sobota, 23 września 2023

„Final Summer” (2023)

 
Rok 1991, Camp Silverlake. Ostatniego dnia obozu letniego w wypadku ginie jeden z małoletnich wychowanków, spokrewniony z antybohaterem lokalnych legend, byłym dozorcą na Camp Silverlake. To wydarzenie przywołuje traumatyczne wspomnienia z przeszłości Lexi, młodej kobiety należącej do zespołu opiekunów w tym upadającym biznesie. Po wyjeździe obozowiczów i zakończeniu czynności policyjnych obecna właścicielka tej wielopokoleniowej rodzinnej działalności gospodarczej informuje pracowników, że w świetle ostatnich wydarzeń podjęła decyzję o sprzedaży obiektu deweloperom. W najbliższych dniach Lexi i jej współpracownicy mają przeprowadzić prace porządkowe na terenie obozu, ale gdy Camp Silverlake spowiją ciemności z ukrycia wyjdzie zamaskowany osobnik z siekierą. Maniakalny morderca jakby żywcem wyjęty z obozowych opowieści przy ognisku.

Plakat filmu. „Final Summer” 2023, Swede Films

Niskobudżetowy amerykański camp slasher w reżyserii i na podstawie scenariusza debiutującego w pełnym metrażu Johna Isberga. List miłosny do kina slash z lat 80. i 90. XX wieku, pomnik dla choćby takich obrazów jak „Krzyk” Wesa Cravena i „Piątek trzynastego” Seana S. Cunninghama (przy czym ulubieńcem Isberga w tym legendarnym cyklu jest „Piątek trzynastego IV: Ostatni rozdział” Josepha Zito), sfinansowany głównie dzięki kampanii przeprowadzonej na internetowym portalu Kickstarter. „Final Summer” z jednej strony miał być utrzymany w duchu horrorowych rąbanek z ostatnich dwóch dekad dwudziestego stulecia, a z drugiej - jak to ujął pomysłodawca i czołowy twórca obrazu - „dostosowany do potrzeb współczesnej publiczności”. Dodatkową inspirację John Isberg czerpał ze swoich osobistych doświadczeń z małoletnimi z zespołem stresu pourazowego, z pracy z tymi wspaniałymi dzieciakami, mężnie walczącymi z wewnętrznymi demonami, które powaliłyby niejednego dorosłego. W kwietniu 2023 roku retro slasher długoletniego fana gatunku został pokazany na Panic Film Festival w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych, a we wrześniu ruszyła dystrybucja w internecie.

Pracując nad scenariuszem „Final Summer” John Isberg szczególną wagę przywiązywał do budowy pierwszoplanowej postaci żeńskiej. Chciał, by Lexi przypominała miłośnikom gatunku takie nieśmiertelne bohaterki, jak Stevie Wayne z „Mgły” Johna Carpentera, Nancy Thompson z „Koszmaru z ulicy Wiązów” Wesa Cravena, (i ewentualnie „Koszmaru z ulicy Wiązów 3: Wojowników snów” Chucka Russella), Sidney Prescott z „Krzyku” Wesa Cravena (i ewentualnie z „Krzyku 2” Wesa Cravena), Chris Higgins z „Piątku trzynastego III” Steve'a Minera i inne kobiety z grozowej galerii sław. UWAGA SPOILER Z czarnych charakterów wyróżnił Pamelę Voorhees – niski ukłon dla Betsy Palmer, odtwórczyni matki Jasona w „Piątku trzynastego” Seana S. Cunninghama i „Piątku trzynastego II” Steve'a Minera KONIEC SPOILERA. Miał być hołd dla final girls z XX wieku, ale taki, z którym mogliby się utożsamić namiętni odbiorcy współczesnych filmów grozy. Połączenie starego modelu z nowym: klasycznej finałowej dziewczyny i postmodernistycznej jednostki z nieprzepracowaną traumą. Zamaskowany zabójca grasujący na Camp Silverlake (ukłonik dla „Ostatniego gwiezdnego wojownika” Nicka Castle'a) wbrew pozorom więcej zawdzięcza Adrianowi Griffinowi z „Niewidzialnego człowieka” Leigh Whannella, adaptacji minipowieści Herberta George'a Wellsa aniżeli rosłemu mordercy znad Crystal Lake. Złoczyńca Isberga miał odzwierciedlać horrory dnia powszedniego – codzienne zmagania, troski, strachy twardo stąpającego po ziemi człowieka. Jednym z największych zaszczytów, jakie spotkały inicjatora tego retro projektu było zaangażowanie Neila Afflecka (m.in. „Moja krwawa walentynka” George'a Mihalki i „Skanerzy” Davida Cronenberga), który co prawda nie wytrwał na tym pokładzie (plany pokrzyżowała mu pandemia COVID-19 i parę innych spraw), ale Isberg nie ukrywa, że samo zainteresowanie Afflecka operacją pod kryptonimem „Final Summer” znacznie podbudowało jego pewność siebie, nie wspominając już o pouczających rozmowach z bardziej doświadczonym i podziwianym (przede wszystkich za wkład w „Moją krwawą walentynkę” z 1981 roku) kolegą po fachu. Kolejną wielką niespodzianką dla scenarzysty i reżysera „Final Summer” było dołączenie do obsady Thoma Mathewsa, który pewnie dożywotnio będzie mu się kojarzył z „Piątkiem trzynastego VI: Jason żyje” Toma McLoughlina i jego ukochanym „Powrotem żywych trupów” Dana O'Bannona. A teraz pewnie i z jego własną produkcją, gdzie Isberg podobno uśmiechnął się też do fanów twórczości Jordana Peele'a (a konkretniej „To my” z 2019 roku). Mógł też nawiązać do swojego ulubionego filmu, czyli „Czarnych świąt” Boba Clarka, a już z całą pewnością pozwolił sobie na mały flircik z „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella, jednym z najbardziej docenionych przez Isberga XXI-wiecznych filmów grozy (w tym gronie są też choćby takie pozycje jak „Nie oddychaj” Fede Álvareza i „The Final Girls” Todda Straussa-Schulsona). Taki tam intertekstualny park niby rozrywki z przepięknym „szyldem” - cudnie staroświecki plakacik: upiorna postać z zakrwawioną siekierą – w którym wyróżnić mogę jedynie kultowy motywy muzyczny zanucony przez jednego z bohaterów filmu podczas amatorskiej akcji poszukiwawczej na Camp Silverlake.

