niedziela, 21 lipca 2024

„Kod zła” (2024)

 
Lata 70. XX wieku. Mała dziewczynka z Polaroidem mieszkająca w odludnym zakątku stanu Oregon zwraca uwagą na samochód stojący przed domem. Zaciekawiona, wychodzi na zaśnieżone podwórze, gdzie zaskakuje ją nienaturalnie blady mężczyzna.
Lata 90. XX wieku. Zaczynająca karierę w Federalnym Biurze Śledczym agentka specjalna Lee Harker, po wykazaniu się nadzwyczajną intuicją, zostaje przydzielona do sprawy prowadzonej przez doświadczonego agenta Cartera. Trwającej od dziesiątek lat pogoni za tajemniczym nadawcą bądź nadawcami listów z diabelskim kodem. Sekretnych wiadomości podpisywanych pseudonimem Longlegs i odnajdywanych na miejscach potwornych zbrodni. Ofiarami zwykle są kobiety i dzieci, a sprawcami ich mężowie i ojcowie, dotąd niewykazujący skłonności do agresji, praworządni mieszańcy Oregonu, którzy swój morderczy szał niezmiennie finalizują samobójstwem. Śledztwo FBI, które jakiś czas temu utknęło w martwym punkcie, ożywa po dołączeniu do zespołu zamkniętej w sobie agentki, w jakiś zagadkowy sposobów powiązanej z nieuchwytnym Longlegsem, domniemanym satanistą z nadzwyczajną charyzmą.

Plakat filmu. „Longlegs” 2024, Saturn Films, C2 Motion Picture Group, Oddfellows Entertainment, Range Media Partners

W listopadzie 2022 roku w przestrzeni publicznej pojawiła się informacja o szykowanym horrorze/thrillerze pt. „Longlegs” (pol. „Kod zła”) w reżyserii i na podstawie scenariusza Osgooda Roberta 'Oza' Perkinsa II, twórcy „Zła we mnie” (2015), „I Am the Pretty Thing That Lives in the House” (2016) oraz „Małgosi i Jasia” (2020); syna Anthony'ego Perkinsa, który zasłynął rolą Normana Batesa w filmowej serii dreszczowców zapoczątkowanej w 1960 roku wybitną „Psychozą” Alfreda Hitchcocka, opartą na pierwotnie wydanej ponad rok wcześniej powieści Roberta Blocha. Ujawniono, że Oz Perkins pracuje nad serial killer movie producenta między innymi „Naznaczonego” Jamesa Wana i „Sinister” Scotta Derricksona, Briana Kavanaugh-Jonesa, oraz Nicolasa Cage'a (m.in. „Osiem milimetrów” Joela Schumachera, „Piekielna zemsta” Patricka Lussiera, „Wrota zaświatów” Uliego Edela, „Mama i tata” Briana Taylora, „Mandy” Panosa Cosmatosa, „Kolor z przestworzy” Richarda Stanleya), działającego z ramienia swojej filmy Saturn Films, któremu powierzono też tytułową rolę. W lutym 2023 roku ogłoszono, że do obsady aktorskiej dołączyła Maika Monroe (m.in. „Gość” Adama Wingarda, „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella, „Watcher” Chloe Okuno), odtwórczyni pierwszoplanowej roli agentki specjalnej Lee Harker. Główne zdjęcia ruszyły w trzecim tygodniu stycznia 2023, a zakończyły się w drugiej połowie lutego tego samego roku. Film kręcono w kanadyjskim mieście Vancouver w prowincji Kolumbia Brytyjska, przy budżecie wynoszącym około dziesięciu milionów dolarów, z czego połowa miała trafić do Nicolasa Cage'a (wynagrodzenie za pracę). Prawa do dystrybucji tej amerykańsko-kanadyjskiej produkcji mrocznej na terenie Stanów Zjednoczonych uzyskała firma Neon, która wydała od siedmiu do dziesięciu milionów dolarów na oryginalny marketing porównywany do akcji promocyjnej kultowego „Blair Witch Project” Eduardo Sáncheza i Daniela Myricka. Pierwszy pokaz „Longlegs” Osgooda Perkinsa odbył się w maju 2024 roku na Beyond Fest, a niecałe półtora miesiąca później ruszyła szeroko zakrojona dystrybucja kinowa. Do polskich kin „Kod zła” wprowadziła firma Kino Świat – start w tym samym dniu (12 lipca), co regularna dystrybucja w kinach amerykańskich i kanadyjskich.

Osgooda Perkinsa od dawna prześladował dziwaczny jegomość, który mógł być klaunem albo innym przebierańcem występującym na przyjęciach urodzinowych organizowanych dla dzieci. Znerwicowana postać, która swemu stwórcy przedstawiła się jako Longlegs i do niejednej historii pana Perkinsa próbowała się dopasować... przed powzięciem przez filmowca decyzji o stworzeniu – jak to nazwał – riffa „Milczenia owiec” Jonathana Demme'a, obsypanego prestiżowymi nagrodami (w tym pięcioma Oscarami) kultowego thrillera psychologicznego na kanwie poczytnej powieści Thomasa Harrisa, części przebojowej serii o Hannibalu Lecterze. Właściwie „Kod zła” Oza Perkinsa jest swego rodzaju listem miłosnym do lat 90. XX wieku, hołdem dla klimatycznych serial killer thrillers i słodko-gorzkim wspomnieniem Perkinsa czasu kształtowania jego tożsamości. Przejście z dzieciństwa do dorosłości – w zasadzie przebywanie gdzieś pomiędzy; w świecie odartym z magii dzieciństwa, ale nadal pełnym zagadek dorosłości. Ostatnia dekada XX wieku reżyserowi i scenarzyście „Kodu zła” z jednej strony przyniosła mnóstwo znakomitych historii filmowych, a z drugiej „odebrała” ojca (Anthony Perkins zmarł we wrześniu 1992 roku – zapalenie płuc spowodowane przez AIDS). Entuzjastycznie przyjęty przez krytyków i miłośników gatunku, przez widzów testowych skojarzony z „Kuracją” Kiyoshiego Kurosawy, „Siedem” i „Zodiakiem” Davida Finchera (nieprzypadkowe podobieństwo: tytułowy antybohater, a właściwie autentyczny, seryjny zabójca terroryzujący San Francisco i okolice pod koniec lat 60. i na początku 70. XX wieku nieświadomie poddał scenarzyście „Kodu zła” pomysł na szyfrowane wiadomości podpisane przez „niejakiego” Longlegsa), „Sinister” Scotta Derricksona oraz rzecz jasna z „Milczeniem owiec” Jonathana Demme'a, „Kod zła” to zbilansowana mieszanka psychologicznego thrillera proceduralnego i horroru satanistycznego/okultystycznego z popisową kreacją Nicolasa Cage'a i frapującym występem Maiki Monroe, która na planie przeżyła „coś szalonego”. UWAGA SPOILER Odpowiadano ucharakteryzowanego Cage'a zobaczyła w jego ostatnim dniu zdjęciowym, podczas nagrywania intensywnej sceny przesłuchania diabolicznego Longlegsa. Widok całkowicie odmienionego kolegi z planu - upiorna charakteryzacja, gestykulacja, maniera w głosie - niewychodzącego z roli, straszliwie obcego Nica, dosłownie przyprawił Maikę o szybsze bicie serca: dudniący dźwięk później wykorzystany w kosztownej akcji marketingowej KONIEC SPOILERA. „Kod zła” Osgooda Perkinsa otwiera „scenka wtłoczona w kwadratowe okienko” - pudełkowaty format obrazu, z którym odbiorca zapewne szybko nauczy się kojarzyć fragmenty retrospektywne; powroty do lat 70. XX wieku, niedokumentnie wypranych z kolorów, chropawych, lekko przybrudzonych – niebiański zapach kina klasy grind. Tak, czuć erą grindhouse'ów, a konkretniej exploitation films zwyczajowo wyświetlanych w tych „spelunkach” w ósmej dekadzie poprzedniego wieku. W dzieciństwie agentki specjalnej Lee Harker, którą spotykamy w latach 90. XX wieku, po retro prologu i czołówce (poziome rozciągnięcie obrazu; współczynnik proporcji 2.35 : 1). Widziana w zagadkowym wprowadzeniu do „Kodu zła” dziewczynka z Polaroidem, którą spotkał wątpliwy zaszczyt z okazji zbliżających się urodzin? Niespodziewane spotkanie w zacisznym zakątku stanu Oregon, a wręcz najście niepokojącego cudaka „z obciętą twarzą” (kamera celowo ustawiona/trzymana za nisko). Swoją drogą to może być nowy fenomen popkulturowy – już stawiany w jednym rzędzie (ewentualnie poziom niżej) z Pennywise'em w wykonaniu Billa Skarsgårda („To” i „To: Rozdział 2” Andy'ego Muschiettiego, głośna readaptacja genialnej powieści Stephena Kinga) – ta zamierzenie przerysowana postać negatywna, moim zdaniem mająca w sobie coś z Jame'a 'Buffalo Billa' Gumba (i klauna Arta stworzonego przez Damiena Leone'a), odrażającego złoczyńcy z powieściowego i filmowego (perfekcyjna kreacja Teda Levine'a) „Milczenia owiec”. Z kolei „stojąca po drugiej stronie barykady” agentka Lee Harker bardzo przypomina mi pierwszą filmową Clarice Starling (Jodie Foster), roztrzęsioną żółtodziobkę z FBI, którą zdecydowanie mniej sobie upodobałam od jej powieściowej wersji... i wcielenia Julianne Moore w „Hannibalu” Ridleya Scotta.

Plakat filmu. „Longlegs” 2024, Saturn Films, C2 Motion Picture Group, Oddfellows Entertainment, Range Media Partners

Agentka z szóstym zmysłem, być może osoba w spektrum autyzmu kontra potencjalny „władca marionetek”, gorliwy wyznawca Szatana w jakiś sposób popychających dobrych mężów i ojców do zbrodni. Przywódca supertajnej sekty zawiązanej już w latach 60. XX wieku? To jedna z hipotez federalnego zespołu śledczego, którym kieruje agent Carter (przekonujący występ Blaira Underwooda), nowy bezpośredni przełożony introwertycznej, nietowarzyskiej Lee Harker zamieszkałej w stylowym drewnianym domku w „nawiedzonym oregońskim lesie”. Straumatyzowana młoda kobieta z nadzwyczajnym instynktem? Warto zapamiętać odpowiedzi protagonistki „Kodu zła” Osgooda Perkinsa w obrazkowym teście na zdolności parapsychiczne, który przesądził o przydzieleniu jej do sprawy zabójstw i samobójstw w domowych pieleszach. Sprawy, która przywiodła mi na myśl „Czerwonego smoka” Thomasa Harrisa (jak na razie dwukrotnie przenoszonego na ekran: obraz Michaela Manna z 1986 roku w Polsce dystrybuowany pod tytułem „Łowca” i „Czerwony smok” oraz film Bretta Ratnera z 2002 roku z najbardziej rozpoznawalną twarzą Hannibala Lectera, tj. legendarna kreacja Anthony'ego Hopkinsa) i „Amityville Horror” pióra Jaya Ansona z 1977, rzekomo autentyczną historię, która do kinematografii oficjalnie wkroczyła mniej więcej dwa lata później (ekranizacja Stuarta Rosenberga; otwarcie filmowej franczyzy spod znaku ghost story). Listy od L. łączące, mordercze furie dotychczas nieprzemocowych mężów i ojców. Znaczenie mogą mieć też daty urodzin małoletnich ofiar płci żeńskiej, wśród których jest przynajmniej jedna ocalała, pierwsza niepokojąca interlokutorka dzielnej agentki FBI (miażdżący epizod Kiernan Shipki; m.in. „Zabójczy wirus” Davida i Àlexa Pastorów, „The Dollanganger Saga” 2014-2014, telewizyjny cykl oparty na literackim opus magnum Virginii C. Andrews, „Cisza” Johna R. Leonettiego, filmowa adaptacja powieści Tima Lebbona w Polsce wydanej pod tytułem „Milczenie” i, co najważniejsze w kontekście „Kodu zła”, „Zło we mnie” Oza Perkinsa) błyskawicznie łamiącej szyfr, nad którym od lat musiały głowić się najtęższe umysły w Federalnym Biurze Śledczym, jeśli już nie w całych Stanach Zjednoczonych. A przynajmniej w prawdziwym świecie tak by było (patrz: sprawa Zodiaka, po którym Longlegs „odziedziczył” skłonność do literówek, ortografów i innych błędów w pisowni), z całym przekonaniem nie mogę bowiem stwierdzić, że podejrzaną korespondencją zajmowali się jacyś kryptolodzy, ale agent Carter niewątpliwie sporo czasu nad tymi „bazgrałami” bezproduktywnie przesiedział. Naprawdę potrzebował nowej krwi - nie byle kogo, tylko właśnie panny Harker, nowej przyjaciółki jego niespełna dziewięcioletniej córeczki. Doprawdy ciekawe nawiązanie więzi, według mnie relacja, która aż prosiła się o większe zainteresowanie autora tej trzymającej w napięciu, pomimo dużej przewidywalności, historii. Fabuły niespecjalnie wyszukanej - UWAGA SPOILER poza czarnym charakterem, z tłumu serial killer stories „Kod zła” w moich oczach wyróżnił się jedynie lalkarską „profesją” czołowego zbrodniarza, nieziemskimi wytworami paskudnych rąk Longlegsa. Z drugiej strony filmów o przeklętych lalkach (tutaj coś à la voodoo) trochę już było, więc... Tak czy inaczej, najbardziej rozczarował mnie „ostatni rozdział”: spodziewana konfrontacja z irytująco bierną postawą uświadomionej bohaterki. Zastanawiam się, dlaczego na „dzień dobry” nie strzeliła w głowę imitacji niegrzecznie siedzącej na kanapie tuż obok zahipnotyzowanego oryginału. Pochwalić natomiast pragnę podejście do tematu macierzyństwa, potencjalnie kontrowersyjny obraz rodzica idealnego – zła kobieta, dobra matka, a w każdym razie taka myśl postała w głowie scenarzysty i reżysera tego KONIEC SPOILERA kreatywnie uformowanego (płaszczyzna techniczna) horroru podskórnego i dusznego thrillera powierzchownego. Genialne zdjęcia Andresa Arochiego, sugestywna ścieżka dźwiękowa Elvisa Perkinsa (jako Zilgi), młodszego brata Wielkiego Oza (i to nie jest ich pierwsza współpraca na polu zawodowym), zmyślny montaż Grahama Fortina i Grega Ng, co najmniej dwa mocniejsze momenty (plus fantazyjne wstawki w soczystej czerwieni) - zarobaczywione zwłoki i tradycyjna, w świecie horroru oczywiście, „masochistyczna zabawa” przy stole – uważam jednak, że intryga kryminalna mogłaby być lepsza.

Progres w stosunku do „Małgosi i Jasia” (2020), regres w stosunku do „Zła we mnie” (2015) - tak bym to podsumowała. To huczne wydarzenie w kinie gatunkowym, które niewątpliwie zajmie wysoką pozycję (może nawet najwyższą) w rankingach filmów grozy roku 2024. Absolutny hicior! Hybryda horroru i thrillera, która zachwyciła nieprzebrane tłumy widzów, w tym wieloletnich fanów opowieści mrocznych. Nokautujący „Kod zła” Osgooda Perkinsa - udana zabawa formą i narodziny nowej czarnej gwiazdy, „cyrkowego satanisty” z alarmującą słabością do małych dziewczynek, diabelskiego prestidigitatora wykreowanego przez człowieka deklarującego, że nigdy więcej nie wcieli się w seryjnego mordercę, ponieważ do tego stopnia brzydzi się przemocą, że nie chce nawet grać tak wielkich krzywdzicieli. Dobre widowisko, ale w ogromny podziw, niestety, nie wpadłam.

piątek, 19 lipca 2024

Zakupy

 
Garść tytułów wydawniczych prawdopodobnie nie do recenzji. Przepięknie wydany (album) przewodnik po życiu, twórczości i inspiracjach Stephena Kinga stworzony przez jego kolegę Beva Vincenta. Zbiory klasycznych opowieści grozy: między innymi niesamowite przygody okultysty Johna Silence'a, czyli sześć opowiadań wybitnego angielskiego autora z XIX i XX wieku Algernona Henry'ego Blackwooda oraz wybór dziesięciu historii osobliwych i fantastycznych jednego z prekursorów romantyzmu we Francji, Jeana-Charlesa-Emmanuela Nodiera (1780-1844). Uhonorowana Mythopoeic Award i James Tiptree, Jr. Award, pierwotnie wydana w 1994 roku powieść z podgatunku dark fantasy amerykańskiej pisarski Elizabeth Hand i trochę true crime od twórcy kompendium wiedzy o Jimie Jonesie i jego sekcie („Co się stało w Jonestown? Sekta Jima Jonesa i największe zbiorowe samobójstwo”) - tym razem pod lupę Jeffa Guinna trafili Charles Manson i jego tak zwana Rodzina oraz David Koresh i jego „rodzina”.
 

 
Bev Vincent „Stephen King. Kompletny przewodnik po życiu, twórczości i inspiracjach”
Algernon Blackwood „Okultysta John Silence'
Charles Nodier „Infernaliana i inne teksty wybrane”
Elizabeth Hand „Przebudzenie księżyca”
Antologia „Galeria koszmarów Feranosa”
Jozef Karika „Pragnienie”
 

 
H.P. Lovecraft „Cienie nad Innsmouth”, „Szepczący w ciemności”
Arthur Conan Doyle „Pasożyt i inne opowiadania”, czyli „Wizja przeszłości”, „Srebrny topór”, „Mumia zmartwychwstała”, „Przygoda doktora”, „Srebrne zwierciadło”, „Wielkie doświadczenie w Keinplatz”, „Straszydło z Przepaści Niebieskiego Jana”
Jeff Guinn „Tragedia w Waco. David Koresh i tajemnica jego sekty”
Jeff Guinn „Manson. Ku zbrodni”

czwartek, 18 lipca 2024

Wilhelm Meinhold „Bursztynowa czarownica”

 
XVII wiek, wojna trzydziestoletnia. Mieszkańcy Kosarzowa, zdziesiątkowanej miejscowości na wyspie Uznam, zmagają się z wielką klęską głodu i widmem zarazy, w ciągłym strachu przed bezwzględnymi rabusiami, łotrami plądrującymi skromne domy i zabijającymi ich mieszkańców. Lokalną ludność z udręki wybawiają pastor Abraham Schweidler, proboszcz parafii w Kosarzowie i jego nastoletnia córka Maria, bogobojna dziewica często odejmująca sobie od ust na rzecz bliźnich, znalazczyni złoża bursztynu, podzielająca przekonanie swego ojca, że to nagroda od Miłosiernego Pana za niezachwiane trwanie w wierze w wyjątkowo ciężkich czasach. Decyzją wielebnego Schweidlera wspaniałe odkrycie jego jedynego dziecka zostaje utrzymane w tajemnicy przed pozostałymi członkami parafii, włącznie z zaufaną służącą, starą Ilse, która w ocenie pastora mogłaby bezwiednie wygadać się którejś sąsiadce, co niechybnie doprowadziłoby do roztrwonienia majątku zesłanego przez Boga Wszechmogącego. Hojnie obdarowywani przez Schweidlerów mieszkańcy nieurodzajnego zakątka wyspy Uznam, zgodnie z przewidywaniami proboszcza, zadowalają się nieprawdziwym wyjaśnieniem nagłej poprawy jego statusu materialnego. Za swoją dobroć jedyne dziecko niezłomnego przywódcy duchowego z Kosarzowa zostanie „nagrodzone” okrutnymi pomówieniami, które zaowocują doprowadzeniem niewinnej dziewczyny przed oblicze Świętej Inkwizycji.

Okładka książki. „Bursztynowa czarownica”, Zysk i S-ka 2024

Wilhelm Meinhold (właściwie Johannes Wilhelm Meinhold) urodził się w Lütow na wyspie Uznam w 1797 roku. Jego ojciec, Georg Wilhelm Meinhold, był księdzem luterańskim, a matka Anna Elisabeth zmarła w ósmym roku jego nielekkiego życia - przyszły powieściopisarz, dramaturg, poeta i pomorski duszpasterz, dorastał w napiętej atmosferze wojen napoleońskich. W 1813 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie w Greifswaldzie na Pomorzu Szwedzkim, a w 1821 roku objął parafię w Koserowie (Kosarzowo), gdzie rzekomo znalazł kronikę z XVII wieku, zapiski pastora Abrahama Schweidlera. Posługę w tej miejscowości zakończył w roku 1827 na rzecz parafii w Krumminie, gdzie był proboszczem przez siedemnaście lat. Zmarł w 1851 roku w Berlinie-Charlottenburgu, po niedobrowolnym przejściu na wcześniejszą emeryturę – kara za nieposłuszne zachowanie. Miłość do literatury pięknej rozpalił w Wilhelmie Meinholdzie jego nauczyciel Ludwig Gotthard Kosegarten w okresie studenckim, a swoją własną artystyczną działalność oficjalnie rozpoczął po zakończeniu edukacji (rok 1818) i objęciu stanowiska rektora w szkole w Uznam. Zaczynał od sztuk i poezji docenionej przez Johanna Wolfganga von Goethego, a swoje najsłynniejsze dzieła – powieści gotyckie „Maria Schweidler, die Bernsteinhexe” (ang. „The Amber Witch”, pol. „Bursztynowa czarownica”) i „Sidonia von Bork, die Klosterhexe” (ang. „Sidonia the Sorceress: Teh Supposed Destroyer of the Whole Reigning Ducal House of Pomerania”, przetłumaczona między innymi przez Jane Wilde, matkę Oscara Wilde'a) - wydał w latach 30. i 40. XIX wieku.

Maria Schweidler, die Bernsteinhexe”” jest rozwinięciem opowiadania Wilhelma Meinholda pt. „Die Pfarrestochter von Coserow” prawdopodobnie napisanego już w 1825 roku pod natchnieniem kosarzowskich ksiąg parafialnych, dokumentów historycznych i akt procesowych z czasów tak zwanego polowania na czarownice. Wielka mistyfikacją ewangelickiego duchownego kierującego się pragnieniem zastawienia pułapki na uczniów David Friedrich Straussa, niemieckiego filozofa i teologa liberalnego przedstawiającego Pismo Święte jako zbiór mitów i legend. Pierwotnie wydana w 1838 roku jako autentyczna kronika dawno nieżyjącego pastora z Kosarzowa, niemieckojęzyczna publikacja - we fragmentach publikowana w ewangelickim almanachu „Christoterpe” w latach 1841 i 1842 (na język angielski przełożona między innymi przez Lucie, Lady Duff Gordon: wydanie 1843/1844; translacja ciesząca się tak dużą popularnością w wiktoriańskiej Anglii, że wykorzystywana także w późniejszych edycjach, z których wyróżnić należy luksusową edycję z 1895 roku zilustrowaną przez Philipa Burne-Jonesa) - z podtytułem (tłumaczenie Barbary Grunwald-Hajdasz) „Najbardziej zajmujący ze wszystkich dotąd znanych procesów o czary, na podstawie uszkodzonego rękopisu jej ojca, Abrahama Schweidlera, proboszcza w Kosarzowie na wyspie Uznam, który zostaje wydany przez Wilhelma Meinholda, doktora teologii i proboszcza”, wykonana z nadzwyczajną dbałością o szczegóły imitacja XVII-wiecznego manuskryptu, przez niemal wszystkich niemieckich i brytyjskich krytyków (oraz pozostałych czytelników) uznawana za autentyczny dokument historyczny nawet po ujawnieniu faktycznego autora tej w rzeczywistości wymyślonej opowieści. Pod koniec lat 40. XIX wieku o „Bursztynowej czarownicy” pisano już głównie jako o udanej mistyfikacji – dla jednych imponującej, dla innych oburzającej – niemniej jeszcze w pierwszej połowie XX wieku w poważnym środowisku recenzenckim niekiedy nabierano się na kronikarską sztuczkę Wilhelma Meinholda (pojedyncze przypadki odbierających powieść jako tekst historyczny). Biorąc pod uwagę praktycznie niesłabnącą popularność (przynajmniej w niektórych krajach europejskich) fałszywego rękopisu wielebnego Abrahama Schweidlera, zakrawa na żart, że prawie dwieście lat „Bursztynowej czarownicy” zajęło dotarcie do Polski. Dopiero w 2024 roku wypuszczono premierowe polskojęzyczne wydanie tej niebanalnej historii pisarza wyróżnionego przez Howarda Philipsa Lovecrafta w jego słynnym eseju z 1927 roku „Supernatural Horror in Literature” (pol. „Nadnaturalny horror w literaturze” aka „Nadprzyrodzona groza w literaturze”) - edycja Zysk i S-ka w ekskluzywnym opakowaniu, twardej oprawie przepięknie ozdobionej przez Urszulę Gireń, z podstępną przedmową i wstępem Wilhelma Meinholda (podstawa jego literackiej mistyfikacji) i wyczerpującym posłowiem Barbary Grunwald-Hajdasz, tłumaczki, która moim skromnym zdaniem zasłużyła sobie na pokaźną premię – staranne przełożenie perfekcyjnej stylizacji archaicznej Wilhelma Meinholda (staropolszczyzna), rzecz jasna z perspektywy współczesnego czytelnika normalnie też posługującego się warsztatem anachronicznym; utwór z XIX wieku uformowany na modłę dziennika napisanego mniej więcej dwieście lat wcześniej. Rękopisu ówczesnego Hioba, pobożnego człowieka z wyspy Uznam przechodzącego przez bolesne próby wiary. Coraz większe wyzwania w jego przekonaniu rzucane przez Boga Wszechmogącego i jego arcywroga, włochatą bestię widzianą w ulubionym miejscu tytułowej czarownicy. Góra małoletniej wiedźmy, która oddała cnotę Władcy Piekieł.

Okładka książki. „The Amber Witch”, Read & Co 2020

Lektura niełatwa, ale przydatna. Warta trudu weń włożonego. Staroświecka, ale niewymagająca uwspółcześnienia, wszak (nie)cały urok „Bursztynowej czarownicy” Wilhelma Meinholda w kronikarskiej stylizacji archaicznej. Ponad trzysta przypisów od autora i tłumaczki Barbary Grunwald-Hajdasz (w bonusach znajdziemy też konkordancję nazw topograficznych), przypisów zamieszczonych na końcu wydania Zysk i S-ka z 2024 roku, co mnie dodatkowo utrudniło obcowanie z tą przerażająco realistyczną powieścią. Preferuję dolne partię stron, przyznaję jednak, że w tym konkretnym przypadku wprowadzenie takiego ułatwienia byłoby szalenie trudne, a przynajmniej mało estetyczne: tak liczne i nierzadko długie informacje dodatkowe z pewnością zajęłyby większą część niejednej stronicy, w pewnym sensie spychając poruszającą opowieść o niewspółczesnej męczennicy na dalszy plan. Dzisiejszym odbiorcom „Bursztynowej czarownicy” może przypomnieć się Emily Rose, wzorowana na autentycznej postaci bohaterka filmowego horroru o demonicznym opętaniu wyreżyserowanego przez Scotta Derricksona, nieugięta chrześcijanka nieskarżąca się na ziemskie katusze. Młoda istota dzielnie znosząca męki zesłane przez Zastępy Niebieskie. Wychowana przez świątobliwego człowieka osiadłego w Kosarzowie na wyspie Uznam, narratora przebiegłej powieści Williama Meinholda, nastoletnia córka fałszywego kronikarza, pastora Abrahama Schweidlera, wierzy, że została wybrana przez Boga Ojca. Cierpienie w wyższym celu, niesienie krzyża w życiu doczesnym i wieczna szczęśliwość po śmierci. Lekcja dla stworzonych na Jego obraz i podobieństwo, obdarzonych wolną wolą istot zaciekle polujących na wyznawców Szatana. Maria Schweidler zawsze miała nieposzlakowaną opinię nie tylko w swoim rodzinnym Kosarzowie – bezwzględnie przestrzegająca Dziesięciu Przykazań Bożych, ciężko pracująca na dobro wspólne, dużo mniej, jeśli w ogóle, dbająca o dobro własne (zdecydowana skazać się na śmierć głodową, byle napełnić brzuchy innych) i niegryząca się w język w kontaktach z wiarołomną Lise Kolken, bezbożnicą kiepsko odgrywającą lojalną członkinię wspólnoty parafialnej prowadzonej przez szczodrego ojca cnotliwej Marii. Wężowy język starej wiedźmy z zapadłej prowincji. Wojna, Głód, Zaraza, Śmierć. Jeźdźcy Apokalipsy kontra Schweidlerowie, pancerny filar maleńkiego społeczeństwa zabobonnego. Zdziesiątkowana ludność, która pewnie wyśmiałaby problemy współczesnych Europejczyków. Narzekających na błahostki, bo czymże jest awaria Internetu przy kobiecie zabijającej swoje własne dziecko i z głodu je zjadającej albo przy przebitym noworodku bezceremonialnie przerzuconym przez płot, prosto w pokrzywy i jego matce zadźganej w połogu? Można się zawstydzić „na widok” tych nieskarżących się ludzi. Wdzięcznych za pajdkę chleba i szczyptę soli. Dziękujących Bogu za najskromniejsze dary. A za prawdziwe bogactwo odpłacających się oszczerstwami wymierzonymi w najżarliwszą chrześcijankę może nie tylko w Kosarzowie, ale i na całej wyspie Uznam. Podejrzenia przypuszczalnie zasiane przez faktyczną czarownicę, podłe plotki błyskawicznie docierające do ważnych osobistości, które wyżej od Nowego Testamentu Pisma Świętego najwyraźniej cenią sobie „Malleus Maleficarum” (pol. „Młot na czarownice”), niesławny katolicki traktat spisany przez dominikańskiego inkwizytora Heinricha Kramera, być może z pomocą innego łowcy „czarownic i czarowników” Jacoba Sprengera. Los bezcennej latorośli niepowszechnie szanowanego proboszcza ma się rozstrzygnąć na zamku Podgłowa, na terenie niegodnego zaufania, obrzydliwego śliskiego starosty. Parodia procesu sądowego niestety niebędąca czystym wymysłem autora tej mocno uduchowionej powieści lekko gotyckiej. O wbrew pozorom nieprzemijającej łatwowierności Homo sapiens i nieodpartej potrzebie rzucania kamieniami w bliźniego swego. Bezrozumna nagonka samozwańczych Wojowników Bożych.

Bóg na językach, Diabeł w sercach. Niemiecki moralitet twardo osadzony w siedemnastowiecznych realiach. Uczulająca powieść Williama Meinholda napisana w kronikarskim stylu i początkowo sprzedawana jako autentyczna spuścizna archiwalna pastora Abrahama Schweidlera - rękopis znaleziony w kościele w Koserowie - jako dzieło stricte historyczne lekko przeredagowane przez jego niebezpośredniego następcę. Rzekomego znalazcę i wydawcę, faktycznego autora „Bursztynowej czarownicy” („Maria Schweidler, die Bernsteinhexe”), ponurej powieści uznawanej za jedno z najważniejszych osiągnięć literackich dziewiętnastowiecznego (urodzonego pod koniec XVII wieku) księdza z Pomeranii realizującego się w epice, liryce i dramacie. Literacka ulubienica autora między innymi „Portretu Doriana Graya” (1890), która doczekała się adaptacji operowej - spektakl z 1861 roku skomponowany przez Williama Vincenta Wallace'a – i co najważniejsze podbiła serca przedstawicieli różnych generacji. Melodyjny utwór łączący pokolenia. Urodny i straszny.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 16 lipca 2024

„Elevator Game” (2023)

 
Ryan Keaton podejmuje nieodpłatną pracę dla streamerów tworzących popularny program o badaniu legend miejskich: prowadzących Chloe Young i Krisa Russo, odpowiadających za stronę techniczną Izzy Simpson i Matthew 'Matty'ego' Davisa oraz zajmującego się pozyskiwaniem i kontaktem ze sponsorami Kevina. Pierwszego dnia w redakcji Ryan sugeruje, by nakręcili odcinek o grze w windzie, którą podobno można przeprowadzić w biurowcu położonym niedaleko ich siedziby. Według opowieści internautów trzymanie się określonej kolejności w odwiedzaniu poszczególnych pięter sprowadzi ducha kobiety, na którego nie wolno patrzeć, ani odzywać się w jego obecności. Śmiałkowie, którzy przejdą tę próbę będą mogli wejść do Czerwonych Zaświatów, a pozostałych Kobieta z Piątego Piętra rozerwie na strzępy. Aby nie stracić hojnego sponsora i z braku ciekawszych opcji, uzbrojony w kamery zespół niezwłocznie rusza do przeklętego wieżowca, jak zawsze nie spodziewając się pozytywnej weryfikacji viralowej historii. Tym razem czeka ich jednak niemiła niespodzianka...

Plakat filmu. „Elevator Game” 2023, Fearworks, Buffalo Gal Pictures, Head Gear Films

Zainspirowany internetowymi opowieściami o wielce ryzykownej grze, w której główną nagrodą ma być podróż do innego wymiaru, amerykański horror nadprzyrodzony w reżyserii Rebekah McKendry, którą fani kina grozy mogą kojarzyć choćby z wydanym w 2022 roku obrazem „Glorious”. Scenariusz „Elevator Game” stworzył Travis Seppala (m.in. „Captive” Gregga Simona), a małżonek i zawodowy partner reżyserki filmowego wydania gry w windzie, David Ian McKendry, poddał tekst dodatkowemu opracowaniu (wkład niewymieniony w czołówce). Zdjęcia główne do „Elevator Game” odbyły się w kanadyjskiej prowincji Manitoba, a na lokalizację główną wybrano były posterunek policji w mieście Winnipeg, gdzie ekipa specjalnie na potrzeby opowieści o Kobiecie z Piątego Piętra od podstaw zbudowała vintage'ową windę. Ale największym wyzwaniem UWAGA SPOILER okazała się kreacja czerwonego świata przedstawionego KONIEC SPOILERA głównie z powodu nieprzewidywalności pogody. W ramach przygotowań twórcy „Elevator Game” przeanalizowali inne horrory nawiązujące do urban legends; na przykład filmowe opowieści o Krwawej Mary i Slender Manie. W Stanach Zjednoczonych obraz trafił bezpośrednio do internetu - w połowie września 2023 roku pojawił się na niedościgłej platformie Shudder – w Polsce miał ograniczoną dystrybucję kinową w maju 2024, a w lipcu 2024 został udostępniony przez Amazon Prime Video Polska.

Intrygujące założenie fabularne – połączenie urban legend ze złą sławą wind (niewygodne położenie: poczucie utraty kontroli w ciasnocie, obezwładniająca świadomość powierzenia swego życia zawodnemu mechanizmowi) – w twardych ramach konwencji: horrory o zabójczych grach, wyzwaniach, zabawach. W prologu „Elevator Game” Rebekah McKendry widzimy samotną dziewczynę ze smartfonem i planem działania rozpisanym na kawałku papieru; oryginalnym rytuałem przywołania istoty z zaświatów, tak zwanej Kobiety z Piątego Piętra (oryg. Fifth-Floor Woman), na które należy się udać dopiero po odwiedzeniu – w odpowiedniej kolejności – innych kondygnacji nienowocześnie urządzonego (przynajmniej hol i korytarze) wieżowca. [Kontrowersyjna uwaga: wystrój wnętrz przywiódł mi na myśl Overlook Hotel z kultowego „Lśnienia” Stanleya Kubricka.] I nie zapomnieć o zamknięciu oczu oraz „zasznurowaniu ust” przed otwarciem klaustrofobicznej „puszki” na piętrze agresywnego ducha. Nie patrz, nie odzywaj się i czekaj na dźwięk zasuwających się drzwi windy. Uszanuj zasady podczas oględzin zwabionego ducha, a ocalisz życie i być może dostąpisz zaszczytu odwiedzenia Krainy Umarłych – tutaj nazywanej Red World (pol. Czerwone Zaświaty). Wstęp do „Elevator Game”, próba Becky, czyli dziewczyny ze smartfonem, pozytywnie nastroił mnie na doświadczenia „ekspertów od zjawisk paranormalnych” z przeklętym urządzeniem w nieopuszczonym budynku – minimalistyczna ekspozycja nieznanego, „ukradkowe wejście” postaci nadnaturalnej, budowanie napięcia poprzez niemożność zlokalizowania groźnej współpasażerki (stoi obok czy za plecami Becky? Krąży wokół niej czy wgapia się w jej twarz?), niemożność odczytania kolejnych ruchów, jak się okaże, niezbyt uważnej „sędzi sportowej”. Z drugiej strony młodzi bohaterowie przekonają się, że nie należy wierzyć we wszystkie informacje znalezione w Sieci – w innej sprawie internet kłamał, więc UWAGA SPOILER ostrzeżenie przed odzywaniem się na piątym piętrze spokojnie mogło być na wyrost (nie tyle niedopatrzenie w scenariuszu, ile kolejny mit sprzedawany w cyberprzestrzeni jako fakt). Tak czy inaczej, Ryan wykazuje się przezabawną niekonsekwencją w misji podjętej razem z Chloe, w rozpaczliwych staraniach zamknięcia wrót do innego świata i tym samym „oszukania przeznaczenia”, umknięcia Śmierci. Chłopak przypomina koleżance o zasadach... także w momencie próby. Gada jak najęty w towarzystwie tej, przy której rzekomo nie wolno się odzywać KONIEC SPOILERA. Wspomnianych „ekspertów” poznamy po spodziewanym sfinalizowaniu niebezpiecznej zabawy Becky, czołówce i próbce ich działalności internetowej (przekonująca stylizacja; widok jakby żywcem wyjęty z odtwarzacza sieciowego/strumieniowego). Ponoć dochodowy program „Nightmare on Dare Street” (oczywiste nawiązanie do slasherowej serii z nieśmiertelnym Freddym Kruegerem), prowadzony przez egzaltowanego Krisa Russo (Alec Carlos, który w swojej filmografii ma chociażby udział w „Sierocie. Narodzinach zła” Williama Brenta Bella, prequelu hitowej „Sieroty” Jaume Colleta-Serry) i chodzącą skarbnicę niekoniecznie użytecznej wiedzy Chloe Young (niezbyt przekonująca kreacja Verity Marks). Tandetna produkcja świeżo upieczonych absolwentów szkoły średniej zorientowana na obalanie współczesnych mitów, ewentualnie potwierdzanie viralowych historii paranormalnych. Niewykwalifikowani badacze zjawisk nadprzyrodzonych, młodzi łowcy duchów i innych upiorów, którzy przed wejściem do Elevator Game – podobnie jak choćby Mike Enslin z „1408” Mikaela Håfströma, wyższej jakości filmowego horroru opartego na opowiadaniu Stephena Kinga zamieszczonym w zbiorze „Wszystko jest względne” - doświadczeń nadprzyrodzonych nie mieli. Wreszcie sukces w pogoni za duchami!

Plakat filmu. „Elevator Game” 2023, Fearworks, Buffalo Gal Pictures, Head Gear Films

Pierwszy dzień nieodpłatnej pracy Ryana Keatona (niezgorszy występ Gino Ananii, m.in. „Mroczne żniwa” Davida Slade'a, na kanwie poczytnej powieści Normana Partridge'a), który przedstawił się kierownikowi produkcji „Nightmare on Dare Street”, Kevinowi (drętwa kreacja Liama Stewarta-Kanigana; kolejny członek obsady „Sieroty. Narodzin zła” Williama Brenta Bella), jako fan tego internetowego widowiska. Zanim Ryan zostanie przedstawiony reszcie zespołu – nieprzyjaźnie nastawionemu Krisowi, podzielającego jego nieufność względem stażysty Matty'ego, zdecydowanie bardziej towarzyskiej, szeroko otwartej na nowe doświadczenia Izzy i dobrze zorganizowanej, poukładanej Chloe, największej sceptyczce w tych szeregach – dowie się, ile warte jest jego poświęcenie dla tych internetowych gwiazdeczek. Niedyskretna rozmowa o planie zrzucania na Ryana najgorszej roboty. Woda sodowa ewidentnie uderzyła do głowy przynajmniej niektórym influencerom skupionym wokół „Koszmaru z ulicy Wyzwań”. Niecne plany pełnoprawnych członków zespołu nie zniechęcają biednego Ryana, który swojej wartości bynajmniej nie udowodni propozycją tematu na kolejny odcinek. Młodzi ludzie muszą przygotować materiał w czasie krótszym niż zwykle - w przeciwnym razie stracą głównego sponsora, właściciela wytwórni „zielonej pożywki” - teoretycznie powinni więc zapalić się do pomysłu kręcenia w pobliskim budynku, ale legenda o Kobiecie z Piątego Piętra już jakiś czas temu została przez nich odrzucona. Zgodzili się, że jeżdżenie windą nie nadaje się do programu rozrywkowego albo zdecydowali się odłożyć ten temat do czasu wymyślenia jakichś atrakcji dla widzów, bo oczywiście nie zakładali, że o walory rozrywkowe zadba najprawdziwszy duch. Spór uciął Kevin – nie ma czasu na szukanie bardziej obiecującej lokalizacji, stawka jest zbyt wysoka, by przejmować się ewentualnym zanudzeniem internautów dwudziestominutową przejażdżką windą. Najwyżej dostaną trochę negatywnych komentarzy. O ile uda im się ominąć ochronę nieklasycznego nawiedzonego domu i nie nadziać na jakiegoś nadgorliwego pracownika. W świecie horroru duchy najczęściej zamieszkują obiekty porzucone, opuszczone nieruchomości w zacisznych zakątkach, w „Elevator Game” Rebekah McKendry mamy jednak czynny biurowiec „w środku” dużego miasta. Ponure zamczysko w krajobrazie miejskim, strzelista budowla „sięgająca nieba” (właściwie średnio wysoki wieżowiec), w domyśle nierzadko odwiedzana przez szukających mocnych wrażeń młodych ludzi, ale pewnie nieczęsto przez dobrze zaopatrzonych graczy. Cała sztuka polega na opanowaniu ciekawości oraz wytrzymaniu napięcia wynikającego z wyczuwalnej obecności Kobiety z Piątego Piętra i/lub samych opowieści o tej cichej obserwatorce, ale z kamerami to nie powinno być aż takie trudne, prawda? Te „randki w ciemno” ze spektakularnie wyginającą się upiorzycą. Moim zwycięzcą pokaz specjalnie dla Ryana: nagłe maksymalne odchylenie głowy w tył, a w dalszym ciągu przejście w „pajęczy krok opętanej Regan MacNeil”. A to tylko jeden z wielu występów „tanecznych” nienaturalnie sprawnej „artystki”. Obyłabym się natomiast bez wątku, który przez jakąś część widzów może zostać uznany za najbardziej klimatyczne momenty „Elevator Game” Rebekah McKendry. Szczypta surrealizmu w tradycyjnej - pomijając dość wysoki, jak na ghost story, stopień stopień brutalności (moją uwagę najbardziej przykuła „zabawa lekko body horrorowa”, sadyzm w kamienicy zamieszkałej przez główną bohaterkę; średnio realistyczną przemoc graficzną (marna imitacja sztucznej krwi) - gonitwie za nazbyt śmiało sobie poczynającymi śmiertelnikami. Zwyczajowy przebieg (może z wyjątkiem akcji z solą, ze wskazaniem na zabawny napad na restaurację) niepospolitej gry. Typowo rozrywkowa „opowieść z dreszczykiem”. Popcornowy straszak na rozluźnienie;)

Kino dla niewymagających, czy po prostu lubiących od czasu do czasu „wrzucić na ząb coś lżejszego”. Teen horror natchniony fantastyczną opowieścią rozpowszechnianą głównie w internecie o rzekomo skutecznym rytuale otwierającym bramę do świata umarłych. Motyw zabójczej gry niezbyt starannie sklejony z motywem nawiedzonego domu i ducha-prześladowcy: nękanie przez przywołaną istotę z zaświatów albo lovecraftowskich/gordonowskich zza światów (patrz: filmowa adaptacja opowiadania Samotnika z Providence w reżyserii Stuarta Gordona uwolniona w roku 1986), spoza czasu i przestrzeni. Zaskakująco relaksująca - jak dla mnie - opowieść nieidealna. Przyjemny średniak z tego „Elevator Game” Rebekah McKendry... w moim niefachowym odbiorze, rzecz jasna.

Za polecenie „Elevator Game” Rebekah McKendry dziękuję pewnej dobrej duszy.

niedziela, 14 lipca 2024

Izabela Janiszewska „Noc kłamstw”

 
Nad Jeziorkiem Grabowskim w Warszawie zostają odnalezione zwłoki studentki Niny Frycz. W toku policyjnego śledztwa kierowanego przez komisarza Leona Mruka okazuje się, że domniemana ofiara zabójstwa pracowała w kawiarni należącej do Mikołaja Tochmana, ojca piętnastoletniej Kasi, ośmioletniego Janka i sześcioletniego Władzia, męża autorki książek dla dzieci Anny, która niespełna tydzień przed śmiercią Frycz zgłosiła nocne włamanie do ich rodzinnego gniazdka, a potem zaczęła zwracać większą uwagę na nietypowe zachowanie swego partnera, co doprowadziło ją do przekonania, że Mikołaj ma romans ze swoją pracownicą, baristką i okazjonalną opiekunką ich synów, z którymi spędziła ostatni wieczór w swoim życiu. Anna Tochman miała powód, by chcieć się pozbyć Niny Frycz, ale na szczycie listy podejrzanych komisarza Mruka i jego partnera, aspiranta Huberta Witka, znajduje się też mąż przypuszczalnie zdradzonej kobiety, w życie którego ponownie wkroczył Dawid Wierzbicki, kolega z dzieciństwa, którego Mikołaj usilnie starał się wyrzucić z pamięci. Sekretna postać w biografii Mikołaja Tochmana, okłamującego własną żonę, która też nie jest wobec niego całkowicie szczera. Idealne małżeństwo zbudowane na potwornych kłamstwach?

Okładka książki. „Noc kłamstw”, Czwarta Strona 2024

Mistrzyni thrillera psychologicznego przedstawia elektryzującą opowieść zainspirowaną autentycznymi historiami przypadkiem znalezionymi w przestrzeni wirtualnej - chwytającymi za serce zwierzeniami użytkowników pewnego internetowego forum. Kontynuująca współpracę z wydawnictwem Czwarta Strona, autorka przebojowej trylogii kryminalnej z komisarzem Brunonem Wilczyńskim i dziennikarką Larysą Luboń (jej debiutancka powieść „Wrzask” 2020 oraz kontynuacje: „Histeria” 2020, „Amok” 2021), prawa do sfilmowania której zostały sprzedane niedługo po premierowym wydaniu części pierwszej oraz cieszących się nie mniejszym zainteresowaniem spragnionych mocnych wrażeń czytelników, solidnych dreszczowców: „Niewybaczalne” (2021), „Apartament” (2022), „Ludzie z mgły” (2023) i „W szponach” (2023), Izabela Janiszewska, zaprasza do poszukiwania bolesnej prawdy w gąszczu kłamstw, wniknięcia za błyszczącą fasadę fikcyjnego małżeństwa z Warszawy. Do zapoznania się z intrygującą treścią wydanej w kwietniu 2024 roku „Nocy kłamstw” (okładkę zaprojektowała Magda Bloch), emocjonującego domestic thrillera/marriage thrillera o mrocznej przeszłości, która nie daje o sobie zapomnieć.

