niedziela, 22 kwietnia 2018

Dan Simmons „Olimp”

Na alternatywnej Ziemi i na Marsie toczy się wojna sprzymierzonych Trojan i Greków z bogami. Tym pierwszym przewodzą Hektor i Achilles, a tymczasem na Olimpie Hera opracowuje plan pozbycia się Zeusa. Dopóki Greków i Trojan wspierają morawce, rozumne organizmy biomechaniczne władające zaawansowaną technologią, śmiertelnicy mają szansę przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę, ale w pewnym momencie półroboty zostają zmuszone do porzucenia swoich sojuszników i podjęcia wyprawy na Ziemię. Odkrywają bowiem, że to właśnie tam znajduje się źródło zakłóceń kwantowych, które mogą mieć katastrofalne skutki dla całego wszechświata. Scholiasta Thomas Hockenberry zostaje zaproszony do tej wyprawy, ale choć daje się mu możliwość odwiedzenia planety, na której spędził całe swoje poprzednie życie, przed śmiercią i wskrzeszeniem, mężczyzna nie chce opuszczać Trojan i Greków. Tymczasem na Ziemi trwa wojna ludzi z wojniksami. Jednym z większych skupisk ludzkich jest Dwór Ardis, w którym mieszkają między innymi spodziewający się dziecka Ada i Harman, Daeman, Hannah oraz Odyseusz, który chce, aby nazywać go Nikim. Wróg, z którymi ludzie mierzą się od jakiegoś czasu ciągle rośnie w siłę, ale sytuacja staje się krytyczna wtedy, gdy na Ziemi pojawiają się nowi przeciwnicy.

Dan Simmons, wielokrotnie nagradzany amerykański pisarz, autor między innymi „Trupiej otuchy”, „Terroru” (w 2018 roku rozpoczęto emisję serialu na jego podstawie), „Letniej nocy” i Hyperion Cantos. Człowiek często tworzący z wielkim rozmachem, nieograniczający się do jednego gatunku i władający wprost wybornym warsztatem. W swoich książkach Simmons nierzadko łączy science fiction z fantasy i horrorem (dark fantasy jak kto woli), znajduje takie korelacje pomiędzy nimi, tak wydawać by się mogło nierozerwalne punkty wspólne, że czytelnik może mieć wrażenie obcowania z jakimś nowym gatunkiem, towarzyszenia autorowi w wyprawie na dotychczas niezbadane rejony literatury. I ludzkiej wyobraźni. Dylogia, w skład której wchodzą „Ilion” i „Olimp”, co jest typowe dla Dana Simmonsa, fabułą nawiązuje do innych wielkich dokonań. Po raz pierwszy wydane kolejno w 2003 i 2005 roku, uhonorowane nagrodami Locusa, potężne tomiszcza najwięcej zapożyczają z „Iliady” przypisywanej Homerowi, ale nie brakuje tutaj też nawiązań do choćby twórczości Williama Szekspira, Roberta Browninga, Marcela Prousta, Percy'ego Bysshe Shelleya i oczywiście homeryckiej „Odysei”.

U Dana Simmonsa niezwykłe jest to, że choć nie szczędzi sobie zapożyczeń od mistrzów słowa pisanego to nie wygląda to tak, jakby dobrał się do kserokopiarki. Na fundamentach podpatrzonych u innych tworzy całkiem nowe budowle, sięgające niebios wieżowce pełne produktów jego nieludzkiej wręcz wyobraźni. Dan Simmons jest pisarzem niepodrabialnym, jest jedyny w swoim rodzaju, unikatowy, i założę się, że stanowi obiekt zazdrości niejednego współczesnego pisarza poruszającego się w obrębie gatunków, w których ten uzdolniony Amerykanin się specjalizuje. W kontynuacji i zarazem ostatnim tomie dylogii częściowo osadzonej w w mitologicznym uniwersum, w wielowątkowym „Olimpie”, arcydziele literatury science fiction zmieszanej z fantasy i wzbogaconym nutką horroru, Simmons rozbudowuje wątki wprowadzone w „Ilionie” i wprowadza w fabułę kolejne owoce swojej fenomenalnej wyobraźni. Początkowo wydaje się, że autor skupi się głównie na wojnie śmiertelników z mitologicznymi bóstwami, poświęcając przy tym sporo miejsca tarciom pomiędzy członkami tej drugiej frakcji, urzędującymi w wygasłym wulkanie Olympus Mons na Marsie (Simmonsowa wersja Olimpu) i drobnym konfliktom między niedawnymi śmiertelnymi wrogami, a dziś sprzymierzeńcami , Trojanami i Grekami, które przewodzący im Achilles i Hektor będą starali się tłumić. Boskie manipulacje, zbrojne wystąpienia przeciwko nieśmiertelnym i vice versa, niesnaski pomiędzy obrońcami Ilionu i niedawnymi najeźdźcami z czasem jednak ustąpią pola przeżyciom mieszkańców Ziemi. Nie całkowicie, bo Simmons, co jest dla niego typowe, prowadzi swoją opowieść po kilku, mniej czy bardziej szczelnie, zazębiających się torach, aczkolwiek nie da się zaprzeczyć, że wydarzenia rozgrywające się na normalnej, nie tej alternatywnej Ziemi cieszą się jego największą uwagą. A i wątki skoncentrowane na Grekach, Trojanach i Olimpijczykach przybierają inny obrót. Dla osoby niezaznajomionej z twórczością Dana Simmonsa, takie określenie, jak alternatywna Ziemia, może być mylące, tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że na kartach „Olimpu” (i „Ilionu” skoro już o tym mowa) w tym samym czasie egzystują dwie odległe epoki – nasza starożytność i wyobrażona przez Simmonsa przyszłość. Tylko scholiasta Thomas Hockenberry wywodzi się z okresu bardzo zbliżonego do nam bieżącego (przełom XX i XXI wieku). Tyle że nie przeniósł się w czasie tylko został wskrzeszony przez bogów w celów referowania przebiegu wojny trojańskiej do niedawna toczącej się na alternatywnej Ziemi. To wszystko może zakręcić osobą czytającą te słowa, ale nieznającą jeszcze twórczości Dana Simmonsa. Trzeba im bowiem wiedzieć, że wyobraźnia tego autora wybiega poza granice naszej planety, nie ogranicza się on do znanego nam świata, jak wielu przed nim tworzy nowe wszechświaty, które urządza tak, jak mu się podoba. Zmusza nas tym samym do wybiegania poza nasz zaścianek, do wypuszczania się na, czasem niepokojące, czasami poruszające, nierzadko zapierające dech w piersiach obszary jego zdawałoby się niemającej granic wyobraźni. Bo kiedy już, już wydaje się, że Simmons doszedł do kresu, kiedy już nabiera się pewności, że niczego niezwykłego nie uda mu się już wymyślić, pisarz wrzuca kolejną osobliwość, czy to zrodzoną w jego własnym umyśle, czy pożyczoną od innych mistrzów słowa pisanego, która idealnie wpasowuje się w i tak już mocno zróżnicowane uniwersum (maszkara przypominająca mózg z licznymi mackami to największy ukłon w stronę horroru i według mnie najbardziej spektakularna postać tego, ale nie tylko tego, dzieła). Można się w tym pogubić, nie przeczę. Simmons wymaga od nas podzielności uwagi i maksymalnego skupienia – pokłada wiarę w naszą zdolność do wchodzenia w opowieść, ufa, że nie ograniczymy się do bezrozumnego przewracania kartek po każdorazowym przyswojeniu co najwyżej połowy ich treści. Musimy w tę opowieść wejść, rozstać się ze znaną nam rzeczywistością i przyoblec się w skórę bohaterów „Olimpu”, stawać się nimi na czas trwania lektury. Tylko tak zdołamy objąć wzrokiem zjawiskowy świat wykreowany przez Simmonsa, nie gubiąc się przy tym w zawirowaniach fabularnych.

Książki […] stanowią jedynie węzły niemal nieskończonej, czterowymiarowej matrycy informacyjnej, ewoluującej ku idei pojęcia przybliżonego odbicia Prawdy. Dążącej ku niej pionowo przez czas, lecz także poziomo poprzez wiedzę.”

Dan Simmons jest humanistą z krwi i kości. Daje temu wyraz w swoich książkach, a „Olimp” nie jest tutaj wyjątkiem. Wartka akcja, nieustannie zaogniające się sytuacje, raptowne zmiany biegu wydarzeń, zróżnicowani nie tylko charakterologicznie, ale też gatunkowo bohaterowie i antybohaterowie znajdujący się w centrum tej swoistej burzy – w mniej zręcznych dłoniach w tym wszystkim najpewniej gdzieś zagubiłaby się dusza niniejszej opowieści, prawdopodobnie ostałaby się wyłącznie efekciarska przygodówka pozbawiona głębi. Wnikliwych przemyśleń na temat ludzkiej natury, na temat gatunku, który tworzy zarówno rzeczy piękne, jak i śmiercionośne, który zachwyca, ale też przeraża, bo rozwój technologiczny i artystyczny idzie u nas w parze z autodestrukcją, z zagadkowym dążeniem do samounicestwienia. Ta błyskotliwość, ta szczerość, ta drobiazgowa analiza nas samych to jedno, ale równie wielkie wrażenie wywiera na mnie namacalna wręcz miłość Simmonsa do języka, smakowanie słów, sycenie się nimi i zaspokajanie przy tym apetytów co bardziej wymagających czytelników. W czasach językowej dekadencji, w wieku, w którym królują łamańce językowe, okropny slang, a wulgaryzmy pełnią rolę przecinków, Simmons pokazuje prawdziwe piękno języka (wulgaryzmy też są, ale o tym potem). Grzegorz Komerski, który przełożył na język polski „Ilion” i „Olimp” miał do wykonania niebywale trudne zadanie. Tak fantazyjny, skoncentrowany na najdrobniejszych szczegółach, rozbrykany wręcz, ale przy tym nietracący dojrzałości, warsztat, na pewno niełatwo jest przetłumaczyć tak, żeby w pełni oddać jego fenomen. Nie wiem, czy panu Komerskiemu ta sztuka udała się w całości, bo w oryginale „Olimpu” nie czytałam. Nie wiem, czy nasz tłumacz czegoś przy tym nie zatracił, ale jeśli tak było, jeśli z języka angielskiego emanuje jeszcze bardziej oszałamiające piękno (wziąwszy jednak pod uwagę jego ubogość to raczej w to wątpię) to musi to być doznanie nie do opisania. Bo polskie wydanie niemalże hipnotyzuje, ten język doprowadzał mnie do najprawdziwszej ekstazy, było to przeżycie wprost mistyczne. Za co pragnę podziękować tak Danowi Simmonsowi, jak panu Grzegorzowi Komerskiemu. Nie po raz pierwszy oczywiście ten amerykański pisarz wprawił mnie w taki stan, bo zdążyłam już zapoznać się z paroma innymi jego powieściami charakteryzującymi się takim samym albo zbliżonym językowym rozmachem. Ale chyba nigdy nie będę miała tego dość, chyba już zawsze będę reagować na to tak, jakbym przedtem żadnej innej książki nie przeczytała, jakbym nigdy wcześniej nie weszła w żadną literacką opowieść, jakby była to moja pierwsza przygoda z powieścią. W próbie opisania języka (pewnie i tak nieefektywnej, bo ktoś taki, jak ja nigdy nie zdoła oddać jego wyjątkowości), którym posługuje się Simmons na kartach „Olimpu” nie można pominąć wulgaryzmów. Tak, one też się pojawiają, ale sympatykom, jak ja go nazywam, rynsztokowego sposobu wysławiania się radzę nie nastawiać się na bliską ich sercu formę. Bo Simmons operuje przekleństwami bardzo oszczędnie i najczęściej wykorzystuje je do podkreślania swego rodzaju dysonansu poznawczego. Już sam fakt, że bogowie władaj supernowoczesną technologią powinien zapewnić osobom znającym mitologię grecką właśnie takie doznania, z których to jakimś cudem wynikają same superlatywy, ale i wulgarne odzywki wtłaczane w usta starożytnych herosów i Olimpijczyków intensyfikują niepokojące, ale zrazem olśniewające poczucie koegzystowania dwóch pozornie nieprzystających do siebie światów, dwóch epok, z których to jedną zarazem dobrze znamy, jak nie znamy wcale. Ot, taki paradoks. Zarzucić „Olimpowi” mogę natomiast tylko to, że nie mogłam oprzeć się nieprzyjemnemu poczuciu zbytniego pędu do zakończenie tego przedsięwzięcia. Pod koniec rzeczonego tomiszcza, nie wcześniej. Dan Simmons nie domknął należycie wszystkich wątków i nie chodzi mi tutaj o celowe zawarcie sugestii rychłego niebezpieczeństwa, o pozostawienie furtki otwartej dla wyobraźni czytelnika, ale o kontrastujące z wcześniejszymi opisami, skrótowe omówienie dalszych losów kluczowych postaci. Naprawdę wyglądało to tak, jakby Simmons był już zmęczony tą historią i marzył tylko o tym, żeby jak najszybciej sfinalizować projekt i zająć się czymś innym. Niedociągnięcie pewnie istotne, ale nie aż tak, żeby zatrzeć we mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie z całości.

