czwartek, 30 listopada 2023

„Pięć koszmarnych nocy” (2023)

 
Samotnie wychowujący młodszą siostrę Michael 'Mike' Schmidt nie potrafi długo utrzymać się w jednym miejscu pracy. Nie chcąc stracić prawa do opieki nad dziesięcioletnią Abby, po utracie kolejnej posady, przyjmuje pierwszą, niezbyt zachęcającą ofertę: nocne zmiany we Freddy Fazbear's Pizza, od dawna zamkniętym lokalu, który lata swojej świetności przeżywał w przedostatniej dekadzie XX wieku. Niegdysiejsze rodzinne centrum rozrywki, najbardziej znane z animatronicznych przyjaciół dzieci, wciąż przechowywanych w tym zakurzonym przybytku. Praktykujący świadome śnienie w niesłabnącej nadziei na odkrycie tożsamości człowieka, który zniszczył jego idealną rodzinę, nowy nocny stróż niefunkcjonującej pizzerii ma powody przypuszczać, że w tym smutnym miejscu wreszcie rozwiąże przerażającą zagadkę przeszłości. Jego entuzjazm znacznie osłabnie, gdy mała Abby zaprzyjaźni się z tutejszymi mieszkańcami, mechanicznymi maskotkami z zabójczymi błyskami w oczach.

Plakat filmu. „Five Nights at Freddy's” 2023, Blumhouse Productions, Universal Pictures, ScottGames

Najbardziej dochodowe z dotychczasowych przedsięwzięć Blumhouse Productions (we współpracy z Universal Pictures i ScottGames). Rozbudowa popularnej franczyzy Scotta Cawthona, twórcy serii gier komputerowych z gatunku survival horror i autora powieści „Five Nights at Freddy's” - wprowadzenie animatronicznych sław do świata filmu. Pierwszą ujawnioną nabywczynią praw do zaadaptowania na ekran hitowej historii Cawthona była wytwórnia Warner Bros. Pictures, a blisko dwa lata po podaniu tej informacji do wiadomości publicznej, w marcu 2017 roku, ojciec serii w mediach społecznościowych doniósł o zasadniczych zmianach na tym animatronicznym pokładzie, dając do zrozumienia, że nowym producenckim opiekunem filmowego Freddy Fazbear's Pizza została marka Jasona Bluma. W lutym 2018 roku ogłoszono, że scenariusz i reżyserię powierzono Chrisowi Columbusowi, a sześć miesięcy później pochwalono się zakończeniem prac nad scenariuszem, podążającym za pierwszą cegiełką serii: wrzuconą na rynek w 2014 roku grą komputerową. Niedługo potem Jason Blum w mediach społecznościowych napisał, że premierę filmowego wydania „Five Nights at Freddy's” (pol. „Pięć koszmarnych nocy”) zaplanowano na rok 2020. Następnie gruchnęła wiadomość o odejściu z ekipy Scotta Cawthona, co opóźniło „roboty budowlane”, ale pewnie nie tak, jak zejście z pokładu Chrisa Columbusa, o czym założyciel Blumhouse Productions napomknął we wrześniu 2021 roku, czyli już po upływie pierwszego terminu uwolnienia animatronicznych straszydeł filmowych. Columbusa zastąpiła Emma Tammi, którą fani kina grozy mogą kojarzyć choćby z „The Wind” (pol. „Demony prerii” aka „Wiatr”). I wrócił Scott Cawthon.

Emma Tammi, Scott Cawthon i Seth Cuddeback Chris Lee Hill scenariusz „Pięciu koszmarnych nocy” w reżyserii pierwszej z wymienionych, napisali „pod dyktando” historii wymyślonej przez Scotta Cawthona, Chrisa Lee Hilla i Tylera MacIntyre'a (m.in. „Patchwork” 2015, „Tragedy Girls” 2017, jeden segment filmowej antologii grozy „V/H/S/99” 2022 i „Nóż w nocnej ciszy” 2023), naturalnie przewidując przeróżne smaczki dla fanów gier i powieści z cyklu „Five Nights at Freddy's”. Główne zdjęcia rozpoczęły się na samym początku lutego 2023 w Nowym Orleanie pod roboczym tytułem „Bad Cupcake”, a zakończyły w pierwszym tygodniu kwietnia tego samego roku. W październiku 2023 ruszyła szeroko zakrojona dystrybucja kinowa. Budżet oszacowano na dwadzieścia milionów dolarów (po ulgach podatkowych), a wpływy nielicho zaskoczyły. Niekoniecznie Jasona Bluma, od lat mocno przywiązanego do tego projektu, ale czy wiążącego z nim większe nadzieje niż chociażby z „Halloween” Davida Gordona Greena? Bo zarobek okazał się wyższy, pomimo w większości negatywnych recenzji krytyków i fanów filmowego horroru. Zachwyceni miłośnicy gier i/lub powieści Scotta Cawthona o mechanicznych zabójcach i rozczarowani nie-miłośnicy gier i/lub powieści Scotta Cawthona o mechanicznych zabójcach? Mniej więcej tak to się przedstawia – z naciskiem na „mniej więcej” (uogólnienie). Z doniesień medialnych wynikało, że „Pięć koszmarnych nocy” Emmy Tammi sprytnie przesuwa granicę kategorii PG-13, że twórcom udało się przemycić treści, na które publiczność może nie być przygotowana. Upiorności, jakich w horrorach dozwolonych od lat trzynastu uświadczyć niepodobna. Ciekawe, bo miałam niewątpliwą przyjemność obejrzeć względnie nowy horror jeszcze szerzej otwarty na młodszych, „Straszne historie” Davida Yarovesky'ego, który w moim przekonaniu wykazał się większą śmiałością. W roli głównej, Michaela 'Mike'a' Schmidta, wystąpił Josh 'Peeta Mellark' Hutcherson, któremu, poza wszystkim innym, udało się poruszyć jakąś czułą strunę w moim wnętrzu. Przyznaję, że nie przeszłam obojętnie obok zdesperowanego starszego brata pełniącego też obowiązki rodzica, człowieka z nieprzepracowaną traumą, któremu wiecznie wiatr w oczy. Stara się, ale mu nie wychodzi. Ima się różnych zajęć, by utrzymać siebie i przede wszystkim dziesięcioletnią Abby (nieprzekonująca kreacja Piper Rubio), ponieważ nie potrafi utrzymać się w jednej nisko płatnej pracy dłużej niż parę tygodni. Nie umie czy nie chce? Tak czy inaczej, jego kurator Steve Raglan (niezawodny Matthew Lillard) takiej kolekcji zwolnień dotąd chyba nie widział. A ostatni wybryk... W zasadzie przestępstwo, które najwyraźniej przez tak zwany wymiar sprawiedliwości zostało Mike'owi odpuszczone. Uznano, że utrata pracy jest wystarczającą karą za pobicie człowieka? Dziwne, ale taki już „urok” tej produkcji. Jakby postacie „Pięciu koszmarnych nocy” żyły w próżni, jak gdyby nikogo nie interesowało, kogo pobiją czy nawet zabiją. Efekt niedomykania wątków, przechodzenia do porządku dziennego nad ofiarami w ludziach.

Plakat filmu. „Five Nights at Freddy's” 2023, Blumhouse Productions, Universal Pictures, ScottGames

Inwazja zabawnych stworów zrobionych przez Jim Henson's Creature Shop. Roboty i przebrania, z których korzystano w sekwencjach wymagających większej mobilności ruchowej. Groteskowe animatroniczne zwierzaki potencjalnym śmiertelnym zagrożeniem dla bohaterów „Pięciu koszmarnych nocy” Emmy Tammi. Zwłaszcza małej Abby, uparcie uciekającej w świat wyobraźni, w rysunkowy pancerz, przez który bezskutecznie próbuje przebić się jej opiekun prawny. Może dlatego, że zwykle szybko się poddaje? Brakuje mu cierpliwości, brakuje energii. Przygnieciony życiem młody mężczyzna, który zaczyna myśleć, że jego siostrze lepiej będzie z nieprzyjemną ciotką Jane. Mike podejrzewa, że kobiecie bardziej zależy na pieniądzach (zasiłek) niż dobru siostrzenicy, nie może jednak oprzeć się wrażeniu, że to i tak lepsza opcja dla Abby od niego. Życiowego nieudacznika, skrajnie niezaradnego obywatela dumnych Stanów Zjednoczonych z niszczącą obsesją na punkcie tragedii z dzieciństwa. Niepowetowana strata, do której czołowa postać „Pięciu koszmarnych nocy” świadomie wraca w snach, wierząc, że na nieszczęsnym rodzinnym kempingu w jego podświadomości utrwaliła się twarz znienawidzonego człowieka. Wstrętnego zbrodniarza, który w godny odnotowania sposób UWAGA SPOILER wcześniej zdradzi swoją tożsamość widzom mającym w pamięci „Krzyk” Wesa Cravena – charakterystyczny gest szalonego zabójcy KONIEC SPOILERA. Miły gest, ale trzeba czegoś więcej, by zjednać sobie długoletnich fanów kina grozy. To może krótkie ujęcie chłopca roniącego krwawe łzy? Albo rzut oka na nielegalne składowisko ludzkich ciał, z jednym niewąsko okaleczonym panem. Ja najlepiej wspominam umowne wycieczki do krainy marzeń sennych świeżo zatrudnionego jedynego pracownika Freddy Fazbear's Pizza (właściciel, „w swojej mądrości”, uznał, że lokal wymaga ochrony tylko nocą, że w świetle dziennym żaden złodziej, ani żaden inny rzezimieszek nie odważy się wkroczyć na ten prywatny teren) – trudne początki (irytująca powtarzalność) i frapujący rozwój w klimacie lekko (naprawdę leciuteńko) pachnącym camp slasherami z drugiej połowy XX wieku. Domyślam się, że filmowcom zależało na przywołaniu magicznego ducha z przedostatniej dekady poprzedniego stulecia, ale obiektywnie rzecz biorąc ta hipotetyczna próba niezbyt się udała. Raczej kiepska stylizacja na stare, dobre... siekaniny? Bardziej slasher czy opowieść o duchach? W każdym razie budząca zastrzeżenia przyjaźń dziecka z cudacznymi robotami. Najwyraźniej istotami rozumnymi, być może autentycznie tęskniącymi za małoletnim towarzystwem, w którym swego czasu brylowali. Kiedyś gwiazdy, teraz „rupiecie ze strychu”. Zapomniane biedactwa, nad którymi ulitować mogło się tylko dziecko. No dobrze, może nie tylko, bo takiej leśnej babci jak ja też zrobiło się ich szkoda:), ale faktem jest, że kuriozalna ferajna domniemanych morderców dziecięcą radość odzyskuje dzięki najprawdopodobniej jedynej osobie, dla której główny bohater „Pięciu koszmarnych nocy” Emmy Tammi nie ustaje w wysiłkach uporządkowania swojego marnego żywota. Właściwie chłopak nie docenia tego, co ma. Rozpamiętuje przeszłość, czemu bądź co bądź trudno się dziwić, niemniej sam najlepiej wie, jak poważne szkody jego obsesja wyrządza ich dwuosobowej drużynie. Nie potrafi się powstrzymać, mimo że ma świadomość, że jego nietypowe śledztwo może przynieść więcej szkody niż pożytku. Tak naprawdę nieustępliwe przeszukiwanie podświadomości nie naprowadziło go na żadne obiecujące tropy w sprawie nieuchwytnego zbrodniarza, można wręcz powiedzieć, że ta sekretna inicjatywa Mike'a najbardziej przysłużyła się ciotce Jane, diabelnie zdeterminowanej, by odebrać mu Abby. „Misterny plany zrealizowany w rytmie slash”. Niedrastyczny, za to odrobinę mroczny, kawałek przerysowanej baśni o rozpaczliwym szukaniu swojego miejsca w bezdusznych świecie, o nieustającej walce jedynego żywiciela rodziny, wyzwaniach stojących przed niejednym rodzicem i oczywiście o podcinającej skrzydła traumie. O niezwykłej przyjaźni w ogniu poważnych podejrzeń i miłości, która może ją zwyciężyć. Niedostatecznie mroczna opowieść rodzinna, właściwie to ciepła opowiastka podobno z dreszczykiem. Horrorek na rozluźnienie.

