wtorek, 25 czerwca 2019

„Mais ne nous delivrez pas du mal” (1971)

Nastoletnie przyjaciółki, Anne i Lore, uczęszczające do katolickiej szkoły z internatem, jakiś czas temu postanowiły kroczyć ścieżką grzechu. Za swojego pana uznały Lucyfera, z czego ludzie z ich otoczenia nie zdają sobie sprawy. W oczach świata Anne i Lore są dobrze wychowanymi, pobożnymi dziewczętami, żyjącymi w zgodzie z naukami Kościoła. Tymczasem nastolatki za nic mają Kościół. Drwią sobie z jego nauk i robią wszystko, by przypodobać się Szatanowi. W najbliższe wakacje Anne i Lore planują odprawienie satanistycznej ceremonii, która w ich mniemaniu na zawsze połączy je z ich panem i sobą nawzajem. Rodzice Anne wyjeżdżają, zostawiając ją ze służbą w należącej do nich wiekowej rezydencji, co bardzo dziewczynie pasuje. Lato dla niej i jej przyjaciółki rozpoczyna się wprost wspaniale. Dziewczęta sporo czasu spędzają razem, ze śmiechem krocząc droga występku. Są przekonane, że najważniejszym wydarzeniem tych wakacji będzie czarna msza, którą zorganizują, ale w tym sensie te wakacje zupełnie je zaskoczą.

„Mais ne nous delivrez pas du mal” (ang. „Don't Deliver Us from Evil”) to francuski horror exploitation w reżyserii i na podstawie scenariusza Joela Serii. Debiutancki film Francuza, który poza reżyserią i pisaniem scenariuszy zajmuje się również aktorstwem i powieściopisarstwem. „Mais ne nous delivrez pas du mal” przez stosunkowo krótki czas był zakazany w swojej rodzimej Francji. W czym swoją rolę miał Kościół, który uznał go za obraz bluźnierczy i amoralny. Joel Seria zainspirował się tutaj sprawą morderstwa popełnionego w 1954 roku w Nowej Zelandii przez zaprzyjaźnione nastolatki, Pauline Parker i Juliet Hulme (obecnie lepiej znaną jako Anne Perry - pisarka specjalizująca się w kryminałach). Lata później sprawa ta natchnęła również twórców „Niebiańskich istot” (film w reżyserii Petera Jacksona z 1994 roku). „Mais ne nous delivrez pas du mal” bardzo luźno nawiązuje do nastoletniego okresu Pauline Parker i Juliet Hulme - scenarzysta i zarazem reżyser rzeczonego obrazu pozwolił sobie w tej kwestii na ogromną dowolność.

„Mais ne nous delivrez pas du mal” Joela Serii to opowieść o zaprzyjaźnionych nastolatkach o twarzach anielic i, pozostając przy nomenklaturze religijnej, gnijących duszach. Anne i Lore, po mistrzowsku wręcz wykreowane przez Jeanne Goupil i Catherine Wagener (bardzo młodo wyglądające, ale spokojnie, gdy kręcono ten film aktorki były już pełnoletnie) w iście burzliwy sposób przechodzą przez okres dorastania. Ktoś powie: cóż, los wielu nastolatków... No nie, u Anne i Lore przebiega to drastyczniej niż w przypadku ich rówieśniczek. Dlaczego tak się dzieje? Seria wprost na to nie odpowiada, ale coś zdaje się sugerować. „Zdaje się”, bo interpretacja, która mnie się nasunęła, wcale nie musi trafna. Scenariusz nie pozostawia wątpliwości, że antybohaterki „Mais ne nous delivrez pas du mal” wywodzą się z bogobojnych rodów, że od najmłodszych lat starano się wpoić im chrześcijańskie nauki. Rodzice wysłali je nawet do katolickiej szkoły z internatem prowadzonej przez siostry zakonne, w której to ścieżki Anne i Lore się przecięły. Być może błędnie, ale odczytałam to tak, że religijne wychowanie jakie odebrały w pewnym sensie wepchnęło ich na drogę występku. Przyniosło skutek odwrotny do zamierzonego. Młodzi ludzie często są przekorni – zakazane owoce wielu z nich smakują najbardziej, i tak też jest z antybohaterkami filmu Joela Serii. Francuski Kościół katolicki na początku lat 70-tych XX wieku też mógł to tak interpretować. Mógł nawet pójść jeszcze dalej: uznać, że Seria pochwala wybory, jakich dokonują czołowe postacie jego debiutanckiego obrazu i podziela ich spojrzenie na religię chrześcijańską. Może nawet, że z premedytacją atakuje ich wiarę, że czerpie przyjemność z profanowania świętości. W każdym razie ja nie dopatrzyłam się w „Mais ne nous delivrez pas du mal” sympatyzowania jego twórców z Anne i Lore – przestrogi przed naciskaniem młodych ludzi w kwestii religii, zarzucania organizacji kościelnej hipokryzji również, ale nie pochwały niemoralnych czynów młodziutkich satanistek. To drugie najlepiej pokazuje potajemne spotkanie dwóch zakonnic, podczas którego oddają się czemuś, przed czym (w domyśle) kategorycznie przestrzegają swoje uczennice. Ale odbiorcy filmu za hipokrytę mogą uznać również księdza podczas sceny spowiedzi Anne. „Mais ne nous delivrez pas du mal” jest zarazem horrorem satanistycznym i psychologicznym. To również kino exploitation w ogóle i nunsploitation w niektórych szczegółach. W pewnym sensie, bo film ów nie jest podręcznikowym reprezentantem tego podgatunku exploitation, tylko filmem z elementami nunsploitation. Ale może być też odbierany jako thriller albo mocny dramat. Jak kto woli. Wbrew pozorom film nie zawiera jakoś szczególnie drastycznych graficznych scen przemocy – gore praktycznie się tutaj nie uwidacznia, ale nieokiełznana seksualność emanuje niemalże z każdego ujęcia. Twórcy nieczęsto pozwalają sobie na dosłowność w tej materii, ale gdy już to robią praktycznie niczego nie pozostawiają wyobraźni widzów. Tutaj na pewno większą śmiałością wykazała się Catherine Wagener. Ktoś może wręcz powiedzieć, że bezwstydnością, bo to z jej udziałem rozegrano dwie, moim zdaniem, najmocniejsze sceny filmu. Gwałtów/prób gwałtów – pozwolę sobie tego nie precyzować, bo myślę, że lepiej samemu to odkrywać, przekonać się o tym z seansu „Mais ne nous delivrez pas du mal”, do którego zresztą zachęcam. Kontrowersje może budzić nie tylko dosłowność owych sekwencji, bardzo dokładne ukazanie tych bestialstw, ale również wyraźna sugestia, że Lore sama sobie jest winna. Joel Seria porusza tutaj wszak temat, który do dziś nie stracił na aktualności – tak zwane prowokowanie mężczyzn do gwałtów (posługuję się tutaj nomenklaturą osób, których zdania nie podzielam, żeby była jasność). Otóż, Lore i Anne jawnie i w pełni świadomie rozbudzają popęd seksualny u wybranych przez siebie mężczyzn, aż nazbyt jasno dają im do zrozumienia, że są chętne na stosunek, ale gdy już przychodzi co do czego, mocno się przed tym wzbraniają. Wtedy mężczyźni powinni się wycofać, ale ani myślą tego robić, co oczywiście stawia ich w złym świetle, ale nie da się nie zauważyć, że te „schadzki” nie najlepiej świadczą również o dwóch młodych kobietach. Zresztą nie tylko one. Tak naprawdę cała ta historia nastawia widza antypatycznie do Anne i Lore, domorosłych satanistek, które przekraczają kolejne granice dobrego smaku, które właśnie przechodzą coś na kształt przebudzenia seksualnego, tyle że dla nich seks jest swego rodzaju bronią. Bronią wymierzoną w wybranych mężczyzn, wśród których znajduje się również ksiądz.

Klimat „Mais ne nous delivrez pas du mal” jak tak brudny, jak żaden XXI-wieczny horror nigdy nie będzie. A przynajmniej ja mam takie przekonanie. Zdjęcia są tak nieczyste, jak wnętrza Anne i Lore. A muzyka jest jeszcze lepsza. Skomponowana przez Claude'a Germaina i Dominique Ney ścieżka dźwiękowa działała na mnie niemal hipnotycznie, praktycznie mnie obezwładniała, zniewalała, olśniewała, doprowadzała do czystej ekstazy, silniejszej od tej, do której doprowadziły mnie, bądź do bądź, doskonałe zdjęcia Marcela Combesa. Jedyne co mogę zarzucić „Mais de nous delivrez pas du mal” to niezbyt umiejętne rozłożenie środków ciężkości scenariusza. Wakacyjne przeżycia Anne i Lore momentami odrobinę nużą, w film wkradają się denerwujące przestoje, które może i pogłębiają analizę psychologiczną nastoletnich antybohaterek filmu, ale nastrój tychże jest tak senny, że oczy co poniektórych odbiorców rzeczonej produkcji mogą mimowolnie zamykać się na dłuższe chwile. Ja w każdym razie przyjmowałam te sekwencje bez większego zainteresowania, raczej beznamiętnie, ale w oczekiwaniu na gwałtowne zrywy akcji. Bo właściwie od początku towarzyszyło mi przekonanie, że wkrótce zdarzy się coś okropnego, że dwie zdemoralizowane dziewczęta w końcu doprowadzą do czegoś potwornego, że droga, którą z taką radość kroczą doprowadzi ich do punktu, z którego nie będzie już odwrotu. W scenariuszu jest mnóstwo sekwencji, które w pierwszej chwili mogą być odebrane jako właśnie ten moment, chwila przypieczętowująca moralne zatracenie dopiero dorastających dziewcząt. Dręczenie i zabijanie zwierząt (naprawdę ciężko się to ogląda), profanacja świętości (rzeczy i wydarzeń, które Kościół uważa za święte), pastwienie się nad wybranymi mężczyznami, w tym osobą chorą psychicznie, niszczenie mienia, kradzieże i stwarzanie śmiertelnego zagrożenia dla innych ludzi (podpalanie stogów siana, także tych leżących w bezpośredniej bliskości domu sąsiadów). A i stawianie samych siebie w niemałym niebezpieczeństwie (wspomniane już podpuszczanie mężczyzn). Wszystko to, zwłaszcza zebrane razem, może doprowadzić do wniosku, że Anne i Lore osiągnęły fazę, z której nie ma już powrotu, że teraz czeka je już tylko potępienie: straceńcze życie doczesne; a jeśli takowe istnieją, to bez wątpienia też tak bardzo upragnione przez nie ognie piekielne po śmierci. Taka konkluzja przynajmniej raz może się nasunąć, ale sekundy potem (każdorazowo przy innych wariantach) rodzi się podejrzenie graniczące z pewnością, że to jeszcze nie to, że Anne i Lore jeszcze nie przekroczyły ostatecznej granicy, że jeszcze jest dla nich ratunek, ale tylko pod warunkiem, że same będą tego chciały. Pod warunkiem, że zmienią swój sposób patrzenia na różne rzeczy, przewartościują swój system moralny, że w końcu zrozumieją, że hedonistyczny tryb życia nie da im wiecznego szczęścia, że egoizm i jawne okrucieństwo względem innych stworzeń nie jest czymś jak najbardziej właściwym. Bo w końcu poznajemy te dziewczęta, i przynajmniej przez dłuższy czas (nie mogę pozwolić sobie tutaj na dokładność, ażeby nie zepsuć komuś seansu) śledzimy ich dzieje w słusznym skądinąd przekonaniu, że dla tych dziewcząt grzech jest cnotą. Jak na wyznawczynie Szatana przystało, prawda? Bo Anne i Lore uważają się za jego wierne służki, za osoby, które w całości oddały się tzw. Mrocznemu Panu, którego wolę oczywiście uważają, że dobrze znają i potrafią należycie wypełnić. Zakończenie tej ich wakacyjnej niemoralnej przygody, tylko po części przewidziałam. Niemniej zarówno to, czego się domyślałam i tego, czego nie obstawiałam przyjęłam z satysfakcją. Dobrze wkomponowało się to we wszystko co powiedziano i pokazano wcześniej, w całą tę frapującą i dosyć niepokoją (chwilami niestety również trochę nużącą) analizę psychologiczną dwóch dziewcząt, które z dumą i radością kroczyły drogą występku.

„Mais ne nous delivrez pas du mal”, francuski obraz w reżyserii i na podstawie scenariusza debiutującego Joela Serii, to według mnie pozycja obowiązkowa dla fanów kina exploitation, ale też śmiałych thrillerów psychologicznych. Mocnych bardziej w przekazie niż formie, kontrowersyjnych (tzn. w niektórych kręgach), brudnych i w pewnym sensie okrutnych obrazów, które co jak co, ale na pewno nie są o niczym. Mogą dawać do myślenia, ale mogą też bulwersować, a wręcz doprowadzać do szewskiej pasji różnego rodzaju nieakceptowalnymi myślami. Mogą, ale nie muszą. Film ten z pewnością nie przez wszystkich będzie odbierany tak emocjonalnie, nie przez każdego będzie brany tak bardzo do siebie, ale myślę, że niewielu miłośników kina grozy pożałuje tego wyboru. Bo pomijając wszystko inne „Mais ne nous delivrez pas du mal” to kawał doskonale zrealizowanego kina, serwującego tego rodzaju opowieść, która ma szansę zaciekawić fanów tak horrorów, jak thrillerów, ze szczególnym wskazaniem na sympatyków „niegrzecznych opowieści o niegrzecznych ludziach”. A jeśli nawet tak się nie stanie, to myślę, że i tak warto ten film znać (jeśli jest się fanem jednego z wymienionych bądź obu tych gatunków), bo zajmuje stosunkowo ważne miejsce w historii kina grozy, bez większego echa debiut Joela Serii nie przeszedł. I nadal się o nim mówi, choć nie tak dużo, jak (myślę) mówić się powinno.

niedziela, 23 czerwca 2019

„Trupi loch” (1989)

Pracujący w ośrodku psychiatrycznym doktor Colin Ramzi przeprowadza okrutne eksperymenty na pacjentach. Proceder ten w końcu zostaje przerwany przez jego kolegę po fachu, który zabija Colina i zamurowuje w piwnicy wraz z ciałami jego ofiar. Dwadzieścia lat później do tego samego szpitala psychiatrycznego trafia młoda kobieta prawdopodobnie cierpiąca na amnezję. Jako że nie pamięta kim jest posługuje się nazwiskiem Jane Doe. Kobieta upiera się, że pamięć została jej przez kogoś lub przez coś odebrana i nie uważa, żeby pobyt w tym miejscu mógł się jej przysłużyć. Tuż po przyjęciu Jane Doe dochodzi do trzęsienia ziemi, na skutek którego zamurowana dwie dekady wcześniej piwnica zostaje otwarta i na wolność wychodzi ożywiony trup doktora Colina Ramziego. Personel o tym nie wie, ale niektórzy pacjenci, w tym Jane, przeczuwają, że szpital opanowało niewyobrażalne zło.

„Trupi loch” (oryg. „The Dead Pit”) to reżyserski debiut amerykańskiego twórcy Bretta Leonarda, który to potem stworzył między innymi takie obrazy, jak „Kosiarz umysłów” (1992), „Kryjówka diabła” (1995), będąca adaptacją „Przełęczy śmierci”, powieści autorstwa Deana Koontza, „Zabójcza perfekcja” (1995), „Man-Thing” (2005) i „Feed” (2005). Scenariusz „Trupiego lochu” Brett Leonard napisał wespół z nieżyjącym już Gimelem Everettem, z którym to później stworzył również scenariusz „Kosiarza umysłów”. I który był producentem (jednym z) kilku produkcji Leonarda – tylko jego – w tym „Trupiego lochu”. Horroru, którego premierowy pokaz odbył się w maju 1989 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes, a w styczniu 1990 roku został wydany w Stanach Zjednoczonych na kasetach wideo.

Początek „Trupiego lochu” natchnął mnie przeczuciem, że będzie to jeden z tych filmów, którego nie zdołam obejrzeć w całości. To podejrzenie obudził we mnie pierwszy dialog zawarty w filmie – rozmowa doktorów: Colina Ramziego kreowanego przez Danny'ego Gochnauera i Geralda Swana, w którego wcielił się Jeremy Slate. Potwornie patetyczny moment. Za sprawą gry aktorów. Pompatyczny styl wypowiedzi obu panów sprawił, że poczułam się jak widz trzeciorzędnego przedstawienia teatralnego. A potem... No cóż, Gochnauer i Slate pozytywnie mnie zaskoczyli, bo nawet jeśli chwilami nadawali swoim głosom podniosłe brzmienie, to nie było już w tym aż takiej przesady, jak na początku filmu. Ale żeby nie było tak różowo na pierwszy plan wkroczyła oto Cheryl Lawson, dając pokaz takiej egzaltacji, jakiej już dawno na ekranie nie widziałam. I wolałabym już nigdy nie zobaczyć. Ilekroć Lawson jako Jane Doe starała się coś komuś wyjaśnić/opowiedzieć, to natychmiast, z miejsca wpadała w coś zbliżonego do histerii. Podnosiła głos, który jednocześnie stawał się płaczliwy, tak zatracając się w potężnych emocjach, które aż nazbyt mocno odbijały się na jej twarzy, że zaczęłam sobie zadawać pytanie, czy aby to nie miała być jakaś parodia. Pewnie nie, ale gdy już spojrzałam na nią od tej strony, to doszłam do wniosku, że tak będzie mi łatwiej znieść tę kreację. No wiecie – na wesoło. Bo lepiej się pośmiać niż irytować, czyż nie? Ale to jeszcze nic. O nie, nie. Nowa pacjentka szpitala psychiatrycznego, w którym to przed dwudziestoma laty działał szalony doktorek Colin Ramzi, często paraduje w majtkach i króciutkim podkoszulku. Oczywiście bez stanika. I jeśli wierzyć informacjom krążącym w Internecie nie miał być to ukłon w stronę osób szukających w horrorach między innymi roznegliżowanych aktorek, które mają tylko ładnie wyglądać i wrzeszczeć w odpowiednich momentach. Lawson ponoć uznała, że szpitalna koszula ją pogrubia, więc odcięła jej dolną część. I tak przywiązała się do tego stroju, że nie zmieniła go nawet wtedy, gdy skurczył się w praniu... A teraz, gdy już sobie trochę pokpiłam muszę przyznać, że podczas seansu „Trupiego lochu” kilkukrotnie ogarnął mnie autentyczny niepokój. Jest środek nocy. Leżę sobie sama w ciemnym pokoju (nie licząc poświaty bijącej z ekranu) i patrzę na burzyciela, którego w rzeczywistości na pewno spotkać bym nie chciała. Wiem, że to niemożliwe, ale mimo to co jakiś czas odklejam wzrok od ekranu i przebiegam nim po pomieszczeniu, w którym się znajduję. Tak na wszelki wypadek. Początkowo nie mogłam zrozumieć, dlaczego ten gość tak na mnie działa. Owszem, charakteryzacja owego żywego trupa, poza kiczowatym czerwonym światłem czasami bijącym z jego oczu, wypada bardzo realistycznie. Blada twarz, dziura w czole, usta przysłonięte maską chirurgiczną, zakrwawiony fartuch lekarski i te potworne szpony... Upiorny minimalizm – tak bym to podsumowała. Minimalizm zachowany do końca, nawet wtedy gdy, bądź co bądź, szalony doktorek zyskuje na szkaradności. Wszystko ładnie, ale faktem jest, że w horrorach nie takie maszkary widziałam i zdecydowana większość z nich porównywalnego wrażenia na mnie nie zrobiła. Zadałam więc sobie pytanie: cóż więc jest w tym doktorku takiego, że napawa mnie on lękiem? Nie takim znowu dużym, toż to nie Regan MacNeil, ale przyznaję bez bicia, że lekkiego pietra miałam. Więc w czym rzecz? Rozwiązanie tej zagadki okazało się dziecinnie proste – nie musiałam długo nad tym dumać, by dojść do wniosku, że rzecz nie tyle w wyglądzie, skądinąd upiornym, przodującego zombiaka, ile w realizacyjnej otoczce. To przede wszystkim ona nadawała powstałemu z martwych Colinowi takiej straszliwości. Obym tylko nie zaczęła bać się lekarzy...

„Trupi loch” to zombie movie, ale niewpisujący się w najpopularniejszą konwencję tego nurtu, za ojca której uważa się nieodżałowanego George'a A. Romero. W debiutanckim filmie Bretta Leonarda przez większość czasu mamy tylko jednego ożywionego trupa, który bardziej przypominał mi upiora z horrorów o nawiedzonych budynkach niźli zombiaka. Tym bardziej, że rzecz dzieje się na terenie ośrodka psychiatrycznego, czyli w miejscu, które długoletnim miłośnikom gatunku zapewne kojarzy się głównie z ghost stories. Ale nie to sprawiało, że przez większość czasu czułam się, jakbym oglądała horror nastrojowy, film o nawiedzonym szpitalu psychiatrycznym. Nawiedzonym przez potwora mającego co prawda cielesną postać, ale w niektórych momentach prezentującego się tak, jak w filmach grozy często ukazuje się duchy. Mowa o tych ujęciach, w których Jane Doe dostrzega go pod wieżą zegarową stojącą na terenie ośrodka, w którym wbrew jej woli ją umieszczono. Z tej wieży szybko zaczyna emanować zła energia – w naszych oczach (tak samo jak w oczach Jane Doe) jawi się ona niczym siedlisko najczystszego zła. Wiemy jaki potwór tam zamieszkał i podejrzewamy jakie okropieństwa tam ukrywa. I... bardzo chcemy tam wejść, przekroczyć próg tego przeklętego budynku, żeby potem powoli obejść wszystkie pomieszczenia z szalonym doktorkiem depczącym nam po piętach. A przynajmniej ja pragnęłam jak najszybciej tam wejść, a gdy już to się stało, gdy ten nader mroczny wypad dobiegł końca, z niecierpliwością zaczęłam wyglądać kolejnego. Przebieg tegoż kazał mi bowiem sądzić, że to miejsce ma największy potencjał, że najsilniejszych dreszczy mogę spodziewać się właśnie tutaj. I faktycznie najwięcej emocji dostarczyła mi jedna ze scen rozgrywających się w tej feralnej wierzy zegarowej. Pal licho kompletnie niezrozumiałe dla mnie zachowanie jednej z postaci, która to najpierw wzbrania się (niezbyt zaciekle) przed wejściem do tego budynku, bo dobrze wie, co tam zastanie, a potem ni z tego, ni z owego w pojedynkę biegnie na spotkanie spodziewanego przecież koszmaru... Czyżby bardziej obawiała się izolatki od morderczego jegomościa? Niegdyś genialnego doktora, który popadł w szaleństwo, potem został zabity, a teraz powrócił z martwych, by kontynuować swoje haniebne dzieło. W sumie to byłam wdzięczna za to jakże ryzykowne, a przy tym nielogiczne posunięcie jednej z pozytywnych postaci, bo gdyby nie jej głupota, to nie dostałabym tej diablo klimatycznej scenki, którą z całego tego filmu ukochałam sobie najbardziej. W „Trupim lochu” znalazło się też kilka onirycznych sekwencji, skąpanych w całkiem duszącym klimacie koszmarów sennych Jane Doe, którym myślę, że przyklasnąłby sam Wes Craven, twórca najsłynniejszego koszmaru w historii kina grozy. I dosyć sporo krwawych efektów specjalnych. Nie, cofam to. Umiarkowanie krwawe bardziej tutaj pasuje. U osób zaprawionych w kinie gore dużego wstrętu pewnie te dodatki nie wzbudzą, ale jestem przekonana, że mało kto (jeśli w ogóle ktoś) wytknie im nieprofesjonalne wykonanie. Chociaż w drugim „akcie” widać jednak drobne niechlujstwo w rzeczonej materii. UWAGA SPOILER Mechaniczne, szarpane, nazwijmy to drgawkowe ruchy drugoligowych (tzn. mniej ważnych od Colina Ramziego) żywych trupów i ogólny ich wygląd moim zdaniem twórcom się udał, ale jeśli bliżej przyjrzeć się ich twarzom, to niestety widać takie smugi, jakby wytarzano aktorów w zwykłej mące. Co pewnie byłoby zabawne, gdyby nie bolesna świadomość, że wystarczyło dać trochę mniej tego białego czegoś (i zrezygnować z tych okropnych czerwonych oczu Colina), żeby dopełnić realizm, żeby przynajmniej w moich oczach efekty specjalne wypadały całkowicie wiarygodnie KONIEC SPOILERA. Chociaż nie unikano tutaj zbliżeń na poszarpane rany zwłaszcza głów, to jedna scenka gore mocno wyróżnia się na tle całości. Mowa o sekwencji z mózgiem, a że rekwizytów robiących za te organy przewija się tutaj całkiem sporo to dodam, że chodzi o wbijanie długich szpil w obnażony mózg jednej z postaci, która podczas tej okrutnej operacji jest przytomna. Scena ta została ocenzurowana w Stanach Zjednoczonych i przywrócona dopiero w wydaniu DVD, które ukazało się tam w 2008 roku. Wydanie VHS z 1990 roku jednak nieźle się sprzedawało, ludzi bowiem najprawdopodobniej najbardziej przyciągało pudełko. Był w nim bowiem przycisk, po wciśnięciu którego oczy żywego trupa widniejącego na okładce świeciły na zielono. Ale wracając jeszcze na chwilę do filmu. Do konstrukcji fabularnej „Trupiego lochu”, której muszę niestety wytknąć znaczący feler. Pierwszy „akt” (trochę ponad godzina) odebrałam jako kawał naprawdę dobrego klimatycznego kina, praktycznie pozbawionego nudnawych przestojów, ale druga partia ten entuzjazm osłabiła. Żeby nie powiedzieć, iż przyniosła mi rozczarowanie. Bo choć doceniam zawarte w niej (w tej wcześniejszej zresztą też) efekty specjalne, albo raczej zdecydowaną większość z nich, to dynamizm, jaki nadano drugiemu „aktowi” sprawił, że prawie całe napięcie, jakie dotychczas we mnie narosło, zwyczajnie wyparowało. Ostał się ciąg szybko następujących po sobie wydarzeń. I lepiej, i gorzej pomyślanych, ale niestety niepoprzedzanych takim budowaniem nastroju, jak odbywało się to wcześniej. Twórcy chyba nie mieli już czasu na takie „certolenie się”, jak powolne, konsekwentne intensyfikowanie napięcia i grozy...

Mimo że na „Trupi loch” w reżyserii Bretta Leonarda spłynęło sporo ciepłych słów od fanów horrorów (nie wszystkich, rzecz jasna), choć nie można powiedzieć, że osunął się on w całkowite zapomnienie, to niestety dużym zainteresowaniem współczesnych widzów się nie cieszy. Niestety, bo według mnie to jeden z tych horrorów, które powinny „suchą stopą” wyjść z próby czasu. Oczywiście, nie wszystko w debiucie Leonarda do gustu mi przypadło, nie wszystko według mnie się tutaj udało, ale ogólne wrażenie jest pozytywne. Inaczej być mogło, skoro wreszcie, po tylu bezowocnych próbach, czułam coś mocno zbliżonego do strachu. Nie jakieś wielkie przerażenie, ale niepokój a i owszem! A to tylko jedna z atrakcji, jakich „Trupi loch” mi dostarczył – najważniejsza, ale nie jedyna. Obejrzyjcie, a sami się przekonacie, jak smaczny to horror. Albo nie. W każdym razie sympatykom i nastrojowego, i umiarkowanie krwawego kina grozy radziłabym to sprawdzić.

piątek, 21 czerwca 2019

„Sick for Toys” (2018)

Nie mogąc skontaktować się ze swoim chłopakiem Jasonem, Kate zwraca się do jego przyjaciela Roya. Mężczyzny to nie martwi, ale by uspokoić kobietę decyduje się zbadać sprawę. Udaje się do domu Jasona, ale go nie zastaje. Znajduje za to numer telefonu, który niezwłocznie sprawdza. Okazuje się, że należy on do młodej kobiety imieniem Emilia. Roy dowiaduje się od niej, że jego przyjaciel obiecał, że do niej zadzwoni, by się z nią umówić, ale nie skontaktował się z nią. Niedługo potem Roy ponownie dzwoni do Emilii z propozycją spotkania. Nie ma to nic wspólnego ze zniknięciem Jasona. Jego przyjaciel myśli o randce, na którą kobieta przystaje. Nie trwa ona długo, ale wystarczająco, żeby zainteresowanie Roya jej osobą wzrosło. Emilia zaprasza go na kolację do domu, w którym mieszka wraz ze swoim starszym bratem Edwardem. Wkrótce po dotarciu pod wskazany przez nią adres Roy uświadamia sobie, że z tą dwójką jest coś mocno nie tak.

Amerykański thriller psychologiczny „Sick for Toys” to pełnometrażowy reżyserski debiut Davida Del Rio, który w branży filmowej realizuje się głównie jako aktor. Scenariusz, w oparciu o historię wymyśloną przez Jamesa Andrew Ostera, napisał Justin Xavier, dla którego też było to pierwsze mierzenie się z długim metrażem. Efekt ich pracy, niskobudżetowy obraz dystrybuowany pod tytułem „Sick for Toys”, swój pierwszy publiczny pokaz miał w maju 2018 roku na Dallas International Film Festival, a we wrześniu tego samego roku ukazał się na amerykańskiej platformie VOD.

Akcja „Sick for Toys” toczy się w okresie świąt bożonarodzeniowych – ulubionego czasu młodej kobiety imieniem Emilia, która mieszka ze swoim starszym bratem Edwardem w stojącym na uboczu domu odziedziczonym po rodzicach. Już początek filmu zdradza, że ta dwójka stanowi zagrożenie dla innych. A na pewno dla mężczyzny, którego przetrzymują w swoim garażu. Wyjawienie tego faktu tak wcześnie, według mnie, nie było dobrym pomysłem. Twórcy myśleli zapewne, że zdefiniowanie zagrożenia czyhającego na protagonistów filmu zapewni widzom silniejsze napięcie. Nasza obawa o los bohaterów filmu ani przez chwilę nie ma się nam wydawać nieuzasadniona. Ma nam towarzyszyć pewność, że są oni niejako skazani na koszmar zgotowany przez mocno zaburzone rodzeństwo, a to z kolei ma rodzić większe napięcie. Na mnie nie bardzo to działało. Wolałabym więcej tajemnicy, mniej oczywistości. Bo nawet kształt wspomnianego koszmaru jest nam od początku znany. Uwięzienie w garażu domu Edwarda i Emilii po to, by młoda kobieta mogła pofolgować swoim niezdrowym zachciankom. Mamy powody by przypuszczać, że taki los spotka także Roya, fatalnie wykreowanego przez Davida Gunninga. A szkoda, bo mógł on sprawiać naprawdę sympatyczne wrażenie. W scenariuszu Roy istnieje jako szanujący kobiety, oddany rodzinie młody człowiek, którego oburza egoistyczny sposób bycia (w stosunku do kobiet) jego najlepszego przyjaciela Jasona. Roya denerwuje, że jego przyjaciel nie widzi nic złego w spotykaniu się z innymi kobietami w tajemnicy przed swoją dziewczyną Kate. Tym bardziej, że sam darzy ją miłością. Rysa na tym powiedzmy nieskazitelnym obrazie młodego mężczyzny pojawia się w retrospekcji. Roy przywołuje w pamięci ostatnią rozmowę z Jasonem przed jego zniknięciem. A właściwie to kłótnię. Pomimo że Roy nie jest zachwycony pomysłem Jasona, decyduje się zrobić tę przyjemność przyjacielowi i okłamać jego dziewczynę. Potem co prawda stara się ją przekonać, że Jason nie jest dla niej odpowiednim partnerem, ale w szczegóły niecnego planu swojego przyjaciela jej nie wtajemnicza. Wszystkie „tajniki” tego swego rodzaju trójkącika w „Sick for Toys” są przedstawione raczej pobieżnie. I naprędce. Scenarzysta nie zagłębiał się w ten wątek, ale śmiem podejrzewać, że gdyby nie nieprzekonująca aktorska kreacja Roya, to jakąś delikatną sympatią zdołałbym go obdarzyć. A tak... No cóż, życzyłam sobie tylko tego, żeby postać ta jak najszybciej zeszła mi z oczu. Wbrew ewidentnemu życzeniu twórców „Sick for Toys” nie potrafiłam wykrzesać z siebie trwogi o tego bohatera. W mojej ocenie najlepiej zaprezentowała się Camille Montgomery wcielająca się w dosyć widowiskową postać Emilii. Kobietę mocno zaburzoną, borykającą się z poważnymi problemami psychicznymi wynikającymi z jej traumatycznej przeszłości. Jej brat Edward został wprawdzie lepiej odegrany od Roya (przez Jona Paula Burkharta), ale jego warsztat i tak do mnie nie przemawiał. Tak samo gra Justina Xaviera (autora scenariusza „Sick for Toys”) i Melanie Thompson. Tak naprawdę to tylko Camille Montgomery „udało mi się uwierzyć”. Czy zabrzmi dziwnie, jeśli powiem, że tyko z patrzenia na nią czerpałam swego rodzaju przyjemność? Jeśli tak, to śpieszę z wyjaśnieniem: otóż, tylko ona w moich oczach wypadała wiarygodnie, a i rys psychologiczny postaci, w którą się wcieliła wzbudził we mnie zainteresowanie. Nie przypominam sobie filmu kreślącego taki charakter, jaki ma Emilia. Co prawda infantylizm Emilii w połączeniu z bliskością rodzeństwa skojarzyły mi się z pewnym filmem z lat 60-tych XX wieku, ale na tym podobieństwa się kończą. Emilia to dorosła kobieta, która z niecierpliwością wyczekuje każdych Świąt Bożego Narodzenia, bo wtedy dostaje od swojego brata najcenniejsze dla niej prezenty. „Ludzką zabawkę” - co roku tylko jedną, możliwe jednak, że te święta pod tym względem będą szczególne. Główne przeznaczenie tych „zabawek” jest o tyle ciekawe, że widać w tym przeciwstawienie się pewnemu stereotypowemu myśleniu, fałszywemu przekonaniu w mniejszym lub większym stopniu funkcjonującemu w wielu krajach świata (jeśli nie we wszystkich). Nie nazwałabym tego odwagą ze strony twórców, bo ta prawda (choć przez niektórych kompletnie ignorowana) nie jest żadnym tematem tabu we współczesnym świecie, ale na pewno jest to jeden z mniej rozpowszechnionych w kinie motywów.

„Sick for Toys” może budzić lekkie kontrowersje poprzez wysnucie tezy, że traumy przeżyte w dzieciństwie mogą doprowadzić do niebezpiecznych zmian w psychice. Niebezpiecznych zwłaszcza dla innych – z ofiary taki osobnik może przekształcić się w oprawcę. Krzywdzenie innych może być dla niego swego rodzaju terapią, sposobem na radzenie sobie z traumą, z bolesnymi wspomnieniami z dzieciństwa, z niewyobrażalną emocjonalną męką, z ranami, których (co całkowicie zrozumiałe) czas nie zdołał uleczyć. Stosunkowo szybko dowiadujemy się, że Emilia i Edward stracili rodziców w bardzo młodym wieku, ale na więcej danych z ich przeszłości będziemy musieli trochę poczekać. Jeśli oczywiście wcześniej się ich nie domyślimy, co szczerze mówiąc nie jest trudne. Śmierć rodziców w każdym razie nie wyrządziła im takich psychicznych szkód, jak ten dalszy, przez jakiś czas nieudolnie skrywany przez scenarzystę, rozwój wypadków. UWAGA SPOILER W erze jak najbardziej słusznej walki z wykorzystywaniem seksualnym nieletnich teza, że gwałcona dziewczynka sama może wyrosnąć na gwałcicielkę (w tym przypadku dorosłych mężczyzn) niektórych może mocno zbulwersować. A jeśli chodzi o Edwarda to pozwolę sobie tu wspomnieć o seksualnym pociągu do siostry zaakcentowanym pod koniec filmu. Coś jak z V.C. Andrews? No, nie do końca, ale dosyć blisko KONIEC SPOILERA. Straszne wydarzenia, które rozegrały się w życiu tej dwójki po śmierci rodziców zmusiły Edwarda do obdarzenia swojej siostry troskliwą opieką. Starał się zaspokajać wszystkie potrzeby Emilii – to znaczy w granicach rozsądku... Bo przecież zgodził się jedynie na porywanie dla niej jednego mężczyzny w roku. Nie więcej, więc to już jest jakaś granica, prawda? Poza tym Edward, zapalony miłośnik wszelkiej maści lekarstw, zrobił sobie oto z siostry królika doświadczalnego – w ten sposób chciał jej zapewne pomóc, ale patrząc na efekt jego starań ciężko powiedzieć, że polepszył jej i tak już trudną sytuację. Muszę przyznać, że śledzenie tej konkretnej warstwy psychologicznej, tej dosyć szeroko roztoczonej analizy Emilii i Edwarda było dla mnie niezłym przeżyciem. Dostarczyło mi całkiem sporo wrażeń: budziło lekką odrazę, ale również współczucie, wprawiało w jakże pożądany od thrillerów (i horrorów) dyskomfort emocjonalny, rodziło napięcie i dosyć mocno ciekawiło. Pomimo licznych niedociągnięć technicznych. Klimat „Sick for Toys” jest w miarę mroczny (o tyle o ile), ale po realizacji poznać, że to bardzo tani film. Praca kamer, kadrowanie i montaż trącą półamatorką. Niewiele w tym profesjonalizmu, ale nie jest aż tak źle, żeby nie dało się w to zaangażować. Jeśli już jesteśmy przy płaszczyźnie technicznej, to trzeba wspomnieć o gore. Krwawych scenek nie ma wiele i w sumie dobrze, bo te które widać nie prezentują się wiarygodnie. I nie wynika to z niedostatków budżetowych (chociaż substancja służąca za krew chwilami jest za bardzo rozwodniona), tylko z przesadnego tryskania posoką. Jeśli chodzi o gore to poza tym nie ma prawie nic. Prawie, bo zapamiętałam odpiłowywanie i łamanie nogi – nic szczególnego w kinie grozy, ale jeśli chodzi o wizualną makabrę w „Sick for Toys” to tak naprawdę jedyny zwracający większą uwagę moment. Zwrot akcji, który następuje we względnie wczesnej fazie scenariusza (jeszcze przed końcowymi zmaganiami postaci w domu i garażu, w których rozgrywają się kluczowe wydarzenia z filmu) wzbudził we mnie ambiwalentne odczucia. Trochę mnie zaskoczył, ale z drugiej strony UWAGA SPOILER przedwczesne zabicie (potencjalnej) pierwszoplanowej postaci największą moc miało w „Psychozy” Roberta Blocha, a potem Alfreda Hitchcocka. Tam to była świeżość, a potem głównie beznamiętne kopiowanie. Zakończenie co prawda wydało mi naciągane, ale jego bezsprzecznym walorem jest to, że idealnie uzupełnia myśl wprowadzoną już wcześniej. To, czemu świadkujemy w ostatnich minutach „Sick for Toys” ma być dowodem na to, że niektórzy ludzie po prostu nie potrafią dopuścić do siebie myśli, że kobieta mogła gwałcić i zabijać. Niejako (bo gwoli sprawiedliwości wstępna analiza dowodów też na to wskazuje) instynktownie szybciej takie łatki przyklejają mężczyznom niż kobietom. „Sick for Toys” pozostawia nas z myślą, że to bardzo niebezpieczna skłonność. Prawdopodobnie wynika ona ze statystyki – gwałcicieli i zabójcy wciąż więcej jest wśród mężczyzn, ale to nie znaczy, że (niektóre) kobiety takich zbrodni nie popełniają KONIEC SPOILERA.

Myślę, że pełnometrażowy reżyserski debiut Davida Del Rio warto sprawdzić jeśli szuka się ciekawych przypadków chorobowych w kinie grozy. Filmów o zaburzonych psychicznie osobnikach, jednostkach popełniających dosyć odrażające zbrodnie z dosyć ciekawych pobudek, które mogą (ale nie muszą) rodzić pewne kontrowersje. Nie mogę stwierdzić, że ten obraz dał mi mocno do myślenia, bo tak naprawdę nie znalazłam w nim ani jednej tezy/myśli/prawdy, która nie byłaby mi już znana. Ale i nie mogę zarzucić pomysłodawcy tej historii beznamiętnego żerowania na najbardziej wyświechtanych w kinie grozy motywach. Realizacyjnie film ten mocno kuleje, ale historia jest na tyle interesująca, pomysłowa, emocjonująca, a klimat na tyle mroczny, żeby chciało się to oglądać do końca. A przynajmniej ja dałam się jako tako wciągnąć w tę pod pewnymi względami chorą opowieść (co, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, traktuję jako komplement), w ten moim zdaniem dosyć niebanalny thriller psychologiczny, który pod kątem technicznym, niestety, nie bardzo poradził sobie z niedostatkami finansowymi. Ale jeśli tylko nie ma się nic przeciwko niskobudżetowym thrillerom o wszelkiej maści zbrodniarzach, to myślę, że spokojnie da się to obejrzeć w przynajmniej umiarkowanym zainteresowaniu.

środa, 19 czerwca 2019

„Podły, okrutny, zły” (2019)

RECENZJA ZAWIERA (NIEZAAKCENTOWANE) SPOILERY DLA TYCH, KTÓRZY NIE ZNAJĄ HISTORII TEDA BUNDY'EGO

W 1969 roku student prawa Ted Bundy poznaje Liz Kendall, samotnie wychowującą córkę, młodą sekretarkę, która szybko się w nim zakochuje. Wszystko wskazuje na to, że z wzajemnością. Ted daje szczęście nie tylko Liz, ale również jej małej córeczce i sam również wydaje się być najszczęśliwszym mężczyzną na świecie. Ta sielanka trwa kilka lat, do czasu aresztowania Bundy'ego pod zarzutem porwania niejakiej Carol DaRonch. Ted opuszcza areszt po wpłaceniu kaucji i przekonuje Liz, że jest niewinny zarzucanych mu czynów. Bundy jest przekonany, że nie zostanie skazany, ale staje się inaczej. Co więcej niedługo po usłyszeniu wyroku Ted zostaje ponownie postawiony w stan oskarżenia pod zarzutem zabójstwa innej kobiety. Sprawa zaczyna przerastać Liz. Kobieta chce wierzyć w niewinność ukochanego, ale coraz trudniej ignorować jej dowody zgromadzone przeciwko niemu. Ted tymczasem robi wszystko co w jego mocy, by ją przy sobie zatrzymać, nie tracąc przy tym nadziei na to, że uda mu się przekonać sąd do swojej niewinności.

24 stycznia 2019 roku, w trzydziestą rocznicę śmierci na krześle elektrycznym jednego z najbardziej znanych seryjnych morderców, Thedore'a Roberta Bundy'ego, na platformie Netflix ukazał się miniserial dokumentalny stworzony przez Joego Berlingera pt. „Rozmowy z mordercą: Taśmy Teda Bundy'ego”. 26 stycznia 2019 roku na Sundance Film Festival odbył się natomiast pierwszy pokaz thrillera biograficznego, również wyreżyserowanego przez specjalizującego się w dokumentach Joego Berlingera, pt. „Extremely Wicked, Shockingly Evil and Vile” („Podły, okrutny, zły”). Ten ostatni został oparty na książce Elizabeth Kendall zatytułowanej „The Phantom Prince My Life with Ted Bundy”. Scenariusz napisał Michael Werwie. Prawa do dystrybucji z czasem nabyła platforma Netflix, na której film zadebiutował 3 maja 2019 roku.

Zac Efron był podobno typowany przez fanów do roli Teda Bundy'ego. W Sieci można znaleźć informację (nie wiem, czy zgodną z prawdą), że swego czasu krążyła petycja w tej sprawie. Ponoć jeden z byłych prawników Teda Bundy'ego przyznał, że widzi podobieństwo Efrona do Bundy'ego, czego chyba nie można uznać za komplement. Chociaż... Ted Bundy zyskał etykietkę charyzmatycznego przystojniaka, czarusia bez większego trudu zjednującego sobie kobiety. Urok, wdzięk, seksapil, elokwencja – wspaniała byłaby to partia, gdyby nie fakt, że ów Amerykanin zasłynął jako jeden z najokrutniejszych seryjnych morderców w historii tego kraju. Do czasu obejrzenia „Podłego, okrutnego, złego” nawet przez myśl mi nie przeszło, że Zac Efron z wyglądu przypomina Teda Bundy'ego. Właśnie „do czasu”, bo ta jego kreacja, można by rzec, otworzyła mi oczy. No nie, trochę przesadzam. Bo nie tyle o wygląd tu chodzi, ile o grę Efrona. Warsztat tego aktora sprawił, że w moim umyśle twarz Teda Bundy'ego niejako nakładała się na oblicze Efrona – prawie jakbym miała przed sobą (na ekranie) najprawdziwszego Bundy'ego. Nie spodziewałam się tego, bo choć lubię grę Zaca Efrona, to znam go z zupełnie innych kreacji. Właściwie o lata świetlne odległych od tej tutaj. Postaci wzbudzających zaufanie, takich z którymi się sympatyzuje nawet wówczas, gdy delikatnie mówiąc popełniają ogromne błędy (mam tutaj na myśli „Bez względu na cenę” Ramina Bahraniego). Z drugiej jednak strony, znając sylwetkę Teda Bundy'ego, powinnam przewidzieć, że Joemu Berlingerowi zależało na tym, żeby ta postać nie budziła skrajnej odrazy u widzów. O tyle o ile, bo choćby nie wiem jak Efron się starał, nie da się zapomnieć kogo kreuje. Niektórzy powiedzieliby, że potwora w ludzkiej skórze, ale nie oszukujmy się: Efron wciela się w człowieka z krwi i kości. Okrutnego, ale człowieka. Człowieka, który rozkochuje w sobie Liz Kendall, do czasu jego poznania samotnie wychowującą córkę, młodą kobietę, w którą wcieliła się Lily Collins. Aktorka ta moim zdaniem popisała się na tyle, na ile mogła. A że mogła niewiele... Nieprzyjemnie zaskoczyło mnie podejście scenarzysty „Podłego, okrutnego, złego” do tej postaci. Bo skoro materiałem źródłowym była książka autorstwa Elizabeth Kendall/Elizabeth Kloepfer, to oczekiwałam większego udziału Collins w tym przedsięwzięciu. Myślałam, że spotkam się tutaj głównie ze spojrzeniem Kendall na tę sprawę. Ze spojrzeniem długoletniej partnerki Teda Bundy'ego (nie jedynej zresztą), zupełnie nieświadomej tego, że jej ukochany w wolnym czasie zabija przedstawicielki płci pięknej. Innymi słowy bardziej nastawiałam się na jej biografię, niźli biografię tego amerykańskiego seryjnego mordercy. Na psychologiczne studium kobiety, która żyła u boku wielokrotnego zabójcy, prawdę o nim odkrywając dopiero po latach. W „Podłym, okrutnym, złym” trochę miejsca przeznaczono na tę, nazwijmy to, analizę oszukanej kobiety, w tym sensie również ofiary Teda Bundy'ego, ale przede wszystkim skupiono się (znowu) na sprawcy jej nieszczęścia. I szczęścia, bo omawiany film pokrótce przeprowadza nas przez radosne chwile tej pary. Sekwencje te prezentowałyby się wręcz idyllicznie, gdyby nie fakt, że my – widzowie – znamy prawdziwe oblicze chłopaka Liz Kendall. Mężczyzny bezgranicznie oddanego młodej sekretarce i jej małej córeczce, darzącego ogromną miłością „swoją nową rodzinę”, miłością, którą z całą mocą im okazuje, ilekroć gości w ich domu. Pytanie tylko, czy uczucia te są szczere – czy Ted Bundy faktycznie ukochał sobie Liz Kendall i jej córkę? Czy rzeczywiście były one osobami, do których ze szczerego serca się przywiązał, czy była to raczej gra z jego strony? Kochał, czy tylko udawał, że kocha? Z filmu wynikało mi, że miłość ta była jak najbardziej prawdziwa. Myślę, że w ten stronę skłaniali się twórcy „Podłego, okrutnego, złego”. W czym nie ma niczego dziwnego, biorąc pod uwagę, że scenariusz został oparty na wyznaniach kobiety, która przez długi czas żyła w przekonaniu, że ma u swojego boku człowieka odwzajemniającego jej miłość. Nie mam pojęcia, czy później zmieniła zdanie – nie czytałam „The Phantom Prince My Life with Ted Bundy”, ani w ogóle żadnych zwierzeń Kendall na ten temat. Mogę jedynie wypowiedzieć się na temat filmu Joego Berlingera, a ten moim zdaniem obstaje przy tym, że Ted Bundy naprawdę kochał Liz Kendall. A mówimy przecież o człowieku, o którym często mówi się, że w ogóle nie był do tego zdolny. 

Psychiatrzy badający Teda Bundy'ego różne diagnozy stawiali, ale zgadzali się co do tego (a przynajmniej większość z nich), że jest on osobą pozbawioną empatii, niezdolnym do współczucia wyrachowanym manipulantem, a tu się okazuje, że naprawdę kochał Liz Kendall. Ale czy na pewno? Bo tak, z „Podłego, okrutnego, złego”, taka myśl moim zdaniem płynie, ale skoro Ted Bundy biegle władał sztuką manipulacji, to może (tylko może) twórcy omawianego filmu chcieli oszukać widzów. Tak jak Bundy oszukał Liz Kendall, co do swojego prawdziwego ja. To nawet miałoby sens, bo „Podły, okrutny, zły” został oparty na wyznaniach kobiety przynajmniej przez parę lat żyjącej w przekonaniu, że mężczyzna ten odwzajemnia jej miłość. Tak, tylko że scenarzysta bardziej starał się wejść w umysł Teda Bundy'ego niźli jego długoletniej dziewczyny (nie jedynej, bo Bundy miał wiele partnerek, o czym w filmie nie wspomniano – chyba że coś mi umknęło). O zbrodniach przez niego popełnionych wiele się w tym filmie mówi (bo i nie da się inaczej, jeśli kręci się film o Tedzie Bundym), ale filmowcy nie przeprowadzają nas przez nie w czasie rzeczywistym. Koncentrują się głównie na procesach sądowych, w których to Ted Bundy stawał jako oskarżony. Najpierw o porwanie młodej kobiety, kiedy to jeszcze nie podejrzewał, a w każdym razie Liz Kendall tego nie przewidywała, że stanie się głównym bohaterem... yyy... antybohaterem pierwszego w Stanach Zjednoczonych medialnego (emitowanego w telewizji) procesu sądowego. Podczas tych rozpraw naturalnie omawia się (niektóre) zbrodnie Bundy'ego. Do tego mamy doniesienia medialne i UWAGA SPOILER retrospekcję pokazaną pod koniec „Podłego, okrutnego, złego” – filmowy Bundy podczas ostatniej rozmowy z Liz przypomina sobie jedno z popełnionych przez siebie morderstw KONIEC SPOILERA. „Podły, okrutny, zły” to przede wszystkim jednak opowieść o człowieku starającym się wydostać z bagna, w które sam się wpakował. To znaczy takie przekonanie będzie towarzyszyć osobom znającym historię tej przerażającej postaci. Gdybym jej nie znała to pewnie przez jakiś czas dopuszczałabym do siebie myśl, że Ted Bundy nie popełnił tych wszystkich zbrodni, które mu przypisano, że doszło do strasznej pomyłki bądź celowego działania policji i prokuratury, że oto znaleźli sobie „kozła ofiarnego”. Sympatycznego studenta prawa, który od paru lat toczył szczęśliwe, beztroskie życie u boku ukochanej kobiety i jej małej córeczki. W każdym razie trochę obawiałam się, że twórcy pójdą w tę stronę, ale nie to w głównej mierze zakłócało mi seans „Podłego, okrutnego, złego”. W mojej ocenie filmowcy chcieli pokazać jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Innymi słowy: materiał, na który się porwali nadawał się na dużo dłuższy obraz, niż ten w którym go zamknięto (film trwa około stu dziesięciu minut). Twórcy starali się zarazem sportretować batalię sądową, jaką stoczył „uroczy” student prawa, jego zmagania z systemem sprawiedliwości oraz jego związek z Liz Kendall, nad którą to również w pewnym stopniu się pochylono (pobieżna analiza psychologiczna, skróty z jej życia, również po aresztowaniu Teda) UWAGA SPOILER i późniejsza relacja Bundy'ego z Carole Ann Boone, przeradzająca się w romans, a następnie w małżeństwo zawarte na sali sądowej KONIEC SPOILERA. Zdjęcia utrzymano w lekkim klimacie retro, a i wybór utworów muzycznych akompaniujących tej, bądź co bądź, wielowątkowej historii, to jaśniejsze punkty „Podłego, okrutnego, złego”. Ale „migawkowej narracji” w całości zrekompensować mi nie mogły. Zupełnie jakby ktoś wprawił w ruch nożyczki... Wiele scen urywano w nieodpowiednich momentach, poszczególne wydarzenia następowały po sobie tak szybko, że musiałam pilnować się, żeby nie stracić wątku. No może trochę przesadzam, bo w końcu (i to ogromny walor tego filmu) przynajmniej głośną rozprawę Teda Bundy'ego odwzorowano bardzo wiernie. Wiele zdjęć pewnie uznałabym za archiwalne, gdyby nie to, że w kadrze znajdował się Zac Efron, a nie Ted Bundy. Co nie znaczy, że aktor nie oddał jego mimiki – zrobił to i to we wręcz przerażająco przekonującym stylu. Chyba zacznę bać się tego aktora:) Pozostałe wątki też nie miały na tyle skomplikowanej natury, by móc się w nich zagubić, ale czy mogłam się w nie należycie zagłębić? Niestety nie, pomimo wyboru interesującego materiału źródłowego. W miarę interesującego, bo jednak historia Teda Bundy'ego odrobinkę, dosłownie ociupinkę mi się już przejadła, dlatego większą ciekawość budziły we mnie mniej szczegółowo przedstawiane dzieje filmowej Liz Kendall. I pomimo solidnej obsady, wspaniałego popisu aktorskiego głównie Zaca Efrona, ale i Lily Collins, Haley Joel Osment (najbardziej znany jako „widzący umarłych”), John Malkovich, Kaya Scodelario i Brian Geraghty też zwrócili moją uwagę – w pozytywnym znaczeniu tego słowa – chociaż oczywiście w nieporównanie mniejszym stopniu, niż twardo stojący na pierwszym planie odtwórca roli Teda Bundy'ego. Niemniej, z tą moją uwagą różnie bywało – raz była wzmożona, innymi razy bardzo wątła. A wszystko przez tę poszarpaną narrację, przez ten migawkowy wręcz styl snucia opowieści. Historii, która wydarzyła się naprawdę i o której nadal dużo się mówi (czego dowodem nie tylko ten film). Chociaż niekoniecznie do końca, bo dla niektórych dzieje Liz Kendall, niestety niezbyt wyczerpująco zobrazowane w „Podłym, okrutnym, złym”, mogą być nowością. Ba, możliwe, że znajdą się osoby, którzy dopiero tutaj po raz pierwszy zderzą się z historią Teda Bundy'ego. Amerykańskiego seryjnego mordercy, którego zobaczymy w tym filmie nie tylko w kreacji Zaca Efrona, miejsce dla nagrań archiwalnym bowiem też tu przewidziano.

„Podły, okrutny, zły” Joego Berlingera coś do historii o Tedzie Bundym wnosi. Albo inaczej: obok rzeczy dobrze znanych, pokazuje i takie, którym dotychczas nie poświęcano większej uwagi. Mowa o dziejach Liz Kendall, długoletniej partnerki tego amerykańskiego seryjnego mordercy, które owszem niektórym są znane choćby z jej własnej książki, ale w i licznych analizach Teda Bundy'ego zamieszczonych w Internecie można znaleźć wzmianki na jej temat. Nie znam jednak filmu, który choćby tylko w takim niezbyt dużym stopniu, jak w omawianym tutaj filmie, koncentrował się na tej autentycznej postaci. To jeden z tych powodów, dla których nie żałuję spotkania z „Podłym, okrutnym, złym”. Nie jedyny, i nawet nie najważniejszy. Najsilniejszym pierwiastkiem tej produkcji jest moim zdaniem Zac Efron – jego doskonała wręcz kreacja Teda Bundy'ego. Zresztą nie tylko jego kreacja dodaje jakości tej produkcji, ale to on dostał tutaj największe pole do popisu... i się popisał. Dał mi jedno z tych pokazów aktorskich, o których się nie zapomina. A jeśli nawet, to po bardzo długim czasie. Gdyby tylko lepiej tę historię opowiedziano, gdyby nie ta poszatkowana narracja... Wtedy moje zdanie o „Podłym, okrutnym, złym” w reżyserii Joego Berlingera na pewno byłoby zdecydowanie lepsze. A tak? No cóż, film niezły. Produkcja mogąca się poszczycić kilkoma naprawdę mocnymi superlatywami, które jednak nie były w stanie w całości zrekompensować mi nader niewygodnego sposobu snucia opowieści o Tedzie Bundym i niektórych ludziach z jego otoczenia. Niewygodnego w rozumieniu: niepozwalającego mi zagłębić się w tę historię tak, jakbym sobie tego życzyła. Dlatego właśnie dla mnie „Podły okrutny, zły” jest tylko (i aż) filmem niezłym.

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Zapowiedź: „Nocni strażnicy”

Zompiry i morderczy klaun w horrorze komediowym producenta "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną" 

"NOCNI STRAŻNICY" od 21 czerwca na VOD

Tryskający hektolitrami krwi, błyskotliwym humorem i szaloną akcją horror komediowy o nocnych strażnikach, którzy muszą stawić czoła hordom wampirów plądrujących biurowiec. Laureat nagród publiczności na Festiwalu Filmów Niezależnych w Waszyngtonie i Festiwalu „Fright Nights” w Atenach, nagród za najlepszą reżyserię i efekty specjalne Festiwalu Niezależnych Horrorów w Chicago oraz zdobywca wyróżnienia dla Najlepszego horroru na Festiwalu Filmowym w Phoenix. „Nocni strażnicy” zadebiutują w polskich serwisach VOD już 21 czerwca.

Trzech nieporadnych nocnych strażników z pomocą nowicjusza i nieustraszonej dziennikarki toczy epicką walkę o życie z hordą wygłodniałych wampirów. Przypadkowo dostarczona do magazynu przesyłka uwalnia zastępy krwiopijców, które zmuszają bohaterów, by stawili czoła potężnemu złu oraz powstrzymali plagę, która może zagrozić mieszkańcom całego Baltimore.


„Nocni strażnicy” – oficjalny zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=WEOz4LKZL3s

Nocni strażnicy © dystr. Kino Świat 2019
Gatunek: horror, komedia
Produkcja: USA 2017
Reżyseria: Mitchell Altieri
Scenariusz: Ken Arnold, Dan DeLuca, Jamie Nash
Obsada: Ken Arnold, Dan DeLuca, Kevin Jiggetts, Kara Luiz, Max Gray Wilbur, James Remar, Matt Servitto,
Diona Reasonover, Rain Pryor, Tiffany Shepis, Dan Franko, Matthew Bowerman, Gary Peebles

Źródło: wszystkie materiały od Kino Świat Sp. z o.o.

niedziela, 16 czerwca 2019

„Perfekcja” (2018)

Charlotte przed laty uczęszczała do prestiżowej akademii w Bostonie, prywatnego ośrodka dla młodych wiolonczelistów, prowadzonego przez szanowanego w światku muzycznym Antona. Gdy jej matka zachorowała Charlotte przerwała naukę, żeby się nią zaopiekować. Teraz, po śmierci rodzicielki, kobieta postanawia udać się do Szanghaju, by dołączyć do jury konkursu organizowanego przez Antona, w którym do wygrania jest nieodpłatne miejsce w jego akademii. Tam zaprzyjaźnia się z inną członkinią jury, pobierającą nauki w szkole Antona, utalentowaną wiolonczelistką Lizzie, która przez kilka najbliższych tygodni ma zamiar podróżować po Szanghaju. Zaprasza na tę wycieczkę Charlotte i tak po zakończeniu konkursu dla młodych wiolonczelistek, obie kobiety ruszają w drogę. Beztroska przygoda szybko jednak przeradza się w istny koszmar.

Wyprodukowany i sfinansowany przez firmę Miramax amerykański thriller z elementami horroru zatytułowany „Perfekcja” został wyreżyserowany przez człowieka, który kojarzony jest między innymi z serialem komediowym „Brzydula Betty”. Za odcinek pilotażowy Richard Shepard, bo o nim mowa, otrzymał między innymi Nagrodę Emmy. Ale nie same seriale mu w głowie. W swojej filmografii ma również filmy - m.in. „Zabójczy warunek” (1999), „Kumple na zabój” (2005), „W pogoni za zbrodniarzem” (2007) i „Dom Hemingway” (2013) – i nie ogranicza się tylko do reżyserii. Jest również producentem i scenarzystą. W „Perfekcji” objął wszystkie te trzy funkcje, przy czym tylko na krześle reżyserskim siedział sam. Scenariusz napisał razem z Erikiem C. Charmelo i Nicole Snyder. W Stanach Zjednoczonych po raz pierwszy „Perfekcję” pokazano we wrześniu 2018 roku na Fantastic Fest. Niedługo potem prawa do dystrybucja kupiła firma Netflix i tak oto „Perfekcja” w 2019 roku trafiła do szerokiego obiegu.

Główna rola w „Perfekcji” przypadła w udziale Allison Williams, która to pracowała już z Richardem Shepardem przy serialu „Dziewczyny” (2012-2017). Tutaj kreuje Charlotte, byłą uczennicę prywatnej szkoły dla młodych wiolonczelistów z Bostonu, która po latach przerwy spowodowanej chorobą matki, jedzie do Szanghaju, by dołączyć do jury konkursu organizowanego przez właściciela owej prestiżowej akademii. Gra Williams to moim zdaniem jeden z mocniejszych punktów tego filmu. Tak samo kreacja partnerującej jej Lizzie w wykonaniu Logan Browning i oczywiście Antona, w którego to wcielił się Steven Weber (m.in. Jack Torrance z miniserialu „Lśnienie” i Steve Adams z „Desperacji”). Ale na silnej obsadzie bynajmniej nie kończą się superlatywy „Perfekcji”. Produkcję tę cechuje dosyć zaskakująca żonglerka dobrze znanymi miłośnikom kina grozy konwencjami – całkiem kreatywne podejście do tylko pozornie wyświechtanych motywów i swego rodzaju flirt z przemocą. Do tego ostatniego lepiej podchodzić z dystansem, bo choć w omawianym filmie przewija się trochę drastycznych scen, to wątpię żeby zrobiły one jakieś większe wrażenie na osobach choćby tylko średnio zaznajomionych z kinem gore. A i nie sądzę, żeby twórcom szczególnie zależało na szokowaniu widzów plastycznymi obrazami krwawej przemocy. Brutalizm często jest jedynie sugerowany – zlepki wiele mówiących, dynamicznie zmontowanych, w domyśle odrażających ciągów wydarzeń, to jedno, ale agresja drzemie także w tych scenach, które na pierwszy rzut oka jawią się zupełnie niewinnie. Weźmy na przykład kiełkujący romans głównych bohaterek – niby dobrze im ze sobą, niby każda z nich jest wdzięczna losowi za to, że ich ścieżki w końcu się skrzyżowały, że mogły zbliżyć się do swojej bożyszczy (Lizzie wyznaje Allison, że od dawna jest jej fanką, a ta odwdzięcza jej się takim samym wyznaniem), ale praktycznie od początku tej relacji czuje się, że coś tu jest mocno nie tak. Pierwszą jaśniejszą wskazówką jest zbliżenie na maciupki tatuaż na plecach Allison – wiemy już, że dokładnie taki sam ma Lizzie, ale nie w tym rzecz. Alarmistycznie działa oprawa muzyczna owego, bądź co bądź, zastanawiającego widoku. Wcześniej niczego w ten deseń nie dostałam, ale mimo wszystko już wtedy ogarnęły mnie złe przeczucia co do tej damsko-damskiej relacji. Toksyczna przyjaźń/zgubny romans? Tak się wydaje, nie wiadomo tylko, która z tych pań będzie agresorką, a która ofiarą? Jeśli w ogóle taki podział w „Perfekcji” zaistnieje. Równie prawdopodobne jest to, że każdą z nich kieruje zamiar zniszczenia tej drugiej. Albo... Wkrótce po rozpoczęciu ich wspólnej podróży po Szanghaju, w fabułę zostaje wprowadzony motyw, który nie tyle całkowicie zmienia spojrzenie na ową historię, ile wprowadza dodatkowe pytania. I każe sądzić, że Richard Shepard i jego ekipa w „Perfekcji” chcieli wykorzystać więcej niż jedną konwencję, na dodatek egzystującą w ramach więcej niż jednego gatunku. W pierwszej fazie seansu łatwo o pewność, że „Perfekcja” jest kolejnym typowym, acz niezbyt grzecznym thrillerem o toksycznej przyjaźni/romansie. Jednakże w trakcie wycieczki Allison i Lizzie ta pewność zdecydowanie słabnie. Sytuacja się komplikuje. Osoba, której nieobce są reguły, jakimi zwykle rządzą się filmowe thrillery i horrory najpewniej wówczas zrozumie, że scenarzyści „Perfekcji” postanowili je zmiksować. I nie byłoby w tym niczego osobliwego, gdyby nie to, że wybrano pozornie kompletnie niepasujące do sobie motywy. UWAGA SPOILER Bo co może łączyć opowieść o niebezpiecznym związku dwóch kobiet z motywem zarazy, dziwnej choroby, którą jedna z bohaterek filmu, jak wtedy się wydaje, zaraziła się od jednego z mężczyzn goszczących na konkursie dla młodych wiolonczelistów? Choroby sportretowanej tak, że nie sposób nie myśleć o skręcie w stronę body horroru KONIEC SPOILERA. W każdym razie mnie ten związek umykał, nie potrafiłam wyczuć kierunku obranego przez twórców „Perfekcji”. I dobrze, bo w takim wypadku nie pozostało mi nic innego, jak uznać, że to jeden z tych obrazów, w którym dosłownie wszystko może się wydarzyć. W którym znajomość konwencji kina grozy na niewiele się przyda, bo Richard Shepard, Eric C. Charmelo i Nicole Snyder mieli własny pomysł na ich podanie.

(źródło: https://anz.newonnetflix.info/)
Z jednej strony podróż Allison i Lizzie po Szanghaju, obok końcowych ujęć, jest najmocniejszym punktem „Perfekcji”, w kontekście dosadności makabry. Z drugiej jednak strony to wówczas dochodzą do głosu przeklęte efekty komputerowe, które jak to zazwyczaj z nimi bywa, skutecznie niszczą realizm. Patrząc na zmagania jednej z bohaterek filmu byłam jednocześnie zaintrygowana kierunkiem obranym przez twórców i zawiedziona jego wykonaniem. Sam ten motyw odkrywczy co prawda nie jest, ale w połączeniu z tym, co pokazano mi wcześniej, w moich oczach prezentował się dosyć świeżo. Bo ja wiem... dostał coś na kształt nowego życia? W każdym razie na pewno wprowadził frapującą zagadkę, której według mnie jedynym felerem było pogwałcenie realizmu tandetnym efekciarstwem. Jest taki niepokojący i bardzo pouczający serial dokumentalny, w którym nieraz widziałam (i nie tylko tam) podobne, ale o niebo lepiej zrealizowane, przypadki , do tego pokazanego w „Perfekcji”. To znaczy podczas konstruowania tajemnicy. UWAGA SPOILER Sugerowania, że jedna z bohaterek filmu padła ofiarą zarazy, że pod jej skórą kłębią się robaki. Skoro już jesteśmy przy spoilerze to od razu zdradzę, że wspomniany serial dokumentalny nosi tytuł „Obcy wewnątrz nas” („Monsters Inside Me”), na wypadek gdyby ktoś zechciał się z nim zapoznać, do czego oczywiście gorąco zachęcam KONIEC SPOILERA. Scenarzyści „Perfekcji” wykorzystali jeszcze jedną doskonale znaną miłośnikom kina grozy konwencję. Z czasem podpięli się pod nurt, który należy do moim ulubionych, w pewnym siebie wpadając przy tym w zastawioną przez siebie pułapkę. Dlaczego? Otóż, wcześniejsze zwroty akcji pokazały mi jak czytać tę opowieść. Wyczułam proces myślowy twórców, wkroczyłam na odpowiednią ścieżkę i nawet nie musiałam nią podążać, bo „miałam przy sobie lornetkę, przez którą zobaczyłam prawie wszystko”. Prawie, bo nie o szczegółach tutaj mowa, tylko o ramach fabularnych, o ogólnym zarysie wydarzeń, które dopiero nastąpią. To, że część zamysłu twórców przewidziałam nie przeszkadzało mi jednak tak bardzo, jak myśl, która w dalszej partii filmu mnie nawiedziła i... nie chciała odejść. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że twórcy mają mnie za idiotkę. Gdyby jeszcze o mnie im chodziło, to w porządku, może i ich osąd byłby właściwy, ale to przecież dotyczy całej grupy docelowej „Perfekcji”. Fani kina grozy naprawdę potrafią sami myśleć – nie trzeba im wszystkiego tłumaczyć, nie trzeba aż takich starań, by zrozumieli „co autorzy mieli na myśli”. Wśród nich nie brakuje też osób, którzy dużą przyjemność odnajdują w znajdowaniu różnych interpretacji danego dzieła. Ta historia pozwalała na otwarcie kilku takich furtek, właściwie to aż prosiła się o pozostawienie jakichś (jakichkolwiek!) niejasności, które pozwalałyby obracać tę opowieść w głowie jeszcze po zobaczeniu napisów końcowych. Nie upieram się przy tym, że twórcy „Perfekcji” faktycznie nie wierzyli w inteligencję odbiorców tejże. Wcale nie musiało tak być, dlatego właśnie starałam się pozbyć ten natrętnej myśli. Tym bardziej, że moja sympatia nie jest ukierunkowana jedynie na te produkcje, które nie podają wszystkiego na tacy. Sęk w tym, że... Nie mogłam po prostu oprzeć się wrażeniu, że „Perfekcja” miała być czymś głębszym, jednym z tych obrazów pełnych mniej czy bardziej zawoalowanych symboli. Realizacja na to wskazywała – nie tyle to przewijanie a la „Funny Games” Michaela Hanekego, ile eksponowanie różnego rodzaju szczegółów. Zbliżenia okraszone charakterystycznymi (rodzącymi niejasne napięcie) dźwiękami oraz swego rodzaju eksperymentowanie z barwami. Feerie żywych kolorów przeplatają się tutaj z niezbyt mocno zagęszczonym, ale jednak mrokiem. I, też raczej umiarkowaną, ponurością. No cóż, może faktycznie jest w tym jakaś ukryta głębia, jakieś drugie dno, którego ja po prostu nie widzę – co wskazywałoby na to, że w gronie fanów kina grozy jest przynajmniej jedna osoba, w inteligencję której lepiej nie wierzyć.

„Perfekcja” Richarda Sheparda według mnie wychodzi ponad przeciętność. Pomimo swoich wad. Albo inaczej: pomimo tych elementów, które negatywnie wpływały na mój odbiór tego dosyć pomysłowego thrillera z elementami horroru. Bo chociaż niektórych z nich drobnym potknięciami nazwać nie mogę, to sytuację podratowało to, co w „Perfekcji” dobre. Pomysł na tę historię i jej dosyć ciekawy przebieg (tj. w większości), solidna obsada i do pewnego stopnia warstwa techniczna. Ścieżka dźwiękowa, wciągająca narracja i po części kolorystyka zdjęć. Częściowo, bo ta różnobarwność, zabawa odcieniami miała coś w sobie, aczkolwiek miałaby więcej, gdyby dodano temu czerni i szarości. Więcej mroku i ponurości, ale bez rezygnacji z ujęć skąpanych w żywszych kolorach. Summa summarum jestem z tego spotkania zadowolona. Nie jakoś mocno, ale to już coś. Grunt, że nie przepełnia mnie świadomość, że nie było warto, że niepotrzebnie się nad tą pozycją pochyliłam. Ważne (dla mnie), że coś dla siebie w „Perfekcji” znalazłam, że jakkolwiek nieodpowiednio to brzmi w przypadku takiego filmu, całkiem nieźle się bawiłam. Tyle, ile dał mi Richard Shepard (i reszta ekipy pracującej nad tym obrazem) do umiarkowanej satysfakcji mi wystarczy, co nie znaczy, że wystarczy każdemu miłośnikowi kina grozy, który po ten film sięgnie. Bo to w sumie dosyć specyficzny, a w każdym razie niezbyt typowy obraz jest. I co ważniejsze nie jest on pozbawiony elementów, które mogą się nie podobać – choćby efekty komputerowe, których na szczęście nie ma zbyt wiele i podawanie wszystkiego na tacy w dalszej partii seansu. Ale równie dobrze to i wszystko inne może się podobać. To już zależy od widza. Szansę, tak czy tak, radzę „Perfekcji” dać, bo to niewielkie przecież ryzyko moim zdaniem może się niejednemu odbiorcy opłacić. Wielu już się opłaciło, więc sami zadajcie sobie pytanie: czemu nie?

piątek, 14 czerwca 2019

„451 stopni Fahrenheita” (1966)

Guy Montag żyje w świecie, w którym posiadanie książek jest zabronione. Poszukiwaniem i paleniem ich zajmują się strażacy, a Montag jest jednym z nich. Mężczyzna mieszka ze swoją żoną Lindą, która większość czasu spędza na wgapianiu się w ekran ścienny, karmiąc się ogłupiającą papką telewizyjną. To ulubiona rozrywka zdecydowanej większości społeczeństwa, ale nie Montaga. On pragnie czegoś więcej, choć uświadamia to sobie dopiero po poznaniu mieszkającej w sąsiedztwie młodej kobiety imieniem Clarisse. Rozmowy z tą ciekawą świata osobą sprawiają, że Montag zaczyna dostrzegać ogromną pustkę w swoim życiu. Ukradkiem gromadzi w domu książki, zakazane owoce, które jeszcze niedawno z taką przyjemnością niszczył. Montag wie, jakie konsekwencje mogą go za to spotkać, ale pragnienie posiadania ich jest silniejsze od strachu przed karą.

W 1953 roku ukazało się pierwsze wydanie jednej z najwartościowszych powieści science fiction w historii literatury. Mowa o „451 stopni Fahrenheita” autorstwa Raya Bradbury'ego – krótkiej opowieści rozgrywającej się w bliżej nieokreślonej przyszłości, w dystopijnym świecie, w którym posiadanie książek jest surowo wzbronione. Wizjonerska historia Bradbury'ego po raz pierwszy została przełożona na ekran przez francuskiego, nieżyjącego już twórcę Francois Truffauta. Scenariusz napisał on wespół z Jeanem-Louisem Richardem. Film nakręcono w Anglii, a jego budżet oszacowano na półtora miliona dolarów. Obraz ukazał się w 1966 roku, ale na uznanie krytyki przyszło mu trochę poczekać. Choć film nominowano do nagrody Hugo i Złotego Lwa (udział w konkursie głównym Francois Truffauta) recenzje tak zwanym znawców kina w dużej części nie były przychylne tej produkcji. Filmowa wersja „451 stopni Fahrenheita” w końcu zyskała uznanie krytyki, ale co ważniejsze przemówiła do kolejnych pokoleń widzów, z fanami fantastyki naukowej na czele. Autor literackiego pierwowzoru wprawdzie znalazł w filmie Truffauta trochę wad, ale ogólnie był zadowolony z tej... ekranizacji? adaptacji? Ciężko orzec, bo wprawdzie scenarzyści trochę pozmieniali, ale nie wpłynęło to na wydźwięk opowieści Bradbury'ego. Co więcej większość wydarzeń z książki wiernie przeniesiono na ekran. To samo można powiedzieć o myślach autora fenomenalnego pierwowzoru i zaludniających go postaciach.

„Głupim narodem łatwiej się rządzi” - to prawda znana chyba każdemu, ale nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że nawet w demokratycznych krajach proces ukierunkowany na ogłupianie narodu trwa od wieków. I nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek miało się to zmienić. Bo sztuka samodzielnego myślenia to w pewnym sensie broń wymierzona w polityków pretendujących „do tronu”. Marzących o nieograniczonej władzy w danym kraju. W swoim kraju, jak to zwykli podkreślać ci opętani żądzą panowania nad innymi osobnicy. Tak, tak, wiem to nieprawda. To cechy dyktatorów, których przecież w demokratycznych państwa nie ma. Ani my, ani Ray Bradbury piszący wiele dekad wcześniej jeden ze swoich najbardziej znanych utworów (z czego zapewne jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy, chociaż biorąc pod uwagę jego niemal prorocze zdolności, chyba jednak należałoby się nad tym porządnie zastanowić) nie żyjemy w totalitarnym ustroju, prawda? Etykietka „państwa demokratycznego” jest dla nas gwarantem bezpieczeństwa, nieograniczonego dostępu do wiedzy, prawa do prywatności, szeroko pojętej wolności, egzystencji wolnej od obaw przed rządem, bo ten kieruje się troską o nasze dobro. Bradbury tak nie myślał, on nie pozwalał sobie na komfort takiego idealistycznego myślenia, bo... na wskroś przeniknął ludzką naturę. „451 stopni Fahrenheita” to pierwszy film Francois Truffauta zrealizowany w kolorze (Technicolor), który to tak samo jak jego literacki pierwowzór można nazwać przestrogą przed nami samymi. Haniebny system, w którym w tej bliżej nieokreślonej przyszłości przyszło żyć głównemu bohaterowi tej historii, Guy'owi Montagowi, został zbudowany niejako za zgodą większości społeczeństwa. Ludzie przy tak zwanym korycie, nie musieli się zbytnio wysilać, by przekonać naród (narody), że książki są szkodliwe. Film co prawda nie artykułuje tego z taką mocą, jak zrobił to Bradbury na kartach „451 stopni Fahrenheita”, ale spokojnie da się i stąd odczytać taką oto przerażająco prawdziwą myśl: to my sami zabijamy słowo pisane. Po co nam one skoro mamy obrazki? Montag ma komiksy bez tekstu i programy telewizyjne. A ja myślę, że w ten trend idealnie wpisują się również memy, których w omawianym obrazie (i powieści, na kanwie której on powstał) oczywiście nie znajdziemy. To przyniesie przyszłość i chyba nie powiedziecie, że idealnie nie wpasowuje się to w analizę (w sam ten destrukcyjny prąd) dokonaną przez Bradbury'ego już w latach 50-tych XX wieku. Główna rola w, no niech będzie, ekranizacji „451 stopni Fahrenheita” przypadła w udziale krnąbrnemu Oskarowi Wernerowi. Krnąbrnemu, bo o jego niesnaskach z reżyserem i zarazem współscenarzystą omawianego filmu było dosyć głośno. Nieporozumienia pomiędzy tymi dwoma panami brały się z ich rozbieżnych spojrzeń na postać Guya Montaga. Francois Truffaut w przeciwieństwie do Wernera chciał by w Montagu więcej było skromności niźli heroizmu. Pomimo usilnych starań nie udało mu się skłonić aktora do przyjęcia jego (i poniekąd również Raya Bradbury'ego) spojrzenia na ową postać. Oskar Werner zrobił to po swojemu, niekoniecznie jednak po lepszemu. Bo trudno nie odczuć chłodu bijącego od filmowego Montaga – buty, pychy, która przynajmniej mnie nieco zdystansowała od tego bohatera. Partnerująca mu Julie Christie natomiast wypadła wręcz zjawiskowo. I to w obu rolach, w które się wcieliła (jedną z nich zaproponowano jednej z moich ulubienic Tippi Hedren, ale Alfred Hitchcock, który to „ją odkrył” poinformował Truffauta, że aktorka jest obecnie niedostępna). Twórcy bowiem ostatecznie uznali, że dwie tak skrajnie różne kobiety z otoczenia Montaga, powinna kreować tylko jedna aktorka. Padło na Julie Christie, która w mojej ocenie „skradła ten film”. Ilekroć pojawiała się na ekranie, czy to jako jedna z ofiar systemowego prania mózgu, czy jako trochę mniej widowiskowa rewolucyjna dusza, cała moja uwaga koncentrowała się tylko na niej. Tak obłędna to była gra.
 
W pierwszej filmowej wersji „451 stopni Fahrenheita” pozwolono sobie na dosyć sporo mniejszych i większych zmian w stosunku do literackiego oryginału. Do tych drobnych można zaliczyć poprzestawianie w czasie i czasami w miejscu niektórych wydarzeń. Na przykład przełożony Guya Montaga, kapitan oddziału strażackiego, do którego główny bohater filmu przynależy, w książce „edukuje” swojego pracownika w domu tego drugiego, w filmie natomiast robi to partiami w czasie pracy (w różnych dniach). „Wieczorek czytelniczy” w domu Montagów odbiorcom książki pewnie wyda się przedwczesny, ale ta zmiana wyjaśni się później, gdy dotrze do nas, że (i to moim zdaniem jest największe odstępstwo od powieści) pominięto jednego z bohaterów książki. I to w dodatku takiego, który w wersji Raya Bradbury'ego nie jest bez znaczenia. Okazuje się jednak, że można było go wyciąć bez szkody dla fabuły. A przynajmniej bez potężnej szkody, bo jednak koncepcja literacka miała w sobie więcej tragizmu. Zamiast ścianowizji mamy (z punktu widzenia współczesnego widza) nierobiącą żadnego wrażenia plazmę. To znaczy z wyglądu, bo jej funkcje to już zupełnie co innego (mowa o roli widza, nie propagandzie i żenującej wręcz miałkości lejącej się z ekranu). A robotów tropiących będących na uposażeniu prawie wszystkich oddziałów strażackich w kraju (i na świecie?) nie ma w ogóle. Oba te odstępstwa od literackiego oryginału można chyba tłumaczyć ograniczeniami technologicznymi – w latach 60-tych XX wieku nie można było wszak pozwolić sobie na tyle, co teraz. I nie mogę napisać, że mi to przeszkadzało. Główne myśli autora zostały natomiast zachowane. Nie wszystkie wyartykułowano wprost, ale bez trudu da się je odczytać z fabuły. UWAGA SPOILER Poza niszczycielką albo budującą, zależy jak na to spojrzeć, wizją roztoczoną na końcu powieści – tego w filmie nie ma KONIEC SPOILERA. „451 stopni Fahrenheita” Francois Truffauta, tak jak książka, nie jest tylko opowieścią o życiu w totalitarnym systemie, o reżimie narzucanym przez rząd i większość społeczeństwa (bo nie zapominajmy, że u Bradbury'ego to ta „demokratyczna większość” jest największym zagrożeniem), ale również, jeśli nie przede wszystkim o nazwijmy to odstawaniu od ogółu. O ludziach, którzy nie potrafią i nawet nie chcą przystosować się do społeczeństwa, w którym żyją. O nonkonformistach, którzy tak naprawdę są ostatnią deską ratunku dla ludzkości. „451 stopni Fahrenheita” dla mnie jest przede wszystkim oskarżycielskim palcem wymierzonym w konformizm i zarazem pochwałą dla tak zwanych mniejszości. Można sobie dopowiadać, że różnego rodzaju mniejszości, ale i Ray Bradbury i twórcy pierwszej filmowej wersji „451 stopni Fahrenheita” wprost mówią o tej mniejszości, która rozumie, jak bezcennym skarbem jest wiedza i wie gdzie jej szukać. Ale też o ludziach, którzy zdają sobie sprawę z tego, że wiedza też może przyczynić się do upadku ludzkości. Bo, i to może co poniektórych zaskoczyć, ale nie sadzę by ktokolwiek dopatrzył się tutaj przekłamania, Ray Bradbury, a za nim Francois Truffaut i Jean-Louis Richard dali jasno do zrozumienia, że tak zwane jednostki oczytane często przepełnia pycha. A ta jak wiadomo kroczy przed upadkiem. Otóż, Bradbury zauważył (co mnie nie dziwi, bo był wnikliwym obserwatorem tak ludzi, jak rzeczywistości, w której żyjemy), a scenarzyści to po nim powtórzyli, że intelektualiści (choć pewnie nie miał na myśli wszystkich z nich) zwykli patrzeć na innych z góry, uważać się za lepszych od innych tylko dlatego, że w swoim życiu przeczytali więcej książek, i również w związku z tym posiedli większą wiedzę. A przecież nie o to chodzi, nie taka jest rola książek. Zdobytej wiedzy nie należy wykorzystywać do okładania nią innych, tylko do poprawiania kondycji otaczającego nas świata. Do zmieniania życia na lepsze, a nie nadmiernego rozbudowywania własnego ego. Na początek wystarczy zacząć wyciągać wnioski z błędów naszych antenatów (które pokazują nam przecież książki), zamiast w kółko je powtarzać. Bo cały czas to robimy. Zupełnie jakbyśmy byli zaprogramowani na samozniszczenie – o tym też mówi ta jakże gorzka historia. 
 
„451 stopni Fahrenheita” to wielowarstwowa opowieść o człowieku, który nagle zmienia front. Poznajemy go jako strażaka. W tym świecie strażak nie jest osobą zajmującą się gaszeniem pożarów, tylko ich wzniecaniem. A konkretniej paleniem książek, które wedle władzy (i większości społeczeństwa) są źródłem wszelkich nieszczęść. Bez nich ludzie są szczęśliwsi... Ale czy na pewno? Choćby na przykładzie Lindy, żony głównego bohatera „451 stopni Fahrenheita”, Guya Montaga widać, że nie do końca. Kobieta niby nie ma żadnych trosk, a jednak targa się na swoje życie (rozbawiło mnie zdziwienie Montaga na wieść o tym, że karetka nie przywiozła lekarza – toż to polska norma!). Dlaczego to robi? Może kobieta nie jest tak wydrążona, tak brzydko mówiąc pusta, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Może gdzieś tam, w podświadomości tlą się potrzeby inne od tych, które codziennie z taką gorliwością zaspokaja. Może Linda po prostu jeszcze nie wie, że jej umysł nie zadowala się tym chłamem, który spływa na nią z ekranu ściennego. Może nawet nie wie, że w ogóle ma jakiś umysł... W przeciwieństwie do Clarisse, młodej sąsiadki Guya, która diametralnie zmienia jego sposób myślenia. Albo po prostu przyśpiesza to, co i tak było nieuniknione, daje mu lekkiego kuksańca, dzięki któremu mężczyzna już teraz zaczyna się budzić ze „strasznego snu” zgotowanego nie tyle przez rząd, co większość społeczeństwa. Przez nas samych – ludzi zabijających słowo pisane. Pod tym względem film ów w najmniejszym stopniu się nie zestarzał (moim zdaniem nawet realizacja nie trąci zbytnio myszką). My, gatunek ludzki, tak naprawdę robimy to samo, co strażacy z „451 stopni Fahrenheita”. Czy się to komuś podoba, czy nie ten film, tak samo jak książka, rzuca nam tę i wiele innych prawd o nas samych, prosto w twarz. Prawdy dobrze znane, ale nie przez wszystkich akceptowane. Co ciekawe w filmie tekst widać tylko w książkach – również tych trawionych przez ogień, na co szczerze mówiąc trudno było mi patrzeć. Aż ciarki przechodziły. Tekst pojawia się też na planszy końcowej filmu. Czołówka natomiast, co uważam za genialne w swojej prostocie, jest odczytywana przez głos z offu. Muszę dodać coś jeszcze. Bernard Herrmann. Wystarczy? Nie? No to przypominam, że to ten sam artysta, który skomponował między innymi muzykę do „Psychozy” Alfreda Hitchcocka. Niezapomnianą, szarpiącą nerwy, legendarną, no wielką po prostu, ścieżkę dźwiękową dla jednego z najwybitniejszych thrillerów w historii kina. W „451 stopni Fahrenheita” aż tak się nie popisał – nie ta liga – niemniej i tak się zasłuchałam. Zresztą wiedziałam, że tak będzie, bo to przecież Bernard Herrmann. Rozumiecie? BERNARD HERRMANN!

Film znany wielu, oparty na ponadczasowej powieści - w pewnym sensie wizjonerskiej, a na pewno diablo przerażającej wizji Raya Bradbury'ego. Zawierający dosyć sporo zmian w stosunku do oryginału, ale nie aż takiej wagi, żeby nie dało się nazwać tego ekranizacją. Adaptacja może... Nie, raczej skłonię się w tę drugą stronę. Francuski twórca Francois Truffaut moim zdaniem na tyle wiernie odwzorował tę nietuzinkową historię na planie, żeby nie dawać większych powodów do narzekań osobom sprzeciwiającym się swobodnym podejściom filmowców do literackich materiałów źródłowych. Chociaż z drugiej strony... Nie każdy, kto zna rzeczone nieśmiertelne dzieło Raya Bradbury'ego przeszedł do porządku dziennego nad zmianami zastosowanymi w jego pierwszej ekranizacji. Niemniej takich niezadowolonych czytelników i widzów nie jest znowu tak dużo. Można więc chyba spokojnie polecić to dzieło Francois Truffauta również tym, którzy powieść nie tylko znają, ale i kochają. Tak, myślę, że powinni zaryzykować spotkanie z tym kultowym obrazem, jeśli jeszcze do niego nie doszło. A jak doszło to pewnie wiedzą (a przynajmniej wielu z nich), że prędzej czy później trzeba je powtórzyć.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...