środa, 28 lipca 2021

Renata Deusing Chaczko „Połówki księżyca”

 

Dziesięć osób pochodzących z różnych stron świata budzi się w zamkniętym pomieszczeniu bez okien. Większość z nich nigdy wcześniej się nie widziała i na pierwszy rzut oka nic ich nie łączy: ani płeć, ani wiek, ani sytuacja finansowa. Nie wiedzą w jaki sposób się tutaj znaleźli, ale szybko dowiadują się w jakim celu. Informacje te uzyskują od tajemniczego głosu, nie wiedzieć skąd rozlegającego się w tej przypuszczalnie śmiertelnie niebezpiecznej pułapce. W sumie muszą dokonać dwóch wyborów. Bardzo trudnych wyborów, które poza wszystkim innym mogą wiele powiedzieć o nich jako o ludziach. Co zwycięży: egoizm czy altruizm?

Połówki księżyca” to trzecia opublikowana powieść polskiej autorki, Renaty Deusing Chaczko, po „Graczach” (2012) i „Aż do DNA” (2016). Nietypowy thriller psychologiczny, który wyszedł w 2021 roku pod szyldem wydawnictwa Novae Res. Chaczko kształciła się w szkole filmowej i choć nie pracuje w zawodzie „myśli językiem filmowym” - przynajmniej w swoich literackich światach przedstawionych. Dziennikarka i copywriterka, która przez jakiś czas mieszkała w Amsterdamie i Barcelonie, wybrała się w długą podróż po Azji, by ostatecznie(?) osiąść na Bali. „Połówki księżyca” pisały się w czasie pandemii COVID-19. W odizolowanym hotelu na południu wyspy Bali, gdzie Chaczko wraz z mężem i kilkoma innymi osobami, z których większość wcześniej była im nieznana, „ukrywali się” przed śmiercionośnym wirusem. Osobiste doświadczenia autorki w tych trudnych tygodniach w pewnym sensie udzieliły się bohaterom jej książki – główne źródło inspiracji. Chaczko nie ukrywa, że pracując nad „Połówkami księżyca” również sięgała pamięcią do dawno niewidzianego filmu pod tytułem „Cube”, w reżyserii Vincenzo Nataliego. Kiedyś jednej z jej ulubionych produkcji, którą odświeżyła sobie dopiero po ukończeniu „Połówek księżyca. Ażeby sprawdzić w jakim stopniu jej powieść pokryła się z tamta historią – czy aby nie za dużym. Chaczko nie dopatrzyła się jednak zasadniczych podobieństw. Poza, rzecz jasna, zamknięciem bohaterów w jakimś - tutaj futurystycznym - miejscu, gdzie mają przejść przez ciężką próbę. Znana konwencja, której Renata Deusing Chaczko, niewątpliwie wnikliwa obserwatorka świata, a przede wszystkim gatunku ludzkiego, daje nową jakość.

Połówki księżyca” Renaty Deusing Chaczko to swego rodzaju traktat o naturze ludzkiej. Filozoficzna rozprawa o tym co ludzkie, ale często zupełnie obce. Bo lepiej żyć w błogiej nieświadomości, lepiej nie myśleć o tym do czego zdolny jest człowiek. Lepiej nie zapuszczać się nawet tylko myślą na „ciemną stronę Księżyca”. Bo wówczas można odkryć niewygodne fakty o... sobie samym. Krótka powieść zbudowana głównie z dialogów (fragmentów opisowych jest jak na lekarstwo) i osadzona w wąskiej, klaustrofobicznej wręcz przestrzeni. Wyłączając wstępną partię, która pokrótce przedstawi nam dziesięcioro – w większości – nieznajomych. Rosyjski miliarder, Dominik 'Sergiej' Sergiejew. Genetyczka pochodząca z Polski i mieszkająca w Genewie, Ariana Mila. Farmer z Australii, James Wilson. Nieletni Syryjczyk, niedoszły zamachowiec-samobójca, Amir Hamed. Afrykański dyktator generał Alexander Kamba. Okrutnie okaleczona młoda kobieta z Indii, Isha Puri. Pochodząca z Brazylii starsza kobieta, Gabriela Santos. Młoda ekolożka z Kanady, Jessa Soros. Majętna Amerykanka Trudy van der Wert. Wykładowca filozofii w jego rodzimych Chnach, Chen Lei. Dziesięć zupełnie różnych osób i dwa niezwykle trudne wybory. Tyle wystarczy, aby powstała niesamowicie trzymająca w napięciu historia. Klimatyczny, skłaniający do refleksji, wytrącający ze strefy komfortu, inteligentny thriller psychologiczny, który samą konstrukcją przypomniał mi takie filmowe produkcje jak „Rozmowa z gwiazdą” Steve'a Buscemiego i „Wenus w futrze” Romana Polańskiego. Właściwie uważam, że „Połówki księżyca” to gotowy scenariusz dla twórcy obrazu „Śmierć i dziewczyna” (1994), szerzej kojarzonego z „Dzieckiem Rosemary”, pierwszą ekranową wersją książki Iry Levina pod tym samym tytułem. Podobna wrażliwość. Ta intymność, ta coraz to bardziej nerwowa, tonacja, ten minimalizm w formie i maksymalizm w przekazie. Renata Deusing Chaczko zdradziła natomiast, że największy wpływ na jej twórczość mają dzieła nie Romana Polańskiego tylko Davida Finchera, jej ulubionego reżysera, który zresztą, w pewnym sensie, gości na kartach „Połówek księżyca”. Tak czy inaczej, trzecia powieść Chaczko to utwór-dialog. Rozmowy ludzi o ludziach. Uwięzionych w zamkniętej, niewielkiej przestrzeni – dwie przylegające do siebie, pozbawione okien, skąpo umeblowane klitki – kobiet i mężczyzn w różnym wieku, pochodzących z różnych stron świata, wywodzących się z różnych warstw społecznych i mających mocno zróżnicowane charaktery. Różne światopoglądy, przeróżne doświadczenia życiowe. Inne problemy, troski, obawy, różne życiowe priorytety, ambicje, marzenia, zainteresowania. Przekrój globalnego społeczeństwa. Zbiór silnych i słabszych osobowości. Osób lepiej i gorzej wykształconych. Osób z ogromną wiedzą życiową, a nie tylko akademicką oraz takich, którym tylko wydawało się, że mają szeroką wiedzę o świecie. Materializm, konsumpcjonizm, konformizm. Uleganie najniższym instynktom, mrocznym żądzom, niepohamowana potrzeba uzyskania kontroli nad innymi – władzy nad drugim człowiekiem. Narcyzm. Przekonanie, że moja prawda jest najprawdziwsza. Wieczna gotowość do osądzania innych, rzadziej siebie. Destrukcja, ale i autodestrukcja. Niszczenie wszystkiego, co zniszczyć można. Taki jest podobno najinteligentniejszy gatunek zamieszkujący Ziemię. Tacy jesteśmy my, najwięksi egoiści... w całym wszechświecie? Tak czy inaczej, Renata Deusing Chaczko w swoim brutalnie szczerym, nieowijającym w bawełnę, imponująco wnikliwym spojrzeniu na tak naprawdę każdego człowieka, daje nam jasno do zrozumienia, że świat najprędzej skończy się, ni mniej, ni więcej, jak przez egoizm, który zdaje się przesłonił już wszystko inne. Altruizm powoli staje się przeżytkiem, zakurzonym artefaktem, którego dla swojego własnego dobra lepiej nie odkopywać. Dla swojego dobra. Bo już tylko ono – moje i tylko moje – się liczy. „Jesteśmy odrażający” - rzecze jedna z bohaterek powieści i trudno się z tym nie zgodzić po tym wszystkim, co wcześniej „usłyszeliśmy”. Ale jest też druga strona medalu. „Jasna strona Księżyca”. Argumenty przemawiające za nami, niedoskonałymi wprawdzie, ale ponad wszelką wątpliwość niezepsutymi jeszcze do szczętu, ludźmi (nie)rozumnymi.

(źródło: https://www.granice.pl/)

Gdzie są więc granice ludzkiej moralności? Gdzie są granice naszego człowieczeństwa? […] Tam, gdzie górę biorą nasze instynkty? Tam, gdzie […] odbiera się nam komfort bycia dobrym człowiekiem?”

Nigdy bym nie podejrzewała, że powieść z tak niewielką, znikomą wręcz, przestrzenią stricte opisową, że książka prawie w całości zbudowana z dialogów, może tak mocno przemawiać do wyobraźni. Odmalowywać tak plastyczne, sugestywne, szczegółowe obrazy z nie tak wąskiego świata przedstawionego, jak może się wydawać. Renata Deusing Chaczko, po szybkim przedstawieniu dziesięciorga wybrańców, przenosi nas do szczelnie zamkniętego pomieszczenia, gdzie rozegra się właściwa akcja książki. W tym mini-więzieniu, do którego nasi bohaterowie/antybohaterowie trafili nagle, bez żadnego ostrzeżenia. Nie pamiętają, jak do tego doszło – byli w jednym miejscu, a obudzili się w innym. W pułapce najwyraźniej przygotowanej specjalnie dla nich. Porwanie dla okupu? Niektórzy tak sadzą, ale gdy przemówi tajemniczy głos wszystko stanie się... jeszcze mniej jasne. Niezupełnie wszystko. Dziesięcioro w większości nieznajomych pozna oczekiwania swoich porywaczy bądź porywacza. Dowiedzą się, w jakim celu ich tu sprowadzono, ale nie od razu. Pierwsze zadanie to swego rodzaju wprawka przed właściwą próbą, jaką każdy z nich będzie musiał przejść. Jeśli odmówi, zginie w mękach. Nie oznacza to jednak, że przyjęcie wyzwania jest gwarantem ocalenia życia. To już zależy od nich. Oni i tylko oni zadecydują o życiu lub śmierci. O losie swoim i innych. Czy tego chcą, czy nie, będą mogli poczuć się jak okrutni, nielitościwi bogowie. Renata Deusing Chaczko w tym kontekście wspomina „Wybór Zofii” Williama Styrona i przy okazji film w reżyserii Alana J. Pakuli oparty na tej kultowej powieści. Mniej więcej taki to wybór. Chociaż... Dylemat moralny, jaki muszą rozstrzygnąć niedobrowolni uczestnicy unikalnego reality show, kontrolowanego eksperymentu naukowego, czy czegoś bardziej zdumiewającego, tak naprawdę nie ma dwóch równorzędnych rozwiązań. To nie tyle wybór pomiędzy złem i złem, ile wybór pomiędzy mniejszym i większym złem. Obiektywnie patrząc. Trudno jednak o chłodną kalkulację w obliczu czegoś takiego. Chaczko nie pyta nas, jak byśmy postąpili, gdybyśmy zamienili się miejscami z tymi praktycznie postawionymi pod ścianą ludźmi, bo na tyle zdążyła już poznać ludzką naturę, by wiedzieć, że takich rzeczy nie sposób przewidzieć. Możesz myśleć, ba, możesz być przekonany, że postąpiłbyś tak, a nie inaczej, ale w gruncie rzeczy to tylko gdybanie. Podobnie z ocenianiem innych. Kto jest większą ofiarą: nastolatka, której twarz została oszpecona i która nigdy już nie odzyska wzroku, czy chłopiec wychowany w realiach wojennych, który wkłada pasy szahida i wchodzi do londyńskiego metra? Kto miał trudniej: bogata matrona z ukochanym, choć „nieco” problematycznym synalkiem, czy filantrop, który swego czasu stracił największą miłość swojego życia, a jakby tego było mało, na żywo oglądał takie bezeceństwa, o jakich niejeden śmiertelnik nigdy nawet nie pomyśli? Kto może być bardziej sfrustrowany: kobieta, która zna gorzki smak samotności, czy stała bywalczyni ulicznych manifestacji, które najpewniej żadnego efektu nie przyniosą? Czy całkowita uległość wobec komunistycznej władzy zasługuje na większe potępienie/politowanie od ślepego wykonywania rozkazów demokratycznie wybranego rządu? Czy dyktator, którego ręce są nader obficie splamione krwią kobiet, mężczyzn, a nawet dzieci, z nawiązką zasłużył sobie na śmierć? Albo człowiek, który trwale okaleczył dwie nastolatki i wciąż pozostaje bezkarny – czy ktoś powinien wziąć prawo w swoje ręce, najlepiej zanim skrzywdzi kolejną osobę? Pytania, pytania, pytania, na które lepiej nie szukać odpowiedzi. W każdym razie nie na wszystkie. Na pewno nie na te dotyczące ludzi, których życiem nie żyliśmy. Nawet jeśli wydaje się, że ktoś ma gorzej od kogoś innego, to prawda może być zupełnie inna. „Twojemu nieszczęśnikowi” może wieść się zdecydowanie lepiej od tego, który „zawsze miał wszystko podane na tacy”. Taka cienka książeczka, a tyle treści. Tyle materiału do przemyśleń. Kwestie, o których na co dzień raczej się nie myśli. W które wielu nawet nie ma ochoty się zagłębiać. Bo lepiej myśleć o sobie w samych superlatywach. Wygodniej, ale czy bezpieczniej? Renata Deusing Chaczko w tej sprawiającej niepozorne wrażenie publikacji obnaża brzydkie prawdy o świecie, który sami sobie stworzyliśmy. Niewygodne prawdy o człowieku, który mimo wszystko zasługuje na drugą szansę. I dostaniemy ją... jeśli tak wybierzemy.