Plakat filmu. „Final Summer” 2023, Swede Films

Oldschoolowy camp slasher czy zwyczajna próba przykrycia niedostatków budżetowych i przede wszystkim warsztatowych rzekomą stylizacją na tanią siekaninę z ubiegłego wieku? Przemyślane działanie czy prosty sposób na przekucie wad w zalety? Nie narzekajcie na bylejakość, bo tak miało być! Celowo zrobiliśmy tak, by nie dało się tego oglądać:) W każdym razie dla mnie to na pewno było pewne wyzwanie – dotrwać do napisów końcowych (i trochę dalej, bo mamy jeszcze scenkę po liście płac) bez błądzenia gdzieś myślami. „Final Summer” Johna Isberga otwiera opowieść snuta przy ognisku na terenie Camp Silverlake w 1986 roku. „Mrożąca krew w żyłach” historia dozorcy ze śmiercionośnym toporem. Po spodziewanym finale przeskoczymy do roku 1991 (właściwa akcja filmu). Z publicznych wypowiedzi reżysera i scenarzysty tego tandetnego widowiska wywnioskowałam, że efekty specjalne długoletnim wielbicielom gatunku miały przypominać bezcenny dorobek Toma Saviniego, ale nie jestem w stanie ocenić stopnia podobieństwa, bo jedyne co udało mi się dostrzec w tym chaosie, to na oko licząc, zaledwie filiżanka całkiem niezłej imitacji krwi. Bezsensowne zbliżenia na twarze protagonistów (jeśli to miały być ukłony dla włoskich paskud – wiadomo że Isberg jest wielkim fanem choćby „Głębokiej czerwieni” Dario Argento – to jak na moje oko okropnie niezgrabne) jeszcze bym zniosła, ale ten montaż... Niemożebnie poszarpany. W ferworze walki czasami nawet zniknie jakaś postać (odnajdzie się później, gdy sytuacja nieco się uspokoi). Szybkie serie niedopasowanych zdjęć, migawkowe starcia z „teleportującym się zabójcą” i klasycznym mięsem armatnim. Nieznajomymi opiekunami fikcyjnego obozu letniego prowadzonego przez zawiedzioną starszą panią. Gorzki smak porażki kobieciny, której nie udało się uratować rodzinnego biznesu. Albo faktycznie planuje sprzedaż Camp Silverlake, albo podejrzenia jednego z opiekunów są słuszne i staruszka szuka wymówki, żeby nie wypłacić swoim pracownik obiecanej premii. Mali obozowicze już wyjechali, ale zostało jeszcze trochę pracy, z którą personel pewnie bez trudu uwinąłby się do końca weekendu, gdyby nie przeszkodził im intruz w przywłaszczonej masce, nawiązującej do popularnej w tych stronach opowieści z dreszczykiem. Urban legend o szaleńcu z toporem. Zemsta Warrena za śmierć najdroższego chłopczyka? Dziecka, które zginęło w wypadku tuż przed uroczystym zamknięciem sezonu. I tak odżyła trauma jednej z opiekunek, głównej bohaterki „Final Summer” - dawkowane widzom, tj. ujawniane w krótkich fragmentach, potworne wspomnienie z przeszłości Lexi, obiektu westchnień Petera, kolegi z letniej pracy, który niebawem zostanie brutalnie uświadomiony. Naiwnie myślał, że nikt nie wie, co naprawdę czuje do tej dziewczyny; tak samo „papierowej” jak cała ta „opiekuńcza ferajna”. Poważnej młodej kobiety, która nagle zapragnie napędzić stracha swojemu partnerowi w nocnych poszukiwaniach brakującego członka załogi. Ostatnia noc na Camp Silverlake niektórym pozytywnym postaciom „Final Summer” przypomni Camp Crystal Lake, ale Lexi pewnie wolałaby powspominać „Straconych chłopców” Joela Schumachera. Obozowy błazen Mario (w tej roli Myles Valentine, który moim skromnym zdaniem pozostawił daleko w tyle pozostałych członków obsady; może z wyjątkiem Thoma Mathewsa wcielającego się w słabiutko zaangażowaną – rozczarowująco niewielki występ – postać szeryfa) postara się wprowadzić swoich towarzyszy w odpowiedni nastrój charakterystyczną melodyjką, która raczej nie umili im poszukiwań niejakiego Mike'a. Poszukiwań, zgodnie z przewidywaniami, przerwanych przez tajemniczego osobnika w niefantazyjnej masce. Właściwie nie mam wątpliwości, że miłośnicy slasherów błyskawicznie odkryją przynajmniej jedną z tajemnic tego przeklętego obozu. Nie wykluczam, że autorowi tej nijakie historyki, zależało na wczesnym połączeniu przez widza tych paru kropek, złamaniu najłatwiejszego z przygotowanych przez niego szyfrów, czy jak kto woli wypatrzeniu tej „oczywistej oczywistości”, korespondującej z przeuroczymi odgłosami wydawanymi przez człowieka w lesie. Dzień ku mojemu ubolewaniu szybko ustąpił miejsca nocy. Może dlatego, że ten pierwszy pachniał latami 70. XX wieku (wyblakła fotografia z pewnego lata, upalny dzień jakby za mgłą), bo to przecież miała być swego rodzaju podróż do mniej odległej przeszłości:) Ale już mówiąc poważnie, „Final Summer” przypuszczalnie trochę zyskałby w moich oczach, gdyby pozwolono mi dłużej pławić się w tym „chłodnym słoneczku”. Nocą operatorzy i oświetleniowcy też nie radzą sobie najgorzej (inna sprawa, wykrzesać z tego jakieś napięcie, choć muszę przyznać, że coś tam poczułam - lekki dyskomfort czy coś innego miłego - na „dziwnie” znajomy widok cichego obserwatora, który za moment zaszarżuje na biednego Petera), ale w bardziej sentymentalny nastrój zdecydowanie wprowadzono mnie za dnia. Doceniam też przerażające znalezisko protagonistki nad basenem, ale tylko dlatego, że przywołało piękne wspomnienie nieporównywalnie wydajniejszego slashera („Krzyk” Wesa Cravena), ślimaczącego się oprawcę, który zawsze dopadnie biegnącą ofiarę i wreszcie rozeznanie sterroryzowanych opiekunów z Camp Silverlake w podgatunku (nieśmiałe podchodzenie do meta slashera). Gorzej z praktycznym wykorzystaniem tej wiedzy – wiemy, że nie wolno się rozdzielać, ale i tak to robimy. Notorycznie! A poza tym śmiertelnie się wynudziłam.

Mizeria. Banalna obozowa historyjka od zakochanego w kinie grozy Johna Isberga. A jego ulubioną filmową kochanką pani slasherowa. Kapryśna wybranka twórcy „Final Summer”. Pierwszego pełnometrażowego osiągnięcia horrormaniaka, „pożerającego” wszystko, czym obrosła ta gatunkowa ziemia (wszystko, co napotka), ale najchętniej „podróżującego” do dwóch ostatnich dekad XX wieku. I to do nich zaadresował to miłosne wyznanie. Camp slasher, którego nie ośmieliłabym się polecić nawet najzagorzalszym fanom podgatunku. Może powinnam, ale jakoś nie potrafię się do tego zmusić...

czwartek, 21 września 2023

Stephen King „Holly”

 
Pogrążona w żałobie prywatna detektyw Holly Gibney przyjmuje zlecenie od zdesperowanej kobiety szukającej swojej dwudziestoczteroletniej córki Bonnie Rae Dahl. Partner Holly, Pete Huntley, przebywa w izolacji z powodu zakażenia SARS-CoV-2, a młodzi pomocnicy w agencji detektywistycznej Uczciwi Znalazcy, Jerome i Barbara Robinson, skupiają się na własnych projektach, dzielna hipochondryczka wychodzi więc z założenia, że tym razem będzie działać praktycznie w pojedynkę, że wkład pozostałych członków zespołu w śledztwo w sprawie zaginięcia młodej bibliotekarki w najlepszym wypadku będzie mocno ograniczony. I nie tylko jej, bo w okolicy, w której znaleziono porzucony rower Bonnie z niepokojącą wiadomością, od lat dochodzi do podobnych zdarzeń, co każe Holly sądzić, że ma do czynienia z przebiegłym drapieżnikiem, seryjnym porywaczem i mordercą młodych ludzi, najwidoczniej niemającym ulubionego typu ofiary. W rzeczywistości protegowana Billa Hodgesa podąża tropem zbrodni leciwego małżeństwa, emerytowanych profesorów uniwersyteckich, Emily i Rodneya Harrisów, zajmujących się medycyną drastycznie niekonwencjonalną.

Okładka książki. „Holly”, adaptacja Prószyński i S-ka 2023, oryg. Will Staehle/Unusual Corporation

Trzecia odsłona kryminalnego cyklu Stephena Kinga z prywatną detektyw Holly Gibney, zapoczątkowanego pierwotnie wydaną w 2018 roku powieścią „Outsider”, na podstawie której powstał wydany w roku 2020 serial Richarda Price'a pod tym samym tytułem, oraz minipowieścią „Jest krew...” (2020). Ukochana bohaterka mistrza współczesnej literatury grozy, została wymyślona na potrzeby jego kryminalnej trylogii z Billem Hodgesem, którą tworzą „Pan Mercedes” (2014), „Znalezione nie kradzione” (2015) i „Koniec warty” (2016) – to literackie przedsięwzięcie także doczekało się swojego ekranowanego odpowiednika, serialu Davida E. Kelleya najsilniej opartego na pierwszej odsłonie serii, od której swoją drogą „pożyczono” też tytuł „Mr. Mercedes”, ale też wykorzystującego motywy z tomu drugiego i trzeciego. Powieść „Holly”, thriller kryminalny z typową dla twórczości Stephena Kinga mocno rozwiniętą płaszczyzną psychologiczną i społeczno-obyczajową, swoją światową (i polską) premierę miała w roku 2023, a powstawała od sierpnia 2021 do czerwca 2022. Akcja rozgrywa się niedługo po wydarzeniach przedstawionych w „Jest krew...”, podczas pandemii COVID-19 i wkrótce po z utęsknieniem wyczekiwanej przez Stephena Kinga zmianie na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych. Premierową polską edycję „Holly” przygotowało wydawnictwo Prószyński i S-ka w starannym tłumaczeniu Tomasza Wilusza.

Kiedy już sądzisz, że widziałaś najgorsze, do czego ludzie są zdolni, zdarza się coś, co wyprowadza cię z błędu. Złu nie ma końca.”

Stephen King spodziewał się wysypu jednogwiazdkowych recenzji „Holly” przynajmniej na amerykańskich portalach książkowych, bo poważył się dotknąć bardzo delikatnej materii politycznej i pandemicznej. „Wziąć pod lupę” jedne z najgłębszych podziałów w społeczeństwie, aktualne poważne różnice zdań w jego ukochanym kraju. Właściwie sławny architekt „Holly” liczył się z tym, że jego analiza podzielonego państwa, zostanie uznana za skrajnie nieobiektywną. Stronniczą opowieść o covidzie i Donaldzie Trumpie. Czuł, że tak zwani antyszczepionkowcy i zwolennicy czterdziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych nie puszczą mu tego płazem, zawczasu przygotował więc odpowiedź dla potencjalnie najbardziej oburzonych jego bezczelnym manifestem. „Knock Yourself Out” - tyle miał im do powiedzenia. Niektórzy mogą uznać, że King z premedytacją wtykał kij w mrowisko, podgrzewał i tak już piekielnie gorącą atmosferę... nie tylko na arenie krajowej. Stałych czytelników tego pana taka budowa świata przedstawionego nie powinna zaskoczyć; komentowanie spraw mniej i bardziej świeżych, autentycznych wydarzeń, postaw społecznych i innych fragmentów „płynnej tkanki cywilizacyjnej” nie jest niczym nowym w twórczości Kinga. Tytułową postać spotykamy w lipcu 2021 roku, tuż po śmierci jej matki, zagorzałej zwolenniczki podobno bezprawnie obalonego prezydenta Donalda Trumpa i aktywnej członkini ruchu antymaseczkowego i antyszczepionkowego - „wymachiwała transparentem MOJE CIAŁO, MÓJ WYBÓR (który to pogląd nie przeszkodził jej być stanowczą przeciwniczką aborcji)”. Z kolei jej rzekomo nieporadna córka, niewdzięczna pannica po pięćdziesiątce, sumiennie przestrzega koronawirusowych zasad bezpieczeństwa, jednocześnie, jak to się mówi, dokarmiając raka. Holly Gibney, prywatna detektyw z zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi, doskonale wie, jak śmiesznie to wygląda – zamaseczkowana nałogowa palaczka. Z drugiej strony, w tej tak zwanej nowej normalności, nowotwory złośliwe, podobnie jak wszystkie inne choroby, w świadomości społecznej jakby przestały istnieć. Jakby covid, nomen omen, zeżarł wszystkie inne choroby. A przynajmniej tak to wyglądało w telewizorni, gdzie niezamaseczkowani dziennikarze ze swoich miejsc pracy, często nie przebierając w słowach, czasami wręcz wrzeszcząc, upominali widzów, by nosili maseczki w swoich miejscach pracy. Wtórowali im politycy bez maseczek, bo przed kamerami (i na mównicy sejmowej) wirus nie atakował. A potem pojawił się nowy problem: szczepić się czy się nie szczepić? W tamtym czasie bezskutecznie próbowałam sobie przypomnieć, choć jedną fikcyjną opowieść apokaliptyczną/postapokaliptyczną, której autor w pewnym sensie przewidział taką sytuację – szczepionka potraktowana nie tylko jako happy end, ale także/lub unhappy end dla ludzi, którzy przetrwali zarazę (jeśli ktoś zna taki utwór, oczywiście wydany przed pandemią COVID-19, będę wdzięczna za podrzucenie tytułu). Po wirtualnej uroczystości pogrzebowej, po rodzinnej tragedii, która nadspodziewanie mocno zasmuciła ekscentryczną wspólniczkę aktualnie chorującego na covid, też zaszczepionego dwiema dawkami, Pete'a Huntleya, kobieta smutki decyduje się utopić w innych troskach. Przebywającej w otchłani rozpaczy Holly Gbney linę nieświadomie rzuca Penelope Dahl, zagrożona pracownica banku (widmo bezrobocia), zawiedziona policyjnym śledztwem w sprawie zaginięcia jej dwudziestoczteroletniej córki Bonnie. Wydawać by się mogło, że biała kobieta bardziej obejdzie tutejszych policjantów, ostatnio kojarzonych głównie z zastrzeleniem czarnoskórego młodzieńca za wykroczenie drogowe. Brutalizacja działań amerykańskiej (niecałej) policji w stosunku do ciemnoskórych mieszkańców być może powoli rozchodzącej się w szwach dumnej demokracji, też jest tematem tej Kingowskiej rozprawy o jego rodzimym podwórku. Dzisiejszych i zarazem jakby zamierzchłych czasach (reżim sanitarny).

Okładka książki. „Holly”, Heyne Verlag 2023

Ridge Road na Środkowym Zachodzie: spokojna przystań dla klasy średniej. Urocza dzielnica sąsiadująca z mniej reprezentacyjnymi obszarami miasta. Gdzie dzieciaki samopas snują się po niemożliwie zaśmieconych ulicach, gdzie aż roi się od narkomanów i pijaków, a co parę lat na żer wychodzą starzy, ale jarzy. Profesorostwo Harris, małżeństwo z wieloletnim stażem, które nie daje się upływowi czasu. Emerytowani wykładowcy uświęconej tradycjami uczelni nieopodal ich przytulnego domku – on pracował na wydziale nauk biologicznych, a ona na anglistyce, gdzie może nie byli szczególnie lubiani (właściwie to na pewno), ale nie można powiedzieć, że nie liczono się z ich zdaniem. Przeklęta charyzma Emily Harris, na której siłą rzeczy korzystał także jej rozwrzeszczany mężuś Roddy, profesor Rodney Harris dla zwykłych śmiertelników. Szalony naukowiec i jego bezcenna królowa w omawianej powieści dzielą się przestrzenią z Holly Gibney – najdłuższe nitki fabularne, do których autor najczęściej dowiązuje sznureczki Barbary Robinson, młodszej siostry i najlepszej przyjaciółki Jerome'a, najwyraźniej bardziej od niej zainteresowanego najnowszą sprawą agencji detektywistycznej Uczciwi Znalazcy. Warstwa retrospektywna z zabójczymi staruszkami, która w dalszej partii „Holly” dogoni upartą panią detektyw z lipca 2021 roku. Wszystko zaczęło się w październiku 2012 od zuchwałego porwania w stylu Teda Bundy'ego czy Buffalo Billa z „Milczenia owiec” Thomasa Harrisa (też ekranizacji Jonathana Demme'a). I dalszej gehenny poczytnego powieściopisarza z niemile widzianą w tych stronach (oczywiście nie przez wszystkich) orientacją seksualną. Gehenny, która przypomniała mi opowiadanie Clive'a Barkera pt. „Dread” (pol. „Lęk”) z drugiej „Księgi krwi”, „na język filmu przełożone” przez Anthony'ego DiBlasiego. Takie tam drobne skojarzenie w makabrycznej działalności staruszków z Ridge Road, która miłośników kina grozy w niepomierne zdumienie raczej nie wprawi (jeden z głośniejszych przykładów leciwych w najlepszym razie tylko podejrzanych, a w najgorszym winnych słusznie zakazanych czynów: dziadkowie z „Wizyty” M. Nighta Shyamalana), ale wydaje mi się, że to najśmielsze wyjście Stephena Kinga naprzeciw oczekiwaniom miłośników mroczniejszych klimatów co najmniej od czasu „Czarnej bezgwiezdnej nocy”. Prawdę mówiąc takiej tematyki prędzej spodziewałabym się po horrorze ekstremalnym, a nie kryminalnych perypetiach sympatycznej Holly. Człowiek, który w swoim dorobku ma takie mięsiste opowiadanie, taką krwawą jatkę, jak „Szkoła przetrwania” (szukaj w zbiorze „Szkieletowa załoga”), mimo wszystko postanowił oszczędzić nam drastycznych szczegółów wariackiego projektu pseudonaukowego „czcigodnych Harrisów”. Makabreska w szponach goryczy. Pusty śmiech, niebezpiecznie graniczący z histerią, reakcją obronną organizmu na ohydztwa niemożliwie pokrzywionego świata. Komizm o wybitnie gorzkim posmaku. Szkaradna jasień życia, którą zainspirowała prawdziwa historia, a zatem to nie jest aż tak niewiarygodne, jak mogłoby się wydawać. No, może nie aż tak. W każdym razie tę nietypową współpracę małżeńską zasadniczo King wymyślił, ale jego magiczną maszynerię, częściej zwaną bujną wyobraźnią, niewątpliwie pobudził krzykliwy nagłówek mniej ciekawego artykułu. Coś o uroczych staruszkach i ciałach w ogródku. A gdyby tak zainwestować w rębak? Ale najpierw... Potwornie spragnieni uwięzieni w czasach niewoli. Pływająca w posoce surowa wątróbka cielęca, uparcie podsuwana przez cierpiących emerytów. Głównych problemem Rodneya jest artretyzm, natomiast Emily najbardziej dokucza ischias (rwa kulszowa). Stephen King gdzieś:) napisał, że starość nie jest dla mięczaków, ale skoro istnieje sposób na zahamowanie tego procesu, a w najgorszym razie na uśmierzenie bólu na ostatniej prostej długiej (ale nie tak jakby się chciało, bo czasami zielona mila jest dużo, dużo dłuższa) egzystencjalnej wędrówki, to dlaczego by nie skorzystać? Może dlatego, że mogą nas złapać? Bo na pewno nie z troski o życie bliźnich. Jakiś bliźnich?! O nie, państwo Harris na pewno nie czują się równi tej „hołocie”, która ich otacza. Najtęższe umysły absurdalnej cywilizacji zachodniej. Poprawność polityczna, mowa nienawiści, a teraz jeszcze witanie się łokciami. Czy świat do reszty oszalał? To pytanie retoryczne, szaleńcy z Ridge Road wiedzą, że tak. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że zmusza się ich do piania jak inne durne koguty. Tyle dobrze, że w zaciszu domowym jeszcze mogą być sobą. O ile akurat nie przypałęta się jakaś wrażliwa istotka zaszokowana zamieszkami na Kapitolu. Albo wścibska stara panna wynajęta przez tę krzykaczkę Penelope Dahl? Tak czy inaczej, Holly Gibney niepowstrzymanie zbliża się do pary zwyrodnialców, która przypadkiem miała okazję poznać jedną z najbliższych osób tej upierdliwej prywatnej śledczej. Wszystkie drogi prowadzą do Harrisów. Wszystkie czy jedna? Jedna, ale za to szeroka. Duży zbieg okoliczności, ale w świecie Holly ktoś pozwoli sobie zwrócić naszą uwagę na to, że takowe często się zdarzają. Jaki ten świat mały – w sąsiedztwie seryjnej zabójczyni mieszka idolka przyjaciółki Holly. Tak rodzi się wspaniała, chwytająca za serce przyjaźń starej poetki i młodej poetki. Jeszcze bardziej wzruszyła mnie opowieść o pewnym chłopcu i jego zmagającej się z niszczącym nałogiem mamie. Nieszczęsnych stworzeniach w tym podłym świecie nazywanych Śmierdzielem i pijaczką. Kto by się takimi przejmował? Na pewno nie policja, według małoletnich deskorolkarzy z zaniedbanej dzielnicy. Z intertekstualnej zabawy Stephena Kinga – pomijając poprzednie przygody Holly Gibney – w oczy szczególnie rzuciło mi się pamiętne „Hej, ho, Silver!” („To”) i wiadro krwi wylanej na szkolnym balu („Carrie”). A śledztwo? Przyjemnie nierozpędzone, jak to u Holly: diablo skrupulatne. I prowadzone w warunkach dalece bardziej dla niej niewygodnych niż przy poprzednich dużych sprawach małej agencji detektywistycznej założonej przez jej wybawcę Billa Hodgesa.

Jak na razie „Holly” to najsmakowitszy utwór z ulubienicą Stephena Kinga. Postacią, z którą trudno mu się rozstać. Cudowną towarzyszką siwego pana z Maine. Wymyśloną ekscentryczką, z którą wybornie mu się pracuje. Zdania będą podzielone, ale jeśli o mnie chodzi to ze wszystkich kryminalnych perypetii Holly Gibney, ta tutaj posmakowała najbardziej. Ale polecam tylko osobom zaznajomionym z poprzednimi występami tytułowej protagonistki, bo autor nie szczędzi informacji teoretycznie niepożądanych, potencjalnie kłopotliwych dla czytelników planujących (kiedyś tam) sięgnąć po „Outsidera”, „Jest Krew...” czy trylogią z Billem Hodgesem w roli głównej.

wtorek, 19 września 2023

Zapowiedzi wydawnictwa Vesper

 
Robert McCammon „Godzina wilka”

Okładka książki. „The Wolf's Hour", Open Road Media 2011

Tuż przed Operacją Overlord paryski ruch oporu informuje brytyjskie służby wywiadowcze, że Niemcy mogą pokrzyżować plany alianckiej inwazji w Normandii. Brakuje jednak szczegółów – te zna jedynie głęboko zakamuflowany agent przebywający w stolicy okupowanej Francji, wokół którego coraz mocniej zaciska się pętla śledztwa prowadzonego przez gestapo. Jedyną możliwością zdobycia kluczowych dla dalszych losów wojny informacji jest wysłanie tam szpiega. A jedyną osobą, która może sobie poradzić z tym zadaniem jest Michael Gallatin – rosyjski emigrant, tajny agent tymczasowo odsunięty od służby po makabrycznym incydencie do jakiego doszło podczas jego ostatniej misji w Afryce Północnej. Gallatin nie raz udowodnił, że jest wyśmienitym agentem, skutecznym, inteligentnym i charyzmatycznym. Ma też pewną mroczną tajemnicę, którą skrzętnie skrywa przed światem, tajemnicę, która sprawia, że jest jedynym w swoim rodzaju agentem specjalnym. Posiada cechy których próżno szukać u przeciętnego człowieka, a które w zaskakujący sposób zbliżają go do zabójcy doskonałego. Teraz, zrzucony na spadochronie w samo centrum ropiejącego serca Trzeciej Rzeszy, musi zmierzyć się z zadaniem, od którego zależą losy wojny.

Godzina wilka” to niezwykła, emocjonująca, dynamiczna powieść która łączy elementy horroru z sensacyjno-szpiegowską akcją, a zarazem redefiniuje mit wilkołaka mocno zakorzeniony we współczesnej popkulturze. Jedna z najważniejszych i najlepiej ocenianych powieści Roberta McCammona („Magiczne lata”, „Łabędzi śpiew”, „Zew nocnego ptaka”, „Słuchacz”).

 

Robert McCammon „Stinger”

Okładka książki. „Stinger", Open Road Media 2011

Wznowienie jednej z pierwszych (napisana w 1988 roku) powieści Roberta McCammona - nieco pulpowy horror science fiction z elementami westernu, dynamiczny, pełen zwrotów akcji „Stinger".

Lata 80. XX wieku. Inferno – niewielkie miasteczko w stanie Teksas - lata świetności ma już dawno za sobą, wyludnione, wstrząsane potyczkami lokalnych gangów, zmagające się z plagą bezrobocia i napięciami na tle rasowym pogrąża się w marazmie. Wszystko zmienia się, gdy pewnego dnia w jego pobliżu rozbija się statek kosmiczny, a drugi otacza miasto polem siłowym. Inferno zmienia się w pole walki między dwoma przybyszami z kosmosu. Bezwzględny łowca nagród ma za zadanie wytropić uciekiniera nie licząc się z kosztami. Czy uwięzieni wewnątrz kopuły mieszkańcy będą w stanie stawić opór śmiercionośnym wynalazkom Stingera? Czy będą w stanie ocalić nie tylko własne życia, ale całą planetę?

 

Robert McCammon „Gone South”

Okładka książki. „Gone South", Gallery Books 2008

Gone South" to jedna z tych powieści Roberta McCammona, w której odchodzi on od konwencji horroru. Jej bohaterem jest Dan Lambert. Jego życie nie układa się zbyt dobrze, jest weteranem z Wietnamu, który wciąż nie może pozbyć się wojennej traumy, nie ma stałej pracy, ledwo wiąże koniec z końcem, a na dodatek rozstał się z żoną. Gdy więc pewnego dnia bank informuje go, że z powodu długów przejmuje jego samochód, Dan traci nad sobą panowanie i zabija jego pracownika. Staje się uciekinierem ściganym przez policję, ale nie tylko. Na jego tropie jest chyba najdziwniejsza para łowców głów w historii literatury: Pelvis Eisley, który jak można się domyślić jest (bardzo kiepskim - dodajmy) sobowtórem Elvisa Presleya oraz Flint Murtaugh, posępny i budzący trwogę osobnik, który u swego boku posiada nie do końca uformowanego, pasożytniczego bliźniaka syjamskiego - Clinta. Lambert ucieka (jakże mogłoby być inaczej) - na południe, jego celem są rozległe bagna i moczary Luizjany. Tam poznaje Arden Halliday, obarczoną szpecącym piętnem na twarzy młodą kobietę, skrywającą tajemnicę swojej przeszłości. Arden pragnie odnaleźć legendarną uzdrowicielkę - Lśniącą dziewczynę, która ukrywa się gdzieś w dziczy. Dan i Arden łączą siły by odbyć niepokojącą wędrówkę w głąb bagien i ... ludzkiej duszy.
 