Dlaczego polski rynek wydawniczy tak zaniedbuje twórczość tak znakomitego pisarza jak Dan Simmons? No pytam: jaki jest powód takiego stanu rzeczy? Niska sprzedaż? Jeśli tak, to bardzo Was proszę kochani wydawcy, przetrzymajcie to, pozwólcie sobie na finansowe straty, bo tylko kwestią czasu jest aż Polska przekona się do bibliografii tego geniusza słowa pisanego. Na pewno nie cała, ale nie mam wątpliwości, że w jego prozie odnajdą się zarówno wielbiciele science fiction i fantasy, jak i horroru. A może nawet koneserzy powieści egzystencjalnych, bo i na tym poletku Simmons spisuje się wprost wyśmienicie. A „Olimp”? No cóż, kto nie czytał niechaj to szybko nadrobi. Oczywiście, po uprzednim zapoznaniu się z „Ilionem”, bo bez tego odnalezienie się w tej historii będzie mocno utrudnione, jeśli nie niemożliwe.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 21 kwietnia 2018

„Winchester. Dom duchów” (2018)

Ekscentryczna wdowa po producencie broni, Sarah Winchester, żyje w ogromnym domostwie, które nieustannie przebudowuje i rozbudowuje. Kobieta jest przekonana, że jej nieruchomość jest nawiedzana przez duchy osób, które straciły życie przez karabin Winchester, broń zaprojektowaną przez ojca jej męża, na której jego rodzina zbiła fortunę. W 1906 roku zarząd firmy produkującej broń palną, której większość udziałów od śmierci jej małżonka znajduje się w posiadaniu Sarah, w porozumieniu z nią, zatrudnia doktora Erica Price'a. Mężczyzna ma spędzić jakiś czas w domu Winchester w celu dokonania oceny stanu zdrowia wdowy. Na terenie posiadłości oprócz jej właścicielki, robotników i służby, przebywa również krewna Sarah, wdowa Marion Marriott wraz ze swoim synem Henrym, który boryka się z nietypową przypadłością. Wkrótce po dotarciu do domu Winchester Price świadkuje niepokojącym zjawiskom, ale zrzuca to na karb halucynacji. Nie wierzy w opowieści Sarah o duchach gnieżdżących się w tym miejscu, nawet po zobaczeniu ich na własne oczy.

Zrealizowana za (szacunkowo) trzy i pół miliona dolarów ghost story w reżyserii Michaela i Petera Spierigów, twórców między innymi „Zombie z Berkeley”, „Daybreakers – Świtu” i „Piły: Dziedzictwa”, na podstawie scenariusza stworzonego przez nich i Toma Vaughana. Fabułę zainspirowały opowieści o autentycznej postaci, Sarah Winchester i jej rezydencji w San Jose w Kalifornii, która do dzisiaj przez wielu uważana jest za miejsce nawiedzone przez duchy osób zabitych karabinem Winchester. Wedle tych legend wkrótce po śmierci jej męża i córeczki, za podszeptem ducha tego pierwszego, Sarah rozpoczęła budowę domu dla siebie i zagubionych dusz ludzi, którzy padli ofiarami karabinu produkowanego przez firmę Winchester Repeating Arms Company. Ta historia była kwestionowana między innymi przez biografa Sarah Winchester, ale to wcale nie zniechęciło ludzi do snucia fantastycznych teorii na temat imponującej rezydencji zwanej The Winchester Mystery House, która to z czasem stała się atrakcją turystyczną i oczywiście jej zmarłej w 1922 roku właścicielki.

Szumnie reklamowany australijsko-amerykański horror braci Spierig pt. „Winchester. Dom duchów” wydaje się być obrazem wprost skrojonym pod przeciętnego odbiorcę multipleksowych straszaków. Mamy tu wszystko, czego duża część sympatyków filmowych opowieści o duchach, od tego typu produkcji oczekuje. Zainspirowany rzekomo autentyczną historią scenariusz, mnóstwo jump scenek, wymyślne maszkary, widowiskowe miejsce akcji i w miarę dynamiczny rozwój sytuacji – nieprzesadnie, ale i nie ma tutaj miejsca na dłuższe przestoje. Tak może się wydawać, ale jak się okazało choć film zarobił niemało (prawie trzydzieści dziewięć milionów dolarów na całym świecie) spora część widzów wyszła z sal kinowych niezadowolona. Kampania reklamowa zrobiła swoje – zagwarantowała sukces kasowy „Winchesterowi. Domowi duchów”, ale nie mogła przecież zatrzeć złego wrażenia po seansie, które to narodziło się w sercach tak wielu osób złaknionych elektryzującej rozrywki na miarę dzisiejszego Hollywoodu. Ja po braciach Spierig nie spodziewałam się wiele, tym bardziej, że „Winchester. Dom Duchów” to horror kinowy, a wśród takowych nieczęsto znajduję perły współczesnego nastrojowego horroru. Na ogół jednak te szumne, nowsze filmowe opowiastki o duchach poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Niewysokiego, ale zjadliwego. Da się to oglądać, jeśli już przyzwyczai się do ich niewyszukanej stylistyki. A więc „łup!” jest duch, a mgnienie potem go nie ma. I tak w koło Macieju, aż do dynamicznej, niedającej chwili wytchnienia końcówki, która notabene w „Winchesterze. Domu duchów” została mocno rozciągnięta w czasie. Trzy i pół miliona dolarów to niewiele jak na film nakręcony z myślą o wielkich ekranach. Ta kwota dawała mi nadzieję na niską ingerencję komputera w proces tworzenia efektów specjalnych i jeśli o to chodzi to się nie zawiodłam. Tylko jedna zjawa prezentowała się nader sztucznie, tylko jej manifestacje w ostatniej partii filmu zmuszały mnie do drwiących uśmieszków w tej konkretnej materii. Bo i nie zabrakło innego rodzaju elementów, które wywoływały u mnie taką reakcję. Imponująca posiadłość, na której toczy się niemalże cała akcja tego filmu może robić niemałe wrażenie. Multum, z dzisiejszej perspektywy archaicznie się prezentujących, pokoi, długich, krętych korytarzy, wymyślnie poprowadzonych schodów, licznych dobudówek – to wszystko tworzy istny labirynt, domostwo, w którym łatwo się zgubić, a wziąwszy pod uwagę niektórych jego lokatorów lepiej tego unikać. Nie wypuszczać się na samotne spacery, jeśli nie zna się tego miejsca. Doktor Eric Price, w którego w całkiem dobrym stylu wcielił się Jason Clarke, jak się można się tego spodziewać będzie postępował zgoła odwrotnie. Nocami będzie przechadzał się po tej ogromnej posiadłości nierzadko widując wówczas istoty nie z tego świata. Te jego wędrówki niemiłosiernie mi się dłużyły, a bo twórcom nie udawało się wówczas wytworzyć odpowiedniego emocjonalnego napięcia, nie było w tym intensywności, o przytłaczającym mroku już nie wspominając. I właśnie to najbardziej mnie ubodło. Sposób przedstawienia jakże obiecującego miejsca akcji, forma w jaką bracia Spierig przyoblekli The Winchester Mystery House (w większości umowny, bo niewiele zdjęć powstało w tej nieruchomości). Wystrój, kolorystyka, montaż – właściwie to cala warstwa techniczna jest tak wypieszczona, tak wyglancowana, tak maniakalnie wyszlifowana, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy filmowcom aby horror nie pomieszał się z romansem. Zaryzykuję przypuszczenie, że chcieli oni stworzyć obraz gotycki, ale jeśli rzeczywiście tak było to ja klimatu rodem z tego rodzaju horrorów tutaj nie znalazłam. Sama budowla rodzi takie podejrzenie, ale już grzeczniutka atmosfera, która w niej zalega prędzej stanowi wizytówkę współczesnego błyszczącego Hollywoodu niźli horroru gotyckiego z prawdziwego zdarzenia.

Helen Mirren w roli Sarah Winchester to według mnie najjaśniejszy punkt tej produkcji. Ta znakomita aktorka nieco uprzyjemniła mi seans tego wątpliwej jakości filmidła, ale przecież nie mogła przykryć wszystkich wad owego przedsięwzięcia. To, co mogła podratowała, ale nie można przecież wymagać od jednak aktorki, choćby jednej z najbardziej utalentowanych gwiazd światowego kina, że szczelnie przykryje absolutnie wszystkie niedostatki danej produkcji. Tym bardziej, gdy jest ich tak wiele, jak w tym omawianym przypadku. Bo warstwa techniczka i prymitywne próby straszenia publiki to według mnie nie jedyne minusy tej produkcji. „Winchester. Dom duchów” zepsuto bowiem już na etapie pisania scenariusza. Historia, którą tutaj opowiedziano co prawda przywiodła mi na myśl „Czerwoną Różę. Z dziennika Ellen Rimbauer”, powieść i jej filmową wersję (chodzi o rozbudowywanie domu za namową istot z zaświatów) i remake „Trzynastu duchów”, bo oryginału jeszcze nie widziałam (przetrzymywanie zjaw w oddzielnych pomieszczeniach w swoim własnym domu), ale wiedziałam, że bracia Spierig i Tom Vaughan nie czerpali z żadnego z tych dzieł. Inspirowali się legendami krążącymi na temat od dawna nieżyjącej Sarah Winchester, wdowy po producencie broni Williamie Wirtcie Winchesterze i jej okazałym domostwie w San Jose w stanie Kalifornia. Choć ta legenda z punktu widzenia dzisiejszej choćby tylko średnio zaznajomionej z gatunkiem osoby do najoryginalniejszych nie należy to na takim fundamencie można było przynajmniej zbudować coś przykuwającego uwagę tych widzów, którzy nie wliczają się do grona sympatyków wielce innowacyjnych horrorów nastrojowych. W tym garncu znanych motywów, włącznie z postawieniem jednej z czołowych bohaterek w pozycji kogoś na kształt medium, znalazło się jednak miejsce na delikatny powiew świeżości. A mianowicie na wątek przekleństwa rodu Winchesterów przez duchy ludzi, którzy padli ofiarami produktu, na którym rzeczona familia dorobiła się fortuny. Scenarzyści dotykają tutaj zagadnienia, o którym w Stanach Zjednoczonych się dyskutuje. Zadają widzom pytanie, czy producentów broni należy winić za śmierć, jaką ona niesie, za zbrodnie popełniane przez jej użytkowników. Sarah Winchester uważa, że tak, że jest współwinna krzywd wyrządzanych przez karabiny Winchester, produkt ojca jej nieżyjącego już męża. Natomiast jej krewna, Marion, nie widzi potrzeby biczowania się za niewybaczalne przewinienia nabywców produktu, na którym wzbogacili się Winchesterowie. Obecność tego zapożyczonego z opowieści o The Winchester Mystery House, wątku, moim zdaniem było dobrym posunięciem, ale już sposób w jaki go wyłuszczono do szczególnie zajmujących nie należał. W „Ławie przysięgłych”, filmie Gary'ego Fledera, opartym na jednej z powieści Johna Grishama, w nieporównanie ciekawszy, dający do myślenia sposób wyłuszczono ten problem. Tutaj stanowił jedynie dodatek do rozterek doktora Erica Price'a, działalności i wierzeń Sarah Winchester związanych z duchami, klasycznego opętania (szczęście, że postawiono na białe oczy, bo one zawsze wywołują u mnie ciarki) i oczywiście manifestacji zjaw podawanych głównie w formie jump scenek, w moim przypadku w całości nieskutecznych. Chociaż sekwencja z lusterkiem i krzesłem wypada całkiem nieźle – nie dlatego, że podrywa z fotela, bo wątpię, żeby wiele osób, tak na nią reagowało tylko przez, w mojej ocenie, najbardziej upiorny wygląd zjawy, spośród wszystkich tych, które pokazano w „Winchesterze. Domu duchów”.

Dla mnie omawiane przedsięwzięcie Michaela i Petera Spierigów nie dobija nawet do przeciętnego poziomu współczesnych mainstreamowych straszaków. Podczas seansu towarzyszyła mi głównie obojętność i nuda, chwilami wręcz trudna do wytrzymania. Takie dopieszczone, przewidywalne tj. nieposiadające nawet nutki szaleństwa, które gwarantowałoby chociaż troszkę nieprzewidywalności, i które jeśli już niekoniecznie przygniatało to przynajmniej muskałoby mnie mrocznym klimatem emanującym ciągłą sugestią widmowego zagrożenia czającego się na protagonistów, zamiast praktycznie poprzestawać na nieskutecznych jump scenkach – takie ghost stories nie leżą w kręgu moich zainteresowań. Nie potrafię wykrzesać z siebie większej sympatii do takich form przekazu, do takiej narracji, formy, do tak porozkładanych środków ciężkości. Ale samo miejsce akcji (za wyłączeniem spowijającego go klimatu) i oczywiście Helen Mirren docenić umiem. Nie sądzę jednak, żeby to wystarczyło do polecania tego horroru komukolwiek, nawet zagorzałym miłośnikom filmów o duchach.

piątek, 20 kwietnia 2018

Zapowiedź: „Przebudzenie dusz”

„Film, po którym będziecie bali się zasypiać przy zgaszonym świetle” Łukasz Muszyński, Filmweb 

„Przebudzenie dusz”, jeden z najbardziej przerażających i oryginalnych horrorów ostatnich lat. W kinach od 8 czerwca

Mroczne śledztwo, trzy przerażające historie o duchach opowiedziane przez osoby, które spotkały się „oko w oko” z mrocznymi siłami oraz jedna prawda, która będzie bardziej przerażająca niż wszystko, co zobaczyliście do tej pory. Film „Przebudzenie dusz” (oryginalny tytuł „Ghost Stories”) został okrzyknięty jednym z najlepszych horrorów ostatnich lat. Euforycznie rozpisywały się o nim tak prestiżowe magazyny, jak The Hollywood Reporter czy Screen International! W rolach głównych w produkcji wystąpili: nominowany do Złotego Globu – Martin Freeman (gwiazda trylogii „Hobbit”, seriali „Sherlock” i „Fargo”), znany z hitów Tima Burtona, laureat nagrody BAFTA – Paul Whitehouse („Alicja w Krainie Czarów”), aktorskie odkrycie Netflix – Alex Lawther („The End of the F***ing World”) oraz Andy Nyman („Peaky Blinders”), będący również jednym ze współreżyserów tego absolutnie przerażającego projektu. „Przebudzenie dusz” – film, po którym będziecie bali się zasypiać przy zgaszonym świetle – w kinach od 8 czerwca.

Sceptyczny wobec zjawisk paranormalnych profesor Goodman otrzymuje list. Tajemnicza notka wydaje się być napisana zza grobu. Wiadomość jest autorstwa Charlesa Camerona, sławnego badacza zjawisk nadprzyrodzonych. Człowiek ten zaginął 15 lat temu i został uznany za martwego. Cameron twierdzi jednak w liście, że potrzebuje pomocy Goodmana, aby wspólnie rozwiązać trzy tajemnicze sprawy, których nie udało się rozwikłać od lat. W trakcie śledztwa, profesor spotyka na swojej drodze trójkę osób nawiedzanych przez duchy. Każda z nich opowiada mu swoją straszną historię. Jednak to nie opowieści same w sobie będą najbardziej przerażające, tylko prawda kryjąca się za nimi wszystkimi. 

„Solidna porcja ciarek i błyskotliwa zabawa” 
„Film, po którym będziecie bali się zasypiać przy zgaszonym świetle” Łukasz Muszyński, Filmweb

„Mistrzostwo” The Hollywood Reporter

„Absolutnie genialny… Inny niż wszystko co widzieliście. 10/10” London Student newspaper

 „Najlepszy horror od lat” The Sun

„Ekscytujący i rozrywkowy” Screen International 

„Prawdziwa jazda na rollercoasterze” The Upcoming

PRZEBUDZENIE DUSZ 
(„Ghost Stories”) 
w kinach od 8 czerwca
Gatunek: horror 
Produkcja: Wielka Brytania 2017 
Reżyseria i scenariusz: Jeremy Dyson, Andy Nyman 
Obsada: Martin Freeman („Hobbit”, „Czarna Pantera”, „Sherlock” – serial TV, „Fargo” – serial TV), Andy Nyman („Pasażer”, „Zgon na pogrzebie”, „Kick-Ass 2”, „Peaky Blinders” – serial TV), Alex Lawther („The End of the F***ing World” – serial TV, „Gra tajemnic”, „Czarne lustro” – serial TV), Paul Whitehouse („Alicja w Krainie Czarów”, „Śmierć Stalina”, „Gnijąca panna młoda”, „Help” – serial TV), George MacKay („Jeżeli nadejdzie jutro”, „Moi chłopcy”, „Opór”)

Źródło: wszystkie materiały od Kino Świat Sp. z o.o., foto: Paris Taghizadeh

czwartek, 19 kwietnia 2018

„To żyje” (2009)

Lenore Harker zawiesza studia, aby móc w pełni poświęcić się opiece nad swoim dzieckiem, które już wkrótce ma przyjść na świat. Wprowadza się do domu swojego chłopaka, ojca dziecka, architekta Franka Davisa, który od śmierci rodziców mieszka z poruszającym się na wózku inwalidzkim młodszym bratem Chrisem. Niedługo po przyjeździe do nowego lokum Lenore dostaje skurczy. Frank zawozi ją do szpitala, a lekarze decydują się na cesarskie cięcie. Usypiają ciężarną, a gdy kobieta wraca do przytomności dowiaduje się, że ma zdrowego syna, któremu ona i Frank dają na imię Daniel. Ona i jej partner zostają także poinformowani o zabójstwach lekarzy i pielęgniarek, do których doszło tuż po porodzie, w sali, w której znaleziono Lenore i jej dziecko. Po powrocie do domu Lenore skupia się głównie na Danielu, a Frank dużo czasu spędza w pracy. Kobieta szybko odkrywa, że ich syn nie jest zwyczajnym dzieckiem. Poznaje jego morderczą naturę, ale z nikim nie dzieli się tą informacją. Ukrywa dowody zbrodni Daniela, dziecka łaknącego krwi i surowego mięsa zwierząt oraz ludzi.

„To żyje” w reżyserii Josefa Rusnaka jest remakiem „A jednak żyje” Larry'ego Cohena z 1974 roku, horroru, który ponadto doczekał się jeszcze (jak na razie) dwóch sequeli. W swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych film trafił bezpośrednio na rynek DVD w 2009 roku, a jego budżet oszacowano na dziesięć milionów dolarów. Twórca oryginału Larry Cohen brał udział w pisaniu scenariusza – działał przy tym wspólnie z Paulem Sopocy i Jamesem Portolese – ale kilka lat po premierze produkcji Rusnaka radził fanom „A jednak żyje” trzymać się z dala od jego remake'u. Obraz Rusnaka opisał słowem „okropny”, w czym wtóruje mu duża część pozostałych odbiorców „To żyje”. Właściwie to negatywne opinie na temat tej produkcji dominują. Można chyba bezpiecznie stwierdzić, że nowa wersja ma zdecydowanie więcej przeciwników niźli zwolenników.

Nie należę do tych osób, które z góry skreślają wszystkie remaki tylko dlatego, że są remake'ami. Nie mam też wobec nich wygórowanych wymagań, bo nie znam wielu uwspółcześnionych wersji horrorów, które (w mojej ocenie) przebijają swoje pierwowzory lub chociaż im dorównują. Zresztą, szczerze powiedziawszy, do wszystkich XXI-wiecznych filmów grozy zasiadam bez dużych oczekiwań. Takie pesymistyczne nastawienie od czasu do czasu owocuje niemałą niespodzianką i oczywiście pozwala uniknąć rozczarowania, gdy film w mojej ocenie nie dobija nawet do średniej. Jestem przekonana, że tak, jak wielu przede mną, nie zostawiłabym na „To żyje” suchej nitki, gdybym przygotowała się na godne pierwowzoru widowisko, na poziom zbliżony do poziomu „A jednak żyje” Larry'ego Cohena. Obawiałam się spotkania z tzw. remakiem całkowitym, bo choć wprost przepadam za nową wersją „Funny Games” Michaela Hanekego to już taki „Psychol” Gusa Van Santa i „Omen” Johna Moore'a nielicho mnie wynudziły. Lubię, gdy remaki nie kalkują zbytnio z oryginałów, gdy zawiera się w nich coś, czego nie odnajdę w pierwowzorze, dlatego ulżyło mi, kiedy uświadomiłam sobie, że scenariusz „To żyje” nie jest kopią scenariusza „A jednak żyje”. A do takiego przekonania doszłam już we wstępnej fazie seansu, podczas scen osadzonych na uczelni. Wówczas to poznajemy ciężarną młodą kobietę, Lenore Harker, która właśnie zawiesiła studia i przygotowuje się do przeprowadzki do położonego z dala od miasta domu jej chłopaka Franka Davisa. Jej najlepsza przyjaciółka, Marnie, uważa, że źle robi, że nie powinna ryzykować przekreślenia wszystkiego, co dotychczas osiągnęła, ale Lenore jest zdecydowana zasmakować innego życia. Jej partner i zarazem ojciec dziecka, które już wkrótce przyjdzie na świat, nie posiada się ze szczęścia na myśl o założeniu rodziny. Od śmierci rodziców Frank mieszkał tylko ze swoim niepełnosprawnym młodszym bratem, Chrisem, z którym Lenore udało się nawiązać dobrą relację. Chłopiec nie ma więc nic przeciwko nowym domownikom. Ale jego nastawienie zmienia się wkrótce po narodzinach jego bratanka, Daniela. Dziecka, które bynajmniej zwyczajne nie jest. W „A jednak żyje” zmutowany noworodek uciekł ze szpitala zaraz po porodzie i przez długi czas przebywał poza domem swoich rodziców, siejąc postrach w mieście. Scenarzyści remake'u zmienili dzieje małego potworka – Daniel sam nie opuszcza szpitala. Rodzice zabierają go do domu, po czym roztaczają nad nim troskliwą opiekę. Zwłaszcza Lenore, bo Frank dużo czasu spędza w pracy. W końcu jest jedynym żywicielem rodziny. Przez to właśnie mężczyzna widzi mniej niż Lenore, a właściwie to jest ślepy na to, co się dzieje. Nie zna prawdziwej natury swojego syna, nie ma pojęcia o jego nietypowych zwyczajach żywieniowych, za to jego partnerka szybko poznaje prawdziwe oblicze ich latorośli. Larry Cohen, Paul Sopocy i James Portolese kreatywnością się tutaj nie wykazali – podczepili się pod znany motyw wychowywania morderczego dzieciaka, z tą różnicą, że postawili na niemowlaka, a nie kilkulatka/kilkunastolatka, jak to zazwyczaj bywa. Daniel nie jest Antychrystem jak Damien Thorn, ani młodocianym psychopatą jak Henry z thrillera Josepha Rubena. Jest zmutowanym człowiekiem rozsmakowanym w krwi i mięsie zwierząt oraz ludzi. Ale ci, którzy potraktują to jako zapowiedź odstręczającej, szokującej rzezi, nastawią się na multum realistycznie się prezentujących scen mordów to najpewniej srogo się zawiodą. Dziesięć milionów dolarów to całkiem sporo jak na horror, który w dodatku w swoim rodzimych kraju został wpuszczony bezpośrednio na rynek DVD. Te większe nakłady pieniężne zawsze działają na mnie alarmistycznie, ponieważ aż nazbyt często okazuje się, że w takich filmach nie brakuje jakże sztucznych efektów komputerowych, za to tych preferowanych przeze mnie, efektów praktycznych, fizycznie obecnych na planie, już tak. I tak też jest w tym przypadku. Właściwie to najlepiej spuścić zasłonę milczenia na tą różową krew i wygenerowane komputerowo rany zadawane przez krwiożerczego mutanta, bo po co podsycać swoją wściekłość? Lepiej jak najszybciej wyrzucić z pamięci właściwie wszystkie ujęcia gore i skupić się na innych aspektach „To żyje”.

Wielu odbiorców tego filmu uważa, że proces gnicia zaczyna się tutaj od scenariusza, że już twórca oryginału Larry Cohen oraz współpracujący z nim Paul Sopocy i James Portolese zaszkodzili temu obrazowi. Fabułę oskarża się między innymi o monotonię i rażące nielogiczności, ale akurat ja tego tutaj nie dostrzegłam. Opowieść jest wtórna i bynajmniej nie dlatego, że to remake, bo znacznie różni się od oryginału, ale z powodu, o którym wspomniałam wcześniej. Wykorzystano motyw dobrze znany wielbicielom horrorów i thrillerów, z modyfikacją, z którą zderzył nas już Larry Cohen w swoim obrazie z 1974 roku, ale jako, że innowacyjność nie jest dla mnie ważna i ze względu na sympatię, jaką żywię do tej konwencji, powtarzalność w najmniejszym stopniu mi nie przeszkadzała. Aktorstwo już tak. Ani odtwórczyni roli głównej, Bijou Phillips, ani partnerujący jej James Murray, ani nawet młodociany Raphael Coleman wcielający się w postać poruszającego się na wózku inwalidzkim brata Franka Davisa, ojca małego potworka, nie przekonali mnie do swoich bohaterów. Obniżali poziom wiarygodności, który przez te przeklęte efekty komputerowe i tak nie był zbyt wysoki. Sytuację trochę ratowała atmosfera. W sumie to klimat moim zdaniem wyszedł twórcom najlepiej. Powtórki z oryginału na tym polu także nie uświadczymy, a nawet będziemy w stanie wymienić sporo tytułów innych XXI-wiecznych horrorów, które mogą się pochwalić dużo lepszą atmosferą, ale jeśli o mnie chodzi to jeszcze częściej stykam się z czymś nieporównanie gorszym. Lokalizacja bardzo pomogła Josephowi Rusnakowi i jego ekipie w wytworzeniu podszytej zdefiniowanym zagrożeniem aury wyobcowania, ale nie bez znaczenia są też zdjęcia Wedigo von Schultzendorffa. W miarę mroczne, z lekka metaliczne obrazy położonego z dala od miasta, na istnym pustkowiu, uroczego domu, nieopodal którego rozciąga się też las, gdzie mały mutant zwykł polować na zwierzynę. Koncentracja scenarzystów przede wszystkim na Lenore, pokazywanie jej samotnych zmagań z nową, koszmarną rzeczywistością, w jakiej znalazła się za sprawą swojego niedawno narodzonego syna podsyca poczucie wyalienowania wprowadzonego przez scenerię, a jej zachowanie ubarwia tę opowieść. Zamiast matki stającej do walki ze swoim morderczym dzieckiem dostajemy kobietę, która stawia się w pozycji jego wspólniczki. Nie pomaga mu w popełnianiu zbrodni, nie zachęca go do tego, bynajmniej nie reaguje radością na widok zwłok zwierząt i ludzi. Aż tak zaburzona Lenore nie jest. Aczkolwiek jej psychika ewidentnie uległa pewnemu zdestabilizowaniu. Główna bohaterka „To żyje” pozbywa się znajdowanych resztek zwłok i nie informuje nikogo, nawet swojego partnera, o prawdziwej naturze Daniela. UWAGA SPOILER Taka postawa mogła narodzić się z poczucia winy (poza matczyną miłością, rzecz jasna). Z czasem dowiadujemy się bowiem, że Lenore na początku ciąży zażyła zakupione przez Internet tabletki poronne, które (w domyśle) według niej mogły wywołać mutację płodu. W tym wątku można dopatrzeć się swoistej przestrogi przed zażywaniem niesprawdzonych lekarstw, przed próbami usunięcia noszonego pod sercem płodu na własną rękę, bez oddawania się w ręce specjalistów, albo krytyki aborcji w ogóle KONIEC SPOILERA. W każdym razie zaczyna się od gryzienia matce piersi podczas karmienia. Potem mały Daniel przerzuca się na zwierzęta, na które sam poluje (chciałabym to zobaczyć, ale niestety oszczędzono mi widoku raczkującego malca ganiającego za pożywieniem), a z czasem bierze się za ludzi, skrzętnie omijając członków swojej rodziny. W przeciwieństwie do „A jednak żyje” z 1974 roku zazwyczaj wygląda jak zwyczajne dziecko, ale od czasu do czasu jego twarz się zmienia i wówczas... no, widzimy kolejny porażający sztucznością twór, tak tandetny, że aż marzy się, żeby jak najszybciej puścić to w niepamięć. 
 
W stanie najwyższego napięcia tego remake'u nie oglądałam, mocnych wrażeń mi nie zapewnił, ale całkowicie obojętna na los bohaterów też nie byłam. „A jednak żyje” jest dużo bardziej poruszający, wzbudza o wiele silniejsze emocje, ale jak nie ma się dużych wymagań to i tę podróbkę można wchłonąć bez ogromnych cierpień. Przymknąć oczy na parę mankamentów trzeba, cudów spodziewać się nie należy, ale w kategorii niewymagającej myślenia jednorazowej jako takiej rozrywki może się sprawdzić. Zwłaszcza wtedy gdy zrezygnuje się z zestawiania go z oryginałem, gdy nie będzie się nastawiało na jakość zbliżoną do „A jednak żyje” Larry'ego Cohena tylko co najwyżej na typowego średniaczka, horror niczym niewyróżniający się na tle współczesnych rąbanek, którego lepiej traktować jak wypełniacz tego wolnego czasu, z którym akurat nie ma się co zrobić.

wtorek, 17 kwietnia 2018

„Doczekać zmroku” (1967)

Fotograf Sam Hendrix zostaje zagadnięty na lotnisku przez niejaką Lisę, nieznajomą kobietę, która wręcza mu na przechowanie lalkę po czym śpiesznie się oddala. Mężczyzna nie wie, że wszyto w nią heroinę, i że bardzo niebezpieczny przestępca, Harry Roat, jest gotowy na wszystko, aby ją zdobyć. Sam zabiera ją do mieszkania, które dzieli ze swoją od niedawna niewidomą żoną Susy. Jakiś czas później, pod nieobecność właścicieli, włamują się do niego znajomi Lisy, Mike Talman i Carlino, a chwilę potem nieoczekiwanie dołącza do nich Harry Roat, który przedstawia im intratną propozycję. Mężczyzna oferuje im sporą sumę pieniężną za pomoc w odnalezieniu lalki. Wcześniej jednak zostają oni zmuszeni do pozbycia się z mieszkania Hendrixów zwłok zamordowanej wcześniej przez Roata Lisy. Niedługo potem Sam na krótko wyjeżdża zostawiając swoją niewidomą żonę samą. Bandyci postanawiają wykorzystać tę szansę i za pomocą podstępu zmusić Susy do oddania im lalki.

W 1966 roku na Broadwayu odbyła się premiera sztuki Fredericka Knotta pt. „Wait Until Dark”. Wkrótce potem Robert i Jane-Howard Carrington na jej kanwie spisali scenariusz filmu, reżyserii którego podjął się nieżyjący już Terence Young. Premiera filmowej wersji „Wait Until Dark” („Doczekać zmroku”) odbyła się już w 1967 roku w Stanach Zjednoczonych, zbierając wówczas mieszane recenzje od krytyków. Z czasem to się zmieniło. Niepochlebne opinie tak zwanych znawców kinematografii prawie całkowicie przestały się pojawiać, a zrealizowany za (szacunkowo) trzy miliony dolarów thriller Terence'a Younga szybko wszedł do panteonu najbardziej docenianych przedstawicieli gatunku. W 1968 roku odtwórczyni roli głównej, Audrey Hepburn, otrzymała nominację do Oscara. W tym samym roku nominowano ją także do Złotego Globu, obok Efrema Zimbalist Jr. wcielającego się w postać jej filmowego męża, Sama Hendrixa. A w 2004 roku ukazał się dokument (w formie miniserialu) zatytułowany „The 100 Scariest Movie Moments”, w którym wyróżniono między innymi omawiany film Younga, wyprodukowany przez Mela Ferrera, ówczesnego męża Audrey Hepburn. W 1982 roku ukazała się telewizyjna wersja sztuki „Wait Until Dark” Fredericka Knotta w reżyserii Barry'ego Davisa.

„Doczekać zmroku” to dreszczowiec, który niemal w całości jest osadzony w jednym miejscu tj. w mieszkaniu Susy i Sama Hendrixów. Tylko kilka krótkich scenek rozgrywa się poza jego ścianami, przez co istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że dużej części odbiorców będzie towarzyszyć narastające poczucie klaustrofobii. Nie aż na miarę „Wstrętu” Romana Polańskiego, ale i tak wyraźnie odczuwalne, nawet podczas tych większości sekwencji ukazanych w pełnym świetle (dziennym i sztucznym). To w sumie zadziwiające, że twórcom „Doczekać zmroku” udało się wprawić mnie w taki stan bez posiłkowania się pobrudzonymi, mocno mrocznymi kadrami. Nie jest bowiem łatwo stworzyć w odbiorcy złudne wrażenie sukcesywnego zmniejszania się i tak niewielkiej przestrzeni, odbierającego dech poczucia (wyobrażonego, nie faktycznego) przesuwania się ścian do wewnątrz, w kierunku niewidomej kobiety, z którą widz ma sympatyzować. Mimo wszystko przydałoby się jednak kilka ujęć z perspektywy głównej bohaterki - czasowe zaciemnianie ekranu i zmuszanie tym samym widza do odbierania jedynie dźwięków. Czegoś na kształt tego, co dostajemy w ostatniej partii „Doczekać zmroku”, tyle że niebiorącego się z braku świateł, ale stanowiącego subiektywne ujęcie położenia Susy Hendrix. Audrey Hepburn miała tutaj największe pole do popisu i swoją szansę wykorzystała. Nominacje do prestiżowych nagród nie wzięły się znikąd, na wyrost moim zdaniem nie były. Wielka gwiazda „Złotej Ery Hollywood” skradła ten obraz w momencie, w którym po raz pierwszy pojawiła się na ekranie i już nie oddała pierwszeństwa nikomu, nawet Alanowi Arkinowi wcielającemu się w rolę bezwzględnego przestępcy Harry'ego Roata. Stephen King w swoim „Danse Macabre” napisał, że według niego Roat „jest chyba jednym z najwspanialszych ekranowych złych bohaterów, jakich kiedykolwiek oglądaliśmy, dorównującym, a nawet przewyższającym Petera Lorre w „M – Morderca”. No cóż, z całym szacunkiem dla Kinga, ale ja niczego nadzwyczajnego w tej postaci nie dostrzegłam. Mojej uwadze nie umknął solidny warsztat Alana Arkina (zwłaszcza w początkowych sekwencjach, bo gdy na planie pojawiła się Hepburn to głównie skupiałam się na niej, a bo mnie prawie zahipnotyzowała), ale tej wspaniałości Roata, o której wspomniał King dostrzec już nie potrafiłam. Harry Roat w moim pojęciu jest zwyczajnym bandziorem, przestępcą jakich wiele w światowej kinematografii, człowiekiem zdolnym do wszystkiego, nawet morderstwa, byle tylko osiągnąć wytyczony sobie cel. W „Doczekać zmroku” jego celem jest zdobycie lalki wypełnionej heroiną, a stara się to osiągnąć w dosyć cudaczny sposób. Wraz z nowo zatrudnionymi rzezimieszkami, Mikiem Talmanem i jego długoletnim przyjacielem Carlino, obmyśla chytry plan, który zakłada odegranie swoistego teatrzyku na użytek niewidomej kobiety („Doczekać zmroku” to jeden z tych nieco teatralnych thrillerów). Przestępcy wymyślają dla siebie role, które następnie odgrywają w mieszkaniu Susy, dostarczając tym samym odbiorcom „Doczekać zmroku” nie tylko poczucia dużego zagrożenia, pewności rychłej tragedii, ale także odrobiny śmiechu. Bo nie da się nie zauważyć, że bandyci robią z siebie pajaców, trudno jest nie parsknąć śmiechem na widok ich błazenady. I to nie raz. Dowcip został jednak tak umiejętnie wpleciony w całość, tak smacznie zazębiał się z konsekwentnie intensyfikowaną aurą niebezpieczeństwa, że daleka jestem od wyrzucania twórcom tych komediowych wtrętów. Właściwie to jestem im za nie wdzięczna, bo w końcu nieczęsto mam okazję obcować z produkcjami zawierającymi w sobie tak efektowne połączenie dwóch zgoła odmiennych stylistyk, z filmami których twórcy z takim wyczuciem wzbogacają estetykę thrillera o elementy komediowe. I bynajmniej nie jest to lekka komedyjka, bo z teatralnych popisów trzech przestępców emanuje silna groźba, przez co śmiech, który być może ogarnie odbiorców tego dziełka najpewniej będzie śmiechem histerycznym.

Susy Hendrix wciela się w postać kobiety, która ze wszech miar pragnie zadowolić swojego małżonka, która bardzo stara się sprostać jego wymaganiom. Sam nie jest okrutnym człowiekiem, nie znajduje przyjemności w krzywdzeniu swojej żony, ale jest mężczyzną wymagającym. Dużo wymaga od Susy, ale nie kierują nim egoistyczne motywy – chce, aby Susy zyskała taką samodzielność, jaką miała przed wypadkiem, w którym straciła wzrok. Główna bohaterka „Doczekać zmroku” już radzi sobie bardzo dobrze (biorąc pod uwagę fakt, że najważniejszy zmysł utraciła całkiem niedawno), co zapewne w dużej mierze zawdzięcza postawie swojego męża. Ten jednak nie zamierza jeszcze ustawać w wysiłkach mających zwrócić jego żonie pełnię samodzielności, a Susy nader wszystko nie chce go rozczarować. Czasem kobieta, w tajemnicy przed Samem, korzysta z pomocy nastoletniej sąsiadki, Glorii, która to później będzie jej jedynym sprzymierzeńcem w walce z przestępcami, ale nie pozwala sobie spocząć na laurach. Nie oddaje się słodkiemu lenistwu, bo wie, że tylko ciężka praca z czasem przyniesie jej wymierne korzyści i sprawi przyjemność jej ukochanemu. Próba jaką Susy przejdzie pod nieobecność jej męża będzie dla niej czymś na kształt samodoskonalenia, na jej konfrontację z bandytami patrzy się jak na jakiś przyśpieszony kurs dla osób niesamodzielnych, który to niekoniecznie skończy się jego zaliczeniem. Bo postawienie w roli ofiary osoby niewidomej sprawia, że odbiorca nie może opędzić się od poczucia beznadziei – nie potrafi na stałe wyrzucić ze swojej głowy myśli, że od początku znajduje się ona na straconej pozycji i tylko cud może ją ocalić. Kobieta zaszczuta przez trzech mężczyzn, którzy starają się przekonać ją, że są kimś innym niż w rzeczywistości, którzy wcielają się w wymyślone przez siebie role po to, aby wyrobić w Susy przekonanie, że jej mąż odpowiada za śmierć Lisy, bo widzą w tym łatwy sposób na zmuszenie jej do przekazania im lalki wypełnionej heroiną (Susy nie zna zawartości tego przedmiotu). Lalki, której kobieta nie potrafi znaleźć – nie wie, gdzie podział się ten fant przywieziony jakiś czas temu przez Sama. Ale z pomocą Mike'a, który udaje przyjaciela jej męża, stara się odnaleźć ten przedmiot, ponieważ wydaje jej się, że odsunie on podejrzenia od jej ukochanego. Wszystko więc przebiega tak, jak to sobie zaplanowali zmyślni bandyci, a przynajmniej na początku, bo wkrótce okaże się, że Susy nie jest tak naiwna i bezradna jak zakładali. Moment, w którym pierwszoplanowa postać przedzierzgnie się z niczego nieświadomej ofiary manipulacji w świadomą swojego położenia niewiastę (wszystkie takie emocjonalne momenty akcentuje głośna muzyka Henry'ego Manciniego, tak mocno szarpiące nerwy tony, że aż żałowałam, że nie było ich dużo więcej) tak do końca nie napełni widza przekonaniem, że oto zyskała właśnie szansę na przeżycie, bo od tego momentu ruchy przestępców staną się dużo bardziej zdecydowane. Mężczyźni osaczą ją dużo szczelniej, zacieśnią wyimaginowany węzeł włożony na jej szyję na długo przedtem. Terence Young przez cały czas każe widzom trwać w przekonaniu, że to wszystko prowadzi do dramatycznego końca, do nieuchronnej, dalece nierównej walki niewidomej kobiety z trzema mężczyznami, z których jeden ma już na sumieniu przynajmniej jedno ludzkie życie. Najwięcej ciepłych słów od krytyków i zwykłych widzów spłynęło pod adresem owego finalnego starcia, to o nim najszerzej rozpisują się sympatycy „Doczekać zmroku”, to tutaj odnajduje się najwięcej rozbuchanego napięcia, czystej grozy, wynikającej z bezpośredniego zagrożenia życia bohaterki, którą zdążyło się polubić, której szczerze się kibicuje. Starcia oddanego w iście mrocznej atmosferze, tak mocno i smacznie kontrastującej z jasną otoczką lwiej części seansu poprzedzającej końcowy pojedynek UWAGA SPOILER jak się okazuje tylko dwóch osób KONIEC SPOILERA.

Kto „Doczekać zmroku” jeszcze nie oglądał marsz przed ekran! Tak szybko, jak tylko się da, bo takiego spektaklu aż nie wypada nie znać. Zwłaszcza jeśli jest się oddanym fanem kina grozy, jeśli wprost przepada się za filmowymi dreszczowcami, trzymającymi w napięciu produkcjami, które angażują widza już od pierwszych minut seansu i nie pozwalają mu „wrócić do rzeczywistości” przed zamknięciem widowiska. Thriller wprost idealny dla osób szukających emocji, dostarczanych przez nieefekciarską, skoncentrowaną na interesującej fabule, profesjonalną warstwę techniczną i widowiskowe kreacje aktorskie. To jest mnie autentycznie zaczarowała tylko Audrey Hepburn, ale wiem, że i męska część obsady „Doczekać zmroku” ma swoich zwolenników. I mam szczerą nadzieję, że grono fanów tego dziełka będzie z roku na rok tylko się powiększało. Bo to jeden z tych dreszczowców, który w moim mniemaniu zwyczajnie sobie na to zasłużył.

sobota, 14 kwietnia 2018

„Pyewacket” (2017)

Nastoletnia Leah Reyes od śmierci ojca mieszka tylko z matką, z którą nie łączą jej dobre stosunki. Kobieta nie może sobie poradzić ze świadomością utraty ukochanego mężczyzny, często sięga po alkohol, rozpacza w samotności i wszczyna kłótnie ze swoją córką. Leah dużo czasu spędza ze swoimi przyjaciółmi, Aaronem, Janice i Robem, z którymi dzieli zainteresowanie okultyzmem. Wkrótce jednak, ku swojemu niezadowoleniu, musi ograniczyć kontakty z nimi, bo matka znajduje dla nich nowy dom w pobliżu lasu. Kobieta ma nadzieję, że zmiana otoczenia pomoże jej pogodzić się ze śmiercią męża i naprawić relacje z córką. Leah do końca roku może uczęszczać do swojej starej szkoły, ale musi znacznie ograniczyć swoje spotkania z przyjaciółmi po zajęciach. Po jednej z licznych kłótni z matką dziewczyna udaje się do lasu i odprawia rytuał mający przywołać ducha chowańca imieniem Pyewacket, który ma uwolnić ją spod, w jej mniemaniu, jarzma rodzicielki.

Adam MacDonald do 2005 roku zajmował się głównie aktorstwem. Swoją przygodę z reżyserią zaczął wówczas od shorta „Sombre Zombie”, a potem dopiero w 2010 roku ponownie spróbował swoich sił w tej formie artystycznej, kręcąc kolejny krótki filmik, „In the Dominican”, tym razem na podstawie swojego własnego scenariusza. W długim metrażu debiutował w 2014 roku, thrillerem „Na szlaku”, którego scenariusz także napisał sam. Drugi pełnometrażowy film Adama MacDonalda (również na podstawie jego własnego scenariusza), horror zmiksowany z dramatem pt. „Pyewacket”, miał premierę w 2017 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto i jeszcze w tym samym roku trafił do trochę szerszego obiegu w swojej rodzimej Kanadzie.

W 1644 roku angielski łowca czarownic, Matthew Hopkins, pojmał podejrzaną o czary kobietę, która po czterech nocach bez snu wymieniła imiona swoich chowańców, opisując przy tym formy, w jakich najprawdopodobniej będą się pojawiać. Hopkins utrzymywał, że on i paru innych ludzi widzieli pięć z nich (!), ale szóstego nazwanego przez pojmaną Pyewacketem, opisanego jako chochlika, znany łowca czarownic nie spotkał. Hopkins opisał to w swojej broszurze, „The Discovery of Witches” po raz pierwszy wydanej w 1647 roku. Jakkolwiek cudacznie dla współczesnego człowieka by to nie brzmiało przybliżyłam właśnie fakty, a ściślej spojrzenie autentycznej postaci na pewne wydarzenia z okresu, w którym żył. W kulturze masowej Pyewacket najczęściej jest pokazywany w formie kota (film „Czarna magia na Manhattanie” Richarda Quine'a, gra wideo z 2008 roku „A Vampyre Story”), ale w horrorze Adama MacDonalda ta nadnaturalna istota w niczym nie przypomina tego ssaka. Ale po kolei. Scenariusz „Pyewacket” konfrontuje nas z dramatem dwóch kobiet, bardzo dobrze odegranych przez Nicole Munoz i Laurie Holden, nastoletniej Leah Reyes i jej matki. MacDonald tak silnie rozbudował warstwę obyczajową, że część widzów pewnie będzie miała opory przed zaklasyfikowaniem tego obrazu do gatunku horroru. Tym bardziej te osoby, które przywykły do współczesnych hollywoodzkich form straszenia, bo reżyser omawianego filmu ewidentnie wyszedł tutaj z założenia, że najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy. Dawniej takie spojrzenie na niniejszy gatunek było przez ogół akceptowalne, ale obecnie duża część publiki uważa, że bez dosłowności nie ma horroru. Jestem więc przekonana, że pojawią się (pewnie liczne) głosy, iż „Pyewacket” jest thrillerem albo dramatem, opinie odmawiające mu przynależności do horroru. Ale ufam, że jakaś część odbiorców „Pyewacket” zajmie inne stanowisko. Nieco inne, bo egzystencji także na płaszczyźnie filmowego dramatu nie sposób nie odnotować, ale na słowo „także” stawiam tutaj szczególny nacisk. Bo „Pyewacket” porusza się też w ramach konwencji horroru. Tyle tylko, że przez większość czasu twórcy nie zaznaczają jego obecności w taki sposób, jak zwykł to czynić choćby dużo bardziej znany James Wan. Przeprowadzka do nowego domu, do drewnianej nieruchomości w bezpośredniej bliskości mrocznego lasu oraz zainteresowania głównej bohaterki, licealistki Leah Reyes i jej zaprzyjaźnionych rówieśników, powinny zasygnalizować każdemu wielbicielowi gatunku przynależność „Pyewacket” do gatunku horroru. Ale forma, jaką MacDonald i jego ekipa zdecydowali się obrać co poniektórych prawdopodobnie szybko zawróci z tej ścieżki. Bo „Pyewacket” to obraz bazujący głównie na tajemniczości, na sygnalizowaniu nadnaturalnego zagrożenia i długim pozostawianiu go jedynie w gestii wyobraźni widza. Hałasy rozlegające się nocą w nowym domu Leah i jej owdowiałej matki i wiara nastolatki w skuteczność rytuału odprawionego przez nią niedługo po przeprowadzce przez jakiś czas są jedynymi nawiązaniami do horroru nastrojowego o nadprzyrodzonej istocie. Adam MacDonald nie daje nam jednak pewności – snuje swoją opowieść w taki sposób, żeby odbiorca cały czas brał pod uwagę też inną ewentualność, żeby interpretował obserwowane wydarzenia na dwa sposoby. Dopuszczamy więc możliwość przywołania przez Leah ducha chowańca dawno zmarłej wiedźmy albo jej samej, ale jednocześnie mamy na uwadze to, że dziewczyna mogła jedynie ulec sile sugestii, że jej wiara w skuteczność okultystycznych obrzędów jest tak silna, że powoli zatraca poczucie rzeczywistości. Z czasem jednak MacDonald wrzuca do tego garnca składniki, które mogą zmusić nas do odrzucenia jednej z tych perspektyw, do obrania tylko jednej interpretacji UWAGA SPOILER i tak aż do finału, który może, ale nie musi, zmienić postać rzeczy (moim zdaniem jej nie zmienia, ja pozostałam przy opcji nadprzyrodzonej, ale to już zależy od indywidualnego spojrzenia na wcześniejsze wydarzenia). Mnie już dużo wcześniej udało się przewidzieć taki obrót spraw i prawdę powiedziawszy marzyłam o tym, żeby właśnie tak to sfinalizowano. Bo choć zaskoczenia nie było to dostałam przynajmniej najbardziej tragiczne zamknięcie, jakie dla tej opowieści potrafiłam sobie wyobrazić. Bałam się happy endu, którego ku mojemu niezmiernemu zadowoleniu nie dostałam KONIEC SPOILERA.

Jak już nadmieniłam Adam MacDonald w scenariuszu „Pyewacketa” przybliża dramat dwóch kobiet, matki i córki, które niedawno straciły ukochanego męża i ojca. Każda z nich próbuje sobie z tym poradzić na swój sposób – Leah szuka ukojenia w towarzystwie swoich przyjaciół, z którymi dzieli zamiłowanie do okultyzmu i mocnego brzmienia, jej matka tymczasem topi smutki w alkoholu i wylewa tony łez w czterech ścianach ich domu. Zdarza jej się wyładowywać swoją złość na córce, która też nie zawsze pozostaje jej dłużna. Pomiędzy tymi aktorkami aż iskrzy, Munoz i Holden idealnie wchodziły w burzliwe interakcje, przetykane okresami względnego spokoju, („zawieszeniem broni”), podczas których przede wszystkim matka starała się na powrót zbliżyć do swojego dziecka, a dziewczynę dręczyły wyrzuty sumienia za sprowadzenie na rodzicielkę widma śmierci. „Pyewacket”, jak na standardy współczesnego horroru, jest całkiem mroczny, zwłaszcza wówczas, gdy miejscem akcji jest las pod którym przycupnął nowy dom czołowych bohaterek filmu. Nagie, wysokie drzewa, gruba warstwa liści zalegająca na ziemi (co wskazuje na moją ulubioną porę roku tj. jesień) i metaliczne, ciemne barwy, w których ukazano ten jakże nośny w horrorze krajobraz. Gdybym ja mieszkała w takim miejscu byłabym przeszczęśliwa, ale dla nastolatki, na której taki układ wymusza znaczne ograniczenie kontaktów towarzyski musi to być bardzo bolesne. I MacDonald pokazuje to zagubienie młodej kobiety, alienację nastolatki, przyzwyczajonej do zgoła innego trybu życia. I przeciwną postawę jej matki, upatrującej w takim rozwiązaniu szansy na odbudowanie ich życia niemalże zrujnowanego przez śmierć „głowy rodziny”. Nowy dom, jak pewnie będzie się tego spodziewał każdy widz dobrze zaznajomiony z motywem przeprowadzki w horrorze, przyniesie nie wybawianie, ale jeszcze większe przekleństwo. Być może sprowadzone z zaświatów przez lekkomyślną, działającą pod wpływem emocji nastolatkę. Albo zrodzone tylko w jej umyśle, z wiary w czarną magię, która tak naprawdę nie przynosi takich rezultatów, jakie wyobraża sobie zagubiona dziewczyna. W środkowej partii „Pyewacket” MacDonald trochę się zagapił. To znaczy miałam wówczas nieodparte wrażenie, że nie zbilansował środków ciężkości, czas który powinien wykorzystać na znaczne podsycenie napięcia, poziomem dramaturgii niemalże przyrównał do wstępnej części mającej charakter poznawczy. Nie do końca, bo jednak zagadkowe przeżycia Janice i czarna człekokształtna postać pojawiająca się w pokoju Leah (to akurat prezentowało się doprawdy zabawnie) miały nieco ożywić tę historię. Ale napięcie rodziło we mnie głównie udzielające mi się przekonanie Leah, że sprowadziła widmo śmierci na swoją własną matkę, ale od momentu rytuału, aż do dynamicznej końcówki (w której wreszcie dostajemy upiornie się prezentującą postać) zdarzało mi się mocno niecierpliwić. Nie dlatego, że nie popisywano się wówczas efektami specjalnymi i nie serwowano mi jakże popularnych we obecnych czasach jump scenek (to przyjęłam z dużym zadowoleniem) tylko z powodu częstego wytracania emocjonalnego pędu. W moim odczuciu napięcie nierzadko spadało niemalże do zera, w warstwę psychologiczną wkradał się zwykły marazm, tak jakby MacDonaldowi brakowało pomysłu na rozwinięcie tej opowieści. Impulsy, które wynosiły emocje na wyższy poziom były, ale brakowało mi konsekwentnego trzymania się tego poletka. Choć zestawiając ten obraz z wieloma hollywoodzkimi straszakami z ostatnich lat i tak muszę oddać mu wyższość w sferze budowania emocjonalnego napięcia, atmosfery niezdefiniowanego zagrożenia i przede wszystkim wiarygodnych, ciekawych postaci pierwszoplanowych.

Nie ma czym się zachwycać, ale już dawno przestałam tego oczekiwać od współczesnych horrorów (dzięki czemu czasem spotykają mnie niespodzianki). Wystarczy mi, jak nie nudzę i nie irytuję się zanadto. Jak w miarę bezboleśnie mogę przebrnąć przez daną opowieść. Ta mieszkanka horroru i dramatu wielkich cierpień mi nie dostarczyła. Potrafiła wzbudzić zainteresowanie i wykrzesać trochę napięcia, nie sprawiała, że z niecierpliwością wyczekiwałam napisów końcowych, a gdy je zobaczyłam nie ogarnęło mnie poczucie zmarnotrawienia czasu. Jeśli ktoś nie oczekuje od horroru licznych spektakularnych efektów specjalnych, daleko idącej oryginalności i multum jump scenek, a na dodatek wprost przepada za motywem okultyzmu, czarnej magii, wiedźm, chowańców, to według mnie może śmiało dać szansę temu przedsięwzięciu Adama MacDonalda. Moim zdaniem „Pyewacket” lekko wybija się ponad średnią, aczkolwiek mam przeczucie, że szczegóły szybko wyparują z mojej pamięci, że niedługo ten obraz zleje się w moich wspomnieniach z niektórymi innymi straszakami powstałymi w XXI wieku.

piątek, 13 kwietnia 2018

„Rój” (1978)

Położona w Teksasie baza rakietowa zostaje zaatakowana przez rój afrykańskich pszczół. Większość żołnierzy przebywających wówczas na jej terenie umiera na skutek użądleń jeszcze przed dotarciem pomocy pod wodzą generała Slatera. Jego ludzie znajdują w bazie intruza, niejakiego Brada Crane'a, który utrzymuje, że jest entomologiem i prosi o zweryfikowanie jego tożsamości u jednego z doradców prezydenta Stanów Zjednoczonych. Głowa państwa przekazuje mu dowództwo nad całą operacją ku niezadowoleniu generała Slatera. Crane jest przekonany, że grozi im inwazja zmutowanych pszczół afrykańskich. Sprowadza więc do bazy znajomych naukowców, których zadaniem jest stworzenie środka, który unicestwi problematyczny gatunek owadów i antidotum na ich jad. Nieopodal bazy rakietowej, z której Crane zrobił ich siedzibę leży miasteczko Marysville, pierwsze większe skupisko ludzkie na drodze agresywnego roju.

Scenariusz „Roju” autorstwa Stirlinga Silliphanta, animal attacku w reżyserii Irwina Allena, powstał w oparciu o powieść z 1974 roku napisaną przez Arthura Herzoga III. Budżet filmu oszacowano na dwadzieścia jeden milionów dolarów lub jedenaście i pół miliona dolarów, bo i takie szacunki można znaleźć. Nominowany do Oscara za kostiumy obraz Allena poniósł finansową porażkę i zebrał głównie negatywne recenzje od krytyków. John Wilson, współzałożyciel Złotych Malin, umieścił „Rój” na liście stu najgorszych filmów w historii kina w swojej książce „The Official Razzie Movie Guide: Enjoying the Best of Hollywood's Worst”. „The Sunday Times” i „Time Out” także nie szczędziły krytyki pod adresem tego dokonania Allena, który z kolei żałował, że przeznaczył na niego tak dużo pieniędzy. Zdarzyło mu się jednak nazwać go najbardziej przerażającym filmem, jaki kiedykolwiek powstał. Chociaż z drugiej strony mógł mieć wówczas na myśli niepokój, w jaki wprawił jego samego skrajnie negatywny odzew krytyki i dużej części zwykłych odbiorców:)

„Rój” nieżyjącego już Irwina Allena to jeden z filmów mojego dzieciństwa. W tamtym okresie był dosyć często pokazywany w telewizji – pamiętam, że przed laty obejrzałam go kilkukrotnie, ale nie mam zielonego pojęcia, z którą wersją się wówczas stykałam. Bo powstały dwie. Jedna liczy sobie 116 minut, a druga trwa 155 minut i właśnie to rozszerzone wydanie trafiło w moje ręce w bieżącym okresie życia. W pamięci ostało mi się tylko kilka charakterystycznych scen i oczywiście wrażenie obcowania z naprawdę niezłym kinem. Nie pamiętałam jednak długości seansów „Roju” za dzieciaka, a po odświeżeniu sobie tej pozycji nadal nie jestem w stanie rozstrzygnąć, czy wszystkie sekwencje zawarte w rozszerzonej wersji widziałam już w przeszłości. Ale jedno wiem na pewno: po raz kolejny zupełnie nie zgadzam się ze zdaniem krytyków i dużej części zwykłych odbiorców filmu, po raz enty nie potrafię pojąć tak skrajnie negatywnego nastawienia do efektu pracy twórczej. Możliwe, że w jakimś stopniu przemawia przeze mnie sentyment – sympatia do „Roju” jaka narodziła się we mnie w dzieciństwie może oczywiście mieć jakiś wpływ na moje obecne zapatrywania na ten obraz, ale „klapek na oczy z całą pewnością mi nie nałożyła”. Bo kilka felerów dostrzegłam, nie byłam kompletnie ślepa na wady tej produkcji, z których jedna wydaje mi się dosyć istotna. Znalazłam kilka recenzji wskazujących na wyższość krótszej wersji „Roju” nad tą rozszerzoną. Tej drugiej zarzuca się przede wszystkim obecność niepotrzebnych scen, zbytnie przeciąganie rzeczy nieistotnych, a wręcz nudnawych. Jako że nie jestem w stanie przypomnieć sobie, czy kiedyś widziałam 116-minutowe wydanie nie mogę z absolutną pewnością stwierdzić, że jest ona lepsza od tej 155-minutowej, ale jestem w stanie wziąć to na wiarę. Bo podczas projekcji wersji rozszerzonej co jakiś czas ogarniała mnie pewność, że wycięcie albo skrócenie danej sekwencji przysłużyłoby się temu obrazowi. I nie chodzi mi tutaj o scenki z udziałem śmiercionośnych pszczół, ani tym bardziej o halucynacje niektórych użądlonych jednostek (to doskonale pamiętałam z dzieciństwa) tylko o szczegółowe portrety pracy wojskowych i naukowców oraz o historię dyrektorki szkoły podstawowej w Marysville adorowanej przez dwóch jegomościów. Coś mi świta, ale pewna nie jest, że to drugie widziałam już w dzieciństwie, co mogłoby wskazywać albo na to, że oglądałam już tę dłuższą wersję, albo na to, że owa romantyczno-dowcipna opowieść znajduje się też w 116-minutowym wydaniu „Roju”. Te (jak je odbierałam) przystanki drastycznie obniżały napięcie emocjonalne, atmosfera zaszczucia, wręcz namacalnego niebezpieczeństwa tak znakomicie wyczuwalna w pozostałych partiach, ulegała wówczas znacznemu rozproszeniu, ostawały się tylko słabiutkie alarmistyczne sygnały. Nieustająca świadomość obecności zmutowanych pszczół afrykańskich w pobliżu skupisk ludzkich nie wystarczała do podtrzymywania we mnie dużego zainteresowania, nie odsuwała znużenia. Ale na szczęście tych z mojego punktu widzenia nudnawych wstawek nie było znowu tak dużo. Lwia część „Roju” upłynęła mi pod znakiem czystej przyjemności, wynikającej głównie z napięcia, w jakim trzymała mnie większość wydarzeń zaprezentowanych na ekranie. Wcześniej być może na kartach powieści Arthura Herzoga III, ale jako że literackiego pierwowzoru jeszcze nie miałam okazji przeczytać nie potrafię rozstrzygnąć w jakim stopniu pokrywa się on z filmem Irwina Allena.

Główna rola przypadła w udziale Michaelowi Caine'owi, a partnerowali mu między innymi Katherine Ross, Richard Widmark i Richard Chamberlain. Mamy więc gwiazdorską obsadę, która to według mnie mogła być główną winowajczynią wygenerowania tak dużych wydatków na „Rój”. Aczkolwiek wybuchy, różnego rodzaju katastrofy (śmigłowców, pociągu) tanie też pewnie nie były. Twórcy efektów specjalnych postawili na realizm, nie posiłkowali się sztucznie się prezentującymi rekwizytami, atrapami i kiczowatymi animacjami. Ogień był prawdziwy, tak samo jak pszczoły widziane na zbliżeniach. Trudno mi tylko rozstrzygnąć, czy ujęcia czarnych chmur będących w istocie rojem śmiercionośnych owadów były zdjęciami prawdziwych stworzeń. Do filmu „zatrudniono” miliony pszczół – kilkaset tysięcy osobników pozbawiono żądeł w celu zapewnienia bezpieczeństwa aktorom podczas scen wymagających ich obecności w bezpośredniej bliskości owadów. Ale na mnie w dzieciństwie największe wrażenie robiły przerośnięte pszczoły zrodzone przez rozgorączkowane umysły małego Paula, chłopca który stracił rodziców w jakże widowiskowej scenie z rojem i kapitan Heleny Anderson, kobiety, którą z głównym bohaterem filmu, entomologiem Bradem Crane'em, połączyło głębsze uczucie. Rzeczone, nawet teraz robiące na mnie niemałe wrażenie, ujęcia to w istocie wielokrotne powiększenia prawdziwych pszczół, owadów, które w normalnej postaci nie budzą we mnie nawet przebłysku niepokoju. Ale widok takich bestii wprawił mnie w lekki dyskomfort – lekki, bo umniejszany świadomością, że w świecie przedstawionym „Roju” są one podane jedynie w formie halucynacji. Filmowe pszczoły w istocie grożące Amerykanom są zmutowane, ale ich rozmiary nie odbiegają od zwyczajowych. Jak się dowiadujemy wystarczą trzy-cztery użądlenia, żeby uśmiercić dorosłego człowieka nieuczulonego na jad, ale na przykładzie Heleny Anderson widzimy też, że już jedno użądlenie owocuje nawracającymi majakami, utratami przytomności i gorączką. Dla dziecka zabójcza może być tylko jedna dawka jadu – jedno użądlenie wystarcza do zabicia nieletniego człowieka. Stirling Silliphant w swoim scenariuszu nie uciekał przed zabijaniem dzieci (żeby nie było: uśmiercał je na kartach swojego dzieła, nie naprawdę), nie bał się również ścierać z powierzchni Ziemi większych skupisk ludzkich, ofiary afrykańskich pszczół mnożyły się w zastraszającym tempie, a naukowcy i żołnierze mogli tylko błądzić jak dzieci we mgle. Ci pierwsi zostali ukazani w nieporównanie lepszym świetle – każde ich posunięcie było dogłębnie przemyślane (choć na ogół nieskuteczne), starali się maksymalnie zminimalizować ryzyko powstania szkód dla naszej planety, gdy tymczasem wojskowi, a konkretniej generał Slater i jego przyboczny, woleli „wylewać dziecko z kąpielą”. „Wytrujmy wrogów” i nic to, że razem z nimi zniszczymy niezwykle przydatne pszczoły miodne i wszelką roślinność. Po co nam plony? Liczy się tylko pokonanie przeciwnika, a o problemach, których przy okazji narobimy będziemy myśleć później. Pewnie wielu widzów uzna to podejście za kompletnie pozbawione logiki, będzie trwało w przekonaniu, że scenarzyści taką taktyką amerykańskich żołnierzy podkopali realizm, ale akurat mnie zawsze cieszy demonizowanie w filmach tych „słoni w składzie porcelany”, jakimi w moich oczach są wszystkie armie świata. W animal attackach żołnierzy często ukazuje się w złym świetle, robi się z nich wręcz imbecyli, narwanych ignorantów, czasami może i popadając w nieprzekonujące skrajności (chociaż jak się pomyśli o Hiroszimie i Nagasaki...), ale akurat w „Roju” niczego takiego nie odnotowałam. Zaznaczam jednak, że jest to całkowicie subiektywne odczucie, biorące się z mojego osobistego nastawienia do każdej armii świata. Za to wychwyciłam trochę patosu. Film Irwina Allena całkiem nieźle wybrnął z próby czasu, nie zestarzał się zbytnio – myszką trącą jedynie sprzęty zgromadzone w bazie, może też stroje aktorów, ale jak już, to w bardzo niewielkim stopniu i nutka patosu wybrzmiewająca w finale. Wcześniejsze przemowy Crane'a na temat pszczół, branie przez niego w obronę tych pożytecznych owadów i wieszczenie apokalipsy przez nie nam gotowanej, napuszczone nie były, ale ta przemowa na koniec... No, cóż, czułam się jakbym słuchała obecnego „miłościwie nam panującego” prezydenta w jednym z jego niezliczonych orędzi.

Dobry animal attack. Tak uważam i nie ma dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, że tak zwani znawcy kina, ludzie, ze zdaniem których tak wielu się liczy, obstają przy zgoła innym stanowisku. Oczywiście ten fakt winien być przestrogą dla tych nieznających jeszcze „Roju” Irwina Allena, których zdanie zwykle pokrywa się z ocenami większości krytyków. Oni lepiej zrobią omijając ten film szerokim łukiem, ale pozostali fani animal attacków moim zdaniem spokojnie po ten obraz mogą sięgnąć. Swoje wady ma, ale i tak uważam, że to jeden z lepszych reprezentantów tego nurtu. Nie najlepszych, ale w moich oczach tych plasujących się o dwa oczka powyżej średniej już tak (mowa o wersji rozszerzonej).

środa, 11 kwietnia 2018

„Na cztery ręce” (2017)

W dzieciństwie Jessica i jej młodsza siostra Sophie akurat przebywały w domu, gdy do środka wdarła się para włamywaczy. Ojciec i matka dziewczynek padli ofiarami jednego z nich. Od tego momentu Jessica zawsze starała się chronić swoją siostrę, a ta postawa z czasem przekształciła się w obsesję i paranoję. Kiedy kobieta dowiaduje się, że osoby odpowiedzialne za śmierć jej rodziców opuściły więzienie, są wolni po odbyciu dwudziestoletniej kary, postanawia zmusić ich do wyjazdu z miasta. Nie spuszczając przy tym oka z Sophie, która tymczasem nie chce brać w tym udziału. Młodsza siostra pragnie normalnego życia, chce być zawodową pianistką i zostawić tragiczną przeszłość za sobą. Ma dość towarzystwa nadopiekuńczej i agresywnej siostry. Gdy stara się jej uciec dochodzi do wypadku. Obie kobiety wpadają pod samochód, ale tylko Sophie budzi się w szpitalu. Jessiki nie udaje się uratować, a wiadomość o jej śmierci okazuje się mieć katastrofalne skutki dla psychiki ocalałej siostry.

„Na cztery ręce” to niemiecki thriller psychologiczny w reżyserii Olivera Kienlego i na podstawie jego własnego scenariusza. Dotychczas stworzył on tylko jeden pełnometrażowy film: kryminał/dramat „Bis aufs Blut – Bruder auf Bewahrung”, który w Polsce jest praktycznie nieznany, a i na świecie nie odbił się głośnym echem. Póki co nic nie wskazuje na to, żeby druga pełnometrażowa produkcja Kienlego miała odwrócić ten trend tj. rozsławić nazwisko niemieckiego twórcy. Premierowy pokaz „Na cztery ręce” odbył się w czerwcu 2017 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Monachium, a parę miesięcy później gościł na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Do szerszego obiegu w Niemczech trafił w listopadzie tego samego roku, a polskim widzom po raz pierwszy został zaprezentowany przez Canal+ Film w pierwszym kwartale roku 2018.

Zasiadłam do „Na cztery ręce” Olivera Kienlego w przeświadczeniu, że będę miała do czynienia z lekkim thrillerem jakich pełno w polskiej telewizji. Z niewymagającym myślenia obrazem utrzymanym w łagodnym klimacie, w którym najpewniej ujawni się niemiecka toporność, realizatorska i fabularna kanciastość, w którym będzie mi brakowało swoistej płynności. I nadwerężać mózgownicy rzeczywiście nie musiałam. Scenariusz „Na cztery ręce” istotnie nie wymagał ode mnie maksymalnego skupienia, nie zmuszał mnie do lawirowania wśród mylnych tropów w poszukiwaniu tylko tych ważnych szczegółów, które należało złożyć w jedną spójną całość. I dobrze, bo akurat w tamtym momencie nie miałam najmniejszej ochoty na arcytrudne zagadki, na wyzwanie logiczne, przy którym nie dałoby się zrelaksować – wyłączyć myślenie i po prostu cieszyć się seansem. Ale żebym mogła czerpać z tego więcej przyjemności musiałam dostać coś, czego boleśnie brakuje mi we współczesnych thrillerach. To nie mógł być kolejny plastikowy twór o czymś, co nie leżałoby w sferze moich zainteresowań, kolejna bezpłciowa, odarta z indywidualności kalka skrojona pod sympatyków lżejszych dreszczowców. Szczerze mówiąc na właśnie takie niższych lotów kino się nastawiłam, na słabiutkie emocje (jeśli w ogóle), ale przy odrobinie szczęścia bez większych mąk. Ale już pierwsze sceny „Na cztery ręce” uświadomiły mi, że przynajmniej w jednej kwestii się pomyliłam, że Oliver Kienle wcale nie stworzył lekkiego thrillerka dla grzecznych dzieci, bo doprawdy nie sposób podciągnąć tego klimatu pod tę kategorię. Jego film jest stosownie mroczny, zdjęcia, nad którymi pieczę trzymał Yoshi Heimrath, epatują różnymi odcieniami czerni i szarości, słońce z rzadka przebija przez brudnoszare chmury wiszące nad posępnym miastem, w którym toczy się akcja omawianej produkcji, a wydarzenia, którym świadkujemy do najmniej złowieszczych z pewnością nie należą. Nietrudno wyrobić w sobie przekonanie, że wkrótce stanie się coś strasznego, że główna bohaterka mimowolnie wkroczyła na drogę ku zatracaniu, tym bardziej tragiczną, że tak naprawdę nie ma wpływu na bieg wydarzeń. Nie może powstrzymać agresywnej siostry przed czynami, za które w dodatku sama najprawdopodobniej będzie odpowiadać. Nie sądzę, żeby był to spoiler, ale jeśli ktoś przed przystąpieniem do seansu „Na cztery ręce” nie chce wiedzieć, z jakim konkretnie problemem skonfrontuje go Oliver Kienle, jaki czynnik wepchnie główną bohaterkę filmu na drogę ku potencjalnemu zatraceniu powinien opuścić dalszą część recenzji. Po wypadku, w którym zginęła jej siostra, Sophie (dobra kreacja Fridy-Lovisy Hamann) co jakiś czas ma zaniki pamięci, po których nierzadko budzi się w nieznanych sobie miejscach. Nie pamięta jak się tutaj dostała, nie wie, co robiła podczas tych długich okresów nieświadomości, nie potrzebuje jednak dużo czasu, aby dojść do przekonania, że władzę nad jej ciałem czasowo przejmuje osobowość jej zmarłej starszej siostry. Już podczas jej pobytu w szpitalu nabrałam pewności, że Oliver Kienle uraczy mnie opowieścią o zaburzeniu dysocjacyjnym tożsamości, o kobiecie, której jaźń rozszczepiła się w wyniku tragedii, z którą jej psychika nie potrafiła w inny sposób sobie poradzić. Właśnie tak, „Na cztery ręce” to kolejny thriller o rozdwojeniu osobowości, który jednak w przeciwieństwie do większości tego typu historii obrazuje tego rodzaju przypadek w sposób odpowiadający temu, który bywał już (rzadko i chyba bez absolutnej pewności) diagnozowany w rzeczywistości. Innymi słowy Sophie i Jessica nie mogą wchodzić ze sobą w bezpośrednie interakcje, zostawiają sobie nawzajem wiadomości, ale nie siadają i nie rozmawiają, jak to najczęściej bywa w filmach z wątkiem rozdwojenia jaźni. Widz wie, z którą osobowością ma w danej chwili do czynienia nie tylko z powodu diametralnie odmiennych zachowań obu pań, ale również dzięki zmianom aktorek. W miejsce Fridy-Lovisy Hamann co jakiś czas wchodzi wcielająca się w rolę starszej siostry Friederike Becht, która radzi sobie nie gorzej od odtwórczyni roli Sophie. Wygląd chorej kobiety tak naprawdę się nie zmienia, Oliver Kienle umawia się tutaj z widzem, ułatwia mu rozeznanie się w danej sytuacji, ale ufa, że odbiorca nie będzie traktował tego dosłownie, że nie ubzdura sobie, że wygląd zewnętrzny Sophie rzeczywiście ulega zmianie.

Fabuła „Na cztery ręce” nie jest ani skomplikowana, ani szczególnie pomysłowa. Ot, mamy kobietę z dwiema osobowościami, z których to jedna stara się odnaleźć wypuszczone niedawno na wolność dwie osoby odpowiedzialne za śmierć ich rodziców przed dwudziestoma laty, a druga nie chce mieć z tym nic wspólnego, chce odsunąć na bok traumatyczne wydarzenie z przeszłości i skoncentrować się na układaniu sobie życia prywatnego i zawodowego. Osobowość Jessiki jest gotowa zrobić wszystko, żeby chronić swoją młodszą siostrę, z którą tak się składa, przez lwią część filmu dzieli ciało. Jessica ma istną obsesję na punkcie chronienia Sophie, jest paranoiczną i wybuchową jednostką, niewahającą się zrobić krzywdy każdemu, w kim jej zaburzony umysł dopatrzy się prawdziwego, czy tylko wyimaginowanego zagrożenia. Jej problemy psychiczne, których korzeni należy upatrywać w traumie z dzieciństwa, już za życia Jessiki rzutowały na egzystencję jej młodszej siostry. Ta druga miała poczucie przebywania w klatce, czuła się osaczona, tak jakby siostra dusiła ją w swoich opiekuńczych ramionach (pewnie dlatego nie rozstawała się z inhalatorem). Więc teraz sobie wyobraźcie, jak musiała czuć się Sophie, gdy dotarło do niej, że ta wcześniejsza wielce niekomfortowa sytuacja po śmierci Jessiki przesunęła się do ekstremum, że teraz musi dzielić ciało ze swoją strażniczką i zarazem dręczycielką. „Na cztery ręce” moim zdaniem najlepiej wypada na płaszczyźnie psychologicznej. Oliver Kienle zawarł w swoim scenariuszu interesujący konflikt dwóch osobowości, sprawił, że udzielił mi się ogromny dyskomfort Sophie, pozwolił mi dosłownie wejść w skórę kobiety dotkniętej przerażającą przypadłością, zmusił mnie do wyobrażania sobie czasowego tracenia czegoś tak ważnego jak własna jaźń, do wypierania jej przez tożsamość, która jak wszystko na to wskazywało stanowiła zagrożenie dla otoczenia. Za wszystkie ewentualne przestępstwa i wykroczenia popełnione przez Jessicę odpowiadać najprawdopodobniej będzie Sophie, ale widmo sądu nie powinno być jej największym zmartwieniem. Obok okropnej świadomości, że w każdej chwili może stracić władzę nad własnych ciałem, Sophie musi brać pod uwagę także potencjalne tragiczne następstwa działalności jej drugiej jaźni. Bo tożsamość Jessiki jest zdeterminowana do tego, aby znaleźć osoby odpowiedzialne za śmierć ich rodziców i przegonić ich z miasta. To znaczy tak mówi, tylko czy tak agresywna osoba jak ona nie zdecyduje się na przekroczenie granicy, zza której nie ma już powrotu? Czy poprzestanie na groźbach skierowanych do dwóch osób, które przed dwudziestoma laty włamały się do jej rodzinnego domu, czy raczej posunie się do podwójnego morderstwa, wyrządzając tym samym ogromną krzywdę swojej ukochanej siostrze, z którą dzieli ciało? Albo, co równie prawdopodobne, sprowokuje swoich wrogów do rozpoczęcia polowania na ciało Sophie. Doprawdy ciekawa sytuacja, wciągająca i w miarę silnie trzymająca w napięciu, również dzięki doskonałej pracy realizatorów, w której chwilami dostrzegałam nawet ujęcia zahaczające o estetykę nastrojowego horroru (niektóre przejścia z osobowości Sophie do Jessiki), w której nie zauważyłam ani grama niemieckiej niezgrabności, być może tylko subiektywnie odbieranej nieforemności. Wszystko było płynne, nawet jeśli warstwie kryminalnej czegoś brakowało, jakiegoś pomysłu, który dodatkowo podsyciłby moją ciekawość. Niestety, nie mogę oddać scenarzyście dużej kreatywności albo maksymalnej efektywności w szafowaniu mało wymyślnymi motywami na tym konkretnym polu (bo już płaszczyzna psychologiczna w pełni mnie usatysfakcjonowała). A końcówka? Przyznaję, że nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, niemniej w fotel ta rewelacja mnie nie wbiła – aż takiej wagi w moich oczach nie miała.

Niemiecki thriller psychologiczny „Na cztery ręce” polecam przede wszystkim tym osobom, którzy akurat nie poszukują zawiłych, wielowątkowych i innowacyjnych historii osadzonych w ramach rzeczonego gatunku. Oliver Kienle oferuje nam bowiem coś innego, coś niezbyt wymyślnego, acz całkiem mrocznego i wciągającego, coś co powinno zadowolić sympatyków trzymających w napięciu dreszczowców opartych na znanych motywach, które dają odbiorcom pewien niemały, ale też nie szczególnie szeroki wgląd w psychikę dwóch kobiet, które w dzieciństwie przeżyły niewyobrażalną traumę rzutującą na całe ich dalsze życie. Tak, myślę, że ten thriller ma szansę znaleźć sporo sympatyków. Trzeba tylko dać mu szansę, do czego namawiam zwłaszcza tę wyżej wyszczególnioną grupę osób.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...