piątek, 27 maja 2022

Bartosz Szczygielski „Dolina Cieni”

 

Rok 1994, wieś Kozłów Biskupi. W wypadku ginie młody przedsiębiorca, Michał Wawrzyniec, pozostawiając zrozpaczoną żonę Agnieszkę i niespłacony dług u lokalnego lichwiarza znanego z okrutnego obchodzenia się z niewypłacalnymi klientami. 
Rok 2009, wieś Jaksmanice. Tomasz Rach od kilkunastu lat żyje w dolinie cieni. Umarł i narodził się ponownie jako inny człowiek. Wynajął pokój u kobiety w podeszłym wieku i zawiązał dochodową współpracę z Martą Klinowicz. Przewóz nielegalnych towarów. Najczęściej narkotyków, ale najnowsze zlecenie to zdecydowanie grubsza sprawa. I dużo więcej płatna. Tomasz, pomimo złych przeczuć, przyjmuje je. Czego szybko pożałuje. Wraz z nowo poznaną młodą kobietą, która przedstawia mu się jako Helena Kowalska, Tomasz udaje się do miejsca, w którym wszystko się zaczęło. W nadziei na odnalezienie kobiety, którą kiedyś z bólem serca porzucił.

Autor między innymi powieściowej trylogii kryminalnej z komisarzem Gabrielem Bysiem, w skład której wchodzą „Aorta” (2016), „Krew” (2017) i „Serce” (2019) oraz thrillerów „Nie chcesz wiedzieć” (2021) i historii, która zainteresowała filmowców (duże prawdopodobieństwo ekranizacji/adaptacji „Winni jesteśmy wszyscy” (2021), Bartosz Szczygielski, w swojej wydanej w 2022 roku przez ekipę Czwartej Strony (w klimatycznej okładce zaprojektowanej przez Mariusza Banachowicza) powieści pt. „Dolina Cieni”, przedstawia postać, która znalazła receptę na wszystkie problemy. A przynajmniej przez długie lata tak jej się wydawało. Thriller kryminalny o człowieku, który niczym mityczny feniks odrodził się z popiołów. Twórca zabawnego nietelewizyjnego serialu o Biedronce, opowieści publikowanych na swoim facebookowym profilu, miłośnik tatuaży i pączków (nie widać), tym razem zabiera czytelników w podróż po dolinie... kłamstw. Wybitnie poplątanym życiu mężczyzny, którego przeszłość wzięła z zaskoczenia.

Dolinę Cieni” Bartosza Szczygielskiego otwiera nietradycyjna kompozycja z 1994 roku. Do Kozłowa Biskupiego przybywa dziennikarski duet (właściwie dziennikarka i operator kamery) z miasta. Zwabił ich wypadek – nie liczą jednak na sensacyjną historię, co najwyżej średnio zajmujący wypełniacz czasu antenowego - który pociągnął za sobą jedną ofiarę śmiertelną, młodego właściciela firmy transportowej, Michała Wawrzyńca. Rzeczony tandem uzbrojony w mikrofon i kamerę to coś w rodzaju pnia, z którego autor wypuszcza kilka niezbyt starych gałęzi. Inaczej mówiąc, ta dwójka nieświadomie prowadzi nas w nieodległą przeszłość. Większość osób, z którymi rozmawiają, pokaże nam się też przed wypadkiem. A głównym tematem będzie osiadłe we wsi Kozłów Biskupi małżeństwo Wawrzyńców. Ich życie niewątpliwie nie było usłane różami. Michał czuł, że został postawiony pod ścianą. Znalazł się w sytuacji bez wyjścia... A potem umarł. I wszystkie problemy zniknęły. W umownej teraźniejszości, czyli pod koniec 2009 roku, poznajemy Tomasza Racha. Człowieka „bez przeszłości”, żyjącego z dnia na dzień we wsi Jaksmanice w gminie Medyka graniczącej z Ukrainą, którego jedynym celem jest urządzenie się w jakimś cieplejszym regionie świata. Najchętniej na Maderze. Od jakiegoś czasu odkłada więc pieniądze, w zdecydowanej większości pozyskiwane z wielce ryzykownych źródeł. I tutaj pojawia się Marta Klinowicz, jego wspólniczka i kochanka, która, jak się wydaje, niczego nie pozostawia przypadkowi. Wszystko zawsze ma starannie rozplanowane. W najgorszym razie, w razie wpadki, Marta jest przygotowana na natychmiastową ucieczkę. To samo zresztą można powiedzieć o Tomaszu. Główny bohater „Doliny Cieni” wynajmuje pokój u starszej pani, pani Basi, z którą ma dość zażyłą relację. W każdym razie Rach ma świadomość, że jego obecność poprawia jej samopoczucie. Dzięki niemu ta samotna kobieta czuje się potrzebna. Ona przygotowuje mu posiłki, a on wyręcza ja w różnych, dla niego drobnych, nieczasochłonnych, dla niej niekoniecznie, codziennych obowiązkach. Szczygielski nie każe nam długo czekać na zakończenie tego etapu życia czołowej postaci „Doliny Cieni”. I nie mogę powiedzieć, że tragiczny obrót spraw, nastroił mnie pozytywnie do „wielkiej podróży” Tomasza Racha. Obawiałam się kolejnej opowieści o przestępczości zorganizowanej. Obawiałam, bo moje dotychczasowe spotkania z tego typu utworami (i literackimi, i filmowymi) w zdecydowanej większości udane nie były. Mówiąc wprost: opowieści o grupach przestępczych, zbijających kokosy na takiej czy innej ustawowo zakazanej działalności, nie należą do moich ulubionych. Co innego nader bolesne zderzenia z przeszłością, stopniowe odsłanianie nieznanych i niewygodnych faktów, odgrzebywanie brudnych sekretów, które miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Na szczęście dla mnie pan Bartosz obrał ten drugi kierunek. Choć w Kozłowie Biskupim, miejscu, w którym wszystko się zaczęło i najprawdopodobniej się zakończy, mieszka człowiek, od wielu lat robiący szemrane interesy. Grzegorz Marczyński, największa zmora Michała Wawrzyńca, najbardziej znienawidzony człowiek przez Tomasza Racha, feniksa, który wrócił na stare popioły. A wszystko przez nowo poznaną dziewczynę, która przedstawiła mu się jako Helena Kowalska. Femme fatale? Tomasz co prawda ma do niej ograniczone zaufanie, ale też nie ma powodów sądzić, że Hela ma wobec niego złe zamiary. Nie, to najpewniej jednostka z przeogromnym bagażem koszmarnych doświadczeń, która podstępem skłania Tomasza do zaangażowania się w jej (nie)mały projekt. Poszukiwania Agnieszki Wawrzyniec. Wdowy, która jakby rozpłynęła się w powietrzu. Niedługo po śmierci Michała, wyjechała z Kozłowa Biskupiego i wszelki słuch o niej zaginął. Tomasz nie dopuszcza Heleny do swojej największej tajemnicy. Nie mówi jej całej prawdy o sobie, a ona najwyraźniej odwdzięcza mu się tym samym. Tomasz podejrzewa, że była w piekle, w piekle na ziemi, ale nie zna szczegółów. Nie wie, nie wnika, to nie jego sprawa. Nie szuka przyjaciół, ani innych bliższych związków z ludźmi. Chce tylko odzyskać swoją własność, podziękować Helenie za współpracę i znowu, tym razem już na zawsze, zostawić Kozłów Biskupi daleko za sobą. Najlepiej zanim zostanie rozpoznany. Nie licząc tutejszego proboszcza, księdza Jana Ambroziaka, któremu wiele zawdzięcza. Przyjaciel i „wspólnik w zbrodni”, który ugości strudzonych wędrowców w swoich skromnych, a na pewno mocno zakurzonych, progach.

(źródło: https://pl-pl.facebook.com/bartoszszczygielski.autor)

Jeżeli istniała jakaś siła wyższa, to była niczym więcej jak seryjnym mordercą, a wszyscy na ziemi byli potępieni.”

Dostać drugie życie. Przekreślić stare, zacząć od zera. Uciec i nigdy nie wracać. Stać się kimś innym. Urządzić gdzie indziej, zająć czymś innym pod innym nazwiskiem. Niezawodny sposób na wszystkie problemy? Sfingowanie swojej śmierci. Tak przynajmniej wydawało się głównemu bohaterowi „Doliny Cieni” Bartosza Szczygielskiego. Piętnaście lat to dość czasu, by nabrać przekonania, że przeszłość już cię nie dogoni. Złudne poczucie bezpieczeństwa. Komfort (nie)istnienia zachwiany przez upartą dziewuchę, która ze wszystkich ludzi na świecie musiała wybrać akurat ciebie. Człowieka, tak się złożyło, dobrze znającego poszukiwaną przez nią kobietę. Helena Kowalska najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy z powiązań Tomasza Racha z osobą, którą pragnie odnaleźć. Zresztą nie tylko ona. Bo jej mimowolny wspólnik niedługo będzie sobie wmawiał, że przede wszystkim kieruje nim chęć odzyskania swojej własności. Z czasem sam przed sobą przyzna, że jego usilne starania, żeby definitywnie odciąć się od przeszłości, nie przyniosły efektu. Nie zapomniał, nie uciszył głosu serca. Nie zabił w sobie ciekawości, która w jego przypadku niewątpliwie jest pierwszym stopniem do piekła. Tomasz podejmuje ogromne ryzyko, wracając do Kozłowa Biskupiego. To może skończyć się „wakacjami” na koszt państwa. Żeby tylko. We wsi, którą Tomasz przez ostanie piętnaście lat usiłował wrzucić w bezdenną otchłań niepamięci, mieszka jego stary wróg. Mężczyzna, który bynajmniej nie jest znany z odpuszczania grzechów swoim owieczkom. To jest okazywania litości dłużnikom, którzy uchylają się od zobowiązań. Nie przestrzegają warunków umowy, którą zawarli dobrowolnie. W nadziei, że wysoko oprocentowana pożyczka (czysta lichwa, która w Polsce ma się nadzwyczaj dobrze) pomoże im wyjść na prostą. Czy to spłacić innych (spirala kredytowa), czy rozkręcić własny biznes. Legalną firmę, na przykład transportową. Skrajnie niespełniony przedsiębiorca po kilkunastu latach błogiej rozłąki, znowu wejdzie „na terytorium tego drapieżnika”. Tam gdzie mieszka Grzegorz Marczyński, który od śmierci żony w pojedynkę wychowuje obecnie (tj. w roku 2009) nastoletnią córkę Jagodę. Bogaty człowiek z koneksjami i ambicjami politycznymi (czy istnieje bardziej naturalne środowisko dla takiego typa?), który jak niebawem odkryje nasz niewykwalifikowany przewodnik po tytułowej dolinie, z czasem rozwinął swoją cwaniacką działalność. Przekręty... Dzwoniło i nawet wiem, w którym kościele:) Dodatkowe informacje nie tylko na temat tego śliskiego człowieka, ale też, a nawet przede wszystkim na temat samego Tomasza Racha, wypływają w toku amatorskiego śledztwa, w które w pewnym stopniu angażuje się bodaj najlepszy przyjaciel głównego bohatera, katolicki ksiądz Jan Ambroziak. Przyjaciel, o którym Tomasz też starał się zapomnieć. W każdym razie zerwał wszelki kontakt także z tym, jak wiedział, największym sojusznikiem, jakiego miał w swoim dorosłym życiu. A Agnieszka? Jak układały się sprawy z Agnieszką i co łączy tę kobietę z Grzegorzem Marczyńskim? Jest jeszcze wypadek sprzed lat i nie mam tutaj na myśli rzekomej śmierci straszliwie zadłużonego właściciela niewielkiej firmy transportowej z siedzibą w przyjemnie cichym, malowniczym (przynajmniej tak przedstawionym przez Bartosza Szczygielskiego na kartach „Doliny Cieni”) Kozłowie Biskupim. No dobrze, nie do końca przyjemnie, bo trudno oprzeć się wrażeniu, że to cisza przed potężną burzą. Mniej i bardziej zaskakujące rewelacje odkrywane w pogoni za Agnieszką Wawrzyniec, tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Sprawa okazała się dużo bardziej złożona, niż wydawało się na początku. Również jednemu z największych zainteresowanych. Głównych uczestników tego tragicznego „spektaklu”, nienaznaczonego tym, co zwykło się nazywać dłużyznami. Akcja toczy się wartko i co akurat dla mnie istotne, autor nie zapomina o postaciach. Nie pozwala, by w natłoku tych wszystkich informacji odkrywanych przez istotę z dwoma życiami, zatarło się to mocno poturbowane stworzenie. I nie tylko to. Można było wejść głębiej (swoją drogą niezły pomysł z późniejszymi ucieczkami w przeszłość jakiejś dziewczyny – właściwie łatwo zgadnąć kto zacz; nie ukrywam, że mocno zaintrygowała mnie ta słodko-gorzka, z przewagą tego drugiego, „opowieść o ludziach z lasu”), można było wycisnąć z tych zagubionych, skrzywdzonych i/lub skrzywionych umysłów więcej, ale los paru mieszkańców „Doliny Cieni” na pewno nie był mi obojętny. Nie najsilniej, ale jednak przeżywałam ich smutne dzieje w bezdusznym świecie.

O egoizmie i materializmie ekonomicznym, w moim przekonaniu dwóch największych bogach tego świata. O odrzuconym życiu, którego być może i tak nie dałoby się już uratować. Nowym starcie i powrocie do punktu wyjścia. Koniec końców wrócisz do domu. Czy tego chcesz, czy nie. Przeszłość cierpliwa jest i nieustępliwa. Dopadnie cię w najmniej spodziewanym momencie, nieszczęśliwy człeku żyjący w „Dolinie Cieni”. Nieszczęsny bohaterze powieści pana Bartosza Szczygielskiego. Całkiem zajmującego, pełnego niespodzianek, umiarkowanie emocjonującego i dość pomysłowego thrillera kryminalnego o dawnych grzechach, które nie zostały odpuszczone. O wybijającym szambie. Wprost w szkarłatną kałużę.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 25 maja 2022

„The Grandmother” (2021)

 

Od paru lat mieszkająca w Paryżu modelka Susana jest zmuszona wrócić do Madrytu, żeby zająć się swoją babcią Pilar, która doznała wylewu. Starsza kobieta wymaga całodobowej opieki, a jej jedyna krewna nie chce umieszczać jej w ośrodku. Woli poszukać indywidualnej opieki, a tymczasem zatrzymuje się w dużym mieszkaniu babci, w którym dorastała. Pilar nie ma kontaktu z rzeczywistością i nie jest w stanie wykonywać nawet najprostszych czynności samoobsługowych. Susana robi wszystko, co w jej mocy, by zapewnić maksymalny komfort swojej ukochanej babci, ale czuje, że to zadanie ją przerasta. Poza tym boi się o swoją karierę. Z czasem zaczyna też bać się swojej podopiecznej. Zniedołężniałej kobiety z pustym spojrzeniem, która, jak zaczyna podejrzewać Susana, stanowi zagrożenie dla innych.

Twórca między innymi „Romasanty” (2004), „Świątecznej opowieści” (2005) z cyklu Filmy, które nie dadzą ci zasnąć i „Veróniki” (2017) oraz współtwórca trzech odsłon „[Rec]” (2007, 2009, 2012), Paco Plaza, w ramach przygotowań do filmu „Kto mieczem wojuje” (2019), spędził mnóstwo czasu w domach opieki, co uświadomiło mu, że ludzie w podeszłym wieku w tak zwanych cywilizowanych społeczeństwach często są traktowani jak zbędny balast. Nawet najokazalsze rezydencje, gdzie niektórzy spędzają jesień swojego życia, zdały mu się czymś w rodzaju złomowiska, w którym zostawiamy naszych krewnych, kiedy zaczynają być dla nas obciążaniem. Z tych nieprzyjemnych rozważań wykluł się pomysł na „The Grandmother” (oryg. „La abuela”), hiszpańsko-francusko-belgijski horror nastrojowy o strachu przed starością, swoją i swoich bliskich. Scenariusz „The Grandmother” napisał Carlos Vermut, twórca między innymi „Magical Girl” (2014) i „Kto ci zaśpiewa” (2018), a premierowy pokaz odbył się we wrześniu 2021 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w San Sebastián. Wejście niniejszej produkcji do hiszpańskich kin opóźniła pandemia COVID-19 – termin dwukrotnie przekładano, koniec końców uwalniając ją pod koniec stycznia 2022 roku.

