sobota, 9 grudnia 2023

„Nóż w nocnej ciszy” (2023)

 
Świąteczny terror zamaskowanego zabójcy w miasteczku Angel Falls dobiega końca po starciu z rodzeństwem Carruthers. Oprawca ginie z rąk nastoletniej Winnie podczas domowej imprezy zorganizowanej przez młodzież. Rok później Carruthersowie są już najbardziej wpływową rodziną w tych stronach i, jak niemal wszyscy mieszkańcy miasteczka, starannie unikają rozmów o koszmarze minionych Świąt Bożego Narodzenia, co doprowadza do szału dziewczynę, której prawdopodobnie zawdzięczają swoją wysoką pozycję w miasteczku. Winnie nie potrafi pogodzić się ze śmiercią najlepszej przyjaciółki, jednej z ofiar mordercy nazwanego Angel. Nie może też oprzeć się wrażeniu, że wszystkim byłoby lepiej bez niej, a kiedy zorza polarna rozświetla nocne niebo, Winnie wypowiada życzenie, które ku jej przerażaniu się spełnia. Trafia do równoległego świata, w którym nigdy się nie urodziła, nie mogła więc wyeliminować największego zagrożenia w Angel Falls.

Plakat filmu. „It's A Wonderful Knife” 2023, Divide/Conquer, Fourth Culture Films

Powtórka z rozrywki Michaela Kennedy'ego, współscenarzysty „Pięknej i rzeźnika” Christophera Landona, wariacji na temat minipowieści Mary Rodgers pt. „Freaky Friday” z 1972 roku, po raz pierwszy przeniesionej na ekran cztery lata później przez Gary'ego Nelsona. Tym razem Kennedy postanowił przerobić swój ulubiony film świąteczny, „It's a Wonderful Life” (pol. „To wspaniałe życie”) Franka Capry, gdyż od dawna marzyło mu się napisanie horroru w klimacie choinkowym. Z kolei reżyser „Noża w nocnej ciszy” (oryg. „It's A Wonderful Knife”), Tyler MacIntyre, twórca choćby takich filmów grozy, jak „Patchwork” (2015), „Tragedy Girls” (2017) i jeden segment antologii „V/H/S/99” (2022), przyznał, że większą słabość ma do między innymi takich filmów świątecznych jak „Miasteczko Halloween” Henry'ego Selicka czy „Wigilijny show” Richarda Donnera. Slasher z dodatkiem czarnej komedii z mordercą w niewykorzystanym stroju Ghostface'a (podobno w pierwszej wersji scenariusza „Krzyku” Wesa Cravena zabójca z Woodsboro występował mniej więcej w takim, w każdym razie białym, stroju) kręcono od 20 marca do 14 kwietnia 2023 roku, a premierowy pokaz odbył się już w październiku 2023 na Beyond Fest w Los Angeles. W następnym miesiącu, w wyniku działalności firmy RLJE Films, obraz trafił do wybranych amerykańskich kin, a w grudniu na internetową platformę Shudder. W tym samym miesiącu ruszyła kinowa dystrybucja w Polsce - akcja Best Film.

Nóż w nocnej ciszy. Krzyk się rozchodzi. Kreatywna polska odpowiedź na oryginalną grę słów („It's Wonderful Time” - „It's Wonderful Life” - „It's Wonderful Knife”) dotycząca listu do Mikołaja Ghostface'a ozdobionego motywami kultowej produkcji świątecznej w reżyserii Franka Capry. Kiedy w „Tym wspaniałym życiu” rozlega się przeraźliwy „Krzyk”... W Angel Falls przywita nas ambitny przedsiębiorca Henry Waters (zamierzenie przerysowana - może trochę za bardzo - kreacja Justina Longa, którego fani kina grozy mogą pamiętać ze „Smakosza” Victora Salvy, „Wrót do piekieł” Sama Raimiego, „Życia.po.Życiu” Agnieszki Wojtowicz-Vosloo, „Kła” Kevina Smitha, „Lavender” Eda Gassa-Donnelly'ego, „Domu mroku” Neila LaBute'a, „Barbarzyńców” Zacha Creggera i/lub „Obserwowanego” Johna McPhaila), właściciel prężnie rozwijającej się firmy deweloperskiej, obecnie skoncentrowany na budowie centrum handlowego. Najnowszy projekt rekina lokalnego biznesu, dla którego w pocie czoła pracuje ojciec głównej bohaterki „Noża w nocnej ciszy” Tylera MacIntyre'a. Winnie Carruthers (nieprzekonujący występ Jane Widdop, której fryzura przypadkiem wpisała się w tutejszy hołd dla pastiszowej serii otwartej w 1996 przez nieodżałowanego Wesa Cravena – niecelowe przypomnienie Casey Baker, w którą wcieliła się Drew Barrymore) spotykamy tuż przed tak zwaną ostateczną konfrontacją, najważniejszym pojedynkiem z mordercą. Można więc powiedzieć, że zaczynamy od końca, bo final girl, zresztą jak sama nazwa wskazuje, zazwyczaj „nie rodzi się na początku”. Na wątpliwy awans ze zwykłej dziewczyny na ostatnią dziewczynę zazwyczaj (nie zawsze, a jako przykład odstępstwa od reguły pozwolę sobie przytoczyć powieść Grady'ego Hendrixa „Final Girls. Ostatnie ocalałe”) trzeba dłużej poczekać, choćby dlatego, że ten zwrot w życiu protagonistki, ten znamienny moment, to przebudzenie mocy, zwykle łączy się ze śmiercią antagonisty albo antagonistki, albo antagonistów. A slasher bez zabójcy, to jak western bez kowbojów. Bez sensu? E tam, wszystko da się obejść. Zwłaszcza w podgatunku z wieloletnią tradycją wskrzeszania czarnych charakterów... Nie, z tego aż za dobrze sprawdzonego rozwiązania też nie skorzystano. Zamiast powstałego z martwych, w „Nożu w nocnej ciszy” mamy maniakalnego przebierańca z równoległej rzeczywistości. Uważajcie czego sobie życzycie, bo może się spełnić. Final girl z fikcyjnego amerykańskiego miasteczka, podczas rzadkiego w tej części planety Ziemia zjawiska świetlnego, na własnej skórze przekonała się, że lepiej o tym nie zapominać. Nie rzucać życzeń na wiatr. Tym bardziej takich - co innego, gdy mając trzynaście lat zażyczysz sobie mieć trzydzieści (oczywiście mowa o komedii z 2004 roku wyreżyserowanej przez Gary'ego Winicka), a co innego, kiedy zamarzy ci się świat bez ciebie. Winnie Carruthers prosi swoją złotą rybkę, czyli zorzę polarną, o nieistnienie, a właściwie myśli na głos, w ten sposób pewnie dodając sobie otuchy przed śmiertelnym skokiem. Czarna rozpacz bohaterki miejscowości z amnezją. Zdecydowana większość mieszkańców Angel Falls żyje jakby przed rokiem nic się nie stało. Z oburzającą łatwością przeszli do porządku dziennego nad masakrą zabójcy w śnieżnobiałym stroju - powiedzmy mniej pospolite wyobraźnie anioła; zapewne stąd ksywka (Angel) błyskawicznie zdekonspirowanego zbrodniarza, ale możliwe, że także od nazwy miasta – a przynajmniej tak to odbiera centralna postać „Noża w nocnej ciszy”. Wybawczyni rodzinnego miasteczka, która w następne święta stwierdzi, że niepotrzebnie się urodziła.

Plakat filmu. „It's A Wonderful Knife” 2023, Divide/Conquer, Fourth Culture Films

Slasher queerowy, poza wszystkim innym pomyślany jako satyra na heteronormatywną ofertę firmy Hallmark. Należący do społeczności LGBTQ+ Michael Kennedy, scenarzysta „Noża w nocnej ciszy”, nie widzi przeciwwskazań do przechylenia tego wahadła w drugą stronę. W przestrzeni publicznej mówił o sześciu nieheteronormatywnych parach, ale ja wypatrzyłam tylko trzy. Jedną z nich na ekranie tworzą aktorki, które identyfikują się jako osoby niebinarne, a przebojowa połówka innej to bodaj najniższy ukłon w stronę kultowej serii meta-slasherowej, czy jak kto woli najczytelniejsze nawiązanie do serii „Krzyk”. Gale Prescott (od Gale Weathers i Sidney Prescott) w pierwszej wersji scenariusza była heteroseksualna, ale jeden z producentów wykonawczych „Noża w nocnej ciszy”, Adam Hendricks, powiedział Kennedy'emu, że jego zdaniem z niej też powinien zrobić homoseksualistkę. No pewnie! I tak wspólnymi siłami zmienili orientację seksualną ciotki głównej bohaterki filmu, według mnie najbarwniejszej mieszkanki Angel Falls (bezbłędna kreacja Katharine Isabelle, która ma dość bogate doświadczenie gatunkowe – grała między innymi w takich produkcjach grozy, jak „Zdjęcia Ginger” Johna Fawcetta, „Zdjęcia Ginger II” Bretta Sullivana, „Zdjęcia Ginger III: Początek” Granta Harveya, „Bones” Ernesta R. Dickersona, „Carrie” Davida Carsona, „Freddy kontra Jason” Ronny'ego Yu), której po piętach depcze Bernie Simon (Jess McLeod, uważam, warsztatem ustępująca Isabelle, ale przebijająca odtwórczynię roli głównej), szkolna outsiderka desperacko rozglądająca się za przychylną duszą. Uznana za dziwoląga i doskonały obiekt niewybrednych żartów. Dziewczyna do bicia, której tak naprawdę nikt nie zna. Nikt nie zadał sobie trudu, żeby ją poznać, ale czy taki szczegół kiedyś powstrzymał umiłowanych recenzentów bliźnich? Winnie Carruthers wprawdzie „nie ustawia się w kolejce do rzucania kamieniami w Bernie”, nie rajcują jej takie sadystyczne rozrywki, ale i nie świeci przykładem. W alternatywnym Angel Falls dotrze do niej, że nie była dużo lepsza – jeśli w ogóle – od zawziętych prześladowców wrażliwej rówieśniczki. Nieobojętnej na krzywdę innych, empatycznej dziewczyny tonącej w samotności. Muszę oddać twórcom „Noża w nocnej ciszy” ponadprzeciętne (na slasherowej skali) skupienie na postaciach. Nie tylko bohaterek pierwszej planu, wojowniczych księżniczek z Angel Falls i antybohatera pierwszego planu, którego tożsamość, dla odmiany, poznamy już w prologu. Mamy tutaj też w gruncie rzeczy nieobfitujące w szczegóły portrety ludzi z bliższego i dalszego otoczenia mocno hipotetycznej niedoszłej samobójczyni, ale zaskakująco treściwe. Krzykliwie niewierny chłopak – to dopiero bezczelność! - niewylewająca za kołnierz, czy jak by powiedział „polski klasyk”, dająca w szyję cioteczka i wreszcie rozpieszczający rodzice. Rozpieszczający syna, a córkę delikatnie upominający. Najwyższy czas, by Winnie uporała się z traumą, wskoczyła w obrzydliwe różowe wdzianko, z okazji Świąt Bożego Narodzenia sprezentowane przez idealną mamę i idealnego tatę, i dołączyła do brata skaczącego z radości wokół nowiutkiego samochodu. Ona dostała, w jej ocenie, obciachowy komplet (spodnie i bluzka), a Jimmy furę prosto z salonu? No tak, głupio wyszło, ale zawsze można pójść po rozum do głowy i zaznaczyć, że to autko na spółkę. Winnie wywindowała swoją rodzinę z klasy średniej do wyższej i co ważniejsze najprawdopodobniej uratowała życie Jimmy'emu, a teraz ma patrzeć jak korzysta z tego jej brat? Wypada zaznaczyć, że chłopak ma więcej przyzwoitości od rodziców, niewątpliwie czuje się nieswojo i reflektuje szybciej od rodzicieli, ale czara goryczy już się przelała. Domowa czara, bo Winnie powie „dość” po otrzymaniu jeszcze jednego ciosu – kolejny nóż wbity w jej sponiewierane plecy tego przeklętego wieczora. Rozbłysną campowe światełka i z Angel Falls zrobi się Hell Falls. Magia świąt. Na tym nie koniec eksperymentów, ośmielę się jednak stwierdzić, że w tej równoległej rzeczywistości nienowi klienci knajpki slash poczują się bardziej swojsko. Pomijając status głównej bohaterki – obca w nieobcej mieścinie - i „przeźroczystą maskę” zabójcy (niedosłownie, po prostu mamy niebagatelną wiedzę o człowieku terroryzującym Angel Falls), swoją drogą ciekawie w swojej cudaczności ubranego, okrężną drogą docieramy do klasycznej siekaniny. Stary, dobry schemat fabularny, niby cały czas doprawiony przyprawą pożyczoną od „To wspaniałe życie” Franka Capry i opatrzony skromnymi pomnikami dla innych slasherów (na przykład scena w kinie i akcja na schodach z „Krzyku 2” Wesa Cravena oraz ukłon dla „Koszmaru minionego lata” Jima Gillespiego w formie napisu „I Know What You Did Last Christmas”), większej różnicy to mi jednak nie robiło. Ogólnie czułam się jak w pierwszej niekoniecznie lepszej:) opowieści o zabijaniu. Niskobudżetowej produkcji - warstwa wizualna trąci tandetą; naturalnie nie mam tutaj na myśli campu, zaplanowanego czy przypadkowego przywołania czarodziejskiego kiczu z wieku poprzedniego, a konkretniej szalonych lat 80. XX, bo ten duch szczęśliwie mnie nawiedził podczas nieokultystycznego seansu w nocnej ciszy – niespecjalnie krwistej i jeszcze mniej pomysłowej w zakresie mordów. Wyróżnić mogę jedynie szarżę z wielgachną laską świąteczną.

Niemęczący przeciętniak z tej slasherowej wersji familijnego filmu świątecznego z 1946 roku. To rzecz jasna moje odczucie, osobista opinia na temat „Noża w nocnej ciszy” napisanego przez Michaela Kennedy'ego, a wyreżyserowanego przez Tylera MacIntyre'a. „To cudowne życie” Franka Capry w krzywym zwierciadle. Świąteczna masakra upadłego anioła. Okolicznościowy horrory rzucający czerstwymi żarcikami, jedną nogą na nieutartym szlaku na terytorium slash, a drugą na ruchliwej drodze asfaltowej w tym samym państewku podgatunkowym. Według mnie nieszkodliwy gość.

środa, 6 grudnia 2023

C.J. Tudor „Spojrzenie w mrok”

 
Po osobistej tragedii poczytna brytyjska autorka, odpowiedzialna za takie głośne pozycje, jak uhonorowany Barry Award „Kredziarz” (2017), „Zniknięcie Annie Thorne” (2019), „Inni ludzie” (2020) i „Płonące dziewczyny” (2021), C.J. Tudor, z niemałym trudem ukończyła kolejną powieść... i postanowiła jej nie wydawać. Niezadowolona z efektu ostatniej pracy, pisarka w zamian zaproponowała swojemu wydawcy zbiór krótszych opowieści z dreszczykiem. I tak Tudor wreszcie znalazła dom dla paru zalegających w szufladzie tekstów (oczywiście odpowiednio zredagowanych), którym towarzystwa miały dotrzymywać najnowsze opowiadania oraz historie wcześniej publikowane w formie e-booków i audiobooków – jeden z nich po raz pierwszy zaprezentował się natomiast w antologii „After Sundown” pod redakcją Marka Morrisa, która swoją światową premierę miała w roku 2020. W sumie jedenaście mrocznych opowieści C.J. Tudor, z ogólną przedmową i szczegółowymi wstępami: odautorskimi komentarzami (geneza) do wszystkich „odcieni makabry” w „Spojrzeniu w mrok” (oryg. „A Sliver of Darkness”). Na światowym rynku wydawniczym zbiorek ukazał się w roku 2022, a do Polski dotarł już w kolejnym, korzystając z zaproszenia wydawnictwa Czarna Owca. Kolekcję przetłumaczył Tomasz Wyżyński. W roku 2023 uwolniono następną powieść C.J. Tudor, thriller „The Drift”.

Okładka książki. „Spojrzenie w mrok”, Czarna Owca 2023 adaptacja © Jon Kennedy / / MJ

Tradycyjnie krótkie omówienie grona nie-osób zebranego tym razem na przyjęciu zorganizowanym przez pisarkę bardziej kojarzoną z dłuższą formą, zacznę od mojego ulubieńca; „Zwodniczego bluesa” napisanego pod wpływem obrazowego fragmentu utworu My Chemical Romance – dokarmione twórczością Stephena Kinga i widmowym głosem Morgana Freemana, a właściwie Ellisa Boyda 'Reda' Reddinga ze „Skazanych na Shawshank” Franka Darabonta, adaptacji minipowieści wspomnianej już sławy z Maine, jednego z ulubionych literatów C.J. Tudor. Opowieść Jacka Morleya, cofającego się pamięcią do krótkiej znajomości z niejakim Grubasem. Poznał go w klubie Pod Błękitnym Flamingiem, gdzie jak zwykle w tamtym młodzieńczym okresie, wybrał się z narzeczoną Stellą Grey. Grubasa zapamiętał jako drobnego białego chłopaka, który dosłownie czarował publiczność swoim bluesem. Młodzieniec ze złamanym sercem, nieszczęśliwie zakochany, a jak wiadomo zawiedziona miłość może popchnąć człowieka do strasznych czynów. Nastrój i po trosze tematyka jak w „Truskawkowej wiośnie” Stephena Kinga z kolekcji „Nocna zmiana”, co bynajmniej skargą nie jest. Historia melancholią przesycona. Groza smutkiem otulona. Jest w tym opowiadaniu jakaś magia, czarna magia. Nieuchwytna nadzieja, agresywna trwoga. Cudownie potworna rzecz!

Bardzo zajmujące okazało się też bractwo trzech. „Blok” natchniony opuszczonym wieżowcem w angielskim mieście Nottingham, gdzie wychowała się późniejsza autorka „Spojrzenia w mrok” i gdzie uwiła sobie własne gniazdko rodzinne. W opowiadaniu nastoletni Tyler znajduje sposób na włamanie się do tego posępnego obiektu, ale niezbędny jest udział jego nowego kolegi Danny'ego, wątpiącego członka ich małej paczki. Przygoda z potworami. „Gęsia skórka”, aż się łezka w oku kręci. Czuć też ducha Howarda Phillipsa Lovecrafta. Sentymentalna wyprawa do szalonego dzieciństwa. Nie wiem tylko, czy Tudor zabiegała o współczucie dla niebanalnych agresorów, bo istotnie złapałam się na takim dziwactwie:)

Po przeprowadzce z miasta na wieś, brytyjska powieściopisarka odkryła „uroki” prowincjonalnych dróg. I gęstą ciemność, w której człowiek czuje się totalnie osamotniony. Stąd pomysł na opowiadanie „Koniec świata, jaki znamy”. Podczas apokalipsy Tom, samotnie wychowujący ośmioletnią córkę Millie, przyjmuje zaproszenie od znajomego ze studiów, przebywającego w swojej wiejskiej posiadłości Berskow Manor, przypuszczalnie bezpieczniejszym od zajmowanego przez nich lokalu w wielkim mieście. Gości jest więcej i nie wszyscy są zadowoleni z obecności małej Millie, która w pewnym momencie z przekonaniem informuje ojca, że przebywają wśród kłamców. A na zewnątrz cały czas grasują stwory, które przybyły wraz z nienaturalną ciemnością. Łyżka Lovecrafta, szklanka „Milczenia” Tima Lebbona. Izolująca ciemność i możliwe, że jeszcze gorsze towarzystwo. Zabytkowy dwór niepewnym schronieniem przed zagadkowymi bestiami i tym bardziej współlokatorami. Wyśmienicie budujące się, zmyślnie skomponowane, frapujące opowiadanie na podniesienie adrenaliny.
Powielarnia” wykluła się z posępnego widoku pewnej drukarni, zniszczonego przybytku z intrygującym sloganem reklamowym. Po przypadkowym rozbiciu wazonu od nieżyjącej już przyjaciółki, Fran za radą eleganckiej sąsiadki, udaje się do tytułowej powielarni, specjalizującej się w reprodukcjach cennych przedmiotów. Tworzą coś lepszego z czegoś uszkodzonego, starego, wadliwego. Aktualizacja świata, poprawa jakości... A może to tylko pozory, może lepsze znaczy gorsze? Oryginalna wizja i co ważniejsze dająca niemałe pole do popisu, z którego autorka skorzystała z nawiązką. Nie spodziewałam się, że zawędruje tak daleko. Niedowierzanie rosło w miarę powielania. Miodzio.

Czas na dobry duet prozatorski, czas na „Ostatni rejs” zorganizowany pod wpływem luźnej uwagi męża C.J. Tudor poczynionej podczas pandemii COVID-19. Leila Simmonds od pięćdziesięciu lat przebywa na statku wycieczkowym nigdy niedobijającym do brzegu. Jest częścią hermetycznej społeczności stworzonej po jakiejś globalnej katastrofie. Ziemia podobno została skażona, a ostatni ludzie toczą monotonne żywoty na bezkresnym oceanie. W reżimie enigmatycznych Stwórców. Dystopia, którą spokojnie można by przekuć w powieść. Beznadziejne istnienia w świecie naznaczonym paraliżującym strachem i męczącą powtarzalnością. Pomysłowe, ale nieprzekombinowane. Przydałoby się dokręcić śrubkę klaustrofobii, ale nadrabia depresyjnym wydźwiękiem. Co nie dośpiewa, to dowygląda:)

Czas na „Pył”. Pomysł nieświadomie podsunęła organizatorce omawianej imprezy literackiej recepcjonistka hotelowa, wspominając pewną burzę piaskową. Centralną postać niniejszej historii, kobietę w średnim wieku imieniem Olivia, zastajemy w hotelu Villa de las Almas Perdidas, gdzie bezskutecznie szuka relaksu i samotności po bolesnym rozstaniu z ukochanym. W hotelu, w którym po przejściu burzy piaskowej dzieją się niepokojące rzeczy. Surrealistycznie. Na sprawdzonym fundamencie fabularnym autorka wznosi nietypową opowieść o nawiedzonym hotelu. Kuzynka Overlook Hotel. Bezkompromisowa propozycja, niemniej rozwinięcie mogło bardziej poszaleć z obłąkanym klimatem.

Okładka książki. „A Sliver of Darkness”, Ballantine Books 2022

A teraz niezła parka dyskutantów. Zacznijmy od „Lwa na bramie”, namalowanego po incydencie z autentycznym graffiti, które swego czasu przyciągnęło uwagę C.J. Tudor. Radosna twórczość zmieniająca się z dnia na dzień. Jay i jego koledzy w drodze do szkoły nadziewają się na nieziemski malunek: lew przyczajony na bramie. Z pierwszego spotkania z tym egzotycznym stworzeniem chłopcy wychodzą cało, ale następnym razem mogą nie mieć tyle szczęścia. W każdym razie zaalarmowany wydarzeniami w swoim otoczeniu młody protagonista opowiadania, spróbuje rozwiązać zagadkę najwyraźniej ożywającego graffiti. Dziwna koncepcja w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Lekki powiew świeżości, niepospolite podejście do motywu dzieci walczących z nieznanym. Przydałoby się jednak co nieco dobudować, bo pozostał spory niedosyt.
Pora pomówić o prześladowcy gospodyni „Spojrzenia w mrok”, wszak pewnego dnia ni z gruszki, ni z pietruszki do głowy Tudor wcisnęło się zdanie „Nie jestem Tedem”. Zastanowiło ją to, bo nie znała żadnego Teda. Nie znała, ale nagle ogarnęło ją przemożne pragnienie zawiązania znajomości z wyimaginowanym człowiekiem, który nabrał ochoty na podzielenie się swoją nieprozaiczną historią. Mężczyzna w bliżej nieznanym Wydziale Wyniesień upiera się, że nie jest tym, za kogo go biorą. Coraz mniej stanowczo powtarza, że nie jest Tedem. Smakowicie enigmatyczna, trzymająca w niepewności i z nią zostawiająca. Zdałoby się mocniej podkręcić tę kuriozalną piłeczkę – urozmaicić środkową partię, chociażby przez cudowne rozmnożenie pytań. Gdyby tak jeszcze podsycić wątpliwości... Siadło, ale nie z hukiem.

Wąski krąg przeciętniaków. Drugoplanowa postać „Zniknięcia Annie Thorne”, która nie dawała spokoju swojej stwórczyni wraca jako dyskretna sprzątaczka miejsc zbrodni, świadcząca także usługę pozbywania się zwłok. Opowiadanie pod tytułem „Gloria” podąża za jednostką wyzutą z empatii, która zaskakuje samą siebie. Przypadkowe spotkanie z dziewczynką z rzadkimi talentami to jedno, ale zawracanie sobie głowy nieznajomym mężczyzną najpewniej mającym niecne zamiary wobec nowej znajomej Glorii i jej matki, to już inna para kaloszy. Czyżby zatwardziałą kryminalistkę ruszyło sumienie? Niewyszukana, żeby nie rzec banalna, historyjka, która w moim przekonaniu miała coś, co mogło wydobyć ją z oparów nijakości (w tym miejscu pojawia się czytelna aluzja do „Carrie” Stephena Kinga). Szkoda, że autorka nie pobiegła tą drogą, że postawiła na szybką, niespektakularną akcję w wyświechtanym, nie nieziemskim płaszczu fabularnym. Szara proza gatunkowanej codzienności, na granicy horrorowo-thrillerowej.

Wspomnienie Doliny Motyli, rezerwatu przyrody w Turcji, w młodości zwiedzonego przez przyszłą architektkę „Wyspy Motyli”. Wyprawa zorganizowana przez niejakiego Billa, poszukiwacza wspaniałych przygód, a nie prawdziwej szkoły przetrwania w królestwie zdumiewających drapieżników hipotetycznie wspieranych przez uzbrojonego maniaka, składającego ofiary fałszywym bożkom. C.J. Tudor nie ukrywa, że widzi w tym materiał na powieść, co by wyjaśniało skrótowy charakter utworu. Historia niedokończona, niekompletna, bardziej szkic niż pełny obraz. Nasuwający drobne skojarzenia z „Dziećmi kukurydzy” Stephena Kinga (znowu „Nocna zmiana”), niebezpiecznie rozpędzony, podziurawiony pojazd. Niedopięte guziki. Bombardowanie szczątkowymi informacjami, wątki przelotne, zaledwie migawki. Mały rozgardiasz, aczkolwiek pomysł całkiem obiecujący. Jest potencjał.

Najtrudniej było mi dogadać się z „Finalizacją”. Gość ewidentnie przynudzał. Nazwę podsunęli pani Tudor pośrednicy obrotu nieruchomościami, a fabuła jest odbiciem apokaliptycznych myśli nawiedzających ją za covida. Dan Ransom, ambitny agent nieruchomości, podczas potencjalnego końca świata, rusza do starej posiadłości Bragshaw Manor w celu sfinalizowania prawdopodobnie największej transakcji w historii firmy. Rezydencji chyba słusznie uważanej za przeklętą. Ponury dwór i jego śliski właściciel. Pakt z diabłem. Trochę naciągane, większego problemu śmiem jednak upatrywać w pośpiesznym ostatnim akcie. Przeszarżowane. Apokaliptyczny chaos.

Przyznam, że nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona do tej niestandardowej oferty C.J. Tudor, że dość sceptycznie podchodziłam do „Spojrzenia w mrok”, jedenastu opowiadań brytyjskiej autorki znanej wyłącznie z powieści. Kwestia przyzwyczajenia, można więc uznać, że sięgając po niniejszy tomik wyszłam ze swoistej strefy komfortu, wyrwałam się z przytulnej bańki Stephanie King:) Nie na zawsze, ale gdyby utalentowana pani z Anglii zechciała to powtórzyć – od czasu do czasu serwować kolejne „odcienie makabry” - to ja na pewno śmielej będę do tych stworzonek podchodzić. Oby więcej takich odstępstw od rutyny.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 4 grudnia 2023

Ellery Lloyd „Klub”

 
Firma Home Group zarządzana przez narcystycznego Neda Grooma posiada kilkanaście modnych klubów w różnych zakątkach świata, ale największe nadzieje kierownictwo wiąże z Island Home, luksusowym kurortem u wybrzeży Anglii długo szykowanym na weekend inauguracyjny. Trzydniowe przyjęcie w okresie halloweenowym, na które zaproszono starannie wyselekcjonowanych członków elitarnego klubu Home, skupiającego sławnych i bogatych. Wielu dałoby się pokroić za udział w tym wydarzeniu, a zwykłej dziewczynie z Londynu, Jess Wilson, udaje się zdobyć posadę kierowniczki działu sprzątania praktycznie w przededniu imprezy inauguracyjnej na niewielkiej wyspie. Imprezy dla elity, z której nie wszyscy wyjdą żywi.

Okładka książki. „Klub”, Czwarta Strona 2023

Druga wspólna powieść małżeństwa mieszkającego w Londynie, Collette Lyons i Paula Vlitosa, publikującego pod pseudonimem Ellery Lloyd. Mężczyzna na rynku literackim zadebiutował w 2007 roku powieścią „Welcome To The Working Week” - samodzielną twórczość podpisuje prawdziwym nazwiskiem – a ponadto prowadzi program edukacyjny (literatura angielska i kreatywne pisanie) na University of Surrey. Kobieta była dziennikarką i redaktorką, dyrektorką ds. treści w brytyjskim magazynie Elle i dyrektorką redakcyjną w Soho House. Jej teksty ukazywały się w takich pismach, jak „The Guardian”, „The Daily Telegraph” oraz „The Sunday Times”. Pierwsza powieść Ellery Lloyd - thriller „People Like Here” (pol. „Influencerka”) - pojawiła się w roku 2021 i została wybrana przez Richard and Judy Book Club. W kolejnym roku swoją światową premierę miał dreszczowiec „The Club” (pol. „Klub”), wybrany przez Reese Witherspoon Book Club. Pierwsza polskojęzyczna edycja tego drugiego pokazała się w roku 2023 w wyniku działalności wydawnictwa Czwarta Strona. W miękkiej okładce zaprojektowanej przez Magdę Bloch i tłumaczeniu Piotra Grzegorzewskiego.

Lockdownowa powieść - jak lubi żartować Paul Vlitos - Berta i Erniego z Ulicy Sezamkowej. Tak zwana zagadka zamkniętego pokoju zainspirowana autentyczną izolacją społeczną tłumaczoną walką ze śmiercionośnym wirusem. Większy wpływ na fabułę „Klubu” mogły mieć jednak osobiste doświadczenia Collette Lyons, miłośniczki twórczości Gillian Flynn, bodaj najbardziej kojarzonej z bestsellerową „Zaginioną dziewczyną” (2012), przeniesioną na ekran przez Davida Finchera. No, może nie tyle praktyka, ile teoria – wiedza nabyta podczas hotelarskiej i klubowej przygody zawodowej, atmosfera panująca w ekskluzywnych ośrodkach wypoczynkowych. Ludność „Klubu” i zbrodnie dokonane w tym świecie przedstawionym to już czysta fikcja. Nie dokonywane, tylko dokonane, bo główna oś fabularna bardziej przypomina płaszczyznę retrospekcyjną aniżeli umowną teraźniejszość. Za sprawą „materiałów prasowych”, obszernego artykułu (wszystko wskazuje na to, że czytelnikom „Klubu” Ellery Lloyd udostępniono jedynie fragmenty), który ukazał się (oczywiście nie w prawdziwym świecie) w „Vanity Fair” niedługo po makabrycznym weekendzie na malej wyspie zagospodarowanej przez firmę Home Group, której dyrektorem generalnym jest (był?) Ned Groom, nader przedsiębiorcza jednostka z ewidentnym Kompleksem Boga. Nieobliczalny narcyz traktujący życie jak podniecającą grę, w której jest niedoścignionym mistrzem. Wyjątki z gorącego dodatku do znanego brytyjskiego magazynu uprzedzają fakty (sztuczka, z której korzysta choćby Stephen King: prosty przepis na suspens), objaśniają i nade wszystko dają szerszy kontekst. Spadkobierca zdecydowanej większości udziałów w modnym, ale niezbyt dochodowym londyńskim lokalu wcześniej prowadzonym przez jego dziadka, Ned Groom, z czasem przekształcił rodzinną markę w prawdziwe imperium. Otworzył w sumie jedenaście luksusowych klubów nie tylko w Wielkiej Brytanii, a wisienką na torcie ma być wyspiarski kurort u wybrzeży Anglii, niedaleko stolicy, ale bezpośrednio sąsiadujący z wioską Littlesea – mała społeczność bardzo niezadowolona z tutejszej inwestycji krwiożerczego kapitalisty. Island Home, najnowsze zacisze sław. Wystawne domki i górująca nad nimi Rezydencja, wzniesiona w XVIII wieku przepastna budowla w stylu elżbietańskim, sprzedana braciom Groom przez starsze małżeństwo (w pakiecie z gruntem, z nieużytkami dookoła zabytkowej nieruchomości, naturalnie z wyłączeniem odgrodzonej części nienależącej do nich). Bo ich jest dwóch, przy czym młodszy Adam, posiada zaledwie dziesięć procent udziałów w Home Group, ale nawet gdyby dziadek przepisał mu więcej, to i tak pewnie podporządkowałby się charyzmatycznemu Nedowi. Tak było od kiedy Adam sięga pamięcią, jednakże jego żona Laura przed tym feralnym weekendem postawiła mu ultimatum: albo ona, albo Ned. Kobieta ma już dość „trzymania na smyczy” jej życiowego wybranka, spełniania przez młodszego Grooma zachcianek starszego. Nie chodzi jej o zerwanie kontaktu z Nedem, tylko z jego firmą. Adam, dyrektor do spraw projektów specjalnych w Home Group, mógłby założyć własną działalność gospodarczą – coś skromniejszego, na przykład pub – zamiast trwać w tej toksycznej niby spółce. Marzenie nie tylko Laury, ale i jej męża, popychadła, wiecznego „chłopca do bicia” sadystycznego czarusia. Najbardziej pożądanego przyjaciela celebrytów? Annie Spark, dyrektorka działu członkowskiego w imperium Neda, należąca do wyjątkowo wąskiego grona pracowników Home z długim stażem – i nosząca się jak Effie Trinket z „Igrzysk śmierci” Suzanne Collins – nie używa tego słowa. Kiedyś brzmiało dumnie, ale z czasem zyskało pejoratywny wydźwięk. Obecnie celebrytami nazywa się też znanych nieutalentowanych, a Annie obraca się w zacniejszych kręgach. Na bieżąco aktualizuje listę aktywnych członków klubu Home (reszta siedzi w długiej poczekalni), czyli mogących korzystać z szykownych enklaw prywatności wymyślonych przez wybuchowego Neda Grooma. Wielka rodzina dysfunkcyjna założona przez niebezpiecznie kreatywnego dziedzica.

Okładka książki. „The Club”, Mantle/Harper 2022

Po zabójczej wyspie Ellery Lloyd oprowadzają: kierowniczka działu sprzątania Jess Wilson, osobista asystentka dyrektora generalnego Nicola 'Nikki' Hayes, dyrektorka działu członkowskiego Annie Spark oraz dyrektor do spraw projektów specjalnych i udziałowiec Adam Groom. Komplet długodystansowych pracowników Home Group (prezesa nie liczymy) plus świeże spojrzenie kobiety nienawykłej do takich luksusów. Przedstawicielka klasy robotniczej, doświadczenie zawodowe zbierająca w londyńskich hotelach, panna Wilson, nie może uwierzyć w swoje szczęście, gdy zostaje przyjęta do globalnej sieci elitarnych klubów. Zostaje rzucona na głęboką wodę – zapewnia, że nie zna lepszego sposobu wdrażania się w dane zajęcie – bo nie dość, że nie ma czasu na przeprowadzenie należytego szkolenia, to na dodatek świeżo zatrudniona kierowniczka konserwatorów powierzchni płaskich Island Home, ma zacząć od największej imprezy w historii Home Group: długo wyczekiwanego otwarcia wyspiarskiego kurortu, niedostępnego dla „zwykłych śmiertelników”. Olimp idoli. Przywitany przez imponująco pewną siebie kobietę, niebojący się wyzwań, ambitny narybek Home, który dostał większą szansę niż może się wydawać. Tego pierwszego dnia na przeklętej wyspie Jess z niekłamanym podziwem patrzy na Annie. Normalnie najmocniej wyróżniającą się strojem ... i żałosnym nadskakiwaniem gościom. Nie wspominając już o szefie. Tak ją widzi Nikki Hayes – i najprawdopodobniej nie jest to jednostkowa opinia na temat Annie Spark – najwyraźniej ulubiona pracownica Neda Grooma. Nie dyskutuje, tylko natychmiast wykonuje i co najważniejsze nie próbuje przypisywać sobie jego zasług. Nikki na tyle długo pracuje w Home Group, by wiedzieć, że nawet własne prace należy podpisywać imieniem i nazwiskiem prezesa. W przeciwnym razie wylecisz z hukiem z tej patologicznej „rodziny”. Od samego początku wiadomo, że niektórzy nie przeżyją inauguracji Island Home. Mało tego, autorzy „Klubu” nie zwlekają z ujawnieniem tożsamości jednej z ofiar, a przynajmniej osoby zaginionej. To może być jedyny poszkodowany – albo sprawca – nie zmienia to jednak faktu, że to nadzwyczaj smakowity kąsek dla dziennikarzy i internetowych detektywów. Gruba sprawa, bo z różowego firmamentu, a nie szarej ziemi. Nie byłabym sobą, gdybym nie doceniła szczerej recenzji podobno cywilizacji rozwiniętej. Czyli takiej, w której wszyscy są wybitnymi znawcami wszystkich możliwych (niemożliwych też) tematów. („Nagle każdy użytkownik Twittera stał się ekspertem od systemów bezpieczeństwa elektrycznego land rovera defendera 2020, a każdy na Facebooku – od prądów i pływów u ujścia rzeki Blackwater”). Czyli takiej, w której „domorośli detektywi z internetu” mają niezłą zabawę z tragedii bliźnich. „Zapominają, że jesteś człowiekiem, który opłakuje swoich przyjaciół, realną osobą borykającą się z traumą, kimś, kto wbrew zdrowemu rozsądkowi googluje informacje na swój temat […] A może nie. Może wcale nie zapominają. Może kręci ich to, że to widzisz, że cię to boli, to cały sens ich...”. Radosne kopanie leżących. Przeżywasz żałobę, a wszystkowiedzący, nieomylni, idealni wirtualni sędziowie mówią ci, że to twoja wina. Czasami poprzestają na niewybrednych żartach ze śmierci także dzieci i to oni w tej naszej iście orwellowskiej rzeczywiści są posiadaczami najtwardszych kręgosłupów moralnych. A przynajmniej na takich zwykli kreować się najzjadliwsi komentatorzy wydarzeń bieżących. Najgorzej mają osoby publiczne? Tak czy inaczej, w „Klubie” na internetową wokandę właśnie trafiła kryminalna zagadka gwiazdorskiego kurortu na wyspie. Najnowszego azylu ludzi ze świecznika, desperacko szukających wytchnienia od wszędobylskich kamer. Wielu oddałoby wszystko, by się z nimi zamienić, ale autorzy „Klubu” nie są zainteresowani podsycaniem tego dla większości nieosiągalnego marzenia – prędzej gaszeniem. Annie Spark wspomina strasznych nudziarzy, wspaniałe życiorysy tak naprawdę nijakich ludzi, niemających wiele do powiedzenia, niepamiętających interesujących anegdot i nieprzejawiających ciekawych dziwactw. Narkomanów, alkoholików, drapieżców seksualnych, egoistów i obywateli skrajnie niezaradnych, mających ludzi od wszystkiego. Ubiorą, wykąpią, nakarmią, nawet wypowiedzą się w ich imieniu. Naturalnie są wyjątki, ale generalnie rzecz biorąc w show biznesie łatwo o nieliche cofnięcie w rozwoju. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że niemal wszyscy proszeni goście mogą pozazdrościć dojrzałości siedmioletniej „pasażerce na gapę”. Zresztą nie tylko goście, bo wystarczy spojrzeć na strzelającego fochy właściciela tej luksusowej piaskownicy. Brudne sekrety nieciekawych ludzi, które stopniowo będą się odsłaniać przed tą największą tragedią. W gruncie rzeczy nieznaną katastrofą, która ponad wszelką wątpliwość zbliża się do niepodzielnego królestwa Neda Grooma. Sprawdzona sceneria klaustrofobiczna. Chwytliwe miejsce akcji i intrygujące postacie prowadzące. Nieoczywiste, dynamiczne i zaskakująco (bo stosunkowo niedługa to opowieść) szczegółowe portrety psychologiczne. Towarzystwo zamaskowane i jatka zmyślnie (suspens) zapowiadana. Potężnych niespodzianek w „Klubie” Ellery Lloyd nie uświadczyłam, ale niewątpliwie wsiąkłam. Urzekł mnie klimat, urzekły tajemnice.

Zabójczy weekend na nieprzyzwoicie wyszykowanej wyspie. Cuchnące wysokie progi. Rajski „Klub” Ellery Lloyd (właściwie Collette Lyons i Paul Vlitos). Zamierzenie niewesoła, według mnie godna uwagi, zabawa w rzekomo doborowym towarzystwie. Brudy pod czerwonym dywanem. Fałszywi bogowie bez botoksu. Stylowy kryminalny thriller psychologiczny, który może zabić Wasze marzenia:) Sława jest przereklamowana, a w elitarnych klubach przewijają się iście dantejskie sceny. Prestiżowe lokale czy zwykłe meliny? Oto jest pytanie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


sobota, 2 grudnia 2023

Dan Simmons „Czarne Góry”

 
W 1876 roku podczas bitwy nad rzeką Little Bighorn dziesięcioletni Siuks Paha Sapa w swoim przekonaniu zostaje opętany przez ducha białego człowieka George'a Armstronga Custera, podpułkownika dowodzącego zdziesiątkowanym wówczas 7. Regimentem Kawalerii. Zdesperowany chłopiec z niezwykłą zdolnością patrzenia wstecz i naprzód ratunku szuka u świętych mężów plemienia Lakotów, wśród których jest jego ukochany opiekun, przyszywany dziadek Kulawiec. Tym sposobem Paha Sapa naraża się legendarnemu wojownikowi Szalonemu Koniowi.
W 1936 roku Paha Sapa czyni ostatnie sekretne przygotowania do uroczystego odsłonięcia popiersia prezydenta Thomasa Jeffersona wykutego w najświętszej górze. Siuks należy do zespołu Gutzona Borgluma, nieustępliwego rzeźbiarza mającego nader ambitne plany w związku z rozbudową pomnika demokracji nazwanego Mount Rushmore. Jego najbardziej pracowity strzałowy Paha Sapa nie tylko zamierza je udaremnić, ale także bezpowrotnie zniszczyć efekty kilkuletniej pracy setek mężczyzn: niewybaczalną profanację arcydzieła Matki Natury.

Okładka książki. „Czarne Góry”, Vesper 2023

Nadnaturalna powieść egzystencjalna w realiach historycznych. Od Zagłady Indian do Zagłady Żydów. Krwawa historia ludzkości z perspektywy rdzennego mieszkańca Ameryki Północnej z „małymi wizjami dotykającymi wstecz” i „małymi wizjami dotykającymi naprzód”, Siuksa pewnego, że w życiowej wędrówce towarzyszy mu niewidzialny wasicun. Nie pierwsza („Terror” wszczęty w 2007 roku) i nie ostatnia („Abominacja” szerząca się od roku 2013) fikcja historyczna wielokrotnie nagradzanego amerykańskiego pisarza Dana Simmonsa. Powieść „Black Hills” (pol. „Czarne Góry”) swoją światową premierę miała w roku 2010, a pierwsze polskie wydanie pojawiło się trzynaście lat później w ofercie wydawnictwa Vesper – edycja w twardej oprawie wdzięcznie zagospodarowanej przez Macieja Kamudę i w finezyjnym tłumaczeniu Tomasza Chyrzyńskiego. „Mitologia faktograficzna” Wielkiego Dana Simmonsa, jak zwykle kompleksowo przygotowanego do wzniesienia niebanalnej budowli literackiej; korzystającego z rozlicznych źródeł historyczny. I przepowiadającego przyszłość przynajmniej w zakresie twórczości własnej - „Piąty kier”, który pokaże się, nomen omen, pięć lat po pierwszym wydaniu „Czarnych Gór”.

Najbardziej samotny człowiek jakiego poznałaś albo mogłaś kiedykolwiek poznać […] człowiek, który stracił swoje imię, krewnych, honor, żonę, syna, swoich bogów, przyszłość, nadzieję i wszelką powierzoną mu świętość”. Paha Sapa (Czarne Góry) vel Billy Powolny Koń vel Billy Slovak z plemienia Lakotów. Po raz pierwszy spotykamy go Na Śliskiej Trawie w roku 1876. Ostatni Bastion Custera lub Ostatnia Wielka Bitwa Indian, która odcisnęła trwałe piętno na chłopcu, który nad rzeką Little Bighorn zaliczył swój pierwszy cios. Niespełna jedenastoletni Siuks, który nigdy nie marzył o zostaniu wojownikiem, zwietrzył okazję do pomyślnego przejścia próby odwagi – wypatrzył Długie Włosy, dowódcę Regimentu Kawalerii armii białych najeźdźców, właśnie ponoszącego historyczną porażkę głównie za sprawą współplemieńców Paha Sapy. Podpułkownik/generał George Armstrong Custer w przekonaniu głównego bohatera „Czarnych Gór” Dana Simmonsa też wykorzysta okazję. Niechcący bądź naumyślnie wniknie w ciało wychowanka Kulawca, czyli jednego z najbardziej szanowanych członków lakockiej grupy mężnie walczącej z wasichu (Simmons nie szczędzi mowy Siuksów), Złodziejami Tłuszczu, białymi i w mniejszości czarnymi najeźdźcami; plemionami wasicunów, posługujących się między innymi „językiem anielskim” i - zasłyszane przez małoletniego protagonistę książki - plamieniem Czarnuchów. Niechciany współlokator ciała Naturalnej Wolnej Istoty Ludzkiej Paha Sapy, też posługuje się tą egzotyczną anielską mową. Niezrozumiałą dla małego Indianina mimowolnie zaglądającego w przeszłości i w przyszłość, ale z irytującego słowotoku domniemanego ducha, Czarne Góry wyławia parę powtarzających się obcych wyrazów, które niedokładnie przekazuje mądrzejszym członkom szczepu, w naiwnej nadziei na uwolnienie go od największego problemu, któremu po piętach depczą małe wizje, niepokojąca zdolność do przyswajania cudzych wspomnień (z obecnych i przyszłych akt w danym ludzkim banku pamięci) poprzez dotyk. Przy czym nie każdy kontakt cielesny sprowadza na Paha Sapę lawinę obrazów i dźwięków, których najpewniej nie zatrze bezwzględny Czas, który w swojej wszechmocy ustępuje chyba tylko Sześciu Dziadkom. Dlaczego najstraszniejszą z Wizji zesłali na tak zawodną istotę jak jedenastoletni podopieczny czcigodnego Kulawca? Dlaczego tak niegodne, okrutnie rozczarowujące - w swojej ocenie - stworzenie jak Paha Sapa zostało obarczone tak monstrualną odpowiedzialnością? Brzemię niezadowolonego z siebie chłopca i tajna misja mężczyzny w podeszłym wieku. Z wtrąceniami hipotetycznego generała George'a Armstronga Custera i okresem pomiędzy Incydentem Na Śliskiej Trawie i Górą Rushmore. Nieuporządkowany ciąg wydarzeń, niechronologiczne zapisy „w dzienniku prowadzonym w dwóch epokach Ameryki Północnej”. Fragmentaryczna biografia rdzennego mieszkańca Nowego Świata, naszpikowana „niebezpieczeństwami” w postaci drobiazgowych opisów architektonicznych czy nawet indiańskich, zwyczajów, obrzędów, rytuałów. Nie wspominając już o projekcie Mount Rushmore, artystycznych pracach budowlanych na wysokościach: rzeźbieniu dłutem i dynamitem. Oferta może nie wyłącznie dla pasjonatów, ale obawiam się, że niejeden czytelnik da za wygraną przy którymś z tych długich przystanków. Właściwie „Czarne Góry” to w moim poczuciu jeden z najmniej treściwych utworów Dana Simmonsa, jakie przeczytałam. Najdłużej czytana, choć nie najdłuższa powieść tego Wielkiego Literata, z jaką dotychczas się spotkałam. Pasjonująca i męcząca – szalenie nierówna przygoda w czasach niekoniecznie bezpowrotnie minionych, historia bowiem lubi się powtarzać. To dobrze czy źle?

Okładka książki. „Black Hills”, Reagan Arthur 2011

Wiedza czasami jest przekleństwem, najgorszym co człowiekowi może się przytrafić. Bohater tragiczny „Czarnych Gór” Dana Simmonsa przekonuje się o tym już w dzieciństwie, tak naprawdę jeszcze przed okropnym darem bogów, przed pierwszą Wizją. Wrodzony talent do sięgania wstecz i naprzód, małe wizje Paha Sapy, pierwsze pokazały jak ekstremalnie niewygodna potrafi być wiedza. Zwłaszcza gdy nie wiesz, jak ją wykorzystać. Młody Siuks wychodzi z założenia, że nic i nikt nie jest w stanie zawrócić biegu historii. Fatalista i niewdzięczny wybraniec bogów. Nigdy nie marzył o takim zaszczycie, tak jak nie marzył o pójściu śladami takich historycznych postaci, jak choćby Szalony Koń czy Siedzący Byk. A już przede wszystkim nie widział siebie jako podwładnego białego człowieka. Gutzon Borglum, kolejna autentyczna postać tej na poły fikcyjnej opowieści, generalnie rzecz biorąc nie jest osobą szczególnie lubianą nawet wśród swoich (tj. białych ludzi ze skradzionej, przemocą zagrabionej Ameryki Północnej). Nieskłonny do kompromisów rzeźbiarz z rozbuchanym ego, który wprawdzie nie jest najgorszym pracodawcą w karierze Paha Sapy, ale prawdopodobnie najgorszym człowiekiem. Zbezcześcił najświętsze pasmo górskie, trwale okaleczył naturalną świątynię jego plemienia. Kamienne kolosy, mordercy bizonów dotarły do Czarnych Gór. Wszystkiemu winni są biali ludzie ze Starego Kontynentu? Rasa czy gatunek? Indianie, Żydzi... kto następny? Od holocaustu do holocaustu. Paha Sapa w swoim długim życiu zobaczył dość, by nabrać absolutnej pewności, że niszczenie jest domeną białoskórych. Niekończące się igrzyska śmierci dynamizowane tak zwanym postępem i pożywnym tłuszczem. Betonoza i kult bydła. „Ranczerzy wasichu (wraz ze swoimi wiernymi indiańskimi towarzyszami) wybili resztkę pozostałych drapieżników – ostatnie wilki, ostatnie niedźwiedzie, ostatnie lwy górskie – i wypowiedzieli wojną innym gatunkom, takim jak pieski preriowe (dominujący mit głosi, że bydło łamie sobie nogi w dziurach jam), a nawet nienarzucające się kojoty […] miliony mosiężnych łusek nabojów wystrzelonych do tych wszystkich gatunków, których zbrodnią było wejście w paradę... bydło”. Rodzisz się, masz jakieś marzenia, coś tam budujesz, a potem życie tak daje ci w kość, że marzysz już tylko o śmierci. Nadzieja nie tyle gaśnie, ile zostaje pożarta. Kawałek po kawałku. W latach 30. XX wieku Paha Sapa powoli już żegna się z tym łez padołem. Usłyszał już wyrok śmierci – nowotwór złośliwy – ale ma nadzieję odejść na własnych zasadach. Spełniając swoją świętą powinność. Szumne odsłonięcie popiersia Thomasa Jeffersona, uroczystość z udziałem prezydenta Franklina Delano Roosevelta, twarzy Nowego Wału... to znaczy Ładu. Typowa polityczna szopka, ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie ze ściśle tajnym planem Paha Sapy, zapisze się w historii jako trumf Czarnych Gór nad Górą Rushmore. Ostatnie zwycięstwo Naturalnych Wolnych Istot Ludzkich, większe niż sławna bitwa nad Little Bighorn, ale wciąż ledwie ukucie dumnych Złodziei Tłuszczu. Czy jeden z nich faktycznie utknął w ciele Siuksa? Inna sprawa, czy George Armstrong Custer vel Długie Włosy, przez najbardziej zaangażowanego przewodnika po nieubłaganie zmieniającym się świecie przedstawionym (wstecz i naprzód, naprzód i wstecz) w niezupełnie odartych z nadziei, ale dość pesymistycznych „Czarnych Górach”, po tych wszystkich latach wspólnej tułaczki jest traktowany bardziej jak wróg aniżeli przyjaciel? Tak czy owak, jeśli duch Custera nie jest wymysłem nietwardo stąpającego po ziemi stworzenia, Naturalnej Istoty szeroko otwartej na sferę mistyczną, to na tym świecie mogła zatrzymać go solenna obietnica dana ukochanej żonie Elizabeth 'Libby' Bacon Custer. Skandaliczne wspominki amerykańskiego bohatera? Niektórych odbiorców „Czarnych Gór”, oburzyły/zniesmaczyły intymne wyznania postaci, która w rzeczywistości prowadziła przecież, jak na tamte czasy, dosyć pikantną, pełną seksualnych aluzji, czy tam dwuznacznych uwag korespondencję z życiową wybranką, nieugiętą obrończynią dobrego imienia ukochanego oficera kawalerii amerykańskiej, wcześniej w miarę możliwości dotrzymującej mu towarzystwa na Wielkich Równinach. Miłość dzika i stateczna, pieprzna i słodka. Obie doprawione gorzkim smakiem przemijania. Miłość George'a Armstronga Custera i miłość Paha Sapy. Można się wzruszyć, można też ubolewać nad narracją rozproszoną. Skutecznie rozpraszającą, niepożądanie usypiającą moją uwagę. W przegrzewającym się wehikule czasu – najczęściej tak się czułam w tych historycznych realiach przepuszczonych przez wyobraźnię Dana Simmonsa. Imponująco bogatą, ale tego nie dowiedziałam się z „Czarnych Gór”.

Subiektywnie: spadek formy wybitnego pisarza. Obiektywnie: skarbnica informacji o rdzennych mieszkańcach Ameryki Północnej, ze wskazaniem na Siuksów, o ekspansji kolonialnej mieszkańców Europy dokonywanej w Ameryce Północnej w XIX wieku; kompendium wiedzy o Moście Brooklińskim i Mount Rushmore. Fikcyjna opowieści w stroju historycznym. Brutalizm i mistycyzm, sacrum i profanum, przeszłość i przyszłość... I tak na moje niewprawne oko nielekko, ociężale, ospale toczy się ta machina. Koło widokowe Dana Simmonsa, nieoszałamiające „Czarne Góry”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

 

czwartek, 30 listopada 2023

„Pięć koszmarnych nocy” (2023)

 
Samotnie wychowujący młodszą siostrę Michael 'Mike' Schmidt nie potrafi długo utrzymać się w jednym miejscu pracy. Nie chcąc stracić prawa do opieki nad dziesięcioletnią Abby, po utracie kolejnej posady, przyjmuje pierwszą, niezbyt zachęcającą ofertę: nocne zmiany we Freddy Fazbear's Pizza, od dawna zamkniętym lokalu, który lata swojej świetności przeżywał w przedostatniej dekadzie XX wieku. Niegdysiejsze rodzinne centrum rozrywki, najbardziej znane z animatronicznych przyjaciół dzieci, wciąż przechowywanych w tym zakurzonym przybytku. Praktykujący świadome śnienie w niesłabnącej nadziei na odkrycie tożsamości człowieka, który zniszczył jego idealną rodzinę, nowy nocny stróż niefunkcjonującej pizzerii ma powody przypuszczać, że w tym smutnym miejscu wreszcie rozwiąże przerażającą zagadkę przeszłości. Jego entuzjazm znacznie osłabnie, gdy mała Abby zaprzyjaźni się z tutejszymi mieszkańcami, mechanicznymi maskotkami z zabójczymi błyskami w oczach.

Plakat filmu. „Five Nights at Freddy's” 2023, Blumhouse Productions, Universal Pictures, ScottGames

Najbardziej dochodowe z dotychczasowych przedsięwzięć Blumhouse Productions (we współpracy z Universal Pictures i ScottGames). Rozbudowa popularnej franczyzy Scotta Cawthona, twórcy serii gier komputerowych z gatunku survival horror i autora powieści „Five Nights at Freddy's” - wprowadzenie animatronicznych sław do świata filmu. Pierwszą ujawnioną nabywczynią praw do zaadaptowania na ekran hitowej historii Cawthona była wytwórnia Warner Bros. Pictures, a blisko dwa lata po podaniu tej informacji do wiadomości publicznej, w marcu 2017 roku, ojciec serii w mediach społecznościowych doniósł o zasadniczych zmianach na tym animatronicznym pokładzie, dając do zrozumienia, że nowym producenckim opiekunem filmowego Freddy Fazbear's Pizza została marka Jasona Bluma. W lutym 2018 roku ogłoszono, że scenariusz i reżyserię powierzono Chrisowi Columbusowi, a sześć miesięcy później pochwalono się zakończeniem prac nad scenariuszem, podążającym za pierwszą cegiełką serii: wrzuconą na rynek w 2014 roku grą komputerową. Niedługo potem Jason Blum w mediach społecznościowych napisał, że premierę filmowego wydania „Five Nights at Freddy's” (pol. „Pięć koszmarnych nocy”) zaplanowano na rok 2020. Następnie gruchnęła wiadomość o odejściu z ekipy Scotta Cawthona, co opóźniło „roboty budowlane”, ale pewnie nie tak, jak zejście z pokładu Chrisa Columbusa, o czym założyciel Blumhouse Productions napomknął we wrześniu 2021 roku, czyli już po upływie pierwszego terminu uwolnienia animatronicznych straszydeł filmowych. Columbusa zastąpiła Emma Tammi, którą fani kina grozy mogą kojarzyć choćby z „The Wind” (pol. „Demony prerii” aka „Wiatr”). I wrócił Scott Cawthon.

Emma Tammi, Scott Cawthon i Seth Cuddeback Chris Lee Hill scenariusz „Pięciu koszmarnych nocy” w reżyserii pierwszej z wymienionych, napisali „pod dyktando” historii wymyślonej przez Scotta Cawthona, Chrisa Lee Hilla i Tylera MacIntyre'a (m.in. „Patchwork” 2015, „Tragedy Girls” 2017, jeden segment filmowej antologii grozy „V/H/S/99” 2022 i „Nóż w nocnej ciszy” 2023), naturalnie przewidując przeróżne smaczki dla fanów gier i powieści z cyklu „Five Nights at Freddy's”. Główne zdjęcia rozpoczęły się na samym początku lutego 2023 w Nowym Orleanie pod roboczym tytułem „Bad Cupcake”, a zakończyły w pierwszym tygodniu kwietnia tego samego roku. W październiku 2023 ruszyła szeroko zakrojona dystrybucja kinowa. Budżet oszacowano na dwadzieścia milionów dolarów (po ulgach podatkowych), a wpływy nielicho zaskoczyły. Niekoniecznie Jasona Bluma, od lat mocno przywiązanego do tego projektu, ale czy wiążącego z nim większe nadzieje niż chociażby z „Halloween” Davida Gordona Greena? Bo zarobek okazał się wyższy, pomimo w większości negatywnych recenzji krytyków i fanów filmowego horroru. Zachwyceni miłośnicy gier i/lub powieści Scotta Cawthona o mechanicznych zabójcach i rozczarowani nie-miłośnicy gier i/lub powieści Scotta Cawthona o mechanicznych zabójcach? Mniej więcej tak to się przedstawia – z naciskiem na „mniej więcej” (uogólnienie). Z doniesień medialnych wynikało, że „Pięć koszmarnych nocy” Emmy Tammi sprytnie przesuwa granicę kategorii PG-13, że twórcom udało się przemycić treści, na które publiczność może nie być przygotowana. Upiorności, jakich w horrorach dozwolonych od lat trzynastu uświadczyć niepodobna. Ciekawe, bo miałam niewątpliwą przyjemność obejrzeć względnie nowy horror jeszcze szerzej otwarty na młodszych, „Straszne historie” Davida Yarovesky'ego, który w moim przekonaniu wykazał się większą śmiałością. W roli głównej, Michaela 'Mike'a' Schmidta, wystąpił Josh 'Peeta Mellark' Hutcherson, któremu, poza wszystkim innym, udało się poruszyć jakąś czułą strunę w moim wnętrzu. Przyznaję, że nie przeszłam obojętnie obok zdesperowanego starszego brata pełniącego też obowiązki rodzica, człowieka z nieprzepracowaną traumą, któremu wiecznie wiatr w oczy. Stara się, ale mu nie wychodzi. Ima się różnych zajęć, by utrzymać siebie i przede wszystkim dziesięcioletnią Abby (nieprzekonująca kreacja Piper Rubio), ponieważ nie potrafi utrzymać się w jednej nisko płatnej pracy dłużej niż parę tygodni. Nie umie czy nie chce? Tak czy inaczej, jego kurator Steve Raglan (niezawodny Matthew Lillard) takiej kolekcji zwolnień dotąd chyba nie widział. A ostatni wybryk... W zasadzie przestępstwo, które najwyraźniej przez tak zwany wymiar sprawiedliwości zostało Mike'owi odpuszczone. Uznano, że utrata pracy jest wystarczającą karą za pobicie człowieka? Dziwne, ale taki już „urok” tej produkcji. Jakby postacie „Pięciu koszmarnych nocy” żyły w próżni, jak gdyby nikogo nie interesowało, kogo pobiją czy nawet zabiją. Efekt niedomykania wątków, przechodzenia do porządku dziennego nad ofiarami w ludziach.

Plakat filmu. „Five Nights at Freddy's” 2023, Blumhouse Productions, Universal Pictures, ScottGames

Inwazja zabawnych stworów zrobionych przez Jim Henson's Creature Shop. Roboty i przebrania, z których korzystano w sekwencjach wymagających większej mobilności ruchowej. Groteskowe animatroniczne zwierzaki potencjalnym śmiertelnym zagrożeniem dla bohaterów „Pięciu koszmarnych nocy” Emmy Tammi. Zwłaszcza małej Abby, uparcie uciekającej w świat wyobraźni, w rysunkowy pancerz, przez który bezskutecznie próbuje przebić się jej opiekun prawny. Może dlatego, że zwykle szybko się poddaje? Brakuje mu cierpliwości, brakuje energii. Przygnieciony życiem młody mężczyzna, który zaczyna myśleć, że jego siostrze lepiej będzie z nieprzyjemną ciotką Jane. Mike podejrzewa, że kobiecie bardziej zależy na pieniądzach (zasiłek) niż dobru siostrzenicy, nie może jednak oprzeć się wrażeniu, że to i tak lepsza opcja dla Abby od niego. Życiowego nieudacznika, skrajnie niezaradnego obywatela dumnych Stanów Zjednoczonych z niszczącą obsesją na punkcie tragedii z dzieciństwa. Niepowetowana strata, do której czołowa postać „Pięciu koszmarnych nocy” świadomie wraca w snach, wierząc, że na nieszczęsnym rodzinnym kempingu w jego podświadomości utrwaliła się twarz znienawidzonego człowieka. Wstrętnego zbrodniarza, który w godny odnotowania sposób UWAGA SPOILER wcześniej zdradzi swoją tożsamość widzom mającym w pamięci „Krzyk” Wesa Cravena – charakterystyczny gest szalonego zabójcy KONIEC SPOILERA. Miły gest, ale trzeba czegoś więcej, by zjednać sobie długoletnich fanów kina grozy. To może krótkie ujęcie chłopca roniącego krwawe łzy? Albo rzut oka na nielegalne składowisko ludzkich ciał, z jednym niewąsko okaleczonym panem. Ja najlepiej wspominam umowne wycieczki do krainy marzeń sennych świeżo zatrudnionego jedynego pracownika Freddy Fazbear's Pizza (właściciel, „w swojej mądrości”, uznał, że lokal wymaga ochrony tylko nocą, że w świetle dziennym żaden złodziej, ani żaden inny rzezimieszek nie odważy się wkroczyć na ten prywatny teren) – trudne początki (irytująca powtarzalność) i frapujący rozwój w klimacie lekko (naprawdę leciuteńko) pachnącym camp slasherami z drugiej połowy XX wieku. Domyślam się, że filmowcom zależało na przywołaniu magicznego ducha z przedostatniej dekady poprzedniego stulecia, ale obiektywnie rzecz biorąc ta hipotetyczna próba niezbyt się udała. Raczej kiepska stylizacja na stare, dobre... siekaniny? Bardziej slasher czy opowieść o duchach? W każdym razie budząca zastrzeżenia przyjaźń dziecka z cudacznymi robotami. Najwyraźniej istotami rozumnymi, być może autentycznie tęskniącymi za małoletnim towarzystwem, w którym swego czasu brylowali. Kiedyś gwiazdy, teraz „rupiecie ze strychu”. Zapomniane biedactwa, nad którymi ulitować mogło się tylko dziecko. No dobrze, może nie tylko, bo takiej leśnej babci jak ja też zrobiło się ich szkoda:), ale faktem jest, że kuriozalna ferajna domniemanych morderców dziecięcą radość odzyskuje dzięki najprawdopodobniej jedynej osobie, dla której główny bohater „Pięciu koszmarnych nocy” Emmy Tammi nie ustaje w wysiłkach uporządkowania swojego marnego żywota. Właściwie chłopak nie docenia tego, co ma. Rozpamiętuje przeszłość, czemu bądź co bądź trudno się dziwić, niemniej sam najlepiej wie, jak poważne szkody jego obsesja wyrządza ich dwuosobowej drużynie. Nie potrafi się powstrzymać, mimo że ma świadomość, że jego nietypowe śledztwo może przynieść więcej szkody niż pożytku. Tak naprawdę nieustępliwe przeszukiwanie podświadomości nie naprowadziło go na żadne obiecujące tropy w sprawie nieuchwytnego zbrodniarza, można wręcz powiedzieć, że ta sekretna inicjatywa Mike'a najbardziej przysłużyła się ciotce Jane, diabelnie zdeterminowanej, by odebrać mu Abby. „Misterny plany zrealizowany w rytmie slash”. Niedrastyczny, za to odrobinę mroczny, kawałek przerysowanej baśni o rozpaczliwym szukaniu swojego miejsca w bezdusznych świecie, o nieustającej walce jedynego żywiciela rodziny, wyzwaniach stojących przed niejednym rodzicem i oczywiście o podcinającej skrzydła traumie. O niezwykłej przyjaźni w ogniu poważnych podejrzeń i miłości, która może ją zwyciężyć. Niedostatecznie mroczna opowieść rodzinna, właściwie to ciepła opowiastka podobno z dreszczykiem. Horrorek na rozluźnienie.

Zachciało się rasowego horroru? To szukaj dalej, bo „Pięć koszmarnych nocy” Emmy Tammi to „straszenie w stylu Scooby-Doo”. Zabawna opowieść niesamowita spod markowego szyldu Scotta Cawthona, współscenarzysty tego niewykwalifikowanego straszydełka. Horroru relaksującego albo poważnie niedomagającego, żeby nie powiedzieć ułomnego. Tak czy inaczej, nie polecam poważnym fanom gatunku, ale tak niepoważnym jak ja odradzać nie zamierzam:)

wtorek, 28 listopada 2023

„Śmiertelny weekend” (1976)

 
Zamożny chirurg stomatologiczny Harry weekendy zwykle spędza w swoim odizolowanym ekskluzywnym domu nad jeziorem. Zawsze z inną kobietą. Jego kolejnym seksualnym trofeum ma być modelka Diane, błędnie przekonana, że nie jest jedynym gościem ledwo poznanego lekarza. Na prowincjonalnej drodze w Ontario, nieopodal jaskini rozpusty Harry'ego, kobieta mimowolnie upokarza miejscowego oprycha Lepa, szalonego kierowcę zwyczajowo szukającego sadystycznej rozrywki ze swoją trzyosobową bandą. Harry i Diane bezpiecznie docierają do letniskowej posiadłości mężczyzny w przeświadczeniu, że ich problemy z brzydko zabawiającym się towarzystwem dobiegły końca, ale tak naprawdę jeszcze się nie zaczęły. Prymitywny gang nie daruje zniewagi bezczelnym mieszczuchom.

Plakat filmu. „Death Weekend” 1976, Canadian Film Development Corporation (CFDC), Famous Players, Quadrant Films

Kanadyjska odpowiedź na „Ostatni dom po lewej” Wesa Cravena, zrealizowane za około pół miliona dolarów kanadyjskich drugie reżyserskie osiągnięcie Williama Frueta (po dramacie „Wedding in White” 1972), który przyłoży rękę między innymi do takich seriali jak „Alfred Hitchcock Presents” (1985-1989), „Piątek trzynastego” (1987-1990), „Po tamtej stronie” (1995-2002) i „Gęsia skórka” (1995-1998). Właściwie scenariusz „Death Weekend” (pol. „Śmiertelny weekend”) - przez dystrybutorów przemianowany (nie wszędzie) na „The House by the Lake” w nadziei na przyciągnięcie publiczności podgatunkowego sławnego kolegi stworzonego przez człowieka, który w następnych dekadach zostanie ojcem Freddy'ego Kruegera i Ghostface'a - miał powstać przed uwolnieniem debiutanckiego obrazu Wesa Cravena, ale jego autor - sam William Fruet – obawiając się oskarżeń o nadmierną inspirację „Nędznymi psami” Sama Peckinpaha, powziął decyzję o wstrzymaniu „robót budowlanych”, która stosunkowo niedługo pozostawała w mocy. Gotowy produkt Frueta ze znaczkiem „rape and revenge” na krajowy rynek został wprowadzony we wrześniu 1976 roku – do kanadyjskich kin trafiła lekko złagodzona wersja terroru nad jeziorem, ale film i tak wzbudził pewne kontrowersje. Oburzeni przemocą, ale nie tak jak ówczesne władze Wielkiej Brytanii. Tytuł wrzucony do Section 3: Video Nasties (podlegające konfiskacie „mniej nieprzyzwoite” produkcje), co ponoć zdziwiło nawet niektórych cenzorów.

Pojedynek na szosie Williama Frueta. Scenariusz „Śmiertelnego weekendu” powstał pod natchnieniem nieprzyjemnej przygody przeżytej gdzieś na bocznej drodze w kanadyjskiej prowincji Alberta. Pijani nieznajomi w samochodzie kontra nieszukający zaczepki, zupełnie trzeźwi pasażerowie innego pojazdu: Fruet z przyjaciółmi. Mówi się też, że główny architekt „Śmiertelnego weekendu” pozostawał pod dość silnym wpływem autentycznej sprawy napadu na dom dentysty, bezpardonowego wtargnięcia bandyckiej szajki, do którego miało dojść gdzieś w Kanadzie. Panuje też przekonanie, że ludowi po dziś dzień odmawia się dostępu do pierwszej wersji - bądź co bądź fikcyjnego - brutalnego starcia w odludnym zakątku prowincji Ontario, że uwolniono jedynie mniej i bardziej okrojony skandaliczny materiał Williama Frueta. Ten „mniej okrojony” można rozpoznać choćby po krwi tryskającej z podciętego gardła wprost na klatkę piersiową (na ubranie) postaci siedzącej obok. UWAGA SPOILER Ponadto dłuższa akcja z palącym się człowiekiem i szersze o jedno ujęcie seksualne natarcie Lepa. Pokazano też Runta dławiące się własną krwią i wcześniejszą siekaninę kawałkiem szkła KONIEC SPOILERA. „Ostatni dom po lewej” Wesa Cravena, „Pociąg tortur” Aldo Lado, „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego, „Dom na skraju parku” Ruggero Deodato... Nie, na porównywalną śmiałość lepiej się nie nastawiać, rzeczony wkład Williama Fuerta w podgatunek rape and revenge, jedną z gałęzi „przebrzydłego” kina exploitation to bowiem członek grzeczniejszej frakcji paskud. Myślę, idealny na początek, na zawiązanie znajomości z „nurtem wyklętym”. Kinem rynsztokowym, którego żaden szanujący się koneser kina kijem nie tknie:) Brudas Fuerta przedstawia się nam podczas samochodowej podróży Harry'ego i Diane (przyzwoita kreacja Chucka Shamaty i znakomity występ Brendy Vaccaro), chirurga stomatologicznego i modelki zmierzających do ukochanej rezydencji mężczyzny. Wystawnego zacisza człowieka, który jak moim zdaniem słusznie zauważy jeden z czarnych charakterów, bardziej przejmuje się rzeczami niż ludźmi, nie wyłączając siebie. Mogą go bić, byle nie niszczyli jego cennego mienia. Materialista radośnie skaczący z kwiatka na kwiatek. Weekendowe podboje nowobogackiego mieszczucha. Upojne chwile na kanadyjskiej prowincji wieńczące pracowite tygodnie przedstawiciela wyższej klasy średniej. Harry'emu może się wydawać, że starannie wybiera swoje weekendowe towarzyszki, że skrzętnie omija piękności, które nie dadzą się szybko, „bez zbędnych ceregieli”, zaciągnąć do łóżka. A czy może być ktoś bardziej chętny od zawodowej modelki? Czyli nie żaden nadludzki instynkt tylko kierowanie się stereotypami. Jak to mówią, wykształcenie wyższe, a podstawowego brak. Harry myśli, że Diane jest tak głupia, jak on mądry - tak niezaradna, jak on cwany. A tymczasem ta rzekomo pusta lala, daje mu próbkę swoich „sekretnych umiejętności” jeszcze przed wkroczeniem do jego małego królestwa. Brawurowa jazda domniemanej bezbronnej kobietki. Wyglądającej na taką zapijaczonej bandzie, czerpiącej chorą przyjemność z dręczenia innych. Wiejski gang, którym nosa uciera damulka z miasta. Duma niewybaczalnie zraniona. Duma lidera, na którego wołają Lep (niezły popis Dona Strouda), i któremu wydawało się, że za kierownicą nie ma sobie równych. A z łatwością pokonała go kobieta. W przyszłości podobnej „zbrodni” dopuści się pisarka nazwiskiem Jennifer Hills – „Bez litości” Stevena R. Monroe'a, remake „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego (w oryginale oba pod tytułem „I Spit on Your Grave”).

Plakat filmu. „The House by the Lake” 1976, Canadian Film Development Corporation (CFDC), Famous Players, Quadrant Films

Z deszczu pod rynnę. Charyzmatyczna bohaterka „Śmiertelnego weekendu” Williama Frueta ma do czynienia z dwoma gatunkami ssaków drapieżnych. Niepoprawny podrywacz, wojerysta z wyższych sfer i zabójcze zakapiory z dużo niższego szczebla drabiny społecznej. Podchody erotomana przy kasie i metody Don Juanów z marginesu. Muszę przyznać, że uwiodła mnie ta koncepcja, ten rozbrajająco prosty sposób na zintensyfikowanie poczucia zagrożenia. Podwójne zaszczucie postaci, której nawet gdybym bardzo chciała, nie potrafiłabym nie kibicować. Dziewczyna z charakterkiem. W przeciwieństwie do Harry'ego, nieodczuwająca przymusu popisywania się przed innymi. Wie, że ludzie oceniają ją po wyglądzie i nie dokłada starań by wyprowadzać ich z błędu. Zna swoją wartość, a inni niech sobie roją, co chcą. Czy jest nieprzyjemnie zaskoczona nieudanym weekendem? Niespecjalnie. Widać, że przywykła do ludzi pokroju Harry'ego, wychodzących z założenia, że „takie jak ona płyną przez życie z rozłożonymi nogami”. Ładne buzie, chętne ciała i nic poza tym. Innymi słowy, Harry ma bardzo niskie mniemanie o swoich przygodnych kochankach, jeśli nie wszystkich kobietach na tym hedonistycznym globie, i nie uwierzy, że jest inaczej, nawet gdy zobaczy. Diane lepiej od niego radzi sobie za kierownicą – jeździ jak rajdowiec - i potrafi naprawiać różne rzeczy, na przykład jego piękną łódź motorową, ale chyba nie myśli, że to może zaimponować takiemu gościowi jak Harry? No tak, przecież nie jest tak bystra jak on, nie wspominając już o tym, że świetny z niego aktor. Chwyta przynętę, łapie się na jego nieszczere wyrazy uznania, udawany podziw szarmanckiego stomatologa z wypasioną chawirą. Tak mu się wydaje, ale ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Diane bawi nieudolnie maskowana konsternacja tego dużego chłopczyka. Popisującego się i obrażającego, gdy coś nie pójdzie po jego myśli. Kiedy fakty nie pasują do twoich poglądów, tym gorzej dla faktów. Harry ma wyrobione zdanie o praktycznie obcej mu kobiecie, którą w wiadomym celu zaprosił na rzekome przyjęcie w swojej wiejskiej rezydencji, dlatego potrzebuje chwili na przetrawienie nowych informacji. Dopasowanie ich do wizerunku Diane noszonego w głowie. Zdecydowanie mniej eleganccy panowie, którzy wedrą się do pałacu rozpusty paniska z miasta też biorą, co chcą, ale w odróżnieniu od Harry'ego nikogo nie udają. Nie bałamucą kobiet tylko dosłownie rzucają się na nie. Złodzieje, gwałciciele, mordercy – czterech rozbójników z zapadłej prowincji. Runt, Frankie i Stanley (przekonujące kreacje odpowiednio Richarda Ayresa, Kyle'a Edwardsa i Dona Granbery'ego) pod dowództwem nieustępliwego Lepa. Odrażający intruzi raniący największą miłość playboya. Ryzykownie zakładając, że największą miłością Harry'ego nie jest Harry. Tak czy inaczej, gospodarz mężnie znosi fizyczny ból, ale kiedy bandyci biorą się za jego panią... I nie mam tutaj na myśli Diane, która nie potrafi tak spokojnie przyglądać się działaniom oprychów, nie wykazuje się taką potulnością w obliczu zagrożenia, jak jej bezużyteczny sojusznik. Jeszcze przed chwilę sam próbował dobrać jej się do majtek, a teraz oburza go... W zasadzie Harry nie jest jakoś szczególnie zniesmaczony zachowaniem nieproszonych gości względem zaproszonej osoby, niezbyt rusza go podeście zdemoralizowanej ferajny do biednej Diane, trzeba mu jednak przyznać, że nie znosi tego bez słowa skargi. A czyny? Czy Harry kiwnie palcem dla Diane, czy ograniczy się do „obrony cnoty” materii nieożywionej? „Śmiertelny weekend” Williama Frueta co prawda dość łagodnie obchodzi się ze stałymi bywalcami obskurnych filmowych knajpek, tj. nie wychodzi z bogatą ofertą do doświadczonych odbiorców opowieści drastycznych, śmiem jednak przypuszczać, że nawet najbardziej zahartowani „klienci exploitation” dadzą się porwać tej narracji. Imponujące „zdolności oratorskie”, piękne rozłożenie środków ciężkości w obmierzłym klimacie. Suspensywna bestia, odraczająca wyroki wydane po przegranym pojedynku na szosie. Wendeta sadystów, rewanż bez publiczności; na odludziu, w dni powszednie doglądanym przed dwóch podstarzałych alkoholików. Nieznośna nieuchronność tragedii. Funny Games Williama Frueta, wstrętny lunapark gotowych na wszystko. A największą różnicę robi protagonistka, zadziorna łania na celowniku psychopatycznych kłusowników. Harry to tylko dodatek, można rzec, pomniejsza rozrywka byle jak zorganizowanej grupy przestępczej z „dziury zabitej dechami”. Mało golizny, jeszcze mniej sztucznej krwi - wyróżnić mogę jedynie średnio makabryczną akcję w sypialni – ale w napięciu trzymało mocno i praktycznie bez przerwy. Doprawdy zawzięty diabełek.

Wideo paskudne Williama Frueta. Mniej nieprzyzwoita zmora niegdysiejszych - nie tylko brytyjskich - strażników moralności publicznej. Stworzonko kaleczone przez cenzorów tylko dlatego, że to owoc tego samego podgatunkowego drzewa, co skrajnie niebezpieczna produkcja Wesa Cravena, kreatura nazwana „Ostatnim domem po lewej”? Morał z tej bajki taki, że nie warto być grzecznym członkiem wspólnoty explotation, bo i tak cię pokroją:) Z drugiej strony rozbroił mnie ten łagodny potworek, ten nieszokujący „Śmiertelny weekend”. Rape and revenge max na pół ostro.

niedziela, 26 listopada 2023

Zapowiedź: „Urojenie”

 
Porzucony urojony przyjaciel okazuje się bardzo realnym koszmarem.

Urojenie” – nowy horror producentów takich hitów, jak „Megan” czy „Pięć koszmarnych nocy”. W rolach głównych fenomenalna Betty Buckley i zjawiskowa DeWanda Wise.

Plakat filmu. „Imaginary” 2024, Blumhouse Productions, Lions Gate Films, Tower of Babble Entertainment

Dziecko często ma wyimaginowanego przyjaciela i nie jest to coś, co spędza sen z powiek jego rodzicom. Czasem dziecko potrafi takiego przyjaciela znaleźć w jednej ze swoich zabawek. I to jest punkt wyjścia nowego filmu Jeffa Wadlowa, autora nagrodzonego tytułu „Czy boisz się ciemności?”. W jego „Urojeniu” (tyt. oryg. „Imaginary”) zabawką tą jest pluszowy miś, którego w piwnicy odnajduje kilkuletnia Alice (Betty Buckley). Wcześniej pluszak należał do jej macochy, Jessiki (DeWanda Wise), która wchodząc w dorosłość zapomniała o nim. A przez te wszystkie lata pozornie niewinny miś obmyślał zemstę…

Wadlow przyznaje, że zawsze chciał sprawdzić prawdziwość powiedzenia: „to co może wyobrazić sobie widz jest znacznie bardziej przerażające niż jakikolwiek film”. Efekt jego dochodzenia będzie można sprawdzić w kinach od 22 marca 2024.

Zwiastun: 

Kadr z filmu. „Imaginary” 2024, Blumhouse Productions, Lions Gate Films, Tower of Babble Entertainment

O filmie: Chauncey to z pozoru zwykły pluszowy miś. Przed laty był ulubioną zabawką małej Jessiki. Czuł się kochany i potrzebny. Dziś, gdy dorosła Jessika powraca wraz z córeczką do swego rodzinnego domu, Chauncey czeka gdzieś w piwnicy wśród porzuconych rupieci. Odkryty przez małą Alice szybko staje się jej ulubionym przyjacielem. Tymczasem Jessicę coraz bardziej niepokoją dziwne zachowania córki. Alice twierdzi, że miś wyznacza jej zadania, które mają udowodnić siłę jej przyjaźni. Gdy wykonując jedno z nich dziewczynka boleśnie się kaleczy, Jessica postanawia interweniować. Ale porzucony przez nią przed laty Chauncey nie po to tyle lat czekał w ukryciu, by dziś zrezygnować z zemsty.

Kadr z filmu. „Imaginary” 2024, Blumhouse Productions, Lions Gate Films, Tower of Babble Entertainment

Reżyseria: Jeff Wadlow („Kick-Ass 2”, “Czy boisz się ciemności?” - serial, „Prawda czy wyzwanie”)
Obsada: Betty Buckley („Split”, „Frantic”, „Zdarzenie”, „Carrie”, „Pacyfik” – serial), DeWanda Wise („Jurassic World Dominion”, „Hej, Skarbie”, „Ona się doigra”), Veronica Falcon („Wyprawa do dżungli”, „Ozark” – serial, „Daleko od domu”, „Noc oczyszczenia: Żegnaj Ameryko”)
Gatunek: horror
Produkcja: USA 2024
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films
 
Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films