wtorek, 26 października 2021

„Straszne historie” (2021)

 

Alex Mosher, chłopiec mieszkający wraz z rodzicami w bloku mieszkalnym w Nowym Jorku, pewnego wieczora rozzłoszczony ukradkiem wychodzi z mieszkania. Zamierza zniszczyć zeszyty ze strasznymi historiami jego autorstwa, ale jego uwagę przyciąga jedno z mieszkań, w którym na pierwszy rzut oka nikogo nie ma. Alex wchodzi do środka i po chwili jakimś sposobem przenosi się do staroświecko urządzonego domu należącego do wiedźmy imieniem Natacha. Słysząc o jego pasji, kobieta daruje mu życie, ale odtąd chłopiec każdego wieczora będzie musiał czytać jej jedną ze swoich historii. Dnie ma spędzać na pisaniu. W przeciwnym wypadku czeka go los gorszy od śmierci. Alex nie jest jedynym więźniem czarownicy. Jest też dziewczynka o imieniu Yasmin, która przebywa tutaj od kilku lat, a do jej głównych zadań należy przyrządzanie posiłków dla Natachy oraz dbanie o jej magiczny ogród. Poza tym wiedźma ma kotkę, Lenore, która dla niej szpieguje.

Horror dla dzieci, czy jak kto woli horror familijny od Davida Yarovesky'ego, twórcy „The Hive” (2014) i „Brightburn: Syna ciemności” (2019), który ukazał się na Netfliksie we wrześniu 2021 roku. Scenariusz napisał duet odpowiedzialny między innymi za scenariusz „Topieliska. Klątwy La Llorony” w reżyserii Michaela Chavesa, Mikki Daughtry i Tobias Iaconis, a opierali się na skierowanej przede wszystkim do młodszych czytelników, pierwotnie wydanej w 2018 roku, powieści amerykańskiego pisarza J.A. White'a, pod tym samym tytułem: „Nightbooks” (pol. „Straszne historie”). Książka nie była znana Davidowi Yarovesky'emu przed zaangażowaniem się w ten projekt, ale już na planie zawsze miał ją przy sobie – w czasie prac nad jej filmową wersją, była dla niego czymś w rodzaju biblii. Swoje „Straszne historie” Yarovesky nazwał listem miłosnym od starego dziwaka do następnego pokolenia dziwaków. Od długoletniego miłośnika horrorów dla osób, które dopiero odkrywają, albo mają to jeszcze przed sobą, swoją pasję do tego gatunku. Yarovesky ma nadzieję, że gdy już odnajdą w sobie tę miłość, to już nigdy nikomu nie pozwolą jej sobie odebrać. Dla niego to jedna z najsmutniejszych ewentualności: „ktoś ma w sobie całą tę pasję, ekscytację i magię, a świat to wytłumi”.

Tim Burton i Danny Elfman: według Davida Yarovesky'ego (i pewnie nie tylko jego) ci panowie wytyczyli jeden z najczęściej obieranych kierunków w kinie fantasy, czasami z domieszką horroru. Wykształcili chwytliwą formę, klimat, specyfikę. Ducha, który od wielu lat jest przywoływany przez innych filmowców. Reżyser „Strasznych historii” chciał stworzyć coś innego. Nie iść tym mocno wydeptanym szlakiem przetartym przez Burtona i Elfmana. Yarovesky nie ukrywa, że ich filmy były dla niego ważne w okresie dorastania, ale nie chce się na nich wzorować. Zależy mu na tym, by robić coś swojego, prawdziwego dla niego, odzwierciedlającego jego osobowość. Najwyraźniej marzy mu się również przejęcie pałeczki po R.L. Stine'u:) A właściwie kontynuowanie jego (i nie tylko jego) idei w branży filmowej. Horrorów tworzonych z myślą o najmłodszych, mam wrażenie, w dzisiejszych czasach powstaje mniej niż kiedyś. A jeśli chcemy, żeby ten gatunek przetrwał (a chcemy, prawda?), jeśli zależy nam na tym, by jego oglądalność przynajmniej utrzymywała się na dotychczasowym poziomie, to takie produkcje jak „Straszne historie” na pewno w tym pomogą. Małymi kroczkami... do nieba. Poprzednie pokolenia (pomijam takich szczęściarzy jak ja, którym jeśli chodzi o horror nie narzucano żadnych ograniczeń) miały takie seriale jak „Gęsia skórka” (1995-1998) i „Czy boisz się ciemności?” (1990-2000) oraz choćby takie filmy pełnometrażowe jak „Gremliny rozrabiają” (1984), „Critters” (1986) czy „Karzeł” (1993). Dzisiejsze dzieciaczki dostają natomiast coś takiego jak „Straszne historie”. Od człowieka, który w swoim życiu niejeden horror obejrzał, od wielkiego miłośnika gatunku, Davida Yarovesky'ego. A jednym z producentów Sam Raimi, który dawno, dawno temu obdarował nas genialnym „Martwym złem” (tak, dołożył też „Martwe zło 2” i „Armię ciemności”), i który możliwe, że doradził co nieco „kierownikowi tego zamieszania”. Na przykład białe oczy, którymi Raimi straszył (mnie na pewno) „w swojej” lichej leśnej chatce, gdzie mimowolnie przywołano jakieś zło. Martwe zło. Jak na film dozwolony od lat siedmiu – w Polsce – niektóre momenty są zaskakująco mocne. Może „mocne” to, hehe, za mocne słowo, ale i tak nastawiłam się na coś lżejszego. A tu wymioty, gadanie o jedzeniu dzieci, już nie wspominając o tych „przeklętych” białych oczach, które w kinie grozy zawsze na mnie działają. Się więc zlękłam na tym horrorze dla dzieci. Raz czy dwa. Przyjemnym zaskoczeniem były też dla mnie próby wykrzesania z tego większego napięcia. Chwile poprzedzające spodziewane ataki na „niesfornych” nieletnich bohaterów tej zwariowanej opowieści. Wolne wejścia, przypuszczalnie, odczuwalnie, w mordercze ramiona wiedźmy Natachy. Według mnie trochę przedobrzonej – coś jak przerysowana wersja czarownic z powszechnie znanych bajek. O których też będzie. Ze wskazaniem na jedną. Jedną z najmroczniejszych, najupiorniejszych, najbrutalniejszych. Przynajmniej okiem niektórych szkrabów. Nie sądzę, żeby ta niezbyt przekonująca mnie kreacja była jakimś wypadkiem przy pracy, żeby były to jakieś niedociągnięcia ze strony Krysten Ritter, której powierzono tę, uważam, nadmiernie „kolorową” postać. Obstawiam, że tak właśnie miało być, że owe przejaskrawienia były zamierzone. Taka po prostu była wizja reżysera. Właśnie o takie indywiduum zabiegał. Czarownica inna niż wszystkie. Bardziej, hmm, ekscentryczna od swoich koleżanek.

(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=IemClkFnzxU)

Głównym bohaterem „Strasznych historii” jest Alex Mosher, w którego w przyzwoitym, dostatecznie wiarygodnym stylu, wcielił się Winslow Fegley, którego fani kina grozy mogą kojarzyć z „Come Play” Jacoba Chase'a. A partneruje mu Lidya Jewett, jako Yasmin. Alex kocha straszne historie, ale nie zamierza dłużej podtrzymywać w sobie tej pasji. Świat mu na to nie pozwala. Świat chce, żeby przestał cudaczyć. Był taki, jak jego rówieśnicy. Oddawał się „normalnym” rozrywkom, zamiast wciąż zaszywać się w swoim oblepionym plakatami filmowymi (m.in. „Straceni chłopcy” Joela Schumachera, „Coś” Johna Carpentera, „Koszmar z ulicy Wiązów” i „W mroku pod schodami” Wesa Cravena, „Candyman” Bernarda Rose'a – no, no, prawdziwy koneser gatunku) pokoju i pisać własne opowiadania z dreszczykiem. Może i wyrósłby na dobrego pisarza, może nawet na miarę samego Stephena Kinga - czemu nie? - ale początek „Strasznych historii” Davida Yarovesky'ego ujawnia, że nasz młody bohater wywiesił już białą flagę. Ludzie chcą, by się do nich dopasował, to tak zrobi. Nigdy więcej nie zwrócą się do niego per creepshow(!). Alex ma dość. Ma dość bycia „innym”. Nie chce się dłużej wyróżniać. Nie chce być szkolnym odludkiem. Bezlitośnie wyśmiewanym tylko dlatego, że ma lekką obsesją na punkcie horrorów. Za moich czasów tak nie było. Serio tak się pozmieniało? W każdym razie Alex uznał, że ta pasja nie jest warta takiego poświęcenia. Dla niego cena okazała się po prostu za wysoka. Mógłby wprawdzie zrobić z tego swoją słodko-gorzką tajemnicę, ukrywać to zainteresowanie przed rówieśnikami (z rodzicami, którzy najwidoczniej też woleliby, żeby rozwinął w sobie inne, „normalne”, zainteresowania, byłoby nieporównywalnie trudniej, ale gdyby się mocno postarał to pewnie i im udałoby się wmówić, że skończył z tymi „durnotami”), ale wygląda na to, że Alex nie chce żyć w kłamstwie. Tak to sobie można tłumaczyć. To pożegnanie ze strasznymi opowieściami. Tylko jeszcze rzut oka na „Straconych chłopców” Joela Schumachera. Błąd! Wpadłeś nieboraku w pułapkę zastawioną przez złą kobietę. Jędzę. Czarownicę, która niejedno dziecko już porwała. Jeśli dostrzeże w tobie coś, cokolwiek, co może jej się przydać, to okaże ci litość. O ile można to tak nazwać, bo odtąd będziesz mieszkał pod jednym dachem z wiedźmą. Będziesz jej służącym i lepiej żebyś był posłuszny, bo jak nie... Alex unika losu gorszego od śmierci, bo gdy Natacha pyta go, czy jest w nim coś wyjątkowego, szczerze odpowiada, że lubi pisać straszne historie. Bo niewątpliwie nadal to lubi, choć może jemu wydaje się, że okłamuje wiedźmę, bo ta sympatia, właściwie to miłość, zdążyła już przerodzić się w nienawiść. Problem w tym, że w domu Natachy, co zrozumiałe, trudno się skupić. Blokada twórcza. Brak weny. Nic nie poradzisz. Na szczęścia ma przy sobie zeszyty z opowiadaniami, które napisał wcześniej. Ale skoro wiedźma chce by każdego wieczora czytał jej inną historię własną, to prędzej czy później chłopiec zostanie z niczym. A wtedy, biada mu, oj biada. Część czytanek dla czarownicy twórcy obrazują w formie dość specyficznej kreskówki. Utrzymane w głębokiej czerwieni (tło) filmiki animowane – opowieść o nawiedzonym placu zabaw (te białe oczy...) czy złym czarowniku próbującym zgładzić gargantuicznego, oślizgłego potwora. Przeważnie jednak przyglądamy się życiu Alexa i Yasmin w zamknięciu. W magicznym domu, z którego naturalnie spróbują się wydostać. Ale to potem. Najpierw muszą się dotrzeć. Alex, w przeciwieństwie do niej, od początku stara się zaprzyjaźnić z dziewczynką, która jak się okazuje, długo już tkwi w tym niezwyczajnym domu. Archaiczny wystrój wnętrz ciekawie kontrastuje z kiczowatymi kolorkami, co i rusz mocno rzucającymi się w oczy. Gdyby zmieszać sepię z tym co ja nazywam plastikiem, to mogłoby wyjść właśnie coś takiego. W domu Natachy tak jakby nowe (jaskrawe barwy, efekty komputerowe) wdziera się w stare. Pachnie wesołym miasteczkiem. Jest w tym coś jarmarcznego, przaśnego. Magiczny kicz na miarę XXI wieku, ale od czasu do czasu może też zapachnieć szalonymi latami 80-tymi. Nie żeby radował mnie widok tych wszystkich wygenerowanych komputerowo elementów świata przedstawionego - trochę tego jest, ale szczerze mówiąc podchodziłam do tego obrazu w przekonaniu, obawiałam się, że będzie tego więcej – niemniej jakoś tak zadziwiająco łatwo to znosiłam. Przelatywało nie polepszając mi nastroju, ale też go nie psując. Fabuła co prawda niezbyt wyszukana, żeby nie rzec banalna, ale ta lekkości, ta prostota, ci przesympatyczni bohaterowie, z kotką bez sierści (czyżby sfinks kanadyjski?) włącznie. I wreszcie ta niespotykana w wielu współczesnych horrorach z wyższą kategorią wiekową, dbałość o napięcie – fragmenty obliczone na powolne „dokręcanie tej śrubki” przypominały mi „Upiorne opowieści po zmroku” André Øvredala: podobna atmosfera. Do tego nawiązania do innych dokonań na grozowym poletku (kinematografia, literatura, nawet magazyny), zawsze mile przeze mnie widziane, ale byłoby milej, gdyby choćby jeden z tych ukłonów odgrywał większą rolę w tej konkretnej historii. Plecionka na miarę tej ujawnionej w dalszej partii filmu. Tak ciasna, tak kreatywna... no, bez przesady, ale jakaś inwencja na pewno w tym jest: pożyczanie z głową

Odprężająca rozrywka te „Straszne historie” Davida Yarovesky'ego. Horror dla (prawie) całej rodziny oparty na powieści J.A. White'a. W zasadzie pół horror, pół fantasy, który bawi i uczy. Bądź sobą, nawet, gdy innym to przeszkadza (o ile nie łamiesz prawa, rzecz jasna). Nie porzucaj swojej pasji. Nie pozwól ludziom odebrać sobie tego, co kochasz. Jeśli nazywają cię „innym”, jeśli mają cię za cudaka, dziwoląga, to bądź z tego dumny. I tyczy się to nawet czegoś tak „nienormalnego” jak zamiłowanie do strasznych historii. Pielęgnuj je w sobie, pozwól by przekształciło się w niegroźną obsesję. Gdy podrośniesz pewnie nie raz nazwą cię psychopatą czy sadystą – tylko dlatego, że kochasz horrory – ale nie przejmuj się tym. Trzymaj się tego, a ludzie niech mówią, co chcą. „Straszne historie” to faktycznie list miłosny starego horrorowego wyjadacza do „aspirujących” fanów gatunku. Prosta, zwiewna historia dla młodszych, ale jak widać na moim przykładzie, też i starszych osób, którzy po prostu kochają ten gatunek. I tych, którzy jeszcze nie wiedzą, że ta miłość jest w nich. Chcesz się przekonać? Zacznij może od „Strasznych historii”. Jak się nie ułoży, to spróbuj czegoś innego. Nie kończ na tym, daj sobie jeszcze szansę. Obudź w sobie pasję do horroru, bądź „nienormalny”. Bo w tym gronie jest naprawdę fajnie.

niedziela, 24 października 2021

Anna Krystaszek „W cieniu terapeutki”

 

Rok 2018. Psycholożka Magdalena Różycka przed sześcioma laty straciła w wypadku samochodowym męża i jedyne dziecko. Niedługo później na służbie została zamordowana policjantka, która zajmowała się tą sprawą, Kamila Grzesiak. Jedyna osoba uważająca, że śmierć bliskich Różyckiej była wynikiem czyjegoś celowego działania. Teraz Magda dostaje anonimową wiadomość, wskazującą na to, że Grzesiak miała rację. W sprawę angażują się przyjaciel Kamili, komisarz Paweł Wilk i jego partnerka podkomisarz Iga Banasz. Po przeprowadzeniu wstępnych czynności, ich przełożonych podejmuje decyzję o ponownym otwarciu śledztwa. Wszystko wskazuje na to, że zabójca Różyckich i policjantki wznowił swoją zbrodniczą działalność, a w centrum jego zainteresowania jest Magda. Wśród podejrzanych jest jeden z jej pacjentów, młody mężczyzna zmagający się z nerwicą lękową, Adam Nawrocki. Ale śledczy nie wykluczają też sprawstwa samej Magdaleny Różyckiej.

W cieniu terapeutki” to powieściowy debiut Anna Krystaszek, z wykształcenia pedagog i socjoterapeutki, która po kilkunastu latach pracy w zawodzie (terapeutka), postanowiła w całości poświęcić się swojej drugiej pasji: pisaniu. Krystaszek już wcześniej słała do różnych wydawnictw swoje dzieła, niezmiennie poczynając od wydawnictwa Muza. Można więc wyobrazić sobie jej radość, gdy jej ulubione wydawnictwo zdecydowało się na publikację jej dzieła. Thrillera psychologicznego „W cieniu terapeutki”. Pracując nad tą powieścią Krystaszek korzystała ze swojego doświadczenia zawodowego i na tyle przywiązała się do niektórych postaci, że – choć tego nie planowała – uznała, iż nie warto się jeszcze z nimi rozstawać. Na pewno z prokuratorem Janem Hejdą. Krystaszek zamierza zrobić z tego powieściową serię. Każdy tom ma przedstawiać inną historię, inną sprawę kryminalną.

W swojej twórczości Anna Krystaszek - jak na terapeutkę przystało:) - przede wszystkich chce skupiać się na portretach psychologicznych swoich postaci. Zagłębiać się w ich psychikę. Tworzyć barwne osobowości, które czytelnik będzie mógł poznać od podszewki. Autorce „W cieniu terapeutki” zależy na tym, by odbiorcy jej twórczości w pełni rozumieli motywacje jej postaci, które przeważnie wynikają ze wcześniejszych doświadczeń życiowych. Tę zależność najdobitniej obrazuje na przykładzie Magdaleny Różyckiej i Adama Nawrockiego. Głównej bohaterki swojej pierwszej opublikowanej książki i jednego z jej pacjentów, który zmaga się z doskonale znaną mi chorobą. Łatwo więc było mi się utożsamić z tym młodym mężczyzną. Człowiekiem, przy którym Magda nie czuje się bezpiecznie. Ten fakt zostaje ujawniony bardzo szybo, bo zaraz po prologu - zabójstwo policjantki sprzed sześciu lat – podczas rozmowy ewidentnie mocno zdenerwowanej, wręcz spanikowanej Magdaleny Różyckiej z jej superwizorką. Ze słów tej pierwszej wyłania się obraz uporczywego prześladowcy, stalkera, pogubionego mężczyzny z mroczną obsesją na punkcie swojej psychoterapeutki. Magda od trzech lat nieprzerwanie prowadzi jego terapię i jak myśli jest jedyną stałą osobą w jego życiu. Jedyną osobą, z którą utrzymuje kontakt, której zaufał, ale nie na tyle, żeby opowiedzieć jej o swojej przeszłości. Na ich spotkaniach Adam uparcie skupia się na swoich koszmarnych snach. Ostatni, jakim się z nią podzielił, przeraził Magdę, ale zapewne nie tak, jak niby przypadkowe spotkania z Adamem poza jej gabinetem. Nawrocki powiedział jej, że prawie nie wychodzi z domu, ale Magda nie ma już powodów mu wierzyć. Czuje się osaczona przez tego możliwe, że niebezpiecznego człowieka. Kobieta od sześciu lat mieszka sama w domu na wsi, pod lasem, gdzie niedługo po spotkaniu ze swoją superwizorką, zostaje podrzucona zaadresowana do niej krótka, niepodpisana wiadomość, która brzmi jak groźba. Na dodatek wynika z niej, że wypadek samochodowy, w którym zginęli bliscy Magdy tak naprawdę był wynikiem celowego działania. Po stracie męża Huberta i syna Maksa, kobieta pogrążyła się w rozpaczy. Jej kontakt z bliskimi z czasem się urwał – wszystkimi poza jej najlepszą przyjaciółką Olgą i Jakubem Grzesiakiem, synem policjantki, która zajmowała się sprawą śmierci Huberta i Maksa – zgasła w niej też wola życia, co wedle jej słów, trwa do dziś. Główna bohaterka „W cieniu terapeutki” nie boi się śmierci. Właściwie to od sześciu lat tak jakby z wytęsknieniem na nią czekała. Czemu trudno się dziwić, zastanawiać mogą natomiast jej reakcje na zagrożenia. A przynajmniej jedno, jeśli założyć, że jej problem z Adamem Nawrockim nie ma nic wspólnego z najnowszymi zawirowaniami w jej życiu. Reakcja Magdy na podejrzane zachowanie jej pacjenta, raczej nie jest reakcją, jakiej można się spodziewać po osobie, która nie może się doczekać zejścia z tego padołu łez. Wręcz przeciwnie: dla czytelnika to może być wyraźny sygnał, że wbrew jej własnemu przekonaniu, tli się w niej jeszcze wola życia, że mimo wszystko nie chce jeszcze żegnać się z tym światem. Magda jeszcze sobie tego nie uświadamia, ale najwyraźniej ten etap ma już za sobą. Gdzieś w głębi duszy odżyła już w niej chęć do życia. Na potwierdzenie tej hipotezy nie będzie trzeba długo czekać. Krystaszek szybko rozwieje wszelkie wątpliwość, wleje w nas absolutną pewność, że Magda jest już gotowa na nowo ułożyć sobie życie. Pozbywa się twardego pancerza, którym otoczyła się po śmierci męża i jedynego dziecka, szerzej otwiera się na ludzi, nie jest już tak zdystansowana jak przez ostatnie lata. Powoli żegna się z samotnością i jednocześnie coraz bardziej utwierdza w przekonaniu, że jej rodzina padła ofiarą tajemniczego zabójcy, który teraz dybie na jej życie. Konstrukcja, jaką Krystaszek nadała tej opowieści – kilku narratorów, a wśród nich oczywiście Magdalena Różycka – daje nam, być może fałszywe, poczucie, że właściwie wszyscy, a już na pewno policjanci zajmujący się tą sprawą, mają mniejszą wiedzę od nas. W przeciwieństwie do nich możemy być pewni, że Magda jest ofiarą, a nie sprawczynią, ale... Cóż, nie takie zmyłki w tego typu powieściach już stosowano.

(źródło: https://www.facebook.com/pages/category/Writer/Anna-Krystaszek-108336234646028/)

Wielowątkowa, dość skomplikowana intryga przedstawiona na kartach „W cieniu terapeutki”, ten szkielet fabularny, ramy, jakie Anna Krystaszek wytyczyła dla swojego pierwszego opublikowanego utworu, może i nie są wyrazem jakiejś wielkiej kreatywności, ale potrafią zaciekawić. Większym problemem – największym – był dla mnie styl autorki. Konstrukcja zdań, a już przede wszystkim dialogów: wypowiedzi poszczególnych postaci często nie brzmiały dla mnie naturalnie (mniej zaimka „ja”, poza tym już w całym tekście mnie wulgaryzmów i mowy potocznej i byłoby mi o niebo wygodniej w tym świecie przedstawionym), ale i zbyt mała jak dla mnie plastyczność we fragmentach opisowych. Za szybko, zbyt pobieżnie. Nierzadkie „cofanie zegara”, a czasem kart kalendarza, o dzień-dwa, też odrobinę wytrącały mnie z rytmu. Część z tych nieodległych retrospekcji w ogólnym zarysie była mi już znana (autorka najpierw dane wydarzenie streszcza, a zaraz potem wraca do tego momentu: przeprowadza nas przez niego, można powiedzieć, w czasie rzeczywistym), a zatem moje zainteresowanie w takich razach spadało niemal do zera. Spodobała mi się natomiast główna bohaterka Plusik ode mnie także za Adama, co chyba już dałam do zrozumienia oraz żonę prokuratora Jana Hejdy, Katarzynę, której przydałoby się dać większy udział w tej sprawie, rozwinąć tę niewątpliwie charyzmatyczną, inteligentną, obdarzoną imponującą intuicją, osobowość. Wracając do Magdaleny Różyckiej, kobiety do bólu szczerej, z dosyć konfrontacyjnych nastawieniem, także, a wręcz przede wszystkim do policjantów zajmujących się sprawą domniemanego seryjnego mordercy, który prawdopodobnie (ale nie na pewno) ma na celowniku naszą psychoterapeutkę po strasznych przejściach. Okaleczoną, poturbowaną, okrutnie doświadczoną kobietę, która w wyniku działalności jakiegoś niezidentyfikowanego osobnika, nabiera przekonania, że śmierć jej bliskich nie była zwykłym wypadkiem. Wreszcie bierze na poważnie wersję, którą bezskutecznie starała się przeforsować policjantka Kamila Grzesiak, matka Jakuba Grzesiaka, który po jej zabójstwie, zgłosił się na terapię właśnie do Magdy Różyckiej. Gdy ich poznajemy, Kuba wciąż jest jej pacjentem, choć jak sam zauważa, ich relacja wykroczyła poza te ramy. To już bardziej przyjaźń, a może i coś więcej... Tożsamość sprawcy, jego motywacja, ewentualne powiązania ze straumatyzowaną terapeutką, to nie jedyne zagadki, jaki roztacza przed nami Anna Krystaszek. Jest jeszcze, ponad wszelką wątpliwość, potworna przeszłość Adama Nawrockiego i jego rola w sprawie, w którą w jakiś sposób jest zamieszana jego terapeutka. Ofiara albo, co mniej prawdopodobne, ale możliwe, zabójczyni. Stosunkowo szybko dowiadujemy się, że Nawrocki dawniej był uzależniony od narkotyków i że stracił przynajmniej jedną bliską osobę. Jeszcze wcześniej autorka ujawnia, że chłopak jest samotnikiem, że tak naprawdę jedyną osobą w jego życiu jest Magda. A może nie? Może Adam okłamuje swoją psychoterapeutkę? Autorka szybko (w sumie wszystko dzieje się tu szybko) daje nam dowód na to, że Nawrocki ma kogoś jeszcze, że ma jakieś życie towarzyskie. Niekoniecznie satysfakcjonujące. Niekoniecznie zdrowe... Przy takiej ilości wątków – wydarzenia z umownej teraźniejszości, na które w pewnym sensie nakładają się zdarzenia z przeszłości; historie sprzed lat przypuszczalnie doprowadziły do tragedii obecnie zachodzących w otoczeniu Magdy) – według mnie przydałoby się zwiększyć objętość tej publikacji. Przedstawić to bardziej szczegółowo. Zwolnić, także po to, by jeszcze niżej pochylić się nad bohaterami, a przynajmniej bardziej zainteresować się klimatem. Zintensyfikować wrażenie zaszczucia, które naturalnie dopada główną bohaterkę, ale niekoniecznie będzie się udzielało odbiorcy książki, w każdym razie u mnie kiepsko z tym było. Lepiej wykorzystać miejsce zamieszkania głównej bohaterki – spokojna wieś w bliskim sąsiedztwie lasu. Alienacja, klaustrofobia: jakoś tego nie czułam, a założyłam, że danie Magdzie takiego domu było spowodowane między innymi chęcią wzbogacenia „W cieniu terapeutki” tymi pierwiastkami. Zapewnienia czytelnikom również takich mocno niewygodnych, ale od tego gatunku, myślę, jak najbardziej pożądanych, wrażeń. Za mało suspensu. Napięcie mniejsze od tego, do którego zdążyłam przywyknąć obcując ze współczesnymi literackimi dreszczowcami. Ale przynajmniej nie udało mi się przedwcześnie rozpracować tej intrygi. Tożsamość sprawcy na pewno była dla mnie zaskoczeniem. Nic wstrząsającego (gorzej, że nie obyło się bez jednego dużego zbiegu okoliczności), ale zdecydowanie nie byłam przygotowana na taki obrót spraw. Właściwie podwójne uderzenie: kto przeczyta, ten zrozumie, o co chodzi.