Jack Finney „Inwazja porywaczy ciał”

Okładka książki. „Inwazja porywaczy ciał", Vesper

Wznowienie kultowej powieści science fiction w Polsce przez wydawnictwo Vesper wypuszczonej w 2018 roku w miękkiej oprawie. Jej nakład jest już niemal na wyczerpaniu, stąd decyzja o wznowieniu, ale tym razem już w ramach Wymiarów. Powieść zyska nową okładkę oraz posłowie Rafała Nawrockiego. Wyjdzie oczywiście w twardej oprawie, jak pozostałe tytuły w tej serii.

Ostrzegam cię, że to, co zaczynasz czytać, jest pełne luźnych wątków i pytań bez odpowiedzi. To wszystko nie zostanie na samym końcu zgrabnie rozwiązane i zadowalająco wyjaśnione. W każdym razie nie przeze mnie. Albowiem ja sam nie mogę powiedzieć, że rzeczywiście wiem dokładnie, co się stało i dlaczego, albo przynajmniej, jak się zaczęło, skończyło – czy się skończyło – i czy mam rację co do istoty rzeczy. Jeżeli nie lubisz tego rodzaju historii, to jest mi przykro, a dla ciebie będzie najlepiej, jeśli nie będziesz czytał dalej. Wszystko, co mogę zrobić, to opowiedzieć tyle, ile wiem…

Małe kalifornijskie miasteczko Mill Valley w hrabstwie Marin. Pewnego dnia do gabinetu miejscowego lekarza, Milesa Bennella, przychodzi jego dawno niewidziana przyjaciółka, Becky Driscoll. Jest zaniepokojona dziwnym zachowaniem swojej kuzynki, która twierdzi, że jej wujek Ira zmienił się i jest całkiem inną osobą, niczym pozbawioną uczuć i emocji skorupą. Miles decyduje się odwiedzić rodzinę Becky, chcąc zweryfikować jej opowieść, ale niczego nie może potwierdzić – nie widzi żadnych różnic ani w wyglądzie, ani w zachowaniu Iry. Kilka dni później dowiaduje się jednak, że coraz więcej osób w Mill Valley zauważa znaczące zmiany u swoich bliskich... Pisarz Jack Belicec znajduje w piwnicy swojego domu tajemniczy kokon. W środku nocy jego wystraszona żona Theodora przybiega do doktora Bennella, by donieść mu o zatrważającym odkryciu – kokon zaczął zmieniać kształt i przemienia się w jej męża. Przerażony pisarz niszczy znalezisko. Wspólnie postanawiają rozwikłać zagadkę tajemniczych przemian w miasteczku. Udają się zatem po pomoc najpierw do kolegi Milesa – doktora Kaufmana, a potem do profesora Budlonga, autora artykułu opisującego niewyjaśnione wydarzenia w hrabstwie Marin na przestrzeni ostatnich miesięcy. Czyżby Ziemię czekała inwazja nieznanej formy życia tworzącej duplikaty ludzkich istot?

Na podstawie powieści Jacka Finneya w 1956 roku powstał klasyczny horror science-fiction w reżyserii Dona Siegela.

 

Adrian Tchaikovsky „Dzieci czasu”

Okładka książki. „Dzieci czasu", Vesper

Ziemia umarła. Ludzkość została osierocona, chociaż sama przyczyniła się do śmierci rodzicielki. Ostatnie setki tysięcy przedstawicieli gatunku wyruszają w nieznane, by śladem swoich starożytnych poprzedników, odnaleźć planety, które staną się dla nich nowym domem. Jednak pasażerowie olbrzymich krążowników posiadają jedynie strzępki wiedzy, która pozwoliła Starożytnym terraformować obce planety, przystosować je do warunków niezbędnych człowiekowi. Wciąż dostępne są jednak częściowo rozszyfrowane mapy gwiezdne, wskazujące gdzie należy rozpocząć poszukiwania. Niepowodzenie oznaczać może jedynie powolną śmierć wśród gwiazd. U celu swej podróży pasażerowie statku „Gilgamesz” odkrywają największy skarb dawnych wieków – świat idealny, pełen lasów i mórz. Jednak nie wszystko w „Świecie Kern” jest takim, jak przypuszczają nowi osadnicy. W orbitującej wokół planety stacji badawczej wciąż tkwi zamknięty w komputerach, zespolony ze sztuczną inteligencją duch dr. Avrany Kern - osoby odpowiedzialnej za przemiany na planecie. Naukowczyni, która pod żadnym pozorem nie pozwoli na zakłócenie jej „eksperymentu”. Gdy Gilgamesz wysyła na powierzchnie szpiegowskie drony, to co ukazuje się oczom załogi napawa przerażeniem. Dzięki nanowirusowi ewolucja przebiega tu w przyspieszonym tempie. Na powierzchni "Świata Kern" rozwinęła się zaawansowana kulturowo i społecznie cywilizacja. Wykształcił ją gatunek który od zarania dziejów budził w ludziach atawistyczny lęk… Gatunek bezwzględnych, inteligentnych zabójców i sprawnych łowców. Tam właśnie ludzkość poszukiwać musi swojego ocalenia. Dwie cywilizacje zmierzają w stronę nieuniknionej konfrontacji, która wyłoni prawowitych dziedziców Nowej Ziemi.

Adrian Tchaikovsky, właściwie: Czajkowski (zmieniony zapis jego nazwiska miał jedynie na celu ułatwienie wymowy czytelnikom z kulturowego kręgu Anglosasów) to wybitny pisarz science-fiction i fantasy, laureat wielu nagród branżowych, w tym Arthur C. Clarke Award za „Dzieci czasu” oraz BSFA Award za najlepszą powieść („Dzieci ruiny”). W trylogii na którą składają się powieści „Dzieci czasu”, „Dzieci ruiny” oraz „Dzieci pamięci” stworzył wyjątkowy świat, w którym ewolucja i adaptacja mają kluczowe znaczenie dla przetrwania. Opracowanie graficzne Vesperowego wydania „Dzieci czasu”: Maciej Garbacz.

 

Kim Stanley Robinson „Czerwony Mars”

Okładka książki. „Czerwony Mars", Vesper

Wznowienie pierwszej (w planach Vesper też kolejne) odsłony Trylogii Marsjańskiej Kima Stanleya Robinsona w tłumaczeniu Ewy Wojtczak i oprawie zaprojektowanej przez Michała Loranca.

Przez stulecia zimny, nieprzystępny, targany huraganowymi wiatrami Mars fascynował ludzkość. W końcu udało się zorganizować misję mająca na celu kolonizacje i terraformację Czerwonej Planety. Na podbój Marsa wyrusza grupa 100 starannie wyselekcjonowanych osób. Różnią się wiekiem, wykształceniem, specjalizacją, narodowością, światopoglądem. Razem stanowią fundament, na którym oprze się przyszłość planety. Ich celem jest uczynienie Marsa zdatnym do życia, przekształcenie go w drugi dom dla mieszkańców przeludnionej, targanej konfliktami i brakiem surowców Ziemi. Wyposażeni w najnowszą technologię koloniści muszą zmierzyć się nie tylko z ekstremalnymi warunkami panującymi na powierzchni planety. Różne wizje, plany, motywacje członków załogi sprawiają, że nawet w obliczu tak wzniosłego celu, to nie przyroda staje się największym zagrożeniem dla sukcesu ich misji, ale oni sami - podzieleni na frakcje, skonfliktowani, wiedzeni zawiścią, zaślepieni wykluczającymi się wzajemnie ideami. Na tle epickich wydarzeń, manifestacji potęgi ludzkiego rozumu i technologii, obserwujemy akty odwagi, poświecenia, ale też i intrygi, spiski, zdrady. Dla jednych Mars to tylko źródło zysku, inni gotowi są oddać życie, by nigdy się nie zmienił.

Znakomicie skonstruowany, zapierający dech pod względem rozmachu „Czerwony Mars” to jedna z najciekawszych wizji kolonizacji Marsa, nie tylko pod względem naukowo-technicznym, ale też i z polityczno-gospodarczych konsekwencji tak skomplikowanego przedsięwzięcia. Za swoją powieść Kim Stanley Robinson otrzymał Nebulę oraz nagrodę British Science Fiction Association za najlepszą powieść science fiction 1993 roku. „Czerwony Mars” stanowi jedną z najważniejszych powieści w historii gatunku science-fiction. 

 

Larry Niven, Jerry Pournelle „Pyłek w oku boga”

Okładka książki. „Pyłek w oku boga", Vesper

Powieść z 1974 roku w okładce pomalowanej przez Macieja Garbacza. To jedna z najważniejszych powieści o tzw. "pierwszym kontakcie" z obcą cywilizacją. Na początku czwartego tysiąclecia odrodzona i zjednoczona po latach wojny domowej ludzkość skolonizowała setki systemów gwiezdnych, ale tylko w jednym z nich - na odizolowanej planecie krążącej wokół Mote odnaleziono inteligentne istoty. Rozwijająca się od miliona lat, starożytna cywilizacja jest gościnna i życzliwa przybyszom z Ziemi. Skrywa jednak wiele sekretów...
 
 

 Robert Silverberg „Księga czaszek”

Okładka książki. „Księga czaszek", Vesper

Cztery osoby, cztery odmienne charaktery, przedstawiciele różnych środowisk, odmiennych wyznań. Wszyscy wyruszają na poszukiwanie nieśmiertelności obiecanej w starożytnym manuskrypcie o niejasnym pochodzeniu. W trakcie przerwy semestralnej Oliver, Timothy, Eli oraz Ned ruszają do Arizony, gdzie siedzibę ma mieć tajemnicze bractwo. Jego członkowie pokonali śmierć, przestali jej podlegać i od setek lat strzegą tajemnicy, która obdarzyła ich życiem wiecznym. Tak w każdym razie każe przypuszczać tajemnicze pismo. Zgodnie z nim ceną nieśmiertelności jest jednak ofiara – jedna dobrowolna, jedna narzucona. Jedynie czterech kandydatów może ubiegać się o nauki. Jedynie dwóch zostanie przyjętych. Na każdego, kto trafi do bractwa, jedna osoba musi umrzeć. Samobójstwo i morderstwo – oto cena życia wiecznego. Czy jednak marzenia o nieśmiertelności to jedynie ułuda? Czy poświęcenie przyjaciół pozwoli uzyskać młodym studentom to, po co przybyli na pustynię? Czy księga czaszek stanowi potężny artefakt czy jedynie pułapkę wabiącą kolejne ofiary bractwa?

Za projektem okładki stoi Dawid Boldys.

 

Robert Silverberg „W dół do ziemi”

Okładka książki. „W dół do ziemi", Vesper

Edmund Gunderson sprawując funkcję administratora Świata Holmana nie uważał, aby zamieszkujące ją gatunki zasługiwały na podmiotowe traktowanie. Sulidory i Nildory nie były dla niego niczym więcej, niż specyficznymi przejawami lokalnej fauny, pozbawionymi możliwości samostanowienia o swym losie. Oba gatunki były dla Gundersona, przedstawiciela terran, jedynie zwierzętami, niewolnikami, tanią siłą roboczą. Tak też je traktowano przez cały okres jego zarządzania. Bezlitośnie eksploatowana przez korporacje planeta zyskała jednak w końcu autonomię. Uznano, że obie rasy dysponują własną kulturą, inteligencją i tradycjami, toteż zgodnie z zasadami kolonizacji, planeta oddana została w ręce autochtonów, a ludzkość opuściła ją. Na miejscu pozostały jedynie pojedyncze jednostki, osoby zbyt mocno związane emocjonalnie z planetą. Gundersona wśród nich nie było, bez żalu wrócił do domu, pozostawiając za sobą jedynie wspomnienia niegodnie sprawowanego urzędu. Po latach wraca jednak na Belzagor – bo tak nazywa się teraz planeta - by zmierzyć się z demonami przeszłości, odkupić winy i pojednać się z gatunkiem, którego nigdy nie próbował zrozumieć. Gunderson wraca aby odbyć podróż w najodleglejsze rejony planety, gdzie Nildory mogą pomóc mu w przemianie.

Za projekt okładki odpowiada Dawid Boldys.

 

Robert Silverberg „Człowiek w labiryncie”

Okładka książki. „Człowiek w labiryncie", Vesper

Wraz z kolonizacją obcych planet ludzkość zmuszona zostaje do rozwoju korpusu dyplomatycznego pośredniczącego w komunikacji pomiędzy zasiedlonymi przez człowieka planetami. Agenci i dyplomaci przemierzają olbrzymie odległości, działając na rzecz władzy centralnej, przekazując petycje i rozwiązując problemy mogące zaistnieć między peryferiami a ośrodkiem władzy. Żaden z dyplomatów nie otrzymał jednak ważniejszego zadania niż Richard Muller. Po setkach lat poszukiwań odkryto bowiem planetę zamieszkałą przez inteligentną rasę obcych. Przed Mullerem postawiono być może najważniejsze zadanie w historii - nawiązanie pierwszego kontaktu. Agent zostaje poddany niezrozumiałej dla człowieka mocy obcych, która prowadzi do modyfikacji w jego mózgu. Emocje, ukryte myśli, nie wyrażane werbalnie motywacje i odczucia wprost emanują z jego ciała, wywołując u przebywających w jego towarzystwie osób fizyczne reakcje – doprowadzają ich do niekontrolowanych napadów nudności, depresji, histerii. Przebywanie w otoczeniu Mullera staje się niemal niemożliwe do zniesienia. Richard Muller staje się obcym wśród własnego gatunku. Poddany społecznemu ostracyzmowi postanawia spędzić resztę swoich dni na opuszczonej planecie, której powierzchnię pokrywa powstały przed eonami tajemniczy labirynt zbudowany przez dawno wymarłą kosmiczną cywilizację. Labirynt śmiertelnie niebezpieczny, naszpikowany pułapkami, zdolnymi do uśmiercenia w ułamku sekundy każdego intruza. Labirynt, który Muller poznał i którego tajemnice okiełznał. Po dekadach osamotnienia na Lemnos ląduje statek z Ziemi. Korpus dyplomatyczny wysyła agentów, by ci skłonili go do powrotu. Dlaczego stał się znów potrzebny? Co sprawia, że ludzkość przypomniała sobie o dawnym agencie, którego banicję przyjęto przed laty ze zrozumieniem i radością? Czy nieproszeni goście zdołają sforsować tajemniczy kompleks, stworzony jak się wydaje tylko po to, aby zabić każdego, kto zagłębi się w jego kręte uliczki?

Za projekt okładki odpowiada Dawid Boldys.

 

Jack Vance „Kroniki Umierającej Ziemi”

Okładka książki. „Kroniki Umierającej Ziemi", Vesper

Miliony lat upłynęły od czasów świetności cywilizacji człowieka. Ziemia uległa przeobrażeniu, zwierzęta i rośliny wyewoluowały w niezwykłe formy, a większość ludzi opuściła swe dotychczasowe siedziby by uciec w nieznane przed zbliżającą się i nieodwracalną katastrofą. Słońce gaśnie, a planeta nieubłaganie pogrąża się w mroku. W tych ostatnich latach istnienia życia sprawy wielkiej polityki czy dążenie do rozwoju przestały mieć znaczenie. To, co pochłania umysły ostatnich pozostałych na Ziemi ludzi, to chęć godnego doczekania wielkiej katastrofy. Rozproszeni, żyjący w niewielkich społecznościach na ruinach wielkich miast ludzie nie są już panami świata. Wiedza pradawnych cywilizacji została zapomniana, a wciąż gdzieniegdzie napotykane przejawy jej dawnej potęgi, traktowane są jak magiczne artefakty o nieznanym przeznaczeniu. W zamkniętych, pilnie strzeżonych enklawach, mieszkają niedbający o nic poza własnymi interesami potężni magowie, władający opartymi na skomplikowanych matematycznych wzorcach czarami. Na szlakach żerują potwory zrodzone z eksperymentów i magii – spragnione ludzkiego mięsa Deodandy o martwej, matowej skórze; szczuropodobne stworzenia zamieszkujące niezbadane jaskinie; jeźdźcy ważek sprzedający informacje za pakunki z solą czy wampirze pnącza zdolne do wyssania resztek życia z każdego, kto nieopatrznie znajdzie się w ich zasięgu. Przyroda naznaczona istnieniem przedziwnej flory, bujnie kwitnących, niebezpiecznych lasów czy hybrydowych roślin włada na terenach niegdyś zajmowanych przez dumne i zaawansowane cywilizacje. Magia i zapomniana technologia zespoliły się w jedno, zwierzęta, a także powstałe dzięki czarom wynaturzone stworzenia rządzą niepodzielnie na rozległych obszarach Umierającej Ziemi. Poznając przedziwne rejony Umierającej Ziemi podążamy śladami maga Maziriana, który wbrew swym zasadom udaje się w pościg za tajemniczą, piękną kobietą nawiedzającą go codziennie w magicznym ogrodzie, Liane’a Wędrowca, który zauroczony pięknem wiedźmy podejmuje wyzwanie odzyskania gobelinu z rąk potwornego pożeracza oczu, Chuna Nieuniknionego. Towarzyszymy Cugelowi, który przyłapany przez potężnego maga na kradzieży wysłany zostaje na misję odzyskania potężnego artefaktu, czy Rhialto Wspaniałego, który jako jeden z niewielu czarodziei zdaje się emanować prawdziwą empatią i dobrem.

Świat opisany przez Jacka Vance’a charakteryzuje nieokreślona bliżej zwiewność, melancholia i tajemniczość, poczucie bytowania w półśnie, na pograniczu koszmaru i baśni. Brak nadziei, który nie prowadzi jednak do defetyzmu, a spokojnego godzenia się z nieuchronnym losem. „Kroniki Umierającej Ziemi” to pierwsze pełne wydanie historii publikowanych przez Jacka Vance’a w latach 1950 – 1984. Książka zawiera zbiór opowiadań „Umierająca ziemia”, powieści „Oczy nadświata”. „Saga Cugela” oraz „Rhialto Wspaniały”. Za projekt okładki odpowiada Maciej Garbacz.

 

Harry Harrison „Początki Stalowego Szczura”

Okładka książki. „Początki Stalowego Szczura", Vesper

Omnibus zawierający trzy mini powieści: „Narodziny Stalowego Szczura”, „Stalowy Szczur idzie do wojska” oraz „Stalowy Szczur śpiewa bluesa” w okładce pokolorowanej przez Macieja Garbacza.

Nasze zorganizowane i praworządne społeczeństwo praktycznie pozbawione jest przestępczości. Zapewne dziewięćdziesiąt dziewięć procent obywateli nawet nie wyobraża sobie, że mogliby złamać prawo. Zostaje jednak ten jeden procent. To on uzasadnia istnienie policji. Ten jeden procent składa się ze mnie i garstki mi podobnych, rozsianych po całej galaktyce. Teoretycznie nie powinniśmy istnieć, a już na pewno nie powinniśmy mieć żadnej możliwości działania. I jak zwykle teoria nie idzie w parze z praktyką. Jesteśmy skuteczni, niezwykle skuteczni, a żyje nam się całkiem wygodnie. Jesteśmy niczym szczury: bytujemy między ludźmi, ale reguły życia społecznego nas nie dotyczą. Przestrzegamy żelaznych zasad, dlatego nazywają nas Stalowymi Szczurami. Bycie Stalowym Szczurem skazuje każdego na samotność, ale zarazem daje poczucie dumy i dostarcza ekstremalnych przyjemności - oczywiście dopóki nie trafi się za kratki. W naszym świecie nie ma miejsca na półśrodki: nie istnieją najemnicy, włamywacze-dżentelmeni, czy osoby wiodące podwójne życie. Nie ma alternatywy: albo jesteś pełnoprawnym członkiem społeczeństwa, albo nikim. Stalowym Szczurem. Ja wybrałem to drugie”.

Stalowy Szczur to przydomek Jamesa Bolivara DiGriza, znanego także jako Śliski Jim. DiGriz to kosmiczny awanturnik, oszust i złodziej. Obdarzony charyzmą, inteligencją i nieprzeciętnym poczuciem humoru, mistrz sztuk walki, ekspert w dziedzinie kamuflażu. Seria o Stalowym Szczurze to literatura rozrywkowa, przygodowa, w której doprawiona sporą dawką satyry i absurdu akcja pędzi na złamanie karku, a zwroty akcji nie pozwalają na odłożenie książki choćby na moment.

 

Michael Moorcock „The Eternal Champion”

Okładka książki. „The Eternal Champion", Dell 1970

Saga „Eternal Champion” wchodząca w skład wielkiego Multiversum „Wiecznych Wojowników”, której bohaterem jest Erekosë.

John Daker wiedzie nudne, niczym nie wyróżniające się życie XX-wiecznego mieszkańca wielkiej metropolii. Wszystko zmienia się, gdy zaczynają dręczyć go powracające co noc sny, w których słyszy wołanie o pomoc, sny o wielkich bitwach, sny w których widzi twarze tysięcy osób, sny w których słyszy setki imion. W końcu Daker odpowiada na wezwanie i zostaje wciągnięty w alternatywną czasoprzestrzeń, trafia do świata w której ludzkość walczy o przetrwanie z zagrażającą jej istnieniu, inną rozumną rasą. Ale nie jest już Johnem Dakerem. Odradza się w ciele dawno zmarłego bohatera i wojownika, który obiecał że powróci gdy ludzkości ponownie zagrażać będzie niebezpieczeństwo. Dzięki przebłyskom wiedzy i wspomnieniom z różnych poprzednich wcieleń, Daker uznaje, że jest reinkarnacją Erekosë, a także Wiecznym Wojownikiem, duszą bohatera, która przyjmuje różne formy i tożsamości w różnych miejscach i czasach. Gdy wspomnienia z życia Dakera zanikają, a jego umysł przenika się z umysłem Erekosë, akceptuje on swoją zmienioną tożsamość podejmując próbę zakończenia wielkiej wojny. Ale czy oznacza to, że zakończy się ona zgodnie z przewidywaniami?

Tak zaczyna się saga Erekosë, którego losy Moorcock przybliża czytelnikom na przestrzeni trzech powieści „Eternal Champion”, „Phoenix In Obsidian” oraz „Dragon In the Sword”. Wydarzenia opisane w powieściach łączy postać Erekosë, który przyjmując kolejne wcielenia włącza się w odwieczną walkę ładu z chaosem.

Michael Moorcock należy do najważniejszych, najbardziej prominentnych ale i kontrowersyjnych luminarzy fantasy. Jest autorem skomplikowanego, przenikającego się Multiversum (wykorzystywał zresztą tą nazwę na długo przed tym, zanim ktokolwiek z Marvela zdecydował aby ją „pożyczyć”) tysięcy światów, linii czasowych i bohaterów, wśród których wymienić trzeba Doriana Hawkmoona, Coruma, Elryka, rodziny Von Becków, czy wspomnianego Erekosë. Według słów samego Moorcocka to właśnie Erekosë i historia rodziny Von Becków stanowią najlepszy z możliwych wyborów dla czytelnika pragnącego rozpocząć przygodę w skomplikowanym Mulitiversum, jakie tworzył na przestrzeni kilkudziesięciu lat swojej twórczości.

 

 
Gene Wolfe „A Borrowed Man”/„Interlibrary Loan”

Okładka książki. „A Borrowed Man"/„Interlibrary Loan", Tor Books 2015/2020

Jedna z najwybitniejszych postaci literatury sci-fi i fantasty, zmarły w 2019 roku w wieku 87 lat, wielokrotnie nagradzany autor ponad 30 powieści, które ukształtowały wielu współczesnych autorów - Gene Wolfe. Znany z niezwykle starannego, błyskotliwego stylu, erudycji i bogatej wyobraźni. Najbardziej znanym dziełem Wolfe'a jest cykl „Księgi Nowego Słońca”. Wydawnictwo Vesper wybrało jego ostatnie, jeszcze u nas nie wydane dzieła: dylogię "A Borrowed Man”/„Interlibrary Loan", czyli w wolnym tłumaczeniu „Wypożyczony człowiek”/„Transfer międzybiblioteczny".

W dwudziestym drugim wieku ludzkość nie zdołała zasiedlić nowych planet. Ekspansja nadal pozostaje jedynie odległym marzeniem, a kosmos pozostał niezdobyty. Udało się jednak rozwiązać problemy degenerujące komfort życia na ziemi. Populacja została ograniczona, technologia poczyniła znaczne postępy, a w codziennych obowiązkach ludzi wyręczać mogą "boty" - humanoidalne maszyny. Istnieją również klony, które nie stanowią części populacji i nie mają praw, które przysługują ludziom. Jednym z nich jest E.A. Smithe, człowiek do wypożyczania, klon, który mieszka na trzeciej półce w bibliotece publicznej. Jego osobowość to wgrany w pamięć zapis osobowości pisarza kryminałów. Smithe jest własnością biblioteki, a nie obywatelem. Może zostać spalony żywcem, gdyby jego usługi nie były potrzebne. Dlatego Smithe i inne biblioteczne klony, każdego dnia żyją nadzieją na wypożyczenie. Dzięki temu udowadniają swoją przydatność. Dzięki temu mogą istnieć.

Ojciec Colette Coldbrook, zamożnej patronki biblioteki, zaginął i został uznany za zmarłego. Colette postanawia wypożyczyć Smithe'a z biblioteki, ponieważ jest on żyjącym wcieleniem autora książki „Morderstwo na Marsie”. Fizyczna kopia tej książki była jedynym przedmiotem w sejfie jej ojca. Jak przypuszcza Colette, powieść zawiera ważny sekret, klucz do ogromnego bogactwa rodziny. Jej brat, Conrad umiera w tajemniczych okolicznościach zaraz po tym, jak przekazał jej książkę. Colette doszła do kresu swoich możliwości. Nie potrafi samodzielnie rozwikłać zagadki. Obawia się policji, a dodatkowo jej tropem podążają ludzie, którzy zrobią wszystko aby poznać tajemnicę książki. Smithe jest jej ostatnią nadzieją. Wypożyczenie go może pomóc jej znaleźć związek między zgonami w jej najbliższej rodzinie a „Morderstwem na Marsie”. Razem odnajdują coś, co przerasta ich oczekiwania - coś, za co prawie każdy by zabił.

 

Julie Kagawa „Żelazny król”

Okładka książki. „The Iron King", Inkyard Press 2020

Wznowienie pierwszego (w planach Vesper też kolejne) tomu z cyklu „Żelazny dwór” amerykańskiej autorki Julie Kagawy, powieści young adultf antasy, „Żelaznego króla”.

Żelazo i lód.

I zgubna miłość żądająca niemożliwego wyboru…
Nazywam się Meghan Chase.
Za niecałe dwadzieścia cztery godziny skończę szesnaście lat.
Słodka szesnastka. Napisano mnóstwo opowieści, piosenek i wierszy o tym wspaniałym wieku, kiedy dziewczyna znajduje prawdziwą miłość, cały świat ma u stóp, a przystojny książę porywa ją w stronę zachodzącego słońca.
Nie sądzę, żeby ze mną miało być tak samo…
Bo Meghan Chase jest pisane pójść za głosem przeznaczenia i głosem serca na dwór króla elfów – pięknych i przerażających…

Meghan zawsze czuła się obca: w domu, odkąd zaginął jej ojciec, i w szkole, gdzie nie ma żadnych przyjaciół poza Robem. Zna go od zawsze, ale nie wie, że jej wesoły kumpel nie jest zwykłym chłopakiem… W dniu jej szesnastych urodzin – w dniu, w którym stanie się coś strasznego – Rob wyjawi jej prawdę, która odkryje przed nią świat, którego istnienia nie przeczuwała, i miłość, o jakiej nie śniła. Bo przeznaczeniem Meghan jest odegrać rolę w wojnie magicznych królestw, powstrzymać zło, jakiemu nie odważy się sprzeciwić żaden elf, i dokonać wyboru pomiędzy dwoma śmiertelnymi wrogami: swoim najlepszym przyjacielem a mrocznym księciem, który może wolałby widzieć ją martwą, niż pozwolić jej dotknąć swego lodowatego serca…

 

M.L. Wang „The Sword of Kaigen”

Okładka książki. „The Sword of Kaigen", Independently Published 2019

The Sword of Kaigen” M.L. Wang to jedna z najlepiej przyjętych przez czytelników (średnia ocen na goodreads 4,5/5 przy 12 tys. głosów), jak i recenzentów, współczesnych powieści fantasy. Porównywana do R.F. Kuang, Brandona Sandersona czy Leigh Bardugo - M.L. Wang należy do najbardziej utalentowanych i obiecujących autorek młodego pokolenia.

Matka usiłująca zapomnieć o krwawej przeszłości; Syn starający się podążyć ścieżką wojownika; Ojciec niedostrzegający niebezpieczeństwa grożącego im wszystkim. Czy rodzina Matsuda znajdzie siły by obronić swoje Imperium, gdy wichry wojny dotrą na ich półwysep? A może sami przyspieszą swój upadek, zanim prawdziwi wrogowie dotrą do ich brzegów?

Wysoko w zboczach góry lezącej na samym skraju Imperium Kaigen mieszkają najpotężniejsi wojownicy na świecie, obdarzeni nadludzką mocą, dzierżący lodowe ostrza i zdolni do manipulowania poziomem mórz. Przez setki lat wojownicy z Półwyspu Kusanagi powstrzymywali wrogów Imperium, dzięki czemu ten zamarznięty skrawek lądu zyskał miano „Miecza Kaigen”. Czternastoletni Mamoru, członek legendarnej rodziny Matsuda, od urodzenia miał tylko jeden cel: zostać doskonałym wojownikiem i bronić swojej ojczyzny. Gdy jednak obcy przybysz ujawnia mu skrywaną prawdę, Mamoru zdaje sobie sprawę, że nie zdąży ukończyć szkolenia. Co więcej – nabiera podejrzeń, że Imperium, do obrony którego został wychowany, zbudowane jest na kłamstwach. Wychodząc za mąż, Misaki pragnęła zamknąć pewien rozdział swojego życia. Postanowiła zapomnieć o brutalnej przeszłości. Ukrywa swój miecz i wszystko co łączy ją ze wspomnieniami wojowniczki, którą była w młodości. Zdeterminowana by stać się dobrą matką i gospodynią postanawia już nigdy nie używać przemocy. Jednak gdy jej dorastający syn zaczyna zadawać pytania o życie poza Półwyspem, gdy dostrzega groźbę zbliżającej się inwazji, Misaki budzi w sobie uśpionego wojownika i ponownie chwyta za miecz.

 

Karl Edward Wagner „Kane”

Okładka książki. „Darkness Weaves", Warner 1978

Ta wiadomość z pewnością ucieszy miłośników klasycznego fantasy spod znaku magii i miecza. Wydawnictwo Vesper wznowi bowiem jeden z najciekawszych, współczesnych cyklów heroic fantasy - Kane'a stworzonego przez Karla Edwarda Wagnera. Oficyna nabyła prawa do wszystkich trzech powieści i kilkunastu opowiadań jakie Wagner zdołał napisać przed swoją śmiercią. W planach wydanie całość w trzech tomach, w każdym znajdzie się jedna z powieści i kilka opowiadań ułożonych zgodnie z chronologią zdarzeń - tak aby czytelnicy mogli poznać historię Kane'a od samego początku. Wszystko oczywiście w nowym tłumaczeniu i w atrakcyjnej szacie graficznej.
 

Robert E. Howard „Conan”

Okładka książki. „Conan. Czarny Kolos", Vesper

Ikona popkultury, rozsławiona fenomenalną kreacją aktorską Arnolda Schwarzeneggera, komiksami, grami, utworami muzycznymi, setkami powieści i opowiadań licznych epigonów. Conan. I wszystko jasne. Opowiadania Roberta E. Howarda o przygodach Conana w tłumaczeniu i z posłowiem Tomasza Nowaka zebrane w dwóch tomach. Oprawa graficzna: Maciej Kamuda. Tom pierwszy nosić będzie tytuł "Czarny Kolos". Oprócz tytułowego zawierać on będzie trzynaście innych opowiadań. W tomie drugim znajdzie się pięć opowiadań, minipowieść „Godzina smoka”, esej „Epoka hyboryjska; Noty o rozmaitych ludach epoki hyboryjskiej” oraz list do P. Schuylera Millera. Oba tomy zostaną wydane w niewielkim odstępie czasowym, a być może nawet uda się wydać je jednocześnie. Wdania Vesper przygotowane zostały zgodnie z chronologią zdarzeń ze świata Conana, a nie chronologią powstawania samych tekstów.
 

Źródło: https://www.facebook.com/WydawnictwoVesper/