Zachciało się rasowego horroru? To szukaj dalej, bo „Pięć koszmarnych nocy” Emmy Tammi to „straszenie w stylu Scooby-Doo”. Zabawna opowieść niesamowita spod markowego szyldu Scotta Cawthona, współscenarzysty tego niewykwalifikowanego straszydełka. Horroru relaksującego albo poważnie niedomagającego, żeby nie powiedzieć ułomnego. Tak czy inaczej, nie polecam poważnym fanom gatunku, ale tak niepoważnym jak ja odradzać nie zamierzam:)

wtorek, 28 listopada 2023

„Śmiertelny weekend” (1976)

 
Zamożny chirurg stomatologiczny Harry weekendy zwykle spędza w swoim odizolowanym ekskluzywnym domu nad jeziorem. Zawsze z inną kobietą. Jego kolejnym seksualnym trofeum ma być modelka Diane, błędnie przekonana, że nie jest jedynym gościem ledwo poznanego lekarza. Na prowincjonalnej drodze w Ontario, nieopodal jaskini rozpusty Harry'ego, kobieta mimowolnie upokarza miejscowego oprycha Lepa, szalonego kierowcę zwyczajowo szukającego sadystycznej rozrywki ze swoją trzyosobową bandą. Harry i Diane bezpiecznie docierają do letniskowej posiadłości mężczyzny w przeświadczeniu, że ich problemy z brzydko zabawiającym się towarzystwem dobiegły końca, ale tak naprawdę jeszcze się nie zaczęły. Prymitywny gang nie daruje zniewagi bezczelnym mieszczuchom.

Plakat filmu. „Death Weekend” 1976, Canadian Film Development Corporation (CFDC), Famous Players, Quadrant Films

Kanadyjska odpowiedź na „Ostatni dom po lewej” Wesa Cravena, zrealizowane za około pół miliona dolarów kanadyjskich drugie reżyserskie osiągnięcie Williama Frueta (po dramacie „Wedding in White” 1972), który przyłoży rękę między innymi do takich seriali jak „Alfred Hitchcock Presents” (1985-1989), „Piątek trzynastego” (1987-1990), „Po tamtej stronie” (1995-2002) i „Gęsia skórka” (1995-1998). Właściwie scenariusz „Death Weekend” (pol. „Śmiertelny weekend”) - przez dystrybutorów przemianowany (nie wszędzie) na „The House by the Lake” w nadziei na przyciągnięcie publiczności podgatunkowego sławnego kolegi stworzonego przez człowieka, który w następnych dekadach zostanie ojcem Freddy'ego Kruegera i Ghostface'a - miał powstać przed uwolnieniem debiutanckiego obrazu Wesa Cravena, ale jego autor - sam William Fruet – obawiając się oskarżeń o nadmierną inspirację „Nędznymi psami” Sama Peckinpaha, powziął decyzję o wstrzymaniu „robót budowlanych”, która stosunkowo niedługo pozostawała w mocy. Gotowy produkt Frueta ze znaczkiem „rape and revenge” na krajowy rynek został wprowadzony we wrześniu 1976 roku – do kanadyjskich kin trafiła lekko złagodzona wersja terroru nad jeziorem, ale film i tak wzbudził pewne kontrowersje. Oburzeni przemocą, ale nie tak jak ówczesne władze Wielkiej Brytanii. Tytuł wrzucony do Section 3: Video Nasties (podlegające konfiskacie „mniej nieprzyzwoite” produkcje), co ponoć zdziwiło nawet niektórych cenzorów.

Pojedynek na szosie Williama Frueta. Scenariusz „Śmiertelnego weekendu” powstał pod natchnieniem nieprzyjemnej przygody przeżytej gdzieś na bocznej drodze w kanadyjskiej prowincji Alberta. Pijani nieznajomi w samochodzie kontra nieszukający zaczepki, zupełnie trzeźwi pasażerowie innego pojazdu: Fruet z przyjaciółmi. Mówi się też, że główny architekt „Śmiertelnego weekendu” pozostawał pod dość silnym wpływem autentycznej sprawy napadu na dom dentysty, bezpardonowego wtargnięcia bandyckiej szajki, do którego miało dojść gdzieś w Kanadzie. Panuje też przekonanie, że ludowi po dziś dzień odmawia się dostępu do pierwszej wersji - bądź co bądź fikcyjnego - brutalnego starcia w odludnym zakątku prowincji Ontario, że uwolniono jedynie mniej i bardziej okrojony skandaliczny materiał Williama Frueta. Ten „mniej okrojony” można rozpoznać choćby po krwi tryskającej z podciętego gardła wprost na klatkę piersiową (na ubranie) postaci siedzącej obok. UWAGA SPOILER Ponadto dłuższa akcja z palącym się człowiekiem i szersze o jedno ujęcie seksualne natarcie Lepa. Pokazano też Runta dławiące się własną krwią i wcześniejszą siekaninę kawałkiem szkła KONIEC SPOILERA. „Ostatni dom po lewej” Wesa Cravena, „Pociąg tortur” Aldo Lado, „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego, „Dom na skraju parku” Ruggero Deodato... Nie, na porównywalną śmiałość lepiej się nie nastawiać, rzeczony wkład Williama Fuerta w podgatunek rape and revenge, jedną z gałęzi „przebrzydłego” kina exploitation to bowiem członek grzeczniejszej frakcji paskud. Myślę, idealny na początek, na zawiązanie znajomości z „nurtem wyklętym”. Kinem rynsztokowym, którego żaden szanujący się koneser kina kijem nie tknie:) Brudas Fuerta przedstawia się nam podczas samochodowej podróży Harry'ego i Diane (przyzwoita kreacja Chucka Shamaty i znakomity występ Brendy Vaccaro), chirurga stomatologicznego i modelki zmierzających do ukochanej rezydencji mężczyzny. Wystawnego zacisza człowieka, który jak moim zdaniem słusznie zauważy jeden z czarnych charakterów, bardziej przejmuje się rzeczami niż ludźmi, nie wyłączając siebie. Mogą go bić, byle nie niszczyli jego cennego mienia. Materialista radośnie skaczący z kwiatka na kwiatek. Weekendowe podboje nowobogackiego mieszczucha. Upojne chwile na kanadyjskiej prowincji wieńczące pracowite tygodnie przedstawiciela wyższej klasy średniej. Harry'emu może się wydawać, że starannie wybiera swoje weekendowe towarzyszki, że skrzętnie omija piękności, które nie dadzą się szybko, „bez zbędnych ceregieli”, zaciągnąć do łóżka. A czy może być ktoś bardziej chętny od zawodowej modelki? Czyli nie żaden nadludzki instynkt tylko kierowanie się stereotypami. Jak to mówią, wykształcenie wyższe, a podstawowego brak. Harry myśli, że Diane jest tak głupia, jak on mądry - tak niezaradna, jak on cwany. A tymczasem ta rzekomo pusta lala, daje mu próbkę swoich „sekretnych umiejętności” jeszcze przed wkroczeniem do jego małego królestwa. Brawurowa jazda domniemanej bezbronnej kobietki. Wyglądającej na taką zapijaczonej bandzie, czerpiącej chorą przyjemność z dręczenia innych. Wiejski gang, którym nosa uciera damulka z miasta. Duma niewybaczalnie zraniona. Duma lidera, na którego wołają Lep (niezły popis Dona Strouda), i któremu wydawało się, że za kierownicą nie ma sobie równych. A z łatwością pokonała go kobieta. W przyszłości podobnej „zbrodni” dopuści się pisarka nazwiskiem Jennifer Hills – „Bez litości” Stevena R. Monroe'a, remake „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego (w oryginale oba pod tytułem „I Spit on Your Grave”).

Plakat filmu. „The House by the Lake” 1976, Canadian Film Development Corporation (CFDC), Famous Players, Quadrant Films

