wtorek, 22 stycznia 2019

Joe Hill „Dziwna pogoda”

Joe Hill, autor między innymi „Pudełka w kształcie serca”, przeniesionych na ekran przez Alexandre'a AjaRogów”, „NOS4A2” (trwają prace nad serialem na podstawie tej książki) i „Strażaka” zebrał w jednym tomie cztery nowele (czy jak kto woli minipowieści) swojego autorstwa, które powstawały z przerwami ponad cztery lata. Publikacja ta zatytułowana „Strange Weather” miała swoją premierę w 2017 roku w jego rodzimych Stanach Zjednoczonych, gdzie została dobrze przyjęta przez czytelników, z krytykami włącznie. W Polsce „Dziwna pogoda” ukazała się w roku 2018. Joe Hill bynajmniej nie jest nowicjuszem jeśli chodzi o krótsze formy literackie. Na swoim koncie ma kilkadziesiąt niedługich utworów, publikowanych w różnych antologiach, magazynach i w formie e-booków. Kilkanaście z nich wydano w zbiorze „Upiory XX wieku”, który był pierwszą książkową publikacją Hilla, ale według mnie na wyróżnienie zasługuje nowela „W wysokiej trawie”, którą napisał wspólnie ze swoim ojcem Stephenem Kingiem – trwają prace nad jej filmową wersją w reżyserii Vincenzo Nataliego. W „Dziwnej pogodzie” nie znalazłam ani jednego utworu, który mogłabym postawić w jednym rzędzie z „W wysokiej trawie”, ale też nie robiłam sobie na to dużej nadziei.

Nowela otwierająca „Dziwną pogodę” nosi tytuł „Zdjęcie”. Joe Hill zdradza w posłowiu, że napisał ją w 2013 roku, wówczas nadając jej nazwę „Zdjęcie, 1988”, i że pierwotnie tekst ów ukazał się w podwójnym numerze magazynu „Cemetery Dance”. Rzecz, jak pierwszy tytuł wskazuje, toczy się w 1988 roku. Głównym bohaterem i zarazem narratorem noweli jest trzynastoletni Michael Figlione: otyły chłopiec parający się konstruowaniem różnych przedmiotów i niemający przyjaciół w swoim wieku. Hill już na początku wprowadza element tajemniczości za sprawą byłej niani Michaela. Starsza kobieta od jakiegoś czasu ma problemy z pamięcią. Mogłoby się wydawać, że to zwyczajna demencja, gdyby nie jej opowieści o człowieku, którego nazywa Panem Polaroidem. Przestrzega przed nim swojego byłego podopiecznego. Mówi, że mężczyzna robi jej zdjęcia, które coś jej zabierają i prosi Michaela by nie dał mu się sfotografować. Czołowy bohater noweli nie bierze poważnie słów staruszki, ale czytelnik już wówczas nie powinien mieć żadnych wątpliwości co do tego, że Pan Polaroid istnieje i tylko kwestią czasu jest aż trzynastolatek się o tym przekona. Aparat fotograficzny o niezwykłych właściwościach przypomniał mi „Polaroidowego psa”, minipowieść (czy jak kto woli nowelę) Stephena Kinga zamieszczoną w zbiorze „4 po północy”, choć u Hilla aparat ma inne właściwości. Atmosfera tajemniczości, którą to autor „Zdjęcia” pieczołowicie buduje niemalże od początku tego utworu, gęstnieje w momencie ujrzenia przez Michaela pewnego zdjęcia wyplutego przez magiczny aparat. Wtedy też akcja nabiera tempa, chociaż nie należy przez to rozumieć, że zostaniemy wrzuceni w wir szaleńczych wydarzeń, w którym nie ma czegoś takiego jak powolne budowanie aury nadnaturalnego zagrożenia. „Zdjęcie” to mój numer jeden zbioru „Dziwna pogoda” przede wszystkim przez ten doskonale wyczuwalny klimat lat 80-tych XX wieku, przez tę namacalną wręcz tajemniczość najsilniej bijącą z pierwszej partii rzeczonego utworu i sukcesywnie zagęszczającą się aurę nadnaturalnego zagrożenia w postaci enigmatycznego mężczyzny i jego przeklętego aparatu.

Naładowany” wykluł się w głowie Joego Hilla pod wpływem masakry w szkole w Newton, w stanie Connecticut z 2012 roku, ale do przelewania go na papier przystąpił dopiero jesienią roku 2016. To autor zdradza w posłowiu „Dziwnej pogody”, dodając, że tekst ten jest próbą zrozumienia słabości Amerykanów do broni palnej. Dla mnie ta nowela jest przede wszystkim przestrogą przed stereotypowym myśleniem, w którym to niemałą rolę odgrywa strach od lat zasiewany w umysłach obywateli tak zwanego zachodniego świata przez media i polityków. Zdecydowanie większe żniwo zbiera choroba nowotworowa, ale od zamachu na World Trade Center to terroryzm jest kreowany jako największe zagrożenie współczesnego świata, a przynajmniej takie mam wrażenie. Przekaz, że jakoby każdy terrorysta jest muzułmaninem dotarł już pewnie do każdego obywatela tzw. zachodniego świata i jak zauważa Hill w stresujących sytuacjach może mieć decydujące znaczenie. Wielki miłośnik broni Randall Kellaway, niegdyś wydalony ze służby wojskowej, obecnie pracujący w ochronie centrum handlowego na Florydzie, pewnie nie pozbawiłby życia niewinnych ludzi, gdyby nie strach przed muzułmanami. Tutaj zadecydował impuls, odruch wywołany przekonaniem, że ten, kto strzela do ludzi na pewno jest wyznawcą islamu. Przekonaniem, z którego możemy sobie nawet nie zdawać sprawy, dopóki nie znajdziemy się w pobliżu strzelaniny. Tak czy inaczej Kellaway to nie jest przyjemny typ. To przepełniony nienawiścią mężczyzna, którego żona opuściła zabierając ze sobą ich synka, ponieważ źle ich traktował. Człowiek, którego dyscyplinarnie zwolniono z wojska, który ma sądowy zakaz posiadania broni oraz zbliżania się do małżonki i dziecka. Właśnie ten mężczyzna nagle zostaje bohaterem, chociaż odbiorca „Naładowanego” dobrze wie, że absolutnie sobie na to nie zasłużył. Druga nowela nie jest horrorem jak poprzednie „Zdjęcie” - to raczej dosyć brutalny, przejmujący thriller o człowieku starającym się nie dopuścić by jego kłamstwa wyszły na jaw i o kobiecie, czarnoskórej dziennikarce samotnie wychowującej córkę, badającej sprawę masakry w centrum handlowym, dzięki której Kellaway został bohaterem. Opowieść, w którą co prawda nie wciągnęłam się tak szybko jak w „Zdjęcie” przez dosyć rozproszoną narrację obraną przez Hilla w jej wstępnej partii, ale gdy już to się stało, bez przerwy towarzyszyło mi silne napięcie, które w finale... Cóż, zdradzę tylko tyle, że lepszego zakończenia wymyślić już chyba nie można było.

Wniebowzięty” powstał w 2014 roku z potrzeby... zapełnienia pustych stronic w notesie pozostałych po „Strażaku” (powieści Joego Hilla). Tak, autor nienawidzi marnowania papieru – pisze o tym w posłowiu „Dziwnej pogody” - dlatego tuż po ukończeniu „Strażaka”, która wypełniła cztery i pół wielkie notesy, resztę tego ostatniego poświecił niniejszej noweli. Męczącej opowieści o człowieku, który utknął na chmurze. Chmurze, której niezwykłe właściwości bynajmniej nie kończą się na zdolności utrzymania ciężaru tytułowego bohatera „Wniebowziętego”. Gatunkowo najbliżej temu utworowi do fantasy – przy odrobinie dobrej woli może nawet dark fantasy, w którym to nurcie według mnie Hill się specjalizuje. Ale jeśli nawet przyjąć, że utwór ten przynależy do dark fantasy to na pewno nie jest to szczyt możliwości tego pisarza. Clive Barker i Joe Hill ze wszystkich znanych mi pisarzy najlepiej odnajdują się w tej stylistyce (dark fantasy), ale akurat „Wniebowziętego” uważam za wypadek przy pracy. Nie twierdzę, że historia Aubreya Griffina nikogo nie zainteresuje, że jego przeżycia na chmurze starającej się zapewnić mu wygodne życie kilka kilometrów nad ziemią, przeplatane retrospekcjami, wyrywkami z jego przeszłości, dla wszystkich odbiorców „Wniebowziętego” będą taką drogą przez mękę, jak dla mnie. Lekturę tego tekstu musiałam rozłożyć na aż trzy wieczory – chwila czytania i przerwa, chociaż wtedy tak na to nie patrzyłam, bo nie byłam pewna, czy nazajutrz uda mi zwalczyć pragnienie opuszczenia pozostałych stronic rzeczonej noweli. Udało się, ale nie mogę powiedzieć, że upór mi się opłacił. Przyznaję, że retrospekcje dawały mi niejakie wytchnienie od nieciekawych opisów podniebnej przygody Aubreya Griffina, ale bynajmniej nie dlatego, że jego przeszłość obfitowała w trzymające w napięciu, wciągające, barwne sytuacje tylko dzięki... nieciekawym dialogom. Rozmowy szybciej się czytało, a o niczym tak nie marzyłam jak o jak najszybszym zakończeniu tej bajeczki, w której to Hill owszem zawarł ładunek zagrożenia, ale tak lekki, tak rozproszony tymi wszystkimi rozwlekłymi opisami niezbyt lotnych przemyśleń głównego bohatera noweli i właściwości nadzwyczajnej chmury, na której to utknął nasz tchórzliwy Aubrey Griffin, że o silnych emocjach z tego wynikających mogłam zapomnieć. Czułam przede wszystkim znużenie i silną potrzebę zrezygnowania z dalszej lektury, którą na swoje nieszczęście (bo zmarnowałam czas) i nie bez wysiłku, zwalczyłam.

Horror apokaliptyczny z elementami komediowymi, „Deszcz”, został napisany przez Joego Hilla w 2016 roku, jak podejrzewa autor, z chęci sparodiowania siebie samego, tj. jego „Strażaka”. Historii o różnego rodzaju katastrofach dziesiątkujących ludzkość powstała już niezliczona ilość, ale o spadających z nieba ostrych kryształach dotąd nie słyszałam. Pomysł ten z powodzeniem mógłby zostać wykorzystany w obszernej powieści, może nawet tak długiej jak „Bastion” Stephena Kinga – to lepsze, niż to z czym spotkałam się w „Strażaku”. To znaczy sam rodzaj apokalipsy, ale nie tekst ogółem. Bo jednak od takiego pomysłu oczekuję większego skupienia na warstwie gore, więcej opisów zwłok podziurawionych gwoździami z kryształów, gnijących na ulicach miast i zdecydowanie gęstszej atmosfery nieszczęścia i beznadziei. Elementem łagodzącym aurę jest czarny humor, którym Hill natchnął tę opowieść, ale jakoś nie potrafię całkowicie potępić tego wyboru. Bo dowcip nie jest wymuszony, nachalny, infantylny, ani nic w tym rodzaju. Dodaje tej historii smaczku, urozmaica ją, nawet jeśli osłabia oddziaływanie klimatu grozy. Główną bohaterką i zarazem narratorką „Deszczu” jest lesbijka Honeysuckle Speck mieszkająca w Boulder w stanie Kolorado, która w wyniku pierwszego opadu ostrych kryształów traci swoją ukochaną (i jej matkę, z którą miała dużo lepsze stosunki niż ze swoją rodzicielką). Chociaż eksperci przestrzegają opinię publiczną przed kolejnymi takimi deszczami, kobieta decyduje się wyruszyć do Denver w celu powiadomienia ojca swojej dziewczyny o tragedii, jaka dotknęła jego rodzinę. Nie będzie to nudna podróż, choć ewidentnie można było wycisnąć z tego więcej grozy i makabry. Trochę krwawych kawałków jest - z niektórych bije niezły histeryczny humor, jak na przykład z wątku z ptakiem i ludzkim okiem, inne są nawet wzruszające, ale Hillowi ani razu nie udało się mnie zniesmaczyć czy zaszokować. Już bardziej wstrząsnął mną „Naładowany”, historia oparta na zdecydowanie mniej obiecującym motywie jeśli chodzi o brutalność. Ale i tak dobrze się to czytało – warto było zapoznać się z tą historią i nie tylko dlatego, że oto poznałam nową wizję końca znanego nam świata. Bo czy na kartach „Deszczu” Hill ostatecznie zmiecie ludzkość z powierzchni ziemi tego nie zdradzę. Wyznam tylko, że pod koniec udało mu się mnie zaskoczyć.

Dobry zbiorek. Nie wyśmienity, nie zachwycający, niebędący moim numerem jeden wśród publikacji Joego Hilla (bo wyłączając „W wysokiej trawie” wolę go w dłuższych formach), ale według mnie i tak zasługujący na uwagę miłośników literatury grozy. Trzy z czterech zmieszczonych w niniejszym tomie nowel spokojnie mogę polecić fanom horrorów i thrillerów podanych w krótszej formie literackiej (nowela, minipowieść), przestrzegając jednak przed wygórowanymi oczekiwaniami. Bo według mnie nie są to teksty wybitne, Joe Hill zdecydowanie nie pokazuje tutaj pełni swoich możliwości, obdarowywał nas już bowiem lepszymi publikacjami (o wydaniu nie mówię – twarda oprawa, czarno-białe grafiki na kartach tytułowych nowel i na ich końcach – tak, Albatros się postarał, to bez wątpienia), ale miał też gorsze momenty, więc summa summarum jest dobrze. Czekam jednak na coś lepszego. Bo wiem, że Joego Hilla na to stać.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Zapowiedź książkowa: Antologia „17 podniebnych koszmarów”

Zapnijcie pasy, przed wami lot pełen koszmarów wybranych dla was przez Stephena Kinga i Beva Vincenta. Pasjonująca antologia, lektura w sam raz na lotnisko bądź do samolotu, zawierająca między innymi nowe opowiadania Joe Hilla i Stephena Kinga. Stephen King napisał także przedmowę i wprowadzenia do wszystkich utworów.

Stephen King nie znosi latać. I wraz ze współredaktorem, Bevem Vincentem, pragnie podzielić się tym strachem przed lataniem z wami.
Witajcie w "17 podniebnych koszmarach", antologii opowiadającej o nieszczęściach, które mogą was spotkać, kiedy jesteście jedenaście kilometrów nad ziemią i pędzicie z prędkością ponad ośmiuset kilometrów na godzinę, zamknięci w metalowej rurze (jak - brrr! - w trumnie) z około setką obcych ludzi. To książka o wszelkich zdarzeniach mogących zmienić waszą podróż po przyjaznym niebie w horror, w tym także takich, których dotąd nawet sobie nie wyobrażaliście… ale o których teraz już nie będziecie mogli przestać myśleć, gdy następnym razem wsiądziecie do samolotu i oddacie swój los w ręce obcego człowieka.

Antologia zawiera nowe utwory Joe Hilla i Stephena Kinga, a także czternaście klasycznych opowiadań oraz jeden wiersz. Teksty takich autorów jak Richard Matheson, Ray Bradbury, Roald Dahl, Dan Simmons sprawiają, że zbiór "17 podniebnych koszmarów" jest, jak ujmuje to King, "idealną lekturą do samolotu, zwłaszcza podchodzącego do lądowania podczas burzy… Nawet jeśli siedzicie bezpiecznie na ziemi, lepiej mocno zapnijcie pasy". Przerażająca książka, która sprawi, że dobrze się zastanowicie, zanim zdecydujecie, w jaki sposób chcecie podróżować.

Stephen King jest autorem ponad pięćdziesięciu światowych bestsellerów. Najnowsze to Trylogia o Billu Hodgesie - "Pan Mercedes" (nagrodzona Edgar Award dla najlepszej powieści), "Znalezione nie kradzione" i "Koniec warty" - oraz zbiór opowiadań "Bazar złych snów". Na podstawie jego cyklu "Mroczna wieża" powstał film z Idrisem Elbą i Matthew McConaugheyem w rolach głównych. W 2014 roku King otrzymał National Medal of Arts, a w roku 2003 National Book Foundation Medal za zasługi dla literatury amerykańskiej. Mieszka w Bangor w stanie Maine ze swoją żoną, pisarką Tabithą King.

Bev Vincent jest autorem kilku książek, z których najnowsza to "The Dark Tower Companion", oraz ponad osiemdziesięciu opowiadań, zamieszczonych między innymi w "Alfred Hitchcock’s Mystery Magazine", "Ellery Queen’s Mystery Magazine", "The Blue Religion" i "Ice Cold". Jego utwory były nominowane do Bram Stoker Award, Edgar Award i ITW Thriller Award. Od 2001 roku prowadzi rubrykę "News from the Dead Zone" w każdym numerze pisma "Cemetery Dance". Nie ma nic przeciwko lataniu, ale nie obraziłby się, gdyby ktoś wynalazł urządzenie do teleportacji. Mieszka z żoną w Teksasie. 
 
Data wydania: 12 lutego 2019 roku

Źródło: https://www.proszynski.pl/

niedziela, 20 stycznia 2019

„Astral” (2018)

Student Alex Harmann na zajęciach z metafizyki dowiaduje się o tak zwanej projekcji astralnej, czyli osiąganiu stanu, w którym postrzega się świat spoza swojego ciała fizycznego. Większość jego przyjaciół w to nie wierzy, ale Alex uważa, że warto to sprawdzić. Chłopak interesuje się sferą duchową z powodu swojej matki. Kobieta umarła, gdy Alex był jeszcze dzieckiem, a ojciec dopiero teraz opowiada mu wszystko, co mu wiadomo o śmierci małżonki i chorobie psychicznej, z którą wcześniej się zmagała. Pierwsza próba osiągnięcia stanu OBE nie przynosi pożądanych rezultatów, ale Alex się nie poddaje. Poszerza swoją wiedzę na ten temat i próbuje raz jeszcze. Nazajutrz informuje swoich przyjaciół, że udało mu się wyjść ze swojego ciała, czemu nie wszyscy dają wiarę. Wspólnie dochodzą do wniosku, że dobrze byłoby pozyskać jakiś dowód. Wymyślają na to sposób, ale okazuje się on nieskuteczny. A raczej tylko tak im się wydaje. Z czasem wszystko zaczyna wskazywać na to, że eksperymentowanie Alexa z tak zwaną projekcją astralną sprowadziło na nich wszystkich poważne niebezpieczeństwo, że chłopak niechcący ściągnął do naszego świata coś, co najprawdopodobniej zagraża życiu nie tylko Alexa, a i ludziom znajdującym się w jego otoczeniu.

„Astral” to zrealizowany w Wielkiej Brytanii horror nastrojowy w reżyserii debiutującego w pełnym metrażu Chrisa Mula, który napisał również scenariusz, wspólnie z bratem Michaelem Mulem. Film nakręcono w dwanaście dni, a pierwszy jego pokaz odbył się w październiku 2018 roku na San Diego International Film Festival. Rolę główną w „Astralu” powierzono Frankowi Dillane'owi, aktorowi mającemu osobiste doświadczenia z paraliżem sennym, o którym jest mowa w filmie (Mulowie dowiedzieli się o tym dopiero po wciągnięciu go do obsady). W jednym z wywiadów Chris Mul zdradził, że scenariusz „Astrala” zainspirowały mroczne przygody jego brata. Podczas pracy nad swoją książką Michael Mul „natknął się na pojęcie projekcji astralnej. Zdecydował się spróbować sam, a podczas swojego przedsięwzięcia doznał szeregu przerażających halucynacji”. Chris Mul zdradził również, że jest wielkim fanem science fiction i thrillerów psychologicznych, i że jego zamiarem nie było stworzenie rasowego horroru, filmu ściśle osadzonego w tym gatunku, tylko ujęcie tematu z psychologicznej strony. Z jego wypowiedzi wynika, że myślał o thrillerze psychologicznym, mniej horrorze, ale w mojej ocenie „Astral” wpasowuje się w ramy tego drugiego gatunku. Zresztą nie tylko mojej, bo oficjalnie film został sklasyfikowany jako horror. Ściślej: horror science fiction z dodatkiem dramatu, z czym z kolei ciężko mi się tak do końca zgodzić.

Bodaj najbardziej znanym filmem podejmującym tematykę tak zwanej projekcji astralnej jest „Naznaczony” Jamesa Wana. „Astral” Chrisa Mula najpewniej porównywalnego sukcesu nie osiągnie, nie tylko dlatego, że nie zorganizowano mu tak dużej kampanii reklamowej, jaką miał „Naznaczony”. „Astral” został nakręcony w inny sposób, podejście jego twórców do tematyki projekcji astralnej, do tematu out-of-body experience, w skrócie OBE lub OOBE, znacznie różni się od stylistyki „Naznaczonego”. Podejście Chrisa Mula do nastrojowego kina grozy nie przypomina podejścia Jamesa Wana, notabene jednego z najpopularniejszych współczesnych twórców horrorów (chociaż oczywiście jego filmografia nie zamyka się tylko w tym gatunku). Ci więc, którzy spodziewają się mnóstwa jump scenek, zróżnicowanych wizualnie i przynajmniej w zamiarze przerażających istot z innego świata, dynamicznego rozwoju akcji, a i nawet porównywalnego zagęszczenia mroku, to najprawdopodobniej mocno się zawiodą. Ci zaś, którzy cenią sobie mniej agresywne horrory o zjawiskach nadprzyrodzonych, dużo bardziej stonowany, oszczędniejszy przekaz, mają niemałą szansę odnaleźć się w tej pozycji. Sama nie jestem uprzedzona do żadnej z tych form, dlatego akurat to, że „Astral”, że tak to ujmę, nie szedł drogą „Naznaczonego”, nijak nie wpływało na mój odbiór omawianej produkcji. W tym kontekście kompletnie żadnego znaczenia nie miało dla mnie to, że twórcy „Astrala” nie starali się nadać mu takiej formy, jaką szczyci się „Naznaczony”. Ten ostatni co prawda cenię sobie wyżej, ale bynajmniej nie dlatego, że z zasady nie przemawia do mnie mniej dosadne kino grozy. Właściwie to nawet ucieszyło mnie to podeście, bo jeśli chodzi o współczesne horrory o zjawiskach paranormalnych, to zdecydowanie łatwiej o te agresywniejsze straszaki. We wspomnianym już wcześniej wywiadzie reżyser „Astrala” stwierdził, że przemawia do niego twórczość Alfreda Hitchcocka. Wspomniał też o „Lśnieniu” Stanleya Kubricka, można więc śmiało założyć, że jest zainteresowany kręceniem filmów przywołujących ducha XX-wiecznej kinematografii grozy. „Astral”, według mnie, ma w sobie coś ze starszych horrorów, ale na pewno nie widać tutaj jakiejś zdecydowanej stylizacji retro. Zdjęcia są przygaszone, nie mienią się żywymi barwami, można je chyba nazwać z lekka zamglonymi, a to oczywiście bardziej kojarzy się z ubiegłowiecznym kinem aniżeli tym współczesnym. Ale nie tylko, i nawet nie przede wszystkim, o kolorystykę obrazów chodzi. Sposób na opowiedzenie tej historii, to oszczędne w środkach, minimalistyczne podejście twórców „Astrala” do horroru o zjawiskach nadprzyrodzonych, w moim przypadku było głównym nośnikiem skojarzeń z nastrojowymi horrorami z dawnych lat. Co nie znaczy, że Chrisowi Mulowi i jego ekipie udało się stworzyć coś, co może konkurować z kultowymi, ponadczasowymi nastrojówkami.

Głównym bohaterem „Astrala” jest Alex Harmann, przekonująco wykreowany przez Franka Dillane'a (zresztą to samo mogę powiedzieć o całej obsadzie omawianego filmu). Student, który dopiero teraz poznaje prawdę o swojej matce, która zmarła, gdy był jeszcze dzieckiem. Ojciec przybliża mu wreszcie szczegóły jej śmierci i opowiada o chorobie psychicznej, z którą przez pewien okres życia się zmagała. Jako że nie usłyszymy całej tej relacji ojca na użytek jego jedynego syna, wiele z tego będziemy musieli sami wywnioskować, w czym pomogą nam informacje wrzucone w dalsze partie scenariusza. Nie jest to najwygodniejszy dla widza sposób snucia filmowej opowieści, miejscami można wręcz mieć wrażenie, że twórcy nie wiedzieli jak dopiąć niektóre wątki, że wepchnęli w scenariusz coś na kształt przerywników, na krótko odchodzili od właściwej akcji najpewniej po to, by poszerzyć obraz przede wszystkim pierwszoplanowego bohatera (przybliżyć nam jego biografię, zagłębić się w jego osobowość i przedstawić relacje z ludźmi z jego otoczenia) i do pewnego stopnia faktycznie tak to działa, ale nie mogłam oprzeć się poczuciu, że doklejano te wątki poboczne niejako bezładnie, nie zachowując przy tym ciągłości akcji. Nie rzucało się to w oczy jakoś szczególnie często, nie wprowadzało ogromnego zamieszania, takiego chaosu, żeby nie dało się tego zrozumieć, ale i nie mogę powiedzieć, że owe raptowne wskoki i wyskoki wątków pobocznych nie wytrącały mnie z rytmu. Z rytmu narzucanego przez główną oś fabularną. Chis i Michael Mulowie w swój scenariusz wpletli kilka mniej czy bardziej znanych miłośnikom horrorów motywów, w mojej ocenie akurat przy tym nie robiąc bałaganu. Projekcja astralna, paraliż senny, pewne istoty, o których praktycznie na całym świecie krążą niezliczone legendy, jakiś demon i UWAGA SPOILER opętanie przez tego ostatniego pokazane w końcówce filmu, czego można się spodziewać od chwili pojawienia się pierwszej sugestii co do tego, że największym zagrożeniem, którego Alex niechcący sprowadził do naszego świata może być demon. Nie zaś tak zwani cieniści ludzie (postacie z wyżej wspomnianych legend), których główny bohater „Astrala” od jakiegoś czasu widuje na jawie KONIEC SPOILERA. Ta swoista mieszanka motywów znanych z różnego rodzaju opowieści z dreszczykiem (film, literatura, legendy) nie wydawała mi się wymuszona, przekombinowana, nie miałam wrażenia, że któryś z wyżej wymienionych elementów nijak nie pasuje do reszty. Wszystko to pięknie mi się składało w jedną spójną całość. Chociaż oczywiście przez wzgląd na to, że świat przedstawiony „Astrala” składał się z motywów, z którymi wcześniej już się spotkałam (film, literatura, publikacje znalezione w Internecie, wszystko jedno) nie mogę powiedzieć, że pełnometrażowy debiut Chrisa Mula zaskoczył mnie jakimiś innowacjami. To raczej konwencjonalny horror nastrojowy, obraz korzystający ze znanych rozwiązań, ale (może za wyjątkiem tych niezręcznie podawanych wątków pobocznych) nie bez ładu i składu. Bracia Mul pisząc swój scenariusz nie wchodzili w skórę dzieci w sklepie w zabawkami – nie sięgali po wszystko co znajdowało się w zasięgu ich rąk, nie wykorzystywali motywów, które w oczach odbiorców mogłyby nie przystawać do reszty i co dla mnie jest nie mniej ważne, wszystkie te nadprzyrodzone istoty i nadnaturalne zjawiska przedstawiono w bardzo oszczędnym stylu. Owszem, pojawia się tu trochę efektów specjalnych, z komputerowymi włącznie, parę jump scenek też w to wepchnięto (żadna nie wywarła na mnie zamierzonego efektu), ale z całą pewnością nimi nie szafowano. Efekty specjalne i jump scenki odbierałam jako drobne dodatki do sukcesywnie zagęszczającego się klimatu nadnaturalnego zagrożenia, a nie jak to nierzadko we współczesnych horrorach o różnego rodzaju zjawiskach nadprzyrodzonych bywa (ze szczególnym wskazaniem na najszerzej reklamowane hollywoodzkie produkcje), myśl przewodnią. No wiecie: tworzenie we mnie wrażenia, że popisywanie się nowoczesną technologią jest dla twórców najważniejsze. Dla Chrisa Mula zauważalnie ważniejsze było budowanie i intensyfikowanie napięcia, zagęszczanie klimatu grozy (co może nie wychodziło mu najlepiej - mogłoby być dużo bardziej mrocznie, ale totalną porażką bym tego nie nazwała) i samo snucie tej nieoryginalnej, ale wciągającej opowieści. Pomimo uniedogodnień wprowadzanych przez gwałtownie serwowane wątki poboczne i nie do końca satysfakcjonujące przedstawienie bohaterów drugoplanowych. Przyjaciół Alexa potraktowano po macoszemu, ich osobowościom i wzajemnym relacjom nie poświęcono tyle uwagi, żeby w pełni mnie zadowolić, ale bywało gorzej więc... A i nie dotyczy to największego sceptyka w tej paczce przyjaciół – jemu też nie dan dużo miejsca, ale z jakiegoś powodu kradł całą moją uwagę ilekroć pojawiał się na ekranie. Charyzmatyczna postać, chociaż raczej ogólnikowo wykreślona... Hmm, ciekawe.

Brytyjski horror nastrojowy (tak, uważam że dużo bliżej mu do horroru nastrojowego niż horroru science fiction, do którego został oficjalnie zaklasyfikowany) pod tytułem „Astral”, pełnometrażowy reżyserski debiut Chrisa Mula, to obraz ukierunkowany na pewną niszę. Nie wygląda tak, jakby kręcono go z myślą o szerokiej publiczności, jakby twórcom najbardziej zależało na wbiciu się do głównego nurtu, na przypodobaniu się jak największej liczbie osób, często czy rzadko, sięgających po filmowe horrory. Jeśli tak na to spojrzeć, to nie wydaje się dziwne to, że tak wielu odbiorców „Astrala” nie pozostawiło na nim suchej nitki. Narzeka się między innymi na brak naprawdę mocnych momentów, zakończenie (które mnie przypadło do gustu, bo pozostawia miejsce na domysły), nienależyte rozwinięcie tematu i liczne przestoje. Ale jest też druga strona, grupa widzów, która ochoczo wyraża swoje zadowolenie z seansu „Astrala”. W sumie to nawet całkiem spora, mogąca dawać nadzieję na to, że „Astral” nie utknie w niszy – nawet jeśli, to ja jednak nie odważę się polecić tego filmu nikomu spoza tej, raczej wąskiej, grupy osób niemających nic przeciwko minimalistycznym horrorom (aczkolwiek nie w znaczeniu: całkowicie pozbawionym efektów specjalnych i jump scenek) o różnego rodzaju zjawiskach nadprzyrodzonych. Myślę, że tym osobom film ten ma największą szansę się spodobać – może i, tak jak ja, zachwyceni nie będą, ale podejrzewam, że wielu z nich będzie przynajmniej umiarkowanie zadowolonych z seansu „Astrala”. Zupełnie tak jak ja... albo nawet jeszcze bardziej.

piątek, 18 stycznia 2019

Złoty Kościej 2018

Przez jednych uwielbiany
Przez innych znienawidzony
Startuje ZŁOTY KOŚCIEJ 2018


Redakcja portalu Kostnica zaprasza do głosowania w plebiscycie ZŁOTY KOŚCIEJ 2018. Osoby, które zagłosują, wezmą udział w losowaniu nagród, których pulę stanowią książki nominowane w plebiscycie. Zostanie rozlosowane 6 nagród – 3 główne i 3 mniejsze, każda z atrakcyjnym pakietem książek. Głosowanie trwa do 31 stycznia 2019 roku.

To Wy zadecydujecie kto zwycięży i otrzyma potworną i przeklętą statuetkę. Wybierzemy najlepsze książki 2018 roku. Rozpoczynamy ZŁOTEGO KOŚCIEJA 2018.
 
Już ósmy raz wybieramy najlepsze książki, autorów i wydawców. Tak jak w poprzednich edycjach ZŁOTY KOŚCIEJ 2018 to głosowanie w kilku kategoriach:


1. HORROR ROKU 2018
2. THRILLER ROKU 2018
3. KRYMINAŁ ROKU 2018
4. FANTASTYKA ROKU 2018
5. OPOWIADANIE ROKU 2018
6. KRAJOWY HIT 2018 NOWOŚĆ
7. OKŁADKA ROKU 2018
8. WYDAWCA ROKU 2018

Szczegóły tutaj: https://kostnica.com.pl/zloty-kosciej-2018/
 
Źródło: https://kostnica.com.pl/

„El pacto” (2018)

Prawniczka Mónica od jakiegoś czasu mieszka tylko ze swoją nastoletnią córką Clarą. Jej mąż, policjant Alex, na prośbę Móniki przeprowadził się na łódź, ale utrzymuje z nimi kontakt. Clara cierpi na cukrzycę, przez którą w dzieciństwie omal nie umarła. Matka nieustannie się o nią zamartwia, nie lubi na dłużej tracić jej z oczu, a córka ma jej za złe, że nie pozwala jej żyć tak jak żyją jej rówieśnicy. Pewnego dnia Mónica po powrocie z pracy, ku swojemu przerażeniu, nie zastaje w domu Clary. Udaje się do Alexa, który niezwłocznie wszczyna poszukiwania córki. W ich trakcie Mónica dostaje informację, że Clara jest w szpitalu. Okazuje się, że dziewczyna zapadła w śpiączkę cukrzycową, a lekarze są praktycznie przekonani, że nigdy z niej nie wyjdzie. Mónica znajduje jednak kogoś, kto twierdzi, że może jej pomóc. Poszukiwanego przez policję mężczyznę, z którym kobieta zawiera pakt. Dzięki niemu Clara wychodzi za śpiączki, ale Mónica musi za to zapłacić życiem innego człowieka.

Hiszpański twórca docenionych filmów krótkometrażowych - „Reacción” (2008), „La culpa” (2010), „Zero” (2015) – nagrodzony na Your Film Festival, nazwany przez „Variety” i „Screen Daily” jednym z najbardziej obiecujących reżyserów, David Victori, swój pierwszy pełnometrażowy film, „El pacto”, nakręcił w oparciu o scenariusz, który napisał wespół z Jordim Vallejo. Premiera produkcji odbyła się w sierpniu 2018 roku w jej rodzimej Hiszpanii. Oficjalnie „El pacto” sklasyfikowano jako horror/thriller, ale pojawiły się już głosy (według mnie słuszne), że film ten ma zdecydowanie więcej wspólnego z tym drugim z wymienionych gatunków, że elementów horroru nie ma w nim tyle, aby uzasadnione było dopisywanie go również do tego gatunku.

Belen Rueda (m.in. „Sierociniec”, „Oczy Julii” i „Trup”) w bardzo dobrym stylu wciela się w „El pacto” w postać Móniki, prawniczki, która wikła się w paranormalną sprawę. A ściślej zawiązuje pakt z poszukiwanym przez policję mężczyzną, obdarzonym niezwykłymi zdolnościami, za które drogo trzeba płacić. Pomysł wyjściowy może i nie jest jakoś szczególnie wymyślny, może i nie jest dowodem ogromnej kreatywności Davida Victoriego i Jordiego Vallejo, ale niewątpliwie ma coś w sobie. Motyw ten budzi zaciekawienie idące w parze z całkowitą pewnością, że stanie się coś złego... i najprawdopodobniej na jednym takim wydarzeniu się nie skończy. Najlepsza w tej koncepcji jest jego prostota – współcześni filmowcy nader często kombinują jak konie pod górę, chociaż najczęściej to właśnie prostota okazuje się być kluczem do serc milionów widzów z całego świata. David Victori zdaje się to rozumieć, ale też wydaje się być świadomy tego, że wielu dzisiejszych odbiorców wymaga od kina czegoś więcej, niźli uproszczonej opowiastki o kobiecie, która dla swojej córki jest gotowa wiele poświęcić... nawet życie innych ludzi. Fabuła „El pacto” nie zamyka się więc w tym jednym nieskomplikowanym wątku - scenarzyści obudowali go warstwą dramatyczną/obyczajową, która dodała temu trochę głębi, mogącej (ale wcale niemuszącej) rodzić wrażenie złożoności, wielowarstwowości tej historii. Dezorientacja, gubienie się w tej opowieści chyba jednak nikomu nie grozi, bo twórcy omawianego filmu jak ognia unikają nadmiernych komplikacji. Wątki poboczne, z płaszczyzną psychologiczną włącznie, przedstawiają w bardzo przystępny sposób (acz bywa też nudno), tak bardzo, że można sobie nawet pozwolić na nieuważne śledzenie przebiegu akcji - o czym wspominam, dlatego że przynajmniej u niektórych widzów może pojawić się taka pokusa. „El pacto” według mnie jest bowiem thrillerem dosyć nierównym, tego rodzaju obrazem, który wydaje się więcej obiecywać niż dawać. Pierwsza mniej więcej połowa filmu każe przygotować się na trzymający w napięciu koszmar zgotowany pewnej hiszpańskiej rodzinie przez enigmatycznego jegomościa posiadającego niezwykłe moce. Człowiekiem tym nie kieruje nienawiść, czy chęć zemsty. Chyba też nie czerpie perwersyjnej przyjemności z zadawania cierpień innym, wybranym przez siebie, ludziom (a przynajmniej nie wydaje się, by tak było), ale być może potrzebuje tego, by móc istnieć na tym świecie. O tym mężczyźnie wprost nie mówi się wiele – dostajemy jedynie strzępy informacji na jego temat, z których co nieco da się wywnioskować, ale nie tyle, żeby mieć poczucie, że w miarę dobrze się go poznało. Wielu (jeśli nie wszystkim) odbiorcom „El pacto” jako pierwszy pewnie nasunie się na myśl Szatan, ponieważ motyw straszliwego paktu w literaturze i kinematografii najczęściej jest wiązany właśnie z tą biblijną postacią. Równie dobrze jednak ów mężczyzna może być jakimś pośledniejszym demonem albo człowiekiem z krwi i kości, którego od nas odróżnia jedynie to, że posiada on moc uzdrawiania i wskrzeszania. Moc, z której chętnie korzysta, chociaż wie, jak straszliwą cenę trzeba za to płacić. Dlaczego trzeba? Dlaczego kosztem ocalenia jednej osoby jest odebranie życia komuś innemu (to nasunęło mi delikatne skojarzenia z „The Box. Pułapką” Richarda Kelly'ego, na podstawie literackiego utworu pt. „Button, Button” autorstwa Richarda Mathesona), jakiemukolwiek, dowolnie wybranemu, innemu człowiekowi? Tutaj nasuwają mi się tylko dwie odpowiedzi: albo rzeczony jegomość wyznaczył taką cenę, bo czerpie przyjemność ze zmuszania innych do zabijania albo (co wydaje mi się bardziej prawdopodobne) to jest niezależne od niego, cena ta niejako przyszła w pakiecie z owym darem/przekleństwem, z którego musi korzystać by żyć. Niewykluczone jednak, że jestem w błędzie, że twórcy woleliby żeby odczytywano to w inny sposób, inaczej tłumaczono sobie motywy, jakimi kieruje się ten wielce podejrzany mężczyzna, czy demoniczna istota, być może w osobie samego Lucyfera. W każdym razie cieszył mnie ten element tajemniczości, ta jakże frapująca zagadka, którą to niewątpliwie był dla mnie mroczny jegomość zawiązujący pakty z niektórymi ludźmi gotowymi wiele poświęcić dla zdrowia i życia swoich bliskich.

Mroczna jak na standardy współczesnego kina grozy, atmosfera „El pacto”, moim zdaniem jest najsilniejszą składową tej produkcji. Tak, nawet ten jakże interesujący motyw przewodni w moich oczach nie mógł równać się z wizualną oprawą pełnometrażowego debiutu Davida Victoriego. W scenach kręconych za dnia bodaj nie zobaczymy promieni słonecznych (w nocy prym wiedzie gęsty mrok, ale nieprzesadnie zagęszczony, nie tak żeby miało się trudności z dostrzeżeniem większości szczegółów), bo i nie mogą one przedrzeć się przez ciężkie, brudnoszare chmury grubą warstwą pokrywające niebo. Tak ponury klimat nieczęsto jest widoczny nawet jesienią – operatorzy i oświetleniowcy podkręcili to tak dalece, że czułam się jakbym przebywała w strefie mroku, niemal jak w jakimś alternatywnym świecie, pozbawionym wszelkiej nadziei na lepsze jutro. To poczucie beznadziei, trwania w rzeczywistości, która przyniesie bohaterom filmu wyłącznie niewyobrażalne cierpienie, w której nie ma miejsca na radosną pewność, że już wkrótce wszystko się ułoży, towarzyszyło mi aż do finału. Chwilami ta iście depresyjna otoczka wręcz mnie przygniatała, ale były też chwile (niestety dosyć liczne), których nawet klimat nie był w stanie uratować. Efektów komputerowych nie ma wiele, ale te parę wstawek wystarczyło, żeby wytrącić mnie z równowagi. Już pająk prezentuje się nader sztucznie, ten pikselowy twór nie wywoływał odrazy/niepokoju nawet u takiej arachnofobiczki, jak ja, a co dopiero mówić o osobach wolnych od tego irracjonalnego lęku. Ale to jeszcze nic. Nieporównanie gorzej prezentowało się coś w rodzaju nadnaturalnych gałęzi atakujących dane osoby, wówczas gdy zapłata za, nazwijmy to, usługę, nie wpłynęła w wyznaczonym czasie. Rzeczone a la gałęzie przybywają po to, by zabić i są widziane jedynie przez te osoby, które mają już za parę sekund umrzeć. Doprawdy, żałosny widok, realizmu nie ma w tym za grosz, zareagować na to śmiechem też raczej trudno, chyba, że będzie to śmiech przez łzy. Bo jak tu nie posmutnieć, gdy widzi się tak kompletnie niezrozumiałe obniżanie jakości filmu, działanie na jego niekorzyść, wydawanie pieniędzy na coś, na co naprawdę ciężko było mi patrzeć. I bynajmniej nie dlatego, że widoki te budziły jakże pożądany lęk... Kolejnym, dużo poważniejszych od tandetnych efektów komputerowych, bo zdecydowanie częstszym, uniedogodnieniem, było dla mnie coś, co odbierałam, jako swego rodzaju chodzenie w kółko. W „El pacto” jest sporo scen, które wydają się pełnić rolę zapychaczy czasu, które żadnych interesujących treści nie przekazują. Nie odnajdujemy w nich niczego, co można by traktować, jako coś niezbędnego dla tej opowieści, z rysami psychologicznymi bohaterów włącznie. Te ostatnie natomiast (w pozostałych sekwencjach) przedstawiono w całkiem wyczerpujący sposób, według mnie o pierwszoplanowych postaciach powiedziano wszystko, co powinno się powiedzieć (i pokazać) w filmowym thrillerze. Wrażenia niedosytu w tym punkcie absolutnie nie miałam, ale już samą akcję można było poprowadzić w bardziej zajmujący sposób. Niekoniecznie dynamiczny, podejrzewam wręcz, że większe rozpędzenie fabuły dałoby gorszy efekt od zastałego, bo zapewne zaowocowałoby to większą powierzchownością zwłaszcza u protagonistów, pociągałoby to za sobą konieczność ogólnikowego przedstawienia postaci. Ale nic nie stało na przeszkodzie, by miejsca te wypełnić intensywniejszymi scenami z życia Móniki i jej rodziny, zamiast tak naprawdę powtarzać to, co już wcześniej zostało powiedziane – w mniej więcej drugiej połowie filmu mocno rzucało mi się to w oczy, w pierwszej raczej nie miałam takich problemów (swoją drogą, co zdarza się raczej rzadko, wówczas zaserwowano mi jedną jump scenkę, której udało się przyprawić mnie o szybsze bicie serca). Finał chyba najbardziej mniej rozczarował. Wcześniej ma miejsce jeszcze jeden zwrot akcji, którego przyznaję, nie przewidziałam, ale i tak wielkiego wrażenia na mnie nie wywarł. Również przez kierunek, który mu nadano, przez stronę, w którą ostatecznie go popchnięto, wchodząc tym samym w UWAGA SPOILER mdły happy end. A ja naiwna już myślałam, że Mónica zabije Alexa chwilę po przesypaniu się piasku w klepsydrze, tym sposobem tracąc i córkę, i męża KONIEC SPOILERA.

Po tak wychwalanym przez tak zwanych znawców kina, twórcy, jakim jest David Victori można spodziewać się czegoś więcej. A przynajmniej na niektóre osoby jego nazwisko może działać jak wabik, wyrobić w nich przekonanie, że „El pacto” jest dla nich pozycją obowiązkową. Mnie do seansu tego obrazu zachęciło co innego – doniesienia niektórych odbiorców tego filmu, że obraz ten ma więcej wspólnego z thrillerem niż horrorem, oczywiście w połączeniu z wiedzą, że jest to produkcja hiszpańska. Bo filmowe dreszczowce z tego kraju nieczęsto mnie rozczarowują, a na pewno rzadziej od hiszpańskich horrorów. Ale w tym przypadku mogę chyba mówić o rozczarowaniu – nie jakimś wielkim, bo swoje walory „El pacto” ma i to na tyle duże, żebym ostatecznie doszła do wniosku, że mimo wszystko nie popełniłam błędu wybierając właśnie ten film (jeden seans spokojnie można sobie zaserwować), ale jednak spodziewałam się czegoś bardziej zajmującego, budzącego trochę większe emocje, zapewniającego silniejsze doznania. Ale i mogło być znacznie gorzej – w końcu miałam już nieprzyjemność oglądać nieporównanie słabsze thrillery, nawet od Hiszpanów, więc summa summarum zwrócić uwagę miłośników gatunku na „El pacto” mogę, nie należy jednak odbierać tego w kategorii gorącej rekomendacji. Usilnie polecać tego tytułu, nawet fanom gatunku, nie będę, ale i odradzać nikomu go nie zamierzam.

środa, 16 stycznia 2019

„Obsesja” (2015)

Holendrzy Simone, jej mąż Eric oraz dzieci Suzanne i Bastian przeprowadzają się na francuską prowincję, gdzie Simone odziedziczyła po zmarłej matce wymagający remontu dom i parę hektarów ziemi. Niedługo po przyjeździe poznają, również pochodzącego z Holandii, Petera, który mieszka w tych rejonach od lat. Mężczyzna ma firmę budowlaną, która przynosi mu zadowalające zyski. Gdy proponuje Simone i Ericowi odpłatne wyremontowanie ich domu, para nie posiada się z radości, ponieważ zaczęli już tracić nadzieję, że uda im się znaleźć tutejszych robotników, którzy zechcą zająć się ich nieruchomością. Peter i jego ludzie wkrótce rozpoczynają pracę u Simone i Erica. Pomiędzy gospodarzem i Peterem szybko zawiązuje się przyjaźń, mężczyźni sporo czasu spędzają razem, głównie omawiając szczegóły prac remontowych i budowlanych, które zamierzają przeprowadzić na terenie przedtem należącym do matki Simone. Kobieta tymczasem gotuje dla wszystkich, zajmuje się dziećmi i wykonuje drobne prace w domu. Ponadto zbliża się do jednego z robotników, młodego mężczyzny imieniem Michel, który wyraźnie jest nią zainteresowany. Simone nie potrafi mu się oprzeć, w ramionach Michela odnajduje szczęście, którego już od dłuższego czasu tak bardzo jej brakowało. Kobieta nie ma nad tym kontroli, tak bardzo zatraca się w tym romansie, że niemal przestaje myśleć o przyszłości swojej i swojej rodziny.

„Rendez-Vous” (polski tytuł: „Obsesja”) to holenderski thriller w reżyserii Antoinette Beumer, twórczyni między innymi filmu „Loft” z 2010 roku. Scenariusz napisali Dorien Goertzen i jedna z sióstr reżyserki Marjolein Beumer (drugą jest znana aktorka Famke Janssen), opierając się na opublikowanej w 2006 roku powieści Esther Verhoef pod tym samym tytułem. Książki nie czytałam, ale jeśli wierzyć recenzjom, filmowcy pozwolili sobie na wprowadzenie wielu zmian w stosunku do literackiego pierwowzoru. W Holandii dystrybucja „Rendez-Vous” rozpoczęła się w czerwcu 2015 roku, a w drugiej połowie 2016 roku film, że tak to ujmę, wyszedł poza granice swojego kraju. Odbyło się to jednak w dosyć wąskim zakresie. Obraz dotarł do niewielkiej liczby osób, przynajmniej poza Holandią, przede wszystkim przez wielce niezadowalającą dystrybucję, co z kolei najprawdopodobniej zdeterminował niewielki budżet filmu.

„Obsesję” Antoinette Beumer otwiera niewiele mówiąca scena aresztowania młodej kobiety na oczach mężczyzny, który nie może być nikim innym niż jej partnerem. Potem akcja zostaje cofnięta o pół roku i widzimy tę samą parę, która wraz z dwójką dzieci jedzie do swojego nowego domu. Prolog daje nam więcej pytań niż odpowiedzi, ale co jednego nie pozostawia praktycznie żadnych wątpliwości – mamy pewność, że główna bohaterka, a co za tym idzie również jej najbliżsi, nie będą żyli długo i szczęśliwie w malowniczym zakątku Francji, do którego ta holenderska rodzina postanowiła się przeprowadzić, po otrzymaniu wiadomości, że Simone, żona Erica oraz matka kilkuletnich Suzanne i Bastiana, odziedziczyła dom i kawałek ziemi po matce, która porzuciła ją w dzieciństwie. Prolog daje pewność, że wszystko potoczy się źle, że wkrótce wydarzy się coś, co zniszczy tę familię. Tylko z pozoru szczęśliwą, bo dosyć szybko odkryjemy, że małżeństwo Erica i Simone przechodzi kryzys, że tylko z zewnątrz prezentuje się praktycznie nieskazitelnie. Scenariusz w największej mierze koncentruje się na odmalowywaniu życia Simone i jej najbliższych w nowym miejscu, w kraju, który dla nich jest zupełnie obcy, wśród ludzi, którzy nie wydają się być nastawieni do nich przyjaźnie. To w miasteczku, ale dom Simone i Erica leży w pewnym oddaleniu od niego. Wokół nieruchomości rozciągają się pola, niezabudowane tereny, po części należące teraz do Simone. Holenderska rodzina nie ma sąsiadów, czego mogłam im tylko pozazdrościć, i co jeszcze lepsze codziennie mogą sycić oczy naturalnym krajobrazem, przepięknymi widokami płaskich terenów zielonych, na które (w okresie, w którym toczy się akcja filmu) najczęściej padają gorące promienie słoneczne. To nadaje zdjęciom przebogaty koloryt – barwy są żywe i zróżnicowane, ale jak przystało na szanujący się thriller, szarości i mrok też się tutaj zakradną. Z większości zdjęć bije pewien chłód – może to brzmieć nieprawdopodobnie, ale nawet sceny nakręcone w pełnym świetle dziennym, w tę słoneczną pogodę, tchną lekkim zimnem, jakże przyjemnym z punktu widzenia miłośnika filmów z dreszczykiem. Klimat „Obsesji” ma w sobie coś z kinematografii skandynawskiej, nasuwa silne skojarzenia z obrazami z tego regiony Europy, ale uwidacznia się w nim też styl, który nasuwał mi na myśl głównie Stany Zjednoczone. Nie te współczesne hollywoodzkie produkcje, nie dreszczowce głównego nurtu, tylko te powolniejsze, nieefekciarskie i przede wszystkim nieplastikowe dziełka, filmy, które można chyba nazwać niszowymi, a na pewno ukierunkowanymi na poszukiwaczy intensywnego kina. Na osoby wprost przepadające za filmami silnie skoncentrowanymi na fabule i emocjach, ze szczególnym wskazaniem na generowanie napięcia w mniej agresywny, ale i zwykle skuteczniejszy, sposób niż zwykły to czynić XXI-wieczne hollywoodzkie superprodukcje. Twórcom „Obsesji” nigdzie się nie śpieszy, rytm jaki nadają tej opowieści może zmęczyć co bardziej niecierpliwych odbiorców, i to już w pierwszej połowie seansu, bo może z wyjątkiem końcówki, nie znajdą tutaj jakichś mocniejszych akcentów. A przynajmniej nie takich, do jakich co poniektórych widzów przyzwyczaiło współczesne, droższe kino grozy. Antoinette Beumer nie posiłkuje się widowiskowymi efektami specjalnymi, nie wprawia akcji w zastraszająco szybki ruch, a i nawet przez długi czas nie definiuje zagrożenia. Bo ono niewątpliwie istnieje, wiemy, że wkrótce zdarzy się coś strasznego, nie tylko za sprawą prologu. Nieuchronność tragedii jest doskonale wyczuwalna nawet w scenach z pozoru niewinnych, wydaje nam się, że niebezpieczeństwo czai się dosłownie wszędzie, nawet tam, gdzie w przypadku inaczej zrealizowanego filmu uderzenia pewnie byśmy nie wypatrywali. Co oczywiście nie oznacza, że właśnie stamtąd padnie spodziewany cios, że to pożądane nieprzyjemne wrażenie tkwienia wśród niemal samych wrogów znajdzie uzasadnienie w dalszej części scenariusza Marjolein Beumer i Doriena Goertzena.

Jeśli nie szuka się dynamicznych fabuł, w „Obsesję” bardzo łatwo jest wejść. Wsiąknąć w tę opowieść, może nawet zatracić się w takim stopniu, w jakim główna bohaterka zatraca się w swoim romansie z młodym Francuzem imieniem Michel. Narracja jest płynna, realizatorzy nie szarpią akcji, nie dezorientują widza raptownymi przeskokami w czasie (poza wstępem, który jednak mylący nie jest), nieuzasadnionymi, chaotycznymi wstawkami z życia holenderskiej rodziny we Francji, przekombinowanym montażem i ogólnie spychaniem fabuły na dalszy plan. Parę wątków aż prosiło się o doprecyzowanie. Nie przeczę, że pozostawienie akurat tego w sferze domysłów widza, nie było dobrym pomysłem, bo zamiast podejrzenia, że twórcom zależało na tym, aby odbiorca pokusił się o własną interpretację tychże, narodziło się we mnie wrażenie miejscowego niechlujstwa, pozostawienia w scenariuszu dziur, których albo nie potrafiono zacerować, albo zwyczajnie uszło to uwadze twórców. Wiemy, że właścicielką nieruchomości i paru hektarów ziemi na francuskiej prowincji jest Simone. To plus pokaźna gotówka to spadek po jej zmarłej niedawno matce, która porzuciła ją w dzieciństwie. Eric nie może swobodnie rozporządzać tym majątkiem, takie uprawnienia ma tylko Simone, ale główna bohaterka podporządkowuje się (choć często niechętnie) woli męża. Można to oczywiście tłumaczyć jej charakterem – kobieta zwykła przedkładać dobro swojej rodziny nad własne, na wszelkie możliwe sposoby dążyć do zapewnienia im szczęścia, nawet własny kosztem. I właśnie tak to sobie wyjaśniłam. Ale gdy Peter pozwolił sobie, w bardzo szorstki sposób, upomnieć Simone o jej kuchnię, gdy wyraził swoje niezadowolenie z posiłku, które przygotowała również dla niego i paru jego pracowników, pojawił się pewien zgrzyt, drobna rysa, która później jeszcze się poszerzyła. Otóż, wydaje mi się, że na jej miejscu każdy, nawet tak ugodowa osoba, jak Simone, powiedziałby swojemu partnerowi/partnerce, jak został/została potraktowana. Notabene Peter aktualnie pracował dla Simone. To ona miała fundusze, a więc w każdej chwili mogła zwolnić tego mężczyznę, nie pytając nawet swojego męża o zdanie, a mimo to szef rzeczonej firmy budowlanej nie dbał o dobre relacje z nią tylko z Erickiem... Można sobie to tłumaczyć tym, że Peter szybko zauważył, kto rządzi w tym związku, a odpowiedź Simone na pierwszy zarzut, jaki w stosunku do niej wystosował można oczywiście wytłumaczyć kierującą nią potrzebą uszczęśliwiania wszystkich wokół siebie. Tak więc, to, że natychmiast po tej próbce impertynenci Petera, kobieta nie zrezygnowała z usług jego firmy nie wydawało mi się mało realne, ale już to, że nie zechciała zrelacjonować owej rozmowy z Peterem Ericowi w moim oczach wiarygodnie się nie prezentowało. Dalej: gdy „na scenę” wkroczyła siostra Simone, spodziewałam się, że twórcy powiedzą coś więcej o kontaktach oby sióstr z ich matką (poza tym, że porzuciła ona Simone w dzieciństwie) albo przynajmniej zdradzą, czy ta druga kobieta też coś odziedziczyła po rodzicielce – jak tak, to co, a jak nie, to dlaczego została przez nią pominięta w testamencie. Mojego apetytu na te informacje jednak nie zaspokojono. To samo można powiedzieć o końcówce. Nie całej, nawet nie jej większej części, bo muszę przyznać, że takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Wstrząsnąć mną to nie wstrząsnęło, jakoś dogłębnie zaskoczona, porażona na pewno nie byłam, ale stereotypowości, na którą tak naprawdę się przygotowałam, zarzucić temu nie mogę. Jednakże postawa Erica nie do końca mnie przekonała. UWAGA SPOILER Wszystko wskazuje na to, że domyślił się, iż żona miała romans z Michelem i to właśnie jego dziecko nosi pod sercem, ale nie czyni jej żadnych zarzutów z powodu zdrady, której względem niego się dopuściła. Zostaje z nią, choć widać, że czuje się mocno zraniony, i że ma jej za złe to, że pozwoliła by niewinny człowiek poszedł za nią siedzieć. Miłość? Być może. Względy finansowe? To też możliwe. Ale wolałabym, żeby motywy Erica zostały przez twórców przedstawione wprost, a jeszcze lepiej byłoby, gdyby podkręcili sytuację jakimś dramatycznym posunięciem mężczyzny KONIEC SPOILERA. Niektórym nieprzekonująca może również wydawać się reakcja Simone i Erica na tragedię, na którą my, widzowie, będziemy szykować się od pierwszych minut filmu, ale jeśli weźmie się pod uwagę panikę, szok i obecność kogoś, kto wydaje się być wolny od tych uczuć, wydaje się doskonale wiedzieć, co w takiej sytuacji należy zrobić (nie nam, bezstronnym obserwatorom, tylko zagubionym uczestnikom tego koszmaru), to nie wydaje się już to tak bardzo nieprawdopodobne.

W sumie jestem zadowolona z seansu „Obsesji” Antoinette Beumer. Nad scenariuszem, według mnie, powinno się trochę dłużej popracować, dopiąć niektóre wątki i jeszcze podkręcić, w większości i tak niezły finał, bo rzeczony obrót spraw dawał filmowcom taką możliwość. Ale w przeważającej części scenariusz wydawał mi się dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Twórcy skupili się na postaciach, w dosyć wyczerpujący sposób odmalowali ich osobowości i wzajemne, często burzliwe, relacje oraz dbali o konsekwentne prowadzenie tej opowieści (przypominam: najczęściej, nie zawsze). Ponadto zatroszczyli się o atrakcyjną dla filmowego thrillera otoczkę, bez widocznego wysiłku żonglowali napięciem, konsekwentnie zagęszczali aurę zagrożenia płynącą z... można mieć wrażenie, że z wielu źródeł. Filmowcy nie gnali na oślep przed siebie, bez troszczenia się o jakiekolwiek emocje i co przynajmniej dla mnie było prawie tak samo wartościowe, nie sięgali po nowoczesne efekty specjalne, po te zwłaszcza komputerowe dodatki, które najczęściej przynoszą mi wyłącznie wrażenie sabotowania własnego projektu – niezrozumiałego odzierania filmu z realizmu przez jego twórców. „Obsesja” nie idzie tą drogą i dzięki jej za to!

poniedziałek, 14 stycznia 2019

„Anatomia” (2000)

Mieszkająca w Monachium studentka medycyny, Paula Henning, zostaje przyjęta na letni kurs w renomowanej szkole medycznej w Heidelbergu. W pociągu spotyka znajomą z uczelni, Gretchen, która informuje ją, że również dostała się na ten kurs. Następnie Paula udziela pierwszej pomocy innemu pasażerowi, młodemu mężczyźnie imieniem David, który ma problemy z sercem. W Heidelbergu Paula i Gretchen mieszkają razem i przyjaźnią się, chociaż bardzo się od siebie różnią. Obie są uzdolnione, ale podczas gdy Paula większość wolnego czasu spędza na nauce, Gretchen interesuje się głównie płcią przeciwną. Wkrótce na zajęciach z anatomii, Paula, ku swojemu zaskoczeniu, staje nad zwłokami Davida. Młoda kobieta musi odsunąć emocje na bok i zająć się jego ciałem, idąc za wskazówkami wykładowcy. Udaje jej się wywiązać z tego zadania, ale coś jej nie pasuje. Postanawia zakraść się do kostnicy, by poddać zwłoki Davida dokładniejszym oględzinom oraz pobrać próbkę, którą obiecał zbadać jej kolega z Monachium. Wyniki okazują się mocno podejrzane. Paula zaczyna podejrzewać, że młody mężczyzna padł ofiarą tajemniczego stowarzyszenia, które zostało zdelegalizowane lata temu.

„Anatomia” to niemiecki thriller w reżyserii i na podstawie scenariusza Austriaka Stefana Ruzowitzky'ego, twórcy między innymi późniejszego „Piekła” (2017) i „Patienta Zero” (2018). Zrealizowany za niespełna osiem i pół miliona marek niemieckich (szacunkowo) obraz cieszył się sporym zainteresowaniem widzów nie tylko w swoim rodzimym kraju. Choćby w Stanach Zjednoczonych zebrał wiele pozytywnych opinii, przede wszystkim zwykłych odbiorców, ale i niektórzy krytycy wyrażali się o nim w miarę pochlebnie. W 2003 roku wypuszczono sequel „Anatomii”, którego twórcą również jest Stefan Ruzowitzky.

„Anatomię” kręcono w języku niemieckim, ale Columbia Pictures wpuściła na rynek też wersję z angielskim dubbingiem. Jako że miałam do czynienia z tą drugą, nie mogę pokusić się o ocenę całego warsztatu żadnego członka obsady omawianego filmu. Nie jest to nic nadzwyczajnego – najczęściej spotykam się z taką sytuacją we włoskich produkcjach – ale to nie zmienia faktu, że niezmiernie irytuje mnie to, że w Polsce dużo łatwiej o takie „podróbki”. Dubbing w sumie nie jest aż tak tragiczny, jak w przypadku większości włoskich filmów grozy, z jakimi dotychczas się spotkałam, ale skoro nie mam pojęcia, kto owe głosy podkładał, trudno orzec, którzy aktorzy w tej materii radzili sobie lepiej, a którzy gorzej. Mogę jedynie ocenić (całkowicie subiektywnie) gesty, mimikę, ogólnie pracę ciała, a jeśli o to chodzi to odtwórczyni roli głównej, Franka Potente, dla mnie była najmniej wiarygodna. Uważam, że w tym zakresie dużo lepiej spisywali się m.in. partnerujący jej Anna Loos (w roli Gretchen) i Sebastian Blomberg (jako Caspar), przy czym ten drugi tracił przez nie do końca przekonujące (przynajmniej mnie) przedstawienie tej postaci przez scenarzystę Stefana Ruzowitzky'ego. Najbardziej rzuca się to w oczy pod koniec filmu – reakcja młodego mężczyzny na, powiedzmy niecodzienny widok, jest dosyć dziwaczna. UWAGA SPOILER Twórcom chyba tutaj zależało na zintensyfikowaniu, obudzonych w widzach już wcześniej, podejrzeń względem Caspara (to imię okazuje się nieprawdziwe), ale nawet jeśli ktoś dzięki temu zyska pewność, że ten młody mężczyzna rzeczywiście jest członkiem tajnego stowarzyszenia działającego w Heidelbergu, to chwilę później najpewniej uzna, że jego gadanina nad skrępowaną i umierającą Paulą oraz mocno spowolnione reakcje nie znajdują racjonalnego wyjaśnienia. Może poza raczej naciąganą teorią, że chłopak był w szoku, że ów młody mężczyzna zwykle tak reaguje na stresujące sytuacje. Jeśli więc bardzo się tego pragnie można znaleźć wytłumaczenie dla zachowania Caspara, ale mnie ono nie przekonuje. Dla mnie było to, ni mniej, ni więcej, jak rozpaczliwa próba zmylenia odbiorcy filmu, która koliduje z tym, co twórcy przekazują nam później KONIEC SPOILERA. Ale to nie jedyny nieprzekonujący występ tej postaci (postaci, niekoniecznie – bo nie wiem, jak z dykcją - aktora, który się w nią wciela). Caspar, tak jak wiele innych osób przebywających na terenie uczelni w Heidelbergu (studentów i pracowników), wie, że Paula Henning prowadzi śledztwo w sprawie zagadkowego zgonu młodego mężczyzny, którego niedawno poznała. To nikt inny jak Caspar powiedział jej o stowarzyszeniu, które zostało zdelegalizowane przed laty, o pewnej loży, w skład której wchodzą ludzie wywodzący się ze światka medycznego, działający wbrew etyce lekarskiej. Student ten zwraca uwagę na Paulę, można chyba powiedzieć, że jest nią zauroczony, ale nie wykazuje większego zainteresowania jej śledztwem. Nie pomaga jej w takim stopniu, jakiego można by oczekiwać od chłopaka starającego się przypodobać dziewczynie. Postawa Caspara powinna zaalarmować odbiorcę, wzbudzić w widzach podejrzenia względem tego młodego mężczyzny. Twórcy aż nazbyt mocno sugerują jego przynależność do tajemniczej loży ludzi (pseudo)nauki, właściwie to wyglądało mi to, jakby pragnęli obedrzeć oglądającego z wszelkich wątpliwości co do tego, że Caspar jest tym złym. UWAGA SPOILER I znowu – jeśli chciano w ten sposób zmylić widza, to powinno się nadać temu jakieś wiarygodniejsze podstawy. Bo gdy w końcu oczyszczono Caspara z wszelkich podejrzeń, to pozostało pytanie: dlaczego chłopak nie połączył sił z Paulą, dlaczego nie podzielił się z nią materiałami ze swojego śledztwa, dlaczego zachowywał się tak, jakby nie zależało mu na powodzeniu amatorskiego dochodzenie jego sympatii? W końcu ich cele były mocno zbliżone. Ona chciała zdekonspirować zbrodniarzy (chciała by sprawiedliwości stało się zadość), a on napisać o nich pracę. Oboje więc musieli zdobyć dowody na to, że rzekomo rozwiązane przed laty stowarzyszenie nadal funkcjonuje i oczywiście dowiedzieć się kto wchodzi w jego szeregi KONIEC SPOILERA.
 
Intryga rozsnuta na kartach scenariusza „Anatomii” według mnie została naciągnięta też w innym punkcie. Bo mamy oto tajne stowarzyszenie, które najwidoczniej od dłuższego czasu zabija ludzi w imię „wyższego dobra”. Jak wielu pseudonaukowców przed nimi wychodzą z założenia, że dla dobra ogółu warto poświęcać jednostki. I wszystko wskazuje na to, że robią to na terenie ekskluzywnej szkoły medycznej w Heidelbergu. Robią to od lat i dotychczas jakoś nikt się tym nie zainteresował. Trudno w to uwierzyć dlatego, że nie wyglądało to tak, jakby mocno się z tym kryli. Już samo to, że na stół jednej z uzdolnionych studentek medycyny (w Heidelbergu nie ma miejsca dla słabszych uczniów) trafiają zwłoki młodego mężczyzny, których wygląd nawet laika powinien zmusić do podejrzeń – obrażenia, które odniósł nie pasują do historyjki podanej przez wykładowcę Pauli, do podanej przez niego przyczyny śmierci młodego mężczyzny. Ale to nic w porównaniu z zachowaniem niektórych osób, które najprawdopodobniej przynależą do tajnego stowarzyszenia, na tropie którego jest główna bohaterka „Anatomii”. Biegają sobie za ofiarami po całej uczelni, nie przejmując się hałasem, jaki przy tym robią zarówno oni, jak i ich cele. Zabijają nawet w pomieszczaniach, do których w każdej chwili może ktoś wejść. Przenoszą ciała i ich fragmenty z miejsca na miejsce i jakimś cudem nikt ich nie zauważa, chociaż w pobliżu (nawet w nocy) często ktoś się kręci. Nie twierdzę, że brakowało mi tutaj roli policji, że ich postawa mnie nie przekonała, bo moje doświadczenia z tą grupą zawodową nie pozwalają mi podać w wątpliwość tego, co pokazano w „Anatomii”. Policjanci wyśmiewają zeznania Pauli, odbierają jak szczeniacki żart. Nie zamierzają nawet tego sprawdzać, natychmiast wyrabiają sobie zdanie, że dziewczyna kłamie i śmieją się z niej. Obywatelu radź sobie sam... skąd ja to znam? Tak więc postawa przedstawicieli organów ścigania całkowicie mnie przekonała, ale już to, że zbrodniarze przez tak długi czas pozostawali niezauważeni przez inne osoby przebywające na terenie uczelni, zakrawało mi na istny cud. A w takie cuda naprawdę trudno mi uwierzyć... Samo założenie, sam pomysł na czarne charaktery, na ten ich okrutny proceder nie był zły. Powiedziałabym nawet, że całkiem interesujący, tym bardziej, że historia ta może przypominać autentycznych pseudonaukowców (Stefan Ruzowitzky o jednym nawet wspomniał w swoim scenariuszu), iście demoniczne jednostki, które dopuszczały się prawdziwie przerażających eksperymentów na ludziach. Ciekawym pomysłem było też wykorzystanie anatomicznych modeli ludzi zainspirowanych autentycznymi pracami doktora Gunthera von Hagensa. Twórcy filmu nie szli tak daleko, jak ich inspirator, nie skorzystali z ludzkich zwłok, Stefan Ruzowitzky doszedł bowiem do wniosku, że byłoby to nazbyt makabryczne, ale te manekiny, te substytuty prac doktora Gunthera von Hagensa, i tak prezentują się bardzo realistycznie. To samo zresztą mogę powiedzieć o kilku umiarkowanie krwawych efektach specjalnych, aczkolwiek nie zaszkodziłoby trochę bardziej rozszerzyć warstwę gore. Pasowałoby to w końcu do scenariusza, no i dawałoby dodatkowy dreszczyk emocji. Dodatkowy, bo choć fabuła nie została poprowadzona w maksymalnie przekonujący mnie sposób, powiedziałabym nawet, że jest w niej trochę dziur, to generowała napięcie. Tematyką też, ale bardziej zawdzięczałam to atmosferze – zimne, wręcz sterylne wnętrza uczelni, dosyć gęsty mrok spowijający pozytywnych bohaterów, na których wyczuwalnie, ale często też dostrzegalnie, czyha zło w postaci szaleńca, czy szaleńców, bo nie sposób zapomnieć, że mamy do czynienia z jakąś tajną organizacją działającą w sposób skrajnie nieetyczny. Ktoś może dojdzie do wniosku, że scenariusz każe nam zastanowić się nad filozofią wyznawaną przez członków sekretnej loży, na tropie której znajduje się Paula Henning, ale ja o taką odwagę twórców „Anatomii” bym „nie posądzała”. Przekonania członków rzeczonej organizacji zostały praktycznie jednoznacznie potępione przez twórców filmu, nie dali mi oni żadnego powodu, by sądzić, że według nich takie podejście do nauki można w jakiś sposób usprawiedliwić. Nie czułam się, jakby zachęcano mnie do rozważania tego, czy aby w takich przypadkach cel nie uświęca środków, czy takie działania nie przyniosłyby ludzkości więcej korzyści niźli strat. Nie, na moje oko twórcy wyraźnie opowiedzieli się po przeciwnej stronie, czyniąc to za pośrednictwem Pauli Henning, która wydawała się ani przez chwilę nie wątpić w to, że takie zachowanie nie przystoi lekarzom, że zasługuje na najwyższą pogardę i oczywiście dotkliwą karę. W sumie to byłabym tego pewna, nawet wówczas, gdyby twórcy poczynili jakieś starania w kierunku choćby tylko lekkiego ocieplenia wizerunku członków tajemniczej loży, ale wolałabym, żeby to zrobili, z tego prostego powodu, że ogólnie rzecz ujmując wprost przepadam za sztuką budzącą jakieś kontrowersje, prowokującą do samodzielnego myślenia w sposób, który wielu jej odbiorców mocno oburza. Ale „Anatomia” tego rodzaju filmem na pewno nie jest.
 
„Anatomia” Stefana Ruzowitzky'ego to taki lżejszy thrillerek, w którym wszystko wykłada się nam na tacy, w sposób właściwie uciekający od kontrowersji. Jeśli chodzi o tekst, bo zdjęcia są całkiem mroczne, tym bardziej jeśli porówna się je do tych nowszych dreszczowców, ze szczególnym wskazaniem na te produkowane w Hollywood. Ale nie od dziś wiadomo, że współczesna kinematografia, ogólnie rzecz ujmując, nie może równać się z tą dawniejszą. „Anatomia” nie jest taka znowu stara, miała swoją premierę zaledwie dziewiętnaście lat temu i oczywiście nie jest „dzieckiem Hollywoodu”, bo powstała w Niemczech. Mimo to widać przepaść, jaka powstała przez te kilkanaście lat – atmosfera „Anatomii” jest dużo bardziej mroczna od tej, którą najczęściej karmią nas nowsze filmowe thrillery, horrory zresztą też (czytaj: plastik), ale fabuła i przedstawienie postaci pozostawiają już sporo do życzenia. A przynajmniej mnie, te dwie jakże ważne składowe, nie do końca przekonały. Ale choćby dla tego klimatu i samego pomysłu na intrygę można po tę produkcję sięgnąć. Tym bardziej, jak lubi się takie medyczne klimaty z lekkim dreszczykiem. Dla sympatyków takich produkcji, „Anatomia” może okazać się nie lada gratką.

sobota, 12 stycznia 2019

„Park grozy” (2018)

Natalie przyjeżdża do swojej najlepszej przyjaciółki Brooke, z którą jakiś czas temu dzieliła mieszkanie. Teraz współlokatorką Brooke jest Taylor, dziewczyna, którą Natalie zna ze szkoły i za którą nigdy nie przepadała, dlatego nie jest zadowolona z tego, że musi znosić jej towarzystwo. Zaraz po przyjeździe Natalie dowiaduje się od Brooke, że ich kolega, Gavin, zdobył dla całej ich paczki bilety do objazdowego parku rozrywki. Parku grozy funkcjonującego pod nazwą Hell Fest i podróżującego po Stanach Zjednoczonych w sezonie halloweenowym. Gavinowi zależy przede wszystkim na obecności Natalie, w której się podkochuje. Dziewczyna nie jest entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu, ale ostatecznie daje się namówić Brooke na ten wieczorny wypad. Niedługo potem Natalie, Gavin, Brooke i jej chłopak Quinn oraz Taylor i jej chłopak Asher wchodzą do popularnego parku rozrywki, obiecującego potężną dawkę strachu. Mniej więcej w tym samym czasie w Hell Fest pojawia się zamaskowany morderca. Wkrótce zwraca on uwagę na Natalie. Młoda kobieta zauważa, że jakiś tajemniczy mężczyzna za nią chodzi i trochę ją to niepokoi, ale uznaje, że to jeden z pracowników Hell Fest, który zbyt mocno angażuje się w zadanie straszenia klientów.

Gregory Plotkin jako reżyser debiutował w 2015 roku, horrorem „Paranormal Activity: Inny wymiar”. Slasher „Park grozy” jest jego drugim pełnometrażowym filmem, ale to wcale nie oznacza, że nie ma on dużego doświadczenia w branży filmowej. Bo od lat zajmuje się montażem – pracował między innymi nad takimi produkcjami, jak „Nieuchwytny” Gregory'ego Hoblita, kilka części „Paranormal Activity”, „Uciekaj!” Jordana Peele'a i „Śmierć nadejdzie dziś” Christophera Landona. Za montaż swojego „Parku grozy” też odpowiada, wespół z Davidem Eganem. Scenariusz natomiast opracowali Seth M. Sherwood i Blair Butler. Budżet filmu opiewał na mniej więcej pięć i pół miliona dolarów, dotychczas dając trochę ponad siedemnaście i pół miliona dolarów przychodu.

Przynajmniej jeden ze zwiastunów „Parku grozy” obiecuje stylizację na kino z lat 70-tych/80-tych XX wieku, rąbankę utrzymaną w klimacie retro, przywołującą ducha niskobudżetowych slasherów z dawnych lat, z okresu ekspansji tego podgatunku. I faktycznie, scenariusz uparcie podąża ścieżką wytyczoną wiele lat wcześniej, twórcy ściśle (z jednym wyjątkiem, ale o tym później) trzymają się konwencji filmów slash z młodymi ludźmi w rolach głównych. I oczywiście z zamaskowanymi mordercami na nich polującymi. Ale zdjęcia nie zostały obrobione w taki sposób, żeby tworzyć w widzach (złudne) wrażenie obcowania z filmem nakręconym w ubiegłym wieku. Dosadnej stylizacji obrazu na rąbankę z dawnych lat tutaj nie ma, wbrew temu, co można odnaleźć w materiałach promocyjnych (dotyczy to także plakatów). Część z nich wskazywała na coś realizacją zbliżonego do „Grindhouse: Death Proof” Quentina Tarantino i „Grindhouse: Planet Terror” Roberta Rodrigueza, czyli bardzo mocną imitację obrazu na XX-wieczną niskobudżetówkę, przez co niektórzy odbiorcy „Parku grozy” mogą poczuć się rozczarowani. Mają prawo uznać, że wprowadzono ich w błąd, ale dotyczyć to może tylko (i aż) warstwy technicznej, bo już płaszczyzna fabularna nikomu nie powinna pozostawiać wątpliwości, że twórcy omawianej produkcji inspirowali się klasycznymi opowieściami z nurtu slash. Na pewno nie kręcili tego filmu z myślą o miłośnikach nowoczesnych horrorów o mordercach polujących na ludzi, filmów uporczywie starających się wyjść poza ramy ciasnej konwencji, zreinterpretować schemat w taki sposób, żeby dobrze zaznajomiony z nim widz dostał coś więcej niźli tylko kolejną powtórkę z rozrywki. Mnie takie kombinowanie rzadko przynosi satysfakcję – nie znam wielu XXI-wiecznych slasherów, którym wyszłoby to na dobre (w mojej ocenie), które dostarczałyby mi tyle samo przyjemności (jakkolwiek nieodpowiednio to brzmi w kontekście umiarkowanie krwawego horroru), co stara, dobra prostota. Wydaje mi się, że Gregory Plotkin ma świadomość istnienia takich osób, jak ja – ludzi ceniących sobie konwencjonalne slashery, kręcących nosem na usilne próby wprowadzenia do tego nurtu czegoś nowego, czynione przez niemałą część współczesnych twórców kina grozy. „Park grozy” wydaje się być filmem stworzonym z myślą o właśnie takich osobach, o tej niezbyt dużej grupie ludzi stęsknionych za prościutkimi opowieściami o zamaskowanych/okaleczonych/zdeformowanych mordercach polujących na ludzi. Z tym jednak też trzeba uważać – nadmierne uproszczenia, zbytnia powierzchowność może nie być mile widziana nawet przez wieloletnich fanów slasherów. Wierzcie lub nie, ale w takich filmach też zwracam uwagę na przedstawienie pozytywnych postaci. Nie przeszkadza mi bazowanie na stereotypach, wykorzystywanie wielokrotnie wałkowanych przez kino modeli osobowości, ale oczekuję, że jakieś rysy psychologiczne zostaną w zadowalający mnie sposób wykreślone. A do zadowolenia w tego typu filmach wystarczy mi ogólny zarys, nie wymagam wyczerpujących analiz psychologicznych, ale dobrze jest wiedzieć o protagonistach trochę więcej niż raczyli mi przekazać twórcy „Parku grozy”. O domniemanej final girl, Natalie (w tej roli dysponująca niezłym warsztatem Amy Forsyth), wiemy tyle, że jakiś czas temu wyprowadziła się z mieszkania, które dzieliła ze swoją przyjaciółką Brooke, wyjechała z miasta ku niezadowoleniu swojej koleżanki, a teraz wróciła i dowiedziała się, że Brooke dzieli mieszkanie z dziewczyną, której Natalie nigdy nie lubiła. Nie mam pojęcia, czy główna bohaterka „Parku grozy” przyjechała tylko w odwiedziny, czy zamierza zostać w swoim rodzinnym mieście na stałe (być może ta informacja mi umknęła albo jak wiele innych pożądanych faktów z życia protagonistów scenarzyści to przemilczeli), ale jeśli musiałabym obstawiać to skłaniałabym się ku krótkim odwiedzinom, bo wskazuje na to niewielki bagaż Natalie. Poza tym dowiedziałam się, że ta młoda kobieta nie przepada za horrorami, za halloweenowymi rozrywkami takimi jak tytułowy park grozy, że nie jest zachwycona perspektywą spędzania wieczoru w tym miejscu, ale zgadza się (niezbyt chętnie) odwiedzić je wraz ze znajomymi. Wśród nich jest Gavin, młody mężczyzna, który od jakieś czasu podkochuje się w Natalie, który marzy o związaniu się z nią, co zresztą cieszy obiekt jego westchnień, bo dziewczyna także jest nim zainteresowana. O Gavinie wiemy praktycznie tylko tyle, że kocha Natalie i jest gotowy wiele dla niej zrobić. Pozostali członkowie tej paczki zostali przedstawieni równie enigmatycznie: Brooke jest najlepszą przyjaciółką Natalie i z jakiegoś powodu ciągle się o nią martwi, przyjaźni się też jednak z przebojową Taylor (wcielająca się w tę postać Bex Taylor-Klaus moim zdaniem radziła sobie najlepiej z całej obsady, za wyjątkiem Tony'ego 'Candymana' Todda, który niestety musiał zadowolić się epizodyczną rólką), za którą z kolei Natalie nie przepada, a Quinn i Asher to „drugie połówki” Brooke i Taylor. Ten pierwszy jest bardziej poważny od drugiego (dowcipnisia) i... właściwie nic więcej o tych postaciach napisać nie umiem. Mało informacji, nawet jak na slasher.

Miejsce akcji to według mnie jeden z największych walorów „Parku grozy”. Wcześniej wspomniałam, że film zrealizowano na współczesną modłę i rzeczywiście technika filmowania nie przypomina tej z dawnych lat, ale już sceneria może nasuwać skojarzenia z niektórymi horrorami zwłaszcza z lat 80-tych. Ja na przykład miałam przed oczami „Lunapark” Tobe'a Hoopera z 1981 roku, horror, za którym nie przepadam (wolę adaptację powieściową Deana Koontza – książka pojawiła się przed filmem tylko dlatego, że produkcja trwała dłużej niż oczekiwano, została jednak napisana w oparciu o scenariusz autorstwa Lawrence'a J. Blocka), ale ten jego jarmarczny klimat ma coś w sobie. Krzykliwe kolory (aczkolwiek kiedy trzeba jest mrocznie), kiczowate, ale też całkiem realistycznie się prezentujące rekwizyty (dostajemy i to i to), wymyślne stroje – to wszystko ma w sobie niezaprzeczalny urok, tego rodzaju tandeta może się podobać, szczególnie fanom kina klasy B z przedostatniej dekady XX wieku, ale i może wywołać duży niesmak u osób nieprzyzwyczajonych do takich wrzaskliwych form albo po prostu optujących za bardziej stonowanymi klimatami. To już zależy od indywidualnych preferencji widzów – mnie ta krzykliwa sceneria ujęła, ponieważ wprost przepadam za tańszymi horrorami z lat 80-tych poprzedniego wieku, horrorami, w których aż roi się od kiczowatych efektów specjalnych, bo miejsce, w którym Natalie i jej znajomym przyjdzie walczyć o życie przypomina właśnie tego rodzaju dziełka. Pomimo tego, że część wykorzystanych przez Gregory'ego Plotkina efektów specjalnych prezentuje się nader profesjonalnie, nie trąci tą, dla mnie magiczną, tandetą, którą z kolei tchnie wiele innych, na szczęście praktycznych, dodatków mających budzić w odwiedzających Hell Fest przerażanie, niesmak, chwilowy szok, etc. Jak to zwykle w takich miejscach bywa, w tytułowym parku grozy, aż roi się od wyskakujących zewsząd manekinów (jump scenki). Nie brakuje też przebierańców, pracowników w różnych, w zamyśle strasznych, strojach, którzy robią wszystko co w ich mocy, by napędzić stracha złaknionym mocnych wrażeń klientom. Pomysłów im nie brakuje, a i ich kreacje są tak zróżnicowane, że przyznaję, iż nie narzekałam na nudę, chociaż najwięcej miejsca poświęcono właśnie tym wygłupom personelu Hell Fest i oczywiście reakcjom młodych protagonistów na te próby straszenia odwiedzających popularny park rozrywki organizowany w sezonie halloweenowym. Mordów jest niewiele i nie są zbyt pomysłowe, ale też nie można powiedzieć, że twórcy poprzestają na, jakże częstym, tchórzliwym pokazywaniu niewielkiej ilości krwi wypływającej z niewidocznych dla nas ran. Miażdżenie głowy chłopaka, czy przekuwanie oka innego nieszczęśnika przedstawiono dosyć szczegółowo – jak na slasher, bo już osoby nastawiające się na coś na kształt torture porn mogą poczuć się zawiedzione. Według mnie najmocniejszy jest jednak drugi (pamiętając o tym pokazanym w prologu) mord dokonany przez tajemniczego mężczyznę w całkiem upiornej masce (stworzonej przez Alterian, Inc.). Rzecz nie w tym, że zbrodnia ta jawi się jakoś szczególnie brutalnie (dźgnięcie nożem, jakich wiele w różnej maści filmowych rąbankach), tylko w postawie Natalie. Z czymś podobnym spotkamy się choćby w „Talon Falls” Joshuy Shreve'a. Charakter miejsca, w którym przebywają protagoniści omawianego horroru Gregory'ego Plotkina zmusza ich do założenia, że wszystkie okropieństwa rozgrywające się na ich oczach są wyreżyserowane, że wszystko to jest inscenizacją... nawet morderstwo skrajnie przerażonej dziewczyny, które z kolei przez nas, odbiorców „Parku grozy”, jest odbierane tak jak trzeba: jak prawdziwe zabójstwo dokonywane przez psychopatę, którego tożsamości nie znamy. Natalie myśli, że to kolejne przedstawienie, przez co niejako przyczynia się do śmierci innej młodej kobiety odwiedzającej tego feralnego wieczora park Hell Fest. Wskazuje mordercy jej kryjówkę, a gdy ten pochyla się nad swoją ofiarą z ostrym narzędziem w ręku mówi mu, by to zrobił, by zanurzył je w ciele spanikowanej dziewczyny. Natalie jest przekonana, że to jedynie gra, że ma do czynienia z aktorami wykonującymi swoją pracę, ale mimo to jej zachowanie sprawia, że można poczuć się nieswojo. Można wręcz zapałać antypatią do tej postaci, nawet mając pełną świadomość tego, że nie wie z czym tak naprawdę ma do czynienia. Jakkolwiek byśmy na to nie zareagowali jedno jest pewne: nie jest to coś, co wpisywałoby się w tradycyjny model final girl, to znaczy nie jest to zachowanie typowe dla kogoś, kto jak wszystko na to wskazuje ma być tą, która albo przeżyje prezentowaną rzeź, albo zginie jako ostatnia. Po final girl spodziewałabym się większej domyślności lub po prostu niemożności patrzenia na tego typu spektakle. Jej koleżanki uciekły, ona została, by obejrzeć to do końca, chociaż według mnie konwencja dyktuje sytuację odwrotną (to ona powinna czym prędzej opuścić to pomieszczenie, a jej znajome winny zostać do końca rzekomo udawanego morderstwa). Gregory Plotkin nie trzyma się więc tak ściśle konwencji nurtu slash, jak się wydaje – znalazłam tylko jedno odstępstwo od reguły, ten jeden element, który wychodził poza znajome ramy fabularne. Przy całym swoim uwielbieniu tradycji tego podgatunku nie miałam jednak twórcom za złe tego drobnego odejścia od konwencji, tego jednego eksperymentu na postaci potencjalnej final girl. Nie przekombinowali, nie wypaczyli tej sylwetki, nie zdemonizowali jej doszczętnie, a i tym posunięciem zasiali we mnie ziarno wątpliwości. Od tego momentu zaczęłam brać pod uwagę możliwość niemałego przewrotu polegającego na uczynieniu final girl (bądź final boy) kogoś innego. Końcowy pojedynek natomiast bardzo mnie rozczarował. Epilog nie jest zły, ale to, czemu świadkowałam trochę wcześniej nie miało w sobie takiej mocy, do jakiej przyzwyczaiły mnie slashery. Dużo bieganiny i ukrywania się przed mordercą, a sama finalna walka zdecydowania za krótka i praktycznie nierzucająca się w oczy.

Niezły slasher. Niestety, tylko niezły, a naprawdę niezbyt dużo brakowało mi do pełnej satysfakcji. Najbardziej raziła mnie nazbyt szczątkowa prezentacja pozytywnych postaci, nawet jak na slasher bardzo niechlujne przedstawienie szóstki młodych ludzi, którzy na swoje nieszczęście odwiedzają objazdowy park grozy funkcjonujący pod nazwą Hell Fest. Przydałoby się też trochę więcej scen mordów, ale z małą liczbą tychże jeszcze jestem w stanie się pogodzić. Czego nie mogę powiedzieć o finalnej konfrontacji i rzecz jasna tak skrajnie ogólnikowym przedstawieniu protagonistów. Ale miejsce akcji, klimat, efekty specjalne, prostota fabularna, jakże przeze mnie pożądana zwłaszcza jeśli chodzi o slashery, czyli podgatunek horroru do którego i „Park grozy” przynależy oraz oczywiście postać mordercy (tajemniczy i na dodatek noszący dosyć upiorną maskę) – wszystko to sprawiło, że nawet przez chwilę nie żałowałam wyboru tej pozycji. Mimo tych paru elementów, które przynajmniej w mojej ocenie aż prosiły się o dopracowanie. Mimo to polecam „Park grozy” Gregory'ego Plotkina miłośnikom umiarkowanie krwawych horrorów, ze szczególnym wskazaniem na sympatyków slasherów. Tych bardziej konwencjonalnych, bazujących na prostocie i pod pewnymi względami mogącymi być rozpatrywane jako swoisty hołd dla XX-wiecznych slasherów, zwłaszcza tych powstałych w przedostatniej dekadzie tamtego stulecia. Tak, myślę, że przede wszystkim ta grupa osób powinna być przynajmniej umiarkowanie usatysfakcjonowana „Parkiem grozy” - przynajmniej, bo istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że w przeciwieństwie do mnie odbiorą oni tę produkcję w samych superlatywach, że ich zadowolenie będzie o wiele większe od mojego. Chociaż i ja nie mam jakichś ogromnych powodów do narzekań.

Za seans bardzo dziękuję

Na Cineman VOD film będzie dostępny od 25 stycznia 2019 roku

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...