W cieniu terapeutki” Anny Krystaszek wydaje się być dobrą propozycją przede wszystkim dla tych sympatyków powieściowych thrillerów psychologiczny, ale i kryminałów, którzy lubią szybciej postępujące opowieści. Bez wdawania się w długie opisy, w których aż roi się od detali. Historie w prostych słowach spisane. Krótko, ale z jakąś tam dbałością o postacie. Na pewno większą niż o klimat. Powieść nie do końca w moim guście – bawiłam się raczej średnio – ale wydaje mi się, takie mam dziwne przeczucie, że na tym nie skończy się pisarska kariera pani Krystaszek, że będzie o niej głośno przynajmniej w tym naszym polskim piekiełku. Takie powieści zwykle dobrze się sprzedają. Podatny grunt na takie historie na pewno jest. I to niemały, więc spodziewam się dynamicznego rozwoju jej kariery pisarskiej. Której ja raczej nie będą bacznie obserwować, ale nie mam wątpliwości, że grono osób, które wprost nie będą mogli się doczekać kolejnego spotkania z prozą Anny Krystaszek, po przeczytaniu jej debiutanckiej powieści, będzie się szybko rozrastać. Już jest spore, a będzie jeszcze większe. Taką mam wizję:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


piątek, 22 października 2021

Joanna Dulewicz „Sukcesja”

 

W Węglanowie, małym miasteczku w województwie świętokrzyskim, dziedziczka fortuny, Sara Blosh, urządza przyjęcie dla rodziny i sąsiadów w swoim imponującym pałacyku. W pewnym momencie w jednym z pomieszczeń zostają odnalezione zwłoki jednego z gości: lokalnego przedsiębiorcy Tomasza Wileckiego. Przybyli na miejsce śledczy, po przeprowadzeniu wstępnych czynności, zatrzymują dwie najbardziej podejrzane osoby, ale szybko okazuje się, że zamordowany mężczyzna miał więcej wrogów. Wszystko wskazuje na to, że winnego należy szukać wśród ludzi goszczących u Blosh tego feralnego wieczora. Z takiego założenia wychodzi prowadzący śledztwo komisarz Borys Bulsa, ale nie tylko jego zespół stara się rozwikłać zagadkę śmierci nielubianego w tych stronach właściciela prosperującego tartaku.

Ukończyła filologię angielską i zarządzanie, obecnie pracująca nad doktoratem na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach, gdzie prowadzi zajęcia z literatury. Tłumaczka, lektorka, autorka prac naukowych i popularnonaukowych, a od 2020 roku również powieściopisarka. Joanna Dulewicz na rynku literackim debiutowała powieścią kryminalną pt. „Zakłamani”, która otwiera planowaną serię z Eryką Olbracht i Patrykiem Wrońskim – druga część, „Zastraszeni”, wyszła parę miesięcy po premierze „Zakłamanych”, a ze słów samej autorki wynika, że na tym nie koniec. Tymczasem swoich sił spróbowana w innym gatunku – nie do końca, bo jej wydana w 2021 roku, niepowiązana ze wcześniejszymi dokonaniami, powieść „Sukcesja” (znakomita okładka zaprojektowana przez Magdalenę Palej: wydawnictwo Czwarta Strona), to hybryda gatunkowa: smaczna mieszanka kryminału i thrillera psychologicznego, która, co Dulewicz zdradza w posłowiu, miała opowiadać o różnych, głównie ciemnych, obliczach miłości. Akcję umieściła w fikcyjnym miasteczku, „położonym” nieopodal jej rodzinnego miasta, a inspirację, jak zwykle, czerpała z życia. Z zasłyszanych autentycznych historii, w które oczywiście zmodyfikowała, dostosowała do swojej koncepcji.

Wśród największych zainteresowań Joanny Dulewicz są relacje międzyludzkie. Pisarka zdradziła, że już w dzieciństwie zdarzało jej się rozmyślać na przykład nad tym, dlaczego niektórzy źle traktują bliźnich, co sprawia, że zachowują się tak, a nie inaczej. Z czasem doszła do przekonania, że problem zwykle jest złożony, że zdrożne zachowania przeważnie są determinowane przez najróżniejsze czynniki. I że ludzie nie są jednowymiarowi, że przy bliższym poznaniu nawet najbardziej niesympatyczny osobnik może zasłużyć sobie na nasze współczucie i przeciwnie: ktoś, komu dobrze z oczu patrzy może mieć jakieś brudne sekrety. Dulewicz stara się - moim zdaniem z powodzeniem - tworzyć złożone osobowości, postaci, które trudno zaszufladkować. W portretach psychologicznych wypracowanych przez Dulewicz w „Sukcesji” jest mnóstwo odcieni szarości. Tutaj ofiara może być jednocześnie złoczyńcą. A pyszny, patrzący na innych z góry, tyranizujący maluczkich mężczyzna może tkwić w ciasnej klatce wzniesionej przez nadmiernie, wręcz chorobliwie opiekuńczą jednostkę. „Sukcesja” otwiera się jak klasyczny kryminał – w stylu Agathy Christie czy Arthura Conana Doyle'a. Przyjęcie w okazałej posiadłości, będącej częścią schedy, która trafiła się „królowej śniegu”, wyniosłej, enigmatycznej członkini rodu Aleksandrowiczów, która spory kawałek swojego życia spędziła za granicą. Mowa o Sarze Blosh, w moim odczuciu najbardziej frapującej, przyciągającej (działa niczym magnes) postaci w tym doprawdy barwnym, gronie „powołanym do życia” przez operującą dojrzałym, niepowierzchownych, poruszającym wyobraźnię, wspaniale grającym na emocjach warsztatem (jedyne do czego mogę się przyczepić to nadużywanie słowa „grzęzawisko”, ale z drugiej strony, czyż to nie szukanie dziury w całym?). Zagadka (nie)zamkniętego pokoju w robiącej wrażenie rezydencji w niewielkim miasteczku w województwie świętokrzyskim. W jednej z tych miejscowości, gdzie wszyscy się znają. A przynajmniej wszystkim wydaje się, że wiedzą wszystko o wszystkich. Dulewicz stawia na gęsto rozgałęzioną narrację – punkt widzenia (w trzeciej osobie) kilkorga postaci, sygnalizowany, poprzedzany ich nazwiskami oraz dwa okresy. Śledzimy wydarzenia z roku 2021 oraz z pierwszych lat XXI wieku (później już mniej odległej przeszłości). W prologu Dulewicz przedstawia nam natomiast częściowo autentyczną historię, która ponad wszelką wątpliwość ma jakiś związek – trudno zgadnąć jaki – z zabójstwem aroganckiego właściciela dochodowego tartaku w Węglanowie. Ze zbrodnią, do jakiej doszło na przyjęciu zorganizowanym przez zagadkową Sarę Blosh. Kuzynkę denata, która zauważalnie dystansuje się od reszty rodziny. Urządziła co prawda to małe rodzinne spotkanko, ale najwyraźniej nie po to, by odnowić od lat zaniedbywane, właściwie to zerwane więzi z tymi ludźmi. Nowa właścicielka bodaj najpiękniejszej nieruchomości w Węglanowie przez większość tego tragicznego w skutkach wieczora obserwuje wszystko z boku. Nie daje się wciągnąć w dłuższe rozmowy – ilekroć się na to zapowiada, taktownie, pod jakimś pretekstem, się oddala. Pytanie: po co Blosh zgromadziła pod swoim dachem ludzi, z którymi najwyraźniej nie chce budować bliższych relacji? Których widocznie nie zamierza dopuszczać do swojego życia, którzy w najlepszym razie są jej zupełnie obojętni, a w najgorszym... Czy przyjęcie miało być przemyślaną – na zasadzie „najciemniej jest pod latarnią” - przykrywką, zasłoną dymną, która poza oddaleniem podejrzeń od Sary, wedle jej przewidywań, przysporzy problemów wszystkim jej gościom? Ludziom, którzy w jakiś sposób się jej narazili? Ale to tylko jedna z możliwości. W zasadzie każdy mógł zabić czterdziestoletniego Tomasza Wileckiego, niekochającego męża i niezbyt troskliwego ojca dwóch chłopców, który bynajmniej nie jest lubiany w tych stronach. Wyjątek stanowi jego już mocno posunięta w latach matka, wdowa Valeria Wilecka, która dosłownie bez namysłu skoczyłaby za nim w ogień. Nie ma takiej rzeczy, której nie zrobiłaby dla swojego synka, łatwo więc wyobrazić sobie, jak bardzo przeżywa jego utratę. Przedwczesną śmierć ukochanego dziecka. Najważniejszej osoby w jej życiu. I jak myślała, jak sobie wmawiała, najważniejszej osoby w życiu jej synowej, Ingi Wileckiej, za panny Kotowskiej. Kobiety, której prawdziwe oblicze ujawni się dopiero po śmierci Tomasza. Zresztą to samo można powiedzieć też o innych osobach raczej chłodno ugoszczonych przez wielce podejrzaną, ale „dziwnie” charyzmatyczną spadkobierczynię pokaźnego majątku członkini rodu Aleksandrowiczów. Dumnego rodu, który ma swoje tajemnice. Trupy w szafach.

Ludzie najczęściej doskonale rozumieją to, co koresponduje z ich własnym charakterem, osobowością czy poglądami. Zwykle też postrzegają jako złe wszystko, czego nie potrafią zrozumieć. Otwartość na to, co inne, wciąż jest w naszym społeczeństwie jedynie pustym frazesem.”

Joanna Dulewicz w „Sukcesji” nie tylko przeprowadza nas przez śledztwo w sprawie zabójstwa przedsiębiorcy z fikcyjnej miejscowości. Wokół tego tematu krążą inne, bardzo życiowe historie, jeszcze bardziej elektryzujące od tradycyjnej pogodni za zbrodniarzem. Najbardziej poruszyły mnie – przyznaję, że parę łez poleciało – dzieje Mogilskich. Jedno wielkie pasmo nieszczęść, z pokolenia na pokolenie, przedstawione przez uważną i niewątpliwie niepozbawioną empatii obserwatorkę rzeczywistości [Dulewicz], której wielu woli nie dostrzegać. Twardych, brzydkich, potwornych realiów. Bohaterowie dnia codziennego. Cisi, prawie niewidzialni, przezroczyści ludzie, którym zawsze wiatr w oczy. Ubodzy, zepchnięty na margines społeczny, każdego dnia toczący zaciekłą i możliwe że skazaną na niepowodzenie walkę ze Śmiercią już zaglądającą w oczy im i/lub ich najbliższym. Joanna Dulewicz pokaże nam starszą, przykutą do łóżka osobę i małego chłopca, jeszcze maleństwo, który bez pomocy innych nie przeżyje. Jego mama i starsza siostra wzorem wielu innych ludzi znajdujących się w podobnym położeniu, uruchomiły internetową zbiórkę, ale choć nie brakuje ludzi dobrej woli wspierających takie szczytne cele, to nie udało im się zebrać nawet połowy wymaganej sumy. A zegar tyka. Wreszcie ktoś, kto porusza to z jednej strony budujące, a z drugiej przerażające zjawisko, jakim są zbiórki pieniędzy dla ciężko chorych ludzi. Dlaczego najbardziej poszkodowane przez los, rozpaczliwie potrzebujące wsparcia Państwa Polskiego, osoby, są skazane na łaskę i niełaskę „innych Kowalskich”? Zmuszeni do żebrania, bo wielu z nich i ich bliskich właśnie tak się czuje. Mówią o tym, a pani Dulewicz widać jest jedną z tych nielicznych osób, do których dociera desperacki krzyk tych nieszczęsnych ludzi. Jestem jej głęboko wdzięczna, że o nich pisze. O prawdziwych wojownikach, którzy codzienne zbierają cięgi od życia i „miłościwych” bliźnich, ale się nie poddają. Walczą, nawet jeśli nie mają większej nadziei na wygraną. Kurczowo trzymają się tej ostatniej iskierki, tego wątłego płomyka, umierającego marzenia o chociaż odrobinę lepszej egzystencji. Problemy Mogilskich w Węglanowie są znane. Wszyscy wiedzą, z czym muszą mierzyć się zaledwie dziewiętnastoletnia Paula i jej matka Karolina. Większość nie zaprząta sobie nimi głowy, ale są też tacy jak Marek Stroiński, którzy chyba znajdują jakąś perwersyjną przyjemność w kopaniu leżących. Może to jeden z jego sposobów na dowartościowanie się. Choć przez chwilę poczuć się jak „młody bóg”. Choć na moment stać się takim Tomkiem Wileckim, człowiekiem, którego Marek ma powody szczerze nienawidzić. Dotychczas Stroiński starał się być dobrym chrześcijaninem. Żyć zgodnie z naukami Kościoła katolickiego. Ale ten okres ma już za sobą. Ma już serdecznie dość roli „chłopca do bicia”. Podczas gdy on powoli schodzi ze ścieżki wytyczonej przez swojego Boga, jego starsza przyjaciółka coraz częściej zapowiada ognie piekielne dla wszystkich grzeszników. Jej wnuk Jakub Gorzewski już jakiś czas temu doszedł do wniosku, że kobieta stała się fanatyczką, która niewykluczone, że wymaga wsparcia psychologicznego. Tak czy inaczej, on woli się w to nie mieszać. Zamiast tego skupia się na najnowszym śledztwie prowadzonym przez jego starszego przyjaciela, komisarza Borysa Bulsę. Opryskliwego, naginającego przepisy i zauważalnie faworyzującego, wręcz roztaczającego parasol ochronny nad Sarą Blosh. „Sukcesja” to opowieść o rodzinnych tajemnicach – starego, bogatego rodu – o toksycznych odmianach miłości i mniej czy bardziej pospolitych ludzkich niedolach. Tragediach, jakie spotykają bogatych i ubogich, młodych i starszych. Ludzkich dramatach. I reperkusjach. Owocach, którymi obrosły dawno zasadzone drzewa. Krokach poczynionych przed laty, decyzjach dokonanych w przeszłości, które dopiero teraz zostaną w pewnym sensie rozliczone. Przeszłość w każdym razie upomni się o swoje. To, co ukryte w końcu się ujawni. Opadną maski, paru mieszkańców Węglanowa pokaże wreszcie swoje prawdziwe oblicza. Ale trudno powiedzieć, czy sprawiedliwości stanie się zadość. Zależy, czyj punkt widzenia przyjmiecie. No raczej niewinnych, prawda? A co jeśli w świecie przedstawionym przez Joannę Dulewicz nie ma ludzi bez winy? Jeśli oprawcy są zarazem ofiarami? Jest nad czym myśleć, ale jedno mogę powiedzieć na pewno: chciałabym jeszcze kiedyś spotkać się z Sarą Blosh. Ależ fascynująca postać!

Porywający thriller psychologiczny i kryminał w starym stylu w jednym. Niebanalna, nieprzekombinowana, niewydumana, przesycona autentyzmem, szczegółowo rozpisana opowieść o zbrodniach, niezdrowych odcieniach miłości, o biedzie, chorobie i rozpaczliwych próbach poprawienia jakości swojego życia. Wyrwania się z matni albo znalezienia sobie przynajmniej jakiejś mniej czy bardziej ryzykownej odskoczni, sposobu na odreagowanie, zapomnienie. Uwolnienie się choć na moment od toksycznej atmosfery, od ciężkiego powietrza wdmuchiwanego przez przynajmniej teoretycznie bliskie osoby. „Sukcesja” Joanny Dulewicz to wielowątkowa, do głębi poruszająca, trzymająca w napięciu i wybornie tajemnicza opowieści o rodzinie i sąsiadach, z którymi dobrze wychodzi się na zdjęciu. To na pewno.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 20 października 2021

„Halloween zabija” (2021)

 

Po konfrontacji z seryjnym mordercą Michaelem Myersem, Laurie Strode trafia do szpitala z poważnymi obrażeniami. Kobieta jest przekonana, że jej wróg nie żyje, ale halloweenowa rzeź w miasteczku Haddonfield w stanie Illinois nadal trwa. Wieść o tym, że Myers przeżył dociera do bliskich Laurie czuwających przy niej w szpitalu, córki Karen i wnuczki Allyson. Tymczasem mieszkańcy Haddonfield z inspiracji człowieka, który w dzieciństwie przeżył atak Michaela Myersa, rozpoczynają polowanie na zamaskowanego zabójcę, który sterroryzował ich miasteczko.

Halloween zabija” (oryg. „Halloween Kills”) to zrealizowana za dwadzieścia milinów dolarów bezpośrednia kontynuacja „Halloween” z 2018 roku, alternatywnego sequela kultowego slashera z 1978 roku w reżyserii Johna Carpentera. Na krześle reżyserskim ponownie zasiadł David Gordon Green, który też ponownie opracował scenariusz, znowu we współpracy z Dannym McBride'em, ale już bez pomocy Jeffa Fradleya – w jego miejsce wszedł Scott Teems. Green i McBride początkowo planowali wypuścić oba te filmy jeden po drugim, ale po namyśle doszli do wniosku, że bezpieczniej będzie poczekać na reakcję publiczności - wstrzymać się z kręceniem kolejnej części tej głośnej franczyzy, aż upewnią się, że ich propozycja znajduje podatny grunt. W przeciwnym wypadku, rzecz jasna, zamierzali porzucić projekt. Pomysł chwycił, więc już w 2019 roku, pod opiekuńczymi skrzydłami Blumhouse Productions, rozpoczęto pracę nad „Halloween zabija” oraz kolejną odsłoną, która ma nosić tytuł „Halloween Ends”, a jej światową premierę zaplanowano na rok 2022. Główne zdjęcia ruszyły we wrześniu 2019 roku w Wilmington w Karolinie Północnej. „Halloween Kills” miał trafić do kin w październiku 2020 roku, ale pandemia COVID-19 zmusiła filmowców do zmiany planów. Pierwszy pokaz odbył się dopiero we wrześniu 2021 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji. Szerszą kinową dystrybucję rozpoczęto w październiku tego samego roku – w Stanach Zjednoczonych film równocześnie wpuszczono do internetu.

Jamie Lee Curtis ponownie wciela się w postać Laurie Strode, a Judy Greer i Andi Matichak powracają jako odpowiednio jej córka Karen i wnuczka Allyson. Wracają też inni (poza Laurie) bohaterowie oryginalnej serii „Halloween”. Kyle Richards ponownie wciela się w postać Lindsey Wallace, Charles Cyphers powraca jako Leigh Brackett, a Nancy Stephens znowu jest Marion Chambers. Wraca też Nick Castle. W znaną fanom serii postać Tommy'ego Doyle'a tym razem wciela się Anthony Michael Hall (w pierwszej części, z 1978 roku, kreował go Brian Andrews, a w szóstej, z 1995, Paul Rudd). Największą ciekawostką jest jednak doktor Samuel Loomis – jak żywy, choć aktor grający go w oryginalnej serii, Donald Pleasence, zmarł w 1995 roku. Efekty specjalne? Nie, to łudząco podobny do Pleasence'a Tom Jones Jr. (debiut aktorski) z głosem Colina Mahana. Właściwa akcja „Halloween zabija” toczy się tej samej nocy, w której skończyła się poprzednia część. Lepiej więc nie decydować się na seans niniejszego obrazu bez znajomości „Halloween” z 2018 roku. Z drugiej strony... Fabuła „Halloween zabija” jest znikoma. Chodzi sobie Michael Myers (dobrze, że chodzi, a nie biega – przynajmniej tyle) po swoim rodzinnym miasteczku i zabija prawie każdego, kto się napatoczy. Laurie Strode w tym czasie przebywa w szpitalu, a mężczyzna, który najpewniej zawdzięcza jej życie, Tommy Doyle, inicjuje małe powstanie w Haddonfield. Dzięki niemu, albo przez niego, rozpoczyna się polowanie na zabójcę w charakterystycznej białej masce. Wątek Doyle'a miał być ukłonem dla „Halloween 6: Przekleństwa Michaela Myersa” Joego Chappelle'a. Nawiązań do poprzednich odsłon (oryginalna seria) jest więcej - całe mnóstwo – przewijają się też, z rzadka, kadry z Halloween” Johna Carpentera i „Halloween 2” Ricka Rosenthala oraz odpowiednio, naprawdę przekonująco, wystylizowane sekwencje retrospektywne. Umownie główny tor fabularny biegnie w 2018 roku – rzecz rozgrywa się jednej nocy, oczywiście w Halloween – ale twórcy przeniosą nas też do roku 1978, kiedy to, jak wiemy, rozpoczęła się gehenna Laurie Strode. Ale nie jej będziemy towarzyszyć w tych, moim zdaniem, najbardziej klimatycznych momentach „Halloween zabija”. Szkoda, że tak krótko. Szkoda, że całość nie została utrzymana w tym duchu. Duchu pierwszych cegiełek tej uparcie przedłużanej – kujemy to żelazo w nieskończonej – franczyzy. Zdumiewające podobieństwo. Prawie identyczna kolorystyka, zdjęcia niby żywcem wyjęte z „Halloween” 1978. Efekt analogowego ziarna osiągnięto dzięki filtrom. Sentymentalne chwile, niski ukłon w stronę zwolenników oryginalnego cyklu. W zupełnie innej oprawie (silny i dla mnie nader nieprzyjemny kontrast), którą ja zwykłam nazywać plastikową, jest utrzymana prawie cała reszta (nie licząc bonusowych kadrów wyrwanych z pierwszych „Halloweenów”). Ciąg dalszy najnowszych zmagań mieszkańców miasteczka Haddonfield w Illinois przynajmniej na pozór z niezniszczalnym seryjnym zabójcą, który wrócił do domu . Nieubłaganą maszyną do zabijania, która prawdopodobnie znowu zapoluje na Laurie Strode, która na początku „Halloween zabija” zostaje przewieziona do miejscowego szpitala. Towarzyszą jej córka Karen i nastoletnia wnuczka Allyson, która w przeciwieństwie do swojej matki, zapragnie dołączyć do grupy ludzi natchnionych przez Tommy'ego Doyle'a, w którego jak już wspomniałam wcielił się Anthony Michael Hall, ale w tej roli moim zdaniem odnalazłby się też Jason Statham czy Steven Seagal. Twardy chłop z kijem baseballowym, który przed czterdziestoma laty, dzięki determinacji swojej nastoletniej niani Laurie Strode, przetrwał halloweenową rzeź urządzoną w Haddonfield przez Michaela Myersa. Teraz zamierza odwdzięczyć się Laurie. Chronić ją, tak jak ona w 1978 roku chroniła jego. I raz na zawsze pozbyć się czystego zła panoszącego się w jego ukochanych miasteczku. Choćby miał w pojedynkę stanąć przeciwko Myersowi, Tommy się nie zatrzyma. Nie musi jednak polegać tylko na swoich mięśniach, bo dołączają do niego inni. Cała masa mężczyzn i kobiet z Haddonfield, którzy, tak jak on, mają już serdecznie dość terroru Myersa. Tommy rozpoczyna coś w rodzaju pospolitego ruszenia. I tak zaczyna się dyskusja pod tyłem „lepiej zdać się na system, czy wziąć sprawy we własne ręce?”. Karen stanowczo opowiada się przeciwko linczowi, ale jest w zdecydowanej mniejszości. Organy ścigania miały swoją szansę i zawiodły. Zawiódł system. Cierpliwość mieszkańców Haddonfield już się wyczerpała. Rozpoczęło się polowanie... na czarownice?

Szczegółowe portrety psychologiczne postaci, szerokie, dogłębne rysy charakterologiczne nie są domeną nurtu slash, ale z ręką na sercu nie przypominam sobie, abym w swojej przygodzie z tym podgatunkiem horroru kiedykolwiek natknęła się na aż tak płaskie, jednowymiarowe, tak niemiłosiernie papierowe sylwetki, z jakimi miałam nieprzyjemność w „Halloween zabija” Davida Gordona Greena. Im dalej w ten plastikowy las, tym trudniej było mi oprzeć się wrażeniu, że nadrzędnym celem filmowców było położenie trupem jak największej liczby postaci. Fani kina gore będą więc usatysfakcjonowani? Jeśli wystarczy im substancja robiącą za krew – w dużych ilościach – to tak, pewnie docenią starania filmowców. Gdzieniegdzie mignie jakaś poszarpana rana, ale generalnie brutalność „Halloween zabija” zasadza się na nieoszczędnym rozlewaniu szkarłatnej cieczy. Siknie tu, chluśnie tam i znowu, i znowu. Monotematyczna rzecz. Prawie nieustająca akcja – szybko, szybko, jeszcze szybciej – z której wąskim strumyczkiem płynie w żadnym razie nieodkrywczy morał. Przypomina się Friedrich Nietzsche i jego słynne „Kto walczy z potworami, ten niechaj baczy, by sam przytem nie stał się potworem”. Wstyd się przyznać, ale był taki moment, w którym spojrzałam na Michaela Myersa współczujących okiem. I sądzę, że ta reakcja była zamierzona, że twórcom zależało byśmy choć przez chwilę odbierali go bardziej jak ofiarę niż oprawcę. Czy mnie to ucieszyło? Nie bardzo. Czy zaskoczyło? O, na pewno nie. Takie czasy – nawet seryjni mordercy zasługują na ocieplanie wizerunku. Nawet takie czyste zło, jak Michael Myers (mówię o dorosłym Mike'u, bo gdy był dzieckiem, to różnie można było go odbierać: w remake'u „Halloweeen” w reżyserii Roba Zombie, bo w pierwowzorze zaledwie prześliźnięto się przez ten okres z życia owego przeklętego chłopaka), taka przynajmniej pozornie niezniszczalna, nieśmiertelna postać, która w każde Halloween przelewa krew niewinnych, winnych zresztą też, ma prawo na odrobinę litości. Bądźmy ludźmi! Jako że „Halloween zabija” zaczyna się w tym miejscu, w którym skończył się poprzedni wkład Davida Gordona Greena w tę franczyzę i jako że Michaela Myers jeszcze nie skończył tegorocznych obchodów jego ulubionego święta (jego tradycja, a przynajmniej tak się wydaje: odwiedzić rodzinne miasteczko i przelać trochę – trochę?! - ludzkiej krwi), od razu przechodzimy do rozwinięcia akcji. Zawiązania szukajcie w „Halloween” 2018, tu już nie ma czasu na gadanie. Tu jest wojna! No nie, przesadzam. Na rozmowy też będzie czas. Także słowa rzucane w próżnię, kierowane bardziej do siebie (żeby dodać sobie odwagi, tak dla animuszu) niż do drugiego człowieka. Są i natchnione, patetyczne przemowy kierowane czy to do pojedynczych osób, czy żądnego krwi Michaela Myersa, rozwścieczonego tłumu. Bezrozumnej, nieprzebranej rzeszy ludzi, która przywiodła mi na myśl filmy nieodżałowanego George'a A. Romero. Chyba nie muszę wymieniać tytułów? Dowcip, zamierzony czy przypadkowy (delikatnie skłaniam się ku tej pierwszej z wymienionych ewentualności), też się w tę rozpędzoną do granic możliwości opowieść, wkrada. Przykład: co robisz, gdy stajesz oko w oko z lokalnym straszydłem, zaraz po tym, gdy ów zabrał ci ukochaną osobę? W takiej sytuacji aż ciśnie się na usta coś w rodzaju... „chłopie, wróciłeś do domu”. Śmieszne? Dla mnie nie. Inne poczucie humoru – rozminęliśmy się i tyle – ale nie mam wątpliwości, że te i inne śmiesznotki jakiejś części odbiorców umilą seans tego relatywnie drogiego przedsięwzięcia. Skaczemy od postaci do postaci, w tym prawie nieustającym biegu, w którym nie ma miejsca na długie budowanie napięcia (chyba że w pierwszej retrospekcji, kawałku stylizowanym na powstały w latach 70-tych XX wieku). Zagęszczający się mrok, narastający niepokój, nieśpiesznie, acz konsekwentnie rozsiewane poczucie niebezpieczeństwa. Atakowanie widza także samym sygnalizowaniem obecności upiora. Śmiertelnym zagrożeniem, które znowu przybyło do Haddonfield. Skradającego się, przemykającego, a właściwie to wolnym krokiem, spokojnie, bez stresu, przechadzającego się po ciemnych, cichych uliczkach małej amerykańskiej mieściny zamaskowanego zabójcy, który prawdopodobnie nie okaże litości żadnej żywej duszy, jaką napotka na swojej drodze. Nie, Michael już przestał bawić się w takie podchody. A mieszkańcy Haddonfield mają już dość życia w strachu. Już się nie boją. Bo w kupie siła.

Halloween zabija” Davida Gordona Greena to, myślę, doskonała propozycja dla fanów kina akcji - takich z dużą ilością „czerwonej farby” - bo czego jak czego, ale akcji to na pewno tutaj nie brakuje. Nie wiem, jak będzie z osobami, które dobrze przyjęły poprzednie osiągniecie Greena „na tym bezkresnym(?) halloweenowym polu” (NeverEnding Story). Według mnie poziomu nie utrzymano. Żeby było zabawniej, ja z tych, których „Halloween” 2018 rozczarował.

poniedziałek, 18 października 2021

„The Manor” (2021)

 

Po łagodnym udarze mózgu siedemdziesięcioletnia Judith Albright podejmuje decyzję o przeprowadzce do domu spokojnej starości. Najbardziej niezadowolony z tego postanowienia jest jej siedemnastoletni wnuk Josh, któremu babcia zawsze była bardzo bliska, ale kobieta jest nieugięta. Wprowadza się do Golden Sun Manor, starego budynku położonego w zacisznej okolicy, niechętnie dostosowuje do wyśrubowanych zasad panujących w tym ośrodku i nawiązuje nowe przyjaźnie. Jednak sytuacja szybko zaczyna się psuć. Nocami Judith widuje w swoim pokoju tajemniczą postać, ale jej opiekunowie nie traktują poważnie jej opowieści. Tłumaczą, że to jedynie wytwory jej wyobraźni, koszmarne sny, halucynacje wywołane chorobą.

Welcome to the Blumhouse” to wspólne przedsięwzięcie Blumhouse Productions/Blumhouse Television i Amazon Studios dla Amazon Prime Video. Seria bardzo luźno powiązanych pełnometrażowych filmów grozy. Pierwsze cztery („Kłamstwo” Veeny Sud, „Black Box” Emmanuela Osei-Kuffoura, „Ukryte zło” Elana i Rajeeva Dassanich i „Nokturn” Zu Quirke) łączył motyw rodziny, jako siły budującej lub destrukcyjnej. Kolejną czwórkę wydaną pod szyldem „Welcome to the Blumhouse” („Piekielne bingo” Gigi Saul Guerrero, „Black as Night” Maritte Lee Go, „Madres” Ryana Zaragozy i „The Manor” Axelle Carolyn) łączy temat różnych podejrzanych instytucji i/lub osobistych fobii bohaterów. A przynajmniej tak to zapowiadano. „The Manor” to amerykański horror nastrojowy oparty na scenariuszu Axelle Carolyn (m.in. „Bratnia dusza” z 2013 roku), która zasiadła również na krześle reżyserskim. Carolyn zdradziła, że to bardzo osobisty film, powstały w wyniku bolesnych obserwacji swojego dotkniętego demencją ojca, przebywającego w domu opieki. Praca nad scenariuszem „The Manor” była dla Carolyn jakąś formą terapii, sposobem na poradzenie sobie z prywatną tragedią. Dla niej to najlepsza metoda na uporanie się z jakimś problemem – pisanie o nim, przetworzenie, przekucie go na opowieść grozy.

Rolę główną w „The Manor” powierzono wielkiej aktorce, Barbarze Hershey, która i tym razem nie zawiodła, choć według mnie scenariusz nie był dla niej zbyt łaskawy. Tylko aktorka takiego formatu mogła tchnąć trochę życia w tak rozpisaną postać. Nieprzekonującą, głównie za sprawą nienaturalnych kwestii, jakie uparcie wciskano jej w usta. Zresztą nie tylko jej – dialogi (nie wszystkie) w moim uznaniu najbardziej ciągną tę produkcję w dół. Toporne rozmówki, które tylko dzięki dobremu aktorstwu (za Hershey, uważam, najbardziej wyróżniają się Bruce Davison i Nicholas Alexander) jakoś znosiłam. Realizacja bardzo skromna - w standardzie telewizyjnym momentami trącąca kiczem, ale klimat zdecydowanie bliższy mojemu sercu od plastikowych „oprawek” tak często spotykanych we współczesnym kinie grozy. Kolory stonowane, wyciszone, sprane. Do tego zamknięcie akcji w starym, ponurym dworku w cichej krainie, z dala od zgiełku cywilizacyjnego, w przytłaczającym budynku, z którego nieczęsto będziemy wychodzić. A zatem można liczyć na delikatne poczucie klaustrofobii. Osamotnienie, wyobcowanie. Zagubienie, rozpacz, desperacja, paranoja... Nowa pensjonariuszka Golden Sun Manor, domu spokojnej starości, stopniowo nabiera przekonania, że w tym miejscu dzieje się coś bardzo złego. Coś jest nie tak. Coś złego się tu zakrada. Pod osłoną nocy. Imaginacja czy rzeczywistość? Nie wiadomo? Szczerze mówiąc wątpliwości mną nie targały. W sumie nie jestem pewna, czy Axelle Carolyn w ogóle zależało na tym, by widz zastanawiał się na tą kwestią. To wszystko takie czytelne, takie oczywiste. Tak może się wydawać. Że wszystko wiesz, że „The Manor” żadnych tajemnic nie chowa. Ot, kolejna opowiastka o nawiedzonym budynku. Instytucji, którą nocami nachodzi jakaś nieludzka postać. Coś nie z tego świata. Z czasem Judith zaczyna skłaniać się w tę stronę, ale początkowo chwyta się jedynego racjonalnego wytłumaczenia tych nocnych nieproszonych wizyt, jakie przychodzi jej do głowy. Podejrzewa jednego ze swoich opiekunów. Zakrada się ten chory człowiek do pokojów starszych ludzi. Czerpie z taką jakaś perwersyjną przyjemność. Mniej więcej z takiego założenia wychodzi główna bohaterka „The Manor”, ale rozwój sytuacji zmusza ją do zmiany stanowiska. Akceptacja nadprzyrodzonego nie jest dla niej jakimś ogromnym wyzwaniem. Przychodzi jej to łatwiej niż innym. Taka już jej natura. Kobieta z szeroko otwartym umysłem, gotowa przyjąć nawet najbardziej fantastycznie brzmiące wyjaśnienie, jeśli wszystkie inne zawiodą. Kobieta wietrząca spisek (delikatne skojarzenie z Rosemary Woodhouse), który wiąże z zagadkowym intruzem pojawiającym się w jej pokoju praktycznie każdej nocy. UWAGA SPOILER W dalszych partiach „The Manor” na myśl nasunęły mi się „Mroki lasu” Lucky'ego McKee i „Kick the Can” Stevena Spielberga, segment kinowej odsłony „Strefy mroku”, rok 1983 KONIEC SPOILERA. Jest jeszcze „Doktor Sen” Stephena Kinga, a także film Mike'a Flanagana oparty na tej powieści. Związek pośredni, o którym można już poczytać w Sieci. W Steere House Nursing and Rehabilitation Centre w Providence mieszka sławny kot terapeutyczny o imieniu Oscar, który jakoby przewiduje kogo w najbliższej przyszłości zabierze Śmierć. Stephen King nie ukrywa, że to właśnie na nim się wzorował tworząc czworonożnego bohatera dla „Doktora Sen”. Możliwe, a nawet wielce prawdopodobne, że Axelle Carolyn czerpała z tego samego źródła, co King. Albo z „Doktora Sen”.

Axelle Carolyn od dziecka darzy kino grozy niesłabnącą miłością. Wieloletnia fanka opowieści z dreszczykiem, która miała podobną relację ze swoją babcią, co siedemnastoletni bohater „The Manor”. Reżyserka i scenarzystka omawianej produkcji podzieliła się z opinią publiczną informacją, że jej babcia, która nie przepadała za horrorami, w tajemnicy przed mamą Carolyn nagrywała dla wnuczki między innymi filmy grozy puszczane w telewizji.. Pewności nie mam – to jedna z tych rzeczy, które Carolyn pozostawia w sferze domysłów, takie małe niedomówienie – ale zgaduję, że Judith Albright podziela zainteresowanie swojego wnuka filmowymi potworami. Josh stracił ojca we wczesnym dzieciństwie, a wychowywała go przede wszystkim babcia. Jej córka, a jego matka też była obecna w jego życiu, też przypuszczalnie (znowu: w domyśle) się nim opiekowała, ale wygląda na to, że to Judith poświęcała chłopcu więcej uwagi, czasu, energii. Nic więc dziwnego, że to właśnie Joshowi najtrudniej pogodzić się z decyzją babci o zamieszkaniu w domu spokojnej starości. Jak zapatruje się na to jego matka? Nie mam pojęcia. Nie wiem, czy bardziej ją to cieszy, czy smuci. Nie wiem, czy wolałaby, aby jej rodzicielka została z nimi, czy wolałabym sama się nią opiekować, czy raczej tak jak zarzuca jej Josh, ulżyło jej na wieść, że nie będzie musiała zajmować się starszą osobą. Była okazja do zagłębienia się w kwestię opieki nad osobami starszymi. Jak na przykład w „Relikcie” w reżyserii debiutującej w pełnym metrażu Natalie Eriki James. Różne punkty widzenia, jakaś godna zauważania, odnotowania, uczciwa analiza tego w wielu krajach (w Polsce na pewno) coraz powszechniejszego problemu. Uważam, że ta historia zyskałaby na wartości, gdyby zamiast „kneblować” matkę Josha, przedstawić ją jako kochającą córkę, która w przeciwieństwie do swojego syna pochwala decyzję Judith o zamieszkaniu w domu spokojnej starości. Później Carolyn nieśmiało skłania się w tę stronę. Sugeruje, że córka Judith ma na względzie przede wszystkim jej, a nie własne dobro. Ale, ku mojemu rozczarowaniu, nie rozwija tego wątku. Jakby się bała, że zostanie posądzona o stawanie w obronie tej, która w przestrzeni medialnej zapewne byłaby przedstawiona jako ta zła, godna najwyższego potępiania. Egoistka i materialistka. Tak czy inaczej, nic nie wskazuje na to, by córka w jakikolwiek sposób wymusiła na swojej matce przeprowadzkę do Golden Sun Manor. To była suwerenna decyzja Judith. Josh uważa, że jego matka jest jedyną osobą, która mogłaby zawrócić Judith z tej drogi, na co jego rodzicielka odpowiada stwierdzeniem, że podejmowanie takich prób nie ma sensu, bo gdy Judith już coś sobie postanowi, to nikt nie jest w stanie nakłonić jej do zmiany decyzji. Chyba że mroczna istota nawiedzająca placówkę, gdzie ta, w sumie dość przebojowa, starsza pani, uparła się zamieszkać po lekkim udarze mózgu, który potraktowała jak zapowiedź rychłych problemów dla swoich bliskich. Uznała, że już niedługo może potrzebować zdecydowanie większej pomocy niż dotychczas. Przeprowadzka do domu spokojnej starości miała odciążyć ludzi, na których najbardziej jej zależy. Judith nie chciała być dla nich ciężarem. Nie chciała, żeby patrzyli na przykutą do łóżka, bezradną, całkowicie zdaną na innych staruszkę, gdyby taki właśnie los był jej pisany. Ze wszystkich związków międzyludzkich przedstawionych w tym kameralnym horrorze, najwięcej uwagi poświęcono relacji Judith i Josha. Pięknej relacji, która niebawem... zacznie się psuć? Powiedzmy, że sytuacja między babcią i jej ukochanym wnuczkiem nieco się skomplikuje. Więź zacznie słabnąć. Judith w Golden Sun Manor zazna samotności, jaka najpewniej nigdy wcześniej jej nie dotknęła. Coraz słabsza na ciele i duchu. Zrezygnowana, kompletnie zagubiona, opuszczona, być może schorowana kobieta, która może już tylko czekać na straszną panią z kosą. Czy pojawi się nowa nadzieja, czy Judith przetrwa tę próbę i na czym tak naprawdę ona polega? Czego chce od niej może niezbyt upiorna, ale nie najgorzej zrobiona istota, ewentualnie istoty „zakradające się” do jej pokoju bodaj każdej nocy? Podejrzenia widza twórcy koncentrują też na ludziach otaczających zastraszoną, spanikowana, zdesperowaną bohaterkę. I przepięknym zakątku znajdującym się na terenie ośrodka. „The Manor” może zaskoczyć i nie mówię tutaj o zabawie w buu!, która w moim odczuciu bardziej zasadzała się na dźwiękach - co nie znaczy, że chociaż raz podziałało - niż obrazach, choć nie można powiedzieć, że nic w kadr nie wskakuje. Niektórzy mogą nawet uznać tę koncepcję za całkiem oryginalną – ja poprzestanę na stwierdzeniu, że nie są to najchętniej, najczęściej wykorzystywane składniki przez twórców kina grozy, bo jednak coś tam mi się przypominało – ale czy „The Manor” ma szansę zostać zapamiętany? Przeze mnie z całą pewnością nie, bo już sporo z głowy wywietrzało. Niezbyt płynnie, ale jakoś leci. Horror nadprzyrodzony/psychologiczny, który nie wydaje się pretendować do czegoś większego. Raczej niewymagające widowisko, w którym co prawda zarysowuje się obiecujący wątek społeczno-obyczajowy, ale ledwo, zbyt „jasną kredką”. Nieśmiało.

Skromne „straszydełko” niekoniecznie o blaskach, ale na pewno cieniach jesieni życia. I upiorach czyhających w pewnym domu spokojnej starości. Bądź upiorach zrodzonych w schorowanym umyśle człowieka, który czuje już na karku zimny oddech Śmierci. Średnio zajmująca historyjka z dreszczykiem od Axelle Carolyn, wchodząca w skład dość specyficznej filmowej antologii/serii funkcjonującej pod nazwą „Welcome to the Blumhouse”. Zjadalna, choć w moim poczuciu niemająca wyrazistego smaku, taka trochę mdła, potrawka, na którą był jakiś tam pomysł. Jest też jakaś dbałość o klimat. I oczywiście Barbara Hershey. Ale trzeba by jeszcze doprawić. Emocjami.

sobota, 16 października 2021

Zakupy

 
Ostatnie „łupy” książkowe raczej nie do recenzji. To poniżej, a korzystając z okazji polecam świetny kawałek - słucham w kółko:) Słoń jak zwykle pozamiatał! Do odsłuchu tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=R1m8NOVmalk

Riley Sager „Ocalałe”
Dan Simmons „Wydrążony człowiek. Muza ognia”
John Wyndham „Dzień tryfidów”
Robert A. Heinlein „Drzwi do lata”
Robert A. Heinlein „Piętaszek”
John Everson „NightWhere”
Jon Athan „Uwodziciel”
Jonathan Butcher „Niegrzeczna dziewczynka”

Anna Musiałowicz „Kuklany las” 
Lisa Jewell „Widzę cię”
Graham Masterton „Białe kości”
B.A. Paris „Dylemat”
Mike Omer „Umysł zabójcy”
Jenny Blackhurst „Noc, kiedy umarła”
Michelle Frances „Córka”

 I takie cudo w prezencie:

piątek, 15 października 2021

R.L. Stine „Kill znaczy zabić. Ulica Strachu”

 

Nastoletnia Gretchen Page jest świeżo po przeprowadzce z Savanna Mills do miasteczka Shadyside w stanie Ohio. Dziewczyna wraz z matką zamieszkała na niesławnej Fear Street i rozpoczęła naukę w przedostatniej klasie w tutejszym liceum. W poprzedniej szkole Gretchen była kapitanką drużyny cheerleaderek, a teraz zabiega o miejsce w drużynie z Shadyside High. Jej konkurentką jest Devra Dalby, wychowywana przez bogatego ojca, rok starsza od Gretchen, dziewczyna, która nie zamierza grać uczciwie. Gretchen jest przekonana, że to ona odpowiada za przykre rzeczy, jakie ją spotykają. Z czasem sytuacja się zaognia. Pojawiają się ofiary i tylko Gretchen ma przekonanie, że sprawczynią jest Devra. Nie ma również wątpliwości, że dziewczyna prędzej czy później ją też spróbuje zabić.

Kill znaczy zabić” (oryg. „Give Me a K-I-L-L”) to - za kolejnością światowych premier - szósta powieść, która weszła w skład reaktywacji kultowego obszernego cyklu stworzonego przez Roberta Lawrence'a Stine'a (otwarcie w 1989 roku), „Fear Street” (pol. „Ulica Strachu”), i trzecia wydana w Polsce, po „Zabójczych grach” oraz „Dziewczynie znikąd”. Ta pierwotnie opublikowana w 2017 roku książka, zamyka tę konkretną odnogę Ulicy Strachu, ale amerykański pisarz zwany Stephenem Kingiem literatury młodzieżowej, R.L. Stine, w latach 2018-2019 wypuścił kolejną nitkę „Fear Street”: trzy powieści w stylu retro pod szyldem „Return to Fear Street Series”. W 2021 roku na Netfliksie ukazała się trylogia filmowa inspirowana tą popularną literacką serią w reżyserii Leigh Janiak.

Jeden z czołowych autorów tak zwanych powieści grozy dla młodzieży - jego najbardziej znane przedsięwzięcia to „Gęsia skórka” i oczywiście „Ulica Strachu” - Robert Lawrence Stine, przyznał, że rozwój technologii trochę utrudnił mu pracę. A najgorsze są telefony komórkowe. W dzisiejszych czasach trudno znaleźć nastolatka, który nie miałby tego ustrojstwa, niewiarygodne byłoby więc, gdyby młodzi mieszkańcy miasteczka Shadyside w stanie Ohio, bohaterowie i bohaterki nowej „Ulicy Strachu” nie mieli takich „kół ratunkowych”. W obliczu zagrożenia zawsze bowiem mogą wezwać pomoc... Stine musi więc szukać przekonujących sposobów na ominięcie tej przeszkody, której naturalnie nie napotykał „na starej Ulicy Strachu”. Ponadto pisarz pilnuje się, by nie zdradzić zbyt wielu szczegółów na temat wszelkich technologicznych cudeniek (telefony, komputery, telewizory), bo postęp w tej dziedzinie jest tak szybki, że nawet gdyby dał swoim postaciom najnowocześniejsze gadżety, to zapewne szybko stałyby się przeżytkiem. Tak książka nazbyt szybko zaczęłaby trącić myszką. A przynajmniej tak zapatruje się na to autor „Kill znaczy zabić”, powieści, w której znalazło się całkiem ciekawe zastosowanie dla technologii. Tym razem Stine zamiast tylko omijać niebezpieczeństwa wynikające z postępu elektronicznego, spróbował przekuć to na korzyść swojej historii. Przeszkodę zamienił w dobrodziejstwo. W moim przypadku mniejsze od zamierzonego, ale doceniam pomysł. Niekoniecznie oryginalny i łatwy do przewidzenia, ale ładnie współgrający – harmonijna kompozycja – z pozostałymi składnikami tej niewyszukanej potrawki. Stine, jak to Stine, przewidział trochę zakrętów, przygotował różne zwroty akcji, które na mnie spodziewanego efektu nie wywarły (a nie należę do najbardziej domyślnych czytelników), ale, też zgodnie ze swoim zwyczajem, nawet w tych momentach, nie odchodził od prościutkiej tonacji. Złowieszczo brzmiącej melodyjki z miasteczka z nadzwyczaj wysokim wskaźnikiem przemocy. W Shadyside przeżyć liceum jest dużo trudniej niż gdziekolwiek indziej. Ledwo bowiem odejdzie jedno śmiertelne zagrożenie, a już pojawia się następne. Kolejna opętana żądzą mordu jednostka. Niekiedy więcej niż jedna. W „Kill znaczy zabić” podejrzenia koncentrują się na Devrze Dalby, uczennicy ostatniej klasy liceum, która może liczyć na pewne przywileje w szkole. Bogaci mają lżej – tak było, jest i najpewniej zawsze będzie. Dopóki ojciec Devry wspiera szkołę finansowo, ona wcale nie musi się starać, żeby osiągnąć to, na czym jej zależy. Nowa uczennica Shadyside High, czołowa postać „Kill znaczy zabić”, Gretchen Page, pragnie tego samego, co Devra: obie chcą wejść do głównego składu szkolnej drużyny cheerleaderek, gdzie aktualnie jest tylko jedno wolne miejsce. Co prawda już obiecano je Devrze, ale gdy na horyzoncie pojawia się Gretchen, następuje zmiana planów. Trenerka daje jej szansę zawalczyć o to cenne miejsce z Devrą, która ma powody do obaw. W poprzedniej szkole Gretchen była jedną z dwóch kapitanek drużyny cheerleaderek i właściwie nikt – łącznie z Devrą – nie ma wątpliwości, że jest duża lepsza od swojej konkurentki. Tak zaczyna się konflikt pomiędzy dwiema ambitnymi nastolatkami. Tak zaczyna się kolejny koszmar w Shadyside. Ktoś uprzykrza życie Gretchen. Ktoś ją prześladuje, ktoś robi wszystko, by napędzić jej stracha. Możliwe nawet, że dybie na jej życie. Gretchen jest prawie pewna, że jej prześladowczynią jest Devra. Jedyna przecież osoba, której zdążyła się narazić. A przynajmniej tak jej się wydaje. Z czasem Gretchen przestaje widzieć sens dla tych zdrożnych działań Devry, ale to nie osłabia jej podejrzeń względem niej. Jaki Devra ma motyw? Czyżby sprawa sprowadzała się do zwykłej zemsty na dziewczynie, która zagroziła jej pozycji w drużynie cheerleaderek? A co z pozostałymi ofiarami? Czy oni też zrobili coś, co nie spodobało się tej rozpieszczonej pannicy? Dziewczynie, która najwyraźniej czuje się lepsza od innych. Bo i dlaczego miałaby się tak nie czuć? Władze szkoły przecież się o to postarały. Tę jedną naukę Devra na pewno wyniosła z liceum: masz pieniądze, masz wszystko. Także bezkarność?

Postacie, jak to u R.L. Stine'a, wykreślone raczej pobieżnie. Nie wdajemy się w szczegóły, nie zagłębiamy zbytnio w młode umysły coraz bardziej zaniepokojonych młodych ludzi z Shadyside. Włącznie z sylwetką prowadzącą, postawioną w centrum tego młodzieżowego horroru. Krótkiej powieści od niezwykle płodnego pisarza, który tym razem „w paru słowach” przedstawia nam nastolatkę, której rodzice niedawno się rozwiedli. Ona została z matką, która zdecydowała się na przeprowadzkę do Shadyside w stanie Ohio, miasteczka większego od Savanna Mills, w którym dotychczas mieszkały. Pani Page kupiła dom na niesławnej Fear Street w nadziei na rozpoczęcie nowego życia. Odcięcia się od przeszłości. Jej córka Gretchen nie zamierza jednak iść śladami matki. Podtrzymuje kontakt ze swoją najbliższą przyjaciółką, Polly Brown, drugą kapitanką drużyny cheerleaderek z Savanna Mills High, ale też nie można powiedzieć, że zupełnie nie zależy jej na kontaktach towarzyskich w Shadyside. Cieszy się, gdy udaje jej się znaleźć chociaż jedną przyjaciółkę, a jeszcze bardziej cieszy ją zainteresowanie, jakie okazuje jej Sid Viviano, asystent techniczny zespołu cheerleaderek w Shadyside High. Problem w tym, że Sid spotyka się z kapitanką drużyny, Stacy Grande. A właściwie... Gretchen jakoś specjalnie to nie martwi. Oczywiście, obawia się reakcji Stacy, ale nie czuje się winna. W każdym razie nieszczególnie. Tłumaczy to sobie tym, że taka była wola Sida, że chłopak miał prawo wybrać. Tylko że tak naprawdę jeszcze nie wybrał. Nie zakończył związku ze Stacy, czego Gretchen, biorąc pod uwagę okoliczności, nie ma mu złe. I trudno się jej dziwić. Zastanawiać może natomiast postawa tej dziewczyny z drużyny, która jako pierwsza poznała sekret Gretchen i Sida. Dlaczego nie podzieliła się tą wiedzą ze Stacy? Nie chciała jej zranić? Bo ponad wszelką wątpliwość nie kierowała nią troska o Gretchen. Jej największego wroga. Akcja „Kill znaczy zabić” toczy się jesienią, ale łatwo o tym zapomnieć, bo Stine, co nie jest nietypowe dla jego prozy, nie przywiązuje wielkiej wagi do krajobrazów. Właściwie tylko raz zaznacza się tutaj prawdziwie jesienny klimat. Klimat grozy. Nierzeczywistości. Na pewno takie wrażenie dopada główną bohaterkę, gdy wszystko wokół przysłania gęsta mgła. Gretchen trochę już w Shadyside wycierpiała, ale, jak można się tego spodziewać, najgorsze dopiero przed nią. Z opowieści o domniemanej stalkerce, która ma osobisty interes w pozbyciu się nowej uczennicy liceum, w opowieść o zabójcy/zabójczyni młodych ludzi z otoczenia Gretchen. Czyli raczej niezbyt pokrętną, dość prostą drogą, idziemy w stronę teen slashera. Nie mamy powodów podważać teorii Gretchen, że osoba odpowiadająca za tragedie, do jakich doszło na terenie szkoły, to ta sama osoba, która wcześniej zgotowała jej kilka naprawdę nieprzyjemnych przeżyć. Gretchen podejrzewa Devrę Dalby. Właściwie to jest pewna, że to ona odpowiada za te wszystkie straszne rzeczy, do jakich dochodzi w jej otoczeniu. Więcej nawet: Gretchen ma podstawy przypuszczać, że Devra usiłuje skierować podejrzenia na nią. I może ma rację, ale czytelnicy „Kill znaczy zabić”, w przeciwieństwie do niej, zapewne równie podejrzliwym okiem przyjrzą się też innym postaciom książki. Najpewniej nie pomijając samej Gretchen. W sumie łatwo rozwiązać tę złożoną przynajmniej z dwóch warstw, zagadkę, która znajdzie swój finał w miejscu - jeśli chodzi o charakter, funkcję jaką spełnia - pewnie nieraz odwiedzanym przez fanów nurtu slash. Kojarzy się z pewnym owianym złą sławą jeziorem, chociaż żadnego jeziora nie widać:) W każdym razie, mimo ogromnej przewidywalności, lektura „Kill znaczy zabić” wprawiła mnie w dokładnie ten nastrój, jakiego się spodziewałam po poprzednich wypadach do Shadyside (nowa „Ulica Strachu”, starą zwiedzałam w dzieciństwie, a zatem sporo już z głowy wywietrzało). Ta bezpretensjonalność, ta prostota chwilami granicząca z naiwnością (granicząca?! Zwróćcie uwagę na pokrętną logikę Gretchen, gdy tłumaczy ryzykowne przedsięwzięcie, jakie podejmuje pewnej „garażowej soboty”), ta rozczulająca lekkość, ten zagadkowy urok wypływający, obiektywnie rzecz biorąc, z niezbyt starannie konstruowanej opowieści. Niechlujnie, a tak milusio. Chyba tylko R.L. Stine potrafi tak mocno wciągnąć mnie w tak powierzchownie odmalowane światy. Tak szybko rozwijające się historie, gdzie próżno szukać wyczerpujących portretów psychologicznych oraz trzymających w nieznośnym wręcz napięciu, mrocznych, ponurych, elektryzujących samą tylko aurą, momentów. Tak mało, a tyle zabawy. To dopiero fenomen, ta „Ulica Strachu”.

Zabójcze gry”, „Dziewczyna znikąd” i „Kill znaczy zabić – powieści R.L. Stine'a spod „odkurzonego” szyldu „Ulica Strachu”, które łączy miejsce akcji, niewielkie fikcyjne miasteczko Shadyside, i postać Rachel Martin (w „Zabójczych grach” występ główny, w pozostałych dwóch powieściach tylko epizodyczny), ale nie wszystkie. W tej podgrupie są jeszcze trzy, ale na polski rynek nie trafiły. Przynajmniej na razie. Liczę na więcej. Na kolejne wycieczki do Shadyside. Na wszystkie powieści z nowej „Ulicy Strachu” i wznowienie oryginalnej serii. Nie jestem zachłanna, co? Ale dobre chociaż tyle. Poniekąd przeżyć to na nowo. Tę wielką przygodę z dzieciństwa. Stary, dobry R.L. Stine. Stare-nowe Shadyside i stara-nowa Fear Street. Nic tylko zwiedzać!

 
Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej
https://www.taniaksiazka.pl/

środa, 13 października 2021

Dorian Lynskey „Ministerstwo Prawdy. Biografia Roku 1984 Orwella”

 

W 1949 roku swoją światową premierę miała jedna z najbardziej przerażających książek, jakie w życiu przeczytałam. Książka, która miała być przestrogą, miała otwierać oczy, budzić, uczulać na zagrożenie, które najprawdopodobniej nigdy nie odejdzie. Wiecznie aktualne arcydzieło brytyjskiego powieściopisarza i publicysty, „uczłowieczenie pesymizmu”, krytyka systemów totalitarnych, demokratycznego socjalisty George'a Orwella (właściwie Erica Arthura Blaira), który zmarł w 1950 roku w wieku czterdziestu siedmiu lat. Brytyjski dziennikarz muzyczny, który ma w swoim CV współpracę między innymi z „The Guardian”, „The Observer” i „The Spectator” oraz autor książek non-fiction, Dorian Lynskey, w swoim wydanym w 2019 roku dziele przygląda się temu fenomenowi wydawniczemu. Obok „Folwarku zwierzęcego” (1945) najważniejszej powieści w pisarskim dorobku George'a Orwella. Nominowana do Nagrody Orwella w kategorii krytyka polityczna i The Baillie Gifford Prize, książka „Ministerstwo Prawdy. Biografia Roku 1984 Orwella” (oryg. „The Ministry of Truth: The Biography of George Orwell's 1984”), to niewyczerpane źródło informacji dla wszystkich fanów George'a Orwella, oczywiście ze wskazaniem na jego opus magnum, „Rok 1984”. Prawdopodobnie czołową przedstawicielkę literatury antyutopijnej/dystopijnej. I prawdopodobnie jedną z najbardziej przygnębiających, depresyjnych powieści, jaką w całym swoim życiu przeczytacie.

Ministerstwo Prawdy” nie jest kolejną biografią George'a Orwella. W każdym razie niezupełnie, bo siłą rzeczy w publikacji Doriana Lynskeya - która na polski rynek trafiła w roku 2021: staranne wydanie w twardej oprawie od Czarnej Owcy - znajdujemy szczegółowy portret i najróżniejsze scenki z życia jednego z największych pesymistów, jakich nosiła ziemia. Autor „Ministerstwa Prawdy” powadzi nas życiową ścieżką George'a Orwella, gdzie właściwie bez przerwy rozgląda się za wpływami na główny przedmiot jego tutejszych badań. Wszystko zaczęło się w 1936 roku, kiedy to Eric Arthur Blair, postanowił dołączyć do którejś z walczących stron w Hiszpanii. Na front jechał w przekonaniu, że widmo totalitaryzmu czai się na prawicy. Wtedy jeszcze wierzył, że lewica nie jest zdolna do takiego okrucieństwa, że w przeciwieństwie do swoich politycznych przeciwników, socjaliści brzydzą się kłamstwem. Mają więc głębokie poszanowanie dla wartości, której był gotów bronić za wszelką cenę. W tym mrocznym okresie, w jakim przyszło żyć człowiekowi znanemu jako George Orwell (planował oficjalnie - w urzędzie - zmienić nazwisko, ale nigdy się za to nie zabrał, co wcale nie przeszkadzało mu, także w życiu prywatnym, posługiwać się tym mianem, pseudonimem, którym podpisywał swoje książki i wszystkie pozostałe teksty) obrona owej wartości na pozór była trudniejsza niż kiedykolwiek. „Na pozór”, bo z omawianej, moim zdaniem wybitnej, książki Doriana Lynskeya, płynie między innymi taki morał, że walka o prawdę zawsze była i zawsze będzie jedną z najcięższych walk, jaką warto - zawsze warto! - toczyć. Każdego dnia, w każdej godzinie. Nie być jednym z „wierzących w satysfakcjonujące emocjonalnie kłamstwa, odrzucających niewygodne prawdy, oceniających rzeczywistość przez pryzmat szokujących podwójnych standardów i poprawiających w swojej pamięci bieg wydarzeń”. Niektórzy mówią, że „Rok 1984” George'a Orwella jako przepowiednia, proroctwo - którą powieść tak naprawdę, co podkreśla Lynskey w swojej zjawiskowej książce, nie miała być - w najmniejszym stopniu się nie sprawdziła. Okropne wizje odmalowane na kartach tej powieści, nie ziściły się ani w tytułowym roku 1984, ani nigdy potem. A Korea Północna? A Rosja? - to tylko wybrane przykłady przywoływane przez Lynskeya. No tak, ale tak zwany zachodni świat może czuć się bezpiecznie. Skutecznie opiera się podstępnemu zewowi totalitaryzmu. Rzeczone zagrożenie odeszło wraz z Adolfem Hitlerem i Józefem Stalinem. My nie musimy walczyć o wolność, tak jak nasi przodkowie. Nikt nam jej nie zabierze, nikomu nawet w głowie to nie postanie. Poprzednie pokolenia pewnie też miały takie przekonanie...

Kłamliwa propaganda. Tajna broń dyktatorów, na którą George Orwell miał coś w rodzaju uczulenia. Do szewskiej pasji doprowadzało go wmawianie ludziom, że czarne jest białe, a dwa plus dwa równa się pięć. Zinstytucjonalizowane pranie mózgu, diabelska moc, której nie byli w stanie oprzeć się nawet ludzie światli, jakaś część tak zwanej inteligencji. Co naturalnie napawało Orwella smutkiem, ale raczej nie dziwiło. Dorian Lynskey w swoim „Ministerstwie prawdy. Biografii Roku 1984 Orwella” zauważa, że do tego wnikliwego obserwatora i zagorzałego przeciwnika (nie tylko w słowach, ale i w czynach, choć Lynskey uczciwie punktuje także te fakty z życia Orwella, które trudno uznać za chwalebne) systemów totalitarnych, przylgnęła, niekoniecznie zgodna ze stanem faktycznym, etykietka pisarza, któremu ewidentnie brakowało wiary w ludzi. Człowieka, który w głębi serca nie wierzył, że obywatele świata kiedykolwiek uodpornią się na manipulację okrutników opętanych żądzą władzy. Władzy absolutnej, której heretycy tak naprawdę niestraszni. Jak wynika z książki Doriana Lynskeya, Orwell wiedział, że nawet najbardziej waleczni opozycjoniści, osoby niebojące się występować przeciwko takim zwyrodnialcom, jak Hitler i Stalin, są wykorzystywani do wzmacniania ustrojów totalitarnych. Wystarczy wmówić społeczeństwu, że zagrażają oni bezpieczeństwu całego państwa, zrobić z nich wrogów publicznych numer jeden, a potem „bohatersko” wyeliminować to rzekome niebezpieczeństwo. George Orwell, trzeba mu to oddać, na wylot przejrzał praktycznie wszystkie socjotechniki stosowane przez kreatury zarówno na prawej, jak na lewej stronie politycznej. Sam uważał się za demokratycznego socjalistę, ale po „Roku 1984” zaczął być odbierany jako antysocjalista. Lewica go znienawidziła, a pokochała prawica, z którą Orwell tak naprawdę nigdy się nie utożsamiał. Bo „Rok 1984” przez długie lata przez wielu był odbierany jako krytyka socjalizmu, która jest domeną lewej strony politycznej (choć nie wszędzie, znam wszak przynajmniej jeden kraj, w którym socjalizm kojarzony jest z prawicą). Dorian Lynskey nie próbuje – a przynajmniej ja takich prób nie wyłapałam – podważyć tej interpretacji najwybitniejszej książki George'a Orwella (dobrze, obok „Folwarku zwierzęcego”). Zwraca uwagę jedynie na to, że Orwell był nieubłaganym przeciwnikiem socjalizmu komunistycznego, którego nie należy mylić z socjalizmem demokratycznym. Poza tym czas pokazał, że „Rok 1984” może być czytany na różne sposoby. Światopogląd czytelnika, jego sympatie polityczne, nie mają takiego znaczenia, jak uważali ci, którzy swego czasu „przywłaszczyli sobie” tę, niestety, zawsze na czasie powieść Anglika, w którym, jak daje nam do zrozumienia, jak udowadnia David Lynskey w swoim „Ministerstwie Prawdy”, tliła się większa nadzieja, niż w jego „Roku 1984”. Nawet jeśli rzadko to okazywał, wierzył, że ludzkość nie dopuści do powstania takiego świata, jaki odmalował w swoim wiekopomnym dziele. Wierzył, że demokracja zwycięży z dyktaturą. Że wcześniej czy później inni otworzą oczy na to, co widział on. Czytelnik sam musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy owo masowe przebudzenie jest już za nami? Czy dziś, przynajmniej w tak zwanych demokratycznych krajach, występuje zjawisko, które Orwell nazwał dwójmyśleniem (w skrócie: „umiejętność wyznawania dwóch sprzecznych poglądów i wierzenia w oba naraz”)? Czy wolimy brzydką prawdę od pięknego kłamstwa? Jesteśmy czujni, czy pozostajemy w objęciach Morfeusza? A może wcale nie zależy nam na przereklamowanej wolności? Może lepiej, żeby ktoś decydował za nas? Na przykład Partia, kierowana przez mitycznego Wielkiego Brata? Brata, który uwolni nas od męki myślenia. Nas, szczęśliwych niewolników, gotowych skoczyć w ogień za swoim Wodzem. Mówią, że Orwell się pomylił. Mówią, że przesadzał w swoich rzekomych proroctwach (sam traktował to bardziej jako ostrzeżenie, a nie przepowiednie à la Nostradamus). Mówią, że był niepoprawnym czarnowidzem, że poszedł stanowczo za daleko w swoich strasznych wizjach. I może mają rację. Chciałabym, żeby mieli rację.

Rok 1984 nadal jest tym tekstem, do którego zwracamy się, kiedy prawda jest kaleczona, język – wypaczany, władza – nadużywana; i chcemy wiedzieć, jak źle jeszcze może być, bo ktoś, kto żył i umarł w innej epoce, był w stanie zauważyć to zło oraz miał dość talentu, by przedstawić je w formie powieści.”

Ministerstwo Prawdy. Biografia Roku 1984 Orwella” to istne kompendium wiedzy na temat jednej z najważniejszych, jeśli nie najważniejszej, powieści antyutopijnej w dziejach. Kilkukrotnie przenoszonej na ekran (tutaj trzeba wyróżnić film Michaela Andersona z 1956 roku i obraz Michaela Redforda z roku... 1984), nie wspominając już o spektaklach teatralnych, i inspirującej niezliczonych artystów. „Rok 1984” George'a Orwella miał bezcenny wkład w rozwój literatury dystopijnej, ale i sam najpewniej sporo zawdzięcza innym pisarzom. Dorian Lynskey omówi wszystkie mniej i bardziej pewne, faktyczne i tylko domniemane, literackie wpływy na „Rok 1984” - doświadczenia życiowe Orwella, zainteresowania, a wręcz fascynacje (Orwell, podobnie jak ja, mniej interesował się osobowościami między innymi takich dyktatorów jak Hitler czy Stalin, a bardziej „przyczynami, dla których tylu zwykłych ludzi ich popierało”), jego światopogląd, to wszystko też dostaje niemałą, może nawet większą przestrzeń w „Ministerstwie Prawdy”. Poczytamy sobie między innymi o Jacku Londonie, Edwardzie Bellamym, Aldousie Huxleyu, Jewgienijim Zamiatinie, Arthurze Koestlerze, czy wreszcie H.G. Wellsie, jedynemu koledze po piórze George'a Orwella, któremu Dorian Lynskey poświęcił cały rozdział. Pierwsza część omawianej książki koncentruje się na okresie sprzed powstania „Roku 1984”. W tym też obszarze – rzecz jasna później – Lynskey przywoła czas, w którym tytułowa powieść „się pisała” (fakty i mity), a potem zobaczymy jak kształtował się fenomen „świętego Orwella”. Część druga „Ministerstwa Prawdy” skupia się na tych dekadach, których nie dożył. Druga połowa XX wieku (ze szczególnym uwzględnieniem złowieszczego roku 1984), ale też początek nowego stulecia, bo „Rok 1984”, tak jak i „Folwark zwierzęcy” George'a Orwella, nadal cieszy się praktycznie niesłabnącą i według mnie w pełni zasłużoną popularnością. Co, jak wynika z tej imponującej pracy Doriana Lynskeya – dojrzały, wyczerpujący, a przy tym bardzo przystępny warsztat – może świadczyć o tym, że totalitaryzm nie jest jakąś na poły mityczną, dawno zgładzoną bestią, której nie trzeba się już obawiać. Swoją wieczną sławę „Rok 1984” może wszak zawdzięczać przede wszystkim temu, że zagrożenia, przed którymi przestrzegał Orwell nie wydają się nieaktualne. Nawet teraz, w tak na pozór silnych demokracjach (Lynskey za główny przykład bierze Stany Zjednoczone), można dojść do wniosku, że świat Winstona Smitha jest nam bliższy niż wcześniejszym pokoleniom. Cóż, wtedy też tak myślano. Każde pokolenie przynajmniej jedną nogą tkwi w Oceanii. I tylko kwestią czasu jest, aż rzeczywistość Winstona Smitha nałoży się na naszą. „Nie dopuść do tego. To zależy od ciebie” - tym cytatem z George'a Orwella Dorian Lynskey kończy swoją wnikliwą, pasjonującą, ale i niepokojącą, mrożącą krew w żyłach, inteligentną, ważną, potrzebną pracę na temat „Roku 1984”. Roku, który jeszcze nie przeminął. Jeszcze nie.

Ministerstwo Prawdy. Biografia Roku 1984 Orwella” pióra brytyjskiego dziennikarza i autora książek non-fiction, Doriana Lynskeya, to rzecz jasna dzieło ukierunkowane głównie na fanów twórczości George'a Orwella. Fanów „Roku 1984”, ale nie tylko. Będzie też o innych publikacjach tego angielskiego pisarza, a także jego kolegów po piórze. Będzie o radiu, teatrze, kinie i telewizji. Będzie o wojnie. O okrutnych dyktatorach, których nie ma bez nas. Wszak „tyrania potrzebuje współudziału”. Poddanych karmionych kłamliwą propagandą, bezwstydnymi, nierzadko bardzo grubymi nićmi szytymi kłamstwami. Obywateli okrutnie zmanipulowanych, nauczonych dwójmyślenia. „Ministerstwo Prawdy” Davida Lynskeya według mnie może się też przydać osobom, którym proza George'a Orwella jest znana co najwyżej ze słyszenia. Nie trzeba znać dzieł tego inteligentnego ponuraka, zatwardziałego pesymisty (albo realisty, zależy kogo zapytać), wirtuoza pióra i zdecydowanego przeciwnika systemów totalitarnych (od lewa do prawa), żeby zakochać się w tej publikacji. W końcu są streszczenia poczynione ręką Davida Lynskeya – najwięcej miejsca zajmuje, jakżeby inaczej, streszczenie fabuły „Roku 1984”, które znajdziecie na końcu, tuż przed indeksem. Pozostaje mi tylko gorąco polecić, a raczej ładnie poprosić o zwiedzenie „Ministerstwa Prawdy” Doriana Lynskeya. A zatem proszę, no błagam, nie przegapcie tego arcyważnego dzieła o innym arcyważnym dziele.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu