wtorek, 13 listopada 2018

„The Hollow Child” (2017)

Nastoletnia Samantha przebywa pod opieką rodziców adopcyjnych, Garretta i Liz, którzy mają jeszcze dziesięcioletnią córkę Olivię. Po szkole to Sam zazwyczaj odprowadza swoją przybraną siostrę do domu, gdzie opiekuje się nią do czasu powrotu dorosłych z pracy, ale czasami w tajemnicy przed Garrettem i Liz uchyla się od tego obowiązku. Zamiast zajmować się Olivią spędza czas ze swoją najlepszą przyjaciółką Emily, a dziewczynka jest w tym czasie sama. Pewnego dnia, w lesie, który obie często przemierzają, Samantha wysyła swoją siostrę samą do domu. Dziewczynka tam jednak nie trafia, przez kilka następnych dni jest uznawana za osobę zaginioną. Zorganizowane przez policję poszukiwania nie przynoszą rezultatów, ale w końcu Olivia sama wraca do domu. Wkrótce jednak Samantha zaczyna podejrzewać, że istota, która wyszła z lasu nie jest jej przybraną siostrą.

„The Hollow Child” to kanadyjski horror w reżyserii debiutującego w pełnym metrażu Jeremy'ego Luttera, na podstawie scenariusza wcześniej także realizującego się wyłącznie w shortach Bena Rollo. Ten nie najlepiej przyjęty przez publiczność (jak na razie dosyć wąską) obraz swoją premierę miał w lutym 2017 roku na Victoria Independent Film and Video Festival w swojej rodzimej Kanadzie, a do szerszego obiegu wszedł dopiero w maju 2018 roku – w Stanach Zjednoczonych, gdzie był wyświetlany w kinach, aczkolwiek w ograniczonym zakresie. Krótko potem rozpoczęto jego dystrybucję w kilku innych krajach, z Polską włącznie, ale w żadnym nie odniósł większego sukcesu.

„The Hollow Child” podpina się pod znany motyw podejrzanie zachowującego się dziecka. Dziecka, które jak zaczyna wierzyć główna bohaterka filmu, stanowi poważne zagrożenie dla innych. Olivia, niezbyt przekonująco wykreowana przez Hannah Cheramy, pewnego dnia gubi się w lesie, ale wraca po upływie kilku dni. Zachowuje się jednak inaczej niż przedtem – jak bardzo inaczej, widzi tylko jej przybrana starsza siostra Samantha. Wcielająca się w postać tej ostatniej Jessica McLeod według mnie aktorsko poradziła sobie nieporównanie lepiej od swojej młodszej koleżanki, ale też nie była to jakoś szczególnie wymagająca rola. „The Hollow Child” posiada silnie rozwiniętą warstwę dramatyczną/obyczajową, ale nie wypiera ona płaszczyzny horrorowej. Obie egzystują tutaj na równych prawach - nie tyle obok siebie, ile razem – przy czym ta druga odstaje od stylistyki, do której przyzwyczaili się dzisiejsi stali bywalcy kin. Jeremy Lutter, czy to z powodu ograniczeń finansowych, czy z własnego wyboru, zaproponował coś mniej efekciarskiego – bardziej skupił się na opowiadaniu historii niźli próbach straszenia bądź wywoływania wstrętu w odbiorcach swojego filmu. Takie podejście w obecnych czasach jest bardzo ryzykowne. Może niekoniecznie skazane na porażkę, ale na pewno ryzykowne. Bo niemała część współczesnych odbiorców horrorów nie gustuje w tak oszczędnym spojrzeniu na ten gatunek, celuje w filmy przepełnione efektami specjalnymi i jump scenkami, takie, które raz po raz będą podrywać ich z foteli. „The Hollow Child” tymczasem snuje swoją niewyszukaną opowieść nacechowaną złowieszczością, ale z rzadka w sposób dosłowny. To znaczy przez długi czas zamiast upiornej charakteryzacji, efektów komputerowych i jump scenek mamy nastoletnią Samanthę, która z dnia na dzień nabiera coraz większej pewności, że jej przybrana siostra nie jest jej przybraną siostrą. Zdanie niemal żywcem wyjęte z „Inwazji porywaczy ciał” Jacka Finneya, ale mamy tutaj do czynienia z innego rodzaju historią. Twórcy narzucają nam spojrzenie Samanthy. Nie pozostawiają praktycznie żadnych wątpliwości, że dziewczyna się nie myli, że istota, która pewnego wieczora wyszła z lasu tylko wygląda jak dziesięcioletnia Olivia. Pierwsze co zapewne nasunie się na myśl miłośnikom kina grozy to oczywiście opętanie przez jakąś nieczystą siłę, bo wątpię, żeby ktokolwiek brał tutaj pod uwagę psychologiczne wyjaśnienie raptownej zmiany osobowości dziewczynki. Bo i taka teoria się pojawia, formułowana przez niektóre z osób, którym Sam zwierza się ze swoich obaw związanych z Olivią. To miałoby sens, bo w końcu dziecko wiele przeszło – było kompletnie samo w środku lasu przez kilka dni, a to musiało wywołać traumę, która z kolei mogła przyczynić się do być może tylko chwilowej zmiany zachowania Olivii. Ale „The Hollow Child” nie bawi się w takie dwuznaczności. Film nakręcono tak, żeby widz nie miał praktycznie żadnych wątpliwości, co do ingerencji jakiejś nadnaturalnej siły w życie jego bohaterów. I nie chodzi tutaj tylko o prolog, o tragiczną w skutkach zabawę w chowanego w mrocznym lesie, która to rozegrała się trzydzieści lat przed wydarzeniami pokazanymi w dalszej części filmu. Cała narracja jest ukierunkowana na to jedno (nadnaturalne) wyjaśnienie, przy którym coraz mocniej upiera się główna bohaterka filmu. Moim zdaniem tutaj popełniono duży błąd, bo akurat ta historia wydawała mi się wręcz prosić o większą tajemniczość. Ona jest obecna, i owszem, ale nie w takim zakresie, jakiego od tego rodzaju filmu ma się przecież prawo oczekiwać. Sekret tkwi w lesie często przemierzanym przez Sam i Olivię, a konkretniej w tym, co się w nim czai. To coś prawdopodobnie odpowiada za drastyczną zmianę osobowości tej drugiej, a przynajmniej tak sądzi nastoletnia Samantha. Dziewczyna, która jakiś czas spędziła w poprawczaku, a potem dostała szansę na nowe życie. I stara się jej nie zaprzepaścić, ale do czasu zaginięcia Olivii raczej średnio jej się to udaje. Jest młodą osobą, która sporo przeżyła, dziewczyną skłonną do samookaleczeń, dziewczyną, którą jak wielu innych w tym wieku ciągnie do używek i beztroskiej zabawy z rówieśnikami, ale można chyba powiedzieć, że w tym nie przesadza. Chociaż jej adopcyjny ojciec Garrett ma na ten temat inne zdanie – według niego Samantha mocno zaniedbuje swoje obowiązki, wręcz odrzuca szansę, którą on i jego żona jej dali i mężczyzna w sumie żałuje, że to zrobili. Trochę racji ma, bo nastolatka rzeczywiście czasami zachowuje nieodpowiedzialnie (zostawiając Olivię kompletnie samą), ale żeby za to od razu ją skreślać? Nie, widz raczej będzie po stronie jego małżonki Liz, wykazującej nieporównanie większą cierpliwość względem Sam, zwłaszcza, że Garrett w rażący wręcz sposób faworyzuje swoją rodzoną córkę Olivię.

Od strony technicznej „The Hollow Child” nie prezentuje się najgorzej, chociaż sekwencje zrealizowane poza lasem mogłyby być bardziej mroczne, nie mienić się aż tak ciepłymi barwami. Z drugiej jednak strony wolę takie pastelowe kolory od tego krzykliwego plastiku, nader często rejestrowanego przeze mnie we współczesnym kinie grozy. Niemniej las prezentuje się niezgorzej – rosnące blisko siebie bardzo wysokie drzewa, rzadka mgła jakże często płynąca tuż nad ziemią, a to wszystko oddane w lekko metalicznej kolorystyce nadającej temu miejscu jakiejś nieuchwytnej wrogości. Pewnie byłaby ona bardziej intensywna, gdyby celowano w wyblakłe, przybrudzone zdjęcia, w bardziej klaustrofobiczną, duszącą leśną aurę, ale jak na standardy współczesnego kina i tak jest nieźle. W czym swoją zasługę miała także ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Davida Parfita – melancholijny i zarazem złowieszczy przewodni motyw muzyczny, który doskonale współgra z dosyć klimatycznymi zdjęciami rozległego lasu rozciągającego się nieopodal domu czteroosobowej rodziny, w skład której wchodzi główna bohaterka „The Hollow Child”. Została adoptowana, ale to nie ona później wydaje się nie pasować do tego miejsca tylko dziesięcioletnia Olivia, dziewczynka, która spędziła w lesie kilka dni. Sama czy może miała jakieś towarzystwo? Takie towarzystwo, którego lepiej nie mieć, a być może wręcz takie, które w końcu przejęło władzę nad jej ciałem... Wiemy, że po lesie snuje się pewna niby zwyczajnie wyglądająca, ale jednak tchnąca tajemniczością (niewykluczone, że śmiertelnie groźną) mała dziewczynka, ale nie wiemy, czy to właśnie ta zjawa ponosi odpowiedzialność za zmianę jaka zaszła w Olivii. Ale łatwo się tego domyślić. Nie mogę jednak powiedzieć, że absolutnie wszystko można od razu przewidzieć. I co więcej, chociaż Bob Rollo oparł swój scenariusz na dobrze znanym wielbicielom kina grozy motywie to faktem jest, że tchnął w niego coś swojego. Coś może nie nadzwyczaj kreatywnego UWAGA SPOILER (odniesienia do legendy) KONIEC SPOILERA, ale dobrze wkomponowującego się w całość, może nawet lekko zaskakującego. Leciutko, bo widać, że Jeremy'emu Lutterowi i jego ekipie niespecjalnie zależało na zdumiewaniu publiczności mocnymi zwrotami akcji. Jest w tym przewrotność, ale niewielka, mało spektakularna. W sumie to daleka jestem od twierdzenia, że „The Hollow Child” wyrwał się ze szponów konwencjonalności. Bo już abstrahując od tego szczegółu, w ogólnym zarysie jest to horror na wskroś schematyczny. Mamy tutaj dosyć prostą opowieść o nastolatce, która mierzy się z istotą wedle niej tylko wyglądającą jak człowiek (jak jej dziesięcioletnia przybrana siostra), a w rzeczywistości będącą kimś lub czymś innym, na wskroś złym, czerpiącym przyjemność z krzywdzenia innych. Nie powiem, żebym była twórcom omawianego filmu wdzięczna za tę prostotę, bo chociaż mam dużo sympatii dla takich nieskomplikowanych horrorów to jednak w tym przypadku powinno się trochę zamieszać. Tylko na tyle, żebym przynajmniej przez jakiś czas miała wątpliwości co do ogólnej natury zagrożenia, z jakim przyszło się mierzyć protagonistom „The Hollow Child”. Ale boleśnie nie było, co to to nie. Właściwie to seans zleciał mi jak z bicza strzelił – nie musiałam zmuszać się do trwania przed ekranem, nawet wówczas, gdy uderzano w większą dosłowność. Prawie wszystkie efekty specjalne wypadają wiarygodnie, choć poza widokiem złamanej nogi nie budziły one we mnie jakichś wyrazistszych emocji. Tak, parę umiarkowanie krwawych ujęć się tutaj pojawia, ale twórcy zauważalnie celowali przede wszystkim w horror nastrojowy. Gore jest jedynie dodatkiem. Ot, nie tak istotnym wtrętem, choć w miarę dobrze zrealizowanym. Charakteryzacja też mnie przekonała, chociaż piorunującego efektu nie było. Ważniejszy jest jednak dla mnie realizm, a na jego niedobór narzekać nie mogłam. Zaznaczam jednak, że nie mówię tutaj o końcówce. O na szczęście niedługiej, skrajnie efekciarskiej sekwencji (bez komputera niestety się nie obyło), która wręcz poraża sztucznością. A gdy tylko ten pikselowy spektakl się kończy człowiek już wie, jak będzie wyglądało ostatnie ujęcie. Inna sprawa, że ciężko byłoby wymyślić lepsze zakończenie dla tej historii, takie, po którym by mnie nie zemdliło. UWAGA SPOILER Chodzi mi o happy end KONIEC SPOILERA. Rzeczone ujęcie zostało wtłoczone w planszę końcową, krótko po rozpoczęciu napisów.

Jeśli nie wymaga się od współczesnego kina grozy mnóstwa efektów specjalnych, skomplikowanych, zaskakujących, innowacyjnych fabuł i bardzo mocnych emocji to można śmiało sięgnąć po „The Hollow Child” Jeremy'ego Luttera. Po tę prostą opowieść dosyć silnie skoncentrowaną na postaciach, które choć stereotypowe i niezbyt złożone nie rażą maksymalną powierzchownością, taką z jaką niestety dosyć często spotykam się we współczesnym kinie grozy. I na samym opowiadaniu rzecz jasna, na snuciu w ogólnym rozrachunku konwencjonalnej historii o być może opętanej małej dziewczynce i znającej jej mroczny sekret nastolatce. Historii z dosyć mocno rozwiniętą warstwą dramatyczną/obyczajową, która co prawda aż prosiła się o większą tajemniczość, ale i w takim kształcie obraz ten był dla mnie zjadliwy. Niezły filmik – w sam raz na jeden raz. Dla mnie oczywiście, bo wiem, że nie każdy odbiorca „The Hollow Child” patrzy na niego tak łaskawym okiem.

niedziela, 11 listopada 2018

Zapowiedzi na rok 2019

Poniżej przedstawiam wybrane zapowiedzi filmowe na rok 2019 z zastrzeżeniem, że premiery mogą się poprzesuwać, a wręcz może się zdarzyć i tak, że niektóre z zaprezentowanych pozycji w ogóle się nie ukażą. Informacje na temat tychże zapowiedzi filmowych także mogą ulec zmianie. Produkcje wybierałam według własnego uznania – to tylko garstka tego, co zaplanowano na 2019 rok. W tym pominęłam parę głośnych tytułów (na przykład drugi rozdział „To”), tylko dlatego, że wspominałam już o nich we wcześniejszych postach poświęconych zapowiedziom filmowym (chociaż niewykluczone, że niechcący coś zdublowałam).

„Happy Death Day 2U”, reż. Christopher Landon

Twórca pierwszej części „Śmierć nadejdzie dziś”, Christopher Landon, tak szybko tego tytułu nie zamierza porzucić. Scenariusz kontynuacji napisał sam i zdążył już poinformować opinię publiczną, że przedstawił w nim przyczynę wejścia w pętle czasową przez główną bohaterkę, Tree Gelbman. Z kolei odtwórczyni tej roli, Jessica Rothe (tak jak w pierwszej części) wyznała, że sequel zaczyna się w miejscu zakończenia jedynki i wyjaśnia jeszcze więcej rzeczy, które nie zostały dobrze wytłumaczone w „Śmierć nadejdzie dziś”.

„Untitled Annabelle Film”, reż. Gary Dauberman

Kolejny film o morderczej lalce Annabelle, której to tytuł nie jest jeszcze znany, a przynajmniej nie opinii publicznej. Gary Dauberman, reżyser i zarazem scenarzysta niniejszego przedsięwzięcia, zdradził już jednak, że będzie to kontynuacja „Annabelle” z 2014 roku (nie jej prequela z roku 2017) osadzona w tym samym czasie, co „Obecność” Jamesa Wana. I to jest chyba najbardziej obiecująca informacja dla fanów „The Conjuring Universe” - Dauberman powiedział, że opowie o okresie, w którym Annabelle przebywała w domu demonologów Warrenów i prześladowała ich córkę. Opowieść ta ma zaczynać się w momencie przypadającym krótko po rozpoczęciu „Obecności”, ale jeszcze przed jej zakończeniem. I uwaga: w filmie tym najprawdopodobniej wystąpią Patrick Wilson i Vera Farmiga w rolach, jakżeby inaczej, Eda i Lorraine Warrenów.

„The Prodigy”, reż. Nicholas McCarthy

Twórca między innymi „Nadprzyrodzonego paktu” i „Home” (2014), Nicholas McCarthy tym razem wziął na warsztat scenariusz Jeffa Buhlera („Insanitarium”, „Nocny pociąg z mięsem”). Horror „The Prodigy” ma opowiadać o samotnej matce Sarah (w tej roli Taylor Schilling), która zaczyna podejrzewać, że jej syn Miles (Jackson Robert Scott) znajduje się pod wpływem jakiejś nadprzyrodzonej, złej siły.

„The Curse of La Llorona”, reż. Michael Chaves

Pełnometrażowy reżyserski debiut Michaela Chavesa, na podstawie scenariusza Mikki Daughtry i Tobiasa Iaconisa, inspirowanego meksykańską legendą o La Lloronie (Płaczka), duchu kobiety ubolewającej nad utratą swoich dzieci i sprowadzającej nieszczęścia na tych, którzy usłyszą jej płacz. Akcja tego nastrojowego horroru ma rozgrywać się w pierwszej połowie lat 70-tych XX wieku. Ma opowiadać o samotne wychowującej dwójkę dzieci wdowie, pracowniczce socjalnej, która odkryje, że życie jej i jej najbliższych jest zagrożone przez tytułową La Lloronę. W filmie tym ponoć pojawi się postać znana z „Annabelle” Johna R. Leonettiego, ojciec Perez, w którego znowu wcieli się Tony Amendola, co zdążyło już zrodzić podejrzenia, że „The Curse of La Llorona” jest częścią „The Conjuring Universe” (informacja ta nie jest pewna).

