wtorek, 23 kwietnia 2024

Tomasz Tomaszewski „Żądza mordu”

 
Nikodem Wiśniewski, właściciel doskonale prosperującej firmy deweloperskiej z siedzibą w Krakowie, majętny człowiek z rozległymi znajomościami od dekad z powodzeniem ukrywa przed światem swoje mroczne oblicze. W prywatnej zacisznej posiadłości w Bratucicach szanowany przedsiębiorca urządził sobie salę tortur, do której ma w zwyczaju sprowadzać starannie wyselekcjonowane kobiety, ilekroć ogarnie go nieodparta potrzeba zabijania, ale ostatnio zrobił się nieostrożny, w efekcie zwracając na siebie uwagę organów ścigania. Na domiar złego na terenie nowo wybudowanego osiedla mieszkaniowego, wielkiej inwestycji Best Bud Developer Nikodema Wiśniewskiego, tuż przez planowanym otwarciem sprzedaży lokali dochodzi do morderstwa, z którym noszący w sobie demona prezes nie ma nic wspólnego, na wszelki wypadek korzysta jednak z pomocy niedawno poznanej założycielki renomowanej kancelarii prawnej Anity Świętoń. I coraz bardziej obawia o swoje piękne życie, wszystko bowiem wskazuje na to, że seryjny zabójca ma tajemniczego prześladowcę z dobrze znanym mu niepohamowanym pragnieniem. Żądzą mordu.

Okładka książki. „Żądza mordu”, Novae Res 2024

Psychothriller Tomasza Tomaszewskiego, absolwenta Akademii Ekonomicznej w Krakowie, który na rynku literackim zadebiutował w 2022 roku, wydaną przez Novae Res zdobywczynią Złotego Kościeja, niekonwencjonalną powieścią grozy „Złe miejsce”. W kolejnym roku nakładem Phantom Books Horror ukazała się jego makabryczna minipowieść „Przysługa” oraz dłuższa krwawa historia okultystyczna pt. „Głucha przestrzeń”. A premierowa edycja „Żądzy mordu”, najdłuższego z dotychczas opublikowanych utworów zdeklarowanego miłośnika gatunków mrocznych pojawiła się już w pierwszym kwartale 2024 roku. Wyznania fikcyjnego seryjnego mordercy ujawnione przez wydawnictwo Novae Res (projekt okładki: Michał Duława) – typowa dla pana Tomaszewskiego bezkompromisowa historia z nurtu spopularyzowanego przez Breta Eastona Ellisa: pierwotnie wydana w 1991 roku kontrowersyjna powieść „American Psycho”, przeniesiona na ekran dziewięć lat później przez Mary Harron.

Coś dla miłośników „Pamiętnika diabła” Adriana Bednarka i „Langera” Remigiusza Mroza. Psychopata sadystyczny Tomasza Tomaszewskiego – pochodzący z rodzinnego miasta swego stwórcy (Nowego Sącza) wpływowy mieszkaniec stolicy Małopolski regularnie odwiedzający wieś Bratucice. Prezes i założyciel firmy Best Bud Developer, dochodowego biznesu, który naturalną koleją rzeczy uczynił zeń człowieka uprzywilejowanego. Członek krakowskiej śmietanki towarzyskiej z długą listą prominentnych dłużników korupcją niegardzących. Bestia wśród nich. Narrator „Żądzy mordu” i jego podwójne życie. Drapieżnik ukrywający się na widoku; znana osobistość z nieznanymi potrzebami. Nikodem Wiśniewski niewątpliwie dochrapał się wysokiej pozycji w hierarchii społecznej, ale stara się jej nie nadużywać, nie ryzykować rozdrażnienia zawsze przychylnej mu Opatrzności. Daje bestii absolutne minimum - zaspokaja głód, ale się nie przejada. Jak Lestat de Lioncourt z „Wywiadu z wampirem” Anne Rice jest niewolnikiem nieakceptowalnych popędów, aczkolwiek w przeciwieństwie do tamtego krwiopijcy, Nikodemowi zupełnie to nie przeszkadza. Kiedyś może i nachodziły go wyrzuty sumienia, ale odkąd hipotetycznie przekonał samego siebie, że jest swego rodzaju czyścicielem planety śpi snem sprawiedliwego. Missionary serial killer? Czy Wiśniewski naprawdę wierzy, że prowadzi zbrodniczą działalność społecznie użyteczną, czy desperacko szuka usprawiedliwienia? Z rozmysłem pielęgnuje fałszywe wyobrażenie o sobie, bo alternatywą jest samopogarda? Sposób seryjnego mordercy na wytrzymanie z samym sobą? Z istotą, która największą przyjemność czerpie z torturowania i zabijania bliźnich. Centralnym punktem jawnego życia niesympatycznego przewodnika po świecie przedstawionym w „Żądzy mordu” Tomasza Tomaszewskiego jest Kraków – firma budowlana i luksusowe mieszkanie w malowniczej okolicy, apartament z ukrytym pomieszczeniem, gdzie spotykają się „dwie osobowości” Nikodema Wiśniewskiego, czy raczej zbiegają dwie ścieżki życiowe rzeczonego człowieka sukcesu. W każdym razie przypomniało się podglądactwo w bodaj najsłynniejszym motelu; intrygujące zjawisko (egzotyczne spotkanie wewnętrzne?) w rozkosznym gniazdku jedynego syna despotycznej madame Bates. W tej komnacie tajemnic nieposzukiwanego zabójcy kobiet amoralnych, „polskiego Kuby Rozpruwacza”, przechowywane są między innymi jego trofea, pamiątki po ofiarach oraz podstawowe narzędzie „pracy” nieczarującego Nikosia, teoretycznie bezpieczny (profesjonalne zabezpieczenia przed włamaniem i inwigilacją) komputer. Bo najlepszym przyjacielem współczesnego sprawcy zorganizowanego jest... oczywiście internet. Najpewniejszy z przetestowanych przez Wiśniewskiego sposobów na „złowienie idealnej rybki”. Wygląd i wiek nie mają dla niego znaczenia, ale nie chciałby przypadkiem wyeliminować jakiejś praworządnej obywatelki. Woli upewnić się, że do jaskini sadystycznej rozpusty trafi jego zdaniem osoba zasługująca na bolesną śmierć. Nie pierwsza i z całą pewnością nie ostatnia, bo niepożądane zainteresowanie policji i środków masowego przekazu to zdecydowanie za mało, aby osłabić optymizm człowieka w czepku urodzonego. A źródło wszystkich aktualnych problemów Nikodema Wiśniewskiego? Nemezis nadmiernie pewnego siebie zwyrodnialca? Śmiertelny wróg czy niezastąpiony sojusznik?

Materiał promocyjny © Novae Res. „Żądza mordu” 2024

Zakochany seryjny morderca, na którego spadają lawiny wspomnień. Teraźniejszość poprzetykana przeszłością Nikodema Wiśniewskiego, przebiegłego zbrodniarza, któremu na początku „Żądzy mordu” Tomasza Tomaszewskiego noga lekko się powinie. Korzystając z rady dobrego kolegi, komendanta krakowskiej policji, który to stanowisko zdobył w tradycyjny sposób (sprzedał się jednej z wiodących partii politycznych), działacz społeczny, filantrop i deweloper na przesłuchaniu policyjnym stawia się z silnym wsparciem w postaci samej właścicielki wyśmienicie prosperującej kancelarii prawnej dla grubych szych. Z maksymalnie skoncentrowaną na karierze Anitą Świętoń, która zaimponuje naszemu nie-bohaterowi przede wszystkim ogromną pewnością siebie. Czyżby kogoś mu przypominała? Kobieta sukcesu, którą z Nikodemem, przynajmniej do pewnego momentu, łączy jeszcze niechęć do budowania trwalszych relacji. Innymi słowy, woli przygodne romanse od poważnych związków. „Adwokatka diabła” to moja ulubiona postać „Żądzy mordu”, tym bardziej więc rozczarował mnie rozwój jej prywatnej znajomości z prezesem Best Bud Developer. Protagonistka, która mogła ciekawie namieszać, ale widać autor miał inny pomysł na elektryzujący duet. Tak, domyślam się, że panu Tomaszewskiemu po głowie chodził silnie toksyczny trójkąt miłosny, niemniej w zalewie umownych wspomnień wielokrotnego mordercy i igraszek chorobliwie zazdrosnego (przypadłość: ja zdradzać mogę, ona nie) dewelopera z niespożytą energią seksualną, zgubiła mi się jasnowłosa Anitka. Z uwagi na to, że policyjne śledztwo w sprawie nienaturalnych zgonów w jakiś sposób powiązanych z Nikodem Wiśniewskim utknęło w martwym punkcie, a i drugi z obiecujących wątków - (nie)tajemniczy prześladowca – chwilowo wytracił pęd, ucieszył mnie sentymentalny nastrój narratora. Retrospekcje ratunkiem przed krwawą rutyną i nie mniej mechanicznym seksem. Co za dużo, to wrażenia już nie robi. Opisy nawet najwymyślniejszych tortur jednostka niepsychopatyczna może przyjmować z całkowitą obojętnością, a trzeba zaznaczyć, że choć kreatywności w okaleczaniu i uśmiercaniu członków własnego gatunku niewydarzonym rzeźnikom z „Żądzy mordu” odmówić bym nie śmiała, to w beletrystyce nie brakuje morderców z nieporównywalnie większą inwencją odrażającą. Chcę przez to powiedzieć, że spowszedniała mi przemoc w „równoległej rzeczywistości” między innymi Rzecznego Nożownika. Taki przydomek nadano seryjnemu mordercy grasującemu w Nowym Sączu w minionym wieku (pierwsza połowa lat 90. XX wieku), ledwie parę lat przed wyprowadzką młodego Nikodema Wiśniewskiego do Krakowa. Niesprawiającego problemów wychowawczych, niezachwianie wspieranego przez rodziców jedynaka, który pod koniec szkoły podstawowej na własnej skórze przekonał się, że świat nie jest tak skonstruowany, jak uczono go w domu. Jego rodzice mogą sobie być pracowitymi ludźmi z twardymi kręgosłupami moralnymi, ale kiedy ich syn stanie w obronie terroryzowanego kolegi, dyrekcja dołoży starań, by zabezpieczyć interesy rodziny z szerszymi plecami. Winny pobity (skąd ja to znam?), ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Małoletni kozioł ofiarny przypadkiem nauczył się czegoś potencjalnie przydatnego i to mogła być najcenniejsza wiedza, jaką wyniósł z podstawówki. A wystarczyłoby przeczytać „Folwark zwierzęcy” George'a Orwella. Później odkryje jeszcze, że w kraju postkomunistycznym poparcie dla socjalistów jest silne. W sprawach sercowych nie jest już tak pojętnym uczniem. Romantyk nieuczący się na własnych błędach, który na zbrodniczą ścieżkę wkroczył niedługo po pamiętnym zebraniu w gabinecie dyrektorki szkoły. Ośmielony kultowymi filmami grozy bierze odwet na okrutnych rówieśnikach... i tak budzi się bestia. Drugi punkt zwrotny w życiu nieautentycznego mordercy następuje w liceum, jakiś czas po następnym zawodzie miłosnym rozbrajająco ufnego młodzieńca, który wyrośnie na zastanawiająco ufnego rekina biznesu gładko zaspokajającego swoje mordercze żądze. Wieloletnia nieodkryta aktywność seryjnego mordercy, który w mojej ocenie miał więcej szczęścia niż rozumu. Z drugiej strony autor nie pozwolił mi dobrze go poznać, wniknąć na tyle głęboko w umysł tego nałogowca, by mieć absolutną pewność, że nie siedzi w nim „geniusz zbrodni” na miarę Hannibala Lectera. Ujmujące klimatem burzliwe dojrzewanie stopniowo ustępuje nareszcie zagęszczającej się intrydze w przyszłości niewyróżniającego się chłopaka z województwa małopolskiego. Zaskakujących zwrotów akcji lepiej się nie spodziewać, najcierpliwszych autor nagrodzi jednak emocjonującą próbą sił. Pojedynek zwichrowanych umysłów i/lub starcie dobra ze złem.

Utykający serial killer thriller. Nieobezwładniająca „Żądza mordu” Tomasza Tomaszewskiego. Powieść zbytnio polegająca na sprawdzonej formule, niemająca zapadającego w pamięć pomysłu na siebie. Pornograficzna przemoc, niebezpieczne związki i niewiele ponadto. Zawodzi policyjne śledztwo, nie rozwija skrzydeł charakterna bohaterka, ale centralna postać też potrafi przykuć uwagę, tym bardziej niedługo tajemniczy prześladowca króla patodeweloperki:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 21 kwietnia 2024

Zakupy

 
Z cyklu niekoniecznie do recenzji. Najnowsza powieść polskiej autorki, której nikomu przedstawiać nie trzeba – feministyczny thriller/kryminał w klimatach pandemicznych od Sylwii Błach. Krótka, ale ostra jazda zorganizowana przez autora głośnej trzytomowej „Ośmiornicy”. Debiutancka powieść Andrzeja Wardziaka, autora między innymi dylogii „Infekcja” i surrealistycznej podróży koleją rozpowszechnionej pod nazwą „Słoneczny”. Uzupełnienie (w mojej domowej biblioteczce) serii z Lincolnem Rhyme'em i Amelią Sachs; wielkie zdobycie:) brakującej cegiełki jednego z moich ulubionych literackich cyklów kryminalnych. Niecierpliwie przeze mnie wypatrywana kontynuacja „Langera”... i parę innych tytułów.
 

 
Sylwia Błach „Pokój krwi”
Matt Shaw „Głód”
Edward Lee „Kartki wyrwane z podróżnego dziennika”
Andrzej Wardziak „Siódma dusza”
Arthur Conan Doyle „Świat w letargu”, „Tajemnicze krainy”
Herbert George Wells „Pierwsi ludzie na Księżycu”

 

 
Remigiusz Mróz „Paderborn”
John Glatt „Sprawa Josefa Fritzla”
Jeffery Deaver „Zegarmistrz”
Jan Stocklassa „Archiwum Stiega Larssona”
T.R. Ragan „Policz do trzech”
Alex Michaelides „Boginie”

sobota, 20 kwietnia 2024

Kontrowersje wokół horroru „Niepokalana” w USA. Jak będzie w Polsce?

 
Bilety za 6,66 $ na przedpremierowe pokazy „Niepokalanej”. Sydney Sweeney, czytająca drastyczne fragmenty Biblii, gadżety w postaci testów ciążowych z krzyżem, zakonnice na premierze zasłaniające twarze czerwonym materiałem. Amerykańscy konserwatyści są oburzeni i piszą o filmie: „To diabelskie, świętokradzkie, czyste zło”.

Parę dni przed polską premierą filmu jest już o nim głośno. Dyskusje rozgrzewają liczne kontrowersje wokół sposobu promocji i tematów, jakie porusza film z Sydney Sweeney w roli niepokalanej zakonnicy. Czy słusznie? Osądźcie sami.

 
Zakonnice z czerwonymi twarzami
 
W marcu na specjalny pokaz „Niepokalanej” w Los Angeles Sydney Sweeney założyła top, który przypominał dzieło sztuki. Kwiaty pokrywały jej nagie piersi i brzuch, a ramiona owijające się wokół talii podtrzymywały bukiet. Gwiazda pozowała z zakonnicami, które miały przesłonięte czerwonym materiałem twarze. Ale nie tylko! Sweeney zabrała na tę uroczystość swoje babcie i chwaliła się dziennikarzom, że jedna z nich była statystką na planie filmu i podobno jest bardzo dumna z kontrowersji, jakie budzi film jej wnuczki.
 

Obrazoburcze zakończenie?

 
Po premierze wśród konserwatywnych widzów pojawiły się opinie: „Diabelskie, świętokradzkie, czyste zło i rażąco obraźliwe. Jest to profanacja i ma trzeci akt, który pluje w twarz wszystkiemu, co święte. Po prostu... zło”.
O co chodzi z tym trzecim aktem?
Żeby nie spoilerować zdradzimy tylko, że film opowiada o siostrze zakonnej o imieniu Cecilia, która trafia do włoskiego klasztoru i od początku ma poczucie, że coś tu nie gra. Gdy odkrywa, że jest w ciąży, a lekarz potwierdza niepokalane poczęcie, w klasztorze zaczyna się mówić o cudzie. Zakończenie opowiada o tym, co stanie się z dzieckiem młodej zakonnicy. Co ciekawe, reżyser Michael Mohan postanowił je zmienić na bardziej kontrowersyjne!
Scenariusz pióra Andrew Lobela, który powstał 10 lat temu, był jego zdaniem zbyt powściągliwy. Mohan dokonał przeróbek z pełną świadomością, że finał będzie budzić oburzenie. Dziesięć lat temu mieliśmy zupełnie inne czasy, zarówno pod względem krajobrazu filmowego, jak politycznego”, tłumaczył w „TheWrap”. Wyjaśnił jednak, że „Niepokalana” nie jest filmem politycznym ani nie wypowiada się na temat praw kobiet do decydowania o własnym ciele. Jak to zostanie potraktowane w Polsce, przekonamy się już za parę dni.
 

Bluźnierczy i satanistyczny?

