niedziela, 30 lipca 2023

„Baby Ruby” (2022)

 
Pochodząca z Francji Joséphine mieszka z mężem Spencerem w przestronnym drewnianym domu w malowniczym zakątku Stanów Zjednoczonych. Kobieta prowadzi poczytną stronę internetową o francuskim stylu życia, od miesięcy skupiając się na ekscytującym oczekiwaniu swojego pierwszego dziecka. Ale kiedy jej śliczna Ruby wreszcie przychodzi na świat, Jo praktycznie rezygnuje ze swojego życia, w bezowocnych staraniach zaspokojenia zagadkowych potrzeb wyczekiwanej istotki. Macierzyństwo okazuje się dużo trudniejsze od jej wyobrażeń, a ona czuje, że została z tym sama. Ze swoimi złożonymi uczuciami do ciągle płaczącego stworzenia, prawdopodobnie głęboko rozczarowanego swoją rodzicielką. Joséphine nabiera przekonania, że Ruby jej nienawidzi i obawia się, że jej stosunek do upragnionego dziecka wcale nie jest lepszy.

Plakat filmu. „Baby Ruby” 2022, Point Productions, Saks Picture Company

Thriller psychologiczny z elementami horroru od debiutującej reżyserki filmowej Bess Wohl. Amerykańskiej aktorki – głównie serialowej, ale można ją też kojarzyć z paru pełnometrażowych produkcji (m.in. „Plan lotu” Roberta Schwentke, „Siren” Jessego Peyronela) i scenarzystki, która jednak najprężniej rozwija się w teatrze. Pracę nad skryptem „Baby Ruby” Wohl zaczęła podczas swojej trzeciej ciąży i traktowała ją na tyle osobiście, że nie wyobrażała sobie, by wyreżyserował ją ktoś inny. Doświadczenie podpowiadało jej też, że scenariusz nie nadaje się na deski teatru – przede wszystkim z powodu wieku tytułowej postaci, ale autorka „Baby Ruby” nie miała też wątpliwości, że na ekranie łatwiej będzie pokazać wewnętrzny konflikt świeżo upieczonej matki. Wohl nazwała to gatunkowym blenderem, bo po uwolnieniu swojej nielekkiej opowieści o macierzyństwie – we wrześniu 2022 roku film została pokazany na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto (światowa premiera), a regularną dystrybucję na terenie Stanów Zjednoczonych otwarto w pierwszym kwartale 2023 roku (VOD) – niekoniecznie z zaskoczeniem, odnotowała, że publiczność „Baby Ruby” w pewnym sensie podzieliła się na przynajmniej trzy obozy; jedni obejrzeli thriller psychologiczny, inni horror, a jeszcze inni dramat. Tak czy inaczej, koszmar macierzyński.

O czym się nie mówi, a powinno. Wstydliwe sekrety niektórych matek, instynktowna zmowa milczenia. Powiesz, to osadzą cię z najwyższą surowością. Tym bardziej w dobie internetu, w instagramowej rzeczywiści. W perfekcyjnym tłumie, w którym nie ma już miejsca dla Joséphine, czołowej postaci „Baby Ruby” Bess Wohl. A przynajmniej ona mogła dojść do takiego wniosku po narodzinach swojego pierwszego dziecka. Wybitnie roszczeniowej dziewczynki, karzącej ledwo żywą kobietę, która wydała ją na świat. Jo nie może uwolnić się od tych fantastycznie brzmiących(?) myśli. Najpierw odnotowuje, że Ruby jest mniej skłonna do płaczu w obecności ojca, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki uspokaja się w bezsprzecznie kochających ramionach Spencera, a potem dochodzi do wniosku, że niemowlę tylko na niej wyładowuje swoją niezrozumiałą wściekłość. Główna bohaterka – antybohaterka? - debiutanckiego obrazu Bess Wohl nie wie, czym sobie na to zasłużyła, ale z dnia na dzień umacnia się w przekonaniu, że Ruby jej nienawidzi. Przypomina się bestsellerowa powieść Lionel Shriver pt. „Musimy porozmawiać o Kevinie”, przeniesiona na ekran przez Lynne Ramsay zdecydowanie odważniejsza rozprawa o trudnym macierzyństwie. Niemniej życzyłabym sobie więcej takich dyskusji w przestrzeni publicznej, jaką ośmieliła się podjąć Bess Wohl. „Nikt nie dba o matki w tym kraju” (tj. w Stanach Zjednoczonych) - takie stwierdzenie scenarzystka i zarazem reżyserka omawianej produkcji włożyła w usta swojej wątpliwej bohaterki, w którą w widowiskowym stylu wcieliła się Noémie Merlant. W pierwotnej wersji Joséphine była rodowitą Amerykanką, ale po „wejściu na pokład” tej francuskiej aktorki, Wohl zdecydowała się bardziej dopasować postać do jej odtwórczyni. Rozpisała rolę niejako pod aktorkę – możliwe, że tylko w jednym, ale dość istotnym punkcie. Pogłębiła poczucie osamotnienia Jo poprzez zmianę jej obywatelstwa. Obca w obcym kraju. Państwie zupełnie nietroszczącym się o cierpiące matki. Ich samopoczucie nie ma znaczenia, bo jak za sprawą jakiejś czarnej magii, jakimś niepojętym sposobem, tracącym swoją odrębność kiedy tylko zostają matkami. To nic nowego w tym dziwnym świecie, o czym dobitnie zaświadczy Doris (wyśmienity występ Jayne Atkinson) – mrożące krew w żyłach, niesamowicie przygnębiające wyznanie, które może nie spotkać się ze zrozumieniem chodzących ideałów – matka Spencera (Kit Harington w pewnym sensie w cieniu kobiet; przyzwoite wcielenie w mniej angażującą postać, mniej możliwości na zaprezentowanie swoich aktorskich zdolności) z imponującą wytrwałością starająca się zbliżyć do swojej synowej. Przebić się przez gruby mur, nie wiedzieć czemu, wzniesiony przez życiową wybrankę jedynego dziecka Doris. Dlaczego Jo tak uparcie odpycha swoją teściową? W otoczeniu Joséphine próżno szukać drugiej tak wyrozumiałej duszy, tak mocno solidaryzującej się z kobietą niespełniającej się w jakże upragnionej roli matki. Przygniecionej nowymi obowiązkami, nieprzygotowanej na tak ciężką przeprawę. Wcześniej pewnie nawet nie słyszała o lęku poporodowym, bo to wciąż temat tabu. Podobnie jak przejściowa (niestety nie zawsze) nienawiść do własnego dziecka. Potwór widziany w lustrze: efekt skrzętnego zamiatania pod dywan zwykłych ludzkich dramatów. Niekompleksowa, żeby nie powiedzieć nieuczciwa, edukacja podobno w oświeconej epoce. Co złego, to nie mówimy, ewentualnie piętnujemy. Promujemy perfekcję, bezproblemową egzystencję. Nieosiągalny cel bezrefleksyjnie sprzedawany jako normalność?

Okładka DVD, Blu-ray. „Baby Ruby” 2022, Point Productions, Saks Picture Company

Rosemary Woodhouse opętana przez Pazuzu. Wietrząca wstrętny spisek jednostka, o ciało której zażarcie walczą dwie jaźnie. Duchowy pojedynek bez egzorcysty. To jedna z tych wojen, które człowiek toczy w samotności. Nawet jeśli zewsząd płyną oferty pomocy, na ubitej ziemi z wewnętrznymi demonami stanie sam. Utartą ścieżką z niepospolicie opętaną postacią. Niestabilną, niegodną zaufania przewodniczką po ponurym świecie przedstawionym przez początkującą reżyserkę filmową. W mojej opinii dobrze rokującą autorkę niegłupiej opowieści o nadspodziewanie wymagającym rodzicielstwie. Macierzyński dreszczowiec z nutką body horroru - Bess Wohl przyznała, że poród Joséphine zawzięcie pchał jej myśli w tym niesmacznym kierunku (żeby kojarzyć tak piękne chwile w życiu kobiety z takimi bezecnymi obrazami...) - ale chętniej ocierający się o horror nadprzyrodzony. Hipotetyczna mroczna obecność w zrujnowanym muzeum Joséphine i Spencera. Drewnianym domu przytulonym do soczyście zielonych, rozłożystych drzew w zacisznym zakątku Stanów Zjednoczonych. Pocztówkowa posesja na obrzeżach idyllicznego miasteczka, którą Jo zapewne często chwaliła się na stronie internetowej, która wprawdzie nie jest jej własnością, ale od jakiegoś czasu to ona tworzy i publikuje wszystkie treści zamieszczane w tym popularnym miejscu. Francuski styl życia według Joséphine. Perfekcyjnej pani domu i kobiety sukcesu. Zawsze modnie ubranej, zawsze starannie umalowanej, szczęśliwej żony boskiego Spencera, z którym uwiła sobie totalnie przytulne gniazdko i cała w skowronkach oczekiwała ich pierwszego cudu. Aż nagle umilkła. Prawdopodobnie po raz pierwszy nie zaspokoiła teoretycznej ciekawości swoich obserwatorów. Nie pokazała ślicznej Ruby. Dlatego, że w jej uznaniu nie pasowała do utopijnego światka pieczołowicie budowanego w internecie? A może po ujrzeniu swojego dzieciątka inaczej zaczęła zapatrywać się na sam pomysł dokumentowania życia dziecka w ogólnodostępnej witrynie? Stwierdziła, że nie byłoby w porządku decydować za Ruby w tak delikatnej sprawie, że niemowlę też ma prawo do prywatności? Nie chciała brać na siebie takiej odpowiedzialności, narażać się na ewentualne wyrzuty Ruby w przyszłości? Najprostszym wyjaśnienie jest chroniczny brak czasu. Jo nie dosypia, nie dojada, a zawodzący płacz Ruby słyszy już nawet wtedy, kiedy dziewczynki nie ma w zasięgu jej słuchu. Bardziej martwi ją szept diabolicznej piastunki, która w moim odbiorze miała jeden bardzo efektywny występ – niepokojący obrazek w telefonie Jo, transmisja na żywo z pokoju dziecięcego. Dziwnie znajoma zjawa znieruchomiała przy łóżeczku kapryśnej dziewczynki, którą jedno z rodziców posądza o celowe działanie na jego szkodę. Czy to możliwe, by niemowlę z premedytacją mściło się na niezorganizowanej opiekunce? Zna największy sekret matki? Miłość zmieszana z nienawiścią. W każdym razie Jo coraz trudniej odrzucać od siebie tę, zdaje się, najstraszliwszą z jej natrętnych myśli – domniemana antypatia dziecka najwidoczniej jest dla niej mniej przykra od jej własnego stosunku do Ruby. Wydaje jej się, że to nienawiść, a w najlepszym razie niechęć. Ale to nie jest takie pewne, jak to, że Jo z trudem znosi rozłąki z tą obdarzoną iście mocarnymi płucami istotką. Męczy się z nią, ale jeszcze bardziej męczy się bez niej. Podobnie jak Ruby? Czy niemowlę przewiduje kary cielesne za dłuższe (maksymalnie kilkunastogodzinne) nieobecności w domu? Z rozmysłem okalecza niej lubianego z rodziców? Spencer chciałby bardziej odciążyć żonę, ale nie może zrezygnować z pracy, kiedy Jo na czas nieokreślony zawiesiła swoją chyba bardziej popłatną działalność internetową. Poza tym udręczona mama traktuje to jako afront. Czy Spencer uważa, że ona nie nadaje się na rodzica? Żeby tylko. Przewodnia postać „Baby Ruby” Bess Wohl podejrzewa, że jej idealny mężczyzna stracił do niej zaufanie, wręcz widzi w Jo najpoważniejsze zagrożenie dla swojego jedynego dziecka. Boi się zostawiać Ruby z jej matką? Są jeszcze nowe przyjaciółki Joséphine. Rozpromienione matki wzorowych pociech. Wierne czytelniczki Jo, które nie wydają się być niemile zaskoczone drastycznie zróżnicowanymi wizerunkami słynnej Francuzki osiadłej w Stanach Zjednoczonych. Żony ze Stepford, które przyjmują tę zaniedbaną „królową stylu” do swojej paczki. Formacja Zakrytych Dziecięcych Wózków. Poza upiorną akcją z kamerką, szczególne wrażenie zrobiła na mnie pierwsza samochodowa przejażdżka Ruby, koszmar kobiety wracającej ze szpitala ze swoim bezcennym noworodkiem oraz przerażające przebudzenie w splamionym krwią salonie, gdzie piesek z apetytem dokańcza swoją przepyszną przekąskę.

Paranoiczny dreszczowiec o nieróżowym macierzyństwie. Skok od razu na głęboką wodę, ale w kapoku. Pierwsze reżyserskie dokonanie filmowe kobiety, która trudnych tematów się nie boi. Ryzykownie niepolukrowana rzeczywistość. No, może odrobinkę. „Baby Ruby” w reżyserii i na podstawie scenariusza Bess Wohl to propozycja dla osób niebojących się konfrontacji z niepopularnymi tematami. Smacznie kameralny thriller psychologiczny, udatnie flirtujący z horrorem, o sekretnej komnacie tortur. Empatyczne spojrzenie na „wyrodną matkę”. Albo ideał, albo patologia. Nie ma nic pomiędzy, prawda? „Baby Ruby” mówi: fałsz.

piątek, 28 lipca 2023

„Wzór piękności” (1981)

 
W Los Angeles w tajemniczych okolicznościach umierają aktorki, które przeszły zabiegi upiększające u chirurga plastycznego z Beverly Hills, doktora Larry'ego Robertsa. Wszystko wskazuje na samobójstwa, ale prowadzący śledztwo porucznik Masters jest niemal pewien, że w mieście grasuje zabójca, a jego podejrzenia skupiają się na doktorze Robertsie. Ofiary pracowały dla firmy Digital Matrix, obecnie zajmującej się tworzeniem reklam przyszłości. Jej właścicielką jest Jennifer Long, współpracująca z miliarderem Johnem Restonem, mającym wesprzeć finansowo ambitny projekt doktora Robertsa, który jednakże postanawia bliżej przyjrzeć się działalności zaprzyjaźnionych biznesmenów. I zapewnić ochronę swojej byłej pacjentce Cindy Fairmont, także związanej z Digital Matrix, Inc.

Plakat filmu. „Looker” 1981, Warner Bros., The Ladd Company

Jedno z mniej docenionych reżyserskich osiągnięć nieodżałowanego Michaela Crichtona, twórcy między innymi „Śpiączki” (1978) i „Wielkiego napadu na pociąg” (1978), ojca współczesnego technothrillera, autora choćby takich powieści jak „Andromeda znaczy śmierć” (1969), „Kongo” (1980), „Kula” (1987), „Park Jurajski” (1990), „System” aka „W sieci” (1994), „Park Jurajski: Zaginiony Świat” (1995), „Rój” (2002) i „Państwo strachu” aka „Korporacja strachu” (2004). Scenariusz „Wzoru piękności” (oryg. „Looker”) Crichton napisał sam, nie opierając się na żadnym ze swoich utworów literackich, tylko rozwijając pomysł z 1975 roku. Podobno wybrał się do firmy w Los Angeles, aby dowiedzieć się jak przedstawić motyw wklejania ludzkich modeli w materiał reklamowy bez narażania się na śmieszność i ogromnie zdziwił się na wieść o tym, że pewna firma z Teksasu już to robi, z wykorzystaniem tomografii. Zrealizowany za osiem do dwunastu milinów dolarów (James Coburn, odtwórca roli Johna Restona, mówił o dwunastu milionach) „Wzór piękności” ponoć jest pierwszym filmem w historii pokazującym ludzką postać w całości wygenerowaną komputerowo. Niemożliwie pociętym na potrzeby telewizji. „Pod nóż studia” poszła nawet motywacja czarnych charakterów, potem co prawda przywrócona, ale trudno oprzeć się wrażeniu (reakcje dzisiejszej publiczności), że bezsensownie posiekana, niepełna wersja „Wzoru piękności” wciąż cieszy się większym zainteresowaniem dystrybutorów.

Thriller kiedyś science fiction. Opowieść uznana (przez część odbiorców) za skrajnie niewiarygodną na początku lat 80. XX wieku, która okazała się całkiem trafną przepowiednią. Dla Michaela Crichtona, reżysera i scenarzysty „Wzoru piękności”, ten zwrot akcji nie był żadną nowością. Chleb powszedni człowieka, który w swoim przekonaniu mocno rozminął się z epoką. Powinien żyć w przyszłości, bo nader często poniewczasie docierało do niego, że niektóre ze składników jego opowieści jeszcze nie są częścią rzeczywistości. Innymi słowy, zdarzało mu się pisać o czymś według niego z życia wziętym i dopiero czytelnicy oraz widzowie uświadamiali mu, że to czysta fantastyka. Onegdaj bezlitośnie krytykowany przez twardo stąpających po ziemi recenzentów (oczywiście i w tej grupie można było wypatrzyć dusze przychylne jego twórczości) za niemożebnie naciągane wizje, „terminator Michael Crichton”. Przybysz z przyszłości, który po prostu wyciągał logiczne wnioski z obserwacji dynamicznej rzeczywistości. Z obserwacji postępu naukowego i technicznego. Dla niego to nie był żaden wytężony wysiłek umysłowy, żadna mistrzowska dedukcja, szósty zmysł, czy inny niepośledni talent, tylko najzwyklejsze w świecie przewidywanie. Naturalny rozwój wydarzeń, który z jakiegoś kompletnie niezrozumiałego dla niego powodu, nie mógł pomieścić się w głowach wielu śmiertelników, nie wyłączają „paru” tęższych głów od jego własnej. Może zawiniła ich (mocno hipotetyczna) optymistyczna natura? Michael Crichton był czarnowidzem, zdeklarowanym pesymistą, który oczywiście nie zawsze miał rację, ale zaryzykuję twierdzenie, że mylił się rzadziej od ludzi patrzących na praktycznie nieustannie zmieniający się świat przez różowej okulary. Do jego „Wzoru piękności” podeszłam od strony „Neon Demon” Nicolasa Windinga Refna. Skrótowe opisy fabuły znalezione w internecie „zaprogramowały mnie” na podobną opowieść – starszego brata „Neon Demon” i może „Simone" Andrew Niccola  - ale koniec końców dostałam przede wszystkim rzecz o diabolicznym marketingu. Tak zwana percepcja podprogowa (subliminalna), ukryty przekaz w spotach reklamowych i wyborczych, przerażająca działalność, którą przede mną odkrył Dean Koontz – naprowadzona na ten koszmarny trop przez jego „Nocne dreszczy” (1976). Ohydny proceder (rzecz zakazana w wielu krajach świata, inna sprawa czy realnie ścigana...), który zdaniem części uczonych jest zwykłym mitem. Znowu różowe okulary? Tak czy inaczej, „Wzór piękność” odebrałam bardziej jako thriller obyczajowych aniżeli fantastykę (nie)naukową. Niestety wygląda na to, że trafiłam na okrojoną wersję tej niezbyt mrocznej, ale i tak dość fascynującej, tradycyjnej „opowiastki” Michaela Crichtona. Bo nie dowiedziałam się, dlaczego „idealne modelki” musiały zginąć. Nie z filmu, ale w Sieci znalazłam informację, że w wersji reżyserskiej - pokazanej między innymi w amerykańskich kinach w 1981 roku - UWAGA SPOILER była scenka, w której niedoszły sponsor placówki medycznej doktora Larry'ego Robertsa, biznesmen z miliardami dolarów na koncie, tłumaczył, że w ten sposób Digital Matrix próbował zabezpieczyć swoją własność intelektualną; nieopatentowaną, bo w gruncie rzeczy nielegalną technikę marketingową. Czyli krwiożercza korporacja obawiała się, że inni wzbogacą się na jej szatańskim pomyśle KONIEC SPOILERA.

Plakat filmu. „Looker” 1981, Warner Bros., The Ladd Company

Wzór piękności” Michaela Crichtona bardziej wyglądał mi na obraz z lat 90. XX wieku – i to taki z wyższym budżetem – niż z początku poprzedniej dekady. Wysoka jakość techniczna (bo i budżet spory, rzecz jasna jak na tamte czasy), która sama nie wiem, czy bardziej mniej cieszyła, czy smuciła. Bo magiczny klimat lat 80. XX wieku (zdecydowanie mój ulubiony) znalazłam tylko w pierwszym z unaocznionym ataku niedługo tajemniczego zabójcy. Nie będę oryginalna, przyznając, że czułam się, jakbym oglądała nie pierwszy lepszy obraz z nurtu giallo. Myślę, że sam Dario Argento byłby dumny z uzyskania takiego materiału. Elektryzujące home invasion w oparach surrealizmu à la „Suspiria” (1977), ewentualnie onirycznej mgiełce już pewnikiem doprawionej (nad)naturalną tajemniczością. Nomen omen hipnotyczna akcja. Czysta poezja, o ile nie ma się nic przeciwko podniosłym utworom o straszliwym umieraniu. W postać przewodnią - rozchwytywanego chirurga plastycznego z Beverly Hills, doktora Larry'ego Robertsa – w całkiem niezłym stylu wcielił się nieżyjący już Albert Finney, którego fani horroru mogli widzieć choćby w „Wilkołakach” Michaela Wadleigha, na podstawie powieści Whitleya Striebera. A partnerowała mu też przekonująca Susan Dey (jako Cindy Fairmont). Ciekawostka: niewielką rolę we „Wzorze piękności” dostała Tawny Moyer, która wystąpiła w uwolnionym tego samego dnia (30 października 1981 roku) „Halloween 2” Ricka Rosenthala, gdzie maleńki aktorski występ miała przyszła (czwarta) żona Michaela Crichtona, Anne-Marie Martin. W sprawę podejrzanych zgonów doktor Roberts zostaje wtajemniczony przez prowadzącego policyjne śledztwo, porucznika Mastersa (zadowalająca kreacja Doriana Harewooda, ale zawsze można ponarzekać na zbytnie umniejszenie roli Mastersa w tej niedostatecznie zagadkowej intrydze). Już niebawem zrobi się o niej głośno w mediach, ale szeroka opinia publicznej nie będzie miała powodu, by doszukiwać się w tym czegoś więcej niż nieszczęśliwych wypadków i samobójstw. Młode aktorki związane z korporacją Digital Matrix jakiś czas przed śmiercią poddały się operacjom plastycznym, wykonanym przez cenionego doktora Larry'ego Robertsa. Marzyły o zostaniu tytułowym wzorem piękności – najpiękniejsze istoty na świecie – ale wyobrażenia przynajmniej większości z nich tak drastycznie rozminęły się z owocami pracy Robertsa, że w desperacji targnęły się na własne życie. Ta najwyraźniej najpopularniejsza teoria od samego początku nie przemawia do porucznika Mastersa... i jego głównego podejrzanego, doktora Larry'ego Robertsa, który przeprowadzi własne śledztwo, starając się przy tym nie spuszczać z oczu Cindy Fairmont, kolejnej młodej kobiety dążącej do zewnętrznej perfekcji. W zasadzie Cindy zabiegi teoretycznie upiększające ma już za sobą i wygląda na całkowicie zadowoloną z efektów pracy doktora Robertsa. Ideał piękna pracujący dla prawie na pewno demonicznej korporacji. W końcu to jeden z ulubionych motywów Michaela Crichtona – makiaweliczni biznesmeni, (pseudo)naukowcy bez kręgosłupów moralnych i inni przebrzydli materialiści. Kasa, władza i wieczna sława. Johna Reston (bezbłędne wykonanie nieodżałowanego Jamesa Coburna) to doskonały materiał na burzyciela. Stereotypowy antybohater. Obrzydliwie bogaty biznesmen. Żeby jeszcze dorobił się w sektorze publicznym (nie mogę bowiem oprzeć się wrażeniu, że pazerność tak zwanych pracowników państwowych jest traktowana bardziej ulgowo w niektórych regionach „demokratycznego świata”), ale nie, to „wstrętny prywaciarz”. Kapitalistyczna bestia. Nie ma takiej opcji, by John Reston nie wiedział, co wyczynia Jennifer Long, jego przyjaciółka i zarazem partnerka biznesowa (jedna z wielu), śliska prezeska fikcyjnej korporacji strachu Michaela Crichtona. Bo nasz protagonista błyskawicznie zwietrzy spisek w zimnych murach głównej siedziby Digital Matrix, Inc. Niewinna placówka badawcza w Los Angeles zdumiewająco szczelną przykrywką dla „niewiarygodnej” działalności przestępczej? Ten znak zapytania to tak pro forma, bo naprawdę nie wydaje mi się, by kogokolwiek zaskoczył rozwój wydarzeń w tym niemrocznym świecie przedstawionym. Chcę przez to powiedzieć, że atmosfera panująca w tym sensacyjnym thrillerze nielicho mnie zawiodła. Po cudnie klimatycznej przeprawie w wystawnym apartamencie damy z pieskiem wpadłam w niestosownie bezpieczną, wręcz przyjazną otoczkę „dwóch zwaśnionych rodów”. Tych dobrych i tych najpewniej złych. „Wzór piękności” można bądź trzeba traktować jako satyrę społeczną. Ubolewam tylko nad tym, że Crichton zaledwie liznął temat (albo resztę mu ocenzurowano) obsesyjnego dążenia do swojego - uzupełnijmy: bynajmniej odosobnionego - wyobrażenia perfekcyjnego wyglądu zewnętrznego (pal licho wewnętrzny). Owszem, w moich uszach donośniej wybrzmiał niegłupi wątek marketingowy. Krytyka dźwigni handlu, sprzedawania nie tylko przedmiotów, ale i podmiotów. Niepokojąca wizja przyszłości niezgorszego proroka. Demokracja sterowana, „władcy marionetek” zwani elektoratem politycznym. I wreszcie więźniowie z wyboru, jak zasugeruje jedna z postaci - przyspawani do pudełka, w którym przewijają się kolorowe obrazki. Kawał życia zmarnowany na tępe, banalne... i diabelsko skuteczne reklamy. Nie wspominając już o żenujących bajeczkach polityków. À propos bajek: poczekajcie na ostatnią scenkę „Wzoru piękności”. Brakowało tylko płatków róż po stopami i amorka nad głowami. Ja nawet zostałam na napisach końcowych (ozdobione wybranymi fragmentami – blok reklamowy Michaela Crichtona – tej, jeśli o mnie chodzi, co najwyżej średnio wydajnej produkcji), ażeby w całości wysłuchać przewodniego utworu muzycznego, który już dużo wcześniej zwrócił moją uwagę: „Looker” Sue Saad. Wpada w ucho.

Lekki thrillerek dreptający wokół poważnych tematów. Odprężający, a mógł być trujący. Mógł zapisać się w historii kina, jako depresyjna zapowiedź jutra. Powiadają, że „Wzór piękność” w reżyserii i na podstawie scenariusza Michaela Crichtona to „ofiara systemu”. Film skrzywdzony przez bezrozumną siekaninę obliczoną na dystrybucję w telewizji. Mówią, że wersja kinowa na gruncie fabularnym wyglądała korzystniej, ale mnie obok mocniejszego przekazu, marzyła się mocniejsza atmosfera. Pomijając jedną akcję, której chyba nigdy nie zapomnę. Dla tej jednej sceny w rytmie giallo and slash warto było obejrzeć to, bądź co bądź, znośne dziełko. Taki tam nieszkodliwy niezgrabiasz.

czwartek, 27 lipca 2023

Od „C'mon C'mon" po nowe filmy grozy: „Pajęczyna” oraz „Demeter: Przebudzenie zła”. Woody Norman i inne cudowne dzieci w hollywoodzkich horrorach. [ZESTAWIENIE]

 
Wielbicieli horrorów czekają wyjątkowe wakacje – z kilkoma spektakularnymi premierami. Już 28 lipca do polskich kin wchodzi „Pajęczyna”, a 11 sierpnia – „Demeter: Przebudzenie zła”. W obu filmach główne role zagrał 14-letni dziś Woody Norman. To niezwykle uzdolniony dzieciak, do którego należy filmowa przyszłość.
 
Plakaty. „Pajęczyna” i „Demeter: Przebudzenie zła”
1. Woody Norman
 
Przyszedł na świat 12 marca 2009 roku w Londynie. Jest synem reżysera telewizyjnego Rossa Normana i byłej wokalistki dziewczęcej grupy Madasun, Vondy Barnes. Trampoliną dla jego kariery był film z 2021 r. „C'mon C'mon", w którym zagrał u boku Joaquina Phoenixa, i za który zgarnął kilka prestiżowych nagród. Dziś życie 14-latka kręci się nie tylko wokół filmów i aktorstwa. Jest on fanem Nirvany, gra na gitarze, ukulele i basie, a także na pianinie. Warto też wspomnieć, że po zakończeniu zdjęć do „C'mon C'mon" dostał od Phoeniksa gitarę basową. I to nie byle jaką, ponieważ autograf na niej złożył Flea, członek legendarnej formacji Red Hot Chilli Peppers. 
 
2. Haley Joel Osment 
Gwiazda kultowego „Szóstego zmysłu” ma też na koncie występy w innych przerażających produkcjach, np.: „Sleepwalker”, „Jezioro” i „Kieł”. Choć może trudno w to uwierzyć, ale Osment ma dziś już… 35 lat, a jego przygoda z planami zdjęciowymi sięga 1994 roku. Jako sześciolatek zagrał w legendarnym obrazie Roberta Zemeckisa „Forrest Gump”, syna głównego bohatera (Tom Hanks). Jednak prawdziwą popularność zyskał pięć lat później. Rolą Cole’a Seara w „Szóstym zmyśle” udowodnił, że filmowy świat ma do czynienia z kimś absolutnie wyjątkowym. Co więcej, w 2000 roku Osment otrzymał za swą rolę w filmie M. Night Shyamalana nominacje do Złotego Globu i Oscara.
Sześć lat później młody gwiazdor, będąc pod wpływem alkoholu, spowodował wypadek samochodowy. Nie dość, że złamał żebro, to jeszcze policjanci, który pojawili się na miejscu zdarzenia, znaleźli przy nim narkotyki. Osment został skazany na trzy lata więzienia w zawieszeniu. Ponadto odbył 60 godzin programu rehabilitującego, zapłacił grzywnę i dołączył do grona Anonimowych Alkoholików. Po aferze postanowił całkowicie zmienić dotychczasowe życie. Rozpoczął studia artystyczne w Nowym Jorku i wtopił się w anonimowy tłum wielkiego miasta. Osment nadal gra, udziela się w dubbingu, ale żadnych poważnych ról już nie otrzymuje. Utrzymuje, że życie z dala od sławy i popularności zwyczajnie mu odpowiada.

3. Harvey Stephens
Dla porządku warto wspomnieć, że Stephens ma dziś 52 lata. Świat filmowy rzucił na kolana rolą Damiena w kultowym „Omenie” w reżyserii Damiena Thorna w 1976 roku. Wcielił się w Antychrysta o twarzy dziecka.– Na planie było super, ale miałem zaledwie 5 lat, więc nie bardzo wiedziałem, co się wokół mnie dzieje. Niewiele myślałem później o tym filmie – wspominał Harvey po latach swoją filmową przygodę. Nie jest tajemnicą, że Stephens otrzymał tę rolę po tym, jak… kopnął reżysera w krocze!
Ostatecznie Stephens nie połknął aktorskiego bakcyla. Oprócz roli w „Omenie” powrócił na plan filmowy tylko raz – 30 lat po swoim ekranowym debiucie. Zagrał wówczas niewielką rolą w remake’u kultowego horroru. Potem zajął się deweloperką. Chociaż zrezygnował z kariery aktorskiej, to wybuchowy temperament mu pozostał. Z jego powodu wpakował się w niezłe tarapaty. W 2016 roku na trasie w pobliżu Westerham rzucił się z pięściami na dwóch rowerzystów, Marka Richardsona i Alexa Manley'a. Jednego z nich dotkliwie poturbował. Niespełna rok później Stephens stanął przed sądem i został skazany na 12 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata.

4. Jaeden Martell
Martell ma dziś ma 20 lat, ale jako ośmiolatek rozpoczął karierę od występu w reklamach. Potem przyszedł czas na filmy. Wystąpił, m. in. w: „Powieść Henry’ego”, „Mów mi Vincent”, czy „Domek w górach”. Jednak popularność przyniosła mu rola Billa Denbrougha w „To”, ekranizacji kultowej powieści Stephena Kinga.
Jaeden Martell ma w życiu jasno wytyczony cel. Koncentruje się na rozwoju kariery aktorskiej, unika skandali i skrzętnie chroni swoje życie prywatne przed wszędobylskimi paparazzi. O jego miłościach wiadomo jedynie to, że przez jakiś czas spotykał się z tancerką Lilią Buckingham. Kiedy postanowili się rozstać, fani aktora nigdy nie poznali powodu tej decyzji. Ciekawe jest też to, że aktor naprawdę nazywa się Jaeden Wesley Leiberher. Dlaczego zatem nazywa się Martell? – To jest nazwisko panieńskie mojej mamy, która wspiera mnie od samego początku. Gdy byłem dzieckiem, jeździła ze mną na plany zdjęciowe. W ten sposób chciałem jej podziękować i uhonorować – przyznał w wywiadzie, który zacytował portal golddebry.com

5. Dartanian i Robert Daniel Sloanowie
W 2015 roku nakręcono „Sinister 2”, przerażający sequel, w którym Dartanian i Robert Daniel wcielili się w Zacha i Dylana Collinsów. Bliźniacy urodzili się 13 grudnia 2002 roku w Los Angeles. Jak rozpoczęła się ich przygoda z filmem?
Na pierwszy ogień niech pójdzie Dartanian Sloan. Otóż, 20-latek po raz pierwszy na planie filmowym pojawił się w 2011 roku. Zagrał Angela w „Prowincjuszce”. Potem przyszła kolej na następujące produkcje niskobudżetowe: „I Am Not a Moose”, „Życie to pokusa”, i „Dude Bro Party Massacre III”. Natomiast Robert Daniel Sloan rozpoczął swoją karierę filmową w 2010 roku. Wówczas zagrał niewielką rólkę w filmie zatytułowanym: „Chronicles of a Love Unfound”. Potem dołączył do obsady „Hero Of The Day” oraz w „Dude Bro Party Massacre III”.
 
 
O czym opowiadają filmy, w których Norman zademonstrował swój talent?
W „Pajęczynie” wyreżyserowanej przez Samuela Bodina, Norman wciela się w Petera, syna Carol (Lizzy Caplan) i Marka (Antony Starr). Ośmiolatek co noc jest niepokojony przerażającymi dźwiękami – tajemniczym stukaniem i głosem za ścianą sypialni, które słyszy tylko on. Rodzice chłopca lekceważą strach syna, próbując mu wmówić, że dręczą go wytwory wybujałej wyobraźni. Peter zaczyna podejrzewać, że najbliżsi ukrywają przed nim straszną rodzinną tajemnicę…
 
Zwiastun filmu „Pajęczyna”: 

Kadr z filmu „Pajęczyna”

Kadr z filmu „Pajęczyna”

 
Równie trudnemu zadaniu aktorskiemu Woody musiał sprostać na planie „Demeter: Przebudzenie zła”. W produkcji w reżyserii André Øvredala nastolatek wcielił się w Toby’ego, jednego z uczestników ostatniego rejsu szkunera „Demeter”. Na jego pokład, w jednej z dwudziestu czterech nieoznakowanych skrzyń, zostaje zabrany obcy, demoniczny pasażer. Po zapadnięciu zmroku statek wypływa na pełne morze, kiedy zostaje odkryta pierwsza ofiara. Każda kolejna noc przynosi następne…, a istota będąca jej sprawcą pozostaje nieuchwytna.
 
Zwiastun „Demeter: Przebudzenie zła”: 

Kadr z filmu „Demeter: Przebudzenie zła”

Kadr z filmu „Demeter: Przebudzenie zła”

Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films

środa, 26 lipca 2023

Robert A. Heinlein „Żołnierze kosmosu”

 
Przyszłość. We wszechświecie toczy się wojna między pochodzącymi z planety Klendathu pseudopajęczakami i ludzką Federacją Terrańską zdominowaną przez elitę wojskową. Tradycyjny ustrój demokratyczny dawno upadł, tylko żołnierze w stanie spoczynku mają prawa wyborcze, a do międzygwiezdnej armii może wstąpić każdy zdrowy psychicznie pełnoletni cywil marzący o zostaniu obywatelem. Wywodzący się z zamożnej rodziny Juan 'Johnnie' Rico, po ukończeniu szkoły średniej, wbrew woli rodziców, wstępuje do piechoty zmechanizowanej Federacji Terrańskiej. Ale zanim stanie się pełnoprawnym żołnierzem, zanim wstąpi do elitarnego oddziału Rębaczy Rasczaka, odbędzie mordercze szkolenie w obozie Arthura Curriego, który z rozpieszczonego chłopca zrobi wybitnie zahartowanego mężczyznę w ukochanym kombinezonie wspomaganym, gotowego oddać życie za swój gatunek. W zażartej wojnie o dominację także z dysponującymi zaawansowaną technologią Robalami.

Okładka książki. „Żołnierze kosmosu”, MAG 2023

Kontrowersyjna powieść Roberta Ansona Heinleina, jednego z najpoczytniejszych autorów science fiction w latach 40. i 50. XX wieku – obok Isaaca Asimova i Arthura C. Clarke'a – w swoim pisarskim dorobku mającego jeszcze choćby takie kultowe utwory, jak „Władcy marionetek” (1951) - których najsłynniejszą filmową odpowiedniczką jest produkcja Stuarta Orme'a z 1994 roku z Donaldem Sutherlandem w roli głównej – „Obcy w obcym kraju” (1961), zdobywca Nagrody Hugo w kategorii Najlepsza Powieść. Takie samo wyróżnienie otrzymała pierwotnie wydana w 1959 roku krytyczna reakcja Heinleina na zawieszenie testów atomowych przez Stany Zjednoczone: wielokrotnie wznawiana powieść science fiction (wojskowa/militarna fantastyka naukowa) „Starship Troopers” (pol. „Żołnierze kosmosu”), która drastycznie podzieliła czytelników. Jedna z najlepiej sprzedających się historii zmarłego w 1988 roku amerykańskiego pisarza, inżyniera lotnictwa i oficera marynarki wojennej, urodziła się jako powieść młodzieżowa dla nowojorskiego wydawnictwa Charles Scribner's Sons, które odrzuciło rękopis (zakupiła go inna oficyna z Nowego Jorku, G.P. Putnam's Sons) - Heinlein napisał ją zaledwie w parę tygodni, z tej okazji przerywając pracę nad „Obcym w obcym kraju” - ale dziś już mało kto pamięta o tej etykietce. Mocniej przylgnęła do „Żołnierzy kosmosu” metka powieści faszystowskiej, rasistowskiej i szowinistycznej. Przez jednych uznana za tępą propagandę, pochwałę instytucjonalnego prania mózgów i kar cielesnych (też kary śmierci), a przez innych pouczający traktat filozoficzny, cenną rozprawę o człowieczeństwie i tak naprawdę ironiczne spojrzenie na służbę wojskową. Paul Verhoeven, reżyser głośnej filmowej adaptacji „Żołnierzy kosmosu” z 1997 roku, otwarcia kosmicznej franczyzy o zbrojnym konflikcie Homo sapiens z monstrualnymi Robalami, w gruncie rzeczy wyśmiał to słynne dzieło Roberta A. Heinleina. Wysokobudżetowa sarkastyczna adaptacja twórcy „Czwartego człowieka” (1983), „Pamięci absolutnej” (1990) i „Nagiego instynktu” (1997) pod tym samym (oryginalnym i polskim) tytułem.

Rasa ludzka jest zbyt indywidualistyczna, zbyt skupiona na sobie, by przejmować się przyszłymi pokoleniami.”

Winston Churchill, legendarny brytyjski polityk, mąż stanu w okresie drugiej wojny światowej, powiedział kiedyś, że „demokracja to najgorszy system, ale nie wymyślono nic lepszego”. A potem wymyślono Federację Terrańską. Wymyślił ją Robert Anson Heinlein, jeden z największych ekspertów w dziedzinie science fiction, a przynajmniej jeden z czołowych amerykańskich fantastyczno-naukowych piór w latach 40. i 50. XX wieku. W Polsce wojna z Robalami zaczęła się w roku 1994 – premierowa edycja „Żołnierzy kosmosu”, pod tytułem „Kawaleria kosmosu”, przygotowana przez oficynę Amber – a w 2023 roku ta niedługa powieść została włączona w wydawniczą serię Artefakty. Publikacja wydawnictwa MAG w twardej oprawie zilustrowanej przez Dark Crayon; z charakterystycznym dla tej bezcennej oficyny sznureczkiem, tutaj jasnozielonym. Z angielskiego przełożyła moja ulubiona tłumaczka, pani Paulina Braiter. Akcja „Żołnierzy kosmosu” toczy się w dość odległej przyszłości – podobno w XXIII wieku – gdy największym wrogiem ludzkości są arachnidzi. Stawonogi przypominające mrówki lub termity, które dzielą się na żołnierzy, robotników i arystokrację. Rozumne istoty, których macierzystą planetą jest Klendathu, a na samym szczycie ich drabiny społecznej samotnie stoi Królowa. Matriarchalna dyktatura w robalo-cywilizacji. W której nie liczy się jednostka: pseudopajęczaki w odróżnieniu od sentymentalnej ludzkości, bez cienia żalu zostawiają swoich. Nie przejmują się rannymi kolegami, jak żołnierze Federacji Terrańskiej. Co według głównego bohatera (dla niektórych antybohatera) i zarazem narratora „Żołnierzy kosmosu”, Juana 'Johnniego' Rico, może przesądzić o wyniku tego międzygwiezdnego konfliktu zbrojnego. Rico dorastał na Ziemi i od kiedy sięga pamięcią marzył o zwiedzeniu innych planet - przynajmniej tych skolonizowanych – ale nie o zostaniu obywatelem. Rodzice, a zwłaszcza ojciec, właściciel wyśmienicie prosperującej firmy, starali się zrobić z niego umiłowanego cywila. W ich rodzinie próżno było szukać obywateli... do czasu złamania tej tradycji przez Johnniego. Wygląda na to, że decyzję o wstąpieniu do armii podjął pochopnie, idąc jak ta owca na rzeź za swoim najlepszym przyjacielem Carlem, pochodzącym z niższej klasy społecznej umysłem ścisłym, który widział siebie w Gwiezdnych Oddziałach Badań i Rozwoju. A może Johnnie chciał po prostu zaimponować szkolnej piękności? Carmencita 'Carmen' Ibanez, podobnie jak Carl i w przeciwieństwie do niedoszłego następcy Rico seniora, miała sprecyzowane wymagania – chciała dołączyć do najbardziej elitarnego w żeńskich kręgach oddziału, zostać pilotką statku kosmicznego. Johnniemu trafiła się piechota zmechanizowana, najmniej pożądana pozycja na długiej liście składników sił zbrojnych Federacji Terrańskiej. Tuż za Korpusem K9, gdzie piechurzy są parowani z neopsami: niezwykle silne platoniczne związki ludzi ze zmodyfikowanymi genetycznie czworonogami. „Żołnierze kosmosu” to opowieść o dojrzewaniu w reżimie wojskowym. O uczeniu się odpowiedzialności i wyzbywaniu indywidualizmu, przez jednego z wykładowców protagonisty najwidoczniej rozumianego jako czysty egoizm. Demokrację Terrańską od demokracji upadłej (w tym świecie przedstawionym ta systemowa katastrofa nastąpiła jeszcze przed XXI wiekiem) odróżnia „stawianie dobra grupy ponad swoim osobistym”. Utopijna wizja Roberta Heinleina zrodzona z autentycznego przekonania, że najbardziej odpowiedzialnymi wyborcami są żołnierze w stanie spoczynku albo dystopia, wynikająca z przygnębiającej konkluzji, nomen omen autora „Władcy marionetek”, że równowagę między władzą i odpowiedzialnością można osiągnąć jedynie poprzez ekstremalną indoktrynację. Taśmową produkcję ludzkich robotów.

Okładka książki. „Starship Troopers”, Hodder & Stoughton 2014
Kij w mrowisko od Roberta A. Heinleina. Sianie zamętu w demokratycznie usposobionym społeczeństwie. Imputowanie ułomności idealnego systemu. „Zawsze się zastanawiałem, dlaczego trzydziestoletni kretyn miałby głosować mądrzej niż piętnastoletni geniusz” - przyznaje wspominany już wykładowca Juana 'Johnniego' Rico. To jest ten opiewany przed wiekami ustrój? Nie dziwi się więc ten „przybysz z przyszłości”, że demokracja tradycyjna runęła jak domek z kart. Nie dziwi się też, że w XX wieku poszybował wskaźnik przestępczości wśród małoletnich. Przyczyny tego stanu rzeczy ta epizodyczna postać „Żołnierzy kosmosu” upatruje w czymś, co my nazwalibyśmy bezstresowym wychowaniem. Przemoc fizyczna w jego przekonaniu jest niezbędna w kształtowaniu charakterów – bez twardej dyscypliny w dzieciństwie nie będzie poszanowania zasad panujących w danym społeczeństwie w kolejnych fazach rozwoju człowieka. To przekonanie autora czy tylko postaci stworzonej na potrzeby tej, jak sądzą niektórzy, ironicznej militarnej fantastyki naukowej? Powieściowej mącicielce, bo wygłaszającej tak zwane niepopularne poglądy. Zimnowojenne „dziecko” orędownika udziału Stanów Zjednoczonych w wyścigu nuklearnym. Niektórzy sądzą, że „Żołnierze kosmosu” to wyraz głębokiej pogardy Heinleina dla Sowietów, w tym uniwersum ponoć funkcjonujących jako wstrętne Robale. Nie tylko powieść antykomunistyczna, ale i antyliberalna? Zależy gdzie przyłożyć ucho. Ośmielę się jednak zauważyć, że w rzeczywistości Johnniego Rico mamy wolny (no dobrze: częściowo) rynek, niskie podatki i wreszcie nieprzymusową służbę wojskową. Cywili prędzej się zniechęca, niż zachęca do zostania obywatelem. Szkoły są nastawione na wybijanie młodym ludziom z głów takich pomysłów – daje się im jasno do zrozumienia, że przywileje dla żołnierzy w stanie spoczynku nie są warte takiego poświęcenia. Żeby ryzykować życie za możliwość uczestniczenia w procesie wyborczym i/lub pójścia którąś ze ścieżek zawodowych zarezerwowanych dla obywateli, gdy bez trudu można wypatrzyć bardziej dochodowe branże wśród pozostałych? Spokojnie można zrobić satysfakcjonującą karierę bez śmiertelnie poważnej „zabawy w wojaczkę”. A że nie można uczestniczyć w procesie wyborczym? Skoro inni dokonują dobrych – powszechnie akceptowanych – wyborów, to po co się wtrącać? Nasz przewodnik z jakiegoś powodu - zagadkowego nawet dla niego - zrezygnował ze świetlanej, a na pewno wygodniejszej przyszłości na rzecz mocno niepewnej, patriotycznej, drogi. I tak zaczęła się dla mnie najciekawsza partia „Żołnierzy kosmosu”, niesamowicie ciężkie szkolenie w obozie Arthura Curriego. Kompleksowe przygotowanie do zbrojnych podróży kosmicznych, do walki z arachnidami i (jeszcze wtedy) ich sojusznikami, patykowatymi humanoidami zwanymi Chudziakami, pod czujnym okiem Charliego Zima, zasłużonego żołnierza Federacji, którego głównym zadaniem jest odsiać potencjalne mięsne przekąski dla Robali od obiecujących piechurów, czyli takich, którzy utrzymają się przy życiu chociaż do drugiego zrzutu. Sromotnie mogą zawieść się czytelnicy nastawieni na regularną gwiezdną wojnę, na spektakularne starcia komicznych kowbojów z „przerośniętymi mrówkami”. Umowny sprawozdawca wydarzeń, bohater dynamiczny niespecjalnie przypominający swojego filmowego odpowiednikami, ale ze wszystkich postaci największą niespodzianką dla odbiorców „Żołnierzy kosmosu” Paula Verhoevena może być Dizzy Flores. W każdy razie wojskowa kariera Juana Rico nie jest tak hollywoodzka, jak w scenariuszu Edwarda Neumeier. Nie ukrywam, że techniczny żargon trochę mnie zmęczył, a szalenie szczegółowy opis kombinezonu wspomaganego nawet więcej niż trochę. Rzadkie bitwy z Robalami też prześledziłam praktycznie z zerowym zainteresowaniem, ale filozoficznym, psychologicznym, politycznym, historycznym i pseudohistorycznym wykładom „przysłuchiwałam się” z dużym zaciekawieniem, nawet kiedy nie zgadzałam się z danym mówcą. A z najwyższym zainteresowaniem, wręcz z najprawdziwszymi wypiekami na twarzy, przyglądałam się wewnętrznej przemianie narratora, lepieniu rasowego żołnierza Federacji Terrańskiej.

Chuligańska powieść Roberta A. Heinleina. Nieprawomyślna utopia. Koszmarna wizja przyszłości sprzedawana jako najlepsza opcja dla gatunku ludzkiego. Albo solidnie zakamuflowana autorska dystopia, ironiczna pochwała przemocy, nieszczera gloryfikacja totalnego konformizmu, pozorowany „zamach na demokrację”. Tak czy owak, „Żołnierze kosmosu” to bodaj najbardziej kontrowersyjna pozycja w bibliografii jednej z większych gwiazd literackiej sceny science fiction. Sławna i niesławna. Militarna propaganda kosmiczna z fascynującymi Robalami w tle. Szatan nie książka. I jak tu nie polecić? :)

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

poniedziałek, 24 lipca 2023

Robert McCammon „Dziedzictwo Usherów”

 
W rozległej posiadłości w Karolinie Północnej od pokoleń należącej do dumnego rodu Usherów, właścicieli wielkiej firmy zbrojeniowej, grasują nieuchwytny porywacz dzieci zwany Dyniowatym i jego wierne zwierzę, Żarłoczny Bebech. Sprawę bada dziennikarka z Asheville Raven Dunstan, a ostatnie upiorne wydarzenia prowadzą ją do chaty na zboczu góry Briartop w Usherlandzie, zamieszkałej przez Myrę Tharpe i jej obdarzonego niezwykłymi zdolnościami piętnastoletniego syna Newlana Tharpe'a, którego przyzywa przerażająca Twierdza, monumentalna budowla szaleńczo rozbudowywana przez poprzedników Walena Ushera, obecnego patriarchy rodu, umierającego na tajemniczą Chorobę, przekleństwo najbogatszej rodziny w Karolinie Północnej. Jego następca nie został jeszcze wybrany, ale gra toczy się między najstarszym i najmłodszym dzieckiem Walena. Od siedmiu lat przebywający poza Usherlandem jego środkowy potomek, autor powieści grozy Rix Usher, nie jest zainteresowany pieniędzmi splamionymi krwią, wiadomość o zbliżającej się śmierci znienawidzonego ojca skłania go jednak do powrotu na rodzinną ziemię. Czarna owca dostrzega w tym szansę na uratowanie swojej pisarskiej kariery, zamierza bowiem spisać i puścić w świat dzieje Usherów, mając świadomość, że publikacja takiej książki przez jego krewnych może zostać uznana za niewybaczalną zdradę.

Okładka książki. „Dziedzictwo Usherów”, Vesper 2023

Pomnik trwalszy niż ze spiżu” dla Edgara Allana Poego, ze wskazaniem na jedno z jego najsłynniejszych opowiadań, „Zagładę domu Usherów” aka „Upadek domu Usherów (oryg. „The Fall of the House of Usher”) z 1839 roku. Autor między innymi „Magicznych lat”, „Zewu nocnego ptaka”, „Łabędziego śpiewu” i „Słuchacza”, Robert Rick McCammon długo nosił się z zamiarem spisania sagi upiornego rodu Usherów, długo obracał w głowie różne pomysły, ale elementy tej gotyckiej układanki nie chciały się połączyć, dopóki nie odnalazł swojej drugiej muzy (pierwszą oczywiście była jedna z jego ulubionych opowieści Wielkiego Amerykańskiego Literata): ogromnej posiadłości nieopodal Asheville w Karolinie Północnej nazwanej Biltmore, po części udostępnianej zwiedzającym imponującej budowli wzniesionej na przełomie XIX i XX wieku przez rodzinę Vanderbiltów. To, w jego odczuciu, „nierzeczywiste” miejsce wprowadziło Roberta McCammona w odpowiedni nastrój do rozbudowania historii fikcyjnego rodu Usherów. Światowa premiera „Usher's Passing” (pol. „Dziedzictwo Usherów”), powieściowego horroru gotyckiego uhonorowanego Alabama Library Association Award, przypadła na rok 1984, a pierwsze polskie wydanie ukazało się dopiero w 2023 roku. Edycja w twardej oprawie zagospodarowanej - z imponującą dbałością o detale (zaprzyjaźniona sześciolatka powiedziała, że to prawdziwe dzieło sztuki, z czym nie śmiałam polemizować) - przez niedościgłego Macieja Kamudę. Edycja w niebiańskim tłumaczeniu Adama Roberta Winnickiego.

Czy ośmielilibyśmy się zaprzestać produkcji pocisków rakietowych i bomb? […] był taki czas, że pokładałem wiarę w ludzkość. Lecz byłem wtedy znacznie młodszy i bardziej naiwny.”

Mroczna saga rodzinna zakorzeniona w pisarskim dorobku Edgara Allana Poego. Nieoficjalny sequel „Zagłady domu Usherów” z epizodyczną rolą stwórcy udręczonego Roderyka i jego drogiej siostry, upiorzycy Madeline. Edgara Allana Poego spotykamy na samym początku „Dziedzictwa Usherów”, w jednej ze „starych fotografii” (fragmenty retrospektywne) uwzględnionych przez Roberta McCammona. Zdumiewająca konwersacja w 1847 roku człowieka, który oczernił potężny amerykański ród, z potencjalnym ukłonem w stronę „Beczki Amontillado”. Następnie przenosimy się do lat 80. XX wieku – umowna teraźniejszość – i poznajemy przebywającego w Nowym Jorku trzydziestojednoletniego Riksa Ushera, autora powieści grozy publikującego pod pseudonimem Jonathan Strange. Zdesperowanego pisarza, którego nadzieje na rychłe podreperowanie budżetu właśnie zostają bezceremonialnie zdeptane. Manuskrypt, który wcześniej przedłożył swojej agentce, nie uzyskał jej akceptacji, a on nie ma planu awaryjnego. Nie miał przed pojawieniem się Boone'a, złośliwego starszego brata, który podobno przybył do Nowego Jorku na polecenie ich matki Margaret Usher, aby przekonać czarną owcę do powrotu w rodzinne strony. Do Usherlandu: leżącej około trzydzieści kilometrów na północ od miasta Asheville w Karolinie Północnej, liczącej sobie jakieś trzydzieści tysięcy akrów prywatnej posesji, ze zgniłym sercem zwanym Twierdzą. Nieużywaną od dziesiątek lat monstrualną nieruchomością, która od dzieciństwa prześladuje Riksa w koszmarach sennych. Podobnie jak wstrząsający widok ukochanej w zakrwawionej łazience. Rix nie ma powodu ufać swojemu sadystycznemu bratu, tym razem opowiadającemu o wielkimi krokami zbliżającej się śmierci ich ojca, patriarchy rodu Walena Ushera, po namyśle zwraca się więc do starego przyjaciela Edwina Bodane'a, szefa służby uprzywilejowanego rodu z Karoliny Północnej. On i jego żona Cass, szefowa kuchni w Stróżówce - drugiej wystawnej siedzibie Usherów, aczkolwiek niemogącej równać się rozmiarami z przerażającą Twierdzą – w dzieciństwie niejako zastępowali Rixowi rodziców. Zdecydowanie bliżsi od apodyktycznego ojca i niestabilnej emocjonalnie matki. Po potwierdzeniu informacji przekazanej przez Boone'a, czarna owca wraca na niemożliwie cuchnące łono rodziny. Do znienawidzonego królestwa Walena Ushera, od jakiegoś czasu przykutego do łóżka w Cichym Pokoju w ponurej Stróżówce; przesiąkniętej smrodem rozkładających się zwłok - „aromat” choroby Usherów. Robert McCammon w „Dziedzictwie Usherów” z oszałamiającą drobiazgowością składa swoją gotycką budowlę ku chwale Edgara Allana Poego, fabularną konstrukcję dosłownie skąpaną w klimacie nadnaturalnej tajemniczości. Tam, gdzie diabeł naprawdę mówi „dobranoc”. Gdzie okropna Choroba drąży ciało (nie)godnego pożałowania „starca”, zachłannie ściskającego laskę Usherów, symbol władzy, który już niebawem ma zostać przekazany albo Boone'owi, albo Kattrinie. Na pewno nie porażce Walena, najbardziej nieudanemu z nieudanych dzieci szalenie wymagającego właściciela niezawodnej maszynki do robienie pieniędzy, firmy zbrojeniowej bezlitośnie opluwanej przez niewdzięcznego Riksa. Pacyfistę, który przybył po swój kawałek tortu. Po materiały do niewybaczalnej książki. Gotów zapisać się w kronikach Usherów jako największy zdrajca, byle mieć swój niekwestionowany bestseller.

Okładka książki. „Usher's Passing”, Open Road Media 2011

Miejscowi powiadają, że w Usherlandzie żeruje czarna pantera należąca do niejakiego Dyniowatego. Ich ofiarami od wielu lat padają dzieci, które zanadto oddaliły się od domów, ale Newlan Tharpe jest już na tyle duży, by uznawać te opowieści za sposób dorosłych mieszkańców góry Briartop na zdyscyplinowanie swoich wszędobylskich pociech. Bajeczki górali. Tak myślał New, ale zmienił zdanie po nocy spędzonej w cienistych krzewach, gdzie odkrył jeden ze swoich niezwyczajnych talentów. Moc Carrie White. Młodzian, którego pragnie Twierdza i bacznie obserwuje Król Góry, jedyny mieszkaniec zrujnowanej osady na samiutkim szczycie Briartop. Mordercze przyciąganie chorego budynku, zew Twierdzy, w zduszeniu którego może pomóc nieustępliwa dziennikarka. Właścicielka „Foxton Democrat”, najstarszej lokalnej gazety od zawsze należącej do jej rodziny. Wcześniej do jej ojca, Wheelera Dunstana, od paru lat pracującego nad książką o Usherach, bynajmniej zaprzyjaźnionej rodzinie, która dobitnie udowodniła mu – a właściwie zrobił to Walen Usher – że jest nietykalna. W końcu dostarcza Pentagonowi niezawodnych narzędzi do siania zniszczenia. A przynajmniej takie zdanie o rodzinnie firmie ma Rix, idealista, który właśnie dowiaduje się, że majątek Usherów szacuje się na dziesięć miliardów dolarów. Poglądy poglądami, ale taka kasa... Kuszenie dobrego człowieka, którego historia chyba nikomu nie pozostawi wątpliwości, że bogactwo jest przereklamowane. Lepiej dorastać w lichej chacie u podnóża góry Briartop niż w przeraźliwie zimnym pałacu Usherów. W depresyjnej Stróżówce i tym bardziej Strefie Mroku zwanej Twierdzą. Głowa rodziny Tharpe'ów przynajmniej na początku tej stylowej opowieści, tej fascynującej, zmyślnie poplątanej, stosownie wyboistej drogi, chętnie zamieniłaby się z Rixem. Panicz niedoceniający tego, co w swojej łaskawości zesłał mu los. Knujący przeciwko własnej rodzinie, przekopujący pod osłoną nocy bibliotekę w Stróżówce - więcej informacji najpewniej znalazłby w Twierdzy, ale tam z wiadomych powodów;) boi się zapuszczać - w poszukiwaniu materiałów niekoniecznie do swojej książki. Magiczne podróże w czasie w wehikule Roberta McCammona, stopniowe odkrywanie w większości czarnych kart z przepastnej rodzinnej kroniki. Amerykański Kaligula, szalony wynalazca, prawdziwy Romeo i wreszcie ten, który poznał Wielkiego Edgara, zapijaczonego pisarzynę, który miał zagubić się w mrokach dziejów. Nietrafione proroctwo aroganckiego Hudsona Ushera, pierwszego właściciela - w tych „szacownych” kręgach rodzinnych - jedynego w swoim rodzaju berła, symbolu władzy z wygrawerowaną głową lwa: herbem Usherów. Niekończąca się opowieść o zniewoleniu, deprawacji, degrengoladzie przekazywanej z pokolenia na pokolenie, o życiu w złotek klatce, w szponach Choroby i istnego wieloryba wśród budynków mieszkalnych. Najczystszego Zła, które teraz najwyraźniej upatrzyło sobie młodego New Tharpe'a, ostatniego oczka w głowie niegościnnej Myry. Twardej kobiety, która nie wydaje się być szczególnie przejęta najnowszą i zapewne nieodwracalną tragedią w paśmie nieszczęść, które nazywa życiem. Dla jej syna to bardziej przetrwanie, którego nie ma zamiaru ciągnąć do grobowej deski. Wbrew życzeniu swojej kochanej rodzicielki, wyprowadzi się z tej lichej chaty, którą ona nazywa domem, przy pierwszej okazji, jaka się nadarzy. Czyli teraz? Kiedy Twierdza w kółko mówi „chodź do domu”? W „Dziedzictwie Usherów” Roberta McCammona splatają się ścieżki coraz bardziej pogubionego Riksa Ushera, regularnie hipnotyzowanego przez jakąś Mroczną Siłę – aż ciarki przechodzą po plecach! - cudownego(?) chłopca Newlana Tharpe'a i młodej dziennikarki Raven Dunstan, usiłującej rozwiązać zagadkę znikających dzieci z Usherlandu. Oczywiście, ta trójka nie porusza się w próżni – wokół nich krążą zróżnicowane charakterologicznie postaci, różnorodna ludność świata zamkniętego na kartach tej mistrzowskiej powieści grozy. Zabójczej symfonii Usherów. Zabójczo pięknej brzydocie. Czy Logan Bodane, śliski dziewiętnastolatek, będzie kontynuował rodzinną tradycję służenia Usherom, czy raczej przyniesie wstyd swojemu stryjowi? Jakiż niecny biznes rozkręcił brutalny mąż - bez opamiętania trwoniący rodzinny majątek (pewnikiem uzależnienie) Boone Usher - okropnej dziewuchy (przynajmniej według jej teściowej) imieniem Puddin', która rzadko wyściubia nos z sypialni? Jakie zmiany zaszły w Kattrinie Usher, rozchwytywanej modelce, wbrew pozorom lepiej przygotowanej (czyżby?) do prowadzenia rodzinnej firmy od pierworodnego dziecka powoli i w niewyobrażalnych bólach zstępującego władcy? I wreszcie kim jest niesławny Dyniowaty i co kryje się w Twierdzy? Riksa najbardziej jednak interesuje najambitniejsza praca Wheelera Dunstana, wstępnie zatytułowana „Historię tę opowie czas”. Życiowy projekt poprzedniego właściciela „Foxton Democrat”, który zazdrośnie strzeże swojego skarbu. Na marginesie: czyżby też mały hołd dla „Studni i wahadła” Edgara Allana Poego?

Dziedzictwo Usherów” Roberta McCammona to prawdziwa gratka nie tylko dla miłośników opowieści makabrycznych Edgara. Co więcej znajomość „Zagłady domu Usherów”, która to wszystko zaczęła, nie jest wymagana - mile widziana, ale nie niezbędna w naturalnym pragnieniu odnalezienia się w tym epickim świecie - zapewne przyda się jednak słabość do historii niesamowitych. Choć lekki pociąg do opowieści o nawiedzonych zamczyskach, rodzinnych klątwach, trupach poupychanych w nieprzyzwoicie drogich szafach i mrocznych obecnościach w zatrutych zakątkach świata. Na mnie to dzieło rzuciło najprawdziwszy urok. Dobry urok. Najlepszy!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 22 lipca 2023

„Amerykańska rzeź” (2022)

 
Zgodnie z zarządzeniem gubernatora Harpera Finna w całym stanie dochodzi do aresztowań nielegalnych imigrantów i ich dzieci, włącznie z osobami urodzonymi w Stanach Zjednoczonych. Szansą na odzyskanie wolności jest wolontariat w Związku Jedności Emerytowanych Mieszkańców, opieka nad seniorami z domu niespokojnej starości niejakiego Eddiego. W programie mogą brać udział jedynie młode ofiary czystki gubernatora Finna, ale sumienne wykonywanie obowiązków koniec końców może przysłużyć się także ich rodzicom. Z tej szansy, na swoje nieszczęście, postanawia skorzystać JP, rodowity Amerykanin z meksykańskimi korzeniami, którego rozdzielono z ukochaną siostrą i matką.

Plakat filmu. „American Carnage” 2022, Saban Films, Xolo Productions, The Hallivis Brothers

Reakcja na klimat polityczny panujący w Stanach Zjednoczonych za prezydentury Donalda Trumpa. Horror komediowy twórcy „Zakrzywienia” (2017), Diego Hallivisa, którego scenariusz napisał razem ze swoim bratem Julio Hallivisem. Właściwie początków „Amerykańskiej rzezi” (oryg. „American Carnage”) należy wypatrywać już w kampanii prezydenckiej 2016, która skłoniła pochodzących z Meksyku filmowców (w Stanach Zjednoczonych osiedli jeszcze przed osiągnięciem pełnoletności) do głębszych przemyśleń o wykorzystywaniu Latynosów do manipulowania społeczeństwem. Kiedy nabrali przekonania, że w tę podłą grę (polityczna nagonka na wybrane grupy społeczne) grają nie tylko republikanie, ale i demokraci, zapragnęli stworzyć coś, co w przyszłości mogliby pokazywać wszystkimi, którzy zapytaliby „co zrobiliście, co powiedzieliście, kiedy to wszystko się działo?”. Coś, z czego mogliby być dumni. A że najbardziej inspirującymi dla braci Hallivis twórcami są Jordan Peele („Uciekaj!” 2017, „To my” 2019, „Nie!” 2022) i Edgar Wright (m.in. „Wysyp żywych trupów” 2004, „Ostatniej nocy w Soho” 2021) zaczęli się zastanawiać, jak też mógłby wyglądać film tych panów o Latynosach. Obraz został uwolniony w lipcu 2022, przy czym do Polski trafił rok później, bezpośrednio na platformy VOD.

Nowa Królowa Krzyku, Jenna Ortega (m.in. „Opiekunka: Demoniczna królowa” McG, „Krzyk” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta, „Studio 666” BJ McDonnella, „X” Ti Westa, „Krzyk VI” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta) „alias Wednesday Addams” w manifeście braci Hallivis. Szalonym horrorze z szalonej epoki. A zaczynamy od szczujących głów, fragmentów autentycznych nagrań (archiwum audiowizualne) z nieprawdziwej utopii (ten amerykański patos). Następnie poznajemy młodego pracownika fast foodu Juana Pablo 'JP' Valdesa (przekonująca kreacja Jorge'a Lendeborga Jr.), głównego bohatera „Amerykańskiej rzezi” Diego Hallivisa, który najwidoczniej (jeden z plakatów w jego pokoju) wśród swoich filmowych ulubieńców ma „To my” Jordana Peele'a. Niedługo po otrzymaniu słodko-gorzkiej wiadomości o sukcesie jego kochanej siostry – Lily dostała się na wymarzoną uczelnię, JP martwi jednak spora odległość uniwersytetu od ich domu rodzinnego; perspektywa rozłąki nie tylko z siostrą, ale i najlepszą przyjaciółką – rodzina Valdesów zostaje aresztowana na mocy rozporządzenia gubernatora Harpera Finna, makiawelisty, któremu w prawdziwym życiu dawałabym duże szanse na wygraną w wyborach. Finn nie tylko wybrał sobie jeden z najpewniejszych sposobów na pozyskanie elektoratu (syndrom oblężonej twierdzi), ale jeszcze przed tak zwanym świętem demokracji (do urn, ludu do urn!) przeszedł od słów do czynów. To dopiero rzadkość... Trzeba więc przyznać, że dzielny Finn jest politykiem wiarygodnym, że nie obiecuje gruszek na wierzbie. Jak zapowiedział, tak zrobił – zapolował na czarownice i czarnoksiężników. I tak JP wylądował w Strefie 45, prowizorycznym areszcie dla młodocianych niby przestępców, którym z odsieczą pędzi medialna przeciwniczka gubernatora Finna. A przynajmniej potomkom „wrogów publicznych numer jeden”, dzieciom nielegalnych imigrantów z obywatelstwem amerykańskim. Prawniczka przywraca nadzieję więźniom osobnika z prawdziwą obsesją na puncie władzy (koryto ponad wszystko), w tym naszemu JP. Wolontariat w Związku Jedności Emerytowanych Mieszkańców założonym przez rzekomego filantropa imieniem Eddie (intrygujący występ Erica Dane'a), ma być jedyną szansą na wycofanie prokuratorskich oskarżeń. Z deszczu pod rynnę. Dozór elektroniczny w podejrzanym domu seniora. Nierealna wizja przyszłości? Jeśli podejść do tego z maksymalną powagą, to można to uznać za gargantuiczną bujdę na resorach - przynajmniej, jeśli jest się optymistą - nie jestem tylko przekonana, czy na takim podejściu zależało autorom „Amerykańskiej rzezi”. W krzywym zwierciadle, z przymrużeniem oka... Rozpacz ubrana w humor. Opowieść o migrantach, seniorach i UWAGA SPOILER dosłownej konsumpcji klasowej – stojący wyżej na drabince społecznej, zjadają tych z niższych szczebli. „Zielona pożywka” Richarda Fleischera, na podstawie powieści „Przestrzeni! Przestrzeni” Harry'ego Harrisona, spotyka urban legend o burgerach z ludzi KONIEC SPOILERA. O rasizmie, ksenofobii i gerontofobii bez zadęcia, nienapuszonym tonem. Niezażarta, nienapastliwa „debata polityczna”; zdaje się świadomie przejaskrawione „jutro”. Horror społeczny w barwach (niekiedy) „Ostatniej nocy w Soho” Edgara Wrighta i w oparach gazu rozweselającego, najczęściej rozpylanego przez notabene Big Maca, a właściwie Sammy'ego McDonalda (piękny popis Allena Maldonado), który nie wie, czy zgarnęli go za to, że jest czarny, czy za to, że jest Latynosem – wątpliwość wyrażona z inicjatywy odtwórcy niniejszej postaci, wkład doświadczonego aktora w scenariusz The Hallivis Brothers.

Plakat filmu. „American Carnage” 2022, Saban Films, Xolo Productions, The Hallivis Brothers

Jednym z celów, jakie postawili sobie scenarzyści „Amerykańskiej rzezi” były niedopuszczenie do połknięcia horroru przez komedię. Poruszanie się na styku tych dwóch gatunków niewątpliwie jest obarczone takim ryzykiem – zdarza się, i to nierzadko – a Diego i Julio Hallivis z dwojga złego pewnie woleliby, żeby groza przykryła rozbawienie. Jeśli tak, to przydałoby się więcej takich smaczków jak niemożliwie wyginające się ciała pensjonariuszy domu opieki Eddiego. „Egzorcysta” Williama Friedkina z turbodoładowaniem „Nieproszonych gości” Charlesa i Thomasa Guardów. Dobrze, jakość słabsza, bo na kilometr czuć CGI, ale coś w tym jest... W każdym razie zwykle mniej przychylnym okiem spoglądam na tak jaskrawe efekty komputerowe w kinie grozy. Tego samego niestety nie mogę powiedzieć o bodaj najbardziej makabrycznym akcencie w „Amerykańskiej rzezi” (główny pojedynek, czy jak kto woli ostateczna konfrontacja) – a już zdążyłam nabrać przekonania, że nie doczekam bardziej kłującego w oczy ujęcia od plastikowo baśniowego zakończenia „niespodziewanego spotkania” w skrzydle szpitalnym domu niespokojnej starości. Gdzie zdążyły zawiązać się nowe przyjaźnie. JP, bezglutenowa weganka i socjalistka Micah Fuentes (zadowalająca kreacja Belli Ortiz), zmagający się z chroniczną nerwicą i paranoją Christopher Morales (też niezgorszy Jorge Diaz), wspomniany już „klasowy błazen” Sammy McDonald i wreszcie aktywistka Camila Montes (bezbłędna Jenna Ortega), buńczuczne dziewczę z tym charakterystycznym „addamsowym spojrzeniem” (gdyby wzrok mógł zabijać...) - bardziej przymusowi pracownicy, aniżeli wolontariusze programu diabolicznie charyzmatycznego Eddiego. Troskliwy tatuś ewidentnie z niewyobrażalnym brudem za paznokciami. Albo źle go oceniłam. Dumnego właściciela skrzydlatego strażnika „idyllicznej przystani dla ludzi w jesieni życia”, który nie życzy sobie żadnych kłótni „w rodzinie”. JP nie potrafi jednak obojętnie patrzeć na niegodną egzystencję bliźnich. Nie może milczeć w obliczu krzywdy zadawanej bezbronnym istotom przez opłacanych pracowników Eddiego, a właściwie przez kierownika z kompleksem Boga. Komnata tortur na widoku. W kulcie młodości nie trzeba wszak specjalnie kryć się z takimi praktykami – i tak nie spojrzą, bo się brzydzą. Bo starość ich przeraża. Zwolennicy praktycznych efektów specjalnych najprędzej docenią wkład zespołu protetyków w „Amerykańską rzeź” Diego Hallivisa, który ma też swoje symboliczne znaczenie. UWAGA SPOILER Poczucie uwięzienia między dwoma światami, zdaniem scenarzystów omawianego obrazu doskonale znane wielu Latynoamerykanom, później odbite na twarzach niektórych członków paczki demaskatorów KONIEC SPOILERA. Gdyby to był modelowy dom opieki, pewnie szybko doszłabym do wniosku, że JP znalazł swoją niszę na rynku pracy. Chłopak jest wprost stworzony do opieki nad osobami starszymi, ale coś mi mówiło, że największą szansę na zaliczenie tego programu ma Camila, która nie daje po sobie poznać, by wzruszał ją widok młodych bogów wyżywających się na słabszych. W przeciwieństwie do JP zachowuje pokerową twarz w każdej sytuacji – albo oscarowa gra, albo brak empatii. Najlepiej JP dogaduje się z Micah, której wprawdzie udaje się nie wchodzić w drogę niewydarzonemu bokserowi, nie trafić na czarną listę prawej ręki Eddiego, czyli podzielić jego losu, ale ze wszystkich nowych przyjaciół wrażliwego protagonisty, jej wydaje się najbardziej leżeć na sercu komfort podopiecznych. Wbrew zamiarom twórców ta przeklęta posiadłość nie miała dla mnie żadnych tajemnic. Wierzcie lub nie, ale byłam przygotowana na wszystkie z przewidzianych niespodzianek, nadspodziewanie szybko rozpracowałam tę zwariowaną intrygę, nie przełożyło się to jednak na moje zainteresowanie perypetiami domorosłych detektywów. Barwna ferajna na tropie szeroko zakrojonego spisku. Zuchwałej działalność pod przykrywką sielskiego domu seniora. Kino (nie)czysto rozrywkowe, nienachalnie komentujące współczesną rzeczywistość, niebojące się poruszać drażliwych kwestii, tematów zwykle rozpalających nie tylko amerykańską opinię publiczną, skutecznie dzielących społeczeństwo ku uciesze cynicznych pretendentów do najwyższych stołeczków (w myśl starożytnej zasady „dziel i rządź”). Odskocznia od gatunkowych ważniaków:) Zamierzenie niepełnokrwisty horror, prosta, ale nie powiedziałabym, że prostacka, opowieść do poduszki. Kolorowych snów w brutalnym świecie.

Jazda po bandzie z bananem na twarzy. Zakręcony horror o nietajnym ośrodku dla seniorów. Folwark zwierzęcy Diego i Julio Hallivisa. Sorry, taki mamy klimat. No dobrze, aż tak, to nie (jeszcze?), ale „Amerykańska rzeź” wyreżyserowana przez pierwszego z wymienionych braci, to historia napisana pod natchnieniem autentycznych nastrojów społecznych. Odpowiedź na kampanię wyborczą konkretnej persony. De facto zwycięską kampanię. Historia w atmosferze strachu napisana. W oblężonej twierdzy o nazwie „American Dream”. Taki niesmaczny żarcik;) w światku horroru. Jeśli podejść na luzie, można całkiem udanie spędzić czas.

czwartek, 20 lipca 2023

„Zapytaj matkę” (2023)

 
Emmett przybywa wraz ze swoją narzeczoną Anyą do wiejskiej posiadłości odziedziczonej po matce, celem przeprowadzenia prac porządkowych przed zawiązaniem współpracy z agentką nieruchomości. Para od jakiegoś czasu stara się o dziecko, Anya martwi się jednak o motywację Emmetta. Boi się, że za pragnieniem wydania na świat potomka w przypadku jej ukochanego stoi głęboki uraz psychiczny, spowodowany porzuceniem przez rodzicielkę w dzieciństwie. Wbrew usilnym staraniom narzeczonej, Emmett konsekwentnie tłumi w sobie emocje. Zamiast stawić czoło traumatycznej przeszłości, zmierzyć się z wewnętrznymi demonami, godzi się z ich negatywnym wpływem na jego kondycję psychiczną. Ale niecodzienne zdarzenia zachodzące w zaskakującej spuściźnie po wyrodnej matce, zmuszą mężczyznę do wejrzenia w głąb siebie. Kiedy Anya zacznie zachowywać się jak kobieta, która wydała go na ten straszny świat.

Plakat filmu. „Mother, May I?” 2023, Bad Grey, Cine Primo, Burn Later Productions

Drugie pełnometrażowe osiągnięcie reżyserskie Laurence'a Vannicelliego – po filmie-widmo pt.„Vera”, podobno wydanym w 2015 roku – na podstawie jego własnego scenariusza, wykorzystującego pomysły jego partnerki, byłej baletnicy Daisy Long, czołowej choreografki w ekipie „Zapytaj matkę” (oryg. „Mother, May I?”). Dobrze przyjętego przez krytyków amerykańskiego nadprzyrodzonego(?) thrillera psychologicznego, ewentualnie arthouse horroru, zrealizowanego w tak zwanym reżimie sanitarnym, tłumaczonym pandemią COVID-19, co zważywszy na charakter niniejszej opowieści (wymyślonej w „czasach zarazy” i poniekąd w tym depresyjnym nastroju rozsnutej), ogromnym uniedogodnieniem nie było. Według Dane'a Eckerle'a, jednego z głównych producentów filmu „wszyscy mieszkali i pracowali na jednej posesji i byli ze sobą bliżej niż na jakimkolwiek tradycyjnym planie”. Tym sposobem wytworzyły się niesamowite więzi w zespole pod artystycznym kierownictwem Laurence'a Vannicelliego, który postanowił porozmawiać o traumie. Rezultat tych pracowitych wakacji w „pandemicznej kapsule” najpierw zaprezentowano publiczności niemieckiego Fantasy Filmfest Nights w kwietniu 2023 roku. W Polsce film zadebiutował na CDA Premium w lipcu tego samego roku, parę dni przed zaplanowanym wejściem do amerykańskich kin i na tamtejsze platformy VOD (akcja Dark Sky Films).

Kyle Gallner (m.in. „Red” Trygve'a Allistera Diesena i Lucky'ego McKee, na podstawie powieści Jacka Ketchuma, „Udręczeni” Petera Cornwella, „Koszmar z ulicy Wiązów” Samuela Bayera, „Krzyk” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta, „Uśmiechnij się” Parkera Finna”) i Holland Roden w nawiedzonym domu na wsi. Widowiskowe popisy aktorskie w ciężkiej atmosferze psychicznej matni. Nietypowe podejście do motywu opętania – przewietrzenie konwencjonalnej budowli osobliwym związkiem tajemniczych postaci. Naturalne potrzeby istoty ludzkiej zapędzane w kozi róg kompleksu Edypa? Emmetta poznajemy tuż po śmierci jego biologicznej matki, w młodości sławnej tancerki, która z jakiegoś nieznanego mu powodu porzuciła go w dzieciństwie. Nie spodziewał się więc, że ta w gruncie rzeczy obca mu kobieta uczyni go jedynym spadkobiercą swojego majątku, w skład którego wchodzi dom na prowincji, w którym Emmett spędził pierwsze lata swojego nieszczęśliwego życia. Właściwie zdążył już odnaleźć swoje szczęście, a przynajmniej tak mu się wydaje. W jego przekonaniu Anya to pierwsza kobieta, która obdarzyła go miłością i nawet jeśli mężczyzna nie jest pewien swoich uczuć, jeśli w głębi ducha uważa, że nie nie są połówkami tego samego jabłka, woli niedopasowanie od dozgonnej samotności. Wystudiowana pogoda ducha młodego mężczyzny z potężnym bagażem doświadczeń. Syndrom odrzucenia, przypuszczalnie będący największym zmartwieniem jego narzeczonej. Niespełnionej poetki, niepretendującej do miana Perfekcyjnej Pani Domu. Roztrzepana jednostka, która paradoksalnie może pomóc Emmettowi w osiągnięciu wewnętrznego spokoju. Z pomocą swojej matki, psychoterapeutki, o której życiowy wybranek Anyi zdecydowanie nie ma najlepszego zdania. Wtrąca się do cudzego życia, a nawet nie nauczyła swojej córki pływać! Taka to ekspertka od ogniska domowego. Można więc śmiało założyć, że napięcie między Emmettem i Anyą nie zaczęło się gromadzić w osobliwym domu pani Tracy, kobiety, która miała pozbyć się swojego jedynego dziecka. Emmett jak zwykle robi dobrą minę do złej gry i pewnie spokojnie można by było nazwać go mistrzem w sztuce kamuflażu, gdyby udało mu się oszukać przyszłą żonę; przekonać ją, że rany zadane przez jego rodzicielkę już się zasklepiły. Ale jak to zrobić w miejscu, które prawdopodobnie ożywia mnóstwo wcześniej głęboko zakopanych wspomnień? Obmierzłe trupy nieubłaganie wychodzące na powierzchnię w przestronnym domu, który w wyniku działań filmowców wydaje się zbyt ciasny dla jednej osoby, a przypomnijmy, że sukcesor tego przeklętego przybytku rezyduje w nim ze swoją narzeczoną. Albo matką, trudno powiedzieć. Ulubionym sposobem Anyi na radzenie sobie z różnymi problemami w związku jest zamiana ról, którą najpewniej doradziła jej matka. Swego rodzaju wchodzenie w skórę partnerki/partnera, odgrywanie postaci przez sześćdziesiąt sekund, wczuwanie się w osobę siedzącą naprzeciwko... które zainspirowało duszę łaknącą kontaktu ze swoim jedynym synem? Diaboliczna istota już nieprzynależąca do jego świata, wreszcie znalazła sposób na zbliżenie się do Emmetta. Swojego dzikuska, któremu być może chce wynagrodzić krzywdy – w skradzionej skórze być taką matką, jaką nigdy nie była we własnej. Emmett skłania się jednak ku bardziej przyziemnemu wyjaśnieniu drastycznych zmian w zachowaniu i wyglądzie zewnętrznym Anyi. Myli się, sądząc, że wątpliwa wybranka jego udręczonego serca, odstawia niesmaczną szopkę, w nadziei na uśmiercenie wewnętrznych bestii Emmetta, które siłą rzeczy stoją na drodze także do jej szczęścia? Innymi słowy pomagając jemu, Anya pomoże też sobie. O ile podejrzenia Emmetta są słuszne i oczywiście zakładając, że nader śmiały plan zmartwionej narzeczonej się powiedzie. Hipotetyczny plan, bo jakiś głosik niekoniecznie tylko w głowie odbiorcy „Zapytaj matkę” Laurence'a Vannicelliego uparcie będzie rozprawiał o opętaniu. Upiorny szept porywaczki ciała.

Plakat filmu. „Mother, May I?” 2023, Bad Grey, Cine Primo, Burn Later Productions

W krętych korytarzach ludzkiego umysłu. W intymnej strefie, gdzie nic nie jest takie, jak się wydaje albo wszystko jest dokładnie takie, jak się wydaje. „Zapytaj matkę” Laurence'a Vannicelliego to historia kipiąca niedopowiedzeniami. Zdająca się na domysły widza, polegająca na jego wyobraźni i umiejętności łączenia kropek. Gotowości do wyciągania własnych wniosków z zaobserwowanych wydarzeń i zasłyszanych historii. Sekretna saga rodzinna, podejrzana sprawa z zapadłej prowincji. „Zapytaj matkę” bazuje głównie na klimacie – alienacja, klaustrofobia, paranoja, psychopatologia w posępnym naturalnym krajobrazie; zgniłozielone tło dookoła przeklętego domu (i sąsiedniej posesji) odmalowane przez Matkę Naturę – i kreacjach aktorskich. Na spektakularnych występach Kyle'a Gallnera i Holland Roden, wypada jednak wspomnieć, że nie są to jedyni obywatele tego nieprzyjaznego świata przedstawionego. Mauzoleum okropnych wspomnień? Na pewno arena niecodziennych wydarzeń. Gwałtowny zwrot w życiu „kameleona”. Nieprognozowane anomalie niepogodowe. Niezwykle cicha burza bynajmniej w szklance wody. Emmett i Anya planowali przygotować niespodziewany spadek tego pierwszego na pierwsze oględziny pośredniczki w obrocie nieruchomościami i niezwłocznie wrócić do miasta, ale każde dziecko wie:), że do nawiedzonego zamczyska łatwiej wejść, niż zeń wyjść. Niemarny substytut matki. Dusza narzeczonej spętana przez duszę rodzicielki. Osobowość Anyi połknięta przez faktyczną bądź tylko domniemaną osobowość Tracy. Nieklasyczne opętanie; intrygująca koncepcja, której moim zdaniem przydałoby się jakieś doborowe towarzystwo. Mistyczny taniec (choreografia Daisy Long) w środku nocy przed stosownie niekomfortowym domem, widmowa sylwetka Anyi przytulona do nieprzeniknionych ciemności w tym momencie królujących w salonie (przypomniał mi się „Czarny łabędź” Darrena Aronofsky'ego: buu! Mój Ty cukiereczku) i cudnie rozgorączkowana sekwencja makabrycznych zdjęć z dalszej partii „Zapytaj matkę” (tutaj z kolej przypomniał się „The Ring” Gore'a Verbinskiego: legendarna kaseta wideo), to według mnie największe ustępstwa - nie licząc soczystego klimatu i ewentualnie syndromu Anyi-Tracy, przyjmując, że mamy tutaj do czynienia z opętaniem à la „Egzorcysta” Williama Friedkina - na rzecz horroru. Mało? Mnie tam by wystarczyło, gdyby środkową część filmu wspomóc jakimś dodatkowym wątkiem lub po prostu przedstawić tę toksyczną albo zbawienną relację z większym pazurem. Za bardzo to zachowawcze, jak dla mnie. Monotonia dnia codziennego z mamusią w skórze narzeczonej. „Zakręcony piątek” Laurence'a Vannicelliego, który chyba za dużo mi obiecał. Pompowanie balonika, który owszem pękł ze stosownym hukiem, ale „czasami […] Zielona Mila jest taka długa”, że pozwolę sobie zacytować Stephena Kinga. Wszystko (począwszy od planszy tytułowej) wskazuje na starą szkołę straszenia – niegłupia rozprawa pod tytułem „Najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy. Wyobrażone potwory zawsze potworniejsze od najwymyślniejszych efektów specjalnych” - co potraktowałam jako największą zachętę, nie mogłam jednak oprzeć się wrażeniu, że komuś tutaj zamarzyło się prześcignięcie najwybitniejszych wykładowców na tej szacownej uczelni. Konkretnie, ekspertów od slow burning aka nic się nie dzieje. Śmiem przypuszczać, że mniej preferowanej w dzisiejszych czasach narracji, z którą osobiście mocno sympatyzuję – ta formuła z reguły dobitniej do mnie przemawia od rozpędzonym filmowych kolejek – ale czy to aby nie jest lekka przesada? A może jaskółka, która wiosnę czyni? Może idzie nowe, może nawet spodoba mi się bardziej od poprzedniego? Ten eksperyment uznaję jednak za w połowie udany. Raz na wozie, raz pod wozem; wzloty i upadki w niemal hermetycznym świecie Emmetta i Anyi-Tracy; niepożądane wahania nastroju zgotowane przez bądź co bądź całkiem obiecującego reżysera. Marazm i napięcie, napięcie i marazm, i tak aż do pysznie nieapatycznego finału.

Inwazja porywaczki ciała w Stefie Mroku. Siłowanie się z wiecznie nienażartą traumą na krańcu świata. W wytęsknionych objęciach matki. W koszmarnych objęciach rzeczonej. Ależ ta historia miała potencjał! Mógł być młot pneumatyczny, a dostałam zaledwie toporek. Cóż, dobre i to. W każdym razie „Zapytaj matkę” Laurence'a Vannicelliego to historia o opętaniu, której raczej nie poleciłabym fanom standardowych opowieści o opętaniu. Opętaniu przez demony przeszłości, a i niewykluczone, że przez szalenie zdeterminowaną nieboszczkę. Nadnaturalną obecność w klaustrofobicznej krainie niespełnionych marzeń. (Nie)zawodny środek na wywołanie depresji. Spożywasz na własne ryzyko, ale jeśli wolno mi coś wtrącić, zwróć uwagę na ostrzeżenie/obietnicę „na etykiecie”: pooowolne spalanie.