„3 from Hell”, reż. Rob Zombie

„Dom 1000 trupów”, „Bękarty diabła”, a teraz przyszła pora na „3 from Hell”, trzecią odsłonę tej popularnej serii. Tak jak w poprzednich przypadkach za scenariusz i reżyserię odpowiada Rob Zombie. Zarys fabuły nie jest jeszcze znany, ale wiadomo już, że nie zabraknie znanych z „Domu 1000 trupów” i „Bękartów diabła” postaci – Sid Haig jako Kapitan Spaulding, Bill Moseley jako Otis i oczywiście Sheri Moon Zombie jako Baby Firefly.

„Us”, reż. Jordan Peele

Drugi, po głośnym „Uciekaj!”, film Jordana Peele, także na podstawie jego własnego scenariusza. Na temat fabuły jeszcze nic konkretnego nie wiadomo. Krążą informacje, że będzie to luźna, nieoficjalna kontynuacja „Uciekaj!” i że będzie to prowokacyjny horror/thriller społeczny, ale to na razie nic pewnego. W jednej z ról wystąpi wnuk Jacka Nicholsona, Duke Nicholson, dla którego będzie to pierwszy występ w pełnometrażowym filmie.

„Abruptio”, reż. Evan Marlowe

Robert Englund, Sid Haig, Jordan Peele, Christopher McDonald i James Marsters najprawdopodobniej wystąpią w horrorze szykowanym przez Evana Marlowe'a. Ten ostatni sam napisał scenariusz, który ponoć koncentruje się na mężczyźnie, który po przebudzeniu odkrywa, że wszczepiono mu w szyję urządzenie wybuchowe. Od teraz musi wykonywać rozkazy tajemniczego kogoś lub czegoś polegające na odbieraniu życia wskazanym osobom.

„Followed”, reż. Antoine Le

Pełnometrażowy debiut Antoine Le oparty na scenariuszu Todda Klicka. Utrzymany w konwencji found footage horror opowiadający o vlogerze o imieniu Mike (w tej roli Matthew Solomon), który z chęci zyskania większej liczny subskrybentów wynajmuje owiany złą sławą pokój w dużym hotelu. Ten sam, w którym w 1980 roku mieszkał seryjny zabójca. Jak można się tego spodziewać nie będzie to najlepsza decyzja podjęta przez Mike'a w jego być może krótkim życiu.

„Heckle”, reż. Martyn Pick

Horror komediowy na postawie scenariusza Airella Anthony'ego Haylesa, opowiadającego o komiku, którego życiowa droga w pewnym momencie przecina się ze ścieżką pewnego hecklera. Mężczyzny, który od początku ich znajomości wygląda głównemu bohaterowi na szaleńca. Wkrótce komik uświadomi sobie, że stał się jego celem, że ten dziwny jegomość z jakiegoś powodu postanowił go prześladować. Reżyser „Heckle”, Martyn Pick wcześniej stworzył tylko dwie pełnometrażowe produkcje, a mianowicie „Ultramarines: A Warhammer 40,000 Movie” i mniej znany „Evil Never Dies”.
 
„Room 9”, reż. Thomas Walton

Jason Voorhees... yyy... to znaczy Kane Hodder w horrorze trudniącego się głównie aktorstwem Thomasa Waltona, który to sam napisał scenariusz tego oto obrazu. Produkcji zatytułowanej „Room 9”, która ma opowiadać o mieszkańcach małego miasteczka, którzy po czterdziestu latach będą musieli zmierzyć się ze swoimi grzechami.

„The Dare”, reż. Giles Alderson

Giles Alderson i Jonny Grant wspólnie napisali scenariusz „The Dare”, ale tylko ten pierwszy zasiadł na krześle reżyserskim. Film ma skupiać się na rodzinie terroryzowanej przez tajemniczego mężczyznę. Ojciec budzi się w piwnicy, gdzie zastaje też inne ofiary porwania, a niedługo potem uświadamia sobie, że aby ocalić swoją rodzinę musi rozwiązać pewną zagadkę z przeszłości.

„Killer Therapy”, reż. Barry Jay

Muszę przyznać, że zarys fabuły „Killer Therapy” w reżyserii Barry'ego Jaya (scenariusz napisał on razem z Andrew J. Scheppmannem – panowie współpracowali już wcześniej, przy filmie „The Chosen”) brzmi nader ciekawie. Bo dziwnie. Obraz ów ma bowiem opowiadać o młodym człowieku, który ma misję i to nie byle jaką tylko życiową misję. Otóż, ten oto zaburzony psychicznie mężczyzna jest święcie przekonany, że psychiatrzy zakłócają mu życie. I to nie tylko ci, których osobiście zna. Według niego wszyscy oni biorą udział w tym spisku, a jedyny ratunek dla siebie widzi w jak najszybszym odnalezieniu wszystkich terapeutów. Po to aby odebrać im życie. Tak, to się nazywa paranoja.

„Clownface”, reż. Alex Bourne

To chyba będzie slasher. Kolejny, tym razem brytyjski, horror o morderczym klaunie, a bo to teraz modne jest. Scenariusz reżyser tego filmu Alex Bourne napisał sam. Najpierw miało to formę shorta, a potem się rozrosło. Do pełnometrażowej produkcji o seryjnym mordercy w stroju klauna terroryzującym mieszkańców małego miasteczka.

„The Special”, reż. B. Harrison Smith

Historia spisana przez Jamesa Newmana i Marka Steenslanda ma być przełożona na ekran przez niemogącego pochwalić się jakimiś większymi sukcesami w branży filmowej B. Harrisona Smitha (oczywiście z pomocą innych tj. całej ekipy technicznej), a potem sprzedawana pod tytułem „The Special”. Wstępnie zaklasyfikowano to do horroru, a ogólny zarys fabuły na razie przedstawia się tak: opowieść o niejakim Jerrym (w tej roli Davy Raphaely), który postanawia zemścić się na żonie za to, że go zdradza. Ta decyzja wepchnie go w objęcia niszczącego uzależnienia.

„Candy Corn”, reż. Josh Hasty

Josh Hasty jest zarazem reżyserem, jak i scenarzystą tego kręconego już horroru rozgrywającego się w okresie Halloween. Rzecz ma traktować o lokalnym wyrzutku, który najpierw zostaje zamordowany, a potem wskrzeszony przez pewnego mężczyznę, który chce aby zemścił się on na swoich oprawcach. Pachnie slasherem, ale pewności rzecz jasna mieć na razie nie mogę.

„Ascension”, reż. Ross Wachsman

Horror science fiction oparty na scenariuszu Gregga Mellera, Stevena A. Mourninga i Rossa Wachsmana (też ostatni odpowiada też za reżyserię). Ana Mulvoy Ten wciela się tutaj w postać szesnastoletniej Angeli, która w przeszłości miała problemy psychiczne. Teraz pod nieobecność ojca opiekuje się swoją sześcioletnią siostrą Chloe i stara się dojść do porozumienia z siedemnastoletnią siostrą Beccą, która bynajmniej jej tego nie ułatwia. Zachowanie Beccy z dnia na dzień się pogarsza, co w końcu doprowadza Angelę do przekonania, że jej starszą siostrę opętała mroczna siła, która ma jakieś niecne plany względem Chloe.

„C.L.E.A.N.”, reż. Aurelio Toni Agliata

Scenariusz tego brytyjsko-chorwacko-niemieckiego filmu grozy napisał Konstantin Georgiou. Prawdopodobnie akcja będzie rozgrywać się w usytuowanym z dala od skupisk ludzkich sanatorium i skupiać się na czterech nowo przybyłych pacjentach mających różne problemy emocjonalne. Ludzie ci przejdą tutaj przez istne piekło, jak wiele na to wskazuje zgotowane im przez szalonego lekarza.

„Charles”, reż. Luis Serrano

Debiut Luisa Serrano, także jako scenarzysty, producenta i montażysty, mający być kolejną cegiełką franczyzy o laleczce Chucky. Wygląda na to, że będzie to kolejny sequel, ewentualnie prequel. Nie remake, chyba że krążący już w Sieci bardzo skrótowy opis fabuły „Charlesa” okaże się fałszywy. Jak na razie brzmi on tak: młoda para wprowadza się do swojego pierwszego wspólnego mieszkania, w którym znajdują dobrze znaną fanom horrorów rudowłosą lalkę. Nie muszę chyba dodawać, że niedługo potem odkryją oni, że zabawka ta żyje i ma mordercze zapędy...

„The Faceless Man”, reż. James Di Martino

Australijski horror debiutującego w pełnym metrażu, tak jako reżyser, jak i scenarzysta Jamesa Di Martino. Sophie Thurling kreuje tutaj postać Emily Beckman, młodej kobiety, który niedawno wygrała walkę z nowotworem złośliwym. Jej najlepsza przyjaciółka Nina z obawy przez nawrotem choroby organizuje wypad do wiejskiego domu, na który zaprasza jeszcze cztery zaprzyjaźnione z nimi osoby. Nina ma nadzieję, że jej przyjaciółka porządnie wypocznie w gronie życzliwych jej osób, ale jej nadzieje okazują się płonne. Bo niedługo po dotarciu na to australijskie odludzie młodzi ludzie odkrywają, że tubylcy są wrogo nastawieni do przyjezdnych i jakby tego było mało zaczyna na nich polować jakaś potworna istota.

 „Mama 2”

Póki co jest to bardzo luźna zapowiedź. Pod wielkim znakiem zapytania jest to, czy kontynuacja dosyć głośnego horroru Andy'ego Muschiettiego z 2013 roku w ogóle powstanie. Ani zarys fabuły, ani nawet nazwiska twórców „Mamy 2” nie są jeszcze znane, więc jeśli już doczekamy się tego tytułu to raczej wątpliwe, że w roku 2019. Niemniej na ten właśnie okres wstępnie zaplanowano premierę, a przynajmniej taka niezobowiązująca informacja już krąży w Internecie.

„BabyFace”, reż. Caleb Ham

Pamiętacie „Krwawe wzgórza”, slasher Dave'a Parkera z 2009 roku? I kogo tam mieliśmy? Taaak, zgadza się, „zacnego” Babyface'a. Caleb Ham inspirował się tym obrazem (bo to on pisał scenariusz „BabyFace”), najwidoczniej uznając, że „Krwawe wzgórza” nie wyczerpały potencjału tej postaci. Caleba Hama prawdopodobnie zobaczymy w obsadzie, ale główna (pozytywna) rola przypadła w udziale Elanie Dunlap. Aktorka wykreuje postać Kylee Heathers, młodej kobiety, która zostaje na weekend sama w domu. I jak można się tego domyślić właśnie wtedy zostanie zaatakowana przez osobnika zasłaniającego twarz znaną z „Krwawych wzgórz” maską.

„The Gallows Act II”, reż. Travis Cluff, Chris Lofing

Wszystko wskazuje na to, że kontynuacja „Szubienicy” (2015) pojawi się już w roku 2019. Scenariusz i reżyserię tak jak w przypadku pierwszej odsłony wzięli na siebie Travis Cluff i Chris Lofing. Zdjęcia, które ruszyły w październiku 2016 roku zostały już zakończone – film teraz już tylko czeka na swoją premierę. O fabule wiadomo na razie tyle (i oczywiście nie jest to całkowicie pewne), że będzie koncentrować się na młodej kobiecie, Anie Rue (w tej roli Ema Horvath), która zaczyna naukę w prestiżowej szkole aktorskiej, gdzie wkrótce weźmie udział w wyzwaniu, które nieoczekiwanie sprowadzi na nią złego ducha.

„I Spit on Your Grave: Deja Vu”, reż. Meir Zarchi
Sequel kultowego rape and revenge „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego z 1978 roku. Tak, po ponad czterdziestu latach Zarchi wraca do tego tytułu – sam pisze scenariusz i sam zasiada na krześle reżyserskim, czyli dokładnie tak, jak było to w przypadku części pierwszej. „I Spit on Your Grave: Deja Vu” nie będzie łączył się z remakiem i jego sequelami (polskie „Bez litości”) tylko z kontrowersyjnym pierwowzorem. Zarchi przedstawi dalsze losy Jennifer Hills, w którą tak jak w wersji z 1978 roku wcieli się Camille Keaton. Akcja filmu najprawdopodobniej będzie się rozgrywała lata po wydarzeniach przedstawionych w „Pluję na twój grób”. Dowiemy się, że Jennifer Hills napisała książkę o zbiorowym gwałcie, którego ofiarą padła i głośnym procesie, który skończył się dla niej uniewinnieniem. Książka ta stała się bestsellerem, a teraz Jennifer mieszka sobie spokojnie w Nowym Jorku ze swoją córką, modelką Christy, która to rola przypadła w udziale Jamie Bernadette. Spokój ów przerwie jednak pojawianie się krewnych mężczyzn, którzy przed laty zgwałcili Jennifer Hills. Czyli... nie mogę się już doczekać!

„Grudge”, reż. Nicolas Pesce
O kolejnym amerykańskim filmie z serii „The Grudge” mówiono już w roku 2011, ale jakoś długo nie potrafiono się zdecydować, w jakim kierunku popchnąć scenariusz. W 2014 roku ogłoszono, że scenarzystą będzie Jeff Buhler (nowsze dane wskazują, że wspomagał go w tym Nicolas Pesce, reżyser „Grudge”, twórca „Oczu matki” i „Piercingu” z 2018 roku), który to poinformował opinię publiczną, że będzie to reboot, zachowujący ducha tej serii, ale nienawiązujący bezpośrednio do wydarzeń przedstawionych w poprzednich odsłonach. Buhler zdradził też, że wprowadzi nowych bohaterów, nowe duchy i stworzy nową mitologię.

„Replicate”, reż. John Murlowski
Horror bądź thriller science fiction „Replicate” został rozpisany przez Johna Murlowskiego i Stevena Palmera Petersona. Ten pierwszy wziął na siebie też reżyserię. Ma on już na koncie między innymi takie filmy, jak „Amityville Horror – Następne pokolenie”, „Wirus” (2002) i „Czarny Cadillac” (2003). O fabule „Replicate” jeszcze nic nie wiadomo, ale ogłoszono już obsadę. W jej skład najprawdopodobniej weszli między innymi: Joel Courtney, Andi Matichak, Calum Worthy i Cam Gigandet.

„Midsommar”, reż. Ari Aster
Ariego Astera chyba nikomu przedstawiać nie trzeba, ale na wypadek gdyby jednak komuś to umknęło: człowiek ten stworzył jeden z najgłośniejszych horrorów ostatnich lat, „Dziedzictwo. Hereditary”. Scenariusz tamtego filmu napisał sam i nie inaczej jest w przypadku „Midsommar”. W tym co ujawniono już na temat fabuły przytaczanej tutaj produkcji można dostrzec pewne podobieństwo do jego poprzedniego przedsięwzięcia, aczkolwiek oczywiście na razie trudno o pewność. W każdym razie „Midsommar” ma opowiadać o młodej parze, która wybiera się do Szwecji, do swojego znajomego, gdzie będą mieli wątpliwej jakości okazję goszczenia na wiejskim letnim festiwalu, na którym zetkną się z dziwnymi i niepokojącymi tradycjami mieszkańców regionu, do którego trafią. Domniemanego pogańskiego kultu.

„Drabina Jakubowa”, reż. David M. Rosenthal
Remake kultowego obrazu Adriana Lyne'a z 1990 roku pod tym samym tytułem. Już w 2013 roku ogłoszono, że trwają pracę nad tą pozycją i już wtedy zdradzono, że scenariusz napisze Jeff Buhler (tak, znowu on), do którego wkrótce dołączyła Sarah Thorpe. Wówczas mówiono nie o remake'u sensu stricto (kopiowaniu) tylko o czymś w rodzaju hołdu dla oryginału. Buhler powiedział później, że w świetle ostatnich wojen, w których udział brali (i wciąż biorą) Amerykanie kulturowe zrozumienie doświadczenia wojny nie przedstawia się już tak, jak w 1990 roku, kiedy to na ekrany kin weszła „Drabina Jakubowa”, pierwowzór tego obrazu w reżyserii Davida M. Rosenthala. Mimo wszystko film jest zapowiadany jako remake. Luźny. Buhler określił to jako próbę odtworzenia ducha i koncepcji pierwowzoru, jednocześnie opowiadając inną historię. 
 
„Apparition”, reż. Waymon Boone
„Apparition” to pierwszy pełnometrażowy horror Waymona Boone'a, a przynajmniej do tego gatunku wstępnie został zaklasyfikowany. W obsadzie widnieją między innymi Mena Suvari, Kevin Pollak, Megan West i Jon Abrahams, a fabuła ma koncentrować się na grupie ludzi, która trafia do opuszczonego zamku, gdzie wkrótce odkryją, że każdy z nich jest jakoś związany z tym miejscem, że jego historia jakoś się z nimi łączy. Jak? Tego także, najpewniej na swoje nieszczęście, już niedługo się dowiedzą.

„The Lodge”, reż. Severin Fiala, Veronika Franz
Film twórców między innymi „Widzę, widzę”, oparty na scenariuszy, który napisali wespół z Sergio Casci, pomysłodawcą tej historii. Opowieści o kobiecie wychowującej dwójkę dzieci narzeczonego, która spędza z nimi wakacje w pewnej oddalonej od większych skupisk ludzkich wiosce, gdzie dochodzi do przerażających wydarzeń, w centrum których stoją ta konfrontująca się z demonami przeszłości kobieta i jej bliscy.

„Mary”, reż. Michael Goi
Gary Oldman, Jennifer Esposito i Emiily Mortimer w nastrojowym horrorze twórcy między innymi „Megan Is Missing”, Michaela Goi, scenariusz którego napisał Anthony Jaswinski (m.in. „W głębi lasu” z 2008 roku, „Zniknięcie na 7. ulicy”, „Kristy”, „183 metry strachu”, „Satanic” z roku 2016). „Mary” ma opowiadać o rodzinie, która chcąc rozpocząć działalność gospodarczą w branży czarterowania łodzi, kupuje statek, który jak wkrótce się przekonają skrywa mroczne tajemnice. (Czyżby jakieś nawiązania do Mary Celeste?)

„Eli”, reż. Ciaran Foy
Ciaran Foy jest kojarzony głównie z „Sinister 2”, kontynuacją głośnego horroru Scotta Derricksona, którą to wyreżyserował. „Eli” też ma być horrorem, ale niezwiązanym z żadnym już nakręconym filmem. Scenariusz opracowali David Chirchirillo, Ian Goldberg i Richard Naing, a obsadę zasilili między innymi Lili Taylor, Kelly Reilly, Charlie Shotwell, Max Martini i Sadie Sink. Tytułowy Eli to chłopiec borykający się z chorobą autoimmunologiczną, który odkrywa, że dom, w którym mieszka nie jest miejscem bezpiecznym.

„Relic”, reż. Natalie Erika James
O pełnometrażowym debiucie Natalie Eriki James (zarówno jako reżyserki, jak i scenarzystki) na razie niewiele wiadomo, choć obraz jest już w fazie postprodukcji. W filmie prawdopodobnie wystąpiły Bella Heathcote, Emily Mortimer i Robyn Nevin, jako córka, matka i babka nawiedzane przez jakąś siłę, która powoli pochłania ich rodzinny dom.

„Do Not Reply”, reż. Daniel Woltosz, Walter Woltosz
Opowieść o introwertycznej nastolatce imieniem Chelsea (w tej roli Amanda Arcuri), która zostaje uprowadzona przez niejakiego Brada (Jackson Rathbone) i umieszczona w aplikacji, w której mężczyzna trzyma też inne dziewczyny. Zabijane w świecie wirtualnym giną naprawdę. Chelsea będzie musiała najpierw przekonać pozostałe zniewolone przez Brada młode kobiety do podjęcia próby wydostania się z tej morderczej pułapki, a potem poszukać sposobu na wyjście z niej. Reżyserzy „Do Not Reply”, Daniel Woltosz i Walter Woltosz, są też autorami scenariusza.

czwartek, 8 listopada 2018

„Wyniszczenie” (2017)

Osiemnastoletnia Sophie od niedawna mieszka z rodzicami w Anglii. Jej nadopiekuńczy względem córki, źle traktujący żonę ojciec ma restaurację, w której Sophie jest kelnerką. Ponadto dziewczyna trenuje taniec, a wolny czas spędza w towarzystwie matki, z którą prowadzi długie rozmowy bądź samotnie, bo nie ma w Anglii przyjaciół. To się zmienia po przyjeździe jej znajomych z Toronto: Grace, jej chłopaka Kaia i jego brata Liama, tworzących zespół muzyczny, który od jakiegoś czasu z niezbyt dobrym skutkiem starają się wypromować. Sophie, wbrew woli swojego ojca, często się z nimi spotyka. Szybko ze wzajemnością zakochuje się w Liamie, ale jej szczęście burzy prześladujący ją duch. Jest przekonana, że niepokojące zjawiska, którym świadkuje mają charakter nadprzyrodzony, ale jej przyjaciele sądzą, że doznaje halucynacji przez głodówkę, której się poddaje. Ojciec Sophie natomiast za pogarszający się stan córki obwinia Grace, Liama i Kaia.

Brytyjsko-kanadyjskie „Wyniszczenie” to reżyserski debiut Carolyn Saunders, dotychczas realizującej się głównie jako scenarzystka. Pomysł na ten film narodził się w jej głowie podczas prac nad serialem dokumentalnym pt. „Ghostly Encounters”. Poznała wówczas cierpiącą na anoreksję młodą kobietę, która utrzymywała, że duch wiedźmy każdej nocy próbuje ją udusić. Jej historia została opowiedziana w jednym z odcinków „Ghostly Encounters”, ale Carolyn Saunders dostrzegła w tym też materiał na film pełnometrażowy. Jak wyznała w jednym z wywiadów, chciała opowiedzieć o tym, jak choroba psychiczna kradnie człowiekowi wiarygodność i o głębszych problemach związanych z anoreksją. Scenariusz „Wyniszczenia” Saunders napisała sama. Największe trudności miała ze sfinansowaniem projektu. Pomogło jej w tym jednak przeniesienie zdjęć z Kanady do Wielkiej Brytanii, gdzie mogła skorzystać z ulg podatkowych. Film zdobył nagrodę w kategorii „Najlepszy horror” na Austrian Independent Film Festival i otrzymał nominację do nagrody Best Feature na Carmarthen Bay Film Festival w Walii.

Film „Wyniszczenie” oficjalnie został sklasyfikowany jako mieszanka thrillera i dramatu, ale dla mnie jest to hybryda thrillera psychologicznego i horroru nastrojowego. Bez względu na to, jaką interpretację scenariusza się przyjmie, łatwo zauważyć, że Carolyn Saunders czerpała z tradycji ghost story, starając się przy tym zaniepokoić odbiorcę w sposób, do którego najprawdopodobniej nie przywykli miłośnicy współczesnych mainstreamowych straszaków. Chcę przez to powiedzieć, że nawet jeśli oglądamy to z nastawieniem, że główna bohaterka wcale nie ma do czynienia z bytem z zaświatów tylko doznaje halucynacji, to dostrzegamy, że owe wizje starano się oddać w klimacie ghost story. Nie tym preferowanym obecnie przez Hollywood tylko tym, który święcił triumfy w poprzednim wieku. Innymi słowy Carolyn Saunders i jej ekipa, czy to w faktycznych, czy tylko pozornych manifestacjach ducha przez jakiś czas trzymali się znanej zasady (z którą jedni się zgadzają, inni nie) głoszącej, że w horrorach najbardziej przerażające jest to, czego nie widać. Widzimy, jak różne przedmioty w otoczeniu Sophie zostają wprawione w ruch, ale nie pokazuje się nam istoty, która za to odpowiada. Bo być może takiej istoty nie ma – o telekinezie Saunders w swoim scenariuszu nie wspomniała, ale wyraźnie dawała do zrozumienia, że wszystkie te rzekomo nadprzyrodzone zjawiska mogą rozgrywać się jedynie w głowie głównej bohaterki. Tak, bardzo łatwo przyjąć wyjaśnienie sformułowane przez Grace, przyjaciółkę Sophie, że dziewczyna ma halucynacje spowodowane powstrzymywaniem się od jedzenia. Później stara się unikać snu z obawy przed koszmarami, co także może powodować halucynacje. Może, ale nie musi, bo twórcy „Wyniszczenia” nie pozwalają nam całkowicie odrzucić tego, że Sophie jest nawiedzana przez złośliwego ducha. Przedstawiają nam dwa punkty widzenia – właściwie najpierw trzy, bo ojciec głównej bohaterki wychodzi z założenia, że za pogarszający się stan zdrowia jego córki winę ponoszą jej przyjaciele, którzy przyjechali do Anglii z Toronto i planują niedługo wyruszyć w dalszą drogę (objazd po Europie w celu dawania koncertów wszędzie gdzie się uda). Ale choć mężczyzna znajduje inne wyjaśnienie stanu Sophie, to tak samo jak jej przyjaciele, nie przyjmuje do wiadomości istnienia ducha, przy którym jego córka tak bardzo się upiera. Lauren McQueen w tej nie tak znowu łatwej roli młodej kobiety, którą rodzice ze wszystkich sił starają się „trzymać pod kloszem”, która coraz bardziej podupada na zdrowiu, co może, ale nie musi przynajmniej w części być spowodowane przez poltergeista, spisała się całkiem dobrze (nie wybitnie). Podobnie jak partnerujący jej Alexz Johnson, Sean Saunders Stevenson, Brendan Flynn, Shelagh McLeod i Gray O'Brien, aczkolwiek przed nimi postawiono dużo łatwiejsze zadanie. Inna sprawa, że w ich usta czasem wciskano nienaturalne kwestie, to jest takie, które nie pasowały mi do sytuacji, nieprzemyślane, żeby nie rzec bezsensowne.
 
Fabuła, choć wzbudzająca ciekawość, według mnie nie jest najsilniejszym elementem „Wyniszczenia”. Wzrok przykuwają przede wszystkim zdjęcia, za które odpowiada Polak Michał Wiśniowski – obrazy, w których nie ma ani grama tak powszechnego we współczesnej kinematografii plastiku, zazwyczaj negatywnie odbijającego się na atmosferze horrorów i thrillerów. Tutaj zdjęcia są lekko przybrudzone, kontury niezbyt ostre, barwy wyblakłe, co doskonale współgra z jesiennym krajobrazem. Operatorzy i oświetleniowcy stworzyli w miarę duszną atmosferę intymności, bliskości z bohaterką, która budzi naszą nieufność, której można się obawiać, ale i można bać się o nią, współczuć jej i kibicować w tej nierównej walce ze śmiertelnie niebezpiecznym duchem bądź z szaleństwem, które wzięło we władanie jej umysł. Sophie nie je, Sophie nie śpi tyle, ile powinna, ale nie tylko to może przemawiać za tym, że doznaje ona halucynacji. Wiemy, że jej ojciec roztoczył nad Sophie nazbyt troskliwą opiekę, starał się wręcz izolować ją od rówieśników (na tyle, na ile to możliwe), a matka, którą ten jak w pewnym momencie stwierdza sama Sophie źle traktuje, wspierała go w tym. Wiele wskazuje na to, że rodzicielka głównej bohaterki jest typem żony całkowicie podległej mężowi, że zawsze działa zgodnie z jego wolą. Jeśli chodzi o wychowanie Sophie to najwidoczniej cieszy ją takie podejście jej małżonka, bo wydaje się ono odsuwać w czasie to, co wiemy, że jest nieuniknione. Otóż, matka Sophie nie chce by jej córka dorosła, wygląda to tak jakby drżała na myśl o chwili, kiedy jej pisklę wyfrunie z gniazda. Los wielu rodziców, ale to wcale nie znaczy, że w każdym aspekcie mamy tutaj do czynienia z dosyć typową sytuacją. Bynajmniej. Życie Sophie określiłabym jako prawie hermetyczne – prawie, bo jednak widuje innych ludzi niż swoich rodziców i przyjaciółkę (kochankę?) ojca, ale aż do przyjazdu do Anglii trójki jej przyjaciół z Toronto z nikim, poza ojcem i matką, nie utrzymuje bliższych stosunków. Dziewczyna jest samotna i ewidentnie nieprzygotowana na dorosłość, w którą zaczyna wkraczać po przybyciu Grace, Kaia i Liama. Nieprzygotowana, jak wiele na to wskazuje, z winy rodziców i można domniemywać, że to też przyczynia się do osłabienia jej kondycji psychicznej. Coś jak szok dla umysłu. Sophie ma już osiemnaście lat, ale pod wieloma względami wciąż jest dzieckiem, jak to się mówi niewinną istotą, która nie poznała jeszcze życia. Tego prawdziwego, brutalnego, strasznego świata dorosłych. Pragnie wreszcie dorosnąć i bynajmniej nie zamierza robić tego stopniowo. Można to chyba ująć tak, że rzuca się od razu na głęboką wodę, chociaż pewnie mogło być gorzej. Chłopak, z którym Sophie się związuje mocno się o nią troszczy, tak samo zresztą jak jej przyjaciółka Grace. Towarzystwo to (w skład którego wchodzi jeszcze Kai, brat Liama) nie zabiera jej na całonocne, suto zakrapiane alkoholem imprezy, nie wciąga w narkotyki, ani nic w tym rodzaju. Ot, rozmawiają, spacerują, żartują i starają się ją wspierać. Scenariusz ma dosyć silnie rozwiniętą warstwę psychologiczną, której w sumie nie brakuje głębi – owszem, mogło to być jeszcze głębsze, ale żeby od razu zarzucać płytkość to nie, tego nie mogę zrobić – ale nie należy łączyć tego ze skomplikowaniem. Historia skonstruowana przez Carolyn Saunders (opatrzona etykietką „na podstawie prawdziwych wydarzeń”) jest bardzo prosta, pozbawiona trudnej do rozszyfrowania symboliki, jakichś artystycznych fanaberii, których sens przeciętnemu widzowi takiemu jak ja trudno pojąć, choć oczywiście mamy tutaj trochę realizatorskich, nie tak znowu częstych sztuczek intensyfikujących poczucie zanurzania się w szaleństwo czołowej postaci filmu (wprawianie kamery w ruch obrotowy moim zdaniem jest w tym najefektywniejsze), ale trudno uznać je za utrudniające odbiór „Wyniszczenia”. Same w sobie nawet nie są zbyt wyszukane, szczególnie pomysłowe albo wymagające jakiegoś dużego wysiłku od realizatorów. Proste, acz skuteczne środki uatrakcyjniające narrację i wzbogacające klimat nieubłaganie postępującego szaleństwa. Napięcia mogłoby jednak emanować z tego więcej - „Wyniszczenie”, owszem, dostarcza emocji, ale po takiej realizacji spodziewałabym się jeszcze silniejszej intensywności, do czego moim zdaniem wystarczyłoby spowolnienie sekwencji akcentujących bezpośrednią bliskość jakiegoś zagrożenia, poprzedzających manifestację czegoś tylko w domyśle upiornego. Bo jak już wspomniałam twórcy unikają takich dosłowności. Nie całkowicie, bo parę takich dodatków jest, ale nawet bodaj najbardziej rzucający się w oczy widok oszczędnej, a dzięki temu realistycznej i w efekcie wprawiającej w lekki dyskomfort emocjonalny charakteryzacji Grace uchwyconej przez kamerę w telefonie Sophie, nie jest tutaj żadnym odstępstwem od reguły, której na szczęście dla mnie trzymali się twórcy „Wyniszczenia”. Na szczęście, bo naprawdę brakuje mi we współczesnym kinie takiego minimalistycznego podejścia do horroru. Owszem, wciąż istnieją filmowcy hołdujący zasadzie, że w horrorach najbardziej przeraża to, czego się nie widzi, bo żadne efekty specjalne nie przebiją wyobraźni odbiorcy, ale jest ich stanowczo za mało. Nie mówię, że tak do końca zgadzam się z tą teorią, ale jeśli już mam wybierać pomiędzy tym podejściem do kina grozy a tym najczęściej spotykanym teraz w kinach (efekty komputerowe i jump scenki) to biorę to pierwsze. UWAGA SPOILER Co do finału to uważam, że Carolyn Saunders zrobiła duży błąd decydując się na to ostatnie ujęcie, bo wskazuje ono na jedną z dwóch dotychczas dopuszczalnych interpretacji, a do tego typu historii zdecydowanie lepiej pasują mi zakończenia otwarte KONIEC SPOILERA.
 
„Wyniszczenie” to bez wątpienia obraz ukierunkowany na miłośników minimalistycznego, kameralnego i klimatycznego kina grozy, chociaż nie jestem przekonana, że w tym gronie znajdzie się wiele osób wprost zachwyconych tą pozycją. Reżyserski debiut Carolyn Saunders na podstawie jej własnego scenariusza zainspirowanego prawdziwymi wydarzeniami mógłby bardziej trzymać w napięciu, być mniej przewidywalny, a i nad dialogami powinna trochę dłużej popracować, ale nie jest aż tak źle, żeby powstrzymać mnie przed rekomendowaniem tej produkcji wyżej wspomnianej niszy. Radzę jedynie nie nastawiać się na widowisko idealne pod każdym względem, na coś wspaniałego, niezapomnianego, nietuzinkowego i tak dalej. Według mnie to całkiem dobra hybryda thrillera psychologicznego z horrorem (oficjalnie mieszanka thrillera i dramatu), dosyć wciągająca opowieść, zrealizowana w smaczny (nastrojowy, intymny, w miarę emocjonalny) sposób. Chociaż nie uważam tego jeszcze za absolutne mistrzostwo.

wtorek, 6 listopada 2018

„Zakonnica” (2018)

Rok 1952. W rumuńskim klasztorze zakonnica popełnia samobójstwo. Watykan zleca zbadanie tej sprawy ojcu Burke'owi. Po dotarciu do Rumunii ksiądz idzie za radą swoich przełożonych i kontaktuje się z siostrą Irene, młodą kobietą, która niedługo ma złożyć śluby zakonne, i która zostaje jego przewodniczką. Oboje udają się do człowieka, który znalazł ciało zakonnicy będącej przedmiotem ich sprawy, Frenchie'ego. Mężczyzna prowadzi ich do klasztoru, w którym mieszkała denatka, do wiekowego budynku, który jest miejscem przeklętym. Siedliskiem demonicznej zakonnicy, z istnienia której doskonale zdają sobie sprawę mieszkające w nim siostry, od dawna walczące z tym złem panoszącym się w starym klasztorze.

W skład „The Conjuring Universe” wchodzą dwie części „Obecności” Jamesa Wana, „Annabelle” Johna R. Leonettiego będąca spin-offem pierwszej odsłony „Obecności”, jej prequel w reżyserii Davida F. Sandberga pt. „Annabelle: Narodziny zła” i właśnie „Zakonnica” Corina Hardy'ego, która to jest spin-offem „Obecności 2”. Zapowiedziano już wypuszczenie trzeciej części „Obecności” i kolejnej odsłony „Annabelle” oraz drugiego spin-offu „Obecności 2”, pt. „The Crooked Man”. Ponadto James Wan wyznał, że ma pomysł na kontynuację „Zakonnicy” - powiedział, że jeśli pierwsza odsłona się sprawdzi to zamierza pociągnąć to dalej, w kierunku Lorraine Warren, którą to jak wiemy z „Obecności 2”, demoniczna zakonnica, Valak, będzie nawiedzać. Czy „Zakonnica” Corina Hardy'ego, twórcy bardzo dobrego horroru „Z lasu”, sprawdziła się? Zależy pod jakim kątem to rozpatrywać. Choć swoich fanów też znalazła to jednak wielu krytyków i miłośników kina grozy negatywnie odebrało tę produkcję. Ale zysk był i to spory. Budżet „Zakonnicy” oszacowano na dwadzieścia dwa miliony dolarów, a wpływy ze świata wyniosły trochę ponad trzysta sześćdziesiąt milionów dolarów.

Pomysłodawcami „Zakonnicy” byli James Wan i Gary Dauberman, scenarzysta między innymi dwóch części „Annabelle” i współscenarzysta readaptacji „To” Stephena Kinga, co wyróżniam z jego filmografii tylko dlatego, że to najgłośniejszy z projektów, nad którymi dotychczas pracował. Z tych zakończonych, bo dużo się mówi o szykowanej drugiej części horroru „To” na podstawie jego własnego scenariusza (opartego na tym samym utworze Kinga). James Wan nie brał udziału w pisaniu scenariusza „Zakonnicy” - to zadanie w całości wziął na siebie Gary Dauberman, człowiek dosyć utalentowany, zresztą to samo mogę powiedzieć o reżyserze omawianego filmu, Corinie Hardym. Artysta ten ma bowiem na swoim koncie bardzo smaczny horror „Z lasu”, w mojej ocenie jednak talent ów nie uwidacznia się w „Zakonnicy”. Mamy oto uzdolnionego człowieka, który potem wpada w hollywoodzkie tryby i... jest dokładnie tak, jak to zazwyczaj w takich przypadkach bywa. O powtórce jakości „Z lasu” można zapomnieć, bo to jest Hollywood, a tutaj takie pierdoły jak mroczny klimat wyalienowania i wrogiej tajemniczości, praktyczne efekty specjalne i powolne budowanie napięcia najczęściej są passe. Tutaj ważna jest pompa! Oczywiście, nie dotyczy to absolutnie wszystkich współczesnych hollywoodzkich horrorów. Weźmy chociażby pozostałe pozycje, które wchodzą w skład „The Conjuring Universe” - te cztery już nakręcone i szeroko rozpowszechnione filmy, a zwłaszcza dwie części „Obecności”, filmy będące podstawą tej franczyzy. James Wan robi różnicę, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, ale nawet zestawiając „Zakonnicę” z moim zdaniem słabszymi dwiema odsłonami „Annabelle”, za reżyserię których przecież Wan nie odpowiada, nie pozostaje mi nic innego jak przyznać wyższość horrorom o morderczej lalce. Wydawać by się mogło, że osadzenie akcji w rumuńskich górach w pierwszej połowie lat 50-tych XX wieku, głównie w wiekowym, zaniedbanym klasztorze, skąd najbliżej (co nie znaczy, że blisko) do wioski z jej ubogimi, zabobonnymi mieszkańcami, że to wszystko będzie tworzyło mroczną, brudną atmosferę tajemniczości, wyobcowania i potężnego, niedookreślonego zagrożenia. I początkowo rzeczywiście widać w tym zalążki prawie wszystkich wyżej wymienionych pierwiastków – prawie, bo o przybrudzonych zdjęciach radzę zapomnieć, zamiast tego spoziera z nich dla mnie jeden z najgorszych elementów wielu współczesnych zwłaszcza hollywoodzkich horrorów, czyli ten przeklęty plastik. Silnie skontrastowane, za dnia mieniące się żywymi barwami, a nocą wpadające w metaliczną, w żadnych wypadku nie duszącą czerń, obrazki składające się na opowieść o demonicznej zakonnicy (o Valaku) przez jakiś czas bronią się przede wszystkim odczuwalnym wyobcowaniem protagonistów, zderzeniem ich z nadnaturalnym zagrożeniem, które ze sceny na scenę odczuwalnie rośnie w siłę. Ogólny charakter tego zagrożenia żadną tajemnicą nie jest, nie tylko dla osób zaznajomionych z „Obecnością 2”, bo twórcy filmu nie pozwalają by długo pozostawał on w ukryciu, a i szeroko zakrojona, strasznie nachalna kampania promocyjna „Zakonnicy” wiele już zdradzała. Innymi słowy prawdopodobnie każdy do seansu tego straszaka zasiądzie w przeświadczeniu, że czarnym charakterem będzie demoniczna zakonnica, ale ta oczywistość w mojej ocenie jeszcze nie zabija wszelkiej tajemniczości. Bo, że tak się wyrażę, wokół antagonistki krążą sekretne planety, do zbadania których twórcy zapraszają odbiorców, a potem niejako na jednym wydechu przechodzą do rozjaśniania całej tej... hmm... intrygi? Nie wiem, czy to właściwe słowo na określenie tego całego śledztwa pod przewodnictwem ojca Burke'a, bo może sugerować zawiłość, złożoność, podstępność, zagadkowość, nieprzewidywalność, a akurat tego w opowieści skleconej przez Gary'ego Daubermana nie znajdziemy.

Tajemniczość wyparowuje dosyć szybko, ponieważ nawet te wątki, które zostaną objaśnione później nawet przez mniej domyślnych widzów prawdopodobnie zostaną przeniknione dużo wcześniej. Naprawdę nie trzeba być mistrzem dedukcji, żeby przedwcześnie poskładać to sobie w głowie, choć pewnie nie wszystko, bo przynajmniej jeden wątek nie zostaje pociągnięty, pojawia się i nieoczekiwanie znika. UWAGA SPOILER Mowa o traumatycznym wspomnieniu chłopca, któremu główny bohater „Zakonnicy” niegdyś nie zdołał pomóc KONIEC SPOILERA. Nie twierdzę, że to było niespójne, że owo raptowne porzucenie tego wątku zaowocowało wrażeniem bezcelowości, wepchnięciem tego w rzeczoną opowieść tak naprawdę nie wiadomo po co, bo pewną rolę ów wątek bez wątpienia wypełnia. Tyle że pozostawia poczucie niedosytu, jakiejś niekonsekwencji, tak jakby Dauberman nagle uznał to za zły pomysł i zamiast po prostu wyrzucić go ze scenariusza zdecydował się czym prędzej go domknąć. Zdecydowanie za szybko, chociaż z drugiej strony nie jestem przekonana, czy aby pójście tą drogą, tj. rozbudowanie tego wątku, byłoby najlepszym wyjściem z sytuacji, bo nie był to na tyle obiecujący wątek, żeby chciało mi się go śledzić. Wydaje mi się więc, że najlepszym rozwiązaniem mogła być rezygnacja z tej koncepcji, ewidentnie nawiązującej do tradycji horroru religijnego, acz w dosyć nieudolny sposób. Innymi słowy wykorzystano tutaj jeden z najpopularniejszych (jeśli nie najpopularniejszy) motywów tego rodzaju kina grozy, bo absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że pozostałe składowe tej historii nie funkcjonują w ramach horroru religijnego. Ojciec Burke, kreowany przez Demiana Bichira, to prawdziwy Boży Wojownik. Jego patetyczny ton doskonale wpasowuje się w styl obrany przez ekipę techniczną. W ten efekciarski przepych, w tę coraz to bardziej podniosłą atmosferę walki dobra ze złem w znaczeniu teologicznym. Bóg kontra demon? Pewnie tak, bo choć tego pierwszego, na szczęście, nie zobaczymy to nie sposób nie wyciągnąć z tego wniosku, sam Wszechmogący wspiera nie tylko ojca Burke'a, ale i towarzyszącą mu Irene, młodą kobietę, która niedługo ma złożyć śluby zakonne, i w którą wcieliła się Taissa Farmiga (młodsza siostra Very Farmigi, czyli filmowej Lorraine Warren). O Franchie'em (w tej roli Jonas Bloquet) też nie można zapomnieć, tym bardziej, że ten niezwiązany z Kościołem (to znaczy człowiek świecki) UWAGA SPOILER zdziała więcej od czołowego Bożego Wojownika, czyli ojca Burke'am. Do czasu. KONIEC SPOILERA. W pewnym momencie tego jakże ciężkiego seansu „Zakonnicy”, zaczęłam dopuszczać do siebie myśl, że rzeczony film nie ma fabuły, że to li wyłącznie bezładna mieszanina znanych motywów (demon, wizje, egzorcyzmy, przeklęte miejsce etc.), dająca wrażenie przesytu nie dlatego, że motywów tych jest stanowczo za dużo, albo wyrastają one z tradycji różnych nurtów kina grozy, bo wszystkie te wątki pasują do konwencji horroru religijnego. Nie, tu chodzi o sposób ich przedstawiania. Tak rozproszoną narrację, że w pewnym momencie naprawdę zaczęłam podejrzewać, że wszystkie te motywy w ogóle się ze sobą nie połączą, że zakończę seans tego filmu z powierzchowną znajomością niezazębiających się ze sobą fragmentów jakiejś, nie wiedzieć czemu, ukrytej opowieści. Ale to wrażenie względnie szybko mnie opuściło. Zostało wyparte przez inną myśl, która już została, a mianowicie taką, że „Zakonnica” jednak ma fabułę, ale jest ona traktowana w sposób, którego wprost nienawidzę. Najpierw musiało mi się chcieć w to zagłębić, a to trochę trwało, bo weź tu znajdź odpowiedni rytm w tym wyzutym z napięcia, coraz to bardziej plastikowym rozgardiaszu, w którym to nawet miny aktorów wcielających się w ważniejsze postacie wyrażały bezgraniczne zagubienie podszyte zdumieniem (co ja tutaj, u licha, robię? Gram kogoś? Ale kogo?). Nie upieram się, że tak było w istocie, piszę tylko o tym, jak ja to widziałam, o moim być może błędnym, ale nieodpartym wrażeniu. W każdym razie w końcu udało mi się wejść w to na tyle, żeby połączyć te wątki w jedną całość, co ewidentnie za szybko mi poszło, bo potem nie miałam już co robić... Na czym by tu zawiesić teraz oko? Oczywiście, na tytułowej antybohaterce, (chyba) na jej różnych obliczach, z których największą nadzieję może u niektórych budzić to znane z „Obecności 2”. Założę się jednak, że u niejednego takiego odbiorcy „Zakonnicy” ta nadzieja szybko zgaśnie. Sam fakt, że czarny charakter tworzono przy pomocy komputera jeszcze bym zniosła, bo tak jak w „Obecności 2” Valak nie rani zbytnio oczu samym swym wyglądem. To znaczy bodaj w większości scen nie prezentuje się aż tak sztucznie, jak się spodziewałam. Ale upiornie też nie, bo twórcy „Zakonnicy” nie potrafili zbudować odpowiedniej otoczki dla tej postaci. Jej manifestacji nie poprzedzało powolne intensyfikowanie napięcia, ot pojawiała się ona raz tu, raz tam. Tak bez ładu i składu chodziła sobie po zawilgoconych korytarzach wiekowego klasztoru, przeważnie skąpanego w ciemnościach nieemanujących zadowalającą wrogością, często, czy to przybierając inne formy, czy może wyczarowując różne upiory (jakoś nie mam tutaj pewności). Pełno tego tutaj, ale tylko jeden taki moment, jedna taka próba zaniepokojenia odbiorcy, nie była mi całkowicie obojętna, ewentualnie mnie nie rozbawiła. To znaczy nie na początku, bo parę sekund później, w fazie rozwojowej tej sekwencji parsknęłam śmiechem – milczące postacie z workami na głowach, przed którymi nagle staje jeden z bohaterów „Zakonnicy” jawią się dosyć złowieszczo, ale tylko do chwili przechylenia głowy przez jedną z nich. Nie wiem dlaczego, ale strasznie mnie to rozbawiło. Ale nie tak, jak końcówka. Jak można się było tego spodziewać istne apogeum komputerowego efekciarstwa, jeden wielki, żałosny popis nowoczesną technologią, bo przecież jak nas stać to czemu nie? Hollywood wie, że warto inwestować w piksele, bo (uwaga: ironizuję) przecież na nich opiera się horror – miłośnicy tego gatunku nie chcą realizmu, Co to to nie. Oni chcą generowanych komputerowo nie tyle dodatków, co podstaw, bo moim zdaniem fabuła „Zakonnicy” została przez twórców potraktowana jako zwykły pretekst do popisywania się nowoczesną technologią. Tak bym to skonkludowała: fabułę, owszem ta produkcja ma, ale jej głównym, żeby nie rzec jedynym zadaniem jest stwarzanie warunków do atakowania widza sztucznymi wizualnie efektami.