Lukrowanie rzeczywistości? Zapomnijcie. Renata Deusing Chaczko w swoich „Połówkach księżyca”, dość specyficznym, niesamowicie trzymającym w napięciu dreszczowcu, pokazuje prawdziwych ludzi i prawdziwy świat. Pokazuje nas samych. Piekło jakie sami sobie urządzamy, bo inaczej nie potrafimy? Nie, bo tak wybieramy. Wolna wola. Jak sobie ścielimy, tak śpimy. Może już wszystko to słyszeliśmy/widzieliśmy, może nawet sami już dawno doszliśmy do podobnych wniosków, co autorka „Połówek księżyca” (obserwacje otaczającego nas świata, introspekcje, uczciwy rachunek sumienia), może i żadne objawienie Was w tym koszmarze zgotowanym przez naszą rodaczkę, nie dosięgnie, ale mam dziwne przeczucie, że to nie umniejszy Waszych wrażeń z lektury. Z niekomfortowego pobytu w nader tajemniczym, klaustrofobicznym miejscu z dziesięciorgiem coraz to mniej obcych ludzi, ludzi, którzy przejdą przez niegodną pozazdroszczenia, naprawdę ciężką próbę. Doborowy thriller psychologiczny nie tylko dla fanów gatunku.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 26 lipca 2021

Laura McHugh „Rezydencja”

 

Arden Arrowood po latach wraca do Keokuku, niewielkiego miasteczka w stanie Iowa, w którym spędziła cześć dzieciństwa. W okazałej rezydencji Arrowood od pokoleń należącej do jej rodziny ze strony ojca. Teraz posiadłość należy do niej, co bardzo ją cieszy, mimo że miejsce to wiąże się z jej najboleśniejszymi wspomnienia. Prawie dwadzieścia lat temu zaginęły dwie niespełna dwuletnie siostry Arden, bliźniaczki Violet i Tabitha. W jednej chwili bawiły się przed domem ze swoją ośmioletnią siostrą, a w następnej już ich nie było. Przez wszystkie te lata los bliźniaczek Arrowood pozostawał nieznany, ale Arden nigdy do końca nie straciła nadziei na odzyskanie ukochanych sióstr. Niedługo po przybyciu do Arrowood dziewczyna łączy siły z prowadzącym stronę internetową na temat niewyjaśnionych spraw kryminalnych ze Środkowego Zachodu Stanów Zjednoczonych, Joshem Kyle'em, od dawna żywo zainteresowanym tajemniczym zaginięciem bliźniaczek Arrowood. Mężczyzna skłania ją do spojrzenia na tę sprawę świeżym okiem. Czy to możliwe, że za zniknięcie Violet i Tabithy odpowiada ktoś, kogo Arden znała? Ktoś, kto przez cały ten czas mieszkał w Keokuku i miał na oku posiadłość Arrowood?

Pierwotnie wydana w 2016 roku „Rezydencja” (oryg. „Arrowood”) to druga powieść amerykańskiej autorki, Laury McHugh. Jej literacki debiut z 2014 roku, thriller „The Weight of Blood” zdobył Thriller Award 2015 za najlepszą powieść, Silver Falchion Award 2015 za najlepszy powieściowy debiut i był nominowany do Barry Award 2015 w kategorii „najlepszy powieściowy debiut”. „Rezydencja” natomiast znalazła się na krótkiej liście nominowanych do Thriller Award 2017 za najlepszą powieść. McHugh dorastała w stanach Iowa i Missouri, zrobiła magisterium z bibliotekoznawstwa i przez jakiś czas pracowała w wyuczonym zawodzie. W dzieciństwie McHugh była stałą bywalczynią biblioteki publicznej i celowała przede wszystkim w książki o czarownicach, potworach i duchach. Potem wraz z rodziną przeprowadziła się na wieś, gdzie nie było biblioteki, Laura sięgała więc głównie po książki przynoszone ze szkoły przez jej liczne rodzeństwo. Ale prawdziwą skarbnicą przygód okazały się pozycje, które jej mama kupiła na pewnej wyprzedaży garażowej. McHugh wspomina, że właśnie wtedy po raz pierwszy spotkała się z twórczością między innymi Shirley Jackson i Agathy Christie. „Nie mieliśmy pieniędzy na zakup wielu książek, ale wcześnie nauczono nas ich wartości” - powiedziała autorka „Rezydencji” w jednym z wywiadów.

Stare domostwo, w którym doszło do niejednej tragedii. Małe amerykańskie miasteczko i jego sekrety. Bolesne, mroczne wspomnienia z dzieciństwa. I potencjalne nawiedzenie przez zagubione dusze nowego-starego domu głównej bohaterki powieści. Brzmi jak klasyczna powieść gotycka? Laura McHugh niewątpliwie odwołuje się do tej tradycji – wykorzystuje motywy, które kojarzą się przede wszystkim z opowieściami gotyckimi. Tak thrillerami, jak horrorami. Ale nie powiedziałabym, że jej „Rezydencja” jest pełnokrwistym, czyściutkim utworem gotyckim oczywiście naszych czasów. Rekomendowana między innymi przez Ruth Ware, autorkę moim zdaniem doskonale odnajdującą się w takich klimatach, druga opublikowana powieść Laury McHugh, że tak to ujmę, dość swobodnie porusza się w „gotyckim świecie przedstawionym”. Przywołuje wprawdzie klimat charakterystyczny dla tego typu opowieści, ale nie ma w tym takiej konsekwencji, jaką można spotkać choćby w niektórych powieściach wspomnianej Ruth Ware. Główną bohaterkę i zarazem narratorkę „Rezydencji”, Arden Arrowood, z piszącą tę powieść łączy nostalgiczne spojrzenie na stan Iowa. Obecnie mieszkająca w stanie Missouri, autorka „Rezydencji” w jakimś zakresie odwoływała się do swoich wspomnień z lat, które spędziła w stanie Iowa. Wspomnień z dzieciństwa. Arden też rozpamiętuje, też wraca pamięcią do dawnych lat. Jej przeszłość naturalnie nie ma nic wspólnego z przeszłością autorki. W każdym razie niewiele: wyjątek może stanowić zapamiętany przez McHugh klimat Iowa. Dzieje Arden to już czysta fikcja literacka – traumatyczne przeżycie, które, co zrozumiałe, zawsze rzutowało na jej życie. Ukształtowało ją. Miało zasadniczy wpływ na to, kim się stała. A stała się osobą bardziej żyjącą w przeszłości niż teraźniejszości. Starającą się wprawdzie ruszyć z miejsca, ale z mizernym skutkiem. Zamiast zostać w stanie Kolorado i skończyć studia, Arden woli wrócić tam, gdzie zaczęła się i gwałtownie skończyła jej pozbawiona większych trosk egzystencja. Woli wrócić do domu. Imponującej, zabytkowej rezydencji w małym miasteczku w stanie Iowa. Rodzinnej posiadłości, która przez prawie dwie dekady stała pusta. Nie licząc służby opłacanej przez dziadków Arden, ostatnich właścicieli posiadłości Arrowood, którzy już nie żyją. Tak samo jak ojciec Arden, który, nie bez powodu, nie został uwzględniony w funduszu powierniczym ustanowionym przez jego rodziców. Spadek przypadł jego pierworodnemu dziecku, Arden Arrowood. Przypuszczalnie jedynej żyjącej córce Edwarda i Sheili Arrowoodów, która jakiś czas temu ponownie wyszła za mąż i która w przeciwieństwie do Arden woli żyć tu i teraz, niż tkwić w mrokach zawodnej pamięci. Bo okazuje się, że brzemienne skutkach popołudnie sprzed niecałych dwudziestu lat, mogło zostać źle zapamiętane przez ośmioletnią wówczas Arden. Dzień, w którym bezpowrotnie(?) straciła swoje kochane maleńkie siostrzyczki. Trzeba Laurze McHugh przyznać, że na kartach „Rezydencji” wzniosła naprawdę przygnębiającą fabularną budowlę, że „przeklęła” swoją bohaterkę czymś smoliście mrocznym. Boleścią, która zapewne w jakimś procencie udzieli się czytelnikowi. Niepowetowaną stratą, potworną tragedią, za którą Arden wciąż się obwinia. Wygląda na to, że niesłusznie, bo choć Violet i Tabitha zniknęły, gdy były pod jej opieką, choć Arden zabrała je na dwór nie informując o tym żadnego z rodziców, to trzeba pamiętać, że miała wtedy zaledwie osiem lat. Była ośmiolatką wyręczającą rodziców w ich obowiązkach. Pogrążoną w depresji matkę i wiecznie nieobecnego ojca. Wystarczyła chwila nieuwagi, żeby życie Arrowoodów legło w gruzach. Chwila nieuwagi kilkuletniej dziewczynki. Tak w każdym razie to zostało zapamiętane przez Arden Arrowood, która po latach tułaczki wraca do domu.

W rezydencji Arrowood z całą pewnością mieszkają duchy. Choć niekoniecznie w sensie dosłownym. Nowa właścicielka tego wiekowego domostwa przeżywa tutaj co najmniej zastanawiające, nieprzyjemne przygody. Świadkuje zjawiskom, które mogą świadczyć o obecności jakichś istot z zaświatów. Łatwo zgadnąć jakich konkretnie. Z drugiej strony wszystko to może mieć zupełnie przyziemną naturę. Laura McHugh każe nam brać pod uwagę każdą z tych ewentualności. Zagubione dusze tragicznie zmarłych osób bądź duchy mrocznej przeszłości. Natrętne wspomnienia, od których Arden nie potrafi tak po prostu się odciąć. Tak jak najwyraźniej zrobiła to jej matka – ułożyła sobie życie na nowo i już nigdy nie oglądała się wstecz. Dopóki jej córka nie postanowiła na powrót wprowadzić się do tytułowej rezydencji. Już sama ta decyzja rozdrapuje rany w sercu każdej z nich. Ostatnich z rodu Arrowoodów. Każda z nich na swój sposób próbowała uporać się z potworną stratą. Poradzić sobie z traumą. Sheili lepiej się to udało niż Arden. Przyjazd tej drugiej do miasteczka, z którą wiążą się jej najboleśniejsze, ale i najszczęśliwsze wspomnienia, siłą rzeczy odbiją się także na jej mieszkającej daleko stąd rodzicielce. Arden coraz częściej bowiem dzwoni do matki z pytaniami, które przypominają jej wszystko, czego wolałaby nie pamiętać. Przede wszystkim stratę pozostałych dzieci, ale też inne krzywdy, jakie spotkały ją w Arrowood. U boku Edwarda Arrowooda, charyzmatycznego mężczyzny, który delikatnie mówiąc popełnił w życiu wiele błędów. Miał swoje za uszami. Autorka „Rezydencji” wciąga go więc na listę podejrzanych w sprawie zaginięcia Violet i Tabithy. Nową listę, która ma budować się w naszych głowach na skutek działalności Arden i pasjonata zagadek kryminalnych, jej rówieśnika Josha Kyle'a. Uwaga naszej protagonistki koncentruje się głównie na nielubianej sąsiadce, bardzo dbającej o pozory, apodyktycznej rodzicielce jej najlepszego przyjaciela z dzieciństwa Bena Ferrisa. Z którym teraz odnawia wreszcie kontakt. Z jego młodszą siostrą także, ale jak można się spodziewać to ta pierwsza relacja dostarczy nam... największych zaskoczeń? Możliwe. Tymczasem McHugh będzie coraz częściej kierować nasze czujne oko na człowieka, który od lat pełni rolę dozorcy Arrowood. Człowieka zachowującego się cokolwiek podejrzenie, a i w jego przeszłości jest kilka... powiedzmy, dużych znaków zapytania. Jest jeszcze mężczyzna, na którym śledczy zajmujący się sprawą zaginięcia bliźniaczek Arrowood, skupili praktycznie całą swoją uwagę. Niewątpliwie typ spod ciemnej gwiazdy, który z braku dowodów nie stanął przed sądem, ale jak to zwykle w takich przypadkach bywa został osądzony przez część społeczeństwa. Skazany na ostracyzm, na nienawistne spojrzenia praworządnych, przykładnych, przynajmniej w swoim mniemaniu, Amerykanów. Podejrzenia czytelnika przypuszczalnie będą wędrować także w innych kierunkach. Takich, których parka domorosłych śledczych przynajmniej przez dłuższy czas nie rozważa. Arden i Josh mają dość skomplikowaną, można wręcz powiedzieć napiętą relację. Ale łączy ich przemożne pragnienie odkrycia prawdy. Jaki los spotkał dwie całkowicie niewinne istoty? Urocze niespełna dwuletnie dziewczynki, które niewykluczone że nadal żyją, ale nawet Arden wie, że to mało prawdopodobne. Nawet ona, uporczywie trzymająca się nadziei na odzyskanie młodszych sióstr, zdaje sobie sprawę z tego jak płonna może się okazać. Wie, że musi przygotować się na najgorsze. Śmierć bliźniaczek albo co równie, jeśli nie bardziej, okropne: dożywotnia niewiedza. Akcja „Rezydencji” biegnie po mocno wydeptanej ścieżce. Uporczywe poszukiwanie prawdy o w kółko rozpamiętywanej tragedii sprzed lat; stare domostwo i jego tajemnice; sekrety ludzi z małego miasteczka, które teraz zostaną odkryte; odnawianie dawnych relacji; stara miłość; wstydliwe nieodległe wspomnienia i zupełnie nowa relacja. Możliwe, że niebezpieczna, ale McHugh daje nam też powody patrzeć na ten związek, jak na swego rodzaju koło ratunkowe dla dziewczyny, która zdążyła już poznać gorzki smak samotności. Nostalgiczna, miejscami dość mroczna atmosfera, panująca głównie w tytułowej rezydencji, ale i podczas przejażdżek i przechadzek Arden po miasteczku, które najlepsze lata ma już za sobą. Powoli umierającej amerykańskiej miejscowości. Ale są jeszcze tacy, którzy dokładają starań, by przywrócić jej dawną świetność. Ta całkiem smakowita atmosfera miała jednak dla mnie kilka mniej smacznych kąsków. McHugh moim zdaniem trochę za często uderza w nieporównanie lżejszą tonację. Za dużo tych promieni słonecznych, polukrowanych scenek z dość zwyczajnej – przynajmniej jak na dreszczowiec – egzystencji młodej kobiety w dopiero co odzyskanym domostwie, darzonym przez nią ogromnym sentymentem. Arden kocha tę posiadłość, pomimo koszmaru, jaki właśnie tutaj przeżyła. I nadal przeżywa. Finał tej opowieść może zaskoczyć, choć akurat mnie udało się przedwcześnie rozwiązać najważniejszą zagadkę tej, jak dla mnie, trochę za mało dokładnie, zbyt pobieżnie rozpisanej publikacji.

Nie najgorzej się czyta, ale jednak wolałabym trochę bardziej pogłębione, szersze opisy miejsc i przede wszystkim postaci. Duży punkt natomiast za niejednoznaczności, za pozostawienie może nie na oścież otwartej, ale na pewno uchylonej furtki na przynajmniej dwie istotne kwestie poruszone w tej w miarę angażującej, odrobinę klimatycznej i na pewno smutnej opowieści o trzech siostrach. Drugiej powieści amerykańskiej autorki Laury McHugh i pierwszej wydanej w Polsce (Prószyński i S-ka, 2021), pod tytułem „Rezydencja”. Stare domostwo i jego duchy. Młoda kobieta i jej wewnętrzne demony. Plejada podejrzanych i tylko jeden winny. Zabójca lub porywacz dwóch maleńkich dziewczynek, których nigdy nie odnaleziono. Aż do teraz? Poszukajcie sami.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 24 lipca 2021

„Antidotum” (2021)

 

Sharyn Berkley trafia do szpitala z silnym bólem brzucha. Po badaniu zostaje przewieziona na salę operacyjną, ale budzi się w zupełnie innej placówce. W ośrodku badawczym, w którym ludzie są wykorzystywani w charakterze królików doświadczalnych. Uwięzieni w rozległym kompleksie bez okien, a od czasu do czasu okrutnie okaleczani i każdorazowo poddawani leczeniu eksperymentalną substancją, serum o cudownych właściwościach. Sharyn nie zamierza, tak jak inni więźniowie, podporządkować się panującym tutaj zasadom. Stara się znaleźć wyjście z tego bezdusznego obiektu.

Niskobudżetowy amerykański thriller z elementami horroru w reżyserii Petera Daskaloffa, twórcy między innymi „Sunsplit” z 1997 roku. W maju 2018 roku Daskaloff znalazł ogłoszenie o konkursie na scenariusz horroru, w którym, z braku lepszego zajęcia, postanowił wziąć udział. Spisał więc scenariusz, który zatytułował „Bloodstained” i wysłał gdzie trzeba. Konkursu nie wygrał, ale uznał, że warto popracować nad tą koncepcją. Jak pomyślał, tak zrobił – wprowadził trochę przeróbek i zmienił tytuł na „The Facility”, ale ostatecznie zdecydował się (decyzja ta zapadła już podczas zdjęć) na „Antidote” (pol. „Antidotum”). Na którymś etapie prac nad scenariuszem dołączył do Daskaloffa Matthew Toronto, twórca między innymi dramatu „Face 2 Face” z 2016 roku. Tajemniczy ośrodek badawczy został wymyślony jako ogromny labirynt korytarzy, ale pieniędzy starczyło na wynajęcie magazynu o powierzchni pięciu tysięcy metrów kwadratowych. Filmowcy musieli zrobić z tego węższe i dłuższe pomieszczenie. Widziany na ekranie rozległy kompleks to w rzeczywistości tylko jeden korytarz. Peter Daskaloff wyznał, że to doświadczenie nauczyło ich, „że nie potrzebujesz dużego budżetu, aby wszystko wyglądało na duże”. Dystrybucja filmu – w Stanach Zjednoczonych – rozpoczęła się w maju 2021 roku w internecie. W Polsce film natomiast ukazał się w lipcu tego samego roku na CDA Premium.

Ashlynn Yennie, którą fani kina grozy mogą kojarzyć choćby z „Ludzką stonogą” Toma Sixa, w „Antidotum” Petera Daskaloffa wciela się w Sharyn Berkley, żonę i matkę małoletniej dziewczynki, która na początku filmu z nagłym, ostrym bólem brzucha zgłasza się do najbliższego szpitala. Diagnoza: zapalenie wyrostka robaczkowego i podejrzenie jego pęknięcia. Wskazana natychmiastowa operacja. Kobieta trafia więc na stół, a budzi się w jakimś niepokojąco obcym miejscu. W placówce, w której w kółko przeżywa się męki cielesne. Tortury, leczenie i za niedługo od nowa. Dodajmy: nadzwyczaj szybkie i rzecz jasna skuteczne leczenie. Eksperymentalnym serum, tytułowym antidotum, ciekawym pomysłem Petera Daskaloffa. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek się z takowym motywem, czy to w kinie, czy w literaturze, spotkała. Tajemniczy ośrodek badawczy, w którym ludzie, oczywiście wbrew własnej woli, są wykorzystywani do testowania substancji o wyjątkowych właściwościach regeneracyjnych. Każda, nawet najpoważniejsza rana zasklepia się w iście błyskawicznym tempie. Co tam rana – odciętą kończynę wystarczy wpiąć na miejsce zszywkami, zaaplikować serum, odczekać chwilę i już, już widać, że przeszczep się przyjął. Pozbawiony okien, przestronny obiekt – poplątane, długie korytarze z niewielkimi pokojami: pojedyncze cele dla „pacjentów”, pomieszczenia gospodarcze, gabinety dla przynajmniej niektórych członków personelu i sale tortur. Szare, gdzieniegdzie pochlapane krwią ściany i podłogi, spartański wystrój, ciasnota, chłód, obskurność. Do pewnego stopnia. Klimat to moim zdaniem jeden z lepszych elementów tej filmowej budowli, ale nie zaszkodziłoby jeszcze rzecz podkręcić. Nie przygniatał, ale lekki dyskomfort we mnie budził. Zamknięte miejsce akcji (główne, ale nie jedyne), ograniczona, trochę klaustrofobiczna, mroczna, posępna przestrzeżeń, nadzwyczaj bolesna pułapka możliwe, że bez wyjścia, gromada enigmatycznych oprawców i ograbionych z nadziei na odzyskanie wolności tak zwanych pacjentów. Wśród których też są osoby, na których trzeba uważać. Teraźniejszość Sharyn Berkley przeplata się z retrospekcjami z jej życia – niedługimi, fragmentarycznymi, najpierw oderwanymi wspomnieniami, które jak można się tego spodziewać będą stopniowo rozbudowywane. Innymi słowy: wcześniejsze losy głównej bohaterki bez zbytniego pośpiechu będą się krystalizować. Kawałek po kawałku. Od początku wiemy, że Sharyn ma męża i nieletnią córkę, a wkrótce dowiemy się w jakich okolicznościach poznała tego, niekoniecznie odpowiedniego dla niej mężczyznę (jedna reminiscencja sugeruje, że partner Sharyn obsesyjnie ją kontroluje). W tragicznych okolicznościach. W najgorszym momencie jej życia. Już wcześniej nie najszczęśliwszego, niepoukładanego, pozbawionego perspektyw. W pułapce niszczącego nałogu. Ujmując rzecz w skrócie: Sharyn przeżyła traumę, której do końca nie udało jej się jeszcze przepracować. Traumę, która bardzo interesuje doktora Aarona Hellenbacha (dobra kreacja Louisa Mandylora), wygląda na to, kierującego od wewnątrz tajną placówką zajmującą się wyłącznie testowaniem jednego leku. Nowy Josef Mengele. Bezduszny, zdeprawowany, odrażający doktorek na usługach... armii Stanów Zjednoczonych? Tak sądzi przynajmniej jeden z więźniów. I to w sumie jedyna teoria, jaką usłyszy nowa pacjentka tego haniebnego przybytku. Nie żeby ta kwestia szczególnie ją interesowała. Jest ciekawa - bo kto by nie był? - ale jej uwagę zdecydowanie bardziej zaprząta poszukiwanie wyjścia z tej izby tortur. Fizycznych i psychicznych.

Od strony technicznej „Antidotum” Petera Daskaloffa w moich oczach całkiem nieźle się zaprezentował. Niektórych może to zaskoczyć, wziąwszy pod uwagę niewielki budżet tej produkcji. Mnie nie zaskoczyło, bo zdążyłam już zauważyć, że tańsze grozowe przedsięwzięcia z ostatnich lat, często są bardziej klimatyczne od droższych, szumnie reklamowanych horrorów/thrillerów rozprowadzanych między innymi w multipleksach. Zaskoczył, a właściwie nie tyle zaskoczył, ile zawiódł mnie sam tekst. Scenariusz rozpisany przez Petera Daskaloffa i Matthew Toronto. Prawie całe fabularne tło, jakie wypracowano dla, bądź co bądź, obiecującego, całkiem pomysłowego wątku. Lek o nadzwyczajnych właściwościach, który jak wszystko na to wskazuje wciąż jest w fazie testów. Testów na ludziach przypuszczalnie porywanych ze szpitali. Bardzo bolesnych testów przeprowadzanych na osobach przymuszonych do tej niewdzięcznej roli. Królików doświadczalnych, niewolników skazanych na niewyobrażalne katusze, raz po raz powtarzane i tak przynajmniej przez trzy miesiące. Taką informację Sharyn Berkley uzyskuje od mężczyzny - który z kolei dostał ją od samego doktora Aarona Hellenbacha - z celi obok, prawnika, który w jej uznaniu wykazuje się zdumiewającą naiwnością. Czołowa postać „Antidotum” nie ma właściwie żadnych wątpliwości, że wszyscy oni mają dożyć swoich dni w tym potwornym miejscu. I najlepiej gdyby żyli jak najdłużej, bo jak z dumą oświadcza „szanowny ordynator”: tutaj ludzi się nie zabija. Tylko okalecza i leczy. Tyle w sumie wystarczy, żeby skojarzyć rzecz choćby z „Hostelem” Eliego Rotha. Wystarczą tortury w jakimś obskurnym zamkniętym obiekcie, które na moje oko prezentują się dosyć realistycznie (praktyczne efekty specjalne), ale na etykietkę torture porn, uważam nie zapracowały. Nie zobaczymy w „Antidotum” długich spektakli odrażającej przemocy. Pornograficznych zbliżeń na odniesione obrażenia, odcięte kończyny, ludzkie wnętrzności. Na straszliwie sponiewieranych niedobrowolnych uczestników nielegalnego eksperymentu medycznego. Może i nielegalnego, ale niewykluczone, że odbywającego się pod okiem, za przyzwoleniem legalnego rządu w demokratycznym państwie. Na krótko będziemy jednak przystawać... głównie nad ludźmi z podciętymi gardłami, ale i mignie nam odcięta noga, która już za momencik zostanie zszywkami przytwierdzona tam gdzie trzeba. Poza tym to już chyba tylko – o ile niczego nie przegapiłam – poplamione substancją udanie imitującą krew ubrania poszczególnych postaci oraz wspomniane już podłogi i ściany. Nie sądzę więc, żeby osoby choćby tylko średnio zorientowane w tak zwanym krwawym kinie grozy znaleźli w „Antidotum” Petera Daskaloffa jakieś wyróżniające się akcenty gore. I ta nieszczęsna fabuła... W moim pojęciu twórcom omawianego obrazu zabrakło pomysłu na rozwój tej opowieści. Kawałek na niepospolitej koncepcji wymyślonej przez Daskaloffa ujechać się dało, ale w końcu moje zainteresowanie zaczęło słabnąć. Cała akcja – w umownej teraźniejszości – została sprowadzona do niewykazujących się dostateczną dbałością o emocjonalne napięcie (pod tym względem dość płaskie to przedstawienie) desperackich prób wyrwania się z tego koszmaru, podejmowanych przez naszą nieustępliwą, waleczną bohaterkę, która, jak można się tego spodziewać, nie zawsze będzie zdana wyłącznie na siebie. Nie zawsze będzie działać w pojedynkę. Z retrospektywną płaszczyzną scenariusza było podobnie. Nawet gorzej, bo oto pieczołowicie budowana wielka tajemnica okazuje się dziwnie nietajemnicza. Trochę jak z większością obietnic wyborczych: gadka ładna, gorzej z realizacją tych ambitnych, czasami wręcz utopijnych zapowiedzi. Nijaka, standardowa historyjka o zagubionej kobiecie i dwóch mężczyznach w jej życiu. Ale jest zaskakujący zwrot akcji. Wykorzystywane już w kinie rozwiązanie fabularne, którego mogłam się spodziewać. Ale się nie spodziewałam. Nie byłam też przygotowana na taki kicz. Ciężkostrawny, kłujący w oczy. I niski budżet „Antidotum” nie jest według mnie żadnym usprawiedliwieniem. Bo można było do tego podejść jak do całej reszty. Wykorzystać skromniejsze środki, zawrzeć ten sam przekaz w naturalniejszych ujęciach. Podejść do tego bardziej kameralnie. Nie dość, że taniej by wyszło, to prawdopodobnie uniknęłabym przejściowych perturbacji w poza tym dobrze przyjętej przeze mnie końcówce. Gdyby tylko ten środek lepiej poprowadzono i o przynajmniej główną bohaterkę bardziej zadbano. Nieco poszerzono jej portret, bo mimo że dostajemy też wgląd w jej poprzednie losy – krótkie streszczenie ostatnich dziesięciu lat – to nie sądzę, żeby wielu odbiorców taki obraz w pełni zadowolił. Za mało informacji? Nie, powiedziałabym, że za mało charyzmy. Tak czy inaczej, nie udało mi się nawiązać bliższej więzi z centralną postacią tej historii, o pozostałych już nie wspominając. Właściwie ani bliższej, ani dalszej. Jakoś się nam nie układało.

Dosyć klimatyczny thriller z elementami horroru od Petera Daskaloffa. Film oparty na niewyświechtanym, pobudzającym ciekawość, myślę dość chwytliwym motywie, z przewrotnym zakończeniem i odrobiną makabry. Historia, której moim zdaniem czegoś zabrakło. Jakiegoś dodatkowego wątku, czy przeróbek tych istniejących. Czegoś, czegokolwiek, co dodałoby żywotności nagle nijakiej, prawie beznamiętnej opowiastce o kobiecie próbującej wyrwać się z niecodziennej matni. Kobiecie w naprawdę wielkich opałach, które śledziłam z malejącym zainteresowaniem. Napięcie zamiast rosnąć, w stosunkowo szybkim tempie spadało. A odbiło się dopiero w ostatniej partii. Trochę późno, nie sądzicie? Nie, z Wami może być inaczej. I tego z całego serca Wam życzę, jeśli zdecydujecie się na seans tego stworzonego pod kierownictwem Petera Daskaloffa „Antidotum” na urazy ciała, ale już niekoniecznie ducha.

czwartek, 22 lipca 2021

Marieke Lucas Rijneveld „Niepokój przychodzi o zmierzchu”

 

Dziesięcioletnia Jas Mulder mieszka na holenderskiej farmie z rodzicami, starszymi braćmi, Matthiesem i Obbem oraz młodszą siostrą Hanną. Rodzina należy do Kościoła reformowanego i rygorystycznie stosuje się do nauk swojego zboru. Ich życie zmienia się po nagłej śmierci Matthiesa. Każdy na swój sposób próbuje poradzić sobie z traumą. Jas ucieka w świat fantazji i nigdy nie zdejmuje swojej czerwonej budrysówki. Jej zachowanie, podobnie jak zachowanie Obbego, stopniowo zmienia się na gorsze. Pogrążeni w żalu rodzice niczego nie dostrzegają. Dzieci czują się zaniedbywane, niekochane i obawiają się, że matka i ojciec prędzej czy później ich opuszczą.

Uhonorowana Międzynarodową Nagrodą Bookera 2020 debiutancka powieść holenderskiej osoby niebinarnej Marieke Lucasa Rijneveld, która na rynku wydawniczym zadebiutowała w roku 2015 tomikiem poezji pt. „Kalfsvlies”. W 2019 roku ukazał się drugi: „Fantoommerrie”. „Niepokój przychodzi o zmierzchu” (oryg. „De avond is ongemak”, ang. „The Discomfort of Evening”) swoją światową premierę miał w roku 2018, a pisał się aż sześć lat. Zasadniczo to fikcja literacka, ale niektóre motywy zostały zaczerpnięte z życia Rijneveld/a – dorastanie na farmie, w wiosce oddalonej o pięćdziesiąt mil od Amsterdamu, w głęboko wierzącej, protestanckiej rodzinie, śmierć brata (w wypadku komunikacyjnym). Rijneveld zapragnął/a zostać powieściopisarzem w szkole podstawowej, po przeczytaniu pierwszej części przygód Harry'ego Pottera autorstwa J.K. Rowling. Studiował/a, żeby zostać nauczycielem/nauczycielką języka holenderskiego, ale ostatecznie porzucił/a te plany na rzecz realizowania swojego marzenia z dzieciństwa. W wieku dziewiętnastu lat Rijneveld przyjął/a drugie imię Lucas, gdyż utożsamia się zarówno z płci żeńską, jak i męską. Co oczywiście przysporzyło mu/jej problemów w szkole średniej (prześladowania). I w kręgu rodzinnym, ale wedle słów Rijneveld/a tutaj sytuacja z czasem uległa poprawie.

Niepokój przychodzi o zmierzchu” zbiera głównie pozytywne recenzje – powieść odniosła międzynarodowy sukces, którego zwieńczeniem jest Międzynarodowa Nagroda Bookera. Różnie jest klasyfikowana – jako dramat rodzinny, mocna powieść obyczajowa, utwór egzystencjalny, thriller psychologiczny, a nawet horror. Mnie przypominała trochę „Fabrykę Os” Iaina Banksa: podobna forma, narracja, ale i przewija się w debiutanckiej powieści Marieke Lucasa Rijneveld/a trochę fabularnych motywów, które wzmacniają owo skojarzenie. Które zapewne by się nie pojawiło, gdyby nie wspomniany sposób snucia opowieści. Trudno bowiem uznać rzeczone rozwiązania za osobiste, unikatowe wizytówki „Fabryki Os”. Znaki rozpoznawcze, rzeczy na tyle charakterystyczne, żeby zawsze nasuwały wspomnienia tej jednej publikacji. Narratorką jest Jas Mulder, mała dziewczynka mieszkająca wraz z rodzicami i rodzeństwem na holenderskiej farmie. Akcja rozpoczyna się w dziesiątym roku jej życia, a kończy gdy ma lat dwanaście. „Niepokój przychodzi o zmierzchu” to opowieść o traumie z perspektywy dziecka. Dziecka z wybujałą wyobraźnią, w której po nagłej śmierci starszego brata coraz bardziej się zatraca. Jas ucieka w świat fantazji, co może mieć dla niej albo zbawienny, albo katastrofalny skutek. Relacja z trzech lat życia tej małoletniej osoby na głębokiej holenderskiej prowincji, jest rozproszona, nieusystematyzowana, chaotyczna. Ale w tym chaosie jest metoda. W końcu jesteśmy w poplątanym umyśle dziecka. Dziecka samotnego, rozpaczliwie łaknącego uwagi opiekunów, tęskniącego za utraconym bratem, w głębi ducha przypisującego sobie winę za jego tragiczny koniec na tym brudnym padole; żyjącego na cichej, nieco oddalonej od innych zabudowań farmie, w bogobojnych społeczeństwie, które z pewnością nie zaakceptowałoby „mrocznej” fascynacji, jaka bez ostrzeżenia budzi się w nim i pozostałych dzieciach Mulderów. I nie mam tutaj na myśli niezdrowej fascynacji śmiercią. Starszy brat Jas, Obbe, nawet nie próbuje się jej oprzeć. A przynajmniej tak to wygląda z punktu widzenia dziewczynki w czerwonej kurtce. Jas i jej młodszą siostrę, Hannę, coraz bardziej niepokoi zachowanie Obbego. Niepokoi, ale i pociąga. Zwłaszcza naszą małą narratorkę, która w tym samym czasie odkrywa w sobie inną „wstydliwą przypadłość”. Zwyczajne(?) przebudzenie seksualne. Proces dojrzewania, na który Jas nie jest gotowa. Nie rozumie, co się z nią dzieje, ale wie, że nie powinna wtajemniczać dorosłych w swoje rozterki. To, czemu się oddaje pod osłoną nocy prawdopodobnie spotkałoby się z potępieniem nie tylko rodziców, ale w ogóle wszystkich dorosłych mieszkańców wioski. Marieke Lucas Rijneveld w swojej pierwszej opublikowanej powieści na dosyć ekstremalnym przykładzie przedstawia skutki wychowywania dziecka w niewiedzy na temat, bądź co bądź, naturalnych procesów zachodzących w jego ciele. Telewizor Mulderów odbiera tylko trzy kanały. Jedyne bezpieczne, jedyne, w których nie znajdzie się wstrętnej golizny. Rodzice Jas, jak na wzorowych chrześcijan przystało (za takowych w każdym razie się uważają) brzydzą się epatowaniem w przestrzeni publicznej wszystkim, co kojarzy im się z seksem. I robią wszystko, co w ich mocy (no prawie, bo jakoś codziennej kąpieli to nie dotyczy), żeby trzymać swoje dzieci z dala od tego obrzydliwego trendu. Od grzesznych myśli i uczynków. Po śmierci pierworodnego starają się już mniej, dużo mniej. Pogrążają się w jak najbardziej zrozumiałej rozpaczy, a zatem nie poświęcają Jas, Obbemu i Hannie tyle uwagi, co przedtem. Budują coś w rodzaju murów obronnych. Uciekają do wewnątrz, w głąb siebie. Podobnie zresztą jak ich latorośle.

Marieke Lucas Rijneveld przenosi nas w swoim głośnym powieściowym debiucie na holenderską wieś, która stanowi swego rodzaju literacki odpowiednik miejsca, w którym sam/a dorastał/a. Wieś, którą na kartach „Niepokój przychodzi o zmierzchu” przedstawia bez przebierania w słowach. W sposób brutalny, nieestetyczny, niesmaczny, odrażający. O miłośników mroczniejszych klimatów (horrorów, odważniejszych thrillerów) jestem spokojna, ale nie mogę tego samego powiedzieć o pozostałych odbiorcach omawianej powieści. Mówiąc wprost: świat przedstawiony mocno rozminie się z wrażliwością, tak zwanym zmysłem estetycznym co poniektórych czytelników. Gdyby książka nie wzbraniała się tak zaciekle przed szufladkami gatunkowymi - gdyby sprzedawano ją jako thriller, o horrorze już nie wspominając - to zapewne trudniej byłoby wyłowić głosy krytyczne w stosunku do bezpośrednich, wstrętnych opisów poczynionych ręką osoby, która, o czym warto pamiętać, w pewnym stopniu opiera się na własnych doświadczeniach. Na wspomnieniach z dzieciństwa w takiej niewielkiej miejscowości rolniczo-hodowlanej. Można więc chyba bezpiecznie założyć, że cały ten brud, cała ta brutalność, a nawet fetor, który, przysięgam, docierał do moich nozdrzy (tak sugestywne są to opisy – niedługie, ale treściwe, obrazowe, pobudzające właściwie wszystkie moje zmysły), to twardy realizm. Nie żaden artystyczny środek obliczony na budzenie w odbiorcach nieprzyjemnych emocji. Nie horror ekstremalny tylko życie ekstremalne. Surowa, niemal bezduszna rzeczywistość, w której wprawdzie dużo mówi się o miłości do bliźniego, gdzie na każdą okoliczność ma się jakiś ustęp z Pisma Świętego, gdzie Słowo Boże jest najważniejsze - ważniejsze nawet od krów, które na farmie Mulderów zdają się cieszyć większymi względami gospodarzy niż ich rodzone dzieci – ale gdy sąsiadom gorzej się wiedzie, na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy nie odwracają wzroku, którzy okazują im jakieś widoczne wsparcie. Bóg na ustach, a egoizm w sercach. Chociaż nie, nie do końca. Bo jednak w tej niewielkiej społeczności nie brakuje ludzi żywotnie zainteresowanych tym, jak układają się Mulderom sprawy po stracie najstarszego dziecka. Nie tyle jest to jednak gotowość do pomocy niewyobrażalnie cierpiącym ludziom, ile sprawdzanie, czy aby nie zbaczają ze ścieżki Pana. Pilnowanie, by trzymali się reguł. Tymczasem wiara w sercach Mulderów powoli wygasa. Odbywa się to prawie niedostrzegalnie, ale chociaż nasza narratorka tak daleko idących wniosków, przynajmniej do pewnego momentu, nie wyciąga, to niekoniecznie bezstronny obserwator wydarzeń na farmie, w zachowaniu gospodarzy pewnie bez trudu wypatrzy dowody świadczące o ich najpewniej nieświadomym oddalaniu się od Boga Wszechmogącego. Jas i Hanna obawiają się, że rodzice niebawem pożegnają się z tym światem. Podążą za swoim pierworodnym. Albo po prostu odejdą z farmy, w poszukiwaniu lepszego życia. Osiądą w jakimś innym miejscu na ziemi, nie oglądając się przy tym na resztę swoich dzieci. Odejdą oboje albo tylko jedno z nich. Jas i Hanna ufają, że będą pierwsze, że ubiegną rodziców w osiedleniu się gdzie indziej. Z dala od tej mrocznej, pozbawionej wszelkiej nadziei (poza nikłą nadzieją, choć trzeba zaznaczyć, że i obawą - jeden z lęków Jas - na zmartwychwstanie Matthiesa), zdesperowanej, skąpanej w bezdennej rozpaczy, farmy, do której wkradają się coraz to nowe nieszczęścia. Zupełnie, jakby na Mulderów spadło jakieś przekleństwo. Straszliwa klątwa. Najpierw okrutny los zabrał Matthiesa, potem w pewnym sensie rodziców i co gorsza nie mamy powodów przypuszczać, że teraz może być już tylko lepiej. Wręcz przeciwnie: wszystko wskazuje na to, że pazerna Śmierć zadomowiła się na tej coraz to bardziej obskurnej, przygniatająco ponurej farmie gdzieś w Holandii, że to nie koniec okropnych niespodzianek, jakie już na nich czekają. W nieodległej przyszłości, może już jutro. Może na następnej stronie, w następnym rozdziale. Tak czy inaczej nie miałam absolutnie żadnych wątpliwości, że będzie tylko gorzej. Zepsucie, zgnilizna, rozpad, ekskrementy, degrengolada młodych umysłów i co najwyżej malutkie iskierki światła w tym niekończącym się koszmarze. Iskierki, które nie dość, że nie są w stanie rozproszyć ciemności, których tak obawia się narratorka, a które odczuwalnie nawet za dnia przykrywają ziemie Mulderów, to na dodatek niepowstrzymanie gasną. Jedna za drugą. Nie ukrywam, że nie raz nie dwa zagubiłam się nieco w tym, zamierzenie nieuporządkowanym, potoku słów (obrazki z teraźniejszości bez ostrzeżenia przeplatają się ze wspominkami, a wszystko podlane dziecięcą fantazją) małej straumatyzowanej dziewczynki, ale z drugiej strony trudno oczekiwać od osoby w tak młodym wieku bardziej składnego, poukładanego, sprawozdania. Nie wspominając już o stanie jej ducha, coraz to mocniej destabilizującej się psychice i środowisku, bliższym i dalszym otoczeniu, z którego czerpie wzorce. Najgorsze, że głównym autorytetem staje się dla niej człowiek najwidoczniej jeszcze bardziej pogubiony od niej. „Niepokój przychodzi o zmierzchu” z pewnością nie jest jedną z najodważniejszych, najmocniejszych powieści jakie w życiu przeczytałam, ale niewątpliwie porusza - subtelnie, poprzez aluzje, dosyć wyraźne, czytelne, ale jednak tylko sugestie - trudne, cięższe tematy. Nie boi się Marieke Lucas Rijneveld zapuszczać na grunt tak zwanego tabu. Ale jest i odrobina humoru, czasami smoliście czarnego (tak czarnego, że w angielskim wydaniu książki został wycięty: żart o Adolfie Hitlerze, o którym zresztą będzie więcej - można powiedzieć, że ten straszny pan często gości w umyśle naszej biednej narratorki), najczęściej będącego wyrazem niespożytej, nienasyconej, barwnej wyobraźni jeszcze nie wszystko pojmującej istoty. I, jak to dziecko, tłumaczącej sobie przeróżne „zagadki wszechświata” na swój własny, wyjątkowy sposób.

Niepokój przychodzi o zmierzchu”, debiutancka powieść urodzonej i mieszkającej w Holandii osoby niebinarnej, Marieke Lucas Rijneveld, w Polsce ukazała się mniej więcej trzy lata po jej światowej premierze pod szyldem Wydawnictwa Literackiego. Wydanie w twardej oprawie z roku 2021. Ładne wydanie depresyjnej, klaustrofobicznej opowieści o ludziach, którym bardzo źle się wiedzie. Opowieść o różnych sposobach (nie)radzenia sobie z potężną traumą, o bezdennej rozpaczy, smutku, który wydaje się być nie do przezwyciężenia, o uciekaniu w świat wyobraźni, dojrzewaniu i wkraczaniu na straceńczą ścieżkę. O patrzących w otchłań. I cierpiących. Okrutnie cierpiących. Polecam, ale nie wszystkim. Na pewno nie osobom poszukującym bardziej przystępnej, mniej wymagającej, po prostu łatwiejszej lektury. I może też nie tym, którzy mają bardzo niską tolerancję na niepiękne, brudne obrazki.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

wtorek, 20 lipca 2021

Antologia „Grobowiec Tom 1. Zaraza”

 
ANNA MARIA WYBRANIEC, KRZYSZTOF WROŃSKI, WOJCIECH USZOK, KONRAD MOŻDŻEŃ, TOMASZ SABLIK, PAWEŁ CIEĆWIERZ, JAKUB BIELAWSKI, BARTŁOMIEJ GRUBICH, RAFAŁ ZIĘBIŃSKI, KAMIL STANISZEK, MACIEJ KRZYWIŃSKI, SEBASTIAN KRÓLIKOWSKI, ŁUKASZ RADECKI, GRZEGORZ KOPIEC, DAWID LIPSKI

Nowa inicjatywa wydawnictwa Vesper. „Grobowiec Tom 1. Zaraza” otwiera zaplanowany cykl polskich antologii opowiadań grozy, które łączy z góry narzucony przez wydawców temat. Temat bardzo szeroki, jak się okazuje. W każdym razie piętnaście nazwisk na polskiej scenie pisarskiej w pierwszym „Grobowcu” doskonale pokazuje, jak pojemny jest, skądinąd znany miłośnikom gatunku, motyw zarazy. Do podobnego wniosku doszedł też pomysłodawca i redaktor „Grobowca. Zarazy”, pan Jakub Kozłowski, który wita nas w tych obmierzłych murach krótkim, acz treściwym przedstawieniem procesu wznoszenia owej mrocznej budowli. Potem głos zabierze popularny pisarz, Łukasz Orbitowski, który, także w niewielu słowach, powie coś o sobie. O swojej niesłabnącej miłości do szeroko pojętego horroru. A potem zacznie się zwiedzanie tytułowego przybytku, od jednego z opowiadań Anny Marii Wybraniec (będzie jeszcze jeden), który pełni rolę prologu. Pozostałe teksty rozlokowano w trzech grupach: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Makabryczne ilustracje stworzył mistrz Maciej Kamuda, który zaprojektował także nastrojową (twardą) okładkę. Smakowita prezentacja, a i treść na tyle zróżnicowana, że każdy fan literatury grozy powinien znaleźć w „Grobowcu” coś dla siebie.

Zacznijmy od moich ulubieńców. Teksty z mojego czterostopniowego podium. Wspaniała czwórka, na czoło której wysuwa się „Nomen nominandum”, osadzone w okresie powojennym opowiadanie Konrada Możdżenia, autora wyśmienitej powieści „Chodź ze mną” z 2020 roku. Mamy pewną rodzinę, która zostaje przesiedlona do Wrocławia. Jakiś czas potem jeden z jej członków, młody mężczyzna, ma wypadek w pracy. Trafia do szpitala, gdzie dzieli pokój ze starszym człowiekiem, który bredzi o jakiejś zarazie. Nasz bohater zauważa, że personel tego dość mocno zniszczonego szpitala patrzy na jego współlokatora z nieskrywaną niechęcią, choć już jego samego traktują z należytą troską. Starzec z jednej strony go przeraża, a z drugiej jest obiektem jego współczucia. Starzec ostrzega go przed straszliwą zarazą, o której najwyraźniej wie tylko on. Szalony, czy jedyny świadomy niebezpieczeństwa, które dotarło do miasta? Odpowiedź może Was nielicho zaskoczyć. Klaustrofobia, paranoja, mrożąca krew w żyłach zagadka. Obezwładniająca, dusząca aura osnuwająca unieruchomionego, przykutego do szpitalnego łóżka sympatycznego bohatera... któremu powoli udziela się szaleństwo tajemniczego człowieka dzielącego z nim pokój?

Autor „Kociej mordy”, Zemsta ma smak czerwieni” i „Pętli”, która ma ukazać się już wkrótce pod szyldem wydawnictwa Vesper, Kamil Staniszek, przedstawia nam „Nagłą śmierć”. Całkiem obszerny tekst o raku toczącym Matkę Naturę. Chemioterapia już została wdrożona. Wyniszczający proces już się zaczął, ale to nie wystarczy. Nowotwór jest wyjątkowo złośliwy, trzeba zatem uderzyć w niego z wyjątkową siłą. Wejść w kolejną, agresywniejszą, fazę leczenia. Opowieść o samooczyszczaniu się planety, sukcesywnym pozbywaniu się zagrożenia, z perspektywy owego zagrożenia. Pieczołowity opis najprawdopodobniej ostatnich chwil na ekstremalnie, bardziej niż dotychczas, nieprzyjaznej planecie Ziemia, gdzie prawdziwą wisienką na torcie, według mnie, jest pewien fatalny w skutkach stosunek płciowy. Pierwsze słyszę – no cóż za wyobraźnia! Przebieg dość klasyczny, bez irytujących udziwnień, co prawda z przewidywalnym zakończeniem, ale pasującym do kontekstu. Bądź co bądź, właściwym.
Zaczęło się od gwiazd” Łukasza Radeckiego, jednego z najbardziej płodnych polskich pisarzy specjalizujących się w szeroko pojętym horrorze. Opowieść, która może przypomnieć „Kolor z przestworzy” H.P. Lovecrafta. Wszystko zaczyna się od czegoś spadającego z nieba. Na pewnej polskiej wsi, zamieszkałej między innymi przez czteroosobową rodzinę z klasy średniej. Ojciec, matka i ich dwie małe córeczki w obliczu wielce zagadkowej i jeszcze bardziej niebezpiecznej zarazy. Ohydnej zarazy. Mięsiste gore. Rzecz wyraźnie skłaniająca się w stronę body horroru. Bez zbędnych kombinacji, po prostej... obłędnie zarośniętej prostej, po której przechadzają się nagle obcy znajomi. Tak drastycznie obcy, tak odrażający, i tak boleśnie nieszczęśni, tak pokrzywdzeni przez okrutny los. Powolny rozpad, zgnilizna tocząca nie tylko ciała, ale i dusze ludzi uwięzionych w epicentrum koszmaru, z jakim ludzkość mierzy się po raz pierwszy. I możliwe że ostatni. Przygnębiająca, odbierana właściwie wszystkim zmysłami – smród też dociera – opowieść o potwornej tragedii, jaka dotknęła pewną rodzinę (centrum opowieści), z którą łatwo nawiązać silną więź. A zatem życzyć im szczęśliwego finału zmagań z niewyobrażalnym... czymś.
Co było, minęło” Bartłomieja Grubicha, autora wydanego w 2019 roku „Biegacza” i zapowiedzianej powieści pt. „Koniec. Baśń o mieście, w którym zawsze pada deszcz i skończył się świat”, to opowieść o kobiecie, która zaczyna spotykać się ze sprawiającym sympatyczne wrażenie mężczyzną, ale niespodziewanie zostaje uwięziona we własnym mieszkaniu. Wybucha wszak pandemia, szaleje jakiś nieznanych wirus, a nasza bohaterka pada jego ofiarą. Przyjemnie zagadkowa to opowieść. Bardzo dobrze napisana, poprowadzona - płynna narracja, dająca do myślenia końcówka, plastyczne opisy, ze wskazaniem na skołatane myśli przebywającej przynajmniej na pozór w ciasnej, zamkniętej przestrzeni, bohaterki.

(źródło: https://pl-pl.facebook.com/WydawnictwoVesper/)

Przechodzimy do opowiadań, które ustawiłam sobie tuż za podium. Kolejnych atrakcji, elementów zdecydowanie uświetniających ten zbiór, w moim poczuciu pracujących na jego korzyść, na podniesienie ogólnego poziomu „Grobowca Tomu 1. Zarazy”. Zaraz za pudłem ładna parka. Ona: „Uwęglenie bytu” od Anny Marii Wybraniec, autorki „Niebo, ptaki i robaki” (świetny tytuł, swoją drogą). Rzecz o urzędniczce z Bytomia, która ma lekką(?) obsesją na punkcie tego umierającego miasta. Nasza bohaterka robi wszystko, co w jej mocy, by tchnąć życie w swój ukochany Bytom. Zatrzymać proces rozpadu, który wbrew jej wysiłkom wciąż postępuje. Jest to też opowieść o miłosnym związku, który nie przetrwał próby, ale oto pojawia się szansa na jego odnowienie. Wraz z listem od ukochanego. Oryginalna konstrukcja (prawie poezja), melancholijny nastrój, obrazowe opisy ciężko już oddychającego miasta, z niespodziewanym akcentem na koniec. Ów akcent mógłby być jednak ciut mocniejszy.
Teraz on. Robert Ziębiński - tak, ten sam, który między innymi sporządził instrukcję obsługi twórczości Stephena Kinga - wysyła nam „Pocztówkę z wakacji”. Opowieść o nietracącym nadziei mężczyźnie. Desperacko trzymającym się jej ostatniej iskierki. Mężczyzna staje oto do, wydaje się, z góry skazanej na porażkę, zaciekłej walki o życie ukochanej kobiety. Kobiety, która złapała śmiertelnie niebezpiecznego wirusa. Kobiety, który prawdopodobnie właśnie dożywa swoich dni na oddziale zakaźnym w szpitalu, w którym nasz bohater jest dobrze znany. Rozwija się jak melodramat, słodko-gorzka opowieść o dobranej parze, która za chwilę może zostać bezpowrotnie rozdzielona. Szybka, ale wciągająca opowieść z potężnym bum! na mecie.
A za plecami tej dwójki, wręcz depczące im po piętach trio łakomczuchów. Istot żywiących się ludzkim strachem. Moje pierwsze spotkanie z piórem Wojciecha Uszoka nie należało do szczególnie udanych. Mowa oczywiście o jego debiutanckiej powieści z roku 2020 pod tytułem „Manuskrypt”, ale tutaj, w tym mrocznym „Grobowcu” dał mi zdecydowanie lepszy występ. Tocząca się w odległej przeszłości „Zaraza”, wydaje się mniej zaraźliwa od innych. Tytułowy temat zaznacza się bardzo subtelnie, ledwo dostrzegalnie. Uszok opowiada nam o zarządcy małej miejscowości, który niechętnie zgadza się wymienić swojego chorego konia na ukochaną klacz swojego przyjaciela. Na jakiś czas albo na zawsze, w zależności od rozwoju sytuacji. Tragiczna, smutna, zgrabnie poprowadzona historia, która jednak mogłaby wypuścić jeszcze choćby tylko jeden błyskawiczny cios. Tak na dokładkę.
Recykling” autorstwa dosyć doświadczonego w literackiej grozie Pawła Ciećwierza to relacja z niedługiego śledztwa prowadzonego przez sutenera, któremu gdzieś się zapodziała jedna z podopiecznych. Dziewiętnastoletnia prostytutka: nie tylko jego pracownica, ale też bliska przyjaciółka. Skojarzenia z „Trupią otuchą” Dana Simmonsa dopadły nie tylko mnie i szczerze mówiąc traktuję je jako wartość dodaną. Są i depresyjne opisy umierającego miasta (znowu Bytom) – a właściwie jednej dzielnicy. Bród, smród, ubóstwo, bezprawie, królująca przestępczość. Brakuje tylko puenty. Jakiegoś bardziej charakterystycznego pierwiastka w tym „znanym ustroju”.
Oko zbielało” Maciejowi Krzywińskiemu („Faith No More. Królowie życia (i inne nadużycia)”, „Zgniła zieleń: Historia Carnivore i Type O Negative”). W postapokaliptycznym świecie, w którym najlepiej urządzili się ludzie z tak zwanych wyższych sfer. Ludzie mający dostęp do pożywienia. Płacą nim za niedrobne usługi naszym (anty)bohaterom. Łowczym. Polującym na zarażonych. Dużo opisów miasta spustoszonego przez zarazę (w istocie to cały świat), mniej krwawych incydentów, ale te które są zwracają uwagę – soczysta groteska. To samo zresztą mogę powiedzieć o zakończeniu. Jest zaskoczenie w tej, bądź co bądź, wyświechtanej wizji przyszłości.

(źródło, zwiastun książki: https://www.facebook.com/WydawnictwoVesper/videos/330592108680800/)

Przyszła pora na opowieści, do których mam ambiwalentny stosunek. Ani złe, ani dobre. W moim uznaniu utwory po prostu średnie. „Wdowi Dom” autora wydanego w 2015 roku „Czarnego boga” (powieściowy debiut), Krzysztofa Wrońskiego, toczy się przed wiekami i na pewno broni się klimatem. To znaczy przez jakiś czas, bo tajemnicy, która wkrada się do dworu na głębokiej prowincji wraz z przybyciem księżnej i jej ludzi, w moim poczuciu, nie udało się podtrzymać. Żonglować, grać tym pierwiastkiem na tyle sprawnie, żeby w miejsce zaciekawienia nie weszło znużenie.
Autor dwóch hitowych powieści „Próby sił” (opublikowanej pod pseudonimem T.S. Tomson) i „Windy” (niebawem trzecia: „Lęk”), Tomasz Sablik i jego „Wielka noc”. Opowieść o młodej kobiecie, która z jakiegoś zagadkowego powodu została uwięziona we własnym pokoju przez zajmujących to samo mieszkanie rodziców i brata. Wprawdzie wszystkie postacie są płaskie, papierowe, ale spotkania z tą dziwną, bardzo podejrzaną rodzinką, szczerze mówiąc, przyjmowałam z ulgą. Dawały mi upragnione wytchnienie od drugiego wątku, który między innymi mówi o przygotowaniach do pewnego napadu (wspomnienie „Nieznajomych”, głośnego filmowego thrillera wyreżyserowanego przez Bryana Bertino, sygnalizuje – nie czytaj: gwarantuje – popłynięcie na fali home invasion): mowa potoczna, sporo wulgaryzmów i niewiele ponadto – taki tam zapychacz. Jest frapująca tajemnica, jest i niezłe zamknięcie, ale jest też ciężkostrawny (o sobie mówię) miszmasz znanych motywów. Podanych prawie beznamiętnie, trochę na zasadzie kopiuj-wklej. Klisza goni kliszę, która kliszę pogania.
Jakub Bielawski, autor między innymi powieści „Dunkel” i – uwaga - „Ćmy”, swój wkład w „Grobowiec Tom 1. Zarazę”, zatytułował „Schlesierthal”. Według mnie bardzo nierówny wkład, bo „dwoma językami” napisany. Pierwszy to chaotyczny potok słów młodej dziennikarki kierowany do osoby, której kwestie celowo zostały pominięte. Taka mała zabawa formą. Szczerze mówiąc, głowa mnie rozbolała od tych łamańców językowych głównej narratorki, jakąż więc pociechę czerpałam z poukładanych, piękną polszczyzną spisanych, listów pewnej emerytowanej nauczycielki, która ma podejrzenie graniczące z pewnością, że niedawno odziedziczony przez nią wiejski dom jest nawiedzony. I nie tylko listów. Fabuła może i niespecjalnie odkrywcza (trochę tak), ale raz, że lubię historie o nawiedzonych, czy tylko rzekomo nawiedzonych, przez takie czy inne niezwykłe istoty, a dwa: kiedy trzeba Bielawski potrafi podkręcić emocje. Uwaga: dom pod napięciem.
Pisarski debiut Sebastiana Królikowskiego, opowiadanie „Choreomania”, rozgrywa się w postapokaliptycznych realiach. W świecie zdziesiątkowanym przez zarazę. Bezimienny bohater jest jednym z nielicznych, którzy umknęli chorobie. Wciąż jednak muszą się bardzo pilnować, bo wirus nie śpi. To w zasadzie zapis monotonnych dni niedługo już osamotnionego człowieka w dojmująco cichym miejscu (zapachniało mi „Jestem legendą”, ponadczasową minipowieścią Richarda Mathesona). Rzecz porządnie, starannie napisana, klimatyczna, ale chciałoby się, żeby więcej się na tym bezludziu zadziało.
Kiedyś wszyscy byliśmy ludźmi”, choć nie takie najgorsze, najbardziej mnie rozczarowało. Od człowieka, który obdarował mnie doskonałym „Eksperymentem” opublikowanym w roku 2021 (mniej więcej dwa lata wcześniej wypuszczono jego debiutancką powieść, „Czas pokuty”), czyli rzecz jasna Grzegorza Kopca, spodziewałam się dużo więcej. Z „W cieniu Bangor. Antologii inspirowanej prozą Stephena Kinga” wiem, że krócej też potrafi. Ale tym razem oszczędził mi większych podniet. Ot, sztampowa opowieść o kobiecie, która wraz ze swoim trzyletnim synkiem jest wieziona przed dwóch żołnierzy na spotkanie z od miesięcy niewidzianym ukochanym mężczyzną. Wątek ten przeplata się z warstwą zajmowaną przez nieumarłego, dopiero co powstałego z martwych osobnika, który rusza na żer. Klimat całkiem mroczny – Kopiec chyba inaczej nie potrafi, nie żebym narzekała – ale za mało inwencji własnej. Raz może zaskoczyć, poza tym jednak... typowa opowiastka o zombiakach.
Garstka proszku” Dawida Lipskiego („Jan Peckham i Tomasz z Akwinu. Spór o jedność formy substancjalnej w człowieku”) przypomniała mi „Coś za mną chodzi” filmowy horror z tak zwanej nowej fali w reżyserii Davida Roberta Mitchella. I było to skojarzenie całkiem przyjemne. Końcówka mocna, naprawdę potworna, ale wcześniej... wcześniej jest tylko piesza wędrówka najwyraźniej nieosamotnionego człowieka, którego dopadł jakiś wirus. I początkowo bardzo zwyczajne wspominki dawnego życia. Trochę „kanciasty” styl, troszkę za mało treści, jak dla mnie, ale... plusy w zasadzie już podałam.

Na koniec wróćmy do początków. Prolog, czyli jedyny tekst, w którym prawie niczego dla siebie nie znalazłam. A naprawdę bardzo uważanie się rozglądałam. „Głodna woda” pióra Anny Marii Wybraniec to fragment żywota pewnego księdza. Można chyba śmiało powiedzieć, że najgorsze chwile w jego życiu. Tu i teraz, ale też w niedalekiej przeszłości. Teraźniejszość przeplata się bowiem z retrospekcjami, sięgającymi pierwszego etapu pandemii. Globalnej zarazy. Dużo modlitw i niewiele ponadto. Tylko betonoza (jeden punkt idzie do...) – ludzie wyrzekli się Natury, która, powinni to wiedzieć, zawsze się odbije.

Dobre, miejmy nadzieję, jeszcze lepszego początki. Projektu wydawnictwa Vesper pod nazwą „Grobowiec”. Pierwszy temat „Zaraza” (następna będzie „Przysługa”), całościowo patrząc, przebiegł dość gładko. Nie obyło się bez dziur w nawierzchni, bez wertepów, które jednak większego niebezpieczeństwa nie stwarzały. Poważniejszych obrażeń nie odniosłam, dojechałam nie tylko w jednym, niepokancerowanym kawałku, ale i dojechałam z całą gamą miłych wspomnieć z podróży. Upiornych, makabrycznych, ponurych wspomnień z przejażdżki po rozległych, wręcz bezkresnych polach powstałych z połączenia kilkunastu umysłów. Z wyobraźni mniej i bardziej doświadczonych pisarzy i jednej pisarki. Naszych, polskich smaków. Wstąpcie więc i Wy do tego mrocznego, pożądanie obskurnego „Grobowca” w czasach „Zarazy”!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 18 lipca 2021

„Ulica Strachu – część 3: 1666” (2021)

 
Recenzja może zawierać spoilery „Ulicy Strachu: 1994” i „Ulicy Strachu: 1978” Leigh Janiak

Deena Johnson ma wizję przedstawiającą wydarzenia z 1666 roku z perspektywy Sarah Fier, dziewczyny mieszkającej z ojcem i bratem Henrym w Union, bogobojnej osadzie sprzed podziału na miejscowości Shadyside i Sunnyvale. Sarah jest osobą powszechnie lubianą, ale wszystko się zmienia, gdy w spokojnej dotychczas osadzie zaczyna źle się dziać. Mieszkańcy są przekonani, że to robota Diabła. Jednocześnie na jaw wychodzi pilnie strzeżony sekret Sarah Fier i córki pastora Hannah Miller i tylko Solomon Goode, szanowany obywatel, który jakiś czas temu stracił żonę i dziecko, jest zdania, że dziewczęta nie mają nic wspólnego z nieszczęściem, jakie spadło na Union.

Zamknięcie dystrybuowanej przez Netflixa filmowej trylogii, luźno inspirowanej powieściową serią „Fear Street” (pol. „Ulica strachu”) autorstwa R.L. Stine'a, w całości wyreżyserowanej przez Leigh Janiak, twórczynię między innymi „Miesiąca miodowego” z 2014 roku. Scenariusz „Ulicy Strachu – części 3: 1666” (oryg. „Fear Street: Part Three - 1666”) napisała wespół z Kate Trefry, która pracowała między innymi nad głośnym serialem „Stranger Things” oraz Philem Graziadeiem, który wraz z Leigh Janiak napisał scenariusz wspomnianego „Miodowego miesiąca” i od początku był zaangażowany w jej projekt „Fear Street” - współscenarzysta „Ulicy Strachu – części 1: 1994” i jeden z pomysłodawców fabuły „Ulicy Strachu – części 2: 1978”. Leigh Janiak zdradziła, że spisując „Ulicę Strachu: 1666” miała przed oczami takie filmy, jak „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” Roberta Eggersa, „Osada” M. Nighta Shyamalana, „Czarownice z Salem” Nicholasa Hytnera i „Podróż do Nowej Ziemi” Terrence'a Malicka.

Znana z poprzednich części „Ulic Strachu” Leigh Janiak, Deena Johnson przenosi się w czasie: z roku 1994 do roku 1666. Choć chyba bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, że licealistka staje się kimś innym. Wygląda jak Deena, ale nią nie jest. Jest Sarah Fier, młodą kobietą, którą, jak wiemy z poprzednich części, czeka śmierć przez powieszenie. W rzeczywistości Sarah wyglądała inaczej, to samo zresztą można powiedzieć o wielu innych mieszkańcach Union, pierwotnej osady, sprzed podziału na miasteczko Shadyside i sąsiadujące z nim miasto Sunnyvale w stanie Ohio – obrazy przyjęte jedynie na użytek wizji Deeny. Wybór tej samej obsady, co w poprzednich częściach (dwójka była kręcona jako ostatnia, ale casting najpewniej odbył się wcześniej), mógł być dyktowany przede wszystkim chęcią/potrzebą zaoszczędzenia „paru” dolarów i/lub przyśpieszenia prac, uniknięcia zbędnych zawirowań. Tak czy inaczej, wymyślone na użytek „Ulicy Strachu – części 3: 1666” przeniesienie w czasie jest zdecydowanie bardziej pomysłowe niż w poprzedniej cegiełce tej filmowej – niestety dla mnie – tylko triady. Z drugiej strony ze słów samej Leigh Janiak wynika, że chętnie zaangażowałaby się w kolejny tego rodzaju projekt. Nowa opowieść w trzech częściach, przynajmniej duchowo (klimatem) powiązana z historią między innymi Deeny Johnson. Nastolatki zamieszkałej w amerykańskim miasteczku Shadyside. Miasteczku przeklętym przez wiedźmę Sarah Fier. Młodą kobietę skazaną na śmierć przez powieszenie w 1666 roku za praktykowanie czarnej magii. Zawarcie paktu z samym Szatanem. Kiana Madeira w trzeciej odsłonie „Ulicy Strachu” dostała podwójną rolę. Rolę Sarah Fier, ale też po raz kolejny zobaczymy ją pod postacią Deeny Johnson. Ze wszystkich występów Madeiry w tym trzyaktowym przedsięwzięciu pod kierownictwem Leigh Janiak, ten uważam za najbardziej udany. I dotyczy to tak Sarah, jak Deeny, bo chyba dla nikogo, kto widział „Ulicę Strachu: 1978” nie będzie zaskoczeniem wejście też w epokę tej drugiej. Czyli powrót do przyszłości. Ale najpierw zobaczymy narodziny klątwy. W wieku XVII w osadzie o nazwie Union, gdzie tak naprawdę rozpoczyna się historia nieszczęsnego miasteczka Shadyside i miasta dobrobytu Sunnyvale. Przekonuje sceneria, przekonują kostiumy. Przekonuje i kolorystyka zdjęć. Jeśli porównać „Ulicę Strachu: 1666” do innych obrazów osadzonych w zbliżonym okresie. W czasach polowania na tak zwane czarownice. W każdym razie dominują szarości – skuteczny, choć niewyszukany, prosty sposób na uwypuklenie znojnego, niedostatniego i właściwie pozbawionego lepszych perspektyw żywota osadników. Ponuro, brudno, skromnie i bez nadziei na lepsze jutro. Bo i niewielu pragnie czegoś więcej od życia. Mieszkańcy Union wprawdzie nie mają wiele, i co prawda każdego dnia muszą ciężko pracować, żeby to utrzymać, ale wygląda na to, że prawie wszystkim tyle do szczęścia wystarczy. Solomon Goode – tak, z tych Goode'ów – bliski przyjaciel głównej bohaterki, Sarah Fier, jest smutnym wyjątkiem. Człowiekiem z dużo większym bagażem doświadczeń niż bodaj cała reszta. Stracił żonę, stracił dziecko, ale za to zyskał wspaniałą przyjaźń z Sarah Fier. Dziewczyną mieszkającą z ojcem i młodszym bratem Henrym (w tej roli Benjamin Flores Jr. ten sam, który dał się już poznać jako Josh Johnson, brat Deeny), która obraca się... w tych samych kręgach, co Deena. Niezupełnie, bo trzeba pamiętać, że przyjaciele Sarah, chociaż w naszych oczach wyglądają tak samo, w rzeczywistości są zupełnie innymi ludźmi. Ale możliwe, że są spokrewnieni, że wszyscy oni (nie tylko najlepsi przyjaciele Sarah) to dalecy przodkowie postaci znanych z poprzednich wypraw na Ulicę Strachu. Antybohaterkę legendy, na której, można tak to ująć, w przyszłości będzie stało miasteczko Shadyside w stanie Ohio, poznajemy jako pracowitą, empatyczną, głęboko wierzącą dziewczynę, która jak szybko się okazuje ma pewien sekret. Dzieli go z córką pastora, swoją rówieśniczką Hannah Miller (witaj Sam) i obie właściwie nie mają wątpliwości, że wypłynęły na niebezpieczne wody. Jeśli ich tajemnica zostanie odkryta, w najlepszym razie czeka ich powszechny ostracyzm, niechęć, nieskrywana wrogość pozostałych mieszkańców Union, a w najgorszym śmierć. „Małe czarownice. Obrzydliwe grzesznice. Zło w najczystszej postaci. Zaraza” - tak by mówili. Tak będą mówić w przyszłości. Bo historia kołem się toczy. „Wiary, co w sercach nam mieszka, tłumić już nie musimy. By wiedzieć, że mury piekła my sami dla siebie wznosimy”: Dean Koontz. My sami ziemskie służebnice Szatana tworzymy...

Scenariusz aż za dobrze, boleśnie wręcz znany. Hermetyczna, zżyta, zabobonna społeczność. Seria drobnych wypadków oraz jedna wielka tragedia. I koniec z sąsiedzką solidarnością. Nie ma już wzajemnej sympatii, nie ma zaufania do ludzi, których przecież dobrze znamy. Wkracza wiek ciemny. Rozum ustępuje miejsca szaleństwu. Rozpoczyna się polowanie na przebrzydłe czarownice. Rozpoczyna się skazana na porażkę walka Sarah Fier ze złem, który zalągł się w sercach bogobojnych, prawych ludzi. Przerażonych ludzi. Cieszy mnie, że to wybrzmiało, że Leigh Janiak weszła głębiej w wiecznie aktualny temat nienawiści do bliźniego. Kino zdumiewająco rzadko dociera tak daleko w swoich rozważaniach na temat jednego z ulubionych zajęć ludzkości. Czyli wykluczania tych czy tamtych. Dehumanizowania. Unicestwiania „inności”. Źródłem takich zachowań najczęściej jest po prostu strach przed nieznanym, wszystkim co obce, niepasującym do obowiązującej w danym społeczeństwie normy. Lęk mieszkańców Union oryginalny nie jest – boją się rogatego. Diabła nie mogą zabić, więc utożsamiają go, czy po prostu przenoszą swój gniew na osoby, które wedle ich oceny wstąpiły na ścieżkę nieprawości. Na przykład Sarah Fier. Dziewczyna, która nie jest taka jak oni. Dziewczyna, która w ich oczach niespodziewanie staje się tak samo obca jak Władca Ciemności, któremu z pazerności się oddała. Poświęciła też innych, a tego już na pewno nie można jej darować. „Nie lękam się Diabła. Bardziej lękam się obarczających nas winą sąsiadów” - pada z ust Sarah w momencie, w którym dokonuje najważniejszego wyboru w swoim krótkim życiu. To przełomowa chwila. Moment, w którym wspomnieni sąsiedzi mają dostać tego, czego chcieli. Chcieli wiedźmy, to ją dostaną. Poczują gniew Sarah Fier. Później znanej jako wiedźma z Shadyside. Historia z roku 1666, w przeciwieństwie do swoich sióstr, od początku do samego końca porusza się po rozczulająco prostym torze. Prostym, ale czy przewidywalnym? Dla mnie na pewno nie. Mnie spotkała ogromna niespodzianka, którą doceniam tym bardziej, że nie jest to ot tak sobie rzucona rewelacja, w oderwaniu od pozostałych cegiełek „Ulic Strachu”. Wręcz przeciwnie: to wszystko wyjaśnia. Wszystko idealnie się spina. Cementuje się ta trzyaktowa konstrukcja z imponującą dokładnością, z pomyślunkiem i, co nie mniej ważne, dbałością o emocje, uczuciowością, jakiej na pewno się nie spodziewałam. Pierwsza partia tej produkcji to klasyczna, tradycyjna opowieść grozy o polowaniu na prawdziwe czy wyimaginowane czarownice, zorganizowanym przez małą społeczność w XVII wieku. Jedną ze śmiertelnych ofiar tego obłąkanego procederu już znamy, ale to bynajmniej nie umniejszało mojego zaangażowania w jej tragiczne losy. „Ostatnie pięć minut Sarah Fier w Królestwie Niesprawiedliwości i Bezrozumnej Nienawiści”. Piekło zgotowane przez sąsiadów, którzy... możliwe że słusznie posądzają ją o wezwanie Złego. Przemawia za tym wydarzenie, do jakiegoś doszło w chatce wdowy, miejscowej znachorki parającej się gusłami, którą w „Ulicach Strachu” też już widzieliśmy. W innej odsłonie, ale już się w tym z mistrzowską pieczołowitością poskładanym świecie przedstawionym, przewinęła. Wszystko wskazuje na to – także wydarzenia z przyszłości, które już się przed nami odkryły – że w Union faktycznie zawisło coś złego. Szatan czy jakaś inna bestia na pewno się tu skrada. Albo udzieliła mi się paranoja prawie wszystkich mieszkańców tego miejsca... Krwawych scen, jak poprzednio nie ma wiele, a te, które są na mnie praktycznie żadnego wrażenia nie robiły. Właściwie ledwo je rejestrowałam. Dobrze, poza dosyć upiorną scenką w kościele. Zobaczymy też w trójce, w sumie też już znany, ukłon w stronę body horroru. Dłuższy niż ostatnio, więc może dlatego korzystnego wrażenia, przy tym podejściu, już na mnie nie wywarł - widać, że komputerek maczał swoją brudną klawiaturkę. Brakowało mi też tak mocno rzucających się w oczy, tak jaskrawych pomników dla innych dzieł, jakie wcześniej postawiono dla „Krzyku” i „Piątków trzynastego” albo przynajmniej takiego ukłoniku jaki poczyniono dla wybranej twórczości Stephena Kinga w części drugiej. W trzeciej wzmiankowana jest już tylko „Carrie”, a i książki R.L. Stine'a (znowu) się pojawią, w tym ulubiona pozycja Leigh Janiak spod szyldu „Ulica strachu”, „The Wrong Number”. Skojarzenia z innymi produkcjami oczywiście były – głównie z „Czarownicami z Salem” Nicholasa Hytnera – ale gdzie im tam do takich soczystości, jakimi obdarowywała mnie ta szelma Leigh Janiak przy naszych poprzednich spotkaniach na Ulicy Strachu. [W trakcie napisów końcowych jeszcze jedna scenka.]

Wypatrzyłeś/wypatrzyłaś jakieś mniejszy czy większe dziury w scenariuszach „Ulicy Strachu – części 1: 1994” i „Ulicy Strachu – części 2: 1978”? Rzeczy przegapione przez scenarzystów, nieskładne, do niczego niepasujące, z Księżyca wzięte. Wprost niewiarygodne zbiegi okoliczności, rozwiązania bezsensowne, naiwne. Jeśli odpowiedź jest twierdząca, to tym bardziej zachęcam do zapoznania się z ostatnim rozdziałem tej długiej opowieści. Nie obiecuję, że wszystkie zgrzyty w „Ulicy Strachu – części 3: 1666” zostaną wygumkowane (przykład: pamiętna reanimacja), ale większość, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zakończy swój marny żywot. W tym poruszającym, posępnym horrorze o destrukcji, jaką roztoczyć potrafi jedynie Szatan... i gatunek ludzki. Mądra i potrzebna (choć z całą pewnością nie wszyscy się z tym zgodzą) opowieść osadzona w dwóch odległych epokach, miejmy nadzieję już niedługo, złączonych straszliwym przekleństwem. Klątwą najprawdziwszej wiedźmy.