. Przełęczy Donnera krąży legenda, według której George Donner był rządnym krwi ludożercą, który bestialsko zabijał swoich towarzyszy, aby spożyć ich ciała. Podobno Donner nadal krąży po okolicznych górach w poszukiwaniu świeżego mięsa, co zdaje się potwierdzać niedawno znalezione ciało na wpół zjedzonej kobiety. Grupa średnio rozgarniętych nastolatków, nie zważając na owe ponure legendy zatrzymuje się w domku w górach i poddaje beztroskiej, zakrapianej alkoholem zabawie. Pierwsze 44 minuty filmu oferuje widzom iście usypiającą fabułę – będziemy świadkami mało interesujących niesnasek pomiędzy protagonistami, ich szczeniackich zabaw oraz rzecz jasna przyjemności, jakich zapewnią sobie za zamkniętymi drzwiami sypialni. Słowem: nic oryginalnego, nic co skutecznie przyciągnęłoby uwagę widza w trakcie tych niekończących się 44 minut seansu.
Druga połowa filmu wykazuje ewidentną ambicję zainteresowania widzów jakże drastycznymi scenami mordów, które jak na film niskobudżetowy prezentują się całkiem przekonująco. Ale sceny gore niestety nie wystarczą, aby zadowolić współczesnego widza. Idąc po najmniejszej linii oporu, twórcy, starają się jedynie obrzydzić widza, zupełnie zapominając o klimacie wyalienowania, który w przypadku tego obrazu wydawał się nieodzowny. W końcu, kiedy obcujemy z horrorem, w którym bohaterowie znajdują się na kompletnym odludziu, będąc zmuszonymi do walki o przeżycie to nic dziwnego, iż oczekujemy choćby minimalnej atmosfery zagrożenia, dzięki której moglibyśmy całkowicie utożsamić się z ofiarami. Niestety, „Donner Pass” nie zaszczyci nas choćby szczątkowym klimatem – na początku zaofiaruje nam jedynie nudne przygody przygłupich nastolatków, a później całą energię skieruje na próbę zniesmaczenia nas, widokiem na wpół zjedzonych ludzkich ciał. Pierwsza połowa filmu pozwala nam na tyle poznać protagonistów, aby w dalszej części sensu móc bez najmniejszych wątpliwości przewidzieć kolejną ofiarę tajemniczego mordercy, a nawet bez problemu zorientować się, kto zabija. Ta przewidywalność chyba najbardziej działała mi na nerwy. W trakcie projekcji jest tylko jeden motyw, którego nie sposób przewidzieć (sprawa gwałtu), natomiast wszystkie pozostałe wydarzenia będą znane każdemu widzowi już w pierwszych minutach filmu.
Aktorstwo, jak na produkcję niskobudżetową przystało, stoi na żenująco niskim poziomie. Żaden z bohaterów, wykreowanych przez iście „drewnianych” aktorów nie ma szans przekonać do siebie odbiorcę – już pomijając idiotyczne zachowanie protagonistów raczej nikt nie powinien, choć na chwilę uwierzyć, że nie jest świadkiem fikcji filmowej, w końcu obsada skutecznie to utrudnia.
Pomijając przekonujące sceny mordów oraz chwytliwy kawałek muzyczny, pojawiający się w czołówce i napisach końcowych ta produkcja nie ma sobą absolutnie nic do zaoferowania. Kolejny współczesny twór, który zamiast trzymać w napięciu jedynie nuży widza, zamiast zaskakiwać podąża utartym, żenująco przewidywalnym schematem. Odradzam nawet wielbicielom kina gore, że już nie wspomnę o entuzjastach klimatycznych horrorów.

czwartek, 8 marca 2012

„Wzgórza mają oczy” (2006)

Pewna amerykańska rodzina wybiera się na wycieczkę po kraju. Podczas jazdy przez pustynię ich przyczepa psuje się. Rodzina zostaje unieruchomiona na kompletnym odludziu bez możliwości wezwania pomocy. Wkrótce odkrywają, że nie są zupełnie sami, a ich życie jest w ogromnym niebezpieczeństwie.
W 1977 roku Wes Craven pokazał światu film, który miał być odpowiedzią na "Teksańską masakrę piłą mechaniczną" Toba Hoopera. 29 lat później współcześni widzowie mieli okazję zapoznać się ze świeżym spojrzeniem na ten temat. Film zasługiwał na uwagę nie tylko dlatego, że jest to remake kultowej już produkcji, ale również ze względu na nazwisko reżysera. Alexandre Aja udowodnił wcześniej widzom kina grozy, że jest na najlepszej drodze do tego, aby stać się nowym mistrzem horroru reżyserując sławetny "Blady strach". Tym razem na warsztat wziął remake filmu "Wzgórza mają oczy" i niezaprzeczalnie zrobił jeden z najmocniejszych survivali XXI wieku.
Mniej więcej do połowy film bazuje głównie na klimacie oraz wyalienowaniu głównych bohaterów wśród bezkresu amerykańskiej pustyni. W myśl zasady "najbardziej boimy się tego, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć" reżyser serwuje widzom uczucie niepokoju nie pokazując zbyt wiele. I te momenty są najmocniejszą stroną całej produkcji. Nieważne ile krwi wyleje się później, nieważne jak bardzo realistyczne będą sceny mordów to właśnie atmosfera początkowych scen filmu sprawia, że jest on wyjątkowy. Twórcy nie śpieszą się z akcją, powoli wręcz ślimaczo wprowadzają widza w późniejsze krwawe wydarzenia, umiejętnie stopniując atmosferę, która nieuchronnie prowadzi do bestialskiej kulminacji. Mimo, że lubię krwawe horrory (ten akurat do najkrwawszych nie należy) to w tym przypadku największe wrażenie wywarły na mnie początkowe sceny - naprawdę wczułam się w sytuację zagubionej rodziny, której życie wisiało na włosku. Czułam alienację. A to rzadkość w survivalach - w końcu nie są to filmy, które pozwalają nam w takim stopniu utożsamić się z ofiarami. Jak na ironię najmocniejszą sceną tej produkcji nie są okrutne mordy, ale gwałt. Sądząc po reakcjach widzów na ten konkretny moment zaczynam podejrzewać, że za parę lat osiągnie status kultowego. I nic dziwnego, bo chyba nie ma widza, który przeszedłby obojętnie obok takiego zboczenia.
Jeśli chodzi o aktorstwo to możemy liczyć na pełną profesjonalność. Przekonujące odegranie ról było tutaj bardzo ważne i myślę, że w tym aspekcie wszyscy wywiązali się idealnie ze swoich zadań. Na szczególną uwagę zasługują Dan Byrd, który w horrorach chyba już się zadomowił oraz Emilie de Ravin, piękna młoda gwiazdeczka Hollywoodu, która sądząc po tym, co pokazała nam w tym filmie drogę do kariery ma zapewnioną.
"Wzgórza mają oczy" nie jest filmem, który byłby w stanie przerazić wytrawnego widza kina grozy w zwyczajnym rozumieniu tego słowa. Ale na gęsią skórkę na pewno może liczyć, uczucie niepokoju jest niemalże gwarantowane. Moim skromnym zdaniem Aja przebił mistrza Cravena - jego remake okazał się nieporównywalnie lepszy od oryginału. Ale to zostawiam już każdemu do indywidualnej oceny. Jedno jest pewne - tak dobrego survivalu jak do tej pory nie uświadczyliśmy w XXI wieku, no może poza "Wrong Turn". Idealna mieszanka klimatu grozy z krwawymi scenami mordów podkreślona dającym do myślenia przesłaniem. Czego można chcieć więcej od horroru?

wtorek, 6 marca 2012

Polecam piosenkę

Odstępując na chwilę od filmów i literatury muszę wspomnieć o wspaniałym protest songu, który mimo swojego wieku nadal ma siłę poruszyć słuchaczy. Protest song w wykonaniu The Cranberries to jeden z najlepszych kawałków pacyfistycznych, jakie dane mi było usłyszeć.
Wstrząsający teledysk tutaj

niedziela, 4 marca 2012

„Dom przy cmentarzu” (1981)

Profesor Norman Boyle przeprowadza się do domu w New Whitby wraz z żoną i małym synkiem, aby zająć się badaniami zapoczątkowanymi przez poprzedniego, zmarłego tragicznie lokatora. Syn Boyle’a, Danny, ostrzega rodziców przed przeprowadzką, wiedząc od tajemniczej dziewczynki, Mae, że grozi im tam niebezpieczeństwo. Jednak Boyle’owie nie zwracają uwagi na ostrzeżenia synka. Po przyjeździe na miejsce poznają kobietę imieniem Ann, którą zatrudniają do opieki nad dzieckiem, po czym Norman przystępuje do pracy, mając nadzieję wyjaśnić okoliczności śmierci poprzedniego lokatora domu. Tymczasem ludzie z otoczenia Boyle’ów zaczynają ginąć w tajemniczych okolicznościach.
Ilekroć oglądam jakiś niszowy horror z XX wieku niezmiennie zbiera mi się na płacz. To niewiarygodne, że w przeciągu tych paru lat kino grozy uległo tak daleko posuniętej metamorfozie. Obecnie „ze świecą można szukać” obrazu gore, przeznaczonego dla wąskiej grupy odbiorców, pozbawionego efektów komputerowych, a będącego zręcznym połączeniem obrzydliwości z klimatem grozy. Każdy wielbiciel horroru, który porówna współczesny film torture porn, skierowany do multipleksowych mas z pierwszą z brzegu pozycją gore z lat 70-tych bądź 80-tych szybko zrozumie, że XXI-wieczne kino grozy znajduje się na równi pochyłej, która już od dobrych kilku lat spycha ten gatunek na niziny kinematografii. A co jeszcze smutniejsze, nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie ta sytuacja miała się poprawić.
„Nikt nigdy nie będzie wiedział, czy dzieci są potworami, czy potwory są dziećmi.”
„Dom przy cmentarzu” to trzecia część „Trylogii śmierci” włoskiego reżysera Lucio Fulci’ego, który przez wielu do dziś uważany jest za mistrza włoskiego zombie movies. Co jeszcze ciekawsze „Dom przy cmentarzu” uważany jest za najsłabszą część trylogii, a z uwagi na fakt, że poprzednich filmów jeszcze nie miałam okazji obejrzeć, a byłam wręcz oczarowana trójką już nie mogę się doczekać swojego spotkania z pozostałymi filmami Fulci’ego. „Dom przy cmentarzu”, który w latach 80-tych trafił na niesławną brytyjską listę video nasty obecnie stanowi prawdziwą ucztę da wielbicieli niszowego nurtu gore, ponieważ posiada dosłownie wszystkie charakterystyczne dla tego podgatunku elementy. Mroczna atmosfera wszechobecnej degeneracji i brudu w połączeniu z intrygującą formą przekazu Fulci’ego wynosi „Dom przy cmentarzu” na wyżyny krwawego horroru, mimo jego ewidentnej naiwności fabularnej. Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas seansu to oryginalna praca kamery – częste zoomowanie obrazu, zwłaszcza w czasie filmowania twarzy poszczególnych bohaterów, ze szczególnym wskazaniem na ich oczy. Długie ujęcia poćwiartowanych ciał – każda rana zadana ofierze została drobiazgowo zaprezentowana widzom. Fulci postarał się, aby absolutnie żaden rozbryzg krwi nie umknął naszej uwadze, abyśmy doskonale wiedzieli, ile ciosów zostało zadanych i w jakie poszczególne części ludzkiego ciała. A to wszystko dodatkowo podkreśla charakterystyczna ścieżka dźwiękowa, bez wątpienia wielkie dzieło Waltera Rizzati’ego, która przewija się praktycznie przez cały seans, co skutecznie przyczynia się do nieustannego potęgowania jakże duszącego klimatu, przy którym bledną nawet wstrząsające sceny mordów.
Kluczowego antagonisty nie zobaczymy w całej jego przerażającej okazałości, aż do ostatnich minut seansu. Najczęściej twórcy raczą nas widokiem jego zdegenerowanej dłoni, która systematycznie dziurawi ciała jego ofiar. Zabieg dosyć często wykorzystywany w kinie grozy, który ma na celu przede wszystkim podsycać ciekawość widza, żeby pod koniec seansu nagrodzić go, jak najbardziej przerażającym obliczem bestii. I rzeczywiście, charakteryzacja zombie, którą będziemy mogli „podziwiać” w trakcie ostatecznej konfrontacji z rodziną Boyle’ów poraża swoją szkaradnością, obrzydza zepsuciem i szokuje daleko posuniętym rozkładem anatomicznym. A to wszystko bez choćby minimalnej ingerencji efektów komputerowych - aż chciałoby się poprosić współczesnych twórców horrorów, aby brali przykład z geniuszu nieśmiertelnego Lucio Fulci’ego.
Film ma jeden znaczący mankament, na który zwróciło uwagę wielu jego widzów. Otóż, utożsamienie się z jego protagonistami znacznie utrudnia kiepski angielski dubbing, który niemiłosiernie kaleczy niemalże każdą kwestię aktorów.
Wielbicielom kina Fulci’ego pewnie nie muszę rekomendować tego filmu, podobnie entuzjastom kina gore, a z uwagi na to, że „Dom przy cmentarzu” jest klasycznym obrazem niszowym raczej wątpię, żeby pozostałym widzom przypadł do gustu. Dlatego też, chyba lepiej będzie, żeby ta konkretna pozycja pozostała w cieniu, gdyż nie ma absolutnie żadnych szans spodobać się entuzjastom multipleksowych horrorów.