„Zakonnica” Corina Hardy'ego to zwykła bajeczka na dobranoc i jako taka naprawdę może być skuteczna. Bo nie zdziwiłabym się, gdyby co poniektórych odbiorców tego filmu wepchnął on w objęcia snu jeszcze przed nastaniem napisów końcowych (a propos tuż przed nimi dostajemy dosyć ciekawą zagrywkę fabularną), tak samo jak nie jest dla mnie zaskoczeniem to, że podatny grunt ta pozycja też znalazła. Niezbyt szeroki, ale zawsze. Czy to przekona Jamesa Wana do nakręcenia sequela „Zakonnicy”, czy to skłoni go do wykorzystania chodzącej mu po głowie koncepcji ponownego połączenia Valaka z Lorraine Warren? Tego nie wiem na pewno, ale jeśli miałabym zgadywać to obstawiłabym to, że większą zachętą będzie dla niego forsa, jaką przyniosła pierwsza „Zakonnica”, a nie ta, przecież nie tak znowu duża, liczba fanów, jaką produkcja owa pozyskała.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Splat!FilmFest Poland

Strzeż się! Najbardziej niepokorny festiwal filmowy w Polsce nadciąga do Lublina i Warszawy

Splat!FilmFest - wielkie święto horroru, fantastyki i kina gatunkowego w tym roku zagości w dwóch miastach: w Centrum Kultury w Lublinie (26 listopada – 2 grudnia) oraz pierwszy raz w warszawskiej Kinotece (5 – 9 grudnia).

Trzon programu stanowią premierowe pokazy najlepszych i najważniejszych światowych filmów kina gatunkowego z 2018 roku.

Widzowie z zapartym tchem obejrzą przede wszystkim horrory, thrillery, mroczne dramaty, czarne komedie, s-f i fantasy, które nie mają jeszcze dystrybucji w Polsce, a miały swoje premiery na najważniejszych światowych festiwalach (m.in. Cannes, Sundance, Toronto, Wenecja, Sitges). Splat!FilmFest oferuje filmy mroczne, szalone, dzikie i piękne. To wyśmienita rozrywka, wielkie kino i bardzo dużo emocji.


Tegoroczna sekcja specjalna to TROMA! Są w niej produkcje niskobudżetowej, amerykańskiej wytwórni, która już od ponad czterdziestu lat wprawia w osłupienie, obrzydza i kpi z wszelkich możliwych świętości, a przy tym całkiem dobrze się bawi. TROMA specjalizuje się w ociekających seksem i kiczem krwawych horrorach klasy B i jest jedną z najbardziej kultowych wytwórni na świecie, posiadającą rzeszę zagorzałych fanów (w tym Quentin Tarantino, Peter Jackson czy Takashi Miike). LLOYD KAUFMAN, reżyser, producent i współzałożyciel TROMY jest gościem specjalnym Splat!FilmFest, podczas pierwszej wizyty w Polsce!

Blok STRACH I TERROR serwuje najbardziej przerażające i brutalne tytuły, m.in. feministyczny „The Wind”, będący hybrydą westernu i horroru, „Dachra” niezwykle niepokojący i mroczny tunezyjski film nawiązujący do grozy ludowej i legend o wiedźmach, „Władcy chaosu” ekstremalna historia norweskiego blackmetalowego zespołu Mayhem, „Knife+Heart”, w którym Vanessa Paradise wciela się w producentkę gejowskiego porno czy „Głowica” klaustrofobiczne doświadczenie pełne alegorii dotyczących polityki Unii Europejskiej.
 
Blok WTF to tytuły wyjątkowo osobliwe, w tym „Mam cię na oku” Quentina Dupieux’a, najnowszy film reżysera „Morderczej opony” i inteligentna, czarna komedia utrzymana w duchu kina francuskiego i w teatralnej estetyce, "Diamantino" surrealistyczna parodia współczesnej kultury" czy mocno absurdalny „Relaxer”, w którym bohater zamienia swoje wymarzone życie kanapowego gracza w koszmar.

Na Splat!FilmFest nie może zabraknąć też komedii w cyklu STRASZNIE ŚMIESZNIE jak krwawa „Biurowa rebelia” o nieprzyjaznym korporacyjnym środowisku pracy czy „Zabójczy Bóg” w iście hiszpańskim stylu czy w nim dwie części thrillera „Best F(r)iends” z duetem Tommy Wiseau i Greg Sestero w rolach głównych, film jeszcze bardziej niezwykły niż ich słynne „The Room”.

Kino kultowe i arcydzieła światowego kina grozy to sekcja
KULTOWE, w której zaprezentowane będą bezwzględnie najlepsze horrory wszech czasów, m.in. „Suspiria” Dario Argento pierwszy raz w Polsce w wersji odnowionej do 4K, natomiast pierwsze z serii „Halloween”, które w tym roku obchodzi swoje 40-lecie przeczyta na żywo lektor Maciej Gudowski.


Poza tym spotkania z gośćmi, panele dyskusyjne, mroczne filmy krótkometrażowe i niezwykle oryginalne wykłady. Więcej szczegółów dotyczących bogatego programu Splat!FilmFest w Lublinie i w Warszawie, informacje o biletach i oficjalny trailer znajdą państwo na stronie http://www.splatfilmfest.com/

Z dumą informujemy, że lubelska edycja festiwalu jest realizowana dzięki wsparciu Miasta Lublin.

 Strasznie zapraszamy na Splat!FilmFest, jedyny taki festiwal filmowy w Polsce.

Źródło: wszystkie materiały od organizatorów Splat!FilmFest
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...