 
Po premierze pojawiły się komentarze jakoby Sydney Sweeney została podstępnie wepchnięta „w ten bluźnierczy, satanistyczny, feministyczny, proaborcyjny i przeciw życiu film poniżający chrześcijan. Ten film poniża także Marię, matkę Chrystusa. Nie zawracajcie sobie głowy oglądaniem”. A przecież to młoda gwiazda sama odkupiła scenariusz i postanowiła, że nie dość, że w nim zagra, to jeszcze go wyprodukuje.
Co ciekawe, idąc za ciosem, twórcy filmu wykorzystali opinie krytyków. Umieścili hasła hejterów na plakatach i koszulkach z plakatem „Niepokalanej”. Branża filmowa zachwyciła się tym pomysłem! Joe Russo, laureat Emmy i reżyser „Avengersów” podsumował sytuację: „To jest ten rodzaj reakcji, o którym marzy każdy twórca horrorów”.
 

To nie jest dzieło Boże”

 
Fot. Instagram Immaculate
A jeśli to nie pochodzi od Boga?”, „Cierpienie jest miłością”, „To nie jest dzieło Boże” – krzyczą hasła z plakatów „Niepokalanej”. Ale na tym nie koniec! Sweeney postanowiła wrzucić do internetu nagrania, jak czyta fragmenty Starego Testamentu. Na filmikach ubrana jak gotycka Królewna Śnieżka z powagą i emfazą odczytuje biblijne wersy z obrazami przemocy.
 

Test ciążowy, krew i kciuk do góry

 
Fot. Instagram Sydney Sweeney
Na Instagramie aktorka umieściła zdjęcie testu ciążowego, ale z krzyżem zamiast kresek. Chętnie wrzuca też kadry zza kulis, na których jest dużo krwi. „Teraz pewnie będę spamować na insta zdjęciami, na których jest sztuczna krew, więc z góry przepraszam, ale to horror i nie może nie być przesączony krwią. Ok byeeeeee kocham Cię 😊 idź zobaczyć”, napisała.
Fani są zachwyceni i podchwytują to jako dobry żart i pretekst do zabawy. Natychmiast składają młodej aktorce gratulacje z powodu domniemanej ciąży, mrugając do niej okiem. Amerykanie lubią się tak bawić. Podobno w kinach ustawiły się kolejki, gdy mieli okazję jednego dnia obejrzeć film za 6,66 $ (kwota to oczywiście nie przypadek!). Większość widzów jest zachwycona kontrowersjami wokół horroru, w którym zagrała i który współprodukowała 26-letnia aktorka. Zapraszamy do kin od 26 kwietnia!
 
Zobacz zwiastun: 
 
Fot. Instagram Sydney Sweeney
 
 Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films

czwartek, 18 kwietnia 2024

„Dwie minuty do piekła” (2023)

 
Po utracie mieszkania Iris Lark, młoda kobieta z Londynu, dowiaduje się o śmierci ojca, z którym nie utrzymywała kontaktu. Mężczyzna zginął w pożarze niegdysiejszego pubu „The Queen's Head”, zabytkowego budynku w Berlinie, którego był właścicielem. Notariusz informuje Iris, że jest jedyną spadkobierczynią majątku ojca i jest gotowy zająć się sprzedażą zaniedbanej nieruchomości. Decyzję kobieta podejmuje po przenocowaniu w odziedziczonym obiekcie, na skutek najścia nieznajomego mężczyzny. Intratna propozycja nieproszonego gościa skłania sukcesorkę do wstrzymania się ze sprzedażą upadłego lokalu. Po podpisaniu wiekowego aktu własności Iris staje się pełnoprawną właścicielką budynku, z którym rozłączyć może ją tylko śmierć. Kobieta nieświadomie staje się strażniczką niezwykłej istoty uwięzionej w piwnicy przeklętego pubu. Nieśmiertelnej lokatorki przyzywającej zmarłych.

Plakat filmu. „Dwie minuty do piekła” 2023, Canal+, Ciné+, Studio Babelsberg

Pełnometrażowy debiut reżyserski Alberto Corredora będący rozwinięciem jego około piętnastominutowego obrazu - opartego na scenariuszu Lorcana Reilly'ego - o zmiennokształtnej wiedźmie z 2017 roku pod tym samym oryginalnym tytułem: „Baghead”. Panowie od początku traktowali to jako tak zwany dowód koncepcji, wykazanie wykonalności dłuższej opowieści o dojmującym żalu, rozdzierającej tęsknocie i żerującym na tych uczuciach nadnaturalnym stworzeniu. Corredor przyznał, że „głównym wyzwaniem było skonstruowanie historii zachowującej esencję i nastrój filmu krótkometrażowego”, a tego zadania podjęli się debiutująca scenarzystka Christina Pamies i Bryce McGuire, twórca późniejszej „Przeklętej wody” (2024), notabene też będącej rozszerzeniem koncepcji z shorta, uwolnionego w 2014 roku kilkuminutowego obrazu nakręconego w ścisłej współpracy z Rodem Blackhurstem. Główne zdjęcia do „Dwóch minut do piekła” ruszyły w październiku 2021 roku w Studio Babelsberg w Poczdamie, najstarszym na świecie studio filmowym, dawniej nazywanym Szklanym Atelier, ale teraz to już bardziej miasteczko filmowe. Produkcja współfinansowana ze środków Niemieckiego Funduszu Filmowego (Der Deutsche Filmförderfonds). Film kręcono w tak zwanym reżimie sanitarnym tłumaczonym pandemią COVID-19. Dystrybucja (kinowa) ruszyła pod koniec grudnia 2023 roku w Niemczech.

Niemiecko-brytyjski horror nadprzyrodzony inspirowany filmami ekspresjonistycznymi, japońskimi horrorami, reżyserską twórczością Guillermo del Toro, „Mamą” Andresa Muschiettiego i stylistyką Sama Raimiego (prolog z Owenem Larkiem), którego Alberto Corredor postrzega jako mistrza łączenia niesamowitości z komizmem: zabawne klimaty upiorne. Reżyser „Dwóch minut do piekła” duże nadzieje pokładał w niepospolitym założeniu fabularnym – liczył na efekt nowości – ale na etapie postprodukcji przeprowadził rozmowę z nowo poznanym aktorem, która uświadomiła mu, że ktoś wpadł na podobny pomysł. Uznał, że to jeden z tych, nie tak znowu rzadkich w branży filmowej, niefortunnych przypadków, kiedy filmowcy niezależnie od siebie i praktycznie równolegle tworzą „bliźniacze produkty”. W każdym razie przygotował się Corredor na potencjalny negatywny wpływ „Mów do mnie!” Danny'ego i Michaela Philippou na odbiór jego nadnaturalnej opowieści, nie spodziewał się jednak oskarżeń o kopiowanie przebojowego horroru australijskiego. Przecież pomysł ujawnił pięć lat przed światową premierą „Mów do mnie!”. Niesprawiedliwość jeszcze większa niż w przypadku „The Jester” Colina Krawchuka (krytykowany za nadmierną inspirację „Masakrą w Halloween” Damiena Leone'a uwolnioną w tym samym miesiącu – pokaz na festiwalu - co krótkometrażowe otwarcie slasherowego cyklu Krawchuka; bardziej prawdopodobny wydaje się wpływ wypuszczonych wcześniej shortów z klaunem Artem, część widzów nie ma jednak wątpliwości, że Błazen wyrósł z pierwszego dłuższego występu sławniejszego morderczego mima). Morał z tego taki: nie polegaj nawet na najtwardszych dowodach, ponieważ możesz się sromotnie rozczarować. Bo jak słusznie zauważył niemiecki filozof Georg Wilhelm Friedrich Hegel „jeśli teoria nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów”. A teoria jest taka, że „Dwie minuty do piekła” to nieudolna kopia „Mów do mnie!”. Perfidna kradzież posiadaczy najprawdziwszego wehikułu czasu. Yhm, short „Baghead” z 2017 roku powstał pod wpływem seansu z przyszłości, na który Alberto Corredor i Lorcan Reilly wybrali się dzięki swojej wellsowskiej machinie;) Wzmiankowane już otwarcie „Dwóch minut do piekła” skupia się na długoletnim właścicielu niegdyś znakomicie prosperującego pubu w Berlinie. Doprowadzony do ostateczności strażnik damy z jutowym workiem na głowie. Ostatnia szarża Owena Larka (przyzwoity występ Petera Mullana), biologicznego ojca głównej bohaterki osiadłej w Londynie, cienko przędącej młodej kobiety imieniem Iris (bodaj najbardziej znana z serialu „Wiedźmin” Lauren Schmidt Hissrich na podstawie literackiego opus magnum Andrzeja Sapkowskiego, charyzmatyczna Freya Allan). Porzucona córka, która w pojedynkę opiekowała się śmiertelnie chorą matką. Marząca o niezależności, ale wbrew staraniom ciągle zdana na pomoc zaradniejszej rówieśniczki. Katie (przekonująca kreacja Ruby Barker) to najważniejsza osoba w dorosłym życiu jednostki, której wiecznie wiatr w oczy. Najlepsza przyjaciółka nieszczęsnej dziedziczki, nowej właścicielki nawiedzonego budynku o niemałej wartości historycznej. Strażniczki zła, chodzącej katastrofy przed wiekami zamurowanej przez bogobojnych ludzi.

Plakat filmu. „Dwie minuty do piekła” 2023, Canal+, Ciné+, Studio Babelsberg

Horror neogotycki w stylu Guillermo del Toro, w moim odczuciu z dużą zawartością plastiku, od reżysera pracującego już nad kolejną opowieścią z dreszczykiem, osadzoną w okresie zimnowojennym przeprawą czerpiącą z „Coś” Johna Carpentera, „Cichego miejsca” Johna Krasinskiego i „Mandy” Panosa Cosmatosa (pierwszą wersję scenariusza napisał ze Stephenem Hermanem, którego fani gatunku mogą identyfikować choćby z „Black Box” Emmanuela Osei-Kuffoura). Nauczony doświadczeniem Alberto Corredor deklaruje głębsze zaangażowanie w płaszczyznę tekstową, większą dbałość o stosownie emocjonujący rozwój fabuły. Poprawić to, co jego zdaniem zawiodło w „Dwóch minutach do piekła”. W gruncie rzeczy jest całkiem zadowolony ze swojego pierwszego popisu w długim metrażu, ale zamiast popadać w samozachwyt woli skupiać się na doskonaleniu swego artystycznego rzemiosła. Niektórzy mogą powiedzieć, że to klasyczne szukanie dziury w całym, ja jednak należę do bardziej krytycznych odbiorców hitu(?) Corredora. W każdym razie dość głośnej „propozycji dla lubiących się bać”. Zagracona piętrowa nieruchomość licząca sobie jakieś czterysta lat, która zaczęła popadać w ruinę w drugiej połowie XX wieku, bo chyba w tym okresie upadł modny niemiecki pub „The Queen's Head” (nad wejściem został gustowny szyld). Tak czy owak, Iris Lark dziedziczy zabytkową ruderę pełną różnych staroci, wśród których na pewno są jakieś antykwaryczne perełki. Innymi słowy, mimo opłakanego stanu głównej masy spadkowej (dziedziczenie ustawowe, bo pan Owen Lark „zmyślnie” testamentu nie zostawił), kobieta może na niej sporo zarobić. Wystarczy przystać na propozycję enigmatycznego notariusza ze złowrogim „papirusem” (reinterpretacja/wariacja na temat paktu Fausta i Mefistofelesa?), który jest niemal pewien, że znajomi deweloperzy szybko odkupią potencjalnie problematyczną schedę od Iris. W końcu nie stać jej na remont zwykłej kawalerki, a co dopiero na renowację zabytku. Do sfinalizowania transakcji pewnie mogłaby zostać w mieszkanku urządzonym przez ojca - na piętrze dawnej spelunki czy jak kto woli ekskluzywnego lokalu dla koneserów napojów wyskokowych - nie musiałaby więc znowu korzystać z gościnności Katie. Teraz, kiedy wypowiedziano jej umowę najmu skromnego lokalu w Londynie. Iris jest wdzięczna (czyżby?) przyjaciółce za dotychczasowe wsparcie, ale mając do wyboru obskurne domiszcze, w którym zginął jej rodzic i najpewniej wygodniejsze mieszkanie Katie, bez namysłu postawi na to pierwsze. Bo ma dość bycia zależną. Sama w domu upiorów? Skoro nie przyszła góra do Mahometa, to Katie przyjdzie do góry. Ale najpierw przełomowe spotkanie handlowe – zrozpaczony wdowiec przedstawiający się jako Neil (drętwy występ Jeremy'ego Irvine'a; m.in. „Anioł śmierci” Toma Harpera) i zarzekający, że pieniądze nie grają dla niego żadnej roli. Nie w sprawie kontaktu z nieboszczką. Nekromancja w piwnicy? Dzika lokatorka podająca się za medium? Nie, Iris podejrzewa, że ma przed sobą człowieka zawzięcie broniącego się przed okropną prawdą, karmiącego mrzonkami o możliwym pożegnaniu z nieżyjącą żoną. Oszukanego przez jakiegoś sadystycznego żartownisia? Może i nieładnie się zachowała przyjmując od niego pieniądze, ale przynajmniej wyleczy go z obsesji na punkcie zamkniętej piwnicy. Odmowa dostępu dopóki nie podpisze unikalnego papierka. Od początku wtajemniczeni w Wielki Sekret Samotnych Strażników, w przeciwieństwie do przedsiębiorczych przyjaciółek, widzowie nie powinni być zaskoczeni „strasznym odkryciem” w przestronnym podziemnym pomieszczeniu z kuszącą dziurą w ścianie – siódma komnata Sinobrodego, zagadkowe (nieprzenikniona czerń) terytorium wiedźmy, na które wkraczać pod żadnym pozorem nie wolno. Wolno nie, ale szybko można:) W końcu zasady są po to, by je łamać, a już zwłaszcza w horrorze. Kiedy więc Iris dowie się, że każdy seans spirytystyczny powinien trwać maksimum dwie minuty – potem leciwa czarownica odzyskuje kontrolę nad swoim ciałem i co gorsza rośnie w siłę dopóki nie odzyska swojego paskudnego worka – będzie ustawiać niezmiennie ignorowany brzęczyk, z którego korzystał też poprzedni strażnik zmiennokształtnej kusicielki. Przypomniał się cytat przypisywany Albertowi Einsteinowi: „szaleństwem jest powtarzanie w kółko tej samej czynności i oczekiwanie innych rezultatów”. Ja mam tak samo z budzikiem – nie słyszę, ale niech codziennie sobie dzwoni;) „Dwie minuty do piekła” Alberto Corredora to tak zwana nowa szkoła straszenia. Raptowne uderzenia dźwiękiem, rzadziej obrazem (wyróżniłabym tylko akcję z duchem/imaginacją wyczarowaną przez podobno słuszną niewolnicę, incydent z trupio bladą postacią siedzącą na barowym stołku i śmiało wyginające się - oczywiście obróbka komputerowa - szponiaste palce nieśmiertelnej burzycielki) czyli zabawa w „buu!” z nowoczesnymi efektami specjalnymi i „paroma niemodnymi rekwizytami”, żeby sentymentaliści zanadto nie narzekali. W tym wszystkim najbardziej zaskoczyła mnie mało wybuchowa ostateczna konfrontacja. Nareszcie jakieś odstępstwo od hollywoodzkiego sznytu. Plus pokrętne tłumaczenia - przyznaję, pogubiłam się.

Nietradycyjne przywoływanie duchów z intrygującą mistrzynią ceremonii, charakterną strażniczką niezamierzenie zabawnej sekutnicy, Martwego Zła, zgodnie z utartym zwyczajem, urzędującego w podziemiu. Nietypowe założenie fabularne wcześniej wykorzystane w krótkim metrażu przez tego samego reżysera, typowa struktura techniczna. Tworzywo sztuczne popełnione pod dyrekcją debiutującego w dłuższej formie filmowej Alberto Corredora. Mainstreamowe straszydełko idealne do poduszki. Niekoszmarogenne „Dwie minuty do piekła”, ale z dziećmi lepiej nie oglądać;)

wtorek, 16 kwietnia 2024

„The Puppetman” (2023)

 
Studentka Michal zmaga się z traumatycznymi wspomnieniami z dzieciństwa. Pomaga jej współlokatorka z akademika Charlie, zafascynowana makabryczną historią swojej lunatykującej i samookaleczającej się przyjaciółki. Zamykanej w ciemnicy przez własnych rodziców dziewczyny, która przeżyła zabójczy szał biologicznego ojca. Skazanego na śmierć za zamordowanie matki Michal człowieka znanego jako Puppetman Killer. Najnowszym pomysłem Charlie na wyciągnięcie koleżanki z ciemności jest sparowanie jej ze słodkim Dannym, najlepszym kumplem jej aktualnej sympatii, szkolnego sportowca Glenna. Niezachwiana sojuszniczka straumatyzowanej jednostki szansy na matrymonialny sukces upatruje w kameralnej imprezie na dachu domu studenckiego, a jej entuzjazm udziela się głównej zainteresowanej: studentce, której się wydaje, że jest gotowa na związek z upatrzonym młodzieńcem, że jednak nie jest postacią przeklętą. Mimowolną siewczynią śmierci.

Plakat filmu. „The Puppetman” 2023, AMP International, Not the Funeral Home, Shudder

Pewnego razu w Ameryce producent filmowy specjalizujący się w niszowych horrorach Matt Manjourides przedstawił Brandonowi Christensenowi – między innymi reżyser „Poronionego” (2017), „Z” (2019), „Superhost” (2021), współtwórca efektów wizualnych do „Krwi na piasku” Colina Minihana (ponownie spotkali się na planie niebanalnego survival horroru „Zabij i żyj” z 2018 roku), „Ekstazy” Joe Begosa, „Spirali” Kurtisa Davida Hardera i „Noża w nocnej ciszy” Tylera MacIntyre'a – pakiet pomysłów i zapytał, czy byłby zainteresowany wykorzystaniem, któregoś z nich. Uwagę Christensena przykuła „nienaturalna selekcja” w stylu uwielbianej przez niego serii „Oszukać przeznaczenie”, rozpoczętej w 2000 roku przez Jamesa Wonga; koncepcja, która miała zrodzić się w głowie Manjouridesa w trakcie odsłuchu utworu „Puppet Man”, napisanego w 1969 roku przez Neila Sedakę i Howarda Greenfielda; przebój amerykańskiej grupy wokalnej The Fifth Dimension z 1970 roku oraz walijskiego piosenkarza sir Thomasa Jonesa Woodwarda z roku 1971. Niewidzialna istota kontrolująca działania, ale nie myśli i emocje. Scenariusz „The Puppetman”, nadprzyrodzonego horroru z elementami slashera, Brandon Christensen opracował z Ryanem Christensenem, a główne zdjęcia powstawały w Buffalo w stanie Nowy Jork, w tym na terenie Buffalo State University. Budżet produkcji oszacowano na milion dolarów, a dystrybucja ruszyła w październiku 2023 roku: obraz trafił do wybranych kin w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych, pokazał się na Screamfest Horror Film Festival i wpłynął do Sieci (Shudder, też jeden z producenckich opiekunów filmu).

The Puppetman” Brandona Christensena otwiera umowne wydarzenie z przeszłości – retrospekcyjny prolog z niechętnym żonobójcą w roli głównej. Wygląda jakby coś go do tego zmuszało, wygląda jak marionetka z samoświadomością sterowana przez niewidzialnego lalkarza. Popychającego do zabójstwa i uniemożliwiającego samobójstwo zrozpaczonego ojca przerażonej jasnowłosej dziewczynki skulonej w ciemnej izdebce. Redrum się zbliża... i przeskok. Jesteśmy w miasteczku uniwersyteckim w stanie Nowy Jork – krótka wycieczka z głosami z offu: audycja radiowa, rozmowa dwóch podekscytowanych spikerów o nieodległej egzekucji lokalnego postrachu zwanego Puppetman Killer. Ostatni przystanek: klaustrofobiczny pokój w akademiku. Ściśnięte jak sardynki w puszce:) Dorosła wersja poznanej blondyneczki, postać przewodnia imieniem Michal (przeciętna kreacja Alyson Gorske) i jej najbliższa, jeśli nie jedyna, przyjaciółka Charlie (nieco bardziej przekonująca Angel Prater), niewykwalifikowana psychoterapeutka jedynej córki skazanego zbrodniarza. Michal była w piekle i nigdy się z tego nie otrząsnęła. Nieprzepracowana trauma nienaumyślnie okaleczającej się studentki – dosłowne rozdrapywanie rany na nadgarstku, autodestrukcyjny automatyzm. Somnambuliczny trans dziewczyny z autofobią (też w dosłownym znaczeniu: nie tyle lęk przed samotnością, ile lęk przed samą sobą). Po wyjściu z domowego więzienia – torturowana niewolnica biologicznych rodziców? – Michal trafiła w bezduszne tryby machiny państwowej; traktowana przedmiotowo, przekazywana z rąk do rąk, kursująca po niezliczonych rodzinach zastępczych (każda kolejna gorsza od poprzedniej?), a teraz kurczowo trzymająca się jedynego koła ratunkowego, jakie Opatrzność „w swojej nieskończonej łaskawości” jej rzuciła. Charlie jej opoką, silnym wsparciem w walce z demonem. Bezinteresowna pomoc dla pogrążonej w depresji studentki? Z podświadomą obsesją na punkcie jakiegoś symbolu (trzy pionowe kreski), zawzięcie rysowanego palcami kiedy chodzi we śnie. Palcami nierzadko maczanymi we własnej krwi. Reżyser i współscenarzysta „The Puppetman” z premedytacją „pożyczył konstrukcję szkieletową” od teen horrorów z cyklu „Oszukać przeznaczenie”, naturalnie zdając sobie sprawę, że ta struktura sprawdziła się – i nie sprawdziła – też w innych opowieściach o młodych ludziach terroryzowanych przez jakąś nadnaturalną siłę. Wiedzących, że zostali przeznaczeni na rzeź. Najważniejsze to wymyślić zagrożenie i nadać rozpoznawalne cechy protagonistom, a przynajmniej tak to widział Brandon Christensen na etapie pracy nad scenariuszem horroru o UWAGA SPOILER demonicznym lalkarzu ukrytym w ciele niewinnej istoty ludzkiej. Nietradycyjne podejście do motywu opętania, w każdym razie forma mniej rozpowszechniona od spuścizny Williama Petera Blatty'ego i Williama Friedkina (popularyzacja konwencji ludzi mniejszej i większej wiary stawiających czoła piekielnym porywaczom ciał, oczywiście z zakusami na nieśmiertelne dusze) KONIEC SPOILERA.

Kadr z filmu. „The Puppetman” 2023, AMP International, Not the Funeral Home, Shudder

To mógł być całkiem niezły film... Mógł. Intrygująca myśl pogrzebana mechanicznym małpowaniem. Pomysł wyjściowy poszkodowany przez „kserokopiarkę” obsługiwaną bez widocznego przekonania. W każdym razie mnie nie udało się zarazić ewentualną pasją zespołu nierówno kroczącego po ubitej ścieżce między rzędami;) Nie jestem uprzedzona (znudzona, zniechęcona) do gatunkowych schematów, ale jeśli z ekranu bije taka beznamiętność... Tchnijcie w to trochę emocji! To nie powinno być trudne z taką oprawą audiowizualną. Witamy w Strefie Zgnilizny! W funeralnej rzeczywistości dziewczyny nieufającej sobie. Obskurne zdjęcia Claytona Moore'a (nie pierwsze zawodowe spotkanie z Brandonem Christensenem, patrz: „Krew na piasku”, „Superhost”), idealnie pasujące do ciasnych wnętrz i fenomenalna ścieżka dźwiękowa (szczególnie mam tutaj na myśli melancholijne wokalizy) zespołu Blitz/Berlin. Coś poszło nie tak na etapie montażu, za który odpowiadał sam Brandon Christensen? W przestrzeni publicznej reżyser „The Puppetman” dał do zrozumienia, że zaistniała konieczność odejścia od pierwotnego zamysłu – rezygnacja z części pozyskanego materiału wymuszająca zmiany w łączeniu co poniektórych ujęć. Dobrze, że „pod nóż” nie poszła niesamowicie nastrojowa scenka z ostrzegającymi(?) krukowatymi. Zwiastuny śmierci wokół samotnie przedzierającej się przez „gotyckie pole” zrozpaczonej studentki. Tragiczny finał szampańskiej zabawy na dachu akademika. Właściwie nastrój zepsuł się chwilkę przed miażdżącym uderzeniem – katastrofalny obrót wydarzeń następstwem nieprzyjemnej wymiany zdań. Śmiercionośna kłótnia. Widok z przeszłości, boleśnie znane diabelskie igraszki, które czołowa postać „The Puppetman” chyba niepotrzebnie próbowała zracjonalizować. Przekonać samą siebie, że wszystkie jej problemy miały zupełnie przyziemny charakter, że jej życie w rzeczywistości nie ma nic wspólnego z kiczowatymi horrorami o wrzeszczących wniebogłosy przypadkowych badaczkach zjawisk paranormalnych. À propos badaczek, okazuje się (też mi niespodzianka), że nieopodal kampusu mieszka prawdziwa specjalistka, albo zwyczajna oszustka, która sporo wie o naszej biednej Michal. Duchowa przewodniczka przedstawiająca się jako Ruby (w tej stereotypowej roli Caryn Richman, która, muszę przyznać, w moim odczuciu najmocniej wczuła się w postać). Prezentacja dla zdezorientowanych gości nietaktowanie rozdzielonych. Michal musi poczekać w innym pokoju, gdy ona będzie przekazywać jej rzekomym przyjaciołom niezwykle ważne informacje. Nałogowa palaczka Jo (taki sobie występ Anny Telfer), która później przypomniała mi jedną z bohaterek „Łowców umysłów” Renny'ego Harlina, wredny sportowiec Glenn (mniej więcej tej sam poziom gry aktorskiej Camerona Wonga) i jedyny najpoważniejszy kandydat na prawdziwego przyjaciela Michal w tym gronie, szarmancki Danny (stopień wyżej Kio Cyr). Uwaga na znaki, wskazówki naumyślnie zostawione przez autorów „The Puppetman”, omeny śmierci nastolatków z posępnej krainy. Minorowy nastrój małą rekompensatą za trud włożony w odkrywanie historii dziewczynki z ciemnicy. UWAGA SPOILER Swoją drogą ciekawe, czy scenarzyści widzieli „Przypadek 39” Christiana Alvarta, bo jakoś nie mogłam opędzić się od skojarzeń KONIEC SPOILERA. Pustawej historii, co zasmuciło mnie tym bardziej, że widziałam ogromny potencjał w studentce grającej pierwsze skrzypce w tutejszym Teatrze Marionetek. Niewykorzystana szansa na wstrząsającą przeprawę dziecka, ścinającą krew w żyłach gehennę bezbronnej istoty - skażonej przez własnych rodziców? - i emocjonujące zmagania młodej kobiety mocno hipotetycznie walczącej ze sobą. W pułapce umysłu z niewidzialną bestią. Wydłużyłabym pierwszą partię – autoagresja Michal i przynajmniej częściowo chwalebny upór Charlie – i skróciła środkową. Niektórzy mogą uznać, że twórcy niepotrzebnie sobie utrudnili takim, a nie innym „rozstawieniem pionków na dachu” (ofiara), ale ja akurat tego bym nie ruszała. Ulubiona scenka Brandona Christensena i jeden z moich lepszych momentów w świecie Władcy Marionetek, który przy okazji, pewnie niechcący, przywiódł wspomnienie pewnego arcydzieła Alfreda Hitchcocka. Wykazali się też twórcy maleńką inwencją w procesie eliminacji, ubolewam tylko nad tym, że zabrakło pieniędzy (tak podejrzewam) na efekty specjalne. Akcja w bibliotece uniwersyteckiej trąci cyfrową tandetą, ale to jeszcze bym wybaczyła, gdyby nie zamazano na pewno paskudnego obrazka w siłowni. Wyobraźnia zadziałała, wolałabym jednak sobie popatrzeć:) Jest jeszcze niezamierzenie komiczny incydent na moście (jedna z najtrudniej kręcących się scen dla „The Puppetman”, a wszystko przez pogodę: ulewny deszcz, porywisty wiatr, przenikliwy chłód) i bezpardonowa „nawalanka” w samochodzie. Jest też prymitywny akcent na sam koniec albo inaczej: takie zagrania wyszły z mody najdalej na przełomie XX i XXI wieku. Ale czego innego spodziewać się po takiej fabułce? Po tak ogranej sekwencji zdarzeń? Przejrzystej opowieści drętwej.

Brandona Christensena stać na więcej. Na dopisanie ciekawszej historii do fartownie pozyskanego pomysłu i przede wszystkim wypracowanie intensywniejszego przekazu emocjonalnego. Atmosferą „The Puppetman” chwalić się może, ale cóż z tego, skoro niewiele z niej wynika? A przynajmniej mnie nie udzieliły się emocje targające fikcyjnymi postaciami sztampowymi, uwikłanymi w typową sytuację (para)nienormalną. Abstrahując od modus operandi osobowości sadystycznej. Kreatury niezupełnie jak z powieści Roberta A. Heinleina:) I nie, nie zalecam kontaktu z nią - z tanią „produkcją kukiełkową” starym szlagierem muzycznym natchnioną.

niedziela, 14 kwietnia 2024

Kate Alice Marshall „W gąszczu kłamstw”

 
W Lesie Olimpijskim w Quinault dochodzi do brutalnego ataku na jedenastoletnią mieszkankę małego miasteczka Chester, Naomi Shaw. Dziewczynka otrzymuje kilkanaście ciosów nożem, ale udaje jej się przeżyć i wraz ze świadkami wydarzenia, swoimi najlepszymi przyjaciółkami, Olivią Barnes i Cassidy Green, wskazać napastnika, podejrzewanego o dokonanie serii morderstw na młodych kobietach Alana Michaela Stahla. Dwadzieścia dwa lata później Naomi, fotografka ślubna z Seattle w stanie Waszyngton, zostaje poinformowana o śmierci domniemanego seryjnego zabójcy skazanego na dożywocie dzięki zeznaniom dziewczynek, które nie powiedziały cały prawdy. Teraz Olivia chce ujawnić ich największy sekret, w związku z czym organizuje spotkanie w miasteczku, w którym wszystko się zaczęło. Spotkanie z długoletnimi przyjaciółkami, które na pierwszy rzut oka dużo lepiej poradziły sobie z traumą, ale wbrew rozpaczliwym nadziejom Olivii nie są gotowe na naprawienie błędów z przeszłości.

Okładka książki. „W gąszczu kłamstw”, Czwarta Strona 2024

Mieszkająca w bliskim sąsiedztwie Seattle w stanie Waszyngton Kate Alice Marshall karierę literacką rozpoczęła od mrocznych utworów dla młodzieży (m.in. trylogia „Thirteens” pierwotnie wydawana w latach 2020-2022 oraz „Rules for Vanishing”, dziełko natchnione Creepypastą i „Nocnym filmem”, genialną powieścią Marishy Pessl, też rozbudowa napisanego lata wcześniej opowiadania o pewnej urban legend), a w 2023 roku wyszła z pierwszą propozycją dla starszych czytelników. Dobrze przyjętym thrillerem psychologicznym „What Lies in the Woods”; napisaną pod wpływem czarodziejskich wspomnień z dzieciństwa, podwórkowych zabaw z ówczesnymi dwiema najbliższymi przyjaciółkami, powieścią, która pierwszego polskiego wydania, pod tytułem „W gąszczu kłamstw”, doczekała się już w kolejnym roku – publikacja wydawnictwa Czwarta Strona w solidnym tłumaczeniu Elżbiety Pawlik i miękkiej okładce „ciemnymi kredkami pokolorowanej” przez Magdę Bloch. W 2024 roku swoją światową premierę miał drugi dreszczowiec dla dorosłych kolekcjonerki niezwykłych długopisów, pasjonatki biwakowania i spływów kajakowych Kate Alice Marshall, bestseller „USA Today” zatytułowany „No One Can Know”.

Małomiasteczkowa społeczność pod lupą amerykańskiej powieściopisarki, jak to się mówi, żyjącej w ciekawych czasach. Narastające niepokoje społeczne, nawarstwiające się problemy globalne, potężne wstrząsy środowiskowe i nieprzerwanie zaostrzające się „wojny domowe”, podgrzewane przez skrajnie nieodpowiedzialnych polityków. Kate Alice Marshall: uważna obserwatorka współczesnej rzeczywistości tęskniąca za magią dzieciństwa. Wciągająca czytelników w cierniste krzewy „małoletnich czarownic z Chester”. Spowiedź Naomi Cunningham, w Chester znanej jako Naomi Shaw (narracja pierwszoosobowa), dziewczyny z nielegalnego składowiska odpadów. Przekleństwo dziecka wychowanego przez alkoholika z syllogomanią. Typowa „opieka” nad małoletnimi z tak zwanych dysfunkcyjnych domów – Szkarłatna Litera w Erze Nowych Bogów: Materializmu, Egoizmu, Próżności i Nepotyzmu. W latach 90. XX wieku Las Olimpijski w Ouinault przestał należeć do Artemidy, Ateny, Hekate i przede wszystkim Persefony, jedenastoletnich poszukiwaczek przygód z sennej mieściny, którą dawno temu miał nawiedzić seryjny morderca Alan Michael Stahl, charyzmatyczny psychopata normalnie celujący w starsze przedstawicielki płci żeńskiej, głównie autostopowiczki. Ze wspomnień pracującej w branży ślubnej trzydziestoparoletniej Naomi Cunningham dowiadujemy się, że z Olivią Barnes i Cassidy Green przyjaźni się od piątego roku życia, przy czym relacja z tą pierwszą zawsze wydawała jej się bardziej naturalna, w końcu obie były outsiderkami, ledwie tolerowanymi rysami na portrecie „wspólnoty idealnej”. Ale klejem była córka burmistrza i lokalnego przedsiębiorcy, między innymi właściciela świetnie prosperującego tartaku nazywanego Dużym Jimem i jego wytwornej małżonki, nieukrywających niezadowolenia z wyboru dokonanego przez ich młodszą latorośl. Nieodpowiednie towarzystwo dla członkini najbardziej wpływowego rodu w Chester. Opiekuńcze skrzydła Cassidy Green, buńczucznie odstępującej od tutejszych obyczajów, wręcz wywracającej porządek społeczny w konserwatywnym miasteczku, nieprzestrzegającej etykiety ludzi prawych i sprawiedliwych. Zadającej się z „ludzkimi śmieciami”, współczesnymi trędowatymi: łobuziarą w łachmanach i nieodrodną córką przebrzydłych liberałów. Księżniczka, żebraczka i wariatka oddające się bezbożnym zabawom w lesie tajemnic. Do pamiętnego lata. Drastyczny koniec wieku niewinności i terroru Alana Michaela Stahla. Skazanego na dożywocie za usiłowanie zabójstwa jedenastoletniej Naomi Shaw, napadniętej w biały dzień na oczach szczęśliwie niezauważonych przez agresora dwóch rówieśniczek, które jako pierwsze zidentyfikowały nożownika, ale przysłowiowym gwoździem do trumny ojca wówczas dwunastoletniego Alana Stahla Juniora były zeznania naszej niepewnej przewodniczki po realistycznym - skąpanym w szarościach - świecie przedstawionym przez wrażliwą duszę z fantazyjnym długopisem. „W gąszczu kłamstw” Kate Alice Marshall to opowieść o długofalowych skutkach tragedii, nieodwracalnych zmianach zachodzących w całych społecznościach, o ludziach usychających i rozkwitających w piekle zaprojektowanym przez człowieka. I nieakceptowalnych społecznie tarczach, zawodnej ochronie przed wewnętrznymi demonami, traumatycznymi wspomnieniami i nie mniej przerażającymi lukami w pamięci.

Okładka książki. „What Lies in the Woods”, Flatiron Books 2023

Przesadnie wysoka cena za godne życie. Oszukała przeznaczenie, wyrwała się z cuchnącego gniazda poprzez bliskie spotkanie ze Śmiercią. Seryjny morderca niechcący zrobił dla niej to, czego nie zrobili praworządni obywatele? Jakie perspektywy miała Naomi Shaw przed masakrą w lesie? Optymista powie, że świat stał przed nią otworem, ale główna bohaterka i narratorka „W gąszczu kłamstw” Kate Alice Marshall różowych okularów nigdy nie nosiła. Cynizm, sarkazm i nieufność: cała Naomi. Zmieniająca partnerów jak rękawiczki i najczęściej źle trafiająca, co tylko utwierdza ją w postanowieniu o unikaniu poważnych związków. Utalentowana fotografka zadowalająca się skromną działalnością w branży ślubnej – dokłada starań, by ten mały biznes za bardzo się nie rozkręcił, zniechęca potencjalnych klientów wygórowanymi cenami, a resztę niegodnych zachodu odsiewa jej oszpecona twarz. „Nietaktownie” nieprzypudrowana blizna, środkowy palec dla kultu piękna, wyzwanie rzucane płytkim ludziom przez ofiarę, która nie chce być postrzegana jak epizodyczna postać w fascynującej kronice (nie dla niej!) zwykłego zbrodniarza. W ogóle nie chce być kojarzona z tą wielką gwiazdą. Wieczna sława seryjnych morderców i nazwiska niepamiętane. Gwiazdy i ich „bezimienne” ofiary. Dziewczynki i ich mroczne sekrety. Życie w kłamstwie, które stało się nieznośne dla jednej z nich. Ponad dwadzieścia lat po przemilczeniu istotnych informacji Naomi zostaje zmuszona do powrotu w rodzinne strony. Sprowadzona przez Olivię Barnes, która wydaje się być większą poszkodowaną od Naomi. Roztrzaskana psychika naocznego świadka okrucieństwa nie do przyjęcia. Całkowite przeciwieństwo Cassidy Green, perfekcyjnej pani domu, niezawodnej matki i właścicielki ekskluzywnego pensjonatu w Chester. Jej ojciec nadal jest burmistrzem, ale nastąpiła niespodziewana zmiana na stanowisku komendanta policji. Namaszczony następca przegrał z obcą, która w odróżnieniu od niego nie złapała seryjnego mordercy. Wybitne zasługi posterunkowego Dougherty'ego w sprawie Alana Michaela Stahla, niechcianego ochroniarza kobiety napastowanej przez komendantkę Monicę Bishop. Czara goryczy prowincjonalnego gliniarza przelana karygodnym traktowaniem osoby nietykalnej. Awans społeczny Naomi Shaw/Cunningham, która tak kompetentnego funkcjonariusza publicznego, jak Bishop jeszcze w Chester nie widziała. Zaskakująco potoczyły się też dzieje Cody'ego Banhama, rycerza w lśniącej zbroi i z pokaźną kartoteką, niegdyś zaprzyjaźnionego z chuliganem trzymanym pod parasolem ochronnym, starszym bratem Cass, z którym wiążą się jakieś przykre wspomnienia narratorki. Większych problemów może jednak przysporzyć Ethan Schreiber, podcaster zbierający materiały do programu o Alanie Stahlu Seniorze, który już przed przybyciem Naomi nawiązał kontakt ze skorą do zwierzeń panną Barnes. Naomi co prawa nie jest tak pewna jak Cassidy, że prawda powinna pozostać pogrzebana, że opowiadanie o Persefonie nikomu się nie przysłuży, niemniej brakuje jej odwagi Olivii albo po prostu ma więcej do stracenia. Persefona to ich wspólna tajemnica, ale Naomi ukryła coś jeszcze. Zrobiła coś, z czego nie jest dumna, co dręczyło ją przez te wszystkie lata. Poczucie winy kobiety, która unieszkodliwiła agresywne stworzenie. Straszliwa niepewność adresatki złowróżbnego listu człowieka, który zna prawdę. Okradzionej z beztroskiego dzieciństwa, napiętnowanej przez społeczeństwo niewinnej istoty, niekoniecznie najbardziej pognębionej przez sadystycznego rodzica. Może przez fałszywe boginie z Chester? Nietrudno samodzielnie ułożyć tę kryminalną kostkę Rubika, przedwcześnie przeniknąć do ukrytej warstwy tej nieśpiesznie rozwijającej się, imponująco skupionej na postaciach opowieści o przeklętym miasteczku. Czarująca klimatem i dojrzałością emocjonalną nieodkładalna lektura dla ciekawych prawdziwego świata. Niewyidealizowany obraz cywilizacji, gnijąca tkanka społeczna, gangrena nepotyzmu, znieczulicy i odwiecznej tradycji zamiatania brudów pod dywan. Złożona intryga w niemal hermetycznej przestrzeni toksycznej, ponurym miejscu, z którym wiąże się mnóstwo nieprzyjemnych wspomnień; niegościnną „osadą” otoczoną gęstym lasem nawiedzonym przed duchy bolesnej przeszłości. I wreszcie potęga dziecięcej wyobraźnia: biała i czarna magia zatraconych w fantazji. Efekt domina niepobieżnie malującej słowami Kate Alice Marshall.

Spóźniony głód wiedzy temperamentnej protagonistki z monstrualnym bagażem doświadczeń. Twarde realia małomiasteczkowe i płynny krajobraz leśny; fatalne imaginacje dziewczynek skrzywdzonych. Związanych śmiercionośnym sekretem. Elektryzująca „sztuka” tragiczna amerykańskiej powieściopisarki Kate Alice Marshall, nieprzeciętny thriller psychologiczny intencjonalnie marginalizujący seryjnego mordercę. Głos ofiar „W gąszczu kłamstw”. Strategia rozwiązywania problemów społecznych w nieśmiertelnej kulturze koteryjnej. Ignorowana udręka niewinnych, jawna bezkarność winnych. Utopia zwyrodnialców.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 12 kwietnia 2024

Feministka na wózku napisała thriller menstruacyjny!

 
Feministyczny thriller o kobiecej menstruacji - "Pokój krwi", Sylwia Błach

W świecie pozbawionym hamulców, w którym rządzą jednostki najsilniejsze, a kontakt międzyludzki niesie więcej zagrożeń niż zysków, krwawa pandemia dziesiątkująca ludzkość jest najmniejszym z problemów.

Czy to przyszłość, do której zmierzamy?

Okładka książki. „Pokój krwi”, Wydawnictwo Dlaczemu 2024

Pokój krwi” zaprasza czytelnika do spojrzenia przez dziurkę od klucza na samotną kobietę, ukrytą przed krwawą pandemią w hotelowym pokoju na bliskim wschodzie. Powieść obnaża naturę feminizmu i rolę kobiet w społeczeństwie. To dyskusja o sile internetu, który mając nas zbliżyć, oddalił od siebie. O znaczeniu siostrzeństwa i świecie wykreowanym przez „płatki śniegu”.
Kobieca menstruacja nadaje rytm opowieści, zmuszając bohaterkę do kolejnych działań i sprowadzając na nią niebezpieczeństwo… Czy ludzkość zna jeszcze słowo "empatia"?
Czytelnik, który polubi główną postać i odkryje jej mroczne strony, będzie musiał się zastanowić, jak wiele jest w stanie wybaczyć, gdy pobudki prowadzące do złych czynów są dobrze uzasadnione… A może zło to tylko przebrzmiały koncept, który nie ma żadnego znaczenia w świecie przyszłości?

Materiał promocyjny. Pokój krwi”, Wydawnictwo Dlaczemu 2024

Sylwia Błach – rocznik 1991. Z wykształcenia programistka, z zawodu pisarka i dziennikarka technologiczna. „Pokój krwi” to jej szósta książka. Najchętniej pisze to, co lubi czytać, czyli grozę, thrillery i kryminały, ale nie gardzi innymi gatunkami, twierdząc, że najważniejsza jest treść, a nie etykieta.
Wybrana jedną z 22 kobiet, które warto śledzić przez magazyn Forbes Women w 2022 roku i 1 z 10 kobiet, które wprawiają inne kobiety w ruch według magazynu Harper’s Bazaar. Fundacja Integracja okrzyknęła ją 1 ze 100 najbardziej wpływowych osób z niepełnosprawnością w Polsce.
Na co dzień porusza się na wózku inwalidzkim. Na swoich mediach społecznościowych opowiada o życiu kobiet z niepełnosprawnością, otwarcie mówiąc o trudnościach i zarażając pewnością siebie. Nie boi się tematów tabu, dlatego „Pokój krwi” opowiada o okresie, zespole napięcia przedmiesiączkowego, lęku przed posiadaniem dzieci i trudnościach, z jakimi musi zmierzyć się kobieta we współczesnym świecie, chcąc sprostać oczekiwaniom, jednocześnie nie tracąc siebie.

https://instagram.com/sylwia.blach.vamppiv

Źródło: wszystkie materiały od Sylwii Błach

Widzowie pokochali horror „Puchatek: Krew i miód 2”! Czy kontynuacja poprawi wynik pierwszej części?

 
Pierwsza odsłona mrocznej wersji dziecięcych bohaterów ze Stumilowego Lasu porwała widzów na całym świecie. Producenci mieli co świętować, gdyż „Puchatek: Krew i miód” przyniósł im niemal 5 milionów dolarów czystego zysku! Bez chwili wahania zdecydowali, że kontynuacja musi powstać.

Plakat filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, ITN Distribution, Jagged Edge Productions, Premiere Entertainment Group

Powtórka z horroru
Czy „Puchatek: Krew i miód 2”, który trafi do polskich kin już 31 maja, spotka się z równie przychylnym przyjęciem jak pierwsza odsłona? Jest duża szansa, że będzie jeszcze lepiej. Po pierwsze: twórcy „Puchatek: Krew i miód 2” zwiększyli budżet i to dziesięciokrotnie: ze stu tysięcy do miliona dolarów! Dzięki tak solidnemu zastrzykowi gotówki dopracowali elementy scenografii, dekoracji, a także wyglądu głównych bohaterów. Po drugie, opinie widzów jakie publikują w serwisie www.rottentomatoes.com są entuzjastyczne. Aż 81 proc. użytkowników jest zachwycona produkcją.

Po drugiej części mogliśmy się spodziewać, że będzie więcej krwi i przemocy. Jak dla mnie ta część jest znacznie bardziej udana od pierwszej. I bardziej dopracowana”, Owen Gleiberman, Variety.

Obie części krwawej zemsty Puchatka są ze sobą powiązane. Obie prezentują brutalnie nieludzki świat, który dostarcza krwawej rozrywki pełnej rozczłonkowanych ciał. To zdecydowanie produkcja dla wielbicieli gatunku”, Chris Joyce, YouTube.

Kontynuacja Puchatka jest o nieba lepsza od pierwszej części. Twórcy poprawili to, co mi zgrzytało w Puchatek: Krewi miód. Jestem naprawdę ciekawy, dokąd zmierza to szalone kinowe Uniwersum”, Cris Parker, 3C Films (YouTube).

To kino w punkrockowym wydaniu, czyli ostre, hałaśliwe i bez kompromisów. Tanie, nieoszlifowane i wdzierające się w życie widza i w nurt popularnego kina z wystawionym środkowym palcem! Puchatek: Krew i miód jest surowy, ale ma to swój urok i nie warto tej krwawej produkcji skreślać”, Luke Y. Thompson, AV Club.

Większy budżet, rozbudowana obsada, dopracowany w szczegółach scenariusz – to gwarancją tego, że druga część Puchatka będzie lepsza od pierwszej. I tak jest. Denerwują mnie tylko te przewidywalne zwroty akcji”, Carla Hay, Culture Mix.

Do tych wpisów dodajmy jeszcze recenzję zamieszczoną na portalu imdb.com:

Chociaż to nie jest najlepszy horror, jaki kiedykolwiek powstał, ale ma on swoje plusy i atuty. Zwłaszcza dla tych, którzy lubią slashery, brutalne i krwawe horrory. To kino dla tych, którzy gustują w kolejnych częściach Piły lub fascynują się twórczością autorstwa Eli Rotha, np.: Borderlands (…) Puchatek: Krew i miód 2 to zwariowany horror z dynamicznymi zwrotami akcji, dzięki którym historia wciąga i intryguje widza przez cały czas trwania filmu. I mimo iż jest kilka scen komediowych, to jednak jest to krwawy slasher, który kreatywnie wykorzystuje postacie znane z pierwszej części, a nowe, które się pojawiły w drugiej, są naprawdę interesujące. Scenariusz, reżyseria i gra aktorska nie są na poziomie oscarowym, ale uczciwie należy przyznać, że patrząc na slashery obecnie powstające, to Puchatek: Krew i miód 2 wyróżnia się na plus! Ten film to nie jest produkcja, na którą spłynie deszcz nagród, bo ma on przerażać, ale i bawić. I to udaje mu się znakomicie”.

Kadr z filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, ITN Distribution, Jagged Edge Productions, Premiere Entertainment Group

Kadr z filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, ITN Distribution, Jagged Edge Productions, Premiere Entertainment Group

Puchatek: Krew i miód 2” w opinii reżysera 
Reżyser obu horrorów Rhys Frake-Waterfield jest usatysfakcjonowany efektami pracy całej ekipy filmowej. Twierdzi, że odrobił lekcję i dlatego „Puchatek: Krew i miód 2” powali wielbicieli gatunku na kolana.
Sequel będzie mroczniejszy i krwawszy. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam pogłoskom, że w Puchatek: Krew i miód 2 aż trzydzieści osób zostanie brutalnie zamordowanych przez naszych bajkowych bohaterów. Potwierdzam natomiast, że nadal brakuje nam Tygryska – poinformował reżyser w „ScreenRant”.
Po pierwszej części mieliśmy pewien niedosyt. Wiedzieliśmy, że Puchatek: Krew i miód 2 musi powstać, ponieważ za pierwszym razem nie ustrzegliśmy się błędów. W założeniach sequel miał być bardziej przerażający, krwawy, ale i zabawniejszy, i dający do myślenia. Tym razem mieliśmy też więcej pieniędzy i mogliśmy zadbać o scenografię, dekoracje, główne postacie, czy przeznaczyć część kasy na efekty specjalne, które wbiją widzów w kinowe fotele – dodał scenarzysta Matt Leslie w rozmowie na portalu collider.com.

Puchatek: Krew i miód 2” trafi do polskich kin już 31 maja

Zobacz zwiastun: 

O filmie

Pięć miesięcy po masakrze w Stumilowym Lesie, Krzyś próbuje wrócić do normalnego życia. Policja szuka domniemanych bestii w miejscu masowego mordu, ale większość okolicznych mieszkańców uważa Krzysia za prawdziwego sprawcę. Tymczasem chłopak podczas terapii wraca do dramatycznych wydarzeń z dzieciństwa, gdy podczas jego piątych urodzin, uprowadzona została grupa dzieci wraz jego bratem bliźniakiem. Ukryty w głębi Stumilowego Lasu Puchatek wciąż pała rządzą zemsty. Wraz z nowymi, przerażającymi kompanami chce zgładzić nie tylko Krzysia, ale wszystkich pozostałych przy życiu uczestników urodzinowego przyjęcia sprzed lat. Dla niego krew jest słodka jak miód.

Kadr z filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, ITN Distribution, Jagged Edge Productions, Premiere Entertainment Group

Kadr z filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, ITN Distribution, Jagged Edge Productions, Premiere Entertainment Group
 
Reżyseria: Rhys Frake-Waterfield („Puchatek: Krew i miód”).
Obsada: Scott Chambers („Uciszyć zło”, „Patryk”, „Niewinny”); Ryan Oliva („Świat w ogniu” „Przebudzenie dusz”, „Duma i uprzedzenie, i zombie”); Simon Callow („Cztery wesela i pogrzeb”, „Wiedźmin” - serial, „Zakochany Szekspir”); Tallulah Evans („Whiet Lines” - serial, „Zło czai się w lesie”, „Syn Rambow”).
Gatunek: horror.
Produkcja: Wielka Brytania 2024.
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films

Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films