wtorek, 21 września 2021

„Candyman” (2021)

 

Afroamerykanie, malarz Anthony McCoy i jego dziewczyna, dyrektorka galerii sztuki Brianna Cartwright, zadomawiają się w odnowionej chicagowskiej dzielnicy Cabrini-Green. Brat Brianny, Troy, opowiada im o makabrycznych wydarzeniach z przeszłości, które rozegrały się w tej części miasta i jakoby były spowodowane przez oszalałą białą kobietę. W trakcie poszukiwań inspiracji do swoich obrazów Anthony poznaje starszego mężczyznę, właściciela pralni, który przedstawia mu legendę o Candymanie. Czarnoskórym od dawna nieżyjącym mężczyźnie z hakiem zamiast dłoni, którego jak wieść niesie można przywołać poprzez pięciokrotne wypowiedzenie jego imienia przed lustrem. Anthony postanawia wykorzystać to w swojej sztuce. Ma też zamiar zdobyć więcej informacji na temat mitycznego Candymana, którego nieroztropnie zdążył już przywołać...

Najpierw było opowiadanie Clive'a Barkera pt. „Zakazany” (oryg. „The Forbidden”) zamieszczone w piątym tomie jego kultowych „Ksiąg krwi”. A potem nieśmiertelna adaptacja Bernarda Rose'a pod tytułem „Candyman”, która doczekała się dwóch sequeli. W 2004 roku odtwórca tytułowej postaci we wszystkich trzech filmach o tym mordercy z hakiem w miejscu dłoni, Tony Todd, ujawnił, że rozpoczęto pracę nad czwartą odsłoną tego cyklu. Projekt upadł, ale w 2018 roku ogłoszono, że Jordan Peele („Uciekaj!”, „To my”) bierze udział w rozmowach na temat nowego „Candymana”, niemającego związku z poprzednią, upadłą, inicjatywą. W mediach określano to jako spiritual sequel, ale też jako alternatywną dwójkę – kontynuację pierwszej ekranowej odsłony o „Candymanie”, ignorującą poprzednie, oryginalne sequele. Scenariusz napisali Jordan Peele, Win Rosenfeld i Nia DaCosta. Na krześle reżyserskim zasiadła ta ostatnia, która wcześniej wyreżyserowała tylko jeden pełnometrażowy obraz, „Little Woods” z 2018 roku. Budżet nowego „Candymana” oszacowano na dwadzieścia pięć milionów dolarów, a dotychczasowe wpływy z biletów z całego świata przekroczyły sześćdziesiąt sześć milionów dolarów. W weekend otwarcia obraz pozostawił „całą konkurencję” w tyle. Tym sposobem Nia DaCosta przeszła do historii jako pierwsza czarnoskóra reżyserka, której film wskoczył na pierwsze miejsce w kinowej kasie. Na której to pozycji utrzymał się tylko do następnego weekendu.

Slasher z drobnymi elementami body horroru, utrzymany w nadnaturalnym, odrobinę surrealistycznym klimacie, który co do zasady zaznaczał się także w kultowym obrazie Bernarda Rose'a pod tym samym tytułem. Jak można się było tego spodziewać wkład Nii DaCosty i jej ekipy w tę popularną franczyzę jest bardziej wygładzony, nie tak duszny jak pierwszy ekranowy występ nieśmiertelnego Candymana. Czasy się zmieniły, zmieniła się technika... wyewoluował mit o czarnoskórym mordercy z hakiem zamiast dłoni. Jordan Peele, Win Rosenfeld i Nia DaCosta w swoim wspólnym scenariuszu mówią między innymi o naturalnej tendencji różnego rodzaju mitów, funkcjonujących w różnych społeczeństwach legend, do rozrastania się o coraz to nowe wątki. Na przykładzie Helen Lyle, bohaterki filmu Bernarda Rose'a z 1992 roku, twórcy omawianej produkcji pokazują, jak dalece takie szeptane opowieści mogą rozminąć się z prawdą. Prawdą znaną wszystkim odbiorcom pierwszego „Candymana”. Można powiedzieć, że Daniel Robitaille osiągnął swój cel – zrobił z Helen antybohaterkę przerażającej opowieści przekazywanej nie tylko z ust do ust. Bo przecież mamy internet. Jest rok 2019. Czołowa postać „Candymana” DaCosty, malarz Anthony McCoy, który dopiero co przeprowadził się do Cabrini-Green, dzielnicy Chicago, tej samej w której Helen Lyle szukała informacji do swojej pracy studenckiej, o Candymanie usłyszy później. Wcześniej pozna opowieść o oszalałej kobiecie, właśnie Helen Lyle,, która rzekomo przed laty dopuściła się potwornych czynów, by na koniec spłonąć na ogromnym stosie usypanym w Cabrini-Green. Ta historia skłania Anthony'ego do rozpoczęcia swoich, jak można się tego spodziewać, tragicznych w skutkach poszukiwań. Ten szukający nowej inspiracji malarz, najwyraźniej przez zupełny przypadek, napotyka właściciela pralni, który przedstawia mu zupełnie nową dla niego, wcześniej niesłyszaną historię o Candymanie, który nie jest tym Candymanem jakiego znamy z poprzednich filmów. Według mnie ciemnoskóry mężczyzna, który wedle opowieści właściciela pralni w Cabrini-Green, zginął w 1977 roku, zastrzelony przez białych policjantów przekonanych, że dopadli poszukiwanego przestępcę rozdającego dzieciom cukierki z żyletkami, był inspirowany opowiadaniem Clive'a Barkera, od którego to wszystko się zaczęło. To tam była mowa o cukierkach, tam też przewinęły się żyletki, zupełnie pominięte w adaptacji Bernarda Rose'a. A więc readaptacja „Zakazanego” Barkera? I tak, i nie. Candyman, o którym opowiada właściciel pralni ma więcej wspólnego z prototypem tej postaci wykreślonym przez Barkera niż z Danielem Robitaille'em ożywionym na szklanym ekranie, ale obraz Nii DaCosty to także, albo raczej przede wszystkim, dalszy ciąg opowieści przedstawionej w filmie Bernarda Rose'a dość luźno opartym na „Zakazanym” twórcy „Hellraisera”. Według mnie to dość ambitna koncepcja, jest w tym rozmach, jest intrygujący pomysł własny, a i wykonanie nie najgorsze. Właściwie to całkiem efektowne to widowisko, aczkolwiek lepiej nie nastawiać się na powtórzenie tego brudnego, przymglonego, zgniatającego klimatu wypracowanego przez Bernarda Rose'a i jego ekipę dla pierwszego ekranowego występu Candymana. Drugie pełnometrażowe dokonanie w reżyserskiej karierze Nii DaCosty, moim zdaniem całkiem zgrabnie, z głową, przetwarza, rozwija mit Candymana. Dostawia zupełnie nowe wątki do tej zupełnie fikcyjnej opowieści o mordercy z hakiem w miejscu dłoni, który przybywa, gdy pięciokrotnie wypowiesz jego imię do lustra. Tworzy zupełnie nową legendę o niesłodkim mężczyźnie. Coś czego jeszcze nie było. Nowy wizerunek jednego z najbardziej znanych zabójców w historii na pewno filmowego, ale już niekoniecznie literackiego, horroru, który tak jakby został doszyty do starych. I nie odniosłam wrażenia, że na zasadzie „nieważne gdzie, nieważne jak, byle przypiąć co tylko wpadnie do pomysłowej głowy”. Przy takiej próbie łatwo nabałaganić, przekombinować, wrzucić biednego widza w bezwładną plątaninę fabularnych ścieżek, niesmaczną mieszaninę „z Księżyca wziętych” motywów. Nie, porządek moim zdaniem został zachowany. Ma to ręce i nogi.

W roli głównej wystąpił Yahya-Abdul-Mateen II, któremu partnerowała Teyonah Parris. Postacie może i niezbyt wymagające, ale tak czy inaczej dobrze się na tę dwójkę patrzyło. A jeszcze lepiej na niepiękną twarzyczkę zabójcy z hakiem zamiast dłoni - całkiem upiorna charakteryzacja - który w świadomości publicznej (a przynajmniej starszych mieszkańców chicagowskiej dzielnicy Cabrini-Green) zapisał się jako gość od diabelnie ostrych cukierków. Zjawa z lustra. Po drugiej stronie lustra... Pierwszy mord, jaki dokona się w umownej teraźniejszości, to jest w 2019 roku, w otoczeniu usilnie starającego się wybić malarza Anthony'ego McCoya, daje do zrozumienia, że Candyman żyje po drugiej stronie lustra. Te dwa światy w fascynujący sposób tak jakby się przenikają. Morderca działa nie wychodząc z domu. Ciałem jest po tamtej stronie, a jego duch (niewidzialna energia) przedostaje się do naszego świata. Do galerii, w której właśnie wystawiono makabryczne obrazy zainspirowane legendą o tym czarnoskórym mordercy, który zabije prawie każdego, kto odważy się pięciokrotnie wypowiedzieć jego imię do dowolnie wybranego lustra. Ta brutalna akcja w galerii, ale bez przesady – DaCosta nie chciała robić z takiego spektaklu przemocy, jaki zwykle kojarzy jej się z filmami slash, zależało jej na bardziej sugestywnym podejściu do zbrodniczej działalności mrocznego pana z lustra (swoją drogą uwagę zwraca śmierć widziana przez okno: oddalająca się kamera) – nie odkrywa jednak całej istoty sprawy. Specyfiki tytułowej postaci. Prawda okaże się bardziej złożona. Razem z Anthonym widz stopniowo, krok po kroku, będzie odkrywał kolejne rozdziały tej mitologii z Cabrini-Green. Kiedyś biednej i niebezpiecznej dzielnicy zamieszkałej głównie przez Afroamerykanów. Stare budynki jakiś czas temu wyburzono, a w ich miejscu postawiono nowoczesne, błyszczące budowle. Jedna z bohaterek filmu ujmuje to mniej więcej tak: kiedy biali ludzie uświadomili sobie, że stworzyli getto dla czarnych ludzi, gdy wreszcie ogarnął ich wstyd, postanowili naprawić swój błąd. Ewentualnie błędy poprzednich pokoleń białych ludzi z wielkiego amerykańskiego miasta. Film DaCosty dotyka więc problematyki tak zwanej gentryfikacji. Z punktu widzenia Afroamerykanów młodszych i starszych. Trauma pokoleniowa. Krzywdy, które wciąż są i zapewne już zawsze będą pamiętane. Krzywdy, które wpływają na myślenie tych ciemnoskórych obywateli Stanów Zjednoczonych, którzy mieli szczęście dorastać w lepszych warunkach niż ich antenaci. Którzy „dostąpili zaszczytu” życia w mniej rasistowskiej cywilizacji. Pokój, miłość i tolerancja. Uważać tylko na gliniarzy – twórcy nowego „Candymana” zabierają też głos w jednym z najgłośniejszych tematów toczących się już od dłuższego czasu w Stanach Zjednoczonych, czyli, mówiąc wprost, zabijania bezbronnych czarnoskórych osób przez niektórych ludzi w mundurach. Tak trochę po łebkach moim zdaniem podeszli filmowcy do problemów Afroamerykanów. O rasizmie w wielkim skrócie. Żeby nie powiedzieć płytko. W każdym razie liczyłam na więcej w tym temacie. Jest raczej standardowo. Jak to najczęściej we współczesnym kinie się pokazuje. Pomijając problem gentryfikacji. To na pewno jakieś odstępstwo, coś niepospolitego, jakaś świeżość, w temacie niedoli czarnych ludzi podejmowanym przez filmowców. Wspomnieć jeszcze muszę o teatrzyku cieni, który wykorzystano w niektórych retrospekcjach. Tylko w tych momentach słychać niezapomnianą, wybitną wręcz kompozycję Philipa Glassa. Szkoda, że nie przeniesiono całej przerażającej ścieżki dźwiękowej (ta muzyka zawsze przyprawia mnie o dreszcze) z pierwszego filmu o Candymanie na ten jak na razie ostatni film o nie do końca tym samym upiornym jegomościu, ale główny temat muzyczny autorstwa Roberta Aikiego Aubreya Lowe'a w sumie też pracuje na groźną, coraz to bardziej złowieszczą tonację, tego nawet udanego, nowoczesnego podejścia do jednego z najpopularniejszych slasherów w historii kina. Są i elementy body horroru, a największe wrażenie zrobiło na mnie zdzieranie paznokcia. Żadne zaskoczenie: z jakiegoś nieznanego mi powodu to zawsze na mnie działa. Boli. UWAGA SPOILER Ale „zdeformowana” kończyna, zainfekowana przez - nie mogło być inaczej – pszczołę, to też rzecz godna pochwały. Dobra robota twórców efektów specjalnych. Tych praktycznych, spece od komputerów zajęli się natomiast twarzą Tony'ego Todda, który pojawia się dopiero na koniec. W „cudownie” odmłodzonym wydaniu. Virginia Madsen, czyli Helen Lyle z pierwszego filmu o Candymanie, dostała natomiast mały udział głosowy. Jej twarz zobaczymy tylko na starym zdjęciu, wygrzebanym przez naszego zdolnego malarza w trakcie jego fatalnych w skutkach poszukiwań makabrycznych opowieści ze starej niedobrej dzielnicy-getta w wielkim amerykańskim mieście KONIEC SPOILERA. Podczas napisów końcowych jeszcze jedna scenka w formie teatru cieni.

Poprawnie nakręcona reinterpretacja mitu, któremu początek dał Clive Barker w swoim opowiadaniu „Zakazany”, przy czym zdecydowanie zapożyczył co nieco z popularnej urban legend o Panu Haku. A nieśmiertelność, jak przypuszczam, zapewniła mu filmowa adaptacja z 1992 roku w reżyserii Bernarda Rose'a. Dla mnie: pozytywne zaskoczenie, ten wkład Nii DaCosty w popularną franczyzę, której dobrą radą służył twórca „Uciekaj!” i „To my”, współscenarzysta tego stosunkowo kasowego przedsięwzięcia, Jordan Peele. Nie ma się czego wstydzić, według mnie. Tak, zawsze mogło być lepiej. I tak - ależ oczywiście! - wolę „Candymana” od pana Rose'a. Tamten film kocham i mogę się założyć o wszystko, że to miłość dozgonna, a ten po prostu lubię. Aż lubię, bo naprawdę nie spodziewałam się takiej jakości od strony wizualnej i tym bardziej takiego ujęcia opowieści o Candymanie w scenariuszu. Jest w tym coś fascynującego. W tej wielopokoleniowej podróży, w którą według mnie lepiej wyruszyć po zapoznaniu się przynajmniej z „Candymanem” 1992. Znajomość opowiadania, które rozpoczęło „całe to zamieszanie” też powinno wzbogacić odbiór tego umiarkowanie makabrycznego „spektaklu cieni”.

niedziela, 19 września 2021

Polly Phillips „Toksyczna przyjaźń”

 
Recenzja przedpremierowa

Isabel 'Izzy' Waverly ma wszystko: przystojnego, odnoszącego sukcesy zawodowe męża Richarda, uroczą córeczkę Matildę oraz okazały dom w reprezentacyjnej dzielnicy Londynu. Jej najbliższa przyjaciółka Rebecca 'Bec' Maloney zazdrości jej tego idealnego, doskonale zorganizowanego życia. Sama mieszka w niewielkim mieszkanku w gorszej dzielnicy miasta i zajmuje się mniej istotnymi rzeczami w redakcji magazynu dla kobiet, marząc o zostaniu pełnoprawną dziennikarką. Izzy i Bec przyjaźnią się od dzieciństwa, choć ich relacja zawsze była dość skomplikowana. Toksyczna, co Rebecca w pełni uświadamia sobie dopiero teraz, po dziesiątkach lat ich nierozerwalnej przyjaźni. Sytuacja jeszcze nigdy nie była tak napięta, choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nic między nimi się nie zmieniło. Przyjaciółki i jednocześnie zaciekli wrogowie. Zawsze tak było, ale ich cicha wojna teraz wkracza na kolejny poziom. Aż dochodzi do tragedii...

Polly Phillips urodziła się w Londynie, a obecnie mieszka w Perth w Australii wraz z mężem, córką i psem. Thriller psychologiczny „Toksyczna przyjaźń” (oryg. „My Best Friend's Murder”), którego światowa i polska premiera przypadła na rok 2021, to jej debiutancka powieść, nagrodzona na Emirates Airline Festival of Literature. Wcześniej Phillips pracowała nad inną historią, ale jako że nie szło jej zbyt dobrze, postanowiła spróbować czegoś innego. Jak to ujęła: być sobą, zamiast próbować pisać jak Maggie O'Farrell czy Lionel Shriver. Pomysł na „Toksyczną przyjaźń” wziął się z jej własnych wspomnień. W czasach szkolnych Phillips trwała w takiej niezdrowej przyjaźni i spisując tę zasadniczo fikcyjną opowieść, podobnie jak Bec, czuła się jak jedyna ofiara tej swojej dawno zerwanej toksycznej relacji. Pod koniec Phillips inaczej już na to patrzyła. Uzmysłowiła sobie, że jej też zdarzało się brzydko traktować swoją koleżankę. Co więcej, część tych zachowań przedstawiła na kartach swojej pierwszej opublikowanej powieści. Taki po trosze rachunek sumienia. Szczere wyznania początkującej pisarki w fikcyjnej historii o walczących ze sobą - na śmierć życie(?) - najlepszych przyjaciółkach.

Mogłoby się wydawać, że w „Toksycznej przyjaźni” zderzą się dwie perspektywy – spojrzenia dwóch zwaśnionych nie rodów. We współczesnych powieściowych thrillerach psychologicznych to nader często stosowana konstrukcja. Modne zjawisko, które w przypadku takiej opowieści z pewnością nie byłoby niczym nadnaturalnym. Pasowałoby. Tak myślałam na początku lektury, ale Polly Phillips szybko udowodniła mi, że „gdy dopuści się do głosu” tylko jedną stronę konfliktu, może być jeszcze ciekawiej. Padło na Rebeccę 'Bec' Maloney, z którą autorka w pewnym stopniu się identyfikowała. Ze wszystkich postaci zaludniających tę wciągającą powieść, to ona ma sobie najwięcej z Polly Phillips. Dawnej Polly, Polly z czasów szkolnych, która jednakże dopiero podczas spisywania tego dziełka zaczęła inaczej patrzeć na tę młodszą wersję siebie. Można powiedzieć, że to Bec pomogła jej spojrzeć na wydarzenia ze swojej własnej przeszłości bardziej obiektywnym okiem niż dotychczas. Rebecca, jaką widzimy w pierwszej partii omawianej książki, przypomina tę Polly, jaka na długie lata zachowała się we wspomnieniach piszącej te słowa [tj. „Toksyczną przyjaźń”]. Bezsprzeczna ofiara toksycznej przyjaźni. Jedyna poszkodowana strona w tej długoletniej relacji. Ale czy na pewno? Od czasu do czasu słychać bowiem sygnały świadczące o tym, że Bec też ma swoje za uszami. Nie pozostaje dłużna – takie wrażenie można odnieść - złośliwej Isabel 'Izzy' Waverly. Kobiecie najwyraźniej czerpiącej perwersyjną przyjemność z wdeptywania swojej najbliższej przyjaciółki w ziemię. Wszystko na to wskazuje, ale czy można mieć taką pewność? Absolutne przekonanie, że Izzy jest „tak zła, jak ją malują”? Jak maluje ją, narratorka tej na swój sposób bardzo skromnej opowieści. Żeby było ciekawiej, przynajmniej na początku, nie ma się wrażenia, że Bec z premedytacją demonizuje Izzy. Prędzej ją rozgrzesza, znajduje najróżniejsze usprawiedliwienia dla wszelkich przykrości, jakie spotykają ją ze strony przyjaciółki. Jak można się tego spodziewać jej [Bec] ocena sytuacji stopniowo będzie się zmieniać. Pytanie tylko, czy aby nie wyciąga zbyt daleko idących wniosków? Czy aby nie przegina w drugą stronę? Od wmawiania sobie, że Izzy nie chciała jej zranić do wmawiania sobie, że odpowiada ona za wszystkie niepowodzenia w jej życiu miłosnym i zawodowym. Bec zobaczyła to dopiero wtedy, kiedy wreszcie zaczęło jej się układać. Gdy los nareszcie zaczął się do niej uśmiechać. Znalazła odpowiedniego mężczyznę, którego niedługo ma poślubić, a i na polu zawodowym może wreszcie się wykazać. Zapracować sobie na dawno wyczekiwany awans – z „przynieś, wynieś, pozamiataj” do ścisłego dziennikarskiego grona w piśmie dla kobiet z siedzibą w Londynie. „Toksyczna przyjaźń” to ten rodzaj literackiego dreszczowca, który darzę szczególnymi względami. Akcja nie pędzi na łeb na szyję. Jakichś potężnych wstrząsów też raczej tutaj nie uświadczymy. Może zaskoczyć, chociaż raz, ale myślę, że miłośnicy powieściowych thrillery psychologicznych, zdążyli już przywyknąć do nieporównywalnie silniejszych uderzeń. Dobrze jest być maltretowanym przez powieściopisarza/powieściopisarkę, ale czasami (nie zawsze) wiąże się to z nadmiernymi kombinacjami. Kombinacjami, które osłabiają poczucie realizm. Utrudniają tak zwane zawieszenie niewiary. Scenariusz wykreślony przez debiutującą brytyjską autorkę, obecnie mieszkającą w Australii (zazdroszczę), spokojnie mógłby rozegrać się w prawdziwym świecie. Zresztą niektóre fragmenty zainspirowało samo życie, ale nawet te „najgwałtowniejsze burze” przygotowane przez Polly Phillips są na tyle prozaiczne, tak niewymyślne, nieprzesadzone, że w ogóle by mnie nie zdziwiło, gdyby się okazało, że te zjawiska nieatmosferyczne zainspirowało samo życie.

Niekiedy ludzie z najbliższego otoczenia bywają najbardziej fałszywi.”

Najlepsze-najgorsze przyjaciółki, Bec Maloney i Izzy Waverly, żyją tak jakby w różnych światach. Ta pierwsza zajmuje niewielkie i zaniedbane mieszkanko w biedniejszej dzielnicy Londynu, które jest własnością wspólną, jej i jej narzeczonego Eda, który pracuje w ubezpieczeniach. Bec poznała go przez Izzy, która wcześniej pracowała w tej samej firmie, ale gdy poznajemy tę niezbyt uroczą przyjaciółkę naszej narratorki, jest już tylko gospodynią domową. Oczywiście zajmuje się też swoim jedynym dzieckiem, trzyletnią (potem już czteroletnią) Matildą 'Tilly', której było mi najbardziej szkoda. Miałam dla niej najwięcej - ogrom! - współczucia. Współczułam jej takiego rodzica, ale jeszcze bardziej współczułam jej potem, po spodziewanej ostatecznej konfrontacji jej (nie)idealnej mamy ze wzorową przyszywaną ciocią. W domu Waverlych rządzi Izzy. I wszystko wskazuje na to, że rządzi dość twardą ręką. Jej mąż Richard 'Rich', przynajmniej w oczach Bec, jest prawie całkowicie pod kontrolą Izzy. Potencjalnie chorobliwie zaborczej żony i jak się wydaje wytrawnej manipulantki. Na pewno matki, która nie zwykła pobłażać swojemu „rozkapryszonemu” dziecku. Dyscyplina, jaką narzuciła tej kilkulatce najprężniej pracowała na mój niechętny, antypatyczny stosunek do Izzy. Bardziej nawet niż jej stosunek do Bec. W każdym razie przykrości, jakie Izzy sprawiała umownej sprawozdawczyni wydarzeń zapisanych w „Toksycznej przyjaźni”. Tilly to jedno z tych nieszczęśliwych dzieci, któremu własny rodzic odbiera takie uroki dzieciństwa, drobne przyjemności, jakimi cieszy się wielu jej rówieśników. Tilly nie wolno jeść fast foodów, a produkty z dużą zawartością cukru to tylko okazjonalnie, od święta. Zdrowa żywność i nie ma dyskusji. Telewizja ściśle racjonowana (króciutkie dzienne dawki), co jeszcze można zrozumieć, ale kamery w zabawkach? Może i jestem staroświecka, ale uważam, że to już naprawdę gruba przesada. A akcja w okresie świątecznym? Uparte odmawianie trzylatce rozpakowania choćby jednego prezentu wcześniej, niż dyktuje harmonogram przygotowany przez rodzica? Takie wychowywanie zgodne ze szczegółowym planem rozpisanym w głowie. I na małych karteczkach przygotowanych specjalnie dla opiekunki Tilly. Bo przecież Richard zdążył już przyswoić sobie zasady panujące w tym domu, jak z katalogu i Izzy raczej nie podejrzewa go o jakieś działania za jej plecami. Raczej. Sekwencja wydarzeń przedstawiona przez początkującą autorkę - czego zupełnie nie widać: szczegółowe, płynne, dojrzałe opisy, doszlifowane dialogi, wiarygodne i też porządnie, dogłębnie scharakteryzowane postaci, a przynajmniej główni „aktorzy tego dramatu” - to takie na poły niewinne obrazki z dnia codziennego. Phillips bazuje na subtelnościach – groźba niestrudzenie, ale niezbyt mocno puka w dno od spodu, z lekka przebija przez obyczajową kurtynę. Na zewnątrz względna cisza i jako taki sposób, a wewnątrz istne kłębowisko złych emocji. Dwie od zawsze konkurujące ze sobą kobiety widać mają już dość zabawy w przyjaciółki na śmierć i życie. Ale czy na pewno? Może brat Bec ma rację i przynajmniej Izzy nigdy nie ukrywała, że nie chce, by Rebecce dobrze się wiodło. Więcej: przez wszystkie lata ich bliskiej znajomości Izzy mogła z premedytacją torpedować zarówno życie prywatne, jak zawodowe swojej tak zwanej przyjaciółki. Choćby po to, by mogła czuć się „tą lepszą”. Typowe: dowartościowywanie się poprzez przystawanie z osobą, której gorzej się wiedzie. Która nie dostąpiła zaszczytu wejścia w związek małżeński z takim wspaniałym mężczyzną, jak Rich Waverly. Która może jedynie pomarzyć o takim domu, jaki ma Izzy, modelowa dama z wyższych sfer. Wzór matki, żony i córki. A także jeden z najcenniejszych nabytków renomowanej firmy zajmującej się ubezpieczeniami. Bec od lat tak jakby zjadała resztki ze stołu Izzy. Wprost uginającego się od przysmaków, bez opamiętania pochłanianych przez tę wyjątkowo żarłoczną istotę, która litościwie zostawiała okruszki swojej przyjaciółce. A to – w domyśle – poprosiła swojego ojca, członka zarządu pisma dla kobiet, o wciśnięcie jej na jakieś niższe stanowisko. A to zeswatała ją ze swoim kolegą z pracy i w dodatku na swój koszt wyprawiła im wystawne przyjęcie zaręczynowe. Gdzie główna rola oczywiście przypadła Izzy. Tak zawsze było, ale Bec nie zamierza dłużej tego tolerować. Coś w niej pęka. Ma dość. Nie będzie już pokornie przyjmować ciosów zadawanych przez bezduszną przyjaciółkę... Na pewno bezduszną? A co jeśli Bec wszystko się pomieszało, powyolbrzymiało? A jeśli toksyną w tej skomplikowanej relacji jest zazdrość Bec? Bo niewątpliwie zazdrości Izzy jej perfekcyjnego życia. Które może być jedynie starannie wyreżyserowanym przedstawieniem, perfekcyjną pokazówką dla wszystkich mniej i bardziej zainteresowanych dziejami rodziny Weverlych. Polly Phillips dobitnie pokazuje, że nie trzeba nie wiadomo czego, nie trzeba sięgać po jakieś spektakularne rozwiązania, żeby całkowicie skraść uwagę współczesnego czytelnika, zaglądającego w ciemniejsze oblicze beletrystki. Bez przesady z tą mrocznością, ale i tak trzyma mocno. W niepewności.

Wyśmienity suspens. Spora porcja emocji od początkującej autorki, którą wydała angielska ziemia i która już szykuje kolejną, miejmy nadzieję równie trzymającą w napięciu, powieść, której światową premierę zaplanowano na rok 2022 (prawdopodobnie w oryginale będzie nosiła tytuł „The Reunion”). Tymczasem wszystkich zwolenników wolniejszych thrillerów psychologicznych namawiam do zapoznania się z debiutanckim utworem Polly Phillips. Dość osobistą opowieścią o być może zabójczej przyjaźni dwóch kobiet z różnych światów. Zdecydowanie niepasujących do sobie... albo pasujących aż za bardzo. Skłaniająca do refleksji, smutna, elektryzująca opowieść o niepięknej długoletniej relacji, która (nie)szczęśliwie zaczyna się rozpadać. Opowieść o prawdziwie „Toksycznej przyjaźni”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 17 września 2021

„Wcielenie” (2021)

 

Madison Mitchell trwa w toksycznym małżeństwie ze skorym do przemocy Derekiem, z którym spodziewa się dziecka. Pewnego wieczoru mężczyzna rani ją w głowę. Kobieta ukrywa się w sypialni, a niedługo potem zasypia i nawiedza ją koszmarny sen o jakiejś istocie, która wdziera się do jej domu i zabija Dereka. Po przebudzeniu kobieta odkrywa zwłoki swojego męża i powiadamia organy ścigania. Sprawą zajmują się detektywi Kekoa Shaw i Regina Moss. Gdy pojawiają się kolejne ofiary, jak wszystko na to wskazuje, tego samego sprawcy, Maddie informuje prowadzących śledztwo policjantów, że doznaje czegoś w rodzaju wizji, w których widzi wszystkie te zabójstwa w czasie rzeczywistym. Ma wgląd w zbrodniczą działalność poszukiwanego przez nich człowieka. O ile to jest człowiek.

Film, który podzielił publiczność. Zrealizowany za mniej więcej czterdzieści milionów dolarów horror „Wcielenie” (oryg. „Malignant”) wyreżyserowany przez Jamesa Wana, twórcę między innymi „Piły” (2004), „Martwej ciszy” (2007), „Naznaczonego” (2010) i jego sequela z roku 2013 oraz „Obecności” (2013) i jej sequela z roku 2016. Historię Wan obmyślił razem ze swoją żoną Ingrid Bisu oraz między innymi współscenarzystką „Parku grozy” Gregory'ego Plotkina, Akelą Cooper, która już w pojedynkę przelała ją na karty scenariusza. Wedle słów Jamesa Wana, „Wcielenie” to mieszanka rzeczy, które miały jakiś wpływ na jego własną twórczość. Kształtowały jego artystyczne oblicze. Science fiction, horrory science fiction, thrillery psychologiczne, monster movies. „Wcielenie” przede wszystkim jednak miało być swoistym hołdem dla kiczowatych horrorów z lat 80-tych XX wieku, obrazów z nurtu giallo, ze wskazaniem na dokonania Mario Bavy i Dario Argento oraz klasycznych body horrorów – tutaj Wan spodziewał się przede wszystkim skojarzeń z twórczością Davida Cronenberga. Film kręcono od września 2019 roku do grudnia tego samego roku w Los Angeles. Premiera miała odbyć się w sierpniu 2020 roku, ale wiadomo COVID-19. „Wcielenie” wypuszczono więc we wrześniu 2021 roku w kinach i w usłudze HBO Max.

Znana między innymi z „Annabelle” Johna R. Leonettiego (część franczyzy nazwanej The Conjuring Universe, którą zapoczątkował nie kto inny, jak właśnie James Wan), Annabelle Wallis, w całkiem przekonującym stylu wciela się, ha, we „Wcieleniu” w Madison 'Maddie' Mitchell. Ofiarę przemocy domowej, której męki kończą się już na początku tej cudacznej historii. W dość zagadkowych okolicznościach. Pierwszy akt „Wcielenia” Jamesa Wana to ten rodzaj straszenia, do jakiego przywykli jego fani. A właściwie rozdział drugi, bo osadzony w latach 90-tych XX wieku w szpitalu badawczym (z zewnątrz prawie jak Hogwart z ekranowych przygód Harry'ego Pottera), prolog, to już zupełnie inna bajka – ukłonik w stronę krwistych, mięsistych horrorów science fiction z dawnych lat. Ale wróćmy do czasów współczesnych, do głównej bohaterki omawianej produkcji, jak szybko się okazuje, doznającej czegoś w rodzaju wizji. Makabrycznych wizji. Maddie bezsilnie przygląda się nocnym „harcom” tajemniczego oprawcy - jakiegoś ledwie dostrzegalnego stworzenia - które można streścić jako typowy straszak od Jamesa Wana. Jakaś zjawa tu się skrada. Prawie jak w „Obecności”. Prawie. Zabawa w „buu! Bój się” nie była już tak skuteczna. Właściwie to nic nawet nie drgnęło. Przyjmowałam te wszystkie próby przestraszenia z całkowitą obojętnością. Za szybko, jak dla mnie. Nie potrafiłam wejść w to tempo, dostosować się do tej zawrotnej prędkości. Niezmiennie tak jakby z boku. Wyautowana z tego zwariowanego świata przedstawionego. W tym szaleństwie na pewno jest jakaś metoda, ale to nie na mój umysł. Poważnie: trzeba wyższego ilorazu inteligencji, by dopatrzeć się w tej produkcji tego geniuszu, tej wyższej wartości, obiecywanej przez część recenzentów. Rozwinięcie i zakończenie. Z pominięciem wstępu. Od razu w sam środek cyklonu. Ciągle w biegu. Chociaż nie, od czasu do czasu nadarza się okazja do odpoczynku. Chwila na oddech. Zebranie sił przed kolejnym uderzeniem nadzwyczaj zwinnego, gibkiego (wygina śmiało ciało) napastnika w jakiś zagadkowy sposób związanego z główną bohaterką „Wcielenia”. Maddie Mitchell sporo już przeszła. Życie zdecydowanie jej nie rozpieszczało. Zawsze jednak mogła liczyć na wsparcie przynajmniej jednej osoby, swojej siostry Sydney. W tej roli Maddie Hasson, która moim zdaniem stanęła na wysokości tego niezbyt wymagającego zadania. Za mało danych. A jeszcze mniej na temat dzielnych detektywów (George Young i Michole Briana White) na tropie wyjątkowo groźnego przestępcy. W sumie nawet główna bohaterka taka jakaś papierowa mi się wydawała. Ogólniki, strzępy informacji wrzucane to tu, to tam, zazwyczaj podczas wspomnianych przystanków na tej wyboistej drodze do Prawdy. Mnóstwo zwrotów akcji, mnożące się kurioza, cała masa zamierzanie niewiarygodny rozwiązań. Tak bardzo nie do wiary, że aż pusty śmiech mnie ogarniał. Owszem, doszły mnie słuchy, że „Wcielenie” miało działać także jak czarna komedia, że jakoby przemycono do tego poplątanego scenariusza jakieś humorystyczne akcenty, ale jeśli faktycznie tak było to... powiedzmy, że dowcip był na tyle wyrafinowany, tak sprytny, żeby przynajmniej moje, wymęczone, oko go nie rejestrowało. Nie miałam wrażenia, że śmieję się (nie w głos, gdzieś głęboko w duchu, pod złogami czegoś zbliżonego do zażenowania) z Jamesem Wanem i jego wesołą ekipą. Już prędzej z nich. Z ich – tak niestety to odbierałam – rozpaczliwych, usilnych starań obliczonych na zapewnienie widzom rozrywki. Świeżej rozrywki. Wręczenie im czegoś niepowtarzalnego. Czegoś, co ma szansę zapisać się w historii światowej kinematografii w dziale poświęconym największym innowacjom w gatunku horroru.

Eksperyment, owszem. Ale czy taki oryginalny, jak niektórzy mówią? Przyznaję, że mi także szczęka opadła, że dołączyłam do grona wstrząśniętych, ale i olśnionych straszliwą Prawdą ujawnioną w przedostatnim akcie. Dla samych tych niepięknych obrazków (body horror w czystej postaci!), warto było się pomęczyć. Dobrnąć do tego zupełnie niespodziewanego, zdumiewającego punktu, który wszystko zmienia. To już nie jest ta sama historia. Zmienia się perspektywa. Zmienia się cały krajobraz. Wypacza horyzont, przy czym owe przejście od pewnie dobrze znanych miłośnikom gatunku, wielokrotnie już wykorzystywanych motywów do czegoś niewątpliwie mniej pospolitego, nie tak rozpowszechnionego, jest całkiem płynne. Jak by powiedzieli młodzi: trzyma się to kupy. Ma to sens, oczywiście w ramach wariackiego światka, jaki specjalnie dla „Wcielenia” wymyślono. W ramach tej zwariowanej konwencji, tego, jak się okazuje, „uporządkowanego chaosu”. Mocne, ale czy takie nowatorskie, jak się mówi? W wykonaniu może i tak, ale z podobną koncepcją (sam pomysł) miałam już przyjemność się spotkać UWAGA SPOILER w „Let Her Out” Cody'ego Calahana, pomijam już „Harry'ego Pottera i Kamień Filozoficzny” KONIEC SPOILERA. Co więcej, całościowo patrząc, tamto widowisko dla mnie było bardziej apetyczne. Jeśli wolno mi użyć takiego słowa w przypadku tak ekstremalnej opowieści. Albo raczej umiarkowanie makabrycznej. Jak na współczesne kino głównego nurtu granica obrzydliwości została dość daleko przesunięta. Ale czy aż tak, jak u Davida Cronenberga, w jego wiecznie żywych body horrorach? Według mnie nie, ale to już każdy sam sobie rozsądzi. Na pewno James Wan nie miałby nic przeciwko, gdyby ten jego w gruncie rzeczy niewielki wkład w owe gniazdko kina grozy, był zrównywany z osiągnięciami mistrza Cronenberga. Specjalisty od horrorów cielesnych. W swoich wypowiedziach medialnych reżyser „Wcielenia” obiecywał także coś w rodzaju pomnika dla klasycznych obrazów z nurtu giallo. Wymienił choćby takie nazwiska jak Mario Bava i Dario Argento – wielcy, których, od artystycznej strony, poznał już w okresie młodzieńczym. „Wychował się” na ich filmach i jak sądzi, tamte wczesne kontakty z włoskim kinem grozy, mają jakiś wpływ na jego własną twórczość. Ten hołd to pewnie wątek reprezentowany przez niestrudzoną parkę detektywów (tak myślę, choć ja tam kojarzę nurt giallo z zupełnie innym klimatem). Policyjne śledztwo w sprawie brutalnych morderstw dokonywanych przez człowieka-widmo, w jakiś niepojęty sposób związanego z Madison Mitchell, która dopiero co straciła męża. Powiedziałabym: mała strata, ale nie chcę być posądzona o niehumanitarne podejście do mężczyzn maltretujących swoje żony. Maddie w każdym razie nie rozpacza z tego powodu. Ma inny powód do zmartwień. Przygnębienie graniczące z depresją. Z tego stanu próbuje oczywiście wyrwać ją ukochana siostra, jej opoka, największe oparcie na tej nadzwyczaj ciężkiej życiowej drodze, którą niekoniecznie sama sobie wybrała. To może mieć jakiś związek ze szkaradną istotą najwyraźniej prześladującą główną bohaterkę filmu. Interesujący potworek – te wszystkie nienaturalne, aż ciarki przechodzą, ruchy, to w całości robota tancerki, bez wspomagania komputerowego. Tylko twarz zrobiona: upiorny makijaż i animatronika. Swoją drogą, pod koniec, w ogniu walki, to „panisko” wyglądało zupełnie jak V z „V jak Vendetta” Jamesa McTeigue'a. Bez tej charakterystycznej białej maski, ale poza tym no wypisz, wymaluj sławny na cały świat rewolucjonista w czerni. Wojownicza bestia Wana też ma misję, też przyświeca jej jakiś „wyższy cel”, ale niekoniecznie coś tak chwalebnego (tak wiem, nie wolno pochwalać takich działań), jak w przypadku wspomnianego człowieka w masce. Ach, i jeszcze zapowiadany przez samego Jamesa Wana kicz podpatrzony w tanich horrorach z lat 80-tych wieku. Gdzież on jest? Odrobina w prologu – akcja jednakże została osadzona w latach 90-tych XX wieku – więcej po odnalezieniu zakurzonych VHS-ów. „Grindhouse: Death Proof” Quentina Tarantino i „Grindhouse: Planet Terror” Roberta Rodrigueza to to nie jest. Aż taka stylizacja na obraz powstały w minionym wieku to, przynajmniej na moje oko, się we „Wcieleniu” nie odbywa. A tak się naczytałam o tym powrocie do wspaniałej przeszłości filmowego horroru w wykonaniu bezsprzecznie uzdolnionego Jamesa Wana. Wiem to z paru jego poprzednich filmów, bo ze „Wcieleniem” to już niezbyt dobrze mi się ułożyło. Do bólu sztuczne efekty komputerowe (tak, oczywiście tak miało być), plastikowa makabra (może z dwoma-trzema wyjątkami), krwawe i bezkrwawe starcia, takie tam błyskawiczne mordobicia, bardziej w duchu kina akcji niż kina grozy (tak, oczywiście tak miało być), niegroźny, niezbyt mroczny, niezbyt pobrudzony klimat (po takim scenariuszu ma się chyba prawo spodziewać większego zanieczyszczenia), chaotyczny montaż (tak, oczywiście tak miało być), przerzucanie widza to tu, to tam, bezwładna skakanina od sceny do sceny u boku praktycznie obcych ludzi. Postacie-wydmuszki. Chyba że Maddie... No nie, w ten umysł też nie dano mi się należycie zagłębić. Za mało informacji, za mało przestrzeni także dla tej czołowej przecież postaci. Płótno obiecujące, ale według mnie malarz nie miał cierpliwości do jakże pożądanych przeze mnie szczegółów. Albo nie miał czasu, bo tyle się działo. Tyle biegania, tyle siekania i skakania. Tyle cudów współczesnej techniki... Zdecydowanie można się na „Wcieleniu” przepysznie bawić. Jeśli, jak to się mówi, lubi się takie klimaty.

Będzie kult? Obstawiam, że tak. Nie moja bajka, ale mam przeczucie, że to jeden z tych kinematograficznych cudaków, o których pamięć nigdy nie zginie. Następne pokolenia będą to oglądać. I o tym rozprawiać. O tym eksperymencie gatunkowym powstałym pod kierownictwem Jamesa Wana. Horror paranormalny, body horror, film akcji, a i walorów komediowych się w tym rozpędzonym „Wcieleniu” podobno można doszukać. Wysokobudżetowy spektakl zdecydowanie nie dla wszystkich. Raczej nie dla mnie, chociaż... To jedno coś. Właściwie dwa cosie, bo jedna miazga pociąga za sobą kolejną. Te momenty robią różnicę. Chwile godne zapamiętania. W sumie chcąc nie chcąc zapewne dłużej będą zakotwiczone w mojej dobrej, ale dziurawej pamięci. Jeśli nie dożywotnio. Takie to dobre. Soczyste mięsko:) Więc nie, nie żałuję, że poświęciłam na to prawie dwie godziny mojego niecennego żywota, choć lekko nie było. Ciężkostrawny pokarm dla mojego organizmu. Ale Ty masz inny.

środa, 15 września 2021

C.J. Tudor „Płonące dziewczyny”

 

Pastorka Kościoła anglikańskiego z Nottingham, Jacqueline 'Jack' Brooks, zostaje zmuszona przez swojego przełożonego do objęcia tymczasowej pieczy nad parafią we wsi Chapel Croft w hrabstwie Sussex. W XVI wieku spalono tutaj na stosie kilkoro tak zwanych męczenników z Sussex, w tym dwie młode dziewczyny, które co roku upamiętnia się poprzez palenie w ognisku własnoręcznie wykonanych laleczek z gałązek. Jack i jej piętnastoletnia córka Florence 'Flo' dowód na kultywowanie tego w gruncie rzeczy nieszkodliwego zwyczaju znajdują tuż po przybyciu do Chapel Croft. Niedługo potem w ręce Jack trafiają rzeczy należące do poprzedniego pastora, Matthew Fletchera, które napawają ją niepokojem. A to nie wszystko: w piwnicy swojego nowego domu, kobieta znajduje między innymi informacje związane z dwiema nastoletnimi dziewczętami z Chapel Croft, które zaginęły przed trzydziestoma laty. Miejscowa legenda mówi, że komu ukazują się widmowe płonące dziewczyny, ten niebawem znajdzie się w wielkim niebezpieczeństwie. A teraz ukazują się Jack i jej nastoletniej córce.

Poprzednio („Inni ludzie”) rozminęłyśmy się z C.J. Tudor, brytyjską autorką specjalizującą się w horrorze i thrillerze, która na rynek wydawniczy wkroczyła w roku 2018, ze swoją głośną powieścią „The Chalk Man” (pol. „Kredziarz”), uhonorowaną w 2019 roku The Barry Award za najlepszy powieściowy debiut. „Płonące dziewczyny” (oryg. „The Burning Girls”), których światowa i polska premiera przypadła na rok 2021, dla mnie okazał się natomiast wielkim powrotem do jakości pokazanej w „Zniknięciu Annie Thorne”, drugiej opublikowanej powieści C.J. Tudor. Długoletniej fanki twórczości Stephena Kinga, która nie pogardzi też utworem Harlana Cobena czy Michaela Marshalla. Zorientowanej w szeroko pojętym filmowym horrorze, czego dowody daje w swoich książkach (najulubieńsze z ulubionych filmów: „Straceni chłopcy” Joela Schumachera i „Pogromcy duchów” Ivana Reitmana), kobieta, z którą zapewne mogłabym się zaprzyjaźnić – nosi się luźno (bardziej wygodnie niż modnie), nigdy nie miała torebki, a gdy ostatnio, przed laty, włożyła szpilki, skończyło się to złamanym zębem. Ulubione dania: pizza i frytki z sosem curry. Równa babka.

Główną bohaterką swoich „Płonących dziewczyn” C.J. Tudor uczyniła pastorkę Kościoła anglikańskiego, choć jak przyznaje nie jest, i nigdy nie była, osobą religijną. A zatem nie jest zbyt dobrze zorientowana, ogólnie rzecz ujmując, w sprawach wiary. Jack Brooks była więc dla niej pewnym wyzwaniem – trzeba było zasięgnąć języka u ludzi bardziej zorientowanych w temacie (sprawy kościelne) – można powiedzieć wejściem na nieznane terytorium. Poprzetykanym znajomymi oazami. Do prac nad swoją czwartą opublikowaną książką Tudor przystąpiła po przeprowadzce z Nottingham do wioski w East Sussex. Autorkę „Kradziarza” zainteresowała mała kaplica stojąca na obrzeżach tej miejscowości. Szukając jakichś informacji na jej temat, natrafiła na makabryczną historię sprzed wieków, z okresu panowania królowej Marii I Tudor – spalenie na stosie siedemnastu protestantów. Zwyczaj palenia laleczek z gałązek, o którym mowa w „Płonących dziewczynach”, został zainspirowany tradycją po dziś dzień kultywowaną we wsi, w której Tudor osiadła wraz z rodziną: każdego roku lokalne stowarzyszenie robi kukły, które określonej nocy są palone na stosach, w wielkich ogniskach. Tudor przypomniało to „Kult” Robina Hardy'ego. A zatem folk horror. Mroczne tajemnice na angielskiej prowincji. Zagadkowe zbrodnie w zapadłej wsi, nawiedzanej przez tytułowe dziewczyny. Młode męczennice z XVI wieku. Aż prosi się jeszcze o jakieś egzorcyzmy... I tak powstała dość złożona opowieść o Chapel Croft i jej demonach. Część rozdziałów autorka spisała w pierwszej osobie, z punktu widzenia Jacqueline 'Jack' Brooks. W pozostałych przypadkach – fragmenty skupiające się na piętnastoletniej Flo, tajemniczym mężczyźnie, który właśnie wyszedł z więzienia i niezwłocznie wyruszył na poszukiwania czołowych bohaterek książki oraz rozdziały retrospektywne: ciężki żywot dwóch zaprzyjaźnionych nastolatek z Chapel Croft – obrała narrację trzecioosobową. I zgodnie ze swoim zwyczajem zmiksowała dwa gatunki: thriller z horrorem nadprzyrodzonym, w dosyć gęstym psychologicznym sosie. Dodatkową atrakcją dla miłośników literatury i/lub kinematografii grozy mogą być liczne odniesienia (w sumie najczęściej Tudor po prostu podrzuca tytuły) do kultowych dzieł grozy. Przykładowe filmy: „Straceni chłopcy” Joela Schumachera, „Teksańska masakra piłą mechaniczną” (domyślam się, że Tobe'a Hoopera, nie Marcusa Nispela), „Blair Witch Project” Daniela Myricka i Eduardo Sáncheza, „Krzyk” Wesa Cravena, „Martwe zło” Sama Raimiego. Książki: „Miasteczko Salem” i „Carrie” Stephena Kinga, „Jakiś potwór tu nadchodzi” Raya Bradbury'ego, „Dracula” Brama Stokera. Flo Brooks, jej własnej matce natomiast przypomina Winonę Ryder z „Soku z żuka” Tima Burtona – Jack uważa, że jej córka byłaby idealną kandydatką do roli Lydii Deetz w remake'u tego tytułu, który, jak mniemam, każdemu przynajmniej obił się o uszy. Wróćmy jednak do „Blair Witch Project”. Tudor nie omieszkała powiązać z tą produkcją występujących w jej książce (zainspirowanych przez samo życie) laleczek z gałązek, mających symbolizować spalone na stosie w XVI wieku nastoletnie dziewczęta z Chapel Croft. Faktycznie coś w tym jest, nie uważacie? No przypomnijcie sobie te symbole z gałązek porozwieszane w przeklętym lesie: placu zabaw wiedźmy z Blair. Jack i Flo w Chapel Croft czekają jednak zupełnie inne przeżycia. Zamiast wiedźmy z Blair, zjawy, które jak głosi lokalna legenda ukazują się ludziom, których życie jest zagrożone. Które już niedługo będą musiały zawalczyć o swoje być albo nie być na tym padole łez. W tej naprawdę mrocznej krainie, „tam gdzie diabeł mówi dobranoc”. Jak już nadmieniłam, „Płonące dziewczyny” to opowieść zdecydowanie bardziej w stylu „Zniknięcia Annie Thorne” niż „Innych ludzi”. Nie pędzimy, tylko dryfujemy. W tej gęstej mgle niesamowitości. Emocje są starannie dawkowane. Napięcie narasta powoli, by nagle opaść, a za chwilę odnaleźć kolejną falę wznoszącą. Poczucie dyskomfortu, raz mniejsze, raz większe, w zasadzie towarzyszyło mi przez cały pobyt w tym nawiedzonym(?) świecie przedstawionym. Mistycznym. Groźnym. Upiornym. Witamy w Chapel Croft!

Musimy się pogodzić z myślą, że życie jest przypadkowe, często okrutne. Pragniemy zrzucić na kogoś winę. Nie potrafimy zrozumieć, że coś dzieje się bez powodu. Że nie jesteśmy w stanie wszystkiego kontrolować.”

Płonące dziewczyny”, moim zdaniem jedno z najlepszych dotychczasowych owoców twórczej pracy C.J. Tudor (obok „Zniknięcia Annie Thorne”), to jedna z tych powieści, gdzie niby niewiele się dzieje, ale tak naprawdę dzieje się sporo. Takie rozchwianie może dopaść tego czy tamtego śmiałka, który odwiedzi niezbyt przyjazną wieś w hrabstwie Sussex, wykreowaną przez „brytyjską odpowiedniczkę Stephena Kinga”. Tudor „wychowała się” na jego prozie (i Agathy Christie) i do dziś pozostaje jego wierną czytelniczką. A wedle obiegowych opinii, także pilną uczennicą. Tudor zresztą temu nie zaprzecza. Wręcz przeciwnie: przyznaje, że Stephen King tak jakby ukształtował jej pisarskie oblicze. W jakimś stopniu. Po części. Bo myślę, że Tudor dobitnie już pokazała, że nie zamierza zbyt mocno trzymać się ścieżek, po których przechadzał się jej mistrz pióra. Że ma też pomysł na siebie, tj. na swoją twórczość. Mroczną twórczość gdzieś na styku thrillera i horroru. Nie inaczej jest z „Płonącymi dziewczynami”. Uważam, przepysznym połączeniem psychologicznego dreszczowca o pastorce Kościoła anglikańskiego, która zderza się z kryminalnymi zagadkami Chapel Croft z horrorem o duchach. I być może ludziach opętanych przez najprawdziwsze demony. Motyw egzorcyzmów w każdym razie też został wpleciony w tę według mnie przednią opowieść z dreszczykiem. W tym miejscu Tudor wdaje się w dyskusję, która w przestrzeni medialnej – w niejednym kraju, także w Polsce – od czasu do czasu się przewija. Tortury czy konieczność? Jack Brooks bardziej skłania się ku temu pierwszemu. Uważa, że egzorcyzmy powinny odejść w zapomnienie, że Kościół winien z tym skończyć. Bo przynoszą więcej szkody niż pożytku. Leczenie psychiatryczne lepsze od egzorcyzmów – tak uważa główna bohaterka „Płonących dziewcząt”. Liberalna wielebna. Starająca się nieść pomoc każdemu, kto jej potrzebuje. Wspierająca, a nie strofująca, oceniająca. Nieuznająca Starego Testamentu Pisma Świętego. Głosząca nauki Jezusa Chrystusa: miłość, miłosierdzie, wybaczenie. Dla każdego? W sumie Jack nie jest przekonana, czy potrafiłaby zastosować się do nauk przekazywanych swoim parafianom, gdyby na przykład ktoś zagroził jej jedynemu dziecku. Tylko odrobinę zbuntowanej piętnastolatce, która rzadko rozstaje się ze swoim ukochanym aparatem fotograficznym. Generalnie lepiej radzącej sobie w domu - te wszystkie codzienne obowiązki związane z prowadzeniem gospodarstwa domowego - może nawet nieco bardziej poukładanej, lepiej zorganizowanej, mniej roztrzepanej od swojej matki. Flo w Chapel Croft nawiązuje tylko jedną przyjaźń, z chłopakiem dotkniętym dystonią (choroba neurologiczna). Prześladowanym przez swoich rówieśników, samotnym w tej samotnej krainie Lucasem Wrigleyem. Jedną z osób, które najbardziej uprzykrzają mu życie jest Rosie Harper, która to teraz postanowiła również „zapewnić trochę rozrywek” nowej nastolatce w wiosce. Tudor też ma trochę przykrych wspomnień z lat szkolnych. Ma za sobą trochę nieprzyjemnych sytuacji zgotowanych przez innych uczniów. Nie takich, jak w opowieści Wrigleya na użytek jego nowej, właściwie to jedynej, przyjaciółki. Flo w poprzedniej szkole też swoje przeszła, ale głównie była tak jakby na uboczu, bardziej outsiderka niż cel szkolnych łobuzów. Nie należała do żadnej paczki, choć miała dwóch wiernych kompanów, z którymi oczywiście podtrzymuje kontakt. Podczas gdy Flo zacieśnia swoją przyjaźń z Wrigleyem, jej matka poznaje swoich parafian i współpracowników. Oraz Harperów. Najbogatszą rodziną we wsi, bez której jak dowiaduje się Jack, kaplica w Chapel Croft, nad którą objęła tymczasową pieczę po zagadkowej śmierci wielebnego Matthew Fletchera, najpewniej szybko popadłaby w ruinę. Harperowie najwyraźniej nieczęsto goszczą w tej skromnej świątyni, ale nie dlatego z miejsca zrażają do siebie młodą pastorkę. Pastorkę, która ma za sobą niejedną tragedię. Harperowie wywołują u niej coś w rodzaju déjà vu. Nasza bohaterka czuje, że na farmie Harperów źle się dzieje. Z całą tą wsią jest coś nie tak. Jakaś groźba wisi w powietrzu. Jakieś niewytłumaczalne zjawiska tu zachodzą. I trupy, cała masa trupów. A to wszystko w oparach makabrycznej historii sprzed wieków. Straszne laleczki, jeszcze straszniejsze opuszczone domostwo na skraju mrocznego lasu, tajemnicze zniknięcie zaprzyjaźnionych nastolatek sprzed trzech dekad, egzorcyzmy i frapujące sekrety poprzedniego opiekuna kaplicy. Dużo tego? Ha! Będzie jeszcze więcej. Więcej niespodzianek. Większych i mniejszych rewelacji. Na jedną, tę ostatnią, byłam przygotowana (zbyt duże wskazówki, nader czytelne tropy Tudor wcześniej powrzucała), choć szczerze mówiąc miałam nadzieję, że autorka nie pójdzie tą drogą. Nie klei się. Nie całkiem. Nie ze wszystkim, co padło wcześniej. To jakieś pojedyncze przypadki, pojedyncze zdania, ale uważam, że wypadłoby to wiarygodniej, gdyby je sobie darowano.

C.J. Tudor znowu w formie! Według mnie, bo pewnie bez trudu znajdziecie czytelników, którzy powiedzą Wam, że tej brytyjskiej powieściopisarce jeszcze nie zdarzyło się być w gorszej formie. No może, ewentualnie „Zniknięcie Annie Thorne” troszeczkę słabsze... W każdym razie właśnie tej pozycji, jednemu z moich ulubionych dokonań tej uzbrojonej w pióro pani, najgorzej się powiodło, jeśli chodzi o reakcje czytelników (całościowo, niejednostkowo patrząc). A że „Płonące dziewczyny” wydały mi się swego rodzaju powtórką z tej rozrywki - że tak to ujmę duch „Zniknięcia Annie Thorne” najbardziej żywy - to obawiam się, że trochę zawiedzionych tą wyprawą do Chapel Croft się uzbiera. „Inni ludzie” to to nie są. Dla mnie dobrze, dla Ciebie i Ciebie niekoniecznie. Ale i tak polecam:) Polecam gorąco wszystkim miłośnikom klimatycznych powieściowych horrorów i thrillerów. Tu macie dwa w jednym.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 13 września 2021

„Kiedy nikt nie patrzy” (2021)

 

Pippa i Thomas wprowadzają się do wynajętego mieszkania i niemal od razu zwracają uwagę na młodą parę mieszkającą naprzeciwko. Podglądanie obcych ludzi ze swoich okien początkowo dla obojga jest podniecającym doświadczeniem, ale rozwój sytuacji doprowadza Thomasa do przekonania, że ta sytuacja nie służy ich związkowi. Mężczyzna uważa, że trzeba z tym skończyć i próbuje przekonać do tego swoją dziewczynę, która do tego czasu zdążyła bardziej zbliżyć się do ludzi z naprzeciwka. Pippa przyznaje mu rację, ale w sekrecie nadal obserwuje sąsiadów, których życie, jak zdążyła już zaobserwować nie jest tak szczęśliwe, jak wydawało się na początku. Pippa wie, że mężczyzna zdradza swoją żonę i poważnie rozważa poinformowanie jej o tym fakcie.

Twórca między innymi komediodramatu „O jeden ranek za daleko” (2010) i komedii romantycznej „Dobra partia” (2012), Michael Mohan, podejmuje próbę „przywrócenia filmowych thrillerów erotycznych”. Takie głosy odezwały się, gdy na horyzoncie pojawił się jego kolejny projekt, „The Voyeurs” (pol. „Kiedy nikt nie patrzy”), którego dystrybucją zajęła się firma Amazon Studios – film ukazał się na Amazon Prime Video we wrześniu 2021 roku. Amerykański dreszczowiec, który jednakże był nagrywany w Montrealu w Kanadzie (główne zdjęcia), w październiku 2019 roku. Michael Mohan sam napisał scenariusz, a rolę główną powierzył swojej dobrej znajomej, Sydney Sweeney („Nocturne" 2020). Nie bez obaw, bo jak stwierdził to intensywna, wymagająca nagości, opowieść, sytuacja więc mogła okazać się mocno niezręczna. Ale jeśli już coś między nimi się zmieniło na skutek tej współpracy, to prędzej można mówić o pogłębieniu niż poluźnieniu ich przyjaźni.

Film w stylu „Dzikich żądz”. W każdym razie między innym tą filmową serię, zapoczątkowaną przez Johna McNaughtona w 1998 roku, mają na myśli ci, którzy opisują „Kiedy nikt nie patrzy” w reżyserii i na podstawie scenariusza Michaela Mohana, jako próbę wskrzeszenia mody na dreszczowce erotyczne. Mohan zresztą zdążył dać do zrozumienia, że brał przykład z tego tytułu, ale w polu widzenia miał głównie „Niewierną” i „Niemoralną propozycję” Adriana Lyne'a. Jednym z jego głównych celów było stworzenie podobnego, jak on to nazywa, gorącego dylematu moralnego. Na kartach scenariusza „Kiedy nikt nie patrzy” starał się wykreować sytuację, która będzie różnie oceniana. Zależało mu na tym, by tak jak w przypadku „Niewiernej” i „Niemoralnej propozycji” (przynajmniej wedle jego własnych obserwacji), postępowanie bohaterki było różnie odbierane. Młoda okulistka Pippa, w którą w całkiem przekonującym stylu wcieliła się wspomniana już Sydney Sweeney, wyraźnie ma dwóch zaufanych doradców. Diabełek i aniołek na jej ramionach przycupnęli. Jej życiowy partner Thomas (taki sobie występ Justice'a Smitha) kontra jej najlepsza przyjaciółka Ari (muszę przyznać całkiem charyzmatyczna Katharine King So). Rozbieżne oceny działań naszej bohaterki. Można powiedzieć różne systemy wartości. Thomas mówi jedno, Ari drugie. Kompas moralny i amoralny. Który jest który? To już każdy sam musi sobie rozsądzić. Z wypowiedzi autora tej historii wywnioskowałam, że dla niego samego owym metaforycznym aniołkiem jest Thomas. Muzyk o łagodnym usposobieniu, który nie szuka jakichś większych podniet. Zadowala go to, co ma. Lubi swoje zwyczajne życie. Lubi rutynę. Kocha Pippę i ich nowe mieszkanie i właściwie nic więcej do szczęścia mu nie potrzeba. Problem w tym, że jego wybrance najwyraźniej zachciało się czegoś więcej. Więcej pikanterii w związku – tego pragnie Pippa, co możliwe, że uświadamia sobie dopiero po przeprowadzce do nowego mieszkania. Scenariusz „Kiedy nikt nie patrzy” oparto na motywie spopularyzowanym przez Alfreda Hitchcocka w jego „Oknie na podwórze”. „Świadek mimo woli” Briana De Palmy, „Niepokój” D.J. Caruso, „Kobieta w oknie” Joego Wrighta na podstawie debiutanckiej powieści A.J. Finna, właściwie Daniela Mallory'ego – przykłady można mnożyć. Historii o podglądaniu sąsiadów przez okno trochę już powstało, ale to nie znaczy, że na ten temat powiedziano już wszystko, że jedyne czego możemy się spodziewać to swoistej powtórki z rozrywki. „Sliver” Phillipa Noyce'a, adaptacja/ekranizacja utworu nieodżałowanego Iry Levina (tak, tego od „Dziecka Rosemary” i „Żon ze Stepford”) - to dziełko najbardziej mi się na myśl nasuwało, mimo że motyw podglądania sąsiadów z naprzeciwka z własnego mieszkania tam był jedynie dodatkiem, maleńkim odgałęzieniem od trochę innego wątku. Innego sposobu na podglądanie niczego nieświadomych sąsiadów. Pippa i Thomas już podczas pierwszego wieczora spędzanego w nowym mieszkaniu, podobnie jak główna bohaterka filmu „Sliver” i obecni w jej domu goście, przez chwilę przyglądają się intymnemu zbliżeniu młodej pary mieszkającej naprzeciwko. Przez duże, panoramiczne(?) okna, które mają wszystkie mieszkania w obu tych leżących blisko siebie blokach. A nieznajomi z naprzeciwka nie mają w zwyczaju zasłaniać swoich. Nie wiedzą, że wszystko widać? A może, jak sugeruje przyjaciółka Pippy, podnieca ich myśl, że są obserwowani, że inni mogą widzieć ich miłosne igraszki? Tak czy inaczej, Pippa i Thomas są dla nich niewidzialni. To znaczy, nic nie wskazuje na to, by byli świadomi, że stali się bohaterami ich prywatnego „Big Brothera”. Nie, Sebastian i Julia, bo takie imiona noszą obiekty szybko rozwijającej się obsesji Pippy (w tych rolach Ben Hardy i Natasha Liu Bordizzo, którzy charyzmą w moim poczuciu dorównywali Katharine King So; powiedziałabym nawet, że ta trójca przyćmiła stojącą w centrum całego tego zamieszania Sydney Sweeney), najwidoczniej nawet nie wiedzą o istnieniu tej dwójki. Ale pewnie prędzej czy później się dowiedzą, co? Tak przypuszczałam. Właściwie to nie spodziewałam się niczego innego. Dekonspiracja murowana, ale wcześniej najprawdopodobniej dojdzie do jakiejś tragedii. Takie rozwiązanie podszeptuje utrwalona konwencja. Taki jest schemat tego typu opowieści. Gdy w thrillerze podglądasz sąsiadów, prawie na pewno niechybnie ujrzysz coś przerażającego. Krew się poleje, a ty, ty będziesz patrzył.


Thriller podlany raczej miękką erotyką. Soft porno w nie tak znowu tradycyjnej opowieści o podglądaniu sąsiadów z domu. O rodzącej się obsesji na punkcie „golasów” z naprzeciwka. Fascynacji powoli, acz nieubłaganie, kawałek po kawałku, odbierającej wszystko, na czym jeszcze do niedawna ci zależało. Poczynając od ukochanego mężczyzny, jak zapewne myślałaś, człowieka, z którym się zestarzejesz. Z którym miał czekać cię długi i względnie szczęśliwy żywot. Gdyby nie Sebastian i Julia, gdyby tylko... Utrzymany w raczej delikatnym, niezbyt mrocznym, a już na pewno nie tak klaustrofobicznym, duszącym klimacie, jak można by oczekiwać od tego rodzaju historii, nieśpiesznie rozwijający się dreszczowiec o kobiecie, w której zachodzi niezbyt subtelna zmiana. Można polemizować czy na lepsze, czy na gorsze (naprawdę można?), ale faktem jest, że po przeprowadzce do nowego lokum, Pippa odkrywa coś nowego. Słodki smak wojeryzmu. A raczej słodko-gorzki, bo to, co na początku było miłym urozmaiceniem dla jej osobistego związku, wkrótce przerodziło się w poważną przeszkodę na tej wspólnej drodze życia. Jeśli Pippa nadal będzie w to brnąć, jeśli fascynacja sąsiadami z naprzeciwka będzie trwać, to prawdopodobnie jej związek z Thomasem się rozpadnie. Żeby tylko to. Otóż, apetyt Pippy rośnie. Patrzenie przestaje jej wystarczać. Chce też słuchać. I ingerować. Działać, zamiast zadowalać się rolą biernej obserwatorki wydarzeń. Thomas tego nie rozumie, ale podejrzewam, że znajdą się widzowie, którzy będą bardziej łaskawi dla dziewczyny, który rozważa uświadomienie innej dziewczyny, że jej małżonek ją zdradza. Sebastian jest zawodowym fotografem i jak szybko odkrywa Pippa jego sesje zdjęciowe przewidują mały bonus. Jeśli masz ochotę, twój fotograf zrobi ci dobrze. Taka tam dodatkowa usługa, o której jego żona nie musi wiedzieć. Pippa tak nie uważa i przynajmniej ja nie potrafiłam jej za to potępić. Nawet potem, gdy stało się... to, co się stało. W tym punkcie bodaj najłatwiej było mi zgodzić się z jej przyjaciółką Ari. Z jej oceną sytuacji, a trzeba wiedzieć, że ta pani ma bardzo swobodne podejście do życia i związków. Widać, że kręcą ją eksperymenty. W przeciwieństwie do Thomasa, nie widzi niczego zdrożnego w poszukiwaniu nowych, choćby nawet nieakceptowanych przez tak zwaną większość społeczeństwa (nie głośno, ale w myślach? Można się zastanawiać) doznań. Thomas konserwatysta, Ari kobieta prawdziwie wyzwolona. Czy aby nie za bardzo? Odpowiedzi przypuszczalnie będą różne. Zależy, kogo zapytać. W każdym razie Michael Mohan przedstawia nam coś na kształt przeciągania liny. Liną jest nasza Pippa, w domyśle do niedawna skromna młoda okulistka, która wprawdzie łatwo nawiązuje znajomości, ale nie odnosi się wrażenia, żeby była częstą bywalczynią jakichś czy to hucznych, czy nawet bardziej kameralnych, wydarzeń/spotkań towarzyskich. Praca, którą lubi. Partner, którego kocha. A od czasu do czasu szybki lunch, czy kawka z najlepszą przyjaciółką i zarazem koleżanką z pracy, „bezwstydną Ari”. Tak mniej więcej wygląda jej, bądź co bądź, całkiem satysfakcjonujący żywot czołowej bohaterki „Kiedy nikt nie patrzy”. Opowieści według mnie ciut przegadanej – romanse, miłostki, zdrady, ciupcianie, trochę mnie to wszystko, powiedzmy że, przytłoczyło. Ciągnęło się prawie jak te flaki z olejem, o których czasami wspomina moja babcia:) Prawie, bo jeśli o mnie chodzi sytuację ratowało właściwie samo oczekiwanie na spodziewane uderzenie. Dyktowane nie tylko przez konwencję, bo intryga z całą pewnością się zagęszcza; napięcie niewątpliwie we mnie rosło, bardziej jednak pracował na to sam tekst niż warstwa techniczna. W każdym razie ani na krok nie odstępowało mnie przekonanie, że coś złego się tu stanie, że Pippa już wkrótce, już za moment, jeszcze chwila, no już zaraz, stanie się świadkiem mimo woli. Zobaczy u sąsiadów (żeby tylko zobaczyła, żeby to było takie proste) coś, co jeszcze skomplikuje jej i tak już pokomplikowane życie. Michael Mohan nie tylko zdawał sobie sprawę z tego, że jakaś część widzów może śledzić poczynania Pippy z narastającym zdumieniem, politowaniem, niedowierzaniem. Że taka niezaradna, tak drastycznie pogubiona, że tak jakby sama prosiła się o kłopoty, jakby robiła wszystko, co w jej mocy, żeby jeszcze bardziej samą siebie pognębić. Cegła po cegle rozebrać swoje życie. Do szczętu zrujnować. Zostawić zgliszcza, zostać z niczym. I jak tak dalej pójdzie, to możliwe, że nawet nie na wolności, że i tego Pippa w końcu się pozbędzie. Mohan w sumie zrobił to specjalnie. To znaczy usiłował stworzyć taką postać, która w oczach przynajmniej niektórych widzów będzie popełniać błąd za błędem, która „nie zawsze będzie słuchała naszych dobrych rad”, która to czy tamto będzie robiła nie tak, absolutnie wspak, ale mimo to zaskarbi sobie choćby tylko tyle naszej sympatii, by nie życzyć jej tego, do czego prostą drogą zdaje się zdążać. Utraty wszystkiego, co ma. Trawa u sąsiada wydaje ci się zieleńsza? Cóż, bajka, którą w pewnym momencie streści Pippa wskazuje na to, że wyznaje zasadę: ciesz się tym, co masz, zamiast wiecznie gonić za czymś więcej. Uważaj, czego sobie życzysz, bo może się spełnić. Takie między innymi prawdy (nic odkrywczego, żeby nie rzec banały) płyną z tej opowiastki. Pippa, w skrócie, takie teorie wygłasza, ale robi coś zupełnie odwrotnego. Hipokrytka? Nie, po prostu nadarzyła się nieoczekiwana, wyjątkowa, jedna na milion okazja, której głupio byłoby nie wykorzystać. I bum! Cóż za zaskoczenie. Ciekawy eksperymencik. Tupnięcie, z którego płynie dodatkowa nauka. Następne ostrzeżenie zawarte w tym, moim zdaniem tylko trochę naciąganym (epilog), scenariuszu spłodzonym przez Michaela Mohana.

Dosyć skromne filmowe przedsięwzięcie, które prześledziłam ze średnim stopniem zaangażowania. Wyciągając średnią:) Bo dalej lepiej niż bliżej. „Kiedy nikt nie patrzy” Michaela Mohana długo się rozkręca, co ma swoje plusy – w tym czasie na przykład całkiem nieźle zaznajamiamy się z niektórymi postaciami, nie tylko główną bohaterką, która to wpada w sidła przypuszczalnie zgubnej obsesji – ale gdyby tak mniej gadania, gdyby tak uderzyć trochę wcześniej? Albo chociaż pobawić się klimatem. Mroczniej, duszniej, ale już niekoniecznie goręcej. Wystarczy mi tej pikanterii. Miękkiej erotyki, która ma uzasadnienie w scenariuszu. Nie że golizna dla samej golizny. Nagość wpisuje się w intrygę, jest jej częścią, czynnikiem w jakimś stopniu determinującym akcję. Rozpalającym obsesję pierwszoplanowej postaci. Według mnie taka sobie historyjka, taki tam nieszkodliwy przeciętniaczek oparty na sprawdzonym motywie podglądactwa, ale... niezbyt mocno.

sobota, 11 września 2021

R.L. Stine „Dziewczyna znikąd. Ulica Strachu”

 

Shadyside w stanie Ohio, rok 1950. Obdarzona niezwykłymi mocami szesnastoletnia Beth Palmieri świadkuje strasznemu wydarzeniu, które na zawsze kończy jej względnie szczęśliwy żywot u boku kochających rodziców. 
Czasy współczesne. Nastoletni Michael Frost zwraca uwagę na nową uczennicą Shadyside High, enigmatyczną Lizzy Walker, przez co naraża się swojej dziewczynie Pepper Davis. Lizzy wyraźnie zabiega o jego towarzystwo i chociaż chłopak w zasadzie nic o niej nie wie, czuje jakby była mu bardzo bliska. Ojciec Michaela jest właścicielem wypożyczalni skuterów śnieżnych, które czasami nieodpłatnie udostępnia swojemu synowi i jego przyjaciołom, Pepper, Gabe'owi, Diegowi i jego dziewczynie Kathryn. Podczas pierwszego takiego wypadu w towarzystwie Lizzy Walker dochodzi do wypadku, który jest zaledwie początkiem koszmaru tych młodych ludzi z Shadyside.

Pierwotnie wydana w 2015 roku „Dziewczyna znikąd” (oryg. „The Lost Girl”) to trzecia powieść spod odnowionego szyldu „Ulica Strachu” („Fear Street”), jaka ukazała się na swoim rodzimym amerykańskim rynku. Po „Party Games”, w Polsce wydanej pod tytułem „Zabójcze gry” oraz jeszcze nieprzetłumaczonej na język polski powieści „Don't Stay Up Late”. Autorstwa Roberta Lawrence'a Stine'a, który oczywiście stworzył także pierwszą, kultową „Ulicę Strachu” - zapoczątkowaną w 1989 roku serię horrorów dla młodzieży, która doliczyła się pięćdziesięciu jeden powieści (podstawowy człon, bo Stine stworzył dla niej też parę „odgałęzień”, podgrup). Nie bez kozery zwany Stephenem Kingiem literatury młodzieżowej, publikujący między innymi jako R.L. Stine, materiały do swoich historii najczęściej zbiera w szkołach i organizowanych przez siebie festiwalach książkowych. Śmieje się, że od dawna szpieguje młodych ludzi – słownictwo, rozrywki, najczęstsze przedmioty rozmów, wiecznie przemijające trendy: istny ekspert od spraw młodzieży. Te wieloletnie obserwacje doprowadziły Stine'a do wniosku, że dorośli nie lubią dzieci. Tak jest od kiedy Stine sięga pamięcią. Na przykład jego twórczość: w latach 90-tych XX wieku młodzi kochali jego książki, więc... do wielu bibliotek nie miały one wstępu. A na tym nie koniec. Właściwie, Stine od lat obserwuje, zwłaszcza w szkołach, że młodym ludziom próbuje się wybić z głowy całe mnóstwo rzeczy. Muzyka, gry, fryzury – nic tylko zakazy i zakazy. Stosunek nauczycieli i bibliotekarzy w Stanach Zjednoczonych, jak zauważa Stine, w XXI wieku uległ jednak lekkiej zmianie. Teraz już raczej pielęgnuje się zainteresowanie młodych jego „Gęsią Skórką”, czy „Ulicą Strachu”. Wreszcie dociera, że narzucanie dzieciom i nastolatkom lektur, utrudnianie, zniechęcanie do kontaktów z „nieodpowiednią prozą”, zazwyczaj zabija wszelkie zalążki miłości do książek.

Dziewczyna znikąd” R.L. Stine'a to kolejna propozycja dla młodych osób, których ciągnie do grozy. Ludzi, którzy ledwo co weszli, albo dopiero mają zamiar wejść, w magiczne światy rozpościerające się na kartach książek. Ale także dla pokoleń, które w pewnym sensie wychowały się na dawnej Ulicy Strachu. Takich staruszków jak ja, które z rozrzewnieniem wspominają niepokojące chwile przeżyte w starym dobrym Shadyside. Dla mnie przygoda z „Dziewczyną znikąd” była bardziej atrakcyjna od poprzedniego „powrotu do przeszłości” ze Stine'em, czyli „Zabójczych gier”. W tamtym świecie przedstawionym trzymał mnie prawie wyłącznie sentyment, tutaj natomiast nie musiał już pracować w pocie czoła na podtrzymywanie mojego zainteresowania lekturą. Miał pomocników – lepiej scharakteryzowane, ciekawsze postaci i nieprzewidywalny rozwój akcji. Choć miejsce mniej obiecujące niż wyspa, na którą na swoje nieszczęście wybrała się między innymi Rachel Martin, główna bohaterka „Zabójczych gier”, którą Stine wspomni też w „Dziewczynie znikąd”. Drobne połączenie, luźne nawiązanie w duchu pierwszej „Ulicy Strachu”. Tym razem autor nie odciąga swoich pechowych nastolatków od cywilizacji. Nie zamyka ich w swoistej klatce, na odciętym od reszty świata kawałku ziemi. Tym razem zostaniemy w mieście, w sennej amerykańskiej mieścinie, o której krążą niepokojące opowieści. Klątwa rodziny Fearów. W „Dziewczynie znikąd” o tej tajemniczej familii Stine jedynie napomknie, jeśli więc jesteś zainteresowany tym tematem, spróbuj z „Zabójczymi grami”. A potem wróć do Michaela Frosta, którego uczyniono jednym z narratorów tej, muszę przyznać, frapującej opowieści. Wspomniany chłopak żyje w czasach nam współczesnych, ale Stine przygotował też wycieczki do roku 1950. Niewiele tego, a i próżno szukać tutaj adekwatnego klimatu retro. Właściwie nic nie wskazuje na to, że szesnastoletnią Beth Palmieri, która to umownie relacjonuje dla nas (wyjątkiem jest tutaj ostatni rozdział retrospektywny) tragedię, jaka dotknęła jej rodzinę zimową porą, spotykamy na samym początku lat 50-tych XX wieku. W każdym razie Beth szybko odkrywa przed nami swój wielki sekret. Mówi nam o nadzwyczajnych mocach, jakie posiadła – à la Carrie White, z tą różnicą, że jej, jak to nazywa, triki, wymagają zaklęć. Wypowiedzenia jakichś magicznych sentencji. Czarownica? Na to wygląda, ale to nie Beth jest tutaj antybohaterką. A przynajmniej wszystko wskazuje na to, że zagrożenie niesie zamożny ród Dooleyów. Gdy już dokona się ta spodziewana tragedia – autor prawie od początku książki podtrzymuje w nas przekonanie, że już za chwilę, już za moment dojdzie do jakiegoś okropieństwa, czegoś, co doszczętnie zniszczy życie niewielkiej rodziny Palmierich – raptownie, w najmniej odpowiednim (bardzo zagadkowe) momencie przeskoczymy o jakieś siedemdziesiąt lat do przodu. Jeszcze na chwilę wrócimy do roku 1950, ale najpierw poznamy nastolatków, których historia w jakiś, skrzętnie skrywany, sposób łączy się z piekielnymi wydarzeniami z dość odległej przeszłości. O co chodzi? Jak jedno ma się do drugiego? Przyznaję, że w swoich domniemaniach szłam uliczką, która okazała się ślepa. Wybrałam jedną z najprostszych możliwych dróg, a tu proszę, nie ma tak łatwo! Stine poszedł bardziej pokrętną ścieżką. Pokrytą śniegiem, bo do Shadyside przyszła dość sroga zima. A wraz z nią, że tak sobie zrymuję, tajemnicza dziewczyna.

Lizzy Walker (w skrótowym opisie fabuły zamieszczonym na okładce pierwszego polskiego wydania „Dziewczyny znikąd” - Media Rodzina, 2021 – wkradł się chochlik: nazwisko Palmer) właśnie przeprowadziła się do Shadyside i dołączyła do uczniów tutejszej szkoły średniej, Shadyside High. Tak samo jak nasz narrator (który co jakiś czas zwraca się do nas bezpośrednio, tak jakby zagaduje do czytelnika) Michael Frost i jego najbliżsi przyjaciele, Lizzy jest w ostatniej klasie licealnej. I wygląda na to, że robi wszystko, co w jej mocy, by zbliżyć się do uczynnego, zawsze służącego pomocą, młodzieńca, do którego zdążył już przylgnąć przydomek „harcerzyk”. Nic więc dziwnego, że Michael z ochotą pomaga nowej uczennicy odnaleźć się w szkole. Taka jego natura, ale niewątpliwie nie tylko o to chodzi. Sam Michael może i sobie tego do końca nie uświadamia, jednakże czytelnikowi zapewne nie umknie, że jest między nimi jakaś chemia. Michaelowi wystarczył zaledwie rzut oka na tę dziewczynę, by poczuć motylki w brzuchu. Zupełnie jakby coś go do niej ciągnęło, jakby Lizzy była mu kimś bardzo bliskim. A przecież nawet jej nie zna. Tak naprawdę nic o niej nie wie. No może, poza tym, że nie pachnie pieniędzmi. Michael ma powody przypuszczać, że dziewczyna wywodzi się z ubogiej rodziny. Nie tylko nie ma telefonu, ale widać też nie dojada. Musi kraść, żeby jakoś przetrwać. Michaelowi – co zrozumiałe – robi się żal tej dziewczyny. Ma dla niej dużo współczucia, ale i czegoś zbliżonego do miłości. W każdym razie chłopak jest nią coraz bardziej zauroczony, a i Lizzy daje mu rozliczne dowody na to, że jest nim zainteresowana. To na poły zagadkowe wzajemne przyciąganie – czuć, że coś się za tym kryje i nawet domyśliłam się co konkretnie; prawdę mówiąc to nie jestem przekonana, czy Stine próbował w ogóle robić z tego tajemnicę – nie uchodzi uwadze dziewczynie Michaela, Pepper Davis. Temperamentnemu rudzielcowi, dziewczynie, która nie zwykła kryć swoich emocji, która zawsze mówi to, co myśli, i która, jak się zdaje lubi być w centrum uwagi. Z oczywistych względów Pepper nie żywi sympatii do Lizzy, trzeba jej jednak przyznać, że w jej obecności stara się ukryć rzeczoną niechęć do tej dziewczyny znikąd. Robi to bardziej z myślą o Michaelu niż głównej zainteresowanej. Bo Pepper zależy na tym chłopaku. Chłopaku, którego powoli traci. Akcja nabiera tempa, gdy dochodzi do jak się wydaje śmiertelnego w skutkach wypadku spowodowanego przez jednego z bohaterów na oczach jego znajomych. Michael, Pepper, Lizzy, Gabe, Diego i Kathryn wpadają nagle w... „Koszmar minionego lata” Jima Gillespiego. Podobny motyw – zabili człowieka, a on jakimś sposobem, albo tylko tak się wydaje, wrócił, by się zemścić. Ukarać młodych ludzi, którzy w popłochu uciekli przed odpowiedzialnością. To jedna ze znanych nauk horroru: nie ukrywaj swoich występków, od razu się przyznaj, ponieważ takie sekrety na pewno mniej ci się opłacą. Prędzej czy później boleśnie się na tobie zemszczą. Mogą cię nawet zabić... A więc slasher. No nie, niezupełnie. Owszem, po tragicznej w skutkach sobotniej przejażdżce na skuterach śnieżnych, młodzi ludzie z Shadyside, Michael i jego paczka, stają się celem potencjalnego zabójcy. Swojej ofiary? Wszystko na to wskazuje, ale jeśli faktycznie tak jest to pytanie brzmi: żywej czy martwej? Opowieść o stalkerze z zaświatów? Mściwym duchu? Prześladowcy, który najpewniej nie spocznie dopóki Michael i jego przyjaciele nie podzielą jego losu? Dobrze, ale jak dopasować do tego slasherowego scenariusza tytułową dziewczynę? Która zachowuje się coraz bardziej podejrzanie. Ona też znalazła się na celowniku, bądź co bądź, tajemniczego mściciela, ale trudno nie zauważyć, że nie mówi pozostałym wszystkiego. Ewidentnie coś ukrywa. Prawie na pewno także stanowi zagrożenie dla swoich nowych znajomych. Zwłaszcza dla Michaela, z którym coś dziwnego, niepojętego, ją łączy. Skłonik w stronę horroru psychologicznego, oczywiście najzupełniej w stylu Stine'a: lekkiego, właściwie bez ryzyka przeciążania umysłu odbiorcy nie mniej skołowanego od głównego bohatera „Dziewczyny znikąd”. Wgląd w umysł Michaela dostajemy, aczkolwiek trudno nazwać go szerokim. To w końcu horror od Stine'a. Mimo wszystko nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to taki trochę „dojrzalszy pan Stine”. Nie, inaczej: portret psychologiczny protagonisty wydał mi się nieco bardziej wyczerpujący niż to miało miejsce w „Zabójczych grach”. I rzecz jasna od tego co zapamiętałam ze starej Ulicy Strachu, przy czym do owych wspomnień nie mam już takiego zaufania. Było to dawno, dawno temu, kiedy jeszcze dinozaury chodziły po ziemi. Rozumiecie więc chyba, że wolę nie polegać zanadto na tych wciąż żywych, a zarazem (paradoksalnie) tak mglistych wspomnieniach. Fajna rzecz, ale niekoniecznie wdzięczny materiał do porównań młodszego i starszego Roberta Lawrence'a Stine'a. Człowieka, któremu zawsze będę dłużna - i jak doskonale wiem, nie jestem w tym poczuciu osamotniona, już prędzej znajduję się w nieprzebranym tłumie ludzi - za wprowadzenie mnie do światka literackiej grozy. Ramię w ramię ze Stephenem Kingiem, Deanem Koontzem, Grahamem Mastertonem, Guyem N. Smithem (eh, to przerażające „Trzęsawisko”). Ach! Byłabym zapomniała o Tomie B. Stone'u i jego cudnej „Szkole przy cmentarzu”.

Nie zmiażdżyło, ale tym razem nie udało mi się wyprzedzić autora. Przedwcześnie rozplątać wszystkie supły zawiązane przez jednego z najbardziej zasłużonych autorów młodzieżowej literatury grozy. Dzwoniło, ale nie wiedziałam, w którym kościele. „Dziewczyna znikąd” R.L. Stine'a zaskoczyła mnie też pod innym względem. Nie spodziewałam się, że dam się aż tak wciągnąć w tak oszczędną w słowach (szczegółowe, wyczerpujące opisy? Puk, puk, to przecież horror od R.L. Stine'a) historyjkę. Opowieść o młodych, acz nieszczególnie gniewnych, którzy jak przystało na „Ulicę Strachu”, jak to w miasteczku Shadyside Stine'a, przeżyją – albo nie przeżyją – istny koszmar na jawie. Tajemniczy prześladowca i jeszcze bardziej tajemnicza tytułowa nastolatka. Pomysłowe scenki, nazwijmy je gore, w sprawdzonych rozstawieniach: tradycyjne motywy, wątki, jak mniemam, dobrze znane wieloletnim miłośnikom filmów i/lub powieści grozy. Uroczy slasherek i coś więcej. Więcej smakowitych kąsków. Coś innego, coś, co widocznie zerwało się z innych konwencji w sumie nie tylko horroru. Mniami.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

czwartek, 9 września 2021

Ann Rule „Ted Bundy. Bestia obok mnie”

 

Życzliwy, troskliwy, empatyczny. Podły, okrutny, zły. Dwa oblicza Theodore'a Roberta Bundy'ego, jednego z najbardziej znanych seryjnych morderców w historii, działającego w latach 70-tych XX wieku na terenie swoich rodzimych Stanów Zjednoczonych. „Ted Bundy. Bestia obok mnie” (oryg. „The Stranger Beside Me”) to książka biograficzna i autobiograficzna autorstwa Ann Rule, nieżyjącej już amerykańskiej dziennikarki kryminalnej, autorki specjalizującej się w literaturze faktu i... przyjaciółki Teda Bundy'ego. Pierwszą wersję wypuszczono w 1980 roku, a potem najgłośniejsza publikacja Rule stopniowo się rozrastała – światowe premiery wszystkich tych wznowień ukazywały się w 1986, 1989, 2000 i 2008 roku. Pierwsze polskie wydanie „Bestii obok mnie” przygotowane przez wydawnictwo SQN jest oparte na ostatecznej wersji książki (rok 2008). Pięćset pięćdziesiąt stron, jakże wygodnym dla mnie drobnym drukiem z bonusową kolorową wkładką w środku: osiem kartek ze zdjęciami archiwalnymi. Twarda oprawa i doskonałe tłumaczenie Bartosza Czartoryskiego. Innymi słowy, godne swojej, moim zdaniem, w pełni zasłużonej sławy, wydanie jednej z najgłośniejszych pozycji true crime na światowym runku literackim.

Powiadają, że gdyby to był utwór beletrystyczny, to najpewniej nie znalazłby wielkiego uznania wśród czytelników. Naciągane, mówiliby. Niewiarygodne! A jednak prawdziwe. Był rok 1971. Ann Rule była jedna z wolontariuszek w Klinice Kryzysowej w Seattle w stanie Waszyngton. Odbierała telefony od ludzi z różnymi problemami. Ludzi szukających wsparcia. Wołających o pomoc. Także do Theodore'a Roberta Bundy'ego, czarującego studenta, który podobnie jak późniejsza autorka książki o nim, dawał z siebie wszystko, żeby pomóc dzwoniącym do Kliniki Kryzysowej w Seattle. Tak narodziła się niezwykła przyjaźń kobiety piszącej o prawdziwych zbrodniach i jednego z największych zbrodniarzy o jakich usłyszał świat. Tym co odróżnia „Bestię obok mnie” od innych biograficznych utworów o mordercach, jest rzeczony związek autorki z podmiotem jej wytężonej pracy. Przeniesiona na mały ekran w 2003 roku („Obcy przyjaciel” w reżyserii Paula Shapiro) przebojowa książka Ann Rule to nie tylko szczegółowy portret charyzmatycznej bestii, ale również szczere wyznanie kobiety wątpiącej w jego winę. Kobiety, która myślała, że potrafi wyłowić drapieżnika z tłumu niewinnych, że zawdzięcza to wrodzonemu talentowi, wykształceniu i zawodowemu doświadczeniu. Tak jej się wydawało, dopóki nie zaakceptowała strasznej prawdy o człowieku, którego poznała zanim zrobiło się o nim głośno. Zanim przyjęła zlecenie na książkę o zabójstwach młodych kobiet popełnianych przez wówczas jeszcze nieznanego sprawcę. Jeszcze przed otwarciem pierwszego śledztwa dotyczącego, jak potem się okazało Bundy'ego, w którym uczestniczyła. Współpracowała z policjantami, których dobrze znała. Kiedyś była jedną z nich, a gdy zajęła się dziennikarstwem (pisała artykuły głównie o zabójstwach) nierzadko obserwowała policyjne śledztwa niejako od środka. Policjanci jej ufali. Rule wszak nigdy nie dała im najmniejszego powodu do zwątpienia w jej intencje. Zawsze twardo stała po ich stronie. Aż do „wejście na scenę” Teda Bundy'ego. Wtedy to Ann Rule prawdopodobnie po raz pierwszy stanęła w rozkroku. Pomiędzy „psami gończymi i zwierzyną, którą zwąchali”. Na szczęście.

Wygadany, inteligentny, przystojny, czarujący, elokwentny, oczytany, dowcipny, wysportowany, łatwo nawiązujący znajomości, zwłaszcza z kobietami... prawdziwy złoty chłopiec. Tako rzecze się o Tedzie Bundym. Między innym takie etykietki mu przyklejono. Przystojny? Kwestia gustu. Inteligentny? Na pewno sprytny, zaradny. Na pewno mający dużo szczęścia, ale czy taki geniusz, geniusz zbrodni, jaki utrwalił się w świadomości publicznej? W „Bestii obok mnie” Ann Rule kontestuje tę tezę, ale dopiero po latach. Nie polemizuje z tym, że podmiot jej analizy „miał trochę oleju w głowie”. Na tyle, żeby bez heroicznego wysiłku zdobyć wyższe wykształcenie. Na przykład dołączyć do palestry (zostać prawnikiem), co zresztą było jego nigdy niespełnionym marzeniem. Sędzia, który przewodniczył pierwszej rozprawie z Tedem Bundym w charakterze oskarżonego, w stanie Floryda, wyraził przypuszczenie, a właściwie to pewność, że ten „złoty chłopiec” byłby dobrym prawnikiem. Gdyby wybrał inną drogę. Gdyby nie nieodparty przymus zabijania. Młodych kobiet, których mogły być dziesiątki. Nie wiadomo ile dokładnie żyć odebrał ten podły, okrutny, zły człowiek. Skazano go za trzy zabójstwa (plus poważne pobicia), przyznał się do trzydziestu, ale śledczy zaangażowani w ten odrażający przypadek zapewne nie zdziwiliby się, gdyby było ich więcej. Autorkę ostatniego wydania „Bestii obok mnie” też nie. Ale ta dawna Ann Rule, ta, która przyglądała się pierwszemu większemu śledztwu w sprawie, który z czasem skoncentrował się na Tedzie Bundym, to już zupełnie inna sprawa. Jej kultowa true crime story ma zdecydowanie więcej zwolenników niż przeciwników, ale, jak zawsze, nie zabrakło też głosów krytycznych. W „Bestii obok mnie” niektórym nie podobała się na przykład stronniczość Ann Rule. Jej osobiste zaangażowanie w sprawę „czarusia Teda”. Oburzyło co poniektórych wsparcie, jakie Rule dawała głównemu podejrzanemu o liczne, w tym śmiertelne, ataki na między innymi studentki podobne do jego pierwszej „miłości” (kolor włosów i uczesanie). Dziewczyny, na której mu zależało, prawdopodobnie pierwszej, z którą był w dłuższym, poważniejszym związku. Pierwszej, która go zraniła. Ale czy ją kochał? Czy Ted Bundy był w ogóle zdolny do miłości? Czy potrafił prawdziwie kochać kogoś innego poza sobą? Tak czy inaczej, w „Bestii obok mnie” istotnie wyłania się obraz kobiety [Rule], która była z Tedem na dobre i na złe. Zwłaszcza na złe. Nasza narratorka była jedną z tych osób, które dały się omotać „boskiemu Tedowi”. Na nią też rzucił swój czar, a przynajmniej do takich wniosków doprowadziła mnie lektura niniejszego... arcydzieła. Prawdopodobnie jedynej w swoim rodzaju, bo takie zbiegi okoliczności z całą pewnością nie zdarzają się często. Właściwie coś takiego nie miało prawa się zdarzyć. Żeby pisać o zbrodniach, a potem dowiedzieć się, że popełnił je przyjaciel? Takie cuda to nawet w hollywoodzkich filmach się nie zdarzają. W rzeczywistości już tak. Życie często pisze bardziej pokręcone, zdumiewające, szokujące scenariusze. Co, możliwe że najdobitniej, pokazuje „Bestia obok mnie”. Obok Ann Rule.

Opus magnum Ann Rule spisano „dwoma językami”. Styl reporterski łączy się ze stylem bardziej kojarzonym z beletrystyką. To znaczy obiektywne, suche sprawozdanie, naszpikowane faktami, bezstronna relacja spotyka się w tej wyśmienitej publikacji ze strukturą à la powieściową. Autorka przytacza - od myślników – wybrane rozmowy różnych osób „występujących” w tej tragedii, a od czasu do czasu w kwiecistych, nieomal poetyckich zdaniach, pieczołowicie kreśli tło, tworzy klimat, jakiego pewnie nie powstydziłby się doświadczony autor powieści kryminalnych. Mówi też o sobie. O swoim życiu, o myślach, które przez te wszystkie lata znajomości z Tedem Bundym się w jej głowie przewinęły. O swoich uczuciach, o swojej roli w tej przerażającej historii. Ta przyjaźń przyniosła jej sławę i oczywiście potężne pieniądze, ale Rule zarzeka się w tej publikacji - i ja jej wierzę - że wolałaby, by ich drogi nigdy się nie przecięły. Nie w ten sposób. Nie tak. Wolałaby aby Ted Bundy był dla niej kimś zupełnie obcym. W sumie taki był. Theodore Robert Bundy tak naprawdę nie dał się poznać nawet jej. Ba! Niektórzy, w tym Ann Rule, z czasem doszli do przekonania, że nawet Ted Bundy nie znał Teda Bundy'ego. Autorka „Bestii obok mnie” w pewnym momencie przyrównuje go do przybysza z innej planety – mniej więcej taką obcość Rule nam w tej nietuzinkowej, niepowtarzalnej opowieści przedstawia. Gdyby to była tylko biografia Teda Bundy'ego, to podejrzewam efekt nie byłby aż tak oszałamiający. Bo to, na co narzekali niektórzy krytycy, dla mnie okazało się najsmaczniejszym kąskiem tej nieprawdopodobnej, ale prawdziwej historii. Główną postacią jest Teda Bundy – tak, to on dostaje najwięcej miejsca, owszem, prawie wszystko kręci się tutaj wokół niego (co niewątpliwie by go cieszyło: wreszcie nie tylko w swoim wyobrażaniu jest pępkiem świata) – ale w moich oczach to Ann Rule kradła tę publikację. Co mnie cieszy, bo historia Teda Bundy'ego dla mnie w niemałym zakresie była, że tak ujmę, powtórzeniem materiału. Chcę przez to powiedzieć, że zdążyłam się o nim trochę naczytać i naoglądać, aczkolwiek muszę przyznać, że w aż takich szczegółach to nie, nie znałam. Niemniej to co robiło największą różnicę, tym co najbardziej mnie w tej strasznej opowieści fascynowało, to osoba Ann Rule. Rola, jaką odegrała w tej okropnej „sztuce”. Jej rozdarcie, niemożność opowiedzenia się za lub przeciw człowiekowi, który wedle jej kolegów policjantów w okrutny sposób, najpewniej z zimną krwią zabił... właściwie nigdy niepoliczoną liczbę kobiet. W tym przynajmniej – z naciskiem na przynajmniej – jedno dziecko, zaledwie dwunastoletnią dziewczynkę. To, jak ją potraktował, jak potraktował je wszystkie, w głowie pomieścić się niepodobna. Rule jednak z większym uczuciem mówi o sprawcy niż jego ofiarach! W każdym razie ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ta dawna Ann więcej współczucia miała dla słusznie odizolowanego od społeczeństwa człowieka (który aż dwukrotnie uciekł z „klatki”) niż dla jego młodych ofiar. To jest tych pewnych i tych domniemanych. Szczegółowe opisy zbrodni są denerwująco zimne [Ważne: co innego da się odczuć w nowszych fragmentach: już sama ta tonacja, a to nie wszystko, pokazuje zmianę jaka zaszła w naszej narratorce na przestrzeni tych wszystkich lat.] No dobrze, jakieś tam cieplejsze dźwięki miejscami będą się rozlegać, ale przeważnie Rule w tych momentach nie pozwala sobie na emocje. Jest do bólu obiektywna, tak sucha w swoich wywodach, że aż zastanawiałam się, czy aby pisząc te słowa gdzieś w głębi ducha nie obwiniała ofiar za to, co spotkało jej przyjaciela. Przeniesienie winy ze sprawcy na jego ofiary? „Jeśli mną manipulował, to szło mu wyśmienicie”. Ann Rule już w latach 70-tych XX wieku, kiedy to rozpoczęła pracę nad niniejszą książką, jeszcze przed pierwszym wyrokiem sądu, jaki usłyszał Ted, kategorycznie nie odrzucała jego sprawstwa. Brała pod uwagę tę możliwość, ale jednocześnie towarzyszyło jej poczucie, że policjanci mylą się, co do niego. Że właściwie prawie cały świat się pomylił. A gdy wreszcie zaczęło docierać do niej, że to ona jedną nogą tkwiła w okowach błędu, nie zostawiła go. Walczyła o Teda, choć jak wynikało mi z jej długiej relacji, bardziej skłaniała się już ku temu, że jej długoletni przyjaciel jest tym za kogo go uważają. Jest seryjnych mordercą i to jednym z najokrutniejszych, jacy chodzili po tej ziemi. Jednostka antyspołeczna, czy jak kto woli klasyczny psychopata. Działacz polityczny, niedoszły prawnik, wytrawny podrywacz, mężczyzna z łatwością rozkochujący w sobie kobiety, także po tym, gdy jego zbrodnie wyszły na jaw, gdy już świat poznał ciemną, zgniłą stronę tego człowieka (nie potwora, i to właśnie jest najstraszniejsze), troskliwy przybrany ojciec i już mniej troskliwy wybranek kobiety, która też później napisze o nim książkę pod pseudonimem Elizabeth Kendall - „The Phantom Prince: My Life Ted Bundy” - przełożoną na ekran w 2019 roku przez Joego Berlingera. Film pod tytułem „Podły, okrutny, zły”, uważam, z widowiskową, elektryzującą kreacją tytułowego antybohatera w wykonaniu Zaca Efrona.

W „Tedzie Bundym. Bestii obok mnie” pióra Ann Rule mamy wszystko. Istna skarbnica wiedzy o morderczym czarusiu. Wytrawnym manipulancie. Zapatrzonym w siebie, egocentrycznym młodym człowieku, który przez większość życia grał miłego chłoptasia. Wielka rola człowieka, którego nie zna nikt i najpewniej nikt już nie pozna. Człowieka enigmy. Opowieść przyjaciółki jednego z najbardziej znanych seryjnych zabójców w historii ludzkości. Wstrząsająca relacja kobiety, która, jak zobaczycie, potrzebowała czasu, by nabrać dystansu do tytułowej bestii. Złamać urok, jaki zdaje się rzucił także na nią, na doświadczoną dziennikarkę śledczą. Szczere wyznania nieżyjącej już autorki, specjalizującej się w true crime. A „Bestia obok mnie” to jej najważniejsze, najpoczytniejsze dzieło. Pozycja obowiązkowa dla ludzi interesujących się real serial killers. Możliwe, że lepszej w tym gatunku nie znajdziecie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu