poniedziałek, 19 sierpnia 2019

„Ma” (2019)

Erica przeprowadza się wraz ze swoją nastoletnią córką Maggie do niewielkiego miasta, w którym dorastała. Kilka dni później Maggie zostaje zaproszona na imprezę przez cieszącą się popularnością w szkole swoją rówieśniczkę Haley. Zabawa zostaje odwołana, dziewczyny i trzech chłopców w ich wieku, Andy, Chaz i Darrell, postanawiają więc spędzić czas na tutejszym gruzowisku. Wcześniej jednak udają się w pobliże sklepu w nadziei, że uda im się namówić jakąś dorosłą osobę na kupienie im alkoholu. Po wielu bezskutecznych próbach znajdują kogoś takiego. Czarnoskórą kobietę pracującą w miejscowym gabinecie weterynaryjnym o imieniu Sue Ann. Ale dla nastolatków jest nieznajomą. Do czasu. Sue Ann wkrótce oferuje im swoją piwnicę na zakrapiane alkoholem spotkania. Miejsce to szybko staje się przystanią dla wielu licealistów chcących poimprezować. Swoją dobrodziejkę, Sue Ann, młodzi ludzie nazywają Ma i chętnie bawią się w jej towarzystwie. Nie wiedzą jednak o niej wszystkiego.

Pewnego dnia Tate Taylor, twórca „Ładnych brzydkich ludzi” (2008), „Służących” (2011), „Get on Up” (2014) i „Dziewczyny z pociągu” (2016), filmu opartego na głośnej powieści Pauli Hawkins pod tym samym tytułem, zapragnął wyreżyserować coś popieprzonego. Jego przyjaciel, producent Jason Blum, wręczył mu więc dopiero co zakupiony scenariusz Scotty'ego Landesa. Taylor właśnie czegoś takiego szukał. Uznał jednak, że tekst wymaga paru poprawek. Tytułowa postać w oryginalnym scenariuszu nie miała swojej historii. Była bardzo enigmatycznym czarnych charakterem, człowiekiem „pozbawionym przeszłości” i niemogącym budzić w widzach żadnych cieplejszych uczuć. Taylor postanowił to zmienić. To i kolor skóry antybohaterki. W tej roli od początku bowiem widział Octavię Spencer, aktorkę z którą już pracował („Służące”, „Get on Up”) i z którą ma przyjacielskie stosunki. Spencer przyjęła jego propozycję jeszcze przed lekturą scenariusza. Zanim pierwszy kwartał 2018 roku dobiegł końca thriller (oficjalnie klasyfikowany również jako horror) „Ma” był już gotowy. Ale na premierę przyszło mu czekać aż do końcówki maja 2019 roku. Kosztująca w przybliżeniu pięć milionów dolarów, szeroko dystrybuowana produkcja Tate'a Taylora, dotychczas przyniosła trochę ponad sześćdziesiąt milionów dolarów przychodu i dostała dwie nominacje do nagrody Saturna: najlepszy thriller i najlepsza aktorka Octavia Spencer. Wyniki zostaną ogłoszone we wrześniu 2019 roku.

Główna pozytywna rola (licealistki o imieniu Maggie) w „Ma” przypadła w udziale Dianie Silvers, która według mnie tego niezbyt trudnego zadania nie udźwignęła. Głównie przez „drewnianą” dykcję”. Juliette Lewis w roli matki Maggie, w mojej ocenie poradziła sobie nieporównanie lepiej, a bo i doświadczenie aktorskie ma dużo większe. Octavia Spencer jako Sue Ann zwana Ma, oczywiście świeciła najjaśniej. Bez dwóch zdań. Ale muszę też wyróżnić McKaley Miller, która wcieliła się w postać popularnej uczennicy liceum, Haley. Ta przebojowa, bezczelna osoba, szybko zaprzyjaźnia się z Maggie, która niedawno wprowadziła się do miasta. I która, jak to często z takimi relacjami w horrorach bywa (zwłaszcza w slasherach) znacznie się od niej różni. Do picia alkoholu Haley nie musi jej namawiać, ale już od innych używek Maggie w przeciwieństwie do niej stroni. Stosunek do tychże jest jednak zjawiskiem drugorzędnym – ważniejsze jest ich podejście do innych ludzi. Haley nie liczy się szczególnie z uczuciami innych. Zawsze mówi to, co myśli i nie obchodzi ją, że może tym kogoś urazić. Maggie ewidentnie ma zdecydowanie więcej empatii. Również dla osoby, w dobre intencje której przestaje wierzyć. Ale to potem, bo na początku jest tak samo oczarowana Sue Ann, jak wielu jej rówieśników. Scenarzysta „Ma” wyszedł od dosyć interesującego pomysłu. Motywu, z którym chyba jeszcze w kinie grozy się nie spotkałam. Znajomość Maggie, Haley, Andy'ego, Chaza i Darrella z czarnym charakterem, kobietą w średnim wieku, rozpoczyna się, gdy ta zgadza się kupić im alkohol. Brzmi znajomo? Ja w każdym razie dobrze to znam. Ale na szczęście nigdy nie natrafiłam na kogoś takiego, jak Sue Ann. W pewnym sensie można to traktować jako przestrogę (w „Ma” jest jeszcze jedna, ważniejsza) dla tych młodych osób, które godzinami wystają pod sklepem w nadziei na to, że znajdą kogoś, kto zgodzi się zaopatrzyć je w alkohol. Uważajcie młodzieży, bo możecie spotkać kogoś takiego, jak tytułowa postać omawianego filmu. Na początku pewnie będziecie wdzięczni losowi za kogoś takiego. Koniec problemów z zakupem alkoholu i szukaniem miejsca na huczne imprezy. Spełnienie marzeń, prawda? Nastoletni protagoniści „Ma” właśnie tak na to patrzą. W przeciwieństwie do odbiorcy filmu. W jego głowie już podczas pierwszego spotkania piątki młodych ludzi z Sue Ann, najpewniej odezwie się sygnał alarmowy. Nie zwiedzie ich miła twarz Octavii Spencer i wyrozumiałość, jaką jej bohaterka okazuje nastolatkom. Odbiorca nie będzie miał wątpliwości, że owa wyrozumiałość jest fałszywa, że postać ta ma względem nich jakieś niecne zamiary. Podczas tego pierwszego spotkania młodych ludzi z Sue Ann może jeszcze to nie nastąpi, ale niedługo potem najprawdopodobniej część widzów uzna, że ma do czynienia z bandą bezmyślnych małolatów. Powie sobie: ja byłbym mądrzejszy. Może i tak, ale ja tam takiego komfortu nie miałam. Nie mogłam spojrzeć tak krytycznym okiem na nastolatków ochoczo korzystających z gościnności obcej osoby, bo podejrzewam, że na ich miejscu (w ich wieku) postąpiłabym tak samo. Co nie znaczy, że wszystkie ich zachowania były dla mnie w pełni zrozumiałe. Gdy ich relacja z Sue Ann w końcu zaczęła się psuć, gdy zaczęły docierać do nich sygnały, że z tą kobietą jest coś nie tak, nie potrafili wytrwać w postanowieniu trzymania się z dala od jej piwnicy. Ciągle tam wracali, bo potrzeba uczestniczenia w hucznej zabawie była silniejsza od podejrzeń żywionych względem osoby, z gościnności której tak często korzystali.

„Ma” oficjalnie sklasyfikowano jako hybrydę horroru i thrillera, ale osobiście nie znalazłam w tej produkcji niczego, co mogłabym podciągnąć pod ten pierwszy z wymienionych gatunków. Niektórzy znaleźli w scenariuszu podobieństwa do dwóch obrazów opartych na powieściach Stephena Kinga. Ale te tematy dosyć często przewijają się w kinematografii. Kreśląc przeszłość Sue Ann Tate Taylor czerpał ze swoich wspomnień ze szkolnego okresu. Z doświadczeń kogoś innego, kogo smutny los miał nieprzyjemność obserwować. Reżyser „Ma” nie chciał by widz miał jednoznacznie negatywny stosunek do tytułowej postaci. Zależało mu na tym, żeby widownia miała dla niej trochę współczucia. Zależało mu na nostalgii. I jeśli o mnie chodzi to faktycznie spoglądałam na tę postać łaskawszym okiem. O tyle o ile. Jej przeżycia z czasów licealnych i obecne rozpaczliwe zabieganie o sympatię nastolatków budziły we mnie niemałe współczucie, ale (zgodnie z zamysłem Tylora) daleka jeszcze byłam od stanięcia po jej stronie. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: UWAGA SPOILER wstrętem napawa mnie karanie dzieci za grzechy ich rodziców KONIEC SPOILERA. Z drugiej jednak strony nie jestem przekonana, czy całą tę niecodzienną sytuację można sprowadzić do tego jednego wymiaru. Odnosiłam bowiem wrażenie, że tytułową postacią kieruje przede wszystkim potrzeba nadrobienia tego, z czego tak naprawdę okradziono ją w okresie nastoletnim. A w każdym razie wówczas tego nie miała i bynajmniej nie dlatego, że o to nie zabiegała. Sue Ann nie jest tylko oprawczynią, ale również ofiarą. Ofiarą pragnień, które ma przynajmniej większość ludzi. Ofiarą rówieśników i ofiarą niezdrowej obsesji. Gdybym miała wystawić subiektywną ocenę „Ma” jedynie za tytułową postać, to byłaby ona wyższa, ale ta produkcja to nie tylko interesująca, chociaż niezbyt oryginalna, konstrukcja antybohaterki. To też plejada nieciekawych jednostek, włącznie z główną bohaterką, ale z pominięciem jej nowej przyjaciółki. Nie żeby ta ostatnia zachowywała się mądrze, ale jej rozrywkowy sposób bycia i dosyć wredny charakterek, bądź co bądź, były przyjemną przeciwwagą dla posiadającej cechy final girl, uczynnej, starającej się postępować właściwie Maggie. Grzecznej, ale i nudnej. Jednak potem... Powiedzmy, że sytuacja jest dynamiczna. Chociaż to też niezbyt adekwatne podsumowanie rozwoju wydarzeń. Bo po nadmiernie rozciągniętych w czasie beztroskich przygodach młodych ludzi (imprezy, imprezy, imprezy), okraszanych jasnymi sygnałami, że z ich dobrodziejką jest coś mocno nie tak, ale bynajmniej niepodawanymi w sposób, w którym widać by było jakieś większe starania w kierunku intensyfikowania napięcia, budowania jakiegoś mocniejszego nastroju od tego, którym najczęściej raczy nas współczesny mainstream, przychodzi pora na jeszcze trochę imprez i bardziej zdecydowane, ale wciąż niezatrważające, posunięcia Sue Ann. Innymi słowy: jest zdecydowanie za grzecznie. Zdjęcia nie trącą plastikiem – nie jest szczególnie mroczno, ani ponuro, ale i nie jest przesadnie kolorowo, warstwa wizualna nie jest zbyt mocno skontrastowana, ale i nie jest stosownie przymglona, o przybrudzeniu już nie wspominając. W każdym razie coś konkretniejszego z tych obrazów dałoby się sklecić, gdyby tylko popracowano nad ruchem kamer. Mniej pośpiechu, więcej intensywności. Bo nawet zakazane wędrówki nastoletnich dziewcząt po domu Sue Ann, te momenty, które z definicji powinny podsycać złe przeczucia, dawać odbiorcy silne poczucie znajdowania się u progu istnego koszmaru, nie działały tak, jak powinny. Zamiast z narastającym napięciem wpatrywać się w ekran, przyjmowałam to z obojętnością. Wychodzi więc na to, że chyba ów pośpiech, który twórcy „Ma” sobie narzucili nie był takim złym pomysłem, bo dzięki temu nie musiałam długo czekać na finalizacje tych nieefektywnych sekwencji. Nie żeby zrzucano wówczas na mniej jakieś bomby – nawet nie petardy, bo to w gruncie rzeczy bardzo przewidywalny obraz (korzystający z paru znanych motywów, których twórcom nie udało się przez odpowiednio długi czas przynajmniej przede mną ukryć), podany w dosyć łagodnej formie. Broniący się trochę warstwą psychologiczną – sylwetką tytułowej antybohaterki – w miarę łatwo przyswajalną, acz niezbyt emocjonującą narracją i końcówką, bo dopiero tam znalazłam bardziej charakterystyczne, nie tak ugrzecznione jak dotychczas wizualne akcenty. Nie żeby wcześniej było zupełnie niewinnie, ale nie sądzę, żeby miłośnicy filmowych thrillerów (i tym bardziej horrorów) uznali, że bywało równie drastycznie i/lub pomysłowo. Niemniej miażdżących ciosów radzę się im nie spodziewać – końcówka moim zdaniem jest najmocniejszą partią „Ma”, ale powiedzmy sobie szczerze: kino obdarowywało nas już nieporównanie śmielszymi akcentami.

Drugi, po „Dziewczynie z pociągu”, thriller w reżyserskiej karierze Tate'a Taylora, tak samo jak ten pierwszy, absolutnie mnie nie porwał. Przeciętny dreszczowiec, który nie wiedzieć czemu został też przypisany do horroru, z nieprzeciętną kobiecą kreacją. Wspaniale odegraną i dobrze rozpisaną antybohaterką i bandą nieostrożnych młodych ludzi, którzy na swoje nieszczęście ochoczo korzystają z jej gościnności. To jeden z tych filmów, których obejrzenia ani nie żałuję, ani się z tego nie cieszę. Jeśli nie ma się nic przeciwko filmowym thrillerów i jeśli nie ma się zbyt dużych wymagań, to myślę, że bez obaw można po to sięgnąć. Wątpię, żeby wielu widzów wyszło z tej przygody z maksymalną satysfakcją, ale jako taki zapychacz wolnego czasu „Ma” może się nadać.

sobota, 17 sierpnia 2019

Alvin Schwartz „Upiorne opowieści po zmroku”

Po raz pierwszy wydane w 1981 roku „Upiorne opowieści po zmroku” („Scary Stories to Tell in the Dark”) zawierają dwadzieścia dziewięć legend zebranych przez nieżyjącego już Alvina Schwartza. Ten amerykański pisarz specjalizował się w tematyce folklorystycznej, swoje utwory kierując głównie do dzieci i młodzieży. „Upiorne opowieści po zmroku” w Stanach Zjednoczonych też były promowane jako literatura dziecięca, co delikatnie mówiąc nie zostało dobrze przyjęte przez niektóre środowiska. Opatrzone upiornymi grafikami Stephena Gammella historyjki z dreszczykiem były krytykowane między innymi przez część rodziców oraz chrześcijańską grupę non-profit Concerned Women for America (CWA), którzy dążyli do wycofania książki z bibliotek szkolnych. „Po drugiej stronie barykady” stali m.in. organizacja non-profit American Library Association oraz czasopismo „The Bulletin of the Center for Children's Books”. W 1984 roku wypuszczono drugi tom „Upiornych opowieści po zmroku” pod tytułem „More Scary Stories to Tell in the Dark”, a w 1991 roku na amerykańskim rynku pojawił się trzeci (ostatni) tom, „More Tales to Chill Your Bones” – również stworzone przez Alvina Schwartza i zilustrowane przez Stephena Gammella. Wszystkie te książki trafiły na listę sporządzoną przez American Library Association, zawierającą sto tytułów, które spotkały się z największym społecznym sprzeciwem w kwestii włączenia ich do bibliotek w latach 1990-1999. W 2011 roku wydawnictwo HarperCollins wypuściło w Stanach Zjednoczonych wszystkie tomy „Scary Stories to Tell in the Dark” z bardziej przyjaznymi dzieciom ilustracjami autorstwa Bretta Helquista, co spotkało się z krytyką ze strony fanów oryginału. Kolejne wydanie zawierało już oryginalne grafiki, które to obok treści przez część amerykańskiego społeczeństwa były, i pewnie nadal są, uważane za nieodpowiednie dla najmłodszych czytelników.
 
Pierwsze polskie wydanie „Upiornych opowieści po zmroku” (tom 1), w tłumaczeniu Piotra Kusia, przygotowało wydawnictwo Zysk i S-ka. Dopiero na rok 2019 – ten sam, w którym na ekrany kin trafił horror twórcy „Łowcy trolli” i „Autopsji Jane Doe”, Andre Ovredala. Wyprodukowany między innymi przez Guillermo del Toro (i głównie jego nazwiskiem reklamowany), obraz oparty na najbardziej znanym trzytomowym literackim przedsięwzięciu Alvina Schwartza, noszący ten sam tytuł, co pierwsza część tegoż: w oryginale „Scary Stories to Tell in the Dark”, a polska nazwa to oczywiście „Upiorne opowieści po zmroku”. W 2019 roku pojawił się też film dokumentalny pt. „Scary Stories” wyreżyserowany przez Cody'ego Meiricka, który przedstawia historię tych kontrowersyjnych publikacji Alvina Schwartza.

Polskie wydanie w twardej oprawie (z plakatem filmu Andre Ovredala pod tym samym tytułem na okładce) pierwszego tomu „Upiornych opowieści po zmroku” na szczęście nie zawiera przyjaznych dzieciom grafik Bretta Helquista tylko te, które spotkały się ze wzmożoną krytyką między innymi części amerykańskich rodziców. I trudno jakoś szczególnie dziwić się ich oburzeniu, bo problematyczne ilustracje Stephena Gammella faktycznie niewinne nie są. Powiedziałabym nawet, że ilustrator poszedł na całość. Turpizm jak nic. Najbardziej logiczną grupą docelową wydają się w takim razie być starsi fani horroru, a nie najmłodsi czytelnicy. W Stanach Zjednoczonych reklamowano to jednak jako literaturę dziecięcą i stąd kontrowersje, jakie narosły wokół nie tylko omawianej pierwszej części „Scary Stories to Tell in the Dark”, tylko wszystkich trzech. Ubolewam nad tym, że Zysk i S-ka nie zdecydowało się na wydanie całej tej serii w jednym tomie, bo według mnie największym felerem tej publikacji jest jej długość. Zaledwie sto czterdzieści parę stron, gdzie nie tak znowu małą część zajmują uwagi odautorskie, źródła, bibliografia i wykaz skrótów zastosowanych w tych działach oraz podziękowania od Alvina Schwartza i spis treści. Sporo miejsca zajmują też mroczne grafiki Stephena Gammella. Ponadto mamy krótki wstęp od człowieka, który zebrał w tym tomie dwadzieścia dziewięć, przynajmniej w zamyśle, upiornych legend (trzydzieści jeśli liczyć przypowiastkę przytoczoną w rzeczonym wstępie). Na owe legendy zostaje więc rozczarowująco mało miejsca. Nie uważam, że należało te opowieści rozbudować, ale na pewno bardziej atrakcyjna dla odbiorcy byłaby publikacja zbiorcza – trzy tomy „Upiornych opowieści po zmroku” w jednym. Myślę, że to dodatnio wpłynęłoby i na sprzedaż, i na reakcje polskich czytelników. A na pewno ja byłabym bardziej kontenta, gdyby lektura zajęła mi więcej niż godzinę. Ale z drugiej strony jaka to była godzina... Godzina pełna historii z dreszczykiem, które w Stanach Zjednoczonych (i nie tylko) przekazuje się głównie z ust do ust. Nie należy jednak przez to rozumieć, że „Upiorne opowieści po zmroku” wywoływały we mnie autentyczny strach, ale faktem jest, że wpisują się one w literaturę grozy. Czy także dla dzieci? Ani treści, ani tym bardziej ilustracji osobiście nie podciągnęłabym pod literaturę dziecięcą, ale... No powiedzmy, że gdyby coś takiego trafiło w moje ręce w okresie dziecięcym traumy na pewno bym nie przeżyła. Ale dzieci są różne, więc chyba najlepiej będzie wrzucić tę książeczkę do szufladki z napisem „literatura grozy”, a kwestię wieku najbardziej odpowiedniej grupy docelowej zostawić każdemu do indywidualnej oceny. Legendy zamieszczone w pierwszym tomie „Upiornych opowieści po zmroku” podzielono na pięć grup. Pierwsza „Aaaaaaaaaach!” wedle Alvina Schwartza zawiera sześć historii pełnych zwrotów akcji. Potem mamy dział pod tytułem „Usłyszał kroki na schodach do piwnicy”, który poświęcono duchom – składa się na niego pięć opowieści. „Zjedzą twoje oczy, zjedzą twój nos” to już bardziej ogólnie, partia skupiająca się na różnego rodzaju przerażających rzeczach – i tutaj mamy w sumie osiem historyjek. „Inne zagrożenia” to cztery urban legends (legendy miejskie), z których przynajmniej trzy powinny być doskonale znane długoletnim miłośnikom szeroko pojętego horroru. I na koniec znowu „Aaaaaaaaaach!”, ale tym razem dostajemy sześć opowieści, które spokojnie można podciągnąć pod makabreskę. Alvin Schwartz poprzedził ten dział notką (wszystkie działy opatrzył tego rodzaju notkami), że te historie mają za zadanie rozśmieszyć odbiorcę książki.

We wstępie do „Upiornych opowieści po zmroku” Alvin Schwartz stwierdza, że historie, które tutaj prezentuje najlepiej snuć w nocy na użytek słuchacza/słuchaczy. Najdobitniej wskazuje na to w pierwszym dziale, w którym to nie tylko przelewa na papier zasłyszane historie, ale i opatruje je wskazówkami dla tych, którzy zechcą przestraszyć nimi znajomych. Takie mini „Czy boisz się ciemności?” w wersji papierowej. Mamy tutaj m.in. kanibalizm, części ludzkiego ciała wypadające z komina, wierszyk, który tylko na pozór nic nie znaczy i jeszcze jeden wierszyk o kobiecie natykającej się na rozkładające się zwłoki. Wbrew zapowiedziom autora niczego zaskakującego w tym dziale nie znalazłam. Co więcej napełnił mnie on obawą, że Alvin Schwartz pozostałe opowieści również nadpsuł wskazówkami dla potencjalnych opowiadaczy. I że okażą się równie naiwne. Ale kolejna „szufladka”, partia poświęcona duchom, odegnała ode mnie ów lęk. Opowieści o istocie wyglądającej jak szkielet, o kochanku powracającym z martwych i gościach pewnego domku na odludziu, to moim zdaniem istna kwintesencja ghost story. Między innymi te historie natchnęły mnie przekonaniem, że Alvin Schwartz dobrze zrobił nie rozbudowując wybranych legend. Oczywiście, wiele z nich (jeśli nie wszystkie) krąży po świecie w różnych wersjach – o niektórych z nich Schwartz nawet napomknął, ale na właściwe opowieści wybrał te wersje, które sam uznał za najlepsze. W dziale o duchach znalazły się też nieco mniej efektywne teksty o tajemniczym wilku oraz pastorze postanawiającym przeprowadzić egzorcyzmy w pewnym domu (ilustracja do tego opowiadania zrobiła na mnie największe wrażenie), ale dzięki temu, że Schwartz zrezygnował z instruktażu dla opowiadaczy te chwile, które upłynęły mi na przyswajaniu owych historii przynajmniej nie wypełniała irytacja. W następnym dziale poczytałam o dziewczynce, która to nie wierzyła, że stanięcie po zmroku na jakimkolwiek grobie kończy się wciągnięciem śmiałka pod ziemię; o wiedźmie potrafiącej zamieniać ludzi w konie; o kobiecie przekonanej, że jej bliscy zamienili się w... aligatory; o intrygującym omenie; o Wendigo (klasyczna opowieść indiańska); o zabawie polegającej na przekazywaniu sobie przedmiotów, które w dotyku przypominają części ludzkich zwłok (znowu instruktaż dla osób, które zechcą w to zagrać) oraz o koszyku z upiorną zawartością. Aha, dostałam jeszcze iście makabryczną pieśń o karawanie i moim trupie. Poza wspomnianą „zabawą w ludzkie zwłoki” nie miałam większych powodów do narzekań – seria zajmujących, nieprzekombinowanych opowieści z różnościami spod znaku horroru. Ale mój ulubiony dział „Upiornych opowieści po zmroku” to ten zawierający legendy miejskie – w większości znane mi i to nie tylko w takich wersjach, jakie Schwartz tutaj zaprezentował, opowieści o człowieku, który w miejscu lewej dłoni ma hak; dotychczas nieznana mi ciekawa historia o sukni wieczorowej; o dziewczynie przeżywającej niepokojące chwile na drodze (podróż samochodem z natrętnym kierowcą na ogonie) i jakżeby inaczej perypetie pewnej opiekunki do dzieci, niestety, w tym najłagodniejszym wydaniu. A na koniec trochę śmiechu. Czarnego humoru wyższych i niższych lotów. Mnie najbardziej rozbawiła puenta historii o nawiedzonym pokoju hotelowym. Żmija, nieszczęsna wyprawa na strych (tutaj też jest wskazówka dla opowiadacza, ale w tym jednym przypadku mi nie przeszkadzała, a wręcz jestem zdania, że była wręcz wskazana), historia obrazkowa o obślizgłym potworze, teksty o upartym trupie oraz gadających kotach – wszystko to w tej partii, być może ku swojemu rozbawieniu, znajdziemy. Być może, bo akcenty komediowe zastosowane w legendach zebranych w tym dziale pierwszego tomu „Upiornych opowieści po zmroku” ewidentnie są zróżnicowane jakościowo. Wszystkie to makabreski i moim zdaniem wszystkie są na swój sposób udane – tyle że jedne mniej, inne bardziej.

Premierowe polskiej wydanie pierwszego z trzech tomów kontrowersyjnego przedsięwzięcia nieżyjącego już Alvina Schwartza, robiąca wrażenie publikacja „Upiornych opowieści po zmroku” wydawnictwa Zysk i S-ka (które to wzorowało się na tym mocniej krytykowanym anglojęzycznym wydaniu, bo opatrzonym bardziej makabrycznymi ilustracjami), ale na pewno nie objętością. Myślę, że długość tego zbioru legend może działać najbardziej zniechęcająco na miłośników literatury grozy. Ale z drugiej strony pewnie będzie płynąć do nich zachęta w postaci szeroko reklamowanego i dystrybuowanego horroru Andre Ovredala, który został wypuszczony w tym samym, 2019 roku, co polskie wydanie jednej z trzech książek, na kanwie których ów obraz nakręcono. Szczyt literatury grozy to moim zdaniem nie jest. Proste i króciutkie legendy zebrane w pierwszym tomie „Upiornych opowieści po zmroku” są nierówne, nie stoją na tym samym poziomie, ale myślę, że mimo wszystko fani literackiego horroru powinni dać tej pozycji szansę. Niektóre z widniejących tutaj legend zapewne już znają, ale zaryzykuję przypuszczenie, że nie jest to większość. A styl Alvina Schwartza nowej jakości im nie dodaje (maksymalnie uproszczony). Inna sprawa, czy te funkcjonujące głównie w przekazach ustnych opowieści z dreszczykiem tego potrzebują? Czy bardziej dojrzały styl nie odebrałby aby mocy tym i wielu innym legendom zamieszczonym w rzeczonej publikacji? Według mnie to bardzo możliwe. Czasami więcej słów szkodzi zamiast pomagać, czasami bardziej wskazana jest językowa prostota. Alvin Schwartz bez wątpienia to rozumiał. Arcydzieła literatury grozy nie stworzył (mowa o pierwszym tomie „Upiornych opowieści po zmroku”), ale dał mi nawet niezłą rozrywkę na jedną godzinę w porze nocnej. Na tyle zajmującą, że na pewno zapoznam się z kolejnymi tomami „Upiornych opowieści po zmroku”, jeśli tylko pojawiają się polskojęzyczne wydania. Bo na razie ani widu, ani słychu...

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 15 sierpnia 2019

Victoria Helen Stone „Dziewczyna zwana Jane Doe”

Jane Doe to spokojna, nierzucająca się w oczy pracownica niskiego szczebla firmy ubezpieczeniowej z Minneapolis. Nieco naiwna, łatwo podporządkowująca się mężczyznom, cnotliwa kobieta, która ledwo wiąże koniec z końcem. Tak ją widzi Stephen Hepsworth, syn pastora, który jest menedżerem w tej samej firmie. Bo Jane chce, żeby właśnie tak ją widział. W rzeczywistości Jane jest bogatą socjopatką, na stałe mieszkającą w Kuala Lumpur, gdzie jest prawniczką dużego azjatyckiego koncernu. Do Minneapolis przybyła w jednym konkretnym celu: żeby zniszczyć Stephena Hepswortha. Odpłacić mu za to, co zrobił jej jedynej przyjaciółce i to w możliwie jak najbardziej dotkliwy sposób. Jane jest gotowa nawet odebrać mu życie. Właściwie to marzy o tym. Ale zaczyna od uwiedzenia go. Podczas gdy Stephen jest przekonany, że znalazł kolejną kobietę, nad którą swobodnie może znęcać się psychicznie, jego nowa dziewczyna bezlitośnie nim manipuluje. I czeka. Czeka na dogodny moment do przypuszczenia zdecydowanego ataku. Na swoją zemstę, która nie ma wątpliwości, że będzie bardzo słodka.

Victoria Helen Stone to pseudonim literacki amerykańskiej pisarki Victorii Dahl, która pod własnym nazwiskiem napisała blisko trzydzieści romansów, w tym trzy bestsellery USA Today i kilka pozycji nominowanych do RITA Award. W 2016 roku Dahl skręciła w mroczniejszą stronę beletrystyki jako Victoria Helen Stone. Dotychczas ukazały się cztery jej thrillery: „Evelyn, After”, „Half Past”, „False Step” i „Jane Doe”, która to w Polsce została wydana pod tytułem „Dziewczyna zwana Jane Doe”. Swoją światową premierę ten thriller psychologiczny miał w 2018 roku, na polskim rynku ukazał się natomiast w roku 2019 nakładem wydawnictwa Czwarta Strona. I jak na razie jest to jedyna powieść Victorii Helen Stone, którą wydano w Polsce. Na 2020 rok zaplanowano światową premierę kontynuacji „Jane Doe”, która ma ukazać się pod tytułem „Problem Child”.

„Dziewczyna zwana Jane Doe” prawdopodobnie byłaby zwyczajną, niczym niewyróżniającą się powieścią spod znaku revenge, gdyby nie tytułowa bohaterka i zarazem narratorka tego thrillera psychologicznego. Trzydziestoletnia kobieta posługująca się nazwiskiem Jane Doe, która jest... socjopatką. Ale, jak sama często podkreśla, nie taką filmową. Jane nie jest geniuszem zbrodni, tylko dobrze opłacaną prawniczką pozbawioną empatii. Poddającą się wszelkim zachciankom egoistką, która już w dzieciństwie nauczyła się owijać sobie mężczyzn wokół palca. Cyniczną, wyrachowaną istotą, która zawsze wie, czego chce i bez większych trudności swoje cele realizuje. Istna kobieta demon, femme fatale podniesiona do potęgi, która nigdy wcześniej nie miała potrzeby zabijania. Żadnemu człowiekowi życia jeszcze nie odebrała... jeszcze. Od paru miesięcy, od śmierci swojej jedynej przyjaciółki Meg, Jane marzy o zadaniu jak największych cierpień człowiekowi, który przyczynił się do jej straty. Nie wie jeszcze, jaką dokładnie karę mu wymierzy, ale najbardziej skłania się ku odebraniu mu życia. Mu czyli Stephenowi Hepsworthowi, menedżerowi w firmie ubezpieczeniowej, w której sama się zatrudniła jako osoba do wprowadzania danych, tylko po to, by mieć do niego większy dostęp. Praca ta pozwoliła jej zbliżyć się do swojego celu. Więcej nawet: zwrócić na siebie jego uwagę, rozpalić w nim pragnienie zdobycia jej. Plan Jane bowiem zakłada związanie się z nim na jakiś czas, wejście w rolę bezgranicznie oddanej mu, bezbronnej kobiety, którą będzie mógł do woli upokarzać. Właśnie taki typ kobiet preferuje Stephen. Szuka uległej dziewczyny, nad którą swobodnie będzie mógł znęcać się psychicznie. Kto w takim razie jest gorszy? Pozbawiona współczucia, niepotrafiąca kochać, dbająca głównie o swoje potrzeby socjopatka, czy czerpiący przyjemność z poniżania kobiet syn pastora, który przyczynił się do śmierci swojej poprzedniej dziewczyny, ale bynajmniej nie czuje się winny? Odpowiem tak: już dawno nie miałam przyjemności obcować z tak wspaniałą postacią literacką, jak Jane Doe. Owszem, całkiem niedawno przeczytałam podobną powieść, która swoją światową premierę miała mniej więcej rok później, „Złotą klatkę” Camilli Lackberg, ale tamtejsza mścicielka nie ma wiele wspólnego z tą tutaj. Jane Doe jest jedyna w swoim rodzaju – to niezwykła kompilacja wyrachowania, siły, chłodu, spokoju i pragmatyzmu. Kobieta nieznająca litości i być może miłości (dopuszcza do siebie możliwość, że czuła coś przynajmniej zbliżonego do tego uczucia względem swojej nieżyjącej już przyjaciółki, ale nie jest pewna, bo jest kimś na kształt laika w kwestii emocji), ale doskonale wiedząca, jak smakuje satysfakcja. A teraz największej satysfakcji może dostarczyć jej jedynie upadek Stephena Hepswortha. Akt zemsty za śmierć jej przyjaciółki. Jane nie robi tego dla niej, nie ma bowiem wątpliwości, że Meg by sobie tego nie życzyła. Nie, Jane jak zwykle działa z egoistycznych pobudek. Realizuje swój (nie powiedziałabym, że niecny, ale niech każdy sam sobie to oceni) plan wyłącznie dla siebie. I przednio się przy tym bawi. Może zabrzmieć to strasznie, ale prawdą jest, że ja też wybornie się bawiłam. Zabijcie mnie, ale śledzenie działań zmierzających do zniszczenia rasowego szowinisty, człowieka, który wyspecjalizował się w upokarzaniu i całkowitym podporządkowywaniu sobie bezgranicznie zakochanych w nim kobiet, przynosiło mi swoiste katharsis. Pewnie dlatego, że żyję w świecie, w którym za znęcanie się nad kobietami, przy pomyślnych wiatrach, dostaje się rok-dwa lata więzienia i jeszcze próbuje mi się wmówić, że to jest sprawiedliwość. Nie, to Jane Doe dąży do sprawiedliwości. Nie robi tego jednak po to, by uchronić inne kobiety przed losem, jaki spotkał jej przyjaciółkę. Robi to dla swojej satysfakcji. Bo ma taką potrzebę, a ona praktycznie zawsze robi to, na co akurat ma ochotę. Taka już jest i jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, nie mogę powiedzieć, że źle się czułam w towarzystwie tej socjopatki. Paradoksalnie myślę, że gdyby takich kobiet było więcej, świat byłby przynajmniej trochę lepszy. Co nie znaczy, że we wszystkim się z nią zgadzałam.

Nie jestem socjopatką filmową, tylko zwykłą, więc nie urodziłam się z żadnymi nadprzyrodzonymi umiejętnościami w zakresie otwierania sejfów. Zamkami nie można manipulować tak jak ludźmi.”

(źródło: https://twitter.com/VictoriaDahl)
„Dziewczyna zwana Jane Doe” to powieść feministyczna. Chociaż nie, bardziej adekwatne będzie tutaj chyba stwierdzenie: skrajnie feministyczna. Z tego względu, że Victoria Helen Stone pozwala sobie na naprawdę bezlitosną analizę płci męskiej. No dobrze, nie generalizuje, nie wrzuca wszystkich mężczyzn do jednego worka z napisem „szowiniści”, bo przeciwwagą dla Stephena Hepswortha i innych mężczyzn, z którymi na ogół styka się Jane, jest Luke. Jej chłopak ze studenckich czasów, którego teraz, po latach, znowu spotyka. W „Dziewczynie zwanej Jane Doe” odzywają się echa literatury, w której jej autorka przez długie lata się realizowała. Wątek romantyczny też się tutaj przewija i nie muszę chyba dodawać (ale na wszelki wypadek dodam), że nie przyjęłam go z otwartymi ramionami. Niejaką osłodą było dla mnie tylko to, że damski pierwiastek pączkującego związku dwojga ludzi był... inny? Jane Doe często powtarza, że jest inna. Mówi nawet o sobie, że nie jest prawdziwa, a czasami nazywa się wręcz potworem. Nie chodzi o to, że jest zakompleksiona, nadmiernie samokrytyczna, bo tak naprawdę żyje w zgodzie ze sobą. Lubi siebie taką, jaką jest, ale... Otóż, Jane od dawna jest świadoma tego, że jest klasycznym (nie filmowym, jak podkreśla) przypadkiem socjopatki. Brak empatii jest dla niej zarazem błogosławieństwem i przekleństwem. Z jednej strony to znacznie ułatwia jej życie, a z drugiej zdaje się skrycie tęsknić za taką egzystencją, jaką toczą „prawdziwi ludzie”. Ale to tak na marginesie, w tych rzadkich chwilach, w których garściami nie czerpie ze swojego pozbawionego wznioślejszych emocji życia. Jej największym orężem jest seks, a bo już w dzieciństwie odkryła, że pozbawia on rozumu nawet najbardziej wpływowych, poważnych mężczyzn. A ona wprost uwielbia manipulować mężczyznami, bawić się nimi, wykorzystywać ich słabości. W stosunku do chrześcijanina, który bynajmniej po chrześcijańsku nie postępuje (powiedzmy, bo krytyka tej religii też tutaj wyraźnie wybrzmiewa), ma bardziej dalekosiężne plany. Nie chce, jak to zwykła czynić z mężczyznami, zaspokoić swoich seksualnych pragnień, trochę się nim pobawić i pójść dalej; przeżyć krótkotrwałej przygody łóżkowej, tylko albo dokumentnie zniszczyć mu życie, albo go tego życia pozbawić. Mówicie co chcecie, ale uważam, że ta postać powinna przejść do annałów literackiego thrillera psychologicznego. Dla mnie w każdym razie to jedna z najbardziej charakterystycznych bohaterek (tak bohaterek, nie antybohaterek), z jaką dotychczas w beletrystyce się spotkałam. Postać, z którą kontaktu wręcz łaknę. Pragnę, by została ze mną na dłużej, by Stone uczyniła ją bohaterką obszernej serii, a polscy wydawcy zadbali o to, by każdy tom na bieżąco (w niedużym odstępie od światowej premiery) trafiał na nasz rynek. Mniejsza z tym, że fabuła „Dziewczyny zwanej Jane Doe” nadzwyczajna nie jest, że Stone wykorzystała doskonale znaną fanom nie tylko thrillerów, ale również horrorów i dramatów, konwencję, że tak naprawdę to bardzo schematyczna i pozbawiona mocniejszych punktów historia. To znaczy nieobfitująca w szczególnie zaskakujące zwroty akcji, czy drastyczne sceny fizycznych tortur i/lub śmierci (do czego przyzwyczajeni są fani rape and revenge, z którym to nurtem powieść ta ma trochę wspólnego). To bardzo prosta opowieść o manipulacji i psychicznym znęceniu się nad człowiekiem. Stephenowi Hepsworthowi wydaje się, że to on w ten haniebny sposób dominuje w swoich nowym związku, że to on jest samcem alfa, ale my wiemy, że tak naprawdę to jego partnerka dzierży wszystkie asy. To ona bawi się nim, pozwalając mu przy tym sądzić, że jest odwrotnie. Prostota, również języka, w mojej ocenie nie wpływa jednak jakoś szczególnie mocno na jakość tej powieści. Oczywiście, przydałyby się dłuższe, bardziej szczegółowe opisy poszczególnych miejsc i wydarzeń (bo portretom czołowych postaci powierzchowności zarzucić nie mogę) oraz większe urozmaicenie tych drugich tj. mniej seksu, więcej silniejszych uderzeń, ale bez okrajania gierek psychologicznych roztoczonych na kartach omawianej książki. Ale i w takim wydaniu przygoda ta okazała się dla mnie nadzwyczaj pasjonująca. Nic więc dziwnego w tym, że za największy feler „Dziewczyny zwanej Jane Doe” - większy nawet od wątku romantycznego – uważam długość tej publikacji. Zdecydowanie za krótka – toż chciałoby się przynajmniej z tydzień czytać o kobiecie, której prawdziwego nazwiska nie pozwolono mi poznać, ale poza tym nie miała ona przede mną większych tajemnic. Naprawdę wielu bardziej doświadczonych autorów literackich dreszczowców może Victorii Helen Stone (tzn. Victorii Dahl) pozazdrości tak wspaniale skonstruowanej, niezwykle barwnej, elektryzującej postaci. Bohaterki, która wręcz niesie całą tę powieść. Oby więcej takich!

Polecam, polecam, polecam! Polecam wszystkim osobom, którzy poszukują w literaturze silnych kobiecych postaci, które można albo pochwalać, albo potępiać. To już zależy od czytelnika/czytelniczki. Tytułowa postać „Dziewczyny zwanej Jane Doe” autorstwa Victorii Helen Stone (właściwie Victorii Dahl) to postać, która wprowadza pewną świeżość do thrillera psychologicznego. Nie ogromną, bo może co najmniej delikatnie kojarzyć się z choćby Catherine Tramell z kultowego „Nagiego instynktu” Paula Verhoevena (i jego sequela w reżyserii Michaela Catona Jonesa), ale i tak myślę, że jest to na tyle wyróżniająca się postać, żeby zwrócić uwagę nawet poszukiwaczy oryginalności. Czegoś trochę innego od tego, z czym dotychczas się spotykali. Niekoniecznie nadzwyczaj mrocznego, na pewno nieprzepełnionego krwawą przemocą, ani nawet niecechującego się pamiętnymi zwrotami akcji. Ale na swój sposób bardzo emocjonującego. Podejrzewam, że w tej propozycji odnajdą się nie tylko fani thrillerów psychologicznych, ale również dramatów oraz utworów obyczajowych o podłożu feministycznym. Takich mocniejszych, ale nie mocnych w rozumieniu na przykład fana horroru. Niemniej tenże fan, w „Dziewczynie zwanej Jane Doe” też może się rozsmakować – zwłaszcza, jeśli gustuje w opowieściach osadzonych w konwencji rape and revenge. Albo inaczej: tylko revenge. Podsumowując: czytać, czytać, czytać!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 13 sierpnia 2019

„Mordercza wyspa” (2017)

Kilka miesięcy po samobójstwie nastoletniej Claire, grupka osób uczęszczająca do tego samego liceum co ona, zostaje zaproszona przez koleżankę do jej domu na niewielkiej wyspie. Meg jakiś czas temu zmieniła szkołę, dlatego dziwi ją, że również otrzymała zaproszenie. Na wyspę przybywa ze swoją najlepszą przyjaciółką Minnie, a wśród osób, które zastaje na miejscu jest chłopak, który od dawna zabiega o jej względy, TJ. Meg też coś do niego czuje, ale konsekwentnie odrzuca jego zaloty ze względu na Minnie, która się w nim podkochuje. Niedługo po dotarciu ostatnich gości do dużego domu na wyspie, młodzi ludzie znajdują amatorski filmik ze złowrogim przesłaniem. Tej samej nocy jedna z dziewcząt popełnia samobójstwo. A przynajmniej tak zakładają pozostali. Zmieniają zdanie, gdy giną kolejne osoby. Po każdym zabójstwie znajdują wypisaną farbą liczbę wskazującą na aktualną ilość trupów. Meg ponadto znajduje dziennik Claire. Niektóre kartki z niego wyrwane ktoś zostawia w różnych miejscach i tylko Meg zwraca na nie uwagę. Najpewniej robi to morderca. Pytanie tylko, czy jest nim któreś z nich, czy na wyspie znajduje się ktoś jeszcze?

Amerykański slasher „Mordercza wyspa” („Ten: Murder Island”) został zrealizowany dla kanału Lifetime, gdzie po raz pierwszy wyświetlono go we wrześniu 2017 roku. Scenariusz napisał Chris Robert w oparciu o po raz pierwszy wydaną w 2012 roku powieść „Ten” pióra Gretchen McNeil, wedle słów samej autorki, będącej hołdem dla „I nie było już nikogo” Agathy Christie. Na krześle reżyserskim również zasiadł Chris Robert, który w tej roli zadebiutował parę miesięcy wcześniej, dramatem „Another You”. Został on też jednym z producentów wykonawczych „Morderczej wyspy”.

Powieść „Ten” Gretchen McNeil, na kanwie której nakręcono „Morderczą wyspę”, nie doczekała się jeszcze polskiego wydania, ale mam szczerą nadzieję, że kiedyś to się zmieni. Nie żebym zakochała się w omawianej produkcji, ale jestem ciekawa, jak film Chrisa Roberta prezentuje się na tle książki. „Mordercza wyspa” może być odbierana albo jako thriller, albo (ku czemu sama się skłaniam) jako horror slash. Zauważalnie niskobudżetowy, ale nie należy przez to rozumieć, że mocno trącący amatorszczyzną. Montaż pozostawia wiele do życzenia – cięcia często następują w nieodpowiednich momentach i kojarzą się z miernymi teatrami telewizyjnymi. Wyciszenie, wyciemnienie i powrót do niepotrzebnie przerwanego wątku. Ale czy na pewno te zabiegi nie miały żadnego uzasadnienia? Bo można odnieść wrażenie, że twórcy starali się dostosować do realiów telewizyjnych, albo raczej kanału Lifetime – że cięcia następowały wtedy, gdy przychodził czas na reklamy, a nie wówczas, gdy wymagała tego narracja. Praca kamer, delikatnie mówiąc, też nie jest najwyższych lotów. Ujęcia zamglonej wyspy – ponury leśny krajobraz i równie nastrojowe zdjęcia wody obmywającej jej brzegi – robią niemałe wrażenie, ale gdy w kadr wchodzą ludzie sytuacja ulega pogorszeniu. Nieumiejętne kadrowanie, źle obliczone zbliżenia i z lekka wybijające z rytmu kąty nachylenia kamer. To wszystko stanowi przeszkodę, ale myślę, że nie z gatunku tych nie do przebycia. Raz: da się do tego przyzwyczaić. Dwa: z wyżej wymienionymi felerami nie zderzamy się bez przerwy. W „Morderczej wyspie” nie brakuje fragmentów zrealizowanych w sposób przynajmniej nieutrudniający angażowania się w prezentowaną historię. Przynajmniej, bo myślę, że klimat omawianej produkcji ma szansę porwać niektórych widzów. Mnie nie zelektryzował, ale daleka jestem od ciskania gromów w tę materię „Morderczej wyspy”. Takich ponurości nie zwykłam krytykować, aczkolwiek jestem przekonana, że jesienna, złowroga aura małej wyspy, na której toczy się akcja filmu Chrisa Roberta, znacznie zyskałaby na sile, gdyby wprowadzono parę poprawek w scenariuszu. Główną bohaterką „Morderczej wyspy” jest Meg, w którą w dosyć przekonującym stylu wcieliła się China Anne McClain. Postać wręcz skrojona pod final girl – trzymająca się trochę na uboczu grupy, nieczująca się w gronie osób przebywających na feralnej wyspie tak dobrze jak pozostali, nielubiąca alkoholu i przynajmniej w teorii zawsze kierująca się rozumem, racjonalnie myśląca, tworząca dobre plany i w najwłaściwszy sposób na wszystko patrząca. Tak wynika ze słów choćby jej najlepszej przyjaciółki, borykającej się z nerwicą lękową, Minnie (niezła kreacja Cassidy Gifford), która jak to często z przyjaciółkami final girls w slasherach bywa, jest zupełnym przeciwieństwem głównej bohaterki „Morderczej wyspy”. Często poddająca się emocjom (co może być spowodowane wyłącznie jej chorobą, ale niekoniecznie tylko tym), skora do kłótni, niepozwalająca „wchodzić sobie na głowę”, jak zwykła czynić Meg, niedająca się tłamsić, chyba że za coś takiego uznać opiekę jaką roztoczyła nad nią jej najlepsza przyjaciółka. Wszystko wskazuje na to, że Minnie dobrze się z tym czuje, że wręcz łaknie tego rodzaju uwagi od Meg, ale to mogą być tylko pozory. Sama Meg natomiast okazuje się niedużo bardziej domyślna od pozostałych młodych osób przebywających na posępnej wyspie. Tak, nawet ona, ta niby nadzwyczaj dobrze rozumująca dziewczyna, potrzebuje zawstydzająco dużo czasu na właściwe odczytanie wszystkich wskazówek podrzucanych przez nie tak znowu tajemniczego mordercę. Jego tożsamość co prawda zostaje ujawniona dopiero w ostatnim „akcie”, ale wątpię, żeby znalazło się wielu widzów, którzy sami do tego nie dojdą.

(źródło: http://jbspins.blogspot.com/)
„Mordercza wyspa” w bardzo ogólnym zarysie przypomina „Wyspę strachu” Michaela Storeya (żeby była jasność: ten drugi z wymienionych filmów uważam za dużo lepszy). Mamy grupkę młodych ludzi, która utkwiła na niewielkiej wyspie z osobą, która jak wiele na to wskazuje pragnie się na nich zemścić. Film otwiera scena samobójstwa nastolatki, z którą później stopniowo będziemy zapoznawać się za pośrednictwem jej dziennika, wizualizacji jego fragmentów, w których zastosowano doprawdy kiczowaty zabieg. Otóż, wszystkie twarze poza obliczem narratorki przynajmniej do pewnego momentu są nie tyle zamazane, ile zarysowane. Wygląda to zupełnie tak, jakby jakieś dziecko białą kredką pomazało po ekranie... W każdym razie wynika z tego, że dziewczyna, która na początku filmu popełniła samobójstwo przez długi czas bezskutecznie próbowała zasymilować się w szkolnym społeczeństwie. Rozpaczliwie starała się znaleźć przyjaciół i chłopaka, ale te próby niezmiennie kończyły się dla niej dotkliwym rozczarowaniem. A ostatecznie śmiercią. To znaczy tak się wszystkim wydawało, bo sytuacja na wyspie parę miesięcy później może wskazywać na to, że odrzucona przez rówieśników dziewczyna przeżyła. A teraz dokonuje aktu zemsty na ludziach, których, słusznie czy nie, obwinia za swój ciężki los. Ci ludzie jednak z jakiegoś kompletnie nieznanego mi powodu potrzebują przesadnie dużo czasu na przyswojenie sobie tej prawdy, że na wyspie jest morderca. Mają nagranie, które bardzo wyraźnie mówi zemście, ale jeszcze większą wskazówką jest dziennik Claire (dziewczyny, która jakoby popełniła samobójstwo przed paroma miesiącami), który wpada w ręce Meg. Początkowo z nikim nie dzieli się ona informacją o tym znalezisku, ani o wyrwanych z niego kartkach, które znajduje w różnych miejscach. To ostatnie jest o tyle ważne, że treść, która owe stronice wypełnia ma wiele wspólnego z wydarzeniami na wyspie. Meg przez długi czas tego nie zauważa, a i nawet, gdy zaczyna skłaniać się ku temu, że ktoś tutaj urządził sobie polowanie na ludzi, jej uwagę bardziej zdaje się zaprzątać TJ (w tej roli Rome Flynn, który gra mocno przeciętnie, ale na takiego przystojniaka przyjemnie popatrzeć). I tutaj zaczynają się poważne schody. Owszem, jestem jedną z tych niewielu osób, które przyjmują nielogiczne zachowania bohaterów slasherów, jako dosyć istotną część ich konwencji (która w dodatku nie jest tak do końca na bakier z rzeczywistością). Co do zasady mam sporo sympatii dla tych powszechnie krytykowanych rozwiązań fabularnych, ale to ma swoje granice. Jeśli widzę nastolatków, którzy w obliczu zagrożenia raz po raz wdają się w dyskusje typu „chcę z tobą być - ja w sumie też, ale nie mogę”, to czuję się, jakby świat mi się przekrzywił. Halo ludzie – może zanim zaplanujecie sobie przyszłość, zadbajcie o to, żeby ją w ogóle mieć? Ktoś na was poluje, a wy ględzicie o swoich uczuciach. No błagam... Tylko że na początku wcale nie zakładacie, że na wyspie, może nawet w waszej wąskiej grupie, jest morderca. Dostajecie wystarczająco sygnałów, że tak właśnie jest, ale wolicie myśleć, że dziwnym zbiegiem okoliczności dwie osoby straciły życie z innych powodów. Bo jakie jest prawdopodobieństwo, że jedna z dziewcząt wchodzących w skład tej młodocianej grupki dozna śmiertelnego wypadku niedługo po tym, gdy inna odebrała sobie życie (dwa trupy w przeciągu paru godzin)? Cóż, według ich kolegów i koleżanek bardzo duże. Naiwności więc w mojej ocenie w „Morderczej wyspie” jest co niemiara. Ale z pomocą śpieszy, jakże atrakcyjne dla horroru, miejsce akcji: niewielka wyspa, w przedstawieniu której dominują szarości. Ale i sama koncepcja – a przynajmniej dla mnie, osoby, która wprost przepada za slasherami – przyciąga uwagę. Zwłoki młodych ludzi wyglądają dosyć biednie – przesadnie rozwodniona substancja robiąca za krew, którą w dodatku oszczędzano (pewnie głównym winowajcą był tutaj niski budżet) i brak większej inwencji. Chyba że za takową uznamy na przykład powieszenie, rozłupanie czaszki albo upadek z wysoka. Tak, ale mimo wszystko jakoś się to ogląda. Tę prościutką historyjkę o młodych ludziach sukcesywnie eliminowanych na ponurej wyspie przez człowieka, który kieruje się pragnieniem zemsty. Człowieka wierzącego, że w ten sposób wymierza sprawiedliwość, że wyrównuje rachunki, których nikt inny wyrównać nie zechciał. Ale czy na pewno człowieka? Bo może jest tak, jak niezbyt poważnym tonem stwierdza jedna z potencjalnych ofiar zabójcy z wyspy - może rzecz dotyczy mściwego ducha nastolatki, która przed paroma miesiącami odebrała sobie życie. Jakkolwiek by było, wyspa, na którą Chris Robert zabiera widzów trochę przypomina nawiedzone miejsca z gotyckich horrorów – cechuje ją podobna zimna ponurość. A i znaczne oddalenie od cywilizacji, ekstremalna zaciszność tego miejsca nie jest bez znaczenia. Wzmaga niebezpieczeństwo uosabiane przede wszystkim przez jednostkę, która z premedytacją zabija niezbyt lotnych młodych ludzi.

Czy fani slasherów mają w „Morderczej wyspie” Chrisa Roberta czego szukać? W pewnym sensie tak, bo pod wieloma względami to bardzo klasyczne podejście do tego podgatunku horroru. Konwencjonalizm oczywiście na niektórych zadziała odstraszająco, ale z pewnością nie na wszystkich. Nie mam wątpliwości, że niektórych miłośników tego typu rąbanek ucieszy wykorzystanie dobrze im znanych motywów. Ta radość niekoniecznie jednak będzie wielka, bo „Mordercza wyspa” moim zdaniem ponad przeciętność się nie wybija. Ale może to tylko moje zdanie. Może Wy znajdziecie w sobie więcej sympatii dla tej produkcji. Sprawdźcie, to się przekonacie. Albo nie. Ja w każdym razie nie uważam, żeby nawet dla fanów slasherów była to pozycja obowiązkowa, ale jak się nie ma niczego innego w zasięgu, to można sobie popatrzeć.

niedziela, 11 sierpnia 2019

J.D. Barker „Piąta ofiara” (#4MK)

W zamarzniętym zalewie w Chicago zostają znalezione zwłoki piętnastoletniej Elli Reynolds. Dziewczyna zaginęła przed trzema tygodniami, ale woda zamarzła parę miesięcy wcześniej. Sprawę prowadzi detektyw Sam Porter, o którym zrobiło się głośno w związku z seryjnym mordercą zwanym Zabójcą Czwartej Małpy (4MK). On i jego zespół szybko odkrywają, że zamordowana nastolatka ma na sobie ubrania należące do siedemnastoletniej Lili Davies, której zaginięcie zgłoszono przed dwoma dniami. Wszystko wskazuje na to, że w Chicago grasuje niezwykle skrupulatny seryjny morderca, obierający sobie za cel kilkunastoletnie dziewczęta. Media spekulują, że może nim być Zabójca Czwartej Małpy. Śledztwo w tej sprawie przejęło FBI po tym, jak sprawca wymknął się Porterowi. Detektyw nie sądzi, żeby za śmierć Elli i Lili odpowiadał wielokrotny zabójca, na punkcie którego ma obsesję. Sam w tajemnicy przed wszystkimi zajmuje się sprawą 4MK, narażając tym swoją policyjną karierę. Detektyw ma powody by przypuszczać, że w odnalezieniu Zabójcy Czwartej Małpy może dopomóc matka tego drugiego. Porterowi w końcu udaje się ją odnaleźć. W czasie, gdy on podąża tym tropem jego zespół koncentruje się na sprawie mężczyzny porywającego, torturującego i zabijającego młode dziewczęta, który coraz śmielej sobie poczyna.

Po raz pierwszy wydana w 2018 roku „The Fifth to Die” („Piąta ofiara”) to środkowa część literackiej trylogii autorstwa amerykańskiego pisarza J.D. Barkera, zapoczątkowanej w 2017 roku bestsellerową powieścią pt. „The Fourth Monkey” („Czwarta małpa”). Ostatni tom, „The Sixth Wicked Child”, swoją światową premierę będzie miał pod koniec sierpnia 2019 roku. Przypuszczalnie ostatni, bo istnieje możliwość, że w przyszłości Barker poszerzy rzeczony projekt. Prawa do filmowej wersji „Czwartej małpy” zostały sprzedane CBS Films, a „Piąta ofiara” była jednym z najbardziej oczekiwanych thrillerów 2018 roku w iBooks.

Rekomendowana między innymi przez nieodżałowanego Jacka Ketchuma, Josha Malermana („Nie otwieraj oczu”) i Jamesa Pattersona, z którym to J.D. Barker pracuje obecnie nad innym książkowym projektem, „Czwarta małpa” doczekała się godnej kontynuacji w postaci „Piątej ofiary”. Wielowątkowego, spisanego z poszanowaniem najdrobniejszych szczegółów, thrillera policyjnego, którego głównym bohaterem jest znany odbiorcom poprzedniego tomu, detektyw z chicagowskiego wydziału zabójstw Sam Porter. Czołowy antybohater tej dosyć długiej powieści (560 stron) też nie jest postacią nową, to jego bowiem Porter i jego zespół śledczych starali się schwytać w książce otwierającej ową trylogię. Seryjny morderca zwany Zabójcą Czwartej Małpy (w skrócie 4MK) niekoniecznie ma jakiś związek ze sprawą, którą J.D. Barker otwiera (pomijając krótki wstęp) już na początku „Piątej ofiary”. Sposób działania zabójcy piętnastoletniej Elli Reynolds znacznie różni się od modus operandi człowieka, na punkcie którego Porter ma istną obsesję. Zaginięcie w podobnych okolicznościach kolejnej nastolatki, każe śledczym sądzić, że na terenie Chicago grasuje kolejny seryjny morderca, który według nich prawdopodobnie nie ma żadnych związków z Zabójcą Czwartej Małpy. Media mają inne zdanie na ten temat, a w związku z tym i mieszkańcy miasta nabierają przekonania, że 4MK wznowił swoją morderczą działalność. Podejrzewam, że miłośnicy gatunku niejako automatycznie, wbrew przypuszczeniom policjantów zajmujących się sprawą między innymi Elli Reynolds, założą, że obie te sprawy się ze sobą łączą. Bo w tego typu opowieściach tak zwykle bywa. Barker nie zniechęca nas do podjęcia poszukiwań punktów wspólnych dwóch spraw kryminalnych skonstruowanych na kartach „Piątej ofiary”. Można wręcz odczuć, że zaprasza nas do podjęcia tego, wierzcie mi, arcytrudnego wyzwania. Gdzieś między słowami ostrzegając jednak, że może (ale nie musi) doprowadzić nas to do ślepej uliczki. Tajemniczy oprawca, który nam, ale nie bohaterom tej powieści, zostaje przedstawiony, jako mężczyzna w czarnej wełnianej czapce porywa nastoletnie dziewczęta, których ciała po jakimś czasie zostawia w niezbyt ukrytych miejscach. Właściwie to wszystko wskazuje na to, że sprawca chce, by zwłoki jego ofiar zostały szybko odnalezione. Być może dlatego, że chce się pochwalić efektami swojej odrażającej, ale i niezwykle skrupulatnej pracy. Morderca nie zostawia tak po prostu zwłok nastoletnich dziewcząt w wybranych miejscach. Nie, on poświęca dużo czasu i niemało energii na przygotowanie czegoś w rodzaju inscenizacji. Haniebnej, ale i zagadkowej – rodzącej sporo pytań. I dającej śledczym pewność, że mają do czynienia z człowiekiem, który nie boi się podejmować, najwidoczniej, niepotrzebnego ryzyka. Sprawie tej Barker pozwoli nam przyglądać się z kilku perspektyw – z punktu widzenia niektórych detektywów starających się ją rozpracować, człowieka, którego próbują schwytać oraz części jego ofiar. Nastoletnich dziewcząt przetrzymywanych przez mężczyznę w czarnej wełnianej czapce w zimnej piwnicy i poddawanych potwornym torturom. Ich męka służy czemuś, powiedzmy, większemu od zaspokajania sadystycznych skłonności porywacza. Barker w tej kwestii pozwoli nam wyprzedzić śledczych – motywację mężczyzny w czarnej wełnianej czapce poznamy długo przez nimi, ale na odkrycie jego tożsamości przyjdzie nam jeszcze poczekać. Niemniej swoje podejrzenia pewnie każdy odbiorca „Piątej ofiary” będzie miał. A pierwszym podejrzanym bez wątpienia będzie Zabójca Czwartej Małpy. Pierwszym, ale czy jedynym? Sami się przekonacie, gdy już wejdziecie w ten mroczny i mroźny świat przedstawiony. W tę praktycznie nieustannie trzymającą w niemałym napięciu, niebywale angażującą historię, tak ściśle związaną z „Czwartą małpą”, że lepiej nie ryzykować lektury „Piątej ofiary” bez znajomości jej poprzedniczki.

W „Piątej ofierze” J.D. Barker konstruuje w sumie trzy śledztwa, przy czym dwa z nich ponad wszelką wątpliwość koncentrują się na jednej osobie. Może okazać się, że mężczyzna w czarnej wełnianej czapce to tzw. Zabójca Czwartej Małpy, ale co do tego przez jakiś czas pewności mieć nie możemy. Detektyw Sam Porter początkowo będzie prowadził śledztwo w sprawie między innymi Elli Reynolds, piętnastolatki, której ciało znaleziono w zamarzniętym zalewie. Potem jednak całkowicie poświęci się sprawie, w którą od lat jest zaangażowany, przy czym od niedawna zajmuje się nią w tajemnicy nie tylko przed swoimi przełożonymi, ale również przyjaciółmi z pracy, członkami zespołu, którym Porter kieruje. I przed agentami FBI, którzy przejęli sprawę 4MK po porażce Sama. Niektórzy są zdania, że Porter pozwolił mu uciec – tak też myśli agent specjalny dowodzący zespołem oficjalnie zajmującym się Zabójcą Czwartej Małpy, ale jeden z jego podwładnych, Frank Poole, nie podziela jego podejrzeń względem Portera. Detektywa, który wbrew rozkazom swoich przełożonych prowadzi własne śledztwo tropem człowieka, który zawładnął jego myślami i snami. Czytelnik będzie prowadzony przez oba, jednocześnie wraz z zespołem Portera (z którego on sam szybko zostanie wykluczony) podążając tropem człowieka w czarnej wełnianej czapce. W życie i psychikę którego też dostanie niewielki wgląd. To samo zresztą tyczy się niektórych jego nastoletnich ofiar. A na dodatek znajdziemy tutaj fragmenty z pamiętnika Zabójcy Czwartej Małpy. Nielicha konstrukcja, prawda? Kilka śledztw, wiele perspektyw, przeogromna liczba tropów. Pytania mnożące się w zastraszającym tempie, nawarstwiające się komplikacje, zagadki, które najprawdopodobniej nawet dla najbardziej domyślnych odbiorców, osób uważających się za mistrzów dedukcji, będą niemałym wyzwaniem. Wyzwaniem, któremu nawet oni mogą nie podołać. J.D. Barker z imponującym rozmachem kreśli przemyślaną w najdrobniejszych szczegółach historię, która może i nie wynosi literackiego thrillera na dotychczas niespotykany poziom (choćby Jeffery Deaver, notabene z twórczością którego tak „Piąta ofiara”, jak „Czwarta małpa” mogą się kojarzyć, moim zdaniem już dawno osiągnął taki stopień), ale z całą pewnością jest to wyższa półka beletrystyki skoncentrowanej na śledztwach. Dojrzały, bardzo wyczerpujący, pobudzający wyobraźnię styl Barkera (uznanie należy się również Agacie Ostrowskiej, która przełożyła powieść na język polski: wydanie Czarnej Owcy z 2019 roku), jego zamiłowanie do detali, do niosących mnóstwo treści, zadowalająco rozbudowanych zdań oraz oczywiście opanowanie sztuki manipulacji czytelnikiem, to wszystko sprawia, że od „Piątej ofiary” trudno się oderwać. Tym bardziej, że pragnie się poznać odpowiedzi na wszystkie nieprzerwanie dręczące pytania wprowadzone przez autora. Wprost nie mogłam się tego doczekać, głównie dlatego, że choć bardzo się starałam nie potrafiłam zgadnąć, jakim sposobem wszystkie pozyskane przez śledczych strzępy informacji, dowody i poszlaki miałyby się ze sobą połączyć. Oczywiście obawiałam się, że Barker ponagina fakty, wspomoże się naciąganymi zbiegami okoliczności albo po prostu pominie te wcześniej poruszone motywy, dla których nie zdoła znaleźć miejsca w finale. Trochę się tego bałam, ale to bynajmniej nie osłabiało ciekawości, która z czasem tak się we mnie rozrosła, że musiałam walczyć ze straszną pokusą przedwczesnego zajrzenia na ostatnie stronice... Z tej zaciekłej walki udało mi się wyjść zwycięsko. Na szczęście, bo gdybym wtedy poległa, to moja reakcja na zakończenie „Piątej ofiary” nie byłaby tak silna. Na jedno uderzenie od dłuższego czasu byłam już przygotowana – pierwszy z trzech zwrotów akcji podanych w finalnej partii książki przewidziałam, ale dwa pozostałe były dla mnie zaskoczeniem. A ten ostatni, największy, wręcz mnie zaszokował. Normalnie mnie sparaliżowało. A potem przyszła złość. Do białej gorączki doprowadziła mnie myśl, że muszę poczekać na trzeci tom, żeby się dowiedzieć jak to wszystko się rozwinie. Bo bomby, które J.D. Barker zdetonował na koniec „Piątej ofiary” stanowią zawiązanie wątków, które obiecują więcej dramaturgii niż w „Czwartej małpie” i „Piątej ofierze” razem wziętych.

Kontynuacja bestsellerowej powieści amerykańskiego pisarza J.D. Barkera, thriller „Piąta ofiara”, tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że autor ten ma sporo do zaoferowania miłośnikom gatunku, że jest to jeden z tych współczesnych prozaików, których twórczość sympatycy literackich dreszczowców (i być może nie tylko) powinni w miarę możliwości śledzić. Druga odsłona trylogii 4MK w mojej ocenie niczym nie ustępuje swojej głośnej poprzedniczce. Właściwie to uważam, że pod paroma względami, a przede wszystkim stopniem skomplikowania i zakończeniem, wręcz ją przewyższa. Nie mam wątpliwości, że ta pozycja porwie fanów fikcyjnych opowieści o policyjnych śledztwach tropem seryjnego mordercy. W tym przypadku może nawet nie jednego. I co nie mniej ważne pozostawi ich z palącą potrzebą poznania dalszego ciągu tej historii, który oczywiście nastąpi. Czytajcie więc – ale dopiero po „Czwartej małpie”, bo to jeden z tych przypadków, w których zaburzenie chronologii może znacznie utrudnić przyswajanie fabuły.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 9 sierpnia 2019

„Istnienie” (2010)

Walcząca z demonami przeszłości kobieta przybywa do drewnianego domu na wyspie, który niegdyś należał do jej dziadków. W środku tkwi niewidzialna dla niej, milcząca istota płci męskiej. Tajemniczy intruz bacznie obserwuje nową lokatorkę, bez trudu przyzwyczajającą się do życia z dala od cywilizacji. Wkrótce dołącza do niej jej chłopak, dla którego stały mieszkaniec tego miejsca również jest niewidoczny. Na początku para cieszy się swoim towarzystwem, ale sytuacja szybko zaczyna się psuć. Stosunek kobiety do jej partnera znacznie się ochładza. Mężczyzna stara się przywrócić porozumienie pomiędzy nimi, ale ona coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że nie jest on takim człowiekiem, za jakiego dotychczas go uważała.

Amerykański horror nastrojowy zmiksowany z dramatem pt. „The Presence” („Istnienie”) to reżyserski debiut Toma Provosta, który zajmuje się również aktorstwem i montowaniem filmów. Jego kariera nie rozwija się zbyt prężnie, ale są tacy (niewielu), którzy widzą w nim niemały potencjał. A wszystko za sprawą „Istnienia”, niszowego obrazu zrealizowanego za trochę ponad dziewięćset tysięcy dolarów. Provost w jednym z wywiadów powiedział, że to jedna z tych produkcji, którą można albo kochać, albo nienawidzić. Ten miłośnik historii o duchach (do jego ulubionych filmów należą między innymi „Zemsta po latach” Petera Medaka i „Inni” Alejandro Amenabara) sam napisał scenariusz swojego debiutanckiego filmu, który wyróżnia się dosyć świeżym spojrzeniem na horror o zjawiskach nadprzyrodzonych.

Główna bezimienna bohaterka „Istnienia”, w którą w całkiem przekonującym stylu wcieliła się Mira Sorvino, to osoba po przejściach. Osoba, która przed wielu laty przeżyła ogromną traumę. Traumę, z którą jeszcze nie zdołała się uporać. I nic w tym dziwnego, zważywszy na ogrom cierpień, jakich doznała. „Istnienie” otwiera klimatyczna „podróż” kamery przez zalesioną, ponurą wyspę i jej wodne otoczenie. Skomponowana przez Conrada Pope'a muzyka towarzysząca temu wydarzeniu zrobiła na mnie największe wrażenie. Właściwie w pojedynkę wygenerowała całkiem silne napięcie, ale na tym nie koniec. „Istnienie” to jeden z tych horrorów, w których oprawa dźwiękowa jest nie mniej ważna od sfery wizualnej. Tom Provost nie ukrywa, że preferuje filmy, które rodzą silne emocje także wtedy, gdy nic szczególnego się nie dzieje. Wie, że to mogą zapewnić odpowiednia muzyka, umiejętne oświetlenie oraz zręczne ruchy kamer. I w swoim debiutanckim filmie starał się wszystko to miłośnikom horrorów zapewnić. Przyznał, że scenariusz okazał się bardziej przerażający niż efekt końcowy (całokształt produkcji), ale to nie znaczy, że jest z niego niezadowolony. Też uważam, że ekipa techniczna stanęła na wysokości zadania. Ponure zdjęcia niewielkiej wyspy, która w rzeczywistości pewnie mieni się żywymi barwami, dosyć mroczne wnętrze drewnianego domku samotnie przycupniętego w środku lasu, gęsto porastającego ten ekstremalnie zaciszny zakątek świata, wspomniana już nastrojowa ścieżka dźwiękowa i oczywiście praca kamer. Provost celowo ograniczył ilość zbliżeń – uznał, że szerokie ujęcia będą zmuszać odbiorców do rozglądania się w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące ich pytania. Od siebie dodam, że to działa bardzo pobudzająco na wyobraźnię. Przy każdym szerszym ujęciu wnętrz psychicznie przygotowywałam się na objawienie tego przeklętego Shane'a Westa. Przeklętego, bo czułam się bardzo nieswojo „w jego towarzystwie”. Nie nazwałabym tego strachem, ale na pewno udało się wytrącić mnie ze strefy komfortu. I to poczynając od sceny otwierającej akcję (tuż po czołówce, wspomnianej już szybkiej „podróży” po wyspie). Shane West wygląda zwyczajnie. Co prawda jest blady, ale w sumie nie bardziej ode mnie. Tak więc ciężko mówić tutaj o wytężonej pracy charakteryzatorów. Ich wkład w tę postać był znikomy, ale i według mnie nie był potrzebny. Tom Provost postawił na daleko idący minimalizm, który moim zdaniem tej postaci przysłużył się zdecydowanie najbardziej. Milczący, nieruchliwy mężczyzna, którego my widzimy aż nadto wyraźnie, ale bezimienna kobieta i jej również bezimienny partner nie zdają sobie sprawy z jego obecność. Ta tajemnicza istota, ten domniemany duch, nie robi niczego, co świadczyłoby o jego złych zamiarach względem tymczasowych mieszkańców drewnianego domu, w którym on tkwi nie wiadomo jak długo. Siedzi albo stoi bez ruchy, albo wolnym krokiem przechodzi z jednego pomieszczenia do drugiego, albo nagle pojawia się znikąd. Raczej nie w formie jump scenek, a przynajmniej tak tego nie zapamiętałam. Co nie oznacza, że twórcy w ogóle nie stosują tego prymitywnego zabiegu. W bodaj dwóch momentach (nagłe pogłośnienia muzyki) mocno się objawia. Zamierzonego skutku to na mnie nie wywarło (podskok, szybsze bicie serca), ale i nie drażniło. Taką reakcję wywołało we mnie co innego. Zagranie, na które spłynęło chyba najwięcej ciepłych słów od widzów. Ze wszystkich zastosowanych w „Istnieniu” motywów ten został chyba najbardziej doceniony przez odbiorców (nie wszystkich, rzecz jasna). Tom Provost działa tu wbrew oczekiwaniom osób zorientowanych w regułach, jakimi rządzą się ghost stories. Eksperymentuje z konwencją straszaków o nawiedzonych domach i jego starania, owszem, w pierwszej chwili pozytywnie mnie zaskoczyły. Ale zaraz potem, gdy emocje trochę opadły, zatęskniłam za wcześniejszym, klasycznym podejściem do horroru o zjawiskach nadprzyrodzonych.

Drewniany domek w głębi lasu na niewielkiej wyspie, pozbawiony takich dobrodziejstw cywilizacyjnych, jak prąd i toaleta (kawałek dalej jest wychodek), to istna samotnia, która nawet abstrahując od nadnaturalnej istoty bytującej w owej chacie, nie wydaje się odpowiednim miejscem dla głównej bohaterki „Istnienia”. Dom ten niegdyś należał do jej dziadków, z którymi wiążą się zarówno dobre, jak i złe wspomnienia. Złe przede wszystkim dlatego, że przypominają jej oni człowieka, który okrutnie ją skrzywdził. A dobre, bo w dzieciństwie spędzała tutaj wakacje – przeżywała tak rzadkie w tamtym okresie beztroskie chwile. W dorosłym życiu też tak naprawdę nigdy nie czuła się w pełni szczęśliwa. Nawet wtedy, gdy odnalazła „swoją drugą połówkę”. Gdy z wzajemnością pokochała mężczyznę, który wkrótce też przybędzie na tę wyspę. Przez około dwadzieścia minut w „Istnieniu” nie pada ani jedno słowo – twórcy opowiadają wówczas samymi obrazami i muzyką, co przez dosyć sporą część widzów nie zostało odebrane pozytywnie. Znaleźli się jednak i tacy, a wśród nich i ja, do których przemówiła taka forma zawiązywania akcji. Moim zdaniem to zintensyfikowało tajemniczy nastrój „Istnienia”. Tajemniczy, ale i groźny – odosobnienie, ponury krajobraz i przede wszystkim stały mieszkaniec tymczasowego lokum głównej bohaterki filmu. Ten w miarę upiorny Shane West... Przystojniak, który patrzy i patrzy, i... Przed tym aktorem postawiono najtrudniejsze zadanie (i nie jest to tylko moje zdanie, reżyser i scenarzysta tej produkcji też tak twierdzi), musiał bowiem grać samym ciałem. Głównie twarzą, co nie zawsze mu się udawało. Niektóre emocje wykwitały na jego obliczu w sposób trochę przerysowany, ale ilekroć scenariusz wymagał od niego kamiennej twarzy (czyli najczęściej) i spojrzenia, z którego bił smutek podszyty złością, w mojej ocenie radził sobie bardzo dobrze. Może i nawet wspaniale, zważywszy na napięcie, z jakim wówczas na niego patrzyłam. Podejrzliwie spoglądałam też na ludzi, którzy, nie wiedząc o tym, dzielili lokum z tą nadnaturalną postacią. Szczególnie na kobietę, ale z czasem zaczęłam też dopuszczać do siebie myśl, że mogę być w błędzie, że główna bohaterka może mieć słuszność obawiając się swojego partnera. W „Istnieniu” przenikają się dwie warstwy – nadnaturalna i psychologiczna – i tylko od nas zależy, która z nich posłuży za interpretację wydarzeń zaistniałych na pewnej wyspie. Tom Provost celowo nie dał jasnej odpowiedzi na wszystkie pytania. Zależało mu na tym, by widz mógł na własną rękę szukać wyjaśnienia, wybrać tę ścieżkę, która najbardziej mu pasuje (co nie znaczy, że... nie chcę powiedzieć, że właściwa jest tylko jedna, więc może tak: autor scenariusza ma swoją), również dlatego, że sam bardziej ceni sobie niejednoznaczne, poddające się różnym interpretacjom obrazy, od tych „podających wszystko na tacy”. Jak ja to mówię: ażeby czasem widz nie musiał myśleć. To delikatnie osłodziło mi zastosowany przez Provosta zwrot akcji. A ściślej jego następstwa, bo nie da się ukryć, że gdy scenariusz wyłamuje się z twardego schematu horroru o zjawiskach nadprzyrodzonych (co nie znaczy, że „Istnienie” bezapelacyjnie przestaje wówczas nim być – to zależy od obranej interpretacji), gdy zostaje wprowadzony nie wiem czy nowy, ale na pewno mało powszechny motyw, klimat traci na intensywności. Nie jest już tak groźnie, jak wcześniej. Ani tak tajemniczo. Oczywiście, nie robi się zupełnie niewinnie, zagrożenie nadal istnieje i co więcej jeszcze silniej emanuje z głównej bohaterki niż dotychczas, ale wcześniejsza aura jakoś bardziej do mnie przemawiała. Prawie, że hipnotyzowała, czego niestety nie mogę powiedzieć o dalszych partiach. Nie było źle, ale... Dlaczego, do diaska, nie mogło zostać tak, jak było? Ano tak, zapomniałam, że ludzie szukają nowych rozwiązań fabularnych, że łakną oryginalności i wręcz brzydzą się konwencjonalnością... No nie, żartuję. Nadal istnieją widzowie (i nie jest ich znowu tak mało), którzy wolą klasyczne straszaki o nawiedzonych domach od... Aaa, nie powiem. Aha, scena z wychodkiem wręcz mistrzowska. Co za klimat!

Jeśli jesteś fanem kameralnych, niskobudżetowych, klimatycznych horrorów o zjawiskach nadprzyrodzonych, to chyba powinieneś/powinnaś zerknąć na reżyserski debiut Toma Provosta pt. „The Presence” („Istnienie”). Tym bardziej, jeśli przepadasz za opowieściami z dreszczykiem rozgrywającymi się na niewielkich wyspach, szukasz jakiejś świeżości w horrorze i nie masz nic przeciwko podawaniu go z dramatem, czy filmem psychologicznym. Może i nie będziesz zachwycony/zachwycona, ale to właśnie Ty moim zdaniem masz największą szansę przynajmniej bezboleśnie spędzić przy tym czas. Co najmniej, bo na mnie (i nie jestem jedyna) już sam klimat tej produkcji zrobił niemałe wrażenie. Fabuła też nie była najgorsza, ale znacznie zyskałaby w moich oczach, gdyby nie silono się na oryginalność w dalszej części filmu. Gdyby cały ten obraz był tak konwencjonalny, jak jego pierwsza partia. Ale efekt i tak okazał się dla mnie zaskakująco dobry. Nie spodziewałam się tak klimatycznego straszaka zasiadając do seansu „Istnienia”. I na tyle interesującego, choć fani dynamicznych i/lub efekciarskich horrorów prawdopodobnie będą walczyć z sennością. Jeśli już na starcie się nie poddadzą...

czwartek, 8 sierpnia 2019

„Brightburn: Syn ciemności” (2019)

Nieopodal farmy Tori i Kyle'a Breyerów ląduje statek kosmiczny z małym chłopcem na pokładzie. Od dawna bezskutecznie starające się o dziecko małżeństwo Breyerów nadaje mu imię Brandon, otacza troskliwą opieką i wychowuje jak własne. Dwanaście lat później układny dotychczas chłopiec zaczyna się zmieniać. Brandon odkrywa w sobie niezwykłe moce, które pod wpływem tajemniczego głosu słyszalnego tylko dla niego, wykorzystuje do czynienia zła. Tori i Kyle nie zdają sobie sprawy z ogromu zmian, jakie w ostatnim czasie zaszły w Brandonie, a jego wciąż pogarszające się zachowanie tłumaczą sobie procesem dorastania. W tym czasie ich dwunastoletni syn wytrwale realizuje niecny plan powstały z inspiracji jakiejś wyższej siły. Starając się przy tym, by jego mroczne sekrety nie wyszły na jaw. A wszystko to wymaga ofiar w ludziach.

Szeroko reklamowany i dystrybuowany amerykański horror science fiction, „Brightburn: Syn ciemności”, został wyreżyserowany przez człowieka, który wcześniej stworzył tylko jeden pełnometrażowy film, notabene również horror science fiction, zatytułowany „The Hive” (2014) – Davida Yarovesky'ego. Scenariusz napisali kuzyni Brian i Mark Gunnowie, a budżet produkcji oszacowano na sześć do siedmiu milionów dolarów. Dotychczasowe wpływy z całego świata przekroczyły trzydzieści milionów dolarów. Już tuż po rozpoczęciu dystrybucji kinowej (w maju 2019 roku) mówiono, że w przypadku sukcesu kasowego dopuszcza się możliwość nakręcenia kontynuacji „Brightburn”. Przy takim przychodzie jest więc bardzo prawdopodobne, że drugi pełnometrażowy film Davida Yarovesky'ego doczeka się przynajmniej jednego sequela.

Zły Superman albo Ultraman – tak przez wielu widzów jest nazywany Brandon Breyer, dwunastoletni chłopiec obdarzony supermocami, który w okresie niemowlęcym przybył na Ziemię nie wiadomo skąd i został zaadoptowany przez mieszkających na farmie Tori i Kyle'a Breyerów. Twórcy nie ukrywają, że wzorowali się na Clarku Kencie, jednym z najpopularniejszych komiksowych (i nie tylko) bohaterów. Koncepcja niewątpliwie była taka: weźmiemy konkretnego superbohatera i przerobimy go na superantybohatera. Damy mu dwanaście lat i efektowną czerwoną kominiarkę, zamiast błękitnego obcisłego stroju z bielizną na wierzchu, z którego to nasz materiał źródłowy (Superman) słynie. Historię naszego chłopca natomiast włożymy w ramy horroru, który to gatunek wprawdzie obfituje w mordercze dzieciaki, ale ze świecą można tam szukać takiego obdarzonego mocami komiksowego herosa. Gdy po raz pierwszy usłyszałam o „Brightburn: Synu ciemności”, pomyślałam: jedna wielka głupota. A potem narodziła się ciekawość. Bo w końcu nieczęsto (jeśli w ogóle, bo ja nie przypominam sobie, bym coś w ten deseń oglądała) trafia się okazja zobaczenia horroru o superantybohaterze. W tegoż wcielił się Jackson A. Dunn, który wzbudził ogólny zachwyt na etapie castingów (tak jak pozostałe dzieci starające się o rolę Brandona, podesłał nagranie ze swoim występem) i w mojej ocenie wybór okazał się trafiony. Ten młodociany aktor ma w sobie swoistą lekkość wyrazu – odnosi się wrażenie, jakby nie wkładał w swoją kreację absolutnie żadnego wysiłku, co jest tym istotniejsze, że postać, w którą z taką naturalnością się wcielił stoi w centralnym punkcie owej opowieści. Tak naprawdę wszystko kręci się wokół Brandona Breyera, chociaż o nim samym wiemy boleśnie mało. Problem moim zdaniem nie tkwi w fikcyjnej kosmologii: genealogii czarnego charakteru, okolicznościach w jakich trafił na Ziemię etc. To akurat uznaję za dobre posunięcie. W myśl zasady: boimy się tego, czego nie znamy. Nie sądzę jednak, żeby „ludzkie oblicze” Brandona zostało wykreślone zgodnie z tą zasadą. Głębsze wejrzenie w jego psychikę i szerszy portret jego egzystencji na Ziemi, z pewnością nie wyjałowiłyby „Brightburn” z tajemnicy generowanej przez jego pochodzenie (bo już niekoniecznie przez jego przeznaczenie). I jestem przekonana, że scenarzyści byli tego świadomi. Wyglądało mi to raczej tak, jakby nie potrafili nadać stosownej głębi ani Brandonowi, ani żadnej innej postaci stworzonej na potrzeby tego filmu. Elizabeth Banks i David Denman, jako Tori i Kyle Breyerowie, małżeństwo, które przed dwunastoma laty przygarnęło niemowlę, które dosłownie i w przenośni spadło im z nieba, w mojej ocenie zagrali bezbłędnie. Problem tylko w tym, że za bardzo nie mieli co grać. To samo Matt Jones i Meredith Hagner, w rolach wujostwa Brandona, Noaha i Merilee McNichol oraz Emmie Hunter, jako Caitlyn, znajoma Brandona ze szkoły. I wszystkie pozostałe osoby przewijające się w tej produkcji. Wszyscy są tak płytcy, jak można się tego spodziewać po mainstreamowym horrorze. A trzeba tu zaznaczyć, że pomysł na tę historię wprowadzał niemałe możliwości w kwestii postaci – można było na tym fundamencie postawić naprawdę wyróżniające się, a przynajmniej dokładniej wykreślone, zróżnicowane charakterologicznie jednostki. A nade wszystko można było stworzyć mocno wbijającego się w pamięć antybohatera. Takiego, który to miałby do zaoferowania wiele więcej niż wysyłanie śmiercionośnych promieni z oczu (ależ kiczowate CGI) i przemieszczanie się w powietrzu w tak szybkim tempie, że dostrzega się co najwyżej rozmazaną czarną plamę. Co mianowicie? Otóż, osobowość. Charakter Brandona Breyera okazuje się bowiem straszliwie nijaki. Nie dowiedziałam się o nim nic ponad to, że został przygarnięty przez małżeństwo mieszkające na farmie, które przedtem bezskutecznie starało się o własne dziecko, że jest bardzo inteligentny, i że przed osiągnięciem dwunastego roku życia nie sprawiał swoim przybranym rodzicom, których kocha z wzajemnością, żadnych problemów wychowawczych. A po osiągnięciu wspomnianego wieku wiadomo: zamienia się w mordercę władającego niezwykłymi mocami, w którym nie ostało się wiele szacunku dla osób, które dały mu dom i pokochały jak rodzonego syna. Co nie znaczy, że Brandonowi całkowicie przestało na nich zależeć. Gdyby tak było, to nie starałby się ukryć przed nimi swojego drugiego, mrocznego oblicza...

David Yarovesky przyznał, że jest wielkim miłośnikiem efektów specjalnych i to widać w „Brightburn: Synu ciemności”. Ale nie wszystkie tego rodzaju dodatki mają taką jakość, jak nadmienione już bajkowe pomarańczowe promienie posyłane przez dwunastoletniego Brandona Breyera w kierunku wybranych ludzkich celów. I jak wszystkie demolki, które ów potężny dzieciak czyni w niewielkim miasteczku, do którego przybył niedługo po swoich narodzinach gdzieś tam we wszechświecie. Sekwencje okaleczeń i śmierci bohaterów wypadają w miarę wiarygodnie, a nawet odważnie, jeśli weźmie się pod uwagę to, czym zazwyczaj raczą nas współczesne rąbanki szczycące się szeroką dystrybucją kinową. Scenka z okiem dla mnie z tego wszystkiego była najbardziej nieprzyjemna – czyli najlepsza – ale akcja z odpadającą szczęką też pewnie trochę posiedzi w mojej pamięci. Pozostałe sprowadzają się praktycznie do szybkich migawek i według mnie są nieporównanie mniej pomysłowe. Ale dobrze, że w ogóle są. To znaczy dobrze dla fanów umiarkowanie krwawych filmów. A co z pozostałymi? Otóż, sama koncepcja, a dla niektórych pewnie i efekciarskie wykonanie, warstwy fantastycznej – całego tego a la komiksowego uniwersum, motywów skoncentrowanych na młodocianym superantybohaterze – może być nie lada przygodą dla wielbicieli tego typu historii. Bo najwyraźniej, abstrahując od pieniędzy, głównie z myślą o nich kręcono „Brightburn”. Fani horrorów dostali natomiast wstawki gore, mnóstwo jump scenek i niezbyt efektywne próby budowania napięcia w momentach poprzedzających ataki zamaskowanego dwunastolatka. Klimat zdefiniowanego zagrożenia w małomiasteczkowych realiach został w miarę dobrze zachowany. Nie do końca, bo owo arcypoważne niebezpieczeństwo nie generuje miażdżącego napięcia. Ale horror ten przynajmniej nie cierpi na poważny deficyt mroku i przesyt plastiku, czego nauczona doświadczeniem zawsze spodziewam się po nowszych filmach grozy głównego nurtu. Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że mimo tych wszystkich, z subiektywnego punktu widzenia, przywar, mniej i bardziej poważnych mankamentów, w jakimś stopniu dałam się wciągnąć w tę rozgrywkę. W nierówny pojedynek pochodzącego z nieznanej planety morderczego dzieciaka z gatunkiem ludzkim. Albo inaczej: z niektórymi jego przedstawicielami, bo przecież nie wszystko naraz... W tę wychodzącą z dosyć oryginalnego pomysłu (jeśli chodzi o horror), ale w gruncie rzeczy płytką i efekciarką opowieść o superantybohaterze ewidentnie inspirowanym Supermanem, który na szczęście nie paraduje w rajtuzach. Ma jednak maskę. I to niezłą. Powiedziałabym nawet, że odrobinę upiorną. I elektryzujące spojrzenie – najczęściej groźne, deprymujące, ale czasami przeraźliwie smutne. Czy w takim razie da się Brandonowi Breyerowi współczuć? Żywić do niego nie tylko niechęć, nienawiść, ale i mieć dla niego trochę litości. W jednej scenie na pewno tak. Ale obawiam się, że to jednorazowy incydent. Bo do budowy tej (i nie tylko tej) postaci scenarzyści niestety wykorzystali doprawdy niewiele cegiełek. Poszli po linii najmniejszego oporu, ale może zostanie to naprawione w drugiej części. Takowa bowiem moim zdaniem prędzej czy później (raczej prędzej) na pewno powstanie. Przypuszczam wręcz, że na jednym sequelu „Brightburn” się nie skończy. Bo niemądrze byłoby porzucać tak dochodowy projekt, prawda?

Nastawiłam się na coś gorszego. Multum jump scenek, sporo efektów specjalnych i bardzo dynamiczny rozwój akcji – założyłam, że tak to będzie wyglądać i nie mogę powiedzieć, że się pomyliłam. Drugi pełnometrażowy film Davida Yarovesky'ego, „Brightburn: Syn ciemności”, wszystko to posiada... i tak naprawdę niewiele więcej. A mimo to do pewnego stopnia się w owo widowisko wciągnęłam. W tę nieskomplikowaną, acz tchnącą pewną świeżością (w ramach horroru), historyjkę. Rąbankę o dzieciaku obdarzonym supermocami, których nie powstydziłby się żaden komiksowy heros. Myślę, że można było wycisnąć z tej koncepcji nieporównanie więcej, że z tego pomysłu paradoksalnie (bo superantybohater?) mógł się wykluć naprawdę wspaniały horror science fiction. Ale jest znośnie, da się to bez większych cierpień obejrzeć, nawet jeśli nie przepada się za efekciarskimi filmami grozy, których akcja pędzi na złamanie karku. Wiem to, bo sama wolę zgoła odwrotne podejście do filmowego horroru, a bez większego trudu przez to przeszłam. To prawda, że bez nieprzyjemności się nie obyło, ale bywało dużo gorzej. Nie tylko nie wyszłam z siebie i nie stanęłam obok, ale nawet, jakkolwiek nieodpowiednio to zabrzmi w przypadku filmu o morderczym dziecku, stosunkowo nieźle się bawiłam.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...