środa, 16 czerwca 2021

Zakupy

 
Wyznań książkowej zakupoholiczki ciąg dalszy:) Nie, nie nadążam z czytaniem, ale jakoś nie mogę się powstrzymać przed zapełnianiem półek pozycjami, z którymi nie wiadomo kiedy (i czy w ogóle) się zapoznam. Może w kolejnych lockdownach... Tak czy inaczej, tradycyjnie udostępniam ostatnio zdobyte książkowe tytuły z nadzieją, że ktoś coś dla siebie wzrokiem wyłowi.

Edward Lee „Bighead”
Maxime Chattam „Sygnał”
Cara Hunter „Kto je porwał?”
Minka Kent „Musisz mi uwierzyć”
Michaela Klevisová „Kroki mordercy”
Michaela Klevisová „Złodziejka opowieści”
Lindsey Fitzharris „Rzeźnicy i lekarze. Makabryczny świat medycyny i rewolucja Josepha Listera”
Judy Melinek, T.J. Mitchell „Ciało nie kłamie”
 

Charlie Donlea „Dom samobójców”
Liane Moriarty „Miłość i inne obsesje”
Ragnar Jónasson „Ciemność”
Arthur Conan Doyle „Znak czterech”
Sebastian Fitzek „Prezent”
S.R. Masters „Nigdy się nie dowiesz”
Kathryn Croft „Córeczka”
Louise Jensen „Prezent”

wtorek, 15 czerwca 2021

Grzegorz Kopiec „Eksperyment”

 

Rok 2013. Fani literatury grozy z Lublińca, Adam Kobylarski i Franciszek Zięcina oraz dziewczyna tego drugiego Joanna Jagielska, przybywają na krakowski konwent, żeby spotkać się ze swoimi ulubionymi pisarzami. I niedługo potem wszelki słuch po nich ginie. Policyjne śledztwo nie przynosi spodziewanych rezultatów, rodzice chłopców wynajmują więc prywatnego detektywa, Michała Majera. Mężczyzna natrafia na obiecujący trop, ale zanim spróbuje bliżej się mu przyjrzeć, kontaktuje się z nim policjantka z Paryża, Christine Benoit, która ma powody przypuszczać, że niedawne zaginięcie jej bratanka ma związek ze sprawą, którą aktualnie zajmuje się Majer. Okoliczności, jakie pojawiają się wkrótce po tym telefonie zmuszają lublinieckiego detektywa do kontynuowania śledztwa we Francji.

Grzegorz Kopiec: absolwent Politechniki Częstochowskiej na Wydziale Inżynierii Mechanicznej i Informatyki, miłośnik twórczości Edgara Allana Poego, Stephena Kinga i Jacka Ketchuma, uhonorowany Nagrodą Burmistrza Miasta swojego rodzinnego Lublińca w dziedzinie kultury. Jego opowiadania były publikowane między innymi na łamach „Histerii”, „Grabarza Polskiego” i „Bramy”, uświetniły też rozliczne książkowe antologie, na przykład: „Słowiańskie koszmary” (2017), „Krwawnik 2. Opowiadania z pozornie martwej strefy” (2016), „Dreszcze” (2016) i „W cieniu Bangor. Antologię inspirowaną prozą Stephena Kinga” (2020). Debiutancka powieść Kopca, „Czas pokuty”, wyszła w 2019 roku nakładem wydawnictwa JanKa, a następnie pisarz zawiązał współpracę z wydawnictwem Vesper, której pierwszym owocem jest, na polski rynek wpuszczona w maju 2021 roku, powieść „Eksperyment”. Połączenie horroru nadnaturalnego i ekstremalnego oraz prozy detektywistycznej.

Jessy” Grzegorza Kopca, opowiadanie odnalezione w antologii „W cieniu Bangor”, moje pierwsze spotkanie z jego twórczością, było tak diabelnie dobre, że z najwyższą ochotą zasiadłam do lektury drugiej opublikowanej powieści tego pana („Czas pokuty” mam do nadrobienia). Szczerze mówiąc, „Eksperyment” był najbardziej wyczekiwaną przeze mnie tegoroczną nowością literacką, a teraz, po skończonej lekturze, z całym przekonaniem stwierdzam, że to jak na razie mój najpoważniejszy kandydat na Horror Roku. Ciężko będzie to przebić, oj ciężko. Mniej więcej pięćset stron w mrocznym twardym opakowaniu zaprojektowanym przez Dawida Boldysa, który stworzył też przykuwające wzrok ilustracje zamieszczone w bezdennej gardzieli tego fenomenalnego produktu. Produktu, który swój początek wziął, jak się wydaje, w bezgranicznej, nieskończonej wyobraźni polskiego autora specjalizującego się w horrorze. Szeroko pojętym horrorze. Znajdziemy w „Eksperymencie” Kopca zarówno odrażające tortury, które mogą nasuwać skojarzenia z „Hostelami” Eliego Rotha (wkład Scotta Spiegela, mierną trzecią odsłonę tego głośnego cyklu, pozwolę sobie pominąć) – no może niekoniecznie sam przebieg tortur, ale ich częściowa obudowa, rama, pod którą ukrywa się coś niewiarygodnego – jak i klimat niesamowitości, na który osobiście najbardziej liczyłam. Opowiadanie Kopca z antologii inspirowanej twórczością Stephena Kinga, „W cieniu Bangor”, nie pozostawiło mi wątpliwości, że to jeden z tych nielicznych żyjących pisarzy, który do perfekcji opanował niełatwą sztukę kreowania rzeczywistości, w której dosłownie wszystko może się wydarzyć. Rzeczywistości, którą ja zwykłam nazywać Strefą Mroku. Rzeczywistości płynnej, swobodnie i groźnie się odkształcającej, wypaczającej. W świecie przedstawionym przez Grzegorza Kopca na kartach „Eksperymentu” nie obowiązują znane nam prawa fizyki. Nie w tym świecie, który nieproszony wnika w zwyczajną, twardą rzeczywistość bohaterów książki. Narracja jest rozproszona; akcja biegnie po kilku torach, które krążą wokół jednego tematu. W sumie przez cały czas przyjmuje się to bardziej jako jedną, spójną i tylko na pozór oczywistą, przewidywalną całość Nie przyglądamy się paru oderwanym od pni gałęziom, które w domyśle dopiero pod koniec zostaną sklejone. Nie, na tym morzu nie dryfujemy bezwładnie, nie musimy szukać punktów zaczepienia w tym stopniowo, powoli zyskującym na niezwykłości, fascynującym świecie, w którym króluje (nie)ludzka przemoc. Po dość długim, drastycznym, ale i nie można powiedzieć, że szafującym obrzydliwościami, elementami gore, prologu (czyżby delikatna inspiracja legendarną „Dziewczyną z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma?), poznajemy i to całkiem dobrze, troje młodych ludzi, Adama Kobylarskiego, jego najlepszego przyjaciela Franciszka Zięcinę i dziewczynę tego ostatniego Joannę Jagielską, jedyną osobę w tym gronie, która nie interesuje się literaturą grozy. Jej towarzysze są bezgraniczne zakochani w prozatorskim horrorze, dlatego też postanowili wykorzystać właśnie nadarzającą się okazję do spotkania ze swoimi ulubionymi pisarzami. Słyszeliście o Kfasonie? Dorocznym Krakowskim Festiwalu Grozy? Jeśli nie, to teraz usłyszycie, bo Grzegorz Kopiec promuje to wydarzenia w swoim powieściowym, nie boję się użyć tego słowa, arcydziele. Choć może w trochę przewrotny sposób... Tak czy inaczej młodzi fani literackiego horroru z Lublińca docierają na krakowski konwent, ale z niego nie wracają. Ta informacja wypływa na następnej stacji, w przestrzeni reprezentowanej przez trzydziestoparoletniego prywatnego detektywa Michała Majera, wynajętego przez rodziców zaginionych młodzieńców (matka Joanny nie wykazuje większego zainteresowania jej losem), gdy policyjne śledztwo grzęźnie w martwym punkcie. Tego, czego nie dokonała polska policja, może dokonać młody, acz mający na koncie sporo sukcesów, detektyw współpracujący z mundurowymi z Lublińca, w którym sam też mieszka. I który niebawem zawiąże współpracę z policjantką z Paryża, charakterną Christine Benoit, która niedawno, na własną rękę, rozpoczęła desperackie poszukiwania swojego siostrzeńca. Miłośnika literatury grozy...

(źródło: https://www.facebook.com/Grzegorz-Kopiec-Literacko-184961058227928/)
Mało? W takim razie poznajcie dziennikarkę lokalnej (krakowskiej) telewizji, Magdalenę Wąsat, w której odnaleźć można niektóre denerwujące cechy tego zawodowego środowiska. Kiedyś to byli dziennikarze. Nie to co teraz. Bardziej celebryci niż dziennikarze... Oczywiście uogólniam, bo w Polsce można jeszcze odnaleźć jakichś pojedynczych przedstawicieli czwartej władzy, którym daleko do pani Wąsat. Najbardziej skupionej na promowaniu samej siebie, w czym naturalnie pomagają jej portale społecznościowe, od których jest uzależniona. A teraz rozpala się w niej kolejna pasja. Wielkimi krokami zbliżające się literackie wydarzenie pod intrygującą nazwą Kfason, które Magda ma relacjonować dla telewizji, w której pracuje - ciesząc się największymi względami swojego przełożonego, ponieważ to właśnie jej program ma największą oglądalność - zachęca dziennikarkę do zapoznania się, w ramach przygotowań, z utworami wybranych pisarzy zaproszonych na tę imprezę. Duży błąd. Lepiej byłoby trzymać się od tej „przeklętej prozy” z dala. Lepiej byłoby jak ognia unikać mrocznej strony beletrystyki. Nie zakochiwać się w literackim horrorze. Bo właśnie ta niespodziewana miłość wiedzie Magdalenę ku czemuś groźnemu. To dość zastanawiające, mające w sobie coś magicznego, nienormalnego(?), nagłe, całkowite przywiązanie, właściwie uzależnienie od mrożącej krew w żyłach – na pewno Magdalenie – prozy rodzimych i zagranicznych autorów. Nadal mało? Spokojnie, na tych osiach fabularnych (trzech, bo będziemy też podglądać „zaginionych w akcji”) się nie kończy. Co jakiś czas, dużo rzadziej, autor wrzuca już nieporównanie bardziej enigmatyczne fragmenty z życia... innych. Przechodzimy przez barykadę i przyglądamy się alarmującym działaniom ludzi, których tożsamości możemy się tylko domyślać (tak, zapewne bez trudu odkryjecie niektóre z nich, ale czy wszystkie? Szczerze wątpię). Działaniom ukierunkowanym na to, czego byliśmy już świadkami. Organizacji tego, co częściowo, właściwie w maleńkim fragmencie, już dawno się przed nami odkryło. Posunięcie może i trochę ryzykowne, ale w mojej ocenie się opłaciło. Obnażenie, i to już na starcie, ułamka tajemnicy, wprost wyśmienicie mnie uwarunkowało. Wiedza o mękach przewidzianych dla nieszczęsnych wybrańców tylko wzmagała napięcie. Bo tak to poprowadzono. Bo Grzegorz Kopiec bez widocznego trudu, niby od niechcenia, potrafi zbudować, o jakże nieznośny, suspens. Położyć czytelnika na rozżarzonych węglach, a potem już tylko dociskać. Z coraz większą siłą wpychać wykrzywioną w grymasie przerażania, może nawet obrzydzenia (niedoświadczonych w prozie ekstremalnej odbiorców „Eksperymentu” wstręt bardzo możliwe, że niejednokrotnie ogarnie, i jest to zabieg jak najbardziej zamierzony, to jedna z reakcji, na których autorowi niewątpliwie zależało), twarz biednego czytelnika w (nie)przyjemnie gorące podłoże, z którego uciec niepodobna. Zaryzykuję stwierdzenie, że nawet nie będziecie tego chcieli. Na zawsze zostać w tym upiornym, nadzwyczajnym świecie! Takie marzenie autor „Eksperymentu” we mnie rozpalił. Z taką mocą rozniecił ten bezcenny ogień, że teraz pytam: jak żyć? Niewyspana (tak, Panie Kopiec, przez Pana drastycznie skróciłam czas snu), boleśnie wyrwana z plastycznego, idealnie odmalowanego, pociągająco mrocznego, świata nie-do-wiary, którym wypadałoby pochwalić się innym narodom. Wypuścić „Eksperyment” w szeroki świat, pozwolić mu wyfrunąć z gniazda, bo to na pewno się opłaci. Poza tym to trochę egoistyczne trzymać taki pisarski skarb tylko na swoim, krajowym, podwórku;) Trzeba jeszcze dodać, że Kopiec w swojej drugiej, całkiem obszernej powieści eksperymentuje też trochę ze światem snu: materia wyśniona w jakiś zagadkowy, niesprecyzowany sposób splata się z życiem na jawie, które poza tym, jak już wspomniano, stapia się ze strefą jaką znamy co najwyżej z książek i filmów. Autor wplata też w fabułę autentyczne postaci, co nas prowadzi do... do czegoś, co w niektórych może rozbudzić ambiwalentne odczucia, przynajmniej do czasu rozjaśnienia całości. Przybliżenia wszystkich szczegółów, bądź co bądź, pomysłowej intrygi wytrwale rozpracowywanej przez prywatnego detektywa z Polski i policjantkę z Francji. Oszałamiająco tajemnicze miejsce; niepojęte zjawiska zachodzące w otoczeniu zdezorientowanych protagonistów; katusze przeżywane przez nic nierozumiejących, starannie wybranych nieszczęśników; zakapturzone postacie działające w imię jakichś wyższych, przynajmniej w swoim mniemaniu, celów; frapujące sny; efektywne zderzenia fikcji z rzeczywistością. I zaskakujące zwroty akcji. I gęsta, przygniatająca atmosfera zdefiniowanego, ale i niedookreślonego, nadnaturalnego niebezpieczeństwa. I skąpana we krwi klaustrofobiczna pułapka. I trzymające w napięciu, interesujące śledztwo prowadzone przez ciekawe, niepowierzchownie przedstawione osobowości. To samo zresztą można powiedzieć o wszystkich ważniejszych postaciach. I w ogóle o całym tym świecie przedstawionym. „Eksperyment” to w mojej ocenie horror idealny. Dzieło kompletne.

Mamy to! Mamy kolejne mistrzowskie pióro na polskim podwórku. Kolejnego wspaniale rokującego powieściopisarza, specjalistę od grozy wszelakiej. Tak czułam, że „Eksperyment” od Grzegorza Kopca to będzie Coś. Najbardziej wyczekiwana przeze mnie tegoroczna publikacja i zero rozczarowania. Wręcz przeciwnie: wiele sobie obiecywałam, ale bez przesady. Żeby aż tak? Nie, na tak wysoką jakość to bym się nie odważyła nastawiać. Z doświadczenia wiem, że mniej mi potrzeba do pełnego zadowolenia. Powiedzieć więc, że zachłysnęłam się tym dziełem, to nie powiedzieć nic. Zachwyt? Mało. Ekstaza? Bliżej, ale to też jeszcze nie to. Brakuje mi słów do oddania tego doświadczenia. W każdym razie „Eksperyment” dopisuję do nieobszernej listy moich ulubionych polskich powieści grozy, a pana Grzegorza Kopca do listy osób najpilniej śledzonych:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


niedziela, 13 czerwca 2021

„Obecność 3: Na rozkaz diabła” (2021)

 

W 1981 roku w mieście Brookfield w stanie Connecticut demonolodzy Ed i Lorraine Warrenowie dokumentują egzorcyzm ośmioletniego Davida Glatzela. W pewnym momencie interweniuje chłopak jego siostry Debbie, Arne Cheyenne Johnson, oferując demonowi swoje ciało. Ed doznaje ataku serca, ale zanim straci przytomność, zauważa, że nadnaturalny wróg skorzystał z propozycji młodego mężczyzny. Demonolog trafia do szpitala, a życie Debbie, Arnego i Davida na pozór wraca do normalności. Po wybudzeniu się ze śpiączki Ed natychmiast informuje Lorraine, że demon, który dręczył Davida teraz posiadł ciało Arnego. Lorraine próbuje zapobiec spodziewanej tragedii, ale jest już za późno: ginie człowiek, a Arnemu zostaje przedstawiony zarzut zabójstwa. Za radą Eda i Lorraine obrończyni Johnsona domaga się uniewinnienia swojego klienta argumentując wniosek opętaniem przez demona. To pierwszy taki przypadek w Stanach Zjednoczonych, ale żeby oskarżony miał jakąś szansę, doświadczeni demonolodzy muszą pozyskać dowody, które przekonają ławę przysięgłych do jego wersji wydarzeń.

Długo wyczekiwana kontynuacja „Obecności” i „Obecności 2” Jamesa Wana i zarazem ósma filmowa cegiełka franczyzy funkcjonującej pod nazwą „The Conjuring Universe”. Twórca poprzednich części „Obecności”, z powodu innych zobowiązań, nie mógł podjąć się reżyserowania tej produkcji, ale namaścił Michaela Chavesa, ponieważ zaimponował mu on swoją pracą nad „Topieliskiem. Klątwą La Llorony” z 2019 roku, jednego z horrorów wchodzących w skład „The Conjuring Universe”. Scenariusz „Obecności 3: Na rozkaz diabła” (oryg. „Conjuring 3: The Devil Made Me Do It”) napisał natomiast David Leslie Johnson-McGoldrick, scenarzysta między innymi „Sieroty” (2009), „Dziewczyny w czerwonej pelerynie” (2011) i współscenarzysta „Obecności 2”, historię obmyślając wspólnie z Jamesem Wanem i w oparciu o autentyczną sprawę z lat 80-tych XX wieku – oskarżony o zabójstwo Alana Bono, Arne Cheyenne Johnson do obrony w sądzie wykorzystał argument opętania przez demona. W sprawę zaangażowani byli znani demonolodzy, małżeństwo Ed i Lorraine Warrenowie. Gerald Brittle z pomocą Lorraine (i tego już w filmie nie zobaczymy) opisał ten przypadek w książce zatytułowanej „The Devil in Connecticut”, pierwotnie wydanej w 1983 roku, która bardzo nie spodobała się rodzinie Glatzelów. Z wyjątkiem Debbie Glatzel, która przez cały czas wierzyła w opętanie swojego ukochanego przez demoniczną istotę. David Glatzel i jego brat Carl Jr. oskarżyli autora i wydawców „The Devil in Connecticut” o zniesławienie, nadużycie i celowe dokładnie im cierpienia emocjonalnego. Carl Glatzel stwierdził, że historia opętania Arnego Johnsona była mistyfikacją wymyśloną przez Warrenów, że samozwańczy demonolodzy wykorzystali do własnych celów chorobę psychiczną jego brata, Davida, którego na dodatek w problematycznej książce przedstawiono (w jego interpretacji) w złym świetle, ponieważ nie wierzył w teorię Warrenów na temat swojego przypadku. „Obecność 3: Na rozkaz diabła” to drugi film fabularny oparty na tej głośnej historii – pierwszy był „The Demon Murder Case” (pol. „Morderczy demon”), horror telewizyjny w reżyserii Williama Hale'a. Budżet trzeciej części „Obecności” oszacowano na około trzydzieści dziewięć milionów dolarów, a film kręcono w Atlancie w stanie Georgia. Premierę zaplanowano na rok 2020, ale na ekrany kin film wszedł dopiero w drugim kwartale roku 2021 roku. Powód? Oczywiście pandemia COVID-19.

Twórca „Topieliska. Klątwy La Llorony” bierze się za „Obecność”. Czy to mogło się udać? Ojciec franczyzy „The Conjuring Universe”, James Wan, nie miał wątpliwości, że tak. Że Michael Chaves, czuje ten mroczny świat jak mało kto, co według niego udowodnił we wspomnianym „Topielisku”. Dla mnie natomiast poprzednie pełnometrażowe dzieło Chavesa było głównym powodem do obaw o „Obecność 3: Na rozkaz diabła”. Pocieszała mnie jednak informacja, że James Wan czuwa nad tym projektem - jeden z producentów filmu i doradca przynajmniej scenarzysty Davida Lesliego Johnsona-McGoldricka oraz reżysera. W tym była nadzieja i przez chwilę naprawdę wydawało mi się, że ten seans dostarczy mi, może już niekoniecznie tak dobrej rozrywki jak poprzednie odsłony serii, ale jakiejś dostarczy. Zaczynamy od motywu, który zwykle następuje na końcu, czyli od egzorcyzmów przeprowadzanych tym razem na ośmioletnim chłopcu, Davidzie Glatzelu. Mamy rok 1981, jesteśmy w mieście Brookfield w stanie Connecticut i przyglądamy się „wybuchowym” zmaganiom z demoniczną istotą tkwiącą w ciele małego chłopca, który w pewnym momencie wygina swoje ciało pod nieprawdopodobnymi kątami. I nie jest to efekt komputerowy, nim wspomożono się jedynie do „podmianki głowy” (wklejenie głowy Juliana Hilliarda, odtwórcy roli Davida w odpowiednie miejsca) – cała reszta, to wyśmienity popis zaledwie dwunastoletniej akrobatki. W tym pierwszym „rozdziale” „Obecności 3” znajdziemy też wyraźny hołd dla „Egzorcysty” Williama Friedkina: ksiądz po wyjściu z samochodu spoglądający na mroczny dom wyrastający tuż przed nim. Michael Chaves chciał, żeby ta odsłona popularnego cyklu horrorów nadprzyrodzonych była swego rodzaju listem miłosnym do niektórych kultowych filmów grozy, a najczęściej, wedle jego słów, korespondowano tutaj z „Zemstą po latach” Petera Medaka. Otwarcie „Obecności 3” (które potem robi się nieomal nieznośnie efekciarskie – eh ten huragan) to prognostyk jednego z głównych założeń filmowców. Tym razem miało być przewrotnie. Dość już tych nawiedzonych domów, dość klasycznych opętań jednostek przez jakąś demoniczną istotę, dość standardowych egzorcyzmów na koniec. Teraz będzie nieprzewidywalnie... bardziej w stylu „Z Archiwum X”. Jeśli komuś dotychczas nie przyszło na myśl łączyć Eda i Lorraine Warrenów z Foxem Mulderem i Daną Scully, to teraz jest na to szansa. Ten trop w wypowiedziach dla mediów podsunął sam Michael Chaves, ale naprawdę nie potrzebowałam jego wskazówek, żeby w myślach wiązać naszych dzielnych demonologów z tamtym kultowym duetem. Oprawa wizualna, otoczka vintage nie zawodzi. Klimat lat 80-tych XX wieku przywoływany przez ekipę „Obecności 3”, na moje oko, pokrywa się z atmosferą wypracowaną w poprzednich cegiełkach „Obecności”. Oprawa praktycznie ta sama, ale w moim odczuciu niewiele z tego wynika. W przeciwieństwie do Jamesa Wana, Michael Chaves nie poświęca zbyt wiele uwagi budowaniu napięcia. W każdym razie twórcy „Obecności 3” narzucili sobie dużo większy pośpiech. Bo tyle rzeczy trzeba było pokazać... Oj, czego tu nie ma? Opętanie przed demoniczną istotę, UWAGA SPOILER klątwa, a więc i przeklęte przedmioty i okultystyczne rytuały, a więc i satanistka, która oczywiście zaprzedała duszę piekielnej jednostce, zombie KONIEC SPOILERA, magiczny pył i wiadomo, nieodłączne wizje Lorraine Warren, którym poświęcono więcej miejsca niż w poprzednich odsłonach. Czekałam jeszcze na kosmitów.

Skrótowy opis fabuły „Obecności 3” kazał mi przygotować się na swego rodzaju powtórkę z
„Egzorcyzmów Emily Rose” Scotta Derricksona. Na „uczestniczenie” w rozprawie sądowej, w której podniesiono kwestię opętania przez, tym razem tylko jedną, demoniczną istotę. Szczerze mówiąc, to bym wolała. Zamiast rozpędzonych do granic możliwości perypetii Eda i Lorraine Warrenów, przeplatanych udręką przebywającego w areszcie, oczekującego na werdykt ławy przysięgłych, Arnego Johnsona - przekonująca kreacja Ruairiego O'Connora, któremu partneruje Sarah Catherine Hook, jako Debbie Glatzel, która jeszcze mocniej przykuła moją uwagę. Aż pożałowałam, że nie poszerzono jej roli. Ale za to uwielbiana przeze mnie Vera Farmiga dostała trochę większe pole do popisu niż w poprzednich odsłonach „Obecności”. Nie mogę powiedzieć, że nareszcie wyszła z cienia Patricka Wilsona, czyli filmowego Eda Warrena, bo raczej nigdy w nim nie była, ale trudno nie zauważyć, że w tej części jej niezwykłe zdolności potraktowano z większym rozmachem. W tym śledztwie dar albo przekleństwo Lorraine (różnie można na to patrzeć, ona sama jednak uważa, że to podarunek od samego Boga Wszechmogącego) właściwie jest elementem kluczowym. Bez niego bohaterowie zapewne nie odkryliby tego, co ku mojemu rozczarowaniu (to jedna z tych rzeczy, która ma zaskoczyć fanów serii), potem odkryli. Dla mnie „Obecności 3: Na rozkaz diabła” Michaela Chavesa jest kolejnym dowodem, że odstępstwa od reguł, silenie się na coś innego, zwykle bardziej ciągnie w dół niż w górę. W każdym razie do mojego serca zdecydowanie nie jest to najlepsza droga – z takich filmowych spotkań częściej wychodzę poturbowana niż podbudowana. Wolę prostotę poprzednich historii (mowa o samych tekstach), można powiedzieć bardziej klasyczne podejście do nadnaturalności, do materii paranormalnej od tego... pomieszania z poplątaniem. W sumie stawiając scenariusz Davida Lesliego Johnsona-McGoldricka na szerszym płótnie, wybiegając wzrokiem poza markę „Obecności”, to najpewniej dojdzie się do wniosku, że ani to zbyt skomplikowane, ani tym bardziej wyszukane. Motywy, jakie przewijają się w omawianej produkcji to już tradycja. Tak zresztą miało być i absolutnie nie czyniłabym z tego zarzutu, gdyby było... po staremu. Nie, co do zasady, bo żeby było jak było, selekcja „pomysłów” pewnie byłaby niesmutną - nie dla mnie - koniecznością. Michael Chaves obiecywał solidną podstawę familijną, zadowalający wgląd w codzienność kolejnej rodziny zderzającej się z nieznanym. Zmagającej się z jakąś złowrogą tytułową obecnością. Istotą, siłą, przynależącą do innego, straszliwego świata. Nie mogę powiedzieć, że reżyser „Obecności 3” słowa nie dotrzymał, ale w swojej naiwności liczyłam na „rodzinny portret” rozmiarami, jakością zbliżony do portretu Perronów (których w tutejszym scenariuszu wspomniano) i Hodgsonów. A tu przebieżka i po sprawie. I przenosi się za kratki nasz nieszczęsny Arne Cheyenne Johnson, młody mężczyzna bez pamięci i z wzajemnością zakochany w Debbie Glatzel, starszej siostrze chłopca, którego Arne z ogromnym poświęceniem uwolnił od demonicznej istoty, która parę miesięcy wcześniej zagnieździła się w jego ciele. I już rozpoczyna się pogoń znanych wojowników bożych, demonologów współpracujących z Kościołem, za dowodami świadczącymi na korzyść młodzieńca, któremu przedstawiono zarzut zabójstwa, za co grozi mu – tego domaga się prokuratura – kara śmierci. Lorraine i Ed Warrenowie wierzą, że ocalić może go jedynie prawda. A prawda jest taka, że to nie Arne tylko demon, który przejął władzę nad jego ciałem dopuścił się zarzucanej Johnsonowi zbrodni. Sprawa wydaje im się oczywista, ale poszukując czegoś, czegokolwiek, co przekonałoby ławę przysięgłych do wersji przedstawionej przez pełnomocniczkę Arnego, natrafiają na coś, co zmusza ich do zmiany postrzegania sprawy, w którą zaangażowali się jeszcze przed zatrzymaniem Johnsona. Mamy w „Obecności 3” mnóstwo zawsze nieskutecznego, w moim poczuciu niezmiennie błędnie wyliczonego w czasie, buu! Najgorsze było jednak to, że żadna z tych i innych sekwencji „straszących” nie była poprzedzana staranniejszym, dłuższym budowaniem napięcia. Nie ma tutaj większej dbałości o odpowiednie podłoże emocjonalne, nie czułam tego dreszczyku, jaki znajduję w pierwszej i drugiej części „Obecności”. I poza wspomnianym wyginaniem ciała opętanego chłopca (przez nieopętaną dziewczynkę) właściwie nie wypatrzyłam tutaj niczego godnego zapamiętania. Może poza jedną akcją (wcieloną do trailera, zajawki filmu pokazywanej również w telewizji) z Johnsonem i przemawiającą do niego widmową postacią, sfinalizowaną atakiem przez dość upiorną postać. Może. Tak czy inaczej, miło było popatrzeć na Verę Farmigę. Zresztą na Patricka Wilsona również. Dobrą decyzją było też wykorzystanie archiwalnego nagrania (zdjęcia też są) w sekcji końcowej. Niektórzy mogą się zlęknąć wsłuchując się w ten autentyczny zapis egzorcyzmu odprawianego na małym chłopcu.

Nie moja bajka niestety, ta „Obecność 3: Na rozkaz diabła”, drugie reżyserskie wejście Michaela Chavesa w franczyzę funkcjonującą pod nazwą „The Conjuring Universe”, po moim zdaniem nieudanym „Topielisku. Klątwie La Llorony”. Co prawda spodziewałam się więcej niemile widzianych (mówię o sobie) efektów komputerowych, ale za to dostałam więcej niż „ustawa przewiduje” prymitywnych jumperów. I „poszarpaną”, fragmentaryczną narrację – skaczemy to tu, to tam – oraz takie pomieszanie koncepcji, dobrze znanych fanom gatunku składników, że na mnie odniosło to skutek odwrotny do zamierzonego. Paradoksalnie zamiast wzbogacać fabułę, takie nagromadzenie sprawdzonych motywów tak jakby odzierało ten film z treści. Jakby brakło pomysłu na tę historię. Chwytamy się wszystkiego, co się nawinie, miast szukać niekoniecznie oryginalnego, niekoniecznie zawiłego, ale chociaż skrupulatnie położonego toru, po którym moglibyśmy bez narzucania szaleńczego tempa, poprowadzić naszych kochanych Warrenów. Mniej znaczy więcej, co dobitnie pokazały (przynajmniej jeśli chodzi o samą treść) poprzednie dwie odsłony „Obecności” nakręcone pod dyrekcją Jamesa Wana. Oprawa wizualna, aktorstwo i... niewiele więcej dla siebie w tym trzecim spotkaniu z jakąś wrogą obecnością, znalazłam. Ale film i tak skazany jest na sukces, więc... więc muszę się porządnie przygotować, uzbroić mentalnie, na spotkanie z „Obecnością 4”, bo nie mam najmniejszych wątpliwości, że ciąg dalszy nastąpi.

piątek, 11 czerwca 2021

Anne Mette Hancock „Ostrze”

 

Kopenhaga. W 2013 roku adwokat Christoffer Mossing zostaje zamordowany we własnym domu, a głównej podejrzanej, Annie Kiel, udaje się zbiec. Parę lat później dziennikarka Heloise Kaldan dostaje od Anny zagadkowy list, który skłania ją do przyjrzenia się jej sprawie. Wygląda na to, że Anna dobrze ją zna, choć Heloise mogłaby przysiąc, że nigdy nie rozmawiała z domniemaną zabójczynią prawnika wywodzącego się z wpływowej duńskiej rodziny. A teraz jej życie jest zagrożone. Dziennikarka zawiązuje współpracę z prowadzącym śledztwo w sprawie śmierci Christoffera Mossinga, starszym aspirantem Erikiem Schäferem, który po długim wyczekiwaniu wreszcie dostał kolejną szansę na schwytanie Anny Kiel.

Ostrze” (oryg. „Ligblomsten”, ang. „The Corpse Flower”) to bestsellerowa debiutancka powieść duńskiej dziennikarki Anne Mette Hancock, która swoją premierę miała w 2017 roku i otrzymała nagrodę Duńskiej Akademii Kryminalnej. Hancock zaczęła pisać „Ostrze” w roku 2015, a inspirację przyniosło jej dość prozaiczne wydarzenie, do którego doszło podczas letnich wakacji w małej miejscowości we Francji. Na placu targowym późniejsza autorka „Ostrza” w pewnym momencie zauważyła, że przygląda jej się jakaś kobieta. Z lekkim zdziwieniem, tak jakby ją rozpoznała, ale nie potrafiła jej umiejscowić. Okazało się, że to jej znajoma z dzieciństwa, ale to przypomniało Hancock o uciekającej przed czymś kobiecie, która zostaje rozpoznana w małym miasteczku w Prowansji, o której gdzieś czytała albo widziała w jakimś filmie. Na początku pisanie szło Hancock nader opornie, bo traktowała to jako swego rodzaju zajęcie dorywcze. Po namyśle zrezygnowała więc ze stanowiska kierownika ds. PR w sieci restauracji należącej do jej brata i zajęła się pisaniem na pełen etat. Bez trudu znalazła wydawcę dla swojej pierwszej książki, która otwarła poczytną kryminalną serię z dziennikarką Heloise Kaldan i starszym aspirantem Erikiem Schäferem (prawa do jej sfilmowania zostały już sprzedane), w skład której dotąd weszły jeszcze wydany w 2018 roku „Mercedes – snittet” i „Pitbull”, który swoją światową premierę miał mniej więcej dwa lata później.

Urodzona i obecnie mieszkająca w Danii (wiele lat spędziła za granicą, między innymi w Los Angeles, Londynie i na Florydzie, gdzie studiowała prawo, swoją drogą ma też licencjat z historii i wykształcenie – doświadczenie też – dziennikarskie), tuż obok Kościoła Marmurowego, czyli Kościoła Fryderyka w Kopenhadze, a więc w sąsiedztwie Heloise Kaldan, Anne Mette Hancock, Autorka Roku 2018 według Bogforum, w „Ostrzu” proponuje nam niezbyt zawiłą, acz nielicho grającą na emocjach sprawę, w którą zostaje wmieszana trzydziestoparoletnia dziennikarka pracująca dla gazety „Demokratisk Dagblad”. Heloise Kaldan, bo o niej mowa, zajmuje się głównie tematami gospodarczymi, ale na początku książki zostaje niejako zmuszona do zbadania swego czasu bardzo głośnej sprawy kryminalnej. Skłania ją do tego zagadkowy list od Anny Kiel, albo kogoś, kto z jakiegoś sobie tylko znanego powodu się pod nią podszywa. Pod psychopatkę - przepraszam, osobowość dyssocjalną – która przed paroma laty, jak wszystko na to wskazuje, z zimną krwią zasztyletowała wziętego adwokata Christoffera Mossinga i... słuch po niej zaginął. Ukryła się gdzieś poza granicami Danii, ale teraz (zakładając, że to ona) odezwała się do kobiety, która zarzeka się, że nigdy jej nie poznała. Anna najwyraźniej zna jednak ją, Heloise Kaldan, kobietę, którą w domyśle wybrała do opowiedzenia jej historii. Sęk w tym, że zamiast normalnie z nią porozmawiać, Kiel wysyła głównej bohaterce „Ostrza” zawoalowane wiadomości, słabo czytelne wskazówki, które Kaldan musi rozpracować, chcąc dotrzeć do poszukiwanej przez policję kobiety. Albo kogoś, kto tylko się za nią podaje. Tajemniczego osobnika, z jakiegoś powodu wciągającego dziennikarkę w śmiertelnie niebezpieczną intrygę, którą już parę lat wcześniej zainteresował się policjant z kopenhaskiego wydziału zabójstw, starszy aspirant Erik Schäfer. Gardzący tak zwaną poprawnością polityczną – w każdym razie w tak ekstremalnym, daleko posuniętym wydaniu, jaki zapanował w jego rodzimej Danii. Schäfera w ogóle wiele rzeczy irytuje. Irytują go leniwi, opryskliwi urzędnicy, których w tym socjalistycznym kraju sporo się namnożyło. Irytuje go litościwy kodeks karny i system penitencjarny. Zabijesz, zgwałcisz, a w nagrodę dostaniesz kilkuletni darmowy pobyt w „luksusowym hotelu”. Anne Mette Hancock w „Ostrzu” nie zajmuje twardego stanowiska odnośnie duńskiego systemu karnego. Zaprasza nas do dyskusji, przedstawia dwie strony „owego sporu”, rożne poglądy na tę kwestię, wbrew pozorom nie robiąc z Schäfera największego przeciwnika łagodnego obchodzenia się z brutalnymi przestępcami przez duńskie władze święcie wierzące – albo tylko udające, trudno bowiem zgadnąć, co dany polityk naprawdę myśli – w skuteczność i zasadność resocjalizacji. A ofiary i ich bliscy? Chciałabym móc powiedzieć, że historia wymyślona przez Hancock na potrzeby jej debiutanckiej książki, wydawała mi się mało prawdopodobna, że takie rzeczy to nie w tym cywilizowanym świecie... Łatwo się domyślić, do czego to wszystko nas zaprowadzi (choć raczej nie we wszystkich potwornych szczegółach), ale najpierw wraz z bohaterami „Ostrza” przyjrzymy się, jak na kryminał, dość pospolitym aspektom głośnej sprawy zabójstwa w Kopenhadze. Tak czy inaczej, w niezbyt emocjonujący dla mnie sposób rozwijało się to dziennikarskie śledztwo wdrożone przez naszą Heloise Kaldan. Sympatyczną postać, którą przypuszczalnie coś łączy ze zbiegłą domniemaną morderczynią, Anną Kiel. I która naraża się jakimś typom spod ciemnej gwiazdy. Pachnie przestępczością zorganizowaną, a że z zasady nie przepadam za opowieściami gangsterskimi (oczywiście są wyjątki), za wątkami mafijnymi, to trudno się dziwić rozczarowaniu, jakie mnie ogarnęło z chwilą wejścia Kaldan na to niebezpieczne terytorium. Gdy już nabrałam pewności, że w sprawie aktualnie badanej przez Heloise swoje brudne rączki maczają gangsterzy na usługach pewnego zamożnego człowieka mieszkającego w Danii. Hancock nie ukrywa jego nazwiska, dość szybko ujawnia tę informację, ale nie daje nam jeszcze pewności, co do jego ewentualnej winy. Czy podejrzenia, a właściwie pewność policjanta Erika Schäfera, że ten człowiek kieruje jakimiś ciemnymi sprawkami, są słuszne? A jeśli tak, to jaki to ma związek ze śmiercią Christoffera Mossinga i zagadkową działalnością jednostki, która podpisuje się jako Anna Kiel? Działalnością, która chcący czy nie, wciąga dziennikarkę Heloise Kaldan na istne pole minowe. Każdy jej ruch może być obserwowany. Przez człowieka bądź ludzi gotowych się jej pozbyć, gdy odkryje za dużo.

Wszyscy […] mamy mózgi wyprane przez społeczeństwo, które każe nam uznawać, że jedno jest zupełnie normalne i społecznie akceptowalne, a drugie pod względem moralnym znajduje się na równi z defraudacją i nieumyślnym spowodowaniem śmierci.”

Prosty styl – krótkie, niezbyt treściwe zdania, dla mnie trochę za dużo (choć obiektywnie pewnie nie ma tego aż tak wiele) kolokwializmów wprowadzonych czy to przez samą autorkę, czy tłumaczkę, Edytę Stępkowską – nie jestem w stanie tego rozsądzić – i zbyt mało spowolnień akcji. To znaczy wolałabym, żeby Anne Mette Hancock trochę więcej miejsca przeznaczyła na pogłębienia portretów psychologicznych przynajmniej najważniejszych postaci i nieco uszczegółowiła krajobraz Kopenhagi i nie tylko, bo trzeba wspomnieć, że niektóre miejscówki sobie wymyśliła. Tego chyba najbardziej mi brakowało. Tego specyficznego skandynawskiego ducha, tej charakterystycznej atmosfery (chłód, ponurość w pewnym sensie w pocztówkowej scenerii), która, jak mniemam, ożyłaby na kartach „Ostrza”, gdyby tylko Hancock przelała więcej słów, poświęciła więcej uwagi otoczeniu, w jakie wrzucała swoje postaci na tej wyboistej drodze ku prawdzie. Jeśli zaś chodzi o bohaterów, to pomimo językowej oszczędności Hancock - przypomnijmy w „Ostrzu” dopiero stawiającej pierwsze kroki w powieściopisarstwie, bliskiej przyjaciółki Katrine Engberg, „wspólniczki w zbrodni”, autorki między innymi literackiej serii kryminalnej z policyjnymi śledczymi Jeppem Kørnerem i Anette Werner – dobrze się czułam przy ich boku. Mimo wszystko nawiązała się pomiędzy nami wieź, jak to się mówi nadawaliśmy na tych samych falach. Bo i w Heloise i tym bardziej w Eriku odnalazłam, że tak to górnolotnie ujmę, kawałki siebie. Wściekły na cały świat Schäfer – na system, na wszelkiej maści zwyrodnialców, którym udaje się unikać w pełni zasłużonej kary, na biurokrację, na miejscami tak przesadną, że aż ocierającą się o absurd tak zwaną poprawność polityczną (Hancock uświadomiła mi, że określenie „psychopata” jest już niemile widziane – wierzcie lub nie, ale tego jeszcze nie słyszałam; poza tym dzięki niej poznałam coś, co się zowie trupim kwiatem) – oraz niedopuszczająca do siebie zbyt wielu ludzi, mająca problemy z zaufaniem Kaldan... No jakże bym mogła nie zrozumieć tej dwójki? Nie czuć się komfortowo w takim towarzystwie? O tyle, o ile. Bo to w końcu kryminał i jak się okazuje jeden z tych, który uderza w nader ciężką materię. Hancock celuje w problematykę... Nie, powinno być: zadręcza odrażającymi, ohydnymi obrazami, które we mnie osobiście budziły zarazem czystą wściekłość, jak przygniatający smutek. Łzy poleciały. Aż się druk rozmazywał przed oczami, bo jakoś nie pomyślałam o tym, żeby zrobić sobie przerwę na dojście do siebie. Przerwę od tego koszmaru, do którego w końcu dojdą nasi wytrwali bohaterowie, przy czym nietrudno zauważyć, że determinacja Heloise Kaldan słabnie na skutek realnego zagrożenia, jakie sprowadza na nią Anna Kiel, czy niezidentyfikowana osoba, która się pod nią podszywa. Ta historia zmieniła wszystko. Przewidywałam coś w tym rodzaju – nie czytaj: nie kryło przede mną „Ostrze” żadnych większych niespodzianek, bo parę zaskoczeń przeżyłam, jedno jeszcze przed wspomnianym koszmarem – ale żeby aż tak... Nie miałam powodów zakładać, że Anne Mette Hancock zdobędzie się na taką bezkompromisowość, że pójdzie w takie skrajności i nie ograniczy się jedynie do aluzji, że podrzuci tak dokładne omówienie historii, którą spokojnie można by nazwać „z życia wziętą”. Takie rzeczy się dzieją. Takie kobiety istnieją, tacy mężczyźni też. Takie potwory - a nie, to tylko ludzie! - swobodnie, przez nikogo nie niepokojone chodzą po tej ziemi. Takie jak Anna Kiel? Nie mogę powiedzieć, że Hancock dała mi materiał do przemyśleń, że musiałam się zastanowić nad... nad tym, nad czym autorka każe nam się zastanowić. Sądzę jednak, że niektórzy poczują się zobligowani do dogłębnego przemyślenia sprawy. UWAGA SPOILER Rape and revenge, a więc zemsta za doznane, i to w dzieciństwie, krzywdy. Krwawa zemsta kontra legalizm, zdanie się na łaskę bądź niełaskę legalnych sądów, tak zwanego wymiaru sprawiedliwości. Wszystkie pytania z tego wynikające: kto jest większym zbrodniarzem? Kto zasługuję na wyższy wymiar kary? I oczywiście, która droga jest lepsza, pewniejsza, bardziej satysfakcjonująca, mniej szkodliwa także dla psychiki etc.: ta za którą twardo opowiada się Heloise Kaldan, czy ta, którą wybrano już parę lat wcześniej? KONIEC SPOILERA.

Na początku różnie to bywało, ale w końcu coś konkretnego, solidniejszego się z tego wykluło. Z tego „Ostrza”, pierwszej opublikowanej powieści duńskiej autorki Anne Mette Hancock, otwierającej kryminalną serię z dziennikarką Heloise Kaldan i śledczym z kopenhaskiego wydziału zabójstw, starszym aspirantem Erikiem Schäferem. Nie muszę chyba dodawać, że dobrze zapowiadającą się serię. Warsztat, jak na mój gust, za mało plastyczny, zbyt powierzchowny. Trochę za szybko rzecz się toczy, ale jaka to rzecz! Wstrząsająca historia, której trzeba dać trochę czasu. Poczekać, uzbroić się w cierpliwość, ale tylko jeśli nie przepada się za relatywnie prostymi, nieskomplikowanymi, standardowymi, a przynajmniej niezbyt wymyślnymi zagadkami zbrodni z potencjalną mafią w tle. Ja poczekałam i nie żałuję. I czekam na polskie wydanie kolejnej mrocznej przygody nieufnej dziennikarki i bezpośredniego policjanta.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 9 czerwca 2021

Vernor Vinge „Ogień nad otchłanią”

 

Przyszłość. Ludzie z Królestwa Straumli niezamierzenie uwalniają Plagę, niszczycielską siłę z Transcendencji, kolebki superinteligentnych istot zwanych Potęgami. Naukowiec Arne Olsndot, jego żona Sjana oraz dwójka ich dzieci, trzynastoletnia Johanna i ośmioletni Jefri uciekają przed zagrożeniem, wioząc na pokładzie swojego statku kosmicznego grubo ponad setkę ludzkich dzieci znajdujących się w stanie hibernacji. Lądują na planecie zamieszkałej przez Szpony, czworonożne istoty żyjące w średniowiecznej kulturze i podzielone na dwa wrogie obozy. Jefri trafia do królestwa okrutnego manipulatora Stala, Ruchu Rzezaczystów, a Johanna zostaje przejęta przez Snycerzy, na czele których stoi łaskawa Snycerka, prawdopodobnie najinteligentniejsza reprezentantka Szponów w dziejach. Tymczasem na odległej planecie, w organizacji zawiadującej Siecią, zapada decyzja o wysłaniu na planetę Szponów małego oddziału, którego głównym zadaniem jest odnalezienie tego, na czym najwyraźniej bardzo zależy Pladze, niepowstrzymanie pustoszącej wszechświat.

Po raz pierwszy wydana w 1992 roku powieść science fiction „A Fire Upon the Deep” (pol. „Ogień nad otchłanią”) pióra amerykańskiego nagradzanego pisarza, popularyzatora koncepcji technologicznej osobliwości, Vernora Vinge'a, to pierwsza odsłona cyklu „Zones of Thought” (pol. „Strefy Myśli”). W jego skład wchodzą jeszcze pierwotnie opublikowany w 1999 roku prequel „Ognia nad otchłanią” pt. „A Deepness in the Sky” (pol. „Głębia w niebie”, zaplanowane w serii Artefakty wydawnictwa Mag aka „Otchłań w niebie”) oraz kontynuacja „Ognia nad otchłanią”, „The Children of the Sky” (w Polsce powieść ma ukazać się pod tytułem „Dzieci nieba”), która swoją światową premierę miała w 2011 roku. „Ogień nad otchłanią” w 1993 roku został uhonorowany Nagrodą Hugo w kategorii „najlepsza powieść”, którą „podzielił” z „Doomsday Book” Connie Willis. Ponadto utwór był nominowany do Nagrody im. Johna W. Campbella 1993 i Nagrody Locusa 1993 za najlepszą powieść science fiction oraz do Nagrody Nebula 1992 za najlepszą powieść. Pierwsze małe kroczki w Strefach Myśli Vernor Vinge poczynił w opowiadaniu „The Blabber”, które pierwotnie opublikowano w roku 1988. Jego uniwersum później - od roku 2008 - „pożyczała” sobie jego była żona Joan D. Vinge, tj. akcję paru swoich utworów osadziła we wszechświecie Stref Myśli.

Licząca sobie przeszło sześćset stron space opera od już emerytowanego wykładowcy matematyki (chylę czoła) i informatyki na Uniwersytecie Stanowym w San Diego, wielce zasłużonego dla gatunku science fiction autora powieści, opowiadań i esejów, Vernora Vinge'a. „Ogień nad otchłanią” przenosi nas do różnorodnego, naprawdę przebogatego świata, rozciągającego się na Drodze Mlecznej w dalekiej przyszłości. Świata, w którym niełatwo się odnaleźć – jak to często w fantastyce naukowej bywa, potrzeba czasu, żeby należycie się w świecie przedstawionym przez Vinge'a rozeznać. Najpierw autor wrzuca nas w sam środek akcji: śledzimy paniczną ucieczkę czteroosobowej ludzkiej rodziny Olsndotów z Górnego Laboratorium. Oprócz nich w statku kosmicznym jest ponad setka też ludzkich dzieci będących w stanie hibernacji. A uciekają przed zagrożeniem, które ludzkość nieświadomie sprowadziła. Z tak zwanej Transcendencji, która jak powszechnie wiadomo wydała już niejedną podobną - niezwykłą, nadzwyczaj inteligentną, przepotężną - istotę, siłę. Tym co odróżnia niechcący uwolnioną przez ludzkich naukowców Plagę od innych Potęg, to przeogromny głód niszczenia całych gatunków. Ten wątek reprezentowany jest Ravnę Bergsndot, właśnie odbywającą staż w organizacji zawiadującą Siecią – taki internet obejmujący swoim zasięgiem wiele planet. Sympatyczną młodą kobietę od dwóch lat żyjącą wyłącznie wśród przedstawicieli innych gatunków. Aż do pojawienia się Phama Nuwena, aroganckiego mężczyzny, który równie dobrze może być ostatnią nadzieją dla wszechświata, jak tajną bronią niszczycielskich sił. Rozdziały poświęcone Ravnie, Phamowi i parze Skrodników (w wielkim uproszczeniu: myślące rośliny na wózkach) obfitują od szczegółów/pojęć technicznych i informatycznych, które wymagają od czytelnika dużego skupienia – w przeciwnym razie można się pogubić w tych naukowo-fantastycznych zawiłościach. Uważne wsłuchiwanie się w objaśnienia autora powinno wystarczyć nawet kompletnym laikom, co wnoszę z własnego doświadczenia – nie trzeba zbytnio wysilać mózgownicy, żeby odnaleźć się w tym wybitnie wysoko zaawansowanym technologicznie uniwersum. Objąć rozumem przynajmniej najistotniejsze dla przebiegu fabuły trudne zagadnienia. Widać Vinge to wykładowca akademicki z powołania. Transcendencja w dużym stopniu pozostanie tajemnicą. Odkryje się przed nami jedynie w maleńkiej części, trochę więcej natomiast dowiemy się o... jej tworach? O istotach, które od dawien dawna wychodzą z tajemnej Transcendencji. Te tak zwane Potęgi nie ingerują zbytnio w sprawy innych gatunków. Bywają utrapieniem, już samą swoją obecnością zmuszają wielu do posłuszeństwa - ich nadzwyczajne, nawet w tym niezwykłym świecie, zdolności, potencjalnie nieograniczona inteligencja, sprawia, że stworzenia „niższego rzędu” przeważnie truchleją już na samą myśl o nich. Potęgi mają pewne przywileje, których zwykle nie nadużywają. Może poza Starcem, który od jakiegoś czasu przeciąża Sieć. Przełożony Ravny Bergsndot ma zamiar to ukrócić, na co, przynajmniej w swoim mniemaniu, może sobie pozwolić, bo wbrew pozorom Potęgi nie są niepodzielnymi władcami tego świata. Najwyraźniej nawet nie mają takich ambicji. Wyjątkiem jest Plaga – siła, która jednych niszczy, a innych czyni podległymi sobie. Tworzy niszczycielską armię, której główny cel jest praktycznie nieznany. Wiemy, że pozbawieni wolnej woli żołnierze Plagi podążają za Poza Pasmem II (w skrócie PPII): statkiem kosmicznym, który obiera kurs na planetę Szponów - nazwa nieoficjalna, nadana im przez nastoletnią Johannę Olsndot, jedną z kluczowych postaci „Ognia nad otchłanią”, która wraz z niejakim Wędrowcem pokaże nam tę lepszą część średniowiecznej cywilizacji, w jakiej żyją owe niezwykłe sfory.

Pojawiło się mnóstwo opowieści o wojnie i flotach bojowych, miliardach ginących w starciach gatunków. Im wszystkim – oraz żyjącym w pokoju wokół nich – sugerujemy przyjrzenie się wszechświatowi. Jego to nic nie obchodzi i nawet z całą naszą nauką zdarzają się katastrofy, którym nie możemy zapobiec. Całe zło i dobro jest prochem wobec Natury.”

Sfora to kilka elementów, fragmentów, organizmów tworzących jeden organizm. Swobodnie się rozłączający. Na kartach „Ognia nad otchłanią” znajdziemy też inne mniej i bardziej pomysłowe gatunki (bardziej to na pewno Skrodnicy), odwiedzimy parę planet i oczywiście wybierzemy się w kosmiczną potencjalnie samobójczą podróż i to niejednym statkiem, ale we mnie największy zachwyt wzbudziły właśnie Szpony. Skradły mi serce te z jednej strony bardzo osobliwe, niesamowite produkty pisarskiej wyobraźni, a z drugiej tak dziwnie swojskie, tak bardzo ludzkie... Te czworonożne istoty żyjące w błogiej nieświadomości na planecie osadzonej w tak zwanej Powolnej Strefie. Malowniczej planecie, którą Vernor Vinge, tak jak i wszystko inne, w szczegółowym, bardzo dokładnym, imponująco plastycznym stylu (ach ten rozmach!), sportretował w tym pierwszym tomie „Stref Myśli”. W tym miejscu wypada też wyróżnić – pogratulować! - pracę tłumacza, Marka Paweleca (wydanie Mag z roku 2021 w serii Artefakty), która, jak mniemam, łatwa nie była. Wracając do fabuły „Ognia nad otchłanią”. Jak już dałam do zrozumienia akcja biegnie po kilku torach, zasadza się na paru płaszczyznach, które ściśle się ze sobą łączą. Tworzą jedną spójną, dokładnie przemyślaną, fascynującą całość. Można utyskiwać na podpięcie się pod twardą, niektórzy pewnie powiedzą, wyświechtaną konwencję – kolejna kosmiczna wyprawa ratunkowo-poszukiwawcza na odległą i niewątpliwie niebezpieczną planetę zamieszkałą przez fantastyczne stworzenia – ale myślę, że nawet te osoby, które są już trochę zmęczeni, znudzeni tym konkretnym szkieletem fabularnym, docenią jego kreatywną obudowę. Cegiełki przytwierdzone do tej leciwej konstrukcji, pięknie poukładane na rzeczonym, kojarzonym chyba przez wszystkich sympatyków fantastyki naukowej, fundamencie, to coś innego. Dla mnie jak najbardziej świeżego i co ważniejsze intrygującego. Jest w tej bogatej wizji mnóstwo pomysłowych składników, jakże soczystych owoców wyobraźni uzdolnionego, i co tu dużo mówić zawstydzająco inteligentnego, Amerykanina. Owoców, które z nadludzką wręcz siłą ciągną do tego świata. Vernor Vinge to Potęga, a czytelnik jej bezwolne narzędzie. Marionetka w rękach dobrotliwej, łaskawej istoty, która wie wszystko, ale tak jak Starzec w zadowalającym stopniu nie wtajemnicza (przynajmniej nie od razu) Phama Nuwena, nasza Potęga, nasz Autor, nie dzieli się z nami całą swoją wiedzą o Transcendencji, o wszystkich nieludzkich gatunkach rozproszonych po jego wszechświecie, o ich kulturze, zwyczajach i wreszcie o samych Potęgach i... tajemnicach Sieci? Czy takowe są, trudno powiedzieć. Wiadomo za to, ze internet Vinge'a „oplata” mnóstwo planet w dużo bardziej rozwiniętej części galaktyki. Szpony mieszkają „po tej drugiej stronie”, w Powolności, w kulturze iście średniowiecznej. Jak można się tego domyślić Ludzie, którzy na początku książki nieproszeni przybędą do tej pełnej niebezpieczeństw krainy z tej bardziej rozwiniętej technologicznie strony Vinge'owskiego wszechświata, zaprowadzą w niej fundamentalne zmiany. W rozdziałach poświęconych Jefriemu Olsndotowi, jego wiernemu towarzyszowi Amidijefriemu, w skrócie Amdiemu, Stalowi i Rzezaczowi, uzyskamy wgląd w „ciemną stronę świata Szponów”. To obóz, a właściwie królestwo tych złych, którzy bezlitośnie manipulują niewinnymi stworzeniami, przekonanymi, że stoją po stronie tych dobrych. A ci dobrzy to Snycerze, do których na początku książki, bynajmniej nie z własnej nieprzymuszonej woli, trafia starsza siostra Jefriego, Johanna Olsndot. W pewnym sensie rodzeństwo walczy przeciwko sobie, bo jak by nie patrzeć każdy z nich zasila inny z wrogo nastawionych do siebie obozów ni to psów/wilków, ni to waleni. Tak Jefri, jak i Johanna są jednak przekonani, że to drugie nie żyje. Wydarzenia rozgrywające się w tej średniowiecznej rzeczywistości angażowały mnie silniej od też nielekkich przejść Ravny, Phama i ich roślinnych kompanów. Nie tylko dlatego, że pokochałam Szpony (w każdym razie Snycerzy, ze wskazaniem na Wędrowca i królową), ale również za sprawą emocjonujących gierek toczonych zarówno po tej jasnej, jak i ciemnej stronie mocy. Tak w Ruchu Rzezaczystów, jak w opozycyjnej frakcji kierowanej przez powoli już żegnającą się z tym światem Snycerkę. Vernor Vinge właściwie od początku każe nam szykować się na zbrojne starcie tych dwóch obozów, na krwawą konfrontację wojsk okrutnego Stala i niedającej się nie lubić Snycerki. I na przybycie wrogów, o których Szponom nawet się nie śniło. Wrogów, ale także sojuszników – pytanie tylko, której strony. „Ogień nad otchłanią” poza wszystkim innym każe nam zastanowić się nad przyszłością Homo sapiens, nad kształtem jaki może przybrać nasz gatunek. Ewolucja. Połączenie człowieka z maszyną. Albo z inną żywą istotą, składającą się z kilku istot. Co byście woleli? Wydaje mi się, że znam odpowiedź. Myślę, że wiem, jakie nieosiągalne (przynajmniej na razie hehe) marzenie rozbudzi w Was Vernor Vinge. To coś więcej niż wspaniała, poruszająca przyjaźń. To prawie jeden organizm. Możliwe, że przewyższający nawet Potęgi. Tożsamość osobowa, człowiek jako zintegrowana jednostka. Vinge w swoim „Ogniu nad otchłanią” przedstawia inny punkt widzenia, zmusza nas do spojrzenia na człowieka pod innym, dziwnie pociągającym kątem.

Teraz czekamy na prequel „Ognia nad otchłanią” od wydawnictwa Mag. W każdym razie ja już ostrzę sobie zęby na tę zbliżającą się niezbyt wielkimi krokami publikację (najwcześniej w grudniu 2021 roku, a to długo...). A tymczasem będę polecać pierwszą odsłonę „Stref Myśli”, „Ogień nad otchłanią” godnego pozazdroszczenia pióra Vernora Vinge'a, każdemu miłośnikowi science fiction, a już zwłaszcza opowieści spod znaku space opera (opera kosmiczna). Bo nie mam wątpliwości, że ta książka porwie prawie każdego fana gatunku. Myślę, że nawet tych co bardziej wymagających czytelników, którzy z niejednego fantastycznego pieca już chleb jedli. Ten jest taki cieplutki (tyle długich lat upłynęło od upieczenia, a nie sczerstwiał), apetycznie przyrumieniony i chrupiący, więc... Smacznego!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 7 czerwca 2021

„Wyspa mroku” (2020)

 

Dotknięty częściową amnezją Isaac przyjmuje zlecenie od swojego przyjaciela Moe Barretta. Mężczyzna ma spędzić parę dni w starym domku na niewielkiej wyspie, żeby dotrzymać towarzystwa bratanicy swojego zleceniodawcy, paranoiczce Oldze. Przez cały swój pobyt w tym miejscu Isaac musi nosić uprząż, do której przytwierdzono gruby łańcuch niepozwalający mu wejść do niektórych pomieszczeń, co wedle tłumaczeń Moe, ma zapewnić psychiczny komfort Oldze. Uwięziony w niewielkim domu z nieobliczalną kobietą i jakąś zagadkową siłą, mężczyzna, stopniowo będzie odkrywał mrożącą krew w żyłach historię tego miejsca i odzyskiwał jakiś czas temu utracone wspomnienia.

Zrealizowany za około dwieście pięćdziesiąt tysięcy funtów szterlingów brytyjski horror psychologiczny i (potencjalnie) nadprzyrodzony w reżyserii i na podstawie scenariusza debiutującego w długim metrażu Damiana Mc Carthy'ego. Najpierw były obrazy (bębniący królik-zabawka noszony przez dziewczynę z krwawiącym nosem po starym domu; brodaty mężczyzna w skórzanej uprzęży z przymocowanym do niej długim łańcuchem, spokojnie spacerujący po domu, niepróbujący wyrwać się z więzów) obrazy ożywające w wyobraźni Mc Carthy'ego, który ostatecznie zdecydował się pójść za radą jednego ze swoich ulubionych filmowców, Guillermo del Toro, i zbudować wokół nich jakąś historię. Z kręcenia krótkometrażówek trudno było mu się utrzymać, poza tym zawsze chciał, by jego pierwszy pełnometrażowy obraz podpadał pod gatunek horroru, więc dlaczego nie teraz? Wymyślił w takim razie dłuższą niż zazwyczaj historię i zaczął prosić innych o przysługi. Od dziewiątej do siedemnastej pracował na etacie, a w wolnych chwilach, minuta po minucie, popychał swój projekt do przodu. Główne zdjęcia powstały w Bantry House, zabytkowej nieruchomości, atrakcji turystycznej w Irlandii. Oczywiście w tych mniej romantycznych pomieszczeniach – zakątkach tego wiekowego budynku, na których czas wyraźniej odcisnął swoje piętno. Ale to nie zadowoliło Mc Carthy'ego. Potrzebował bardziej odpychających, w każdym razie mocno zaniedbanych pokoików, więc, z pomocą innych, takowe stworzył: sztuczny wystrój, który praktycznie nic go nie kosztował – wpadli ochotnicy i trochę się pobawili. Premierowy pokaz „Wyspy mroku” (oryg. „Caveat”) odbył się w październiku 2020 roku na IndieCork Film Festival. Obraz gościł jeszcze na paru innych festiwalach filmowych, a potem, w czerwcu 2021 roku, rozpoczęto dystrybucję w internecie (Shudder, w Polsce CDA Premium).

Wyobraźcie sobie, że jakiś mężczyzna, którego nie kojarzycie, ale który podaje się za Waszego przyjaciela, oferuje Wam trochę grosza za spędzenie paru dni w dość mocno zniszczonym, zawilgoconym domku, na małej wyspie, w celu dotrzymania towarzystwa chorej psychicznie jednostce i to na dodatek przez cały czas będąc na łańcuchu. Przyjęlibyście takie niecodzienne zlecenie? Główny bohater pierwszego długometrażowego filmu fabularnego Damiana Mc Carthy'ego, brodaty mężczyzna imieniem Isaac, ma wprawdzie obiekcje, ale ostatecznie daje się przekonać człowiekowi, któremu najwyraźniej bardzo zależy, żeby to właśnie Isaac podjął się tego zadania. Może to tylko kwestia zaufania – w końcu Moe Barrett, można powiedzieć, powierza mu życie, bezpieczeństwo swojej bratanicy – ale odbiorca „Wyspy mroku” zapewne będzie wypatrywał w tym czegoś więcej. Natychmiast uczuli się na zleceniodawcę Isaaca, już na początku filmu odezwie się w jego głowie przeraźliwie głośny alarm, na którego dotknięty amnezją bohater będzie nieomal głuchy. Nieomal, bo jak już się rzekło, Isaac ma poważne wątpliwości, gdzieś w głębi duszy niewątpliwie czuje, że coś tu jest nie tak, ale postanawia zaufać człowiekowi, z którym ponoć przed wypadkiem, w którym częściowo stracił pamięć, utrzymywał przyjacielskie stosunki. Przekonujące kreacje Bena Caplana (Isaac), Jonathana Frencha (Moe) i Leili Sykes (Olga) i... naprawdę niewielu innych - „Wyspa mroku” to w zasadzie, nie licząc jakichś pojedynczych wstawek, „teatr trzech aktorów” - w mocno klaustrofobicznej, niepięknej chatynce praktycznie odciętej od reszty świata. Dominują „jesienne odcienie pomarańczy i brązu” - takie wskazówki reżyser i scenarzysta omawianej produkcji dał odpowiadającemu za zdjęcia Kieranowi Fitzgeraldowi, w pewnym stopniu wzorując się na estetyce Guillermo del Toro. Przygaszone, „przeprane”, przybrudzone obrazki, w połączeniu z ciasną, odizolowaną (otoczoną naturalnym pięknem: przejrzysta woda wokół, bujna roślinność jeszcze bliżej; bezkresne niebo, raz czyściutkie, innymi razy poprzetykane ciężkimi, groźnymi chmurzyskami), scenerią, tworzą naprawdę duszny, przygniatający klimat dla tej raczej przeciętnej historyjki. Pomysł na uwiązanie głównego bohatera to coś, co odróżnia „Wyspę mroku” od niezliczonej ilości opowieści o przynajmniej na pozór nawiedzonych, przeklętych miejscach. Powiew świeżości (w każdym razie coś mniej pospolitego), ale i prosty sposób na podkręcenie emocji. Śmiertelnie niebezpieczna pułapka wymyślona przez Damiana Mc Carthy'ego dla jego pełnometrażowego debiutu reżyserskiego jest jak cebula. Ma warstwy-kajdany. Pierwsza: bezludna, nie licząc Isaaca i Olgi, wyspa i informacja, że nasz bohater nie potrafi pływać, boi się wody. Druga: rzeczony łańcuch niepozwalający, jak się wydaje, pozytywnej postaci, wyjść z, jak wszystko na to wskazuje, pełnej niebezpieczeństw, niewygodnej chałupki. I wreszcie trzecia, rozciągająca się w głębi umysłu Isaaca. Zagrożenie czyhające w jego wnętrzu, wracające wspomnienia, które mogą wepchnąć go w szpony szaleństwa. A wtedy albo skończy jak jego niezbyt sympatyczna towarzyszka, tymczasowa współlokatorka, albo, tak jak jej ojciec, targnie się na swoje życie. Może nawet w tym samym pomieszaniu: w piwnicy, w której podobnie jak to miało miejsce chociażby w „Horrorze Amityville Stuarta Rosenberga, odczuwalnie zbiega się, kumuluje, zła energia domu.

Intryga sklecona przez Damiana Mc Carthy'ego, zagadka rozpostarta w scenariuszu, na etapie montażu uszczupliła się o niektóre odpowiedzi. „Kierownik tego zamieszania” doszedł wówczas do wniosku, że lepiej będzie pozostawić widzowi jakieś pole do przemyśleń, zrezygnować z części (nad)gorliwych objaśnień, choćby nawet miało to skutkować jakąś grupą widzów, którzy całkowicie się w tej historii pogubią. Mc Carthy był w pełni świadom ryzyka, na jakie się porywa, zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa (niezrozumienie jego historii), na jakie wystawia swoje pierwsze długometrażowe dziełko, ale uznał, że gra jest warta świeczki, że taki zabieg może się mu bardzo opłacić. Wyliczył, że ewentualne korzyści są większe niż ewentualne straty, więc... Tak sobie myślę, nad czym tu myśleć? Według mnie sprawa jest jasna. Żadnych pytań, żadnych wątpliwości Mc Carthy mi nie zostawił. Pozostawił mnie za to z wrażeniem, że brakło mu pomysłu na zamknięcie tej opowieści. Finał „Wyspy mroku” już bardziej nie mógł mnie rozczarować. Wprawdzie już nie w tak dużym stopniu, ale w sumie, zawodzi cały szkielet fabularny wzniesiony przez tego pana. Pomijam oczywiście całą wizualną otoczkę. Bo oprawa dźwiękowa mogłaby być bardziej charakterystyczna, ale muszę pochwalić ucieczki od buu! - w odpowiednich ujęciach, nagłych wejściach w kadr kogoś lub czegoś, zwykle powstrzymywano się od tak głośnych uderzeń dźwiękiem, do jakich współczesne kino grozy zdążyło nas przyzwyczaić. Sceneria już w pełni mnie usatysfakcjonowała, włącznie z atmosferą, jaka niezmiennie jej towarzyszy. A właściwie oblepia to „opuszczone przez bogów” miejsce, do którego, już w pierwszej partii filmu, trafia nasz zagubiony bohater. Człowiek, którego jakiś wypadek ograbił z części wspomnień, i który na gwałt potrzebuje gotówki. To najpewniej główny powód, dla którego godzi się na w najlepszym razie niekomfortowe, w najgorszym śmiertelnie niebezpieczne, warunki, przedstawione mu przez Moe Barretta. Mężczyznę, który oferuje mu całkiem godziwą zapłatę za zaledwie kilka dni pracy. Generalnie nieciężkiej, bo jedyne, co Isaac musi zrobić to pomieszkać z młodą kobietą zmagającą się z ostrą paranoją, która, wedle słów Moe, nie stanowi zagrożenia dla innych. O ile ci inni nie podchodzą zbyt blisko... Barrett co prawda nie mówi tego wprost, ale największa niedogodność, na jaką godzi się Isaac, niekoniecznie ma zapewnić komfort psychiczny chorej kobiecie – dać jej pewność, że do niektórych pomieszczeń nieznajomy nie wejdzie, że niektóre pokoje będą tylko jej. Nie można wykluczyć, że łańcuch ma bardziej służyć Isaacowi niż Oldze. Zwiększyć jego bezpieczeństwo, bo gdyby się zapomniał i podszedł do bratanicy swojego znajomego... Historia tego przeklętego zakątka, historia rodzinna, wspomnienia stopniowo napływające do Isaaca, cały ten, bądź co bądź, niezbyt zawiły, dość prosty, nieodkrywczy, scenariusz, aż prosiło się trochę wzbogacić. Coś dodać, już niekoniecznie oryginalnego (całkiem konwencjonalna to opowieść o przynajmniej rzekomo nawiedzonym domu i/lub o ewentualnym osuwaniu się jednostki w otchłań szaleństwa, w której, jak wszystko na to wskazuje, tkwi inna tymczasowa lokatorka tej feralnej nieruchomości) i może co nieco pozmieniać, bo wielkiego zainteresowania sam ten tekst jakoś we mnie nie rozbudził. Niewiele dialogów, sporo samotnych wędrówek Isaaca po aż-ciarki-przechodzą-domu. Trochę zwiedzania, trochę odpoczywania. Przynajmniej przez jakiś czas „nienormalnie” rzadkie kontakty z Olgą i też może niezbyt częste, ale jakże skuteczne, zderzenia z nieznanym. Nocne przejścia z upiornym obrazem wiszącym w klitce, w której Isaac sypia (klitce tak brudnej i obdrapanej, jak prawie wszystkie inne pomieszczenia w tym przeklętym domu – pokój Olgi jest trochę bardziej zadbany, ale nie nazwałabym go jeszcze przytulnym); właściwie wszystkie sceny z zabawką wyobrażającą królika, która... właściwie już w prologu można się domyślić, na czym polega rola owego przedmiotu; charakteryzacja czy to ducha, czy to trupa, powiedzmy, upiora przemykającego po domu, a czasami tylko nieznacznie zmieniającego swoje położenie. Scena, w której Isaac próbuje wyciąć sobie wejście do głównej piwnicy to zdecydowanie jedna z najmocniej trzymających w napięciu – prawie nie do wytrzymania – sekwencji, jakie w ostatnich latach w horrorze miałam przyjemność zobaczyć. Przeżyć. W ogóle uważam, że Damian Mc Carthy do perfekcji opanował niełatwą przecież sztukę budowania emocjonalnego napięcia na oszczędnych podstawach. Niby niewiele się dzieje, a jak już, to obiektywnie rzecz biorąc, środki są bardzo oszczędne, niewymyślne... zwyczajne. Zwyczajny mroczny obraz (nie)wiszący w sypialni Isaaca. Minimalistyczna, genialna w swojej prostocie, charakteryzacja aktorki. Zwyczajna zabawka, a straszy. We mnie w każdym razie budziła niemały dyskomfort, jakoś tak nieswojo mi się na jej widok robiło. I, co ciekawe, jednocześnie nachodziło mnie coś w rodzaju instynktu opiekuńczego – zupełnie jakbym żywe zaniedbane zwierzątko miała przed sobą. Nadnaturalne zagrożenie, niezdefiniowana groza, ale i bardziej przyziemne niebezpieczeństwa i na zewnątrz, i wewnątrz, w głowie bohatera. Klaustrofobia, paranoja, alienacja, brud, mrok, coś na pograniczu depresji, zagubienie, zaszczucie, wszystko to Mc Carthy „na swojej wyspie” pomieścił. Szkoda tylko, że nie zmieścił więcej treści, nie wymyślił czegoś bardziej pobudzającego, nie skonstruował bardziej angażującej fabularnej otoczki. Albo po prostu inaczej nie poukładał tego, czym dysponował.

Wyspa mroku”, niskobudżetowy brytyjski horror psychologiczny i przynajmniej na pozór nadnaturalny od debiutującego w pełnym metrażu reżysera i scenarzysty, Damiana Mc Carthy'ego, to materiał... wielce obiecujący. Jeśli ten pan zostanie w światku horroru, to podejrzewam, że prędzej czy później zacznie wypuszczać prawdziwe petardy. Trzeba tylko doszlifować pióro lub poszukać współpracy z innymi scenarzystami. Takimi, którzy mają do sprzedania lepsze (przynajmniej z mojego punktu widzenia), bardziej pasjonujące, wciągające historie. Ale klimat... Dla samego klimatu warto było obejrzeć „Wyspę mroku”. Dla tego nieznośnego napięcia, dla tych barw, dla tego wystroju. I jeszcze dla łańcucha, dla króliczka, dla ruszającego się obrazu i dla mrocznej pani. Kameralna, niesamowicie klimatyczna produkcja, która w moim poczuciu zawodzi na gruncie fabularnym. Niemniej już nie mogę się doczekać następnego grozowego występu Damiana Mc Carthy'ego. Oby nastąpił.

sobota, 5 czerwca 2021

Zapowiedź: Clive Barker „Księgi krwi I-III”

 
Autor: Clive Barker
Tytuł oryginału: Books of Blood
Oprawa: twarda
Data wydania: 25.06.2021
ISBN: 978-83-66712-07-2
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 560
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski, 
Paulina Braiter, 
Wojciech Szypuła, 
Robert Waliś, 
Anna Studniarek

Zbiór opowiadań grozy Clive'a Barkera to dla czytelników okazja, by na nowo odkryć prawdziwe znaczenie słowa „strach".

Wszystkie nasze ciała to księgi krwi: Gdy nas otworzyć, widać czerwień.”

Wydanie „Ksiąg krwi” z dnia na dzień uczyniło z Clive'a Barkera sensację literackiego świata.

Błyskotliwy zbiór niepokojących, upiornie poruszających opowiadań dowodził mrocznego talentu porównywalnego z geniuszem Poego i de Sade'a. Stephen King nazwał Barkera, zdobywcę British Fantasy Award i World Fantasy Award, „przyszłością horroru".

W licznych bestsellerach i powieściach graficznych, a także kasowych filmach takich chociażby jak cykl „Hellraiser”, Clive Barker wypracował sobie własną, niepowtarzalną markę w świecie horroru. Jego działający na wyobraźnię, niezwykle obrazowy styl wprowadził „Księgi krwi” do klasyki gatunku, a jemu samemu dał miano pisarza kultowego.

Źródło: https://www.mag-sklep.pl/

piątek, 4 czerwca 2021

„Sanktuarium” (2021)

 

Skompromitowany dziennikarz Gerry Fenn przybywa do miasteczka Banfield w stanie Massachusetts, aby przyjrzeć się obiecującej sprawie okaleczenia krowy pewnego hodowcy, która okazuje się bardziej pospolita, niż oczekiwał. Na polu, w wiekowym drzewie, Fenn znajduje jednak starą lalkę, którą postanawia wykorzystać w swoim artykule. Niszczy ją i naprędce wymyśla historię, która powinna spodobać się jego czytelnikom. Po zapadnięciu zmroku Gerry zostaje zaskoczony na drodze przez młodą kobietę, która jak się okazuje zmierza do znanego mu już drzewa. Fenn zabiera ją w bezpieczne miejsce, gdzie poznaje jej lekarkę Natalie Gates, która informuje go, że dziewczyna, osiemnastoletnia Alice Pagett, jest głuchoniema. Dziennikarz jest jednak przekonany, że na polu z jej ust wydobywały się jakieś słowa. I faktycznie okazuje się, że Alice ozdrowiała i co więcej zyskała zdolność uzdrawiania innych. Dziewczyna twierdzi, że to wszystko zasługa Najświętszej Maryi Panny, a od początku świadkujący niezwykłym wydarzeniom w Banfield, Gerry Fenn, staje się jednym z najbardziej zaufanych ludzi Świętej Alice.

W 1983 roku swoją światową premierę miała powieść „Shrine” autorstwa nieżyjącego już Jamesa Herberta, która w Polsce została wypuszczona, w dwóch tomach, w roku 1992 pod tytułem „Święte miejsce” (wydawnictwo Amber). Grecko-amerykański scenarzysta Evan Spiliotopoulos zawsze chciał przełożyć na ekran to dziełko, w którym, jak zdradził, jest zakochany od trzynastego roku życia. W końcu udało mu się przekonać do tego pomysłu firmę Screen Gems, która połączyła siły z Ghost House Pictures. Spiliotopoulos najbardziej cieszył się z zaangażowania Sama Raimiego (tak, ten od „Martwego zła”), współzałożyciela Ghost House Pictures, jednego z producentów reżyserskiego debiutu tego pierwszego, opartego na jego własnym scenariuszu, który udzielił mu wielu cennych rad. Budżet tego amerykańskiego horroru religijnego, zatytułowanego „The Unholy” (pol. „Sanktuarium”), oszacowano na dziesięć milionów dolarów, a prace nad nim znacząco utrudniła pandemia COVID-19. Zdjęcia najpierw na jakiś czas przerwano, a gdy filmowcy na powrót dostali zielone światło, musieli działać w tak zwanym reżimie sanitarnym (wytyczne CDC), co oczywiście wydłużyło pracę. Wieść niesie, że narzucone limity osób (maksymalnie dziesięciu aktorów drugoplanowych naraz) zmusiły Spiliotopoulosa do stawiania tych samych ludzi w pięciu różnych miejscach. Dystrybucję filmu (w kinach) rozpoczęto na przełomie marca i kwietnia 2021 roku, a dotychczasowe wpływy z biletów (arena międzynarodowa) przekroczyły trzydzieści milionów dolarów.

Święte miejsce” Jamesa Herberta czytałam parę ładnych lat temu i niestety nie znalazłam czasu na odświeżenie sobie tej pozycji przed spotkaniem z jej ekranową wersją, „Sanktuarium” w reżyserii i na podstawie scenariusza Evana Spiliotopoulosa, miłośnika rzeczonej powieści. Albo stety, bo niewykluczone, że świeżo po lekturze pierwowzoru omawianej produkcji, mój odbiór „Sanktuarium” byłby dużo? ciut? gorszy. Pamiętam bowiem, że książka całkiem nieźle mi się czytała, ale też pamiętam, że wtedy nie uznałam jej za jedno z najbardziej godnych polecenia powieściopisarskich osiągnięć Jamesa Herberta. „Święte miejsce” nie podbiło mojego serca tak jak chociażby „Nawiedzony” i „Ciemność”, ale też nie przypominam sobie, żebym przy oryginale tak się uhahała, jak przy „podróbce”. I nie mówię tutaj o zamierzenie zabawnych scenkach, które, muszę przyznać, przysłużyły się moim kontaktom z pierwszoplanową postacią, bohaterem dynamicznym, dziennikarzem Gerrym Fennem, w którego w zadowalającym mnie stylu wcielił się Jeffrey Dean Morgan. Nie, gromkim śmiechem wybuchałam na widok niektórych ustępów obliczonych na straszenie. W tej niechlubnej konkurencji wygrywa u mnie niemiłosiernie tandetne przejście przez rzeczkę. Sztuczne tło, sztuczna zjawa „nieudolnie małpująca ruchy Samary Morgan” (swoją drogą ona też upodobała sobie ekrany – już prawie wychodzi czy to z telewizora, czy z komputera). Tak mi się skojarzyło. Wypada też wyróżnić domniemane objawienia Matki Boskiej - świetlista postać, która pokazuje się osiemnastoletniej Alice Pagett - i oczywiście finalną konfrontację. Majstersztyk w kategorii plastikowego, ciężkostrawnego, albo po prostu śmiesznego (cytując „klasyka”: „z humorem trzeba żyć!”), kiczu. Co prawda trochę tych obrazów generowanych komputerowo w „Sanktuarium” się przyplątało, ale szczerze mówiąc we współczesnym kinie grozy można znaleźć bardziej wyrywne, jeśli o to chodzi, straszaki (więcej CGI). To samo tyczy się jump scenek – trochę ich w „Sanktuarium” jest (jeśli o mnie chodzi bez wyjątku nieskutecznych), ale bywało więcej. Parę klimatycznych - przymglonych, posępnych, pachnących mistycyzmem – ujęć w pierwszym reżyserskim dokonaniu Evana Spiliotopoulosa też bez trudu wypatrzyłam. Parę. Najczęściej tkwiłam w oparach tego, co ja nazywam plastikiem: silne kontrasty, czyściutkie, „błyszczące” obrazki, niedostatecznie zagęszczony mrok, bezpieczne, metaliczne czernie, ale i sporo „przyjaźniejszych” jaskrawych, żywych kolorków. Ot, standardowy, nowoczesny straszak, niewpisujący się w tak zwaną nową falę kina grozy, tylko tę wcześniejszą, do której zalicza się między innymi „Obecność” Jamesa Wana. Ale nie radzę nastawiać się na porównywalną jakość. Pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą, ale zaryzykuję stwierdzenie, że „Sanktuarium” leci dużo niżej od jednej z najgłośniejszych produkcji Jamesa Wana.

Evan Spiliotopoulos wyjawił, że chciał, by jego reżyserski debiut miał więcej wspólnego z thrillerem paranormalnym niż horrorem. Chciał, żeby publiczność zaangażowała się w nieprozaiczną zagadkę, z jaką zderza się skompromitowany dziennikarz w małym miasteczku Banfield w stanie Massachusetts. Miało być tajemniczo, a wyszło... Przyznam się, że z zaskoczeniem przyjęłam te słowa reżysera i scenarzysty „Sanktuarium”. Na to wyznanie natrafiłam już po seansie, a do tego czasu byłam przekonana, że widz w przeciwieństwie do Gerry'ego Fenna od początku miał mieć duże rozeznanie w przypadku tak zwanej Świętej Alice. To znaczy, byłam pewna, że odbiorca filmu ma być tym najbardziej uświadomionym, posiadającym największą, kluczową wręcz wiedzę na temat niezwykłych zjawisk zachodzących w Banfield z mocy nadanej miejscowej dziewczynie, Alice Pagett. Możliwe, że to niepotrzebne, ale na wszelki wypadek: UWAGA SPOILER Prolog osadzony w 1845 roku, w którym widzimy egzekucję przeprowadzoną na pewnej kobiecie (inkwizycja, tak zwane polowanie na czarownice); rozbicie niezbyt urodziwej, żeby nie rzec szkaradnej, laleczki, znalezionej przez Gerry'ego w leciwym drzewie znajdującym się na polu będącym własnością Kościoła i wieczorny incydent z udziałem Alice w tym samym miejscu KONIEC SPOILERA – i nad czym tu się zastanawiać? Gdzie ta tajemnica? Tak czy inaczej, thriller to moim zdaniem nie jest. Czyściutki horrorek, na którym co bardziej doświadczeni, czy jak kto woli bardziej wymagający fani gatunku, wielu okazji do przestraszeń zapewne nie znajdą, ale sama opowieść... Powiedzmy, że mnie w jakimś tam, niewielkim, stopniu to wątpliwej jakości widowisko zabawiło. Po części to zasługa Jamesa Herberta - zarys historii, główne założenia, koncepcja. Ale choć efekty tandetne, choć atmosfera do mnie nie przemawiała (abstrahując już od wspomnianych już, sporadycznych obrazków), choć nie obyło się bez irytujących podniosłych, natchnionych, przesłodzonych kawałków – bo to po amerykańsku jest – to przygoda Gerry'ego Fenna w miasteczku cudów w interpretacji Spiliotopoulosa niespecjalnie mnie wymęczyła. Przyjemnie ogłupiająca rzecz:) Niewymagające myślenia, nieemocjonujące filmidło w sam raz do pogapienia po męczącym dniu. Myślę, że główna w tym zasługa pierwszoplanowej postaci: dawniej rozchwytywanego dziennikarza, który teraz ledwo wiąże koniec z końcem i to niejako na własne życzenie, bo gdy już „dotarł na szczyt” zabrał się do fabrykowania historii, co zresztą nadal czyni. Wymyśla sensacyjne historyjki, które sprzedaje jako autentyczne. Przynajmniej próbuje, bo trudno powiedzieć, jak zapatrują się na to jego, teraz już nieliczni, czytelnicy. Domniemane objawienia Najświętszej Maryi Panny, jakich doznaje jeszcze przed chwilą głuchoniema, cudownie ozdrowiała osiemnastoletnia mieszkanka Banfield w stanie Massachusetts, to dla Gerry'ego Fenna wspaniała okazja do odzyskania sławy: najwspanialszego narkotyku, jakiego kiedykolwiek próbował. Fenn wydaje się być gotowy na wszystko, żeby znowu go zakosztować, ale sprawa Alice Pagett (taka sobie kreacja Cricket Brown), później zwanej Świętą Alice, tak naprawdę wymaga od niego tylko trzymania się prawdy. Fenn może zrezygnować ze swoich zwyczajowych sztuczek, ze swoich nieetycznych zagrywek, ze swoich bezwstydnych kłamstw, bo nawet on, zdeklarowany ateista, nie ma powodów wątpić w to, że jego nowa przyjaciółka dokonuje najprawdziwszych cudów, że obdarzono ją mocą uzdrawiania poprzez dotyk. Uwierz, a będzie Ci dane. Powierz swoją duszę Najświętszej Panience, a będziesz zdrów. Zaufaj Alice, nie wątp, że została pobłogosławiona przez Matkę Bożą, że została przez Nią wybrana do przekazywania innym Jej cennych nauk. Watykan wysyła do Banfield swojego człowieka, doświadczonego śledczego, specjalistę od domniemanych cudów, który nie kryje dumy ze swoich wrodzonych zdolności do obalania tego rodzaju fałszerstw. Jeśli to przekręt, ten mężczyzna na pewno wcześniej czy później to rozpracuje. Obnaży całą brzydką prawdę... Łatwo się domyślić, do jakich wniosków dojdzie nasz wielce zdeterminowany śledczy w koloratce. Do tych samych, do jakich zdążył już dość wujek naszej Alice, proboszcz jej parafii, katolicki ksiądz, William Hagan (William Sadler). I Gerry Fenn, i miejscowa lekarka Natalie Gates (obiecująca, ale uważam trochę zaniedbana przez scenarzystę postać, w którą wcieliła się Katie Aselton) i jak się wydaje wszyscy pozostali mieszkańcy Banfield. A niedługo potem reszta świata. Banfield dołącza do Lourdes i Fatimy: miejsce pielgrzymek, święte miejsce, miejsce wybrane przez samą Najświętszą Marię Pannę. Miejsce, w którym zachodzą nadzwyczajne zjawiska. Coraz to mroczniejsze. Zawisła nad Banfield jakaś groźba, a cała nadzieja w Gerrym Fennie. Człowieku, który w tym małym miasteczku przejdzie duchową przemianę, który zdobędzie się na coś, na co, myślę, niewielu by się zdecydowało. Czy to wystarczy, aby wygrać tę bitwę w odwiecznej wojnie dobra ze złem? Zgadnijcie. To łatwe.

Prosta to opowieść, to „Sanktuarium” debiutującego w roli reżysera Evana Spiliotopoulosa, który sam napisał scenariusz w oparciu o powieść Jamesa Herberta w Polsce wydaną pod tytułem „Święte miejsce”. Przewidywalna, konwencjonalna, banalna, to też. Ale do strawienia. Sama się sobie dziwię, ale naprawdę nie musiałam zmuszać się do trwania przed ekranem. Nic specjalnego, taki tam koszmarek (te tandetna CGI), ale jakoś leciało. Na autopilocie, z rozbiegu. Do polecania to raczej nie bardzo – w każdym razie ja wolę się tego nie podejmować, jakoś wzdragam się przed podjęciem takiego ryzyka – ale nie zamierzam kłamać. Wielka próba sił to to dla mnie nie była. Nic smacznego, ale jakoś przez układ trawienny przelatywało. Zobaczyłam. Zaraz zapomnę. I po temacie.