piątek, 27 marca 2020

Herbert George Wells „Niewidzialny człowiek”


Do gospody „Pod Dyliżansem” w angielskiej wsi Iping przybywa tajemniczy mężczyzna z obandażowaną twarzą. Wynajmuje pokój, nie wdając się z nikim w dłuższe rozmowy. Większość czasu spędza w zamknięciu, unikając wszelkiego towarzystwa, potęgując tym i tak już niemałe zaciekawienie gospodarzy i ich znajomych, którzy nie ustają w próbach wywiedzenia się czegoś. Ich wścibstwo coraz bardziej wyprowadza nieznajomego z równowagi, a jego złość powoli przeradza się w agresję względem zakłócających jego spokój nieproszonych gości. Ludzi pragnących dowiedzieć się dlaczego tak wygląda i jakiej to dokładnie pracy oddaje się w czterech ścianach wynajmowanej izby. Prawda przechodzi ich najśmielsze wyobrażenia. Wkrótce okazuje się bowiem, że tajemniczy przybysz jest niewidzialny.

Pierwotnie wydana w 1897 roku minipowieść „The Invisible Man” (pol. „Niewidzialny człowiek”) to jedno z najpopularniejszych (obok „Wojny światów”, „Wehikułu czasu” i „Wyspy doktora Moreau”) dzieł autorstwa angielskiego pisarza Herberta George'a Wellsa, nazywanego jednym z ojców science fiction i swego rodzaju prorokiem. Jego wizje często wybiegały w przyszłość – w bogatej twórczości H.G. Wellsa bez trudu można znaleźć technologiczne i naukowe echa następnych epok. Naszej teraźniejszości. Samoloty, telewizja, podróże kosmiczne, broń jądrowa, a nawet Internet – wielu jest przekonanych, że Wells wszystko to przewidział. „Niewidzialny człowiek” powstał z inspiracji balladą sir Williama Schwencka Gilberta pt. „The Perils of Invisibility” oraz filozoficzno-politycznym dziełem Platona zatytułowanym „Politeia” (pol. „Państwo”). Najpierw było opowiadanie, któremu Wells nadał nazwę „The Man at the Coach and Horses”, ale jako że nie był z niego zadowolony, zdecydował się rzecz rozbudować – zamienić w powieść, którą ostatecznie nazwał „The Invisible Man”.

Pierwsza filmowa wersja „Niewidzialnego człowieka” ukazała się w 1933 roku – amerykański obraz pod tym samym tytułem w reżyserii Jamesa Whale'a – a obecnie mamy już całe mnóstwo mniej (np. głośne „Człowiek widmo” Paula Verhoevena i „Niewidzialny człowiek” Leigh Whannella) i bardziej wiernych oryginałowi filmów zainspirowanych tym ponadczasowych dziełem nieśmiertelnego H.G. Wellsa, które swoją drogą doczekało się również swoich komiksowych odpowiedników. Dziś ten XIX-wieczny utwór może wydawać się już nieco przebrzmiały. Z punktu widzenia współczesnego czytelnika konstrukcja fabularna „Niewidzialnego człowieka” może okazać się zanadto uproszczona i dość naiwna, dialogi pompatyczne, a sposób snucia opowieści z lekka toporny. I jeszcze to archaiczne słownictwo... Staranne wydanie Zysk i S-ka z 2020 roku, w twardej oprawie i w tłumaczeniu Eugenii Żmijewskiej, z mroczną grafiką Anny M. Damasiewicz na froncie, zostało wypuszczone z okazji wejścia na ekrany kin psychologicznego thrillera science fiction Leigh Whannella, bardzo luźno opartego na rzeczonej minipowieści Wellsa. Jestem przekonana, że już sama jakość owej edycji skusi niejednego czytelnika spragnionego mocniejszych wrażeń. To dobrze, bo literaturę legendarnego Herberta George'a Wellsa warto znać, ale z drugiej strony, jeśli nie ma się zamiłowania do archaicznych form, to obawiam się, że „Niewidzialny człowiek” może okazać się przeprawą nader męczącą. Nie jestem pewna, czy utwór ten jest najlepszym wyborem „na pierwszy raz z Wellsem”, ale podejrzewam też, że część dzisiejszych czytelników dzięki niemu poczuje przymus zapoznania się z innymi wiekopomnymi dziełami tego angielskiego mistrza literatury science fiction, który notabene nie gardził też innymi gatunkami. Ale kojarzony jest głównie z fantastyką naukową, którą to wzniósł na inny poziom, nadal chętnie eksplorowany przez wszelkiej maści artystów. W „Niewidzialny człowieku” potężna groźba unaocznia się już na pierwszych stronicach, pod postacią nieznajomego jegomościa z obandażowaną twarzą. Jego głowę zdobi pilśniowy kapelusz, na dłoniach ma ciepłe rękawiczki, a w ręku dzierży kuferek. Człowiek ten wstępuje w skromne progi przybytku prowadzonego przez państwo Hall, w angielskiej wsi Iping. Do gospody „Pod Dyliżansem”, gdzie niezwłocznie wynajmuje pokój. Pojawianie się tak nietypowo prezentującego się, a przy tym małomównego, gościa, rodzi ciekawość przedstawicieli tej prostej społeczności. Co mu się przydarzyło? Cóż takiego porabia za zamkniętymi drzwiami wynajętego pokoju? Skąd przybywa i w jakim celu? I wreszcie, kim jest ten gburowaty egzotyk? Bandaże sugerują jakiegoś rodzaju okaleczenie twarzy, a przedmioty, które gromadzi w swojej tymczasowej izbie wskazują na to, że prowadzi jakieś badania naukowe. Albo jest poszukiwanym przez policję przestępcą, który w zaciszu pokoju w gospodzie „Pod Dyliżansem” poświęca się czemuś sprzecznemu z prawem. Wells, swoim zwyczajem, w „Niewidzialnym człowieku” wystawia krytyczną diagnozę, tym razem niewielkiemu społeczeństwu. Ci mieszkańcy wsi Iping, których wręcz rozpala zaciekawienie przybyszem z zasłoniętym obliczem, to ten typ osób, który chyba nigdy nie wyginie. To znaczy pani Hall i jej znajomi posiadają cechy, które nadal nad wyraz uwidaczniają się we wszelkich skupiskach ludzkich. Silniej w mniejszych, ale i w wielkich aglomeracjach wścibstwa i zamiłowania do rozsiewania przeróżnych plotek nie brakuje. Ludzie są z natury ciekawi. A jak wiadomo, ciekawość to pierwszy stopień do piekła, co dobitnie udowadnia H.G. Wells w swojej krótkiej powieści, która weszła do kanonu żelaznych klasyków literatury science fiction. Autor „Niewidzialnego człowieka” czyni to w dość prześmiewczy sposób. Wydaje się, ze celowo przerysowuje niektóre postaci, wyolbrzymia ich wady, aby wydźwięk z całą mocą dotarł do odbiorcy; bawiąc go i jednocześnie ucząc. Nie wpychaj nosa w nie swoje sprawy, bo może się to dla ciebie źle skończyć. Obandażowany przybysz, tak w słowach, jak w czynach, stara się przekazać tę cenną naukę nagabywającym go mieszkańcom Iping. Ale ciekawość jest oczywiście silniejsza od obowiązku poszanowania prywatności bliźnich. Co prawda mam przekonanie, że Wells nie miał tutaj na myśli aktualnie panującej mody, rozprzestrzeniającej się głównie na portalach społecznościowych, ale obserwując natarczywe próby podejrzenia pustelniczego życia nieznajomego gościa „Pod Dyliżansem” podejmowane przez paru mieszkańców Iping, wprost nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z wchodzeniem z butami w życie innych poprzez Internet. Różnica jest tylko taka, że „internetowi celebryci” takiej uwagi łakną. Sami w ten sposób chętnie obnażają się w Sieci, podczas gdy tajemniczy jegomość na początku omawianej książki lokujący się w gospodzie „Pod Dyliżansem”, zazdrośnie strzeże swojej prywatności. To klasyczny burzyciel, a i owszem, ale moim zdaniem odznacza się też o niebo przytomniejszą ostrożnością od nas, „dobrowolnych ofiar technologicznego rozkwitu”.

Utwór science fiction, satyra społeczno-obyczajowa, ale i minipowieść grozy. „Niewidzialny człowiek” Herberta George'a Wellsa jest tym wszystkim, choć powiedziałabym, że proporcje są raczej nierówne. Elementów horroru i thrillera w burzliwych dziejach tytułowego czarnego charakteru nie odnalazłam wiele, ale chwilami Wells niewątpliwie wprowadzał aury charakterystyczną dla tych gatunków. Trochę przynajmniej pozornej nadnaturalności i więcej śmiertelnego, zdefiniowanego, niebezpieczeństwa, które zdaje się wisieć nad każdy, kto z premedytacją bądź tylko przypadkowo wkroczył w osobistą przestrzeń Niewidzialnego Człowieka. Genialnego, ale i demonicznego naukowca, który troszczy się jedynie o własne dobro. I marzy o władzy absolutnej. Jak na rasowego megalomana przystało, człowiek ów nie ma wątpliwości, że niepodzielna władza nad państwem, a może nawet światem, należy mu się zdecydowanie bardziej niż innym. Bo jest wyjątkowy – jedyny taki egzemplarz na całym globie. I tu ma rację, bo nigdzie indziej nie znajdziemy drugiego Niewidzialnego Człowieka. Ale dlaczego ma to dawać komuś prawo do objęcia niepodzielnych rządów? Rządów terroru, na dodatek, bo ten oto Wellsowski pretendent do tronu, wcale nie ukrywa, że właśnie zamordyzm ma zamiar wprowadzić. Bo szczerze nienawidzi ludzkości, bo to prawdopodobnie będzie łechtać jego rozbuchane ego, bo tkwi w nim silny apetyt na przemoc i... bo po prostu może. Może swobodnie terroryzować ten przebrzydły gatunek, którym według niego jest ludzkość. Przekonana o swojej wysokiej inteligencji, a w istocie nader prymitywna. Z wyjątkiem tytułowego antybohatera omawianej klasycznej historii „ze stajni” jednego z najwybitniejszych twórców literatury science fiction. Takie zdanie o sobie ma Niewidzialny Człowiek, choć trzeba dodać, że ma świadomość, że istnieją na świecie osoby, którym niezbyt daleko do jego intelektu. Ludzie uczeni, tak jak on, ale już niemogący pochwalić się tak zdumiewającymi wynikami swoich badań, jak efekt jego długoletniej pracy. Tak naprawdę zatruty owoc jego uciążliwych starań. Wynalazek tytułowego jegomościa w pewnym sensie jest katalizatorem jego mrocznej natury. Znacznie wzmaga jego wady – egoizm, narcyzm, brak empatii i marzenia o wielkości, zawsze w nim były, ale gdy stał się niewidzialny dla oka każdego żyjącego stworzenia, z sobą włącznie, to zaczął stanowić realne zagrożenie dla ogółu społeczeństwa. Nie tylko jednostek, jak to miało miejsce przedtem. Bo jak to często z uczonymi pionierami w science fiction bywa, ów geniusz, postanowił wykorzystać unikalny owoc swojej pracy do niecnych celów. W sposób, który niósłby korzyść tylko jemu. Nie trzeba chyba dodawać, że Wells stworzył antybohatera praktycznie nieśmiertelnego – tak nośny czarny charakter, że nawet teraz, przeszło sto lat później, jest mile widzianym gościem w różnej maści artystycznym wizjach. Niewidzialny Człowiek to marka sama w sobie – gość, który prawdopodobnie nigdy nie umrze, bo sztuka od zarania dziejów dopomina się takich, bądź co bądź, złożonych postaci, które łatwo ulegają modyfikacjom. Tak, Niewidzialny Człowiek jest niczym glina, która we wprawnych artystycznych rękach może zyskiwać formę atrakcyjną dla każdego kolejnego pokolenia. Ale czy prototyp może intrygować, a przy tym rodzić obawę porównywalną do tej, co jego nowsze wydania? To zależy. Głównie od tego, jaki poziom tolerancji, jeśli już nie sympatii, mamy dla przestarzałej już stylowości od dawna nieżyjących już pisarzy. Bo jak by na to nie patrzeć, pierwsza opowieść o Niewidzialnym Człowieku, warsztatowo trochę na aktualności straciła. Teraz już raczej się tak nie pisze, a na pewno nie zazwyczaj. I wielka szkoda, bo przecież wciąż nie brakuje czytelników, którzy nie tylko z łatwością wchodzą do literackich światów przedstawionych przed wiekami, ale i wręcz rozpływają się w tych pod wieloma względami magicznych klimatach. I na dodatek odnajdują w niejednym takim sędziwym dziele echa współczesności. A „Niewidzialny człowiek” bez wątpienia jest jednym z nich – jednym z utworów niby przestarzałych, a przecież tak zdumiewająco, dręcząco wręcz aktualnych. Nostradamus przy Herbercie George'u Wellsie może się schować.

Ciekawe, ile ostało się długoletnich miłośników literatury science fiction, ale i epickich utworów grozy, którzy „Niewidzialnego człowieka” Herberta George'a Wellsa mają dopiero przed sobą. Podejrzewam, że niewielu, że jestem jedną z nielicznych osób, która dopiero teraz tę minipowieść „połknęła”. Fundamentalne zaniedbanie? Może. Sami to rozsądźcie, Wy wszyscy, którzy już dawno temu zapałaliście trwałą miłością do tego ogromnie zasłużonego dzieła. Tak, „Niewidzialny człowiek” to pozycja absolutnie obowiązkowa nie tylko dla koneserów klasycznej prozy, ale i w sumie każdego szanującego się wielbiciela fantastyki naukowej, horroru, thrillera, ale i satyry społeczno-obyczajowej. I poszukiwaczy proroczy wizji, które już można z łatwością dodatnio (przynajmniej po części) zweryfikować. Nie wszyscy oni oryginałem „Niewidzialnego człowieka” się zachłysną, a część z nich prawdopodobnie będzie miała pewne problemy z dobrnięciem do końca. A bo archaiczny warsztat... Ale tak czy inaczej znać trzeba, więc proszę postarajcie się, też Wy wszyscy, którzy za dawnymi formami literackimi generalnie nie przepadacie. Bo mimo wszystko zakładam, że są wśród Was też takie osoby, które pomimo niesłabnącej sławy tego tytułu (w wydaniu książkowym), jeszcze szansy mu nie dali.
 
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 25 marca 2020

Maria Adolfsson „Doggerland. Podstęp”


Wyspy Doggerlandzkie. Komisarz Karen Eiken Hornby po hucznie obchodzonym w tych rejonach święcie, budzi się w hotelu u boku swojego niesympatycznego szefa, naczelnika wydziału kryminalnego Jounasa Smeeda. Zawstydzona wymyka się z budynku, a kilka godzin później dostaje sprawę zabójstwa. Ofiarą jest była żona Jounasa, Susanne Smeed. Kobieta zginęła we własnym domu położonym we wsi Langevik, w której mieszka też Karen. Do czasu oczyszczenia byłego męża Susanne z zarzutów, komisarz Hornby ma tymczasowo pełnić obowiązki Jounasa. O ile jest niewinny. Karen, tak jak jej koledzy śledczy, nie wierzy, że szef jest zabójcą, ale musi to jeszcze udowodnić. A niektóre dowody wskazują, że może być w to zamieszany. Rozwiązanie zagadki może też tkwić w przeszłości. Na początku lat siedemdziesiątych w Doggerlandzie funkcjonowała niewielka hippisowska komuna, założona przez rodziców Susanne Smeed, która nadal jest jednym z ulubionych tematów stałych bywalców obleganego pubu w Langevik.

Urodzona i mieszkająca w Szwecji Maria Adolfsson, zanim została pisarką, pełniła funkcję rzeczniczki prasowej organizacji Storstockholms Lokaltrafik (SL). Jej pierwsza powieść, „...alla för en”, ukazała się w 2008 roku, ale mały zwrot w jej karierze nastąpił dopiero w 2018 roku, po premierze jej drugiej książki, pierwszej części kryminalnego cyklu osadzonego na fikcyjnych Wyspach Doggerlandzkich pt. „Felsteg” (pol. „Podstęp”). Rok później pojawił się drugi tom, „Stormvarning”, a w 2020 roku swoją premierę miała część trzecia zatytułowana „Mellan djävulen och havet”. Trylogią najprawdopodobniej „Doggerland” nie pozostanie, Adolfsson bowiem już zdradziła, że ma pomysł na czwartą odsłonę tej serii. Więcej nawet: dała do zrozumienia swoim czytelnikom, że i na tym poprzestać nie zamierza. Prawdopodobnie będzie dalej rozbudowywać swój wymyślony światek, w którego centrum postawiła komisarz doggerlandzkiego wydziału kryminalnego, Karen Eiken Hornby. Starszą kobietę z iście traumatyczną przeszłością.

Wyspy Doggerlandzkie – miejsce istniejące jedynie na kartach powieści Marii Adolfsson, nader nieśmiało wschodzącej gwiazdy skandynawskiego kryminału. Autorka „Podstępu” nie dorobiła się jeszcze ogromnej rzeszy wiernych czytelników, choć zdecydowana większość z tych osób, które dały szansę jej twórczości, bynajmniej tego nie pożałowała. Polskie wydanie pierwszej części cyklu „Doggerland” ukazało się w 2020 roku, dwa lata po światowej premierze rzeczonej pozycji, nakładem wydawnictwa W.A.B., w szybkim tempie dorabiając się grupki czytelników aspirujących do stania się częstymi bywalcami fikcyjnych wysp usytuowanych pomiędzy Skandynawią i Wielką Brytanią. Tym, co moim zdaniem, przede wszystkim wyróżnia tę powieść, to nie tak znowu częste w tym gatunku, zamiłowanie jej autorki do detali. Wyspy Doggerlandzkie zostały opisane tak szczegółowo, że aż nie chce się wierzyć, że to zupełnie fikcyjne miejsce. Zimne, niezbyt zróżnicowane krajobrazy ziem obmywanych morskimi falami, które stanowią pewną barierę przed resztą świata. Oddzielają doggerlandzką społeczność od gwaru bardziej rozwiniętych państw leżących nieopodal. I do których najczęściej uciekają młodzi, bo Wyspy Doggerlandzkie, naturalnie, nie oferują takich perspektyw jak na przykład Londyn, czy Sztokholm. Główna bohaterka omawianej powieści, komisarz Karen Eiken Hornby, też była jedną z nich – osób, które opuściły Doggerland w poszukiwaniu lepszego życia. Ale po kilku latach wróciła. Mocno poturbowana, można wręcz powiedzieć, że w kawałkach, bo to, co przeżyła w Wielkiej Brytanii na trwałe odcisnęło się na jej psychice. Co absolutnie zrozumiałe, Karen po dziś dzień z bólem wspomina swoje dawne życie. Wspomina je na Wyspach Doggerlandzkich, gdzie się urodziła i wychowała, i gdzie powróciła po tragicznym zakończeniu szczęśliwego bytu w Anglii. I rozpoczęła pracę w policji. Po jakimś czasie dostała się do wydziału kryminalnego. Na pewnym etapie swojej kariery zawalczyła o stanowisko naczelnika, ale przegrała z Jounasem Smeedem. Członkiem majętnej rodziny, który, jak wielu jego kolegów po fachu, znajduje przyjemność w deprecjonowaniu żeńskiej części wydziału kryminalnego. Jounas jest po trosze mizoginem, a na pewno zwolennikiem patriarchatu. Za jego rządów i jego przełożonego, w doggerlandzkim wydziale kryminalnym, Karen Eiken Hornby i jej koleżanki praktycznie codziennie są obrzucane szowinistycznymi odzywkami, które ich koledzy uważają za zabawne i jak najbardziej uzasadnione. Nie wszyscy mężczyźni podlegający Smeedowi są zadowoleni z takiego sposobu rządzenia, nie wszyscy policjanci z Doggerlandu dowartościowują się poprzez wyzłośliwianie się na swoich koleżankach po fachu. Ale większość chętnie wykorzystuje uprzywilejowaną pozycję nadaną im przez naczelnika, ale i jego bezpośredniego przełożonego. Zaskakuje więc to, że jedna z ofiar owych prześladowań usankcjonowanych przez Jounasa Smeeda, komisarz Karen Eiken Hornby, spędziła ostatnią noc z tym znienawidzonym mężczyzną. Noc, po której doszło do brutalnego morderstwa jego byłej żony, Susanne. Przygodny kochanek i zarazem szef Karen, stał się więc pierwszym podejrzanym. Siłą rzeczy, ale śledczy, włącznie z główną bohaterką książki, wątpią w jego winę. Karen nie tylko prowadzi to śledztwo, ale także tymczasowo pełni obowiązki Jounasa, starając się przy tym utrzymać w tajemnicy fakt, że była jedną z ostatnich osób, które widziały Smeeda zanim doszło do zabójstwa Susanne. Kobieta została zamordowana niedługo po tym, jak zawstydzona Karen opuściła hotel, w którym wciąż spał jej ostatni kochanek. Wprawdzie nietrzeźwość (alkohol, jaki Karen wlała w siebie ostatniego wieczora) jest jakimś usprawiedliwieniem, ale nawet ona nie może nadziwić się temu, że aż tak się zapomniała. Bo jak by na to nie patrzeć, Jounas jest ostatnią osobą, z którą chciałaby przeżyć miłosną przygodę. Maria Adolfsson zdradziła, że zależało jej na tym, by czołowa bohaterka cyklu „Doggerland” była postacią wielowymiarową – kobietą pełną zalet i jak każdy popełniającą błędy. Poza tym Karen wiele już przeszła. Ta blisko pięćdziesięcioletnia kobieta ma spore doświadczenie w pracy policyjnej i doskonale wie, czym jest prawdziwe cierpienie. Na własnej skórze przekonała się, jak mocno życie może dawać człowiekowi w kość. Jak ciężki bywa żywot na tym padole. I jakiej siły wymaga od okrutnie poranionego przez los człowieka dalsze trzymanie się tego smutnego żywota. Karen ma jednak duszę wojowniczki. Nie poddaje się, choć nie jest typem bohaterki zdającej się być osobą wręcz niezniszczalną. Zawsze twardą, charakteryzującą się nadzwyczajną błyskotliwością i nigdy niepozwalającą by emocje wzięły nad nią górę. Nie, Karen nie jest nikim nadzwyczajnym. I właśnie to sprawia, że tak bardzo chce się jej towarzyszyć. To człowiek z krwi i kości, a nie jakaś wyidealizowana, niezwykle mocarna pannica, z prawdziwym talentem do rozpracowywania wszelkich zagadek kryminalnych. Choć przyznaję, że i takie bohaterki mają swoje miejsce w moim sercu.

Sprawa kryminalna roztoczona przez Marię Adolfsson w „Podstępie” jest stosownie tajemnicza, a przy tym obfitująca w szczegóły pracy doggerlandzkich śledczych, z komisarz Karen Eiken Hornby na czele. Szwedzka autorka przeprowadza nas przez śledztwo w sprawie zabójstwa Susanne Smeed z imponującą konsekwencją. Nie skacząc bez większego pomyślunku pomiędzy powierzchownie przedstawionymi wątkami, tylko powoli zmierzając od punktu A do punktu B. Każdy etap tej dosyć długiej drogi ku nieprzewidywalnej prawdzie rozwija się nieśpiesznie. W „Postępie” nie ma od zatrzęsienia obiecujących tropów, za to denerwujących Karen i jej prawdopodobnie tylko tymczasowych podwładnych, przestojów, nie brakuje. Prawdopodobnie, bo jeśli okaże się, że to pełnoprawny naczelnik wydziału kryminalnego Doggerlandu zabił swoją byłą żonę, to kobieta zyska szansę na objęcie jego stanowiska. O ile będzie je chciała. Bo główna bohaterka „Podstępu” już jakiś czas temu przestała marzyć o objęciu tej funkcji. Tak na dobrą sprawę wystarcza jej ta pozycja, której już się dorobiła w hierarchii służbowej. Czyżby wypalenie zawodowe? Niekoniecznie. Może po prostu lepiej się czuje, jako szeregowy komisarz doggerlandzkiego wydziału kryminalnego. Może po prostu zrozumiała, że bardziej nadaje się do tej policyjnej pracy, którą już wykonuje. Choć wolałaby dostawać więcej spraw większego kalibru. Możliwe jednak, że już niedługo i to pragnienie w niej przygaśnie. Bo zagadka, którą teraz rozpracowuje właśnie do takich poważniejszych spraw się zalicza, a nietrudno zauważyć, że coraz bardziej ją to zadanie przytłacza. Samą Karen dręczy przypuszczenie, że to przerasta jej możliwości, że nie jest, jak wcześniej myślała, najodpowiedniejszą osobą do prowadzenia spraw tak wysokiej rangi. Susanne Smeed została zamordowana we własnym domu we wsi Langevik w biały dzień (jej zgon, według koronera, nastąpił pomiędzy siódmą a dziesiątą rano), a jedynym punktem zaczepienia jest wersja, w którą żaden ze śledczych nie wierzy. Jounas Smeed co prawda wydaje się być osobą zdolną do odebrania życia kobiecie, której nie ukrywa, że szczerze nienawidził. Oczywiście, jak już przeszło mu chwilowe zauroczenie, które zaprowadziło go na ślubny kobierzec z, jak utrzymuje, egoistyczną, złośliwą, nadmiernie kłótliwą materialistką Susanne – jakby sam był wzorem cnót wszelakich... Tak, ale to wydaje się zbyt proste i co ważniejsze trudno znaleźć związek pomiędzy Jounasem i funkcjonującą w Langevik na początku lat 70-tych XX wieku niezbyt liczną hippisowską komuną, założoną przez rodziców ofiary. Domyślamy się, że te dawne dzieje mają fundamentalne znaczenie dla śledztwa prowadzonego przez komisarz Karen Eiken Hornby, bo gdyby było inaczej, to autorka pewnie nie przenosiłaby nas również do tego okresu. Rozdziałów osadzonych w 1970 roku niestety jest niewiele, a i te które dostajemy grzeszą objętościowym skąpstwem. Szkoda, bo Adolfsson rozpala pragnienie głębszego wniknięcia w egzystencję i osobowości garstki członków tej nadal niemiłosiernie obgadywanej na Wyspach Doggerlandzkich maleńkiej komuny. O tym miejscu i o tych ludziach nadal chętnie się rozmawia (zwłaszcza w pubach, po kilku głębszych), choć komuna nie przetrwała nawet dwóch lat. Część jej członków, w tym rodzice Susanne Smeed już nie żyją, a inni już od blisko pół wieku mieszkają z dala od Doggerlandu. Niemniej takie zamknięte społeczności, żyjące po swojemu, a nie pod dyktando większości - antykapitaliści, nonkonformiści, wyznawcy wolnej miłości z pociągiem do trawki – i najwyraźniej obarczone jakimiś brudnymi sekrecikami, często na wieki wieków rozpalają wyobraźnię plotkarzy żyjących wówczas niejako obok nich, którzy zarażają tą swoją fascynacją kolejne pokolenia. Karen nigdy nie interesowała się tym tematem, ale teraz zostaje zmuszona do zgłębienia tajemnic owej komuny. Bo narasta w niej przekonanie, że doszło tam do czegoś, co bezpośrednio bądź pośrednio wpłynęło na okrutną śmierć jej powszechnie nielubianej sąsiadki, która dokonała się blisko pięćdziesiąt lat później. Choć zasadniczo kompleksowa dbałość Marii Adolfsson o szczegóły i to we wszystkich kwestiach (postacie, miejsca, wydarzenia, żmudna praca policyjnych śledczych) wstrzeliła się w moje czytelnicze preferencje, to jednak chwilami odnosiłam wrażenie, że autorka w pewnym sensie utknęła. Tak jakby długo zastanawiała się, jak pchnąć swoje śledztwo dalej – krążyła więc wokół tematu, mnożyła i mnożyła detale tak długo, że nawet ja, osoba wprost uwielbiająca długie opisy, zaczynałam się niecierpliwić. Ale taki stan nie dopadał mnie znowu aż tak często. I co może zaskakiwać częściej w zawodowej niż prywatnej sferze życia Karen. Warstwa obyczajowa jest dość szeroka (co we współczesnych kryminałach jest stosunkowo częste) i naturalnie nie tak dramatyczna, jak praca, której aktualnie oddaje się czołowa bohaterka „Podstępu”, ale trochę frapującej tajemniczości posiada (przeszłość Karen, a ściślej przeżyta przez nią trauma) i no... interesującej codzienności. Niby nic szczególnego, a chce się jej towarzyszyć też w domu, podczas spotkań z jej starymi i zaskakującymi nowymi przyjaciółmi. Czasami nawet bardziej niż podczas mozolnej pracy, której się oddaje w nadziei, że uda jej odkryć prawdę o śmierci Susanne Smeed. Czasami, bo co by nie mówić, płaszczyzna kryminalna miała mi sporo do zaoferowania. I nie piszę jedynie o zaskakującym i co ważne nieoderwanym od całości (logicznym) rozwiązaniu tej zagadki, tylko ogólnie o jego rozwoju (minus parę momentów), generującym napięcie, pobudzającym wyobraźnię i zaspokajającym mój wilczy apetyt na wyczerpujące opisy. W tym przypadku ponurych, surowych, melancholijnych krajobrazów, dość złożonych osobowości oraz dramatycznych wydarzeń wkradających się w zwyczajną codzienność, dodatkowo zaburzających nie tak znowu beztroskie żywota na chwytliwych fikcyjnych Wyspach Doggerlandzich.

Ufam, że to nie ostatnia moja wizyta na Wyspach Doggerlandzkich, stworzonych przez Marię Adolfsson specjalnie na użytek jej kryminalnej serii z między innymi komisarz Karen Eiken Hornby. Ufam, że kolejne tomy „Doggerlandu” doczekają się polskich wydań, bo jak już raz weszło się do tego klimatycznego świata przedstawionego, to naprawdę pragnie się uczynić to ponownie. I jeszcze raz, i jeszcze... Dotychczasowi odbiorcy pierwszego tomu tego literackiego przedsięwzięcia utalentowanej Szwedki, jaką niewątpliwe jest Maria Adolfsson, już znają to uczucie (a przynajmniej duża ich część). A pozostali fani powieściowych kryminałów moim zdaniem najlepiej zrobią, jak już teraz tego zasmakują. Ostrzegam tylko: podróż na Wyspy Doggerlandzkie wiąże się z ryzykiem rozpalenia w sobie dręczącego pragnienia na wydłużenie swojego pobytu w tym fikcyjnym miejscu. Pragnienia, którego osoby czytające wyłącznie polskie wydania książek nie będą mogli zaspokoić, dopóki nasi rodzimi wydawcy się nad nimi (nad nami) zlitują i wypuszczą następny „Doggerland”.

Za książkę bardzo dziękuję grupie wydawniczej

poniedziałek, 23 marca 2020

„Niewidzialny człowiek” (2020)


Cecilia Kass ucieka od swojego męża, genialnego inżyniera optyki, Adriana Griffina i zatrzymuje się u swojego przyjaciela Jamesa Laniera, policjanta samotnie wychowującego nastoletnią córkę Sydney. Życie pod kontrolą agresywnego mężczyzny i przekonanie, że wcześniej czy później ją odnajdzie owocują u Cecilii lękiem przed wychodzeniem z domu. Pewnego dnia dociera jednak do niej informacja o śmierci Adriana, prawdopodobnie samobójczej. Kobieta dziedziczy część jego majątku, w tym dużą posiadłość na obrzeżach miasta, ale gdy już wydaje jej się, że koszmar dobiegł końca, w jej życiu zaczynają zachodzić nadzwyczajne zjawiska. Cecilia szybko nabiera przekonania, że Adrian żyje, ale znalazł sposób na stanie się niewidzialnym. Nikt jednak nie daje wiary jej słowom.

Prace nad nowym „Niewidzialnym człowiekiem” (oryg. „The Invisible Man”), filmem opartym na kultowej powieści Herberta George'a Wellsa z 1897 roku pod tym samym tytułem, rozpoczęły się już w 2006 roku, z chwilą zlecenia Davidowi S. Goyerowi napisania scenariusza. Projekt jednak nie wszedł w kolejną fazę, a zamiast tego w 2016 roku ogłoszono, że wytwórnia Universal Pictures zamierza reaktywować swoją Universal Monsters pod nazwą Dark Universe (klasyczne filmy z różnymi potworami wychodzące z ich stajni głównie w pierwszej połowie XX wieku), poczynając od nowej „Mumii”. Film w reżyserii Alexa Kurtzmana wyszedł w 2017 roku, wyniki jednak nie zadowoliły wytwórni. Zmieniono więc koncepcję – zamiast tworzyć wspólne uniwersum, postanowiono skupić się na indywidualnych historiach z klasycznymi postaciami. Poczynając od „Niewidzialnego człowieka”. Powieść tę po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni, przełożono na ekran w 1933 roku, w reżyserii Jamesa Whale'a, i był to obraz właśnie wytwórni Universal Pictures. Autor scenariusza „Niewidzialnego człowieka” z 2020 roku i zarazem reżyser owego projektu, Leigh Whannell (twórca trzeciego rozdziału „Naznaczonego” i „Ulepszenia” z 2018 roku) zaproponował nową opowieść wyrosłą na motywie Wellsa. Nie chciał mocno trzymać się ani książki, ani jej pierwszej ekranizacji, ponieważ uznał, że to co w tamtych dziełach działało, w dzisiejszych czasach się nie sprawdzi. I jego wizja zdała egzamin. Kosztujący w przybliżeniu siedem milionów dolarów australijsko-amerykańsko-kanadyjsko-brytyjski „Niewidzialny człowiek” odniósł spory komercyjny sukces i co ważniejsze został pozytywnie przyjęty przez większość swoich dotychczasowych odbiorców. W tym krytyków.

„Nigdy więcej” Michaela Apteda – Jennifer Lopez jako Slim Hiller ucieka od agresywnego męża, zabierając ze sobą ich córkę, ale jeszcze nie może czuć się bezpieczna, bo mężczyzna ani myśli zostawić ich w spokoju. „Niewidzialny człowiek” Leigh Whannella – Elisabeth Moss jako Cecilia Kass ucieka od obsesyjnie kontrolującego ją męża, ale nie odzyskuje dawnego komfortu emocjonalnego, bo boi się, że mężczyzna ją odnajdzie. Podobne? Jeśli tak przedstawić fabułę psychologicznego thrillera science fiction Leigh Whannella to owszem, brzmi jak „Nigdy więcej”, ale to tylko wstęp do koszmarnych przeżyć Cecilii Kass, które to znacznie odbiegają od scenariusza wspomnianego obrazu Michaela Apteda. Co byście sobie pomyśleli, gdybyście usłyszeli od kogoś, że prześladuje go niewidzialny człowiek? Uwierzylibyście? W rzeczywistości pewnie nie, ale Cecilii uwierzycie. Tym samym stając się jej jedynymi sojusznikami w nierównej walce z Adrianem Griffinem, jej mężem i zarazem genialnym naukowcem, który najwyraźniej obrał sobie za punkt honoru całkowite zniszczenie jej życia. Działa w ukryciu – i to jakim! - a jedyną osobą (oprócz nas, widzów), która jest tego świadoma jest właśnie kobieta, którą obrał sobie za cel. Chociaż... Leigh Whannell wprawdzie nie stara się nakłonić odbiorcy do przyjmowania również punktu widzenia między innymi bliskich głównej bohaterki – ludzi, którzy ją wspierają, którym zależy na jej dobru, czyli jej przyjacielowi Jamesowi Lanierowi, jego nastoletniej córce Sydney i twardej siostrze Cecilii, prawniczce Emily Kass – ale śledząc ów niby niepozostawiający miejsca na wątpliwości rozwój sytuacji, mimo wszystko dopuszczałam do sobie możliwość, że cały ten koszmar jest powodowany przez Cecilię Kass. A konkretniej, że twórcy narzucają mi perspektywę kobiety chorej psychicznie. Osoby, która na skutek traumatycznych przeżyć spowodowanych przez jej własnego męża, stała się niebezpieczna dla siebie i otoczenia. Może za bardzo kombinowałam, a może nie, to sami musicie sprawdzić. Tak, musicie, bo „Niewidzialny człowiek” Leigh Whannella, to według mnie pozycja godna uwagi właściwie wszystkich fanów kina grozy. Gdyby skupić się tylko na płaszczyźnie tekstowej, to prawdopodobnie doszłoby się do wniosku, że niczym szczególnym się nie wyróżnia. Zwłaszcza jeśli w jakiś sposób zetknęło się już z Niewidzialnym Człowiekiem, tj. czytało powieść H.G. Wellsa, albo obejrzało przynajmniej jeden z wielu filmów zainspirowanych tym dziełem, choćby bardzo luźno, jak to miało miejsce w przypadku m.in. głośnego „Człowieka widmo” Paula Verhoevena. Muszę jednak oddać Leigh Whannellowi dość zaskakujące podejście do, bądź co bądź, nieświeżego tematu. Jego scenariusz bazuje na znanym, niestety także z życia, motywie ucieczki kobiety od znęcającego się nad nią, głównie psychicznie, męża. Która oczywiście nie kończy jej potwornych zmagań z tym rzekomo kochającym ją człowiekiem. Tak naprawdę, to dopiero teraz Cecilia Kass przeżyje najgorsze chwile w całym swoim dotychczasowym życiu. Dopiero teraz dowie się, jak strasznie niebezpieczny jest jej małżonek, i jak ogromną obsesję ma na jej punkcie. Albo na punkcie rujnowania jej życia. Adam Griffin chce jak najdotkliwiej ją skrzywdzić, zemścić się na kobiecie, która śmiała od niego odejść. Ale może chodzić mu też o coś więcej. Tak czy inaczej Cecilia Kass, doskonale odegrana przez Elisabeth Moss (wyróżnić muszę też występ Harriet Dyer, w roli walecznej siostry głównej bohaterki filmu), znajdzie się w niebezpieczeństwie, tym większym, że jej prześladowcy gołym okiem nie widać. Zazwyczaj. I w ten oto sposób zawiązuje się nader trzymająca w napięciu historia z generalnie znanym czarnym charakterem i nie mniej wyszukanym modelem kobiecej postaci, która staje do walki o swoje życie. I być może zdrowe zmysły. Dreszczowiec utrzymany w dosyć chłodnym klimacie i charakteryzujący się całkiem zmyślną pracą kamer, idealnym wręcz rozłożeniem środków ciężkości, starannym wykreśleniem postaci, a przy tym bardzo empatycznym podejściem do ofiary, czy to faktycznych, czy tylko wyimaginowanych prześladowań niewidzialnego mężczyzny oraz w miarę śmiałym i przez to niespodziewanym rozwojem sytuacji. Po co oryginalność, gdy ma się to wszystko?

Chociaż gatunkowo „Niewidzialnemu człowiekowi” Leigh Whannella najbliżej do dreszczowca (science fiction zmiksowanego z filmem psychologicznym), to można w nim odnaleźć też echa horroru. A w każdym razie elementy bardziej kojarzące się z tym ostatnim niż z rasowym thrillerem. Odrobinka, naprawdę niewiele, jump scenek – bez nachalności tak częstej we współczesnym mainstreamie, a w jednym przypadku i ze skutecznością (jeśli o mnie chodzi): hałas, jaki niechcący robi Cecilia podczas swojej ucieczki z posiadłości Adriana Griffina, w której na swoje nieszczęście spędziła kawałek swojego życia. I jeszcze niektóre sekwencje z udziałem tytułowej postaci. Głównie przez swoistą atmosferę nadnaturalności podszytej groźbą, ale niektórzy mogą też uznać, że momenty śmierci i okaleczeń są na tyle makabryczne, by uznać je za kolejne skłony w stronę horroru. A dokładniej kina gore. Ja tak nie uważam – twórcy nie epatują obrzydliwościami tego rodzaju, nie miałam wrażenia, że starają się wzbudzić w oglądającym wstręt, niesmak na widok obrażeń, także śmiertelnych, prawdopodobnie zadawanych przez niewidzialnego człowieka. Nawet podczas tych najśmielszych, acz nieodznaczających się kreatywnością (podrzynanie gardeł). Za to lekki szok przeżyłam w trakcie jednego takiego brutalnego wydarzenia. Nie wywołały go jednak odrażające efekty specjalne, tylko sam charakter tego zrywu akcji. Jego gwałtowność i fakt, że absolutnie nie byłam na coś takiego przygotowana. Nie spodziewałam się takiej bezwzględności po tym filmie – zakładałam, że spustoszenie w życiu Cecilii Kass będzie mniejsze, że scenariusz „Niewidzialnego człowieka” na takie ostateczności, jak ta poprzedzająca kolejny straszny etap w życiu głównej bohaterki (zmiana scenerii na coś często wykorzystywanego tak w thrillerach, jak w horrorach), nie będzie się porywał. Po współczesnych thrillerach głównego nurtu po prostu nie spodziewam się takich w sumie odważnych zagrań. Jak zwykle w przypadku mainstreamu przygotowałam się na coś nieporównanie grzeczniejszego, bardziej przyjaznego widzom, z rodzaju „wprawdzie jest niebezpiecznie, ale niewątpliwie zmierzamy do szczęśliwego końca”, ale po tym ciosie prosto w szczękę, zmieniłam swoje nastawienie do „Niewidzialnego człowieka”. Dopiero teraz zaczęłam naprawdę bać się o Cecilię Kass. Dopiero teraz zaczęło dręczyć mnie przeczucie, że główna bohaterka już niedługo straci wszystko, co ma dla niej jakąś wartość. Może nawet życie. I wcale nie jest powiedziane, że odbierze jej go niewidzialny mężczyzna. Może sama się na nie targnie, bo w końcu, jak długo można wytrzymać w tak koszmarnej rzeczywistości, jak długo można trwać w tak beznadziejnym położeniu, w jakim znalazła się ta godna najwyższego współczucia kobieta? Interesująca sytuacja: nie wykluczałam możliwości, że to Cecilia Kass jest sprawczynią wszystkich nieszczęść dotykających i ją, i innych ludzi, a mimo tego nie mogłam się z nią nie solidaryzować. Może dlatego, że bardziej skłaniałam się ku jej wersji wydarzeń; że choć nie bezkrytycznie, nie bez lekkich wątpliwości, ale wierzyłam w jej zapewnienia, że prześladuje ją mąż oficjalnie uznany za zmarłego, który znalazł sposób na stanie się niewidzialnym. Narcystyczna i socjopatyczna osobowość, okrutny manipulant i zarazem zasłużony naukowiec specjalizujący się w dziedzinie optyki. I mieszkający w robiącej wrażenie nieruchomości, która celowo została przedstawiona tak przejrzyście: mnóstwo szyb, za którymi rozciągają się ponure pustkowia i mocne światło wewnątrz, to wszystko miało kontrastować z potencjalną niewidzialnością właściciela owego nowoczesnego, a przy tym skromnie urządzonego i przeraźliwie zimnego przybytku. W tym miejscu wszystko miało być doskonale widoczne – klarowne i szerokie, bo wychodzące także na zewnątrz, gdy stoi się wewnątrz, widoki... pustki. Leigh Whannell zdradził, że Stefan Duscio, operator, z którym pracował, nad „Niewidzialnym człowiekiem” nie był entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu, bo jak stwierdził reżyser, operatorzy w filmach grozy generalnie wolą operować mrokiem, ale Whannell w tej kwestii był nieprzejednany. I dobrze, bo uważam, że to najsmaczniejsze i najbardziej charakterystyczne zdjęcia (aczkolwiek... czyżby jakaś inspiracja „Midsommar: W biały dzień” Ariego Astera?) w całym tym w ogóle solidnie zrealizowanym przedsięwzięciu. Poza tym nie najgorzej domkniętym – finał może i nie jest szczególnie zaskakujący, ale też na pewno nie przesłodzony i jeśli się nad tym zastanowić, to też niejednoznaczny. UWAGA SPOILER Ale i tak wolałbym, żeby Leigh Whannell poszedł w tym drugim z najbardziej dopuszczalnych kierunków: w stronę choroby psychicznej Cecilii. Przypuszczam, że wówczas większa liczba widzów wyszłaby z tego mocno wstrząśnięta i zmieszana KONIEC SPOILERA.

Leigh Whannell się rozkręca. Jego „Niewidzialnego człowiek” dla mnie jest niezaprzeczalnym dowodem na to, że ten oto artysta z wydawałoby się do szczętu wyeksploatowanych motywów potrafi stworzyć coś niesamowicie nośnego. Tak niesamowicie wciągającego i tak emocjonującego, że aż trudno uwierzyć, że już to gdzieś widziałam. I to nie raz. Ale nie wszystko, bo Whannell miał też swoje pomysły na opowieść o zniewolonej przez męża kobiecie, która po wyrwaniu się z tej klatki wpada w jeszcze większe kłopoty, prawdopodobnie wywoływane przez jej nie tak znowu dawnego oprawcę, który znalazł sposób na stanie się niewidzialnym. Mimo wszystko jest w tym psychologicznym thrillerze science fiction jakaś świeżość, ale myślę, że tym, co najbardziej elektryzuje w „Niewidzialnym człowieku” jest mniej sama historia, a bardziej sposób jest snucia. A w każdym razie ja nie mogłam oprzeć się sile tej nieustannie trzymającej w napięciu narracji. Niby nic wielkiego, a takie wrażenia!

sobota, 21 marca 2020

„Brahms: The Boy II” (2020)


Na skutek traumatycznego przeżycia mały Jude przestaje mówić. Jego rodzice, Liza i Sean, uznają, że dobrze im wszystkim zrobi zmiana scenerii. Wynajmują więc domek w leśnej okolicy, leżący na terenie dawnej posiadłości rodu Heelshire'ów. Tuż po przyjeździe Jude wygrzebuje spod ziemi porcelanową lalkę, którą postanawia zatrzymać. Chłopiec mocno się do niej przywiązuje, a jego zachowanie stopniowo zmienia się na gorsze. Jude upiera się, żeby w domu obowiązywały zasady jakoby wyznaczone przez lalkę, która jak twierdzi przedstawiła mu się imieniem Brahms. Jego rodzice początkowo stosują się do niewygórowanych życzeń chłopca, ale z czasem Liza zaczyna tracić cierpliwość. I z lękiem patrzeć na nowego przyjaciela swojego syna.

W 2016 roku William Brent Bell, twórca takich filmów grozy, jak „Zostań żywy” (2006), „Demony” (2012) i „Zwierz” (2013), nakręcił dość głośny horror nastrojowy pt. „The Boy”. Dwa lata później poinformowano opinię publiczną o rozpoczęciu prac nad jego sequelem w reżyserii tego samego artysty i na podstawie scenariusza Staceya Meneara, tego samego, który odpowiadał za scenariusz części pierwszej. Zrealizowany za (szacunkowo) dziesięć milionów dolarów amerykański horror nastrojowy „Brahms: The Boy II” na ekrany kin wszedł w 2020 roku, zbierając głównie negatywne recenzje.

William Brent Bell przypuszczał, że wiele osób mógł zdziwić pomysł stworzenia kontynuacji jego „The Boy”. To w końcu jedna z tych historii, która zdaje się nie wymagać ciągu dalszego. Jednakże twórcy „Brahmsa: The Boy II” wybrnęli z tego impasu w banalnie prosty sposób - modyfikując, jak ją nazywa Bell, mitologię Brahmsa i Heelshire Mansion tak, by można było spiąć ze sobą oba te obrazy. W sumie dosyć autonomiczne. Jako że „Brahms: The Boy II” koncentruje się na innych postaciach i generalnie bazuje na innej konwencji, można po tę produkcję sięgnąć bez znajomości części pierwszej. Tylko po co? Może dla obsady? Tak, moim zdaniem odtwórcy ważniejszych ról - Katie Holmes (Liza), Owain Yeoman (Sean), Ralph Ineson (Joseph) i przede wszystkim Christopher Convery (Jude) - dobrze się spisali, ale trzeba zaznaczyć, że nie były to zbyt wymagające role. No może poza małym Jude'em. Dla Bella równie ważny (albo nawet ważniejszy) co aktorski warsztat Christophera Convery'ego był jego wygląd zewnętrzny. Porcelanowa uroda chłopca, doskonale wpasowująca się w tematykę „Brahmsa: The Boy II”. Schematyczny scenariusz Steceya Meneara. Sztampową opowiastkę o rodzinie, która na swojego nieszczęście postanawia na jakiś czas opuścić gwarne miasto i osiąść w głuszy. Ich decyzja jest podyktowana przede wszystkim dobrem najmłodszego członka rodziny, który od czasu włamania do ich domu cierpi na mutyzm wybiórczy. Chłopiec przestał mówić po tym, jak na jego oczach pobito jego matkę, na psychice której też się to odbiło. Lizę od tego czasu dręczą koszmary senny, podczas których na nowo przeżywa te straszne chwile. Jej mąż, Sean, jest przekonany, że szczera rozmowa na ten temat bardzo by jej pomogła, ale kobieta nie chce z nikim, nawet z nim, dzielić się swoimi bolesnymi przeżyciami. Woli skupić się na Judzie. Starać się zniwelować skutki tamtego traumatycznego dla nich obojga wydarzenia u swojego syna. Własne dobro odsuwając na bok. Albo w troskliwej opiece nad synem znajdując swoiste koło ratunkowe dla siebie. Nieświadomie go wykorzystując? Chciałabym móc napisać, że „Brahms: The Boy II” wprowadza jakieś wątpliwości odnośnie charakteru zjawisk zachodzących w niegdysiejszym domku dla gości leżącym na terenie nieżyjącej już rodziny Heelshire'ów. Główna posiadłość, gotyckie domiszcze, od lat stoi puste, ale ów niewielki domek jest wynajmowany chętnym przez jego nowego właściciela. Obecnie Lizie, Seanowi i Jude'owi, którzy będą musieli zmierzyć się z niszczącą mocą Brahmsa. Porcelanowej lalki, wygrzebanej przez chłopca dosłownie spod ziemi, w lesie leżącym w sąsiedztwie ich tymczasowego lokum. Na początku Bell wprawdzie wysyła subtelne sygnały, dające nadzieję na nieoczywisty rozwój akcji. Sygnały, które dobrze by było potraktować jako zaczątek potencjalnego szaleństwa głównej bohaterki. Wprowadzić możliwość rozwijania się w kobiecie choroby psychicznej, która egzystowałaby obok ewentualnego motywu przeklętej laleczki. Ale nie. Twórcy sequela „The Boy” z 2016 roku najwyraźniej uznali, że lepiej nie zachęcać publiczności do tworzenia więcej niż jednej teorii odnośnie natury niecodziennych zjawisk zachodzących na ekranie. Niezwyczajnych, jeśli idzie o rzeczywistość, ale w kinie... Trudno się oprzeć skojarzeniom choćby z najbardziej zasłużonym dla gatunku horrorem o przeklętej lalce: „Laleczką Chucky” Toma Hollanda. Jude, tak jak Andy Barclay, utrzymuje, że jego nowa zabawka jest żywą istotą (kontaktuje się z rodzicami poprzez wiadomości tekstowe). A właściwie to przyjaciel, bo tak Jude traktuje Brahmsa, swoje drogocenne znalezisko, z którym... nawiązuje werbalną komunikację. Jego rodzice oczywiście zakładają, że syn tylko wyobraża sobie, że lalka do niego mówi. I naturalnie cieszy ich, że wreszcie się odezwał, nawet jeśli tylko do nieożywionego przedmiotu. Odbiorcy „Brahmsa: The Boy II” prawdopodobnie inaczej będę się na to zapatrywać. A już na pewno wieloletni wielbiciele gatunku, bo oni musieli się już spotkać (możliwe, że więcej niż raz) z tą konwencją. A że większych niespodzianek nie przewidziano... Wiadomo, jak to się potoczy.

W horrorze najczęściej to kobieta jest tą osobą, która jako pierwsza właściwie ocenia sytuację. Nie inaczej jest w przypadku „Brahmsa: The Boy II” Williama Brenta Bella. Oczywiście, to mały Jude z całej tej trójki pierwszoplanowych bohaterów (on i jego rodzice) od początku jest najlepiej poinformowany. Ale to Liza jako pierwsza dostrzega w Brahmsie zagrożenie. Najpierw dopadają ją lekkie przeczucia, których jednak nie traktuje zbyt poważnie, stara się je tłumić, bo żeby dorosła kobieta wierzyła w nawiedzone lalki...? Niemniej i tak narasta w niej pewność, że Brahms ma zły wpływ na jej dziecko, że ten, ku czemu początkowo się skłania, nieożywiony przedmiot w jakiś sposób wyzwala w Judzie niepokojące cechy, w pewnym, niedosłownym, sensie zachęca go do złych zachowań. I znowu – dlaczego nie próbowano przekonać widza do teorii powoli wykluwającej się w głowie Lizy? Dlaczego nie starano się skierować podejrzeń odbiorcy także na chłopca? Nie dążono do tego, by widz przynajmniej dopuszczał do siebie możliwość, że źródłem wszelakich nieszczęść zachodzących na ekranie jest chory psychicznie chłopiec, a nie jego lalka? Może po to, żeby zaskoczyć nas w finale? Ale nawet jeśli w końcowej partii czeka nas zwrot w tym kierunku, to co to za niespodzianka, skoro już wcześniej można utyskiwać na brak tej możliwości? A przynajmniej niedostatecznie silne potęgowanie przeczucia, że za wszystko może odpowiadać osoba z krwi i kości. Czy to Jude, czy jego matka. William Brent Bell powiedział, że podczas gdy pierwsza część „The Boy” to horror gotycki przypominający sen o młodej kobiecie uwięzionej w zamku, „Brahms: The Boy II” bardziej zwraca się ku rzeczywistości. Określił to jako opowieść o prawdziwej rodzinie, zmagającej się z bardziej przyziemną traumą – umownie, bo oczywiście nie jest to film oparty na faktach. Przypuszczam, że tą wypowiedzią chciał zasugerować, że bohaterowie omawianej produkcji są poniekąd bliżsi współczesnemu odbiorcy, że takich ludzi po prostu łatwiej będzie mu zrozumieć, lepiej będzie mu się przyswajało ich problemy. Może i tak by w moim przypadku było, gdyby nie porażająca wręcz przewidywalność i potworna nijakość tego przedsięwzięcia. Efektów komputerowych, na moje szczęście, jest tutaj zaskakująco mało, wziąwszy pod uwagę niemały budżet i szeroką dystrybucję „Brahmsa: The Boy II” (no, zważywszy na to, że to członek współczesnego mainstreamu i to w dodatku hollywoodzki...), ale już prymitywnych efektów buuu! jest dość sporo. Żadna zamierzonej reakcji na mnie nie wymusiła i co więcej myślę, że nikomu w pamięci choćby tylko jedna z nich się nie ostanie. Bo niczego charakterystycznego, o upiorności już nie wspominając, w jump scenkach twórcy nie pokazują. Co nie znaczy, że „Brahms: The Boy II” jest całkowicie pozbawiony elementów wyróżniających. Maska (sekwencja z wyłanianiem się zamaskowanego chłopca zza rogu z tego wszystkiego najsilniej przykuła moją uwagę) oraz nie najgorzej wygenerowana komputerowo krwista twarzyczka unaoczniona w finalnej konfrontacji. I to byłoby na tyle. Klimatu do udanych elementów horrorowych nie zaliczam. Bo mieniące się żywymi barwami obrazki, przeplatane z płaską ponurością (bez wyczuwalnego zagrożenia) i metalicznymi, nie tak znowu czarnymi, mrokami od czasu do czasu zalegającymi w domku wynajmowanym przez głównych bohaterów, w niszczejącym zamku stojącym w pobliżu i na zalesionym podwórzu – jakoś takie wydelikacone, bezpieczne, grzeczniutkie zdjątka w horrorze do mnie nie przemawiają. Żeby jednak być całkowicie uczciwą muszę dodać, że plastikowego posmaczku mi to nie niosło. Tego moim zdaniem przekleństwa współczesnych horrorów głównego nurtu (nie całego, rzecz jasna). Aha, i ważna informacja, może nawet przestroga, dla fanów kina grozy. W „Brahms: The Boy II” występuje jedno zwierzę, a konkretnie pies. Resztę sobie dopowiedzcie, pamiętając o tym, że owo przedsięwzięcie Wiliama Brenta Bella bazuje na najbanalniejszych, najbardziej ogranych, najoczywistszych zagraniach wykorzystywanych w horrorze. Że ma parcie na twardą konwencję i nie zawaha się pokazać Wam wszystkiego, czego... się spodziewacie. Czego już zdążyliście się domyślić, może nawet już po lekturze samego skrótowego opisu fabuły. Historii chłopca zaprzyjaźnionego z porcelanową lalką, która, jak wiemy z pierwszej części, ma mroczną historię. Tutaj rozbudowaną, ale według mnie równie nieciekawą, jak prawie cała pozostała zawartość tej nieszczęsnej kontynuacji „The Boy” z 2016 roku.

Już poprzedni „The Boy” Brenta Williama Bella nie przedstawiał dla mnie większej wartości. Ot, typowy średniaczek na szczególnie nudny wieczorek. Do zaliczenia i zapomnienia. Ale jego dość luźna kontynuacja, modyfikująca mitologię lalki imieniem Brahms i historię rodu Heelshire'ów, przeformułowująca ją na coś nieporównanie mniej wyszukanego, a właściwie to na wskroś banalnego, to już zupełnie inna sytuacja. Tutaj już z większym trudem brnęłam ku upragnionym napisom końcowym. Nie wiadomo po co. Bo przecież wiedziałam, jak to się potoczy i nie miałam powodów, by zakładać, że coś ciekawego na tej konwencjonalnej dróżce przede mną wyrośnie. Co nieco się tam wprawdzie w oczy rzuciło, ale czy było warto tyle czasu siłować się z opadającymi powiekami dla tych paru trochę lepszych momentów? Teraz wiem, że nie, ale jak to mówią mądry Polak po szkodzie. Mleko już się rozlało. Obejrzałam, pożałowałam i jedyne co mi pozostaje, to przestrzec wszystkich tych miłośników horrorów, którzy nie mieli jeszcze wątpliwej przyjemności zobaczenia „Brahmsa: The Boy II” przed tą „przyjemnością”. Zrobicie, jak chcecie, ale jakby co, pamiętajcie, że ja tego filmu nikomu nie polecałam. Żeby była jasność.

piątek, 20 marca 2020

Lucy Foley „Morderca jest wśród nas”


Dziewięcioro przyjaciół mieszkających w Londynie decyduje się spędzić sylwestra w głuszy szkockich Highlandów. W tym celu na kilka dni wynajmują domki, których zarządczynią jest młoda kobieta imieniem Heather. Niedługo po ich przyjeździe nadciąga śnieżyca, która odcina ich od reszty świata. Są z nimi dwójka innych gości, para Islandczyków oraz pracujący z Heather łowczy Doug, który ma mroczną przeszłość. Okazuje się jednak, że przybysze z Londynu też mają swoje tajemnice. Ukrywają przed sobą przeróżne niewygodne fakty i istnieje pomiędzy nimi jakieś napięcie, mające też związek z zadawnionymi urazami, których nie potrafią puścić w niepamięć. W czasach studenckich większość z nich była nierozłączna, ale z biegiem lat ich relacje ulegały pogorszeniu. To spotkanie miało być dla nich szansą na zacieśnienie więzów, ale dzieje się wręcz odwrotnie. Gdy jedno z nich zostaje zamordowane, podejrzane stają się wszystkie pozostałe osoby przebywające w tej części Highlandów. Przysypanej śniegiem, odciętej od cywilizacji i najprawdopodobniej wciąż śmiertelnie niebezpiecznej. Bo możliwe, że zabójca dopiero rozpoczął realizację swojego niecnego planu.

Absolwentka Durham University i University College London, gdzie studiowała literaturę angielską, mieszkająca w Londynie, Lucy Foley, przez kilka lat pracowała w branży wydawniczej w charakterze redaktorki książek beletrystycznych. W 2015 roku wydano jej pierwszą, dobrze przyjętą powieść, „The Book of Lost and Found”. Opublikowana w 2016 roku druga książka Foley, „The Invitation” była utrzymana w podobnym, historycznym klimacie, ale jej kolejny utwór już znacznie różnił się od pozostałych. Thriller psychologiczny zmiksowany z kryminałem pod tytułem „The Hunting Party” (pol. „Morderca jest wśród nas”) swoją światową premierę miał w roku 2018. Grono czytelników Foley dzięki niemu znacznie się powiększyło, co pewnie przyczyniło się do powstania „The Guest List”, wydanej w 2020 roku powieści tematycznie zbliżonej do „The Hunting Party”. Ta ostatnia ma szansę doczekać się swojej ekranowej wersji. Pracuje nad nią niezależna wytwórnia filmowa See-Saw Films.

Powieść „Morderca jest wśród nas” jest porównywana głównie do twórczości Agathy Christie. Sama Lucy Foley nie ukrywa swojej inspiracji pisarstwem królowej kryminału, ale pomysł na ten utworów przyszedł do niej podczas zimowej wycieczki w górzysty rejon Highlandów, na którą wybrała się ze swoim mężem. Przebywając w tym ekstremalnie zacisznym, odizolowanym krajobrazie dotarło do niej, że to idealne miejsce na morderstwo. I tak narodziła się główna koncepcja jej jak dotychczas najpopularniejszej powieści. Fabułę „Morderca jest wśród nas” poprowadziła po dwóch nieodległych od siebie ścieżkach czasowych – umowna teraźniejszość, z wyjątkiem epilogu, ma miejsce drugiego stycznia 2019 roku, ale autorka częściej koncentruje się na tym, co już się dokonało, poczynając od 30 grudnia 2018 roku. Taka konstrukcja, wbrew pozorom, dodaje tajemniczości, bądź co bądź, nieskomplikowanej intrydze zbudowanej w tej przepięknie wydanej publikacji (okładka polskiego wydania, FILIA 2019, robi wrażenie). Książkę otwiera informacja o znalezieniu ciała w szkockiej głuszy. Nie wiemy jeszcze czyjego i szybko się tego nie dowiemy. W każdym razie nie od autorki, bo cała sztuczka polega na tym, że Foley ukrywa przed nami nie tylko tożsamość oprawcy, ale także jego/jej ofiary. W tym drugim przypadku nie mogę jej jednak oddać takiej skuteczności, jak w kwestii zatajania oblicza czarnego charakteru, bo dość szybko domyśliłam się, które z dziewiątki przybyszów z Londynu postradało życie. Z wytypowaniem winnego/winnej miałam nieporównanie większy problem. Właściwie to nie zdołałam przedwcześnie rozszyfrować tożsamości osoby, która dopuściła się zbrodni w tej leśnej głuszy. To właśnie sceneria przyciągnęła mnie do „Morderca jest wśród nas”. Sceneria i skrótowy opis fabuły, który to silnie skojarzył mi się z... backwood slasherem. Nie zdziwiłabym się, gdyby wytwórnia See-Saw poszła w tę stronę (zakładając, że adaptacja/ekranizacja tej powieści w ogóle powstanie), chociaż sama Lucy Foley w konwencję slash nie celowała. Zbieżności są, ale raczej przypadkowe, a i charakter tej powieść odbiega od ducha rąbanek o grupie przyjaciół, która wyjeżdża gdzieś, gdzie przynajmniej większość z nich pożegna się z życiem. Choć przecież w „Morderca jest wśród nas” mamy paczkę przyjaciół, która przybywa do leśnej głuszy, gdzie jedno z nich faktycznie już wkrótce zostaje zamordowane. A nad pozostałymi zawisa widmo rychłej śmierci. Ale Lucy Foley nie przeprowadza nas, wzorem slasherów, przez proces eliminacji bohaterów – akcja nie opiera się na stopniowym pomniejszaniu grupy, która została uwięziona w szkockich lasach przez śnieżycę, tylko na relacjach międzyludzkich. Na tym przede wszystkim, ale mamy jeszcze działania podejmowane przez Heather po odnalezieniu zwłok, ukierunkowane na jak najszybsze sprowadzenie pomocy i przy odrobinie szczęścia odkrycie tożsamości sprawcy oraz oczywiście ochronienie pozostałych gości. Zapobieżenie kolejnym mordom. A więc tak: nastawiałam się na slasherową opowieść, a dostałam bardziej coś w stylu „Niechcianego gościa” Shari Lapeny. Przysypane śniegiem odludzie, na którym na swoje nieszczęście przebywa niemała grupa ludzi, w szeregach której może kryć się morderca. Równie dobrze jednak może on pochodzić z zewnątrz – czaić się wśród drzew, czekając na okazję do przypuszczenia kolejnego ataku. Sztampa? Niezupełnie. Bo choć Foley wykorzystuje wielokrotnie już poruszane, tak w kinie, jak w literaturze, motywy, to moim zdaniem daleko jej do bezmyślnego, beznamiętnego naśladownictwa. „Morderca jest wśród nas” ma własny charakter. Elektryzującą specyfikę, którą niby znamy, ale chyba nie do końca... Coś w tym jest, i nie jest to jedynie klaustrofobiczny klimat bezkresnych, gęstych, obficie zaśnieżonych lasów. Nie jest to tylko bez przerwy towarzyszące czytelnikowi poczucie alienacji, odcięcia od reszty świat w tym urokliwym, ale i mrocznych rejonie udostępnianym turystom, gdzie właśnie zabito człowieka. To „coś” tkwi także w postaciach. W ich charakterach, uczynkach, tajemnicach i ich zaogniających się relacjach.

W obecnych czasach wszyscy jesteśmy stalkerami. Tak wiele wiemy o życiu innych osób. Nawet tych, których od lat nie widzieliśmy. Zapomnianych przyjaciół z dzieciństwa, starych kolegach ze szkoły. [...] Wszyscy dajemy przyzwolenie na to, by nas śledzono. Wydaje nam się, że mamy kontrolę nad tym, czym się dzielimy, ale tak naprawdę ujawniamy dużo więcej, niż jesteśmy świadomi.”

Nie dość, że Lucy Foley prowadzi tę historię po dwóch ścieżkach czasowych, to jeszcze snuje ją z kilku perspektyw. Narrację trzecioosobową obiera tylko w rozdziałach, w których centralne miejsce zajmuje łowczy Doug. W pozostałych nierównomiernie przeplatających się fragmentach wykorzystuje narrację pierwszoosobową. Zarządczyni Heather reprezentuje wyłącznie rozdziały osadzone w umownej teraźniejszości, już po odnalezieniu zwłok jednego z gości. Natomiast wydarzenia z niedawnej przeszłości śledzimy oczyma Mirandy, Emmy i Katie, które wchodzą w skład dziewięcioosobowej grupy wieloletnich przyjaciół (jest też z nimi półroczne dziecko) przybyłej w rejon Highlandów z Londynu, z myślą o wspólnym spędzeniu sylwestra. Tak naprawdę mają tu spędzić kilka dni – w nowoczesnej chacie myśliwskiej, ale nie tylko, bo do ich dyspozycji jest też kilka mniejszych domków, sypialni z przylegającymi doń łazienkami. Miejscówka wprost wymarzona dla amatorów dzikiej przyrody, którymi oni najwyraźniej nie są. To ten typ mieszczuchów, którym ciężko się obejść bez wi-fi i oswoić z ciszą od czasu do czasu zakłócaną jedynie odgłosami Natury. Tęsknią za wielkomiejskim gwarem i, czego można się spodziewać, nie są odpowiednio przygotowani do pieszych wędrówek po lesie. W przeciwieństwie do pary Islandczyków, która wbrew ich życzeniom wynajęła na ten sylwestrowy okres jeden z domków, którymi zarządza Heather. Młoda kobieta, która uciekła tutaj przed czymś. Podobnie, jak współpracujący z nią łowczy imieniem Doug. Ale nie tylko oni mają tajemnice. Ludzie, których aktualnie goszczą też zdają się coś ukrywać. W sumie każdy z nich wydaje się nosić maskę, pod którą skrywa swoje mroczniejsze oblicze. Gorsze od tych pokazywanych na co dzień. A pokazują dość, by nastawić czytelnika przeciwko sobie. Nie dotyczy to wprawdzie wszystkich, ale niektórzy bezsprzecznie nie zapracowują sobie na jego sympatię. Najbardziej barwną i niejednoznaczną osobą w tym od lat zaprzyjaźnionym gronie, jest Miranda. Oszałamiająca piękność, niezwykle charyzmatyczna kobieta, która potrafi być naprawdę okrutna, ale też mocno współczująca. Jako że znajomość większości z nich sięga czasów studenckich, Foley od czasu do czasu sięga do ich wspomnień z tamtego okresu, ale i trochę wcześniejszych oraz późniejszych. Dowiadujemy się z nich między innymi, że Miranda nigdy nie była stereotypową szkolną pięknością. Nie obracała się wyłącznie w lubianych kręgach – najbliższą przyjaciółkę wyłowiła wręcz z grona szkolnych outsiderek. Była nią Katie, teraz szanowana prawniczka, która z jakiegoś powodu unika Mirandy i najwyraźniej żałuje, że zgodziła się na wyprawę w Highlandy. Jest jeszcze Emma, główna organizatorka tego wypadu, która ma w sobie najwięcej optymizmu w całej tej nie tak znowu wesołej paczce, chyba tylko pozornych przyjaciół. Oprócz nich mamy Marka, życiowego partnera Emmy, który od lat podkochuje się w Mirandzie; homoseksualną parę Nicka i Bo; pozostających w związku małżeńskim Samirę i Gilesa, którzy zabrali ze sobą swoją sześciomiesięczną córeczkę Priyę oraz Juliena, bardzo przystojnego męża Mirandy, który charakteryzuje się maniakalną dbałością o pozory, tj. sporo energii poświęca na to, by być przez wszystkich lubianym, by podtrzymywać swój wizerunek sympatycznego gościa. Miranda wie jednak, jaki jest naprawdę. Zna jego brudny sekret. Jej przyjaciele z kolei wiedzą, na jakie okrucieństwa stać jego żonę. Pamiętają co wyczyniała w przeszłości i nie mają wątpliwości, że nic się nie zmieniła. Ale najwyraźniej to akceptują. Bo „Morderca jest wśród nas” mówi między innymi o ustępstwach, kompromisach, jakich wymaga przyjaźń oraz o tak głębokim przyzwyczajeniu do ludzkich wad, że z czasem albo przestają być dostrzegalne, albo stają się wręcz wymagalne. Prawie każda z tych dziewięciu osób zachowuje się w tych leśnych ostępach inaczej niż zwykle. Nie dyktuje im tego zmiana scenerii, tylko coś tkwiącego głęboko w nich. Coś, co nakazuje im przybierać takie pozy, jakie mieli lata wcześniej. I to nie tylko teraz, ale zawsze gdy przebywają razem. Czują, że reszta właśnie tego od nich oczekuje – by byli tacy, jak w czasach studenckich. Foley daje nam do zrozumienia, że wieloletnie przyjaźnie, choćby przez wzgląd na ów ewentualny przymus przywdziewania masek, bywają mocno toksyczne. Ale w tym, w większości nader dokładnie scharakteryzowanym gronie niby-przyjaciół (prawdopodobnie wrogów) najbardziej destrukcyjne jest to, co znajduje się pod tymi wszystkimi maskami. Brudne sekrety i prawdziwe uczucia względem innych, starannie przykrywane wyreżyserowanymi postawami. Dodajmy do tego tajemnice Douga i Heather oraz nieokrzesanych Islandczyków, z których emanuje chyba jeszcze większa groźba... I podejrzanych mamy aż nadto. Ale, ale, nie myślcie, że na tym koniec. Autorka „Morderca jest wśród nas” przygotowała więcej kandydatów, a wśród nich nieuchwytnego seryjnego mordercę zwanego Rozpruwaczem z Highlandów. Czyżby więc kolejny serial killer thriller? O tym sami musicie się przekonać. Ja dodam tylko, że na niedobór silnych emocji nie narzekałam. Napięcie rodzi się już na pierwszej stronicy, a potem... Potem tylko wzrasta. I tak aż do dość zaskakującego finału. W tym miejscu Foley też skorzystała ze znanego motywu, ale moim zdaniem tak samo, jak we wszystkich pozostałych niskich ukłonach w stronę tradycji, bez widocznego trudu sprawiła, że miałam poczucie, że jest on w całości jej. Innymi słowy, ta powieść ma swoją indywidualność, choć autorka garściami czerpie ze znanych tak fanom thrillerów, jak horrorów konwencji. I dobrze, bo wprost uwielbiam takie klimaty. A jeśli dodać do tego tak silny nacisk na psychologię postaci... No, jak tu się nie zatracić?

Gdzie polskie wydanie „The Guest List”? Czwartej powieści Lucy Foley, wydanej dwa lata po „The Hunting Party” (pol. „Morderca jest wśród nas”). Dlaczego akurat o tę pozycję pytam? Ano dlatego, że podobno jest utrzymana w duchu tego tutaj recenzowanego cudeńka. Thrillera psychologicznego zmieszanego z kryminałem, od którego wprost nie mogłam się oderwać. I chciałabym to powtórzyć, więc upraszam polskich wydawców o niezwłoczne zainteresowanie się „The Guest List”, bo podejrzewam, że tutaj będzie na to szansa. Pewności jednak nie mam, zwłaszcza że utworem „Morderca jest wśród nas” ta brytyjska autorka tak wysoko zawiesiła sobie poprzeczkę... Niemniej niecierpliwie czekam na jej kolejny dreszczowiec, a tych wszystkich fanów literackich thrillerów, którzy w Highlandy się z nią jeszcze nie wybrali gorąco zachęcam do zakosztowania owej mrocznej przygody!

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej
https://inverso.pl/

środa, 18 marca 2020

„The Grudge: Klątwa” (2020)


Rok 2006. Detektyw policyjna Muldoon przeprowadza się do małego miasteczka wraz ze swoim kilkuletnim synem, którego od śmierci męża wychowuje sama. Pierwszą sprawą, którą zajmuje się w nowym miejscu jest zagadkowa śmierć osoby związanej z domem, którego progu jej koledzy po fachu nie chcą przekraczać. Dwa lata wcześniej Fiona Landers zabiła tam swoją sześcioletnią córkę i męża, po czym popełniła samobójstwo. Odtąd każdy, kto wszedł do tego domu kończył tragicznie. Teraz to detektyw Muldoon będzie musiała zmierzyć się z klątwą owego miejsca, w którą początkowo nie wierzy, ale zjawiska, jakim świadkuje po swoim krótkim pobycie w dawnym domu Landersów zdecydowanie osłabią jej sceptycyzm.

Amerykańsko-kanadyjsko-japoński horror „The Grudge: Klątwa” z roku 2020, jak sam tytuł wskazuje, wchodzi w skład franczyzy w pewnym sensie zapoczątkowanej w 2004 roku przez Takashiego Shimizu, remakiem jego własnego obrazu produkcji japońskiej z 2002 roku. W pewnym sensie, bo „Klątwa” narodziła się w Azji, i tam również dorobiła się franczyzy. Omawiany film należy jednak traktować jako element uniwersum „The Grudge” produkcji amerykańskiej. Akcja toczy się mniej więcej w tym samym czasie, w którym rozgrywał się remake z 2004 roku i jego sequel z roku 2006. Autorem pierwszej wersji scenariusza omawianego filmu był Jeff Buhler, ale pomysły przedstawione przez Nicolasa Pesce (twórcę „Oczu matki” z 2016 roku i „Piercingu” z roku 2018) głównemu producentowi filmu, człowiekowi legendzie Samowi Raimiemu (tak, temu od trzech oryginalnych części „Martwego zła”) i jednemu z jego producentów wykonawczych Royowi Lee, spodobały im się na tyle, by powierzyć mu zadanie przerobienia scenariusza Buhlera. Pesce zasiadł też na krześle reżyserskim, mając do dyspozycji mniej więcej dziesięciomilionowy budżet. Wpływy z całego świata wyniosły niespełna pięćdziesiąt milionów dolarów, ale mały sukces kasowy nie poszedł w parze z dobrym odbiorem publiczności. Nicolas Pesce wyznał, że chciałby stworzyć sequel/prequel tego obrazu, najlepiej osadzony w innym regionie niż Stany Zjednoczone, czy Japonia i w innej epoce. Wyraził też zainteresowanie nakręceniem crossovera „The Grudge” i „The Ring”.

Mogłoby się wydawać, że ktoś, kto stworzył „Oczy matki” i „Piercing”, nie będzie dostosowywał się do hollywoodzkich trendów, że drogowskazami dla niego nie będą wszystkie te plastikowe horrorki, które tak często trafiają do szerokiej dystrybucji. Ale Hollywood niejeden talent już stłamsiło, bo nie wiedzieć czemu „na salonach amerykańskiego kina” nadal istnieje przekonanie, że współczesna publika wymaga przede wszystkim takich klimatów. Choć przecież już od jakiegoś czasu wyraźnie widać, że dobra passa plastikowych straszaków jest już na wykończeniu. Do łask wracają duszące, przybrudzone klimaty i tradycyjne straszenie, miast prymitywnym jump scenek. Ale widać twórcy „The Grudge: Klątwy” z 2020 roku widzą to inaczej. Z drugiej strony nie wszyscy chcą oglądać horrory w stylu „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella, „Midsommar: W biały dzień” Ariego Astera, czy „Lighthouse” Roberta Eggersa, żeby wymienić tylko kilka, nazwijmy je, fenomenów współczesnego kina grozy. Nadal istnieje nie tak znowu mała rzesza ludzi optujących za „horrorami na bogato”. Za bogactwem jump scenek oraz obrazów generowanych komputerowo. I kolorów. Silnie skontrastowane, za dnia mieniące się feerią żywych barw, a po zmroku metaliczną czernią, zdjęcia autorstwa Zacka Gallera... Dobrze to znamy – tę atmosferyczną delikatności w pewnym sensie stojącą w sprzeczności z fabułą. A przynajmniej w moich oczach, bo (może niesłusznie) uważam, że opowieści o zjawiskach nadprzyrodzonych powinny cechować się cięższym, mroczniejszym i bardziej zagadkowym klimatem ewidentnej nadnaturalności, nawet wówczas gdy niczego nadzwyczajnego nie widać. Nicolas Pesce wyznał, że pracując nad swoim trzecim pełnometrażowym filmem myślał o między innymi „Egzorcyście” Williama Friedkina i „Zemście po latach” Petera Medaka, ale mimo starań, nie udało mi się dostrzec w jego „The Grudge: Klątwie” wpływu tamtych kultowych horrorów. Za to bez trudu wyłapałam wykorzystywane już w tej franczyzie pomysły. I nie, nie mówię o domu obłożonym klątwą, bo to rozumie się samo przez się. Chodzi o takie charakterystyczne dla tej serii „straszaki”, jak na przykład „bekający” duch dziecka, trup w wannie wypełnionej wodą zabarwioną krwią ofiary, czy dłoń nie z tego świata chwytająca głowę człowieka biorącego prysznic. Nicolas Pesce, moim zdaniem słusznie, zauważył, że z filmami w jakiś sposób związanymi z już powstałymi, lubianymi pozycjami (sequele, remaki na przykład) bywa tak, że albo denerwują ludzi licznymi odstępstwami od swoich protoplastów, albo wręcz przeciwnie: zbyt dużym podobieństwem do nich. Pesce powiedział, że najtrudniejsze w takich przypadkach jest znalezienie równowagi pomiędzy znaną mitologią a inwencją własną. I Nicolas Pesce faktycznie dał fanom filmów spod znaku „Klątwy” i to, i to. Być może nawet zachowując równowagę, nie idąc za daleko w żadnym z tych kierunków. Bo i po co podejmować dodatkowe ryzyko, skoro już sam pomysł na kolejne odgrzanie tego kotleta można za takowe uznać. Dwa sequele amerykańskiego remake'u głośnego japońskiego horroru „Ju-on” z 2002 roku, wielu odbiorców natchnęły przekonaniem, że powinno się już zaprzestać uporczywego odcinania kuponów od tego pomysłu. Pozwolić Kayako Saeki spocząć w pokoju. Bo się kobiecina dość już napracowała...

Według mnie twórcy wydanej na początku 2020 roku „The Grudge: Klątwy” poszli za „Rings” F. Javiera Gutierreza. Odgrzebali znaną historią, przemodelowali ją i przełożyli na ekran w bardzo podobnym stylu. Grunt to jump scenki – im ich więcej, tym lepiej. Z takiego założenia zdaje się wyszli twórcy obu tych pozycji. Nieważny mroczny klimat, nieważny realizm, ani stopniowanie napięcia. Ważne, by powciskać jak najwięcej efektów buuu! Najlepiej obrobionych cyfrowo, ale w sumie nie zaszkodzi też czasem uderzyć w staroświeckie subtelności, typu zacieniona sylwetka przemykająca po korytarzu domu detektyw Muldoon. Nicolas Pesce, wzorem Takashiego Shimizu, miesza okresy czasu. Umowna teraźniejszość to rok 2006. Tutaj w centralnym punkcie stoi detektyw Muldoon. W tej nijakiej roli Andrea Riseborough, której partneruje nie bardziej barwny Demian Bichir, jako detektyw Goodman. Ona jest wdową i matką kilkuletniego chłopca. On z kolei jakiś czas temu stracił ukochaną matkę i partnera, który popadł w szaleństwo po przekroczeniu progu tak zwanego domu Landersów. Losy tych postaci przeplatają się z dwiema gałęziami, które z ich perspektywy już się dokonały. Jedna sięga roku 2004 i skupia się na pośredniku w obrocie nieruchomościami Peterze Spencerze, który wkracza do feralnego domostwa niedługo po śmierci Landersów. Oczywiście nie zdając sobie sprawy z tego, że ta trzyosobowa rodzina nie żyje. Fiona Landers zabiła swoje dziecko i męża, po czym popełniła samobójstwo. I tak w pewnym dotychczas spokojnym amerykańskim miasteczku rozpoczęła się rzeź. Przez klątwę przywleczoną z Japonii. Klątwę dotykającą każdego, kto przekroczy próg tego domu. Ostatnia ścieżka toczy się w 2005 roku i skupia na lokatorach, którzy przyszli po Landersach: małżeństwie Mathesonów. I kobiecie, która pomaga odejść cierpiącym ludziom na ich własnych warunkach. Mówiąc wprost: przeprowadza eutanazje. Pan Matheson wzywa ją do swojej żony, ponieważ nie może już patrzeć na jej męki. Chorej psychicznie kobiety jego życia, która dla mnie stanowiła jedyną dużą atrakcję (obok maciupkiej garsteczki pomniejszych) „The Grudge: Klątwy” z 2020 roku. Wspaniała Lin Shaye, która moim zdaniem powinna pomyśleć o wdrożeniu programu instruktażowego dla aktorów i aktorek chcących nauczyć się widowiskowego odgrywania szaleństwa. Ta legenda horroru jest wręcz stworzona do takich ról... i do każdej innej. Mogłabym patrzeć na nią godzinami. I tylko na nią. Tak więc gdyby zabrano wszystko inne, gdyby po prostu postawiono na scenie Lin Shaye i pozwolono jej godzinami mówić i pokazywać najróżniejsze aktorskie oblicza, to niewątpliwie bawiłabym się nieporównanie lepiej. Nicolas Pesce, co jak wyznał mu się nie zdarza, dał Shaye dużą swobodę. Pozwolił jej dodać coś od siebie, wzbogacić tę postać o własne pomysły. I dobrze, bo w moim odbiorze efekt był wprost piorunujący. To kolejny film, który ta aktorka kradnie, choć miejsca ma niewiele (postać drugoplanowa). Choć zasadniczo „The Grudge: Klątwa” Nicolasa Pesce to ghost story, to odnajdujemy w nim też elementy, których bardziej można by się spodziewać po horrorowych rąbankach. Elementy kina gore, które prawdopodobnie nie wywrą większego wrażenia na długoletnich miłośnikach horrorów tego typu. Obcinanie własnych palców i powiedzmy wybuch przemocy unaoczniony w dalszej partii filmu, cechują się pewną gwałtownością. Wprawdzie nie oszałamiającą, ale myślę, że część widzów tak zupełnie obojętnie obok tego nie przejdzie. Obstawiam, że nawet osoby zaprawione w kinie gore coś w tych miejscach poczuje. Raczej nie będzie to wstręt, bo efekty wiarygodnością nie grzeszą, a i długich zbliżeń na poszarpane, odrażające, broczące posoką rany tutaj nie odnotowałam, ale w leciutki dyskomfort emocjonalny swoista bezpardonowość tych ujęć może ich wprawić. Sekwencja z siekaniem paluszków jest, że tak to ujmę, przyjemnie histeryczna – szaleńcza, schizofreniczna, ocierająca się o groteskę. Nieprzesadnie. Z jump scenek natomiast mogę wyróżnić tylko akcję na drodze (detektyw Muldoon za kierownicą samochodu). Bynajmniej nie dlatego, że odznacza się kreatywnością, tylko z tego prostego powodu, że tylko ta jump scenka odniosła na mnie skutek. Połowiczny. Nie podskoczyłam, ale przyznaję, że drgnęłam, a to już coś, jeśli idzie o zagrania buuu! A fabuła... No, no, to dopiero historia! Wtórna do bólu. W ramach twardych konwencji też trzeba umieć się poruszać. Nie wystarczy rozdawać lubianych motywów i niczego zbytnio nie komplikować (wedle preferowanej przeze mnie teorii, że w horrorze najlepiej sprawdza się prostota), z postaciami włącznie, żeby przekonać choćby tylko te osoby, które nie wpisują się do grona poszukiwaczy oryginalności w horrorze, które cenią sobie tradycję. Nie, takie beznamiętne podejścia do sprawdzonych wątków i to w dodatku w stylu „patrzcie mam kasę na CGI i ogromne parcie na jump scenki”... Nie, ja w takim czymś odnaleźć się nie potrafię. Nuda niemiłosierna. Nijakość bezdenna. Marazm i płytkość straszliwe. I to jest, Proszę Państwa, strach w najczystszym wydaniu!

Nicolas Pesce ekshumuje „japońską klątwę”, przenosi ją do Stanów Zjednoczonych (spokojnie, po drodze nie infekuje innych krajów), tylko po to by dodać swój gwóźdź do jej trumny. Mniej więcej tak to widzę. Nieudane wskrzeszenie klątwy, która rodzi się w gniewie lub żalu i... jak widać nigdy nie umiera. Ale słabnie. Czuć, że nie ma już w niej tej mocy, która przerażała rzesze widzów z całego świata. Czuć to, nawet jeśli, jak ja, nigdy nie było się wielką fanką/wielkim fanem ani franczyzy „Ju-on” made in Japan, ani analogicznej franczyzy „The Grudge” made in USA. Z drugiej strony występ Lin Shaye... Czy dla niego samego warto było „The Grudge: Klątwę” Nicolasa Pesce obejrzeć? Cieszę się, że ten występ zobaczyłam, ale bynajmniej nie cieszę się, że ten film obejrzałam. To dopiero dysonans poznawczy...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...