Ona jest autorką popularnej serii książek dla dzieci, a on właścicielem prosperującej kawiarni Miła. Ona zmaga się z psychicznymi następstwami nocnego włamania, a on z koszmarnymi wspomnieniami z dzieciństwa. Ją ktoś obserwuje, a jego prześladuje. Perfekcyjne małżeństwo z Warszawy... Zgodnie z przyjętym (ulubionym?) zwyczajem, Izabela Janiszewska w „Nocy kłamstw” postawiła na narrację rozproszoną/kilkukanałową i nierównomierną przeplatankę umownej teraźniejszości z nieodległą przeszłością: centralnym punktem na osi czasu jest Tamta Noc (tytułowa noc zabójstwa), płaszczyzna retrospektywna swój początek bierze sześć dni Wcześniej, a Teraz zaczyna się dzień po domniemanym morderstwie dwudziestoczteroletniej Niny Frycz. Są jeszcze rzadkie fragmenty niedokładnie umiejscowione w czasie – osadzone w nieokreślonej przeszłości (mniej lub bardziej odległej) rozdziały podążające za tajemniczą Dziewczyną, ofiarą szkolnych prześladowań. Nitkę Przed Zabójstwem autorka „powierzyła” Annie i Mikołajowi Tochmanom (z przewagą tej pierwszej), a Po Zabójstwie grono przewodników powiększa się o komisarza Leona Mruka, obdarzonego ironicznym poczuciem humoru, zasłużonego detektywa z warszawskiego wydziału zabójstw w kryzysie małżeńskim. Powieść otwiera przebłysk z Tamtej Nocy, brutalny atak na kobietę zażywającą kąpieli, po prześledzeniu którego przenosimy się do Anny samej w domu. Niecały tydzień przed „iście hitchcockowskim” (prysznic wymieniony na wannę) wtargnięciem do łazienki, pani Tochman traci poczucie bezpieczeństwa we własnym domu. Podczas nieobecności męża i dzieci – rodzinny wyjazd do Legolandu w Danii – kobieta budzi się w środku nocy ze złym przeczuciem. Wychodzi z sypialni... i przyłapuje włamywacza na gorącym uczynku. Intruz ucieka, a przerażona gospodyni niezwłocznie wzywa pomoc. Po przyjeździe policji dowiadujemy się, że w okolicy od jakiegoś czasu grasuje seryjny złodziej, który najwidoczniej nie zdążył niczego wynieść z posiadłości Tochmanów. Niczego cennego. W sprawę oczywiście zostaje wtajemniczony małżonek Anny, ale Mikołaj nie jest świadom największych reperkusji nocy grozy żony. Nie zdaje sobie sprawy ze spustoszenia, jakie zakłócenie miru domowego spowodowało w umyśle biednej Anny. Zespół stresu pourazowego? Nerwica lękowa? Niewątpliwie narastające poczucie utraty kontroli - spełnienie jednej z największych obaw poczytnej autorki literatury dziecięcej. Co gorsza, (anty?)bohaterka „Nocy kłamstw” Izabeli Janiszewskiej ma powody przypuszczać, że urealnia się również jej koszmar utraty najbliższych. A przynajmniej ukochanego partnera, który najwyraźniej zanadto zbliżył się do jednej ze swoich pracownic, bezczelnej złodziejki mężów Niny Frycz, której dni na tym świecie są dokładnie policzone. Samobójstwo? Wypadek? Komisarz Leon Mruk w pracy dochodzeniowo-śledczej z zasady nie czyni żadnych założeń, ażeby nie popełnić klasycznego błędu (nie tylko) żółtodziobów – dopasowywanie dowodów do ulubionej teorii – ale jego „psi nos” jakoś od początku podpowiada zabójstwo. I wystarczy mu jedna rozmowa z Tochmanami, by nabrać przekonania, że coś ukrywają, że droga do prawdy meandruje w ich zakłamanym światku. Najintymniejszej sferze demonów w anielskich przebraniach. Potencjalnych oszustów raczej niedziałających w porozumieniu. Raczej.

Materiał promocyjny. „Noc kłamstw”, Czwarta Strona 2024

Poniekąd efekt kuli śnieżnej. Błędy w przeszłości i premedytacja w przyszłości? W każdym razie największą siłą „Nocy kłamstw” Izabeli Janiszewskiej, stosownie przebiegłej i cudownie empatycznej polskiej powieściopisarki, jest wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia podobnego scenariusza w prawdziwym świecie. Podobnego splotu tragedii osobistych. Naprawdę duża rozpiętość życiowych problemów w jakiś zagadkowy sposób zbiegających się pewnej jesiennej nocy nad Jeziorkiem Grabowskim bądź w pobliskiej posiadłości Tochmanów. Makabryczny punkt kulminacyjny wewnętrznych katuszy nie tylko pierwszoplanowych postaci. Czarny Dom w Czarnym Lesie, natrętny obserwator, szkolni prześladowcy, wirtualna zemsta i realna zbrodnia. A to tylko wybrane elementy skomplikowanej układanki pani Janiszewskiej. Pogoń za prawdą najbardziej utrudnia narracyjna struktura „Nocy kłamstw”: niechronologiczny, nielinearny zapis zdarzeń i nieszczególnie zabiegający o zaufanie zwiedzających różni przewodnicy po ujmująco kameralnym świecie nieszczęsnej Niny Frycz. Studentki ekonomii w Szkole Głównej Handlowej pracującej w przytulnej warszawskiej kawiarni i niekiedy opiekującej się młodszymi dziećmi swego szefa, przyjaciela i być może kochanka. Hipotetycznej konkurentki Anny Tochman, deklarującej, że nie ma takiej rzeczy, której nie zrobiłaby dla swojej rodziny. A po znalezieniu zwłok panny Frycz, utrzymującej, że niewiele pamięta z nocy, która najbardziej interesuje komisarza Leona Mruka i aspiranta Huberta Witka. Wieczór miała spędzić ze swoją przyjaciółką i sąsiadką, wziętą prawniczką Olgą Dębską; nieszczęśliwie rozwiedzioną powierniczką kobiety, która straciła zaufanie do ukochanego męża, desperacko uciekającego przed wstydliwą przeszłością. Zaszczutego przez niejakiego Dawida Wierzbickiego, pogrążonego w rozpaczy wdowca, niedoszłego adopcyjnego ojca, taksówkarza, który niby(?) przypadkiem natrafił na kawiarnię niedobrego kolegi z dzieciństwa. Stalker Mikołaja (i Anny?) czy przyjaciel uznany za wroga? Niesprawiedliwie posądzany o łaknienie zemsty przez człowieka w głębi ducha przekonanego, że zasłużył na srogą karę? Przyszywany wujek Janka i Władzia, złota rączka ich matki... i nemezis ojca? Wąż wślizgujący się w życie Tochmanów? Cokolwiek kierowało Dawidem Wierzbickim, po makabrycznym odkryciu nad Jeziorkiem Grabowskim „wszelki ślad po nim zaginął”. Zniknął z życia Tochmanów równie nagle, jak się w nim pojawił. Ktoś w drastyczny sposób rozwiązał problem drobnego przedsiębiorcy z ogromnymi wyrzutami sumienia? Najpierw Nina, potem Dawid? Wszystko dla rodziny? Dla utrzymania pozorów idealnego życia? Autorka „Nocy kłamstw” z pozoru najdokładniej przybliża nam sylwetkę Anny Tochman, troskliwej matki niezbuntowanej nastolatki i dwóch uroczych urwisów oraz głęboko zawiedzionej żony, która od nieproszonej wizyty zagadkowego osobnika (podejrzanego o przywłaszczenie sobie przedmiotu o wartości wyłącznie sentymentalnej) próbuje uporać się z (ir)racjonalnym lękiem z pomocą psychoterapeutki chyba pokładającej zbyt dużą ufność w swoich pacjentach. Zakazany owoc z inicjałami M.W. - przerażające znalezisko w gabinecie psycholożki coraz bardziej zaniepokojonej stanem psychicznym wścibskiej pisarki znajdującej się w kręgu zainteresowania policji. Wyrachowanej manipulantki kryjącej się za niepamięcią (efekt pomieszania leków uspokajających z alkoholem), subtelnie kierującej podejrzenia na znajomych i usypiającej czujność śledczych rozbrajającą szczerością w niektórych kwestiach – doskonale przemyślane gospodarowanie prawdą (przyznanie się do niechętnego stosunku do domniemanej ofiary zabójstwa i niemożności osądzenia samej siebie: na pytanie, czy jest dobrym człowiekiem odpowiada „nie wiem”) - a czytelników zwodzącej rzekomo szczegółową, a w rzeczywistości starannie okrojoną autoanalizą, sprytnie ocenzurowanym własnym portretem psychologicznym. A może kobiety ordynarnie wrabianej przez męża, przyjaciółkę, znajomą lub znajomego?

Misterna układanka kryminalno-psychologiczna w gęstym sosie domestic. Przerażająco realistyczna, bynajmniej przekombinowana, opowieść o sercach spowitych mrokiem, nieodpokutowanych grzechach, niegojących się ranach i oszukiwaniu samych siebie. Szczerze mówiąc to już staje się nudne – ta wysoka forma Izabeli Janiszewskiej – aż już chciałoby się trochę ponarzekać, wytknąć niekoronowanej królowej polskiego thrillera psychologicznego jakieś większe potknięcia, upewnić się, że nie jest cyborgiem:) Ale nie, „Noc kłamstw” to kolejna dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, fascynująco podstępna powieść wnikliwej badaczki mrocznych zakamarków ludzkich umysłów; skrupulatnej i co najważniejsze nieoceniającej odkrywczyni najgłębszych i najciemniejszych zakątków pogubionych dusz. Niszczących sekretów zwykłych śmiertelników.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


piątek, 12 lipca 2024

Zapowiedź: „Substancja”

 
Sensacja Festiwalu w Cannes! Po raz pierwszy w historii Nagroda za Scenariusz dla horroru.

Krwawy aktorski pojedynek pamiętnej bogini seksu DEMI MOORE i nowej ikony zmysłowości MARGARET QUALLEY w filmie, który szokuje, zachwyca, przeraża i daje do myślenia.

Kadr z filmu. „The Substance” 2024, Blacksmith Pictures, Universal Pictures, Working Title Films

Czegoś takiego jeszcze nie widzieliście! Szalona odwaga w stylu Davida Cronenberga ubrana w ironiczną formę Quentina Tarantino. „Substancja” (The Substance) Coralie Fageat to jeden z najgłośniejszych tytułów tegorocznego MFF w Cannes (nagroda za scenariusz), z fantastycznymi rolami Demi Moore i Margaret Qualley. „Substancję" w lipcu zobaczymy podczas 24. Międzynarodowego Festiwal Filmowego Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Film trafi do kin 20 września.

Wspaniały powrót Demi Moore i porywająca Margaret Qualley w błyskotliwej feministycznej satyrze” 

Ryan Lattanzio, IndieWire

Hollywoodzka hipokryzja przekształcona w bezkompromisowy akt oskarżenia przeciwko niemożliwym standardom piękna i obsesji na punkcie młodości" 

David Fear, Rolling Stone

Demi Moore jest po prostu nieustraszona... Jej gra jest przepełniona gniewem, przerażeniem, rozpaczą i zemstą” 

Owen Gleiberman, Variety

O „Substancji” opowiada reżyserka Coralie Fargeat:

– „Substancja” to film o kobiecych ciałach. O tym, jak kobiece ciała podlegają ocenie, fantazjom i krytyce w przestrzeni publicznej. O tym, jak często wmawia nam się, że musimy być idealne, seksowne, uśmiechnięte, szczupłe, młode i piękne, by cieszyć się uznaniem w społeczeństwie. I o tym, jak ucieczka od tych oczekiwań staje się niemożliwa, niezależnie od tego, jak wykształcone, silne i niezależne jesteśmy… A to dlatego, że od ponad 2000 lat ciała kobiet są kształtowane i kontrolowane przez pragnienia tych, którzy na nie patrzą… Wszystko wokół nas, reklamy, filmy i czasopisma ukazują wizję „idealnej kobiety”. Wizję, która ma przynieść nam miłość. Sukces. Szczęście. A jeśli wyjdziemy poza te ramy ze względu na wiek, wagę, krągłości… wtedy społeczeństwo mówi nam: „jesteś skończona”. Nie chcemy cię więcej oglądać. Nie chcemy cię na naszych ekranach. Nie chcemy cię na okładkach naszych magazynów. Po prostu wymażemy cię z przestrzeni publicznej. Nie jesteś warta naszego czasu i uwagi. Chciałabym pokazać tym filmem, że najwyższy czas to wszystko wysadzić w powietrze. Bo jak to jest możliwe, że to całe gówno nadal ma rację bytu w 2024 roku?!

Zobacz zwiastun:  

Kadr z filmu. „The Substance” 2024, Blacksmith Pictures, Universal Pictures, Working Title Films

Kadr z filmu. „The Substance” 2024, Blacksmith Pictures, Universal Pictures, Working Title Films

Opis fabuły:
Jak wiele jesteś w stanie poświęcić dla wiecznej młodości?
Starzejąca się gwiazda telewizyjnego show doświadcza potwornych konsekwencji zażycia nielegalnego leku, który według dostawcy ma ją zmienić w młodszą, lepszą wersję samej siebie.

Czy marzysz czasem, by stać się lepszą wersją siebie? Tą samą, a jednak doskonalszą pod każdym względem? Spróbuj naszego nowego produktu o nazwie Substancja. Nic już nie będzie takie samo. Dzięki Substancji możesz stworzyć drugą siebie: młodszą, piękniejszą, perfekcyjną. Musisz pamiętać tylko o jednym: by dzielić czas między obie siebie, tę starą i nową. Tydzień dla jednej, tydzień dla drugiej. Idealna równowaga bez żadnych odstępstw. To proste, prawda? Jeśli nie spróbujesz naginać reguł, wszystko będzie dobrze.

Reżyseria: Coralie Fargeat („Zemsta”, „Sandman” - serial)

Obsada: Demi Moore („Niemoralna propozycja”, „Ludzie honoru”, „W sieci”, „G.I. Jane”, „Uwierz w ducha”, „Szkarłatna litera”, „Chciwość”), Margaret Qualley („Pewnego razu w Hollywood”, „Biedne istoty”, „Sprzątaczka” - serial), Dennis Quaid („Pojutrze”, „Był sobie pies”, „8 części prawdy”, „Traffic”, „Częstotliwość”, „Męska gra”, „Interkosmos”)
Produkcja: USA, Wlk. Brytania, Francja 2024
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films

Kadr z filmu. „The Substance” 2024, Blacksmith Pictures, Universal Pictures, Working Title Films

Kadr z filmu. „The Substance” 2024, Blacksmith Pictures, Universal Pictures, Working Title Films

 
Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films

„Egzorcyzm” (2024)

 
Zmagający się z poczuciem winy owdowiały aktor Anthony Miller dostaje rolę księdza w remake'u kultowego horroru o opętaniu demonicznym. Mężczyzna ufa, że powrót do pracy przysłuży się jego walce z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków, w której najbardziej motywuje go pragnienie zrehabilitowania się w oczach szesnastoletniej córki Lee, swego czasu niemogącej liczyć na wsparcie ojca w obliczu śmiertelnej choroby ukochanej matki. Zawieszona w prawach ucznia dziewczyna przystaje na pomysł Anthony'ego, by tymczasowo pełnić rolę jego osobistej asystentki, w głębi ducha podzielając nadzieje udręczonego ojca, desperacko walczącego z wewnętrznymi demonami skompromitowanego aktora, na znaczącą poprawę ich wzajemnych stosunków. Na przeszkodzie do pojednania staje jednak tajemnicza choroba Anthony'ego, którą nastolatka z czasem zaczyna postrzegać jako ingerencję sił nieczystych w niespokojny żywot nadzwyczaj pechowych śmiertelników. Klątwę produkcji filmowej.

Plakat filmu. „The Exorcism” 2024, Miramax, Outerbanks Entertainment

Kolejne podeście do stylistyki meta horroru Joshuy Johna Millera i M.A. Fortina, scenarzystów slashera „The Final Girls” Todda Straussa-Schulsona (a do zespołu producenckiego dołączył jeden z największych ekspertów w dziedzinie meta horroru, człowiek od początku związany ze słynną franczyzą „Scream”, Kevin Williamson), którzy tym razem pochylili się nad konwencją opowieści o opętaniach demonicznych. Główną inspiracją były doświadczenia Jasona Millera, ojca reżysera i współscenarzysty „Egzorcyzmu” (oryg. „The Exorcism”; notabene roboczo zatytułowany „The Georgetown Project”), wcielającego się w postać księdza Damiena Karrasa na podobno autentycznie przeklętym planie wybitnego „Egzorcysty” Williama Friedkina, legendarnej ekranizacji powieści Williama Petera Blatty'ego. Doświadczenia, które Joshua John Miller zna wyłącznie ze szczegółowych relacji krewnych (sceptycznie nastawionego do opowieści o klątwie spoczywającej na przebojowej produkcji Friedkina ojca oraz wierzącej w nie matki), gdyż urodził się już po nakręceniu tego kamienia milowego w historii kina grozy; w roku jego światowej premiery. W październiku 2019 roku do publicznej wiadomości podano informację, że do obsady drugiego reżyserskiego przedsięwzięcia Joshuy Johna Millera (po mało znanym niskobudżetowym dramacie „The Mao Game” uwolnionym już w 1999 roku) dołączył Russell Crowe, który cztery lata później pokaże się w zbliżonym tematycznie „Egzorcyście papieża” Juliusa Avery'ego, a zdjęcia główne „The Georgetown Projekt” (zmianę tytułu na „The Exorcism” ogłoszono w kwietniu 2024), pod szyldem Miramax, ruszyły w następnym miesiącu w Wilmington w Karolinie Północnej. Ostatni klaps w tej fazie produkcyjnej padł w grudniu 2019. Zdjęcia dodatkowe (w Nowym Jorku, Los Angeles i Australii) przesunięto z uwagi na pandemię COVID-19 - do grudnia 2023 roku. Postprodukcja zakończyła się w styczniu 2024, a dystrybucję otwarto w maju tego samego roku. Do kin na terenie Ameryki Północnej „Egzorcyzm” Joshuy Johna Millera wprowadzała firma Vertical, natomiast tożsamego zadania w Polsce podjęła się firma Monolith Films. W czerwcu 2024 prawa do cyfrowej dystrybucji eksperymentu Millera i Fortina nabyła światowej sławy marka Shudder.

Joshua John Miller zawodową karierę rozpoczął już w dzieciństwie/młodości – zagrał choćby w takich produkcjach jak „Halloween III: Sezon czarownic” Tommy'ego Lee Wallace'a, odcinek serialu „Opowieści z ciemnej strony” 1983-1988, „Blisko ciemności” Kathryn Bigelow (tej pozycji ukłonił się w swoim reżyserskim debiucie, „The Mao Game”), „Wspólnota” Philippe'a Mory – a pierwszy owoc jego pisarskiej współpracy z życiowym wybrankiem Markiem Alexandre Fortinem pojawił się w roku 2014: niespełna dwudziestominutowy obraz pt. „Dawn” w reżyserii Rose McGowan, przez fanów kina grozy zapewne kojarzonej głownie z „Krzykiem” Wesa Cravena i/lub „Grindhouse'ami” Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza. Dekadę później uwolniono najbardziej osobistą z dotychczasowych prac potomka zmarłego w 2001 roku Jasona Millera, nominowanego do Oscara za drugoplanową kreację aktorską w „Egzorcyście” Williama Friedkina. Niedokładny portret postaci autentycznej (fragmenty biograficzne - dotyczące Jasona Millera - połączone z całkowicie fikcyjnymi elementami) i bardziej osobiste doświadczenia reżysera i współautora scenariusza „Egzorcyzmu”: zmagania z własnymi wewnętrznymi demonami oraz konflikt z Kościołem katolickim w sprawie podejścia do osób queer. Joshua John Miller sprzeciwił się wyrażaniu o mniejszościach seksualnych, jak o istotach spoza Planu Stworzenia, niemieszczących się w Wielkim Zamyśle Boga Wszechmogącego. W prologu „Egzorcyzmu” wystąpił Adrian Pasdar, którego tutejszy reżyser poznał na planie „Blisko ciemności” Kathryn Bigelow - udział Pasdara można potraktować jako mały hołd dla tego kultowego horroru wampirycznego. Samotna postać w scenografii zainspirowanej okładką „The Diary of Young Girl” („Dzienniki” Anne Frank), wydania, które wywarło ogromne wrażenie na nastoletnim Joshui Johnie Millerze – krótka wycieczka po studiu przygotowanym do kręcenia remake'u „Egzorcysty” Williama Friedkina. Znany „Projekt Georgetown” ze zmienionymi personaliami postaci, w którym uczestniczyć ma Anthony Miller (takie sobie wcielenie Russella Crowe'a), skompromitowana gwiazda pokrótce przedstawiona w następnej scenie; w przestronnym mieszkaniu w Nowym Jorku, niewygodnym gnieździe rodzinnym. Kryjówka mężczyzny z potężnymi wyrzutami sumienia i przykra konieczność dziewczyny na przymusowych feriach („kara za bycie najfajniejszą osobą w szkole”). Mającego problemy z pamięcią, zażywającego silne leki, niestroniącego od procentów wdowca, któremu podobno udało się zwalczyć nałóg narkotykowy (został jeszcze alkoholizm) i nieoczekiwanie dostał szansę na znaczną poprawę jakości życia. „Wygrzebanie się z rynsztoka”, odbudowanie kariery zawodowej pierwszym dużym krokiem do uzyskania wybaczenia od jedynego dziecka. Ale najpierw „przebacz sam sobie, Tony”, jak powiedziałaby bohaterka „Linii życia” Nielsa Ardena Opleva;) W każdym razie typowa problematyka w świecie horroru – kolejna rozprawa o niszczących uzależnienia, traumie z młodości, nieodwracalnej stracie, poczuciu winy i wszechogarniającej potrzebie pojednania. Dramat w cienkiej skórze horroru. Hipotetyczne opętanie amerykańskiego aktora grającego egzorcystę... czy tam „zwykłego” duchownego z kryzysem wiary.

Plakat filmu. „The Exorcism” 2024, Miramax, Outerbanks Entertainment

Meta horror film? Dekonstrukcja konwencji gatunkowej spopularyzowanej przez „Egzorcystę” Williama Friedkina? Taki był cel, ale sama pewnie bym się tego nie domyśliła. Mądra Polka po zapoznaniu się z wypowiedziami twórców:) Autorów niezgrabnego listu miłosnego do najważniejszego reprezentanta nurtu demonicznego w kinie grozy (ściślej: opętanie człowieka przez bestie z Piekła rodem) z zachęcającą planszą tytułową (w stylu retro), zarysem fabularnym (film w filmie, „produkcyjne urban legends”) i scenografią umownie przygotowaną z myślą o nowej wersji arcydzieła nieodżałowanego pana Williama. Sekretne wpływy Scream Universe? Sugestie Kevina Williamsona? Tak czy inaczej, ja dopatrzyłam się tutaj podobieństw do ważnej części reżyserskiego dorobku także nieodżałowanego Wesa Cravena, do pierwszych trzech (nie czterech) odsłon pastiszowego cyklu slash. Ale nawet te skojarzenia nie naprowadziły mnie na trop meta – nie wyprowadziły z błędnego przekonania o spotkaniu z pospolitym „członkiem współczesnego klubu opętanych”. Schematyczną opowieścią o niefinneyowskim porywaczu ciał UWAGA SPOILER (Pazuzu zastąpił Moloch alias Molech, chtoniczne bóstwo fenickie i kananejskie, które podobno szczególnie upodobało sobie ofiary z dzieci) KONIEC SPOILERA. Albo postępującej chorobie psychicznej jedynego żyjącego rodzica szesnastoletniej Lee Miller (przykuwająca uwagę kreacja Ryan Simpkins m.in. „Ulica Strachu - część 1: 1994”, „Ulica Strachu - część 2: 1978”, „Ulica Strachu - część 3: 1666” Leigh Janiak), do niedawna przypuszczalnie odreagowującej problemy w domu mocnymi protestami w szkole. Dziewczyna zdążyła przyzwyczaić się do zaników pamięci ojca (być może spowodowanych mieszaniem leków z alkoholem), którego uparcie nazywa Tonym. Somnambulizm też jej nie zaskakuje, ale drastyczne zmiany nastroju...Początkowo Lee zrzuca to na karb nowych leków zaordynowanych pogrążonemu w depresji Anonimowemu Narkomanowi, wątpliwości wkradają się jednak za sprawą nieokreślonego lęku niekiedy ogarniającego ją w towarzystwie rodziciela. Na długiej liście grzechów Anthony'ego Millera najwyraźniej nigdy nie było wzbudzania w swoim jedynym dziecku obezwładniającego strachu, a przynajmniej ja z reakcji Lee wyczytałam, że nigdy wcześniej nie bała się własnego ojca. Dorastała w przekonaniu, że tata jej nie kocha, ale nic nie wskazuje na to, by przed „The Projekt Georgetown” kiedykolwiek czuła się przy Tonym fizycznie (co innego psychicznie) zagrożona. Zaburzenia osobowości człowieka trochę przypominającego Jacka Torrance'a z powieści „Lśnienie” Stephena Kinga: mocne postanowienie poprawy, usilne starania torpedowane przez niepewne(?) siły zewnętrzne, nadnaturalnych burzycieli miru domowego. Jednostka opętana na planie „The Project Georgetown”? W nastrojowym studiu filmowym, które aż prosiło się o większe wykorzystanie. Większe od incydentalnej klasycznej „zabawy” demonicznych złodziei ciał (nieświadoma autoagresja?); widowisko nieuwzględnione w scenariuszu horroru o opętanej dziewczynie (ślicznie ucharakteryzowana Chloe Bailey; m.in. „Jane” Sabriny Jaglom), które nie doczekało się przekonującego ciągu dalszego. Podobnie jak skok z okna – niekonsekwentny scenariusz albo czarna magia montażu, zaniedbania/niedopatrzenia w postprodukcji. Tymczasem przydałoby się więcej takich momentów, jak w mieszkaniu roznegliżowanego Anthony'ego i zaalarmowanej porzuconym kapciem Lee. Wolniej budujących się akcji z podejrzanie zachowującym się (i wyglądającym: nieefektywny minimalizm) aktorem z Nowego Jorku. Tyle dobrze, że nie nadużywano techniki jolt scare. Wypada dodać, że pewne nadzieje twórcy „Egzorcyzmu” wiązali z przewrotnym, a przynajmniej w mniemaniu scenarzystów odznaczającym się meta-sprytem UWAGA SPOILER tytułowym wydarzeniem: zamiana ról w trakcie wypędzania sadystycznego intruza KONIEC SPOILERA. Z przedostatnim rozdziałem przewidywalnej historii Anthony'ego Millera, który na mnie żadnego wrażenia nie zrobił.

Pomysł niezły, gorzej z wykonaniem. Hollywoodzkiego zadęcia „Egzorcyzmowi” Joshui Johna Millera raczej bym nie zarzuciła, a zaryzykuję twierdzenie, że to częsta przypadłość współczesnych horrorów o demonicznym opętaniu czy tam jakimś kreatywniejszym wykorzystaniu konwencji rozsławionej przez „Egzorcystę” Williama Friedkina, kinetograficzny diament z 1974 roku, któremu kłania się... nijaki utwór potomka odtwórcy Damiena 'Demisa' Karrasa. W moim odbiorze rozczarowujące rozwinięcie ciekawej koncepcji fabularnej w niewydajnej, niedostatecznie spożytkowanej oprawie technicznej (nieumiejętne zarządzanie mrokiem). Zaprzepaszczony potencjał.