Z deszczu pod rynnę. Charyzmatyczna bohaterka „Śmiertelnego weekendu” Williama Frueta ma do czynienia z dwoma gatunkami ssaków drapieżnych. Niepoprawny podrywacz, wojerysta z wyższych sfer i zabójcze zakapiory z dużo niższego szczebla drabiny społecznej. Podchody erotomana przy kasie i metody Don Juanów z marginesu. Muszę przyznać, że uwiodła mnie ta koncepcja, ten rozbrajająco prosty sposób na zintensyfikowanie poczucia zagrożenia. Podwójne zaszczucie postaci, której nawet gdybym bardzo chciała, nie potrafiłabym nie kibicować. Dziewczyna z charakterkiem. W przeciwieństwie do Harry'ego, nieodczuwająca przymusu popisywania się przed innymi. Wie, że ludzie oceniają ją po wyglądzie i nie dokłada starań by wyprowadzać ich z błędu. Zna swoją wartość, a inni niech sobie roją, co chcą. Czy jest nieprzyjemnie zaskoczona nieudanym weekendem? Niespecjalnie. Widać, że przywykła do ludzi pokroju Harry'ego, wychodzących z założenia, że „takie jak ona płyną przez życie z rozłożonymi nogami”. Ładne buzie, chętne ciała i nic poza tym. Innymi słowy, Harry ma bardzo niskie mniemanie o swoich przygodnych kochankach, jeśli nie wszystkich kobietach na tym hedonistycznym globie, i nie uwierzy, że jest inaczej, nawet gdy zobaczy. Diane lepiej od niego radzi sobie za kierownicą – jeździ jak rajdowiec - i potrafi naprawiać różne rzeczy, na przykład jego piękną łódź motorową, ale chyba nie myśli, że to może zaimponować takiemu gościowi jak Harry? No tak, przecież nie jest tak bystra jak on, nie wspominając już o tym, że świetny z niego aktor. Chwyta przynętę, łapie się na jego nieszczere wyrazy uznania, udawany podziw szarmanckiego stomatologa z wypasioną chawirą. Tak mu się wydaje, ale ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Diane bawi nieudolnie maskowana konsternacja tego dużego chłopczyka. Popisującego się i obrażającego, gdy coś nie pójdzie po jego myśli. Kiedy fakty nie pasują do twoich poglądów, tym gorzej dla faktów. Harry ma wyrobione zdanie o praktycznie obcej mu kobiecie, którą w wiadomym celu zaprosił na rzekome przyjęcie w swojej wiejskiej rezydencji, dlatego potrzebuje chwili na przetrawienie nowych informacji. Dopasowanie ich do wizerunku Diane noszonego w głowie. Zdecydowanie mniej eleganccy panowie, którzy wedrą się do pałacu rozpusty paniska z miasta też biorą, co chcą, ale w odróżnieniu od Harry'ego nikogo nie udają. Nie bałamucą kobiet tylko dosłownie rzucają się na nie. Złodzieje, gwałciciele, mordercy – czterech rozbójników z zapadłej prowincji. Runt, Frankie i Stanley (przekonujące kreacje odpowiednio Richarda Ayresa, Kyle'a Edwardsa i Dona Granbery'ego) pod dowództwem nieustępliwego Lepa. Odrażający intruzi raniący największą miłość playboya. Ryzykownie zakładając, że największą miłością Harry'ego nie jest Harry. Tak czy inaczej, gospodarz mężnie znosi fizyczny ból, ale kiedy bandyci biorą się za jego panią... I nie mam tutaj na myśli Diane, która nie potrafi tak spokojnie przyglądać się działaniom oprychów, nie wykazuje się taką potulnością w obliczu zagrożenia, jak jej bezużyteczny sojusznik. Jeszcze przed chwilę sam próbował dobrać jej się do majtek, a teraz oburza go... W zasadzie Harry nie jest jakoś szczególnie zniesmaczony zachowaniem nieproszonych gości względem zaproszonej osoby, niezbyt rusza go podeście zdemoralizowanej ferajny do biednej Diane, trzeba mu jednak przyznać, że nie znosi tego bez słowa skargi. A czyny? Czy Harry kiwnie palcem dla Diane, czy ograniczy się do „obrony cnoty” materii nieożywionej? „Śmiertelny weekend” Williama Frueta co prawda dość łagodnie obchodzi się ze stałymi bywalcami obskurnych filmowych knajpek, tj. nie wychodzi z bogatą ofertą do doświadczonych odbiorców opowieści drastycznych, śmiem jednak przypuszczać, że nawet najbardziej zahartowani „klienci exploitation” dadzą się porwać tej narracji. Imponujące „zdolności oratorskie”, piękne rozłożenie środków ciężkości w obmierzłym klimacie. Suspensywna bestia, odraczająca wyroki wydane po przegranym pojedynku na szosie. Wendeta sadystów, rewanż bez publiczności; na odludziu, w dni powszednie doglądanym przed dwóch podstarzałych alkoholików. Nieznośna nieuchronność tragedii. Funny Games Williama Frueta, wstrętny lunapark gotowych na wszystko. A największą różnicę robi protagonistka, zadziorna łania na celowniku psychopatycznych kłusowników. Harry to tylko dodatek, można rzec, pomniejsza rozrywka byle jak zorganizowanej grupy przestępczej z „dziury zabitej dechami”. Mało golizny, jeszcze mniej sztucznej krwi - wyróżnić mogę jedynie średnio makabryczną akcję w sypialni – ale w napięciu trzymało mocno i praktycznie bez przerwy. Doprawdy zawzięty diabełek.

Wideo paskudne Williama Frueta. Mniej nieprzyzwoita zmora niegdysiejszych - nie tylko brytyjskich - strażników moralności publicznej. Stworzonko kaleczone przez cenzorów tylko dlatego, że to owoc tego samego podgatunkowego drzewa, co skrajnie niebezpieczna produkcja Wesa Cravena, kreatura nazwana „Ostatnim domem po lewej”? Morał z tej bajki taki, że nie warto być grzecznym członkiem wspólnoty explotation, bo i tak cię pokroją:) Z drugiej strony rozbroił mnie ten łagodny potworek, ten nieszokujący „Śmiertelny weekend”. Rape and revenge max na pół ostro.

niedziela, 26 listopada 2023

Zapowiedź: „Urojenie”

 
Porzucony urojony przyjaciel okazuje się bardzo realnym koszmarem.

Urojenie” – nowy horror producentów takich hitów, jak „Megan” czy „Pięć koszmarnych nocy”. W rolach głównych fenomenalna Betty Buckley i zjawiskowa DeWanda Wise.

Plakat filmu. „Imaginary” 2024, Blumhouse Productions, Lions Gate Films, Tower of Babble Entertainment

Dziecko często ma wyimaginowanego przyjaciela i nie jest to coś, co spędza sen z powiek jego rodzicom. Czasem dziecko potrafi takiego przyjaciela znaleźć w jednej ze swoich zabawek. I to jest punkt wyjścia nowego filmu Jeffa Wadlowa, autora nagrodzonego tytułu „Czy boisz się ciemności?”. W jego „Urojeniu” (tyt. oryg. „Imaginary”) zabawką tą jest pluszowy miś, którego w piwnicy odnajduje kilkuletnia Alice (Betty Buckley). Wcześniej pluszak należał do jej macochy, Jessiki (DeWanda Wise), która wchodząc w dorosłość zapomniała o nim. A przez te wszystkie lata pozornie niewinny miś obmyślał zemstę…

Wadlow przyznaje, że zawsze chciał sprawdzić prawdziwość powiedzenia: „to co może wyobrazić sobie widz jest znacznie bardziej przerażające niż jakikolwiek film”. Efekt jego dochodzenia będzie można sprawdzić w kinach od 22 marca 2024.

Zwiastun: 

Kadr z filmu. „Imaginary” 2024, Blumhouse Productions, Lions Gate Films, Tower of Babble Entertainment

O filmie: Chauncey to z pozoru zwykły pluszowy miś. Przed laty był ulubioną zabawką małej Jessiki. Czuł się kochany i potrzebny. Dziś, gdy dorosła Jessika powraca wraz z córeczką do swego rodzinnego domu, Chauncey czeka gdzieś w piwnicy wśród porzuconych rupieci. Odkryty przez małą Alice szybko staje się jej ulubionym przyjacielem. Tymczasem Jessicę coraz bardziej niepokoją dziwne zachowania córki. Alice twierdzi, że miś wyznacza jej zadania, które mają udowodnić siłę jej przyjaźni. Gdy wykonując jedno z nich dziewczynka boleśnie się kaleczy, Jessica postanawia interweniować. Ale porzucony przez nią przed laty Chauncey nie po to tyle lat czekał w ukryciu, by dziś zrezygnować z zemsty.

Kadr z filmu. „Imaginary” 2024, Blumhouse Productions, Lions Gate Films, Tower of Babble Entertainment

Reżyseria: Jeff Wadlow („Kick-Ass 2”, “Czy boisz się ciemności?” - serial, „Prawda czy wyzwanie”)
Obsada: Betty Buckley („Split”, „Frantic”, „Zdarzenie”, „Carrie”, „Pacyfik” – serial), DeWanda Wise („Jurassic World Dominion”, „Hej, Skarbie”, „Ona się doigra”), Veronica Falcon („Wyprawa do dżungli”, „Ozark” – serial, „Daleko od domu”, „Noc oczyszczenia: Żegnaj Ameryko”)
Gatunek: horror
Produkcja: USA 2024
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films
 
Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films

sobota, 25 listopada 2023

„Odpowiednie ciało” (2023)

 
Pacjentka szpitala psychiatrycznego ze zdiagnozowaną schizofrenią paranoidalną, doktor Elizabeth Derby, próbuje przekonać swoją lekarką prowadzącą i długoletnią przyjaciółkę Daniellę Upton, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo. Na jej prośbę, Beth ponownie opowiada o młodym człowieku, studencie Uniwersytetu Miskatonic nazwiskiem Asa Waite, który pewnego dnia zjawił się w jej gabinecie psychiatrycznym z niecodziennym problemem. Chłopak wierzył, że padł ofiarą diabolicznego złodzieja ciał, natomiast doktor Derby na początku uznała, że to najbardziej fascynujący przypadek dysocjacyjnego zaburzenia osobowości w jej bogatej karierze. A niedługo potem, pchana jakąś niepojętą siłą, doprowadziła do niekoniecznie pierwszego spotkania z rzekomym ojcem swojego nowego pacjenta, aroganckim adeptem wiedzy tajemnej, ponad wszelką wątpliwość będącym źródłem lęków nieszczęsnego Asy.

Plakat filmu. „Suitable Flesh” 2023, Alliance Media Partners, Eyevox Entertainment

W latach 90. XX wieku Dennis Paoli napisał scenariusz dla swego przyjaciela Stuarta Gordona w duchu ich najowocniejszych przedsięwzięć: „Re-Animatora” (1985) i „Zza światów” (1986), kultowych adaptacji twórczości Howarda Phillipsa Lovecrafta (później spłodzili też „Dagona”, mniej znaczącą produkcję „ze stajni Samotnika z Providence”, uwolnioną w roku 2001, a wcześniej „Potwora na zamku” 1995). Warto dodać, że panowie mieli też swój wkład choćby w takie horrory, jak „Studnia i wahadło” (1991), readaptacja opowiadania Edgara Allana Poego, „Porywacze ciał” (1991), wariacja na temat „Inwazji porywaczy ciał” Jacka Finneya i „Dentysta” (1995) w reżyserii Briana Yuzny, twórcy genialnego „Towarzystwa” (1989), który kolokwialnie mówiąc, nadawał na tych samych falach, co Gordon i Paoli. Wracając do scenariusza Dennisa Paoliego z ostatniej dekady XX wieku, do niezrealizowanej adaptacji opowiadania „Coś na progu” (oryg. „The Thing on the Doorstep”) pióra Wielkiego HP. Stuartowi Gordonowi tekst mocno przypadł do gustu, ale usilne próby wdrożenia tego projektu, podejmowane przez ten duet na przełomie XX i XXI wieku, nie przyniosły pożądanych rezultatów. Tekst „kurzył się” w mieszkaniu Dennisa Paoliego do 2020 roku, kiedy to scenarzysta w bardzo smutnych okolicznościach – śmierć Stuarta Gordona – odnowił kontakt z Barbarą Crampton, zapamiętał ją jako Królową Krzyku, wspaniałą aktorką, z którą miał przyjemność nieraz pracować, a teraz miał poznać również jako producentkę. To właśnie ona „wyjęła z szuflady Paoliego” scenariusz „The Thing on the Doorstep”, później przemianowany na „Suitable Flesh” (pol. „Odpowiednie ciało”).

