poniedziałek, 10 maja 2021

Andy Weir „Projekt Hail Mary”

 

Nauczyciel przyrody, Ryland Grace, wychodzi ze śpiączki na pokładzie statku kosmicznego Hail Mary będącego w trakcie podróży międzygwiezdnej. Jego towarzysze nie żyją, a on nie pamięta jak się nazywa, jak się tutaj znalazł i jaki jest cel jego misji. Szybko jednak odkrywa, że znajduje się w innym Układzie Słonecznym, a wspomnienia stopniowo do niego wracają. Grace przypomina sobie, że został zwerbowany do ogólnoświatowego Projektu Hail Mary przez kierującą nim Evę Stratt, której nadano specjalne, praktycznie nieograniczone, uprawienia po odkryciu, że Słońce powoli umiera. Pasażer statku Hail Mary uświadamia sobie, że jest jedyną nadzieją ludzkości i że on sam najpewniej nie wyjdzie z tego cało. Wszystko wskazuje na to, że jest zdany wyłącznie na siebie, ale u celu tej kosmicznej podróży naukowiec... dokona kolejnego wiekopomnego odkrycia.

Pierwotnie wydana w 2021 roku powieść science fiction pt. „Project Hail Mary” (pol. „Projekt Hail Mary”) to kolejne dzieło amerykańskiego pisarza, zdobywcy między innymi The Astounding Award for Best New Writer (dawniej John W. Campbell Award for Best New Writer), Andy'ego Weira, któremu światową sławę przyniosła powieść „The Martian” (pol. „Marsjanin”), w wersji papierowej po raz pierwszy opublikowana w 2014 roku (wcześniej Weir wrzucał ją w odcinkach na swoją stronę internetową, a w 2012 roku na prośbę czytelników udostępnił „Marsjanina” na Amazon Kindle). W 2015 roku swoją premierę miał wysokobudżetowy film w reżyserii Ridleya Scotta oparty na tym utworze Weira. Scenariusz napisał Drew Goddard, między innymi reżyser i współscenarzysta „Domu w głębi lasu” (2011), któremu powierzono również napisanie scenariusza „Projektu Hail Mary” - szykowanej adaptacji/ekranizacji książki Andy'ego Weira z Ryanem Goslingiem w roli głównej.

Między „Marsjaninem” a powieścią „Artemis”, która swoją światową premierę miała w 2017 roku, Andy Weir – człowiek, który już w piętnastym roku życia rozpoczął pracę w charakterze programisty komputerowego – pracował nad powieścią, której roboczo nadał tytuł „Zhek”. Gdy książka miała już około siedemdziesięciu tysięcy słów, doszedł do wniosku, że nic z tego nie będzie. Fabuła jakoś się nie składała, a postacie w jego mniemaniu były nieciekawe. Zarzucił więc ten projekt, ale po namyśle uznał, że niektóre pomysły są na tyle interesujące, że niemądrze byłoby pozwolić im tak po prostu umrzeć. I nie pozwolił – wykorzystał je w „Projekcie Hail Mary”, dość długiej i wymagającej powieści science fiction, której głównym bohaterem, pełniącym również rolę narratora, jest nauczyciel przyrody Ryland Grace. To moje pierwsze spotkanie z prozą Andy'ego Weira, imponującego umysłu ścisłego. Rozległa wiedza (fizyka, matematyka, chemia, technika, technologia) tego amerykańskiego powieściopisarza, szczerze mówiąc, trochę mnie przytłoczyła. O „Marsjaninie” mówi się, że to bardziej science fact niż science fiction – nie wiem, nie czytałam, ale z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że oba te określenia pasują do utworu będącego przedmiotem niniejszego dyletanckiego omówienia. Weir jest całkiem niezłym wykładowcą, bo jak by nie patrzeć, udało mu się wytłumaczyć co nieco takiej ignorantce w zakresie nauk ścisłych i technicznych, jak ja. A to już duży sukces, bo w końcu „przemawiał do” wyjątkowo niepojętnej uczennicy. Do osoby, dla której nauki ścisłe to czarna magia. Powiem więcej: już na początku „Projektu Hail Mary” trochę spanikowałam. Instynkt kazał mi uciekać od tej grubaśnej „rozprawy w dziedzinie nauk tajemnych”, ale jak widać, nie usłuchałam i nie powiem, żebym tego żałowała. Nie będę czarować – nie była to dla mnie przeprawa łatwa i zawsze przyjemna. „Projekt Hail Mary” wymagał ode mnie nadludzkiego wręcz skupienia i... wielokrotnego studiowania niektórych akapitów. Czytania w kółko zaledwie paru zdań. Teraz widzicie jak ciężko wytłumaczyć mi rzeczy, które najpewniej dla niejednego odbiorcy Weira będą oczywiste, choć obstawiam, że wśród tych szczęśliwców znajdą się jednostki, którym ta publikacja pozwoli jeszcze poszerzyć swoją wiedzą o... świecie. Bo w gruncie rzeczy autor „Projektu Hail Mary” skupia się na prawach, jakimi rządzi się wszechświat. To znaczy na tych, które ludzki umysł zdążył już zgłębić, ale nie należy zapominać, że to także powieść science fiction, więc można się spokojnie nastawiać na jakieś nowe, zdumiewające odkrycia. Z drugiej strony, gdyby wyrzucić te rozliczne wykłady naukowe, to przypuszczalnie doszlibyśmy do wniosku, że to dosyć konwencjonalne podejście do gatunku science fiction. Można powiedzieć, klasyczna wizja: jeden człowiek, oczywiście Amerykanin, z misją ratowania świata. Międzygwiezdna podróż w jedną stronę i nader zaskakujący sojusz. Nieprzewidziane spotkanie, które dla fanów gatunku żadnym novum raczej nie będzie. Nie, jeśli mówimy o samym motywie, samym szkielecie fabularnym, bo trzeba autowi „Projektu Hail Mary” oddać, że dopełnił go owocami swojej własnej – całkiem bogatej zresztą – wyobraźni. Stworzył coś nowego na sprawdzonych fundamentach, na tradycyjnych rozwiązaniach w stajni fantastyczno-naukowej. Ta kosmiczna przygoda otwiera się nieprzyjemnym przebudzeniem głównego bohatera i zarazem umownego sprawozdawcy na pokładzie statku kosmicznego, na którym oprócz niego nie ma żadnych innych żywych istot ludzkich. Jego towarzysze nie żyją – z jakiegoś powodu nie przeżyli śpiączki farmakologicznej, w którą cała trzyosobowa załoga statku, została wprowadzona przed paroma laty – a jakby tego było mało, Rylanda dotknęła częściowa amnezja. Nieborak nie tylko nie wie, jak się nazywa ani czym wcześniej się zajmował, ale też nie ma bladego pojęcia dokąd zmierza i w jakim celu. Wspomnienia jednak stopniowo wracają i w ten oto sposób Andy Weir rozszczepia akcję powieści. Wprowadza drugi, retrospektywny, tor, który przez większość lektury będzie się nierównomiernie przeplatał z perypetiami Rylanda Grace'a na pokładzie statku kosmicznego Hail Mary.

Wszyscy musimy być gotowi na poświęcenia. Jeśli przypadnie mi w udziale rola kozła ofiarnego jako gwarancja ocalenia świata, to niech tak będzie […] Kiedy alternatywą jest zagłada całego naszego gatunku, wszystko staje się bardzo proste. Żadnych dylematów moralnych i rozważania, co jest dla kogo najlepsze. Tylko determinacja i skupienie na wykonaniu zadania.”

Czołowy bohater „Projektu Hail Mary” to bardzo sympatyczny gość, który nie przez przypadek, został wciągnięty w ogólnoświatową tytułową misję. Ujmując rzecz w wielkim skrócie, z powodu ingerencji jakiejś siły z zewnątrz - z którą bardzo dokładnie się zaznajomimy – Słońce gaśnie. Naukowcy z całego świata nie mają wątpliwości, że ta życiodajna gwiazda umrze, jeśli ludzkość szybko nie znajdzie sposobu na zażegnanie kryzysu. Wiemy już, że wymyślono pewien sposób (taka konstrukcja powieści), ale na bliższe szczegóły będziemy musieli trochę poczekać. Część retrospektywna nieśpiesznie, z imponującą dokładnością – to samo zresztą można powiedzieć o wydarzeniach toczących się w umownej teraźniejszości – przeprowadzi nas przez poprzednie życie Rylanda Grace'a. Przez ostatni rozdział jego dziejów na Ziemi. Bo ta międzygwiezdna wyprawa ma zakończyć się jego śmiercią. To samobójcza misja i można odnieść wrażenie, że nasz bohater dziwi się, że zdecydował się jej podjąć. Delikatnie mówiąc nie ma kompleksu herosa, a ujmując rzecz bardziej brutalnie, z natury jest człowiekiem raczej tchórzliwym. W każdym razie zanim zaangażowano go w ten projekt, nie zwykł podejmować większego ryzyka. Co prawda opublikował kontrowersyjną rozprawę naukową – pracę forsującą śmiały pogląd, która oburzyła znaczną część naukowego światka – ale przy pierwszej nadarzającej się okazji uciekł z placu boju. Zdania nie zmienił, ale przestał przekonywać innych do swoich racji. Dał sobie spokój z publikacjami naukowymi i zajął się nauczaniem przyrody. I tak było mu dobrze, dopóki na jego drodze nie stanęła Eva Stratt. Moja ulubiona postać „Projektu Hail Mary”. Kobieta bardzo zasadnicza, nieprzyjmująca sprzeciwu, nastawiona na działanie, a nie gadanie i szczera do bólu. Kobieta, której dano nadzwyczajne uprawienia – tak ogromne, że można ją uznać za drugą po Bogu. Tak, Stratt ma praktycznie nieograniczoną władzę we wszystkich krajach świata. Nie da się ukryć, że to dość ryzykowny ruch, że danie jej takiej swobody działania to przejaw odwagi graniczącej wręcz z głupotą. Już samo to świadczy o desperacji polityków, którzy raczej nie kojarzą mi się z „wielkodusznym” obdzielaniem innych swoim ulubionym narkotykiem (czytaj: władzą). Z drugiej strony w sytuacji, w jakiej nieoczekiwanie znalazła się ludzkość, to drastyczne posunięcie wydaje się opcją... najlepszą z możliwych. Niebezpieczną, ale gdy w niedalekiej perspektywie jest zagłada między innymi gatunku ludzkiego, to najlepiej połączyć siły. Działać wspólnie i oczywiście jak najbardziej efektywnie. Andy Weir proponuje więc scedowanie części władzy, przekazanie decyzyjności zaledwie jednej osobie i odrzucenie precz biurokracji. Bo jak powszechnie wiadomo, biurokracja nie jest naturalnym sprzymierzeńcem działania. Jak to się rozwinie, to sami musicie sprawdzić. Dodam tylko tyle, że relacja Rylanda Grace'a i Evy Stratt była dla mnie nie lada atrakcją. Ta dosyć szorstka, ale i na swój sposób zabawna (poczucie humoru Weira jak najbardziej do mnie trafia) przyjaźń, bo chyba tak to można nazwać, uprzyjemniała mi lekturę „Projektu Hail Mary” jeszcze bardziej niż druga, istotniejsza dla tej historii, relacja, która też będzie się rozwijać poniekąd na naszych oczach. Właściwie to Andy Weir poświęcił tej drugiej przyjaźni, której wolę bliżej nie przedstawiać, zdecydowanie więcej miejsca. Nie powiem, że to źle, bo jednak swoje dzięki temu przeżyłam. Emocje były i to nie zawsze przyjemne (przygnębianie, niepokój), choć najczęściej pożądane. Od czasu do czasu na statek Hail Mary - wydarzeń z przeszłości to nie dotyczy - wkradała się nuda. Co nie zawsze brało się z zagubienia w naukowych wywodach Weira. W zawiłościach fizyki, techniki, matematyki, rzadziej chemii i technologii, w których raczej częściej niż rzadziej błądziłam jak to dziecko we mgle. Bynajmniej nie dlatego, że autor nie starał się wszystkiego dokładnie objaśnić – po prostu taka ciemna masa się trafiła. Bywało, że w samym środku jakiejś akcji, w trakcie tego czy tamtego dramatycznego „aktu”, w miejsce podszytej obawą ekscytacji, wchodziło rozdrażnienie, zniecierpliwienie, znużenie. Za dużo suchych informacji, niesprzyjających budowaniu dramaturgii, szczegółów z działalności bohatera w obliczu nagłego zagrożenia; czynów i procesów myślowych zachodzących w jego skołowanej, ale nadal tęgiej głowie, gdy robi się naprawdę gorąco. Jak boleśnie przekona się Ryland Graca, ta międzygwiezdna wyprawa jest wprost najeżona niebezpieczeństwami. Zwalczysz jeden kryzys, a zaraz pojawia się kolejny, i tutaj muszę podkreślić, że niemała część takich zwrotów akcji niosła wyłącznie mile widziane emocje. Na szczęście marazm w ową rozpaczliwą walkę o życie w przestrzeni kosmicznej, nie wkradał się nazbyt często. A obawa o życie Rylanda Grace'a towarzyszyła mi praktycznie przez cały czas. Bo w końcu od tego człowieka zależy los nas wszystkich:) A na poważnie: Weirowi udało się stworzyć postać – i to nie jedną – do której trudno się nie przywiązać. Taki to przyjemniaczek, ten nasz kosmiczny wędrowiec, który z całą pewnością zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby wykonać powierzone mu arcyważne zadanie. Pytanie tylko, czy to wystarczy.

Projekt Hail Mary” Andy'ego Weira, autora między innymi hitowego „Marsjanina”, to powieść tyleż pasjonująca, co wymagająca. Wymagająca od czytelnika maksymalnego skupienia i już niekoniecznie dużego rozeznania w naukach ścisłych, ale jakaś wiedza w tym zakresie na pewno się przyda. Jeśli nie czujecie się pewnie na tym gruncie, to też jeszcze nic straconego – Andy Weir będzie cierpliwie tłumaczył i z własnego doświadczenia wiem, że nawet jeśli nie wszystko ładnie się przyswoi, to prawdopodobnie i tak przeżyjecie niemałą przygodę. Z tą może i przewidywalną, na pewno niegardzącą tradycyjnymi motywami, podpinającą się pod, zakładam, dobrze znaną fanom gatunku konwencję, całkiem obszerną powieścią science fiction, częściowo rozgrywającą się na Ziemi, a po części w przestrzeni kosmicznej. Ważne: szkielet fabularny wprawdzie znajomy, ale obudowany pomysłami własnymi. Pomysłami tej chodzącej skarbnicy wiedzy, jaką najwyraźniej jest Andy Weir. Człowiek, któremu wyobraźni i pisarskiej smykałki natura zresztą też nie poskąpiła. Można by bardziej uczuciowo tę historię poprowadzić, ale i tak jest czym się cieszyć.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


sobota, 8 maja 2021

„Zło czyha za drzwiami” (2020)

 

Fredrik, wdowiec wychowujący pięcioletniego syna Lukasa, i jego nowa partnerka Shirin kupują dom, połowę bliźniaka, którego druga część jest niezamieszkana. Zaraz po przeprowadzce mężczyzna, po konsultacji z Shirin, przyjmuje w pracy zlecenie, które wiąże się z jego częstą nieobecnością w domu. Niedługo po wyjeździe ojca Lukas zaprzyjaźnia się z chłopcem z sąsiedztwa, który, jak sądzi Shirin, jest wytworem jego wyobraźni. Zmienia zdanie, gdy sama zaczyna świadkować niezwykłym zjawiskom zachodzącym w jej nowym domu. Kiedy pokazują jej się upiorne istoty, które najprawdopodobniej mieszkają w drugiej połowie bliźniaka.

Szwedzki horror z nurtu ghost story „Zło czyha za drzwiami” (oryg. „Andra sidan”, ang. „The Other Side” aka „The Evil Next Door”) to pierwszy pełnometrażowy film w reżyserskiej karierze tak Torda Danielssona, jak Oskara Mellandera. Scenariusz napisali sami, jak utrzymują, inspirację czerpiąc z autentycznej historii. Danielsson wyjawił wprawdzie, że w domu szeregowym, w którym mieszka pewnego razu zarejestrował odgłosy dobywające się z sąsiedniego niezamieszkałego lokum, ale twórcy „Zło czyha za drzwiami” twierdzą, że głównym materiałem źródłowym była inna historia. Zaznaczając przy tym, że to bardzo swobodna interpretacja rzeczywistości – trochę jak z „Teksańską masakrą piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera, używając słów samego Torda Danielssona. Reżyserzy i scenarzyści „Zło czyha za drzwiami” nazywają go pierwszym szwedzkim czystym horrorem(!) - według nich wcześniejsze tak klasyfikowane szwedzkie obrazy były bardziej thrillerami, dramatami, slasherami lub filmami wampirycznymi (bo slasher to nie horror, a i wampiry w tym gatunku się nie pojawiają...). Albo, jak „Goście” Jacka Ersgarda, są już tak stare, przestarzałe, że „to coś innego”. Główni twórcy „Zło czyha za drzwiami” nie ukrywają, że uczyli się od Jamesa Wana – przeanalizowali jego techniki kręcenia filmów grozy – bo chcieli iść z duchem czasu. Stworzyć horror na wskroś nowoczesny, bez nostalgicznych wycieczek w przeszłość, czy wyraźniejszych odniesień do tak zwanej nowej fali horroru, choć sami lubią sobie takie rzeczy pooglądać.

Szwedzki horror w hollywoodzkim stylu. To źle i dobrze. Źle, bo zasadniczo cenię sobie skandynawskie klimaty, również szwedzkie podejścia do kina grozy, których nie ma zbyt wiele, więc tym bardziej chciałoby się, by „Zło czyha za drzwiami” Torda Danielssona i Oskara Mellandera było bardziej w tym duchu. Z drugiej strony muszę przyznać, że reżyserzy i jednocześnie scenarzyści rzeczonej produkcji okazali się całkiem uważnymi, dość pojętnymi „uczniami” twórcy między innymi „Naznaczonego” (2010) i „Obecności” (2013). Nie chcę przez to powiedzieć, że „Zło czyha za drzwiami” w moim mniemaniu dorównuje im jakością, ale na całym znanym mi tle „na wskroś nowoczesnych straszaków”, uważam, wypada zaskakująco dobrze. Zaskakująco, bo prawdę mówiąc, gdy już dotarło do mnie, że „Zło czyha za drzwiami” idzie za Hollywoodem, mentalnie przygotowałam się na zaciekłą walkę z pragnieniem przerwania seansu. Alarmujące dźwięki, tajemnicze sylwetki przemykające po świeżo zakupionym domu trzyosobowej rodziny, samorzutnie otwierające się drzwi, „jednostronne” rozmowy prowadzone przez najmłodszego członka familii i zabawy z tym jego na pewno nie wymyślonym przyjacielem. Nie, nie miałam najmniejszej ochoty na niekończące się „buu!” i kolejne podejście do motywu „wymyślonego przyjaciela”, który zawiązuje się tuż po – jakżeby inaczej – przeprowadzce do nowego, najpewniej owianego złą sławą, domu. Twarda konwencja i niewyszukane metody zasiewania w widzach niepokoju, niepewności, czy jak kto woli strachu. Przed nieznanym, przed czymś, co dla odmiany nie mieszka w domu zajmowanym przez rodzinę, której historię śledzimy. Niezupełnie, bo problematyczna nieruchomość to tak zwany bliźniak - Shirin i Fredrik kupują tę połowę, gdzie nadnaturalne istoty często manifestują swoją obecność, ale to raczej takie nieproszone sąsiedzkie wizyty, niż dzielenie przestrzeni mieszkalnej z niemile widzianymi śmiertelnikami. Duchy - bo wygląda na to, że z tego rodzaju istotami będzie musiała zmierzyć się główna bohaterka filmu, całkiem przekonująco wykreowana przez Dilan Gwyn (można ją kojarzyć choćby z „Draculą: Historią nieznaną” Gary'ego Shore'a) – swoje gniazdo mają za ścianą, w domu przylegającym do mieszkania naszej trzyosobowej rodzinki. Wyśmienity jest kontrast pomiędzy dwiema połówkami tego budynku mieszkalnego. Odremontowana, zadbana, nowocześnie urządzona część przytulona do zniszczonej, mrocznej połowy zamieszkałej przez nie mniej mroczne istoty. Wygląd obu tych złączonych ze sobą domów stanowi swoiste odbicie ich mieszkańców. Jasna i ciemna strona mocy. Ale można to też traktować jako dosłowne zespolenie błyszczącej nowoczesności z ponurym gotykiem. W ogóle cały klimat, jaki wypracowano dla tej, w gruncie rzeczy, konwencjonalnej opowieści jakoby luźno inspirowanej prawdziwą historią, przypomina gotyckie filmy grozy. Z domieszką Jamesa Wana. Dominują metaliczne szarości i niezbyt głęboka czerń. Nie nieprzenikniona, zręcznie rozpraszana: widać co się dzieje, a przy tym nie ma się poczucia (a przynajmniej ja nie miałam), że trochę przesadzono ze sztucznym oświetleniem, że te noce jakieś takie nienaturalnie jasne...

(źródło: https://www.cda.pl/video/699763378/vfilm)
Tord Danielsson i Oskar Mellander nie chcieli by ich pierwszy pełnometrażowy film, wzorem horrorów z tak zwanej nowej fali, posiadał solidną podstawę dramatyczną, społeczno-obyczajową, psychologiczną etc. Zależało im na tym, żeby do „Zło czyha za drzwiami” nie doklejano innych gatunków. Chcieli czystego horroru. Filmu, który miał tylko straszyć – nic głębokiego, żadnych materiałów do przemyśleń. Nic, co zabiegałoby o stałe miejsce w pamięci częstych odbiorców filmowych straszaków. Ale nie należy przez to rozumieć, że „Zło czyha za drzwiami” to tylko zlepek scen mających zmrozić nam krew w żyłach, przyśpieszać bicie naszych serc, dolać troszkę adrenalinki do szarej prozy życia. To horror fabularny, więc jakieś tam tło obyczajowe, mimo wszystko, musiało się pojawić. Jakieś ramy dla tej historii trzeba było wyznaczyć. A po co próbować z czymś nowym (pomijam kreację nawiedzonego domu, bo tu zapachniało świeżością), skoro można wykorzystać sprawdzone koncepcje? Tord Danielsson i Oskar Mellander przedstawiają nam, jak to mówi, typową amerykańską, to znaczy szwedzką, rodzinę z klasy średniej. W końcu w kinie grozy żadna to nowość, żeby dzietny mężczyzna znalazł sobie nową kobietę, z którą najwyraźniej planuje spędzić resztę życia. Żona Fredrika i matka obecnie pięcioletniego Lukasa zmarła, a mężczyzna jakiś czas później wszedł w nowy związek, z kobietą o imieniu Shirin, która wyraźnie nie czuje się zbyt dobrze w roli macochy. Właściwie z jej zachowania można wyczytać, że nie chce, aby Lukas traktował ją jak drugą, przyszywaną mamę. Kobieta zauważalnie nie ma najmniejszej ochoty „wchodzić w buty” biologicznej matki Lukasa, której ciałem już przy nim nie ma, ale naturalnie zajmuje poczesne miejsce w sercu dziecka życiowego wybranka Shirin. Zaraz po przeprowadzce do nowego domu, co dokonuje się już w pierwszej partii „Zło czyha za drzwiami” - a więc zgodnie z tradycją – Fredrik, po omówieniu sprawy z Shirin, przyjmuje zlecenie, które wymaga od niego większej niż dotychczas dyspozycyjności. Mężczyzna tylko weekendy ma spędzać w domu, więc jak słusznie zauważa, jego partnerka będzie musiała wziąć na siebie dodatkowe obowiązku. Prowadzenie domu i opieka nad pięciolatkiem w pojedynkę. Kobieta jest przekonana, że podoła temu zadaniu, ale gdy zostaje sama z Lukasem, jej wiara w siebie słabnie. Dopadają ją wątpliwości i to jeszcze zanim uświadomi sobie, że wymyślony przyjaciel jej podopiecznego wcale nie jest owocem wybujałej wyobraźni samotnego chłopca. Shirin pod nieobecność Fredrika przyjmuje rolę bardziej średnio zaangażowanej opiekunki do dziecka niż matki (inaczej to wygląda, kiedy jest przy niej Fredrik, w tych momentach doskonale widać, że to on czyni ich rodziną, on jest tym „magicznym spoiwem”). Tak to może wyglądać też z perspektywy chłopca, który ewidentnie chciałby, żeby bardziej się zbliżyli – podejmuje nieśmiałe próby w tym kierunku, ale Shirin, zapewne nieświadomie, niechcący go od siebie odpycha. Kobieta niewątpliwie nie chce przysparzać mu cierpień. Nie jest to opowieść o despotycznej macosze, kobiecie wrogo nastawionej do dziecka swojego aktualnego partnera, kobiecie, która usilnie stara się pozbyć tego „małego problemu”. Nie, to po prostu rzecz o kobiecie, która jeszcze nie odnalazła się w tej ciężko doświadczonej rodzinie, która dopiero szuka swojego miejsca pod tym jakże nieodpowiednim dachem. Chociaż... Powiedzmy, że ta nadzwyczajna i bez wątpienia śmiertelnie niebezpieczna sytuacja może mieć też pozytywny skutek. Może przysłużyć się naszej bohaterce. Pomóc jej zbudować taką relację z pasierbem, jakiej niekoniecznie świadomie, ale podświadomie na pewno, pragnie. Danielsson i Mellander, chcąc nie chcąc, stworzyli więc horror o czymś. To znaczy, ich scenariusz posiada drugie dno. Co prawda nieodkrywcze, można nawet powiedzieć, że oklepane, ale jak by nie patrzeć obok konwencjonalnej, acz poprawnie podanej (zgadza się, nawet te dosyć liczne jump scenki mnie nie zrażały, choć tylko jedna odniosła zamierzony skutek i żeby było ciekawiej sprowadzała się tylko do dźwięku) opowieści o duchach, rozwija się dramatyczna historia o budującej się matczynej więzi. W bólach się rodzącej, która możliwe, że na koniec tej batalii przynajmniej z jedną istotą z zaświatów, zostanie drastycznie przerwana. Bo łatwo się domyślić, co jest stawką w tej wojnie. Pojedynku, który Shirin będzie musiała stoczyć sama. Pojedynku z zaskakująco dobrze zrobionymi maszkarami. Nienaturalnie się wyginającymi (pierwsze skojarzenie: „Egzorcysta” Williama Friedkina), wydającymi nieprzyjemne odgłosy (zabawne „bekanie”, co to „The Grudge” Takashiego Shimizu zawsze mi przypomina, też się rozlega) i straszącymi nieładnymi twarzyczkami. Może nie do końca był to strach, ale przyznać muszę, że nie czułam się komfortowo patrząc na te diaboliczne buźki. Dzieło charakteryzatorów, ale też speców od obróbki komputerowej. Umiejętne, zbilansowane, (nie)miłe dla oka połączenie efektów praktycznych z komputerowymi, czyli zjawisko dosyć rzadkie.

Wiem, że to już było. Wiem, że szybko wywietrzeje mi z głowy. Ale i tak winszuję sobie wyboru „Zło czyha za drzwiami”, szwedzkiego duetu debiutującego w długim metrażu, Torda Danielssona i Oskara Mellandera. Debiutującego tą konwencjonalną opowieścią o istotach z zaświatów dręczących swoich nowych sąsiadów, opatrzoną etykietką „inspirowane prawdziwymi wydarzeniami”. Skandynawski horror w hollywoodzkim stylu, podpatrzonym głównie u Jamesa Wana, czyli jednego z najpopularniejszych twórców „skocznych”, dynamiczniejszych, nieszczędzących efektów specjalnych, ale i raczej (tj. w moim poczuciu) nieprzesadzających w tym względzie, filmów grozy. Tak też można podsumować „Zło czyha za drzwiami”. Na poziom najgłośniejszych horrorów nastrojowych Jamesa Wana lepiej się nie nastawiać, ale sprawdzić i tak nie zawadzi. Ja w każdym razie dobrze „ten eksperyment niemedyczny” zniosłam. Pozytywne zaskoczenie.

czwartek, 6 maja 2021

„Zło w głębi” (2020)

 

Mieszkający w Stanach Zjednoczonych Isaac Pickman i jego będąca w zaawansowanej ciąży żona Emma przybywają na norweską wyspę, aby obejrzeć odziedziczony przez mężczyznę dom, który długo stał pusty. Issac mieszkał w nim wraz ze swoimi rodzicami w pierwszych latach swojego życia, ale pewnej nocy jego matka uciekła do Stanów Zjednoczonych zabierając go ze sobą. Okazuje się jednak, że mężczyzna nie wiedział wszystkiego na temat tamtej nocy. Isaac, w przeciwieństwie do Emmy, szybko zadomawia się na wyspie. I, przeciwnie niż jego żona, nie widzi niczego dziwnego w zwyczajach tutejszej ludności. Jego zachowanie coraz bardziej niepokoi Emmę, którą na domiar złego nawiedzają w tym miejscu niezwykle realistyczne koszmary senne.

Zło w głębi” (oryg. „Sacrifice”) to drugie wspólne reżyserskie osiągnięcie Andy'ego Colliera i Tora Miana, po „Charismacie” z 2017 roku. Niskobudżetowy horror produkcji brytyjskiej nakręcony w norweskim mieście Volda, którego scenariusz (roboczy tytuł: „The Colour of Madness”) – autorstwa Tora Miana – został zainspirowany prozą Howarda Phillipsa Lovecrafta i opowiadaniem Paula Kane'a pod tytułem „Men of the Cloth”. Te informacje znalazły się w czołówce filmu, ale Mian nie ukrywa, że czerpał również z „Kultu” Robina Hardy'ego i... „Drive” Nicolasa Windinga Refna. Przyznaje też, że z perspektywy czasu osadzenie akcji w kraju skandynawskim nie okazało się najlepszym wyborem. Gdy zaczynano przedprodukcję „Zła w głębi” pojawił się „Midsommar: W biały dzień” Ariego Astera. A wcześniej, jak stwierdził Mian, byli przekonani, że wykazali się niemałym sprytem przy konstruowaniu swojej wizji, że udało im się tak zgrabnie zdystansować - tj. zminimalizować ryzyko ewentualnych, godzących w ich projekt, porównań - od „Kultu” Robina Hardy'ego. Kręcenie w dość zamożnej Norwegii też nie było dobrym pomysłem, bo to wygenerowało dodatkowe, niepotrzebne koszta.

Film spod znaku lovecraftian horror/horroru kosmicznego i folk horroru, który – haha – jest kojarzony głównie z „Kultem” Robina Hardy'ego i „Midsommar: W biały dzień” Ariego Astera. Przeważnie nieprzyjemnie kojarzony. To znaczy na tym tle „Zło w głębi” w oczach wielu dotychczasowych odbiorców nie wypada korzystnie. Blednie w obliczu takich mocarzy kina grozy. Nie wspominając już o twórczości H.P. Lovecrafta. Właściwie to zastanawiam się, czy dodanie do czołówki filmu informacji „oparte na prozie Lovecrafta” było wymogiem koniecznym. Formalnością, której trzeba było dopełnić, a nie jedynie zwykłym chwytem marketingowym. Oczywiście, dosyć wyraźnie zaznacza się tu wpływ mitologii Cthulhu, ale widać też podobieństwa do „Kultu” Robina Hardy'ego, a o tym już w czołówce nie wspomniano. Skoro nie jest to adaptacja/ekranizacja żadnego tekstu Lovecrafta, tylko co najwyżej (nie wszyscy zdają się być co do tego przekonani), film z nurtu lovecraftian horror, to poza próbą zwabienia przed ekrany fanów ponadczasowej twórczości Samotnika z Providence, nie widzę powodu, żeby wklejać jego nazwisko w czołówkę „Zła w głębi”. Filmu, który już samą swoją obecnością wsparła Barbara Crampton, bo znacznej części wiernych miłośników gatunku kojarzy się głównie z „Re-Animatorem” i „Zza światów” Stuarta Gordona, jednymi z bardziej znanych i bardziej docenianych obrazów opartych na bezcennych prozatorskich osiągnięciach Lovecrafta. Pierwszoplanowe role w „Złu w głębi” powierzono jednak mniej doświadczonym aktorom - co niestety widać i słychać - Ludovicowi Hughesowi i Sophie Stevens. Pomijając ich mało wiarygodną grę, zaczyna się całkiem obiecująco. Od przybycia małżeństwa Pickmanów, Issaca i jego ciężarnej żony Emmy, na skąpaną w szarościach (jesienna aura) norweską wyspę, gdzie stoi zaniedbany, od dawna niezamieszkały, dom, który mężczyzna dostał w spadku po ojcu. Można się zastanawiać, jak to się stało, że dopiero teraz dotarła do niego informacja o śmierci ojca. Może matka Issaca była sprytniejsza od norweskich służb, może przechytrzyła system: przybranie nowej tożsamości w innym kraju, w Stanach Zjednoczonych, wystarczyło by zmylić biurokratów z jej rodzinnych stron. Issac zawsze wiedział, że pochodzi z Norwegii i zawsze był przekonany, że jego ojciec nadal tam mieszka ze swoją nową rodziną. Najwyraźniej nie zabiegał o odnowienie kontaktu z ojcem, najwyraźniej nie interesowała go zbytnio historia jego rodu. Bo gdyby było inaczej, to pewnie bez trudu dokopałby się do sprawy sprzed dwudziestu paru lat. Chwytliwe, sprawdzone w kinie grozy miejsce akcji – niewielka wyspa – „pomalowane jak najbardziej odpowiednimi kredkami”. Klimat tajemniczości, nadnaturalności tego rodzaju, która kojarzy się głównie z uniwersum H.P. Lovecrafta (no dobrze, niech będzie, że odrobinę), narastające poczucie zamknięcia na niewielkim terenie w otoczeniu groźnych osobników (alienacja, klaustrofobia, niebezpieczeństwo) i niejasne wrażenie, że nad tym wszystkim „czuwa” coś... przedwiecznego. Że zagnieździło się tu coś nieludzkiego, że jakiś potwór tu nadszedł, może już zanim na wyspie zjawił się pierwszy człowiek. Ponuro, chłodno, mokro, mgliście, mrocznie, a jakoś nieefektywnie. Za zdjęcia odpowiadał Andy Collier, ale chociaż sama w sobie w moich oczach sfera wizualna prezentowała się całkiem smacznie (nie wyłączając efektów specjalnych, których zresztą nie ma wiele), to poza podziwianiem widoczków w sumie nic mi z tego nie przyszło. Nie potrafili filmowcy wykrzesać jakichś żywszych emocji, należycie to ukierunkować. Klimat sobie, a fabuła... jakaś taka senna, niemrawa. Marazm się w to wkrada i co gorsza zapuszcza korzenie. Widzisz, ale nie czujesz. Obserwujesz tak jakby z boku, osobiście się w to nie angażując. Nawet za bardzo nie chcąc się w to zagłębiać. Bo też nie za bardzo jest w co.

Tak sobie siedzę i myślę, czy Andy Collier i Tor Mian wyznaczyli jakiś konkretny kierunek dla tej opowieści. Czy mieli jakieś skrystalizowane myśli, jakąś mniej ogólną koncepcję? Czy ta nasza wędrówka ma jakiś cel, czy tak sobie dryfujemy? Raz w świecie marzeń sennych, raz na jawie, zawsze instynktownie wyczuwając, które obszary zakończą się przebudzeniem. Chcę przez to powiedzieć, że już pierwszy koszmarny sen nauczył mnie, jak czytać tę historię. Przewidywać zamiary twórców. Zapewne każdy bez trudu rozpracuje zasady tej, bądź co bądź, niewyszukanej, nieskomplikowanej gierki z widzem. Łatwo się domyślić, jaki będzie tego efekt – obojętność na widok tragicznych, miejscami nawet makabrycznych UWAGA SPOILER - akcja z pępowiną (dalej, ciągnij tę linę) - KONIEC SPOILERA przeżyć jednej z czołowych postaci „Zła w głębi”. Zero współczucia, zero przejęcia, bo to przecież tylko sen. Tylko? A jeśli to robota Śniącego? Potwornej istoty, o której mówi się w tych stronach (lokalny mit), a wręcz – przynajmniej na to wygląda – traktuje się ją jak bóstwo. Rytuały, jakie odprawiają mieszkańcy tej wyspy, mogą, prawie na pewno są, organizowane dla tego morskiego stworzenia. Przedwiecznego stwora, który najpewniej ma macki. Oślizgłe macki włażące do rur i... Pobudka! Już abstrahując od tego, czy rzeczona bestia istnieje w świecie przedstawionym przez twórców „Zła w głębi”, czy nie (różnie można to interpretować, za co dodaję plusik temu biednemu filmikowi – nieborak miał niemały potencjał, który powiedzmy, że tylko w ułamku został wykorzystany), pewne jest, że z mieszkańcami niewielkiej wyspy, gdzie już na samym początku filmu przybywa młode małżeństwo spodziewające się swojego pierwszego dziecka, coś się porobiło. Pachnie sektą. I nie muszę chyba dodawać, że w rodzaju tych, które mogliśmy już spotkać między innymi w „Kulcie” Robina Hardy'ego i „Midsommar: W biały dzień”. To znaczy odbiorcy omawianego obrazu przypuszczalnie natychmiast uczulą się na tę bandę „przebierańców”, oddającą cześć jakimś podejrzanym bóstwom (albo tylko jednemu). Z miejsca nabiorą przekonania, że Emma i Issac powinni bardzo uważać na tych ludzi. A jeszcze lepiej czym prędzej wyruszyć w drogę powrotną. Do Stanów Zjednoczonych, do domu. Problem w tym, że dla Issaca błyskawicznie domem staje się to alarmistyczne miejsce. W końcu stąd pochodzi, na tej norweskiej wyspie są jego korzenie. Tak, ale prawda wydaje się bardziej... hmm..., niech będzie, że złożona. W Issacu zachodzi jakaś fundamentalna, niezwykła zmiana – zmiana, która może przywieść na myśl na przykład „Horror Amityville" Stuarta Rosenberga i „Lśnienie” Stephena Kinga. Można założyć, że na tego, normalnie spokojnego, nieszkodliwego, ugodowego (ale nieprzesadnie, co pokazuje scenka w barze w pierwszej partii filmu), człowieka, wywiera wpływ jakaś nadnaturalna siła. Niezbyt zagadkowa, jeśli już o to chodzi. Z drugiej strony, słuszne mogą być obawy, jakie rodzą się w Emmie. Racja może być po jej stronie, nawet jeśli ta wersja wydaje się mniej prawdopodobna. Bo to jeden z tych horrorów, w którym dosłownie wszystko może się wydarzyć. I tym razem nie jest to komplement. W sumie to jeden z tych filmowych światów, ten klimat, który ja zwykłam nazywać Strefą Mroku (porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie, bo doskonale znane wam ziemskie prawa tutaj nie obowiązują), ale również jeden z tych, którego celem widocznie nie jest opowiedzenie spójnej, ładnie dopinającej się opowieści. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu - i bardzo możliwe, że taki był zamiar twórców – że przyjmuje się tutaj logikę snu. Ta przypadkowość, to nie zawsze łatwe do wytłumaczenia, czasami niejasne poczucie, bezsensu – niby sensowne, ale jednak coś (trudno powiedzieć co) się w tym nie zgadza – odpychało mnie od mrocznej przygody Pickmanów na niewielkiej norweskiej wyspie pełnej groźnych wyznawców. A może Issac nie tylko Emmie, ale również mnie powinien zarzucić uprzedzenie do innej kultury wynikające z niewiedzy, obcości (ksenofobia)? Tak, ale przecież w „Kulcie”... Tylko że to nie ten film. Nie myśl szablonowo, bo możesz się naciąć. Albo nie. Przyznaję, że nie spodziewałam się takiego zamknięcia (dziwaczne i nie pytajcie czy mądre, to niech lepiej mądre głowy rozsądzą), ale trzeba pamiętać, że oglądałam to tak jakby na autopilocie. Nie wnikałam, prawie nie myślałam. Tylko gapiłam się jak to ciele na malowane wrota, czekając na zbawienne napisy końcowej. Tak, wiem nie musiałam czekać, ale takie te „wrota” (czytaj: zdjęcia) ładniutkie, że uznałam, iż mogę sobie posiedzieć. A co mi tam.

Tak sobie popatrzyłam i niewiele z tego patrzenia mi przyszło. Na to tutaj podejście do horroru kosmicznego, horroru lovecraftowskiego i zarazem folk horroru. Na ten brytyjski obraz wyreżyserowany przez Andy'ego Colliera i Tora Miana. Od strony wizualnej nawet dopieszczony – jest klimat i trochę wiarygodnie się prezentujących, praktycznych efektów specjalnych – też nie najgorzej udźwiękowiony, ale coś takiego powinno działać... Działać, kropka. Bo w zasadzie nie działało tak, jak powinno. Żaden to dostarczyciel silniejszych emocji. Napięcie, niepewność, obawa. Nic z tych rzeczy. A wszystkiemu winna „eksperymentalna”, dość chaotyczna, rozproszona, a przy tym zapewne niezamierzenie po części doskonale czytelna nawet dla takiego niezaangażowanego widza jak ja. Bo do tego świata nie udało mi się wejść. Ta opowieść jakoś mnie nie obeszła. Niewykorzystany potencjał, moim zdaniem.

wtorek, 4 maja 2021

„Krew pelikana” (2019)

 

Zaklinaczka koni, Wiebke Landau, mieszka ze swoją dziewięcioletnią adoptowaną córką Nicoliną na prowincji, na terenie stadniny, którą prowadzi. Kobieta już jakiś czas temu rozpoczęła starania o adopcję drugiego dziecka i teraz wreszcie pod jej dach trafia pochodząca z Bułgarii Raya. Pięcioletnia dziewczynka, która przeżyła ogromną traumę. Od dawna marząca o siostrze Nicolina, przyjmuje Rayę nie mniej ciepło od Wiebke, ale szybko przestaje cieszyć się z jej obecności. Boi się jej i tak samo jak wszyscy znajomi jej matki, uważa, że powinna ją oddać. Raya bez wątpienia stanowi zagrożenie dla innych, Wiebke zdaje sobie z tego sprawę, ale jest zdecydowana zrobić wszystko, co w jej mocy, by jej pomóc. Dziewczynce, która twierdzi, że prześladuje ją jakaś nadnaturalna istota.

Krew pelikana” (oryg. „Pelikanblut”, międzynarodowy: „Pelican Blood”) to niemiecko-bułgarska koprodukcja wyreżyserowana, na podstawie jej własnego scenariusza, przez Katrin Gebbe, której międzynarodowy rozgłos przyniósł jej pełnometrażowy debiut z 2013 roku, kontrowersyjny dramat pt. „Tore tanzt” (pol. „A jeśli Bóg jest?”), który notabene sprawił, że zaczęto kojarzyć ją głównie z horrorem. Przede wszystkim takie oferty zaczęły do niej napływać, choć ona sama utrzymuje, że nie kręci horrorów. No może z jednym wyjątkiem: segment „A Nocturnal Breath” w antologii filmowej „Atlas zła” (2018). „Krew pelikana” według Katrin Gebbe jest dramatem społecznym, który wprawdzie posiada elementy horroru, ale reżyserka zaznacza, że chciała, aby fabularny konflikt był mocno zakotwiczony w twardej rzeczywistości. W efekcie powstało coś, co dla mnie stanowiło swoistą mieszankę dramatu społecznego, thrillera psychologicznego i właśnie horroru. Horroru z tak zwanej nowej fali (powolna, intensywna narracja i silna koncentracja na, w tym przypadku, bardzo ponurym klimacie). Pierwszy pokaz drugiego pełnometrażowego filmu Katrin Gebbe odbył się w sierpniu 2019 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, gdzie był nominowany do Venice Horizon Award. A laureatem w kategorii „najlepszy film” został na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Fantastycznych w Bucheon.

W trakcie prac nad swoim pełnometrażowym debiutem reżyserskim, niemiecka wschodząca gwiazda kina, Katrin Gebbe, obracała w głowie pomysł na kolejną historię. Zastanawiała się nad osobowością psychopatyczną. Czy jakiś uraz może przyczynić się do zahamowania emocjonalnego rozwoju, a jeśli tak, to czy można temu jakoś zaradzić? Poszukując informacji na ten temat, Gebbe natrafiła między innymi na krótkometrażowy film dokumentalny „Child of Rage” (1990), a potem producentka „A jeśli Bóg jest?”, Verena Gräfe-Höft, która potem wyprodukowała „Krew pelikana”, podrzuciła jej artykuł o kobiecie, która miała podobne problemy ze swoim adoptowanym synem, jakie miała dziewczynka z „Child of Rage”. To przekonało Gebbe, że trafiła na temat tabu, problem, który rzadko w przestrzeni publicznej jest poruszany, choć jak pokazały jej dalsze poszukiwania, takich przypadków jest całkiem sporo. Przypadków dzieci z upośledzonym rozwojem emocjonalnym po przebytej traumie. Niektórzy mogą mieć za złe scenarzystce i zarazem reżyserce „Krwi pelikana”, że „dołączyła do kampanii zniechęcania do adopcji”. To znaczy wykorzystała motyw, który w kinie żyje od dawna, ale nie można powiedzieć, że ma się coraz lepiej. Rośnie wszak grono widzów reprezentujących pogląd, że wątek „złego dziecka” pochodzącego z adopcji, jest wielce krzywdzący, szkodliwy społecznie. Uważają oni, że kino powinno zachęcać ludzi do adopcji dzieci, miast przekonywać, że w domach dziecka aż roi się od „demonów w ludzkiej skórze”. Katrin Gebbe jednakże wybrała ten motyw z tego prostego powodu, że poszukując artykułów o dzieciach z zahamowanym rozwojem emocjonalnym na skutek przebytej traumy, więcej takich problemów znalazła w rodzinach zastępczych. Zauważyła też, że nierzadko przy takich trudnych dzieciach zostaje tylko adopcyjna matka. Główna bohaterka „Krwi pelikana”, Wiebke Landau (wspaniała kreacja Niny Hoss), została zainspirowana właśnie tymi osamotnionymi w swojej walce na rzecz adoptowanego dziecka, kobietami. Tytuł filmu ma nawiązywać do chrześcijańskiej ikonografii – w heraldyce motyw ten pojawił się już w średniowieczu, a z czasem został wcielony do sztuki sakralnej. Pelikan karmiący swoje młode własną krwią symbolizuje najwyższe poświęcenie. W ujęciu sakralnym: symbol ofiary poniesionej przez Jezusa Chrystusa lub znak eucharystyczny: Jego krew. Nie zauważyłam jednak tutaj żadnych prób utożsamienia, powiązania Wiebke z Jezusem Chrystusem. To po prostu historia o poświęceniu, na jakie godzi się kochająca matka w imię ratowania tak zwanego trudnego dziecka. Pięcioletnia Raya (ależ podobała mi się ta mała: mała-wielka aktorka Katerina Lipovska) pochodząca z Bułgarii jest drugą adoptowaną córką Wiebke, ale znacznie różni się od swojej dziewięcioletniej przybranej siostry Nicoliny (też dobra kreacja Adelii-Constance Ocleppo), co szybko wychodzi na jaw. Wiebke nie była przygotowana na taki rozwój wypadków – w agencji adopcyjnej nie poinformowano jej, że dziewczynka jest agresywna – ale nie zamierza iść śladami tych wszystkich osób, które traktują dzieci adopcyjne trochę jak towar przechodni. Nie zamierza pozbywać się żywej przecież istoty, kiedy ta zaczyna sprawiać problemy. Bardzo poważne problemy, z którymi, jak sądzą znajomi Wiebke, sama sobie nie poradzi. Ludzie z jej otoczenia, z jej drugą córką włącznie, są zdania, że najlepiej zrobi oddając dziewczynkę na przykład w ręce specjalistów – do ośrodka ukierunkowanego na leczenie dzieci po przejściach z upośledzonym rozwojem emocjonalnym. Jakże łatwo byłoby nastawić widza przeciwko tym wszystkim „wygodnickim jednostkom”, którzy są przekonani, że Wiebke popełnia błąd, uparcie trzymając pod swoim dachem tak niebezpieczną istotę, jak Raya. Ale trzeba Katrin Gebbe oddać, że wykazała się tu większą przebiegłością, a właściwie to zrozumieniem racji obu stron tego bardzo życiowego konfliktu. Wzbogaconego o elementy, które mogą, ale nie muszą, być dowodem ingerencji jakiejś nadnaturalnej siły. Mrocznej istoty, która fanów kina grozy przypuszczalnie naprowadzi (widać to już w niektórych recenzjach) na trop czy to „Egzorcysty” Williama Friedkina, czy „Omenu” Roberta Richarda Donnera, czy „Babadooka” Jennifer Kent.

Musimy porozmawiać o Kevinie” Lynne Ramsay to kolejny obraz, do którego drugi pełnometrażowy film Katrin Gebbe bywa „doklejany”. Najczęściej jednak porównuje się go – częściej na niekorzyść „Krwi pelikana” - do „Błędu systemu” Nory Fingscheidt, niemieckiej produkcji, która swoją premierę też miał w 2019 roku. Tej drugiej pozycji jeszcze nie miałam okazji obejrzeć, a jeśli chodzi o „Musimy pozmawiać o Kevinie”, to owszem, jakieś podobieństwa są. Podobny klimat i troszkę zbliżona problematyka, szkielet fabularny - ta namacalna wręcz matczyna udręka, dojmujące osamotnienie w swoich straszliwych i bynajmniej nie bezzasadnych podejrzeniach względem dziecka – ale to na tyle nośny temat... Powiem tam: wypatrzyłam w „Krwi pelikana” bardziej charakterystyczne „spinacze”. Nie wiem, czy to celowe ukłony lub, jak kto woli, świadome zapożyczenia, czy tylko moja fanaberia. Niemniej połączenie koni z niepokojącą adoptowaną dziewczynką automatycznie nasunęło mi skojarzenie z „The Ring” Gore Verbinskiego. A - jak ja to nazywam – bekające, w zamyśle upiorne, odgłosy wychodzącej z aparatu mowy jednej postaci, kazały mi pomyśleć o Toshio z „The Grudge” Takashiego Shimizu. „Krew pelikana” zbiera głównie (przynajmniej na razie) pozytywne recenzje od krytyków, ale oczywiście są też głosy niezadowolenia. Jedną z rzeczy, które zarzuca się Katrin Gebbe jest niezdecydowanie, zbytnie rozproszenie po gatunkach. Innymi słowy, mówi się, że autorka scenariusza i jednocześnie reżyserka tego, moim zdaniem, oszałamiającego filmowego przedsięwzięcia, tak jakby sama nie do końca wiedziała, czy to ma być horror, thriller psychologiczny, czy dramat społeczny. A nie może być trzy w jednym? No dobrze, chyba wiem, o co chodzi. Zauważyłam w każdym razie, że Gebbe nie zawsze jest konsekwentna w łączeniu tych trzech klimatów. Style nie zawsze ładnie się zazębiają. Momentami wręcz odnosiłam wrażenie, jakby zapominało się jej o czymś, co wcześniej sugeruje. Mówię o czymś, czego jakaś część widzów wolałaby w „Krwi pelikana” w ogóle nie zobaczyć, czyli o sferze horroru nadnaturalnego. O tym obszarze scenariusza, który podrzuca nam wizję pięcioletniej dziewczynki prześladowanej albo raczej opętanej przez demoniczną istotę, która tak naprawdę odpowiada za wszystkie napady agresji przypisywane temu niewinnemu, okrutnie doświadczonemu przez los dziecku. Dziecku, które ma prawo nie ufać ludziom. Ma powody, by czuć się odrzucone przez społeczeństwo, niekochane, traktowane jak rzecz, którą zawsze można zwrócić „sprzedawcy”. Niedługo po przybyciu Rayi do domu Wiebke i jej starszej córki, znajdującym się na terenie stadniny prowadzonej przez tę pierwszą - gówna bohaterka filmu jest zaklinaczką koni aktualnie realizującą zlecenie dla policji, która w swojej „mądrości” wykorzystuje te zwierzęta między innymi do zabezpieczania ulicznych demonstracji – naszym oczom ukazuje się jakiś zagadkowy cień, który nie umyka też uwadze nowej opiekunce dziewczynki. Nie wygląda na to, żeby Wiebke uznała to za nic, żeby nie widziała w tym niczego niezwykłego, czy choćby tylko podejrzanego. Z jakiegoś jednak powodu nie podąża za tym tropem. Nie stara się znaleźć dla tego niespodziewanie zaobserwowanego zjawiska jakiegoś wyjaśnienia. Więcej: ignoruje opowieści Rayi o nadnaturalnej istocie, która jakoby się do niej przyczepiła. Może nie do końca, bo ma powody, by uznawać to za halucynacje – mózg pięciolatki w ten sposób może chronić jej świadomość przed niewygodnymi faktami na temat niej samej, jej agresywnych skłonności. Wiebke nie wyklucza też, że dziewczynka celowo próbuje wprowadzić ją w błąd, ażeby uniknąć spodziewanej kary. Trzeba jednak zaznaczyć, że kobieta ma dla niej dużo cierpliwości. Jest wyjątkowo wyrozumiałą matką, choć nie oznacza to, że przymyka oczy na wszystkie wybryki dziewczynki. Najlepiej widać to po wysmarowaniu przez niesforne dziecko łazienki swoim własnym stolcem (na marginesie: spotkałam się z czymś podobnym na żywo). Niemniej spokojnie można to uznać za tak zwane wychowanie bezstresowe. Bez uciekania się do przemocy fizycznej, Wiebke próbuje, jak to się mówi, wyprowadzić tę zagubioną dziewczynkę na ludzi. Wychować ją i to od podstaw. Widać w tym desperację, a nawet można na to patrzeć jak na osuwanie się w otchłań szaleństwa. Jakby Wiebke powoli traciła zmysły w tym swoim wytrwałym dążeniu do rozbudzenia w dziewczynce emocji. Dziecku, które ma tylko ją i bynajmniej nie wygląda na to, żeby było jej wdzięczne za pozostanie na placu boju, kiedy praktycznie wszyscy inni już z niego zeszli. Ten intensywny przekaz, ta ponura oprawa wizualna (profesjonalna robota pod kierownictwem Moritza Schultheißa), ta wyważona, oszczędna ścieżka dźwiękowa (nasycone groźbą kompozycje Johannesa Lehnigera), ta depresyjna tonacja i powolna, skoncentrowana na szczegółach, zgrabnie zniuansowana ekspozycja, i wreszcie te wpadające w czysty artyzm zdjęcia (na przykład trwoga z wolna odmalowująca się na twarzy Wiebke, za którą bez ruchu stoi jej późniejsza sojuszniczka w wojnie o pięcioletnią dziewczynkę, równolegle zyskująca na upiorności). Myślę, że to dość, by wybaczyć twórcom drobne niekonsekwencje, małe potknięcia podczas przyrządzania tej potrawki złożonej z różnych gatunków. Przeszło dwugodzinnego seansu, który może i powinien być nieco krótszy... Nie, po przeszukaniu pamięci dochodzę jednak do wniosku, że nie ma w „Krwi pelikana” Katrin Gebbe momentów, które uznawałabym za zbędne.

Empatyczny, przygnębiający, skąpany w szarościach, emanujący tragizmem i zdefiniowanym poczuciem beznadziei, ale i niedookreśloną wrogością, jakimś nie do końca sprecyzowanym zagrożeniem, które wyczuwa się nawet w spokojniejszych, nieomal idyllicznych momentach (prawie, bo najpewniej coś złego już za momencik, się wydarzy). Taki to film, ta niemiecko-bułgarska „Krew pelikana” wyreżyserowana i rozpisana przez Katrin Gebbe, która specjalizuje się w dramatach przypominających horrory:) No to niech dalej robi takie nie-horrory, bo więcej w nich grozy, więcej mroku, zdecydowanie więcej niewygodnych emocji i jakże przeze mnie pożądanych ponurości niż w niejednym „pełnoprawnym” horrorze. Kręć, Pani, więcej takich filmów, jak „Krew pelikana”, a zostanę fanką nie-horrorów. Właściwie za fankę tego oto przedsięwzięcia już mnie można uznać. Dramatu społecznego, thrillera psychologicznego i... nie-horroru o (hipotetycznych) zjawiskach nadprzyrodzonych.

niedziela, 2 maja 2021

Zakupy

 
Ostatnie łupy książkowe. Łowy szczególnie udane, bo wreszcie - po dłuuugim czekaniu na taniej wycenione egzemplarze - udało mi się ustrzelić „Kubę Rozpruwacza. Portret zabójcy” i „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Reszta też się przyda, ale nie ukrywam, że te dwie pozycje są w poniższych zbiorach najważniejsze:)

Patricia Cornwell „Kuba Rozpruwacz. Portret zabójcy”
Lionel Shriver „Musimy porozmawiać o Kevinie”
Thierry Jonquet „Tarantula”
Robert A. Heinlein „Kawaleria kosmosu” (lepiej znana jako „Żołnierze kosmosu”)
Barbara Erskine „Na progu ciemności”
Allie Reynolds „Rozgrywka”
Sarah Schmidt „Zobacz, co zrobiłam”
 

Darcey Bell „Zwyczajna przysługa”
Arthur Conan Doyle „Pies Baskervillów”
Emily Craig „Tajemnice wydarte zmarłym”
Liane Moriarty „Dziewięcioro nieznajomych”
Donato Carrisi „Dziewczyna we mgle”
Samantha King „Wybór”
Kaira Rouda „Ten jeden dzień”
Alice Feeney „Czasami kłamię”

sobota, 1 maja 2021

Mendal W. Johnson „Zabawmy się u Adamsów”

 

Lata 70-te XX wieku, wieś w stanie Maryland. Dwudziestoletnia studentka pedagogiki, Barbara Miller, w czasie wakacyjnej podróży państwa Adams po Europie, odpłatnie zajmuje się ich domem i dwójką dzieci, trzynastoletnim Bobbym i dziesięcioletnią Cindy. Ma dobre relacje ze swoimi podopiecznymi, więc jest tym bardziej zdziwiona, gdy staje się ich więźniem. Ich i dzieciaków z sąsiedztwa: siedemnastoletniej Dianne McVeigh i jej trzynastoletniego brata Paula oraz szesnastoletniego Johna Randalla. Banda nazywająca siebie Wolną Piątką przetrzymuje ją związaną w domu Adamsów, dając jej zrozumienia, że traktują to jak zabawę. Co prawda zdają sobie sprawę, że mogą zostać za to ukarani przez swoich rodziców, ale wszystko wskazuje na to, że nie uważają, aby Barbarze działa się jakaś wielka krzywda. Z perspektywy zniewolonej kobiety, naturalnie, wygląda to inaczej, a sytuacja cały czas się pogarsza.

Zabawmy się u Adamsów” (oryg. „Let's Go Play at the Adams'”) to jedyny wydany utwór Amerykanina Mendala W. Johnsona, który zmarł w 1976 roku, dwa lata po wypuszczeniu pierwszego wydania jego kontrowersyjnej książki. Książki, która podzieliła krytyków, a z czasem dołączyła do grona „usilnie poszukiwanych”. Nakłady wszak dawno się wyczerpały, choć w samej tylko Wielkiej Brytanii wznawiano ją kilkunastokrotnie. Tyle że w XX wieku. W 2020 roku niezależne amerykańskie wydawnictwo Valancourt Books uśmiechnęło się do części poszukiwaczy „Zabawmy się u Adamsów” (trzeba dodać, że dwa lata wcześniej „wskrzeszono” tę pozycję w Niemczech), wypuszczając nowe wydanie jedynej publikacji Mendala W. Johnsona, tym cenniejsze, że wzbogacone o posłowie Grady'ego Hendrixa, zawierające dotąd nieznane szerzej fakty z życia tego człowieka oraz ważne informacje na temat „Zabawmy się u Adamsów”. Z którym może zapoznać się też polski czytelnik, bo właśnie nad tą edycją pochyliło się wydawnictwo Vesper - pierwsze polskie wydanie z 2021 roku w twardej oprawie zilustrowane przez Michała Loranca, który zaprojektował również, według mnie, zjawiskową okładkę.

W internecie krąży informacja, że powieść „Zabawmy się u Adamsów” została zainspirowana autentyczną sprawą Sylvii Likens, która po długich torturach zgotowanych jej przez grupę dzieciaków i matkę części z nich, Gertrude Baniszewski, zmarła w 1965 roku. Grady Hendrix nie wspomina jednak o tym w swoim dodatku do niniejszej publikacji. A biorąc pod uwagę fakt, że przekazuje sporo pomniejszych ciekawostek – nie pomijając dzieła, które mogło tutaj natchnąć Johnsona, „Władcę much” Williama Goldinga - to trudno mi uwierzyć, że nie uznał za stosowne wskazać też tego materiału źródłowego, którego zdają się być pewni niektórzy recenzenci. Istotnie nie można oprzeć się skojarzeniom ze sprawą nieszczęsnej Sylvii Likens – która jak wiadomo nakłoniła Jacka Ketchuma do napisania jego najgłośniejszego i zapewne najbardziej przerażającego utworu pod tytułem „Dziewczyna z sąsiedztwa” - ale jak na tę chwilę nie mam powodów sądzić, że owe podobieństwa nie są przypadkowe. Niektórzy są zdania, że Jack Ketchum pisząc swoją „Dziewczynę z sąsiedztwa” czerpał także z „Zabawmy się u Adamsów”, ale nawet jeśli to nie wspomina o tym w swoim posłowiu dodanym do niniejszej powieści. Mówi za to o „Władcy much” Williama Goldinga, który to utwór, jak już nadmieniłam, zdaniem Grady'ego Hendrixa zainspirował „Zabawmy się u Adamsów”. Prostą opowieść, która podobnie jak późniejsza „Dziewczyna z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma, przeprowadza nas przez mękę młodej kobiety, tutaj zadawaną wyłącznie przez osoby nieletnie. Bandę, która nazwała się Wolną Piątką, co ma pewien związek z ich ohydnym „wakacyjnym projektem”. Bo dopiero teraz (mamy lata 70-te XX wieku) mają okazję zasmakować prawdziwiej wolności. Teraz, gdy rodzice dwójki z nich, trzynastoletniego Bobby'ego i dziesięcioletniej Cindy wybrali się w podróż po Europie, zostawiając swoje pociechy pod opiekuńczymi skrzydłami dwudziestoletniej studentki pedagogiki i pływaczki Barbary Miller. Kobiety, która nie mieszka w tych stronach – wieś w stanie Maryland – ale bez problemu zjednała sobie tutejszych mieszkańców. Została przyjęta „jak swoja”. Dom Adamsów, tak jak i wiele innych budynków mieszkalnych rozsianych w tym prowincjonalnych zakątku Stanów Zjednoczonych, nie ma bliskiego sąsiedztwa. Stoi w znacznym oddaleniu od innych nieruchomości. Nad rzeką, w której miejscowe dzieciaki zwykły szukać ochłody w upalne dni. Na posesji Adamsów goszczą jednak tylko – w każdym razie tego feralnego lata - najbliżsi znajomi Bobby'ego i Cindy. Pozostali członkowie Wolnej Piątki, rodzeństwo McVeigh, siedemnastoletnia Dianne i trzynastoletni Paul oraz szesnastoletni John Randall. Próżno szukać we wiosce osoby, która miałaby złe zdanie o którymś z nich. Oczywiście, niektórzy wiedzą o emocjonalnych problemach Paula, ale prędzej mu współczują, niż się go obawiają. Podejrzewają też, że jego starsza siostra, Dianne, jest osobą nieco ekscentryczną, mocno zakompleksioną – zresztą wielu uważa, że ma ku temu powody – i zamkniętą w sobie. Ale John to robotny, dobrze wychowany młodzieniec, który na pewno wyjdzie na ludzi; będzie z niego pilny student i dobry sportowiec. A Bobby i Cindy to prawdziwe aniołku. Przeurocze dzieciaczki, pocieszne gwiazdeczki, które zawsze miło poprzytulać. Gdyby tylko wiedzieli... Gdyby choć jedna dorosła osoba przypadkiem zobaczyła, co kryje się pod tymi nieszkodliwymi maskami noszącymi przez wszystkie te dzieciaki (całą Wolną Piątkę), to może Barbara Miller nie musiałaby tyle wycierpieć. Może przynajmniej skróciłoby to jej męki. Albo jeszcze je spotęgowało, bo jak mówi sam Johnson, „nikt, kto poznał ludzi, nie zdzierży bycia człowiekiem”. Znacie to uczucie?

Życie nie byłoby możliwe, gdyby człowiek chodził po świecie ze świadomością, że każda napotkana przez niego osoba – mając taką szansę – zabiłaby go. Ale czy tak nie było? Nie jest? Cały czas? Każdego dnia?”

Grady Hendrix moim zdaniem nie minął się z prawdą, stwierdzając, że Mendal W. Johnson „obdarzył swoich czytelników najwspanialszych darem, jakim jest szczerość”. Czy się to komuś podoba, czy nie, autor „Zabawmy się u Adamsów” pokazuje, jakie ładne wzorce dajemy (jako gatunek) młodszym pokoleniom. Tak było w czasach, kiedy ta książka powstawała, tak jest dzisiaj, i tak niewątpliwie będzie jutro. Bo największym błędem, jaki popełnia Barbara Miller, to desperackie podtrzymywanie w sobie wiary w to, że ludzie są z natury dobrzy. Mendal Johnson w swoim jedynym, jak dotąd dziele – Grady Hendrix w dodatku do nowego wydania „Zabawmy się u Adamsów” zdradza, że Johnson miał więcej tekstów, ale nie udało mu się znaleźć dla nich wydawcy – któremu moim zdaniem najbliżej do thrillera psychologicznego, ale jest też klasyfikowany jako horror, zaprasza nas do chorego świata, który tak naprawdę sami sobie tak poukładaliśmy. „Czy każdy w sprzyjających okolicznościach mógłby stać się sadystą, gwałcicielem i mordercą, czy wystarczyłoby tylko dać mu władzę i zapewnić, że ujdzie mu to na sucho?” - w pewnym momencie główna bohaterka „Zabawmy się u Adamsów” zadaje sobie w myślach to retoryczne pytanie, bo trudno oprzeć się poczuciu, że Johnson miał pewność, że nawet jeśli wcześniej odbiorca jego powieści będzie uparcie odrzucał tę straszną tezę, to na tym etapie pozostanie mu jedynie przytaknąć. Tak, okrucieństwo jest wpisane w DNA ludzkości, ale zanim wypomnicie autorowi „Zabawmy się u Adamsów” niesprawiedliwe, rażąco kłamliwe generalizowanie, z drugiej strony Johnson dobitnie pokazuje, że jeszcze nie można tego powiedzieć o całym naszym gatunku. Wyjątkiem na pewno jest Barbara Miller (z posłowia Hendrixa: mająca uosabiać lewicowy odłam ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa), której Johnson wprawdzie przypisuje ogromną, dziecinną wręcz naiwność, przekonuje, że bohaterka żyje jakby w wyimaginowanym świecie, w czymś w rodzaju mydlanej bańki, gdzie wszystko jest różowe, ale też wprost mówi, że to ona jest dobrocią; ambasadorką tych, którzy konsekwentnie odmawiają udziału w odwiecznym projekcie niszczenia. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że „Zabawa u Adamsów”, choć upłynęło prawie pół wieku od jej pierwszego wydania, w ogóle nie straciła na aktualności. Kiedy Johnson mówi, że to, co piękne, to co dobre na tym świecie, to co ma jakąś większą wartość, nie może przetrwać - musi zostać czym prędzej zgładzone - to trudno nie pomyśleć o kiedyś tak oszałamiająco pięknej przyrodzie, która dzisiaj... cóż, dzięki nam, ludziom, zostały już jedynie resztki tego piękna. Ale spokojnie: i to prędzej czy później wyrżniemy. Zastanawiałam się natomiast, ile uchowało się jeszcze jednostek podobnych do Barbary Miller. Ludzi tak brzydzących się wszelką przemocą, tak kompletnie niepotrafiących się odnaleźć w brutalnych realiach, tak kompletnie zagubionych w rzeczywistości prawie całkowicie odartej z empatii, rzeczywistości, w której przejawy zwykłego, niby ludzkiego współczucia, są co najwyżej znikome. Chciałabym wierzyć, że takich Barbar jest na świecie więcej niż takich Wolnych Ludzi, jak ta zdegenerowana piątka, nie mniej pieczołowicie wykreślona przez Mendala Johnsona. Dostajemy bowiem wgląd zarówno w umysł torturowanej dwudziestoletniej kobiety, jak i jej młodocianych oprawców – śledzimy prawie cały ten koszmar (najważniejsze odstępstwo od tej reguły nastąpi pod koniec książki, tuż przed epilogiem) z perspektywy – narracja trzecioosobowa - obu tych obozów. Obozu dorosłych i obozu dzieci, które najwidoczniej mają już serdecznie dość życia pod dyktando starszych. Szczerze nienawidzą osób pełnoletnich, ale widać, że od najmłodszych lat wpajany im szacunek do dorosłych, głęboko się w nich zakorzenił. Za przykład niech posłuży to, że w ich wypowiedziach i przemyśleniach jest „Mama i Tata”, nigdy „mama i tata”.

Dzieciaki tworzące tak zwaną Wielką Piątkę ukrywają przed dorosłymi, z wyjątkiem Barbary, to, że uważają ich za swoich wrogów. Uważają się za lepszych od nich, ale to przekonanie nie przeszkadza im niecierpliwie wyczekiwać chwili, w której przestaną być dziećmi. Nawet bez pomocy Barbary pewnie bez trudu wypatrzylibyśmy te i wiele innych sprzeczności, paradoksów w ich, bądź co bądź, jeszcze raczkującym, niewyrobionym światopoglądzie. Ale czy to oznacza, że jest jeszcze dla nich jakaś nadzieja? Czy rzeczy, których dopuszczą się tego pamiętnego lata, lata definitywnego pożegnania z niewinnością (zakładając, może na wyrost, że już wcześniej jej nie stracili), grubą krechą przekreślą ich przyszłość? Czy ich wolne życie skończy się na tym pierwszym, wykradzionym etapie? Są na najlepszej dobrej drodze ku temu. Co więcej, nie wykazują większej ochoty do czmychnięcia z tej straceńczej ścieżki. Przeciwnie: idą przed siebie, co prawda zdając sobie sprawę z konsekwencji, jakie niechybnie ich spotkają – swoją drogą tylko starsi z nich dopuszczają do siebie, i to też dopiero później, wizję więzienia, bo młodsze, co zrozumiałe, myślą o laniu jakie sprawią im rodzice, gdy odkryją co zrobili Barbarze – a z czasem nawet (przerażająco późno, ale mówiliśmy już o poważnym deficycie empatii) dociera do nich, że wyrządzają komuś krzywdę. Komuś, kto to tak naprawdę niczego złego im nie zrobił. W każdym razie nic gorszego od tego, co zwykli czynić im wszyscy dorośli. Właściwie to Wolna Piątka nawet lubi tę dziewczynę. Tę swoją niewolnicę. W tych młodych umysłach zauważalnie postępuje coś, co można by nazwać procesem uprzedmiotowiania Barbary – właściwie u czwórki z nich, bo w jednym przypadku można zaobserwować odwrotną tendencję – co jak można się tego spodziewać prowadzi do eskalacji przemocy. Odpowiedź na pytanie „dlaczego?”, której tak zawzięcie, tak uporczywie domaga się skołowany umysł Barbary, jest jednak bardziej złożona. Motywów może być dokładnie tyle, ile członków liczy sobie ta zdemoralizowana banda, która nieprzypadkowo łączy dojrzałość, władzę, z zadawaniem bólu swoim bliźnim. Takie wzorce dali im starsi i mądrzejsi, może nie z ich bezpośredniego otoczenia, ale w końcu nie żyją w próżni; mają przecież telewizory, słuchają o czym mówi się we wsi, a że trwa wojna w Wietnamie... Gorzej, że motyw może nie istnieć, że dzieciaki dręczę Barbarę po postu dlatego, że mogą. Dlaczego? A dlaczego nie? „Zabawmy się u Adamsów” to bardziej psychologiczna analiza niż soczysty kawałek prozy ekstremalnej. Johnson wrzuca nas w umysł przechodzącej przez niewyobrażalne męki młodej kobiety (która, jak Jessie Burlingame z późniejszej „Gry Geralda” Stephena Kinga, początkowo szuka wsparcia u swojej współlokatorki, którą oczywiście tylko sobie wyobraża) oraz w pogubione, przerażające umysły jej nieletnich oprawców.

Bolesna ta zabawa u Adamsów. Skłaniająca do nader niewygodnych, ale jakże pilnych refleksji. Warto to porządnie przemyśleć, choćby umysł próbował się temu opierać. Choćby wszystko w Was krzyczało, żeby odrzucić ten mroczny, depresyjny obraz świata, który kreuje Mendal W. Johnson na kartach swojego jedynego wydanego utworu. Poczujcie choćby ułamek tego, co czuje Barbara Miller więziona i torturowana przez Wolnych Ludzi. Przejmijcie choćby tylko odrobinę tego bólu bezsensownie zadawanego przez bliźnich. Ludzi młodych, jeszcze dzieci. Poczujcie. Chyba właśnie tego najbardziej życzyłby sobie autor tej mocnej powieści. Tego bezcennego daru dla świata. W każdym razie dla odważnych. Dla tych, którzy nie tylko nie boją się trudnych tematów, ale też są gotowi zaryzykować niemożność wymazania tej mrożącej krew w żyłach historii z pamięci. Ze mną zapewne zostanie ona już na zawsze, tak jak została „Dziewczyna z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma. Owszem, często do niej wracam – i tak też przypuszczanie będzie z „Zabawmy się u Adamsów”, o ile jeszcze trochę pożyję – ale nie można tego nazwać odświeżaniem pamięci, odzyskiwaniem danych zatartych przez czas, bo to jedna z tych nielicznych książek, którym amnezja niestraszna. I tak, jestem prawie pewna, że teraz do tego szacownego grona dołączyła powieść „Zabawmy się u Adamsów”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


czwartek, 29 kwietnia 2021

Dan Simmons „Pieśń bogini Kali”

 

Lata 70-te XX wieku. Robert Luczak poeta i dziennikarz pracujący dla amerykańskiego czasopisma literackiego, przyjmuje zlecenie od innej gazety, polegające na dostarczeniu z Kalkuty najnowszego rękopisu od kilku lat zaginionego poety M. Dasa. Luczak ma też napisać artykuł na jego temat i jednocześnie relację ze swojego pobytu w Indiach. Dziennikarz ma nadzieję, że uda mu się przeprowadzić wywiad z ukrywającym się przed opinią publiczną sławnym poetą, bo to znacznie podniosłoby wartość jego tekstu. Zgodnie z życzeniem jego zleceniodawców, Luczakowi w podróży, w charakterze tłumaczki, towarzyszy żona Amrita. Para zabiera ze sobą swoją kilkumiesięczną córkę, Victorię. Do miasta pełnego nędzy, rozpaczy i bezrozumnego okrucieństwa. Miasta, które ma swoje mroczne tajemnice. Które rządzi się okrutnymi prawami. Miasta opanowanego przez jakieś niepojęte siły. Siły, które teraz skoncentrują się na Robercie Luczaku.

Rok 1985 w historii światowej literatury zapisał się między innymi jako rok powieściowego debiutu, uważam, wybitnego amerykańskiego pisarza Dana Simmonsa, protegowanego nieżyjącego już Harlana Ellisona, innego mistrza pióra, który praktycznie przeszedł już do legendy. A na początku była pieśń. Uhonorowana World Fantasy Award „Pieśń bogini Kali” (oryg. „Song of Kali”), horror nadprzyrodzony, psychologiczny i... ekstremalny. Bo Dan Simmons nie lubi się ograniczać. To pisarz wszechstronny, wyśmienicie odnajdujący się w złożonym, szerokim świecie horroru, ale i niestroniący od innych gatunków. Science fiction, powieści historyczne/literatura faktu, thrillery, kryminały noir, proza egzystencjalna, a nawet poezja. Czystsze gatunkowo pozycje w jego dość obszernej bibliografii spotykają się z nie mniej zjawiskowymi mieszankami „różnych kultur”. Czyli dla każdego coś miłego. Ale na początku (tj. pierwsza opublikowana powieść Simmonsa) była mrożąca krew w żyłach pieśń. Na początku był pełnokrwisty horror częściowo zainspirowany osobistymi doświadczeniami Dana Simmonsa w nadzwyczaj przygnębiającym podówczas indyjskim mieście.

Niektóre miejsca są tak złe, że nie powinny istnieć. Niektóre miasta są tak nikczemne, że nie da się ich znieść. Kalkuta jest takim właśnie miejscem. Przed Kalkutą śmiałbym się z takich słów. Przed Kalkutą nie wierzyłem w zło – z pewnością nie w zło jako siłę istniejącą odrębnie od ludzkich działań. Przed Kalkutą byłem głupcem.”

Pieśń bogini Kali” miała być opowiadaniem, ale autor między innymi późniejszego „Terroru” i cyklu „Hyperion Cantos”, w trakcie prac nad tym utworem, uświadomił sobie, że choćby bardzo się starał, nie da rady pomieścić tej historii w takim formacie Doszedł do słusznego skądinąd wniosku, że opowieść o mieszkającym w Stanach Zjednoczonych fikcyjnym poecie i dziennikarzu z polskimi korzeniami, Robercie Luczaku, powinna przybrać kształt powieści. Nowe polskie wydanie „Pieśni bogini Kali”, w twardej oprawie, od wydawnictwa Vesper (rok 2021), standardowo opatrzono mrocznymi grafikami (autorstwa mistrza Macieja Kamudy), a na deser Piotr Gociek przygotował omówienie twórczości Dana Simmonsa, oczywiście ze wskazaniem na przedmiotową pozycję. Niezbyt obszerną powieść - jak na zdolności Simmonsa – którą różnie można interpretować. Autor „Pieśni bogini Kali” nie daje jednoznacznych odpowiedzi; sugeruje, nie wykłada. Naprowadza czytelnika na takie czy inne wyjaśnienie koszmarnych przeżyć swojego bohatera w Kalkucie w drugiej połowie lat 70-tych XX wieku, ale nie przesądza. Bodaj najważniejsza kwestia też pozostaje otwarta. Tytułowa bogini, hinduska bogini czasu i śmierci, bogini Kali, w pieśni Simmonsa zaznacza się w nader zagadkowy sposób. Główny bohater książki i zarazem narrator, Robert Luczak, z całą pewnością widzi ją w snach, ale czy te, bądź co bądź, podniecające koszmary wnikną do realnego świata, przedostaną się do rzeczywistości tego coraz bardziej zagubionego, pognębionego człowieka, takiej pewności Simmons nam nie daje. Czy bezwzględna bogini z czterema rękami i wampirzymi kłami jest jedynie projekcją umęczonego umysłu, albo nadal tylko senną marą, mężczyzny, któremu tak naprawdę zagrażają zwykli śmiertelnicy? Zakładając, że jakieś zagrożenie z zewnątrz dla niego i jego bliskich, w ogóle zaistniało. Bo i tutaj łatwo o wątpliwości. UWAGA SPOILER Kluczem do rozwiązania zagadki może być urodziwa młoda kobieta podająca się za siostrzenicę M. Dasa – zwraca uwagę jej imię, które autor wrzuci również w sen o bogini Kali KONIEC SPOILERA. Tajemnicza to więc opowieść, wielce zagadkowa intryga w mieście, które Simmons przedstawia jak oddzielny, żywy, pulsujący organizm. Kalkuta w „Pieśni bogini Kali” to w istocie główny czarny charakter, najpotężniejszy, gargantuiczny potwór odzierający ludzi z godności, a następnie nieśpiesznie, kawałek po kawałku pożerający ich ciała i dusze. Jak to zwykle u Dana Simmonsa bywa (choć wydaje mi się, że ten wirtuoz pióra poszedł tutaj trochę dalej), dostajemy szczegółowe, tym razem boleśnie plastyczne opisy scenerii. Opisy tego odrażającego, depresyjnego, cuchnącego, aż lepiącego się od brudu, miejsca. Indyjskiego miasta skąpanego w niewyobrażalnej, odbierającej dech beznadziei (przypomnijmy: są lata 70-te XX wieku). Gdyby powieściowy debiut zyskał taki gabaryt, do jakiego Simmons zdążył już przyzwyczaić swoich fanów – w tym miejscu wypada jednak dodać, że nie brakuje też w jego, imponującym pod każdym możliwym względem pisarskim dorobku, krótszych utworów: powieści i opowiadań – to pewnie nie towarzyszyłoby mi tak silne przekonanie, że Kalkuta walczy w nim o centralne miejsce z Robertem Luczakiem. Nie będę sędzią w tej sprawie – nie potrafię wskazać zwycięzcy tej pasjonującej konkurencji. I dobrze, ale z drugiej strony...

myślę, że przydałoby się nieco rzecz rozwinąć. Rozwinąć intrygę, w którą potencjalnie został wmieszany główny bohater „Pieśni bogini Kali”. Poza tym nie zaszkodziło jeszcze poszerzyć, i tak niewąski przecież, portret naszego narratora. Dać jeszcze większy wgląd w udręczony umysł Roberta Luczaka. Pozostałe postacie celowo pomijam, bo mimo że żadna z nich nie wydawała mi się zbędna (praktycznie każda dokłada swoją cegiełkę do tej niejednoznacznej historii), to, że tak to ujmę, rzecz rozbija się o Roberta Luczaka, Kalkutę i tytułową boginię. To w moim pojęciu jest jądro tej raz nieznośnie subtelnej, a innymi razy nieznośnie dosadnej umownej relacji z podróży do Kalkuty. Relacji wysłannika amerykańskiej gazety, Roberta Luczaka, który wbrew ostrzeżeniom swojego przyjaciela, właściciela i redaktora naczelnego czasopisma literackiego, dla którego nasz narrator pracuje na stałe, zabiera do Indii swoją rodzinę: żonę Amritę i ich jedyne dziecko, maleńką Victorię. Łatwo się domyślić, że szybko zacznie tego żałować. Właściwie już zaraz po wylądowaniu w Kalkucie, w drodze z lotniska do hotelu, w którym mają zatrzymać się Luczakowie, rodzi się w nim awersja do tego miejsca, której wprawdzie on sam w pełni nie jest w stanie zrozumieć. Tak jakby odbierał jakieś złe wibracje, wyczuwał jakąś tajemną energię, którą skażony jest ten kawałek indyjskiej ziemi. To wrażenie szybko minie, ale ten bardziej komfortowy stan bynajmniej nie utrzyma się do końca pobytu Luczaków w tym „opuszczonym przez bogów” miejscu. Miejscu, w którym co prawda nie brakuje ludzi głęboko wierzących, gdzie pełno jest świątyń obleganych przez wiernych, w których oddaje się hołd, a może nawet składa krwawe ofiary hinduistycznym bóstwom, Simmons daje nam jednak rozliczne dowody na to, że jeśli szukać jakiegoś miejsca na świecie, w którym ponad wszelką wątpliwość modły nie zostają wysłuchane (chyba że przez demoniczną Kali), to jest nim, a w zasadzie była, Kalkuta w drugiej połowie XX wieku. Na tym okresie w każdym razie autor się skupia, a ściślej „Pieśń bogini Kali” przenosi nas do roku 1977, nie licząc ostatniej partii, która stanowi swego rodzaju przebieżkę po paru kolejnych latach. Taki fragmentaryczny wgląd w epokę „po Kalkucie” (pierwszy pobyt). Podobnie jak w późniejszej, moim zdaniem zjawiskowej powieści Marishy Pessl pod tytułem „Nocny film”, czy choćby w kultowym filmie Johna Carpentera, „W paszczy szaleństwa”, akcję „Pieśni bogini Kali” napędza nie tak znowu silne, ale wystarczająco, by przysporzyć mu kłopotów, postanowienie Roberta Luczaka, by odnaleźć sławnego człowieka. Poetę M. Dasa, o którym wszelki słuch zaginął przed ośmioma laty. Wprawdzie uznano go zmarłego – konkretnie ofiarę zabójstwa – ale policyjne śledztwo nie zostało jeszcze zamknięte. Tak będzie dopóki zwłoki poety się nie odnajdą. Bo choć najnowsze doniesienia wskazują na to, że Das nadal jest wśród żywych, tylko z jakiegoś powodu ukrywa się przed światem, to Luczak nie może mieć takiej pewności, dopóki odmawia się mu spotkania z tym wielkim człowiekiem. Listy i tym bardziej kilkustronicowy rękopis z poematem tak drastycznie odmiennym od wszystkiego, co wcześniej wyszło spod pióra Dasa, o niczym jeszcze nie świadczą. Owszem, nasz bohater jest skłonny uwierzyć, że nie jest to próba oszustwa - czytelnik przypuszczalnie będzie bardziej sceptyczny - ale tak czy inaczej zamierza trochę powalczyć o wywiad z tym wybitnym indyjskim poetą. Błąd? Z taki nastawieniem w każdym razie weszłam w tę coraz bardziej przygnębiającą opowieść, w której swoją drogą nie brakuje opisów, jakich pozazdrościć Simmonsowi mógłby sam Edward Lee (Clive Barker już niekoniecznie - on też tak potrafi). Opisów makabrycznych, odrażających, na które muszę przyznać sama przygotowana nie byłam. Jakoś Simmons nie kojarzy mi się z horrorem ekstremalnym, bo tego rodzaju powieścią „Pieśń bogini Kali”, moim zdaniem, też jest. Na dokładkę do horroru psychologicznego i nadprzyrodzonego, bo bez względu na to, jaką interpretację przyjmiemy, Simmons tę swoją konstrukcję w jakimś stopniu oparł na tych fundamentach. Różne więc tradycje, różne znajome oblicza literatury grozy, spotykają się na kartach „Pieśni bogini Kali” z nie mniej fascynującymi produktami wyobraźni Simmonsa. Soczystymi owocami, które nie prezentują się już tak swojsko. W końcu „Pieśń bogini Kali” to dzieło człowieka, który nie dał się poznać, jako pisarz, który umiłował sobie ciasne konwencje, który przemierza utarte ścieżki, który zwykł uporczywie trzymać się reguł wyznaczanych przez innych. Dan Simmons już raczej jest jednym z tych prozaików, którzy tworzą własne zasady, do których na domiar dobrego, nie przywiązują się na trwałe. Rzadko więc, jeśli w ogóle, wkrada się w ich twórczość straszliwa monotonia, nieprzyjemna powtarzalność, a co za tym idzie ogromna przewidywalność. Były w „Pieśni bogini Kali” momenty jakiegoś zawieszenia. Autor krążył wokół tematu jakby w poszukiwaniu punktu zaczepienia. Sposobu na pchnięcie akcji do przodu - co, jak można się się domyślić, zawsze prędzej czy później następowało. Niemniej uważam, że dałoby się tego uniknąć, gdyby Simmons rozbudował wątki o zabarwieniu kryminalnym (śledztwo policyjne i dochodzenie Roberta Luczaka) oraz jeszcze niżej pochylił się nad motywem sekty i psychicznymi katuszami, przez jakie niewątpliwie przechodzi nasz umowny sprawozdawca w dosłownie wyciskającym łzy z oczu mieście, być może przejętym przez demoniczną boginię Kali. Mroku i bólu w każdym razie Wam nie zbraknie. Podejrzewam, że ta historia skruszy nawet najtwardsze serca. Wstrząśnie nawet częstymi zjadaczami bezkompromisowej prozy. Wy ludzie o mocnych nerwach też nie możecie czuć się bezpieczni, słysząc ten śpiew. Niszczycielską pieśń bogini Kali.

Tu zaczyna się powieściopisarka kariera Dana Simmonsa. Od tej przerażającej pieśni, „Pieśni bogini Kali”. To pierwsza opublikowana powieść jednego z mistrzów literatury... różnej. Czy bez tej pieśni nie byłoby „Terroru”, „Trupiej otuchy”, „Leniej nocy”, „Abominacji, „Hyperiona”? Jakoś w to wątpię. Wątpię, żeby „dało się ukryć”, zmarnować taki chodzący talent, jakim jest Simmons. Fakt, że jego wola walki swego czasu znacznie osłabła, że miał zamiar porzucić swoje pisarskie ambicje, przynajmniej w beletrystyce, ale to było przed opublikowaniem w 1982 roku jego debiutanckiego tekstu, opowiadania „Pod prąd Styksu". Zresztą nawet bez tego sukcesu przypuszczam, że nie wytrwałby w tym postanowieniu. Pan Talent raczej by mu na to nie pozwolił. I Harlan Ellison. Ale dość tych dywagacji. Lepiej posłuchajmy pieśni hinduskiej bogini. Krwiożerczej bogini Kali. Bo warto się w nią wsłuchać. Tak uważam, mimo że nie jest to jedno z najlepszych dzieł Dana Simmonsa, jakie miałam przyjemność poznać. Ale i tak smaczne.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu