piątek, 29 września 2023

Zapowiedzi adaptacji/ekranizacji twórczości Stephena Kinga

 
Zgodnie ze zwyczajem (tutaj i tutaj) poniżej przedstawiam zapowiedziane produkcje oparte na prozie Stephena Kinga. Mniej i bardziej odległe plany filmowców, obrazy, nad którymi rozpoczęto już pracę oraz dziełka obecnie znajdujące się w fazie postprodukcji, czekające na premierę. Niektóre pozycje pozwoliłam sobie opatrzyć grafikami związanymi z literackimi oryginałami – okładki zagranicznych wydań utworów i materiały promocyjne.
 

Pet Sematary: Bloodlines”, reż. Lindsey Anderson Beer

Plakat filmu. „Pet Sematary: Bloodlines”, Paramount Pictures

Jedni mówią, że to będzie prequel powieści „Pet Sematary” (pol. „Smętarz dla zwierzaków” aka „Cmętarz zwieżąt”) z 1983 roku, a inni, że prequel opartego na niej filmu wyreżyserowanego przez Kevina Kölscha i Dennisa Widmyera, który został uwolniony w 2019 roku. Tak czy inaczej, Lindsey Anderson Beer scenariusz opracowała we współpracy z Jeffem Buhlerem, scenarzystą readaptacji „Smętarza dla zwierzaków”. Akcja ma rozgrywać się w 1969 roku i podążać za młodym Judem Crandallem, chłopakiem z Ludlow, fikcyjnego małego miasteczka w stanie Maine. Chłopakiem, w którego wcielił się Jackson White (w filmie zobaczymy też między innymi Samanthę Mathis, Davida Duchovny'ego i Henry'ego Thomasa) i który odkrywa mroczną tajemnicę tej na pozór sennej mieściny. Pradawne zło, z którym zmierzy się wraz ze swoimi przyjaciółmi.
 

Apt Pupil”, reż. Alan Bridges

Okładka książki. „Apt Pupil”, Scribner 2018

Readaptacja(?) minipowieści zamieszczonej, pod tym samym tytułem (pol. „Pojętny uczeń”) w zbiorze „Different Seasons” (pol. „Cztery pory roku”), pierwotnie wydanym w 1982 roku. Pierwszy pełnometrażowy - kontrowersyjny - obraz na podstawie rzeczonej historii Stephena Kinga swoją światową premierę miał w roku 1998; w Polsce dystrybuowany pod tytułem „Uczeń szatana”. W tamtym przypadku reżyserii podjął się Bryan Singer, a tym razem z ciężarem tej opowieści zmierzy się... zmarły w 2013 roku Alan Bridges. Właściwie zmierzył się w 1987 roku, biorąc na warsztat scenariusz Jima i Kena Wheatów, ale po dziesięciu tygodniach zdjęć, w trakcie których zgromadzono około 40. minut materiału filmowego, produkcję wstrzymano z powodu problemów finansowych. Szeroka opinia publiczna nie wiedziała o niedokończonym filmie Bridgesa, później nazwanym zaginioną adaptacją powieści Stephena Kinga. O straszliwej relacji chłopaka z małego miasteczka i nazistowskiego zbrodniarza.
 

Salem's Lot”, reż. Gary Dauberman

Okładka książki. „Salem's Lot”, Anchor 2013

Współscenarzysta kasowej readaptacji jednej z najdłuższych powieści Stephena Kinga, najgłośniejszego horroru ostatnich lat, jeśli nie dekad, „To” z 2017 roku i scenarzysta jego kontynuacji wydanej dwa lata później - obie wyreżyserował Andy Muschietti - pochylił się nad innym kultowym utworem pana z Maine, po raz pierwszy opublikowaną w 1975 roku powieścią „Salem's Lot” (pol. „Miasteczko Salem”). Jako pierwszy na ekran przeniósł ją Tobe Hooper – horror wampiryczny z 1979 roku pod tym samym oryginalnym i polskim tytułem – a w 2004 roku wypuszczono wierniejszy oryginałowi miniserial Mikaela Salomona o legendarnym Domu Marstenów górującym nad mieściną Jerusalem, w którym zagnieździło się „zaraźliwe zło”. Gary Dauberman, reżyser i autor scenariusza, obiecuje powrót do korzeni wampiryzmu, do przerażających kreatur, niemających nic wspólnego z seksownymi romantykami, którymi niesamowicie obrodziło współczesne kino. Jednym z głównym producentów nowego „Miasteczka Salem” jest sławny James Wan, a rolę główną, pana Bena Mearsa, powierzono Lewisowi Pullmanowi.
 

The Life of Chuck”, reż. Mike Flanagan

źródło: https://www.youtube.com/watch?v=cPHaL_ytSTs

Pierwsze przeniesienie na ekran minipowieści „Life of Chuck” (pol. „Życie Chucka”) zamieszczonej w zbiorze „If It Bleeds” (pol. „Jest krew...”) z 2020 roku, które ma odbyć się pod artystyczną dyrekcją i w oparciu o scenariusz Mike'a Flanagana, który dwukrotnie mierzył się już z twórczością Stephena Kinga: „Gra Geralda” (2017) i „Doktor Sen” (2019). Trzy rozdziały z kroniki życiowej zwykłego człowieka nazwiskiem Charles Krantz. Miszmasz gatunkowy, w którym być może wystąpią Mark Hamill i Tom Hiddleston.
 

The Monkey”, reż. Oz Perkins

Okładka audiobooka. „The Monkey”, Random House Audio 1989

W 1980 roku w erotycznym magazynie „Gallery” pojawiło się opowiadanie grozy (w formie broszurowej) „niejakiego” Stephana Kinga. Opowieść pod tytułem „The Monkey”, która dwa lata później otrzymała nominację do British Fantasy Award. W zbiorze „Skeleton Crew” (pol. „Szkieletowa załoga”) pierwotnie wydanym w 1985 roku, rozgościła się „Małpa” Kinga po operacji plastycznej – przerobione opowiadanie z „Gallery”. W maju 2023 roku ujawniono, że Oz Perkins, twórca między innymi „Zło we mnie” (2015) oraz „Małgosi i Jasia” (2020), napisze scenariusz, a następnie wyreżyseruje pełnometrażowy obraz o braciach bliźniakach, w ręce których wpada zabójcza zabawka: stara małpka przez długie lata zbierająca kurz na strychu ich domu. W filmie najprawdopodobniej wystąpi Theo James, a producencką pieczę nad projektem objęła założona przez Jamesa Wana firma Atomic Monster.
 

Mile 81”, reż. Alistair Legrand

Okładka książki. „Mile 81”, Scribner 2011

Najpierw był e-book, a potem „The Bazaar of Bad Dreams” (pol. „Bazar złych snów”). Wypuszczone w 2011 roku opowiadanie „Mile 81”, cztery lata później pokazało się w jednym ze zbiorów krótszych opowieści Stephena Kinga; w Polsce przedstawione jako „130. kilometr”. W lutym 2019 roku ogłoszono, że Alistair Legrand, twórca między innymi „Diabolicznego prześladowcy” (2015) i „Clinical” (2017), rozpoczął pracę nad filmową adaptacją tego utworu. Opowieści o tajemniczej sile nękającej dwóch braci przy zjeździe 81 z autostrady w Lewiston w stanie Maine. Scenariusz przygotowali Alistair Legrand i Luke Harvis, którzy współpracowali też przy wyżej wymienionych reżyserskich dokonaniach tego pierwszego.
 

The Long Walk”, reż. André Øvredal

Plakat filmu. The Long Walk”, New Line Cinema, Vertigo Entertainment

W 1979 roku Richard Bachman, znany też jako Stephen King, pochwalił się swoją dystopijną powieścią grozy „The Long Walk” (pol. „Wielki marsz”), a w 1988 roku zwrócono się do George'a A. Romero z propozycją zaadaptowania tej niewesołej historii na ekran. A potem zapadła bardzo długa cisza... Temat powrócił w 2007 roku – wtedy znowu zaczęło się mówić o filmowym wydaniu morderczego marszu, niskobudżetowej produkcji „dziwnej i egzystencjalnej”, którą miał zamiar nakręcić Frank Darabont, doświadczony adaptator twórczości Stephena Kinga („Skazani na Shawshank” 1994, „Zielona mila” 1999, „Mgła” 2007). I znowu zapadła bardzo długa cisza... przerwana w kwietniu 2018 roku, kiedy to markowa firma New Line Cinema uroczyście obwieściła, że stała się posiadaczką praw do sfilmowania „Wielkiego marszu” i zdążyła już zlecić Jamesowi Vanderbiltowi (m.in. „Gdy zapada zmrok” Jonathana Liebesmana, „Zodiak” Davida Finchera, późniejsze „Krzyk” i Krzyk IV” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta) napisanie scenariusza. Wówczas ujawniono też, że Vanderbilt wyprodukuje film razem z Bradleyem Fischerem i Williamem Sherakiem, a w 2019 roku świat obiegła informacja o zaangażowaniu André Øvredala (m.in. „Łowca trolli” 2010, „Autopsja Jane Doe” 2016, „Upiorne opowieści po zmroku” 2019, „Demeter: Przebudzenie zła” 2023) w charakterze reżysera.
 

The Running Man”, reż. Edgar Wright

Okładka książki. „The Running Man”, Scribner 2016

The Running Man” (pol. „Uciekinier”): powieść science fiction po raz pierwszy opublikowana w 1982 roku pod pseudonimem Richard Bachman. Antyutopijna wizja przyszłości, dość swobodnie przełożona na język filmu przez Paula Michaela Glasera (reżyseria) i Stevena E. de Souzę – film z 1987 roku z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej. A Edgar Wright, twórca między innymi „Wysypu żywych trupów” (2004) i „Ostatniej nocy w Soho” (2021), zawsze marzył o stworzeniu remake'u tamtego obrazu. I wszystko wskazuje na to, że jego życzenie w końcu się spełni. W lutym 2021 roku wytwórnia Paramount Pictures poinformowała opinię publiczną o „wszczęciu postępowania w sprawie nowego The Running Man”. O wciągnięciu na „odświeżony uciekinierski pokład” Michaela Bacalla (scenariusz), Edgara Wrighta (reżyseria) oraz zawiązaniu producenckiej współpracy z Simonem Kinbergiem i Audrey Chon z Genre Films oraz Nirą Park z Wright's Complete Fiction.
 

The Institute”

Okładka książki. „The Running Man”, Scribner 2019

Miniserial na podstawie powieści z 2019 roku pod tym samym tytułem (pol. „Instytut”). Niepewny projekt, nad którym podobno pracują David E. Kelley i Jack Bender, których miłośnicy opowieści Stephana Kinga mogą kojarzyć z serialem „Mr. Mercedes”, na motywach mrocznych przygód między innymi prywatnego detektywa Billa Hodgesa. Szykowana fantastyczna opowieść kryminalna pokropiona horrorem o obdarzonym niezwykłymi talentami chłopcu, który nagle budzi się w tajemniczym ośrodku zamkniętym.
 

Sleeping Beauties”

Okładka książki. „Sleeping Beauties”, Hodder & Stoughton 2017

W 2017 roku w internetowej przestrzeni medialnej pojawiła się informacja o gorącym zakupie niezależnej firmy rozrywkowej Anonymous Content: praw do sfilmowania wydanej w tym samym roku powieści Stephena Kinga i jego syna Owena Kinga, „Sleeping Beauties” (pol. „Śpiące królewny”). Z kolei w kwietniu 2019 roku ujawniono, że amerykańska stacja telewizyjna AMC przygotuje scenariusz pilotażowego odcinka serialu „Sleeping Beauties”. A może jednak to będzie film? Tak czy owak, coś na mały ekran.

A ja dalej czekam na filmową wersję „Ręki mistrza” (oryg. „Duma Key”), wyśmienitego powieściowego horroru nadprzyrodzonego z 2008 roku.

czwartek, 28 września 2023

Zapowiedź: „Slotherhouse: Leniwa śmierć”

 
Pomysł na Halloween: „Slotherhouse: Leniwa śmierć”! Dasz się rozerwać?
Zapraszamy do kin od 27 października 2023.

Plakat filmu. „Slotherhouse 2023, Renegade Studios Chicago, Talking Wolf Productions, Buffalo Speedway Film Company

Leniwce kojarzą się z błogą beztroską i słodkim nicnierobieniem. „Slotherhouse” udowodni jednak, że pod najsłodszym obliczem uroczego stworzenia może kryć się natura bestii.

Slotherhouse: Leniwa śmierć” to klasyczne kino grozy, połączone z absurdalnym humorem. Tytuł jest pomysłowy, ponieważ stanowi połączenie słów „sloth”, po angielsku: leniwiec, i „slaughterhouse”, czyli rzeźnia. Producenci zapowiadają, że szykuje się zabawna, ale i ekstremalna jazda bez trzymanki.

Chcesz zobaczyć, jak leniwiec zadźga kobietę na śmierć? Obejrzyj Slotherhouse. Chcesz zobaczyć, jak leniwiec celowo poraża prądem studentów w łazience? Obejrzyj Slotherhouse. (…) Chcesz zobaczyć, jak leniwiec robi sobie selfie z jedną ze swoich ofiar, oznacza ją i umieszcza na Instagramie? Wiesz, co robić”, zachęca The Guardian.

Zobacz zwiastun: 

Opis filmu:

Emily Young, studentka ostatniego roku, pragnie wygrać wybory na prezeskę studenckiego bractwa. Chcąc zdobyć popularność, adoptuje uroczego leniwca o imieniu Alfa, który ma stać się wyborczą maskotką. Wkrótce studencką społecznością wstrząsa seria makabrycznych morderstw. Krwawe ślady prowadzą do Alfy. Czy w sercu tak słodkiej istoty może kryć się żądza mordu?

Plakat filmu. „Slotherhouse 2023, Renegade Studios Chicago, Talking Wolf Productions, Buffalo Speedway Film Company

Reżyseria: Matthew Goodhue
Obsada: Lisa Ambalavanar, Stefan Kapicic („Deadpool”, „Demeter: Przebudzenie zła”, „Better Call Saul” – serial), Sydney Craven („Smakosz: Odrodzenie”), Olivia Rouyre
Gatunek: horror
Produkcja: USA 2023
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films
 

Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films

środa, 27 września 2023

„Kobieta w klatce” (1964)

 
Cornelia Hilyard, zamożna wdowa mieszkająca w okazałej nieruchomości ze swoim starannie pielęgnowanym dorosłym synem Malcolmem, powoli odzyskuje sprawność fizyczną po złamanym biodrze, wciąż jednak musi korzystać z zakratowanej windy zainstalowanej w jej rezydencji. Po wyjeździe Malcolma na kilkudniowe wczasy z przyjaciółmi, kobieta rozpoczyna standardową wyprawę na piętro, ale gdy znajduje się parę metrów nad podłogą, dochodzi do awarii prądu. Dystyngowana dama zostaje uwięziona w windzie nieszczęśliwie zaopatrzonej w dzwonek alarmowy. Mechaniczne wołanie o pomoc zwraca uwagę bezdomnego alkoholika George'a L. Brady'ego Jr., który w tragedii bliźniej dostrzega szansę dla siebie. Do złodziejskiej współpracy zaprasza znajomą naciągaczkę Sade, ale niechcący zwraca na siebie uwagę niestroniących od przemocy młodych wyrzutków społecznych, bezlitosnego Randalla Simpsona O'Connella, jego równie zdemoralizowanej dziewczyny Elaine i radośnie posłusznego Essiego.

Plakat filmu. „Lady in a Cage” 1964, Luther Davis Productions, AEC

Swego czasu amerykański dramaturg, scenarzysta i producent filmowy Luther Berryhill Davis rozpoczął pracę nad sztuką o ludziach ze Środkowego Zachodu, którzy zostają zmuszeni do walki o życie podczas dłuższej przerwy w dostawie energii elektrycznej. Z tej koncepcji wykluł się scenariusz „Kobiety w klatce” (oryg. „Lady in a Cage”), bezkompromisowej historii zainspirowanej awarią prądu w Nowym Jorku z 17 sierpnia 1959 roku oraz autentyczną historią kobiety, która została zgwałcona przez dwóch mężczyzn, gdy utknęła w prywatnej windzie w rezydencji na Upper East Side. Wizjonerskiego czarno-białego dreszczowca w konwencji home invasion wyprodukowanego przez samego Luthera Davisa. W 1962 roku ogłoszono, że film wyreżyseruje Ralph Nelson, późniejszy twórca między innymi oscarowych „Polnych lilii” (1963), „Ojca Wirgiliusza” (1964) i „Charly'ego” (1968), a ostatecznie to stanowisko powierzono Walterowi Eliottowi Graumanowi (m.in. „The Disembodied” 1957, „Are You in the House Alone?” 1978, „Covenant” 1985, „Nightmare on the 13th Floor” 19990, miał też mały wkład choćby w takie kultowe seriale jak „Strefa mroku” Roda Serlinga i „V” Kennetha Johnsona). Główne zdjęcia odbyły się w lutym 1963 roku, a budżet „Kobiety w klatce” oszacowano na pół miliona dolarów, z czego większość (trzysta tysięcy) miała zainkasować odtwórczyni tytułowej postaci Olivia de Havilland. W czerwcu 1964 roku obraz trafił do swoich rodzimych amerykańskich kin, zbierając głównie skrajnie negatywne recenzje od zniesmaczonych wysokim poziomem okrucieństwa i nagromadzeniem wulgaryzmów krytyków (pewna felietonistka napisała nawet, że film powinno się spalić). „Kobieta w klatce” pokazała się też na wielkich ekranach w paru innych krajach, wśród których oczywiście nie było Wielkiej Brytanii – kontrowersyjna produkcja Waltera Graumana została zablokowana przez British Board of Film Classification (BBFC); zakaz zniesiono w 1967 roku, z czego poza stolicą Anglii skorzystała zaledwie garstka brytyjskich kin.

Rolę Cornelii Hilyard proponowano Rosalind Russell, Elizabeth Montgomery i wreszcie Jane Crawford, która, jak wynika z jej listów datowanych na 10 lipca i 26 grudnia 1962 roku uwzględniła klaustrofobiczny thriller psychologiczny Luthera Davisa w swoim, jak się okazało, nazbyt napiętym harmonogramie. Po zakończeniu prac na planie „Co się zdarzyło Baby Jane?” Roberta Aldricha miała przenieść się na plan „Kobiety w klatce” Waltera Graumana, ale koniec końców musiała „wykreślić tę drugą pozycję ze swojego terminarza”. Na pokład udało się jednak wciągnąć inną rozchwytywaną aktorkę, Olivię de Havilland, która prawdopodobnie największą przyjemność tym razem czerpała z pracy z Jamesem Caanem, odtwórcą czołowego złoczyńcy w „Kobiecie w klatce”, którego chwaliła w przestrzeni publicznej. Wspaniały, utalentowany młody człowiek. W moim poczuciu cała obsada omawianej produkcji stanęła na wysokości zadania – prawdę mówiąc oczy ze zdumienia raz po raz przecierałam. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że „Kobieta w klatce” wyprzedziła swoją epokę, ale do proroczej fabuły dodałabym prorocze kreacje aktorskie. Gra na miarę XXI wieku. Owszem, to nie był jednostkowy przypadek w kinie grozy - wystarczy przypomnieć „Podglądacza” Michaela Powella, „Psychozę” Alfreda Hitchcocka, „Powiększenie” Michelangelo Antonioniego, „Wstręt” Romana Polańskiego czy jego trochę późniejsze „Dziecko Rosemary” - ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że taki styl nie był szczególnie popularny w tamtym okresie. Z dekady na dekadę zyskiwał na wartości, ale w latach 60-tych XX wieku, uważam, dominowała egzaltacja. Fantazyjna czołówka z mocnym akcentem i przenosimy się w nieskromne progi Hilyardów. To może być największa posiadłość w tej części niespokojnego miasta, które na pewno nie jest Nowym Jorkiem, bo autor scenariusza i producent tego szokującego filmu, Luther Davis, w porę dowiedział się, że w tym rejonie Stanów Zjednoczonych wprowadzono nakaz zaopatrywania wszystkich wind w telefony. Przeniósł więc rezydencję Hilyardów z Wielkiego Jabłka do bezimiennej amerykańskiej miejscowości, którą w dość zagadkowych okolicznościach opuszcza drogi chłopiec tytułowej postaci. Panicz Malcolm wybiera się do domku letniskowego – kilkudniowy wypoczynek z zaprzyjaźnioną parą – ale nie wygląda na całkowicie przekonanego do tego pomysłu. Martwi się o matkę, której nie zwykł zostawiać samej na więcej niż parę godzin, ale Cornelia nalega, a poza tym... W sypialni matki Malcom zostawia złowieszczy list, który przez jego nieuwagę może nigdy nie trafić do adresatki. Wytworna dama z uszkodzonym biodrem niebawem zawiśnie między piętrami, czy jak kto woli między parterem i pierwszym piętrem w swoim wielkim skarbcu. We własnym domu „przejedzonym” kosztownymi przedmiotami. Wiara w ludzi, która odbije się czkawką fikcyjnej amerykańskiej emerytowanej poetce. W ciasnej windzie Cornelia Hilyard zostanie wyrwana z utopijnego snu o własnym gatunku. Nie pierwsza i na pewno nie ostatnia. Naiwność amerykańskiego społeczeństwo w „Kobiecie w klatce” symbolizują dzwonki alarmowe instalowane przed niektórymi budynkami mieszkalnymi. Wątpliwa bohaterka (antybohaterka?) po latach docenionego, brutalnego dreszczowca w reżyserii Waltera Graumana, w końcu zrozumie, jak bezsensowne jest zaopatrywanie się w taki system alarmowy, bo przecież jej własnych uszu już nieraz dochodziły takie sygnały, które, jak tak sobie teraz przypomina, zawsze ignorowała. Nie zawracała sobie głowy bliźnimi w potrzebie, ale najważniejsze, że nie dokładała im zmartwień, prawda? W jej przekonaniu to ją odróżnia od towarzystwa, które nieświadomie sama zwabiła do swojego dotychczas bardzo przytulnego białego domu. Ona jest istotą ludzką, a ich jej zdaniem należy stawiać niżej od dzikich zwierząt. Ona jest istotą czującą, a oni za nic mają uczucia bliźnich. Odpadki społeczne między innymi przez nią wykarmione. Wybitnie zachłanne pasożyty, ekstremalnie niewdzięczni utrzymankowie podatników. Godni najwyższej pogardy takiej wzorowej podatniczki jak Cornelia Hilyard, „kanarek w klatce otoczonej przez tłuste koty”.

Plakat filmu. „Lady in a Cage” 1964, Luther Davis Productions, AEC

Zbudowaliśmy miasta i myśleliśmy, że pokonaliśmy dżunglę, nie wiedząc, że stworzyliśmy nową” - do takiej przykrej konkluzji dojdzie pechowa wdowa sterroryzowana przez bandę Randalla. „Funny Games” z lat 60. XX wieku. I prekursor kina exploitation? Najpierw „Kobietę w klatce” Waltera Graumana dokumentnie zmieszano z błotem, a ileś lat później z namaszczeniem wyczyszczono. Mocny, jak na tamte czasy, genialny w swojej prostocie thriller o damie w poważnych opałach, okazał się wybitnym wieszczem. Zapowiedź nieprzebranej wylęgarni paskud. Brutalizacji kina grozy i przede wszystkim życia. Koniec ery niewinności. Naiwności? Tak czy inaczej, twórcy „Kobiety w klatce” wyszli przed szereg. Cywilizowany świat nie był gotowy na taki sadyzm. W dodatku ten język... Jak z rynsztoka! Pijak, dziwka, odpadki ludzkie (w wolnym tłumaczeniu) – nie, czegoś takiego poważni recenzji zaakceptować nie mogli. Dziś pewnie powiedzieliby, że to film niepoprawny politycznie, a w niektórych krajach może i puszczaliby jakieś „uświadamiające spoty” (widzu, pod żadnym pozorem nie myśl sam – od tego masz polityków) przed pokazami w salach kinowych. Gdyby przemoc nie zdążyła na dobre rozgości się na dużych i małych ekranach. Nie, teraz pewnie znawcy sztuki filmowej narzekaliby na zbyt łagodne obchodzenie się z widzem, ale skoro obraz powstał przed ekspansją wideo paskudnych, to wypada pogratulować odwagi. A przynajmniej ja - w tym miejscu trzeba zaznaczyć, że ekspertką nie jestem – czuję się w obowiązku pochwalić... w sumie wszystko, co złożyło się na „Kobietę w klatce”. Śmiałość twórców tego domowego piekiełka to jedno, ale wspaniałą robotę robi już samo odwlekanie nieuniknionego(?), samo oczekiwanie na przypuszczalnie bolesny koniec. Miażdżący suspens! Perfekcyjna współpraca warstwy wizualny i dźwiękowej – stosownie rozgorączkowane melodie Paula Glassa i duszne obrazki powstałe pod dyrekcją Lee Garmesa. Wyróżnić pragnę też staranny montaż Leona Barsha. Wcześniej mogłam dać do zrozumienia, że w „Kobiecie w klatce” nie spotkamy ani jednej przedobrzonej kreacji, ale to nie do końca prawda, bo Olivia de Havilland niekiedy uderza w pompatyczny ton, zdarza jej się też robić śmieszne minki (ojojoj, jaka ja biedna), podejrzewam jednak, że dokładnie tego od niej oczekiwano. Tak czy inaczej, współczesny widz może to odczytać jako część przekazu – do windy weszła modelowa reprezentantka swoich czasów, a wyjdzie gwiazda przyszłości. Dobry wpływ złego człowieka. Cornelia Hilyard wzbrania się przed takim postrzeganiem Randalla Simpsona O'Connella (diablo przekonujący występ Jamesa Caana) - i jego wspólników, skoro już o tym mowa, też zepsutych do szpiku kości, Elaine (widowiskowa, szalona kreacja Jennifer Billingsley) i Essiego (przeraźliwie, spektakularnie postrzelony Rafael Campos) – bo nie jest w stanie pomieścić w głowie prostej prawdy, że przynależą do tego samego gatunku. Łatwiej odczłowieczyć, niż przyjąć do wiadomości, że wszyscy jesteśmy istotami ludzkimi. Instynktowna obrona jednostki święcie przekonanej, że ludzie są z natury dobrzy. Uciekającej od nieprzyjemnych wiadomości z kraju i ze świata (reakcja na autentyczną opowieść spikera radiowego o nagiej, bezgłowej kobiecie), UWAGA SPOILER uciekającej od gorzkiej prawdy także na swój temat. Kobiety sukcesu mającej fałszywe wyobrażenie siebie, uparcie pielęgnującej krystalicznie czysty obraz empatycznej obywatelki i przede wszystkim idealnej matki, wprost uwielbianej przez swoją bezcenną latorośl. Patologiczna relacja, KONIEC SPOILERA która miała zaskoczyć publiczność i może tak było, ale obawiam się, że ten element, poza tym niezawodnej maszynerii Luthera Davisa i Waltera Graumana, trochę zardzewiał. Trochę, bo choć takie podejrzenia w mojej głowie zrodziły się już w pierwszej partii „Kobiety w klatce”, wątpiłam, że twórcom starczy odwagi na bardziej zdecydowane odbicie w tę stronę. Na czynienie czytelniejszych aluzji, jak się okazało. Tymczasem poznamy bezdomnego alkoholika George'a L. Brady'ego Jr. (cudny występ Jeffa Coreya), który na swój sposób odpowie na wezwanie kobieciny uwięzionej w prywatnej windzie. Połasi się na winko i elegancki toster, który pewnikiem zainteresuje miejscowego pasera. A potem zaprosi do współpracy doświadczoną naciągaczkę i prostytutkę(?) imieniem Sade (świetna Ann Sothern), wcześniej zwracając na siebie niepożądaną uwagę przestępców większego kalibru. George i Sade chcą tylko (i aż) się obłowić, a gang Randalla szuka też sadystycznej rozrywki. Ta druga banda czerpie perwersyjną przyjemność z krzywdzenia innych. Cornelię w brudne łapska Randalla wprowadzi nadmierna ufność, wiara w bliźnich, a George'a i Sade chciwość. Wymowny jest moment wydostania się jednej z pazernych postaci z niewoli bandy trojga – syreni śpiew kosztowności zagłuszający instynkt samozachowawczy, instynkt przetrwania. Pomijając pieska z czołówki twórcy przygotowali też jedną, jakże smakowitą, drastyczną akcję. Graficzna makabra zrobiona z jajek i farby.

Kopara mi opadła. Żeby w pierwszej połowie lat 60. XX wieku wypuścić takiego brutala? Taką ponurą analizę psychologiczną i socjologiczną? Nic dziwnego, że publiczność tak się oburzyła. Toż to potwarz dla najwspanialszego gatunku na Ziemi. Bo tylko nie-ludzie są zdolni do strasznych czynów. Kłamie i nie stroni od brzydkich słów. Bluźniercza „Kobieta w klatce” wyreżyserowana przez bezczelnego Waltera Graumana na podstawie scenariusza Luthera Davisa, jeszcze większego chuligana, bo nie dość, że wpadły mu do głowy takie chore pomysły, to na dodatek to szkaradzieństwo wyprodukował. Dreszczowiec, który dosłownie wbił mnie w fotel. Arcydzieło, które przewidziało przyszłość:)

poniedziałek, 25 września 2023

„Nie ocali cię nikt” (2023)

 
Od śmierci matki Brynn Adams mieszka samotnie na obrzeżach urokliwego amerykańskiego miasteczka. Rzadko opuszcza swoją posesję w obawie przed potępiającymi spojrzeniami pełnoprawnych członków wspólnoty, która przed laty wykluczyła Brynn ze swojego szacownego grona. Nikt nie chce mieć nic wspólnego z młodą kobietą skrycie piszącą listy do przyjaciółki z dzieciństwa w przytulnym domku na wrogim terytorium. Niezawodnym schronieniu przed ludźmi, ale żadnym przed inwazyjnym gatunkiem Obcym. Najeźdźcami z kosmosu ze zdolnościami telekinetycznymi, z którymi bezpardonowo wyłączona z życia społecznego jednostka stoczy niekoniecznie najzacieklejszą walkę w swojej tragicznej podróży egzystencjalnej.

Plakat filmu © Hulu. „No One Will Save You” 2023, 20th Century Studios, Star Thrower Entertainment

Thriller science fiction człowieka, któremu we współczesnej kinematografii brakuje opowieści o Szarych, zwanych też Szarakami. Drugie pełnometrażowe dokonanie reżyserskie Briana Duffielda, twórcy „Spontanicznych” (2020) oraz autora/współautora scenariuszy między innymi „Opiekunki” McG i „Głębi strachu” Williama Eubanka. Z pomysłem, jak to zresztą ma w zwyczaju, Duffield nosił się długo, nikomu nie zdradzając swoich zamiarów. Po nader dokładnym przemyśleniu sprawy, pod koniec 2019 roku, przygotował tekst, a już wiosną 2020 zaczęły się przymiarki do wejścia w kolejną fazę projektu. Rozpoczęły się poważne rozmowy o zrealizowaniu fantastycznej historii Duffiela, ale plany filmowców pokrzyżowała pandemia COVID-19. W kwietniu 2021 roku poinformowano opinię publiczną o nabyciu scenariusza „No One Will Save You” (pol. „Nie ocali cię nikt”) przez firmę 20th Century Studios, a prace na planie ruszyły w kwietniu 2022 roku (zakończyły się w czerwcu). Flm kręcono w Nowym Orleanie, a budżet oszacowano na niespełna dwadzieścia trzy miliony dolarów. Obraz został uwolniony we wrześniu 2023 roku – od wybranych kin w Nowym Jorku i Los Angeles na platformę Hulu.

Bliskie spotkania trzeciego stopnia” Stevena Spielberga, „Znaki” M. Nighta Shyamalana, „Wspólnota” Philippe'a Mory czy takie kultowe seriale jak „Z Archiwum X” (1993-2018) i „Strefa mroku” (1959-1964) spokojnie mogły wtrącać swoje trzy grosze do zwariowanego dreszczowca „Nie ocali cię nikt”, ale jego reżyser i scenarzysta pilnował, by do głosu nie dochodziło „Uprowadzenie” Roberta Liebermana. Brian Duffield poprzysiągł sobie, że będzie się trzymał z dala od tamtego trudnego, potencjalnie nużącego, świata, a już zwłaszcza od pamiętnego, przerażającego porwania. Marzyło mu się coś bardziej żywiołowego, utrzymanego w lżejszej tonacji, ale też potrafiącego potrzymać w napięciu. „Nie ocali cię nikt” to film prawie niemy – słowa wypowiedziane w tym świecie przedstawionym można policzyć na palcach obu rąk – podążający za pustelniczką z małego amerykańskiego miasteczka, w którą w doskonałym stylu wcieliła się Kaitlyn Dever (m.in. „Wężowe wzgórza” Britt Poulton i Dana Madisona Savage'a). Kraina niby żywcem wyjęta z lat 50. lub 60. XX wieku. Miejscowość, w której czas jakby się zatrzymał, a jej ledwo bijącym sercem „chatka z piernika”. Staroświecko urządzony dom na uboczu, w którym wychowała się obywatelka wyklęta. Wyjątkiem telewizor plazmowy – genialny w swojej prostocie sposób na wprowadzenie mnie w jakże pożądane poczucie swoistego oderwania od rzeczywistości. Zagubienia poza czasem i przestrzenią. Witamy w Strefie Mroku Brynn Adams, noszącej się jak przykładna gospodyni domowa sprzed rewolucji seksualnej w Stanach Zjednoczonych. Żona ze Stepford, bez męża. Tak naprawdę od śmierci ukochanej matki nasza przewodniczka po stylowej nie-rzeczywistości Briana Duffielda, nie ma do kogo się odezwać. Samotność w niewielkim mieście, którą znosi dzięki listom. Korespondencyjna przyjaciółka odepchniętej przez społeczeństwo istoty ludzkiej, która pewnie z trudem znosi własne towarzystwo. Przyjaciółka z dzieciństwa niewiasty uwięzionej w otchłani rozpaczy. Porozmawiajmy o wykluczeniu społecznym na niecodziennym zlocie Porwanych przez obcych Deana Alioto, „Znaków” M. Nighta Shyamalana, „Inwazji łowców ciał” Philipa Kaufmana (adaptacja ponadczasowej powieści Jacka Finneya), „Dark Skies” Scotta Stewarta oraz... „E.T.” Stevena Spielberga. Spotkanie w stylowym przybytku nieśmiertelnego Roda Serlinga („Strefa mroku”). A przynajmniej mnie po głowie wspaniale tłukły się te tytuły podczas zaskakująco emocjonującej przejażdżki Szarą Koleją Górską Briana Duffielda. W tak rozpędzonych wagonikach często dopada mnie obojętność, tak zawrotne prędkości w moim odbiorze często zjadają własne ogony fabularne, ale tym razem jak zaklęta wpatrywałam się w ekran. Zaczarowana niewiarygodnymi wypadkami w czarodziejskim miasteczku. Czar sentymentalizmu. Stara baśń o Istotach Szarych w nowym wydaniu. Rozczulający uścisk przeszłości i teraźniejszości w depresyjnych realiach panny Adams. Hermetycznym światku marzycielki z apetycznie polukrowanej koszmarnej miejscowości. Męczeństwo w idyllicznym zakątku Stanów Zjednoczonych. Żal, tęsknota, wstręt, wstyd i gniew. W miejscach publicznych Brynn zachowuje się jak niewykwalifikowana włamywaczka. Trzęsąca się jak przysłowiowa osika na wietrze, która najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Zalękniona i zawstydzona. Kobieta, która pragnie być niewidzialna. Nie chce kłuć w oczy porządnych ludzi z miasteczka, w którym dorastała, prowokować ich samą swoją obecnością, a już nade wszystko nie chce nikomu dokładać cierpień. Lepiej trzymać się z boku, niż ranić bliźnich. Pokornie przyjąć karę, jaką społeczeństwo nań nałożyło.

Plakat filmu © Hulu. „No One Will Save You” 2023, 20th Century Studios, Star Thrower Entertainment

Klimatyczna bajeczka dla dużych dzieci. Orzeźwiające przetworzenie sprawdzonych motywów, przekonujące wyznanie miłości Briana Duffielda do opowieści o Szarakach. Ufoludkach z wyłupiastymi oczami, archetypowych inteligentnych stworzeniach pozaziemskich, fikcyjnej rasie, która w „Nie ocali cię nikt” może zaskoczyć swoją fizjonomią nawet najwytrwalszych badaczy tego kosmicznie egzotycznego szarego tłumu. Chodzący na palcach przybysze z dopracowanym do perfekcji talentem (i przekleństwem) Carrie White – paskudne jajka niespodzianki różnej wielkości, wydajające z siebie stosownie nieprzyjemne odgłosy (język Obcych), a niekiedy przybierające przezabawne pozy: balet Szarych:) Małe gadziny, nieco wyżsi myśliciele i monstrualne pająki. Całkiem solidne efekty komputerowe, aczkolwiek były momenty, w których aż się prosiło odwołać do oślizgłych rekwizytów, namacalnych obrzydliwości. Inwazja Obcych oglądana z mikrokosmosu człowieka wykluczonego. Nietrudno się domyślić, dlaczego lokalna społeczność tak uwzięła się na biedną Brynn Adams, ale na szczegółowe wyjaśnienia będziemy musieli trochę poczekać. Nieodważnie zakładając, że przedwcześnie odkryjemy w zasadzie jedyną tajemnicę „Nie ocali cię nikt”. No dobrze, pozostaje jeszcze wynik tego „kosmicznego meczu”. Filigranowa kobieta kontra drużyna z niezwykłymi mocami. Oczywiście dla nich to nic nadzwyczajnego, ale dumni zdobywcy Ziemi nie przywykli do takich atrakcji. Zdolności psychokinetyczne załogi swojskich statków kosmicznych, złożone właściwości wyśmienicie kiczowatych „lampek spodkowych” i jak dla mnie najupiorniejsze UWAGA SPOILER zabawy z pasożytami. Przejęcia organizmów ludzkich, które może i mają więcej wspólnego z „Władcami marionetek” Stuarta Orme'a, na podstawie kultowej powieści Roberta A. Heinleina niż ze wzmiankowaną już „Inwazją łowców ciał” Philipa Kaufmana, ale wyniki tych wstrętnych eksperymentów - właściwie strategii międzyplanetarnych żołnierzy – widoki tych wszystkich nienaturalnie zachowujących się niby ludzi, te autentycznie niepokojące ujęcia w moim umyśle niezmiennie nakładały się na przepiękne wspomnienia z miasta kokonów KONIEC SPOILERA. Szaraki w konwencji home invasion. Niedawno temu dziewczynkę z małej mieściny obudził hałas. Przekonana, że jakieś dzikie zwierzątka dobrały się do pojemników na śmieci ustawionych pod oknem jej wygodnej sypialni, stwierdziła, że najlepiej od razu przepędzić intruzów. W pół drogi stanęła jak wryta, nie wierząc własnym oczom. Na szczęście w porę się z szoku otrząsnęła i wreszcie poszukała jakiejś kryjówki. Kiepskiej, ale czy istnieje dobra kryjówka przez takimi nieproszonymi gośćmi? Czy nie lepiej chwycić za mop i rozprawić się z cudacznym towarzystwem? Plan Briana Duffielda zakładał „spłodzenie” supermądrej rasy, która jak wszystko na to wskazuje, postanowiła podbić planetę Ziemia. Lęk o przyszłość może niekoniecznie całego gatunku ludzkiego, ale niewątpliwie postaci prowadzącej, miało wzmagać przekonanie, że Szarzy znacznie przewyższają Brynn inteligencją. Ciekawe, bo odniosłam zgoła odwrotne wrażenie. Abstrahując od bajkowego aromatu wychwyconego już w pierwszych ujęciach „Nie ocali cię nikt,” wysoko oceniałam szanse protagonistki w tej zażartej bitwie gatunków przede wszystkim dlatego, że pozaziemskie istoty Duffielda uznałam za mniej rozgarnięte od przeciętnego człowieka. Tak czy inaczej, młoda domatorka z małego miasteczka zdawała się dalece przewyższać ich sprytem. Odbiorcom filmu raczej nie zaimponuje pomysłowością i refleksem, ale wyobrażałam sobie, że przeciwnicy w duchu zazdroszczą jej tych dla nich tak nadzwyczajnych zdolności, jak dla Brynn ich telekineza. Ubzdurałam sobie, że Ziemię zaatakowała armia głupoli, która jakimś kosmicznym zbiegiem okoliczności w domyśle (na co wskazują ich bajeranckie pojazdy) zbudowała sobie zaawansowaną technologicznie cywilizację. Nie wiadomo gdzie, ale wiadomo, że postanowili poszerzyć strefę wpływów o sponiewieraną Błękitną Planetę. Błyskawiczna kolonizacja nieprymitywnej rasy, przed którą nie ugnie się dziewczyna od dawna żyjąca w piekle. Zahartowana dziewczyna z amerykańskiej prowincji. Swoja drogą Duffield zaserwował mi iście slasherowe przebudzenie mocy – przemianę zahukanego dziewczątka w kobietę walczącą. Szara myszka staje do walki z Szarymi. Chowający się pod mopem rzekomy „szkodnik społeczny” przeobraża się w Amazonkę dzierżącą mop. Prawda, że zafiksowałam się na punkcie tego pozornie niegroźnego przedmiotu? Przydatnego sprzętu między innymi w gospodarstwach domowych i na ubitej ziemi. Pomocne mogą okazać się też garnki i zapalniczka, natomiast o urządzaniach elektrycznych tym razem trzeba zapomnieć. Brynn nie sama w domu. Oblężona twierdza oszczędnej w słowach (bardziej z konieczności niż z wyboru w normalnych czasach zdająca się na słowo pisane), podwójnie zaszczutej niestarej panny z niezapominającej mieściny.

Mroczna (najbardziej ujęły mnie nocne zdjęcia na zewnątrz, ale w mizernej fortecy Brynn też czułam się jak ryba w czarnej wodzie: pięknie zagęszczone ciemności) i na swój sposób zabawna opowieść o żywym bastionie ludzkości, który nie może liczyć na wsparcie. Kobiecie wzgardzonej przez swoich i sterroryzowanej przez nieswoich. Spektakularny i jednocześnie bardzo intymny dreszczowiec science fiction o cudach niewidach. Szalona jazda w klaustrofobicznym tunelu sympatycznej przedstawicielki osób brutalnie odepchniętych. Rock and roll z Szarymi. Hipnotyczna tęskna melodia Briana Duffielda. „Nie ocali cię nikt” dołącza do moich ufoludkowych ulubieńców.

sobota, 23 września 2023

„Final Summer” (2023)

 
Rok 1991, Camp Silverlake. Ostatniego dnia obozu letniego w wypadku ginie jeden z małoletnich wychowanków, spokrewniony z antybohaterem lokalnych legend, byłym dozorcą na Camp Silverlake. To wydarzenie przywołuje traumatyczne wspomnienia z przeszłości Lexi, młodej kobiety należącej do zespołu opiekunów w tym upadającym biznesie. Po wyjeździe obozowiczów i zakończeniu czynności policyjnych obecna właścicielka tej wielopokoleniowej rodzinnej działalności gospodarczej informuje pracowników, że w świetle ostatnich wydarzeń podjęła decyzję o sprzedaży obiektu deweloperom. W najbliższych dniach Lexi i jej współpracownicy mają przeprowadzić prace porządkowe na terenie obozu, ale gdy Camp Silverlake spowiją ciemności z ukrycia wyjdzie zamaskowany osobnik z siekierą. Maniakalny morderca jakby żywcem wyjęty z obozowych opowieści przy ognisku.

Plakat filmu. „Final Summer” 2023, Swede Films

Niskobudżetowy amerykański camp slasher w reżyserii i na podstawie scenariusza debiutującego w pełnym metrażu Johna Isberga. List miłosny do kina slash z lat 80. i 90. XX wieku, pomnik dla choćby takich obrazów jak „Krzyk” Wesa Cravena i „Piątek trzynastego” Seana S. Cunninghama (przy czym ulubieńcem Isberga w tym legendarnym cyklu jest „Piątek trzynastego IV: Ostatni rozdział” Josepha Zito), sfinansowany głównie dzięki kampanii przeprowadzonej na internetowym portalu Kickstarter. „Final Summer” z jednej strony miał być utrzymany w duchu horrorowych rąbanek z ostatnich dwóch dekad dwudziestego stulecia, a z drugiej - jak to ujął pomysłodawca i czołowy twórca obrazu - „dostosowany do potrzeb współczesnej publiczności”. Dodatkową inspirację John Isberg czerpał ze swoich osobistych doświadczeń z małoletnimi z zespołem stresu pourazowego, z pracy z tymi wspaniałymi dzieciakami, mężnie walczącymi z wewnętrznymi demonami, które powaliłyby niejednego dorosłego. W kwietniu 2023 roku retro slasher długoletniego fana gatunku został pokazany na Panic Film Festival w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych, a we wrześniu ruszyła dystrybucja w internecie.

Pracując nad scenariuszem „Final Summer” John Isberg szczególną wagę przywiązywał do budowy pierwszoplanowej postaci żeńskiej. Chciał, by Lexi przypominała miłośnikom gatunku takie nieśmiertelne bohaterki, jak Stevie Wayne z „Mgły” Johna Carpentera, Nancy Thompson z „Koszmaru z ulicy Wiązów” Wesa Cravena, (i ewentualnie „Koszmaru z ulicy Wiązów 3: Wojowników snów” Chucka Russella), Sidney Prescott z „Krzyku” Wesa Cravena (i ewentualnie z „Krzyku 2” Wesa Cravena), Chris Higgins z „Piątku trzynastego III” Steve'a Minera i inne kobiety z grozowej galerii sław. UWAGA SPOILER Z czarnych charakterów wyróżnił Pamelę Voorhees – niski ukłon dla Betsy Palmer, odtwórczyni matki Jasona w „Piątku trzynastego” Seana S. Cunninghama i „Piątku trzynastego II” Steve'a Minera KONIEC SPOILERA. Miał być hołd dla final girls z XX wieku, ale taki, z którym mogliby się utożsamić namiętni odbiorcy współczesnych filmów grozy. Połączenie starego modelu z nowym: klasycznej finałowej dziewczyny i postmodernistycznej jednostki z nieprzepracowaną traumą. Zamaskowany zabójca grasujący na Camp Silverlake (ukłonik dla „Ostatniego gwiezdnego wojownika” Nicka Castle'a) wbrew pozorom więcej zawdzięcza Adrianowi Griffinowi z „Niewidzialnego człowieka” Leigh Whannella, adaptacji minipowieści Herberta George'a Wellsa aniżeli rosłemu mordercy znad Crystal Lake. Złoczyńca Isberga miał odzwierciedlać horrory dnia powszedniego – codzienne zmagania, troski, strachy twardo stąpającego po ziemi człowieka. Jednym z największych zaszczytów, jakie spotkały inicjatora tego retro projektu było zaangażowanie Neila Afflecka (m.in. „Moja krwawa walentynka” George'a Mihalki i „Skanerzy” Davida Cronenberga), który co prawda nie wytrwał na tym pokładzie (plany pokrzyżowała mu pandemia COVID-19 i parę innych spraw), ale Isberg nie ukrywa, że samo zainteresowanie Afflecka operacją pod kryptonimem „Final Summer” znacznie podbudowało jego pewność siebie, nie wspominając już o pouczających rozmowach z bardziej doświadczonym i podziwianym (przede wszystkich za wkład w „Moją krwawą walentynkę” z 1981 roku) kolegą po fachu. Kolejną wielką niespodzianką dla scenarzysty i reżysera „Final Summer” było dołączenie do obsady Thoma Mathewsa, który pewnie dożywotnio będzie mu się kojarzył z „Piątkiem trzynastego VI: Jason żyje” Toma McLoughlina i jego ukochanym „Powrotem żywych trupów” Dana O'Bannona. A teraz pewnie i z jego własną produkcją, gdzie Isberg podobno uśmiechnął się też do fanów twórczości Jordana Peele'a (a konkretniej „To my” z 2019 roku). Mógł też nawiązać do swojego ulubionego filmu, czyli „Czarnych świąt” Boba Clarka, a już z całą pewnością pozwolił sobie na mały flircik z „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella, jednym z najbardziej docenionych przez Isberga XXI-wiecznych filmów grozy (w tym gronie są też choćby takie pozycje jak „Nie oddychaj” Fede Álvareza i „The Final Girls” Todda Straussa-Schulsona). Taki tam intertekstualny park niby rozrywki z przepięknym „szyldem” - cudnie staroświecki plakacik: upiorna postać z zakrwawioną siekierą – w którym wyróżnić mogę jedynie kultowy motywy muzyczny zanucony przez jednego z bohaterów filmu podczas amatorskiej akcji poszukiwawczej na Camp Silverlake.

Plakat filmu. „Final Summer” 2023, Swede Films

Oldschoolowy camp slasher czy zwyczajna próba przykrycia niedostatków budżetowych i przede wszystkim warsztatowych rzekomą stylizacją na tanią siekaninę z ubiegłego wieku? Przemyślane działanie czy prosty sposób na przekucie wad w zalety? Nie narzekajcie na bylejakość, bo tak miało być! Celowo zrobiliśmy tak, by nie dało się tego oglądać:) W każdym razie dla mnie to na pewno było pewne wyzwanie – dotrwać do napisów końcowych (i trochę dalej, bo mamy jeszcze scenkę po liście płac) bez błądzenia gdzieś myślami. „Final Summer” Johna Isberga otwiera opowieść snuta przy ognisku na terenie Camp Silverlake w 1986 roku. „Mrożąca krew w żyłach” historia dozorcy ze śmiercionośnym toporem. Po spodziewanym finale przeskoczymy do roku 1991 (właściwa akcja filmu). Z publicznych wypowiedzi reżysera i scenarzysty tego tandetnego widowiska wywnioskowałam, że efekty specjalne długoletnim wielbicielom gatunku miały przypominać bezcenny dorobek Toma Saviniego, ale nie jestem w stanie ocenić stopnia podobieństwa, bo jedyne co udało mi się dostrzec w tym chaosie, to na oko licząc, zaledwie filiżanka całkiem niezłej imitacji krwi. Bezsensowne zbliżenia na twarze protagonistów (jeśli to miały być ukłony dla włoskich paskud – wiadomo że Isberg jest wielkim fanem choćby „Głębokiej czerwieni” Dario Argento – to jak na moje oko okropnie niezgrabne) jeszcze bym zniosła, ale ten montaż... Niemożebnie poszarpany. W ferworze walki czasami nawet zniknie jakaś postać (odnajdzie się później, gdy sytuacja nieco się uspokoi). Szybkie serie niedopasowanych zdjęć, migawkowe starcia z „teleportującym się zabójcą” i klasycznym mięsem armatnim. Nieznajomymi opiekunami fikcyjnego obozu letniego prowadzonego przez zawiedzioną starszą panią. Gorzki smak porażki kobieciny, której nie udało się uratować rodzinnego biznesu. Albo faktycznie planuje sprzedaż Camp Silverlake, albo podejrzenia jednego z opiekunów są słuszne i staruszka szuka wymówki, żeby nie wypłacić swoim pracownik obiecanej premii. Mali obozowicze już wyjechali, ale zostało jeszcze trochę pracy, z którą personel pewnie bez trudu uwinąłby się do końca weekendu, gdyby nie przeszkodził im intruz w przywłaszczonej masce, nawiązującej do popularnej w tych stronach opowieści z dreszczykiem. Urban legend o szaleńcu z toporem. Zemsta Warrena za śmierć najdroższego chłopczyka? Dziecka, które zginęło w wypadku tuż przed uroczystym zamknięciem sezonu. I tak odżyła trauma jednej z opiekunek, głównej bohaterki „Final Summer” - dawkowane widzom, tj. ujawniane w krótkich fragmentach, potworne wspomnienie z przeszłości Lexi, obiektu westchnień Petera, kolegi z letniej pracy, który niebawem zostanie brutalnie uświadomiony. Naiwnie myślał, że nikt nie wie, co naprawdę czuje do tej dziewczyny; tak samo „papierowej” jak cała ta „opiekuńcza ferajna”. Poważnej młodej kobiety, która nagle zapragnie napędzić stracha swojemu partnerowi w nocnych poszukiwaniach brakującego członka załogi. Ostatnia noc na Camp Silverlake niektórym pozytywnym postaciom „Final Summer” przypomni Camp Crystal Lake, ale Lexi pewnie wolałaby powspominać „Straconych chłopców” Joela Schumachera. Obozowy błazen Mario (w tej roli Myles Valentine, który moim skromnym zdaniem pozostawił daleko w tyle pozostałych członków obsady; może z wyjątkiem Thoma Mathewsa wcielającego się w słabiutko zaangażowaną – rozczarowująco niewielki występ – postać szeryfa) postara się wprowadzić swoich towarzyszy w odpowiedni nastrój charakterystyczną melodyjką, która raczej nie umili im poszukiwań niejakiego Mike'a. Poszukiwań, zgodnie z przewidywaniami, przerwanych przez tajemniczego osobnika w niefantazyjnej masce. Właściwie nie mam wątpliwości, że miłośnicy slasherów błyskawicznie odkryją przynajmniej jedną z tajemnic tego przeklętego obozu. Nie wykluczam, że autorowi tej nijakie historyki, zależało na wczesnym połączeniu przez widza tych paru kropek, złamaniu najłatwiejszego z przygotowanych przez niego szyfrów, czy jak kto woli wypatrzeniu tej „oczywistej oczywistości”, korespondującej z przeuroczymi odgłosami wydawanymi przez człowieka w lesie. Dzień ku mojemu ubolewaniu szybko ustąpił miejsca nocy. Może dlatego, że ten pierwszy pachniał latami 70. XX wieku (wyblakła fotografia z pewnego lata, upalny dzień jakby za mgłą), bo to przecież miała być swego rodzaju podróż do mniej odległej przeszłości:) Ale już mówiąc poważnie, „Final Summer” przypuszczalnie trochę zyskałby w moich oczach, gdyby pozwolono mi dłużej pławić się w tym „chłodnym słoneczku”. Nocą operatorzy i oświetleniowcy też nie radzą sobie najgorzej (inna sprawa, wykrzesać z tego jakieś napięcie, choć muszę przyznać, że coś tam poczułam - lekki dyskomfort czy coś innego miłego - na „dziwnie” znajomy widok cichego obserwatora, który za moment zaszarżuje na biednego Petera), ale w bardziej sentymentalny nastrój zdecydowanie wprowadzono mnie za dnia. Doceniam też przerażające znalezisko protagonistki nad basenem, ale tylko dlatego, że przywołało piękne wspomnienie nieporównywalnie wydajniejszego slashera („Krzyk” Wesa Cravena), ślimaczącego się oprawcę, który zawsze dopadnie biegnącą ofiarę i wreszcie rozeznanie sterroryzowanych opiekunów z Camp Silverlake w podgatunku (nieśmiałe podchodzenie do meta slashera). Gorzej z praktycznym wykorzystaniem tej wiedzy – wiemy, że nie wolno się rozdzielać, ale i tak to robimy. Notorycznie! A poza tym śmiertelnie się wynudziłam.

Mizeria. Banalna obozowa historyjka od zakochanego w kinie grozy Johna Isberga. A jego ulubioną filmową kochanką pani slasherowa. Kapryśna wybranka twórcy „Final Summer”. Pierwszego pełnometrażowego osiągnięcia horrormaniaka, „pożerającego” wszystko, czym obrosła ta gatunkowa ziemia (wszystko, co napotka), ale najchętniej „podróżującego” do dwóch ostatnich dekad XX wieku. I to do nich zaadresował to miłosne wyznanie. Camp slasher, którego nie ośmieliłabym się polecić nawet najzagorzalszym fanom podgatunku. Może powinnam, ale jakoś nie potrafię się do tego zmusić...

czwartek, 21 września 2023

Stephen King „Holly”

 
Pogrążona w żałobie prywatna detektyw Holly Gibney przyjmuje zlecenie od zdesperowanej kobiety szukającej swojej dwudziestoczteroletniej córki Bonnie Rae Dahl. Partner Holly, Pete Huntley, przebywa w izolacji z powodu zakażenia SARS-CoV-2, a młodzi pomocnicy w agencji detektywistycznej Uczciwi Znalazcy, Jerome i Barbara Robinson, skupiają się na własnych projektach, dzielna hipochondryczka wychodzi więc z założenia, że tym razem będzie działać praktycznie w pojedynkę, że wkład pozostałych członków zespołu w śledztwo w sprawie zaginięcia młodej bibliotekarki w najlepszym wypadku będzie mocno ograniczony. I nie tylko jej, bo w okolicy, w której znaleziono porzucony rower Bonnie z niepokojącą wiadomością, od lat dochodzi do podobnych zdarzeń, co każe Holly sądzić, że ma do czynienia z przebiegłym drapieżnikiem, seryjnym porywaczem i mordercą młodych ludzi, najwidoczniej niemającym ulubionego typu ofiary. W rzeczywistości protegowana Billa Hodgesa podąża tropem zbrodni leciwego małżeństwa, emerytowanych profesorów uniwersyteckich, Emily i Rodneya Harrisów, zajmujących się medycyną drastycznie niekonwencjonalną.

Okładka książki. „Holly”, adaptacja Prószyński i S-ka 2023, oryg. Will Staehle/Unusual Corporation

Trzecia odsłona kryminalnego cyklu Stephena Kinga z prywatną detektyw Holly Gibney, zapoczątkowanego pierwotnie wydaną w 2018 roku powieścią „Outsider”, na podstawie której powstał wydany w roku 2020 serial Richarda Price'a pod tym samym tytułem, oraz minipowieścią „Jest krew...” (2020). Ukochana bohaterka mistrza współczesnej literatury grozy, została wymyślona na potrzeby jego kryminalnej trylogii z Billem Hodgesem, którą tworzą „Pan Mercedes” (2014), „Znalezione nie kradzione” (2015) i „Koniec warty” (2016) – to literackie przedsięwzięcie także doczekało się swojego ekranowanego odpowiednika, serialu Davida E. Kelleya najsilniej opartego na pierwszej odsłonie serii, od której swoją drogą „pożyczono” też tytuł „Mr. Mercedes”, ale też wykorzystującego motywy z tomu drugiego i trzeciego. Powieść „Holly”, thriller kryminalny z typową dla twórczości Stephena Kinga mocno rozwiniętą płaszczyzną psychologiczną i społeczno-obyczajową, swoją światową (i polską) premierę miała w roku 2023, a powstawała od sierpnia 2021 do czerwca 2022. Akcja rozgrywa się niedługo po wydarzeniach przedstawionych w „Jest krew...”, podczas pandemii COVID-19 i wkrótce po z utęsknieniem wyczekiwanej przez Stephena Kinga zmianie na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych. Premierową polską edycję „Holly” przygotowało wydawnictwo Prószyński i S-ka w starannym tłumaczeniu Tomasza Wilusza.

Kiedy już sądzisz, że widziałaś najgorsze, do czego ludzie są zdolni, zdarza się coś, co wyprowadza cię z błędu. Złu nie ma końca.”

Stephen King spodziewał się wysypu jednogwiazdkowych recenzji „Holly” przynajmniej na amerykańskich portalach książkowych, bo poważył się dotknąć bardzo delikatnej materii politycznej i pandemicznej. „Wziąć pod lupę” jedne z najgłębszych podziałów w społeczeństwie, aktualne poważne różnice zdań w jego ukochanym kraju. Właściwie sławny architekt „Holly” liczył się z tym, że jego analiza podzielonego państwa, zostanie uznana za skrajnie nieobiektywną. Stronniczą opowieść o covidzie i Donaldzie Trumpie. Czuł, że tak zwani antyszczepionkowcy i zwolennicy czterdziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych nie puszczą mu tego płazem, zawczasu przygotował więc odpowiedź dla potencjalnie najbardziej oburzonych jego bezczelnym manifestem. „Knock Yourself Out” - tyle miał im do powiedzenia. Niektórzy mogą uznać, że King z premedytacją wtykał kij w mrowisko, podgrzewał i tak już piekielnie gorącą atmosferę... nie tylko na arenie krajowej. Stałych czytelników tego pana taka budowa świata przedstawionego nie powinna zaskoczyć; komentowanie spraw mniej i bardziej świeżych, autentycznych wydarzeń, postaw społecznych i innych fragmentów „płynnej tkanki cywilizacyjnej” nie jest niczym nowym w twórczości Kinga. Tytułową postać spotykamy w lipcu 2021 roku, tuż po śmierci jej matki, zagorzałej zwolenniczki podobno bezprawnie obalonego prezydenta Donalda Trumpa i aktywnej członkini ruchu antymaseczkowego i antyszczepionkowego - „wymachiwała transparentem MOJE CIAŁO, MÓJ WYBÓR (który to pogląd nie przeszkodził jej być stanowczą przeciwniczką aborcji)”. Z kolei jej rzekomo nieporadna córka, niewdzięczna pannica po pięćdziesiątce, sumiennie przestrzega koronawirusowych zasad bezpieczeństwa, jednocześnie, jak to się mówi, dokarmiając raka. Holly Gibney, prywatna detektyw z zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi, doskonale wie, jak śmiesznie to wygląda – zamaseczkowana nałogowa palaczka. Z drugiej strony, w tej tak zwanej nowej normalności, nowotwory złośliwe, podobnie jak wszystkie inne choroby, w świadomości społecznej jakby przestały istnieć. Jakby covid, nomen omen, zeżarł wszystkie inne choroby. A przynajmniej tak to wyglądało w telewizorni, gdzie niezamaseczkowani dziennikarze ze swoich miejsc pracy, często nie przebierając w słowach, czasami wręcz wrzeszcząc, upominali widzów, by nosili maseczki w swoich miejscach pracy. Wtórowali im politycy bez maseczek, bo przed kamerami (i na mównicy sejmowej) wirus nie atakował. A potem pojawił się nowy problem: szczepić się czy się nie szczepić? W tamtym czasie bezskutecznie próbowałam sobie przypomnieć, choć jedną fikcyjną opowieść apokaliptyczną/postapokaliptyczną, której autor w pewnym sensie przewidział taką sytuację – szczepionka potraktowana nie tylko jako happy end, ale także/lub unhappy end dla ludzi, którzy przetrwali zarazę (jeśli ktoś zna taki utwór, oczywiście wydany przed pandemią COVID-19, będę wdzięczna za podrzucenie tytułu). Po wirtualnej uroczystości pogrzebowej, po rodzinnej tragedii, która nadspodziewanie mocno zasmuciła ekscentryczną wspólniczkę aktualnie chorującego na covid, też zaszczepionego dwiema dawkami, Pete'a Huntleya, kobieta smutki decyduje się utopić w innych troskach. Przebywającej w otchłani rozpaczy Holly Gbney linę nieświadomie rzuca Penelope Dahl, zagrożona pracownica banku (widmo bezrobocia), zawiedziona policyjnym śledztwem w sprawie zaginięcia jej dwudziestoczteroletniej córki Bonnie. Wydawać by się mogło, że biała kobieta bardziej obejdzie tutejszych policjantów, ostatnio kojarzonych głównie z zastrzeleniem czarnoskórego młodzieńca za wykroczenie drogowe. Brutalizacja działań amerykańskiej (niecałej) policji w stosunku do ciemnoskórych mieszkańców być może powoli rozchodzącej się w szwach dumnej demokracji, też jest tematem tej Kingowskiej rozprawy o jego rodzimym podwórku. Dzisiejszych i zarazem jakby zamierzchłych czasach (reżim sanitarny).

Okładka książki. „Holly”, Heyne Verlag 2023

Ridge Road na Środkowym Zachodzie: spokojna przystań dla klasy średniej. Urocza dzielnica sąsiadująca z mniej reprezentacyjnymi obszarami miasta. Gdzie dzieciaki samopas snują się po niemożliwie zaśmieconych ulicach, gdzie aż roi się od narkomanów i pijaków, a co parę lat na żer wychodzą starzy, ale jarzy. Profesorostwo Harris, małżeństwo z wieloletnim stażem, które nie daje się upływowi czasu. Emerytowani wykładowcy uświęconej tradycjami uczelni nieopodal ich przytulnego domku – on pracował na wydziale nauk biologicznych, a ona na anglistyce, gdzie może nie byli szczególnie lubiani (właściwie to na pewno), ale nie można powiedzieć, że nie liczono się z ich zdaniem. Przeklęta charyzma Emily Harris, na której siłą rzeczy korzystał także jej rozwrzeszczany mężuś Roddy, profesor Rodney Harris dla zwykłych śmiertelników. Szalony naukowiec i jego bezcenna królowa w omawianej powieści dzielą się przestrzenią z Holly Gibney – najdłuższe nitki fabularne, do których autor najczęściej dowiązuje sznureczki Barbary Robinson, młodszej siostry i najlepszej przyjaciółki Jerome'a, najwyraźniej bardziej od niej zainteresowanego najnowszą sprawą agencji detektywistycznej Uczciwi Znalazcy. Warstwa retrospektywna z zabójczymi staruszkami, która w dalszej partii „Holly” dogoni upartą panią detektyw z lipca 2021 roku. Wszystko zaczęło się w październiku 2012 od zuchwałego porwania w stylu Teda Bundy'ego czy Buffalo Billa z „Milczenia owiec” Thomasa Harrisa (też ekranizacji Jonathana Demme'a). I dalszej gehenny poczytnego powieściopisarza z niemile widzianą w tych stronach (oczywiście nie przez wszystkich) orientacją seksualną. Gehenny, która przypomniała mi opowiadanie Clive'a Barkera pt. „Dread” (pol. „Lęk”) z drugiej „Księgi krwi”, „na język filmu przełożone” przez Anthony'ego DiBlasiego. Takie tam drobne skojarzenie w makabrycznej działalności staruszków z Ridge Road, która miłośników kina grozy w niepomierne zdumienie raczej nie wprawi (jeden z głośniejszych przykładów leciwych w najlepszym razie tylko podejrzanych, a w najgorszym winnych słusznie zakazanych czynów: dziadkowie z „Wizyty” M. Nighta Shyamalana), ale wydaje mi się, że to najśmielsze wyjście Stephena Kinga naprzeciw oczekiwaniom miłośników mroczniejszych klimatów co najmniej od czasu „Czarnej bezgwiezdnej nocy”. Prawdę mówiąc takiej tematyki prędzej spodziewałabym się po horrorze ekstremalnym, a nie kryminalnych perypetiach sympatycznej Holly. Człowiek, który w swoim dorobku ma takie mięsiste opowiadanie, taką krwawą jatkę, jak „Szkoła przetrwania” (szukaj w zbiorze „Szkieletowa załoga”), mimo wszystko postanowił oszczędzić nam drastycznych szczegółów wariackiego projektu pseudonaukowego „czcigodnych Harrisów”. Makabreska w szponach goryczy. Pusty śmiech, niebezpiecznie graniczący z histerią, reakcją obronną organizmu na ohydztwa niemożliwie pokrzywionego świata. Komizm o wybitnie gorzkim posmaku. Szkaradna jesień życia, którą zainspirowała prawdziwa historia, a zatem to nie jest aż tak niewiarygodne, jak mogłoby się wydawać. No, może nie aż tak. W każdym razie tę nietypową współpracę małżeńską zasadniczo King wymyślił, ale jego magiczną maszynerię, częściej zwaną bujną wyobraźnią, niewątpliwie pobudził krzykliwy nagłówek mniej ciekawego artykułu. Coś o uroczych staruszkach i ciałach w ogródku. A gdyby tak zainwestować w rębak? Ale najpierw... Potwornie spragnieni uwięzieni w czasach niewoli. Pływająca w posoce surowa wątróbka cielęca, uparcie podsuwana przez cierpiących emerytów. Głównych problemem Rodneya jest artretyzm, natomiast Emily najbardziej dokucza ischias (rwa kulszowa). Stephen King gdzieś:) napisał, że starość nie jest dla mięczaków, ale skoro istnieje sposób na zahamowanie tego procesu, a w najgorszym razie na uśmierzenie bólu na ostatniej prostej długiej (ale nie tak jakby się chciało, bo czasami zielona mila jest dużo, dużo dłuższa) egzystencjalnej wędrówki, to dlaczego by nie skorzystać? Może dlatego, że mogą nas złapać? Bo na pewno nie z troski o życie bliźnich. Jakiś bliźnich?! O nie, państwo Harris na pewno nie czują się równi tej „hołocie”, która ich otacza. Najtęższe umysły absurdalnej cywilizacji zachodniej. Poprawność polityczna, mowa nienawiści, a teraz jeszcze witanie się łokciami. Czy świat do reszty oszalał? To pytanie retoryczne, szaleńcy z Ridge Road wiedzą, że tak. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że zmusza się ich do piania jak inne durne koguty. Tyle dobrze, że w zaciszu domowym jeszcze mogą być sobą. O ile akurat nie przypałęta się jakaś wrażliwa istotka zaszokowana zamieszkami na Kapitolu. Albo wścibska stara panna wynajęta przez tę krzykaczkę Penelope Dahl? Tak czy inaczej, Holly Gibney niepowstrzymanie zbliża się do pary zwyrodnialców, która przypadkiem miała okazję poznać jedną z najbliższych osób tej upierdliwej prywatnej śledczej. Wszystkie drogi prowadzą do Harrisów. Wszystkie czy jedna? Jedna, ale za to szeroka. Duży zbieg okoliczności, ale w świecie Holly ktoś pozwoli sobie zwrócić naszą uwagę na to, że takowe często się zdarzają. Jaki ten świat mały – w sąsiedztwie seryjnej zabójczyni mieszka idolka przyjaciółki Holly. Tak rodzi się wspaniała, chwytająca za serce przyjaźń starej poetki i młodej poetki. Jeszcze bardziej wzruszyła mnie opowieść o pewnym chłopcu i jego zmagającej się z niszczącym nałogiem mamie. Nieszczęsnych stworzeniach w tym podłym świecie nazywanych Śmierdzielem i pijaczką. Kto by się takimi przejmował? Na pewno nie policja, według małoletnich deskorolkarzy z zaniedbanej dzielnicy. Z intertekstualnej zabawy Stephena Kinga – pomijając poprzednie przygody Holly Gibney – w oczy szczególnie rzuciło mi się pamiętne „Hej, ho, Silver!” („To”) i wiadro krwi wylanej na szkolnym balu („Carrie”). A śledztwo? Przyjemnie nierozpędzone, jak to u Holly: diablo skrupulatne. I prowadzone w warunkach dalece bardziej dla niej niewygodnych niż przy poprzednich dużych sprawach małej agencji detektywistycznej założonej przez jej wybawcę Billa Hodgesa.

Jak na razie „Holly” to najsmakowitszy utwór z ulubienicą Stephena Kinga. Postacią, z którą trudno mu się rozstać. Cudowną towarzyszką siwego pana z Maine. Wymyśloną ekscentryczką, z którą wybornie mu się pracuje. Zdania będą podzielone, ale jeśli o mnie chodzi to ze wszystkich kryminalnych perypetii Holly Gibney, ta tutaj posmakowała najbardziej. Ale polecam tylko osobom zaznajomionym z poprzednimi występami tytułowej protagonistki, bo autor nie szczędzi informacji teoretycznie niepożądanych, potencjalnie kłopotliwych dla czytelników planujących (kiedyś tam) sięgnąć po „Outsidera”, „Jest Krew...” czy trylogią z Billem Hodgesem w roli głównej.