Jakieś piętnaście lat po pożegnaniu się Dennisa Paoliego z marzeniem o zrealizowaniu swojej wizji „Coś na progu” Howarda Phillipsa Lovecrafta - spraktykowane już swobodne podejście do dzieła ojca mitologii Cthulhu – jego opowieść trafiła na biurko Joe Lyncha, twórcy między innymi „Drogi bez powrotu 2” (2007), „Everly” (2014) - uwielbiam ten film! - oraz „Korpo” (2017). Fana twórczości Lovecrafta i jeszcze większego miłośnika szalonych produkcji Stuarta Gordona i Briana Yuzny. Oryginalny scenariusz przeznaczony dla jednego z nich i przezeń zaakceptowany - Lynch nie mógł przepuścić takiej okazji, stwierdził jednak, że materiał wymaga bardziej prowokacyjnego charakteru. A gdyby tak wymienić bohatera na bohaterkę? Hmm, taka zamiana ciał? Że też sam Paoli na to nie wpadł. W sumie łatwo to wytłumaczyć, a w każdym razie scenarzysta „Odpowiedniego ciała” w swoich publicznych wypowiedziach dawał do zrozumienia, że wpadł w starą, niedobrą pułapkę. Zamknął się w tej jednej fabularnej budowli, a lata przyzwyczajeń uległy pod naporem świeżego spojrzenia Joe Lyncha. Co bynajmniej nie zmartwiło Dennisa Paoliego, jego zdaniem scenariusz tylko zyskał na tej nowej relacji. Główne zdjęcia do „Odpowiedniego ciała” ruszyły w maju 2022 roku w mieście Jackson, stolicy stanu Missisipi, pod producenckim szyldem Alliance Media Partners, reprezentowanym przez Barbarę Crampton, która też dołączyła do obsady aktorskiej. Światowa premiera obrazu nazywanego „duchowym następcą horrorów Stuarta Gordona z lat 80. XX wieku” miała miejsce w czerwcu 2023 roku na Tribeca Film Festival, w tym samym miesiącu amerykańskie firmy RLJE Film i Shudder kupiły prawa do szerokiej dystrybucji, którą uroczyście otwarto w październiku tego samego roku na internetowej platformie tej drugiej. Pomny nieprzekonujących opowieści o dwudziestoparoletnich ludziach sukcesu, Joe Lynch uparł się przy wyborze starszej aktorki (dolna granica wieku: czterdzieści lat) do roli doktor Elizabeth Derby. Kandydatek nie brakowało – nie tylko w wymaganym przez niego wieku – ale Lynch nie wypatrzył wśród nich swojej wymarzonej pani Derby. Sytuację uratowała Barbara Crampton, która zwróciła uwagę na Heather Graham (m.in. „Krzyk 2” Wesa Cravena, „Z piekła rodem” Alberta i Allena Hughesów, „Rogi” Alexandre'a Aja i „The Dollanganger Saga”, telewizyjne ekranizacje najpoczytniejszych powieści V.C. Andrews). Aktorka co prawda nie brała udziału w przesłuchaniach do „Odpowiedniego ciała”, ale „jeśli góra nie chce przyjść do Mahometa...”. Graham nie potrzebowała czasu do namysłu – Lynch i Crampton przyszli do niej z ofertą, a jakieś piętnaście minut później usłyszeli: „to kiedy kręcimy?”. Campowy horror o potencjalnym seryjnym porywaczu ciał. Szajbniętą adaptację „Coś na progu” HP Lovecrafta, wywołanie ducha szalonych lat 80. XX wieku, kuriozalny list miłosny do zabawnych paskud. Makabreska à la „Re-Animator” Stuarta Gordona? Chciałabym, ale tak daleko twórcy „Odpowiedniego ciała” się nie posunęli. Może dlatego, że to miał być bardziej film Joe Lyncha niż Stuarta Gordona, niż duchowa spuścizna Stuarta Gordona. Natchniony jego bezcennymi pracami, ale utrzymany w rytmie serca twórcy uroczo niepoważnej „Everly”. To Lynch wymyślił nowe imię („Suitable Flesh”) dla małej paskudy Dennisa Paoliego, nadał inny tytuł jego „zakurzonemu scenariuszowi” już po wzbogaceniu fabuły o pomysły własne.

Materiał promocyjny. „Suitable Flesh” 2023, Alliance Media Partners, Eyevox Entertainment

Opowieść pacjentki szpitala psychiatrycznego. Spowiedź obliczona na zmuszenie lekarki prowadzącej do unicestwienia mrocznej obecności. Doktor Elizabeth Derby (intrygująca kreacja Heather Graham) twierdzi, że jakiś potwór tu nadchodzi, ale jej najlepsza przyjaciółka doktor Daniella Upton (niezawodna Barbara Crampton) obawia się, że to teoria poważnie chorego umysłu. Najdłuższa - środkowa - partia „Odpowiedniego ciała” Joe Lyncha to coś w rodzaju wędrówki po niedawno zapisanych wspomnieniach doktor Derby. Retrospekcje ubrane w formę opowieści jeszcze niedawno cenionej specjalistki od chorób psychicznych. Psychiatry, która podbiła rynek wydawniczy. Właścicielki pachnącego forsą, a przy tym zastanawiająco zimnego, odpychająco sterylnego, prywatnego gabinetu, w którym prowadzi sesje z wykorzystaniem hipnozy. Znudzonej żony jurnego Edwarda (przyzwoity występ Johnathona Schaecha), z którym dzieli prawdziwą willę w spokojnym zakątku nawiedzonego miasta. Nawiedzonego przez wybitnie pazerną duszę. Coś na progu gabinetu doktor Derby. Asa Waite, struchlały student uczelni Lovecrafta, legendarnego Uniwersytetu Miskatonic, sympatyczna twarz, która na naszych oczach, jakimś magicznym sposobem, nabierze zabójczo ostrych rysów. Śmiem twierdzić, że Judah Lewis (m.in. „Opiekunka” 2017 i „Opiekunka: Demoniczna królowa” McG, „Lato 84” François Simarda, Anouk Whissell i Yoann-Karla Whissella, „Widzę cię” Adama Randalla) przyćmił resztę obsady. Prawdziwa mieszanka wybuchowa. Osobowość wieloraka jako jeden ze zgniłych owoców „Necronomiconu” szalonego Araba (tak, wiem, to niepoprawne politycznie) Abdula Alhazreda. Albo doktorka traci zmysły, a my wraz z nią:) Fascynujący trójką psychoseksualny, lovecraftowskie niebezpieczne związki, patologia do sześcianu posadzona na sprawdzonym w kinie fundamencie. Filmowy szał zamiany ciał. Szybka operacja zmiany płci w nostalgicznej krainie Joe Lyncha. Charakterystycznie wyblakłym (przygaszone barwy, które mnie bardziej pachniały latami 70. XX wieku, aniżeli okresem, do którego odwoływali się twórcy rzeczonego dziełka), jakby otulonym lekką mgiełką świecie przedstawionym w „Odpowiednim ciele”. Dziwadełku, które zaabsorbowało językową esencję Lovecrafta. Gadatliwość w stylu klasycznym, rozwlekłe i ździebko patetyczne wypowiedzi poszczególnych postaci to celowe niedokładne naśladownictwo Samotnika z Providence. Z kolei dzielenie obrazu niewątpliwie zostało podpatrzone u Briana De Palmy, artystycznego spadkobiercę Alfreda Hitchcocka, który zawsze imponował Lynchowi tworzeniem czegoś absolutnie swojego z cudzesów. Żelazny przykład: „W przebraniu mordercy” (1980), film nie tyle wielokrotnie oglądany przez reżysera „Odpowiedniego ciała”, ile wielokrotnie analizowany – z notatnikiem w ręku! Jest i split diopter oraz oldschoolowe zbliżeniowe kółeczka, których głównym zadaniem jest... traktowanie widzów jak idiotów:) Wycinamy, żeby ci nie umknęło. I upewniamy się, że widzisz, czekamy. Magia starego kina, rozbrajająca naiwność z premedytacją wdrukowana w gehennę kobiety współczesnej. Dowód A: smartfon, bezceremonialnie potraktowany przez współlokatora bestii. W staroświecko urządzonym domostwie nie na wzgórzu, gdzie nader obficie poleje się krew. Zamierzenie groteskowa rzeź, która chyba zbyt wiele mi obiecała. Narobiła nadziei na naprawdę ostrą jazdę na koniec, ale najlepsze nastąpiło tuż przed ostatnim „rozdziałem”. Rozgorączkowane „rzucanie mięsem”, oszałamiający montaż w finale umownej relacji doktor Elizabeth Derby. Przebudzenie seksualne w mackach Cthulhu, zmysłowa przygoda zaszczutej kobiety sukcesu. Wciągnięta w nadnaturalne bagienko wyczarowane przez (nie)typowego lovecraftowskiego burzyciela. Tajemniczą istotę zmieniającą ciała jak zwykli śmiertelnicy skarpetki. Zakładając, że wstępna diagnoza doktor Danielli Upton okaże się błędna. Bo w nieodległej przyszłości niegodna zaufania, prawie na pewno pogubionej przewodniczki po nietwardej rzeczywistości „Odpowiedniego ciała”, zostanie odizolowana od społeczeństwa, umieszczona w pokoju z miękkimi ścianami w rozległym kompleksie Miskatonic, a jej najlepsza przyjaciółka orzeknie, że to schizofrenia paranoidalna. Wątpliwości.... których nie miałam. Myślę, że skorzystanie z tego wyświechtanego zabiegu paradoksalnie ożywiłoby tę rozlazłą bestię. Niemrawy drugi „akt”. Niezaangażowane emocjonalnie, suche niby sprawozdanie kobiety osadzonej w tak zwanym domu bez klamek. Ospałość gwałtownie (niepłynnie) odganiana wzmożoną aktywnością, która równie nagle się wypala. Dziwnie się czułam na tych nierównościach, jak mniemam zaplanowanych rytmicznych wertepach Joe Lyncha i Dennisa Paoliego. Klawo, beznadziejnie, pysznie, nijako – istna sinusoida, w dodatku najpewniej zaplanowana. Podły diabelski młyn. Obłąkana atrakcja, na której jaźń mi się rozdwoiła.

Stare szlagiery w nowej aranżacji. Jarmarczny horror Joe Lyncha, sukcesora scenariusza podarowanego Stuartowi Gordonowi przez jego zaufanego współpracownika i oddanego przyjaciela Dennisa Paoliego. Scenariusza, który oszukał przeznaczenie. „Odpowiednie ciało” to bardzo luźna adaptacja niestarzejącego się opowiadania „Coś na progu” Howarda Phillipsa Lovecrafta i zarazem pomnik dla campowych filmów grozy z lat 80. XX wieku. „Re-Animator” Stuarta Gordona na środkach uspokajających, wyjątkowy dodatek do „Necronomiconu” albo zwyczajnie niezwyczajna ciekawostka spoza czasu i przestrzeni. Byczo i do luftu.

czwartek, 23 listopada 2023

„Egzorcysta: Wyznawca” (2023)

 
Będąca w zaawansowanej ciąży Sorenne podczas miesiąca miodowego na Haiti doznaje poważnych obrażeń w wyniku trzęsienia ziemi, a jej małżonek, fotograf Victor Fielding, staje przed przerażającym wyborem. Trzynaście lat później w stanie Georgia dochodzi do zaginięcia dwóch nastoletnich dziewcząt: Angeli Fielding, samotnie wychowywanej przez dawno owdowiałego ojca i jej koleżanki z klasy Katherine West. Policja wszczyna poszukiwania niezwłocznie po odebraniu zgłoszenia spanikowanych rodziców, którym udało się dowiedzieć, że dziewczynki zorganizowały sekretną wyprawę do lasu. Po trzech dniach bezowocnych poszukiwań pewien rolnik znajduje zdezorientowane trzynastolatki w swojej stodole. Radość ich bliskich nie trwa jednak długo, gdyż wbrew przewidywaniom lekarzy, Angela i Katherine zamiast powoli wracać do zdrowia... sieją strach.

Plakat filmu. „The Exorcist: Believer” 2023. Universal Pictures, Blumhouse Productions, Morgan Creek Entertainment, Rough House Pictures

Spełniło się proroctwo Williama Friedkina? Według krytyka filmowego Eda Whitfielda, reżyser arcydzieła kina grozy z 1973 roku, wiekopomnej ekranizacji powieści Williama Petera Blatty'ego, powiedział mu kiedyś, że „facet, który nakręcił te nowe Halloweenowe sequele, wkrótce nakręci jeden z nich do jego Egzorcysty”. Dodał, że nie chce być w pobliżu, gdy do tego dojdzie i że jeśli istnieje świat duchowy z możliwością powrotu, to zamierza „opętać Davida Gordona Greena i zamienić jego życie w piekło”. William Friedkin nie dożył premiery „Egzorcysty: Wyznawcy” (oryg. „The Exorcist: Believer”) Davida Gordona Greena. Universal Pictures we współpracy z amerykańską spółką Peacock (usługa VOD) zakupiła prawa do oryginalnego „Egzorcysty” za „jedyne” czterysta milionów dolarów, a z czasem do ekipy producenckiej dołączyły Blumhouse Productions, Morgan Creek Entertainment i Rough House Pictures. To miała być kolejna trylogia Greena doczepiona do już wyrobionej marki, ale reżyser „Halloween” (2018), „Halloween zabija” (2021) i „Halloween. Finał” (2022) wyraził już swoje wątpliwości odnośnie kontynuowania tego projektu. Czyżby zniechęciło go negatywne przyjęcie „Egzorcysty: Wyznawcy”? Bo niespełna dwa lata przed wydaniem sequela „Egzorcysty”, ignorującego pozostałe cegiełki tej franczyzowej budowli (tj. „Egzorcysta II: Heretyk” Johna Boormana, „Egzorcysta III” Williama Petera Blatty'ego, prequele „Egzorcysta: Początek” Renny'ego Harlina, „Dominium. Egzorcysta: Prequel” Paula Schradera i serial Jeremy'ego Slatera pt. „Egzorcysta”), ogłoszono rozpoczęcie prac nad „The Exorcist: Deceiver”, ciągiem dalszym „nowego otwarcia”, którego premierę wstępnie zaplanowano na rok 2025.

Zrealizowany za mniej więcej trzydzieści milionów dolarów demoniczny horror pana, który w mojej ocenie zrobił z „Halloween” tanią akcyjkę. Ramy fabularne dla „Egzorcysty: Wyznawcy” David Gordon Green wytyczył razem z wypróbowanymi „wspólnikami w zbrodni”, Scottem Teemsem, z którym pracował przy „Halloween zabija” (też scenarzysta takich filmów grozy jak „Podpalaczka” Keitha Thomasa, readaptacja powieści Stephena Kinga oraz „Naznaczony: Czerwone drzwi” Patricka Wilsona, wchodzący w skład głośnej filmowej serii zapoczątkowanej w 2010 roku „Naznaczonym” Jamesa Wana) i Dannym McBride'em, z którym Green pracował przy całej swojej „halloweenowej trójcy”. Natomiast w przelewaniu tej historii na papier Greena wsparł Peter Sattler, twórca dramatu wojennego „Camp X-Ray” (2014) i zwykłego:) dramatu „Broken Diamonds” (2021). „Egzorcystę: Wyznawcę” kręcono (główne zdjęcia) od listopada 2022 do marca 2023, z wyjątkiem scen z udziałem Ellen Burstyn, które sfinalizowano już na początku 2022 roku, biorąc pod uwagę zagrożenia covidowe (zwiększone ryzyko z uwagi na podeszły wiek aktorki). Dystrybucja – kinowa – ruszyła w pierwszym tygodniu października 2023, wprawdzie nie zaliczając porażki finansowej, ale opinie, zarówno ekspercie, jak i fanowskie, w większości pochwalne bynajmniej nie były. Skoro narusza się świętość... Odwaga czy bezczelność? Jakby już wcześniej tego nie robiono. Prawdę mówiąc mnie wielki kamień z serca spadł, bo to nie remake, a do takiego odcinania kuponów od „Egzorcysty” Williama Friedkina w sumie zdążyłam się przyzwyczaić. Teraz mówią, że to były kłamstwa, że nikomu w głowie nie postało „odświeżanie” gatunkowego kamienia milowego, jakim niewątpliwie jest „Egzorcysta” nieodżałowanego Williama Friedkina, który zżymał się na widok tych wszystkich doklejek do jego Wielkiego Dzieła. No, może nie „na widok”, bo podobno podejście zrobił jedynie do „Egzorcysty II: Heretyka” Johna Boormana, twórcy kultowego „Uwolnienia” aka „Wybawienia” z 1972 roku, wytrzymując jakieś pół godziny. Tę nieprzyjemną przygodę opisał mniej więcej tymi słowami: „bałagan zrobiony przez głupiego faceta; obrzydliwość; okropny obraz; jeden z najgorszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałem; stworzony przez obłąkany umysł”. Friedkin ponoć nie zrobił nawet wyjątku dla „Egzorcysty III” (ten seans miał już sobie darować, tak jak i prequela, alternatywnego prequela oraz serialu spod najbardziej rozpoznawalnego szyldu z dzielnicy demonicznych opętań), reżyserskiego wkładu (też scenarzysta) jego przyjaciela Williama Petera Blatty'ego, autora scenariusza pierwszego filmowego „Egzorcysty” i bezcennej powieści, która to wszystko zaczęła. Pół wieku po premierze mojego ulubionego horroru - obok „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego, ekranizacji powieści Iry Levina – słynny gatunkowy (od)twórca spada z wysokiego konia za sprawą „Egzorcysty: Wyznawcy”. Bezpośredniej kontynuacji (to znaczy pięćdziesiąt lat później) wybitnego horroru z 1973 roku. David Gordon Green zbiera solidne cięgi od znawców kina oraz zwykłych zjadaczy grozowego chleba i rzekłabym, że inaczej być nie mogło, gdyby nie jego poprzednie dokonania na gruncie horroru. Chcę przez to powiedzieć, że nie dziwi mnie, iż organizatorzy tej wątpliwej rozrywki zignorowali diabelnie głośne sygnały ostrzegawcze, choćby w postaci dość licznych głosów sprzeciwu czy po po prostu poważnych obaw wyrażanych przez wielbicieli opus magnum Williama Friedkina. Skoro z „Halloween” się udało, to dlaczego miałoby być inaczej z „Egzorcystą”? Może dlatego, że to (naj)wyższa szkoła upiornej jazdy...

Plakat filmu. „The Exorcist: Believer” 2023. Universal Pictures, Blumhouse Productions, Morgan Creek Entertainment, Rough House Pictures

Nie jestem miłośniczką twórczości Davida Gordona Greena i od kiedy sięgam pamięcią jestem beznadziejnie zakochana (to z pewnością uczucie nieodwzajemnione, bo niezmiennie straszy mnie jak diabli) w „Egzorcyście” Williama Friedkina, przygotowałam się więc na niemal dwugodzinną mordęgę z „Egzorcystą: Wyznawcą”. Bo oczywiście przez myśl mi nie przeszło, że można po prostu nie oglądać:) W każdym razie niepotrzebnie tak się nakręcałam, bo pod tym prestiżowym szyldem bywało gorzej. Nie wynudziłam się jak na „Egzorcyście: Początku” Renny'ego Harlina i choć czuję, że co poniektórym fanom mogę się mocno narazić, dodam, że postawiłam toto nawet przed „Egzorcystą II: Heretykiem” Johna Boormana („ważna uwaga”: nie widziałam „Dominium. Egzorcysty: Prequela” - swoją drogą co za durny tytuł – Paula Schradera), sami więc widzicie jaką przebrzydłą grzesznicą jestem. A już myślałam, że straciłam zdolność oglądania współczesnych horrorów o opętaniach przez demony, duchy i inne takie – coś za często odpadam, najdalej w połowie – a tu proszę, nie odepchnął mnie nawet boleśnie znajomy teledyskowy montaż. David Gordon Green chyba nie przepada za długimi ujęciami – tak mi wynika nie tylko z „Egzorcysty: Wyznawcy”, ale i jego halloweenowej przygody... może z wyjątkiem ostatniego epizodu) – które ja z reguły bardzo sobie cenię. Zwłaszcza w horrorach nastrojowych, inna sprawa, czy opowieść o dwóch opętanych dziewczynkach ze stanu Georgia można spokojnie wrzucić do tej szerokiej szuflady. Obawiam się, że klimat „Egzorcysty: Wyznawcy”, że tak to ujmę, zostanie uznany za niebyły. Niespełniona obietnica oficjalnych trailerów – zapowiadał się horror w stylu retro, bestia skąpana w oldschoolowej aurze filmowej, na dodatek przywodzącej piękne wspomnienia genialnej produkcji Friedkina, a przyszło coś w rodzaju potwora Frankensteina. Z całym szacunkiem dla tamtego nieszczęsnego stworzenia, bo ta mozaika plastiku i jesiennej szarówki (przydymione, przymglone zdjęcia, jakby niedokładnie wyprane z kolorów) oraz jesiennych kolorów (liście) może przyprawiać o autentyczne niepożądane mdłości. Doły i góry – wzloty i upadki. I tak w koło Macieju. Głównego bohatera „Egzorcysty: Wyznawcy”, fotografa Victora Fieldinga (sztampowa postać wykreowana przez Leslie'ego Odoma Jr. - gra w porządku, ale popisać to się nie dało) poznajemy już w prologu osadzonym na Haiti, ale w tej krótkiej partii podążamy za jego świeżo poślubioną ukochaną, ciężarną Sorenne. Nieuchronnie zbliżając się do nieodwracalnej tragedii rodzinnej. Następnie przenosimy się do stanu Georgia, gdzie nasz nowy znajomy zbudował przytulny domek dla siebie i swojej jedynej córki Angeli (moim zdaniem Lidya Jewett z gracją udźwignęła tę niełatwą rolę), bystrej nastolatki, desperacko szukającej kontaktu z nieżyjącą matką. Aktualnie dziewczyna największe nadzieje wiąże z tajemniczych zakątkiem gdzieś w tutejszym lesie (podziemny korytarz, którego nie było w scenariuszu; przypadkiem odkryty podczas oględzin planu). Ufa, że w legendzie miejskiej tkwią ziarna prawdy, że w tym strasznym miejscu zdoła przywołać wytęsknionego ducha mamy. A pomóc ma jej w tym koleżanka z klasy, Katherine West (kolejna spektakularna kreacja, tym razem Olivii O'Neill, w której widać pewne podobieństwo do młodej Lindy Blair, co najwidoczniej nie umknęło też ekipie technicznej – podczas egzorcyzmów zobaczymy niemal idealną kopię słynnego kadru z „Egzorcysty” Williama Friedkina; jednego z wielu), najstarsza z trójki dzieci bogobojnego małżeństwa, które przez sekretny wyskok córki będzie musiało znosić towarzystwo ateisty. Victor Fielding i jego ślepa wiara w naukę? Hierarchowie kościelni też mają wątpliwości albo najzwyczajniej boją się oskarżeń o tortury, bo w dzisiejszym cywilizowanym świecie z egzorcyzmami trzeba bardzo, ale to bardzo, uważać. Łatwiej odesłać do psychiatrów. Pozytywnie zaskoczył mnie David Gordon Green niepośpiesznym rozwijaniem tej w gruncie rzeczy konwencjonalnej opowieści o demonicznych porywaczach ciał. UWAGA SPOILER Był Pazuzu, kolej na jego wroga Lamashtu KONIEC SPOILERA. Od czasu do czasu robi „buu!”, nieraz wykorzystując przy tym technikę ewidentnie podpatrzoną w „Egzorcyście” Williama Friedkina – niby subliminale, rzekoma percepcja podprogowa, a w rzeczywistości migawki, które da się zarejestrować gołym okiem, co odbierałam jako oczka puszczane do fanów oryginalnego „Egzorcysty”. Tego rodzaju smaczków jest więcej: na przykład ludzka głowa przekręcona o sto osiemdziesiąt stopni, krzyżowy substytut noża i rzecz jasna wspomniany już kadr na opętaną Regan-Katherine. Odtwórczyni Regan MacNeil, Linda Blair, nie zgodziła się na większy udział (to może chociaż na taki malutki?) w „Egzorcyście: Wyznawcy”, ale została doradczynią. Moim zdaniem najlepsze, co omawianej produkcji się zdarzyło, to angaż Ellen Burstyn, która nie ukrywała, że zrobiła to wyłącznie dla pieniędzy – niebagatelna suma, w całości ulokowana przez nią w jej organizacji charytatywnej. Szkoda tylko, że nie pozwolono mi porządnie nacieszyć się powrotem Chris MacNeil, że rola Burstyn nie była większa. Nie szkoda, że największa muzyczna atrakcja została wprowadzona tak późno. W moim przekonaniu idealny moment na tę czarodziejską melodię (pełna wersja ten smacznej przeróbki „przy odczytywaniu listy płac”: napisy końcowe). Niezgorsza charakteryzacja opętanych (ale gdzie jej tam do biednej Regan), powiedziałabym nawet, że całkiem efektywna jak na słabowite współczesne standardy. Szczypta przekonującej makabry i dwie naprawdę interesujące scenki. Jakiś lekki dyskomfort mnie ogarną w sypialni ledwo – i tylko pozornie – odzyskanej Angeli i zaraz potem oraz w trakcie pierwszej mszy świętej opętanej Katherine. W końcu jednak przyszedł ten moment, kiedy pusty śmiech mnie ogarnął. Bajeranckie, supernowoczesne, ekstra wybuchowe, efekciarskie wypędzanie demonów. Egzotyczne połączenie – utopia Davida Gordona Greena? Keine Grenzen.

Ścierają się dwa obozy, a ja znowu w rozkroku. „Jestem za, a nawet przeciw” - ten słynny cytat nasunął mi się na myśl przy wyjściu ze świata przedstawionego w obrazoburczym „Egzorcyście: Wyznawcy” Davida Gordona Greena. Amerykańskiej produkcji, która porwała się z motyką na słońce. Chciała poprawiać doskonałość! No niezupełnie, ale i tak zachowano się niegodziwie. Nie okazano należytego szacunku „Egzorcyście” Williama Friedkina, horrorowi nad horrorami ever. Filmowe świętokradztwo? Czy ja wiem... Sequel jak sequel. Nie pierwszy i najprawdopodobniej nie ostatni pod tą demoniczną banderą. Zabijcie mnie, bo nic nie poradzę na to, iż w głębi ducha uważam, że ani dobry, ani zły. Taki se.

wtorek, 21 listopada 2023

Zapowiedź: „Służka”

 
Pishach już tu jest... „Służka”, nowy horror twórców „Uciekaj!” już niebawem w kinach!

6 grudnia zło pochłonie widzów w kinach w całej Polsce — nadchodzi „Służka”, najnowszy demoniczny film grozy spod ręki twórców „Uciekaj!”, które zaliczane jest już do klasyki horrorów.

Plakat filmu. „It Lives Inside” 2023, Brightlight Pictures, Neon, QC Entertainment

Opis filmu: Sam wraz ze swoim chłopakiem chce odnaleźć przyjaciółkę, która zostaje porwana przez tajemniczego demona. Aby ją uratować, muszą zgłębić pradawne rytuały, które otwierają wrota do piekieł.

Zobacz zwiastun:

Służka” prezentuje zupełnie nowe, przerażające oblicze filmów grozy. To horror, który bezlitośnie zmrozi krew w żyłach nawet najtwardszym fanom opowieści z piekła rodem.

BĘDZIESZ MU SŁUŻYĆ - CZY TEGO CHCESZ, CZY NIE...

To zupełnie nowe, przerażające oblicze 5ilmów grozy.

- Mashable

Bezlitośnie zmrozi krew w żyłach.

- Aisle Seat

Demoniczna opowieść z kulturowym twistem.

- Slashfilm

Kadr z filmu. It Lives Inside” 2023, Brightlight Pictures, Neon, QC Entertainment

SŁUŻKA”
Reżyseria: Bishal Dutta
Scenariusz: Bishal Dutta, Ashish Mehta
Obsada: Megan Suri, Neeru Bajwa, Mohana Krishnan
Czas trwania: 1 h 39 min.
Premiera: 6 grudnia 2023
Dystrybucja: M2 Films

 

Źródło: wszystkie materiały od M2 Films

„Nie jesteś moją matką” (2021)

 
Zamknięta w sobie nastoletnia Charlotte 'Char' Delaney mieszka z babcią i pogrążoną w depresji rodzicielką w niewielkiej miejscowości, w której nie brakuje ludzi nieufnie nastawionych do jej rodu. Dziewczyna nie ma przyjaciół, ale jej największym marzeniem jest odzyskanie radosnej, zaangażowanej matki z dzieciństwa. Char niczego tak nie pragnie, jak powrotu do zdrowia kobiety, która sprowadziła ją na ten nieczuły świat. Osamotniona nastolatka pewnego dnia przekonuje się jednak, że zawsze może być gorzej - kiedy jej mama nie wraca do domu. Przeszukanie okolicy przeprowadzone z wujkiem Aaronem nie przynosi rezultatów, ale w środku nocy Charlotte zastaje swoją matkę w kuchni. A kiedy dziewczyna już zaczyna myśleć, że odzyskała przyjaciółkę ze skromnego zbioru dobrych wspomnień, nawiedzają ją przerażające myśli, podejrzenia, że istota, która wróciła nie jest jej matką.

Plakat filmu. „You Are Not My Mother” 2021, Bankside Films, Fantastic Films, Fís Éireann / Screen Ireland

Pierwsze pełnometrażowe osiągnięcie reżyserskie urodzonej i wychowanej w magicznej Irlandii wieloletniej miłośniczki kina grozy Kate Dolan. Kameralny nadprzyrodzony horror psychologiczny oparty na jej własnym scenariuszu zrodzonym z zamiłowania do rodzimego folkloru; do mitologii irlandzkiej, upiornych baśni, mrocznych opowieści wysłuchiwanych od najmłodszych lat. Ponadto Nolan chciała opowiedzieć o traumie międzypokoleniowej, wydarzeniach z przeszłości prześladujących następne pokolenia, „kiedyś” bezwzględnie rzutujących na „teraz”. „Nie jesteś moją matką” (oryg. „You Are Not My Mother”) powstawał w trakcie pandemii COVID-19, w okresie lockdownowym, co mogło mieć decydujący wpływ na przekonanie wymarzonej czołowej obsady do wejścia na ten niszowy pokład (choćby przez chwilowy brak innych zobowiązań). Pierwszy pokaz filmu odbył się we wrześniu 2021 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto, gdzie zajął drugie miejsce w konkursie People's Choice Award: Midnight Madness. Szeroka dystrybucja ruszyła dopiero w marcu 2022 – między innymi w Irlandii i Stanach Zjednoczonych film był pokazywany w kinach, przy czym w tym drugim przypadku w ograniczonym zakresie. W Polsce rozgościł się w listopadzie 2023, korzystając z zaproszenia CDA Premium.

Porównywany do „Babadooka” Jennifer Kent slow burn horror twórczyni między innymi nagrodzonego filmu krótkometrażowego z 2017 roku pt. „Catcalls”. Pierwsza dłuższa opowieść Kate Dolan, której branżowych rad udzielał Peter Strickland, twórca choćby takich specyficznych produkcji jak „Berberian Sound Studio” (2012) i „Krwawa sukienka” (2018). Postacią przewodnią irlandzka reżyserka i scenarzystka w tym (bez)dusznym świecie przedstawionym uczyniła wyobcowaną, małomówną dziewczynę z małego miasteczka. Bohaterka wyrażająca uczucia niewerbalnie, utrudniła więc sobie autorka „Nie jesteś moją matką” zadanie pozyskania sympatii, obficie doprawionej współczuciem, dla Charlotte 'Char' Delaney. Szczęśliwie dla Dolan udało się zaangażować aktorkę, która zachwyciła ją swoim występem w „Ciúnas (Silence)”, kilkunastominutowym obrazie Tristana Heanue z 2019 roku. Hazel Doupe jako najmłodsza członkini przeklętego rodu Delaney według mnie sprawdziła się znakomicie. Popisowa kreacja introwertyczna, widomy dowód na to, że milczenie jest złotem. W poruszającym dramacie rodzinnym utrzymanym w poetyce horroru. Pełzająca groza w kinematografii. Osaczająca. Kate Dolan dokładnie przeanalizowała techniczne strategie straszenia widzów. Oczywiście nie zawsze skuteczne. Co sprawia, że to działa, a tamto nie? Oglądając horrory zwykle niejako na bieżąco stara się rozpracowywać te mechanizmy, rozkładać na czynniki pierwsze, demontować plastikowe i szwajcarskie zegarki z najmroczniejszej szufladki gatunkowej. Łączy przyjemne z pożytecznym – rozrywka, która przydaje się w pracy. Bo twórczyni „Nie jesteś moją matką” nie miałaby nic przeciwko, gdyby kojarzono ją wyłącznie z horrorem. Tutaj czuje się najbezpieczniej, tutaj może spokojnie popuszczać cugle swojej wybujałej wyobraźni. Może tworzyć potwory. Takie jak Angela Delaney (intensywna, diabolicznie sugestywna kreacja Carolyn Bracken), finneyowska rodzicielka głównej bohaterki? Jak w kultowej „Inwazji porywaczy ciał”, nastoletniej Charlotte coraz trudniej zagłuszyć wewnętrzny głosik podpowiadający, że jej matka nie jest jej matką. A babcia dawno, dawno temu próbowała ją podpalić? Nocna wyprawa do lasu ujawniona w prologu – słodkie niemowlę w ogniu wznieconym przez najprawdziwszą wiedźmę? To jeden z nielicznych obszarów „Nie jesteś moją matką”, w którym posiłkowano się obrazem wygenerowanym komputerowo. Dolan jest zdecydowaną zwolenniczką praktycznych efektów specjalnych, czemu zresztą daje wyraz w omawianej produkcji, ale ważniejsze jest dla niej bezpieczeństwo na planie, tym bardziej, gdy w projekcie bierze udział tak maleńkie dziecko. Dlatego reżyserka nie upierała się przy zabawie z prawdziwym ogniem - pomijając maleńkie „ogniska” Rity Delaney (bezbłędny występ Ingrid Craigie), potencjalnej czarownicy z niespokojnego irlandzkiego zakątka. Klaustrofobicznej mieściny, w której utknęła spadkobierczyni faktycznych bądź wyimaginowanych grzechów przodków. Uznana za winną nieznanych jej czynów podobno popełnionych przynajmniej przez jej nadal żyjące krewne. Współlokatorki Char zazdrośnie strzegące swojej prywatności. Na pewno nie prawdziwa rodzina, bo ani trochę niepodobna do szczęśliwej gromadki z jej ulubionego serialu telewizyjnego. Smutny domek na brzydkiej prerii. Apatyczne gospodarstwo domowe pod obstrzałem nienawistnych spojrzeń. Kto wiatr sieje... inny zbiera burzę.

Plakat filmu. „You Are Not My Mother” 2021, Bankside Films, Fantastic Films, Fís Éireann / Screen Ireland

Lęk skrada się w milczeniu i ma twarz nie-matki. Zdeformowane oblicze, zamazane rysy, oczy jak dwie najczarniejsze studnie. Nieprofesjonalna maskarada obcego, nieudana replika kochającej mamusi. Robal niepostrzeżenie wchodzący pod skórę. Niepokój konsekwentnie torujący sobie drogę w organizmie patrzącego. Uwikłanego w teorię spiskową faktycznej nosicielki obcego? Bezsilnie wypatrującego wroga na zewnątrz, kiedy ten przyczaił się wewnątrz? Przebiegła bestia opętała bezbronną dziewczynę. Złe myśli zakradły się do jej biednej głowy, wciągając postronnych obserwatorów w genetyczne szaleństwo. Jaka matka, taka córka; niedaleko pada jabłko od jabłoni; resortowe dzieci – spostrzeżenia ludzi światłych, złote myśli tęgich umysłów. Charlotte 'Char' Delaney to jedna z niezliczonych ofiar takiego – moim bynajmniej eksperckim okiem – stereotypowego myślenia. Odpowiedzialność zbiorowa, społeczny ostracyzm rozciągający się na kolejne pokolenia, karani za czyny krewnych. I nie mówimy tutaj o starożytności, tylko czasach nam współczesnych. Dziewczyna, która prędzej czy później powie „Nie jesteś moją matką”, czołowa postać gęstego horroru Kate Dolan, prawdopodobnie wie mniej o swojej rodzinie od oburzonych sąsiadów. Oni pamiętają, ona nie, ale płacić musi. Jej walutą samotność, a najsmutniejsze, że ta niesłusznie skazana dziewczyna byłaby zadowolona, gdyby wszyscy, poza rodziną, uszanowali wyrok „sądu ludowego”. Marzy już tylko o tym, by zostawiono ją w spokoju. Marzy o niewidzialności – nie o przyjaciołach, ten etap ma już za sobą. Wyzbądź się wszelkiej nadziei, to unikniesz bolesnych rozczarowań. Charlotte prawie się to udało, ale został jeszcze ten najtrudniejszy krok dotyczący jej ukochanej matki. Pogodzenie się z tym, że Angela nigdy nie wyzdrowieje. Właściwie miewa lepsza i gorsze dni, ale jej jedyna córka nie ma wątpliwości, że między nimi nie ma tej więzi, która zachowała się w jej pamięci. Zbliża się Halloween, zatem nasza może i niegodna zaufania, ale na pewno godna współczucia, przewodniczka po jej szorstkim światku, chcąc nie chcąc przypomina sobie, jak to święto wyglądało kiedyś. Rozdrapuje rany słodkimi wspomnieniami, mimowolnie podsyca tęsknotę za mamą. Kate Dolan starała się pokazać – i moim zdaniem to jej się udało – jaką traumą dla dziecka często jest choroba rodzica. Nieznajomi wykuci w ogniu cierpienia. Przed tajemniczym zaginięciem Angela nigdy jej nie przerażała. Bała się o nią, ale nie jej. Mogłaby przysiąc, że ani razu przez myśl jej nie przeszło, że ta wyprana z emocji (z wyjątkiem oczu: okien do bezdennego smutku) może nie być twarzą jej matki. Urzeczywistnia się koszmar nastolatki – sen o czerwonej komnacie, czyli nowa jakość zabawy w „buu!”. Jeśli wcześniej miałam jakieś wątpliwości – a szczerze mówiąc nie przypominam sobie – to ta scenka, ta genialna żonglerka ciszą i dźwiękiem, to raptowne cięcie (imponujące wyczucie czasu!) i wreszcie ten przelotny widok, przekonały mnie, że stwórczyni tego cudeńka wyciągnęła właściwe wnioski z innych opowieści z dreszczykiem. Myślę, że głównie z jumperowych porażek, bezowocnych prób przestraszenia, czy jak kto woli, zaskoczenia entuzjastów gatunku, śmiem podejrzewać zazwyczaj przez nich spodziewanym, uderzeniem dźwiękiem i/lub obrazem. Kate Dolan pokazała mi wyższy poziom prymitywnego niby straszenia, którego echa przepięknie wybrzmiewają też w późniejszej akcji z lustrem: (nie)ludzka twarz w stanie ciekłym. A jeśli szukasz większej makabry, to bierz ujęcie z rąsią. Muszę też pochwalić stosownie szkaradny makijaż protetyczny z partii, która mnie nasunęła mile widziane skojarzenia z „Candymanem” Bernarda Rose'a, wyśmienitą filmową adaptacją opowiadania „Zakazany” Clive'a Barkera. Przedtem do głosu najczęściej dochodził „Relikt” Natalie Eriki James, w tej soczyście tajemniczej opowieści o matce, babce i córce. Nie zapominajmy o dobrym wujku, który pomaga jak umie. Nie wysłucha, nie doradzi, nie porozmawia od serca, ale zawsze może coś naprawić, zrobić zakupy i zająć się milionem innych spraw niezwiązanych z trudną sztuką konwersacji. Historia co prawda nieszczególnie wyszukana, wręcz złożona ze sprawdzonych motywów, wielokrotnie wałkowanych w kinie tematów, ale z uczuciem opowiedziana. Starannie, niechaotycznie, poprowadzona niepłytka kronika rodzinna. Opowieść o wyrzutkach społecznych, o prześladowaniach, o jawnym okrucieństwie młodych i nie mniej przykrej, ukradkowej działalności starszych. Martwiły mnie jedynie wskazówki zostawione przez twórców, czytelne sugestie odnośnie punktu, do którego podobno zmierzamy. UWAGA SPOILER Wszystko przemawia za opowieścią o czarownicach, ale filmowcy jakimś cudem tego nie dostrzegają? Robią nieprzeniknioną minę do oczywistej gry? Nie, zastawiają sidła, żeby taka gapa jak ja mogła w nie wpaść:) Zaskoczenie tym przyjemniejsze, że Kate Dolan przetworzyła jedną/jeden z moich ulubionych baśni/mitów/legend KONIEC SPOILERA.

Klękajcie blockbustery przed tą niewystawną produkcją. Horrorem skazanym na zapomnienie? Może nie aż tak, ale „Nie jesteś moją matką” debiutującej w pełnym metrażu irlandzkiej reżyserki i scenarzystki Kate Dolan przebojem zapewne nigdy nie będzie. Tym bardziej więc zasługuje na uwagę oddanych fanów gatunku:) A przynajmniej tych nieprzejedzonych starą szkołą straszenia. Nastrojowymi balladami o walczących z wewnętrznymi i zewnętrznymi potworami. Mitologia irlandzka w przepysznym wydaniu; empatyczna opowieść upiorna. Mój niemal ideał horroru.

niedziela, 19 listopada 2023

„W zamknięciu” (2022)

 
Po ucieczce z domu Laura poznaje fanatyka religijnego Tye'a McGratha, który podnosi jej samoocenę poprzez bezpodstawne oskarżenia jej rodziców. Mężczyzna przekonuje, że wyłączną winę za jej osobiste problemy ponoszą zdemoralizowani rodzice. Laura zakochuje się w swoim wybawcy i wkrótce staje z nim na ślubnym kobiercu. A po latach niewzbudzający niczyich podejrzeń dom McGrathów w urokliwej okolicy staje się więzieniem dla sześciorga ich dzieci. Ofiar przemocy fizycznej i psychicznej, trwających w przekonaniu, że w ten sposób rodzice chronią ich nieśmiertelne dusze. Ale są wśród nich wątpiący, kwestionujący ekstremalnie surowe metody wychowawcze wymyślone przez rzekomo głęboko religijnego człowieka, despotycznego ojca i męża.

Plakat filmu. „House of Chains” 2022, Lifetime, 1Department Entertainment Services, MarVista Entertainment

Produkcja telewizji Lifetime zainspirowana autentyczną zbrodniczą działalnością Davida i Louise Turpinów, wychowujących trzynaścioro swoich dzieci w nieludzkich warunkach. Ich wieloletni proceder został odkryty w 2018 roku w Perris w Kalifornii – policję zawiadomiła jedna z ofiar. Sprawę opisał między innymi John Glatt - amerykański pisarz specjalizujący się w non-fiction - w książce „Rodzina z domu obok” (oryg. „The Family Next Door: The Heartbreaking Imprisonment of the Thirteen Turpin Siblings and Their Extraordinary Rescue”). Thriller „W zamknięciu” (oryg. „House of Chains”) to niskobudżetowy amerykański obraz luźno oparty na wstrząsających dziejach Turpinów, który swoją (telewizyjną) premierę miał w pierwszej połowie września 2022 roku. Scenariusz i reżyseria: Stephen Tolkin, który pracował między innymi przy miniserialu Stephena Kinga pt. „Złote lata”, miniserialowej ekranizacji powieści „Intensywność” Deana Koontza powstałej pod artystyczną dyrekcją Yvesa Simoneau, „Internetowym zabójcy” Stephena Kaya i „Potworze z Cleveland” Alex Kalymnios.

Niewidzialna komnata tortur w malowniczym zakątku Stanów Zjednoczonych. Spokojna dzielnica siedliskiem „demonów w anielskich przebraniach”. Albo tylko jednego. Z filmu Stephena Tolkina jasno bowiem wynika, że głównym architektem terroru rodzinnego jest ojciec i mąż, co niektórzy mogą uznać za największe odstępstwo od prawdziwej historii Turpinów. Fikcja moim zdaniem nie dogoniła rzeczywistości - „W zamknięciu” to coś w rodzaju łagodniejszej wersji zatrważająco długiej gehenny zgotowanej przez własnych rodziców. Tye McGrath (całkiem udana, dostatecznie diaboliczna, kreacja Greystona Holta, którego fani kina grozy w pierwszej kolejności mogą bezbłędnie powiązać ze „Straconymi chłopcami 2” P.J. Pesce'a), podobnie jak David Turpin, działa jak niejeden przywódca sekty, można wręcz powiedzieć, że stosuje podręcznikowe metody podporządkowywania sobie bliźnich, włącznie z małżonką Laurą (w tej roli Mena Suvari, prawdopodobnie najsilniej kojarzona z „American Beauty” Sama Mendesa, ewentualnie komediową marką „American Pie”, czyli głośną filmową serią zapoczątkowaną w 1999 roku. Wystąpiła też między innymi w „Kolekcjonerze” Gary'ego Fledera, na podstawie powieści Jamesa Pettersona wchodzącej w skład poczytnego powieściowego cyklu z Alexem Crossem oraz w „Furii: Carrie 2” Katt Shea i Roberta Mandeli). Myślę, że wystawili się twórcy „W zamknięciu” na niebezpieczeństwo oskarżeń o próbę zrzucenia całej winy na Davida Turpina, usprawiedliwianie, według sądu, nie mniej (a może nawet bardziej?) okrutnej Louise, nawet jeśli celem Stephena Tolkina nie było nakręcenie typowej true crime story. Jeśli podejść do tego jak do fikcyjnej opowieść spłodzonej pod lekkim natchnieniem prawdziwego domowego koszmaru, czegoś w rodzaju wariacji na temat dziejów Turpinów, to „W zamknięciu” może pozytywnie zaskoczyć. Bo współczesne dreszczowce telewizyjne chyba nieczęsto uderzają w tak mroczne struny? Tak czy inaczej, ekipa Stephena Tolkina w mojej ocenie wychodzi z całkiem klimatyczną ofertą gatunkową: ponurą opowieścią w większości, nomen omen, zamkniętą w klaustrofobicznym piętrowym domu, cichutko stojącym w tłumie - z zewnątrz - podobnych. W Domu Grozy zarządzanym przez ortodoksyjnego niepraktykującego chrześcijanina. To znaczy praktykującego, ale w czterech ścianach własnego domu. Sekretna „świątynia” Tye'a McGratha, wspólnota niby religijna dostępna tylko dla rodziny. Przewodnictwo duchowe „wspaniałomyślnie” zapewniane żonie i potomstwu. Tye McGrath najwyraźniej preferuje Stary Testament – z pamięci cytuje starannie wybrane fragmenty, które mają tłumaczyć jego bestialskie czyny. Typowe wyrywkowe czytanie Pisma Świętego, czy jak kto woli interpretacja własna jednostki niekoniecznie wyrachowanej. Mężczyźnie naprawdę może się wydawać, że bohatersko walczy o nieśmiertelne dusze swoich najbliższych, że to on jest tym, który poświęca się dla rodziny, że miewa wizje przesyłane bezpośrednio przez Boga Wszechmogącego. Może być też tak, że Tye w pełni świadomie manipuluje swoją trzódką, z premedytacją wykorzystuje wiarę do własnych celów, do zaspokajania swoich sadystycznych apetytów, swobodnego spełniania chorych pragnień, budowania własnego American Dream. Paskudne królestwo Tye'a McGratha, monarchia absolutna ukryta na widoku w państwie demokratycznym. Rzeź niewiniątek w najbliższym sąsiedztwie.

Plakat filmu. „House of Chains” 2022, Lifetime, 1Department Entertainment Services, MarVista Entertainment

W zamknięciu” Stephena Tolkina - podobnie jak choćby zainspirowana autentyczną sprawą z lat 60. XX wieku „Dziewczyna z sąsiedztwa”, najgłośniejsza powieść Jacka Ketchuma, jej filmowa wersja w reżyserii Gregory'ego Wilsona oraz niepowiązana ze wspomnianym utworem literackim, ale mająca ten sam punt wyjścia, wierniejsza faktom „Amerykańska zbrodnia” Tommy'ego O'Havera – pokazuje, że zło może spokojnie rozkwitać w domu obok. Całymi latami. Meadow, Rain, Prairie i wreszcie główna bohaterka filmu River do szkoły zaczęli uczęszczać, gdy ich rodzice spodziewali się piątego dziecka, pasterza Foresta, który w przeciwieństwie do starszego rodzeństwa i tak jak najmłodsza Summer, nigdy nie uczęszczał do szkoły. A przynajmniej nie dopóki mieszkał w przerażająco hermetycznym „państewku” Tye'a McGratha. Mężczyzna bardzo szybko pożałował, że uległ błaganiom żony i zapisał pierwszą czwórkę do podstawówki – skończyło się na jednym dniu zajęć szkolnych i kategorycznym zakazie wychodzenia z domu, naturalnie nieobowiązującym rodziców. Nie żeby to był jakiś przywilej, raczej podejmowanie ogromnego ryzyka przede wszystkim z myślą o dzieciach. Ktoś musi zarabiać, robić zakupy i tak dalej. Codziennie ryzykować diabelskie ataki. Na świecie aż roi się od szatańskich węży, które niechybnie wnikną w bezbronne ciałka dzieci McGrathów, jeśli te poważą się choćby otworzyć okno bez pozwolenia pana i władcy, który rzadko ucieka się do przemocy fizycznej – zmusza do tego Laurę, która spotkała swoją miłość na jednym z życiowych zakrętów. W domyśle ostatnia ucieczka z domu; ucieczka dziewczyny, której według tego czarnego rycerza w brudnej zbroi, wmówiono, że to ona jest problemem, aby zatuszować swoje bezeceństwa. Jedna z zagubionych owieczek wypatrywanych chyba przez wszystkie sekty tego świata. Niepewna siebie, może nawet pogrążona w depresji, na pewno udręczona dusza, która chętnie odda się niekoniecznie w dobre ręce. Z ulgą przyjmuje znalezienie osoby, która chce wziąć jej życie w swoje ręce. Laura wygląda mi na osobę, która panicznie boi się usamodzielnienia, która woli, gdy ktoś inny nią kieruje. Daleko jej do szczęścia, ale wszystko wskazuje na to, że życia bez przewodnika wydaje jej się dalece gorszą opcją. Tye to więc mniejsze zło, według biologicznej matki szóstki maltretowanych dzieci. Głodzonych – żeby zrobić miejsce dla ducha – chłostanych, krępowanych. Zamykani w ciasnych pomieszczeniach, przywiązywani między innymi do własnych łóżek - nie tyle godziny, ile dnie (doba za dobą) spędzane w jednej pozycji, bez możliwości wyjścia do toalety, bez jedzenia nawet bez wody. Rekordzistą jest Prairie, zupełne przeciwieństwo jego starszego brata Raina, nad którym Tye chyba najmniej się napracował, który jeszcze przed narodzinami Foresta i Summer brał stronę ojca. Jeśli Tye jest dumny z któregoś ze swoich dzieci to z Raina i Meadow. Prairie już w dzieciństwie „pokazywał rogi”, a potem było tylko gorzej, oczywiście z perspektywy Tye'a, bo w oczach odbiorcy chłopak prędzej przedstawi się jako ten, który nie uległ wstrętnej propagandzie obłąkanego(?) ojca. Wiara w to, że na zewnątrz grasują najprawdziwsze demony to jedno, a strategia Tye'a to drugie – Prairie wierzy w wężowe opętania i inne takie, ale nie zamierza pokornie znosić nieludzkiej dyscypliny wprowadzonej przez ojca. Zamknięcie w domu może jeszcze by zrozumiał, ale takie umiarkowanie w jedzeniu, piciu i kąpieli, to już stanowcza przesada. Tym bardziej, że to nie dotyczy rodziców. Podobnie jak niekorzystanie z telewizora, diabelskiego narzędzia wiszącego w ich sypialni, gdzie dzieciom wchodzić nie wolno. Mniej groźny jest laptop Tye'a, ale bez pozwolenia właściciela najpewniej nikomu nie wolno z niego korzystać, natomiast smartfony spokojnie można wręczyć najpotulniejszym owieczkom. River nie jest jedną z nich – kiedyś może i była, ale od jakiegoś czasu mąci do spółki z Forestem. Chłopak miał być ich pasterzem, a został... zdrajcą? Dobrze by było. Cierpienia, które na pozór łatwo zakończyć. Łatwo dla człowieka, który odebrał inne wychowanie, w którym nie pielęgnowano paraliżującego lęku przed światem zewnętrznym, nie wyhodowano fobii przed demonami przebranymi za choćby policjantów, lekarzy, duchownych i latającymi wężami zsyłanymi przez Księcia Piekieł. Zrozumienie tej psychicznej blokady, bierności umęczonych istot ludzkich, torturowanych przez własnych rodziców, to klucz do należytego przeżywania tej historii. To znaczy takiego, na jakim zależało Stephenowi Tolkinowi, co wnioskuję z częstego ubierania w słowa myśli kłębiących się w tych nieopisanie skrzywdzonych umysłach. Uwięzionych w nadspodziewanie obskurnym domu (bo XXI wiek mnie zdecydowanie nie rozpieszcza pod tym względem, co innego filmy z poprzedniego stulecia) bardzo twardą ręką rządzonym przez „nazbyt grubo ciosanego fanatyka religijnego”, że tak to ujmę, do znudzenia przypominającego, iż fanatykiem jest. Do tego zagranie, które mocno i brzydko pachniało mi Hollywoodem – iskierka nadziei w strefie mroku, przyjazna twarz na małym ekranie, a i nie mogło zabraknąć dobrej wróżki z sektora publicznego. Żeby tylko za bardzo nie uczulić opinii publicznej na ułomność systemu, żeby nikomu nie przeszło przez myśl, że od czasu męczarni Sylvii Likens w Stanach Zjednoczonych nic się nie zmieniło? Nie dla ofiar przemocy domowej?

Chciałoby się, żeby twórcy bardziej się nade mną poznęcali:) Naprężyli tę depresyjną strunę... ale to i tak więcej nic się spodziewałam po współczesnym thrillerze telewizyjnym. Nie tyle true crime story, ile fikcyjna opowieść zainspirowana autentyczną sprawą. Owoce wyobraźni zerwane ze zgniłego drzewa małżeństwa Turpinów. To może być najmroczniejsza produkcja kanału Lifetime, jaką obejrzysz. A nawet jeśli nie, to jest spora szansa, że docenisz nie tylko klimat, ale i fabułę tego skromnego dziełka. Dreszczowca „W zamknięciu” - kwiatów na poddaszu Stephena Tolkina.