poniedziałek, 23 maja 2022

John Langan „Poławiacz”

 

Po śmierci żony, Abraham Samuelson, zaczyna zajmować się wędkarstwem. Kiedy wreszcie udaje mu się przepracować stratę, znajduje towarzysza weekendowych wypraw, znajomego z pracy Daniela Dreschera, którego najbliżsi niedawno zginęli w wypadku samochodowym. Mężczyźni przez jakiś czas łowią wspólnie w różnych sprawdzonych przez innych wędkarzy miejscach, aż w końcu Dan proponuje sprawdzenie tak zwanego Potoku Holendra. Mało znanego miejsca, przed którym nieoczekiwanie przestrzega ich kucharz Howard z knajpy „U Hermana”. Mężczyzna opowiada niewiarygodną historię o tym jakoby przeklętym zakątku stanu Nowy Jork. Na swoje nieszczęście Abe i Dan po wysłuchaniu tej działającej na wyobraźnię, mrożącej krew w żyłach opowieści, nie decydują się zawrócić z obranej drogi.

Poławiacz” (oryg. „The Fisherman”): pierwotnie wydana w 2016 roku, uhonorowana Bram Stoker Award powieść szkatułkowa z nurtu weird fiction autorstwa amerykańskiego pisarza - obecnie mieszkającego w północnej części stanu Nowy Jork - specjalizującego się w horrorze, Johna Langana. Absolwenta State University of New York at New Paltz, gdzie uzyskał tytuł magistra sztuki oraz CUNY Graduate Center, gdzie uzyskał tytuł magistra filozofii. Uczy kreatywnego pisania i wykłada literaturę gotycką na SUNY New Paltz oraz zasiada w zarządzie Shirley Jackson Awards. Pierwsza powieść Langana, „House of Windows”, ukazała się w roku 2009. W swojej bibliografii ma też parę docenionych przez krytyków zbiorów opowiadań. Wraz ze swoim przyjacielem, Paulem Tremblayem, autorem między innymi „Głowy pełnej duchów” i „Chaty na krańcu świata”, zredagował opublikowany w 2011 roku zbiór krótszych opowieści o potworach pt. „Creatures: Thirty Years of Monsters”. „Poławiacza”, który do Polski przybył w roku 2022 na pokładzie statku Vesper, John Langan nazywa swoją odpowiedzią na „Moby Dicka” Hermana Melville'a, w którym odzywają się też echa między innymi niektórych utworów Nathaniela Hawthorne'a, Washingtona Irvinga, Roberta E. Howarda i oczywiście „Cmętarza zwieżąt” aka „Smętarza dla zwierzaków” Stephena Kinga.

John Langan na pisarską ścieżkę wszedł niejako pod wpływem „Christine” Stephena Kinga, „Upiornej opowieści” i „Krainy cieni” Petera Strauba oraz zbiorku nowel pt. „Dark Gods” pióra Theodore'a 'Eibona' Donalda Kleina, szerzej znanego jako T.E.D. Klein. „Poławiacza” Langan „pisał na raty” - w międzyczasie zajmował się innymi projektami, w efekcie czego, że tak to ujmę, „poród” niniejszego „dziecka” niesamowitego trwał aż kilkanaście lat. Langan wychował się nieco na południe od gór Catskill, w hrabstwie Dutchess. Z jednej strony miał krajobraz miejski, a z drugiej dzikie tereny, które smacznie korespondowały z twórczością Stephena Kinga i Williama Faulknera, w których wówczas się zaczytywał. Atmosfera tego miejsca nie tylko zachowała się w jego wspomnieniach, ale wręcz przeniknęła do jego twórczości. Nie wyłączając, a może nawet wyszczególniając „Poławiacza”. Pierwszą powieść Johna Langana wydaną w Polsce (druga w ogóle), w niesamowicie klimatycznej, twardej okładce, zaprojektowanej przez Macieja Kamudę, który również zilustrował to godne, uważam, jak najbardziej zasłużonego zdobywcy prestiżowej Bram Stoker Award, wydanie, w przepięknym tłumaczeniu Tomasza Chyrzyńskiego i z posłowiem Rafała Nawrockiego. Nie wiem, czy coś poszło nie tak w drukarni, czy pan Kamuda może nie tyle miał spadek formy, ile najzwyczajniej, nie trafił w mój gust, ale tak czy inaczej, ekstra nadzienie przedmiotowego „literackiego ciasteczka”, czyli czarno-białe grafiki od tego bezsprzecznie utalentowanego pana, nie zachwyciły jak zwykle. Za ciemne. Czarne plamy tam, gdzie spodziewałam się (na pewno po tym artyście) mnóstwa detali. Jak zawsze imponującego skupienia na najdrobniejszych szczegółach. John Langan praktycznie od maleńkości nasiąkał tajemną mocą opowieści. Jego rodzice byli prawdziwymi gawędziarzami, a on wiernym słuchaczem ich fascynujących historii - mały John przeważnie z wypiekami na twarzy wsłuchiwał się w te prześwietnie snute opowieści różnej treści. To w połączeniu z literaturą ukształtowało artystyczną duszę, która spłodziła chwytającą za serce, upiornie poruszającą, „rozprawkę” o śmierci. Lovecraftian horror rozprawiający z „Moby Dickiem” Hermana Melville'a (ale nie o wielorybnictwie, które to budzi odrazę w autorze „Poławiacza”), nawiązując przy tym między innymi do utworów Wielkich Literatów. Dla niektórych nieco problematyczna może się okazać forma – zasłyszana opowieść na poły z drugiej ręki w innej opowieści. Aż przypomina się „W kleszczach lęku” Henry'ego Jamesa... Nie, bardziej „Upiorna opowieść” Petera Strauba, bo John Langan uprzedzał, że ta ponadczasowa, wprost genialna powieść grozy, z pomocą innych, pchnęła go na pisarską scenę. Naturalnie, na jej mroczną stronę. Tam, gdzie zaległy cienie. Gdzie żyją gargantuiczne stworzenia, czarnoksiężnicy, gdzie śmierć wcale nie jest końcem, ryba nie jest rybą, a zasłona pomiędzy światami jest wyjątkowo cienka. Przepuszczalna. Właściwie to materiał już dawno temu zaczął pękać. Zaczęło się od tajemniczego gościa, mrocznego mężczyzny, który jakimś sposobem wkupił się w łaski najbogatszego obywatela obozu utworzonego na czas budowy rezerwuaru w stanie Nowy Jork. Myśl o Randallu Flaggu Stephena Kinga wprawdzie przeszła mi przez myśl, ale ta znajomość zdecydowanie mocniej pachniała niesamowitym światem Howarda Phillipsa Lovecrafta. Ta charakterystyczna złowieszczość, wrogość przesycona jakąś niewidzialną, ale wyczuwalną (i to jak!) nadnaturalnością. Opowieść Howarda(!), czyli środkowy odcinek „Poławiacza” (dość długa przerwa w opowieści Abrahama Samuelsona) nabiera tempa w okolicznościach niby żywcem wydartych z powieści Stephena Kinga o cmentarzysku Micmaców, nieopodal którego leży mniej groźna, skromna nekropolia stworzona przez dzieci dla ich ukochanych zwierzątek, które poszły do aniołków. To zamierzony ukłon, może nawet coś w rodzaju pomnika dla bodaj najbardziej znanego cmentarza dla zwierząt na świecie. I pisarza, który pośrednio – poprzez inną swoją powieść – skłonił Johna Langana (znowu: z pomocą innych) do „zakupu magicznego pióra”.

Pięć lat po światowej premierze „Poławiacza” Johna Langana ukazała się debiutancka powieść pochodzącej w Wielkiej Brytanii Emmy Stonex, zatytułowana „The Lamplighters” (pol. „Latarnicy”, Echa 2021). Dlaczego o tym wspominam? A bo historia Abrahama Samuelsona – narracja pierwszoosobowa – przypomniała mi tamten, co prawda później wydany, ale wcześniej przeze mnie czytany, utwór o wodzie, stracie i sposobach radzenia lub nieradzenia sobie z nią. Inne gatunki, ale zbliżona wrażliwość piszących te i tamte słowa. Tak, „Poławiacz” wprawił mnie w podobny nastrój. Gorzki traktat o śmierci, u Langana w niewątpliwie mniej prozaicznej oprawie. „Poławiacz” to (nie)czysty horror. Przemawiający do czytelnika zarówno wprost, jak i bardziej naokoło. Pożywka dla świadomości i podświadomości. Moja wyobraźnia pracowała i to pełną parą, nawet wtedy – zwłaszcza wtedy! - gdy na pozór nie działo się nic niezwykłego. Narrator i zarazem główny bohater jednej z opowieści tworzących tę powieść (ściśle ze sobą powiązanych opowieści, zazębiających się, czy jak kto woli spotykających się w punkcie w czasach Abe'a nazywanym Potokiem Holendra), już na samym początku przekonuje nas, że przeżył coś, co wymyka się racjonalnemu myśleniu. Nastraja nas, wyczula na zagrożenie nie z tego świata. A potem przechodzi do boleśnie krótkiej historii małżeńskiej. Ten związek trwał niespełna dwa lata (nie licząc okresu sprzed małżeństwa) i bynajmniej nie dlatego, że coś pomiędzy Abe'em i jego wybranką imieniem Marie się zepsuło. Nie poróżnili się, ani nic w tym rodzaju. Rozdzieliła ich śmierć. Ona odeszła, on został. Pytanie: komu trafiła się gorsza karta od nieubłaganego losu? Kobiecie, która cierpiała czy mężczyźnie, który może cierpieć jeszcze bardzo długo? W tamtym okresie Abe najpewniej był święcie przekonany, że jego życie się skończyło. Wyprane z kolorów, poza nieprzeniknioną czernią. W bezdennej otchłani rozpaczy. Nieutulony żal, jeden z najskuteczniejszych niszczycieli niewykluczone, że nie tylko na tym smutnym świecie. Mitologiczna bestia z nietutejszych, nieziemskich (a może jednak?) oceanicznych głębin, których trudno nie powiązać z Lovecraftem (ten klimat, ta moc). I jedna z najbardziej niezawodnych broni na tę kreaturę. Mowa oczywiście o pasji. Wielkiej pasji, która w przypadku Abe'a zrodziła się zupełnie nagle podczas jego zrozumiałej, niestety całkowicie naturalnej, udręki. Chwycił za wędkę i... Nie, nie myślcie, że rozpacz od razu ustąpiła. Psychiczne katusze trwały nadal. Zmieniła się tylko sceneria, a przynajmniej z jego perspektywy tak to wyglądało. W tamtym czasie, bo gdy już jako tako uporał się najprawdopodobniej z największą stratą w całym swoim życiu, kiedy, jak to się mówi wrócił do żywych, zaczął dopuszczać do siebie myśl, że wędkowanie pomogło mu w tym procesie. Powoli, kroczek za kroczkiem, Abraham wyszedł z żałoby. Oczywiście, nadal tęsknił - och, jak straszliwie tęsknił! - za swoją ukochaną, ale gdy zacieśniał znajomość z Danielem Drescherem, na dobrą sprawę, wyprzedzał go o cała lata świetlne. Innymi słowy, Abe najgorsze miał już za sobą, a przynajmniej tak mu się wydawało, podczas gdy koszmar Dana tak naprawdę dopiero się zaczynał. Mniej więcej przez rok po stracie najbliższych nowy przyjaciel Abrahama, wcześniej tylko znajomy z pracy, jakoś się trzymał, ale potem znacznie mu się pogorszyło. I on wpadł w odmęty czarnej rozpaczy. I tkwił w niej na tyle długo, żeby jego kumpel od wędki nabrał przekonania, że nie ma już dla niego ratunku. Aż tu nagle Dan wychodzi ze swoją dość zagadkową inicjatywą. Chce się wybrać nad, jak szybko się okaże, owiany złą sławą Potok Holendra gdzieś w obrębie Catskill Mountains w stanie Nowy Jork, gdzie swoją drogą mieszkają Abe i Dan. Cóż w tym takiego zagadkowego? Otóż, człowiek, który owdowiał jako pierwszy, ma przeczucie graniczące z pewnością, że jego przyjaciel nie wiedzieć dlaczego skłamał. Skłamał w nader prozaicznej, wydawałoby się kompletnie nieistotnej, niewinnej kwestii. To jest, Abe nie rozumie, dlaczego Dan w ogóle uznał za konieczne uciec się do kłamstwa w takiej błahej sprawie. Jak można się tego spodziewać, z czasem uzyska niekoniecznie satysfakcjonującą odpowiedź na to „fundamentalne pytanie”, a tymczasem obaj wysłuchają podobno autentycznej opowieści kucharza Howarda ze stylowej knajpki „U Hermana”. Właściwie to opowieść Lottie Schmidt, która wcześniej przekazała ją pewnemu pastorowi. Część z tego kobiecie wcześniej przekazał ktoś inny, a część zna z pierwszej ręki. Z doświadczeń Abe'a wynika, że ta opowieść jakby żyje własnym życiem. Jest jak wirus – wnika w organizm człowieka i namnaża się przynajmniej dopóty, dopóki nieszczęśnik nie poczuje nieodpartej potrzeby wydalenia jej. Wyrzucenia z siebie tych oślizgłych czarnych stworzonek, że w taki sposób nawiążę do śmiertelnego w skutkach incydentu w obozie sprzed wieków, w którym wspomniana Lottie spędziła kilka lat w okresie młodzieńczym. Nie ukrywam, że pierwsze fazy tej umownej wycieczki w dość odległą przeszłość, gdzieś na styku Lovecrafta i Kinga w sosie własnym Langana, upłynęły mi w przyjemniejszym, na swój nieprzyjemny sposób, nastroju. Później, jak na mój gust, zrobiło się ciut chaotycznie. W dodatku powiało banałem (jeden całkiem dobrze poinformowany człowiek, który cudownym zrządzeniem opatrzności znalazł się w odpowiednim miejscu we właściwych czasie i jego dzielni towarzysze na placu boju z nieopisaną grozą), ale z odsieczą pośpieszył dalszy, zdecydowanie upiorniejszy, ciąg, pamiętnego koszmaru Abrahama Samuelsona. Tak się zastanawiam, czy aby Mickey Keating przed nakręceniem swojego „Poza sezonem” (oryg. „Offseason”) nie wybrał się z Abe'em i Danem nad Potok Holendra. A Brendan Muldowney przed rozkręceniem prac nad „The Cellar”? Na pewno się kojarzyło. Może tylko dlatego, że obie te produkcje widziałam względnie niedawno, więc siłą rzeczy wysuwają się przed szereg. Przed inne obrazy nasycone aromatem (nie)wiarygodnych opowieści niewiarygodnego Samotnika z Providence. W ostatniej partii „Poławiacza” John Langan uspokaja skołatane serca, ale po tym wszystkim, co pokazał wcześniej, doprawdy trudno tak do końca mu zaufać. To jeszcze nie koniec strasznych przygód biednego Abe'a. Tak podejrzewałam. Tak dyktował instynkt, być może przeczulony, ale tak czy inaczej słowem się nie zająknął na temat swoistej wisienki na tym przekładańcu. Ostatnie zdanie i nokaut. Się namieszało w mojej i tak już wystarczająco skołowanej - w pozytywnym sensie - głowie. Przeciążenie systemu. I dobrze.

Gdyby „Poławiacz” Johna Langana był filmem, to pewnie byłby określany jako horror podwyższony (nowa fala kina grozy, współczesne art horrory). Inna sprawa, czy w ogóle dałoby się zrobić z tego film. Myślę, że to ten rodzaj maestrii, który tylko w ułamkowej części udałoby się oddać na ekranie. Może kiedyś znajdzie się odważny, który zmierzy się z tym naprawdę wymagającym materiałem. Filmowiec, który, słusznie czy nie, uzna, że da radę należycie przedstawić tę złożoną opowieść o śmierci. I czymś jeszcze gorszym, przynajmniej dla tych, którzy zostali. Trudno o pewność i to nie tylko w tym miejscu. „Poławiacz” to nieoczywista, ufająca wyobraźni czytelnika, niepokojąca opowieść, szczodrze pokropiona najbardziej gorzkimi z łez. Depresyjna, niesamowicie mroczna, budząca podskórny lęk, ale nieuciekająca od dosłowności, od różności obliczonych na zintensyfikowanie niewygodnych doznań: tego drogocennego towaru chyba dla wszystkich fanów szeroko pojętego horroru. Wyższego i niższego. Ambitnego i pulpowego. Owszem, z przechyłem na tę bardziej wymagającą stronę, ale nie permanentnym. Tak czy inaczej, radzę zarzucić sieć na tego wrednego „Poławiacza”. Kto wie, co jeszcze się złapie. Jeszcze jakieś upiorne wspaniałości z Potoku Holendra? Jest tego więcej? Wierzę, że tak.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 21 maja 2022

Zapowiedzi wydawnictwa Vesper

 
Co szykuje wydawnictwo Vesper? Patrz niżej. A to tylko między innymi. Teksy wyjęte z facebookowego profilu wydawnictwa. Część okładek w przygotowaniu, pozwoliłam więc sobie zastąpić je zagranicznymi edycjami. Kolejność przypadkowa.
 

Scott Smith „Ruiny”

Scott Smith i jego "Ruiny" to tytuł, który fan współczesnego horroru po prostu musi mieć na półce. Sześcioro ludzi, wiedzionych młodzieńczą fantazją i żądzą przygody wyrusza w głąb meksykańskiej dżungli. Ich celem jest odnalezienie zaginionego podczas ekspedycji archeologicznej brata jednego z nich. Mimo ostrzeżeń zapuszczają się do serca lasu, gdzie znajdują tajemnicze obrośnięte winoroślą wzgórze, które staje się dla nich śmiertelną pułapką. Pozbawieni wody, zapasów żywności, otoczeni przez agresywnych Indian, bez możliwości kontaktu z cywilizacją rozpoczynają śmiertelną rozgrywkę w której stawką jest ich życie... 
Mimo z pozoru kiczowatej fabuły Smith serwuje nam zaskakująco sprawnie skonstruowany i rewelacyjnie napisany horror. Duszny, gęsty klimat, poczucie nieustającego zagrożenia, świetnie nakreślone postaci to jego największe zalety, a jeśli dodamy do tego stosunkowo rzadko eksplorowany przez twórców gatunku motyw krwiożerczych i inteligentnych roślin (tak, tak), przedstawiony jednak w niebanalny sposób, dostajemy powieść, która zadowoli każdego miłośnika literackiej grozy.

Michael McDowell „Cold Moon Over Babylon”

Po "Żywiołakach" ("The Elementals") - najbardziej znanej powieści Michaela McDowella (może kojarzycie go jako autora scenariuszy do filmów Tima Burtona: "Sok z żuka" i "Miasteczko Halloween") - wydawnictwo Vesper szykuje kolejną jego powieść. Chodzi o "Cold Moon Over Babylon" z 1980 roku. Będzie to kolejna gratka dla wielbicieli starej szkoły horroru, z jego "złotej ery".
Babilon - jedno z wielu typowych, tonących w słonecznym żarze, otoczonych niedostępnymi bagnami, sennych miasteczek w Alabamie. Czternastoletnia Margaret Larkin zostaje brutalnie zgwałcona i zamordowana przez bogatego i wpływowego mężczyznę, który jest poza zasięgiem prawa. Ale w Babilonie zaczynają dziać się dziwne i niewytłumaczalne zjawiska, a pod mętną powierzchnią rzeki przepływającej przez miasto pojawia się kształt, który przybiera ludzką postać. Coś każdej nocy będzie ścigać mordercę, a gdy nad Babilonem pojawi się księżyc w pełni i zaleje ulice zimnym blaskiem, będzie mogło dokonać zemsty...

Tim Lebbon „Obcy. Wyjście z cienia”

Akcja powieści dzieje się między wydarzeniami z "jedynki" i "dwójki" filmowej sagi. Na planecie LV-178 odkryte zostają złoża trimonitu - najtwardszego znanego człowiekowi materiału, ale oprócz niego w jaskiniach głęboko pod powierzchnią, górnicy odkrywają coś jeszcze... W walce z hordą ksenomorfów niepodziewanie znajdują sprzymierzeńca w postaci pasażerki kapsuły ratunkowej Narcissus, która jako jedyna ocalała z katastrofy kosmicznego frachtowca Nostromo...

Konrad Możdżeń „Listy z Miasta Wiatraków”

List… kawałek papieru, eleganckiej papeterii, a może zwykła, wyrwana z zeszytu kartka. Kilka kropli atramentu czy tuszu. Parę muśnięć długopisem lub stalówką wiecznego pióra. Ołówek? Czemu nie. Koperta, znaczek i adres. Droga na pocztę, spojrzenie w czarną otchłań skrzynki na listy i… To wszystko. Tylko tyle potrzeba by oddać się we władanie prawdziwej magii. Tej realnej, rzeczywistej. Magii, która pozwala wywołać uśmiech na czyjejś twarzy lub zeszklić oczy łzami wzruszenia. Lub przerażenia. Boimy się listów, bo drzemie w nich moc, której nieraz nie potrafimy stawić czoła. Zapach papieru skrapianego najlepszymi perfumami, kolor atramentu i charakter pisma, którym nadawca skreślił słowa. Choćby nawet opowiadały o drobnostkach… i tak będą w stanie poruszyć tę subtelną materię, dzięki której wciąż jeszcze możemy nazywać się ludźmi. Listy z Miasta Wiatraków to osiem opowieści o ludziach, którym przyszło żyć na ziemi wilgotnej od łez i krwi. To osiem historii, które nigdy nie powinny mieć miejsca. Osiem wspomnień o miłości, stracie, gniewie, samotności, strachu i zawierzeniu mocom niepochodzącym z tego świata. Osiem dowodów na to, że są na ziemi miejsca, w których człowiek znaczy tyle, co nic. Miejsca, gdzie zło przybiera najpotworniejszą formę. Gdzie permanentna niepewność, cierpienie i ból to najwierniejsi towarzysze codzienności. Gdzie stare mury walących się budynków, samotne wieże kościołów i rozległe łany pól stały się niemymi świadkami prawdziwych tragedii i działania sił wypełzających z najmroczniejszych czeluści piekieł. Zapraszam Cię w podróż do Miasta Wiatraków. Miasta zapomnianego przez Boga i wyklętego przez ludzi.

Christina Henry „Looking Glass”

Po „Alicji” i „Czerwonej Królowej” przyszła pora na zwieńczenie cyklu. Tym razem nie jest to pełnowymiarowa powieść, ale zbiór czterech mini powieści, których akcja dzieje się w uniwersum wykreowanym przez autorkę. Poznamy historię młodego Topornika, tajemnicę jaką Alicja przed nim skrywa, dowiemy się jak skończy się ich wspólna wizyta w na pozór opuszczonym zamku, poznamy też Elizabeth - tajemniczą dziewczynę, która trzyma w słoiku motyla.

Dan Simmons „Black Hills”

Powieść historyczna z elementami grozy - czyli gatunek w którym Simmons jest prawdziwym mistrzem. Tym razem poznamy burzliwe dzieje ostatecznej rozgrywki między Armią Stanów Zjednoczonych a rdzennymi mieszkańcami Ameryki Północnej. Bohaterem "Black Hills" jest Indianin ze szczepu Siuksów - Paha Sapa, który, gdy był jeszcze młodym wojownikiem, brał udział w słynnej bitwie pod Little Bighorn. Wierzy - podobnie jak starszyzna jego plemienia - że duch poległego wówczas, legendarnego generała Custera, wszedł w niego i pozostanie w nim dopóki Paha Sapa nie pozwoli mu odejść. Duch generała towarzyszy Indianinowi w jego długim życiu, podporządkowanym wizji jakiej doznał na tytułowych Czarnych Wzgórzach, będących ojczyzną jego plemienia. Wreszcie Paha Sapa wybiera moment w którym wreszcie może pozbyć się swoich duchów. Będąc specjalistą od materiałów wybuchowych, pracuje na placu budowy monumentalnej rzeźby w Mount Rushmore. Postanawia przypieczętować swój los w dniu, w którym do Południowej Dakoty przybywa Franklin Delano Roosevelt, by uroczyście odsłonić podobiznę prezydenta Jeffersona.

Dan Simmons „Trupia otucha”

Gatunkowo - czysty horror. Nagrodzona Bram Stoker Award i Locus Award dla najlepszych powieści grozy, monumentalna (ok 1000 stron) "Trupia otucha"! 
Przeszłość
Schwytany w sieć zaplanowanego przez Hitlera „Ostatecznego Rozwiązania” Saul Laski jest jednym z tysięcy skazanych na śmierć w niesławnym obozie zagłady w Chełmnie. Wkrótce jednak wpada w szpony zła o wiele gorszego i starszego niż nazistowskie Niemcy.
Teraźniejszość
Nieliczni wybrańcy posiadają Talent – psychologiczną umiejętność oddziaływania na umysły innych ludzi. Na dorocznych spotkaniach planują nieustającą kampanię rzezi i rozpasania. W tym roku jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem…
Obejmująca parę dziesięcioleci i rozgrywająca się na kilku kontynentach historia zapuszcza się w najmroczniejsze zakamarki historii XX wieku. „Trupia otucha”, stanowiąca jedną z najdoskonalszych prób ożywienia wampirzej legendy, zgłębia naturę ludzkiej skłonności do przemocy i analizuje jej wpływ na naszą przyszłość.

Tomasz Sablik „Przypadłość”

Hanna Hoppe ma swój mały, względnie uporządkowany i bezpieczny świat, który niemal w całości wypełniają wierna przyjaciółka, praca w ukochanym kinie i dwudziestokilkuletni syn. Problem w tym, że w tej swojskiej, w miarę spokojnej przestrzeni coraz mocniej zaczynają się rozpychać demony z bestiariusza, jakim jest życie – bolesne, obciążające psychikę wspomnienia, problemy materialne i kłopoty z dzieckiem. Gdy na jej drodze niespodziewanie staje starszy, ekscentryczny sprzedawca zegarów, Hanna zaczyna myśleć, że coś wreszcie się zmienia. Pytanie tylko, czy zmieni się na lepsze...

Bram Stoker, Valdimar Ásmundsson „Powers of Darkness: The Lost Version of Dracula”

"Islandzki Dracula" to hasło które pewno niejednemu z Was obiło się o uszy. Parę lat temu świat obiegła informacja, że islandzkie tłumaczenie "Draculi" Brama Stokera wyraźnie różni się od znanej reszcie świata wersji. Znacznie więcej jest tu o pobycie Harkera w zamku Draculi, lepiej poznajemy same upiorne gmaszysko i jego mieszkańców, sam mroczny hrabia także zyskuje nowe cechy charakteru, poznajemy go z zupełnie innej strony, więcej jest o jego przeszłości, mamy tu inne zakończenie, zmienia się też - zwłaszcza w drugiej części tej historii - sposób narracji, znika bowiem forma epistolarna. I jak można przypuszczać - zmiany te nie są swobodną inwencją tłumacza, Valdimara Ásmundssona, ale są one wprowadzone za wiedzą i akceptacją Stokera i co więcej - na podstawie jego osobistych notatek. 
Innymi słowy - jest to jedna z wersji "Draculi", przedstawiająca jak ta historia mogłaby wyglądać gdyby autor inaczej rozłożył akcenty. "Makt Myrkranna" czyli "Powers od Darkness" wzbogacona o obszerny wstęp Dacre'a Stokera wyjaśniający i opisujący wprowadzone przez tłumacza zmiany, przedstawiający wcześniejsze pomysły i różnice między wersją, którą znamy, a islandzką, oraz wprowadzenie historyczne – można się sporo dowiedzieć o życiu samego Brama Stokera czy Ásmundssona, dziejach postaci Draculi w popkulturze. Znajdzie się tu również rozdział o zamku hrabiego, wzbogacony o wykresy i schematy.

Robert McCammon „The Queen of Bedlam”

Druga część, po „Zewie nocnego ptaka”, cyklu o przygodach Matthew Corbetta, autorstwa Roberta McCammona. Tym razem z dusznych bagien Południowej Karoliny, przeniesiemy się do tętniącego życiem osiemnastowiecznego Nowego Jorku, w którym grasuje nieuchwytny, budzący trwogę morderca. Dążący do wymierzenia sprawiedliwości wobec dyrektora sierocińca, w którym się wychował, Matthew wplątany zostaje w kolejną intrygę, wykraczającą dalece poza mury przytułku. Starając się rozwikłać tajemnice przeszłości, jednocześnie rzuca się w labirynt kryminalnych tropów i wskazówek rzucających światło na tożsamość terroryzującego miasto zabójcy. Śledztwo prowadzi do azylu, w którym rządzi Królowa Bedlam.

Michael Crichton „Park Jurajski”

Mistrz technothrillerów, autor takich powieści jak "Kula", "Kongo", "Andromeda znaczy śmierć". Pisarz, scenarzysta, reżyser, producent i... lekarz. Współtwórca kultowych seriali takich jak "Ostry dyżur" czy "Westworld". Michael Crichton dołączył do grona autorów wydawnictwa Vepser. A na pierwszy ogień idzie jego niewątpliwie najbardziej znana książka czyli "Park Jurajski".

 

Źródło: https://pl-pl.facebook.com/WydawnictwoVesper/

piątek, 20 maja 2022

Harold Schechter „Psychopata”

 

Harold Schechter to ceniony amerykański pisarz specjalizujący się w true crime stories, ze wskazaniem na seryjne morderstwa z XIX i XX wieku, ale na swoim koncie mający też prace o amerykańskiej kulturze popularnej, cykl kryminalny oparty na twórczości Edgara Allana Poego oraz serię dla młodzieży „The Curiosity House” stworzoną ze swoją córką Lauren Oliver – pierwszy tom, „The Shrunken Head” był nominowany do Edgar Award. Podobnie jak jego wydana w 2014 roku true crime story „Mad Sculptor: The Maniac, the Model, and the Murder that Shook the Nation”. Schechter studiował na Uniwersytecie Stanowym Nowego Jorku w Buffalo, gdzie uzyskał doktorat (jego promotorem był Leslie Aaron Fiedler, nieżyjący już amerykański krytyk literacki, orędownik literatury gatunkowej, szczególnie zainteresowany mitografią), oraz na The City College of New York. Przez czterdzieści dwa lata wykładał literaturę amerykańską i myth criticism w Queens College, City University of New York. Poprzez swój artykuł z 1973 roku zatytułowany „Kali on Main Street: The Rise of the Terrible Mother in America” Harold Schechter wprowadził do powszechnego użytku wyrażenie horror-porn, definiowane jako „materiał pisany lub wizualny, który podkreśla zmysłowe lub sensacyjne aspekty podmiotu nieseksualnego, przemawiającego do odbiorców w sposób podobny do podniecającego efektu pornografii”. Schechter od 2002 roku pozostaje w związku małżeńskim z poetką Kimiko Hahn.

Po raz pierwszy wydana w 1989 roku opowieść o życiu i zbrodniach człowieka, który zyskał niechlubny przydomek Rzeźnika z Plainfield (nazywany też Ghoulem z Plainfield), pióra Harolda Schechtera, eksperta od seryjnych zabójców, według Publishers Weekly. W oryginale opublikowana pod tytułem „Deviant: The Shocking True Story of Ed Gein, the original Psycho”, na polski rynek trafiła dopiero w 2022 roku, czyli aż trzydzieści trzy lata po jej światowej premierze, pod nazwą, po prostu, „Psychopata” - edycja w miękkiej oprawie przygotowana przez wydawnictwo Filia w bardzo dobrym tłumaczeniu Kingi Markiewicz. Warto zwrócić uwagę na układ liter w tytule – na okładce zaprojektowanej przez Mariusza Banachowicza oraz stronach tytułowych. Sylabizowanie najprawdopodobniej nie było podyktowane walorami estetycznymi, ale miało podkreślać związek podmiotu niniejszej niezbyt obszernej (trochę ponad czterysta stron) pracy z powieścią Roberta Blocha, przeniesioną na ekran przez Alfreda Hitchcocka. Mowa oczywiście o „Psychozie” (oryg. „Psycho”), jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, dreszczowcu w historii literatury, a już na pewno kina. Gdyby nie tytułowy antybohater omawianej książki Harolda Schechtera, najbardziej znany właściciel motelu prawdopodobnie nigdy by się nie urodził. Ani on, ani cała „plejada” odrażających zbrodniarzy, myślę, doskonale znanych fanom horrorów i thrillerów. Ze wszystkich „czarnych gwiazd” kina i beletrystyki, które swoje istnienie zawdzięczają Edwardowi Theodore'owi Geinowi, Norman Bates w „Psychopacie” Harolda Schechtera zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie. Innymi słowy, autor niniejszej publikacji niżej pochylił się w zasadzie tylko nad „Psychozą” Roberta Blocha i jej ekranizacją z 1960 roku w reżyserii niekwestionowanego mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka. Dla innego „wielkiego” niesławnego zrodzonego z największego koszmaru miasteczka Plainfield w stanie Wisconsin, jednej z najbardziej rozpoznawalnych twarzy – skórzanej twarzy – w przepastnym świecie horroru (nurt slash), Schechter przewidział zaledwie jeden akapit na ostatniej prostej. Mowa oczywiście o szaleńcu z piłą mechaniczną, a właściwie o pierwszym filmie z jego udziałem w reżyserii Tobe'ego Hoopera z 1974, a nie 1975 roku, jak stoi w tymże „Psychopacie”. Padają też inne, mniej i bardziej znane, tytuły makabrycznych fikcyjnych opowieści mający mniejszy i większy związek ze sprawą Rzeźnika z Plainfield, ale wśród nich nie ma, słusznie wyszczególnionego na opakowaniu książki (przednia strona okładki) Buffalo Billa, seryjnego mordercy wymyślonego - z inspiracji sylwetką Eddiego Geina - przez Thomasa Harrisa na użytek jego modus operandi, czyli powieściowej serii o Hannibalu Lecterze. A konkretnie, jej drugiej osłony pt. „Milczenie owiec”, o której to powieści Schchter mógł jeszcze nie słyszeć. Co prawda książka wyszła mniej więcej rok przed „Psychopatą”, ale jej filmowa wersja w reżyserii Jonathana Demme'a, która nadała swojemu pierwowzorowi większy rozgłos, pojawiła się dwa lata po omawianej publikacji.

W porównaniu z wydarzeniami, które rozegrały się w Wisconsin ponad trzydzieści lat temu [teraz ponad sześćdziesiąt lat temu], Psychoza jest niczym bajka na dobranoc.”

Harold Schechter już na samym początku tej mrocznej podróży do jednej z czarny kart historii ludzkości, pokazał mi, że jest całkiem wytrawnym gawędziarzem. Grunt prawie jak u Stephena Kinga – ta charakterystyczna „oprawa wizualna”, podobny koloryt, rytmika, sposób przemawiania do wyobraźni odbiorcy. Nie wspominając już o tym, że obszar działalności starego kawalera, małego człowieczka z nieomal nieodłącznym krzywym uśmieszkiem, wpisuje się w preferowane przez Kinga realia. Małomiasteczkowe. Tak zwany Dom Grozy, farma Geinów leżała mniej więcej dziesięć kilometrów od Plainfield w stanie Wisconsin, kiedyś sennej mieściny, która od czasu odkrycia odrażających zbrodni młodszego syna Augusty i George'a Geinów, nie odzyskała już dawnego spokoju i swego rodzaju anonimowości. Ze słów Schechtera wynika, że przed odkryciem jego drugiego oblicza, tajemnego życia prowadzonego właściwie tuż pod nosem także najbardziej wścibskich mieszkańców tego okrutnie doświadczonego małego amerykańskiego miasteczka, o Plainfield - podobnie jak o moim rodzinnym miasteczku:) - mało kto słyszał. Szerzej nieznane. Nie tylko w Stanach Zjednoczonych, nawet w samym Wisconsin, w obrębie własnego stanu. Brzydko mówiąc „podręcznikowa dziura zabita dechami”. Spokój, cisza, bezpieczeństwo... Przed szalonym Eddiem w wyobrażeniach wielu, może nawet większości Amerykanów, tak malowały się taka mniejsze aglomeracje. Rzeźnik z Plainfield mimowolnie udowodnił nie tylko swoim krajanom, że nawet w takich małych mieścinach, gdzie niby wszyscy znają wszystkich, bez większego wysiłku, całymi latami można zaspokajać swoje chore apetyty. Edward Theodore Gein, chcąc nie chcąc, obalił mit małych miasteczek. A Harold Schechter w swoim „Psychopacie” obala parę mitów na temat samego Eda. Na przykład kanibalizm albo nekrofilia w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa. Człowiek, którego „ekspert od seryjnych morderców” poddaje drobiazgowej analizie na kartach przedmiotowego utworu, faktycznie przez badających go psychiatrów został uznany za nekrofila (nawiasem mówiąc Schechter przybliży nam też kilka autentycznych postaci z tym zaburzeniem preferencji seksualnych), ale nie ma dowodów na to, że Ed kopulował ze zwłokami. Właściwie biorąc pod jego awersję do seksu, wpojoną mu przez najważniejszą osobę w jego życiu, z którą jak wielu seryjnych morderców (udowodniono mu tylko dwa zabójstwa, ale najgorliwsi wyznawcy zasady, że seria w takich wypadkach zaczyna się od trzech – zdania są podzielone – nie mają nic przeciwko dopisywaniu Geina do tych niesławnych, a przynajmniej nie większość z nich) miał mocno skomplikowaną relację. Chociaż...

Tak, związek Eda i Augusty w gruncie rzeczy wyróżnia się nawet na tym obficie splamionym ludzką krwią płótnie. Kompleks Edypa w wersji hard. Posunięty do ekstremum. Ale nie takiego, o jakim mogli rozprawiać najbardziej zaangażowani plotkarze, w wyjątkowo długim - na pewno z perspektywy wielu mieszkańców Plainfield – okresie po ujawnieniu makabrycznej zawartości dosłownie oblepionej brudem nieruchomości zdumiewająco niepozornie prezentującego się człowieczka. Nie ma dowodów na to, by szaleniec z Plainfield kiedykolwiek uprawiał seks ze swoją apodyktyczną, wręcz despotyczną mamusią. Ani żywą, ani martwą. Można śmiało uznać, że Augusta Gein była jedyną miłością Eda. Jego królową. Jedyną kobietą, dla której zrobiłby dosłownie wszystko. Cały świat rzuciłby jej do stóp, gdyby tylko miał taką moc. Kochał ją (świadomie) i zarazem (podświadomie) nienawidził. Szalona miłość i szalona nienawiść, skumulowane w niewysokim pozornie zupełnie nieszkodliwym dziwaku. Tak Ed Gein był postrzegany przez niewielką społeczność, z którą nigdy nie czuł się jakoś szczególnie związany - Augusta zadbała o to, by czuł odrazę do bezbożnej krainy, krainy rozpusty, jaką w jej przekonaniu było Plainfield - ale też nie miał w zwyczaju odmawiać, gdy ktoś prosił go o pomoc. Zawsze grzeczny, przeważnie na uboczu „krzywy człowiek z krzywym uśmiechem”. Harold Schechter swoją dogłębną analizę „Boogeymana z Wisconsin” (Ed Gein wpisał się do tamtejszego folkloru; podobno wciąż przydaje się niektórym rodzicom, chcącym wymusić posłuszeństwo na swoich co bardziej upartych pociechach. Taki straszak na krnąbrne latorośle) roztacza w zadowalająco zagęszczonym sosie społeczno-kulturowym i politycznym, choć w ten ostatni, w moim poczuciu, zaangażował się w mniejszym stopniu. Dzieciństwo i okres nastoletni chorego Eda, i tym bardziej wcześniejsze dzieje jego późniejszych rodziców, wprawdzie nie obfitują w wydarzenia, ale na dobrą sprawę dostarczają dość sporo informacji na temat warunków, w jakich dorastał ten samotny człowiek. Dla tych, którzy tutaj po raz pierwszy zderzą się z tą niechlubną postacią, ten etap książki może zyskać na wartość trochę później, gdy Schechter bardziej wniknie w jego okrutnie poplątaną głowę, a właściwie nie tyle on, ile pierwsi badacze tego porażającego przypadku. Prędzej czy później Harold Schechter doprowadzi nas do przekonania, że tytułowa postać jego całkiem szczegółowej rozprawy, to owoc złego wychowania. Że tak to ujmę, efekt uboczny tytanicznej pracy Augusty Gein. Bo chyba nie o to jej chodziło? Chyba. W każdym razie, gdyby rodzona matka Eda była inna, jego życie przypuszczalnie ułożyłoby się inaczej. I co ważniejsze, przynajmniej dwie osoby nie straciłyby życia. Nie byłoby Domu Grozy z Plainfield. Nie byłoby „Psychozy” ani „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”.

Izolacja, nienawiść do bliźnich (bo grzeszni, nie to co ona, krystalicznie czysta Augusta Gein), mnóstwo kijów, mało, jeśli w ogóle, marchewek także dla faworyzowanego syna. Starszy brat Eddiego, Henry najwyraźniej nie był takim, hmm, oczkiem w głowie fanatyczki religijnej (luteranka), która ewidentnie, jak to się mówi, nosiła spodnie w domu Geinów – jej nadużywający alkoholu mąż siedział pod jej pantoflem, choć od czasu do czasu robił sobie z niej worek treningowy. Z niej i swoich dzieci. Przemoc na jednej z farm niedaleko Plainfield, której największą ofiarą był właśnie Ed Gein trwała właściwie aż do śmierci Augusty. Ojciec przestał maltretować synów, gdy podrośli, ale matka nigdy nie odeszła od obsesyjnej kontroli nad swoimi potomkami. Głównie Edem. Z Henrym nie miała tak łatwo. Henry nie był tak zapatrzony w Augustę, jak jego młodszy braciszek. Żaden z nich nigdy się nie ożenił (Augusta już się o to postarała), ale tylko jeden dożył dość późnej starości. Drugi zginął w zagadkowych okolicznościach. Natomiast najważniejsza osoba w życiu małego człowieczka z Plainfield odeszła na samym końcu. Eddie został sam. W oczach innych, ale niekoniecznie własnych. Jeśli wierzyć jego zeznaniom, w jego niemożliwie brudnym – istne wysypisko – pozbawionym elektryczności domu, niekiedy rozlegał się głos, jego nieżyjącej przecież rodzicielki, w którym znajdował chwilowe ukojenie. W domu pełnym własnoręcznie wykonanych, delikatnie mówiąc z nietypowych materiałów, przedmiotów codziennego użytku, makabrycznych dekoracji i jeszcze bardziej odrzucających strojów (maski i jeden kompletny kostium, pomagające mu, oczywiście w jego mniemaniu, stawać się kobietą, którą tak bardzo chciał być – jego matka marzyła o córce, więc...). Da się odczuć, że autor „Psychopaty” ma trochę współczucia dla tego żywego (w sumie to już nieżywego, Ed Gein zmarł bowiem w1984 roku – miał wówczas siedemdziesiąt osiem lat) dowodu na to, że ani wygląd zewnętrzny, ani nawet zachowanie w towarzystwie o niczym jeszcze nie świadczą. Chcę przez to powiedzieć, że przypadek Eda Geina wielu uświadomił tę, dziś już raczej banalną prawdę, że ci grzeczni, cisi i niewielkiej postury też mogą ślinić się na widok rozkładającego się trupa. I zabijać. I gromadzić swoje makabryczne trofea w niczym niewyróżniającym się domu w niczym niewyróżniającej się - no może na pierwszy rzut oka sielskiej, wręcz idyllicznej - okolicy. Szczupły człowiek, w którym jak się okazało była wielka krzepa. Nie sprawdzałam:), ale wydaje mi się, że potrzeba siły do takiej cmentarnej działalności, jakiej, naturalnie w wielkiej tajemnicy, oddawał się, i to przez spory kawał czasu, mały Eddie. Po zatrzymaniu antybohatera tej nie-powieści, poza spodziewanymi czynnościami prawnymi, Harold Schechter, z dużą dokładnością naświetli reakcje ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa, ze wskazaniem na mieszkańców Plainfield oraz „istne sępy, które zwietrzyły wyjątkowo soczystą padlinę”. Powiedziałabym, że autor ma więcej litości dla Eda niż dla dziennikarzy relacjonujących jego sprawę (swoją drogą, odniosłam również wrażenie, być może błędne, że Schechter skłaniał się ku temu, że nadmierna fascynacja makabrycznymi historiami, autentycznymi i/lub fikcyjnymi, może mieć zgubny wpływ na psychikę człowieka), ale... Ujmę to tak: autor współczuje Edowi, ale go nie rozgrzesza. Nie wyglądało mi na to, by stawiał się tutaj w roli jego adwokata (yhm, adwokata diabła), czy tam kogoś w tym rodzaju. Nieraz nazywa go potworem. Jednak potwory to też ludzie, jeśli rozumiecie, co mam na myśli. Straszne to, ale prawdziwe.

Kompendium wiedzy, bez której wielu śmiertelników pewnie spokojnie mogłoby się obejść. Wiedzy nie tyle niepotrzebnej, ile bardzo nieprzyjemnej, nadzwyczaj niewygodnej. Biografia jednego z najbardziej osławionych zbrodniarzy w historii, prototypu Normana Batesa, Leatherface'a i Buffalo Billa, człowieka, który własnymi rękami zbudował najbardziej przerażający Dom Grozy w Stanach Zjednoczonych, historia Edwarda Theodore'a Geina, tak zwanego Rzeźnika z Plainfield, dobitnie pokazuje, że cicha woda może najbrutalniej brzegi rwać, a małe miasteczka są mniej więcej tak bezpieczne, jak bliskie spotkanie z jadowitym wężem. „Psychopata” Harolda Schechtera nie jest suchą opowieścią o życiu i zbrodniach małego Eddiego, przynajmniej dwukrotnego zabójcy, nekrofila i hieny cmentarnej, która nieładnie udekorowała swój cuchnący domek w cichym zakątku Wisconsin. Czyta się prawie jak mocną powieść. Gdyby tylko dało się zapomnieć, że ta niestworzona historia nie jest czystym wymysłem... Amerykańskiego pisarza, uznawanego za eksperta od seryjnym morderców działających w XIX i XX wieku. Człowieka, który w mojej ocenie wyszedł zwycięsko z konfrontacji z Edem Geinem. Gorąco zachęcam do „obejrzenia tego starcia”, nieskrycie licząc na kolejne spotkania z prozą Harolda Schechtera z półki true crime.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

środa, 18 maja 2022

„Poza sezonem” (2021)

 

Marie Aldrich zostaje wezwana na wyspę Lone Palm z powodu zdewastowania nagrobka jej matki przez niezidentyfikowanego sprawcę i niezwłocznie udaje się tam z niejakim George'em Darrowem. Przed wjazdem na wyspę zostają poinformowani, że w związku z końcem sezonu most niedługo zostanie podniesiony, co uniemożliwi wydostanie się z tego miejsca drogą lądową. Jako że Marie i George nie zamierzają zostać na Lone Palm do wiosny, muszą działać szybko. Poszukiwania dozorcy cmentarza, człowieka, który podobno czeka na dyspozycje Marie odnośnie nagrobka jej rodzicielki, niespodziewanie się przeciągają. Napotkani mieszkańcy nie potrafią albo nie chcą im pomóc. A przybysze nie mogą czuć się bezpiecznie w ich towarzystwie. Na pewno nie Marie, kobieta, która dopiero teraz zaczyna wierzyć w dziwne opowieści jej matki na temat Lone Palm.

Mickey Keating, twórca między innymi „Pod” (2015), „Darling” (2015) i „Parku makabry” (2016), dorastał na Florydzie, poza sezonem zwykle spacerując po wyludnionych plażach. Wyznał, że było w tym coś przerażającego. Te samotne wyprawy mocno utkwiły mu w pamięci, być może głównie dlatego, że bezludne plaże w jego oczach mają tę specyficzną atmosferę opowieści południowogotyckich, które wprost uwielbia. Tak czy inaczej, zawsze widział w tym ogromny potencjał na film. Można więc powiedzieć, że pomysł na „Poza sezonem” (oryg. „Offseason”) wykiełkował w jego głowie już w okresie dorastania. Scenariusz napisał sam, sam też podjął się reżyserii. Utrzymanego w klimacie niesamowitości, podpatrzonym w prozie Howarda Phillipsa Lovecrafta, w szczególności w opowiadaniu „Widmo nad Innsmouth” i kultowym serialu „Strefa mroku”, folk horroru, którego akcję osadził na niewielkiej wyspie. Pierwszy pokaz tego klimatycznego widowiska odbył się w marcu 2021 roku na South by Southwest Film Festival, a szerszą dystrybucję w jego rodzimych Stanach Zjednoczonych rozpoczęto niemal równo rok później, na platformie Shudder. Pierwszym większym dystrybutorem „Poza sezonem” na terenie Polski został portal CDA Premium, który na swoje serwery wpuścił go 15 maja 2022 roku.

Dla jednych skrzyżowanie „Kultu” Robina Hardy'ego i opowiadania Shirley Jackson pt. „Loteria”. Dla innych bardziej „Mgła” Johna Carpentera i/lub „Silent Hill” Christophe'a Gansa. A „Uwolnienie” aka „Wybawienie” Johna Boormana? Mickey Keating raczej nie chciałby, żeby widzowie kojarzyli jego „Poza sezonem” z tym ostatnim. Według niego świat jest już w zupełnie innym punkcie – to, co brzmiało wiarygodnie w latach 70-tych XX wieku, niekoniecznie przekona współczesnych odbiorców. W każdym razie uznał, że taka kreacja lokalnej społeczności, jak u Boormana, trochę się zdezaktualizowała. Dzisiaj prędzej zabiega się o turystów, niż robi wszystko by się ich pozbyć. W ten czy inny sposób. Mieszkańcy Little Tall... to jest Lone Palm, z otwartymi ramionami witają turystów w swoich skromnych progach. Ale tylko w sezonie. Mieszkający w Nowym Jorku, Marie Aldrich i George Darrow, w pierwszym rozdziale (Keating zastosował ten mniej filmowy, bardziej książkowy podział - są nawet plansze tytułowe) przybywają do tego nieboskiego miejsca w przededniu kilkumiesięcznej izolacji wyspiarzy, która nie jest niczym nowym. Najnowsi przybysze nie byli na to przygotowani, ale wśród tubylców niewątpliwie nie znajdzie się ani jednej osoby, która przyjęłaby wiadomość o odcięciu tego miejsca od reszty świata na cały okres zimowy z porównywalnym zaskoczeniem. Uświęcona tradycja czy bardziej przymus? Jedno mogę powiedzieć z całą stanowczością: Lone Palm to jedno z najupiorniejszych miejsc, jakie w ostatnich latach „odwiedziłam” (na ekranie). Nie mogłam oprzeć się poczuciu (które umocniły „niedzisiejsze” napisy końcowe), że Mickey Keating nie szedł z duchem czasu tylko uparcie patrzył wstecz. Od początku czułam się trochę jak podróżniczka w czasie. Jakby Marie i niejaki George (nie jestem pewna, co łączy tych dwoje; miłość? przyjaźń?), przyzwoicie odegrani przez Jocelin Donahue i Joego Swanberga, znaleźli się nie tylko w innym miejscu, ale i w innym czasie. Most to granica pomiędzy teraz i kiedyś. Most to granica pomiędzy światami? Wymiarami? W sezonie życie na tej przeklętej wyspie ponad wszelką wątpliwość biegnie zupełnie zwyczajnym torem. A przynajmniej na pozór wszystko jest jak najzupełniej normalne. Turyści nie maja powodów do niepokoju. Ale główna bohaterka „Poza sezonem” odpowiedziała na wezwanie dozorcy cmentarza na Lone Palm, w mniej dogodnym, przynajmniej dla nietutejszych, momencie. Lone Palm w dużym stopniu pokrywa się z moimi wyobrażeniami Lovecraftowskiego Innsmouth, przybrzeżnej mieściny pełnej wielce podejrzanych – bardzo delikatnie mówiąc – stworzeń. Przygniatająca atmosfera niesamowitości. Groźba wisząca w powietrzu. Tak nisko zawieszona, że aż czuć jej nieziemski odór. Straszliwy fetor wnikający w każdą komórkę bezbronnego organizmu. W tej mgle trudno się oddycha. W tych wszędobylskich oparach (nie)znanego ukrywają się jakieś potworności nie z tego świata. Witamy w Strefie Mroku! „Porzućcie wszelką nadzieję wy wszyscy, którzy tu wchodzicie”. Zostałeś ostrzeżony. Mickey Keating i jego ekipa nie zostawiają złudzeń. Widz od początku ma mieć absolutność pewność, że to złe miejsce jest. Ta mgła, ta upiorna mgła, te przeraźliwe dźwięki... Tak zwana stara szkoła straszenia. Podskórny niepokój. Niedookreślone zagrożenie. Niewygodna tajemnica. Brudne sekrety w pewnym sensie utrwalone w powietrzu. Ścieżka dźwiękowa - fenomenalna robota debiutującego kompozytora filmowego Shayfera Jamesa – w „Poza sezonem” jest równorzędnym partnerem dla stylowych, wybornie klimatycznych zdjęć Maca Fiskena. Z takim zjawiskiem zdecydowaniem częściej spotykam się w XX-wiecznym kinie grozy (zresztą nie tylko grozy). Współcześni filmowcy efekty dźwiękowe, uważam, szczególnie upodobali sobie jako integralną część mechanizmu, któremu nadano dumnie brzmiącą nazwę jump scare, a którą ja wolę nazywać jump scenkami. Albo efektem „buu!”. W „Poza sezonem” takich „stresujących momentów” raczej nie uświadczymy. Nie bawimy się w „buu!”, próbujemy czegoś trudniejszego. Mickey Keating i jego zespół skompletowany na potrzeby „Poza sezonem”, postarali się rozgryźć dużo twardszy orzech. Trzymać w kleszczach strachu. Na jednych zadziała, na innych nie, wiadomo, ale intencje twórców przynajmniej dla mnie były doskonale czytelne. Nie idziemy po linii najmniejszego oporu, nie gonimy za aktualnymi trendami. Czysty strach, a nie jakieś tanie zaskoczenia.

W mojej opinii „Poza sezonem” Mickeya Keatinga to jeden z tych obrazów, które zwykle opisuje się słowami „przerost formy nad treścią”. Nie przepadam za tym określeniem, ale obawiam się, że niejeden odbiorca, przynajmniej w myślach, tak podsumuje ten pobyt na przeklętej wyspie. Otoczka wydajniejsza od scenariusza? Ujmę to tak: gdyby nie ten klimat, mogłabym nie dotrwać do napisów końcowych. Skoro „stara szkoła straszenia”, to nie wypada porywać się na jakieś większe komplikacje. W każdym razie Mickey Keating tak do tego podszedł. Prosto. I zarazem tajemniczo? Nie postawiłabym tego znaku zapytania, gdyby nie zaskakujące słowa Marie Aldrich skierowana do jej compadre George'a Darrowa po wyruszeniu w drogę powrotną - z Lone Palm do Nowego Jorku. Zaskakujące nie tyle treścią, ile miejscem, jakie w scenariuszu dla tego wyznania przewidziano. Owszem, nienaturalnie by wyglądało, gdyby Marie dłużej zwlekała ze zwierzeniem się George'owi ze swoich obaw, z przekazaniem mu niewiarygodnej historii, którą przed śmiercią opowiedziała jej matka, aktorka filmowa Ava Aldrich (prolog filmu zrealizowany w taki sposób, by widz czuł się, jakby był jedynym słuchaczem tej starszej, wyraźniej mocno zaniepokojonej kobiety, jakby rzeczony monolog był skierowany wyłącznie do niego – dość intymna chwila, kącik szczerości Avy specjalnie dla nieznajomego podglądacza, niewidzialnego, bezsilnego obserwatora tych i późniejszych wydarzeń). Ale tego w prosty sposób można było uniknąć – nie uświadamiając Marie przed faktem. Bo nie mam wątpliwości, że dłuższe potrzymanie odbiorców „Poza sezonem” w niepewności, przysłużyłoby się tej historii. W zasadzie uważam, że Mickey Keating popełnił tutaj kardynalny błąd. Tym jednym ruchem odebrał mi jeden z najsoczystszych owoców, jakie wydała jego upiorna wyspa. Nie od dziś bowiem wiadomo, że na tajemnicy sporo można ugrać. Jeśli starczy cierpliwości. Mickey'owi Keatingowi widać nie starczyło. Z powodzeniem mógł dłużej pograć mrocznymi sekretami Lone Palm, alarmować, ale nie odkrywać. Nie podpalać za wcześnie tej fantazyjnej kurtyny, bo może się okazać, że wyobrażenia widza były o niebo potworniejsze od tego, co istotnie ukrywało się za nią. Niektóre ruchy bohaterów też mogą spotkać się z dezaprobatą co poniektórych odbiorców. Jaka byłaby pierwsza myśl współczesnego człowieka, gdyby ugrzązł czy to na wyspie, czy gdziekolwiek indziej, skąd chciałby się jak najprędzej wydostać? Oczywiście: telefon. Ani Marie, ani tym bardziej George, jakoś na ten pomysł nie wpadają. Najmocniej rzuca się to w oczy podczas obchodu po, na pierwszy rzut oka, wyludnionym centrum miasteczka. Bohaterowie „Poza sezonem” - a przynajmniej jedno z nich - utknęli na wyspie w nader zastanawiających okolicznościach. To jest właśnie Strefa Mroku! Pamiętacie „W paszczy szaleństwa” Johna Carpentera? To coś podobnego. To konkretne zajście, niepojęta przeszkoda w drodze do jeszcze niepodniesionego mostu. Ale jeszcze nie wszystko stracone. Skoro telefon odpada, to może... Widz, w odróżnieniu od Marie, pewnie zapamięta incydent w barze. Nie, nie chodzi o nietypowe zachowanie ludzi zastałych w środku – niegrzeczne to za mało powiedziane, niebrutalne, nie jawnie agresywne; jedyne słowo, jakie przychodzi mi na myśl to „nienormalne” - choć podejrzewam, że ta scena nieszybko wyparuje z mojej pamięci. Ale to jeszcze nic. Mnie naprawdę nie potrzeba wiele. Wystarczą nieruchomo stojące, zastygłe postaci z białymi oczami. Koniecznie w jakiejś sugestywnej atmosferze. Jakby cały świat wstrzymał oddech w oczekiwaniu na ruch tego potencjalnego agresora, czasem więcej niż jednego. Przyznaję, lękałam się tych stworzeń. Wyglądali jak ludzie, ale ani przez moment nie wątpiłam w to, że nie są tacy jak my. Z mieszkańcami Lone Palm ewidentnie jest coś nie tak. Nie potrzeba wymyślnej charakteryzacji, żeby dostarczyć mi tego jakże pożądanego dreszczyku. Tylko białe oczy, które w światku horroru zwykle wloką za sobą to cuchnące Martwe Zło, tj. moja pierwsza myśl to zazwyczaj opus magnum Sama Raimiego. Nie wspominając już o dźwiękach – zdaje się, że krew w moich żyłach najbardziej zmroziła scena z mackami, czy tam jakimiś niezwyczajnymi pędami, i mam pewność, że to zasługa wyłącznie udźwiękowienia (takie odgłosy mógłby wydawać sam Cthulhu, jak myślicie?). Finał wprawdzie spodziewany, ale prawdę mówiąc nie potrafiłabym wymyślić lepszego akcentu na do widzenia. Zaciekawiła mnie też pierwsza plansza końcowa, a właściwie moja reakcja na nią. W napięciu czekałam na, bądź co bądź, zupełnie niewinną „igraszkę oceanu”. Bo chyba nikt nie będzie miał wątpliwości, do czego to prowadzi. Takie nic, a się wciągnęłam.

Poza sezonem” Mickeya Keatinga to propozycja dla zwolenników starych metod komunikacji z fanami horroru. Mniej dosadności, mnóstwo mgły. Z naciskiem na klimat, z wypięciem na aktualne trendy. Prosta, może nawet odrobinkę naiwna, opowieść, na której raczej nie poskaczecie. Czekają Was albo pożądane niewygody, albo niezasłużone wakacje w wyjątkowo nudnym miejscu. Myślę, że zdania będą podzielone. I mocno wątpię w przewagę zachwyconych. Może kiedyś... Ja też tak do końca przekonana do tej grozowej oferty nie jestem. Oprawa audiowizualna, jak dla mnie wyborna, ale scenariusz mógł być znacznie lepszy. Fabuła ani czterech liter, ani niczego innego mi nie urwała.

poniedziałek, 16 maja 2022

Sam Holland „Echo Man”

 

Anglia. Pewnej nocy dochodzi do podpalenia domu trzyosobowej rodziny Ambrose. Jessica i jej pięcioletnia córka uchodzą z życiem, ale kobieta staje się główną podejrzaną o zabójstwo swojego męża Patricka. Sojusznika Jess znajduje w zawieszonym detektywie z wydziału zabójstw Nathanielu Griffinie, od wielu miesięcy starającego się dopaść domniemanego seryjnego mordercę. Sprawca nie ma określonego sposobu działania, ofiary giną w różny sposób, przez co nikt poza Griffinem dotychczas nie łączył tych spraw. Tymczasem starsza siostra Griffina, nadinspektor Cara Elliott i detektyw sierżant Noah Deakin rozpoczynają śledztwo w sprawie wyjątkowo brutalnego podwójnego zabójstwa, a niedługo potem nabierają przekonania, że to kolejne uderzenie człowieka obsesyjnie poszukiwanego przez Nate'a Griffina. Seryjnego mordercy, który rekonstruuje zbrodnie swoich co bardziej znanych poprzedników. Od dawna działającego i właśnie nabierającego tempa naśladowcy. Nadzwyczaj niebezpiecznego osobnika, któremu prasa niebawem nada przydomek Echo Man.

Echo Man” (oryg. „The Echo Man”) to debiutancka powieść pochodzącej z Wielkiej Brytanii byłej specjalistki ds. kadr, Sam Holland. Czytelniczego bakcyla połknęła dzięki twórczości Stephena Kinga, Deana Koontza i Jamesa Herberta. Holland w pewnym sensie wychowała się na prozie tych kojarzonych głównie z horrorem, sławnych panów. Na mrocznych utworach wynajdowanych w bibliotece. Wtedy narodziła się jej, zupełnie niegroźna dla otoczenia, fascynacja makabrą. Sam Holland studiowała psychologię, a po paru latach tak zwanego zarządzania zasobami ludzkimi, postanowiła spróbować z pisarstwem na pełen etat. Jej pierwsza książka to swoisty owoc jej wieloletniego zainteresowania autentycznymi sylwetkami seryjnych morderców. Soczysty owoc wydany w 2022 roku (światowa i polska premiera), który być może doczeka się bezpośredniej kontynuacji. Obecnie Holland pracuje jednak nad czymś innym. Samodzielnym dreszczowcem, który, jak ujawniła, jest osadzony w tym samym uniwersum, co „Echo Man”, ale ma innych bohaterów. Głównych, bo autorka zapowiada okazjonalne występy nadinspektor Cary Elliott i paru innych postaci z „Echo Mana”. Holland zdradziła też, że w głowie ma już rozrysowaną fabułę ciągu dalszego jej pierwszej „sztuki” wystawionej na literackiej scenie. Jeśli będzie na to popyt to Sam Holland zapewni podaż. Wszystko w rękach czytelników.

Thriller kryminalny z całkiem grubą warstwą psychologiczną, który może nielicho zaskoczyć osoby wychodzące z założenia, że pierwsze kroki zawsze są niezgrabne. „Echo Man” Sam Holland to nie wiem już który - straciłam rachubę - literacki debiut, który zadaje kłam tej obiegowej opinii. Misternie skonstruowana intryga, niebanalne, niepowierzchownie przedstawione postaci, umiarkowanie makabryczne opisy i stosownie odpychająca, a przy tym intrygująca sylwetka tego złego, któremu marzy się przerośnięcie największych szkaradnych gwiazd na zbrodniczym firmamencie. Czy raczej w piekle. Ale zacznijmy może od zewnętrza. Przygotowane przez wydawnictwo Muza pierwsze polskie wydanie „Echo Mana” brytyjskiej autorki Sam Holland, w porządnym tłumaczeniu Radosława Madejskiego, dostało w mojej ocenie wyśmienite opakowanie – minimalistyczny, niesamowicie złowieszczy projekt Tomasza Majewskiego (wypukłe litery w imieniu i nazwisku autorki i chropawe w tytule książki), na który wprost nie mogłam się napatrzeć. A kiedy już udało mi się oderwać od tego magnetycznego diabełka... Rozpoczynałam tę podróż z przekonaniem, że czeka mnie swoista powtórka z rozrywki wyreżyserowanej przez Jona Amiela. Jeśli widzieliście jego „Psychopatę" z 1995 roku (scenariusz: Ann Biderman i David Madsen) z Sigourney Weaver w jednej z głównych ról, to zapewne też skojarzycie skrótowy opis fabuły zamieszczony na tylnej okładce „Echo Mana” z tamtym kultowym przecież thrillerem. Nie wiem na pewno, czy wieść o tamtym naśladowcy wybranych (w zdecydowanej większości autentycznych) seryjnych morderców dotarła do Sam Holland, ale znając jej zainteresowania można chyba założyć, że coś tam obiło jej się o uszy. Tak czy inaczej, jej morderca działa na nieporównywalnie szerszą skalę – więcej zdeprawowanych jednostek do naśladowania. Prowadząca para detektywów z wydziału zabójstw, szefowa później skompletowanego zespołu zajmującego się sprawą Echo Mana, nadinspektor Cara Elliott i jej najbardziej zaufany człowiek Noah Deakin, na pierwszy rzut oka przypominają MJ Monahan i Reubena Goetza, postacie odegrane w „Psychopacie” przez Holly Hunter i Dermota Mulroneya. W takim razie, idąc tym tokiem rozumowania, Jessica Ambrose musiałaby być nową Helen Hudson (Sigourney Weaver). Podobnie jak Helen, Jess zmaga się z jakimiś wewnętrznymi demonami, ale w przeciwieństwie do niej, za to podobnie jak autorka „Echo Mana”, Ambrose nigdy nie zajmowała się seryjnymi mordercami zawodowo, niewątpliwie jednak szczególnie upodobała sobie true crime stories. Zna biografie niezliczonych wielokrotnych zabójców, może okazać się więc nie mniej pomocna od specjalistki w tej dziedzinie, profilerki wykreowanej w „Psychopacie” Jona Amiela. Helen Hudson zmagała się z agorafobią, a Jess Ambrose często dopada przemożna potrzeba okaleczania się. Odbiera się jako osobę wybrakowaną. Z zazdrością patrzy na normalnych ludzi z rozpromienionymi buziami. Problem Jessiki ma podłoże genetyczne. Urodziła się inna, a w każdym razie ona sama tak się postrzega. Odszczepieniec. Jednostka, która przegrała swoje życie już w chwili przyjścia na ten świat. Pech jakich mało. Jak można się domyślić, w jej życiu wkrótce pojawi się ktoś, kto odmieni jej sposób postrzegania samej siebie. Zawieszony detektyw z wydziału zabójstw Nathaniel Griffin nieświadomie uruchomi w jej od niepamiętnych czasów skołowanej głowie proces akceptacji siebie. Ta nietypowa, żeby nie powiedzieć egzotyczna para (policjant i główna podejrzana w sprawie morderstwa i podpalenia, poszukiwana domniemana czarna wdowa), snuje opowieść o ludziach niedoskonałych, wyobcowanych, cierpiących w samotności, nierozumianych i niezbyt zabiegających o uwagę innych. Przywykłych do odrzucania pomocnych dłoni, odpychających ludzi. Łaknących bliższych kontaktów z bliźnimi, podświadomie wypatrujących swoich bratnich dusz, ale tak głęboko okopanych w swojej strefie dyskomfortu, że przepuszczających niejedną okazję do poprawienia swojego bytu. O tyle, o ile, bo każde z nich ma świadomość, że nigdy nie będzie mieć całkiem z górki. On już zawsze będzie nosił w sobie potworne wspomnienia, dźwigał na swoich niewątłych barkach niewyobrażalny ciężar (traumatyczne przeżycie: wielka strata i wielkie poczucie winy), a ona świadomość, że zawsze będzie różnić się od większości. Ani Griffin, ani Jess nie mogą zabić swoich wewnętrznych demonów, ale mogą nauczyć się z nimi żyć. Nauczyć się chodzić z tymi szkaradnymi pasażerami, obrzydliwymi intruzami na plecach.

Echo Man to człowiek duch. Niewidzialny, bo niemający swojego modus operandi. Kopista, który w ten przewrotny sposób prawdopodobnie chce pokazać, że jest lepszy, na swój odrażający sposób, od oryginałów (a Sidney Prescott mówiła, żeby nie wpie*** się w pierwowzory...). Przewyższyć swoich mistrzów? Niekoniecznie mistrzów, bo z krótkich przebieżek w jego iście nieprzyjemnym towarzystwie (rozdziały najbardziej skoncentrowane, bezpośrednio, na tej dość, a właściwie to na poły, zagadkowej postaci) wyniosłam przekonanie, że to osobnik z bardzo rozbuchanym ego. Sadysta, który raczej nie nazwałby siebie uczniem między innymi takich zwyrodnialców, jak Jeffrey Dahmer, Edmund Kemper, Charles Manson i jego tak zwana Rodzina, Ted Bundy, Zodiak, czy Rozpruwacz z Yorkshire. Swoją drogą, czy tylko mnie jedno ze wcześniejszych ataków Echo Mana nasunęło na myśl Nocnego Prześladowcę, tj. Richarda Ramireza? Zamierzone - element, możliwe, że nie jedyny, przygotowany dla co bardziej wścibskich;) czytelników - czy zupełnie przypadkowe podobieństwo? Tak czy inaczej, Echo Mana, zdaje się, poznajemy jako Roberta Daniela Keane'a. Na to wskazują materiały z przeszłości, małe odstępstwa od tradycyjnej narracji. W trzeciej osobie, zarówno w przestrzeni reprezentowanej przez nadinspektor Carę Elliott, której partneruje detektyw sierżant Noah Deakin, jak i na zazębiających się arenach mojej ulubionej postaci „Echo Mana”, Jess Ambrose, oraz Nate'a Griffina, kiedyś należącego do zespołu, którym kieruje jego starsza siostra Cara. Ta Cara. Ona woda, on ogień. Griffin zawsze był porywczy (najpierw działa, potem myśli), nieokrzesany, niepoukładany. Gdyby go zapytać pewnie powiedziałby, że jest czarną owcą w rodzinie, a Cara to jego zupełne przeciwieństwo. Można odnieść wrażenie, że siostra mu imponuje, że jest jego bohaterką, której niestety nie potrafi naśladować. Na przeszkodzie stoi jego charakter. Już wcześniej trudny, ale od jakiegoś roku Griffin dla wielu jest wręcz nie do zniesienia. Został sam, ale nie można powiedzieć, że wszyscy się od niego odwrócili. Gdyby tylko pozwolił sobie pomóc, jego zawsze zaradna siostra na pewno dołożyłaby starań, żeby wydobyć go z bagna, w jakie nagle zamieniło się jego życie. Stracił wszystko. I wpadł w obsesję. Na punkcie człowieka ducha. Podczas gdy on szukał seryjnego mordercy, czynni śledczy, w tym jego dawni współpracownicy, szukali różnych sprawców. Innymi słowy, tylko Nathaniel Griffin wypatrywał związków pomiędzy przeróżnymi sprawami dotyczącymi morderstw. Instynkt go nie zawiódł, ale nawet on, najwytrwalszy z przeciwników Echo Mana, nie wpadł na to, że „jego” sprawca rekonstruuje zbrodnie innych seryjnych. To będzie pierwszy duży przełom w jego śledztwie, którym, jak można się tego spodziewać, pokieruje jego starsza siostra. Skrupulatnie, szczegółowo wyłuszczona przez zdolną bestię Sam Holland wytężona praca śledczych. Autorce ani razu nie zdarzyło się – a przynajmniej ja nie odnotowałam takiego momentu – wpaść w „dziennikarską” manierę nieomal beznamiętnego wyłuszczania faktów, uzasadnionych i/lub pochopnych wniosków, założeń przewodniej grupy śledczej ds. nadzwyczaj przebiegłego osobnika, którego zbrodnie, jak stwierdza jedna z epizodycznych postaci, są echem zbrodni z przeszłości. Stąd przydomek Echo Man. Dowody, poszlaki, ekspertyzy, nawet bardziej prozaiczne scenki z życia bohaterów, tak zwana szara proza życia – w tym kotle cały czas aż kipi od emocji. Coraz to wścieklej. Tylko czekać, aż coś się uleje. Sam Holland od początku do samiuteńkiego końca (gdybyście zobaczyli moją minę po przewróceniu ostatniej stronicy tej historii... To już?! Ależ przepiękne draństwo) trzymała mnie w stanie gotowości na coś jeszcze gorszego. Gorszego od tych wszystkich niedziwnie znajomych bezeceństw. Makabryczne szczegóły działalności Echo Mana (ale, ale, to nie jest horror ekstremalny, radzę więc nie szykować się na przejażdżkę à la Edward Lee; zaryzykuję wyznanie, że Holland kładzie większy nacisk na generowanie pożądanie niewygodnych emocji, ale to tylko moja, absolutnie niewiążąca opinia – żadna tam prawda objawiona) to jedno, ale zagłębianie się w jego przeraźliwie zimną psychikę, zaglądanie w tę bezdeń, otchłań (opowieść o jednym z najciekawszych, najbardziej pasjonujących na swój chory sposób, fikcyjnych seryjnych morderców, na jakich zdążyłam „się nadziać”, poprzedza bodaj najszerzej znana sentencja, mądrość Friedricha Nietzschego) szczerze mówiąc, jeszcze silniej na mnie działało. Przerażająca postać. Powiedziałabym potwór nie człowiek, gdybym wierzyła w potwory...

Lubicie historie o seryjnych mordercach? Nie? To przeczytajcie proszę „Echo Mana”, pierwsze powieściowe (opublikowane) dziecko brytyjskiej autorki Sam Holland. Utwierdźcie się w swojej niechęci do serial killer thriller. Jeśli zdołacie. Oprzeć się sile tej opowieści. Nie wejść w pole rażenia tej emocjonalnej bomby atomowej. Próbujcie, wyzywam Was:) Lubicie historie o seryjnych mordercach? Tak? To co tu jeszcze robicie? Ruszaj wiara do świata przedstawionego przez Holland, gdzie fikcja jakby próbowała prześcignąć twardą rzeczywistość. Autentyczni seryjni inspiracją dla nieautentycznego seryjnego. Szatańsko elektryzująca rzecz!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu