sobota, 24 września 2022

„Zaproszenie” (2022)

 

Mieszkająca w Nowym Jorku młoda kobieta, Evelyn 'Evie' Jackson, kelnerka w firmie cateringowej, hobbystycznie zajmująca się rzeźbiarstwem, robi sobie test DNA i w ten sposób odkrywa, że ma kuzyna w Anglii, Olivera Alexandra. Spotyka się z nim w Nowym Jorku i mężczyzna opowiada jej o skandalu wywołanym przez jej prababkę Emmaline Alexander, która miała mieć zakazany romans z czarnoskórym lokajem i zbiec do Stanów Zjednoczonych, gdzie wydała na świat owoc tego kontrowersyjnego związku, babcię Evie, która z kolei urodziła jej przyszłą matkę i zarazem najlepszą przyjaciółkę, która jakiś czas temu przegrała walkę z nowotworem. Evie dowiaduje się, że wywodzi się z bogatego rodu, obecnie szykującego się na wielkie wesele. Oliver namawia Evie do wzięcia udziału w tym wydarzeniu i finansuje jej podróż do Anglii. Kobieta ma zamieszkać w dworze New Carfax w Whitby należącym do Waltera De Ville'a, młodego arystokraty, z którym Evie nawiąże bliższą relację. A potem odkryje przerażające sekrety trzech zamożnych brytyjskich rodzin, w tym własnej.

Zrealizowany za około dziesięć milionów dolarów amerykański horror nakręcony na Węgrzech pod artystycznym kierownictwem Jessiki M. Thompson, twórczyni dramatu „The Light of the Moon” (2017). Scenariusz wstępnie zatytułowany „The Bride” - potem przemianowany na „The Invitation” (pol. „Zaproszenie”) - napisała Blair Butler (m.in. „Park grozy” Gregory'ego Plotkina i „Polaroid” Larsa Klevberga), a grono producenckie zasilili Sam Raimi i Robert Tapert, którzy jednak z czasem porzucili ten projekt na rzecz innych zobowiązań. „Zaproszenie” to spełnienie marzenia Jessiki Thompson, ponieważ od dziecka „romansuje z kinem grozy” - „wychowała się” między innymi na „Szczękach” Stevena Spielberga, „Omenie” Richarda Donnera, „Obcym - 8. pasażerze Nostromo” Ridleya Scotta, „Psychozie” i „Ptakach” Alfreda Hitchcocka. Zdjęcia (film kręcono w tak zwanym reżimie sanitarnym tłumaczonym pandemią COVID-19) ruszyły w drugiej połowie 2021 roku, między innymi w zamku w węgierskiej wsi Nádasdladány, jak dowiedziała się Thomspon, zbudowanym przez przodka Elżbiety Batory zwanej Krwawą Hrabiną. Dystrybucja kinowa ruszyła w sierpniu 2022 roku, ale na platformy VOD przygotowano trochę inną wersję – więcej przemocy i nagości, ujęcia wycięte z materiału dla kin celem uzyskania kategorii PG-13.

Modern Gothic, z mocnym naciskiem na pierwszy człon tego wyrażenia. Horror romantyczny z odrobiną humoru wymyślony przez Blair Butler, a potem nieco zmodyfikowany przez Jessicę M. Thompson, reżyserkę „Zaproszenia”, która przy kompletowaniu ekipy miała na uwadze różnorodność rasową i starała się powierzyć jak najwięcej kierowniczych stanowisk kobietom (szefowe działów, sekcji technicznych). Główną bohaterką jest mulatka Evelyn 'Evie' Jackson (niezbyt przekonująca kreacja Nathalie Emmanuel), która od śmierci matki najbliżej jest ze swoją przyjaciółką Grace (cudna Courtney Taylor), podobno ulubienicą publiczności z pokazów testowych „Zaproszenia” – zdecydowanie liderka komediowej warstwy scenariusza. Podobnie jak choćby w „Zabawie w pochowanego” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta, nieprzyzwyczajona do życia w przepychu dziewczyna, zapląta się w sień utkaną przez bogaczy. Stare, dumne angielskie rody, które najwyraźniej knują coś niedobrego. Oczywiście, Evie tego nie dostrzega – Kopciuszek zachłysnął się bajkowych światem, w którym odnalazł swojego księcia. A wszystko dzięki udziałowi w badaniach genealogicznych – testy DNA analizowane przez mądre głowy i ewentualnie dopasowywane do innych ochotników. Wyniki są publikowane na stronie internetowej, gdzie, wygląda na to, każdy uczestnik programu ma swoje odpowiednio zabezpieczone konto. W ten sposób Evie odnalazła swojego kuzyna, Olivera Alexandra (sztywny jakby kij połknął – w końcu rodowity, stereotypowy, Anglik – Hugh Skinner), który niemal skacze z radości na ich pierwszym spotkaniu. Wniebowzięty młody człowiek, który będzie jeszcze szczęśliwszy móc zaprezentować swoje znalezisko reszcie rodziny. Zaprasza więc kuzynkę na wystawny ślub, w którym uczestniczyć mają trzy zaprzyjaźnionej rody. Jedną z nich, rzecz jasna, są Alexandrowie, w szeregach których, tak się pechowo złożyło, nie ma już ani jednej kobiety. To znaczy, nie było, bo teraz przecież mają Evie. Kobietę, której nigdy się nie przelewało, która przynajmniej od śmierci matki dwoi się i troi, by utrzymać się na powierzchni. Utalentowana rzeźbiarka niegoniąca za marzeniami. Nie może sobie na to pozwolić, nie ma wszak żadnego zaplecza finansowego. Jeśli jakaś okazja się pojawi, to ochoczo ją wykorzysta, a tymczasem haruje w firmie cateringowej, gdzie w tym samym charakterze – kelnerki – pracuje też Grace. Jej zabawnie niekonsekwentna doradczyni. Na zdumiewającą wiadomość Evie o jej rodzinnych powiązaniach, przebojowa, uroczo bezpośrednia przyjaciółka reaguje biciem na alarm. Kreśli potworne scenariusze w związku z planowanym wyjazdem Evie do Anglii, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że to tylko pro forma, że tak naprawdę Grace też zapaliła się do tego pomysłu. Może trafią się jakieś pikantne historyjki o ludziach z wyżyn, którzy, jak powszechnie wiadomo, zazdrośnie strzegą swoich tajemnic. Grace ma nadzieję, że Evie wyciągnie jakiegoś trupa z szafy Alexandrów czy De Ville'ów. Łaknie brudów, ale czeka ją jeszcze przyjemniejsza niespodzianka. Oto jest prawdziwy książę: młody, przystojny (wedle Evie i Grace) pan na włościach, Walter De Ville (mierny występ Thomasa Doherty'ego). Ogromna posiadłość New Carfax na obrzeżach miejscowości Whitby, gdzie zatrzyma się nasza protagonistka, to jego własność i wszystko wskazuje na to, że właśnie tutaj odbędzie się wielkie weselisko. Większe zainteresowanie od młodej pary - a gdzie oni są? - wzbudza, co zrozumiałe, odstająca od reszty towarzystwa Evie Jackson, tutaj Alexander. Evelyn nie przywykła do takiej uwagi, krępuje ją ten cały szum wokół jej osoby, ale to nader drobna niedogodność w tak bajecznych przecież realiach. Można się przyzwyczaić... nawet do takiej harpii, jak Viktoria, której zazwyczaj towarzyszy stanowiąca jej zupełne przeciwieństwo Lucy (wiarygodne kreacje odpowiednio Stephanie Corneliussen i Alany Boden). Ta pierwsza nie ukrywa swojej niechęci do Evie, natychmiast daje jej do zrozumienia, że uważa ją za niegodną krwi Alexandrów. Lucy wręcz przeciwnie: aż kipi entuzjazmem w kontaktach z Evelyn. Rozszczebiotana, infantylna istotka, która na przekór swojej zadzierającej nosa towarzyszce, notabene nieprzyzwyczajonej do takiego zachowania Lucy (dotąd była jej absolutnie posłuszna), wykorzystuje każdą okazję do wyjścia z orbity Viktorii na użytek Evie. Bo ta ostatnia nie ma nic przeciwko spędzaniu czasu z Lucy. Co innego z Viktorią – tej czołowa postać „Zaproszenia” Jessiki Thompson wolałaby nigdy nie poznać. Spokojnie obeszłaby się bez tej znajomość.

Stare zamczysko, które chyba miało być mroczne. Miał być współczesny gotyk, miał być ładny pomnik, a wyszła brzydka karykatura. Niewydarzona parodia nie „Zabawy w pochowanego” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta. Pozory mylą? Chciałabym, żeby tak było, ale bardziej czytelnie to już chyba być nie mogło. Tajemnica, której nie było. Jedna z tych, przy których zachodzę w głowę, czy to aby na pewno miało być ukryte. Jakie były intencje twórców? Zwodzić tylko bohaterkę czy również odbiorców tego nietaniego taniego spektaklu (jakieś dziesięć milionów dolarów, a wygląda najwyżej na kino klasy B)? UWAGA SPOILER Carfax: i wszystko jasne. Z mniejszych drogowskazów to na pewno Whitby i Lucy, a gdy klapki z oczu Evie Jackson-Alexander zostaną brutalnie zdjęte, swoje pięć minut dostaną Jonathan i Mina Harkerowie. Renfielda też nie mogło zabraknąć, podobnie jak Syn Smoka i jego oblubienice. To miał być hołd dla nieśmiertelnego utworu Brama Stokera, który przy okazji miał wpuścić trochę świeżego powietrza - świeżej krwi ha ha - do wampirzej konwencji KONIEC SPOILERA. Ten niezamierzony, zupełnie przypadkowy sekret „Zaproszenia” rozpracowali za mnie sami filmowcy: tak, to miała być niespodzianka! Ups, powinnam była uprzedzić o spoilerze. Mea culpa. W każdym razie kurtyna opada przed naszą biedną Evie w dość znajomych okolicznościach. Déjà vu. Nie, to nie to, ale „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera zdążyła rozgościć się w mojej głowie. Przypomniała się bestia, mimo że to nie miejsce dla niej. Powiedziałabym że to uwłacza jej godności, gdybym tylko miała pewność, że ta scena faktycznie miała być lekkim ukłonem w stronę tamtego kultowego slashera. „Zaproszenie” uwłacza za to godności innego dzieła, arcydzieła – jeden z największych kamieni milowych w długiej historii horroru – ale to tylko moje, nic nieznaczące, absolutnie niewiążące zdanie. W sumie gdyby Jessica Thompson i jej ekipa bieglej władali tajemnicą, to łatwiej byłoby mi docenić ten powiew świeżości. Niestandardowe, może nawet innowacyjne, podejście do sprawdzonego tematu. Nawet przy tak bolesnym nieposzanowaniu klimatu. No dobrze, jakieś tam starania dostrzegłam, coś tam próbowano w tej materii zdziałać - o czym chyba najdobitniej świadczy akcja w piwniczce z winami albo nocne przeżycie Evie ucięte przez „boskiego Walta” - ale nie mogę powiedzieć, żebym była jakoś szczególnie poruszona tymi i innymi „upiornościami” w zabytkowej rezydencji, w której zatrzymała się szczęśliwie odnaleziona prawnuczka długo przeklinanej w tym „kulturalnym środowisku” Emmaline Alexander. Szczęśliwie, ale nie dla samej Evelyn. Nieprzeczuwającej zagrożenia młodej kobiety, która bardziej utożsamia się z członkami służby niż swoimi krewnymi. W każdym razie nie zamierza przymykać oczu na niegrzeczne, żeby nie rzec podłe, traktowanie kobiet pracujących dla Waltera De Ville'a. A swojej osobistej pokojówce solennie obiecuje, że będzie najmniej wymagającym gościem w jej karierze. Wydawać by się mogło, że już samo to miejsce przywoła gotyckiego (nie)dobrego duszka. Zamek jakby żywcem wyjęty ze średniowiecza – tak archaiczny wystrój, że smartfon Evie wydaje się kalać tę przestrzeń, jakby bluźniła wyciągając to ustrojstwo w tych wiekowych murach, zresztą będących własnością człowieka nieukrywającego pogardy do nowoczesnej technologii – ale atmosfera w nim panująca do bólu współczesna. Jak w pierwszym lepszym – w pierwszym gorszym – popcornowym straszaku. W „buu!” się nie pobawimy, a przynajmniej nie tak często, jak to zazwyczaj na tej fali kina grozy bywa. Aż zatęskniłam za tymi nierzadko irytującymi zagraniami (po linii najmniejszego oporu; unieś cztery litery i jedziemy dalej) podczas niemożliwie dłużących mi się romantycznych chwil w New Carfax. A gdy spodziewane trupy w końcu wyszły z szaf, poczułam się jakbym wpadła z deszczu pod rynnę.

Z dwojga złego już lepiej byłoby zostać przy przesłodzonej historii miłosnej. Och jak cukierkowo, jak różowo. Jessica M. Thompson i jej zespół zgromadzony na potrzeby „Zaproszenia”, muszę im to oddać, udowodnili mi (zakładam, że przypadkiem, ale pewna nie jestem), że nie taki romans straszny, jak go maluję. Zawsze może być gorzej, co pokazała mi najdłuższa przebieżka (ostatni etap podróży) po terytorium horroru. Nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać. Toporny teatr absurdu. Nie, inaczej: Modern Gothic nie na moje kubki smakowe. Nie tego szukam w kinie grozy, ale więcej niż parę „żołądków” na pewno zaspokoi. Może się podobać. Na pewno ma to COŚ, tyle że ja tego nie zauważyłam. Umknęło mi.

czwartek, 22 września 2022

„Nie będziesz sama” (2022)

 

Macedonia, XIX wiek. Pewna wieśniaczka po narodzinach swojej córki Neveny zawiera umowę z wiedźmą Marią: w zamian za darowanie życia dziewczynce matka odda ją czarownicy, gdy Nevena skończy szesnaście lat. Zanim wiedźma pójdzie w swoją stronę, odbiera niemowlęciu głos, a spanikowana matka ukrywa córkę w podziemnej jaskini. Nevena dorasta w odosobnieniu, doglądana przez rodzicielkę, nie znająca świata zewnętrznego. Środki przedsięwzięte przez matkę nie przynoszą pożądanych rezultatów – Maria przybywa w szesnaste urodziny Neveny i podstępem wyprowadza ją z jaskini. Przekazuje jej swoje mroczne przekleństwo i rozpoczyna naukę przetrwania, ale dziewczyna pragnie czegoś innego. W końcu Maria traci cierpliwość i zostawia swoją niepojętną uczennicę samą. Korzystając ze swoich niezwykłych mocy Nevena wtapia się w wiejską społeczność i powoli poznaje tutejsze zwyczaje.

Pełnometrażowy debiut reżyserski Gorana Stolevskiego na podstawie jego własnego scenariusza, nagrodzony na Bucheon International Fantastic Film Festival. Australijsko-brytyjsko-serbski art horror z wydźwiękiem feministycznym, mroczna baśń, bajka ludowa o wilkojadkach z Macedonii, gdzie dorastał pomysłodawca tej historii Goran Stolevski. Choć przeprowadził mnóstwo badań nad folklorem, ze wskazaniem na opowieści o wiedźmach i kobietach, nie były dla niego szczególnie inspirujące w pracy nad „Nie będziesz sama” (oryg. „You Won't Be Alone”). Wymyślił własną „mitologię”. Nazwał to instynktownym procesem, bez skonkretyzowanego źródła, pamięta jednak, że naszła go chęć nakręcenia filmu o postaci małymi kroczkami poznającej świat, filmu, w którym tak naprawdę wszystko skierowane byłoby do niej. Miało być dosadnie, bezpośrednio, przyziemnie i praktycznie. I bez konwencjonalnych ograniczeń – scenarzysta, a potem też reżyser „Nie będziesz sama” nie dopasowywał tej opowieści do jakichś twardszych ram gatunkowych. Radził, by nie nie patrzeć na to, jak na horror, mimo że opowiada o najprawdziwszych czarownicach. Główne zdjęcia zakończyły się w grudniu 2020 roku, ale na premierę film miał poczekać jeszcze dwa lata – pierwszy pokaz pierwszego pełnometrażowego obrazu Gorana Stolevskiego przypadł na drugą połowę stycznia 2022 roku w ramach Sundance Film Festival, a do kin między innymi w Stanach Zjednoczonych wprowadzono go w kwietniu tego samego roku.

Nauka człowieczeństwa w surowych realiach. Zwłaszcza dla płci żeńskiej. Bajka ludowa z Macedonii o dziewczynie wychowanej w jaskini i jej mrocznej przewodniczce, od której nie może się opędzić. XIX wiek, maleńka wioska gdzieś w Macedonii. Na świat przychodzi zdrowa dziewczynka, która skupia na sobie uwagę poparzonej wilkojadki, czyli najprawdziwszej wiedźmy. Biologiczna matka maleństwa, uboga kobiecina niemająca innych dzieci, próbuje przekupić czarownicę obietnicą oddania jej swoich następnych pociech. Maria, bo takie imię nosi jedno z największych postrachów tych rozległych ziem, nie przyjmuje tej, bądź co bądź, hojnej (i przerażającej!) oferty. Łaknie krwi tu i teraz. Krwi małej Neveny. Zdesperowana wieśniaczka wychodzi więc z inną propozycją: zatrzyma córkę do jej szesnastych urodzin – wtedy przejmie ją Maria. „Narzeczona Freddy'ego Kruegera” (kostium przygotowany dla Anamarii Marinci na potrzeby roli Marii - którą udźwignęła bez widocznego wysiłku - moim zdaniem jakością niemal dorównuje tamtemu legendarnemu przebraniu) przystaje na te warunki, ale przed odejściem odbiera głos przyobiecanej dziewczynce. Matka nie zamierza dotrzymać umowy – przenosi niemowlę do podziemnej jaskini i rozgłasza w wiosce, że Nevenę zabrała wiedźma. Przeskok w czasie. Nevena ma już szesnaście lat (wymagająca, niełatwa rola Sary Klimoski, która bynajmniej jej nie przygniotła. W tym miejscu wypada zaznaczyć, że tą postacią musiała dzielić się z innymi aktorkami i aktorem, przy czym głosu użyczyła tylko Klimoska) i nadal tkwi w przestronnej grocie. Scenariusz przewidywał dużo mniejszą, bardzo ciasną przestrzeń - zapomniany klasztor, który przykryła ziemia - ale trzeba pracować nad tym, co się ma. Co się w plenerze wypatrzyło. Nazwać to warunkami spartańskimi, to mało. Cały dobytek Neveny to wiecznie brudne łachamy, które ma na sobie. W domyśle wymieniane przez matkę dopiero, gdy robiły się przykrótkie. Jedyna znana twarz – twarz matki. Jej opiekunki, strażniczki, która uznała, że trzymanie swojego ukochanego dziecka w niewoli, to jedyny sposób na przechytrzenie wiedźmy. Zbrodnia popełniona z miłości. Wielka krzywda wyrządzona córce, po to by zapobiec być może jeszcze większej krzywdzie. Właściwie trudno powiedzieć czy rodzicielka Neveny kierowała się bardziej interesem córki, czy własnym. Czy działała z egoistycznych (zatrzymać przy sobie córkę), czy z bardziej szlachetnych pobudek (lepsza namiastka życia niż śmierć lub kuratela stworzenia powszechnie uważanego za potwora, nasienie Zła)? Tak czy inaczej, na nic jej starania. Zagrała va banque i poniosła sromotną porażkę. I tak Nevena nareszcie wyfrunęła z wilgotnego, zimnego, mrocznego gniazda, a w zasadzie wyszła z więzienia, w ślad za swoją niby matką. W tej bajce każda czarownica może uczynić czarownicą wybraną osobę. Tylko jedną i tak nieszczęśliwie dla Neveny się złożyło, że Maria upatrzyła sobie właśnie ją. Zagubione przerośnięte pisklę, nastolatka, która nie ma nawet podstawowej wiedzy o świecie, nie ma prawa głosu. Ani w tej, ani w żadnej innej kwestii. Maria jest jak kot: chodzi własnymi ścieżkami. Jeśli Nevena chce jej towarzyszyć – a nie chce – to musi dostosować się do niej. Żyć pod dyktando tej mrocznej, smutnej pani. Tylko czekać, aż dziewczyna się zbuntuje. Tylko czekać, aż nauczycielka straci cierpliwość do swojej uczennicy. Stworzenie bez skrzeli na bezkresnym morzu. Wrzucona na przeraźliwie głęboką wodę nastolatka, która ma mniej więcej takie doświadczenie życiowe, taką widzę o świecie, jak trzyletni człowiek. Za to ma nadzwyczajną moc, diabelskie talenty, które powinny jej ułatwić naukę. Żyć jak inni. Normalną być, nawet jeśli „normalność” cuchnie.

Pudełkowaty obraz, który niczym mityczny Feniks (wolniej, dużo wolniej) odradza się z popiołów, w kinie grozy przydaje się jak nigdzie indziej. Prosty sposób na podduszenie odbiorców, wzmocnienie klaustrofobicznych doznań. Nie inaczej jest z „Nie będziesz sam” Gorana Stolevskiego. Ciasny format obrazu nie działa jednak w pojedynkę – wrażenie ciasnoty to sprawa bardziej złożona. Zgaszone, przyblakłe kolory, szorstka tekstura, surowość bijąca z ekranu i dodająca szyku, nie tylko nadążająca za obrazem, ale jakby stopiona z nim (jeden nie może istnieć, bez drugiego, symbiotyczny związek) ścieżka dźwiękowa. Matthew Chuang (zdjęcia) i Mark Bradshaw (muzyka): perfekcyjnie dobrany duet. [Swoją drogą przypominał mi się obraz „The Nightingale” Jennifer Kent, poza tym, co oczywiste, czyli „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” Roberta Eggersa.] Niewątpliwie wczuli się panowie w tę smutną opowieść niby wierszą pisaną. Pieśń, ballada, lament o swoistej wielopokoleniowej klątwie. Zatrute owoce ludzkości. Wstrętne „wynalazki” - nie musisz wiedzieć, jak je zbudowano, musisz tylko stale z nich korzystać. Trochę jak z uzależniającymi gadżetami (na przykład smartfony), które dostaną późniejsze pokolenia – nieważne, jak działa, ważne, że działa. Życie na XIX-wiecznej prowincji, gdzieś w Macedonii, kręci się wokół pracy. Pracują i mężczyźni, i kobiety, i dzieci. Oczywiście, jest i czas na odpoczynek, ploteczki, zabawy. Są okresy radości i smutku. Wesela i pogrzeby. Nigdy jednak nie należy zapominać o ustalonej hierarchii. Znać swoje miejsce w tym łańcuchu pokarmowym. Nie ma czegoś takiego jak rodzinne obiadki. Najpierw do stołu zasiadają mężczyźni, kobiety mogą patrzeć – dzieciom chyba nawet tego się zabrania, a przynajmniej taki wniosek wyciągnęłam z jednej krótkiej sekwencji – ale posilić się mogą dopiero wtedy, gdy orwellowscy równiejsi skończą. Dostaną resztki z pańskich stołów. Kolejna zasada, którą będzie musiała przyswoić sobie Nevena – a w każdym razie tego się od niej oczekuje w tej nędzy i rozpaczy, czy jak kto woli wspólnocie – to spełnianie wszystkich seksualnych zachcianek męża. Przed ożenkiem taka panna powinna trochę poćwiczyć. Noc poślubna z dziewicą to rzadkie zjawisko w tych zabobonnych kręgach. Pierwsze kroki w tej jakże fascynującej ją rzeczywistości (jak dziecko chłonące obrazy, dźwięki, zapachy, poznające kształty, słowa etc.) Nevena stawia pod postacią Noomi Rapace, która wcześniej zagrała wieśniaczkę wydającą na świat dziecko. Młoda wiedźma podglądała ten dziś już raczej rzadko praktykowany poród. W półprzysiadzie trzymając się płotu w końcu, po dwugodzinnej męce, udaje jej się wyrzucić z siebie (brzmi brutalnie? Bo takie jest) ten mały cud. I już zaganiają ją do pracy w polu (do kukurydzy, marsz!). To nie jest świat dla mięczaków. Przetrwają najtwardsi. Najtwardsze kobiety, ale już niekoniecznie tylko najtwardsi mężczyźni. Panowie mają łatwiej, o czym też na własnej skórze przekona się nasza przewodniczka po tych ponurych realiach dawno, dawno temu za górami, za lasami. Tak sobie wmawiajmy... Goran Stolevski obiecał dosadność i w sumie dotrzymał słowa. Oczywiście, mógł bardziej poszaleć, ale jeśli współczesny horror (bo według mnie to jest horror, arthouse horror) rzuci paroma niewygenerowanymi komputerowo zakrwawionymi ochłapami świeżutkiego, jeszcze cieplutkiego, parującej(?) mięsa, to już dalece przekracza moje oczekiwania. A jest jeszcze cudny kostium niezależnej kobiety, która może budzić zarazem strach, odrazę, jak i autentyczne współczucie (może nawet podziw – przypuszczanie niepoparte moimi własnymi reakcjami na tę niewątpliwie złożoną postać), a i sama substancja imitująca krew (niecyfrowa; ojejku, prawdziwa ciecz!) cieszyła moje oko, jeśli wiecie, co mam na myśli. Padają ludzie, padają zwierzęta podczas tej przyśpieszonej edukacji małej, niewrednej wiedźmy. Groźnej, wręcz zabójczej, ale pragnącej zmiany. Nie chce być taka, jak jej prześladowczyni, pielęgnująca w sobie nienawiść do ludzi, bez najmniejszych skrupułów spijająca życiodajny płyn z każdej żywej istoty, jaka tylko nawinie się na jej ogromne, zakrzywione czarne pazury (w tym świecie przedstawionym każda wiedźma takie ma, to ich znak rozpoznawczy, o ile zechcą go ujawnić). I przyglądająca jak jej niesforna i właściwie niedoszła wychowanka zmienia skórę - jak rękawiczki. To dopiero smaczny:) widok: bezzwrotna pożyczka cudzych wnętrzności. Gdyby tylko treści było więcej... Właśnie dlatego z obawą patrzę w przyszłość tak zwanej nowej fali kina grozy. Niektórzy mogą nazwać to przerostem formy nad treścią. W każdym razie fabuła dla mnie okazała się mocno rozczarowująca, żeby nie powiedzieć usypiająca. Nie, tak nie mówię, bo Morfeusza skutecznie odganiała stricte techniczna magia. „Nie będziesz sama” Gorana Stolevskiego czarowała klimatem – zdjęcia, dźwięk, montaż – aktorstwem, scenerią (dzika, piękna, ale jakby zalatująca zgnilizną Natura i skąpane w brudzie skupisko ludzkie, gdzie bieda aż piszczy, a okrucieństwo dla nas nie do przyjęcia, jest niemal tak naturalne jak oddychanie), nawet kostiumami, ale nie zaczarowała opowieścią. Monotematyczna... No, niezupełnie, ale nieraz się czułam jakbym ganiała w kółko za własnym nieistniejącym ogonem. Tak czy inaczej, nie wsiąknęłam w tę bajkę ludową z Macedonii w zadowalającym mnie stopniu.

Uczta, stosownie do okazji, w niemiłej atmosferze – ciasno, obskurnie, duszno – z której wyszłam lekko głodna. Nie najadłam się tekstem, ale otoczka audiowizualna aż wbiła mnie w fotel. Olśniewające zjawisko niepogodowe. Pierwszy występ Gorana Stolevskiego na pełnometrażowej scenie filmowej w charakterze reżysera i scenarzysty, to oferta przede wszystkim dla zwolenników tak zwanej nowej fali kina grozy, mrocznych baśni, dramatów ze starej szkoły. Z aktualnym, wiecznie aktualnym przekazem, komentarzem społecznym. Z feministycznym drugim dnem. Ale to jeszcze nic - jest i Potwór Gender, więc zalecam wzmożoną ostrożność w kontaktach z wiedźmami z „Nie będziesz sama”. Bajki nie dla dzieci. W mojej ocenie takiej sobie bajki w fantastycznym opakowaniu.

wtorek, 20 września 2022

Stephen King „Baśniowa opowieść”

 

Siedemnastoletni Charles 'Charlie' Reade mieszka wraz z ojcem w miasteczku Sentry's Rest w hrabstwie Arcadia w stanie Illinois. Jego matka zginęła w wypadku, na skutek czego drugi rodzic popadł w alkoholizm. Kiedy sytuacja stała się krytyczna Charlie zawarł umowę z Bogiem: obiecał, że zrobi coś dla niego, jeśli jego ojciec wyjdzie z niszczącego nałogu. Jego życzenie się spełniło, a chłopiec postanowił nie uznawać tego za zbieg okoliczności. Pewnego popołudnia wracający do domu Charlie słyszy przeraźliwe szczekanie dobiegające z posesji miejscowego pustelnika, starego kawalera Howarda Adriana Bowditcha, mieszkającego ze starym owczarkiem niemieckim, suczką Radar. Zaalarmowany chłopak przedostaje się na teren stroniącego od ludzi sąsiada, który, jak się okazuje, wymaga pomocy medycznej. Charlie wzywa pogotowie i zostaje sam z czworonożnym przyjacielem pana Bowditcha. W porozumieniu z właścicielem Charlie roztacza opiekę nad Radar. I tak rodzi się wspaniała przyjaźń: człowieka ze zwierzęciem, którego dni są już policzone. Ale istnieje sposób na ocalenie owczarka. W Tym Innym, magicznej krainie, zawłaszczonej przez okrutną istotę zwaną Katem Skrzydlatych.

Baśń na miarę XXI wieku napisana pod natchnieniem pandemii COVID-19. Lockdownowa książka Stephena Kinga, która dostarczała mu rozrywki w tym wyjątkowo ponurym okresie, odciągała jego myśli od potwornego świata zewnętrznego, ale też popychała je dokładnie w tym kierunku. Czerpiąc z przepastnej studni klasycznych baśni/bajek oraz twórczości między innymi takich pisarzy jak Howard Phillips Lovecraft i Ray Bradbury, King opowiedział o wielkiej przyjaźni i wielkiej wyprawie w nieznane, o poświęceniu, nadziei i pragnieniu zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy. O niedisneyowskim księciu i jego wiernym czworonożnym towarzyszu w najeżonym niebezpieczeństwami Tym Innym. „Baśniowa opowieść” (oryg. „Fairy Tale”) swoją światową i polską premierę miała we wrześniu 2022 roku. Zilustrowane przez Gabriela Rodrigueza i Nicolasa Delorta wydanie oficyny Simon and Schuster ukazało się szóstego września, a wydanie Albatrosa, w wyśmienitym tłumaczeniu Janusza Ochaba, zostało uwolnione już siódmego września. Prawa do sfilmowania tego działa za jedynego dolara nabył Paul Greengrass, ceniony przez Stephena Kinga amerykański reżyser, producent i scenarzysta kojarzony głównie z przygodami Jasona Bourne'a. Drugim głównym producentem ekranizacji/adaptacji „Baśniowej opowieści” najprawdopodobniej będzie Greg Goodman (m.in. „Dotyk przeznaczenia” Sama Raimiego, „8. Mila” Curtisa Hansona i „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia” Scotta Derricksona).

Mroczna Wieża” Stephena Kinga spotyka „Jasia i magiczną fasolę”, „Trzy małe świnki”, „Rumpelsztyka” i „Czerwonego Kapturka” przytulonych do „Jakiś potwór tu nadchodzi” Raya Bradbury'ego, który wcina się w mitologię Cthulhu. Swoje trzy grosze wtrąca też choćby „Niekończąca się opowieść” Wolfganga Petersena, na podstawie powieści Michaela Ende, „Cujo” Stephena Kinga (lub Lewisa Teague) czy „Psychoza” Alfreda Hitchcocka, ponadczasowa ekranizacja książki Roberta Blocha. Siedemset stron, drobny druk i bardzo powolny rozwój akcji, co nie jest żadnych novum w pisarskiej działalności tego starszego pana od horroru. Kojarzonego głównie z tym gatunkiem, choć od kilkunastu lat co najwyżej wdaje się z nim w przelotne, niezobowiązujące romanse (tj. z elementami horroru). Od czasu „Ręki mistrza”, pierwotnie wydanej w roku 2008. Ośmielę się jednak stwierdzić, że „Baśniowa opowieść” to najszczodrzej nasyconą grozą powieść Króla przynajmniej od „Czarnej bezgwiezdnej nocy” z 2010 roku (to akurat minipowieści, ale nie kłóćmy się o semantykę), za co dziękować pewnie powinnam też nieśmiertelnemu Howardowi Phillipsowi Lovecraftowi i innym specjalistom od przedwiecznej grozy. Upiory spoza czasu i przestrzeni. Terror w Tym Innym, w Empis. Ale zanim zwiedzimy tę magiczną krainę (w tym miejscu należy przypomnieć, że wszystkie światy są magiczne, nasz też – sceptycznych zachęcam do zapoznania się z argumentacją Kinga, którą oczywiście znajdziecie w jego baśni), rozgośćmy się w mniej obcym, właściwie całkiem dobrze znanym świecie niczym niewyróżniającego się chłopaka z niewielkiej miejscowości w stanie Illinois. Charles 'Charlie' Reade swoją-nieswoją (narracja pierwszoosobowa) baśniową opowieść rozpoczyna od największej tragedii w swoim krótkim życiu. Od nagłej, makabrycznej śmierci matki na nieszczęsnym moście w miasteczku Sentry's Rest w hrabstwie Arcadia. I tak rozpoczął się koszmar dorastającego chłopca. Koniec wieku niewinności, za co Charlie winił ojca, dla którego alkohol najwyraźniej stał się ważniejszy od jedynego dziecka. Tak czy inaczej, zrozpaczony wdowiec wpadł w nałóg, który, jak to często w takich przypadkach bywa, miał destrukcyjny wpływ nie tylko na niego, ale także na osobę, którą powinien się opiekować. W istocie było wprost przeciwnie: to Charlie opiekował się ojcem. Wziął na swoje wątłe barki praktycznie wszystkie obowiązki domowe. Mały gospodarz, który poza domem dopuszczał się haniebnych czynów. Zupełnie jakby wstępował w niego jakiś demon. Młodzieńczy bunt, sposób na odreagowanie, spuszczanie trującego powietrza łykanego w domu. Okropny sposób, z czego doskonale zdaje sobie sprawę nasz umowny sprawozdawca, który już na wstępie wyraża przekonanie, że nikt mu nie uwierzy. Nie w to, co zdarzyło się później. Po alkoholowych przejściach Reade'ów i po przebiciu się przez nadzwyczaj twardą skorupę Howarda Adriana Bowditcha. Dom z Psychozy, tak dzieciaki (i niektórzy dorośli) nazywają wiktoriańskie domostwo przy Jaworowej 1 w Sentry's Rest, bo przypomina mroczne lokum Normana Batesa i jego apodyktycznej mamusi - nie motel, tylko ten duży budynek „za jego plecami”. Mówią też o groźnym owczarku niemieckim strzegącym tej posesji. Normalnie Cujo! Z tej starej psiny, która do czasu pojawienia się Charliego Reade'a była jedyną życiową towarzyszką pana Bowditcha. Opryskliwego dziadygi, który postanowił zaufać swojemu siedemnastoletniemu sąsiadowi. Chłopcu, który zawarł umowę z Bogiem. Chłopcu, który pragnął odkupić swoje winy. Chłopcu, który zakochał się w kudłatej Radar. I skruszył gruby mur, jakim otoczył się samotny staruszek, który wiedział więcej. Zaszczyt i zarazem przekleństwo. Odpowiedzialność, którą jak łatwo się domyślić, przekaże dobremu chłopcu, który wcale tak o sobie nie myślał. Mroczny książę, który chciał tylko zatrzymać przy sobie przyjaciółkę.

Czas jest wodą […] Życie jest tylko mostem, pod którym przepływa.”

Ze wszystkich znanych mi powieści o przyjaźni ludzko-psiej tylko „Opiekunowie” Deana Koontza wzbudziły we mnie równie silne emocje, co „Baśniowa opowieść” Stephena Kinga. Był taki moment, w którym aż zanosiłam się od płaczu. I jak tu czytać? Zabawna rzecz, ale opanowałam się - nie od razu, stopniowo - dopiero gdy przekonałam niemądrą głowę, że ten pies, do jasnej ciasnej, nie istnieje. Taka siła narracji Stephena Kinga. „ Empis. To ja przyszedłem ze zmyślonego świata. To była rzeczywistość” - to spostrzeżenie Stephena Kinga przekazane przez jego siedemnastoletniego bohatera odzwierciedla mój stosunek do tego cudownego czworonoga. I nie tylko jego, bo szczerze mówiąc nie potrafiłam wypatrzyć w tym świecie ani jednej pewnikiem zmyślonej postaci. Bajka? Pewnie że tak! Ale czy to znaczy, że mniej prawdziwa? Nie dla mnie. Nazwijcie to szaleństwem, jeśli chcecie. Nieodróżnianiem fikcji od rzeczywistości. Mówcie, że to obłęd, ale dopiero po wyjściu z tej Fantazji, dobrze? Myślę, że to uczciwy układ. Zapoznajcie się z materiałem dowodowym przed wydaniem postanowienia w „tej jakże ważkiej sprawie”. Jeśli starczy Wam cierpliwości... Prawdziwą zmorą dla jakiejś części odbiorców „Baśniowej opowieści” będzie jej tempo. Nieprędko wejdziemy do Tego Innego - jak Charlie Reade zwykł myśleć o Empis - nieprędko szara proza życia ustąpi... innej szarej prozie życia. Chcę przez to powiedzieć, że fantasy, a raczej dark fantasy, będzie dawno, dawno potem. Najpierw relacje w Tym Nie-Innym. Przyjaźń, która mocno pachniała mi „Małymi ludźmi w żółtych płaszczach” tego samego autora, przy czym Howard Bowditch może wydawać się mniej sympatyczny od Teda Brautigana. Zdecydowanie mniej korzystne pierwsze wrażenie, aczkolwiek jego wizerunek na początku może ocieplać stosunek, jaki ma do swojej Radar. Sposób, w jaki na nią patrzy – z uczuciem, jakim Howard przypuszczalnie nie obdarzył ani jednego człowieka w swoim długim życiu. Czysta miłość. I odpowiedzialność, której posmakuje jego młody wybawca. Rycerz na rowerze, który nie bacząc na wstrętne plotki o starej, zaniedbanej nieruchomości przy Jaworowej 1, można powiedzieć, znajdzie tu swój drugi dom. Czas wolny (po szkole) będzie dzielił między już bardzo wygodne gniazdko, który stworzył sobie z ojcem oraz coraz mniej posępne, sekretne domiszcze pana Bowditcha. Charlie podejmie się zadania, które przerosłoby niejednego dorosłego. Ale on ma już doświadczenie – twarda szkoła życia – powiedzmy wprawę w takich szlachetnych przedsięwzięciach. Poprzednio w sumie nie miał wyboru, a teraz w zasadzie w każdej chwili może pójść w swoją stronę. Gdyby chodziło tylko o Howarda, to może... Chociaż nie, Charlie nie sprawia wrażenia takiego, który mógłby odwrócić się od schorowanego starszego pana. Naprawdę? Cóż, Charlie na pewno by się ze mną nie zgodził. Chłopak nosi w sobie ogromne pokłady wstydu. Wstydzi się tego, co wyczyniał ze swoim koleżką. Wyrzuty sumienia, samobiczowanie i bardzo mocne postanowienie poprawy. „Ale głównie chodziło o psa. Kochałem ją i nie chciałem, żeby odeszła”. Na początku przede wszystkim to trzymało naszego dzielnego bohatera w Empis. Obcym miejscu. Groźnym, ale i zapierającym dech w piersiach. Innym świecie na końcu podziemnego tunelu, sypialni „rodzinki” ogromnych nietoperzy. Gdzie panuje szarość. Straszliwa zaraza, którą jak wszystko na to wskazuje wypuścił tyran zwany Katem Skrzydlatych. Okrutny władca tych ziem. Uzurpator, który dorobił się niezbyt licznej armii „elektrycznych zombie”, nieumarłych kręcących się po martwym mieście, gdzie można też natknąć się na mięsożerną (zgadnijcie, jakie to mięso) olbrzymkę. Żeby było ciekawiej, zegar słoneczny, czyli ostatnia deska ratunku dla Radar, znajduje się właśnie w tym miejskim labiryncie. Łatwo się zgubić w tej złowonnej siedzibie złego króla. Mieście widmo, po którym mógł przespacerować się sam Ray Bradbury. Proroczy sen Howarda Phillipsa Lovecrafta. Kingowska wersja Dunwich czy innego Innsmouth. Groza nie z tego świata, desperacka wyprawa do przedsionku piekła. Obmierzła, martwa metropolia, która niegdyś kipiała życiem. Kiedyś przepiękne, oszałamiająco kolorowe, teraz zgniłozielone i szare – wszędzie ta przeklęta szarość – miasto Lilimar, królestwo Gallienów. Rodu wybitego prawie do nogi. Prawie. I tak powoli, bardzo powoli dochodzimy do Panem. Co prawda bez większego przekonania podchodziłam do drugiego etapu mrocznej przygody Charliego. Potrzebowałam trochę czasu, by odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości biednego księcia. Do tego momentu byłam wprost oczarowana, jakby zahipnotyzowana tą nie tak znowu bajkową opowieścią niby Charliego z Krainy Czarów, ale tutaj nastąpiło raptowne, nieprzyjemne przebudzenie. Monotonia dnia niecodziennego. A po cudach przychodzi nuda. Myślę sobie: jak ze ściąganiem plastra, lepiej szybko. Więc podkręciłam tempo czytania, aż znowu wsiąkłam. Tak, w końcu przekonałam się do tego jakże kiepsko wróżącego odcinka wielkiej podróży sympatycznego młodego człowieka. Dobrego człowieka, o czym najdobitniej zaświadcza szczery żal za grzechy. I nie tak znowu niespotykany związek ze zwierzęciem.

Tyle zachodu dla zwykłego psa? Trudno w to uwierzyć? Kamrat Molly, znanej też jako The Thing of Evil, wiedział o czym pisze (głos prościutko z serducha, jak mniemam) i nie miał wątpliwości, że związek Charliego i Radar nie będzie niczym dziwnym przynajmniej dla tych, którzy poznali siłę psiej przyjaźni. Czyż to nie jest magia? Śnieżnobiała magia Tego Nie-Innego. „Baśniowa opowieść” pióra Stephena Kinga to patchworkowa kołderka o właściwościach rozgrzewajaco-chłodzących. Otuleni miłością i przyjaźnią, niepokojeni przez mroczne moce (Nicość w Fantazji), nienazwaną grozę i jej potwornych emisariuszy. Wielka przygoda w magicznej krainie w pułapce szarości. Warto o nią zawalczyć, ale żeby mieć jakieś szanse trzeba spuścić ze smyczy swoją bestię. Żeby przegonić ten mrok, trzeba uwolnić mrok w sobie. „Żwawo, żwawo, dzieciaki”, przygoda wzywa! Empis czeka.

niedziela, 18 września 2022

„Dobranoc, mamusiu” (2022)

 

Małoletni bracia bliźniacy, Elias i Lukas, zostają przywiezieni przez ojca do wiejskiego domu matki. Kobieta nie wychodzi im na spotkanie, chłopcy ruszają więc na poszukiwania, które nie trwają długo, ale są zaskoczeni widokiem jej zabandażowanej twarzy. Nie wiedzieli, że ich matka niedawno przeszła operację plastyczną, w związku z czym na razie musi unikać światła dziennego. Większość czasu spędza w swojej sypialni na piętrze, ale jej synów bardziej niepokoi jej zachowanie w ich obecności. Chłodna, zdystansowana, łatwo wpadająca w złość, agresywna. Zupełnie jak nie ich matka. Elias i Lukas wkrótce nabierają przekonania, że istota ukrywająca swoją twarz pod maską z bandaża nie jest ich rodzicielką. To ktoś obcy, ktoś, kto z sobie tylko znanego powodu podszywa się pod ich kochaną mamusię.

Dobranoc, mamusiu” (oryg. „Goodnight Mommy”) to amerykański remake austriackiego thrillera psychologicznego z 2014 roku pt. „Widzę, widzę” (oryg. „Ich seh, Ich seh”, międzynarodowy: „Goodnight Mommy”), wyreżyserowanego przez Severina Fialę i Veronikę Franz w oparciu o ich własny scenariusz. Matt Sobel, twórca dramatu „Zabierz mnie nad rzekę” (2015) nie od razu przekonał się do tego projektu. Odrzucił ofertę włączenia się w to przedsięwzięcie w charakterze reżysera, ponieważ nie widział żadnego powodu, dla którego ten film powinien powstać. Może poza zaspokojeniem potrzeb ludzi (anglojęzycznych), „którzy są zbyt leniwi, by czytać napisy”. Zdanie zmienił po pierwszej rozmowie na ten temat ze swoim przyjacielem Kyle'em Warrenem, z której wykluło się trochę inne podejście do koncepcji Severina Fialy i Veroniki Franz. Ostatecznie to Kyle Warren napisał scenariusz „Dobranoc, mamusiu”, ściśle współpracując z Mattem Sobelem także na etapie produkcji (pozostawali w stałym kontakcie). Obraz uwolniono we wrześniu 2022 roku w strefie VOD (Amazon Prime Video).

Thriller psychologiczny o dwóch braciach i ich wątpliwej matce, który można potraktować jak swoiste odświeżenie tematu. Powtórka programu, tyle że z inną obsadą, w innym klimacie i z garścią nowych incydentów w imponującym, co nie znaczy wygodnym, domu na odludziu. Historia Severina Fialy i Veroniki Franz po operacji plastycznej. Zbędny trud? I tak, i nie. „Widzę, widzę” w moim przekonaniu żadnych, choćby tylko kosmetycznych poprawek nie wymagał. Nie wspominając już o tym, że znajomość ze starszym kładzie się cieniem na spotkaniu z młodszym. Ale „ten kij” ma dwa końca. Coś tracisz, coś zyskujesz. Czy to uczciwa wymiana? W sumie wiedziałam, na co się piszę. Znałam zasady tej transakcji, nie brałam „kota w worku”. Wchodziłam w ten ciasnych światek z pełną świadomością, że to nie będzie taka „randka w ciemno”, jak poprzednio. Oczywiście osoby, które w tę podróż wyruszą bez „bagażu” skompletowanego przez austriackich twórców, mogą skorzystać z większych atrakcji. Role przewodników ponownie przyjmują małoletni bliźniacy, którzy zastali swoją matkę w masce utkanej z bandaży. Tym razem w te postaci wcielili się Cameron i Nicholas Crovetti, bliźnięta, którzy grali młodszych od siebie. Podczas prac nad „Dobranoc, mamusiu” mieli trzynaście lat i na swój wiek mi wyglądali. Utalentowane chłopaki, ale zupełnie niepodobne do Eliasa i Lukasa. A wystarczyło dodać parę lat też tym drugim. Wtedy łatwiej byłoby mi podziwiać występy braci Crovetti. Dziwnie się czułam patrząc na takich dużych chłopców - jakby świat mi się przekrzywiał - którym mama czyta na dobranoc. Dziwnie się czułam, widząc rysunek, który w drodze do tego przeklętego domu wysmażył jeden z nich. Dziwnie to wyglądało. Bardziej zaskoczyło mnie jednak obsadzenie znanej aktorki w takiej enigmatycznej roli. Naomi Watts (która miała już okazję zagrać w remake'u głośnego thrillera: „Funny Games” Michaela Hanekego) bez twarzy. Maska wcześniej czy później opaść musi (musi?), ale tymczasem widzimy tylko oczy i usta kobiety, która udaje. Kobiety, która nie chce już tego robić. Ma dość, chce to zakończyć. W taki czy inny sposób. Eliasowi udaje się podsłuchać ten fragment telefonicznej rozmowy przeprowadzonej w środku nocy przez tajemniczą panią. To nie pierwszy sygnał ostrzegawczy, ale pierwszy tak wyraźny. Dotąd Eliasowi łatwiej było tłumaczyć nietypowe zachowanie matki. Odwracać wzrok od okropnej prawdy. Wierzyć na słowo człowiekowi w masce. W głowie chłopca prawdopodobnie właśnie w tym momencie wszystkie szkaradne elementy tej układanki wskoczyły na właściwe miejsca, ale Elias da sobie trochę czasu na przetrawienie tych przerażających myśli. I zmianę zdania, bo gdzieś w głębi ducha, wciąż tli się płomyk nadziei. Elias chciałby się mylić. Magiczne myślenie dziecka? Słowa automatycznie zamienią się w ciało? Tak czy inaczej, Elias odwleka w czasie to, co najpewniej zrobić będzie musiał. Bo jedyna dorosła osoba pod tym fatalnym dachem, boleśnie zawodzi jego oczekiwania. Po cichu liczył, że wszystko się ułoży, że matka to matka, ale w końcu tama pęka. Innego wyjaśnienia nie znalazł, a w tym czasie sytuacja jeszcze się zaogniła. Zamaskowane stworzenie straciło cierpliwość do nieposłusznych dzieciaków. Przestało udawać. Obudzili chłopcy bestię, która ukradła im matkę. Wiemy, że rodzicielka Eliasa i Lukasa była osobą znaną. Jej gwiazda wprawdzie już przygasła, ale pewnie wciąż nie brakuje ludzi, którzy chętnie by się z nią zamienili. Wielki dom w zacisznym zakątku, dwie pociechy, które wprost przepadają za jej towarzystwem i wianuszek (może już nieduży, ale jest) oddanych fanów. Prawdziwa idylla... była kiedyś, przed rozstaniem z ojcem bliźniaków? Co dolega tej pani? Strach przed dekonspiracją? Wyrzuty sumienia? Samotność? Niemożność odnalezienia się w zupełnie nowej dla niej sytuacji? Z obcą twarzą? W tym dusznym domu „pośrodku niczego”, dużym domu, w którym szybko robi się zdecydowanie zbyt ciasno dla trzech osób: wszyscy czują się mocno nieswojo, obco. Matka, rzekoma matka, też utknęła w małym piekiełku. Cierpiąca i krzywdząca. Ofiara i oprawczyni. Kłamczucha, szukająca spokoju. Sama w swojej ciemnej sypialni na piętrze. Tylko parę dni, aż będzie mogła bezpiecznie zdjąć upiornie białą maskę. Potem może bardziej zaangażuje się w rolę matki, ale teraz woli unikać ludzi.

Dobranoc, mamusiu” Matta Sobela jest utrzymany w innych klimacie niż „Widzę, widzę” Severina Fialy i Veroniki Franz, co bynajmniej nie było wypadkiem przy pracy. Twórcy remake'u celowo zrezygnowali z tej pamiętnej klinicznej, przeraźliwie zimnej aury na rzecz niemal równie nieprzyjemnej duchoty. Gęściej, bez tych wszystkich ostrych kątów, niby tnących kolorów. Nie tak szorstko, tak diabelsko obiektywnie, jakby bez osobistego zaangażowania, do bólu pragmatycznie. Nie żeby Matt Sobel uważał to za jakiś feler „Widzę, widzę”. Nie chodziło o poprawianie, tylko wypróbowanie czegoś innego. Skoro już miał lepić z gliny pożyczonej od innych rzeźbiarzy, w dodatku takiej, która niełatwo poddawała się naciskom, to w tym mógł upatrywać największej okazji do odróżnienia „Dobranoc, mamusiu” od jego rodziciela. Konstrukcja fabularna „Widzę, widzę”, ten szkielet, którego musiał trzymać się Kyle Warren nie pozwalał na jakieś większe popisy. Trudno coś dodać, trudno odjąć. Zamknięte pudełko, hermetyczna, kompletna opowieść, którą niejeden reżyser pewnie przyjąłby z pocałowaniem ręki, ale nie Matt Sobel. On woli działać bez takich ograniczeń. Pełna swoboda twórcza, a przynajmniej większa przestrzeń na coś naprawdę swojego. Nic więc dziwnego, że nie od razu wszedł w operację pod kryptonimem „Goodnight Mommy”, choć z jego wypowiedzi można wywnioskować, że wtedy jeszcze nosił w sobie podejrzenie graniczące z pewnością, że nie nadaje się do kręcenia remake'u jakiegokolwiek dzieła. Teraz już pewnie inaczej zapatruje się na tę kwestię. Skoczył na głęboką wodę i na moje oko się gość nie utopił. Wraz ze swoim zdolnym zespołem stworzył uroczo ponure widowisko o ludziach stłoczonych na wielkiej przestrzeni. W rzeczywistości przepastnej betonowej gardzieli, w której jednak czułam się bardziej jak w wąskim korytarzu, gdzie ściany nieubłaganie, centymetr po centymetrze sunęły w moim kierunku. Cuchnący sekret - który oczywiście nie dla wszystkich będzie sekretem – w depresyjnym światku, w którym dość twardą ręką rządzi prawdziwa reptilianka. Trudno mi było uwolnić się od tego skojarzenia po scence, która zrobiła na mniej największe wrażenie. Nie będę czarować – walczyłam z przemożną potrzebą odwrócenia wzroku od ekranu. Mocna rzecz, trochę w stylu „Martyrs. Skazanych na strach” Pascala Laugiera. Koszmar, który tak szybko nie odpuści. Ciąg dalszy nastąpi, scenarzysta pociągnie ten fascynujący wątek. Horror wtrąca swoje trzy grosze do dreszczowca. Wchodzi w słowo, przerywa swojemu paranoicznemu koledze, by zwrócić jego uwagę na jeszcze jedną możliwość. Bo dlaczego nie? Weźmy taką „Inwazję porywaczy ciał” Jacka Finneya – teoria przedstawiona przez Eliasa wydaje się być żywcem wyjęta z tamtej kultowej opowieści grozy. Tam to było logiczne, a tutaj już nie? Pan Thriller dokłada starań, by uciąć wszelkie dywagacje, zakrzyczeć swojego jak zwykle bujającego w obłokach interlokutora. Zejdźmy na ziemię – pobudka Elias, czas zmierzyć się z prawdziwą bestią mieszkającą na tym padole łez. Chłopcy oczywiście próbują ratować się ucieczką, kiedy już ich fałszywa mamusia pokaże pazurki. Chłód przechodzi w agresję. Kierowaną na Eliasa, małego urwisa, którego trzeba wreszcie ustawić do pionu. Pokazać, kto tu rządzi. Wymusić posłuszeństwo. Nie słowem, to strachem przed bólem? W każdym razie jej metody wychowawcze mogą budzić oburzenie. Z gwałtownym przechyłem w stronę tortur. Załamanie nerwowe? A może dla niej to przednia rozrywka? Czyżby znajdowała perwersyjną, chorą przyjemność w krzywdzeniu innej istoty ludzkiej? Może nawet swojego rodzonego syna. Może. Znowu dałam się porwać tej hipnotyzującej opowieści. Groźnej, przygnębiającej, mrocznej przeprawie tym razem nie przez nieznane. Wiedząc, dokąd zmierzam, mogłam więcej uwagi poświęcić samym postaciom. Wszystkim głównym uczestnikom tego niecodziennego rodzinnego dramatu, kameralnego przedstawienia, które nie może trwać wiecznie. Czyżby? Intymne chwile w trującym gnieździe. W dręczącej, niespokojnej ciszy, w którą od czasu do czasu wdzierają się przepiękne, smutne, ale nie ckliwe melodie Alexa Westona - za zdjęcia odpowiada Alexander Dynan - w nieznośnym oczekiwaniu na kolejny wybuch wściekłości. Eskalacja przemocy, niepowstrzymanie zaogniający się konflikt, nieśpieszny spacer z coraz to cięższym sercem po płynnej, zdestabilizowanej rzeczywistości.

Stara baśń na nowo. Nie taka stara i nie tak znowu na nowo. „Widzę, widzę” po amerykańsku. Matt Sobel (reżyseria) i Kyle Warren (scenariusz) ośmielili się wziąć na warsztat głośną historię Severina Fialy i Veroniki Franz, która wcale a wcale się nie zestarzała. Ot, Amerykanom zamarzyło się ich własne „Widzę, widzę”, tj. „Dobranoc, mamusiu”. Taki ich zwyczaj, by pożyczać:) Dobry zwyczaj. Tym razem. Niekiepska podróbka, nie tak zupełnie wierna kopia, jak dla mnie jednego z ciekawszych filmowych thrillerów psychologicznych XXI wieku. A przynajmniej pierwszych dwóch-trzech dekad tego stulecia. Klaustrofobia, paranoja, agresja, udręka i najprawdziwszy potwór w ludzkiej skórze (dosłownie!). Mnie porwało, mimo że doskonale wiedziałam, jak to się skończy.

piątek, 16 września 2022

„Syn diabła” (2019)

 

Niespełniony artysta, Joel Clarke, od śmierci ukochanej samotnie wychowuje kilkuletniego syna Masona. Mężczyźnie zdiagnozowano schizofrenię, co postawiło pod znakiem zapytania jego dalszą opiekę nad dzieckiem. Aby zatrzymać syna Joel musi stosować się do wytycznych swojej psychiatry, doktor Mayi, która w dowolnym momencie może przeprowadzić niezapowiedzianą kontrolę w jego gospodarstwie domowym. Clarke pracuje w warsztacie samochodowym, ale całą dniówkę zwykle oddaje opiekunce i indywidualnej nauczycielce Masona. Poszukiwania lepiej płatnej pracy, przy czym upiera się doktor Maya, jeszcze nie przyniosły pożądanych rezultatów. Na domiar złego w Joelu pojawia się obawa, że jego syn odziedziczył po nim chorobę. Postanawia jednak zaufać nowo poznanym księżom, ojcu Michaelowi i ojcu Lambertowi, który właśnie wyszedł z więzienia, gdzie trafił po nieudanych, zdaniem sądu i opinii publicznej, tragicznych w skutkach egzorcyzmach przeprowadzonych na osobie małoletniej.

Amerykański horror religijny w reżyserii i na podstawie scenariusza Pearry'ego Reginalda Teo, twórcy między innymi takich obrazów, jak „Nekromancja” (2009), „Konwent czarownic” (2010), „Klątwa Śpiącej Królewny” (2016), „Dead Inside” (2011), „Łowcy duchów” (2016). Wychowany w surowej chrześcijańskiej rodzinie, Teo praktycznie całe dzieciństwo spędził bez telewizora. Pierwszy film grozy obejrzał dopiero w okresie nastoletnim – wymknął się do kina z przyjaciółmi – a był to „Kruk” Alexa Proyasa, który w przekonaniu Teo odmienił jego życie. Nauka kontra wiara, choroby psychiczne a opętanie przez jakąś siłę nieczystą: to zawsze leżało w sferze jego zainteresowań i to zdecydował się uczynić jednym z głównych tematów „The Assent” (pol. „Syn diabła”), pełnometrażowego straszaka w większości kręconego w niegdysiejszym domu publicznym. A przynajmniej do takich wniosków doszli filmowych podczas zajęć na tym zdumiewającym planie; zdumiewająco dezorientującym, jak wynika z opowieści reżysera. Wyprodukowany przez Boom Done Productions „The Assent” po raz pierwszy wystawił się na widok publiczny w październiku 2019 roku na Toronto After Dark Film Festival, a w następnym miesiącu pokazał się w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych, w ramach Schockfest Film Festival. Szerszą dystrybucję rozpoczęto w styczniu 2020 roku.

Historia z potencjałem na płaszczyźnie obyczajowo-psychologicznej. Gdyby Pearry Reginald Teo i jego ekipa płynęli na tak zwanej nowej fali kina grozy, to może więcej by z tego wycisnęli. Z rozpaczliwych starań ojca o utrzymanie opieki nad swoim jedynym dzieckiem. Dramat rodzinny, tragedia rodzinna, której rozwój został skutecznie zablokowany przez harce i swawole demonicznej istoty. Niewykluczone, że samego Księcia Ciemności. Takie przekonanie ma członek ziemskiej Armii Boga Wszechmogącego, który dopiero co wrócił „z wakacji na koszt państwa”. Ale zanim ta wątpliwa odciecz dotrze do mrocznego i może trochę kontrowersyjnie urządzonego domu Clarke'ów, sprawdzimy jak wyglądało ich życie przed natarciem Złego. Krótka historia „niewidzialnych ludzi”. My kontra reszta świata: tak zwykł myśleć starszy z nich. Joel Clarke (nieprzekonująca kreacja Roberta Kazinsky'ego) to człowiek pogrążony w rozpaczy, ale podejmujący niemal nadludzkie wysiłki, by nie okazywać tego swojemu kilkuletniemu synkowi, Masonowi (w tej roli Caden Dragomer, który pokazał mi właściwie taki sam - niski - poziom gry aktorskiej, jak jego filmowy ojciec, ale choćby z racji wieku na tego pierwszego można jednak spoglądać łaskawszym okiem). Obu zżera tęsknota, ale Joel na dokładkę zmaga się z poważną chorobą psychiczną. Schizofrenia: taką diagnozę usłyszał jeszcze przed naszym pierwszym spotkaniem. Poznajemy go już w trakcie leczenia prowadzonego przez doktor Mayę (według mnie najlepsza kreacja w tym aktorskim gronie, w wykonaniu Florence Faivre), której najwyraźniej też zależy na tym, by mężczyzna nie stracił prawa do opieki nad synem. Joel z jednej strony to docenia, jest wdzięczny za troskę jaką kobieta okazuje jemu i Masonowi, ale wątpi w powodzenie „jej misji”. Innymi słowy, według głównego bohatera „Syna diabła” Pearry'ego Reginalda Teo, doktor Mayi tylko wydaje się, że pomaga. Widz pewnie inaczej będzie się na to zapatrywał, ale Joel nie ma wątpliwości, że na placu boju jest zupełnie sam. Nie ma żadnego sojusznika, żadnej sojuszniczki w tej jakże ciężkiej walce o syna. Gdyby stracił też Masona, nie miałby powodu zwlekać się rano z łóżka. Gdyby chodziło tylko o niego, to Joel najprawdopodobniej już dawno by się poddał. Wypisał się z życia, odmeldował. A może obie dłonie zacisnąłby wówczas na drugim kole ratunkowym – całkowicie poświęcił swoim pasjom: malowaniu i rzeźbieniu. Reżyser i scenarzysta „Syna diabła” jest wielkim miłośnikiem twórczości meksykańskiego artysty Emila Melmotha. Stąd upiorny styl jego artysty, który nie widzi niczego niestosownego w przyozdabianiu domu, „treściami nieodpowiednimi dla osób nieletnich”. W każdym razie takie zdanie może mieć jego strażniczka, gdy w końcu przeprowadzi kontrolę. Doktor Maya nie musi się zapowiadać, ale nie korzysta z tego prawa. Kolejny przejaw dobrej woli pani doktor, może i odnotowany przez Joela, ale nawet jeśli mężczyzna planował przygotować się do tej wizyty (choćby zdjąć ze ścian makabryczne, niepokojące obrazki, których, zdaniem wielu, dzieci nie powinny oglądać; dorośli też nie, ot co!), to nie wyszło. Nie mogło wyjść, gdy do domu wlazł sam Rogaty. Ni to koza, ni to pies. A było tak... niepięknie. No właśnie, życie Clarke'ów zdecydowanie nie było usłane różami. Na początku chyba tak, ale gdy Joel i Mason zostali sami zaczęła się prawdziwa szkoła przetrwania. Głównie dla starszego z nich, bo jak na kochającego ojca przystało, Joel robił wszystko, co w jego mocy, aby nie dopuścić „jednego z jeźdźców Apokalipsy” do Masona. Nie pozwalał, by Głód zaglądał mu w oczy. W każdym razie nie przez cały czas, bo mam wątpliwości, czy jeden posiłek dziennie wystarczy. Mnie tak, ale czy dziecku? Joel zwykle zadowala się tym, co zostanie na talerzu Masona. Zjada resztki. Najpierw Mason, potem ich kot, a na samym końcu Joel – taką hierarchię zdaję się ustanowił ten ostatni w swoim małym światku. W którym najczęściej gości Cassie (taki sobie występ Hannah Ward), niania i nauczycielka Masona (niewidzialna sojuszniczka Joela – niewdzięcznik czy po prostu nieszczęśnik, któremu życie tak mocno dało w kość, że stracił całe zaufanie do ludzi?) - chłopiec ma indywidualne nauczanie z powodu mocno napiętego budżetu jego opiekuna. Właściwie głodowego. Poniżej progu ubóstwa.

Syn diabła” Pearry'ego Reginalda Teo w szpony obojętności wrzucił mnie... gdy tylko akcja zaczęła się rozkręcać. Gdy ludzie cienie wyszli z cienia:) Właściwie moje zainteresowanie zgasło w chwili spodziewanego wejścia dwóch księży do domu Joela i Masona Clarke'ów. Gospodarz, w przeciwieństwie do nas, nie mógł przyszykować się na tę wizytę. Księdza, który ledwo wyszedł z więzienia, a już ryzykuje recydywę oraz młodszego duchownego, który ma pilnować, by ten pierwszy znowu nie wpakował się w kłopoty. Nie żeby przykładał się do tego zadania zleconego przez kurię, już prędzej wspiera kontrowersyjnego egzorcystę. W sumie ksiądz Lambert (przeciętna kreacja Petera Jasona, który i tak w mojej ocenie pozostawił daleko w tyle swojego filmowego asystenta Douglasa Spaina) napytał sobie sporo wrogów. Wielu życzyłoby sobie, żeby dożył swoich dni za kratami, tak wielką zbrodnię popełnił. Doprowadził do śmierci dziecka. On oczywiście inaczej na to patrzy, ale nie dziwi go, że przylepiono mu łatkę dzieciobójcy. Tacy jak on nie mają lekko w tej oświeconej epoce. To, co dawniej uznano by za opętanie przez demona, dzisiaj jest taką czy inną chorobą psychiczną. To nie tak, że ojciec Lambert kwestionuje każdą taką diagnozę. Nie, nie, tylko niektóre. Tak zafiksowaliśmy się na punkcie nauki, że nie dostrzegamy zagrożenia, które istnieje od czasów Adama i Ewy. Nasi przodkowie byli mądrzejsi. Nas ogłupiła nauka. Ufajmy jej, ale z głową – tak radzi ojciec Lambert, człowiek, który niejeden pojedynek ze Złem już stoczył. Z samym Ojcem Kłamstw, któremu rozwój nauki niesamowicie się przysłużył. Niemal pełna swoboda działania. Niemal, bo ostało się jeszcze paru takich herosów jak Lambert. Ludzi, którzy podejmują dużo większe ryzyko od swoich dawno nieżyjących kolegów po fachu. Czy jak kto woli, po świętej misji. A zatem laurka dla egzorcystów i krytyka ludzi nauki? Nie, tak bym tego nie podsumowała. Owszem, nie wyglądało mi na to, by Pearry Reginald Teo miał coś przeciwko działalności takich ludzi jak Lambert, ale też nie odnosiłam wrażenia, że złym okiem patrzy na przedstawicieli nauki, o czym zaświadczy choćby doktor Hawkins (przyzwoita kreacja Tatum O'Neal). Powiedzmy, lekarka z bardziej otwartym umysłem od psychiatry Joela. W tym przeciąganiu liny, czyli Joela, doktor Maya stanie naprzeciw nie tylko dwóm księżom (jeden czynny, drugi zawieszony), ale także koleżance po fachu. Sytuacja nie do pozazdroszczenia... dla pana Clarke'a. Niezbyt zaradnego, ale chociaż niespoczywającego na laurach - stara się, czego nie można powiedzieć o wszystkich szarych ludziach klepiących biedę - ojca ze schizofrenią, któremu coś próbuje odebrać jedyne dziecko. Pająkowata cienista istota, którą do niedawna uważał za wytwór swojego chorego umysłu? Swoją drogą ciekawy ma Joel sposób na odróżnianie rzeczywistości od halucynacji – podpiera się starym polaroidem z nie tak znowu oślepiającą lampą błyskową, by nie dało się dojrzeć... czegoś. To mi przypomniało „Egzorcystę” Williama Friedkina (ha ha, horror o opętaniu, a tej akcje z aparatem fotograficznym się kojarzyły), mignięcia upiornej facjaty, które uznano za przekaz podprogowy. W każdym razie takie głosy na pewno się pojawiły. Jest i bestia rodem z dawnych body horrorów, choć może nie do końca, bo to bardziej nowoczesne (czytaj: plastikowe) podejście do oślizgłych organizmów, jakie mogliśmy zobaczyć choćby w „Towarzystwie” Briana Yuzny (pierwszy z brzegu przykład). Najbardziej w oko wpadła mi jednak wizja/manifestacja kobiety, której czołowa postać „Syna diabła” zapewne z nikim nie myli. Od samego początku wie, kto zacz, ale wychodzi z założenia, że to robota przeklętej schizofrenii. Żaden tam gość z zaświatów. Incydenty Joela, wszystkie te momenty, w których jakby zatracał kontakt z rzeczywistością, w zamyśle reżysera miały „krwawić kolorami”. Zielony, niebieski i przede wszystkim czerwony. Płynne, rozedrgane, rozmazane obrazy, które mogą, ale nie muszą - co w swoich publicznych wypowiedziach podkreślał Pearry Reginald Teo – być zbliżone do doświadczeń osób zmagających się ze schizofrenią. To bardzo swobodna, luźna, niepoparta solidnymi badaniami/wywiadami, ale dość nieprzyjemna (stosownie nieprzyjemna) perspektywa człowieka dotkniętego taką czy inną poważną przypadłością. Kiedy dwóch księży po raz pierwszy przekroczyło próg pokoju małego Masona moje myśli pobiegły w kierunku, który po krótkim namyśle odrzuciłam. Uznałam bowiem, że to byłoby zagranie poniżej pasa. Zwykłe, ordynarne oszustwo. Ale jak widać „na załączonym obrazku”, filmowcy mieli zgoła inny pogląd na tę kwestię. Nie powiem, że przy końcu wreszcie wystąpili z ciasnych ram konwencji (co by mi nie wadziło, gdyby podeszli do tego z większym uczuciem – mniej „buu!” więcej żonglerki napięciem, powolnego dolewania oliwy do ognia), ale też nie powiem, że ugrzęźli w nich na amen w pacierzu Lamberta. Według mnie przedobrzyli, ale nie mam tutaj na myśli bezrefleksyjnego powtarzania po innych, powielania zapamiętanych wątków z horrorów o faktycznych czy tylko rzekomych opętaniach przez piekielne bękarty.

Nic specjalnego z tego „Syna diabła” jak dla mnie nie wyszło. Wyreżyserowanego przez Pearry'ego Reginalda Teo na podstawie jego własnego scenariusza, horroru o opętaniu, ale już niekoniecznie o egzorcyzmach (wgląd przez dziurkę od klucza). Albo o schizofrenii pomylonej z opętaniem. Tak czy owak, wolałam opowieść o samotnym ojcu desperacko walczącym o utrzymanie przy sobie jedynego dziecka. Ostatniego człowieka na Ziemi, na którym mu zależy, który trzyma go na tym okropnym padole. Gdzie aż roi się od takich ludzi jak on. Niewidzialnych, deptanych, jakby z góry spisywanych na straty. Skazanych na życie w nędzy, z której tak naprawdę z łatwością można by ich wydobyć. Daj takiemu wędkę, nie rybę, to stanie na nogi. Chyba że w sprawę wmiesza się jakaś siła nieczysta. Wtedy to już kaplica. Nie, jeśli znajdzie się jakiś odważny egzorcysta. Taki, którego nie zniechęcają nienawistne spojrzenia światłych (tj. wąskich) umysłów. Spodziewaj się... spodziewanego. Mnie w każdym razie nic tu nie zaskoczyło. No, może poza cielskiem, które jakby przywędrowało z innej dzielnicy horroru. Powtórzę: nic specjalnego.

środa, 14 września 2022

Zakupy

 

Polowania ciąg dalszy. A wśród zdobyczy książka z dzieciństwa, której w swojej domowej biblioteczce niestety nie miałam, czyli „Wesołe miasteczko” Deana Koontza (w Polsce wydane też pod tytułem „Tunel strachu”), powieściowa adaptacja scenariusza Lawrence'a J. Blocka (też Larry Block) przełożonego na ekran przez Tobe'ego Hoopera: „The Funhouse” (pol. „Lunapark”) z 1981 roku. Jest i głośna pozycja true crime Trumana Capote'a „Z zimną krwią” i trochę mniej znana „Co się stało w Jonestown?” Jeffa Guinna. „Podziemny krąg” pewnie znacie w wersji w filmowej, ale może nie książkowej? Ja w każdym razie powieściowej podstawy kultowego widowiska wyreżyserowanego przez Davida Finchera pióra Chucka Palahniuka nie miałam jeszcze okazji przeczytać. Mało? Patrz w dół:)
 

Stephen King „Baśniowa opowieść”
Stephen King „Rok wilkołaka”
Chuck Palahniuk „Fight Club. Podziemny krąg”
Jeff Guinn „Co się stało w Jonestown? Sekta Jima Jonesa i największe zbiorowe samobójstwo”
Truman Capote „Z zimną krwią”
Nathaniel Hawthorne „Szkarłatna litera”
 

Dean Koontz „Wesołe miasteczko”
Jonathan Maberry „Wilkołak”
Martha Stout „Jak skutecznie bronić się przed socjopatami”
M.E. Thomas „Wyznania socjopatki. Życie w ukryciu”

wtorek, 13 września 2022

J.D. Barker „W jej sercu czai się mrok”

 

Lata 80. XX wieku. Kiedy John Edward 'Jack' Thatch miał cztery lata w wypadku samochodowym zginęli jego rodzice. Opiekę nad chłopcem objęła jego ciotka Josephine 'Jo' Gargery mieszkająca w Pittsburghu w stanie Pensylwania. Kiedy chłopiec miał osiem lat, w rocznicę śmierci rodziców, ósmego sierpnia, po raz pierwszy spotkał na cmentarzu swoją równolatkę, Stellę Nettleton. Ponownie zobaczył ją dokładnie dokładnie rok później w tym samym miejscu. Arogancką młodą damę, która zdominowała jego myśli. Tymczasem detektyw z wydziału zabójstw w Pittsburghu Faustino Brier każdą wolną chwilę poświęca swojej obsesji, w którą z czasem wciągnął zawodową partnerkę, detektyw Joy Fogel. W sprawę nader tajemniczych zgonów. Ciała wyglądają na spalone, ale przyczyna śmierci tych wszystkich ludzi pozostaje nieznana. Wszystko wskazuje jednak na zabójstwa, dokonywane każdego sierpnia. Tymczasem w placówce Charter dorasta Pacjent „D”, chłopiec dysponujący niezwykłą, groźną mocą. Odizolowany od społeczeństwa obiekt badawczy. Żyjący w zamknięciu, pod ścisłym nadzorem ludzi w bieli.

Stephen King ma „To”, Dan Simmons „Letnią noc”, Robert McCammon „Magiczne lata”, a J.D. Barker (właściwie Jonathan Dylan Barker) „W jej sercu czai się mrok” (oryg. „She Has a Broken Thing Where Her Heart Should Be”). Monumentalną powieść pierwotnie wydaną w 2020 roku i napisaną przede wszystkim z potrzeby „przeczyszczenia trudno dostępnych zakamarków mózgu” po powieściowej trylogii „4MK”, bezkompromisowych thrillerach „Czwarta małpa”, „Piąta ofiara” i „Szóste dziecko”. Barker nie ukrywa, że zdumiało go, żeby nie powiedzieć zaszokowało, to, że nosił w sobie taką historię. Mocną historię, po której ten amerykański pisarz raczej rzadko trzymający się twardych gatunkowych ram, musiał zaaplikować sobie swoistą odtrutkę. Coś lżejszego. W treści, bo faktyczna waga tej publikacji to już zupełnie inna sprawa. Osiemset pięćdziesiąt stron z kawałkiem w opakowaniu zaprojektowanym przez Dark Crayon i solidnym tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej, na polski rynek „przytaszczyła” Czarna Owca w roku 2022. Można powiedzieć polski opiekun twórczości J.D. Barkera – pierwsze i jak na razie jedyne wydania pełnego składu „4MK” oraz „Dracula”, prequela „Draculi” Brama Stokera napisanego wspólnie z przodkiem tego Wielkiego Pisarza, Dacrem Stokerem, to wszystko sprawka Czarnej Owcy. To wszystko w moim oczach blednie przy „W jej sercu czai się mrok”.

Człowiek, który niedawno zawiązał współpracę z Jamesem Pattersonem, poczytnym amerykańskim powieściopisarzem specjalizującym się w kryminałach/thrillerach – czasem popracuje w pojedynkę, czasem z bardziej doświadczonym kolegą po piórze – nie ukrywa, że jego głównymi źródłami inspiracji są literackie światy Stephena Kinga, Deana Koontza, Neila Gaimana i Johna Saula. Tym razem jego wzrok niewątpliwie zogniskował się na tym pierwszym, na jednej konkretnej powieści po raz pierwszy wydanej w XX wieku, której tytułu wolę nie ujawniać, ażeby przypadkiem nie zepsuć komuś niespodzianki. Ta „tajemnicza książka” doczekała się już dwóch filmowych braci i jednego kuzyna (sequel), a i J.D. Barker może już wkrótce obejrzy pierwszy pełnometrażowy film na podstawie swojego utworu. Jego i Dacre Stokera, firma Paramount Pictures kupiła bowiem prawa do ekranizacji/adaptacji ich „Dracula” i są widoki na reżyserię Andy'ego Muschiettiego, twórcy między innymi horrorów „Mama” (2013), „To” (2017) i „To: Rozdział 2” (2019). Tyle dygresji, wróćmy do głównego punktu „programu”. Dziewczyny, której serce spowija mrok. Historia po części spisana w pierwszej osobie, z perspektywy Johna Edwarda 'Jacka' Thatcha. W pozostałych przypadkach mamy narrację trzecioosobową - nierównomierna przeplatanka postaci w centralnym punkcie. I wyjątki z akt nie tak znowu tajemniczej firmy Charter - starannie dobrany druk, stylizacja, złudzenie obcowania z dość leciwym materiałem dowodowym - która spokojnie mogłaby dokonać fuzji z pewną działalnością niezupełnie gospodarczą „założoną przez” Stephena Kinga. W każdym razie autorowi „W jej sercu czai się mrok” wyraźnie zależało na tym, by odbiorca traktował ten przybytek jako jedną z największych zagadek przynajmniej pierwszych partii tej zjawiskowej bestyjki. Grubaśnej publikacji, w której J.D. Barker na widoku kłania się „Wielkim nadziejom” Charlesa Dickensa. Największy skarb Stelli Nettleton, najukochańsza opowieść dziewczynki, która poniekąd dorasta na naszych oczach. Poniekąd, bo wielka miłość Jacka Thatcha wyjątkowo rzadko wkracza w jego młodzieńcze życie. Rzadko ciałem, bo w głowie chłopca zajmie poczesne miejsce już po ich pierwszym spotkaniu. Miłość granicząca z obsesją, która mogła zostać zaszczepiona w Jacku przez osoby trzecie bądź samą Stellę, dziewczynkę z mroczną tajemnicą. Gdy oboje mieli zaledwie osiem lat. 8 sierpnia 1984 roku, w rocznicę śmierci rodziców, mały Jack, jak co roku, wybrał się ze swoją wyłączną opiekunką prawną, ciotką Josephine 'Jo' Gargery na cmentarza w Pittsburghu w Pensylwanii, by odwiedzić grób matki chłopca, a siostry Jo. Obok spoczywa ojciec Jacka, ale chłopiec wie, że w obecności cioci lepiej nawet o nim nie wspominać. A na pewno nie troszczyć się o miejsce jego pochówku. Jo nie szczędzi gorzkich słów pod adresem mężczyzny, który skradł serce jej siostry i wyraźnie nie życzy sobie, żeby Jack, przynajmniej na jej oczach, wykazywał jakiekolwiek zainteresowanie miejscem jego wiecznego spoczynku. Ale gdy nie patrzy? Co z oczu, to z serca. Jack sam więc robi porządki na grobie ojca. Jo najwyraźniej jest tego świadoma, ale nic nie wskazuje na to, by odkryła też jego drugi „cmentarny sekret”. Od 1984 roku Jack Thatch wypatruje w tej nekropolii swojej rówieśniczki, która zachowuje się jak szlachcianka wychowana wiek-dwa wcześniej. Tak czy inaczej, Stella nie przypomina nikogo, z kim Jack miał przyjemność i nieprzyjemność zetknąć się w swoim dotychczasowym, bądź co bądź, krótkim życiu. Elokwentna, dostojna mała dama. Stara maleńka. Zadzierająca nosa, przemądrzała, stale patrząca z góry na swojego nowego znajomego. To znaczy Stella ciągle daje Jackowi do zrozumienia, że uważa się za osobę w każdym calu lepszą od niego. To tyko poza czy naprawdę tak myśli? Jej opiekunka, Latrese Oliver, na pewno wolałaby, żeby Jack zostawił jej Stellę w spokoju i nie przepuści żadnej okazji, żeby rzucić mu to w twarz. Starsza kobieta w bieli i najprawdopodobniej z nieodłączną wielką spluwą zwykle chowaną pod ubraniem, aż emanuje pogardą do tego chłopaczyska. Gnieżdżącego się z palącą jak smok ciotką w ciasnym mieszkanku w starej kamienicy w Pittsburghu. Nieopodal miejsca pracy Jo Gargery, jadłodajni Eldena Krendala, „miękkiego jajka w szorstkiej skorupce”. Chłopaczyska, który zaczytuje się w komiksach – nie to, co Stella, gustująca w prawdziwych arcydziełach literatury, nie jakichś horrorach czy innych badziewiach dla prostackich, ciasnych umysłów;) - i właściwie nie ma przyjaciół. Nie, do czasu pojawiania się w bliskim sąsiedztwie Duncana Napoleona 'Dunka' Bellino.

Życie jest zbyt krótkie i zbyt kruche, żeby pielęgnować w sercu nienawiść. To uczucie wyżera duszę, pali, ale nie spala.”

Akcja „W jej sercu czai się mrok” J.D. Barkera toczy się głównie w latach 80. i 90. XX wieku (ostatnia partia wbiegnie w kolejny wiek, ale to już tak na szybko), a nasz przewodnik dokłada starań byśmy o tym nie zapominali. To znaczy przywołuje Barker ten magiczny klimat znany przynajmniej z filmów i innych książek. Sentymentalna, wręcz chwytająca za serce podróż przez życie Johna Edwarda 'Jacka' Thatcha, Pipa enigmatycznej Estelli, to znaczy Stelli. Dziewczynki z cmentarnej ławeczki. Żebym tak przeżywała historię miłosną? Nie, to mi się praktycznie nie zdarza. A przynajmniej nie przypominam sobie równie zajmującej, tak poruszającej opowieści romantycznej. Nie żebym miała duże doświadczenie na tym gatunkowym polu. Bo „W jej sercu czai się mrok” niewątpliwie jest opowieścią miłosną. O tak, to jest romans. I thriller kryminalny, i dark fantasy czy jak kto woli horror science fiction, w każdym razie fantastyka. Spisek, paranoja, obsesja. Ludzie w białych płaszczach i samochodach. Wielce zagadkowe morderstwa. Niebezpieczny obiekt badań i niewykluczone, że jeszcze bardziej niebezpieczny obiekt na wolności. Chociaż z tą wolnością to trochę przesadziłam, bo Stalla Nettleton nie ma takiej swobody, jak Jack i właściwie wszystkie znane mu dzieciaki. Nie może po prostu wyjść z domu, by spędzić czas z rówieśnikami. Nawet podczas corocznych spotkań z Jackiem na cmentarzu w pobliżu zawsze kręci się przynajmniej jedna dorosła osoba. Przynajmniej diaboliczna Latrese Oliver - awatar pani Danvers w grze o superbohaterach i super złoczyńcach:) - zaborcza opiekunka z piekła z rodem. Bardziej chroni czy więzi biedną Stellę? A może osobnicy w bieli chronią innych przed nią? Dorastająca femme fatale, istna modliszka, która z premedytacją omotała, rzuciła straszny urok na niczym nie wyróżniającego się, pierwszego napotkanego tego feralnego sierpniowego dnia 1984 roku, niewinnego równolatka? I jaką rolę w tej „tragicznej sztuce” odgrywają Pacjent „D” i niejaki Preacher, człowiek-duch, który każdego miesiąca zakrada się do pokoju Jacka Thatcha, żeby coś mu zostawić. Jeden dar w miesiącu od anonima. My co nieco się o nim dowiemy, ale nasz narrator będzie musiał uzbroić się w większą cierpliwość. W zasadzie Jack nie zaprząta sobie zbytnio głowy tożsamością tego dobrodzieja. Darowanemu koniowi lepiej nie zaglądać w zęby. Bierze, co dają, głowiąc się głównie nad tym, jak podzielić się tym dobrem z kochaną cioteczką. Ledwo wiążącą koniec z końcem, właściwie dwojącą się i trojącą, żeby wykarmić ich oboje. Zwłaszcza siostrzeńca – Jo nie jest osobą wylewaną, ale czuć, że naprawdę kocha tego małego urwisa. E tam, zaraz urwisa. Jack to spokojne, usłuchane dziecko. Nie przysparza jej najmniejszych problemów. Grzeczna, utalentowana plastycznie iskierka Josephine Gargery. Jack stracił swoich rodziców w wypadku samochodowym, kiedy miał zaledwie cztery latka. To łączy go ze Stellą. Tutaj zakradła się jednak drobna nieścisłość – nastoletnia Stella przedstawia Jackowi dość szczegółową relację ze śmierci swoich rodziców, a parę lat później zaskakuje ją to makabryczne wydarzenie. Wygląda to tak, jakby Barker zapomniał o rozmowie, która autentycznie wycisnęła mi łzy z oczy. Zresztą to nie był jedyny taki raz podczas tej teoretycznie długiej podróży, która chyba trochę za szybko mi zleciała. Trochę? Wiele bym oddała za więcej wieczorów z Jackiem Thatchem i spółką. Uwaga: oni żyją! J.D. Barker na kartach „W jej sercu czai się mrok” nie tyle wykreślił całą paletę barwnych postaci - sympatycznych, antypatycznych i takich, co do których można mieć mocno ambiwalentny, a przynajmniej nie tak jasno określony, niejednoznaczny stosunek – ile ożywił. Prawdę mówiąc, ta armia „cudaków” wydawała mi się bardziej autentyczna niż niejedna osoba z mojego trochę dalszego otoczenia. Po namyśle: bliższego też. W tym świecie przedstawionym czułam się bardziej „u siebie” niż w twardej rzeczywistości. Najchętniej w ogóle bym stamtąd nie wychodziła, choć gwoli uczciwości muszę dodać, że na ostatnich przeszło stu stronach, mój przewodnik zanadto zagęścił ruchy. To nie na moją kondycję. Wolałam spacerkiem. Powoli, z dłuższymi przystankami, by nacieszyć oczy oszałamiającymi widoczkami. Ależ plastyczne opisy: malownicze i „malowniczo obskurne” krajobrazy. O wewnętrznych krajobrazach już nie wspominając.

Przewidywalna opowieść, w której się zakochałam. Prawie jak Stella Nettleton w „Wielkich nadziejach” Charlesa Dickensa. Powieść „W jej sercu czai się mrok” J.D. Barkera do Polski weszła po cichu, jakby ukradkiem, tylnymi drzwiami. Zdecydowanie za skromnie. Żeby takie dzieło przy wejściu nie robiło ogłuszającego huku, toż to nie przystoi. Mało brakowało, a bym przegapiła... No dobrze, tutaj może trochę przesadziłam, ale pozostałe żale podtrzymuję. I błagam, sprawdźcie to dzieło. Nieważne czy gustujesz w thrillerach/kryminałach, romansach, powieściach sensacyjnych/szpiegowskich/spiskowych, czy fantastyce/fantastyce grozy (horror science fiction, dark fantasy: niepotrzebne skreślić). Lubisz to albo tamto, to leć do tej dziewczyny, której duszę kaleczy mrok i chłopaka, któremu celowo czy nie skradła serce. To jest dopiero historia miłosna, proszę ja Was. Mroczna, niestroniąca od krwawej makabry (nieprzesadnej, wyważonej), chwilami nawet upiorna, poruszająca, piorunująca opowieść o wielkiej miłości wymagającej wielkich, niecodziennych poświęceń. Miłość cierpliwa jest - o to, to - i niełaskawa. Diament!

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich