piątek, 20 lipca 2018

„Delirium” (2018)

Po dwudziestu latach pobytu w zakładzie psychiatrycznym Thomas Walker wraca do rodzinnego domu odziedziczonego po zmarłym ojcu. Aby odzyskać wolność musi odbyć trzydziestodniowy areszt domowy pod nadzorem kuratorki Brody. Złamanie jakiegokolwiek warunku będzie skutkować ponownym odizolowaniem Toma od społeczeństwa, mężczyzna jest jednak zdeterminowany, by przetrwać tę ostatnią próbę. Co nie jest łatwe, z powodu halucynacji, które miewa od wielu lat, ale w samotności jego stan znacznie się pogarsza. Na domiar złego w ogromnym domu, w którym przyszło mu mieszkać prawie wszystko boleśnie przypomina mu bliskich. Znajduje miejsca oraz przedmioty mogące świadczyć o jakichś mrocznych tajemnicach skrywanych przez jego rodzinę. Jest jednak świadom swojej choroby. Tom wie, że nie może ufać swoim oczom, dlatego stara się ignorować zagadkowe znaleziska. I niepokojące zjawiska, którym świadkuje. Ale przychodzi mu to z coraz większym trudem.

Dennis Iliadis, twórca między innymi moim zdaniem kiepskiego remake'u „Ostatniego domu po lewej” Wesa Cravena, w 2011 roku został ogłoszony reżyserem przygotowywanego horroru mającego nosić tytuł „Home”. Wówczas też poinformowano opinię publiczną, że autorem scenariusza jest Adam Alleca, człowiek, który współpracował już z Iliadisem. Przy nowej wersji „Ostatniego domu po lewej”, jest bowiem współautorem jego scenariusza (warto też wspomnieć, że Alleca ma również na koncie współpracę ze Stephenem Kingiem, nad scenariuszem filmowej wersji „Komórki”). Producentami filmu zostali między innymi Jason Blum (cztery części „Naznaczonego”,„The Green Inferno, „Dark Skies”, dwie części „Sinister”, „Wizyta”, „Uciekaj!” i wiele innych) oraz Leonardo DiCaprio (tak, ten aktor). W 2015 roku ogłoszono, że tytuł filmu Dennisa Iliadisa został zmieniony na „Delirium”, ale ukazał się on dopiero w roku 2018. W tym samym roku pojawił się inny horror o nazwie „Delirium”, za reżyserię którego odpowiada Johnny Martin, co może wprowadzać pewne zamieszanie.

„Delirium” Dennisa Iliadisa to niskobudżetowy horror UWAGA SPOILER (horror psychologiczny zmiksowany z thrillerem, jeśli chodzi o ścisłość. Ale jako, że uważam, iż ta ścisłość może kogoś naprowadzić na rozwiązania zagadek zawartych w scenariuszu uznałam, że najlepiej zawrzeć tę informację w spoilerze KONIEC SPOILERA opowiadający o chorym psychicznie człowieku uwięzionym we własnym domu. W ogromnym, przebogatym domostwie odziedziczonym przez głównego bohatera filmu po ojcu, który popełnił samobójstwo. Thomas Walker ma areszt domowy, (co chyba już zawsze będzie mi się kojarzyło z „Niepokojem” D.J. Caruso), który będzie trwał tylko (albo aż zważywszy na jego burzliwy przebieg) trzydzieści dni. Potem Tom odzyska utraconą przed dwudziestoma laty wolność, ale niewykluczone, że już nigdy nie wyrwie się ze szponów choroby, która dręczy go od dwóch dekad. Ciekawie się to zapowiadało – horror rozgrywający się na mocno ograniczonej przestrzeni i skoncentrowany na człowieku, któremu widz chce, ale nie może całkowicie ufać. Topher Grace w roli Thomasa Walkera wypadł całkiem przyzwoicie, ale to nie jego aktorstwo sprawiło, że zapałałam sympatią do głównego bohatera „Delirium”. Większa w tym zasługa scenarzysty – Adam Alleca stworzył postać mężczyzny nieco zagubionego we współczesnym świecie (co zrozumiałe zważywszy na tak długą izolację tego bohatera), lekko zdziecinniałego optymisty, któremu łatwo współczuć, pomimo świadomości, że przed laty zrobił coś tak złego, że sąd odizolował go od reszty społeczeństwa. Co takiego uczynił, tego dowiemy się później – w pierwszych partiach seansu wiemy tylko tyle, że został skazany za jakąś zbrodnię, ale z powodu swojej niepoczytalności uniknął więzienia. Zamiast tego został osadzony w zakładzie psychiatrycznym, gdzie spędził dwie dekady, ale pełni władz umysłowych nie odzyskał. Przez najbliższe trzydzieści dni Tom ma przebywać w swoim domu, pod nadzorem nieprzejednanej kuratorki Brody, w którą wcieliła się bezbłędna Patricia Clarkson, i której to teksty często wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Cierpkie, ironiczne poczucie humoru w nieprzesadzonym stylu, czyli to co lubię i to w dodatku w tak miłym dla oka aktorskim wykonaniu. Niestety, cała otoczka „Delirium” nie zadowoliła mnie w takim stopniu, jak te dwie postacie, od tego rodzaju historii oczekiwałabym dużo większych starań twórców w kierunku dostarczenia odbiorcy klaustrofobicznych wrażeń. Ktoś może powiedzieć, że zawiniło miejsce akcji, bo przecież tak przepastne domostwo nie sprzyja tworzeniu złudnego poczucia pozostawania w powoli zgniatającej nas pułapce, ale myślę, że nawet w tak dużej i w tak bogato urządzonej nieruchomości można było wytworzyć taką atmosferę. Większe zagęszczenie ciemności, intymniejsza praca kamer i voila – dostajemy jeśli już nie odbierające dech to przynajmniej odczuwalne wrażenie tkwienia w miejscu dużo ciaśniejszym niż to jest w istocie. Dennisowi Iliadisowi i jego ekipie udawało się wywołać we mnie lekkie poczucie klaustrofobii jedynie w sekwencjach rozgrywających się na bardzo wąskiej przestrzeni znajdującej się za ścianą, ale ta dużo trudniejsza sztuka, wywoływania wrażenia przebywania w małych pomieszczeniach, gdy w rzeczywistości były one dosyć sporych rozmiarów, w moim odczuciu była już dla nich nieosiągalna.

Postać zmarłego ojca Thomasa Walkera snująca się po wielkim domostwie, dziwne telefony odbierane przez głównego bohatera, jego brat Alex niespodziewanie pojawiający się w tym miejscu, widok samego siebie stojącego za ścianą zarejestrowany przez otwór wywiercony w tejże (moim zdaniem najbardziej intrygująca wstawka), pies, którego nie powinno tam być przechadzający się po domu, dziwne odgłosy, widmowe ludzkie sylwetki i parę innych czy to manifestacji nadnaturalnych sił biorących we władanie nieruchomość Thomasa Walkera, czy projekcji jego zwichrowanej psychiki. To wszystko nadaje odpowiednie tempo akcji, dzięki temu twórcom udało się uniknąć marazmu bezsprzecznie grożącego produkcji traktującej o człowieku tkwiącym w domu. Ale czy była to rozrywka wyższych lotów? Tego oddać „Delirium” nie mogę, pomimo pewnego zainteresowania z jakim śledziłam traumatyczne dzieje Toma. Nie dużego, ale nuda nie dopadała mnie zbyt często – jedynie w kilku sekwencjach, które miały za zadanie podnosić napięcie przed spodziewanym atakiem na czołową postać filmu, bo twórcom nie udało się niestety znaleźć tego magicznego punktu pomiędzy zbytnim pośpiechem a męczącą rozwlekłością. W moim odbiorze parę razy wpadli w to drugie, ale nie musiałam jakoś mocno się wysilać, żeby przez to przebrnąć – bywało już dużo gorzej. Jump scenki, dosyć liczne tak na marginesie, zamierzonego efektu na mnie nie wywierały, ale cieszyło mnie, że twórcy jak to często w horrorach nastrojowych bywa nie ograniczali się do widoku... niczego, że pokazywali, czy to okaleczoną twarz zmarłego ojca Toma (chociaż charakteryzacja do najbardziej wiarygodnych nie należy), czy czarne postacie przemykające przez ekran. Najlepsze w „Delirium” jest jednak to, że widz tak naprawdę nie wie co jest prawdziwe, a co nie – które z obserwowanych zjawisk (i czy w ogóle któreś) rzeczywiście zachodzą w otoczeniu Toma, a które rozgrywają się jedynie w jego głowie. I tak przynajmniej przez niemałą część seansu, bo podejrzewam, że z czasem dla niejednej osoby wszystko stanie się jasne. Bo naprawdę nie trzeba być orłem dedukcji, żeby domyślić się, jakie zwroty akcji wrzucono w końcowe partie tej produkcji przynajmniej parę chwilę przed ich nastąpieniem. Bo „Delirium” niczego odkrywczego nie pokazuje, w końcówce nie obdarowuje widza niczym, co można by uznać za jakiś powiew świeżości. Ale za to delikatnie się wtedy wzruszyłam i podejrzewam, że nie będę osamotniona w tej reakcji na pewne widoki w kulminacyjnej części omawianego obrazu Dennisa Iliadisa.

Można obejrzeć, ale nie jest to absolutnie konieczne. Taka konkluzja nasunęła mi się zaraz po obejrzeniu „Delirium” Dennisa Iliadisa. Horror, na którym wielu sympatyków tego gatunku prawdopodobnie szczególnie mocno nudzić się nie będzie, ale śmiem wątpić w to, że będzie on wzbudzał wielkie zachwyty nawet wśród oddanych wielbicieli nastrojowego kina grozy, bo do nich przede wszystkim ten obraz jest skierowany. Myślę, że duża część odbiorców „Delirium” dojdzie do wniosku, że mogło być dużo lepiej, że tak jak ja uzna, iż pozycja ta aż prosiła się o dopracowanie zwłaszcza w sferze klimatycznej, ale też nie jest aż tak tragicznie, żeby głęboko pożałować wyboru tej produkcji. A przy odpowiednim nastawieniu można nawet całkiem nieźle się bawić.

czwartek, 19 lipca 2018

Peter Straub „Julia”

Londyn. Po śmieci dziewięcioletniej córki Kate i będącym następstwem tej tragedii pobycie w szpitalu, Julia Lofting porzuca swojego męża Magnusa i kupuje duży dom na Ilchester Place, do którego bezzwłocznie się wprowadza. Już w dniu przeprowadzki w pobliżu swojej nowej nieruchomości dostrzega małą dziewczynkę podobną do jej zmarłej córki. Julia będzie widywać ją częściej, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że ma do czynienia z na wskroś zepsutą istotą. Ze złośliwym duchem, który z jakiegoś powodu obrał sobie za cel właśnie ją. Czy to możliwe, że prześladuje ją duch Kate? Julia bierze pod uwagę taką ewentualność, ale nie wyklucza też tego, że może mieć do czynienia z jakąś inną zjawą, która gnieździ się również w jej domu. A od czasu do czasu zadaje sobie pytanie, czy aby nie postradała zmysłów, czy wszystkie niepokojące wydarzenia, którym świadkuje nie rozgrywają się jedynie w jej głowie. Ludzie z jej otoczenia skłaniają się ku temu ostatniemu wyjaśnieniu, a tymczasem Julia coraz bardziej zagłębia się w tę sprawę.

Amerykański pisarz Peter Straub od 1969 do 1979 roku mieszkał najpierw w Irlandii, a potem w Anglii i właśnie podczas swojego pobytu w Londynie napisał „Julię”, pierwszą powieść z gatunku horroru. Dwa lata wcześniej, w 1973 roku ukazała się jego debiutancka książka (pisana prozą), obyczajowy utwór zatytułowany „Marriages”, a w 1974 roku spłodził zbliżoną gatunkowo powieść „Under Venus”, która jednak na publikację musiała czekać aż do pierwszej połowy lat 80-tych. Po odrzuceniu przed wydawców tej drugiej książki Strauba jego agent doradził mu napisanie powieści gotyckiej i tak oto zaczęła się długa przygoda tego pisarza z literackim horrorem. Bo można chyba powiedzieć, że to właśnie dzięki „Julii” połknął bakcyla. Kto wie, może gdyby nie rada jego agenta kariera tego wielokrotnie nagradzanego autora potoczyłaby się w zupełnie innym kierunku, tj. Straub ugrzązłby w literaturze obyczajowej, a co za tym idzie takie arcydzieło jak „Upiorna opowieść” nigdy by nie powstało.

Pierwotnie wydana w 1975 roku „Julia” na swoją filmową wersję nie musiała długo czekać. Już w 1977 roku odbył się pierwszy pokaz horroru Richarda Loncraine'a z Mią Farrow w roli głównej, pod tytułem „Full Circle” (znanego też jako „The Haunting of Julia”), którego scenariusz został oparty na omawianej powieści Petera Strauba. Jego wieloletni przyjaciel, Stephen King, w swoim „Danse Macabre” stwierdził, że styl „Julii” jest czysto angielski – chłodny, racjonalny, pozbawiony jakichkolwiek śladów emocji (może poza jednym wątkiem). Ale śmiem nie do końca zgodzić się z niekoronowanym królem współczesnego horroru literackiego. Owszem, „Julia” bardziej przypomina utwór, który wyszedł spod pióra Anglika niźli Amerykanina, na co wpływ zapewne miało jego ówczesne miejsce zamieszkania, ale nie powiedziałabym, że rzeczowy, pragmatyczny styl odziera „Julię” z emocji. Wszystko jest tutaj poukładane jak w zegarku – jeden ślad prowadzi do następnego, jeden wątek zazębia się z następnym, jedna myśl rodzi kolejną. Wydaje się, że nic nie jest tutaj przypadkowe, że gdyby pozbawić tę opowieść choćby jednego ogniwa wszystko runęłoby jak domek z kart. Co wcale nie oznacza, że Peter Straub serwuje nam wielowątkową, skomplikowaną i nieprzewidywalną historię. „Julia” to klasyczna ghost story bądź opowieść o rozchwianej psychicznie kobiecie, której to tylko się roi, że prześladuje ją agresywny byt z zaświatów. Tym bytem ma być mała dziewczynka, blondynka, przypominająca głównej i zarazem tytułowej bohaterce, jej zmarłą córeczkę Kate. Pierwszy raz Julia Lofting dostrzega ją w dniu przeprowadzki do nowego domu, który to motyw silnie zakorzenił się w tradycji zarówno literackich, jak i filmowych ghost stories. Nieruchomość na Ilchester Place pod numerem dwudziestym piątym, duży, umeblowany dom, zauroczył czołową postać powieści od pierwszego wejrzenia. Jeden rzut oka na niego wystarczył, żeby Julia nie chciała żadnego innego lokum, choć doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że dom jest za duży dla jednej osoby. Czytelnik natomiast już w momencie ujawnienia tej informacji przez autora najpewniej nabierze przekonania, że pragnienie nabycia owego domostwa zostało zrodzone w Julii przez jakąś siłę z zewnątrz, że została dosłownie opętana tą, jak prawdopodobnie już wtedy będzie się domyślał, zgubną potrzebą. I na kolejnych stronicach aż roi się od dowodów bytowania w tym miejscu jakiegoś zła nie z tego świata, jednocześnie jednak Straub wprowadza trochę wątpliwości. Czy to duch jasnowłosej dziewczynki ciągle odkręca grzejniki w domu na Ilchester Place 25, czy to robota samej Julii? Czy to zjawa niszczy przedmioty należące do głównej bohaterki i zostawia jej złowrogie wiadomości, czy raczej właścicielka domu robi to zupełnie nieświadomie? Jak w „Nawiedzonym” Shirley Jackson – oto jest pytanie. Ale do tych dwóch możliwości Peter Straub się nie ogranicza. Zmusza czytelnika do wzięcia pod uwagę jeszcze jednego potencjalnego wyjaśnienia niektórych niecodziennych zjawisk zachodzących w otoczeniu Julii Lofting – rozważenia udziału jej męża, despotycznego prawnika Magnusa, który nie zamierza pozwolić swojej bogatej żonie żyć bez niego. Konflikt pomiędzy tą dwójką znacznie zagęszcza atmosferę zagrożenia spowijającą centralną postać tej książki, ale najciekawsze są sprzeczności w postawie Magnusa. Bo czasami wydaje się, że ten niegdyś notorycznie zdradzający swoją małżonkę mężczyzna chce jedynie położyć łapę na jej majątku, że to na jej pieniądzach mu zależy, a nie na niej samej, ale są też takie chwile, kiedy nie ma się absolutnie żadnych wątpliwości, że Magnusowi zależy na bezpieczeństwie Julii, że autentycznie się o nią boi, a wszystko co robi, robi dla jej dobra...

Na kartach „Julii” odnajdziemy też inne relacje międzyludzkie, z których mnie osobiście najsilniej intrygowały stosunki Magnusa i jego siostry Lily. Kobiety żywo interesującej się zjawiskami nadprzyrodzonymi, chadzającej na seanse spirytystyczne (tak, na ten popularny motyw też znalazło się tutaj miejsce), ale niedającej wiary opowieściom Julii o agresywnym duchu, który jakoby się na nią uwziął. Magnus i Lily mają jeszcze adoptowanego brata, Marka, którego zawsze od siebie odpychali, i który z czasem zacznie mocno zbliżać się do Julii. Ale ta ostatnia relacja jest tak mdła, że wolałabym czym prędzej wyrzucić ją z pamięci (szczęście, że Straub nie poświęcił jej zbyt dużo miejsca) i na razie skupić się na pozostałych członkach tej rodziny. Lily i Magnus już od najmłodszych lat doskonale się rozumieli, przy czym to mężczyzna zwykł pełnić tutaj rolę dominującą. To zazwyczaj on rządzi siostrą, co w ogóle jej nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie: jego siła jej imponuje. Lily jest wręcz zafascynowana bratem, a i on, zdaje się, nie mógłby bez niej żyć. Można z tego wysnuć pewien niesmaczny wniosek, a mianowicie istnieje duże prawdopodobieństwo, że odbiorcę „Julii” z czasem nawiedzi podejrzenie, iż ma tutaj do czynienia z kazirodczym związkiem. Ale czy znajdzie ono potwierdzenie w dalszych partiach rzeczonego utworu, czy Peter Straub popchnął to do takiego ekstremum? Tego już zdradzić nie mogę. Jakkolwiek interesująca by nie była relacja Magnusa i Lily to i tak nie może się równać z kontaktami Julii z małą blondynką, która może być duchem albo projekcją zwichrowanego umysłu tytułowej bohaterki. Czym jest, łatwo się domyślić. Tak samo, jak bez żadnego wysiłku umysłowego prawdopodobnie wielu czytelników będzie uprzedzało Julię w wyciąganiu trafnych wniosków z informacji, jakie kobieta będzie pozyskiwać w trakcie swojego amatorskiego śledztwa, tak i tę zagadkę najpewniej szybko rozwiążą. A jeśli już stanowczo nie odrzucą żadnej z tych dwóch ewentualności to przynajmniej pozwolą sobie bardziej skłonić się w stronę jednej z nich. Najbardziej niepokojące wątki z udziałem tajemniczej dziewczynki, która może, ale wcale nie musi być duchem niedawno zmarłej córki Julii i Magnusa, to te z udziałem zwierząt i luster wiszących w domu na Ilchester Place 25. Podczas tych pierwszych aż nadto wyraźnie uwidacznia się ogromne okrucieństwo tej postaci, nieznajdująca żadnego racjonalnego wytłumaczenia chęć niszczenia wszystkiego co niewinne. Chociaż nie. Uzasadnić to można tym, że jasnowłosa dziewczynka po prostu znajduje przyjemność w odbieraniu życia innym stworzeniom... Ale równie niepokojące jest jej oddziaływanie na otoczenie, jej destrukcyjny wpływ na inne dzieci, które zarazem olśniewa i przeraża. U Julii natomiast budzi jedynie strach. Z czasem rodzi się w niej obsesja na punkcie tej okrutnej istoty, obsesja zrodzona z konieczności ratowania życia swojego i swoich znajomych. Julia rozpoczyna śledztwo, które to Peter Straub osnuł jakże sugestywną atmosferą szaleństwa zmieszanego z nadprzyrodzonością, momentami z domieszką transcendencji – gotycki klimat, atmosfera rodem z klasycznym opowieści o duchach łączy się tutaj z paranoiczną aurą rodem z opowieści o jednostkach powoli, acz nieuchronnie osuwających się w otchłań obłąkania. A najlepsze jest w tym to, że nawet jeśli rozszyfrujemy naturę zła na długo przed rozpędzeniem akcji „Julii” to nie pozostaniemy nieczuli (choć pewnie nie będzie to dotyczyło wszystkich odbiorców tego utworu) na żaden ze składników klimatu stworzonego przez jakże utalentowanego pisarza na kartach rzeczonej powieści i prawdopodobnie nie przejdziemy obojętnie obok jej finału. A przynajmniej ja na niedobór emocji w końcówce narzekać nie mogłam.

„Julia” to jeden z najpopularniejszych utworów Petera Strauba. Nie tak znany, jak genialna „Upiorna opowieść”, książka przewyższająca omawiany utwór pod absolutnie każdym względem, ale według mnie i tak będąca cennym nabytkiem dla światka literackiego horroru. To jedna z tych powieści, które według mnie każdy wielbiciel powieści grozy powinien znać, a już na pewno ten, który uważa się za miłośnika horrorów gotyckich, które jak zauważył Stephen King na kartach swojej książki „Danse Macabre”, Peter Straub tworzy w swojej własnej odmianie – ma swoje własne spojrzenie na literaturę gotycką, tak dobre, że trudno mi się od tego oderwać, nawet wtedy, gdy mam do czynienia z historią naznaczoną taką przewidywalnością, jak „Julia”. Opowieść urzekająca prostotą, przedstawieniem postaci i ich wzajemnymi relacjami i nade wszystko klimatem – doskonałym klimatem sukcesywnie zagęszczającej się grozy, narastającego niebezpieczeństwa przybyłego z zewnątrz (duch) bądź z wewnątrz (umysł głównej bohaterki). Atmosfera szaleństwa miesza się tutaj z aurą rodem z klasycznych ghost stories, dając naprawdę smaczny posiłek miłośnikowi literackich horrorów nastrojowych. Choć i wyjątki pewnie się znajdą, ale ta świadomość nie powstrzymuje mnie przed gorącym poleceniem tej pozycji każdemu, kto uważa się za członka tej grupy czytelników.

poniedziałek, 16 lipca 2018

„Jack Goes Home” (2016)

Jack i jego narzeczona spodziewają się dziecka: synka, któremu zamierzają nadać imię Andy. Pewnego dnia Jack zostaje poinformowany o wypadku samochodowym swoich rodziców, z którego tylko jego matka, Teresa, uszła z życiem. Wraca do rodzinnego domu, aby wesprzeć rodzicielkę i wziąć udział w pogrzebie ojca. Na miejscu, ku swojemu zaskoczeniu, zauważa, że matka nie rozpacza po śmierci męża. Co więc choć na początku wydaje się być niezmiernie zadowolona z obecności syna, jej podejście do niego wkrótce ulega diametralnej zmianie. Jacka najbardziej zastanawia jednak tajemnicza zawartość strychu. Coś, co jak się wydaje jego ojciec chciałby, aby Jack odnalazł. Ale przeszkodą do odkrycia tego sekretu jest Teresa, coraz agresywniej zachowująca się wdowa, która z jakiegoś powodu jest wrogo nastawiona do swojego własnego syna.

Pamiętacie Tommy'ego z „Laid to Rest"? Albo Jessego z remake'u „Koszmaru z ulicy Wiązów”? W obie te postacie (i wiele innych) wcielił się Thomas Dekker, ten sam, który później w oparciu o własny scenariusz wyreżyserował horror psychologiczny „Jack Goes Home”. Niezależny amerykański obraz, który po raz pierwszy został pokazany w marcu 2016 roku na South by Southwest Film Festival. Krytycy nie mieli dla niego litości, zarzucając mu między innymi zbyt dużą ilość niejednoznaczności, emocjonalną pustkę i niezręczne posługiwanie się elementami horroru. A i niemała część pozostałych widzów ochoczo im wtórowała.

„Jack Goes Home” nie jest, że tak się wyrażę, standardowym horrorem – historią poruszającą się wyłącznie w ramach tego jednego gatunku, nastawioną przede wszystkim na straszenie publiczności. Thomas Dekker wkroczył tutaj na ścieżkę, która, ku mojemu zadowoleniu, coraz częściej wchodzi w krąg zainteresowań współczesnych twórców. Horror psychologiczny i nastrojowy owszem, ale w „Jack Goes Home” znajdziemy również silnie rozwiniętą warstwę dramatyczną – Thomas Dekker będzie nas nieśpiesznie przeprowadzał przez meandry psychiki tytułowego bohatera, która z dnia na dzień będzie ulegać coraz większemu rozchwianiu, zresztą podobnie jak psychika jego matki. Jack, w którego w dobrym stylu wcielił się Rory Culkin jest osobą elokwentną, posiadającym bogaty zasób słów, które zdarza mu się wykorzystywać do wprawiania w zakłopotanie innych ludzi. On sam jest człowiekiem zgorzkniałym, niepotrafiącym czerpać wiele przyjemności z życia, choć wydaje się, że ono całkiem dobrze mu się układa. Ma pracę i narzeczoną Cleo, którą kocha i która niedługo da mu upragnionego syna. Ma też przyjaciółkę, Shandę, na którą zawsze może liczyć, osobę, która jest mu bliska już od czasów ich dzieciństwa, i która nigdy go nie zawiodła. To właśnie w niej Jack ma największe oparcie po powrocie do swojego rodzinnego domu, w którym teraz na stałe mieszka już tylko jego matka. Niezastąpiona Lin Shaye, aktorka, która znakomicie sprawdza się w każdej roli, ale w takich szaleńczych kreacjach wypada wprost nieziemsko. Nie wierzycie? To popatrzcie na nią w „Jack Goes Home”. Ilekroć pojawiała się na ekranie odtwórca roli głównej, skądinąd bardzo przekonujący, mógł jedynie grzać się w jej blasku, bo pani Shaye autentycznie kradła ten obraz, ale to akurat jest dla niej typowe. Gdyby ktoś nakręcił film, w którym występowałaby tylko ona to pewnie nawet nie tęskniłabym za innymi twarzami. Ale muszę przyznać, że jej interakcje z Rorym Culkinem śledziłam z zapartym tchem. Widać było, że odtwórca roli głównej pozostaje nieco w tyle za tą uzdolnioną kobietą, ale z całą pewnością jakąś swoją cegiełkę do tego widowiska dołożył, miał swój udział w tworzeniu tego namacalnego wręcz napięcia wynikającego ze stopniowo pogarszającej się relacji owdowiałej Teresy i mężczyzny, który stracił ojca. Emocjonalna pustka? Jakoś nie zauważyłam. Dla mnie „Jack Goes Home” wprost kipiał emocjami i to tego rodzaju, które w kinie grozy są jak najbardziej na miejscu. Dziełko Thomasa Dekkera pokazuje nam przygnębiającą rzeczywistość młodego mężczyzny, która jak wszystko na to wskazuje będzie się zmieniać, ale tylko na gorsze. Pierwszy dosadniejszy skłon w stronę horroru pojawia się już we wstępnej partii filmu. Widzimy wówczas lunatykującego Jacka, z niepokojąco przekrzywioną głową rzucającego parę niewiele nam mówiących słów. Jedyne co możemy z tego wywnioskować to to, że zaraz po przyjeździe do rodzinnego domu powinien odwiedzić strych. A może raczej nie powinien? Bo jak pisał Dean Koontz „są tajemnice, co gryzą z wściekłości i pragną cię dopaść wśród nocnej ciemności”. A przecież Thomas Dekker i jego ekipa nadali taki ciężar tajemniczej zawartości strychu i w ogóle całemu temu miejscu, że nie sposób nie podejrzewać, iż wchodząc tam Jack tylko pogorszy swoją sytuację. Omawiany film jest między innymi opowieścią o rodzinnej tajemnicy, o jakimś mrocznym, zgniłym sekrecie, którego pragnie się poznać. Bardzo się tego pragnie pomimo dzwonków alarmowych z całą mocą rozlegających się w naszych głowach. Klasyczna postawa miłośnika horroru: wiem, że główny bohater nie powinien tam iść, ale chcę by to zrobił, bo wprost nie mogę się doczekać rozwiązania zagadki. Choćby nawet wiązało się to z koniecznością ujrzenia prawdziwego koszmaru. A właściwie to wręcz oczekuje się takich nieprzyjemnych widoków...

Podejrzewam, że znajdą się osoby, które uznają, że ciężar jakim twórcy „Jack Goes Home” obarczyli strych w rodzinnym domu głównego bohatera jest niewspółmierny do rewelacji, jakie wkrótce to mroczne miejsce ujawni, ale ja tak nie uważam (o czym później). Nocne wędrówki kogoś lub czegoś po tym pomieszczeniu, odgłosy kroków dochodzące uszu Jacka, trzymające w napięciu krążenie mężczyzny w pobliżu tych jakże kuszących go drzwi, napięcie, które swoje apogeum osiąga już po wejściu Jacka na strych, kiedy to twórcy z nieznośną wręcz, jeżącą włosy na głowie powolnością popychają jakąś postać w kierunku odwróconego do niej tyłem młodego mężczyzny. W „Jack Goes Home” znajdziemy też incydentalne skręty w stronę gore, takie jak na przykład poderżnięcie sobie gardła przed lustrem, czy przygotowywanie sobie posiłku przez Teresę, ale według mnie twórcy omawianej produkcji lepiej odnajdywali się w mniej dosadnej stylistyce, o wiele większą skutecznością wykazywali się w budowaniu napięcia, podskórnej grozy niźli w szokowaniu, zniesmaczaniu umiarkowanie krwawą makabrą. Właściwie to rzeczone wtręty gore w najmniejszym nawet stopniu tak na mnie nie działały – były przydatne dla procesu potęgowania napięcia, ale grymasu niesmaku na mojej twarzy bynajmniej nie wywoływały. Jak już wspomniałam „Jack Goes Home” ma silnie rozwiniętą płaszczyznę dramatyczną. Przez spory kawał czasu można wręcz odnosić wrażenie, że obcuje się z filmem, który jest bardziej dramatem niż horrorem, ale jeśli wejrzeć głębiej, otworzyć się na całe tło tej opowieści, a nie tylko na to, co obecne na pierwszym planie, to istnieje pewne prawdopodobieństwo, że dojdzie się do przekonania, iż Thomas Dekker ani na chwilę nie odstępuje od horroru. Tyle że często jedynie delikatnie ociera się o tę stylistykę, muska ją, pieści, bada, a kiedy przychodzi odpowiedni moment naciska, po czym prędko powraca do poprzedniego stylu. I tak, aż do dynamicznego, ale na szczęście nie nadmiernie, finału, podczas którego odkrywa najważniejszą kartę tej opowieści. Czego nie przewidziałam, a powinnam, bo to ograny chwyt. Motyw, który tak mi się przejadł, że nawet fakt, iż dałam się twórcom zaskoczyć nie pozwolił mi uniknąć rozczarowania. Nieporównanie mocniej przeżyłam wcześniejszą rewelację, doprawdy straszną, druzgocąco smutną historię z przeszłości, która naturalnie rzutuje na teraźniejszość, ale jestem Thomasowi Dekkerowi wdzięczna za to, że w swoim scenariuszu nie odpowiedział na wszystkie wcześniej zadane pytania, pozostawiając tym samym miejsce dla różnych interpretacji, a co za tym idzie zmuszając mnie do obracania w głowie całej tej opowieści jeszcze długo po zakończeniu seansu.

„Jack Goes Home” nie jest obrazem skierowanym do osób optujących za czystością gatunkową. Horror moim zdaniem jest tutaj obecny przez cały czas, ale nie zawsze w sensie dosłownym, często w sposób ledwie zauważalny, bo przykrywany wątkami osadzonymi w konwencji filmowego dramatu. Myślę, że głównie miłośnicy horrorów z małą ilością (albo w ogóle zerową) agresywnych prób straszenia mają szansę odnaleźć się w tej propozycji. Przede wszystkim te osoby, które lubią łączenie dwóch wyżej wspomnianych gatunków w jednym obrazie i nie uważają za ujmę tego, że twórcy nie odkrywają wszystkich kart, że po zakończeniu seansu sami muszą znaleźć odpowiedzi na niektóre z ważnych pytań. Ja wprost przepadam za takimi obrazami, ale nie mam żadnych wątpliwości, że „Jack Goes Home” wielu zwolenników nie znajdzie, ponieważ bez wątpienia nie jest to film celujący w gusta dużej części opinii publicznej.

sobota, 14 lipca 2018

„Rozpacz” (2017)

Katie od czasu gdy została zgwałcona prowadzi bardzo ubogie życie towarzyskie. Posiada tylko jedną przyjaciółkę, Debbie, kobietę, z którą pracuje, ale po zakończeniu zmiany Katie zazwyczaj spędza czas samotnie. To się zmienia, gdy poznaje aktora Jaya. Mężczyzna bierze udział w filmie kręconym w miasteczku, w którym mieszka Katie, ale po zakończeniu zdjęć wróci do Los Angeles. Kiedy ten moment następuje Katie decyduje się spędzić kilka dni u niego. W jego mieszkaniu w starej kamienicy. Jay nie zwleka z wprowadzeniem jej w świat, w którym żyje. Wręcza jej drogie ubrania i zabiera na wystawne przyjęcie, gdzie przedstawia jej swoich znajomych. Katie czuje się trochę zagubiona w tej obcej dla niej rzeczywistości, ale czerpie też z tego sporo przyjemności. Źródłem jej szczęścia jest Jay, mężczyzna, w którym ma oparcie, jej bratnia dusza, człowiek, którego darzy bardzo głębokim uczuciem. Ale z czasem Katie zaczyna czuć się bardzo nieswojo. W kamienicy, w której Jay wynajmuje mieszkanie dzieje się coś dziwnego, a przynajmniej jego dziewczynie tak się wydaje. Sama Katie nie jest pewna, czy niepokojące zjawiska, którym świadkuje są prawdziwe, czy rozgrywają się wyłącznie w jej głowie.

„Rozpacz” to reżyserski debiut aktora i producenta Davida Moscowa, oparty na scenariuszu Craiga Walendziaka („Contracted: Phase II”) i Matthew McCarty'ego. Prace nad filmem rozpoczęły się w 2014 roku. Początkowo projekt nosił tytuł „A Dying Art”, ale później zmieniono go na „Desolation” (w 2017 roku ukazał się jeszcze jeden film o takiej nazwie, thriller/horror w reżyserii Sama Pattona). Największym problemem było sfinansowanie tego przedsięwzięcia (twórcy szukali pomocy między innymi na stronie internetowej Kickstarter), ale w końcu udało się zebrać potrzebną sumę. Premierowy pokaz „Rozpaczy” odbył się w 2017 roku na American Film Festival, a do szerszego obiegu wszedł w roku następnym.

Podczas szukania informacji na temat „Rozpaczy” moją uwagę zwróciły dwa tytuły widniejące w jednym z tekstów na temat omawianego filmu - „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego i „Sliver” Phillipa Noyce'a (notabene obie te produkcje powstały na kanwie utworów Iry Levina). To znalezisko bardzo mnie ucieszyło, ponieważ już zaczęłam myśleć, że coś sobie uroiłam. Bo naprawdę oglądając „Rozpacz” nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że scenarzyści naoglądali się tych dwóch filmów (zwłaszcza „Slivera”), choć nie ukrywam, że pomyślałam też o „Czwartym piętrze” Josha Klausnera, „Żarze” Craiga R. Baxleya i „Lokatorze” Romana Polańskiego. Innymi słowy pomysłodawcy „Rozpaczy” podpięli się pod znany motyw budynku wielorodzinnego, w którym dzieje się coś dziwnego. Ich film najbardziej kojarzy się jednak ze „Sliverem”, ponieważ łączy go z nim pewien charakterystyczny dla tamtego obrazu szczegół, coś więcej niźli tylko nieruchomość z wieloma mieszkaniami, w której osobie zajmującej pierwszy plan grozi jakieś niebezpieczeństwo. A przynajmniej może tak być, bo David Moscow jak wielu przed nim, postanowił nakręcić film, w którym rzeczone niebezpieczeństwo równie dobrze może czaić się wewnątrz, nie na zewnątrz. Czyli w głowie głównej bohaterki, Katie, w którą wcieliła się całkiem przekonująca Dominik Garcia-Lorido. Zagrożony może być jej umysł bez względu na to, gdzie akurat przebywa – może my, odbiorcy „Rozpaczy”, śledzimy tutaj proces osuwania się kobiety w otchłań szaleństwa (Wstręt"?), a nie jak to, moim zdaniem, najwyraźniej daje się nam do zrozumienia spisek zawiązany przez przynajmniej niektórych z pozostałych lokatorów starej kamienicy w Los Angeles. Ale najpierw początek – przedstawienie postaci, wprowadzenie we właściwą akcję i pierwsze dni pobytu głównej bohaterki w mieszkaniu jej nowego chłopaka, aktora Jaya (niezła kreacja Brocka Kelly'ego). Według mnie to najlepsze momenty „Rozpaczy”. Partie, w których tak naprawdę niewiele się dzieje, które nie wywlekają jeszcze na światło dzienne całej grozy (w zamyśle, niekoniecznie efektywnym) przygotowanej przez filmowców, bo nacisk kładzie się tutaj na budowanie aury tajemniczości – zasiewa się w widzach ziarna wątpliwości, zmusza ich do podejrzliwego przyglądania się zarówno Jayowi, jak i Katie i w ogóle podejmowania prób w rozeznaniu się w całej tej, jak jesteśmy przekonani, tylko na pozór zwyczajnej sytuacji. Chociaż z tą zwyczajnością to trochę przesadziłam, bo historia rodem z „Kopciuszka” nie zdarza się na co dzień – większość kobiet może jedynie pomarzyć o związku z bożyszczem tłumów, o tak diametralnej zmianie jaka nagle zachodzi w życiu Katie. Zamknięta w sobie, unikająca kontaktów towarzyskich (z wyjątkiem przyjaciółki Debbie), zmagająca się z traumatycznymi wspomnieniami główna bohaterka „Rozpaczy” nagle wkracza w zupełnie inny świat, w którym nie jest łatwo jej się odnaleźć. Ale ma się przeczucie, że znalazłaby tutaj szczęście, że w Los Angeles u boku swojego ukochanego wreszcie pozbyłaby się trawiącego ją smutku, że mogłaby wreszcie odstawić leki psychotropowe, pozostawić straszną przeszłość za sobą i cieszyć się teraźniejszością. Tak, mogłoby tak być, gdyby nie zjawiska, które już wkrótce zaczną zachodzić w otoczeniu Katie. W leciwej kamienicy, która prezentuje się całkiem mrocznie, a nawet obskurnie (korytarze), w budynku, w którym Katie czuje się coraz mniej bezpiecznie.

Według mnie na największe pochwały zasłużyli sobie operatorzy i oświetleniowcy. Powolna praca kamer, dłuższe zbliżenia na poszczególne postacie i fragmenty głównego miejsca akcji i w miarę wyważone zagęszczanie ciemności w scenach bezpośrednio poprzedzających jakieś uderzenie – słowem widać, że twórcom zależało na intensywności, że ich celem było stworzenie thrillera, w którym widz mógłby leniwie popływać, a nie sprintem przemierzać całą trasę. A przynajmniej przez jakiś czas mogło kierować nimi właśnie takie pragnienie, bo później scenariusz narzucał duże tempo, powiedziałabym nawet, że w obraz ten wkradł się totalny chaos. Sekwencje z małą dziewczynką przemykającą po starej kamienicy były dla mnie nośnikiem największego napięcia, to one najmocniej windowały emocje, choć ich kulminacje były tak samo rozczarowujące, jak w przypadku pozostałych scenek z dreszczykiem. To znaczy taki był zamiar Davida Moscowa, ale kontakty Katie z innymi postaciami podczas jej pobytu w Los Angeles w taki nastrój już mnie nie wprowadzały. Nie żeby były mi całkowicie obojętne, ale cała ich otoczka i sposób, w jaki mnie przez nie przeprowadzano (szybciej i mniej intensywnie niż w sekwencjach z udziałem tajemniczej dziewczynki) utrzymywały napięcie na stałym, średnim poziomie. Chociaż nie, drgnęło ono w scence z policjantami rozgrywającej się w mieszkaniu Jaya. Zaraz potem jednak powróciło do poprzedniego niezbyt zadowalającego poziomu. Gdyby tylko twórcy „Rozpaczy” w dalszych partiach filmu utrzymali styl obrany przez nich wcześniej i gdyby scenarzyści nie powrzucali tylu tropów nakierowujących mnie na rozwiązanie tej zagadki na długo przed jej ujawnieniem to „Rozpacz” w moich oczach znacznie zyskałaby na wartości. Pewnie nie urosłaby do rangi arcydzieła, pozycji obowiązkowej dla każdego wielbiciela kina grozy (bez znaczenia czy thrillerów, czy horrorów, bo nie sposób nie zauważyć tutaj także pewnych ucieczek w stronę tego drugiego gatunku), ale myślę, że za jeden z lepszych dreszczowców ostatnich lat w takim wypadku bym go uważała. A tak... no cóż. potencjał był, ale moim zdaniem nie został w całości wykorzystany.

Mimo wad, których dopatrzyłam się w „Rozpaczy” (subiektywnym okiem) będę miała na uwadze rozwój reżyserskiej kariery Davida Moscowa, oczywiście jeśli takowy będzie następował. Bo tym obrazem dał mi do zrozumienia, że interesuje go tworzenie minimalistycznych, intensywnych filmów, w które widz powoli, acz nieuchronnie będzie mógł się wtapiać, zamiast bez tchu pędzić wraz z bohaterami przez coraz to bardziej efekciarskie wydarzenia. Idealnie mu to nie wyszło, z czasem zaczęło go ponosić, ale (może naiwnie) ufam, że nabierze większej wprawy w tworzeniu takich kameralnych dreszczowców albo horrorów, bo wydaje mi się, że zbyt dużego wysiłku wkładać w to nie będzie musiał. Odpowiednie predyspozycje ma, przydałby się jeszcze tylko lepiej napisany scenariusz i wolniejsze tempo w dalszych partiach filmu.

piątek, 13 lipca 2018

„Ulice strachu: Krwawa Mary” (2005)

Samantha Owens i jej dwie przyjaciółki nie udają się na szkolny bal. Spędzają wieczór i noc w domu tej pierwszej, chociaż najprawdopodobniej byłoby inaczej, gdyby Sam nie napisała niepochlebnego artykułu o szkolnych sportowcach. Jedna z nich snuje na użytek pozostałych opowieść o Mary Banner, nastolatce, która w 1969 roku podczas szkolnego balu została przypadkowo zabita przez swojego rówieśnika. Następnie Samantha zapoznaje swoje przyjaciółki z legendą miejską o Krwawej Mary, którą jakoby można przywołać trzykrotnie wypowiadając przed lustrem jej imię. Sam robi to dla żartu, rezygnując jednak z lustra, a w nocy ona i jej przyjaciółki znikają. Niedługo potem wracają całe i zdrowe, ale Samantha tylko ze swoim bratem bliźniakiem Davidem dzieli się informacją, że za ich porwanie odpowiada kilku szkolnych sportowców, którzy to w taki sposób postanowili zemścić się na niej za artykuł na ich temat zamieszczony w gazetce szkolnej. Wkrótce to między innymi właśnie oni staną się celem żądnego zemsty ducha skrzywdzonej przed laty dziewczyny.

Mary Lambert, kobieta, która stworzyła mój numer jeden filmów na kanwie twórczości Stephena Kinga, a mianowicie „Smętarz dla zwierzaków”. Odpowiada także za reżyserię jego sequela. Mam też słabość (choć mniejszą) do jej „Kręgu wtajemniczonych”, thrillera z końcówki XX wieku, ale omawianego filmu, „Ulic strachu: Krwawej Mary” nie postawiłabym w jednym rzędzie z żadnym z wymienionych tytułów. Zrealizowany za (w przybliżeniu) trzy i pół miliona dolarów horror oparty na scenariuszu Michaela Dougherty'ego i Dana Harrisa, jest trzecią odsłoną cyklu zapoczątkowanego filmem Jamiego Blanksa z 1998 roku. Premiera części drugiej przypadła na rok 2000, a wyreżyserował ją John Ottman. Powstały w 2007 roku „Ghosts of Goldfield” Eda Winfielda, miał być czwartą częścią „Ulic strachu”, ale ostatecznie zdecydowano się dystrybuować go jako oddzielny obraz.

Teen horror „Ulice strachu: Krwawa Mary”, tak jak poprzednie odsłony tego tytułu (oryginalna nazwa to „Urban Legend/s”, nieporównanie bardziej trafny), został osadzony w konwencji slashera, ale w przeciwieństwie do tamtych obrazów wpleciono w to motyw ducha. Mamy więc taki miks filmu slash i ghost story, podany w młodzieżowych realiach. I choć porównania do dwóch poprzednich odsłon „Krwawa Mary” według mnie nie wytrzymuje to akurat w tym rozwiązaniu nie upatruję przyczyny takiego stanu rzeczy (tj. subiektywnej oceny). Sklejenie dwóch nurtów horroru w jednym scenariuszu nie jest żadną innowacją, ale oryginalność nie jest dla mnie rzeczą niezbędną w kinematografii grozy. Do poszukiwaczy wszelkich nowości nie należę, a wręcz czerpię dużo przyjemności z obcowania ze znanymi i lubianymi motywami. O ile filmowcy podejdą do nich w atrakcyjny dla mojego oka sposób. Fabuła „Ulic strachu: Krwawej Mary” nie jest ani skomplikowana, ani zaskakująca, ale ma w sobie coś, co hmm... odpręża? Tak, chyba właśnie tak się czuję ilekroć oglądam ten film: odprężona, zrelaksowana, w żadnym razie jednak nie zaniepokojona obrazami przewijającymi się na ekranie. Są takie chwile, kiedy wprost łaknę horrorów, na których mogłabym wyłączyć myślenie i po prostu odpoczywać, a „Krwawa Mary” jest właśnie jednym z tych obrazów, które przydają się w takich sytuacjach. Ale pozycją idealną dla takich potrzeb i tak bym go nie nazwała. Do całkowitego odprężenia jeszcze trochę mi brakowało (to jest teraz, bo poprzednie seanse tej pozycji wspominam lepiej), bo efekt psuły te przeklęte efekty komputerowe. Mary Lambert zdążyła już mi udowodnić, że wcale nie jest uzależniona od cyfrowych dodatków, a tutaj proszę – nie mogła się powstrzymać. Zamiast postawić na praktyczne, fizycznie obecne na planie efekty postawiła na tak sztucznie się prezentujące CGI, że aż płakać mi się chciało z powodu zmarnowania tak obiecującego materiału. Zwłaszcza w moim zdaniem bardzo pomysłowej sekwencji z pająkami – odznaczającej się taką kreatywnością, że nawet ta tandetna realizacja nie przeszkodziła jej na lata zakotwiczyć się w mojej pamięci. Ale jak sobie pomyślę, jak ta scenka by na mnie oddziaływała, gdyby nie te żałosne efekty komputerowe to natychmiast ogarnia mnie smutek zmieszany z czystą wściekłością. Bo pikselowe pająki wychodzące z ciała dziewczyny nawet mnie, osoby zmagającej się z arachnofobią, przerazić nie nie mogły, a co dopiero ludzi, których nie ogarnia prawdziwy paraliż na ich widok, a i rany wykwitające na ciele ofiary, z finalnym rozerwaniem twarzy na czele, nawet delikatnych mdłości we mnie nie wywołały. Rozpisano to wprost znakomicie, ale oparcie tego wszystkiego na komputerze sprawiło, że o mocnym przeżyciu w ogóle nie było mowy. W pamięci ostał się jednak sam pomysł i wizja tego jak wspaniale by się to prezentowało, gdyby wykorzystano praktyczne efekty specjalne i... brrr... prawdziwe pająki. Inną dosyć pomysłową sceną śmierci jest porażenie prądem. Brzmi nieciekawie, na wskroś standardowo, prawda? Ale myślę, że po obejrzeniu tej sekwencji, prześledzeniu całego tego ciągu wydarzeń, sposobu w jaki się to odbywa, niejeden widz doceni kreatywność pomysłodawców tej scenki. Ci co mają za sobą seans „Oszukać przeznaczenie 3” pewnie inaczej zareagują na zgon w solarium, pomimo tego, że obraz „Ulice strachu: Krwawa Mary” powstał wcześniej, ale nie wykluczam też, że znajdą się tacy, którzy tak jak ja, uznają, że tutaj zostało to lepiej pokazane. Ostatnią śmiercią, o której trzeba wspomnieć jest makabryczny koniec zwierzęcia, widok jego rozprutego ciałka, który to nie tyle odrzuca, ile smuci.

Krwawa Mary jest chyba wyznawczynią tzw. teorii resortowych dzieci. To jest wariacji na jej temat. Otóż, duch nastolatki wychodzi tutaj z założenia, że powinno się karać także dzieci za przewinienia ich rodziców (naturalnie jest to też sposób na zadanie bólu winowajcom), co też czyni. Scenom śmierci jak już wspomniałam brakuje wiarygodności, ale wygląd mściwej zjawy w większości ujęć wypada całkiem przekonująco. Bo minimalistycznie – ot, blada skóra, nastroszone włosy i krwawiąca rana na czole. Ten widok nie budził we mnie niepokoju, ale byłam twórcom wdzięczna za to, że nie przyprawiali mnie o ból głowy podkopującym realizm kombinowaniem. To znaczy w tych momentach, w których nie szaleli, bo i w przypadku kreacji Krwawej Mary nie potrafili, niestety, oprzeć się pokusie „obdarowania” publiki obrazami generowanymi komputerowo. A za takie dary to ja podziękuję – obejdę się bez nich. Nieporównanie bardziej wolę Mary w tym oszczędnym, minimalistycznym wydaniu, a choćby taki moment, jak ten rozgrywający się pod koniec tego obrazu, ostatnią konfrontację wolę, czym prędzej wyrzucić z pamięci. W sumie to dziwię się, że moje oczy wytrzymały takie nagromadzenie niestrawnego kiczu, że nie oślepłam na ten widok... Na pierwszym planie nie stoi tutaj jednak Krwawa Mary tylko Samantha Owens, w którą w zadowalającym mnie stylu wcieliła się Kate Mara. Nastolatka z pomocą swojego brata bliźniaka, Davida (Robert Vito moim zdaniem też nie wypadł najgorzej), stara się rozwikłać zagadkę zgonów ich rówieśników i jeśli to możliwe zapobiec następnym mordom. Sam coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że winę za to ponosi duch tragicznie zmarłej przed kilkudziesięcioma laty dziewczyny, który to od czasu do czasu jej się ukazuje. Bez jump scenek się nie obyło, ale na korzyść chyba większości scen z udziałem Krwawej Mary, również tych, w których nawiedza przerażoną główną bohaterkę filmu, przemawia wspomniany już minimalizm i jako taka dbałość o napięcie. Nie duża, ale wyczuwa się to jakże uwielbiane przez fanów gatunku nieuchronnie zbliżające się zagrożenie, tę aurę niebezpieczeństwa (w tym przypadku natury nadprzyrodzonej), za którą jestem Mary Lambert wdzięczna, ale niedosyt i tak pozostaje. Bo według mnie bez większego wysiłku można było to podkręcić, tak zagęścić, żeby widz nie tylko wyczuwał rzeczone zagrożenie, ale miał wrażenie, że ono go oplata z siłą, która niemalże odbiera dech. Tego pójścia trochę dalej bardzo mi w „Ulicach strachu: Krwawej Mary” brakowało, ale nie tak aż tak, jak praktycznych efektów specjalnych w miejscu tej komputerowej szmiry.

Taki średniaczek dla widzów mających mniejsze wymagania. Dla wielbicieli teen horrorów i to zarówno tych osadzonych w konwencji filmów slash, jak i opowieści o duchach. To niewymagający myślenia obraz zainspirowany miejską legendą o zjawie, którą można przywołać stojąc przed lustrem (skojarzenia z „Candymanem” jak najbardziej na miejscu, czego zresztą sami twórcy byli świadomi, bo wspomnieli o tym horrorze wprost), przy czym tutaj lustro nie jest potrzebne. Mimo, że to trzecia odsłona serii, znajomość poprzednich części nie jest konieczna, bo choć parę odniesień do tamtych się tutaj pojawia to są one praktycznie nieistotne. Więc jak ktoś nie ma możliwości obejrzenia dwóch pierwszych części, a akurat ma szansę zapoznać się z trójką to może spokojnie z niej skorzystać. To znaczy pod warunkiem, że akceptuje takie klimaty – konwencjonalne, proste, przewidywalne, lekkie historyjki osadzone w realiach młodzieżowych. I jest gotowy przecierpieć naprawdę mizerne efekty komputerowe.

środa, 11 lipca 2018

„American Psycho 2” (2002)

Rachael Newman w wieku dwunastu lat zabiła seryjnego mordercę Patricka Batemana, ale nie pozwoliła, aby ktokolwiek się o tym dowiedział. Na studiach Rachael zapisuje się do programu Behavioural and Social Sciences, wierząc, że będzie to jej przepustka do wymarzonej pracy w FBI. Zajęcia prowadzi były agent FBI Robert Starkman, który spośród chętnych studentów niedługo ma wyłowić swojego nowego asystenta. Rachael jest przekonana, że to właśnie ją spotka ten zaszczyt, ale jej główni konkurenci, których dotychczas niezbyt się obawiała, z czasem zaczynają mocno jej zagrażać. Młoda kobieta jest gotowa zrobić wszystko, by ziścić swoje marzenie. A najpewniejszym środkiem prowadzącym do upragnionego celu jest wyeliminowanie konkurencji...

Początkowo thriller, którego znamy jako „American Psycho 2”, miał być oddzielną produkcją, niepowiązaną z żadnym innym dziełem filmowym i nosić tytuł „The Girl Who Wouldn't Die”, ale po rozpoczęciu produkcji firma Lions Gate postanowiła przerobić scenariusz (jego autorami są Alex Sanger i Karen Craig) tak, aby móc dystrybuować go, jako sequel głośnego filmu Mary Harron opartego na kontrowersyjnej powieści Breta Eastona Ellisa. Decyzja ta najpewniej była podyktowana przekonaniem, że podpięcie się pod znany tytuł przyniesie dużo większy zysk i całkiem możliwe, że gdyby nie to film zarobiłby mniej, ale wydaje mi się, że nikomu się to nie opłaciło. Z powodu burzy, którą to wywołało. Autor literackiego oryginału nie szczędził krytycznych słów pod adresem „American Psycho 2”, reżyser filmu Morgan J. Freeman (późniejszy twórca między innymi „Powrotu do domu”) złościł się na Lions Gate za postanowienie o sprzedawaniu jego obrazu jako kontynuacji „American Psycho” Mary Harron, a odtwórczyni roli głównej w omawianej pozycji, Mila Kunis, publicznie przyznała, że podjęła się czegoś innego, że przyjęła propozycję udziału w filmie niepowiązanym z żadnym innym i dała do zrozumienia, że wstydzi się swojego udziału w „American Psycho 2”.

Nie mam żadnych wątpliwości, że gdyby nie niefortunna decyzja Lions Gate o podpięciu omawianego przedsięwzięcia Morgana J. Freemana pod „American Psycho” Mary Harron, bardzo dobrą adaptację fenomenalnej powieści Breta Eastona Ellisa, to omawiany thriller spotkałby się z lepszym przyjęciem. Chociaż prawdopodobnie byłby znany mniejszej grupie osób. Jeśli chodzi o scenariusz to bodaj największym błędem było zawarcie w nim informacji, że główna bohaterka „American Psycho 2”, Rachael Newman, w którą moim zdaniem w doskonałym stylu wcieliła się Mila Kunis, w dzieciństwie zabiła seryjnego mordercę Patricka Batemana, znanego z powieści Breta Eastona Ellisa i jej filmowej wersji. UWAGA SPOILER CZĘŚCI PIERWSZEJ Otóż, problem w tym, że ta druga (powieść jest mniej jednoznaczna) w finale skłania się ku temu, że wszystkie wcześniej pokazane mordy rozegrały się jedynie w głowie antybohatera, choć oczywiście są też tacy widzowie, którzy odczytują to inaczej. Ci jednak, którzy obstają przy tej pierwszej interpretacji nie mogą wybaczyć twórcom sequela takiego podejścia do tematu KONIEC SPOILERA. Ja także uważam, że to było zupełnie niepotrzebne. Ba, wychodzę z założenia, że całe to przyczepianie się do „American Psycho” było zbędne, że twórcy powinni pozostać przy pierwszej koncepcji. Potrafię jednak odsunąć to na bok, spoglądać na ten film jak na oddzielny obraz, nie patrzeć na niego przez pryzmat pierwszej odsłony. Odrzucam więc precz wszystkie te nieprzydatne powiązania z „American Psycho” i dzięki temu całkiem nieźle się bawię przy każdym podejściu do omawianej produkcji. Największą zasługę ma w tym postać głównej bohaterki tj. antybohaterki, Rachael Newman, studentki biorącej udział w uczelnianym programie Behavioural and Social Sciences, prowadzonym przez byłego agenta FBI Roberta Starkmana. Wracając na chwilę do porównań, ażeby nie było żadnych niedomówień, wcale nie uważam tej sylwetki za lepszą od Patricka Batemana. Rachael daleko do niego, ale już na tle tych fikcyjnych seryjnych morderców, których zdążyłam zobaczyć w XXI-wiecznych filmowych thrillerach, według mnie mocno się wyróżnia. Alex Sanger i Karen Craig zdecydowali się wlać w swój scenariusz sporo czarnego humoru, który najczęściej uwidacznia się właśnie w czołowej postaci „American Psycho 2”. I obok bezbłędnej kreacji Mili Kunis przede wszystkim to sprawia, że praktycznie nie mogę oderwać od tej antybohaterki oczu podczas każdego seansu owego przedsięwzięcia Morgana J. Freemana. Pewna siebie manipulantka, zafiksowana na punkcie zostania agentką FBI, bezwzględna morderczyni, wychodząca z założenia, że zbrodnie, których się dopuszcza to niska cena za przysługi, które odda ludzkości, gdy będzie już agentką FBI. Wygadana, przebiegła intrygantka, która z łatwością potrafi owijać sobie ludzi wokół palca, ale nie wszystkich. Trafia bowiem na przeciwnika, który nie jest podatny na jej wpływy, który nie daje się zwieść. Mowa o psychiatrze Ericu Danielsie, przyjacielu Roberta Starkmana, o względy którego (tego drugiego) Rachael z wiadomych powodów szczególnie zabiega. W jednej ze scen z udziałem Rachael i Erica uwidacznia się kolejna zdolność antybohaterki – aż nadto wyraźnie twórcy dają nam wówczas do zrozumienia, że ta do szczętu zdemoralizowana kobieta szczyci się dużą przenikliwością, że bez trudu potrafi stworzyć bezbłędny profil człowieka w oparciu o niewielką ilość niepełnych wiadomości na jego temat. Wiem, że nie powinnam tak reagować na tę postać, ale doprawdy nie potrafię uodpornić się na magnetyzm Rachael Newman, oprzeć się tej zgubnej sile przyciągania do rzeczonej postaci, która jestem o tym przekonana, byłaby dużo mniejsza, gdyby nie lekkie podejście Newman do mordowania ludzi. To mocno kontrastuje z wagą czynów, których się dopuszcza, wypada to iście groteskowo, komizm łączy się tutaj z tragizmem w sposób, który do mnie praktycznie całkowicie trafia.

Sceny śmierci w mojej ocenie pozostają daleko w tyle za warstwą psychologiczną. Ani scenarzyści nie wykazali się dużą inwencją przy obmyślaniu sposobów pozbawiania życia postaci, którzy mieli nieszczęście wejść w drogę Rachael Newman (chyba tylko kij od mopa w głowie mężczyzny zasługuje na wzmiankę), ani realizatorzy nie uznali za konieczne wrzucenia w to jakichś zapadających w pamięć efektów specjalnych. Budżet filmu oszacowano na dziesięć milionów dolarów, wydaje się więc, że pieniądze nie stanowiły tutaj większej przeszkody, że można było przeznaczyć większą sumę na ten cel. Kilka dodatkowych makabrycznych i najlepiej praktycznych efektów specjalnych moim zdaniem bardzo by się przydało. Gdyby oczywiście twórcy nie przedobrzyli, nie zamienili tego w zdawać by się mogło niekończącą się krwawą sieczkę, bo to z kolei najprawdopodobniej szybko zrobiłoby widzów jeszcze bardziej obojętnymi na zbrodnie dokonywane przez Rachael Newman. Jeszcze bardziej, bo w takim wydaniu też niełatwo się w to zaangażować, jakoś mocno przejąć losem ofiar Newman, choćby nawet tylko w sensie reagowania obrzydzeniem na widok obrażeń, jakie zadaje im pewna przesadnie ambitna studentka, kobieta ogarnięta najczystszą obsesją, popychającą ją do destrukcyjnych zachowań. Ale za to klimat, w jakim utrzymano „American Psycho 2” okazał się całkiem udany. Nie jest to co prawda szczyt możliwości nawet twórców współczesnych filmowych thrillerów i horrorów (o XX-wiecznych już nie wspominając), ale ta lekko wyblakła kolorystyka, praca kamer wywołująca delikatne poczucie klaustrofobii w sekwencjach rozgrywających się w zamkniętych pomieszczeniach i chwytliwe kawałki muzyczne akompaniujące niektórym scenkom, to wszystko tworzy naprawdę przyjemny nastrój dla nie za bardzo wymagającego miłośnika kina grozy. A że ja do wymagających widzów nie należę to nikogo nie powinno dziwić, że atmosfera tego filmu nie dała mi powodów do niezadowolenia. Za to trochę przeszkadzały mi zgrzyty w scenariuszu i nie piszę tutaj o tych feralnych powiązaniach z „American Psycho” Mary Harron, bo umawialiśmy się, że odsunę je na bok. Mowa o obniżaniu stopnia prawdopodobieństwa (w ramach świata przedstawionego, rzecz jasna), o podkopywaniu logiki, którą to oczywiście można tłumaczyć uciekaniem scenarzystów także w stronę czarnej komedii (rezygnacją z tworzenia czyściutkiego thrillera bądź horroru, bo wydaje mi się, że na ten film można patrzeć również jak na slasher), ale nawet jeśli o to chodziło to, w przeciwieństwie do sylwetki czołowej postaci, na tej płaszczyźnie mieszanie tych dwóch gatunków w moich oczach nie zdało egzaminu. Po prostu nie satysfakcjonowało mnie to, że przez tak długi czas wszystkie te zniknięcia ludzi nie budzą niczyich podejrzeń, i że Racheal Newman z taką łatwością przychodziło mordowanie nawet w miejscach publicznych. UWAGA SPOILER Ale może tutaj też chodziło o zasugerowanie odbiorcom, że wszystko to rozgrywa się jedynie w głowie pierwszoplanowej postaci... Jeśli jednak do tego dążono to wypadałoby wyraźniej to zaznaczyć, bo w takim kształcie jestem prawie pewna, że to nadinterpretacja KONIEC SPOILERA. A i jeszcze jeden plus: Lindy Booth, aktorka, dla której mam dużo sympatii. Szkoda tylko, że jej rola była tak mała.

Thriller, czy jak kto woli slasher (ja bardziej skłaniam się ku temu pierwszemu) Morgana J. Freemana, który miał to nieszczęście, że podczepiono go pod głośny obraz Mary Harron oparty na mocnej powieści Breta Eastona Ellisa. Film, którego już na starcie moim zdaniem mocno skrzywdzono, bo chęć dużego zysku była większa od potrzeby obdarowania widzów czymś, co będą mile wspominać. Ja i tak mam dobre zdanie na temat „American Psycho 2”, mnie ten obraz w sumie zadowolił (choć arcydzieło to oczywiście nie jest), ale podejrzewam, że gdybym nie potrafiła nie patrzeć na niego przez pryzmat filmowej adaptacji dzieła Ellisa to pewnie moja ocena byłaby niższa. Dlatego polecić tę pozycję odważę się tylko tym, którzy potrafią oderwać myśli od dzieł, pod które dany obraz się podpina przynajmniej na czas trwania seansu tego drugiego.

poniedziałek, 9 lipca 2018

„Od zmierzchu do świtu” (1996)

Rabusie i zabójcy, bracia Seth i Richard Gecko, są najbardziej poszukiwanymi przestępcami w stanie Teksas. Mężczyźni chcą dostać się do Meksyku, a w tym celu postanawiają wykorzystać trzyosobową rodzinę, która zatrzymała na noc się w tym samym motelu co oni. Byłego pastora, owdowiałego Jacoba Fullera podróżującego kamperem ze swoimi dziećmi Kate i Scottem. Seth i Richie robią z nich swoich zakładników i zmuszają do przewiezienia ich przez granicę. Już w Meksyku zatrzymują się w barze Titty Twister otwartym od zmierzchu do świtu, gdzie bracia Gecko nad ranem mają spotkać się z mężczyzną, który za opłatą przewiezie ich w bezpieczne miejsce. Rodzina Fullerów jest zmuszona spędzić noc w towarzystwie braci, w meksykańskim barze ze striptizem, mając obietnicę Setha, że rano ich drogi się rozejdą. Jeśli w ogóle doczekają świtu, bo jak już wkrótce się przekonają Titty Twister jest siedzibą wampirów.

Zrealizowany za dziewiętnaście milionów dolarów (szacunkowo), kultowy horror zmiksowany z filmem akcji i czarną komedią, „Od zmierzchu do świtu” nie powstałby gdyby reżyser, scenarzysta, producent i twórca efektów specjalnych (makijaż) Robert Kurtzman. To on wymyślił tę historię, ale sam nie przelał jej na karty scenariusza. Tego zadania podjął się Quentin Tarantino, na krześle reżyserskim zasiadł zaś Robert Rodriguez, twórca między innymi „Desperado” oraz późniejszych: wyśmienitego horroru science fiction „Oni” (1998) i równie znakomitego „Grindhouse: Planet Terror”. „Od zmierzchu do świtu” dostał kilka nominacji do Saturna, laureatem zostając w dwóch kategoriach: najlepszy horror i najlepszy aktor - George Clooney. Występ ten został uhonorowany także Złotym Popcornem i Fangoria Chainsaw Award. Wcielający się w rolę jego brata Quentin Tarantino „nie miał tyle szczęścia”, dostał bowiem nominację do Złotej Maliny i Stinker Award dla najgorszego aktora drugoplanowego. Ale nominacje do Saturna też otrzymał – za aktorstwo i scenariusz. „Od zmierzchu do świtu” jak dotąd doczekał się sequela i prequela, ale żaden z nich nie spotkał się z tak pozytywnym odzewem widowni jak pierwowzór.

„Od zmierzchu do świtu” wyraźnie dzieli się na dwie części. Różni je stylistyka, każda z nich przynależy do innego gatunku. Najpierw dostajemy solidne kino akcji, a potem krwawy horror, całość natomiast jest podlana niemałą dawką naprawdę dobrego czarnego humoru. I utrzymana w duchu grindhouse'ów. Zarówno Robert Rodriguez, jak i Quentin Tarantino mogą się pochwalić doświadczeniem na tym polu, mają już na koncie trochę obrazów, które można traktować jako hołd dla grindhouse'ów, albo po prostu wielki powrót do tej stylistyki, przełożenie tego na współczesny język filmu. Przyznaję, że kiedyś nie doceniałam od „Od zmierzchu do świtu” - w okresie dziecięcym i nastoletnim film ten nie wywierał na mnie dużego wrażenia, ale też nie mogę powiedzieć, że seanse tej pozycji wspominam jak najgorzej. Ot, takie głupiutkie kino rozrywkowe, fenomenu którego w ogóle nie rozumiałam, na którym bawiłam się średnio, ale miałam w sobie na tyle uporu, żeby co jakiś czas do niego wracać w nadziei, że w końcu przemówi on do mnie tak, jak przemówił do tysięcy (milionów?) jego zwolenników z całego świata. W końcu, parę lat temu zaczęłam przekonywać się do tego rodzaju kina, ta szaleńcza specyfika zaczęła do mnie trafiać, w czym największy udział miały „Planet Terror” i „Death Proof”, nikogo innego, jak (odpowiednio) Roberta Rodrigueza i Quentina Tarantino. Po zakochaniu się w tych dwóch produkcjach znowu sięgnęłam po „Od zmierzchu do świtu” i tym razem poczułam się jak w domu. Wydawać by się mogło, że moje serce skradnie li tylko druga partia tej produkcji, że przejścia bohaterów w otwartym od zmierzchu do świtu meksykańskim barze Titty Twister z racji moich filmowym preferencji bardziej mnie usatysfakcjonują, a może nawet uznam, że tylko dla tej części warto zobaczyć ten film. Ale wcale tak nie myślę. Uważam, że pierwsza partia nie ustępuje drugiej, że ona też ma sporo do zaoferowania, przy czym są to dary zgoła inne od tych, którymi twórcy „Od zmierzchu do świtu” obdarowują nas później. Chociaż może nie do końca, bo czarny humor jest obecny w obu partiach omawianej produkcji i co ważniejsze jego poziom nigdy nie spada. Ironiczne, cierpkie, drwiące, adekwatne do sytuacji uwagi rzucane przez poszczególne postacie i niektóre z ich zachowań to najwyższa jakość humoru, to dzieło człowieka, który ma prawdziwy talent do wzbogacania kina akcji i horroru czarną komedią, a nie jak to niestety często w kinematografii bywa obniżania jakości filmu niepotrzebnym rozładowywaniem atmosfery żałosnymi dowcipasami. Ze wszystkich najważniejszych postaci przedstawionych w pierwszej partii „Od zmierzchu do świtu” zdecydowanie najzabawniejszy jest Richie Gecko (doprawdy nie wiem za co te nominacje do Złotej Maliny i Stinker Award dla Quentina Tarantino, bo według mnie wypadł tutaj wprost znakomicie), co wprowadza smaczny, nie drażniący, dysonans, bo to najbardziej nieobliczalny, najokrutniejszy członek tej grupy. Grupy w skład której wchodzą jeszcze jego brat, Seth (bardzo dobra kreacja George'a Clooneya) oraz ich zakładnicy, rodzina Fullerów: ojciec i dwójka jego dzieci (odtwórcom tych ról, Harveyowi Keitelowi, Juliette Lewis i Ernestowi Liu też niczego nie mogę zarzucić). Największym osiągnięciem, jeśli chodzi o postacie, jest moim zdaniem to, że twórcom „Od zmierzchu do świtu” udało się przedstawić bezwzględnych przestępców, rabusiów i morderców, tak aby widzowi z łatwością przychodziło sympatyzowanie z nimi, zwłaszcza z dużo bardziej zrównoważonym Sethem. A przynajmniej ja łapałam się na kibicowaniu im w ich przeprawie przez Teksas pomimo wiedzy o zbrodniach, jakich się dopuścili, przy czym los Setha obchodził mnie dużo bardziej niż los jego rozwydrzonego młodszego braciszka. A gdy przyszła pora na walkę z wampirami moje spojrzenie na niego jeszcze się ociepliło.

Bodaj najczęściej wspominaną przez odbiorców „Od zmierzchu do świtu” sekwencją jest zmysłowy taniec Salmy Hayek kreującej Santanico Pandemonium (to fantazyjne miano wzięto z filmu Gilberta Martineza Solaresa z 1975 roku - „Santanico Pandemonium: La Sexorcista”) z wężem, który zasługuje na uznanie tym bardziej, że na życzenie Roberta Rodrigueza był improwizowany (choreografia nie została wcześniej przygotowana) i co ważniejsze aktorka nie odmówiła pomimo swojej ofidiofobii (zmobilizował ją reżyser). Przed nakręceniem tej scenki przez dwa miesiące spotykała się z terapeutami, którzy przygotowali ją do tego zadania. Swoją drogą „Od zmierzchu do świtu”, „Desperado” i „Everly” wyrobiły we mnie przekonanie, że Salma Hayek jest wprost stworzona do takich a la grindhouse'owych filmów. Kolejną poboczną postacią, o której trzeba wspomnieć jest Sex Machine, człowiek, który przytwierdził sobie spluwę do krocza, co oczywiście wyróżnia go z tłumu złożonego z klientów i pracowników baru Titty Twister, ale jeszcze istotniejsze jest to, kto się w niego wcielił. Tom Savini, mistrz efektów specjalnych, artysta dobrze znany długoletnim wielbicielom horroru (w sensie jego dorobku w branży filmowej), który zajmuje się też aktorstwem i już choćby w „Od zmierzchu do świtu” widać, że wychodzi mu to całkiem nieźle. Ale nie tak dobrze jak działalność w dziedzinie efektów specjalnych. Po trzymającej w napięciu, klimatycznej (bezkresne pustynie, lekko przyblakłe i ziarniste zdjęcia, zaniedbane budynki oddzielone od siebie wieloma kilometrami, mało uczęszczana autostrada, to wszystko tworzy iście sugestywny nastrój wyalienowania i nieuchronnego zbliżania się do jakiegoś koszmaru) i miejscami zamierzenie zabawnej akcyjce oddanej w formie filmu drogi przychodzi pora na krwawy horror, w którym to agresorami są naprawdę demonicznie prezentujące się wampiry. Założę się, że cała ekipa bawiła się tutaj przednio, że czerpali z tego dużo frajdy, bo to się po postu czuje patrząc na to szaleństwo rozgrywające się w barze Titty Twister niedługo po zapadnięciu zmroku. Wprost nie sposób zliczyć, ile rekwizytów imitujących najróżniejsze części ludzkich ciał przetoczyło się przez to miejsce akcji, nie sposób wymienić wszystkich mordów, do jakich dochodzi na ekranie (dekapitacje, przebijanie serc wampirów kołkami z ciał których wydobywa się zielonkawo-biaława maź, wyrywanie kończyn, ciała eksplodujące, podpalane, wyżerane wodą święconą etc.) i nie da się zarzucić im niskiego stopnia wiarygodności, choć oczywiście na kicz też znalazło się tutaj miejsce, ale jest to kicz tego rodzaju, który niezmiennie wprawia mnie w dobry nastrój. Wielbiciel kina gore niekoniecznie jednak powinien traktować to jak obietnicę zobaczenia iście odstręczającego, wywołującego mdłości, szokującego obrazu, bo choć krew leje się tutaj strumieniami, choć makabrycznych rekwizytów jest aż nadto to twórcy nie dają odbiorcom czasu na przeżycie tak skrajnych emocji. Wszystko dzieje się tak szybko i w dodatku jest utrzymane w tak lekkiej tonacji (czarny humor), że osobie przyzwyczajonej do krwawych kawałków podawanych na ekranie, moim zdaniem ciężko będzie przeżywać to tak ekstremalnie. Robert Rodriguez i jego ekipa nastawili się tutaj na dobrą zabawę, na co prawda makabryczną, ale rozrywkę, na zabawianie, a nie zniesmaczanie widzów elementami, które w teorii bawić nie powinny. Tylko w teorii, bo w praktyce czasami zdaje to egzamin, przemawia do publiki, a „Od zmierzchu do świtu” według mnie jest jedną z tych produkcji, w których ta niełatwa sztuka się udała. Jednym z tych filmów, którym absolutnie nie ma się za złe lekkiego, dowcipnego wręcz podejścia do stylistyki gore, a wręcz przeciwnie: reaguje się na to najczystszą radością.

Jazda bez trzymanki w wykonaniu gwiazd branży filmowej, kultowy film Roberta Riodrigueza, w którym powinni się odnaleźć zarówno wielbiciele kina akcji, jak i horroru, ale tylko pod warunkiem, że nie mają nic przeciwko a la grindhouse'owej stylistyce i akceptują pokaźne porcje czarnego humoru wlane w scenariusz. „Od zmierzchu do świtu” to specyficzne kino, film szalony, groteskowy, karykaturalny, absurdalny. I tak miało być, bo to jeden z tych filmów, w których to, co powinno przemawiać na niekorzyść dzieła ma działanie zgoła odwrotne. To znaczy tylko w oczach tych widzów, którzy nie są nastawieni negatywnie do wszelkiego rodzaju kuriozów i do zabawiania się kinem, zwalniania wszelkich hamulców i rzucania się w wir szaleńczych wydarzeń. W takich filmach wszystko jest możliwe, dosłownie wszystko się może zdarzyć – logika nie ma tutaj żadnego znaczenia, zachowanie wysokiego stopnia prawdopodobieństwa i maksymalnej powagi dla twórców tego rodzaju filmów i ich fanów nie jest ważne. Bo tak na dobrą sprawę między innymi (może nawet przede wszystkim) w tym tkwi urok takich produkcji.

piątek, 6 lipca 2018

Michel Bussi „Mówili, że jest piękna”

Leyli Maal kilka lat temu przybyła do Francji z Afryki Zachodniej. Ona i trójka jej dzieci, dwudziestojednoletnia Bamby, osiemnastoletni Alpha i dziesięcioletni Tidiane, przebywają w tym kraju legalnie, zajmując małe mieszkanie w biednej dzielnicy. Leyli ciężko pracuje na utrzymanie ich wszystkich, jednocześnie starając się o większe lokum od miasta. Ma też tajemnicę, ukrywa coś przed światem, ale chętnie dzieli się z innymi tym, co przeżyła. A jej egzystencja wcale lekka nie była. Zanim osiadła we Francji Leyli przeszła prawdziwą gehennę w pogoni za swoim marzeniem. Młoda kobieta pragnąca dostać się do Europy podzieliła los wielu innych migrantek. Wykorzystywana seksualnie, poniżana, bita, oszukiwana, a mimo to nietracąca wewnętrznej siły, która przez wszystkie te lata piekła pchała ją do Francji, w której jej los, jak głęboko wierzyła, odmieni się na lepsze. I rzeczywiście, kiedy to marzenie wreszcie się spełniło życie Leyli diametralnie się zmieniło. Kobieta nie posiada wiele, ale po tym, co przeszła niemalże w zupełności wystarczy jej to do szczęścia.
Tymczasem w jednym z hoteli zostają odnalezione zwłoki mężczyzny. Sprawę prowadzi komendant Petar Velika, któremu towarzyszy jego zastępca porucznik Julo Flores. Śledczy szybko odkrywają, że za tą zbrodnią stoi młoda kobieta. Starają się rozpracować jej tożsamość najszybciej jak to możliwe. Podejrzewają bowiem, że morderczyni już wkrótce uderzy ponownie, że nie poprzestanie na tej jednej zbrodni.

Michel Bussi, francuski wielokrotnie nagradzany pisarz specjalizujący się w thrillerach, autor między innymi „Czarnych nenufarów”, „Samolotu bez niej”, „Nigdy nie zapomnieć”, „Mama kłamie” i „Czas jest mordercą” tym razem zderza czytelników z jakże aktualną tematyką migrantów. Po raz pierwszy wydana w 2017 roku powieść „Mówili, że jest piękna” tego mistrza manipulacji, artysty, który w tej dziedzinie nie ma sobie równych (a przynajmniej ja takich twórców nie znam), według wielu odbiorców książek Bussiego, najlepszym jego pisarskim dokonaniem na pewno nie jest, ale jako że ten autor bardzo wysoko zawiesił sobie poprzeczkę ten wniosek nie rzutował zanadto na ogólny odbiór niniejszego dokonania Bussiego. Bo na tle współczesnych literackich thrillerów „Mówili, że jest piękna” i tak wypada nadzwyczaj dobrze – kto jak kto, ale ten autor ma z czego schodzić. Nawet jak trochę obniży poziom to i tak wielu swoich kolegów po piórze zostawia daleko w tyle.

Skrótowy opis fabuły „Mówili, że jest piękna” bez wątpienia nie skłoniłby mnie do sięgnięcia po tę pozycję, gdyby nie nazwisko jej autora. Nie jestem miłośniczką opowieści o migrantach przemierzających tysiące kilometrów w nadziei na dostanie się do lepszego świata, ani nawet historii o handlu żywym towarem i w ogóle o całym biznesie powiązanym z ludźmi nielegalnie przedostającymi się na inny kontynent. Ale jestem miłośniczką prozy Michela Bussiego i to tak oddaną, że nie poświęciłam nawet chwili na zastanowienie czy warto ryzykować spotkanie z tą konkretną koncepcją. Co więcej, wprost nie mogłam doczekać się momentu, w którym zasiądę do lektury „Mówili, że jest piękna”, bo wiedziałam, że Michel Bussi zmusi mnie do zatracenia się nawet w takiej fabule, że moja niechęć do fikcyjnych opowieści (wystarczą mi te prawdziwe) o migrantach w tym przypadku się nie odezwie. Bo wiem, do czego ten pisarz jest zdolny, na co stać Michela Bussiego nawet wtedy, gdy nie jest w najwyższej formie, gdy nie mam właśnie do czynienia z jego najlepszym z dotychczas przeczytanych przeze mnie utworów. A „Mówili, że jest piękna” moim numerem jeden powieści Michela Bussiego nie została – z drugiej jednak strony to jeden z najlepszych literackich thrillerów, jaki w ostatnim czasie wpadł mi w ręce. I kluczem do mojego serca wcale nie był w tym przypadku zwrot akcji. Owszem, z prawdziwymi wypiekami na twarzy czekałam na ten najważniejszy znak rozpoznawczy pisarstwa Bussiego i tak, jak w końcu go dostałam to autentycznie osłupiałam (autor pograł mną jak dzieciakiem, ku mojemu niezmiernemu zadowoleniu), ale ten mocno zaskakujący moment w moich oczach wcale nie jest największym superlatywem „Mówili, że jest piękna”. Empatia – to ona najbardziej wzbogacała ową opowieść, to wnikanie autora, a przez to również nas, odbiorców jego dzieła, w skórę migrantów, to jego zrozumienie tych skrzywdzonych przez los ludzi i ich rozpaczliwych prób wydobycia się z tego bagna. I wstyd, bo choć Bussi nie wyraża tego wprost między jego słowami można znaleźć tę przykrą emocję towarzyszącą autorowi ilekroć zestawi nas Europejczyków z obywatelami Afryki. Różni nas to, że my mieliśmy to szczęście, że urodziliśmy się na kontynencie, który daje dużo możliwości, a oni nie. Jednak więcej bije tutaj z Bussiego czystej wściekłości i rozgoryczenia w reakcji na obchodzenie się władz Francji z imigrantami (gdyby mieszkał w Polsce te emocje pewnie byłyby jeszcze silniejsze). W ogóle to polityka całego tak zwanego cywilizowanego świata w tej kwestii musi doprowadzać Bussiego do szewskiej pasji, bo gdyby było inaczej pewnie nie omawiałby tego tak szczegółowo i z takim zaangażowaniem na kartach swojego utworu. Nie opowiadałby się tak zdecydowanie po jednej stronie tego konfliktu (bo chyba można uznać to za konflikt) i to w dodatku w tak poruszający sposób. Nie, Bussi nie musiał uciekać się do mdłych, egzaltowanych, do bólu ckliwych kawałków, żeby wzruszyć czytelnika losem ludzi przemierzających tysiące kilometrów w pogoni za swoimi marzeniami. Wystarczyły chłodne obserwacje, treściwe referowanie przebiegu dawnej podróży głównej bohaterki książki, Leyli Maal, w formie jej opowieści, snutej na użytek dwóch mężczyzn, którą to autor podał w kilku częściach. Chwilowo przerywały one właściwą akcję „Mówili, że jest piękna”, wydarzenia rozgrywające się w umownej teraźniejszości (choć cały czas wiedziało się, że to wszystko jakoś się ze sobą wiąże), w których to także nie brakowało opisów trudów i znojów migrantów.

W morzu kłamstw łatwiej utopić jest prawdę.”

Wiem, na co liczą fani twórczości Michela Bussiego. Wiem czego przede wszystkim od niego oczekują. Dlatego jestem świadoma tego, że nawet bardzo liczne i najbardziej optymistyczne oceny jego podejścia do migrantów nie wystarczą, aby dać im do zrozumienia, że i tym razem nie powinien spotkać ich zawód. Oczywiście, podejrzewam, że znajdzie się jakaś część miłośników prozy Bussiego tworząca grono rozczarowanych, ale nie sądzę, żeby było ono duże. Opowieść trochę niedomaga w swoich pierwszych partiach, przy czym nie dotyczy to retrospekcji z życia Leyli Maal tylko ścieżki rozciągającej się w umownej teraźniejszości. Ale najpierw plusy. Autor wykazuje się godną podziwu starannością przy tworzeniu zróżnicowanych charakterologicznie pierwszo i drugoplanowych postaci, dbając przy tym o tworzenie coraz to bardziej uwierającej tajemnicy najszczelniej oplatającej Leyli Maal, ale jestem przekonana, że odbiorcy tej książki będą też wypatrywać jakichś rewelacji w pozornie nieskomplikowanym śledztwie prowadzonym przez komendanta Petara Velikę. Opryskliwego, twardego gliniarza, który zwykł protekcjonalnie traktować swojego zastępcę, Julo Floresa. Młodszego od siebie, acz nie ma powodów, by sądzić, że mniej inteligentnego kolegę, który to wzbudza zdecydowanie większą sympatię niż jego przełożony. Tymczasem Leyli poznajemy jako mężnie stawiającą czoła wszelkim przeciwnościom matkę trojga dzieci, która na pierwszy rzut oka ma swoje drobne dziwactwa, ale też jakiś magnetyzm, siłę, która przyciąga mężczyzn, imponuje im, niemalże ich hipnotyzuje. To kobieta, która ukrywa coś przed światem, niby nie mówi wszystkiego o sobie, ale jednak nawet z nowo poznanymi ludźmi chętnie dzieli się historią swojego życia... Dziwne, wiem, ale ci co znają twórczość Michela Bussiego z nie taką przewrotnością mieli już do czynienia. To najbardziej podstępny pisarz, z jakim w całym swoim dotychczasowym życiu się zetknęłam (mowa o jego utworach, rzecz jasna), największy manipulator w gronie znanych mi autorów thrillerów i kryminałów, artysta, któremu w tej sztuce nawet tak zdolna bestia, jak Jeffery Deaver, moim zdaniem nie dorównuje. Ale świadomość, że nic nie jest tak oczywiste, jak Bussi to przedstawia, że gdzieś pośród tych wszystkich słów kryje się wstrząsająca prawda, być może nawet taka, która każe nam wrzucić do kosza wszystkie informacje, które do tej pory zebraliśmy oraz towarzyszenie tak żywym, odmalowanym z dbałością o najdrobniejsze szczegóły postaciom, mogą nie wystarczyć. Przynajmniej część odbiorców „Mówili, że jest piękna” może tak jak ja co jakiś czas nabierać pewności, że autor nie wie, jak pociągnąć tę historię, że w opowieść tę wkradły się przestoje. Co prawda niezbyt długie, ale jednak widoczne. Szczęście, że prawie w całości kompensowane w późniejszych partiach książki, a i nierzadko zaraz po nich Bussi obdarowywał mnie trzymającymi w napięciu kawałkami z coraz to bardziej komplikującego się policyjnego śledztwa i życia legalnie przebywającej we Francji imigrantki z Mali oraz jej najbliższych.

Michel Bussi to moje największe odkrycie ostatnich lat. Jeden z nielicznych pisarzy, który potrafi nie tyle mnie zaskakiwać, co autentycznie paraliżować swoimi zwrotami akcji, który ze wszystkich znanych mi autorów książek wykazuje się największą biegłością w sztuce manipulacji, który ku mojej ogromnej radości, sprowadza mnie do roli dziecka błądzącego we mgle w przeświadczeniu o nieuchronnie zbliżającym się zagrożeniu. I tak też było w przypadku „Mówili, że jest piękna” - w tej empatycznej, mocno trzymającej w napięciu powieści o migrantach, policjantach, zbrodniach i tajemnicach, na ujawnienie których czytelnik będzie musiał długo czekać i jestem przekonana, że przynajmniej jedna z tych bomb spuszczonych w końcu na niego przez Michela Bussiego na jakiś czas praktycznie go ogłuszy. A więc choć według mnie nie jest to powieść doskonała, nie przez te przestoje, czuję się w obowiązku polecić ją wszystkim fanom literackich thrillerów, również tym, którzy tak jak ja nie przepadają za motywami migrantów i handlu żywym towarem wykorzystywanymi w sztuce. Bo Michel Bussi jest chyba niczym mitologiczny Midas – wydaje się, że wszystko, czego dotnie zamienia się w złoto.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...