Wizyta” M. Nighta Shyamalana, „Śmierć w ogniu” Richarda Batesa Jr. i wreszcie „Relikt” Natalie Eriki James, żeby wymienić tylko kilka filmów grozy żerujących na jednym z najpowszechniejszych lęków współczesnego społeczeństwa. Lęku przed starością, którą, jak słusznie zauważył Paco Plaza w swoich wypowiedziach medialnych na temat „The Grandmother” (mniej więcej rok po premierze tej pozycji, Ti West pokaże, że slashery z groźnymi osobnikami w podeszłym wieku nadal mają rację bytu, nie ma potrzeby, nie wypada, odkładać ich do lamusa – mowa oczywiście o „X”), traktujemy jak swego rodzaju demona. W erze Instagrama potężniejszego niż kiedykolwiek. Młodzi, piękni, błyszczący... przepuszczeni przez filtr. „Jeśli wierzymy, że to jest rzeczywistość, to bardzo rozczarowuje. Życie takie nie jest”, stwierdził Paco Plaza w jednym z wywiadów. Wirtualna różowa, skąpana w brokacie scena kontra twarda, niepiękna rzeczywistość, persona non grata w królestwie filtrów. Główna bohaterka „The Grandmother”, zdaniem Plazy, wywodzi się ze środowiska, które jest symbolem naszych czasów. Młoda, zgrabna modelka, obecna twarz markowych perfum. Z rozwianym włosem, zalotnym spojrzeniem, w zmysłowych pozach na bilbordach, których przecież nie może zabraknąć w żadnym większym, szanującym się mieście. Reklama dźwignią handlu, a nie ma rzeczy ważniejszej od biznesu. No chyba że wygląd zewnętrzny. Susana (przekonująca kreacja Almudeny Amor) parę lat temu przeniosła się z Madrytu, gdzie dorastała pod okiem babci o imieniu Pilar (wspaniała Vera Valdez), do Paryża, w domyśle, żeby spełnić swoje największe marzenie. Zrobić oszałamiającą karierę w modelingu. Gdy ją poznajemy, ma już jakieś doświadczenie w tej branży i widoki na coś większego. Okazja nie do odrzucenia. Chyba że twoja jedyna krewna pilnie potrzebuje wsparcia. Susana, trzeba jej to oddać, nie stawia samorealizacji na pierwszym miejscu. Najważniejsza jest dla niej babcia, co udowadnia rezygnując ze spotkania z fotografem, który mógł zrobić z niej wielką gwiazdę modelingu. Jeszcze tydzień temu osiemdziesięcioparoletnia Pilar, jak na swój wiek, wręcz tryskała zdrowiem. Energiczna, elegancka starsza pani, która po raz pierwszy pokazuje się nam w niedwuznacznej, „tylko dla widzów dorosłych”, sytuacji. Podejrzewam, że znajdą się osoby, które zrobią wielkie oczy na ten raczej niecodzienny widok. Smaczny czy nie, to już zależy od widza. Tak czy inaczej, już ta wstępna scenka mówi nam, że Pilar nie jest taka jak inne babcie. Powiedziałabym, że twórcy już tutaj biją na alarm i może faktycznie taki był ich cel, ale różnie to małe tête-à-tête można odbierać. To jeszcze o niczym nie świadczy. W każdym razie nie o tym, że Pilar stanowi jakieś zagrożenie dla otoczenia. W tym dla swojej jedynej krewnej, która rzuca wszystko, by jej pomóc. Pilar przygarnęła Susanę, po śmierci jej rodziców. Główna bohaterka „The Grandmother” zachowała jedynie przyjemne wspomnienia z dzieciństwa i okresu młodzieńczego, które spędziła pod dachem babci. W przestronnym mieszkaniu w Madrycie. Gdy Susan dorosła przeprowadziła się do Paryża, ale nie można powiedzieć, że zapomniała o Pilar. Częste rozmowy telefoniczne, a od czasu do czasu odwiedziny. Zwłaszcza w ich urodziny (obchodzone w tym samym dniu) Susana starała się gościć u babci. Taka ich mała tradycja. Parę dni przed tym wydarzeniem, które protagonistka „The Grandmother” też zamierzała obchodzić wspólnie ze swoją ukochaną babcią, kobieta dowiaduje się, że Pilar miała wylew i wymaga całodobowej opieki. I tak zaledwie dwudziestopięcioletnia kobieta z modelki musi się przekwalifikować na domową pielęgniarkę. Opiekunkę osoby starszej i niepełnosprawnej. Niezdolnej do samodzielnej egzystencji. A przynajmniej z takim przekonaniem rozpoczyna swój przymusowy pobyt w domu babci. Bo Susana wyraźnie chciałaby być gdzie indziej. Ponad wszelką wątpliwość nie zamierza zostać z babcią. Ale też nie chce korzystać z najprostszego, najszybszego wyjścia z tej sytuacji. Wolałaby, żeby jej babcia dożyła swoich dni we własnym mieszkaniu, miast „usychać” w jakimś domu opieki. Uważa, ze chociaż tyle może dla niej zrobić. W ten sposób upiekłaby dwie pieczenie na jednym ogniu. Obie skorzystałyby na takim rozwiązaniu, a w każdym razie tak, zdaje się, patrzy na to Susana. Rozwój wydarzeń w smutnym mieszkaniu Pilar, sugeruje jednak, że jej tymczasowa podopieczna inaczej zapatruje się na tę kwestię. Sprawa nie jest przesądzona. Bynajmniej. Paco Plaza i jego ekipa od „The Grandmother” mówią zagadkami. Nie dają jasnych odpowiedzi, a przynajmniej próbują trzymać widza w niepewności, co do charakteru zagrożenia, ale i zapomnianych przez Susanę kart z przeszłości właściwie obu pań (jest jeszcze Eva), aż do ostatnich „rozdziałów” tej dosyć mrocznej opowieści o brzydkiej starości i ładnej młodości. Albo na odwrót...

Kto tutaj jest zły? Młoda kobieta, która nie chce rezygnować ze swojego życia dla osoby, która ją wychowała? Jej krewna, którą dopadły pospolite demony tego świata (starość i nieuleczalna choroba, tutaj trwałe uszkodzenia mózgu) i być może jeszcze jakaś inna wredna bestia? A może żadna z nich? Może młoda przyjaciółka Pilar o imieniu Eva? Ta przyzwoicie wykreowana przez Karinę Kolokolchykovę, blondynka, którą widzowie poznają, powiedzmy, w niezręcznych okolicznościach, w pewnym momencie zaskoczy Susanę swoją wizytą w domu Pilar. Susana mogłaby przysiąc, że nigdy wcześniej jej nie widziała, ale Eva ją pamięta. Jeśli wierzyć jej słowom ich babcie były najlepszymi przyjaciółkami, a one bawiły się razem w dzieciństwie. Na pierwszy rzut oka, sympatyczna, pomocna, towarzyska dziewczyna, ale z jakiegoś powodu – może właśnie dlatego, że taka miła, taka „do rany przyłóż”: w horrorze taka powierzchowność często zwiastuje kłopoty; pozory, fałsz, zasłona dla jakichś niecnych zamiarów – nie miałam do niej ani odrobiny zaufania. Gorzej, że nie byłam też pewna głównej bohaterki. Gorzej, znaczy lepiej:) Typowy zabieg w światku horroru. Standardowa forma zamieszania w głowie odbiorcy. Nadprzyrodzone albo jakaś choroba psychiczna. Czy po prostu mały, przejściowy kryzys osoby kompletnie nieprzygotowanej na to, co nagle na nią spadło. Przygniecionej nowymi obowiązkami. Ogromną odpowiedzialnością – w jej rękach na dobrą sprawą spoczywa życie najważniejszej osoby w jej niedługim życiu. Zdruzgotanej widokiem wydrążonej skorupy, która jeszcze przed paroma dniami była jej kochaną babcią. Tak z czasem Susana zaczyna patrzeć na Pilar. Nadzieja, że w tym wątłym ciele kryje się jakiś, choćby maleńki fragment, duszy, którą zapamiętała w samych superlatywach, powoli ją opuszcza. Co gorsza Susana ma powody przypuszczać, że ta, muszę przyznać, dość niepokojąca postać (taka kreacja: bez wymyślnej charakteryzacji, ot, zwyczajna starsza pani, w oczach której jest przeraźliwa pustka, choć od czas do czasu da się też dojrzeć jakiś diabelski ognik, przebłysk prymitywnej złośliwości lub wyrachowania) posiada niezwyczajną moc. Opętana przez jakąś istotę nie z tego świata? Trudno powiedzieć, czy Susana bierze pod uwagę tę możliwość, ale z całą pewnością dopuszcza do siebie myśl, że to z nią dzieje się coś bardzo niedobrego. Boi się, że traci zmysły. Koszmarne sny (moją uwagę szczególnie przykuł ten z Evą stojącą za drzwiami – migające światło, upiorne, a przynajmniej mocno złowieszcze obrazki i stosownie nieprzyjemne dźwięki), które najwyraźniej mają związek z jej zapewne traumatyczną, zapomnianą (syndrom wyparcia?) przeszłością (żeby tylko), nawiedzały ją już wcześniej. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że teraz zyskały na intensywności. Jakby to, co zostało zapomniane, zamknięte w najbardziej zakurzonej szufladce wielkiego skarbca pamięci, głośniej niż dotychczas dopraszało się o uwagę. Jakby wyłaziły trupy pochowane w antycznych meblach porozstawianych w ponurym, dusznym, klaustrofobicznym mieszkaniu. Choć przecież doskonale widać, że metraż do małych nie należy. Tak dużo przestrzeni, a mnie praktycznie nie odstępowało to jakże pożądane poczucie ciasnoty (tak, tak, można było przydusić mocniej). Brudne sekrety gospodyni tego niegościnnego mieszkania gdzieś w Madrycie, odrażające praktyki nietroskliwej babci? Albo wręcz przeciwnie. Rzeczy ukryte po to, by chronić ukochaną wnuczkę? Dla jej dobra, z myślą o jej komforcie psychicznym. Właściwie tylko co do jednego miałam absolutną pewność – że Pilar, wbrew przewidywaniom lekarki, która przekazała złe wieści Susanie, rozpoznaje swoją wnuczkę. A stąd już prosta droga do wniosku, że cała ta złowieszcza toczka, ten paranoidalno-paranormalny płaszczyk przykrywa zwyczajną opowieść o człowieku, który robi wszystko, co w jego mocy, by ostatni okres swojego życia spędzić u boku najdroższej osoby. „The Grandmother” Paco Plazy osobiście posadziłbym na „ziemi niczyjej” pomiędzy mainstreamowymi straszakami (dużo „buu!”, sporo efektów specjalnych), a tak zwaną nową falą kina grozy. Niepowolny i nieszybki. Skoncentrowany na klimacie, ale nie za mocno. Niezbyt efekciarski, ale od czasu do czasu „doleje benzyny” do tego, bądź co bądź, skromnego pieca. Kameralnego, ale bez przesady. Minimalistycznego, ale nie za bardzo.

Horror „The Grandmother” Paco Plazy wprawdzie nie dostarczył mi jakichś szczególnie silnych emocji, ale i tak pozytywnie mnie zaskoczył. Przygotowałam się na coś bardziej w stylu „Ummy” Iris K. Shim niż „Reliktu” Natalie Eriki James. Nie zrozumcie mnie źle, nie stawiam „The Grandmother” w tym samym rzędzie, co tamtą, uważam, dużo bardziej klimatyczną i lepiej pomyślaną opowieść o strasznej starości (tak, tak, dla kogo strasznej, dla tego strasznej). Aż tak (nie)miło to nie było. Ale jednak. Jednak udało się wgryźć w tę, jak dla mnie, nieprzewidywalną (tj. w większym stopniu), dostatecznie ponurą opowieść o wyjątkowo wymagającej opiece nad osobą starszą i schorowaną. Niepłaski, nieplastikowy horror o być może najpotężniejszym demonie XXI wieku. O młodym, którym brakuje czasu i seniorach, którzy mają go aż nadto. O próżności i poświęceniu. O strachu i miłości. Strachu przed starością i być może źle ukierunkowanej, zgubnej miłości. Nie odradzam tego małego spotkanka z tajemniczą staruszką z niesłonecznego Madrytu.

poniedziałek, 23 maja 2022

John Langan „Poławiacz”

 

Po śmierci żony, Abraham Samuelson, zaczyna zajmować się wędkarstwem. Kiedy wreszcie udaje mu się przepracować stratę, znajduje towarzysza weekendowych wypraw, znajomego z pracy Daniela Dreschera, którego najbliżsi niedawno zginęli w wypadku samochodowym. Mężczyźni przez jakiś czas łowią wspólnie w różnych sprawdzonych przez innych wędkarzy miejscach, aż w końcu Dan proponuje sprawdzenie tak zwanego Potoku Holendra. Mało znanego miejsca, przed którym nieoczekiwanie przestrzega ich kucharz Howard z knajpy „U Hermana”. Mężczyzna opowiada niewiarygodną historię o tym jakoby przeklętym zakątku stanu Nowy Jork. Na swoje nieszczęście Abe i Dan po wysłuchaniu tej działającej na wyobraźnię, mrożącej krew w żyłach opowieści, nie decydują się zawrócić z obranej drogi.

Poławiacz” (oryg. „The Fisherman”): pierwotnie wydana w 2016 roku, uhonorowana Bram Stoker Award powieść szkatułkowa z nurtu weird fiction autorstwa amerykańskiego pisarza - obecnie mieszkającego w północnej części stanu Nowy Jork - specjalizującego się w horrorze, Johna Langana. Absolwenta State University of New York at New Paltz, gdzie uzyskał tytuł magistra sztuki oraz CUNY Graduate Center, gdzie uzyskał tytuł magistra filozofii. Uczy kreatywnego pisania i wykłada literaturę gotycką na SUNY New Paltz oraz zasiada w zarządzie Shirley Jackson Awards. Pierwsza powieść Langana, „House of Windows”, ukazała się w roku 2009. W swojej bibliografii ma też parę docenionych przez krytyków zbiorów opowiadań. Wraz ze swoim przyjacielem, Paulem Tremblayem, autorem między innymi „Głowy pełnej duchów” i „Chaty na krańcu świata”, zredagował opublikowany w 2011 roku zbiór krótszych opowieści o potworach pt. „Creatures: Thirty Years of Monsters”. „Poławiacza”, który do Polski przybył w roku 2022 na pokładzie statku Vesper, John Langan nazywa swoją odpowiedzią na „Moby Dicka” Hermana Melville'a, w którym odzywają się też echa między innymi niektórych utworów Nathaniela Hawthorne'a, Washingtona Irvinga, Roberta E. Howarda i oczywiście „Cmętarza zwieżąt” aka „Smętarza dla zwierzaków” Stephena Kinga.

John Langan na pisarską ścieżkę wszedł niejako pod wpływem „Christine” Stephena Kinga, „Upiornej opowieści” i „Krainy cieni” Petera Strauba oraz zbiorku nowel pt. „Dark Gods” pióra Theodore'a 'Eibona' Donalda Kleina, szerzej znanego jako T.E.D. Klein. „Poławiacza” Langan „pisał na raty” - w międzyczasie zajmował się innymi projektami, w efekcie czego, że tak to ujmę, „poród” niniejszego „dziecka” niesamowitego trwał aż kilkanaście lat. Langan wychował się nieco na południe od gór Catskill, w hrabstwie Dutchess. Z jednej strony miał krajobraz miejski, a z drugiej dzikie tereny, które smacznie korespondowały z twórczością Stephena Kinga i Williama Faulknera, w których wówczas się zaczytywał. Atmosfera tego miejsca nie tylko zachowała się w jego wspomnieniach, ale wręcz przeniknęła do jego twórczości. Nie wyłączając, a może nawet wyszczególniając „Poławiacza”. Pierwszą powieść Johna Langana wydaną w Polsce (druga w ogóle), w niesamowicie klimatycznej, twardej okładce, zaprojektowanej przez Macieja Kamudę, który również zilustrował to godne, uważam, jak najbardziej zasłużonego zdobywcy prestiżowej Bram Stoker Award, wydanie, w przepięknym tłumaczeniu Tomasza Chyrzyńskiego i z posłowiem Rafała Nawrockiego. Nie wiem, czy coś poszło nie tak w drukarni, czy pan Kamuda może nie tyle miał spadek formy, ile najzwyczajniej, nie trafił w mój gust, ale tak czy inaczej, ekstra nadzienie przedmiotowego „literackiego ciasteczka”, czyli czarno-białe grafiki od tego bezsprzecznie utalentowanego pana, nie zachwyciły jak zwykle. Za ciemne. Czarne plamy tam, gdzie spodziewałam się (na pewno po tym artyście) mnóstwa detali. Jak zawsze imponującego skupienia na najdrobniejszych szczegółach. John Langan praktycznie od maleńkości nasiąkał tajemną mocą opowieści. Jego rodzice byli prawdziwymi gawędziarzami, a on wiernym słuchaczem ich fascynujących historii - mały John przeważnie z wypiekami na twarzy wsłuchiwał się w te prześwietnie snute opowieści różnej treści. To w połączeniu z literaturą ukształtowało artystyczną duszę, która spłodziła chwytającą za serce, upiornie poruszającą, „rozprawkę” o śmierci. Lovecraftian horror rozprawiający z „Moby Dickiem” Hermana Melville'a (ale nie o wielorybnictwie, które to budzi odrazę w autorze „Poławiacza”), nawiązując przy tym między innymi do utworów Wielkich Literatów. Dla niektórych nieco problematyczna może się okazać forma – zasłyszana opowieść na poły z drugiej ręki w innej opowieści. Aż przypomina się „W kleszczach lęku” Henry'ego Jamesa... Nie, bardziej „Upiorna opowieść” Petera Strauba, bo John Langan uprzedzał, że ta ponadczasowa, wprost genialna powieść grozy, z pomocą innych, pchnęła go na pisarską scenę. Naturalnie, na jej mroczną stronę. Tam, gdzie zaległy cienie. Gdzie żyją gargantuiczne stworzenia, czarnoksiężnicy, gdzie śmierć wcale nie jest końcem, ryba nie jest rybą, a zasłona pomiędzy światami jest wyjątkowo cienka. Przepuszczalna. Właściwie to materiał już dawno temu zaczął pękać. Zaczęło się od tajemniczego gościa, mrocznego mężczyzny, który jakimś sposobem wkupił się w łaski najbogatszego obywatela obozu utworzonego na czas budowy rezerwuaru w stanie Nowy Jork. Myśl o Randallu Flaggu Stephena Kinga wprawdzie przeszła mi przez myśl, ale ta znajomość zdecydowanie mocniej pachniała niesamowitym światem Howarda Phillipsa Lovecrafta. Ta charakterystyczna złowieszczość, wrogość przesycona jakąś niewidzialną, ale wyczuwalną (i to jak!) nadnaturalnością. Opowieść Howarda(!), czyli środkowy odcinek „Poławiacza” (dość długa przerwa w opowieści Abrahama Samuelsona) nabiera tempa w okolicznościach niby żywcem wydartych z powieści Stephena Kinga o cmentarzysku Micmaców, nieopodal którego leży mniej groźna, skromna nekropolia stworzona przez dzieci dla ich ukochanych zwierzątek, które poszły do aniołków. To zamierzony ukłon, może nawet coś w rodzaju pomnika dla bodaj najbardziej znanego cmentarza dla zwierząt na świecie. I pisarza, który pośrednio – poprzez inną swoją powieść – skłonił Johna Langana (znowu: z pomocą innych) do „zakupu magicznego pióra”.

Pięć lat po światowej premierze „Poławiacza” Johna Langana ukazała się debiutancka powieść pochodzącej w Wielkiej Brytanii Emmy Stonex, zatytułowana „The Lamplighters” (pol. „Latarnicy”, Echa 2021). Dlaczego o tym wspominam? A bo historia Abrahama Samuelsona – narracja pierwszoosobowa – przypomniała mi tamten, co prawda później wydany, ale wcześniej przeze mnie czytany, utwór o wodzie, stracie i sposobach radzenia lub nieradzenia sobie z nią. Inne gatunki, ale zbliżona wrażliwość piszących te i tamte słowa. Tak, „Poławiacz” wprawił mnie w podobny nastrój. Gorzki traktat o śmierci, u Langana w niewątpliwie mniej prozaicznej oprawie. „Poławiacz” to (nie)czysty horror. Przemawiający do czytelnika zarówno wprost, jak i bardziej naokoło. Pożywka dla świadomości i podświadomości. Moja wyobraźnia pracowała i to pełną parą, nawet wtedy – zwłaszcza wtedy! - gdy na pozór nie działo się nic niezwykłego. Narrator i zarazem główny bohater jednej z opowieści tworzących tę powieść (ściśle ze sobą powiązanych opowieści, zazębiających się, czy jak kto woli spotykających się w punkcie w czasach Abe'a nazywanym Potokiem Holendra), już na samym początku przekonuje nas, że przeżył coś, co wymyka się racjonalnemu myśleniu. Nastraja nas, wyczula na zagrożenie nie z tego świata. A potem przechodzi do boleśnie krótkiej historii małżeńskiej. Ten związek trwał niespełna dwa lata (nie licząc okresu sprzed małżeństwa) i bynajmniej nie dlatego, że coś pomiędzy Abe'em i jego wybranką imieniem Marie się zepsuło. Nie poróżnili się, ani nic w tym rodzaju. Rozdzieliła ich śmierć. Ona odeszła, on został. Pytanie: komu trafiła się gorsza karta od nieubłaganego losu? Kobiecie, która cierpiała czy mężczyźnie, który może cierpieć jeszcze bardzo długo? W tamtym okresie Abe najpewniej był święcie przekonany, że jego życie się skończyło. Wyprane z kolorów, poza nieprzeniknioną czernią. W bezdennej otchłani rozpaczy. Nieutulony żal, jeden z najskuteczniejszych niszczycieli niewykluczone, że nie tylko na tym smutnym świecie. Mitologiczna bestia z nietutejszych, nieziemskich (a może jednak?) oceanicznych głębin, których trudno nie powiązać z Lovecraftem (ten klimat, ta moc). I jedna z najbardziej niezawodnych broni na tę kreaturę. Mowa oczywiście o pasji. Wielkiej pasji, która w przypadku Abe'a zrodziła się zupełnie nagle podczas jego zrozumiałej, niestety całkowicie naturalnej, udręki. Chwycił za wędkę i... Nie, nie myślcie, że rozpacz od razu ustąpiła. Psychiczne katusze trwały nadal. Zmieniła się tylko sceneria, a przynajmniej z jego perspektywy tak to wyglądało. W tamtym czasie, bo gdy już jako tako uporał się najprawdopodobniej z największą stratą w całym swoim życiu, kiedy, jak to się mówi wrócił do żywych, zaczął dopuszczać do siebie myśl, że wędkowanie pomogło mu w tym procesie. Powoli, kroczek za kroczkiem, Abraham wyszedł z żałoby. Oczywiście, nadal tęsknił - och, jak straszliwie tęsknił! - za swoją ukochaną, ale gdy zacieśniał znajomość z Danielem Drescherem, na dobrą sprawę, wyprzedzał go o cała lata świetlne. Innymi słowy, Abe najgorsze miał już za sobą, a przynajmniej tak mu się wydawało, podczas gdy koszmar Dana tak naprawdę dopiero się zaczynał. Mniej więcej przez rok po stracie najbliższych nowy przyjaciel Abrahama, wcześniej tylko znajomy z pracy, jakoś się trzymał, ale potem znacznie mu się pogorszyło. I on wpadł w odmęty czarnej rozpaczy. I tkwił w niej na tyle długo, żeby jego kumpel od wędki nabrał przekonania, że nie ma już dla niego ratunku. Aż tu nagle Dan wychodzi ze swoją dość zagadkową inicjatywą. Chce się wybrać nad, jak szybko się okaże, owiany złą sławą Potok Holendra gdzieś w obrębie Catskill Mountains w stanie Nowy Jork, gdzie swoją drogą mieszkają Abe i Dan. Cóż w tym takiego zagadkowego? Otóż, człowiek, który owdowiał jako pierwszy, ma przeczucie graniczące z pewnością, że jego przyjaciel nie wiedzieć dlaczego skłamał. Skłamał w nader prozaicznej, wydawałoby się kompletnie nieistotnej, niewinnej kwestii. To jest, Abe nie rozumie, dlaczego Dan w ogóle uznał za konieczne uciec się do kłamstwa w takiej błahej sprawie. Jak można się tego spodziewać, z czasem uzyska niekoniecznie satysfakcjonującą odpowiedź na to „fundamentalne pytanie”, a tymczasem obaj wysłuchają podobno autentycznej opowieści kucharza Howarda ze stylowej knajpki „U Hermana”. Właściwie to opowieść Lottie Schmidt, która wcześniej przekazała ją pewnemu pastorowi. Część z tego kobiecie wcześniej przekazał ktoś inny, a część zna z pierwszej ręki. Z doświadczeń Abe'a wynika, że ta opowieść jakby żyje własnym życiem. Jest jak wirus – wnika w organizm człowieka i namnaża się przynajmniej dopóty, dopóki nieszczęśnik nie poczuje nieodpartej potrzeby wydalenia jej. Wyrzucenia z siebie tych oślizgłych czarnych stworzonek, że w taki sposób nawiążę do śmiertelnego w skutkach incydentu w obozie sprzed wieków, w którym wspomniana Lottie spędziła kilka lat w okresie młodzieńczym. Nie ukrywam, że pierwsze fazy tej umownej wycieczki w dość odległą przeszłość, gdzieś na styku Lovecrafta i Kinga w sosie własnym Langana, upłynęły mi w przyjemniejszym, na swój nieprzyjemny sposób, nastroju. Później, jak na mój gust, zrobiło się ciut chaotycznie. W dodatku powiało banałem (jeden całkiem dobrze poinformowany człowiek, który cudownym zrządzeniem opatrzności znalazł się w odpowiednim miejscu we właściwych czasie i jego dzielni towarzysze na placu boju z nieopisaną grozą), ale z odsieczą pośpieszył dalszy, zdecydowanie upiorniejszy, ciąg, pamiętnego koszmaru Abrahama Samuelsona. Tak się zastanawiam, czy aby Mickey Keating przed nakręceniem swojego „Poza sezonem” (oryg. „Offseason”) nie wybrał się z Abe'em i Danem nad Potok Holendra. A Brendan Muldowney przed rozkręceniem prac nad „The Cellar”? Na pewno się kojarzyło. Może tylko dlatego, że obie te produkcje widziałam względnie niedawno, więc siłą rzeczy wysuwają się przed szereg. Przed inne obrazy nasycone aromatem (nie)wiarygodnych opowieści niewiarygodnego Samotnika z Providence. W ostatniej partii „Poławiacza” John Langan uspokaja skołatane serca, ale po tym wszystkim, co pokazał wcześniej, doprawdy trudno tak do końca mu zaufać. To jeszcze nie koniec strasznych przygód biednego Abe'a. Tak podejrzewałam. Tak dyktował instynkt, być może przeczulony, ale tak czy inaczej słowem się nie zająknął na temat swoistej wisienki na tym przekładańcu. Ostatnie zdanie i nokaut. Się namieszało w mojej i tak już wystarczająco skołowanej - w pozytywnym sensie - głowie. Przeciążenie systemu. I dobrze.

Gdyby „Poławiacz” Johna Langana był filmem, to pewnie byłby określany jako horror podwyższony (nowa fala kina grozy, współczesne art horrory). Inna sprawa, czy w ogóle dałoby się zrobić z tego film. Myślę, że to ten rodzaj maestrii, który tylko w ułamkowej części udałoby się oddać na ekranie. Może kiedyś znajdzie się odważny, który zmierzy się z tym naprawdę wymagającym materiałem. Filmowiec, który, słusznie czy nie, uzna, że da radę należycie przedstawić tę złożoną opowieść o śmierci. I czymś jeszcze gorszym, przynajmniej dla tych, którzy zostali. Trudno o pewność i to nie tylko w tym miejscu. „Poławiacz” to nieoczywista, ufająca wyobraźni czytelnika, niepokojąca opowieść, szczodrze pokropiona najbardziej gorzkimi z łez. Depresyjna, niesamowicie mroczna, budząca podskórny lęk, ale nieuciekająca od dosłowności, od różności obliczonych na zintensyfikowanie niewygodnych doznań: tego drogocennego towaru chyba dla wszystkich fanów szeroko pojętego horroru. Wyższego i niższego. Ambitnego i pulpowego. Owszem, z przechyłem na tę bardziej wymagającą stronę, ale nie permanentnym. Tak czy inaczej, radzę zarzucić sieć na tego wrednego „Poławiacza”. Kto wie, co jeszcze się złapie. Jeszcze jakieś upiorne wspaniałości z Potoku Holendra? Jest tego więcej? Wierzę, że tak.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 21 maja 2022

Zapowiedzi wydawnictwa Vesper

 
Co szykuje wydawnictwo Vesper? Patrz niżej. A to tylko między innymi. Teksy wyjęte z facebookowego profilu wydawnictwa. Część okładek w przygotowaniu, pozwoliłam więc sobie zastąpić je zagranicznymi edycjami. Kolejność przypadkowa.
 

Scott Smith „Ruiny”

Scott Smith i jego "Ruiny" to tytuł, który fan współczesnego horroru po prostu musi mieć na półce. Sześcioro ludzi, wiedzionych młodzieńczą fantazją i żądzą przygody wyrusza w głąb meksykańskiej dżungli. Ich celem jest odnalezienie zaginionego podczas ekspedycji archeologicznej brata jednego z nich. Mimo ostrzeżeń zapuszczają się do serca lasu, gdzie znajdują tajemnicze obrośnięte winoroślą wzgórze, które staje się dla nich śmiertelną pułapką. Pozbawieni wody, zapasów żywności, otoczeni przez agresywnych Indian, bez możliwości kontaktu z cywilizacją rozpoczynają śmiertelną rozgrywkę w której stawką jest ich życie... 
Mimo z pozoru kiczowatej fabuły Smith serwuje nam zaskakująco sprawnie skonstruowany i rewelacyjnie napisany horror. Duszny, gęsty klimat, poczucie nieustającego zagrożenia, świetnie nakreślone postaci to jego największe zalety, a jeśli dodamy do tego stosunkowo rzadko eksplorowany przez twórców gatunku motyw krwiożerczych i inteligentnych roślin (tak, tak), przedstawiony jednak w niebanalny sposób, dostajemy powieść, która zadowoli każdego miłośnika literackiej grozy.

Michael McDowell „Cold Moon Over Babylon”

Po "Żywiołakach" ("The Elementals") - najbardziej znanej powieści Michaela McDowella (może kojarzycie go jako autora scenariuszy do filmów Tima Burtona: "Sok z żuka" i "Miasteczko Halloween") - wydawnictwo Vesper szykuje kolejną jego powieść. Chodzi o "Cold Moon Over Babylon" z 1980 roku. Będzie to kolejna gratka dla wielbicieli starej szkoły horroru, z jego "złotej ery".
Babilon - jedno z wielu typowych, tonących w słonecznym żarze, otoczonych niedostępnymi bagnami, sennych miasteczek w Alabamie. Czternastoletnia Margaret Larkin zostaje brutalnie zgwałcona i zamordowana przez bogatego i wpływowego mężczyznę, który jest poza zasięgiem prawa. Ale w Babilonie zaczynają dziać się dziwne i niewytłumaczalne zjawiska, a pod mętną powierzchnią rzeki przepływającej przez miasto pojawia się kształt, który przybiera ludzką postać. Coś każdej nocy będzie ścigać mordercę, a gdy nad Babilonem pojawi się księżyc w pełni i zaleje ulice zimnym blaskiem, będzie mogło dokonać zemsty...

Tim Lebbon „Obcy. Wyjście z cienia”

Akcja powieści dzieje się między wydarzeniami z "jedynki" i "dwójki" filmowej sagi. Na planecie LV-178 odkryte zostają złoża trimonitu - najtwardszego znanego człowiekowi materiału, ale oprócz niego w jaskiniach głęboko pod powierzchnią, górnicy odkrywają coś jeszcze... W walce z hordą ksenomorfów niepodziewanie znajdują sprzymierzeńca w postaci pasażerki kapsuły ratunkowej Narcissus, która jako jedyna ocalała z katastrofy kosmicznego frachtowca Nostromo...

Konrad Możdżeń „Listy z Miasta Wiatraków”

List… kawałek papieru, eleganckiej papeterii, a może zwykła, wyrwana z zeszytu kartka. Kilka kropli atramentu czy tuszu. Parę muśnięć długopisem lub stalówką wiecznego pióra. Ołówek? Czemu nie. Koperta, znaczek i adres. Droga na pocztę, spojrzenie w czarną otchłań skrzynki na listy i… To wszystko. Tylko tyle potrzeba by oddać się we władanie prawdziwej magii. Tej realnej, rzeczywistej. Magii, która pozwala wywołać uśmiech na czyjejś twarzy lub zeszklić oczy łzami wzruszenia. Lub przerażenia. Boimy się listów, bo drzemie w nich moc, której nieraz nie potrafimy stawić czoła. Zapach papieru skrapianego najlepszymi perfumami, kolor atramentu i charakter pisma, którym nadawca skreślił słowa. Choćby nawet opowiadały o drobnostkach… i tak będą w stanie poruszyć tę subtelną materię, dzięki której wciąż jeszcze możemy nazywać się ludźmi. Listy z Miasta Wiatraków to osiem opowieści o ludziach, którym przyszło żyć na ziemi wilgotnej od łez i krwi. To osiem historii, które nigdy nie powinny mieć miejsca. Osiem wspomnień o miłości, stracie, gniewie, samotności, strachu i zawierzeniu mocom niepochodzącym z tego świata. Osiem dowodów na to, że są na ziemi miejsca, w których człowiek znaczy tyle, co nic. Miejsca, gdzie zło przybiera najpotworniejszą formę. Gdzie permanentna niepewność, cierpienie i ból to najwierniejsi towarzysze codzienności. Gdzie stare mury walących się budynków, samotne wieże kościołów i rozległe łany pól stały się niemymi świadkami prawdziwych tragedii i działania sił wypełzających z najmroczniejszych czeluści piekieł. Zapraszam Cię w podróż do Miasta Wiatraków. Miasta zapomnianego przez Boga i wyklętego przez ludzi.

Christina Henry „Looking Glass”

Po „Alicji” i „Czerwonej Królowej” przyszła pora na zwieńczenie cyklu. Tym razem nie jest to pełnowymiarowa powieść, ale zbiór czterech mini powieści, których akcja dzieje się w uniwersum wykreowanym przez autorkę. Poznamy historię młodego Topornika, tajemnicę jaką Alicja przed nim skrywa, dowiemy się jak skończy się ich wspólna wizyta w na pozór opuszczonym zamku, poznamy też Elizabeth - tajemniczą dziewczynę, która trzyma w słoiku motyla.

Dan Simmons „Black Hills”

Powieść historyczna z elementami grozy - czyli gatunek w którym Simmons jest prawdziwym mistrzem. Tym razem poznamy burzliwe dzieje ostatecznej rozgrywki między Armią Stanów Zjednoczonych a rdzennymi mieszkańcami Ameryki Północnej. Bohaterem "Black Hills" jest Indianin ze szczepu Siuksów - Paha Sapa, który, gdy był jeszcze młodym wojownikiem, brał udział w słynnej bitwie pod Little Bighorn. Wierzy - podobnie jak starszyzna jego plemienia - że duch poległego wówczas, legendarnego generała Custera, wszedł w niego i pozostanie w nim dopóki Paha Sapa nie pozwoli mu odejść. Duch generała towarzyszy Indianinowi w jego długim życiu, podporządkowanym wizji jakiej doznał na tytułowych Czarnych Wzgórzach, będących ojczyzną jego plemienia. Wreszcie Paha Sapa wybiera moment w którym wreszcie może pozbyć się swoich duchów. Będąc specjalistą od materiałów wybuchowych, pracuje na placu budowy monumentalnej rzeźby w Mount Rushmore. Postanawia przypieczętować swój los w dniu, w którym do Południowej Dakoty przybywa Franklin Delano Roosevelt, by uroczyście odsłonić podobiznę prezydenta Jeffersona.

Dan Simmons „Trupia otucha”

Gatunkowo - czysty horror. Nagrodzona Bram Stoker Award i Locus Award dla najlepszych powieści grozy, monumentalna (ok 1000 stron) "Trupia otucha"! 
Przeszłość
Schwytany w sieć zaplanowanego przez Hitlera „Ostatecznego Rozwiązania” Saul Laski jest jednym z tysięcy skazanych na śmierć w niesławnym obozie zagłady w Chełmnie. Wkrótce jednak wpada w szpony zła o wiele gorszego i starszego niż nazistowskie Niemcy.
Teraźniejszość
Nieliczni wybrańcy posiadają Talent – psychologiczną umiejętność oddziaływania na umysły innych ludzi. Na dorocznych spotkaniach planują nieustającą kampanię rzezi i rozpasania. W tym roku jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem…
Obejmująca parę dziesięcioleci i rozgrywająca się na kilku kontynentach historia zapuszcza się w najmroczniejsze zakamarki historii XX wieku. „Trupia otucha”, stanowiąca jedną z najdoskonalszych prób ożywienia wampirzej legendy, zgłębia naturę ludzkiej skłonności do przemocy i analizuje jej wpływ na naszą przyszłość.

Tomasz Sablik „Przypadłość”

Hanna Hoppe ma swój mały, względnie uporządkowany i bezpieczny świat, który niemal w całości wypełniają wierna przyjaciółka, praca w ukochanym kinie i dwudziestokilkuletni syn. Problem w tym, że w tej swojskiej, w miarę spokojnej przestrzeni coraz mocniej zaczynają się rozpychać demony z bestiariusza, jakim jest życie – bolesne, obciążające psychikę wspomnienia, problemy materialne i kłopoty z dzieckiem. Gdy na jej drodze niespodziewanie staje starszy, ekscentryczny sprzedawca zegarów, Hanna zaczyna myśleć, że coś wreszcie się zmienia. Pytanie tylko, czy zmieni się na lepsze...

Bram Stoker, Valdimar Ásmundsson „Powers of Darkness: The Lost Version of Dracula”

"Islandzki Dracula" to hasło które pewno niejednemu z Was obiło się o uszy. Parę lat temu świat obiegła informacja, że islandzkie tłumaczenie "Draculi" Brama Stokera wyraźnie różni się od znanej reszcie świata wersji. Znacznie więcej jest tu o pobycie Harkera w zamku Draculi, lepiej poznajemy same upiorne gmaszysko i jego mieszkańców, sam mroczny hrabia także zyskuje nowe cechy charakteru, poznajemy go z zupełnie innej strony, więcej jest o jego przeszłości, mamy tu inne zakończenie, zmienia się też - zwłaszcza w drugiej części tej historii - sposób narracji, znika bowiem forma epistolarna. I jak można przypuszczać - zmiany te nie są swobodną inwencją tłumacza, Valdimara Ásmundssona, ale są one wprowadzone za wiedzą i akceptacją Stokera i co więcej - na podstawie jego osobistych notatek. 
Innymi słowy - jest to jedna z wersji "Draculi", przedstawiająca jak ta historia mogłaby wyglądać gdyby autor inaczej rozłożył akcenty. "Makt Myrkranna" czyli "Powers od Darkness" wzbogacona o obszerny wstęp Dacre'a Stokera wyjaśniający i opisujący wprowadzone przez tłumacza zmiany, przedstawiający wcześniejsze pomysły i różnice między wersją, którą znamy, a islandzką, oraz wprowadzenie historyczne – można się sporo dowiedzieć o życiu samego Brama Stokera czy Ásmundssona, dziejach postaci Draculi w popkulturze. Znajdzie się tu również rozdział o zamku hrabiego, wzbogacony o wykresy i schematy.

Robert McCammon „The Queen of Bedlam”

Druga część, po „Zewie nocnego ptaka”, cyklu o przygodach Matthew Corbetta, autorstwa Roberta McCammona. Tym razem z dusznych bagien Południowej Karoliny, przeniesiemy się do tętniącego życiem osiemnastowiecznego Nowego Jorku, w którym grasuje nieuchwytny, budzący trwogę morderca. Dążący do wymierzenia sprawiedliwości wobec dyrektora sierocińca, w którym się wychował, Matthew wplątany zostaje w kolejną intrygę, wykraczającą dalece poza mury przytułku. Starając się rozwikłać tajemnice przeszłości, jednocześnie rzuca się w labirynt kryminalnych tropów i wskazówek rzucających światło na tożsamość terroryzującego miasto zabójcy. Śledztwo prowadzi do azylu, w którym rządzi Królowa Bedlam.

Michael Crichton „Park Jurajski”

Mistrz technothrillerów, autor takich powieści jak "Kula", "Kongo", "Andromeda znaczy śmierć". Pisarz, scenarzysta, reżyser, producent i... lekarz. Współtwórca kultowych seriali takich jak "Ostry dyżur" czy "Westworld". Michael Crichton dołączył do grona autorów wydawnictwa Vepser. A na pierwszy ogień idzie jego niewątpliwie najbardziej znana książka czyli "Park Jurajski".

 

Źródło: https://pl-pl.facebook.com/WydawnictwoVesper/

piątek, 20 maja 2022

Harold Schechter „Psychopata”

 

Harold Schechter to ceniony amerykański pisarz specjalizujący się w true crime stories, ze wskazaniem na seryjne morderstwa z XIX i XX wieku, ale na swoim koncie mający też prace o amerykańskiej kulturze popularnej, cykl kryminalny oparty na twórczości Edgara Allana Poego oraz serię dla młodzieży „The Curiosity House” stworzoną ze swoją córką Lauren Oliver – pierwszy tom, „The Shrunken Head” był nominowany do Edgar Award. Podobnie jak jego wydana w 2014 roku true crime story „Mad Sculptor: The Maniac, the Model, and the Murder that Shook the Nation”. Schechter studiował na Uniwersytecie Stanowym Nowego Jorku w Buffalo, gdzie uzyskał doktorat (jego promotorem był Leslie Aaron Fiedler, nieżyjący już amerykański krytyk literacki, orędownik literatury gatunkowej, szczególnie zainteresowany mitografią), oraz na The City College of New York. Przez czterdzieści dwa lata wykładał literaturę amerykańską i myth criticism w Queens College, City University of New York. Poprzez swój artykuł z 1973 roku zatytułowany „Kali on Main Street: The Rise of the Terrible Mother in America” Harold Schechter wprowadził do powszechnego użytku wyrażenie horror-porn, definiowane jako „materiał pisany lub wizualny, który podkreśla zmysłowe lub sensacyjne aspekty podmiotu nieseksualnego, przemawiającego do odbiorców w sposób podobny do podniecającego efektu pornografii”. Schechter od 2002 roku pozostaje w związku małżeńskim z poetką Kimiko Hahn.

Po raz pierwszy wydana w 1989 roku opowieść o życiu i zbrodniach człowieka, który zyskał niechlubny przydomek Rzeźnika z Plainfield (nazywany też Ghoulem z Plainfield), pióra Harolda Schechtera, eksperta od seryjnych zabójców, według Publishers Weekly. W oryginale opublikowana pod tytułem „Deviant: The Shocking True Story of Ed Gein, the original Psycho”, na polski rynek trafiła dopiero w 2022 roku, czyli aż trzydzieści trzy lata po jej światowej premierze, pod nazwą, po prostu, „Psychopata” - edycja w miękkiej oprawie przygotowana przez wydawnictwo Filia w bardzo dobrym tłumaczeniu Kingi Markiewicz. Warto zwrócić uwagę na układ liter w tytule – na okładce zaprojektowanej przez Mariusza Banachowicza oraz stronach tytułowych. Sylabizowanie najprawdopodobniej nie było podyktowane walorami estetycznymi, ale miało podkreślać związek podmiotu niniejszej niezbyt obszernej (trochę ponad czterysta stron) pracy z powieścią Roberta Blocha, przeniesioną na ekran przez Alfreda Hitchcocka. Mowa oczywiście o „Psychozie” (oryg. „Psycho”), jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, dreszczowcu w historii literatury, a już na pewno kina. Gdyby nie tytułowy antybohater omawianej książki Harolda Schechtera, najbardziej znany właściciel motelu prawdopodobnie nigdy by się nie urodził. Ani on, ani cała „plejada” odrażających zbrodniarzy, myślę, doskonale znanych fanom horrorów i thrillerów. Ze wszystkich „czarnych gwiazd” kina i beletrystyki, które swoje istnienie zawdzięczają Edwardowi Theodore'owi Geinowi, Norman Bates w „Psychopacie” Harolda Schechtera zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie. Innymi słowy, autor niniejszej publikacji niżej pochylił się w zasadzie tylko nad „Psychozą” Roberta Blocha i jej ekranizacją z 1960 roku w reżyserii niekwestionowanego mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka. Dla innego „wielkiego” niesławnego zrodzonego z największego koszmaru miasteczka Plainfield w stanie Wisconsin, jednej z najbardziej rozpoznawalnych twarzy – skórzanej twarzy – w przepastnym świecie horroru (nurt slash), Schechter przewidział zaledwie jeden akapit na ostatniej prostej. Mowa oczywiście o szaleńcu z piłą mechaniczną, a właściwie o pierwszym filmie z jego udziałem w reżyserii Tobe'ego Hoopera z 1974, a nie 1975 roku, jak stoi w tymże „Psychopacie”. Padają też inne, mniej i bardziej znane, tytuły makabrycznych fikcyjnych opowieści mający mniejszy i większy związek ze sprawą Rzeźnika z Plainfield, ale wśród nich nie ma, słusznie wyszczególnionego na opakowaniu książki (przednia strona okładki) Buffalo Billa, seryjnego mordercy wymyślonego - z inspiracji sylwetką Eddiego Geina - przez Thomasa Harrisa na użytek jego modus operandi, czyli powieściowej serii o Hannibalu Lecterze. A konkretnie, jej drugiej osłony pt. „Milczenie owiec”, o której to powieści Schchter mógł jeszcze nie słyszeć. Co prawda książka wyszła mniej więcej rok przed „Psychopatą”, ale jej filmowa wersja w reżyserii Jonathana Demme'a, która nadała swojemu pierwowzorowi większy rozgłos, pojawiła się dwa lata po omawianej publikacji.

W porównaniu z wydarzeniami, które rozegrały się w Wisconsin ponad trzydzieści lat temu [teraz ponad sześćdziesiąt lat temu], Psychoza jest niczym bajka na dobranoc.”

Harold Schechter już na samym początku tej mrocznej podróży do jednej z czarny kart historii ludzkości, pokazał mi, że jest całkiem wytrawnym gawędziarzem. Grunt prawie jak u Stephena Kinga – ta charakterystyczna „oprawa wizualna”, podobny koloryt, rytmika, sposób przemawiania do wyobraźni odbiorcy. Nie wspominając już o tym, że obszar działalności starego kawalera, małego człowieczka z nieomal nieodłącznym krzywym uśmieszkiem, wpisuje się w preferowane przez Kinga realia. Małomiasteczkowe. Tak zwany Dom Grozy, farma Geinów leżała mniej więcej dziesięć kilometrów od Plainfield w stanie Wisconsin, kiedyś sennej mieściny, która od czasu odkrycia odrażających zbrodni młodszego syna Augusty i George'a Geinów, nie odzyskała już dawnego spokoju i swego rodzaju anonimowości. Ze słów Schechtera wynika, że przed odkryciem jego drugiego oblicza, tajemnego życia prowadzonego właściwie tuż pod nosem także najbardziej wścibskich mieszkańców tego okrutnie doświadczonego małego amerykańskiego miasteczka, o Plainfield - podobnie jak o moim rodzinnym miasteczku:) - mało kto słyszał. Szerzej nieznane. Nie tylko w Stanach Zjednoczonych, nawet w samym Wisconsin, w obrębie własnego stanu. Brzydko mówiąc „podręcznikowa dziura zabita dechami”. Spokój, cisza, bezpieczeństwo... Przed szalonym Eddiem w wyobrażeniach wielu, może nawet większości Amerykanów, tak malowały się taka mniejsze aglomeracje. Rzeźnik z Plainfield mimowolnie udowodnił nie tylko swoim krajanom, że nawet w takich małych mieścinach, gdzie niby wszyscy znają wszystkich, bez większego wysiłku, całymi latami można zaspokajać swoje chore apetyty. Edward Theodore Gein, chcąc nie chcąc, obalił mit małych miasteczek. A Harold Schechter w swoim „Psychopacie” obala parę mitów na temat samego Eda. Na przykład kanibalizm albo nekrofilia w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa. Człowiek, którego „ekspert od seryjnych morderców” poddaje drobiazgowej analizie na kartach przedmiotowego utworu, faktycznie przez badających go psychiatrów został uznany za nekrofila (nawiasem mówiąc Schechter przybliży nam też kilka autentycznych postaci z tym zaburzeniem preferencji seksualnych), ale nie ma dowodów na to, że Ed kopulował ze zwłokami. Właściwie biorąc pod jego awersję do seksu, wpojoną mu przez najważniejszą osobę w jego życiu, z którą jak wielu seryjnych morderców (udowodniono mu tylko dwa zabójstwa, ale najgorliwsi wyznawcy zasady, że seria w takich wypadkach zaczyna się od trzech – zdania są podzielone – nie mają nic przeciwko dopisywaniu Geina do tych niesławnych, a przynajmniej nie większość z nich) miał mocno skomplikowaną relację. Chociaż...

Tak, związek Eda i Augusty w gruncie rzeczy wyróżnia się nawet na tym obficie splamionym ludzką krwią płótnie. Kompleks Edypa w wersji hard. Posunięty do ekstremum. Ale nie takiego, o jakim mogli rozprawiać najbardziej zaangażowani plotkarze, w wyjątkowo długim - na pewno z perspektywy wielu mieszkańców Plainfield – okresie po ujawnieniu makabrycznej zawartości dosłownie oblepionej brudem nieruchomości zdumiewająco niepozornie prezentującego się człowieczka. Nie ma dowodów na to, by szaleniec z Plainfield kiedykolwiek uprawiał seks ze swoją apodyktyczną, wręcz despotyczną mamusią. Ani żywą, ani martwą. Można śmiało uznać, że Augusta Gein była jedyną miłością Eda. Jego królową. Jedyną kobietą, dla której zrobiłby dosłownie wszystko. Cały świat rzuciłby jej do stóp, gdyby tylko miał taką moc. Kochał ją (świadomie) i zarazem (podświadomie) nienawidził. Szalona miłość i szalona nienawiść, skumulowane w niewysokim pozornie zupełnie nieszkodliwym dziwaku. Tak Ed Gein był postrzegany przez niewielką społeczność, z którą nigdy nie czuł się jakoś szczególnie związany - Augusta zadbała o to, by czuł odrazę do bezbożnej krainy, krainy rozpusty, jaką w jej przekonaniu było Plainfield - ale też nie miał w zwyczaju odmawiać, gdy ktoś prosił go o pomoc. Zawsze grzeczny, przeważnie na uboczu „krzywy człowiek z krzywym uśmiechem”. Harold Schechter swoją dogłębną analizę „Boogeymana z Wisconsin” (Ed Gein wpisał się do tamtejszego folkloru; podobno wciąż przydaje się niektórym rodzicom, chcącym wymusić posłuszeństwo na swoich co bardziej upartych pociechach. Taki straszak na krnąbrne latorośle) roztacza w zadowalająco zagęszczonym sosie społeczno-kulturowym i politycznym, choć w ten ostatni, w moim poczuciu, zaangażował się w mniejszym stopniu. Dzieciństwo i okres nastoletni chorego Eda, i tym bardziej wcześniejsze dzieje jego późniejszych rodziców, wprawdzie nie obfitują w wydarzenia, ale na dobrą sprawę dostarczają dość sporo informacji na temat warunków, w jakich dorastał ten samotny człowiek. Dla tych, którzy tutaj po raz pierwszy zderzą się z tą niechlubną postacią, ten etap książki może zyskać na wartość trochę później, gdy Schechter bardziej wniknie w jego okrutnie poplątaną głowę, a właściwie nie tyle on, ile pierwsi badacze tego porażającego przypadku. Prędzej czy później Harold Schechter doprowadzi nas do przekonania, że tytułowa postać jego całkiem szczegółowej rozprawy, to owoc złego wychowania. Że tak to ujmę, efekt uboczny tytanicznej pracy Augusty Gein. Bo chyba nie o to jej chodziło? Chyba. W każdym razie, gdyby rodzona matka Eda była inna, jego życie przypuszczalnie ułożyłoby się inaczej. I co ważniejsze, przynajmniej dwie osoby nie straciłyby życia. Nie byłoby Domu Grozy z Plainfield. Nie byłoby „Psychozy” ani „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”.

Izolacja, nienawiść do bliźnich (bo grzeszni, nie to co ona, krystalicznie czysta Augusta Gein), mnóstwo kijów, mało, jeśli w ogóle, marchewek także dla faworyzowanego syna. Starszy brat Eddiego, Henry najwyraźniej nie był takim, hmm, oczkiem w głowie fanatyczki religijnej (luteranka), która ewidentnie, jak to się mówi, nosiła spodnie w domu Geinów – jej nadużywający alkoholu mąż siedział pod jej pantoflem, choć od czasu do czasu robił sobie z niej worek treningowy. Z niej i swoich dzieci. Przemoc na jednej z farm niedaleko Plainfield, której największą ofiarą był właśnie Ed Gein trwała właściwie aż do śmierci Augusty. Ojciec przestał maltretować synów, gdy podrośli, ale matka nigdy nie odeszła od obsesyjnej kontroli nad swoimi potomkami. Głównie Edem. Z Henrym nie miała tak łatwo. Henry nie był tak zapatrzony w Augustę, jak jego młodszy braciszek. Żaden z nich nigdy się nie ożenił (Augusta już się o to postarała), ale tylko jeden dożył dość późnej starości. Drugi zginął w zagadkowych okolicznościach. Natomiast najważniejsza osoba w życiu małego człowieczka z Plainfield odeszła na samym końcu. Eddie został sam. W oczach innych, ale niekoniecznie własnych. Jeśli wierzyć jego zeznaniom, w jego niemożliwie brudnym – istne wysypisko – pozbawionym elektryczności domu, niekiedy rozlegał się głos, jego nieżyjącej przecież rodzicielki, w którym znajdował chwilowe ukojenie. W domu pełnym własnoręcznie wykonanych, delikatnie mówiąc z nietypowych materiałów, przedmiotów codziennego użytku, makabrycznych dekoracji i jeszcze bardziej odrzucających strojów (maski i jeden kompletny kostium, pomagające mu, oczywiście w jego mniemaniu, stawać się kobietą, którą tak bardzo chciał być – jego matka marzyła o córce, więc...). Da się odczuć, że autor „Psychopaty” ma trochę współczucia dla tego żywego (w sumie to już nieżywego, Ed Gein zmarł bowiem w1984 roku – miał wówczas siedemdziesiąt osiem lat) dowodu na to, że ani wygląd zewnętrzny, ani nawet zachowanie w towarzystwie o niczym jeszcze nie świadczą. Chcę przez to powiedzieć, że przypadek Eda Geina wielu uświadomił tę, dziś już raczej banalną prawdę, że ci grzeczni, cisi i niewielkiej postury też mogą ślinić się na widok rozkładającego się trupa. I zabijać. I gromadzić swoje makabryczne trofea w niczym niewyróżniającym się domu w niczym niewyróżniającej się - no może na pierwszy rzut oka sielskiej, wręcz idyllicznej - okolicy. Szczupły człowiek, w którym jak się okazało była wielka krzepa. Nie sprawdzałam:), ale wydaje mi się, że potrzeba siły do takiej cmentarnej działalności, jakiej, naturalnie w wielkiej tajemnicy, oddawał się, i to przez spory kawał czasu, mały Eddie. Po zatrzymaniu antybohatera tej nie-powieści, poza spodziewanymi czynnościami prawnymi, Harold Schechter, z dużą dokładnością naświetli reakcje ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa, ze wskazaniem na mieszkańców Plainfield oraz „istne sępy, które zwietrzyły wyjątkowo soczystą padlinę”. Powiedziałabym, że autor ma więcej litości dla Eda niż dla dziennikarzy relacjonujących jego sprawę (swoją drogą, odniosłam również wrażenie, być może błędne, że Schechter skłaniał się ku temu, że nadmierna fascynacja makabrycznymi historiami, autentycznymi i/lub fikcyjnymi, może mieć zgubny wpływ na psychikę człowieka), ale... Ujmę to tak: autor współczuje Edowi, ale go nie rozgrzesza. Nie wyglądało mi na to, by stawiał się tutaj w roli jego adwokata (yhm, adwokata diabła), czy tam kogoś w tym rodzaju. Nieraz nazywa go potworem. Jednak potwory to też ludzie, jeśli rozumiecie, co mam na myśli. Straszne to, ale prawdziwe.

Kompendium wiedzy, bez której wielu śmiertelników pewnie spokojnie mogłoby się obejść. Wiedzy nie tyle niepotrzebnej, ile bardzo nieprzyjemnej, nadzwyczaj niewygodnej. Biografia jednego z najbardziej osławionych zbrodniarzy w historii, prototypu Normana Batesa, Leatherface'a i Buffalo Billa, człowieka, który własnymi rękami zbudował najbardziej przerażający Dom Grozy w Stanach Zjednoczonych, historia Edwarda Theodore'a Geina, tak zwanego Rzeźnika z Plainfield, dobitnie pokazuje, że cicha woda może najbrutalniej brzegi rwać, a małe miasteczka są mniej więcej tak bezpieczne, jak bliskie spotkanie z jadowitym wężem. „Psychopata” Harolda Schechtera nie jest suchą opowieścią o życiu i zbrodniach małego Eddiego, przynajmniej dwukrotnego zabójcy, nekrofila i hieny cmentarnej, która nieładnie udekorowała swój cuchnący domek w cichym zakątku Wisconsin. Czyta się prawie jak mocną powieść. Gdyby tylko dało się zapomnieć, że ta niestworzona historia nie jest czystym wymysłem... Amerykańskiego pisarza, uznawanego za eksperta od seryjnym morderców działających w XIX i XX wieku. Człowieka, który w mojej ocenie wyszedł zwycięsko z konfrontacji z Edem Geinem. Gorąco zachęcam do „obejrzenia tego starcia”, nieskrycie licząc na kolejne spotkania z prozą Harolda Schechtera z półki true crime.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich