niedziela, 31 marca 2024

„Urojenie” (2024)

 
Zmagająca się z koszmarami sennymi autorka książek dla dzieci Jessica, jej mąż Max oraz jego dzieci z poprzedniego związku, nastoletnia Taylor i młodsza Alice, jeszcze przed ukończeniem remontu wprowadzają się do domu, w którym kobieta spędziła pierwsze pięć lat swojego życia. Jess nie zachowała prawie żadnych wspomnień z tamtego okresu, dlatego nie rozpoznaje nowego przyjaciela Alice, jedynej pasierbicy, z którą ma dobry kontakt. Znalezionego w piwnicy misia Chaunceya, wiecznie głodnej maskotki wiernie dotrzymującej towarzystwa dziewczynce po przejściach. Pozostali domownicy wychodzą z założenia, że Alice, jak wiele dzieci, ma wyimaginowanego przyjaciela i nie widzą powodu, by się tym martwić. Tymczasem dziewczynka angażuje się w wymagającą zabawę podobno zorganizowaną przez Chaunceya. Niedługo niewinną rozrywkę dziecka zafascynowanego opowieściami o NeverEver.

Plakat filmu. „Imaginary” 2024, Blumhouse Productions, Lionsgate Films, Tower of Babble Entertainment

Horror familijny w reżyserii Jeffa Wadlowa, twórcy między innymi „Kłamstwa” (2005), „Prawda czy wyzwanie” (2018) i „Wyspy Fantazji” (2020), na który największy wpływ miał „Duch” Tobe'ego Hoopera. Twórcom „Urojenia” (oryg. „Imaginary”, w nawiązaniu do zjawiska psychologicznego i społecznego, w krajach anglosaskich najczęściej nazywanego imaginary friend) zależało na „zachowaniu podobnej równowagi między strachem a łagodnym poczuciem zachwytu”. Trochę mniej film zawdzięcza takim produkcjom, jak „Labirynt Fauna” Guillermo del Toro, „Śmierć nadejdzie dziś” Christophera Landona i „M3GAN” Gerarda Johnstone'a. Scenariusz „Urojenia” to wspólne dzieło Jeffa Wadlowa (też współproducent filmu), Grega Erba i Jasona Oremlanda, którego realizacja (zdjęcia główne) ruszyła w maju 2023 roku w Nowym Orleanie w stanie Luizjana, pod szyldem Blumhouse Productions i Lionsgate Films, a zakończyła w następnym miesiącu. Budżet wyniósł nie mniej niż dziesięć i nie więcej niż trzynaście milionów dolarów, a dystrybucja - szeroko zakrojona „akcja kinowa” - rozpoczęła się w marcu 2024 roku, wtedy też obraz dotarł do Polski: przedsięwzięcie Monolith Films.

Chauncey Coming for You. „Najlepszy przyjaciel dziecka” czekający w domu przy ulicy Wiązów w Springwood stanie Ohio. Ukłony dla „Koszmaru z ulicy Wiązów” Wesa Cravena od stwórców potencjalnie morderczej maskotki Alicji z Krainy Czarów: hołd dla ponadczasowego utworu pióra Lewisa Carrolla (właściwie Charles Lutwidge Dodgson) pierwotnie wydanego w 1865 roku. Co koresponduje z innym pomnikiem ze świata przedstawionego w „Urojeniu Jeffa Wadlowa. UWAGA SPOILER Pomnikiem dla „Labiryntu”Jima Hensona, konkretnie rzecz ujmując postawionym w NeverEver, Krainie Wiecznego Dzieciństwa, Marzeń i Wyobraźni; Nibylandii Jeffa Wadlowa KONIEC SPOILERA, która z kolei zazębia się z niezwykłym przypadkiem Freelingów, amerykańskiej rodziny z głównego źródełka inspiracji architektów „Urojenia”. Bohaterów „Ducha” Tobe'ego Hoopera - owocna współpraca między innymi ze Stevenem Spielbergiem - z 1982 roku; widywanych też później, choć nie zawsze w pełnym składzie („Duch II: Druga strona” Briana Gibsona, „Duch III” Gary'ego Shermana; wypada dodać, że powstał też remake części pierwszej z rodziną Bowenów: „Poltergeist” Gila Kenana). Nowoczesna konstrukcja na spielbergowskim fundamencie z drugiej połowy XX wieku – bodaj największa ambicja zespołu tworzącego konkurencję dla Kubusia Puchatka:) Można powiedzieć mroczne alter ego niedźwiadka o małym rozumku i wielkim zamiłowaniu do miodu. Hipotetycznej nadnaturalnej obecności okrutnie manipulującej dzieckiem. Czyli metoda Dusiciela z Lakeshore Charlesa Lee Raya, fikcyjnego seryjnego mordercy wodzącego na pokuszenie małego Andy'ego Barclay („Laleczka Chucky” z 1988 roku w reżyserii Toma Hollanda, też współautora scenariusza: początek fikcyjnego terroru „Grzecznego Chłopca”, niekończącej się historii z królestwa horroru). Scenariusz „Urojenia” - z przerwami - powstawał cztery lata i choć autorzy wypróbowywali różne pomysły, przynajmniej postacie przetrwały do ostatecznej wersji (to samo towarzystwo, co w pierwszych skryptach). Nauczony doświadczeniem Wadlow w centralnym punkcie postawił tylko jedną postać – nie chciał powtarzać błędu z „Wyspy Fantazji”, gdzie jak uświadomił sobie poniewczasie, narracja została nadmiernie rozproszona. Wrócił więc pamięcią do lepiej przyjętego zespołu z „Prawda czy wzywanie”; dopilnował, by przewodniczka nie zgubiła się w tłumie „turystów”, jak Gwen Olsen, w którą w „Wyspie Fantazji” wcieliła się Maggie Q. Ale nie odbierajmy zasług DeWandzie Wise, upatrzonej odtwórczyni dobrej macochy, która na szczęście przyjęła zaproszenie na pokład „Imaginary”. Zaszczyciła kapitana swoją obecnością. Jessicę poznajemy jako autorkę poczytnej serii książek dla dzieci – przygody pająka Simona i stonogi Molly – od niedawna pozostającą w związku małżeńskim z działającym w branży muzycznej Maxem (bezbarwna rola Toma Payne'a), który w związku z chorobą poprzedniej partnerki, uzyskał wyłączną opiekę nad dwiema córkami: obecnie piętnastoletnią Taylor (niezgorszy występ Taegen Burns) i małą Alice (uwaga: zjawiskowa istota Pyper Braun kradnie „spektakl”). Jess niemal każdej nocy nawiedzają koszmary senne z upiorniejszą wersją (anty)bohatera jej opus magnum, w których mogą, ale nie muszą być zawarte jakieś wskazówki na temat zapomnianej przeszłości. W piątym roku życia, niedługo po śmierci matki, główna bohaterka „Urojenia”, została oddana pod opiekę babci. Ojciec został sam w kiedyś przytulnym gniazdku rodzinnym przy ulicy Wiązów, a kiedy utracił zdolność do samodzielnej egzystencji, trafił do domu spokojnej starości. A Jessica i Max podjęli decyzję o przeprowadzce do rodzinnej mieściny kobiety, gdzie przez te wszystkie lata(?) czekał miś w czerwonym kubraczku.

Plakat filmu. „Imaginary” 2024, Blumhouse Productions, Lionsgate Films, Tower of Babble Entertainment

Jeśli oczekujesz oryginalnej opowieści przerażającej, to poszukaj gdzie indziej. Nie w filmografii Jeffa Wadlowa. Oczywiście można się spierać na temat innowacyjności jego „Kłamstwa” i upiorności jego wersji gry w „Prawda czy wyzwanie”, ale przed „Urojeniem” myślałam, że ten pan w światku horroru wyrobił sobie już opinię „człowieka od lżejszych klimatów”. Zwątpiłam wsłuchując się w chór głosów rozczarowanych. Niemroczny, niemocny, niestraszny. Wtórny i przyziemny. Stawiany w jednym rzędzie choćby z wydaną w tym samym roku „Przeklętą wodą” Bryce'a McGuire'a. Rozrywka dla niewymagających albo beznadziejnie zakochanych w opowieściach o nawiedzonych domach. Przeprowadzka do uroczego domku w malowniczej okolicy, przeklęta zabawka lub wyimaginowany przyjaciel, domniemana trauma z dzieciństwa, podejrzana sąsiadka i drastyczna wersja popularnej zabawy (Scavenger Hunt). O potędze dziecięcej wyobraźni i słabości umysłów racjonalnych. Jessica jest gdzieś pośrodku – jedną nogą w nudnym świecie dorosłych, a drugą w Fantazji ostatnio podgryzanej przez Nicość. Szuka natchnienia autorka wyśmienicie sprzedających się książek dla najmłodszych. Bogata wyobraźnia zapewne pomogła jej w nawiązaniu więzi z młodszą córką ukochanego męża, ale gorzej sprawy układają się ze starszą. Niezbuntowaną nastolatką (woli obejrzeć „Wiecznie żywego” Jonathana Levine'a zamiast raczyć się trunkami ojca czy specjałami przystojniaka z sąsiedztwa) mającą dobry kontakt z ojcem i siostrą, a Jess postrzegającą jak intruzkę. Ukradła męża jej biologicznej matce? Tak czy inaczej, w przeciwieństwie do Alice dziewczyna nie potrafi zaakceptować wyboru Maxa. Albo rodzicielka, albo nikt! Zbliży je nowy Nightmare on Elm Street? Podczas zabawy w chowanego najmłodsza lokatorka bynajmniej przypadkiem znajdzie nowego towarzysza zabaw. Starą maskotkę ukrytą w ciemnej piwnicy i niewykluczone, że przez te wszystkie lata pielęgnującą urazę do dziewczynki, która ją porzuciła. Nawet jeśli Chauncey kiedyś należał do Jessiki, to kobieta go nie rozpoznaje. Nie pamięta też Glorii (Betty Buckley, która swój aktorski debiut miała w „Carrie” Briana De Palmy), ciekawskiej sąsiadki w podeszłym wieku twierdzącej, że była jej nianią w pierwszych latach życia. Mogłaby sporo naszej bohaterce wyjaśnić, ale ciekawa wydarzeń, które zaprowadziły ją do domu babci Jessica jakoś nie wpada na to, by gadatliwą staruszkę w swoim małym śledztwie wykorzystać. Za to próbuje nakłonić do zwierzeń wyrodnego ojca z demencją. Dowiedzieć się, dlaczego ją okaleczył. Blizna z domowego piekiełka? Kolejna rzecz, która łączy ją z Alice? W każdym razie młodsza pasierbica miała jakiś wypadek z ogniem, po którym, oprócz jej zdaniem paskudnego śladu na ręce, została jej pirofobia. Nie wspominając już o przykrych wspomnieniach. Pomimo przeświadczenia, że obecnie bardziej rozchwytywane są (pewniejszy zarobek) horrory dynamiczne, Jeff Wadlow zaryzykował z lekkim spowolnieniem akcji. To jeszcze nie jest slow burn, ale reżyser eksperymentował z tempem. Chyba potraktował to jako wyjście ze strefy komfortu, aczkolwiek pamiętający „Kłamstwo” z 2005 roku mogą odbierać to inaczej. Zwłaszcza w efekciarskich momentach. Tandetny duży miś, który może sobie przybić piątkę z monstrualnym pająkiem w przegiętym środowisku (nie)naturalnym. Ostateczna konfrontacja w cudacznym wystroju, w którym wypatrzyłam małą wieszczkę z uniwersum Freddy'ego Kruegera (tak mi się przyjemnie skojarzyło). Zdecydowanie moja ulubiona scenka z „Urojenia”, największa atrakcja – śliczna twarzyczka i niezłe głosisko - z niedostatecznie fantazyjnego parku rozrywki Chaunceya. UWAGA SPOILER Według tutejszej specjalistki od zjawisk niecodziennych, stworzenia znanego we wszystkich kulturach, tyle że pod różnymi imionami. Na przykład Cucuy, który na terytorium horroru już się wypuszczał (m.in. „Cucuy: The Boogeyman” Petera Sullivana) KONIEC SPOILERA. W opozycyjnym obozie jest pomoc wezwana przez zaniepokojoną macochę (alarm w ogrodzie) – zaskakująca wizyta zaufanej ekspertki, a przynajmniej ja na taką wiadomość przygotowana nie byłam. Doceniłabym też polowanie na sznurek, gdyby filmowcy tego nie zepsuli. Obiecujący start w łazience (incydent z ręcznikiem), trzymające w napięciu rozwinięcie i niezamierzenie zabawne „buu!” w nagrodę za wytrwałość. Lekcja pokory dla niemiłego chłoptasia.

Była „Wyspa Fantazji” - kolej na Dom Wyobraźni. Była „Prawda czy wyzwanie” - czas na polowanie na padlinożerców. Było „Kłamstwo” - pora na „Urojenie”. Po po prostu walcz! z Chaunceyem. Jeff Wadlow i jego bajeczki:) Tym razem Poltergeist w Springwood. Historia nieprawdziwej przyjaźni i prawdziwych traum kłaniająca się sławnym gatunkowym kolegom. Pluszowy Piotruś Pan i Alicja marząca o Krainie Czarów. Połączenie tradycji z nowoczesnością dla szukających odskoczni od śmiertelnie poważnych klimatów. Nieperfekcyjny, ale dość sympatyczny horror delikatny.

piątek, 29 marca 2024

„Birth/Rebirth” (2023)

 
Celie Morales jest empatyczną położną samotnie wychowującą rezolutną sześcioletnią Lilę, a pracująca w szpitalnej kostnicy doktor Rose Casper niezsocjalizowaną autorką sekretnej eksperymentalnej terapii, w której wykorzystuje biologiczne procesy zachodzące we własnym ciele. Losy kobiet łączy nagła śmierć małej Lily, którą doktor Casper uznaje za idealną kandydatkę do kolejnej fazy testów w długoletniej pracy nad wskrzeszaniem zmarłych. Zimna pani patolog kradnie zwłoki dziewczynki, przewozi je do własnego mieszkania i niezwłocznie przystępuje do niekonwencjonalnego przywracania czynności życiowych. Kiedy w prywatną przestrzeń nieetycznej lekarki wdziera się niestrudzenie szukająca ciała ukochanego dziecka Celie, widać już zdumiewające efekty śmiałego przedsięwzięcia gospodyni. Nadzieja na odzyskanie córki skłania położną do włączenia się w ryzykowną działalność doktor Casper.

Plakat filmu. „Birth/Rebirth” 2023, Retrospecter Films, Shudder

Historia zrodzona z miłości do „Frankensteina” Mary Wollstonecraft Shelley, przełomowej powieści gotyckiej pierwotnie wydanej w 1818 roku. Historia natchniona, ale niebędąca adaptacją/ekranizacją tego ponadczasowego dzieła. Pierwszy pełnometrażowy obraz w reżyserskiej karierze Laury Moss, horror psychologiczny o przywracaniu życia, którego zarys powstał już na początku XXI wieku – około sześćdziesięciostronicowy skrypt (głównie zbiór luźnych pomysłów) przygotowany przez panią Moss i przekazany jej zaufanemu współpracownikowi Brendanowi J. O'Brienowi, który stworzył szkic fabularny. Tak wymieniali się wersjami roboczymi scenariusza ostatecznie zatytułowanego „Birth/Rebirth”, w którym można dopatrzeć się też wpływów choćby takich uwielbianych przez reżyserkę obrazów, jak „Schronienie” Todda Haynesa, „Nierozłączni” Davida Cronenberga (faktycznie czuć mistrza body horroru), „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego, „Martin” George'a A. Romero i „Henry – Portret seryjnego mordercy” Johna McNaughtona. Produkcja miała ruszyć w 2020 roku, ale z powodu pandemii COVID-19 projekt zawieszono. Do 2022 roku – główne zdjęcia zorganizowano w stanie New Jersey i w nowojorskim Cooperative City (Co-op City). Film nagrywano od sierpnia do końca września 2022, a światowa premiera odbyła się w styczniu 2023 na Sundance Film Festival. W sierpniu tego samego roku „Birth/Rebirth” został wprowadzony do wybranych kin w swoich rodzimym Stanach Zjednoczonych - przez firmę IFC Films – a potem opiekę dystrybucyjną przejęła platforma streamingowa Shudder, jeden z głównych producentów filmu.

Obskurny horror przez niektórych krytyków kojarzony między innymi z „Draculą” Brama Stokera, „Zbrodniami przyszłości” Davida Cronenberga z 2022 roku (są jeszcze jego „Zbrodnie przyszłości” z 1970 roku) i „Re-Animatorem” Stuarta Gordona, kultową adaptacją utworu Howarda Phillipsa Lovecrafta po raz pierwszy opublikowanego w 1922 roku pod tytułem „Herbert West – Reanimator”. Zakorzeniona w klasyce gatunku, gęsta znaczeniowo opowieść o szalonej(?) miłości i całkowitym poświęceniu dla nauki. Odważnie dotykająca delikatnych sfer w życiu człowieka, niestroniąca od tematów tabu, wywrotowa bestyjka sprowadzona na świat pod kierownictwem Laury Moss. Przesadnie szczera, jak na czasy współczesne. Demityzacja rzeczywistości albo przebrzydła prowokacja godząca w sacrum i profanum. Reżyserka i współscenarzystka „Birth/Rebirth” pyta: kiedy zaczyna się życie, a kiedy kończy? I czy człowiek może to kontrolować? Doktor Rose Casper (intrygująca kreacja Marin Ireland; m.in. „Kandydat” Jonathana Demme'a czyli filmowa adaptacja kultowej powieści przerażającej Richarda Condona, „Jestem legendą” Francisa Lawrence'a na podstawie minipowieści Richarda Mathesona, „Piercing” Nicolasa Pesce'a, „Szept i mrok” Bryana Bertino, „Pusty człowiek” Davida Priora i późniejszy „Boogeyman” Roba Savage'a luźno oparty na opowiadaniu Stephena Kinga), niepodręcznikowa burzycielka - tj. nietypowe podpięcie pod archetyp szalonego naukowca – swoje ciało traktuje jak narzędzie pracy, swoistą maszynę do produkcji materiału biologicznego. Według Laury Moss ta postać ma w sobie coś z Kranga, superzłoczyńcy z uniwersum Wojowniczych Żółwi Ninja. Tak zwane sztuczne zapłodnienia i autoaborcje. Domniemana tokofobiczka pomimo lęku, mimo obrzydzenia, w niedługich odstępach czasu wstrzykująca sobie nasienie (inseminacja domaciczna) pozyskiwane od nieznajomych – ręczna robota w barze, schadzka w kabinie sanitarnej z przypadkowym mężczyzną. Niektórzy mogą to nazwać eksterminacją życia nienarodzonego, ale z punktu widzenia Rose to działalność na rzecz życia. Zwyczajny środek prowadzący do niezwyczajnego celu. Jej ciało – jej własność. Fundamentalne pytanie: czy ciężarna kobieta powinna decydować o własnym ciele? Kto w rzeczywistości jest jego właścicielem od poczęcia do narodzin? Żywicielka czy pasożyt? Niesmaczne porównanie? A czy przypadkiem pytanie nie powinno brzmieć: jak to odbierają panie spodziewające się dziecka? Czy możemy z całą pewnością stwierdzić, że takie myśli nie nachodzą także tych, które chcą być matkami? Publiczne wyznanie Laury Moss można potraktować jako próbę obalenia współczesnej mitologii ciążowej, czy raczej „jedynej słusznej kroniki stanu odmiennego”. Innymi słowy, główna twórczyni „Birth/Rebirth” chciałaby, żeby opowiadanie „o tym dziwnym uczuciu noszenia w sobie czegoś zależnego od ciebie, rosnącego w tobie pasożyta” nie było odbierane jako coś zdrożnego. Życzyłaby sobie, żeby obiegowa definicja „dobrej matki” nie była tak wąska? Z jej pełnometrażowego debiutu w sumie można wysnuć nawet dalej idące wnioski – dogrzebać do społecznie nieakceptowalnych pomysłów. Niepokojąca zapowiedź jutra? Tak czy owak, kino nonkonformistyczne.

Plakat filmu. „Birth/Rebirth” 2023, Retrospecter Films, Shudder

W klaustrofobicznym mieszkaniu w świecie przedstawionym w „Birth/Rebirth” Laury Moss dochodzi do drastycznego przekroczenia granic moralnych. Poważnego naruszenia zasad etyki lekarskiej i „gwałtu ze szczególnym okrucieństwem” na świętości życia. Zakazany postęp naukowy. Medycyna totalnie niekonwencjonalna wdrożona przez nietowarzyską damę z prosektorium. Doktor Rose Casper od dzieciństwa eksperymentuje na żywych i martwych organizmach, nie przejmując się normami społecznymi. Zasady, nakazy, zakazy, grzeszenie myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Twardy regulamin życia podobno pisany przez całe społeczeństwo. Kształtowanie moralności człowieka albo instytucjonalne pranie mózgów. Jeśli doktor Casper kiedykolwiek zaprzątnęła sobie głowę takimi „bzdetami”, to spokojnie mogła pogratulować sobie odporności na propagandę wrogów postępu. Hamowanie rozwoju człowieka, przeciwdziałanie ewolucji umysłu w imię wartości niekoniecznie bezwzględnej. Relatywizm i absolutyzm moralny. Lekarka, która wskrzesza umarłych nie rozumie, dlaczego cudza moralność ma być jej moralnością. Zbezczeszczenie zwłok: kto to wymyślił i dlaczego doktor Casper ma tego kogoś uznawać za autorytet? A „muzeum embrionów”? Czemu musi kryć się z płodami, jak by nie patrzeć, wyjętymi z własnego ciała? Zwłaszcza, że nie obchodzi jej bezproduktywne kolekcjonowanie, tylko wyekstrahowanie głównego składnika innowacyjnej mikstury. Wynalazek farmaceutyczny współlokatorki wskrzeszonej świnki. Złodziejki zwłok dziecka. Sześcioletniej Lily (bezbłędny występ A.J. Lister), bezcennej latorośli Celie Morales (przekonująca kreacja Judy Reyes, którą fani kina grozy mogą kojarzyć choćby z „Uśmiechnij się” Parkera Finna), położnej pracującej w tym samym szpitalu, co doktor Rose Casper. Samotnej matki, która poddała się metodzie in vitro korzystając z banku nasienia - anonimowy dawca - a zatem formalnie rzecz biorąc (właściwie upraszczając) dziewczynka nie ma ojca. Metoda przez niektórych obrońców moralności nazywana hodowlą ludzi. Pytają, także w szkołach: „kto będzie kochał wyprodukowane w ten sposób dzieci?”. Martwią się, oczywiście w przeciwieństwie do niemoralnej pani doktor – etyczna rebeliantka naturalnie nie jest zdziwiona bezgraniczną miłością mamy Lily. Ktoś, kto tak długo starał się o dziecko, kto się poddał niejednemu zabiegowi (kosztownemu i bynajmniej przyjemnemu) by wydać na świat nowe życie, żeby zostać rodzicem... Jak Celie mogłaby nie kochać? Jak mogłaby nie szukać biednego ciałka swojej długo wyczekiwanej, wytęsknionej córeczki? Zaginionych zwłok dziecka, z którym nie zdążyła się pożegnać. Matki nie było przy umierającej dziewczynce. Mamusia nie widziała, w jak krytycznym stanie jest mała Lila. Cicha rozpacz i żelazna determinacja. Celie jest człowiekiem czynu, kobietą nieprzywykłą do poddawania się tej suce zwanej życiem, osobą, która nie potrafi siąść i płakać. Musi działać, robić coś – cokolwiek – nawet jeśli nie widzi większych szans na osiągnięcie danego celu. Zamieszanie w papierach: takie rzeczy ciągle się zdarzają, Celie liczy się więc z potworną możliwością nieujrzenia ślicznej twarzyczki martwej Lily. Mogli ją skremować albo coś jeszcze gorszego. Nie, nieszczęsna mama nie chce myśleć o tych gorszych ewentualnościach. Woli się skupić na lekarce, która wedle jej wiedzy, jako ostatnia widziała jej zmarłą córeczkę. Błyskawicznie postępująca choroba – błędnie uznana za zwykłe przeziębienie przez członkinię środowiska medycznego. Celie wprawdzie nie jest specjalistką od chorób zakaźnych, ani nawet lekarką, tylko położną i pielęgniarką szpitalną, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że poza wszystkim innym kobietę dręczy przekonanie, że powinna była wykazać się większą przytomnością od byle laika. Cierpienie udzielające się – piekielna przeprawa zgotowana przez reżyserkę niewątpliwie współczującą. Nieosądzającą (to zostawia nam?), niewytykającą błędów rodzicielskich faktycznych bądź niemożliwie naciąganych, niekopiącą leżącej wzorem wielu samozwańczych idealnych ludzi, niepastwiącą się nad rodzicem bestialsko okradzionym. Przez Śmierć, której wojnę wypowiedziała doktor Rose Casper. Niegodząca się z odwiecznym porządkiem świata, status quo Matki Natury i albo nieznająca „Smętarza dla zwierzaków” aka „Cmętarza zwieżąt” Stephena Kinga, albo pewna że to stek bzdur. Zmartwychwstanie miałoby być gorsze od śmierci? Celie nazywa to cudem, ale wspólniczka „pani Frenkenstein”, wegetarianki mającej nader swobodny, żeby nie powiedzieć przedmiotowy stosunek do ludzkiego ciała, też gada jak potłuczona. Nie cud, tylko nauka! Powrót z martwych w dusznym mieszkaniu... osobowości socjopatycznej? Ożywienie dziewczynki, która może, ale nie musi być Lilą Morales. I czy to aby nie jest egoizm? Rozpoznaje ulubioną kreskówkę czy to myślenie życzeniowe? Kreskówkę pt. „Rescue Birds” stworzoną specjalnie na potrzeby filmu po nieotrzymaniu odpowiedzi od, jak ich nazwała Laura Moss, „dobrych ludzi z Wonder Pets!, których reżyserka poprosiła o zgodę na wykorzystanie fragmentu ich animowanego serialu.

Mówią, że nie ma trudnych pytań, ale w tej nieziemsko zajmującej rozprawie filmowej o życiu i śmierci zatytułowanej „Birth/Rebirth” nierozwiązywalny dylemat zdaje się gonić nierozwiązywalny problem. Tak czy owak, depresyjna to opowieść, mocna trutka na wrażliwe dusze, lepka substancja przylegająca do błony śluzowej gardła. Fascynująco odpychający pełnometrażowy debiut reżyserski Laury Moss, którego niebanalny scenariusza napisała wspólnie z Brendanem J. O'Brienem. Genialny horror psychologiczny - genialnie gospodarujący emocjami. Potężna rzecz.

środa, 27 marca 2024

„Dark Windows” (2023)

 
Nastoletnia Ali ginie w wypadku samochodowym, w którym uczestniczą też jej przyjaciele: Tilly, Peter i Monica. Podczas uroczystości pogrzebowej, mocno przeżywająca stratę Tilly, umacnia się w poczuciu winy za sprawą postawy niektórych żałobników. Utwierdza w przekonaniu, że to ona powinna znaleźć się na miejscu Ali. Martwiąca się o przyjaciółkę Monica wychodzi z propozycją spędzenia weekendu w wiejskim domu wcześniej należącym do jej nieżyjących już dziadków. Młodzi ludzie, którzy przeżyli wypadek drogowy i różnie przeżywają żałobę, mają być sami w rzadko odwiedzanej, przestronnej nieruchomości na pustkowiu, a przynajmniej tak to zostaje przedstawione Tilly przed przyjazdem do nawiedzonego domu. Nawiedzonego przez zamaskowanego obserwatora.

Plakat filmu. „Dark Windows” 2023, Element Film, David Kang Productions

Zrealizowany za około milion dolarów amerykańsko-norweski thriller z nurtu home invasion twórcy między innymi „Odejdź!” z 2022 roku. Alex Herron długo nosił się z pomysłem na wykorzystanie motywu żalu w środowisku młodzieżowym. W końcu napisał scenariusz i przekazał go Ulvrikowi Kraftowi (w czołówce „Dark Windows” jako Wolf Kraft), członkowi zespołu producenckiego „Odejdź!”, z prośbą o ponowne opracowanie. Kraft zaproponował inny punkt widzenia, swego rodzaju odwrócenie historii Herrona – fabuła niby identyczna, ale efekt końcowy bardziej zadowolił przyszłego reżysera i jednego z głównych producentów „Dark Windows”, twórcy mającego słabość do nieśpiesznie budujących się historii filmowych, deklarującego miłość do wolno składających się konstrukcji fabularnych. Weekendowy wypad nastoletnich przyjaciół miał być dowodem tego uwielbiania filmowca urodzonego w norweskim miasteczku Drøbak i przez większość życia kursującego między Oslo i Los Angeles. Dystrybucja „Dark Windows” ruszyła w sierpniu 2023 roku głównie w usłudze VOD - po drodze (październik 2023) film zaliczył Ramaskrik Film Festival w Norwegii - a do Polski dotarł w marcu 2024 roku: wprowadzony na platformy streamingowe przez Best Film.

Dreszczowiec, który powstał podczas strajków WGA i SAG-AFTRA. W akcję była zaangażowana część ekipy pracująca nad „Dark Windows” w reżyserii człowieka, który zdążył zadomowić się w kinie grozy. Alex Herron zdradził, że w nieodległych planach ma kolejną dłuższą (pełny metraż) opowieść z dreszczykiem, a tymczasem proponuje klasyczny wypad na odludzie. Konwencjonalną „sztukę w trzech aktach”. Zabójczy weekend, jakich wiele w kinie grozy. Młodzi ludzie kontra zamaskowany osobnik z premedytacją karmiący wewnętrzne demony głównej bohaterki. Dziewczyny, która miała sprowadzić śmierć na rówieśniczkę. Tilly (przeciętna kreacja Anny Bullard) po raz pierwszy spotykamy przed czołówką „Dark Windows”, w najkrótszym „akcie” skromnego „spektaklu” o bezsensownej stracie, nieutulonym żalu, rozdzierającej tęsknocie i potencjalnie morderczym poczuciu winy. W domu rodzinnym opłakiwanej Ali. Jedynej ofiary śmiertelnej wieczornej przejażdżki czwórki młodych ludzi. Tragicznego zdarzenia zaklasyfikowanego jako zwykły wypadek – bez niczyjej winy – utratę panowania nad kierownicą przez nastoletnią Tilly, która w przeciwieństwie do siedzącej obok Ali i tak samo jak siedzący z tyłu Peter i Monica (niezgorsze występy Rory'ego Alexandra i Annie Hamilton), miała zapięty pas. Zdaniem policji to zaniedbanie przesądziło o śmierci dziewczyny. Zaniedbanie Tilly, według przynajmniej jednego z żałobników. Życzenie śmierci na stypie – przykra przemowa zrozpaczonego krewnego bezpowrotnie utraconej przyjaciółki. I interwencja pozostałych uczestników wypadku: wstawiennictwo za niebroniącą się koleżanką. Bo poczuwającą się do winy. Serce Tilly najżarliwszym oskarżycielem. Monica uznaje, że najwyższy czas pomóc koleżance w walce z niszczącymi emocjami, a jedyny sposób jaki przychodzi jej do głowy to wypad za miasto. Weekend w odizolowanym domu, spuściźnie dziadków Moniki. Dziewczyny, która nie rozumie. Co innego Peter, uzbrojony w żarty i procenty. Nieprzyznający się do nałogu młody człowiek, jak się wydaje, idący śladami swego znienawidzonego ojca, denerwujący się na każdą sugestię niepanowania nad pociągiem do butelki, który potworny żal próbuje ugasić także humorem. W najgorszym położeniu może być jednak gospodyni – organizatorka weekendu niedopuszczająca do siebie myśli, że może być osobą bardziej potrzebującą wsparcia od Tilly. Zaprzeczenie Moniki. Ryzykowne odwlekanie konfrontacji z wewnętrznymi demonami. W najdłuższą partię filmu wchodzimy tradycyjnie... W stylu „Lśnienia” Stanleya Kubricka. U celu podróży zastajemy nieruchomość bardziej jak z opowieści gotyckich niż „Martwego zła” Sama Raimiego. Tilly spodziewała się kameralnego domku letniskowego, a „wylądowała” w letniskowym domiszczu. Przepastny budynek samotnie stojący pośród zielonych wzniesień. Monica nie obiecywała luksusów, a wręcz dawała do zrozumienia, że to zaniedbana nieruchomość, po odejściu dziadków sporadycznie odwiedzana tylko przez jej szukającego weny ojca. Podekscytowani metrażem przyjaciele w tej kwestii nie zamierzają się z nią spierać – aż dziw, że w tak obskurnej siedzibie elektryczność się uchowała. Ja tam nawet kurzu nie widziałam, ale widać młodzi przywykli do wysokiego standardu;)

Plakat filmu. „Dark Windows” 2023, Element Film, David Kang Productions

Thriller naturalistyczny? Niezupełnie, ale moim zdaniem „Dark Windows” Alexa Herrona na tle współczesnych thrillerów wyróżnia się klimatem. Brudnawy, surowy, bynajmniej plastikowy, niektóre zdjęcia przydałoby się jednak odrobinkę rozjaśnić: miejscami niemal nieprzeniknione ciemności, przesadne zagęszczenia mroku najpewniej zamierzone. Bo Alexowi Herronowi zależało na zachowaniu możliwie najwyższego stopnia realizmu, na maksymalnym ograniczeniu „wpływów zewnętrznych”. Minimalna ingerencja człowieka w środowisko naturalne, która miała korespondować z nieprzekombinowaną opowieścią o żałobie. Odżegnywanie się od popularnych ozdobników, niegonienie za aktualnymi trendami, nienastawianie się na spektakularne widowisko. „Życiowa opowieść o żałobie”. Życiowych wyborach i ich konsekwencjach. Depresja, negacja i delirium tremens. Odpowiedzialna dziewczyna czująca, że wszystkich zawiodła, a najbardziej najbliższą przyjaciółkę. Tilly i Ali zawsze były tymi rozsądnymi, poukładanymi, grzecznymi. Monica i Peter pełnymi garściami czerpali ze studni młodości, a pozostałe członkinie ich paczki pilnowały, by w poważne tarapaty się nie wpakowali. Eskorta pijanych nastolatków, która sprawdzała się do tego feralnego wieczora, kiedy i Tilly dostała małpiego rozumu. Jeden jedyny raz naprawdę się zabawiła... i będzie tego żałować do końca życia. Tak czy inaczej, przyszłość rysuje się jej w tak ciemnych barwach, że rozważa drastyczne skrócenie egzystencjalnej podróży. A przynajmniej chwilami nachodzi ją przemożne pragnienie odebrania sobie życia. I nie kryje oburzenia postawą Moniki. Jakby śmierć Ali w ogóle jej nie obeszła. Do Petera centralna postać „Dark Windows” też ma poważne zastrzeżenia, ale musi mu przyznać, że nie potraktował tej tragedii tak lekko jak Monica. Uchylająca się od odpowiedzialności. Monica nie rozumie Tilly, a Tilly nie rozumie Moniki. To miały być istoty jak gdyby z innych planet; duet nie tyle zantagonizowany, ile najzwyczajniej w świecie niedobrany. Lubią się, ale nadają na innych falach. A Peter nie wnika. Trzyma się z boku, nikogo nie osądza i chciałby żeby inni brali z niego przykład. Zwłaszcza Tilly, coraz śmielej sobie poczynająca. Insynuująca, że jest podobny do znienawidzonego rodziciela. Zachowująca się niemal zupełnie jak jego matka. Tilly co prawda nie patrzy na niego z taką pogardą, ale wystarczy, że ma go za nałogowca. Ze wszystkich problemów tego świata poruszonych w scenariuszu „Dark Windows” alkoholizm wśród młodzieży najbardziej rozpalił moją ciekawość. Prawdziwa rzadkość w kinie grozy, w każdym razie reszta trochę mi się już przejadła. Bohaterowie prześladowani przez wewnętrzne demony, przepracowywanie traum, zmagania z ogromnymi wyrzutami sumienia, natrętne wspomnienia, wszechogarniający żal za prawdziwe bądź wyimaginowane grzechy, bezdennie otchłanie rozpaczy – w tak pospolitym towarzystwie nastoletni alkoholik ma prawo uchodzić za istną znakomitość. Wybaczacie niefortunne sformułowanie, stanowczo się zagalopowałam, także w optymistycznych zapatrywaniach na ten wątek. Ledwie zarysowany. Rozczarowująco powierzchowna, żeby nie powiedzieć płytka, analiza młodego nałogowca, który gdzieś głęboko w sobie może chować przekonanie, że spadła na niego rodzinna klątwa. „Zarażony alkoholizmem”, a ujmując rzecz dosłownie: nieodpowiednie wzorce przekazane przez uzależnionego ojca. Dramat skąpo podlany thrillerem niezobowiązująco flirtujący z horrorem o nawiedzonym domu. – zamazana sylwetka człowieka w masce, alarmujące nocne odgłosy, niepodejrzanie pootwierane okna, wymowne „przemeblowanie” ołtarzyka dla Ali i wreszcie głos zmarłej. Konkretny dreszczowiec dopiero w trzecim „akcie”. W zasadzie standardowe starcie z niedługo już zamaskowanym intruzem. Motywy zdradził dużo wcześniej, a tożsamość ujawni (też mi niespodzianka) tuż przed jedynym pomysłowym akcentem w ostatnim rozdziale „Dark Windows” Alexa Herrona. Człowieka, któremu marzył się intensywny slow burn horror, budujący się i budujący, i budujący mrożący krew w żyłach film głębi niepozbawiony. A spłodził (nie)typowego przedstawiciela podgatunku home invasion; niegroźny dreszczowiec z niebezpiecznie przeciągniętą środkową częścią, czy jak kto woli mieszankę dramatu i tradycyjnej opowieści o nieproszonym gościu z morderczymi zamiarami. Według mnie niezbyty smaczna mikstura – banalny smak w ładnym opakowaniu. Obiecująca atmosfera i zawodny scenariusz. Zmęczył mnie ten seans, jeśli mam być całkowicie szczera.

Grupka przyjaciół tym razem wyjeżdża do domu na odludziu. I ktoś ich obserwuje. Ktoś za nimi chodzi. Ktoś się skrada. Nic nowego na mrocznym terytorium gatunkowym. „Dark Windows” Alexa Herrona to oferta przede wszystkim dla fanów thrillerów z nurtu home invasion (której nie polecam), ale może się tak zdarzyć, że więcej zwolenników znajdzie wśród preferujących dramaty obyczajowe. Wszystko jest możliwe, zdziwiłabym się jednak niepomiernie, gdyby film „wdarł się na listy przebojów”. Swoich amatorów znajdzie, ale naprawdę nie sadzę, by było ich wielu.

poniedziałek, 25 marca 2024

Ruth Ware „Dzień zero”

 
Crossways Security to doskonale prosperująca dwuosobowa działalność gospodarcza ukierunkowana na testowanie systemów zabezpieczeń i założona przez młode małżeństwo, odpowiadającą za część fizyczną Jacinthę 'Jack' Cross i zajmującego się materią cyfrową Gabriela Medwaya. Szczęśliwe małżeństwo nieodwracalnie zniszczone tuż po zakończeniu jednej z akcji zdolnych pen-testerów: po owocnym włamaniu do siedziby dużej firmy jednego ze zleceniodawców, tradycyjnie przeprowadzonym przez Jack, korzystającą z instrukcji na bieżąco przekazywanych przez genialnego hakera i troskliwego partnera. Zamordowanego we własnym domu Gabe'a. Sprawę prowadzi detektyw Habiba Malik z londyńskiego wydziału dochodzeniowo-śledczego, której partneruje niedoświadczony detektyw Alex Miles, a jedyną podejrzaną jest żona ofiary. Zdruzgotana kobieta początkowo współpracująca z organami ścigania w złudnej nadziei na schwytanie osoby lub osób odpowiedzialnych za śmierć jej ukochanego. Zdeterminowana kobieta koniec końców biorąca sprawy we własne ręce. Uciekinierka z narażeniem życia goniąca za sprawiedliwością.

Okładka książki. „Dzień zero”, Czwarta Strona 2024

Współczesna Agatha Christie w nowej odsłonie. Klimaty szpiegowskie od poczytnej brytyjskiej powieściopisarki, pod własnym nazwiskiem – Ruth Warburton – publikującej młodzieżowe utwory fantastyczne, ale bardziej znanej pod fikcyjnym nazwiskiem Ruth Ware, którym podpisuje swoje literackie thrillery psychologiczne. Autorka między innymi takich powieści, jak „W ciemnym, mrocznym lesie”, przez amerykańską organizację non-profit National Public Radio (NPR) okrzykniętą najlepszą książką roku 2015, prawa do ekranizacji/adaptacji której zakupiła wytwórnia New Line Cinema (głównym producentem filmu przypuszczalnie będzie jednak Pacific Standard); nominowana do Goodreads Choice Award 2016 w kategorii „najlepszy kryminał/thriller” „Kobieta z kabiny dziesiątej” aka „Dziewczyna z kabiny nr 10”, której filmowa wersja ma zostać wyprodukowana przez telewizję CBS oraz firmę Gotham Group; „Gra w kłamstwa”, przeniesienie na ekran której planuje międzynarodowa firma rozrywkowa Entertainment One oraz nominowana do Ian Fleming Steel Dagger Award 2021 (konkurs Crime Writers Association Award) „Jedno po drugim”. Pierwotnie wydana w 2023 roku powieść „Zero Days” też wzbudziła zainteresowanie w światku filmowym – prawa do adaptacji nabyła firma Universal International Studios z zamiarem stworzenia serialu. Premierową edycję polską, pod tytułem „Dzień zero”, w tłumaczeniu Anny Tomczyk, wypuściła oficyna Czwarta Strona w roku 2024. Okładkę zaprojektowała Magda Bloch.

Miłośniczka „Nawiedzonego domu na wzgórzu” Shirley Jackson i „Kobiety w czerni” Susan Hill (z powieści grozy wyróżnia też „Czarny Dom” Stephena Kinga i Petera Strauba), które najpewniej zainspirowały choćby takie jej dzieła, jak „Pod kluczem” i „Śmierć pani Westaway”, absolwentka University of Manchester obecnie mieszkająca w Brighton w angielskim hrabstwie East Sussex, mistrzyni współczesnego thrillera/kryminału znana jako Ruth Ware poszerza (pod)gatunkowe horyzonty desperackim pościgiem dwudziestosiedmioletniej testerki penetracji. Powieścią zainspirowaną podcastem „Darknet Diaries” prowadzonym przez Jack Rhysider. „Pisarska spadkobierczyni Agathy Christie”, specjalizująca się też w literaturze neogotyckiej, w „Dniu zero” do sprawdzonej maszynerii dodaje niepewne elementy, czy jak kto woli jedną nogą wychodzi ze strefy komfortu. Bo nawet jeśli autorka „Tej dziewczyny” wcześniej celowała w literaturę sensacyjną/szpiegowską to w tę gatunkową tarczę trafiła dopiero osobistą misją Jacinthy 'Jack' Cross. Młodej wdowy z Londynu pilnie poszukiwanej przez „niehollywoodzkich stróżów prawa”. „Policja już mnie kiedyś zawiodła; nie było powodu, dla którego nie mieliby mnie zawieść ponownie” - taka myśl nachodzi podejrzaną w sprawie zabójstwa Gabriela Medwaya. Zrozpaczona pen-testerka teoretycznie wrabiana przez faktycznego sprawcę, któremu mimowolnie ułatwiła zadanie wielce podejrzanym zachowaniem - według prowadzącej śledztwo doświadczonej detektyw Habiby Malik – w noc zabójstwa męża. Pogrążona przez szok. Zrozumiała reakcja na gwałtowną śmierć osoby bliskiej, ale jeśli w grę wchodzi zabójstwo to może być przysłowiowy gwóźdź do trumny. Chciałabym móc powiedzieć, że nieprzyjemnie zaskoczyła mnie reakcja śledczych na tłumaczenia zdruzgotanej bohaterki „Dnia zero”; chciałabym móc zarzucić Ruth Ware naginanie rzeczywistości do koncepcji dzieła literackiego, ale prawda jest taka, że brytyjska królowa współczesnego kryminalnego thrillera psychologicznego zaimponowała mi nieidealistycznym spojrzeniem na misję policji. W każdym razie pani Ware nie próbuje wmówić społeczeństwu, że „chronić i służyć” to dewiza wszystkich przedstawicieli organów ścigania przynajmniej w tak zwanych państwach demokratycznych, że nieuprzywilejowani obywatele w razie potrzeby otrzymają wszelką pomoc od każdego pana i każdej pani z policyjną odznaką. Wyznanie pewnego kierowcy ze świata przedstawionego w „Dniu zero”: „jednego się wtedy nauczyłem: oni bardziej się interesują tym, żeby wsadzić kogoś za kratki, niż sprawdzeniem, czy to właściwy człowiek”. Pewnie nie wszyscy, ale jak rozpoznać czarne owce? Parę lat przed właściwą akcją omawianej książki, Jacintha 'Jack' Cross zdała się na policję i kiepsko na tym wyszła. Złożyła zawiadomienie o przestępstwie i przekonała się jak niedoskonale naoliwiona jest państwowa machina. Zemsta solidarnych, bo tak się niefortunnie dla Jack złożyło, że jej przemocowy partner wybrał karierę policjanta. „Hominis est errare, insipientis in errore perseverare” (autor Marek Tulliusz Cycerona; pol. „Ludzką rzeczą jest błądzić, głupców rzeczą trwać w błędzie”). Urodzona testerka systemów zabezpieczeń zrozumiała, że najbezpieczniej polegać na sobie, ewentualnie też ludziach z najbliższego otoczenia. I porzucić wszelką wiarę w system?

Okładka książki. „Zero Days”, Scout Press 2023

Ścigana w reżyserii Ruth Ware”. Kobieta przysięgająca, że nie miała nic wspólnego z zuchwałym morderstwem etycznego hakera (haker w białym kapeluszu, ang. white hat), męża i współpracownika, współwłaściciela firmy Crossways Security przyjmującej zlecenia od podmiotów prywatnych i publicznych. Legalne włamania przeprowadzane przez zgrany zespół bezpowrotnie zniszczony przez „jakąś poważną zorganizowaną grupę przestępczą, albo coś jeszcze gorszego – może nawet agencję rządową”. Tak czy inaczej, Jacintha 'Jack' Cross ostro pracuje na zaufanie czytelnika; autorce ponad wszelką wątpliwość zależało na niekwestionowaniu niewinności dwudziestosiedmioletniej pen-testerki z Londynu przez odbiorców „Dnia zero” i choć mam świadomość, że wierni czytelnicy pani Ware/Warburton nie zwykli wierzyć na słowo jej hipotetycznym postaciom pozytywnym, podejrzewam, że dla Jack wielu podejrzliwych zrobi wyjątek. Narracja pierwszoosobowa może być największą sojuszniczką podstępnej powieściopisarki – sprzedającej fałszywy wizerunek postaci prowadzącej? Wątpliwe, ale... Choćby zdarzenie w jednym z londyńskich parków, przy pomniku Erosa lub Anterosa, pokazuje, że w rzekomej bezpośredniej relacji uczestnika/uczestniczki wydarzeń równie gładko można zwodzić odbiorcę, co w utworach spisanych w trzeciej osobie (o czym jeszcze dobitniej zaświadczą wszyscy narratorzy i wszystkie narratorki niewiarygodne literackiego świata). Wytrawna manipulacja - nie ordynarne oszustwo tylko przemyślany dobór słów - narratorki wciąż wiarygodnej. A przecież Jack nawet nie stara się ukryć, że nierzadko korzysta ze sztuczek socjotechnicznych – umiejętność praktycznego wykorzystania inżynierii społecznej to podstawa w jej zawodzie, a w każdym razie domniemana mężobójczyni nie ma wątpliwości, że nie osiągałaby tak dobrych wyników, gdyby nie nauczyła się oddziaływać na inne osoby – które zgodnie z przewidywaniami przydadzą się na początku jej nowej drogi życia. Tyle sygnałów alarmowych, ale jak ich nie ignorować, gdy dziewczyna rzeczywiście wciąga cię w jakieś śledztwo? Gdyby miała coś wspólnego z morderstwem raczej nie skupiałaby się na robocie, którą powinien zająć się zespół dochodzeniowo-śledczy kierowany przez detektyw Habibę Malik, w najlepszym razie nadmiernie ufającą swemu instynktowi – właściwie nie tylko nieuchwytnemu przeczuciu, ale i „twardym” poszlakom – a w najgorszym nad Sprawiedliwość przedkładającą Statystyki. Darowanemu konwiowi w zęby się nie zagląda. Skoro ktoś – nieważne kto – zadbał o błyskawiczne zamknięcie sprawy zabójstwa pierwszego stopnia/zabójstwa na zlecenie Gabriela Medwaya, to po co sobie komplikować? Gdyby Jack nie wymknęła się z komisariatu, gdyby nie miała złych doświadczeń z policją, gdyby nie przeczytała pewnego maila, gdyby po prostu zachowała się jak przykładna obywatelka i współpracowała z tymi, za którymi podobno trzeba stać murem (jedna z definicji patriotyzmu), media tradycyjne i społecznościowe grzmiałyby o niekonwencjonalnym rozwodzie „orzeczonym” przez diaboliczną istotę w imponująco szybkim tempie unieszkodliwioną przez niezłomnych stróżów prawa. A życie samej „bestii” nie wisiałoby na włosku? Jack twierdzi, że nie dba o własny los; nie przeraża jej ani perspektywa dożywotniej odsiadki, ani równie realne wyjście na spotkanie ze Śmiercią, boi się tylko, że nie zdąży odkryć tożsamości człowieka odpowiedzialnego za zniszczenie jej życia. Wszystko wskazuje na to, że to była robota profesjonalisty. Starsza siostra Jack, dziennikarka Helena Wick i jej małżonek, notariusz Roland - kochający rodzice uroczych czteroletnich bliźniaczek: Millie i Kitty – uświadamiają przypuszczalnie wrabianą pen-testerkę, że jej alibi nie jest tak mocne, jak jej się wydawało. Przy takim modus operandi nie ma znaczenia, że podejrzana ponad wszelką wątpliwość w czasie zdarzenia przebywała w innej częściej miasta. Hmm, z tym „ponad wszelką wątpliwość” trochę przesadziłam, bo nieustępliwa policjantka jest pewna, że w razie potrzeby potrafiłaby podważyć alibi Jack. Najpierw jednak musi ją złapać...

Założenie fabularne ósmej powieści Ruth Warburton wydanej pod pseudonimem artystycznym podpowiadało rozrywkę dynamiczną – jedną z tych opowieści, w których coś takiego jak zagłębianie się w sferę wewnętrzną postaci praktycznie rzecz biorąc nie istnieje – niepreferowaną przeze mnie „prozę powierzchowną” częściej zwaną rozwlekłą, więc pewnie nie wybrałabym „Dnia zero” na swój pierwszy kontakt z piórem Ruth Ware. Dreszczowca przewidywalnego, ale wbrew moim największym obawom (podsycanym wspomnieniem „Jedno po drugim”), solidnie przygotowanego od strony psychologicznej. Wywołującego silne emocje jak najbardziej pożądane (pomijając zakończenie) mimo obliczalnego rozwoju. Dobrze jest.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 23 marca 2024

„Lisa Frankenstein” (2024)

 
Rok 1989. Wyobcowana nastolatka Lisa Swallows czas wolny zwykle spędza na opuszczonym cmentarzu, przy pomniku młodzieńca, który zmarł w 1837 roku. Dziewczyna nie potrafi pogodzić się ze stratą matki, przed dwoma laty zamordowanej przez niezidentyfikowanego osobnika z siekierą. Życie rodzinne Lisy mocno skomplikowało też pojawienie się nowej kobiety u boku jej ojca, narcystycznej Janet, która nawet nie stara się ukryć niechęci do wiecznie przygnębionej, zaniedbanej dziewczyny bez przyjaciół. Przeciwieństwa jej córki z poprzedniego związku, należącej do szkolnej drużyny cheerleaderek, wesołej Taffy, niepodzielającej negatywnego stosunku matki do Lisy. Dziewczyna stara się wyciągnąć przyszywaną siostrę ze skorupy, w której tkwi od śmierci ukochanej rodzicielki, rozproszyć samotność autorki depresyjnych wierszy przesiadującej na upiornym cmentarzu. Przemawiając do dawno nieżyjącego chłopaka, który pewnego wieczora zjawia się w różowym domu Janet. Chodzący trup zastaje tylko Lisę, swą pośmiertną towarzyszkę, która odtąd będzie ukrywać go w swoim pokoju. Niekompletnego Stwora zawiązującego makabryczną współpracę z nastoletnią gospodynią.

Plakat filmu. „Lisa Frankenstein” 2024, MXN Entertainment

Diablo Cody (właściwie Brook Busey), zdobywczyni Oscara za scenariusz „Juno” z 2007 roku, przez całe lata nosiła się z zamiarem napisania komedii romantycznej o żywej dziewczynie i martwym chłopaku (koncepcja, której trudno nie powiązać z „Wiecznie żywym”, powieścią Isaaca Mariona i jej filmową wersją w reżyserii i na podstawie scenariusza Jonathana Levine'a). Temat ogromnie ją pociągał, ale uległa dopiero przed zapowiadaną w mediach apokalipsą - po wybuchu pandemii COVID-19 w 2020 roku – bo ten pomysł wymagał powrotu na terytorium horroru, uwielbianego przez nią gatunku, w którym zawsze chciała się zawodowo realizować. Ale powstrzymywała ją spektakularna porażka „Zabójczego ciała” Karyn Kusamy, horroru komediowego zrealizowanego na podstawie drugiego scenariusza Diablo Cody. Z czasem opowieść o niezwykle żarłocznej licealistce zyskała na popularności, można wręcz powiedzieć, że obrosła swego rodzaju kultem (do czego miał przyczynić się ruch #MeToo), niemniej kobieta, która rzecz wymyśliła (i nigdy jej nie znienawidziła) nie mogła zapomnieć miażdżącego przyjęcia „Zabójczego ciała” z roku 2009. W jej przekonaniu tamta produkcja miała fatalny marketing, w odróżnieniu od „Lisy Frankenstein”, zrealizowanego za około trzynaście milionów dolarów amerykańskiego horroru komediowego, listu miłosnego do szalonych lat 80. XX wieku. Reżyserskiego dokonania Zeldy Williams, córki nieżyjącego już aktora Robina Williamsa, które w ocenie jego scenarzystki, zyskał doskonałego sojusznika: niezależną firmę Focus Features, głównego dystrybutora na terenie Stanów Zjednoczonych; odpowiadającego za wprowadzenie „Lisy Frankenstein” do tamtejszych kin, co wydarzyło się w lutym 2024 roku.

Pastisz wpływów w dużej mierze zakorzeniony w mojej miłości do lat 80.” - tak Diablo Cody w przestrzeni publicznej podsumowała „Lisę Frankenstein”. Efekt „wychowania” na „Edwardzie Nożycorękim” Tim Burtona, „Gremliny rozrabiają” Joe Dantego, „Pogromcach duchów” Ivana Reitmana i innych czarodziejskich obrazach z przedostatniej dekady XX wieku. Z kolei Zelda Williams na planie „Lisy Frankenstein” często wspominała „Dziewczynę z kawałków” Franka Henenlottera, czerpiąc też choćby z takich pozycji filmowych, jak „Zwiąż mnie” Pedro Almodóvara (strona wizualna), „Amerykański wilkołak w Londynie” Johna Landisa (tonacja), „Sok z żuka” Tima Burtona (absurdalne pogawędki), „Ze śmiercią jej do twarzy” Roberta Zemeckisa (slapstickowa przemoc) oraz „Młody Frankenstein” Mela Brooksa (kreacja Gene'a Wildera wzbogacająca fikcyjną postać Lisy Swallows, a jej imię hołdem dla „Dziewczyny z komputera” Johna Hughesa: rola Kelly LeBrock). Główne zdjęcia – pod producenckim szyldem MXN Entertainment - do „Lisy Frankenstein” Zeldy Williams ruszyły w sierpniu 2022 w Nowym Orleanie w stanie Luizjana, a zakończyły się mniej więcej miesiąc później. Zgodnie z oczekiwaniami Diablo Cody stowarzyszenie Motion Picture Association of America (MPAA) przyznało „Lisie Frankenstein” kategorię PG-13. Byle nie R... Trzeba więc było poświęcić jeden z ulubionych momentów scenarzystki: dosadniejsza akcja z rąsią. Jeden z tych wymogów współczesnych cenzorów, których Diablo Cody zrozumieć nie potrafi. Może dlatego, że dorastała w zdecydowanie mniej pruderyjnej epoce amerykańskiego kina? Osadzona w uniwersum „Zabójczego ciała” Karyn Kusamy, opowieść o pannie Frankenstein i melancholijnym Stworze zmarłym w pierwszej połowie XIX wieku, niewątpliwie wyraża tęsknotę Diablo Cody za okresem ekspansji absurdalnych filmów „paskudnych”. Sympatycznych horrorów i innych historii fantastycznych imponujących swobodą twórczą. Reklamowany jako skrzyżowanie „Frankensteina” Mary Shelley ze „Śmiertelnym zauroczeniem” Michaela Lehmanna, „Edwardem Nożycorękim” Tima Burtona i „Dziewczyną z kawałków” Franka Henenlottera, dowcipny teen horror nakręcony pod dyrekcją artystyczną Zeldy Williams wygląda jak duchowy następca „Zabójczego ciała” z Megan Fox i Amandą Seyfried rządzący w 80's Disco Club. Stroboskopowe szaleństwo w amerykańskiej miejscowości nawiedzonej przez romantyka z czasów wiktoriańskich. Sekretnego współlokatora „nastoletniej Sylvii Plath”. Współczesny Prometeusz w sitcomowej rzeczywistości Frankenlisy. Cichy adorator gotyckiego Kopciuszka, który przeszło półtora wieku przeleżał w grobie. „Pensjonariusz” cmentarzyska okrytego niesławą, lokalnego postrachu, ekwiwalentu nawiedzonego domu z innych urban legends. Ulubionego miejsca nietowarzyskiej Lisy Swallows, widowiskowo odegranej przez Kathryn Newton (m.in. „Paranormal Activity 4” Henry'ego Joosta i Ariela Schulmana, „Piękna i rzeźnik” Christophera Landona). W zasadzie (anty)bohaterki dynamicznej, zmieniającej się niejako pod wpływem empatycznego zombiaka, który - tak się zabawnie złożyło - przybył podczas domowego seansu „Dnia żywych trupów” George'a A. Romero. Wielkie wejście do koszmarnego różowego gniazdka stereotypowej macochy nastolatki snującej romantyczne wizje własnej śmierci. Wrednej damulki, której imię posłużyło twórcom do złożenia hołdu „Rocky Horror Picture Show” Jima Sharmana: "Damn It, Janet!".

Plakat filmu. „Lisa Frankenstein” 2024, MXN Entertainment

Gdyby Tim Burton robił sitcomy, to tak mogłyby wyglądać – jak przerysowana historia nieupiorna Zeldy Williams. Karykatura wiktoriańskich opowieści niesamowitych, neogotycka propozycja niepoważna. Wariacja na temat pierwotnie wydanego w 1818 roku arcydzieła literatury światowej pióra Mary Wollstonecraft Shelley i zarazem niespecjalnie wystawny pomnik dla zwariowanych opowieści z lat 80. XX wieku. „Lisa Frankenstein” Zeldy Williams podąża za straumatyzowaną nastolatką podkochującą się w nieszczególnie popularnym uczniu Michaelu Trencie (przekonujący występ Henry'ego Eikenberry'ego), redaktorze naczelnym szkolnego magazynu, na łamach którego regularnie ukazują się jej mroczne wiersze. Chodzące kłopoty – niestroniący od narkotyków i zadający się z członkami subkultury gotyckiej bad boy. A przynajmniej taką opinię kawaler Trent ma na najwyższych szczeblach licealnej drabiny społecznej, gdzie bryluje przyszywana siostra Lisy Swallows, niestereotypowa cheerleaderka imieniem Taffy (przeurocza kreacja Lizy Soberano), przed pojawianiem się Stwora (stający na wysokości zadania Cole Sprouse) jedyna prawdziwie przyjazna dusza w otoczeniu postaci prowadzącej. Najbliższa dziewczynie, której bestialsko odebrano ukochaną matkę, a ojca karygodnie omotano. „Perfekcyjna” pani różowego domu (jak zwykle niezawodna Carla Gugino, z obszernej filmografii której pozwolę sobie wymienić tylko „Oczy węża” Briana De Palmy, „Syrenę” i „Fatum Elizabeth” Sebastiana Gutierreza, „Nienarodzonego” Davida S. Goyera oraz „Grę Geralda” Mike'a Flanagana, genialną ekranizację powieści Stephena Kinga) trzymająca pod pantoflem rodziciela pasierbicy, którą najchętniej zamknęłaby w jakimś ośrodku, ale najwyraźniej niepotrafiąca przeciągnąć na swoją stronę starannie wypielęgnowanej latorośli, bezcennej córeczki z poprzedniego małżeństwa. Niepotrafiąca nastawić Taffy przeciwko Lisie. Tą ostatnią poznajemy jako typową szarą myszkę, ze spuszczonym wzorkiem prześlizgującą się przez podłe życie szkolne i rodzinne. Nagła zmiana image'u dziewczyny, która wcześniej chciała być niewidzialna. Przypomniała się Olive Penderghast, główna bohaterka komedii Willa Glucka z 2010 roku z fenomenalną kreacją Emmy Stone, czuję się jednak w obowiązku zaznaczyć, że towarzyszka bezimiennej istoty wskrzeszonej to kobieta prawdziwie drapieżna. Ze skrajności w skrajność – nieudany proces socjalizacji dziewczyny z cmentarnego sąsiedztwa. Tutaj Lisa czuje się jak w domu, a w każdym razie tu jej dużo wygodniej niż pod dachem „Lady Tremaine”, z niewielkim pokojem skąpo ozdobionym plakatami filmowymi (przykłady: „Mumia” Karl Freunda, „Potwór z Czarnej Laguny” Jacka Arnolda) włącznie. Chyba że towarzystwa dotrzymuje jej niemowa z melancholijnym spojrzeniem. Zgniłek nocujący w szafie. Jednoręki (ramię jest, tylko dłoni brakuje) „profesjonalny stylista” z XIX wieku z przypadłością Vincenta van Gogha, płaczem przyprawiający o mdłości. Bohater mokrych snów Lisy: „kartonowe kino monochromatyczne”, prawdopodobnie zamierzenie przegięte naśladownictwo – jak sądzę laurka dla dorobku filmowców z lat 20. i 30. XX wieku. Będzie jeszcze jedna (w sumie takiego ukłonu można doszukiwać się też w czołówce „Lisy Frankenstein”, ale mnie jakoś „Gnijącą panną młodą” Tima Burtona ta kreskówkowa mroczna opowieść miłosna pachniała), a tymczasem przyjrzymy się rozkwitowi „czarnej róży” pozszywanego pianisty. Sytuacja podobna jak w „Zabójczym ciele” Karyn Kusamy, abstrahując od wspólnictwa w zbrodni tudzież wysokości stawki – zaryzykuję twierdzenie, że Jennifer Check znajdowała się w mniej komfortowym położeniu, że w przeciwieństwie do powstałego z martwych Stwora, tym bardziej jego (nie)stwórczyni, że tak to ujmę, została postawiona bliżej ściany. Nierealny duet z „Lisy Frankenstein” mógł poszukać lepszego sposobu na zrealizowanie „skromnych” marzeń chłopaka, ostatecznie przyjąć do wiadomości, że nie wszystkie pragnienia na tym padole cuchnących łez:) da się zaspokoić (nie wszystkie pragnienia powinno się zaspokajać). Pogodzić się z niepełnosprawnością. Albo popuścić cugle szaleństwa. Olać PG-13 i porządnie dołożyć do pieca. Przeklęte asekuranctwo – mogła być petarda, a wyszła konwencjonalna młodzieżowa komedia romantyczna wyjątkowo krwią pokropiona. Mimo wszystko w sentymentalną podróż niektórych długoletnich wielbicieli gatunku zabrać powinna. Mnie zabrała.

Black and pink Zeldy Williams (reżyseria) i Diablo Cody (scenariusz). Historia pewnej miłości/obsesji w obłąkanym wszechświecie nie dziewicy podobno złożonej w ofierze Szatanowi przez członków zespołu indie rockowego Low Shoulder. Właściwie, jak dla mnie, niewystarczająco zbzikowana to propozycja - ta pastiszowa „Lisa Frankenstein”. Dyskotekowy horror żartujący i przyzywający niegroźnego ducha z lat 80. XX wieku. Według mnie film typu „obleci”. Nie to, co „Zabójcze ciało” Karyn Kusamy.

czwartek, 21 marca 2024

Horror „Dark Windows” od 22 marca na platformach streamingowych

 
22 marca na platformy streamingowe trafi horror „Dark Windows” w reżyserii Alexa Herrona. Film będzie można zobaczyć na platformach: Premiery Canal+, Rakuten TV, Polsat Box Go, Playnow.pl, Player, Cineman, Orange, Vectra, TVP VOD.

Plakat filmu. „Dark Windows” 2023, Element Film, David Kang Productions

Czwórka przyjaciół: Tilly, Monica, Peter i Allison uczestniczy w wypadku samochodowym. Allison umiera z powodu odniesionych obrażeń. Podczas stypy wujek Allison konfrontuje się z grupą nastolatków i obwinia ich o jej śmierć. Monica sugeruje przyjaciołom, aby wyjechali z miasta i zatrzymali się w domku letniskowym jej dziadków. Tu będą mogli przepracować żałobę po stracie przyjaciółki i pozostać poza zasięgiem wzroku, dopóki wszystko się nie uspokoi. Kiedy docierają do domu, wszystko wydaje się normalne i spokojne, dopóki zamaskowany mężczyzna nie zaczyna ich terroryzować i karać w najstraszliwszy sposób...

Zwiastun VOD: 

Kadr z filmu. „Dark Windows” 2023, Element Film, David Kang Productions

Reżyser ODEJDŹ! (2022) przedstawia nowy i trzymający w napięciu horror. W filmie występują wschodzące gwiazdy młodego pokolenia, w tym Annie Hamilton, która wcześniej wystąpiła w filmach „Wilk ze Śnieżnej Kotliny” (2020) i „Wymyślenie Anny” (2022). Reżyser Alex Herron ma pasję do odkrywania różnych fasad gatunku horroru, a w DARK WINDOWS po mistrzowsku łączy klasyczne tropy horroru z motywami straty, terroru i mrocznych otchłani, w które ludzie wpadają w pogoni za zemstą.

Źródło: wszystkie materiały od Best Film

„ClearMind” (2024)

 
Rok po śmierci jedynego dziecka Nory jej przyjaciele, zgodnie z tradycją, organizują weekend bez elektroniki w domku nad jeziorem, na który straumatyzowana kobieta, w przeciwieństwie do jej byłego męża, nie zostaje zaproszona. W wydarzeniu ma uczestniczyć niecertyfikowana terapeutka Nory, autorka eksperymentalnego programu leczenia depresji, fobii i traum, która postanawia wykorzystać ten wypad w procesie oczyszczania umysłu przyjaciółki nieradzącej sobie ze stratą. Kobiety głęboko zranionej nieładnym posunięciem ludzi nieokazujących jej należytego wsparcia. Dających Norze do zrozumienia, że są zmęczeni jej cierpieniem, unikających jej od tragicznego przyjęcia w ogrodzie: najgorszego dnia w życiu kochającej matki, która teraz robi im niemiłą niespodziankę. Dołącza do łaknącego relaksu towarzystwa w malowniczym zakątku w nadziei na uporanie się z traumą, tym samym burząc spokój ludzi skrajnie nieprzygotowanych na nurzanie się w cudzych smutkach.

Plakat filmu. „ClearMind” 2024, River Place Productions, Film Camp Productions

Rebecca Eskreis, reżyserka dramatu „What Breaks the Ice” (2020), w swoim drugim pełnometrażowym przedsięwzięciu, proponuje niekonwencjonalne podejście do jednego z ulubionych tematów współczesnych filmowców. Właściwie autorką historii jest Seana Kofoed scenarzystka i współproducentka między innymi „30 mil donikąd” Caitlin Koller, też odtwórczyni jednej z ról – kobieta, która napisała „ClearMind” największe doświadczenie ma w branży aktorskiej, a w niezależnej produkcji pani Eskreis miała praktycznie taki sam udział, jak we wspomnianym horrorze komediowym z 2018 roku, skromnej ofercie australijskiej reżyserki bardziej docenionej za wkład w krótki metraż: „Maid of Horror” (2013) i „Blood Sisters” (2017). Uwolniona w styczniu 2024 roku walką z traumą tocząca się na różnych obszarach gatunkowych: thriller i dramat psychologiczny, komedia, slasher i science fiction. Niezbilansowana mieszanka sporządzona pod kierownictwem artystki wyróżnionej przez stowarzyszenie filmowe non-profit Austin Film Society – laureatka nagrody dla najbardziej obiecujących filmowców. Reżyserki, której mentorem był nieżyjących już Jonathan Demme, twórca choćby obsypanego nagrodami „Milczenia owiec”, kultowego serial killer thriller opartego na poczytnej powieści Thomasa Harrisa.

Amerykańska oferta dla zwolenników krzyżowania gatunków. Rebecca Creskoff (m.in. „Bates Motel” 2013-2017) jako pogrążona w rozpaczy przedstawicielka klasy średniej szukająca ratunku w new age'owskiej praktyce przyjaciółki. Królik doświadczalny członkini nieformalnego modnego ruchu stojącego w opozycji do medycyny konwencjonalnej. Po co komu studia, tytuły naukowe i inne papierki? Lily (intrygująca kreacja Jenn Lyon, w moich oczach najjaśniej błyszcząca członkini tutejszej obsady, obok Seany Kofoed, odtwórczyni najbardziej hałaśliwej obywatelki tego „filmowego państewka” i Jessiki Meraz, odtwórczyni obywatelki najbardziej miłosiernej) takie bzdety z całą pewnością do niczego nie są potrzebne. Mogłaby zrobić doktorat, tylko po co? Skoro może leczyć bez uprawnień... Uważa się za pełnoprawną członkinię środowiska naukowego, która niebawem przekona nawet największych „ważniaków z doktoratami”, tych wszystkich formalistów nieakceptujących naukowców bez wykształcenia, że w niczym im nie ustępuje. Ba! Już ma większe dokonania od większości z nich, jej przełomowy program oparty na nowoczesnej technologii jest już bowiem na ukończeniu. Wynalazek Lily wszedł w fazę testów na ludziach i nawet jeśli wymaga jeszcze paru poprawek, to jej zdaniem już przynosi lepsze efekty od tradycyjnej psychoterapii. Nora jest tego żywym przykładem, aczkolwiek Lily ma świadomość, że praca nad umysłem przyjaciółki jeszcze nie została ukończona. Najtrudniejsze zadanie jeszcze nie zostało wykonane. Wyzwanie matki, która rok wcześniej straciła jedyne dziecko. Wypadek pokazany w prologu „ClearMind” Rebekki Eskreis – przyjęcie w ogrodzie, które zakończyło się utonięciem sześcioletniej Hannah, oczka w głowie rodziców. W umownej teraźniejszości, co zrozumiałe, nadal pogrążonej w żałobie Nory i najwidoczniej mającego to okropieństwo za sobą Michaela. Okropny okres także dla niego, ale w przekonaniu jego już byłej żony, trwający stanowczo zbyt krótko. Nora nie wątpi, że Michael cierpiał, jej problemem jest jednak ten czas przeszły. Ma mu złe, że układa sobie życie bez Hannah, że przeszedł do porządku dziennego nad śmiercią własnego dziecka. Michael zarzeka się, że nie traktuje tego tak lekko jak jej się wydaje, że nigdy nie przestanie tęsknić za ukochaną córeczką, nie może - nie chce! - jednak wiecznie tkwić w studni rozpaczy. Życie toczy się dalej - Michael poszedł więc dalej. Zostawił smutną kobietę i związał się z istotą nieokaleczoną o imieniu Shelby (Jessica Meraz). Jak to się mówi wymienił Norę na młodszy model – wytrwałą głosicielkę Słowa Bożego, która w nietypowy sposób sprzeciwia się zabijaniu przynajmniej dzikich zwierząt w celach konsumpcyjnych i w odróżnianiu od długoletnich przyjaciół czołowej postaci „ClearMind” nie jest niemile zaskoczona niezapowiedzianą wizytą w domku nad jeziorem, a niektórzy mogliby uznać, że Shelby miałaby do tego największe prawo. W końcu weekend w domu nad jeziorem psuje była partnerka „jej” Michaela. Postawa godna naśladowania – największa dojrzałość emocjonalna w najmłodszym organizmie „odpoczywającym” w odludnym zakątku soczyście zielonym. Dziedzictwo Shannon: zabudowany i zadrzewiony grunt. Niewielki las absolutnie nieprzeznaczony do wycinki, bo nie po to właściciele wykosztowali się na architektów krajobrazu, żeby w razie potrzeby szukać tutaj drewna na opał. Zwłaszcza że na sąsiednich działkach też prawdziwy urodzaj niestety cennego surowca – eksterminacja lasów przez podobno najinteligentniejszy gatunek na Ziemi. Młodsze pokolenia żyjące w strachu; apokaliptyczne przepowiednie, do których ich rodzice nie potrafią się ustosunkować, a przynajmniej Shannon i Kate kompletnie nie wiedzą, co mają myśleć o straszeniu ich dzieci choćby skutkami zmian klimatu. O całej tej proekologicznej niby działalności, którą ja nazywam polityką bla, bla, bla: dużo gadania, więcej wspierania największych trucicieli planety. I bat na najmniejszych.

Plakat filmu. „ClearMind” 2024, River Place Productions, Film Camp Productions

Produkcja przegadana. Mnóstwo dialogów, z który niewiele wynika, żeby nie powiedzieć bezsensownej paplaniny nierelaksujących się weekendowiczów. Tradycja dawnej paczki Nory, współczesnej trędowatej – odstraszającej nieprzepracowaną traumą. Odpoczywanie od wielkomiejskiego zgiełku i elektroniki w różnych miejscach. Tym razem gospodarzami są Shannon i Tom, szczęśliwe małżeństwo przykładnie wychowujące swoją idealną córeczkę. Starające się nie oceniać innych, ale... Deklarujące współczucie dla Nory, ale... Ileż można?! Ileż można psuć innym nastrój śmiercią swojego dziecka? Nie jestem pewna, czy to było zamierzone, ale tak czy inaczej „ClearMind” Rebekki Eskreis odebrałam jako surową krytykę ludzi czujących się niezręcznie w towarzystwie cierpiących bliskich. Salwujących się ucieczką. Nie mogą ryzykować osłabienia własnej kondycji psychicznej, bo muszą mierzyć się z własnymi problemami. Poza tym nie potrafią ukoić bólu Nory – nie są ani psychoterapeutami, ani znachorami chwalącymi się lepszymi wynikami w walce z chorobami psychicznych i fizycznymi. Media społecznościowe, podcasty, blogi i inne „supernowoczesne gabinety lekarskie” to w sumie działka Lily, ale reszta śmie wątpić w skuteczność jej terapii. To może być groźne! Wszyscy poza Norą, a więc skoro chce poddawać się eksperymentom medycznym jej sprawa, przyjaciele nie są przecież od tego, by kwestionować czyjeś życiowe decyzje. Uszanowali wybór Nory, a ona nie odwdzięczyła się tym samym. Większość głosowała za niezapraszaniem tej kobiety na kolejny cyfrowy detoks, a ona co? Zignorowała wolę suwerena. Wypięła się na demokrację:) Przemoczona intruzka, której wyrzucić nie przystoi. Nakarmimy, napoimy, przenocujemy, a w zamian oczekujemy tylko nierozmawiania o jej uczuciach w związku ze śmiercią Hannah. Verboten, chyba że chcemy towarzystwo rozweselić. Podzielić jakimiś przyjemnymi wspomnieniami, opowiadać o bezpowrotnie straconym dziecku z rozpromienionym obliczem. Miejże chociaż tyle przyzwoitości, by podtrzymywać dobry nastrój – zniszczenie innym weekendu nie zwróci ci córki, więc rób dobrą minę do złej gry, jeśli choć trochę zależy ci na komforcie przyjaciół. Albo urządź scenę zdradzieckiemu partnerowi. Zasłużył sobie za sprowadzenie tej świętoszkowatej Shelby – ledwie odrosła od ziemi, a już wszystkich poucza. Chce być świętsza od papieża i nie dociera do niej, że korzysta z gościnności ludzi niespecjalnie religijnych. Cytaty z Biblii? Serio? Z jakiej choinki się to dziewczątko urwało? Totalnie odklejona, ale chociaż można się z niej pośmiać. Wykpić jednostkę empatyczną. Nieprzedkładającą własnej wygody nad potrzeby bliźnich. Większe wsparcie otrzymasz od nieznajomych niż najbliższych? Bywa i tak, ale nie uogólniajmy. Spójrzmy na Lily – ona z pewnością nie głosowała za wyautowaniem Nory z tradycyjnego weekendu wytchnieniowego – bynajmniej rozczarowaną rzekomo nietaktownym zachowaniem Nory. Nieoficjalna reprezentantka pseudonaukowego (pół)światka nie omieszka wbić paru szpilek ferajnie niedostatecznie zaangażowanej w potężne zmagania Nory. Wy cierpicie? Cóż, ona cierpi „trochę” bardziej. Licytacja na egzystencjalną udrękę przy kolacji. Lily nie przypomina tych wszystkich burzycieli opętanych jakąś mniej czy bardziej wzniosłą ideą (archetyp szalonego naukowca), prawdę mówiąc korzystniejsze wrażenie wywarła na mnie tylko Shelby. Któraś – albo obie – może stracić przy bliższym poznaniu, ale nie wydaje mi się, by wielu odbiorców „ClearMind” wstępnie zaszufladkowało je jako postacie negatywne. Właściwie muszę przyznać twórcom tej niepospolicie poprowadzonej (co nie znaczy innowacyjnej) opowieści o zmaganiach z monstrualną traumą, że prymitywny podział na „dobrych” i „złych” w tej płynnej rzeczywistości jest drogą donikąd. Chcę przez to powiedzieć, że architekci tej niezaskakującej budowli (teatr oczywistości) wyraźnie starali się przedstawić człowieka jako stworzenie bardziej skomplikowane, niepasujące do wygodnych szufladek chętnie wykorzystywanych w popkulturze, a jeszcze chętniej w życiu. Rozrywkowe kino z przesłaniem. Emocje może i jak na grzybobraniu – powiedziałabym, że w moim przypadku na pewno, gdyby sens tej paremii nie kłócił się z doświadczeniem własnym – ale sztywniackich klimatów arthouse'owych chyba nikt temu dziełku nie wytknie. UWAGA SPOILER Terapia wirtualną rzeczywistością... cyfrowe ustrojstwo pokazujące przyszłość? Mój umysł tego nie ogarnął KONIEC SPOILERA.

Nietrzymający w napięciu thriller, niezbyt poruszający dramat, niemal bezkrwawy slasher, czerstwe żarciki i pokrętna fantastyka naukowa – tak pozwolę sobie podsumować spotkanie z „ClearMind” Rebekki Eskreis. W moim odbiorze nieurzekająca świeżością kompozycja kombinowana. Prędzej zionąca nijakością. Z drugiej strony doceniam, że nie unika tak zwanych trudnych tematów, cierpko komentuje współczesną rzeczywistość, nie zachłystuje się postępem cywilizacyjnym. Postępującą znieczulicą. Polecać mi się nie chce, ale mogę zapewnić, że przez katusze:) nie przeszłam. Jakoś zleciało.

wtorek, 19 marca 2024

Rupert Latimer „Poświąteczne morderstwo”

 
Podczas drugiej wojny światowej Rhoda i Frank Redpath, dobrze sytuowane małżeństwo z angielskiej prowincji mieszkające z dobroduszną ciotką mężczyzny, dobrym duchem rodziny panną Pauliną Redpath, niechętnie zapraszają na Święta Bożego Narodzenia nieznośnego ojczyma kobiety, który zgromadził ogromny majątek, dobiegającego dziewięćdziesiątki sir Willoughby'ego Keene-Cottona. Tegoroczne święta u państwa Redpath zapowiadają się nadzwyczaj skromnie; poza wujkiem Williem mają gościć tylko swego jedynego syna Johna i jego narzeczoną Margery Dore, ale kiedy okolicę obiega wiadomość o przyjeździe sławnego Keene-Cottona, nadzieje Franka i Rhody się spełniają: mogą zorganizować upragnione przyjęcie świąteczne bez obaw o poniżającą lawinę odrzuconych zaproszeń. I faktycznie, w skromnej posiadłości Redpathów gromadzi się cała śmietanka towarzyska z Mewdley i okolic, w nadziei na poznanie bogatego staruszka, jak zawsze dającego się we znaki rzekomo wspaniałomyślnym gospodarzom. A po świętach okolicę obiega kolejna sensacyjna wiadomość: sir Willoughby Keene-Cotton został znaleziony martwy przed domem państwa Redpath, a jego stary znajomy, nadkomisarz hrabstwa Smythe nie wyklucza zabójstwa. Sprawę powierza nadinspektorowi Culleyowi, najbardziej przenikliwemu ze swoich podwładnych, który ma potwierdzić bądź wykluczyć celowe otrucie upartego starszego pana.

Okładka książki. „Poświąteczne morderstwo”, Zysk i S-ka 2023

Rupert Latimer (właściwie Algernon Vernon Mills) urodził się w 1905 roku w Wildernesse Park w Sevenoaks w angielskim hrabstwie Kent. Pochodził z zamożnej rodziny – jego babcia była właścicielką zabytkowej posiadłości Wildernesse House: najwcześniejsze wzmianki o tej budowli pochodzą z XIV wieku, a gościł w niej między innymi książę Wellington niedługo przed bitwą pod Waterloo. Latimer wychował się w luksusie, ale już w dzieciństwie mocno podupadł na zdrowiu za sprawą skażonych dzikich truskawek skonsumowanych podczas zwiedzania Francji. Zachorował na dur brzuszny - dla jego starszej siostry i ich pielęgniarki ten posiłek okazał się śmiertelny – a przez resztę życia zmagał się z epilepsją i kulał. Kiedy dorósł na jakiś czas związał się z teatrem - pracował choćby z Arnoldem Ridleyem, brytyjskim aktorem i dramaturgiem, najbardziej kojarzonym ze sztuką „The Ghost Train” po raz pierwszy wystawioną w 1923 roku - a na scenę literacką prawdopodobnie wkroczył w 1933 roku: dowcipna powieść pierwotnie opublikowana pt. „Jam Today” (zdaje się, wznowiona jako „The Unenchanted Circle”, która może być też alternatywnym tytułem legendarnego utworu kryminalnego Latimera „Death in Real Life”). A w 1944 roku „pochwalił się” (po)świątecznym kryminałem, docenionym przez krytyków „Murder After Christmas” - pierwsza polska edycja, pod tytułem „Poświąteczne morderstwo”, pojawiała się dopiero w roku 2023 w wyniku działalność oficyny Zysk i S-ka; okładkę zaprojektowała Paulina Radomska-Skierkowska, a tłumaczył Tomasz Bieroń – potem zdiagnozowano u niego guza mózgu; zmarł w 1953 roku.

W 2021 roku Biblioteka Brytyjska (The British Library) w ramach zacnego projektu pt. British Library Crime Classic (wznowienia głównie zapomnianych utworów kryminalnym z lat 1860-1950) zaprezentowała współczesnym czytelnikom jedną z dwóch lub trzech - tego jeszcze nie ustalono – powieść brytyjskiego dżentelmena w pierwszej połowie XX wieku publikującego pod pseudonimem Rupert Latimer. Przedruk wzbogacony o krótką rozprawę Martina Edwardsa - której nie znajdziemy w premierowym polskim wydaniu „Poświątecznego morderstwa” - brytyjskiego autora kryminałów, który podjął się niełatwego zadania przybliżenia sylwetki Algernona Vernona Millsa. Chorowitego artysty z rozbrajającym poczuciem humoru. Wydana podczas drugiej wojny światowej - w tym okresie toczy się też akcja książki - na rodzimym „poletku” autora (w Anglii) opowieść o śmierci „Świętego Mikołaja”. Przebranego „złego ducha rodziny”, który mógł paść ofiarą własnego łakomstwa. Sir Willoughby Keene-Cotton szczycił się dobrym zdrowiem i monstrualnym apetytem, ale dla swojej pasierbicy Rhody Redpath, z domu Hepworth, i tym bardziej jej męża Franka, przede wszystkim był rozkapryszonym starcem, który „na złość mamie chętnie odmrażał sobie uszy”. Irytująca przekora, ośli upór i rażąca niesprawiedliwość wszechświata: urodzenie pod szczęśliwą gwiazdą. W swoim długim życiu wujek Willie wszedł w niejeden intratny związek małżeński, przeżył niejedną bogatą wybrankę, niezmiennie dziedzicząc cały jej majątek. W tym część, która podobno miała przypaść Rhodzie, ale o to nie ma prawa gniewać się na ojczyma, bo chciwość nigdy nie była jego przywarą. Ten problem rozwiązali w cywilizowany sposób – kobieta dostała wszystko, co za życia zgromadziła jej matka, a Willie nawet tego nie odczuł; drobne dla takiego „króla Midasa” jak on – ale kością niezgody pozostał Frank. Według sir Keene-Cottona człowiek niegodny panny Hepworth. Lekkoduch pochodzący z niższej warstwy społecznej, wymądrzający się dyletant, pasożytujący na społecznym statusie małżonki. Zdeklarowany pacyfista, którego ulubioną rozrywką jest „robienie sąsiadom wody z mózgu”. Potworna niemożność zaszufladkowania bliźniego – udręka z premedytacją podsycana przez niereformowalnego członka niewielkiej angielskiej niby wspólnoty. Społeczność wiejska, która w ostatnim czasie nieco się rozrosła. O ułamek tak zwanych ewakuowanych – przesiedlenia ludności, które przynajmniej w świecie przedstawionym przez Ruperta Latimera, nie są tak kłopotliwe, jak reglamentacja towarów i zaciemnienie – wśród których znalazła się także Paulina Redpath, ukochana ciotka Franka, stara panna, „wykwalifikowana swatka”, która od wielu lat cieszy się również bezwzględnym zaufaniem kobiety, z którą fortunnie stanął na ślubnym kobiercu – jej nieodżałowana rodzicielka była przyjaciółką i pracodawczynią Pauliny, poza wszystkim innych pełniącej obowiązki guwernantki słodkiej Rhody.

Okładka książki. „Murder After Christmas”, British Library Publishing 2021

Czekoladki w bałwanie, potencjalnie skandalizująca biografia, zaginione notatki denata, alarmujące ślady stóp na mocno teoretycznym miejscu zbrodni, zatrute jedzenie, zaginiony spadkobierca i te przeklęte babeczki bakaliowe w dziwnych miejscach pochowane. A to tylko wybrane elementy prawdopodobnie najtrudniejszej zagadki kryminalnej w policyjnej karierze nadinspektora Culleya, Sherlocka Holmesa Rupera Latimera, pokornego „sługi” majora Smythe'a, coraz bardziej żałującego, że w jesieni życia zebrało się mu na bycie przydatnym w wojennym chaosie. Kontynuacja patriotycznej misji chełpliwego obywatela na posterunku policji w Mewdley. Nadkomisarz hrabstwa przeceniający swoje zasługi w śledztwie w sprawie tajemniczej śmierci starszego pana. Prędzej norma niż nagła potrzeba udowodnienia swej przydatności – można to wyczytać z reakcji nadinspektora Culleya i sierżanta Dawesa, który na rozkaz Smythe'a, bez widocznego żalu, przekazał temu pierwszemu poświąteczną zagadkę z Four Corners, gdzie w wieczór poprzedzający odnalezienie zwłok staruszka w stroju Świętego Mikołaja, odbyło się huczne przyjęcie, w którym uczestniczył między innymi nadkomisarz Smythe. I wszystko wskazywałoby na nieszczęśliwy wypadek, ewentualnie zgon naturalny – jak by nie patrzeć sir Willoughby Keene-Cotton miał prawie dziewięćdziesiąt lat – gdyby domorosły detektyw John Redpath nie zauważył, albo przezornie zatrzymał to odkrycie dla siebie, przeczących tym wersjom wydarzeń odcisków stóp niedługo odbitych na śniegu. Zadeptana poszlaka, która wprawdzie może się okazać przysłowiowym gwoździem do trumny jego rodziców, ale taki szczegół nie może powstrzymać urodzonego śledczego. Rozwiązanie zagadki ponad wszystko – John zawsze taki był, dlatego Rhoda i Frank nie są zdziwieni jego nieugiętą postawą w obliczu śmierci niespecjalnie lubianego krewnego. Tego samego nie można natomiast powiedzieć o jego narzeczonej – właściwie już żonie, ale młodzi postanowili „chwilę” potrzymać to w sekrecie – rozważającej powrót na deski teatru, niezbyt doświadczonej aktorki Margery Dore, w gruncie rzeczy nieporównywalnie bardziej zdumionej zachowaniem teściów. Zawody w wymyślaniu planów uśmiercenia hojnego staruszka, a teraz jeszcze coś, co wygląda na konkurencję w ściąganiu na siebie podejrzeń policji. Toż to istny dom wariatów! Zdaniem przedstawicielki rozsądnej mniejszości w literackim świecie Ruperta Latimera? Tak czy inaczej, elastyczności odmówić Margery nie można – ma dziewczyna talent adaptacyjny albo coś odciąga jej myśli od ekscentrycznej rodzinki, do której być może nierozważnie weszła. Realizuje plan awaryjny? Margery i John święta zamierzali spędzić na bałamuceniu wujka Williego i można by pomyśleć, że sprawy tragicznie wymknęły się im spod kontroli, gdyby John tak niezłomnie nie zabiegał o pełne zaangażowanie organów ścigania w poświąteczne perturbacje. Narobił niepotrzebnego zamieszania... żałosny nie-żebym-zapomniał-tylko-nie-mogę-sobie-przypomnieć, tetryk. Wredny zgred bezczelnie uprzykrzający życie Frankowi wszystkie-rozumy-pozjadałem Redpathowi. Kryminał sardoniczny z niebanalnymi postaciami, że tak to ujmę, krążącymi wokół stereotypowego mistrza dedukcji, korzystającego z „wynalazku”, rozpowszechnionego dopiero w przyszłych dekadach (profilowanie psychologiczne): policyjnego detektywa, czy raczej prowincjonalnego policjanta, który pewnie „z pocałowaniem ręki” zostałby przyjęty do Scotland Yardu. Gdyby kiedyś nadinspektora Culleya dopadła taka ambicja. Tymczasem wystarczą mu banalne sprawy (nie)zwykłych ludzi. Sympatycznych i snobistycznych. Sól ziemi (czyli robotnicy) i bezwstydnie gardzący pracą, „szlachetnie urodzeni” obłudni próżniacy, dla których największą katastrofą wcale nie jest wojna światowa (przeżyli pierwszą, to i przeżyją drugą...) - niemniej niektórym sen z powiek może spędzać wynikający z niej ustawowy zakaz marnotrawstwa żywności - tylko widmo „pobrudzenia sobie rąk” ordynarnym zajęciem zarobkowym. Wystarczy, że jakiś krewniak pominie ich w testamencie... Nic więc dziwnego, że jedyny motyw ewentualnego zabójstwa po świętach, jaki nasuwa się dzielnym gliniarzom, to niesamowicie (pięknie!) komplikująca się kwestia dziedziczenia. Jak na powieść napisaną w pierwszej połowie XX wieku, „Poświąteczne morderstwo” Ruperta Latimera jest aż nieprzystojnie skomplikowane:) Produkt niepasujący do epoki, a przynajmniej odstający od popularniejszych przedstawicieli gatunku. Intryga dla potomnych – mnóstwo nitek wychodzących niekoniecznie z jednego kłębka. Podwójna niespodzianka? W każdym razie, ja na przewidywalność ponarzekać sobie nie mogę.

Sofizmaty kryminalne dowcipnej duszy artystycznej, na scenie literackiej występującej pod pseudonimem Rupert Latimer. Urodzonego w epoce edwardiańskiej obiektywnego obserwatora wyższej warstwy społecznej, której był członkiem. Uroczo szczera persona grata z czarodziejskim piórem. Łebski pisarz, który nie pozostawił po sobie wielkiej spuścizny beletrystycznej, a zatem jego „wskrzeszone” przez współczesnych wydawców „Poświąteczne morderstwo” można uznać za książkowy rarytas, tym bardziej, że jakość nieprymitywna. Kryminał palce lizać.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu