wtorek, 4 października 2022

„Goście” (2022)

 

Duńska para, Louise i Bjørn, podczas wakacji w Toskanii spędzanych wraz z kilkuletnią córką Agnes, poznaje holenderskie małżeństwo, Karin i Patricka, którym z kolei towarzyszy ich mały synek Abel. Kilka tygodni po powrocie do kraju Louise i Bjørn dostają pocztówkę od swoich wakacyjnych znajomych, którzy zapraszają ich do siebie na weekend. Po namyśle Duńczycy postanawiają skorzystać z propozycji i niedługo potem oni i ich córka zostają ciepło przywitani w przytulnym domku na holenderskiej prowincji. Ale przyjemna atmosfera powoli się rozprasza przez zachowanie gospodarzy. Zwłaszcza Louise czuje się coraz bardziej niezręcznie w tym towarzystwie. Kobieta szybko traci ochotę na spędzenie całego weekendu w tym miejscu, ale Bjørn nie chce działać pochopnie, rezygnować z zaplanowanego wypoczynku z powodu przesadnych reakcji swojej partnerki. Niebawem jednak i on przestanie czuć się komfortowo pod dachem w gruncie rzeczy obcych ludzi.

Duńsko-holenderskie objawienie na światowym rynku filmowym. Trzecie pełnometrażowe dokonanie reżyserskie (po „Rodzicach” z 2016 roku i „Strasznej kobiecie” z roku 2017) Christiana Tafdrupa. Scenariusz napisał ze swoim bratem Madsem Tafdrupem, a pomysł poddało mu samo życie. W pamięci Christiana utkwiła niepokojąca scena z dzieciństwa, kiedy na ścianie w swoim rodzinnym domu zobaczył pocztówkę zaadresowaną do jego rodziców. Wysłało ją małżeństwo z Anglii, które poznali w innym kraju, i które zapraszało ich do siebie na weekend. Christian zapamiętał, że jego rodzice powiedzieli mu wtedy, że to byli bardzo mili ludzie, ale ta pocztówka wyglądała jak z horroru. W 2017 roku Christian Tafdrup miał podobne doświadczenie. Wakacyjny wypad z rodziną zaowocował nową luźną znajomością - z parą Holendrów. Mając w pamięci niezbyt przyjemne weekendy spędzane za młodu w domach nowych kolegów i koleżanek swoich rodziców, Christian uciął dyskusje o zorganizowaniu spotkania z Holendrami po wakacjach. Kiedy w końcu dopatrzył się w tych perypetiach materiału na film, myślał wyłącznie o komedii, ale potem zadał sobie pytanie: „A jakby to wyglądało w ramach horroru?”. Nigdy wcześniej nie myślał o wypuszczeniu się na te gatunkowe wody, ale im dłużej obracał nową koncepcję w głowie, tym bardziej umacniał się w przekonaniu, że tam właśnie jest jej miejsce. Niewiele horrorów w życiu obejrzał, ale wystarczająco, by uznać, że współczesne skoczne „straszydła” to nie jego bajka. Za to taki „Midsommar. W biały dzień” czy „Dziedzictwo. Hereditary” Ariego Astera, to zdecydowanie jego klimaty. I jeszcze „Egzorcysta” Williama Friedkina i mroczne ubiegłowieczne produkcje Romana Polańskiego. Największy wpływ na „Gości” (oryg. „Speak No Evil”) mogły jednak wywrzeć mocniejsze historie Michaela Hanekego, o którego twórczości Christina Tafdrup wypowiada się w samych superlatywach. Film nagrywano w Danii, Holandii i we Włoszech z jedną dłuższą przerwą wymuszoną przez sytuację pandemiczną (COVID-19), a budżet oszacowano na dwa miliony osiemset tysięcy euro. Premierowy pokaz „Speak No Evil” odbył się 21 stycznia 2022 roku na Sundance Film Festival.

Idąc za sugestią swoich kolegów Christina Tafdrup napisał kilka alternatywnych zakończeń dla swojego trzeciego reżyserskiego wyzwania, ale wszystko tak mocno pachniało mu „Netfliksem, gdzie wszystko musi być wyjaśnione”, że postanowił pozostać przy pierwszym rozwiązaniu. A właściwie drugim, bo kulminacyjny moment w pierwszej wersji scenariusza przedstawiał się inaczej. Wymagał zatrudnienia kilkudziesięciu statystów i zdaniem niektórych niepotrzebnie komplikował fabułę, więc wymieniono go na „skromniejszy model”. „Goście” faktycznie stoją w niejakiej opozycji do tych wszystkich podnoszących na duchu i jakby wątpiących w inteligencję widza skocznych, poprawnych politycznie horrorków-potworków. Żeby imputować dzisiejszym pokoleniom bierność w obliczu agresji? Jak sama oryginalna nazwa może sugerować (tj. „Speak No Evil” - eh te polskie tytuły), historia braci Tafdrup mówi o naszym przyzwoleniu na zło. Bo jak mówi stara maksyma „milczenie oznacza przyzwolenie”. Kino przyzwyczaiło nas do walecznych protagonistów i doskonale, na swój chory sposób, zorganizowanych złoczyńców. Tymczasem rzeczywistość nierzadko pokazuje coś zupełnie innego. Oczywiście dla jakiejś części odbiorców weekend na holenderskiej wsi zorganizowany przez braci Tafdrup okaże się skrajnie niewiarygodny. Asertywność to wszak przyrodzona cecha ludzkości, można powiedzieć zakodowana w naszym DNA. I jest jeszcze instynkt przetrwania – lojalny sojusznik w najbardziej krytycznych sytuacjach. Że niby uparcie szukamy usprawiedliwień dla zdrożnych zachowań? Że niby jesteśmy ślepi i głusi na przemoc dopóki nie dotyczy nas? A jak już zaczyna nas dotyczyć, to tak szybko się poddajemy? Niemożliwe. Ale prawdziwe. Tak bezczelnie prawdziwe, tak idealnie pokrywające się z moimi własnym obserwacjami ludzkich zachowań. Kopani każdego dnia, poniżani, okradani, torturowani, zabijani jednym rozporządzeniem, który rzekomo ma zwiększyć nasze bezpieczeństwo. Napadani przez obce mocarstwa – gwałty, zbiorowe mogiły, holocaust cywilów... a reszta świata po prostu patrzy. Z malejącym zainteresowaniem, bo przemoc też powszednieje. Szybko się nudzimy, a zresztą mamy własne problemy. Całego świata nie ocalisz, na domiar złego w erze mediów społecznościowych każdym stwierdzeniem niepasującym do bieżącej propagandy, narażasz się na zostanie jednym z wrogów publicznych. Niepopularnych tez w tych bodaj oświeconych czasach lepiej nie wygłaszać. Nie wychylać się, robić dobrą minę do złej gry, swoje opinie zachowywać dla siebie, uśmiechać się, robić, co ci każą niekoniecznie mądrzejsi ludzie, wpasować się do obowiązującego modelu społecznego. Założyć rodzinę, harować jak wół za „przysłowiową” miskę ryżu, dziękować za podatki i prosić o jeszcze wyższe, zapewnić swoim latoroślom jak najlepsze wykształcenie (koniecznie z jakimiś zajęciami dodatkowymi), ciułać na jakieś miłe wakacje i pokazywać w kulturalnym towarzystwie. Nie bądź sobą, bądź taki, jakim chcą cię widzieć. Bądź normalny – zatkaj uszy, zamknij oczy, zasznuruj usta. I idź, jak ta owca na rzeź. „Dlaczego to robicie? Bo nam na to pozwalacie”. Oto, clou niniejszego „programu”. Wierutne kłamstwo, nie jesteśmy tacy jak Bjørn i Louise. Nie jesteśmy takimi mięczakami. Prędzej Supermanami na bieżąco wyrywającymi „chwasty” z naszej różowiutkiej ziemi. Rzucamy się z pazurami na oprawców, a w najgorszym wypadku bierzemy nogi za pas i ewentualnie zawiadamiamy odpowiednie organy. Tacy jesteśmy, a nie tacy jakimi widzą nas Christian i Mads Tafdrup. Przebrzydli wywrotowcy, którym doprawdy wszystko się pomieszało. Odkleiły się chłopiny od rzeczywistości. Yhm, tak na pewno jest.

Jeszcze nie horror, ale już nie thriller. W pół drogi między tymi dwoma gatunkowymi obszarami. Na ziemi niczyjej, wśród tych wszystkich imigrantów ekonomicznych (nie mylić z uchodźcami), których, jak to szło? Należy topić? Wszak to zwykły śmieć. Cuchnie na milę, obraża nas samym swoim istnieniem. Atakuje ze swojego rachitycznego drzewka. Złośliwy małpiszon z tych „Gości” Christiana Tafdrupa. Wrzućmy go do Odry, niechaj utonie w naszych narodowych ściekach. Ta nierealistyczna opowieść o milczących ludziach. Potulnych barankach prowadzonych przez złych pasterzy. A przynajmniej niegodnych zaufania. Kobieca intuicja, jak to często w kinie grozy bywa, jako pierwsza wszczyna alarm. Louise (w mojej ocenie bezbłędna gra Sidsel Siem Koch; tak samo zresztą przyjęłam wszystkie tutejsze aktorskie występy) nie czuje się dobrze na holenderskiej wsi. A konkretnie w domu w gruncie rzeczy obcych ludzi, którzy zaprosili ją i jej bliskich na weekend. Nie podoba jej się prowizoryczne „łóżko” przygotowane przez Patricka i Karin (Fedja van Huêt i Karina Smulders, którzy w rzeczywistości też są w związku małżeńskim) dla jej kilkuletniej córki Agnes (Liva Forsberg), ale powstrzymuje się od komentarza. Czuje się zmuszana do jedzenia mięsa, a uważa się za wegetariankę - nie chce robić przykrości kucharzowi, nie chce być niewdzięczna, więc bierze, co dają, ale da się zauważyć, że w środku, aż się w niej gotuje. Jest zniesmaczona, tak samo zresztą jak Bjørn (Morten Burian) na widok bezwstydnego obściskiwania się znajomej pary w miejscu publicznym, ale zainterweniują dopiero, na widok metod wychowawczych stosowanych przez Patricka, z pełnym przyzwoleniem, twardym wsparciem Karin. Spróbują załagodzić sytuację, rozładować atmosferę. Spokojnie, nic się nie stało. Spokojnie, to tylko zabawa. Śmiesznie to wszystko brzmi w ustach Louise, gdy tłumaczy się ze swojego - o ironio! - niegrzecznego zachowania. To ten moment, w którym najzacieklej musiałam wzbraniać się – zresztą z mizernym skutkiem – przed zsolidaryzowaniem się z organizatorami tego koszmarnego weekendu. Co ona bredzi? Wprost nie do wiary! Tylko że... Ale przecież... Czy to możliwe, że szukamy dziury w całym? Patrick i Karin nie żyją tak Bjørn i Louise, ale czy to czyni ich zbrodniarzami? A co z Ablem? Zamkniętym w sobie chłopcem z aglossią, który krzyczy nocami? Chłopcem, któremu rodzice nie okazują należytej troski. Wrzeszczą zamiast spokojnie wytłumaczyć, szarpią zamiast przytulić, wymagają nawet kiedy jego biedna buźka zalewa się łzami. Tutaj sprawa jest jasna, czyż nie? Tu wypadałoby wkroczyć. I co zrobić? Może zawiadomić jakiś urząd? Przesada? To może chociaż zapakujemy się do samochodu i pożegnamy z tymi nieidealnymi rodzicami? A czy to przypadkiem nie byłoby uleganie emocjom? No, wiecie ta legendarna „babska histeria”. Bądźmy racjonalni, w końcu nie zeszliśmy przed chwilą z drzew. To już długo nie potrwa, ten nieudany weekend już dobiega końca, więc nie pozostawmy po sobie złego wrażenia. Najważniejsze, by dobrze nas zapamiętano. Utrzymaj tę puszystą maskę, nie świruj, trzymaj się zasad wpojonych przez społeczeństwo. Starannie dobieraj słowa, nie rób niczego, co mogłoby być źle przyjęte przez ludzi, którzy jak by nie patrzeć wpuścili cię do swojego domu. Ugościli tak jak umieli. Doceń to. Niepewność, zagubienie, panika, szok i wreszcie rezygnacja. Pokonani praktycznie bez walki? Na to się zanosi, ale może w końcu nastąpi ten wyczekiwany zryw. Może niebohaterscy bohaterowie tego przeokropnie angażującego, tak cholernie bolesnego, intensywnego widowiska, zrehabilitują się w moich oczach. Co za denerwujące postacie, och jaka byłam na nich wściekła (na nas), gdy tama puściła. Popłynęła rzeka łez zanieczyszczona wstrętem. Brutalizacja w artystycznym płaszczyku. Surowa, zimna, chwytająca za serce brzydotą. Poczułam się jak w „Midsommar. W biały dzień” Ariego Astera, choć dotąd po głowie kołatało mi się szwedzko-duńskie(!) „Koko-di Kodo-da” Johannesa Nyholma: podobna wrażliwość artystyczna.

Popatrz, jak mało trzeba, by dokręcić śrubę, wzmóc napięcie. I jeszcze jeden obrót, a teraz może dwa. Domyślasz się, do czego to prowadzi, prawda? Wiesz, co się stanie, nie chcesz na to patrzeć, ale nie możesz przestać. Zupełnie jakby jakaś nadnaturalna siła trzymała cię przed ekranem. Nie, to tylko połączona moc tekstu, obrazu i dźwięku. Duńsko-holenderski majstersztyk w reżyserii Christiana Tafdrupa, którego scenariusz napisał wespół z bratem Madsem Tafdrupem. Mocna, bezkompromisowa opowieść o eskalacji przemocy w taktownie milczącym świecie. O oszukiwaniu samych siebie. Markowaniu walki ze złem wszelakim. Bezradności niekoniecznie wyłącznie w starciu z silniejszym fizycznie i/lub uzbrojonym przeciwnikiem. Marsz żywych trupów. Patrzących, ale niewidzących. Milczących, bo tak wypada. Prawda boli... Nie, przecież to obrzydliwe kłamstwo. Tak, tak, tego się trzymajmy.

niedziela, 2 października 2022

8. Splat!FilmFest 2022

 
Nad Polskę nadciąga właśnie huragan horroru, szaleństwa i dziwności. Festiwal najnowszego kina gatunkowego Splat!FilmFest wraca i jak zwykle nie bierze jeńców. W programie prawie 30 najlepszych, najkrwawszych i najstraszniejszych filmów pełnometrażowych, jakie w tym roku wywoływały popłoch i panikę na światowych festiwalach. Strach zbliża się w tym roku wielkimi krokami do dwóch polskich miast: Warszawy i Wrocławia w dn. 26-30 października, a potem zagości też w sieci: edycja online Splat!FilmFest odbędzie się 3-13 listopada.
 
 
 
STRACH I TERROR

Fani niekontrolowanej makabry na pewno ucieszą się z powrotu Terrifiera, klauna-mordercy, przy którym Pennywise wygląda jak dziecinna igraszka. „Terrifier 2” (to polska premiera długo wyczekiwanego sequela) przeraża w uwielbianej przez festiwalowych widzów sekcji STRACH I TERROR. Nie jest to film dla tych, którzy mają słabe nerwy, bo po seansie można nabawić się koulrofobii. W tej flagowej sekcji festiwalu znalazły się m.in. takie perły jak: „Zalava" (irański horror, w którym najbardziej przeraża potęga zabobonów), „Czarne okulary” (po wieloletniej przerwie powrót mistrza giallo, Dario Argento), „Rodzinna kolacja” (austriacka perełka o pulchnej i zakompleksionej nastolatce), „Candy Land” (czerpiąca z tradycji kina exploitation krwawa historia o mordercy zabijającym grupę sex-workersów), „Saloum” (senegalska rewelacja, z której dumny byłby nawet Quentin Tarantino), ”Świniobijca”(pełen przemocy i wynaturzenia film o kanadyjskim seryjnym mordercy ze świetną rolą Jake'a Buseya) czy ”Svetlonoc” (nagrodzona na festiwalu w Locarno opowieść o współczesnych wiedźmach).

 
 STRASZNIE ŚMIESZNIE

Ale na Splat!FilmFest jest nie tylko potwornie, choć to specjalność festiwalu. Najlepszym dowodem na to jest sekcja STRASZNIE ŚMIESZNIE, w której królują filmy przełamujące grozę czarnym jak głębia kosmosu humorem. W niej zobaczycie m.in. świetne „Cięcie!”, w którym ekipa filmowa kręci niskobudżetową produkcję o zombie i staje się celem prawdziwych zombie (film otwarcia tegorocznego festiwalu w Cannes), pokręconą „Sissy”- o influencerce, która jedzie na wieczór panieński dawnej przyjaciółki, sprawy oczywiście szybko wymykają się spod kontroli, a krew leje strumieniami, oraz „Podano panią Campbell” - najnowsze dzieło zrealizowane pod szyldem wytwórni TROMA (z Lloydem Kaufmanem w jednej z ról).
  
 
WTF

W słynnej już sekcji WTF w tym roku Splat!FilmFest znów zaprezentuje filmy, które najlepiej skwitować można "WTF?". „Naszprycowani robakami” (jeden z najobrzydliwszych filmów tej edycji), „Niewiarygodne, ale prawdziwe” (najnowsze dzieło Quentina Dupieux, tym razem o podróżach w czasie), „Niania” (o mizoginie, który postanawia zostać feministą, a to wszystko w technicolorze) i wysmakowana estetycznie, utrzymana w tonacji pudrowego różu, kilka dni temu nagrodzona tytułem Najlepszego Filmu na Fantastic Fest „Pieta” (w reżyserii Eduardo Casanovy, który zadebiutował na Splat!FilmFest w 2017 r. świetnie przyjętymi „Ciałami").
  
 
DOKUMENTY

Rzeczywistość czasami jest dziwniejsza niż fikcja. Wspaniale widać to w sekcji DOKUMENTY w której znalazł się film „I tak to się żyje na tej wsi”. Opowiada historię, którą mogliby wspólnie napisać David Lynch i komicy z grupy Monty Pythona, tyle że wydarzyła się naprawdę. To opowieść o farmerze, który latami nagrywał domowe filmy. Co w tym dziwnego? Wszystko, są tu i sztuczne kościotrupy, i ciała zmarłych rodziców, i wariackie układy taneczne. Oprócz tego, Splat!FilmFest pokaże też dokumenty „Żyjąc z laleczką Chucky” oraz „Historia metalu i horroru”. W obu filmach przed kamerą usiadły największe gwiazdy kina grozy i mocnej muzyki. 
 
 
KULTOWE, KRÓTKOMETRAŻOWE I GOŚCINNY CYKL „NAJLEPSZE Z NAJGORSZYCH”

W programie także filmy krótkometrażowe, kultowa polska „Obróbka skrawaniem” z 2001 uznawana za pierwszy polski film gore czy gościnny pokaz w ramach cyklu „Najlepsze z Najgorszych”, na którym pokazany zostanie murowany hit, czyli „Ptakodemia 3”, w której zabójcze oraz zabójczo animowane orły znów zaatakują ludzkość, a twórcy dobiją ekologicznym przesłaniem.
 

Wszystkie informacje na temat programu znajdziecie na stronie 

Harmonogramy pokazów, bilety oraz repertuar edycji online – wkrótce!
Konferencja prasowa Splat!FilmFest odbędzie się 18 października o 10:00 w warszawskiej Kinotece.

Źródło: wszystkie materiały od organizatorów festiwalu

sobota, 1 października 2022

„Moja przyjaciółka opętana” (2022)

 

Rok 1988. Licealistki Abby Rivers i Gretchen Lang od lat są najlepszymi przyjaciółkami, ale ich relacja wkrótce zostanie wystawiona na poważną próbę. Podczas kameralnej imprezy w leśnym domku należącym do rodziców ich koleżanki Margaret Chisolm, Abby i Gretchen znajdują opuszczoną nieruchomość, którą postanawiają zwiedzić. W środku ich oczom ukazuje się coś, co zmusza ich do panicznej ucieczki. Ale tylko Abby udaje się wydostać na zewnątrz. Gretchen odnajduje się niedługo potem i odtąd nie jest już taka jak wcześniej. Abby z rosnącym przerażaniem obserwuje drastyczne zmiany, zachodzące w jej najlepszej przyjaciółce. Zupełnie jakby w jej wnętrzu zamieszkała jakaś obca istota. Istota, znajdująca przyjemność w krzywdzeniu innych.

Moja przyjaciółka opętana” (oryg. „My Best Friend's Exorcism”) to historia od Grady'ego Hendrixa zapożyczona. Oparty na jego wydanej w 2016 roku powieści pod tym samym tytułem (pierwsze polska edycja ukazała się w roku 2020 pod szyldem wydawnictwa Vesper) obraz wyreżyserowany przez Damona Thomasa. Scenariusz napisała Jenna Lamia, która przede wszystkim skupiła się na sile przyjaźni Abby Rivers i Gretchen Lang. To najbardziej urzekło ją w książce i była zdumiona, gdy dowiedziała się, że Grady Hendrix jest mężczyzną. Zdjęcia ruszyły w kwietniu 2021 roku w stanie Georgia, czyli w trakcie pandemii COVID-19, co miało negatywny wpływ na pracę całej ekipy, choćby przez częste zmiany w harmonogramie – w takich okolicznościach nie można było oczekiwać, zwłaszcza od młodych aktorów, stuprocentowej obecności. Ale to nic w porównaniu do mocno napiętego budżetu. W pierwszych wersjach scenariusza „Mojej przyjaciółki opętanej” Jenna Lamia zawarła więcej atrakcji wyłuskanych z powieści Hendrixa, ale trzeba było oszczędzać, więc nie pozostało jej nic innego, jak rozstać się z tymi motywami. Zrezygnować z części ulubionych elementów literackiego pierwowzoru. Dystrybucja „Mojej przyjaciółki opętanej” Damona Thomasa ruszyła 30 września 2022 roku na Amazon Prime Video.

Scenarzystka „Mojej przyjaciółki opętanej” nie ukrywa, że ceni sobie opowieści o nastoletnich dziewczynach, a już zwłaszcza osadzone w ramach horroru. Bo jej zdaniem dojrzewanie to horror. Nic więc dziwnego, że zaintrygował ją podtekst zawarty przez Grady'ego Hendrixa w jego opowieści o wielkiej przyjaźni. Porównanie procesu dojrzewania do opętania przez demona. Jak można się tego domyślić Jenna Lamia dokładała starań, by to przesłanie wybrzmiało także w ekranowej odsłonie perypetii zaprzyjaźnionych licealistek. Abby Rivers (przyzwoita kreacja Elsie Fisher, którą fani kina grozy mogą znać choćby z „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Davida Blue Garcii) wywodzi się z niższej warstwy społecznej niż jej najlepsza przyjaciółka Gretchen Lang (taki sobie występ Amiah Miller, którą z kolei miłośnicy gatunku mogą kojarzyć z „Kiedy gasną światła” Davida F. Sandberga; epizodyczna rólka) i pozostałe członkinie ich małej paczki, Margaret Chisolm (przeciętna kreacja Rachel Ogechi Kanu) oraz Glee Tanaka (też niczym się tutaj niewyróżniająca się Cathy Ang). Rodzicie Abby nie dorobili się tego, co rodzice jej koleżanek – pięknego domu, markowych ubrań i tak dalej. Gretchen w przeciwieństwie do Abby nie musiała starać się o stypendium, jej rodziców bowiem stać na opłacenie jej studiów. Matka Abby nie kryje swojego niezadowolenia z faktu, że jej jedyne dziecko tak zbliżyło się do Langów. Gretchen zdecydowanie nie jest jej ulubienicą i w sumie podobną sytuację można zaobserwować po drugiej stronie. Rodzice Gretchen zachowują się jakby robili wielką łaskę Abby goszcząc ją w swoim domu. Litują się nad tym ubogim dziewczątkiem i choć nie mówią tego wprost, to nie można oprzeć się wrażeniu, że oczekują od Abby dozgonnej wdzięczności za swoją rzekomą wspaniałomyślność. Mają się za lepszych od Riversów – błękitna krew, rasa panów, szlachta, która w pewnym sensie przygarnęła chłopkę, za co należy im się medal. W ich środowisku nie każdy by się na to zdobył. Na goszczenie w swoich błyszczących progach takiego „obdartusa”, jak Abby. Z drugiej strony pewnie ulżyłoby im, gdyby Gretchen poszła po rozum do głowy i zerwała kontakty z tą dziewuchą. Pewnie skakaliby z radości, gdyby ich córka znalazła sobie lepiej sytuowaną przyjaciółkę. Taką, która nie pakuje się z brudnymi nogami na czystą pościel. Można więc powiedzieć, że Abby i Gretchen zbliżyły się do siebie wbrew światu. Mając za nic społeczną etykietę, kpiąc sobie z norm panujących w cywilizowanym społeczeństwie. Takie dziewczyny jak Gretchen nie przystają z takimi dziewczyny jak Abby. Takie dziewczyny jak Gretchen trzymają się z takimi dziewczynami jak Margaret i Glee. A przynajmniej tak zdają się widzieć świat rodzice opętanej. Potencjalnej ofiary jakiejś demonicznej istoty, która z sobie tylko znanego powodu osiadła w opuszczonych domu w głębi lasu. Pustostanie, w którym najwyraźniej odbyła się niejedna zakrapiana impreza. Wesoła twórczość szpecąca ściany i szklane butelki walające się po podłodze każą sądzić, że ta chyląca się ku upadkowi nieruchomość to jedna z przystani młodych ludzi z tych okolic. Akcja toczy się w jakiejś amerykańskiej mieścinie w drugiej połowie lat 80. XX wieku. Z lekka przygaszone kolory... i to by było na tyle, jeśli chodzi o przywoływanie ówczesnego kinematograficznego ducha. W wersji Grady'ego Hendrixa klimat szalonych lat 80., magia tamtej epoki (czy raczej magia kina i literatury z tamtego okresu) w moim poczuciu też dobitnie się nie zaznaczała, ale przy tym reżyserskim dokonaniu Damona Thomasa można zatęsknić za tamtą aurą. Powieść na tym gruncie (atmosfera retro) w moich oczach wypadła dużo lepiej. Zresztą na pozostałych również.

Babski” wieczór w leśnej głuszy. Tablica ouija, nocna kąpiel w jeziorze, narkotyki i opuszczony dom, który podobno jest nawiedzony przez duchy. Takie historie krążą wśród młodych ludzi, ale to, co faktycznie zagnieździło się w tych zimnych murach pewnie zaszokowałoby nawet najbardziej kreatywnych „bajkopisarzy” z tego zakątka Stanów Zjednoczonych. Gretchen Lang na własnej skórze przekona się, jakie zło zaczaiło się w tym zdemolowanym budynku. Tak sobie tam siedziało, dopóki nie przyplątały się dwie miłośniczki kina grozy. Abby i Gretchen przypadkiem odnalazły ten niegościnny przybytek po małej scysji z koleżanką i to był początek ich niezwykłych problemów. Bo wszystko wskazuje na to, że Gretchen mimowolnie przywlokła ze sobą najprawdziwszą bestię. Demona, który odtąd nocami zakradał się do jej sypialni (trochę jak w „Draculi” Brama Stokera), a potem... Właściwie Abby Rivers ma inną teorię. Czołowa postać „Mojej przyjaciółki opętanej” dochodzi do wniosku, że Gretchen została zgwałcona i, jak szybko się przekonuje, jest jedyną osobą, którą to obchodzi. Szkolna wychowawczyni, surowa zakonnica, nie ma wątpliwości, że Abby zmyśla (jej asystent, obiekt westchnień Abby, wprawdzie inaczej się na to zapatruje, w każdym razie na pewno wolałby pochylić się nad tą sprawą, ale nie ma wystarczającej siły przebicia w tym oświatowych piekiełku), a rodzice Gretchen jakby puszczają to mimo uszu. Co tam gwałt, przerażające jest tylko to, że ich wychuchana latorośl sięgnęła po narkotyk. Niewątpliwie to Abby ją do tego namówiła, bo czego innego można się spodziewać po dziewczynie z nizin społecznych? Langowie nie zamierzają dłużej tolerować tej przyjaźni. Koniec, miarka się przebrała. Gorzej, że Gretchen odsuwa się od biednej Abby. Mało tego, nie odpuszcza żadnej okazji, by upokorzyć jedyną osobę gotową skoczyć za nią w ogień. Abby próbowała jej pomóc, ale albo źle się do tego zabrała, albo wręcz przeciwnie: była na tyle bliska wydobycia przyjaciółki spod zgubnego wpływu, że jej prześladowca musiał interweniować. To nie Gretchen tylko najprawdziwszy demon postawił między nimi mur pod napięciem. A może to tylko szalejące hormony? Czy znajdzie się choć jedna osoba, która będzie się nad tym zastanawiać? Tak czy owak, Abby jako pierwsza zwietrzy śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony dziewczyny, na której nigdy nie przestało jej zależeć. Dręczycielka, o którą warto walczyć. Przerażona, ale i zdeterminowana by odzyskać osobę, która do niedawna była jej najbliższa. Samą dynamikę relacji Abby i Gretchen moim zdaniem całkiem nieźle udało się przenieść z kart powieści Grady'ego Hendrixa, gorzej gdy usiłowano podkręcić napięcie, zagęścić atmosferę (nad)naturalnego zagrożenia. Weźmy choćby scenkę ze szklanką ulubionego „trunku” amerykańskich nastolatków, podchody w domu Langów w dalszej partii „Mojej przyjaciółki opętanej” Damona Thomasa – doskonała okazja do wywindowania niewygodnych emocji tak przecież pożądanych w horrorach, która według mnie została kompletnie zmarnowana. Bez sensu zaprzepaszczona. E tam, po prostu brakło wyczucia gatunku. Twórcy „Mojej przyjaciółki opętanej” są trochę jak te słonie w składzie porcelany – nie nazwałabym tego imponującym pokazem gracji, szyku i subtelności. Największy koszmar zaliczyłam w sypialni jednej z ofiar odmienionej Gretchen – tandetny „robaczek” przygotowany przez twórców efektów specjalnych. Cyfrowy potworek, którego nie da się odzobaczyć. Jeśli zaś chodzi o „demoniczne atrybuty”, objawy opętania przez demona, to stawiano na minimalizm. Co prawda nie miałabym nic przeciwko większym akrobacjom (wygibasy a la Regan MacNeil i Emily Rose), bo jedyne co zapamiętałam to tak zwany mostek, a trudno to uznać za jakiś duży wyczyn, upiorny popis potencjalnego przybysza z Piekła, ale szczerze mówiąc w ostatnim „akcie” kamień spadł mi z serca. Od kiedy moje biedne oczy (a skoro mowa o oczach, to Gretchen dostały się najlepsze patrzałki, jakie w horrorze przynajmniej ja odnajduję – białe oczy w tym gatunku zawsze napawały mnie niepokojem, a tutaj największą robotę zrobiły w ujęciu post-alarmowym, kiedy nasza Gretchen siedzi przy biurku i bazgrze w zeszycie) ujrzały kiczowatego tasiemca szykowałam się na dłuższy pokaz takiej ciężkostrawnej pikselowej papki. Pozostało tylko z politowaniem przyglądać się niewydarzonemu egzorcyście – toporny występ kabaretowy. Miało być śmiesznie, ale u mnie udało się wywołać jedynie grymas niesmaku. Jakby powiedzieli młodzi: żal. UWAGA SPOILER Ale mała pokraka, złośliwy skrzat, który w nadzwyczaj obfitych wymiotach w końcu wylazł z Gretchen autentycznie mnie rozbawił. Się obśmiałam KONIEC SPOILERA. Wypada też wspomnieć, że twórcy przygotowali małą niespodziankę dla miłośników powieści „Moja przyjaciółka opętana”, a przynajmniej jej boskiej okładki. Tej z kolorowymi cegiełkami, w którą opakowano także pierwsze polskie wydanie rzeczonego utworu Grady'ego Hendrixa.

Obejrzeć można, ale cudów lepiej się nie spodziewać. „Moja przyjaciółka opętana” Damona Thomasa to uboga krewna „Mojej przyjaciółki opętanej” Grady'ego Hendrixa. Niedostarczające porównywalnych emocji swoiste streszczenie książki. „Skrótowiec” o młodzieńczej przyjaźni, wystawionej na piekielną próbę. Przyjaźni, która może góry przenosić... i demony unicestwiać? O okropnym dojrzewaniu w nieprozaicznym ujęciu. O egzorcyście jakich mało i podstępnym złodzieju ludzkich ciał. Nie że jest mus, ale na bezrybiu i takiego raczka złowić można. Z nudów nie takie rzeczy się oglądało:)

piątek, 30 września 2022

„Black Box” (2020)

 

Nolan Wright stracił wspomnienia w wypadku samochodowym, w którym zginęła jego żona Rachel. Z pomocą dziesięcioletniej córki Avy mężczyzna stara się powrócić do dawnego życia, z nadzieją, że amnezja w końcu ustąpi. Kiedy nie udaje mu się odzyskać pracy, korzystając z rady swojego przyjaciela, doktora Gary'ego Yeboah, Nolan decyduje się skorzystać z eksperymentalnej terapii doktor Lillian Brooks, neurolog, która skonstruowała aparaturę opartą na hipnozie nazwaną Black Box. Motywowany głównie dobrem córki, Nolan zapuszcza się w tajemne zakamarki swojego umysłu, stopniowo odkrywając rzeczy, o które nigdy by się nie podejrzewał. Na domiar złego w Black Box prześladuje go upiorna istota, która wedle doktor Brooks jest uosobieniem reakcji obronnej mózgu, co może wskazywać na jakąś traumę.

Black Box”, amerykański horror science fiction wyreżyserowany przez debiutującego w pełnym metrażu Emmanuela Oseia-Kuffoura Jr. w oparciu o scenariusz, który napisał wespół ze Stephenem Hermanem, pomysłodawcą tej historii, jest częścią filmowej operacji „Welcome to the Blumhouse” - zbiór długometrażowych, niepowiązanych fabularnie, stworzonych przez różne zespoły produkcji grozy wyprodukowanych przez Blumhouse Productions/Blumhouse Television dla Amazon Prime Video. Emmanuel Osei-Kuffour Jr. dostał tę szansę dzięki swojemu krótkometrażowemu obrazowi z 2015 roku pt. „Born with It”, który był pokazywany na różnych festiwalach filmowych. W pracy nad „Black Box” Osei-Kuffour inspirował się „Babadookiem” Jennifer Kent, „Czarnym łabędziem” Darrena Aronofsky'ego, „W pogoni za szczęściem” Gabriele Muccino, „Niezniszczalnym” M. Nighta Shyamalana i japońskimi horrorami. Z mniejszym naciskiem opierał się na takich filmach jak „Matrix” Lilly i Lany Wachowskich, „Efekt motyla” J. Mackye Grubera i Erica Bressa i „Looper - Pętla czasu” Riana Johnsona. Ekipa zaprosiła do współpracy Troya Jamesa, który wykonywał swój popisowy numer znany reżyserowi „Black Box” z programu „America's Got Talent”. Film został uwolniony szóstego października 2020 roku na Amazon Prime Video, tym samym otwierając „Welcome to the Blumhouse”. Razem z „Kłamstwem” Veeny Sud.

Emmanuel Osei-Kuffour Jr. w swojej twórczości większą wagę przywiązuje do dynamiki relacji międzyludzkich niż efektów specjalnych. Woli skromne, intymne widowiska skoncentrowane na prowadzeniu fabuły, zdecydowanie nie przepada za „wtrętami komputerowymi”, ale nie pogardzi dobrymi praktycznymi dodatkami. W każdym razie w swoim pierwszym pełnometrażowym filmie z łatwością wygospodarował trochę miejsca dla dosadniejszych atrakcji. Dla człowieka wyginającego śmiało ciało, który wedle słów reżysera „Black Box” w ogóle nie korzystał ze wsparcia cyfrowego. „Pajęczy krok” Backwards Mana (właściwie Troya Jamesa) naturalną koleją rzeczy przywiódł mi na myśl „Egzorcystę” Williama Friedkina, jeden z największych kamieni milowych w kinematografii grozy, co prostą drogą doprowadziło mnie do „Egzorcyzmów Emily Rose” Scotta Derricksona, ale o „Babadooku” Jennifer Kent, przyznam się, nie myślałam. A właśnie „Babadooka” „mieli przed oczami” twórcy omawianej produkcji. Nie wiem, czy taki był cel zespołu ds. „Black Box”, ale podążając za Nolanem Wrightem (przekonująca kreacja Mamoudou Athiego) nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to mały ukłon dla klasycznych opowieści o „niebezpiecznych geniuszach” i ich diabelskich wynalazkach, nierzadko tworzonych w dobrej wierze, ale w historiach, które mam na myśli zazwyczaj efekt jest wprost przeciwny do zamierzonego. Zabawa w Boga w kinie grozy nie jest dobrym pomysłem, o czym być może przekona się też doktor Lillian Brooks, (nie)mądra głowa, która skonstruowała tytułową skrzynkę, czy jak kto woli pudełko. Głównego bohatera poznajemy pół roku po wypadku samochodowym, w którym uczestniczył z żoną o imieniu Rachel. On przeżył, ona nie miała tyle szczęścia. O ile można nazwać szczęściem to, co przyniosła mu bliższa i trochę dalsza przyszłość. Do szpitala trafił w stanie krytycznym. Lekarze właściwie nie dawali mu najmniejszych szans na przeżycie. Nie z takim urazem czaszki i płatu skroniowego. Ale pacjent po paru dniach wybudził się ze śpiączki... i nie wiedział, kim jest. Amnezja w takich wypadkach nie jest niczym niezwykłym, choć oczywiście wielce kłopotliwym dla osób nią dotkniętych. Tak też było z Nolanem, obcym w obcym kraju. Role się odwróciły – ojcem zaopiekowała się dziesięcioletnia Ava (zjawiskowy występ małej Amandy Christine), rezolutna, stanowcza dziewczynka, której pozostał już tylko on. Kochany tata. Ojciec, o którego warto walczyć. Gwoli ścisłości Ava miała też przyszywanego wujka, najlepszego przyjaciela Nolana, doktora Gary'ego Yeboah, do którego maleńka opiekunka zawsze mogła zwrócić się o pomoc. Ale nic nie wskazuje na to, by korzystała z tej opcji. Ta niecodzienna relacja rodzicielska przyciągała mnie z nie mniejszą siłą niż hipnotyczne hokus-pokus doktor Lillian Brooks - udana kreacja Phylicii Rashad, która płynnie, bez widocznego wysiłku jakby naprzemiennie przyoblekała się w skórę „dobrotliwej cioteczki” i „jadowitego gada”. Mój stosunek do tej kobiety do pewnego momentu nieustannie się zmieniał, co jak zakładam nie było produktem ubocznym scenariusza. Przemyślane działanie – subtelne podsycanie napięciowego ognia w sekretnym kominku. Zachęcamy odbiorcę do podejrzliwego przyglądania się ambitnej pani doktor, ale z ferowaniem wyroków mimo wszystko radzimy się wstrzymać. Bo może nie taki diabeł straszny, jak go w jakiejś części malują. Doktor Brooks przypomina tych wszystkich burzycieli ze starych, dobrych - młodszych też - utworów science fiction (w tym body horrorów: wystarczy spojrzeć na niektóre XX-wieczne dokonania Davida Cronenberga), ale w tej grupie mamy przecież nie tylko takich, którzy świadomie sprowadzają zagrożenie. Lillian może szkodzić swojemu pacjentowi (pacjentom?) zupełnie niechcący. Bo co do tego, że Black Box jest terapią mocno inwazyjną wątpliwości raczej mieć nie będziemy. Pytanie tylko, co konkretnie ta skrzyneczka wyczynia z umysłem nieszczęsnego Nolana Wrighta?

Mniej znaczy więcej. Nie wierzycie? W takim razie tym goręcej polecam „Black Box” Emmanuela Oseia-Kuffoura. Niepospolitą historię rodzinną w bardzo skromnych fatałaszkach. Nic, ani efekty specjalne, ani nawet klimat, nie miały takiego znaczenia dla twórców tego intrygującego pudełka, jak fabuła. Nic nie mogło odwrócić uwagi od treści. No, chyba że Backwards Man, którego wyjątkowo śmiałe wygibasy osnuto najbardziej intensywną, najsoczystszą, pięknie mroczną „aurą wspomnieniową”. Co prawda będziemy przenosić się też do kompletnie czarnej krainy - człowiek w nieprzeniknionej ciemnością, gdzie coś się podkrada. Do wędrowca zagubionego we własnej głowie. W przedsionku do skarbnicy pamięci. Od sześciu miesięcy ten bank jest szczelnie zamknięty dla Nolana Wrighta. Konwencjonalne terapie nie pomogły zdobyć owej twierdzy. Pozostaje czekać, aż amnezja ustąpi samoistnie. Jeśli ustąpi, bo jego lekarze byli zgodni co do tego, że równie dobrze wspomnienia mogą nigdy nie powrócić. Gdy go poznajemy, Nolan wyraźnie skłania się ku definitywnej rezygnacji z usług medycznych na polu bitwy z amnezją. Może nie tyle pogodzony z potwornym losem, ile przejedzony złudną nadzieją. Ale jeszcze niegotowy na ułożenie sobie życia na nowo, o czym świadczy choćby jego gwałtowna reakcja na wieść o niemożności powrotu do zawodu, w którym wspaniale sobie radził. A konkretnie do firmy, w której pracował przed wypadkiem. Podobno był najlepszym fotografem w tamtejszym zespole, ale wygląda na to, że katastrofa drogowa zabrała mu nie tylko żonę i wspomnienia, ale też talent, na którym zbudował swoje satysfakcjonujące życie zawodowe. Po opadnięciu emocji, Nolan uznaje, że najlepiej będzie poszukać innej pracy, ale jego przyjaciel doktor Gary Yeboah radzi mu ponownie rozważyć propozycję doktor Lillian Brooks, która pracuje w tym samym szpitalu, co on. W sumie, co mi szkodzi? Nolanowi może się wydawać, że nie ma nic do stracenia. Pewnie nawet się nie rozczaruje, bo nie jest już tak podatny na wpływ „matki głupich”. Gadaj zdrowa, ja wiem swoje. Nie dość, że nigdy nie przypomnę sobie życia sprzed wypadku, to jeszcze długo, może aż do grobowej deski, będę „panem zapominalskim”. Grunt, żebym zawsze pamiętał o odebraniu córki ze szkoły. Najważniejsze, by jej nie stracić – cała reszta jakoś się ułoży. Mogłoby się ułożyć, gdyby Nolan wytrwał w postanowieniu ignorowania nachalnej pani neurolog. Bo czasami lepiej nie pamiętać. Amnezja może być istnym błogosławieństwem. Nolan Wright w każdym razie wkrótce zatęskni za błogą nieświadomością. Słodka niewiedza, nieznajomość człowieka, którego doczesną powłokę wypełnił po wypadku. Bo twórcy sugerują, że Nolanów jest dwóch – osobowość sprzed wypadku i ta, która wykształciła się potem. Ta pierwsza wciąż tkwi w sponiewieranej głowie, w splątanym, mrocznych umyśle, którego z coraz mniejszym niepokojem, ale zawsze ostrożnie, bada „nowy Nolan” pod czujnym okiem doktor Lillian Brooks. Starcie dwóch jaźni zamkniętych w jednym ciele. UWAGA SPOILER Filmowcy zostawili przynajmniej jedną dużą wskazówkę, może niezbyt jaskrawą, celowo niewyeksponowaną, ale skoro mnie nie umknęła, to pewnie i Wy zwrócicie na bestyjkę uwagę. Na to zdjęcie, które prawdę Wam powie KONIEC SPOILERA. Uczciwe ustawienie – gra może nie od razu wyrównana, ale odbiorca nie jest bez szans; raz na pewno da się przewidzieć decydujący ruch przeciwnika – ja jednakże wolałabym bez takich prezentów. Wolałabym, żeby objawienie spłynęło na mnie dokładnie w tym samym momencie, co na głównego uczestnika tej bardziej życiowej niż może się wydawać, dramatycznej sztuki o ojcach, matkach i dzieciach. O rodzinnym piekle i rodzinnym niebie. O poszukiwaniu siebie w obcym, ale zastanawiająco znajomym środowisku. O ślepej ambicji, groźnej obsesji, mniej czy bardziej wzniosłej idei, która jakąś okrężną drogą dotarła do czułej strony w moim wnętrzu. W „Black Box” Emmanuela Oseia-Kuffoura znalazłam więcej niż jedną przygnębiającą życiową opowieść, przemyconą pod cieniutkim płaszczykiem horroru science fiction. Angażująca, trzymająca w napięciu smutna „piosnka”, która jednych buduje, innych rujnuje. Przesycona tęsknotą, pozbawiona zbędnych ozdobników (bo naprawdę upiorna postać podobno strzegąca banku pamięci głównego bohatera przed nim samym, zbędna na pewno nie jest), nieprzekombinowana, a wręcz rozczulająco prosta historia o miłości, która wszystko zniesie, wszystko pokona. Miłości rodzicielskiej.

Horror, science fiction, dramat rodzinny, opowieść egzystencjalna – i to wszystko zmieściło się w takiej małej skrzynce. Skromnej czarnej skrzynce od debiutującego w pełnym metrażu Emmanuela Oseia-Kuffoura Jr. Scenariusz napisał we współpracy ze Stephenem Hermanem, który wcześniej też nie uczestniczył w takich „długodystansowych biegach”. Szansę dała im firma Blumhouse Productions/Blumhouse Television, która zawarła umowę z Amazon Prime Video, myślę intratną dla niejednego miłośnika kina grozy. „Black Box” był jednym z pierwszych obrazów puszczonych w ramach programu „Welcome to the Blumhouse”, który pod swoim sztandarem zgromadził już osiem pełnometrażowych produkcji. I jeśli miałabym polecić tylko jedną, to byłby to... „Nokturn” Zu Quirke, ale „Black Box” Emmanuela Oseia-Kuffoura Jr. depcze mu po piętach. Dobra rzecz.

środa, 28 września 2022

Elisabeth Norebäck „Nadia”

 

Linda Andersson była Słoneczną Dziewczynką. W dzieciństwie często występowała z matką, wielką gwiazdą sceny muzycznej Katariną 'Kathy' Andersson. Gdy dorosła, Linda została nauczycielką muzyki w szkole podstawowej i prywatną korepetytorką uczącą gry na pianinie. Poślubiła wokalistę i gitarzystę Simona Hussa i ich życie było usłane różami, dopóki Kathy nie zapadła na poważną chorobę. Linda opiekowała się matką aż do jej śmierci, a zaraz potem jej związek z Simonem się rozpadł. Teraz kobieta odsiaduje dożywotni wyrok w zakładzie karnym Biskopsberg, powszechnie uważanym za najgorsze więzienie dla kobiet w Szwecji. Skazana za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem, którego nie pamięta. Linda nigdy nie przyznała się do winy, czuła się pokrzywdzona przez system, ukarana za niewinność. Uznana za potwora, z czasem w głębi ducha przyjęła ten wizerunek. Zaczęła widzieć siebie taką, jaką widzieli ją inni. Poddała się, przywykła do życia za murami, przestała karmić się na nadzieją na odzyskanie wolności. Chcieli potwora, więc stała się Potworem.

Elisabeth Norebäck urodziła się w szwedzkim regionie Dalarna i uzyskała tytuł magistra inżyniera w Królewskim Instytucie Technicznym (KTH). Obecnie mieszka w Sztokholmie wraz z mężem i trójką dzieci. Podczas jednego z urlopów macierzyńskich jej myśli pobiegły w stronę jednego z największych koszmarów troskliwego rodzica: zniknięcia dziecka. Dopingowana przez męża zaczęła przelewać swoją przerażającą wizję na papier i niemal dwa lata później jej debiutancka powieść była gotowa. Thriller psychologiczny „Säg att du är min” (ang. „Tell Me You're Mine”, pol. „Powiedz, że jesteś moja”) pierwotnie wydany w roku 2017 i nominowany do Crimetime Specsavers Award w kategorii „Najlepsza premiera roku”. W 2020 roku na szwedzkim rynku wydawniczym pojawiła się druga powieść Elisabeth Norebäck, kolejny psychologiczny dreszczowiec pod tytułem „Nadia”. Tak jak w przypadku „Powiedz, że jesteś moja” pierwszą polską edycję „Nadii” przygotowało wydawnictwo Zysk i S-ka na rok 2022. Tłumaczył Maciej Muszalski.

Niedługa, bo licząca sobie około dwustu siedemdziesięciu stron, kameralna powieść wschodzącej gwiazdy szwedzkiej sceny literackiej, Elisabeth Norebäck. Historia umownie snuta przez Lindę Andersson, którą zastajemy w najpilniej strzeżonym zakładzie karnym dla kobiet w Szwecji. Do Biskopsberga kieruje się zarówno panie skazane za lżejsze przestępstwa, jak i za najcięższe zbrodnie. W tej drugiej grupie jest nasza narratorka, która podobno zamordowała swojego niedoszłego eksmałżonka. Byli w separacji, gdy doszło tego tragicznego w skutkach spotkania na przyjęciu zorganizowanym przez Lindę. Dowody nie pozostawiały wątpliwości – Słoneczna Dziewczynka wpadła w morderczy szał. Zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem popełnione przez pierworodne dziecko jednej z największych gwiazd szwedzkiej sceny muzycznej. Nikt nie miał co do tego wątpliwości. Nikt poza główną zainteresowaną. Ofiarą systemu? Jej zdaniem przedstawiciele organów ścigania nie dopuszczali do siebie innych możliwości. Od początku do końca dosłownie zafiksowani na tym, co najmocniej rzucało się w oczy. Co zdaniem Lindy przykryło prawdę o śmierci Simona Hussa. Wszyscy, włącznie z jej młodszą o cztery lata siostrą Mikaelą i ostatnim życiowym wybrankiem Alexem Lagerbergiem, najwyraźniej podzielali stanowisko policjantów. Cała reszta to już tylko formalność. Z prawem do obrony, ale bez najmniejszych szans na oczyszczenie się z zarzutów. Społeczeństwo wydało wyrok na długo przed otwarciem przewodu sądowego. Domniemanie niewinności to wszak bajeczka dla grzeczny dzieci, fikcja literacka, o czym boleśnie przekonała się skazana na dożywotni pobyt w więzieniu narratorka „Nadii” Elisabeth Norebäck. Po raz pierwszy spotykamy ją w szpitalu, gdzie trafiła w stanie krytycznym. Zaatakowana przez niejaką Anne, również odsiadującą wyrok w Biskopsbergu. To moment zwrotny w życiu Lindy Andersson. Z potwora w Potwora. Metamorfoza właśnie się dokonała. Jej wygląd zewnętrzny dopasował się do wyglądu wewnętrznego. Teraz wygląda tak, jak każdy szanujący się potwór. Bo gdy wszyscy mają cię za potwora, to musisz nim być. Najwyższy czas przestać się oszukiwać. Racja zawsze była po ich stronie. Oni znali cię lepiej. Tym sposobem Elisabeth Norebäck naprowadza nas na znane zjawisko społeczne. Nierzadką chorobę również tak zwanego cywilizowanego świata – przekonanie, że znasz kogoś lepiej od niego samego. Powiemy ci, jaki jesteś. I tutaj pojawia się pułapka, w którą miałam wrażenie wpadła Linda Andersson. Po paru latach za wysokimi, grubymi murami Biskopsberga zaczęła myśleć jak tamci. Uznała, że jest taka, jak ją malują. To najgorsze, co można zrobić w takiej sytuacji – uznać, że inni wiedzą lepiej, co ci w duszy gra. Piekielna symfonia, boś zepsuta do szpiku kości. Wyrachowana, zimna morderczyni, której nie wystarczyło poderżnąć gardła niewiernemu mężowi. Nie, ona dosłownie podziurawiła jego biedne ciało. Zrobiła makabryczne sito z człowieka, który zawiódł jej zaufanie. Miała motyw i sposobność. Na narzędziu zbrodni, nożu kuchennym, znaleziono wyłącznie jej odciski palców. Obudziła się cała we krwi na oczach między innymi młodszej siostry, po czym jak gdyby nigdy nic postanowiła zrobić pranie. Policja zinterpretowała to jako próbę zniszczenia dowodów. I nikt nie uwierzył w jej opowieści o tajemniczej obecności, jaką wyczuła w pokoju, gdy na moment przebudziła się z niezwykle twardego snu. Przysięgała, że niczego nie pamięta, ale i to uznano za wierutne kłamstwo. Chwytała się wszystkiego, byle uniknąć zasłużonej kary. Zasłużonej? Jak przypuszczam dla odbiorców omawianej książki to nie będzie takie oczywiste. Podobno wszelkie wątpliwości w sądzie powinno się rozpatrywać na korzyść oskarżonego/oskarżonej, ale trudno oprzeć się przekonaniu, że Linda Andersson nie dostąpiła takiej łaski. Wręcz przeciwnie: wszystkie zamazane fragmenty tej kryminalnej układanki poświadczyły przeciwko niej.

Podobnie jak większość ludzi, którzy wiodą uporządkowane życie, zawsze przyjmowałam za pewnik, że nasze społeczeństwo funkcjonuje tak, jak powinno […] Władze i instytucje przestrzegają praw, zasad i tego wszystkiego, co bezpośrednio wpływa na nasze życie. Tryby obracają się w sposób właściwy, a wszyscy – policjanci, prokuratorzy i adwokaci – robią, co do nich należy, i przykładają się do swoich obowiązków. Nikt nie nagina zasad ani nie dopuszcza się zaniedbań. Każdy człowiek, niezależnie od pochodzenia etnicznego i społecznego, dostaje szansę, a jego sprawa zostaje sprawiedliwie rozpatrzona. Na końcu prawda zawsze wychodzi na jaw. Jaka ja byłam ślepa.”

Więzienna codzienność wspomnieniami przetykana. Niechronologiczna retrospektywa spętanego Potwora. Kolorowe obrazki z dzieciństwa, nie mniej idylliczne pożycie małżeńskie i kolejna wielka miłość. Albo zgubne zauroczenie. A trochę wcześniej śmierć ukochanej matki, popularnej piosenkarki, która nie miała w zwyczaju strzec swojej prywatności. Katarina - szerzej znana jako Kathy – Andersson żyła jak w jednym z tych telewizyjnych show, typu „Big Brother”, na długo przed ich rozkwitem. W blasku reflektorów, pod obstrzałem aparatów, pod okiem czujnych kamer, w tłumie oddanych fanów, czuła się jak ryba w wodzie. To było jej naturalna środowisko, w którym, jak zapamiętała nasza narratorka ani jej młodsza siostra, ani ich ojciec, nie zdołali się zadomowić. Tylko Słoneczna Dziewczynka odnalazła się w tych powiedziałabym ekstremalnych warunkach. Linda przedstawia swoją rodzicielkę w samych superlatywach, przekonuje, że miała wspaniałe dzieciństwo, że Kathy zrobiła z tego niezapomnianą przygodę. No dobrze, rysy na tym rodzinnym obrazku też się pojawiły, ale nie z winy matki. Prędzej ojca, który w końcu wybrał skromniejsze, zwyczajne, wręcz nudne życie. Dla siebie i Mikaeli. Z czasem kontakty sióstr mocno się rozluźniły. Mało tego: Linda coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że Mikaela nie przepada za matką. Tak samo jak ona za ojcem? Nie, to coś innego. Według Lindy jej wybuchowa siostrzyczka znienawidziła boską Kathy, a tak mocnym słowem nasza narratorka na pewno nie opisałaby swojego późniejszego stosunku do ojca. Nie potrafiła sprostać jego wymaganiom, jakiekolwiek by one były. Stale dawał jej do zrozumienia, że jego oczkiem w głowie jest tylko Mikaela, że nie zależy mu na zacieśnianiu więzi z pierworodnym dzieckiem. Dlatego Linda przestała go odwiedzać. Ona miała powód, ale Mikaela? Dlaczego nie widywała się z matką nawet po przerażającej diagnozie: stwardnienie zanikowe boczne? Tak czy inaczej, siostra najwyraźniej wyrzekła się także jej. W przeciwnym razie odwiedzałaby ją w więzieniu. Elisabeth Norebäck wysyła odbiorców „Nadii” w rejs po bagnie beznadziei, a wręcz zanurza w tych smolistych odmętach, lepkiej cieczy, w której czołowa postać jej drugiej powieści ma dożyć swoich dni. Na nadzwyczaj ciasnym padole. Klaustrofobiczny światek najeżony śmiertelnymi niebezpieczeństwami. Wystarczy spojrzenie, by napytać sobie biedy. Nie gap się, uważaj na słowa i nie pchaj się tam, gdzie cię nie chcą. A największą czujność zachowuj przy Królowej Biskopsbergu, wszechmocnej Adrianie Hansen. Najlepiej unikać miejsc, w których w danej chwili przebywa ta najokrutniejsza mieszkanka Biskopsbergu, ale jeśli przypadkiem wpadniesz w jej orbitę pilnuj się dużo bardziej niż zwykle. Staraj się nie sprowokować królowej wyklętych pszczół. Mniej więcej tak teraz wygląda życie tej, którą kiedyś nazywano Słoneczną Dziewczynką. Koszmar, z którego prawdopodobnie nigdy się wybudzi. Czy aby śmierć nie byłaby lepsza? Wygląda na to, że Linda znajduje w tym jakieś pocieszenie. Koło ratunkowe, po które w każdej chwili może sięgnąć. Co ma do stracenia? Nie ma już nic oprócz wspomnień. I zastawiania się nad tym, jak potoczyłoby się jej życie, gdyby... Linda wie, że to do droga donikąd, w dodatku bardzo bolesna, ale nie potrafi się powstrzymać. Przyznam, że dość nieufnym okiem zaglądałam we wspomnienia Lindy związane z jej matką. Nie byłam tak pewna tej kobiety, jak umowna sprawozdawczyni tej iście depresyjnej przygody, ale za to podzielałam jej wstępną ocenę wydarzeń w domku letniskowym odziedziczonym po matce (współwłasność z Mikaelą). Swoje podejrzenia skoncentrowałam na jednej osobie, i nie była to Słoneczna Dziewczynka, która przeobraziła się w Potwora. Tak ona zaczęła się postrzegać, zgodnie z wytycznymi społeczeństwa, ale w moich oczach pozostawała godną najwyższego współczucia postacią tragiczną. Skazana za niewinność – ja to wiem, pytanie tylko, kiedy ona wreszcie przejrzy tę ohydną mistyfikację. I tak z coraz mniej ciężkim sercem dryfowałam po tym niewzbudzonym morzu. Więzienna rutyna, znane już strumienie myśli przemykające przez oszpeconą głowę rzekomej zabójczyni znanego muzyka Simona Hussa, niezbyt wnikliwe obserwacje, uroczyście wygłaszane w większości wyłącznie na użytek czytelników niebłyskotliwe prawdy o życiu. Przemyślenia artystycznej duszy. „Poetki” brutalnie wyrwanej z różowej bańki. Co ty wiedziałaś o prawdziwym życiu? Żyła w bajce albo w złotej klatce. A potem się obudziła. W jeszcze mniejszej, brudnoszarej klatce. Mozolna wędrówka, czy raczej dłuższy przystanek w piekle, gdzie powoli, acz nieubłaganie ogarniała mnie obojętność. Miałam wrażenie, jakbym kręciła się w kółko, co ma sens jeśli uznamy, że autorka chciała wprowadzić nas w rytm więziennego życia - melodia wygrywana do znudzenia, zapętlony krótki utwór puszczany każdego dnia; może z wyjątkiem świąt - ale to podejrzenie graniczące z pewnością bynajmniej nie hamowało mojego zniechęcenia. Tak mi to wszystko zbrzydło... że na koniec pozostało mi tylko pogratulować sobie wytrwałości. Warto było pocierpieć dla takiego rozwoju wydarzeń. Przemyślane wykorzystanie sprawdzonego „produktu fabularnego”. Robi wrażenie.

Najpierw było „Powiedz, że jesteś moja”, teraz kolej na „Nadię”. Druga powieść Elisabeth Norebäck, drugi thriller psychologiczny od tej szwedzkiej autorki, który, jak mniemam, ugruntuje jej pozycję na tych twardych gatunkowych ziemiach. (Nie)skromna opowieść więzienna. Opowieść Słonecznej Dziewczynki, która stała się Potworem. Opowieść Potwora wspominającego Słoneczną Dziewczynkę. Wymagająca cierpliwości, nieśpiesznie rozwijająca się fikcyjna historia kobiety, która miała wszystko, a teraz nie ma nic. Klaustrofobiczna, duszna, nudnawa. Mała spryciula. Czekajcie, a znajdziecie. Nie uciekajcie od więziennej rutyny. Wytrzymajcie, a dostaniecie cukierka:) Nie, już prędzej tabliczkę pysznie gorzkiej czekolady.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 26 września 2022

Ann Rule „Morderca znad Green River. Historia polowania na najokrutniejszego zabójcę w historii Stanów Zjednoczonych”

 

Ann Rule urodziła się w 1931 roku w Lowell w stanie Michigan, ukończyła szkołę średnią Coatesville w Pensylwanii, studiowała na University of Washington i w Highline Community College, gdzie uzyskała stopień naukowy. Była funkcjonariuszką organów ścigania w Departamencie Policji w Seattle i pisała dla magazynu True Detective pod pseudonimem Andy Stack. Osiadła w Normandy Park w stanie Waszyngton i miała czworo dzieci, z których jedno, Leslie Rule, poszło w jej pisarskie ślady. Na scenie literackiej Ann Rule zadebiutowała w 1980 roku pozycją true crime pt. „The Stranger Beside Me” (pol. „Ted Bundy. Bestia obok mnie”), traktującą o życiu i zbrodniach Teda Bundy'ego, jednego z najbardziej niesławnych seryjnych morderców w historii, z którym nieświadoma jego prawdziwej natury Rule utrzymywała przyjacielskie stosunki. Książkę przeniesiono na mały ekran (film telewizyjny) w 2003 roku pod tym samym oryginalnym tytułem (pol. „Obcy przyjaciel”). Obraz wyreżyserował Paul Shapiro, a scenariusz opracowali Matthew McDuffie i Matthew Tabak. Rolę Teda Bundy'ego powierzono Billy'emu Campbellowi, a w postać Ann Rule wcieliła się Barbara Hershey. Po wydaniu książki „Heart Full of Lies” (pol. „Serce pełne kłamstw”) koncentrującej się na autentycznej sprawie Liysy Northon, która w 2000 roku zabiła swojego męża Chrisa, Northon wytoczyła przeciwko Ann Rule i jej wydawcy pozew o zniesławienie, który został oddalony przez Sąd Apelacyjny. Narzeczony Liysy Northon, dziennikarz Rick Swart, napisał artykuł dla Seattle Weekly, zarzucając Rule nieprecyzyjne, niechlujne i bezlitosne przedstawienie Liysy Northon jako socjopatycznej zabójczyni. Autorka odpowiedziała pozwem o zniesławienie - wytoczonym przeciwko Swartowi i Seattle Weekly w 2013 roku – który sąd uznał za bezzasadny. Rule miała w całości pokryć koszta adwokackie strony przeciwnej i wypłacić pozwanym odszkodowanie w wysokości dziesięciu tysięcy dolarów. Ann Rule odwołała się od wyroku i Sąd Apelacyjny przychylił się do jej wniosku, ale przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia. W 2015 Ann Rule zmarła w wyniku zastoinowej niewydolności serca, tuż po pobycie w szpitalu w związku z zawałem serca. Po jej śmierci w The New Yorker pojawił się artykuł autorstwa Victorii Beale, w którym zarzucała Rule zbyt duże zaangażowanie w życie Teda Bundy'ego już po jego zatrzymaniu – między innymi wspieranie go finansowo.

Dwa lata przed pierwszym wydaniem książki, która nastręczyła Ann Rule trochę kłopotów prawnych, w 2001 roku, zatrzymano seryjnego mordercę, którego sprawę śledziła od pierwszej połowy lat 80. tych XX wieku. Umowa z wydawcą dawno została zawarta, przy czym Rule zastrzegła sobie, że pracę nad swoim reportażem (nie licząc gromadzenia informacji) o „najbardziej płodnym/zachłannym seryjnym mordercy w historii Stanów Zjednoczonych” - jak zwykło się nazywać człowieka, któremu prasa nadała przydomek The Green River Killer (Morderca znad Green River, w skrócie ZGR) – rozpocznie dopiero po jego schwytaniu. Gdyby amerykański odpowiednik Kuby Rozpruwacza (mniej pazernego zabójcy prostytutek, który swoje krwawe żniwo zebrał w 1888 roku w londyńskiej dzielnicy Whitechapel i jej okolicach) też zdołał umknąć tak zwanemu wymiarowi sprawiedliwości, obszerny reportaż pt. „Green River, Running Red” - pierwotnie opublikowany w roku 2004 - pióra jednej z najbardziej docenianych, najpoczytniejszych autorek/autorów true crime stories, najprawdopodobniej nigdy by nie powstał. Pierwsze polskie wydanie zatytułowane „Morderca znad Green River. Historia polowania na najokrutniejszego zabójcę w historii Stanów Zjednoczonych” przygotowało wydawnictwo SQN na rok 2022. Trochę ponad sześćset stronicowa publikacja w twardej oprawie z fantazją „pokolorowanej” (tj. projekt graficzny okładki) przez Pawła Szczepanika, w tłumaczeniu Aleksandry Radlak, zawierająca czarno-białe zdjęcia czterdziestu siedmiu ofiar tytułowego antybohatera. Przypomnijmy, że skazano go za czterdzieści dziewięć morderstw (najpierw czterdzieści osiem, a potem jeszcze jedno), do których przyznał się w ramach umowy zawartej z prokuraturą.

Dostosowując się do narracji przyjętej przez Ann Rule w „Mordercy znad Green River” nie będę posługiwać się jego prawdziwymi personaliami. Jak w wielu powieściach kryminalnych/thrillerach policyjnych na przedstawienie oprawcy z imienia i nazwiska przyjdzie nam długo czekać. Udajemy, że nie wiemy, kto zacz:) Mogłoby się wydawać, że Ann Rule zainteresowała się tą wstrętną sprawą przez mały udział jej niegdysiejszego przyjaciela, a przynajmniej znajomego, „podłego, okrutnego, złego” Theodore'a Roberta Bundy'ego. Wątek jak w późniejszym „Milczeniu owiec” Jonathana Demme'a, ekranizacji kultowej powieści Thomasa Harrisa – niedokładne przytoczenie słów autorki omawianego dziełka – który tutaj został przedstawiony boleśnie pobieżnie. I bynajmniej nie to przyciągnęło panią Rule do sprawy Mordercy znad Green River. To stało się wcześniej, po pierwszym makabrycznym znalezisku - w Green River i na jednym z jej brzegów - któremu niezwykle pazerny seryjny morderca zawdzięcza swój przydomek. Okropnym odkryciu w hrabstwie Kent w stanie Waszyngton, gdzie Ann Rule zapuściła korzenie. Morderca znad Green River również. Czyli kolejna bestia obok niej, której wzmożona aktywność (morderczy szał) przypadła na lata 1982-1984. Jego ofiarami padały głównie (ale nie tylko) młode prostytutki z tak zwanej Strefy. W nie celował ten niewydarzony myśliwy. Niepozorny człowieczek, który zapewne zaskoczył niejednego kinomana. Ann Rule wspomina „Koszmar z ulicy Wiązów” i serial (sic!) „Piątek trzynastego” - popularność, jaką, zwłaszcza wśród młodych ludzi, cieszyły się tego typu produkcje (pewnie miała na myśli slashery) w czasie zbrodniczej działalności Mordercy znad Green River. A gdy już widmo wyszło z cienia, zamiast zamaskowanej maszyny do zabijania z maczetą czy poparzonego gościa z rękawicą nabitą nożami i w pasiastym sweterku (za to swoistym znakiem rozpoznawczym ZGR stała się koszula w kratę; ach, i jeszcze czapka z daszkiem) ludzie ujrzeli niczym niewyróżniającego się, właściwie nijakiego okularnika z wąsem. Szok... ale nie dla tych, którzy mieli już do czynienia z autentycznymi drapieżnikami. Na przykład agentów z Jednostki Nauk Behawioralnych FBI, profilerów, którzy włączyli się w nadzwyczaj długie policyjne śledztwo. Prawie dwadzieścia lat zajęło śledczym (bez wyjątku praktycznie nieskazitelnym jednostkom, czym Rule jakoś mnie nie zaskoczyła – ile w tym prawdy, a i ile koleżeńskiej solidarności? Tylko pytam, nie stwierdzam) rozpracowywanie Mordercy znad Green River. Stworzono grupę zadaniową, która najpierw szybciutko się rozrastała, a potem drastycznie kurczyła. Wszak trzeba było pilnować budżetu – brak pożądanych efektów, a i cel tej kosztownej operacji „zszedł ze sceny równie nagle jak na nią wlazł”, poza tym, jak zawsze, politycy mieli inne, bardziej palące wydatki. Ważniejsze od schwytania człowieka, który udusił dziesiątki kobiet. Może się przeprowadził, może umarł albo trafił za kratki. A może przez cały ten czas ukrywał się na widoku? Może zbudował sobie przytulne rodzinne gniazdko w tym samym hrabstwie, w którym rozpoczął swoją krucjatę wymierzoną w nierządnice. Nazywał je śmieciami, po zatrzymaniu chełpił się swoją rzekomą działalnością na rzecz hrabstwa. Że niby pomagał mundurowym w „czyszczeniu” ich rewiru. Ale zdaniem Ann Rule (też śledczych) sam w to nie wierzył. Megalomańska gadka, jakże typowa dla psychopatów, tak samo zresztą jak przerażająco obojętny stosunek do ofiar. Zupełnie jakby były przedmiotami stworzonymi specjalnie dla jego chorych potrzeb. Nie zawsze do jednorazowego użytku. Znalazł bowiem niezawodny sposób na zaspokajanie swojego wielkiego popędu seksualnego. Prosto i skutecznie. Bezpieczny na otwartej przestrzeni, przez nikogo nieniepokojony odrażający kochanek.

Nierządnica siedziała w łóżku i jadła hamburgera. Sprzedała się, bo była głodna. Ale złamała prawo i choć łzy spływały jej po twarzy, musiałam ją zabrać do więzienia. Nigdy jej nie zapomniałam.”

Ann Rule w pewnym sensie utarła nosa Mordercy znad Green River, bo musiał podzielić się przestrzenią z postaciami, które uważał za nieistotne. Biografia seryjnego mordercy, a tu taka długa kolejka przed nim. Najpierw ofiary i śledczy, a dopiero potem ten narcystyczny nieudacznik. Na pierwszy plan tytułowy czarny charakter wysunie się w dalszych partiach książki, wcześniej jedynie sporadycznie, na krótko, „dochodząc do głosu” (wgląd w jego życie, a nie tylko w potworne owoce jego sekretnej działalności). Ucieszyło mnie takie podejście do tematu, bo przy całym braku szacunku dla Mordercy z Green River, jego dzieje nie wydawały mi się nawet w połowie tak ciekawe, tj. tak przygniatające, druzgocące, jak żywoty tych, których miał czelność okraść z życia. Z czasem mina nieco mi zrzedła. Zrobił się z tego mały rozgardiasz, mini chaos – nieustające skakanie między ofiarami i ich bliskimi a przedstawicielami organów ścigania zaangażowanymi (jedni raczej krótko, inni bardzo długo) w sprawę Green River Killer. Sytuację utrudniał fakt, że tylko niektóre (mniejszość) z licznych ofiar Mordercy znad Green River dostały więcej niż jeden-dwa niedługie akapity. Reszta siłą rzeczy zlewała mi się w jedno. Źle się z tym czułam, można to nazwać kacem moralnym, niezawinionym... chyba przez nikogo. Nie mam pewności, ale tak sobie dumałam, że Rule nie tyle zazdrośnie strzegła powierzonych jej niepoufnych informacji, ile po prostu ich nie posiadała. Przekazała dalej te opowieści, którymi zechciano się z nią podzielić. Historie, którymi chciano podzielić się ze światem. O dziewczynach, które doskonale poznały przeokropnie kwaśny smak ulicznego życia. Nastoletnich i niewiele starszych zagubionych duszach niejako zmuszonych do sprzedawania własnych ciał. Niektóre uciekły z jednego piekła w drugie, a inne wyfrunęły z całkiem wygodnych, ciepłych gniazd, gdzie w każdej chwili mogły wrócić. W niejednym domu niecierpliwie oczekiwano ich powrotu, tęsknym wzorkiem wypatrywano marnotrawnych córek, nareszcie dostatecznie zdeterminowanych by wyjść na prostą. Zostawić skrajnie nieodpowiednich mężczyzn i/lub stanąć do walki z nałogiem narkotykowym. Poszukać bezpieczniejszej pracy. Nieuwłaczającej tak jak podobno najstarszy zawód świata. Bo Morderca znad Green River nie był odosobniony w swoim postrzeganiu tych kobiet. Oczywiście on posunął się dużo dalej, niż niejeden gardzący prostytutkami praworządny mieszkaniec hrabstwa Kent kiedykolwiek zapuściłby się choćby tylko w wyobraźni. Wedle relacji Ann Rule nierządnice ze Strefy najmocniej kłuły w oczy konserwatywnych mieszkańców zapewne nie tylko tego zakątka Stanów Zjednoczonych. To oni najgłośniej dopingowali policjantów w walce... z wiatrakami. Co ciekawe, i co wyraźnie oburzało Ann Rule, prawo było nieporównanie mniej łaskawe dla prostytutek niż ich klientów. Dla mnie największą siłą tej cegiełki jest bagno w jakim żyły między innymi ofiary Mordercy znad Green River. Nie wszystkie, bo przypadkiem czy zamierzenie na długiej liście ofiar „niepozornego człowieczka” znalazły się też panie, które odpłatnych usług seksualnych nigdy nie świadczyły. Trochę zawiodła redakcja – miejscami jakby wykoślawiona składnia, dziwny szyk wyrazów – ale bardziej sama autorka. A przynajmniej mnie łatwiej byłoby przyswajać ten ogrom informacji nie tylko na temat Mordercy znad Green River, gdyby zaprowadziła większy porządek w zgromadzonym materiale. Łatwiej byłoby mi w pełni zaangażować się w tę na pewno niebezbolesną, nielekką historię. Jak to było z debiutancką i najgłośniejszą książką Ann Rule o jej niegodnym pozazdroszczenia koledze. Mówiąc wprost: z dwojga dobrego wybieram „Bestię obok mnie”, ale żebym żałowała czasu poświęconego na to późniejsze dzieło Ann Rule o „człowieku w kraciastej koszuli”, to nie. Absolutnie nie!

Druga, po „Tedzie Bundym. Bestii obok mnie”, true crime story Ann Rule z logo wydawnictwa SQN. Kolejna cudnie opakowana książka amerykańskiej nieżyjącej już pisarki kojarzonej głównie z literaturą faktu, z kryminalnymi reportażami nie tylko o seryjnych mordercach. Ale to może innym razem. Tak czy inaczej, tutaj mamy kolejną „grubą rybę” wśród autentycznych zabójców, jednego z najżarłoczniejszych drapieżników w historii Stanów Zjednoczonych. „Morderca znad Green River. Historia polowania na najokrutniejszego zabójcę w historii Stanów Zjednoczonych” Ann Rule to niewątpliwie duże wydarzenie w naszym półświatku:) Długo wyczekiwane przez zaprawionych w bojach polskich słuchaczy, czy tam czytaczy true crime story. Im polecać nie trzeba, ale może i paru innych się skusi? Polecam, choć nie tak gorąco, jak „Bestię obok mnie”.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

sobota, 24 września 2022

„Zaproszenie” (2022)

 

Mieszkająca w Nowym Jorku młoda kobieta, Evelyn 'Evie' Jackson, kelnerka w firmie cateringowej, hobbystycznie zajmująca się rzeźbiarstwem, robi sobie test DNA i w ten sposób odkrywa, że ma kuzyna w Anglii, Olivera Alexandra. Spotyka się z nim w Nowym Jorku i mężczyzna opowiada jej o skandalu wywołanym przez jej prababkę Emmaline Alexander, która miała mieć zakazany romans z czarnoskórym lokajem i zbiec do Stanów Zjednoczonych, gdzie wydała na świat owoc tego kontrowersyjnego związku, babcię Evie, która z kolei urodziła jej przyszłą matkę i zarazem najlepszą przyjaciółkę, która jakiś czas temu przegrała walkę z nowotworem. Evie dowiaduje się, że wywodzi się z bogatego rodu, obecnie szykującego się na wielkie wesele. Oliver namawia Evie do wzięcia udziału w tym wydarzeniu i finansuje jej podróż do Anglii. Kobieta ma zamieszkać w dworze New Carfax w Whitby należącym do Waltera De Ville'a, młodego arystokraty, z którym Evie nawiąże bliższą relację. A potem odkryje przerażające sekrety trzech zamożnych brytyjskich rodzin, w tym własnej.

Zrealizowany za około dziesięć milionów dolarów amerykański horror nakręcony na Węgrzech pod artystycznym kierownictwem Jessiki M. Thompson, twórczyni dramatu „The Light of the Moon” (2017). Scenariusz wstępnie zatytułowany „The Bride” - potem przemianowany na „The Invitation” (pol. „Zaproszenie”) - napisała Blair Butler (m.in. „Park grozy” Gregory'ego Plotkina i „Polaroid” Larsa Klevberga), a grono producenckie zasilili Sam Raimi i Robert Tapert, którzy jednak z czasem porzucili ten projekt na rzecz innych zobowiązań. „Zaproszenie” to spełnienie marzenia Jessiki Thompson, ponieważ od dziecka „romansuje z kinem grozy” - „wychowała się” między innymi na „Szczękach” Stevena Spielberga, „Omenie” Richarda Donnera, „Obcym - 8. pasażerze Nostromo” Ridleya Scotta, „Psychozie” i „Ptakach” Alfreda Hitchcocka. Zdjęcia (film kręcono w tak zwanym reżimie sanitarnym tłumaczonym pandemią COVID-19) ruszyły w drugiej połowie 2021 roku, między innymi w zamku w węgierskiej wsi Nádasdladány, jak dowiedziała się Thomspon, zbudowanym przez przodka Elżbiety Batory zwanej Krwawą Hrabiną. Dystrybucja kinowa ruszyła w sierpniu 2022 roku, ale na platformy VOD przygotowano trochę inną wersję – więcej przemocy i nagości, ujęcia wycięte z materiału dla kin celem uzyskania kategorii PG-13.

Modern Gothic, z mocnym naciskiem na pierwszy człon tego wyrażenia. Horror romantyczny z odrobiną humoru wymyślony przez Blair Butler, a potem nieco zmodyfikowany przez Jessicę M. Thompson, reżyserkę „Zaproszenia”, która przy kompletowaniu ekipy miała na uwadze różnorodność rasową i starała się powierzyć jak najwięcej kierowniczych stanowisk kobietom (szefowe działów, sekcji technicznych). Główną bohaterką jest mulatka Evelyn 'Evie' Jackson (niezbyt przekonująca kreacja Nathalie Emmanuel), która od śmierci matki najbliżej jest ze swoją przyjaciółką Grace (cudna Courtney Taylor), podobno ulubienicą publiczności z pokazów testowych „Zaproszenia” – zdecydowanie liderka komediowej warstwy scenariusza. Podobnie jak choćby w „Zabawie w pochowanego” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta, nieprzyzwyczajona do życia w przepychu dziewczyna, zapląta się w sień utkaną przez bogaczy. Stare, dumne angielskie rody, które najwyraźniej knują coś niedobrego. Oczywiście, Evie tego nie dostrzega – Kopciuszek zachłysnął się bajkowych światem, w którym odnalazł swojego księcia. A wszystko dzięki udziałowi w badaniach genealogicznych – testy DNA analizowane przez mądre głowy i ewentualnie dopasowywane do innych ochotników. Wyniki są publikowane na stronie internetowej, gdzie, wygląda na to, każdy uczestnik programu ma swoje odpowiednio zabezpieczone konto. W ten sposób Evie odnalazła swojego kuzyna, Olivera Alexandra (sztywny jakby kij połknął – w końcu rodowity, stereotypowy, Anglik – Hugh Skinner), który niemal skacze z radości na ich pierwszym spotkaniu. Wniebowzięty młody człowiek, który będzie jeszcze szczęśliwszy móc zaprezentować swoje znalezisko reszcie rodziny. Zaprasza więc kuzynkę na wystawny ślub, w którym uczestniczyć mają trzy zaprzyjaźnionej rody. Jedną z nich, rzecz jasna, są Alexandrowie, w szeregach których, tak się pechowo złożyło, nie ma już ani jednej kobiety. To znaczy, nie było, bo teraz przecież mają Evie. Kobietę, której nigdy się nie przelewało, która przynajmniej od śmierci matki dwoi się i troi, by utrzymać się na powierzchni. Utalentowana rzeźbiarka niegoniąca za marzeniami. Nie może sobie na to pozwolić, nie ma wszak żadnego zaplecza finansowego. Jeśli jakaś okazja się pojawi, to ochoczo ją wykorzysta, a tymczasem haruje w firmie cateringowej, gdzie w tym samym charakterze – kelnerki – pracuje też Grace. Jej zabawnie niekonsekwentna doradczyni. Na zdumiewającą wiadomość Evie o jej rodzinnych powiązaniach, przebojowa, uroczo bezpośrednia przyjaciółka reaguje biciem na alarm. Kreśli potworne scenariusze w związku z planowanym wyjazdem Evie do Anglii, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że to tylko pro forma, że tak naprawdę Grace też zapaliła się do tego pomysłu. Może trafią się jakieś pikantne historyjki o ludziach z wyżyn, którzy, jak powszechnie wiadomo, zazdrośnie strzegą swoich tajemnic. Grace ma nadzieję, że Evie wyciągnie jakiegoś trupa z szafy Alexandrów czy De Ville'ów. Łaknie brudów, ale czeka ją jeszcze przyjemniejsza niespodzianka. Oto jest prawdziwy książę: młody, przystojny (wedle Evie i Grace) pan na włościach, Walter De Ville (mierny występ Thomasa Doherty'ego). Ogromna posiadłość New Carfax na obrzeżach miejscowości Whitby, gdzie zatrzyma się nasza protagonistka, to jego własność i wszystko wskazuje na to, że właśnie tutaj odbędzie się wielkie weselisko. Większe zainteresowanie od młodej pary - a gdzie oni są? - wzbudza, co zrozumiałe, odstająca od reszty towarzystwa Evie Jackson, tutaj Alexander. Evelyn nie przywykła do takiej uwagi, krępuje ją ten cały szum wokół jej osoby, ale to nader drobna niedogodność w tak bajecznych przecież realiach. Można się przyzwyczaić... nawet do takiej harpii, jak Viktoria, której zazwyczaj towarzyszy stanowiąca jej zupełne przeciwieństwo Lucy (wiarygodne kreacje odpowiednio Stephanie Corneliussen i Alany Boden). Ta pierwsza nie ukrywa swojej niechęci do Evie, natychmiast daje jej do zrozumienia, że uważa ją za niegodną krwi Alexandrów. Lucy wręcz przeciwnie: aż kipi entuzjazmem w kontaktach z Evelyn. Rozszczebiotana, infantylna istotka, która na przekór swojej zadzierającej nosa towarzyszce, notabene nieprzyzwyczajonej do takiego zachowania Lucy (dotąd była jej absolutnie posłuszna), wykorzystuje każdą okazję do wyjścia z orbity Viktorii na użytek Evie. Bo ta ostatnia nie ma nic przeciwko spędzaniu czasu z Lucy. Co innego z Viktorią – tej czołowa postać „Zaproszenia” Jessiki Thompson wolałaby nigdy nie poznać. Spokojnie obeszłaby się bez tej znajomość.

Stare zamczysko, które chyba miało być mroczne. Miał być współczesny gotyk, miał być ładny pomnik, a wyszła brzydka karykatura. Niewydarzona parodia nie „Zabawy w pochowanego” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta. Pozory mylą? Chciałabym, żeby tak było, ale bardziej czytelnie to już chyba być nie mogło. Tajemnica, której nie było. Jedna z tych, przy których zachodzę w głowę, czy to aby na pewno miało być ukryte. Jakie były intencje twórców? Zwodzić tylko bohaterkę czy również odbiorców tego nietaniego taniego spektaklu (jakieś dziesięć milionów dolarów, a wygląda najwyżej na kino klasy B)? UWAGA SPOILER Carfax: i wszystko jasne. Z mniejszych drogowskazów to na pewno Whitby i Lucy, a gdy klapki z oczu Evie Jackson-Alexander zostaną brutalnie zdjęte, swoje pięć minut dostaną Jonathan i Mina Harkerowie. Renfielda też nie mogło zabraknąć, podobnie jak Syn Smoka i jego oblubienice. To miał być hołd dla nieśmiertelnego utworu Brama Stokera, który przy okazji miał wpuścić trochę świeżego powietrza - świeżej krwi ha ha - do wampirzej konwencji KONIEC SPOILERA. Ten niezamierzony, zupełnie przypadkowy sekret „Zaproszenia” rozpracowali za mnie sami filmowcy: tak, to miała być niespodzianka! Ups, powinnam była uprzedzić o spoilerze. Mea culpa. W każdym razie kurtyna opada przed naszą biedną Evie w dość znajomych okolicznościach. Déjà vu. Nie, to nie to, ale „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera zdążyła rozgościć się w mojej głowie. Przypomniała się bestia, mimo że to nie miejsce dla niej. Powiedziałabym że to uwłacza jej godności, gdybym tylko miała pewność, że ta scena faktycznie miała być lekkim ukłonem w stronę tamtego kultowego slashera. „Zaproszenie” uwłacza za to godności innego dzieła, arcydzieła – jeden z największych kamieni milowych w długiej historii horroru – ale to tylko moje, nic nieznaczące, absolutnie niewiążące zdanie. W sumie gdyby Jessica Thompson i jej ekipa bieglej władali tajemnicą, to łatwiej byłoby mi docenić ten powiew świeżości. Niestandardowe, może nawet innowacyjne, podejście do sprawdzonego tematu. Nawet przy tak bolesnym nieposzanowaniu klimatu. No dobrze, jakieś tam starania dostrzegłam, coś tam próbowano w tej materii zdziałać - o czym chyba najdobitniej świadczy akcja w piwniczce z winami albo nocne przeżycie Evie ucięte przez „boskiego Walta” - ale nie mogę powiedzieć, żebym była jakoś szczególnie poruszona tymi i innymi „upiornościami” w zabytkowej rezydencji, w której zatrzymała się szczęśliwie odnaleziona prawnuczka długo przeklinanej w tym „kulturalnym środowisku” Emmaline Alexander. Szczęśliwie, ale nie dla samej Evelyn. Nieprzeczuwającej zagrożenia młodej kobiety, która bardziej utożsamia się z członkami służby niż swoimi krewnymi. W każdym razie nie zamierza przymykać oczu na niegrzeczne, żeby nie rzec podłe, traktowanie kobiet pracujących dla Waltera De Ville'a. A swojej osobistej pokojówce solennie obiecuje, że będzie najmniej wymagającym gościem w jej karierze. Wydawać by się mogło, że już samo to miejsce przywoła gotyckiego (nie)dobrego duszka. Zamek jakby żywcem wyjęty ze średniowiecza – tak archaiczny wystrój, że smartfon Evie wydaje się kalać tę przestrzeń, jakby bluźniła wyciągając to ustrojstwo w tych wiekowych murach, zresztą będących własnością człowieka nieukrywającego pogardy do nowoczesnej technologii – ale atmosfera w nim panująca do bólu współczesna. Jak w pierwszym lepszym – w pierwszym gorszym – popcornowym straszaku. W „buu!” się nie pobawimy, a przynajmniej nie tak często, jak to zazwyczaj na tej fali kina grozy bywa. Aż zatęskniłam za tymi nierzadko irytującymi zagraniami (po linii najmniejszego oporu; unieś cztery litery i jedziemy dalej) podczas niemożliwie dłużących mi się romantycznych chwil w New Carfax. A gdy spodziewane trupy w końcu wyszły z szaf, poczułam się jakbym wpadła z deszczu pod rynnę.

Z dwojga złego już lepiej byłoby zostać przy przesłodzonej historii miłosnej. Och jak cukierkowo, jak różowo. Jessica M. Thompson i jej zespół zgromadzony na potrzeby „Zaproszenia”, muszę im to oddać, udowodnili mi (zakładam, że przypadkiem, ale pewna nie jestem), że nie taki romans straszny, jak go maluję. Zawsze może być gorzej, co pokazała mi najdłuższa przebieżka (ostatni etap podróży) po terytorium horroru. Nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać. Toporny teatr absurdu. Nie, inaczej: Modern Gothic nie na moje kubki smakowe. Nie tego szukam w kinie grozy, ale więcej niż parę „żołądków” na pewno zaspokoi. Może się podobać. Na pewno ma to COŚ, tyle że ja tego nie zauważyłam. Umknęło mi.