Stronki na blogu

niedziela, 14 lipca 2013

„Grupa przyjaciół wyjeżdża…” 2000-2013

Głosowanie na Wasze ulubione horrory z lat 2000-2013, eksplorujące motyw o wyjeździe protagonistów, dobiegło końca. Poniżej prezentuję wyniki.

Motyw wyjazdu bohaterów trwale już zakorzenił się w estetyce kina grozy. Najczęściej utożsamiany jest z krwawymi produkcjami, ze szczególnym wskazaniem na slashery i survivale, chociaż kino paranormalne również od czasu do czasu sięga po takowe zawiązanie fabularne – szczególnie w konwencji grupy osób wyruszających na eksplorację nawiedzonych obiektów. Jeśli zaś chodzi o krwawe obrazy na przestrzeni lat wykształciły one kilka integralnych miejsc, do których niezmiennie zmierzają postacie w nich występujące. Najczęściej jest to grupa młodych ludzi, przyjaciół, którzy pragną spędzić czas w towarzystwie alkoholu i przygodnego seksu, parka bliskich znajomych albo zakochani, którzy pragną spędzić troszkę czasu w wyłącznie swoim towarzystwie. Motywy takich wyjazdów są w horrorach prozaiczne, a miejsca docelowe powtarzalne, bo w ogólnym rozrachunku nie sama podróż jest ważna, ale rodzaj zagrożenia, jakie czyha na bohaterów już po dotarciu do celu. Jednakże, skoro już mamy do czynienia z powtarzalnością przyjrzyjmy się bliżej kilku integralnym miejscom, które będąc postacią filmową należy omijać szerokim łukiem.

1. Domek w lesie

Najczęściej eksplorowane niebezpieczne miejsce w horrorze. Modę na drewnianą chatkę w środku lasu, którą opanowuje czyste zło zapoczątkował w 1981 roku Sam Raimi swoim „Martwym złem”, z którego najnowsze horrory garściami czerpią inspirację. Nie tylko remake wspomnianego obrazu z 2013 roku wykorzystuje potencjał drzemiący w położonej z dala od jakiejkolwiek cywilizacji drewnianej chacie. Po takie rozwiązanie sięgnęli również m.in. twórcy „Śmiertelnej gorączki”, w której antagonistką była choroba, „Łowcy snów” opartego na powieści Stephena Kinga, w którym bohaterowie stanęli do walki z kosmitami oraz komediowo-pastiszowych obrazów typu „Dom w głębi lasu” i „Porąbani”. Czasem filmowcy odrobinę modyfikują ten motyw, zastępując drewnianą chatę większym domostwem, jak miało to miejsce w „Krwawych wzgórzach”, w których młodzi ludzie wędrując tropem legendarnego, zaginionego filmu natrafiają na stojący w środku lasu dom jego twórców.

2. Las

Jak się okazuje las to istny feromon dla protagonistów krwawych horrorów – często ich tam ciągnie, co na ogół kończy się wymordowaniem niemalże wszystkich przez różnego rodzaju sprawców. W „Drodze bez powrotu” grupa młodych ludzi, chcąc poprawić humor swojej zakochanej w przyrodzie przyjaciółce, zabiera ją do rozległych lasów, w których przyjdzie im zmierzyć się z tzw. Ludźmi Gór: zdeformowanymi na skutek kazirodczych związków ich rodziców szaleńcami, żywiącymi się ludzkim mięsem. Tutaj również wykorzystano motyw drewnianej chatki w lesie, ale nie była ona docelowym miejscem naszych bohaterów. „Lęk” z 2007 roku poszedł troszkę w inną stronę, ponieważ motywem podróży protagonistów nie był altruizm, a chęć oszołomienia grzybkami halucynogennymi – w każdym bądź razie wycieczka skończyła się dla nich podobnie, jak dla bohaterów „Drogi bez powrotu”. Tymczasem parka zakochanych z „Eden Lake” celowała raczej w jezioro położone na skraju lasu, aniżeli sam las, aczkolwiek na skutek grupki zdegenerowanych nastolatków zostali siłą zapędzeni między skąpane w cieniu drzewa. Choć XXI-wieczne horrory rzadko sięgają po tematykę camp’ową twórcy remake’u „Piątku trzynastego” po części ją wykorzystali, bo, mimo, że grupa przyjaciół, pragnąca spędzić miło czas pod namiotami nie bierze udziału w typowych obozowych realiach to i tak ląduje w takowym, opuszczonym już przybytku, położonym (a jakże!) w samym środku lasu.

3. Dom na odludziu

Wszystko jedno, czy będzie to zatęchłe domostwo rodzinki kanibali z Teksasu, do którego trafiają bohaterowie remake’u „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, czy dom z wosku, położony w małym wymarłym miasteczku w „Domu woskowych ciał”, faktem jest, że horrory, których akcja rozgrywa się w domu na odludziu dzielą się na dwie grupy – wspomniany wyżej wymuszony okolicznościami cel bohaterów, którzy początkowo zmierzali w zupełnie innym kierunku (na koncert, na mecz) lub faktyczny kierunek, w jakim zmierzają nasi protagoniści. Taką koncepcję obrali twórcy slashera „Wszyscy kochają Mandy Lane”, w którym grupa znajomych spędza wolne dni na ranczu z dala od cywilizacji albo „Bladego strachu”, gdzie dwie przyjaciółki postanawiają pouczyć się w domu jednej z nich, położonym nieopodal pól kukurydzy na kompletnym pustkowiu.

4. Zabytki

Turystyka to kolejny prozaiczny motyw protagonistów krwawych horrorów, który zapoczątkowuje ich walkę o przetrwanie. Jak sam tytuł wskazuje możemy obcować z nim w „Turistas” z 2006 roku, w którym podejrzymy nielegalny proceder pozyskiwania organów ludzkich oraz jakże malownicze brazylijskie widoczki. W „Hostelu” wraz z bohaterami filmu będziemy zwiedzać Europę, tak długo aż dotrzemy na Słowację, gdzie nasi towarzysze padną ofiarami elitarnej korporacji, zrzeszającej bogate persony, pragnące potorturować sobie bliźnich. W „Ruinach” pozwiedzamy starożytną świątynię Majów, która na nieszczęście naszych kompanów została opanowana przez krwiożercze rośliny. A w „Wolf Creek” pozachwycamy się bajeczną australijską scenerią, ze szczególnym wskazaniem na krater zwany Wolf Creek, co nie potrwa długo przez wzgląd na szaleńca grasującego w tych terenach.

5. Jaskinie

Jaskinie to dopiero raczkujące miejsca docelowe bohaterów horrorów. Najmocniej rozsławiło je brytyjskie dzieło Neila Marshalla pt. „Zejście” oraz powstała w tym samym roku „Jaskinia” Bruce’a Hunta. W tym pierwszym, bardziej znanym obrazie grupka przyjaciółek stanęła do walki z żyjącymi w ciemnościach potworkami, polującymi na mięso (wszystko jedno, czy ludzkie, czy zwierzęce), a w tym drugim kilku badaczy odkryło podwodną grotę, w której zagnieździł się nieznany gatunek żądnych krwi stworów.

Oczywiście powyższe przybytki, choć najpopularniejsze, nie są jedynymi, do których na ogół zmierzają bohaterowie slasherów i survivali. Za przykład niech posłuży „Mroczna plaża”, w której młodzi ludzie pragną oddać się surfowaniu i przygodnemu seksowi na odludnej, malowniczej plaży oraz „Zombie SS”, gdzie kontrastowo motorem napędowym są sporty zimowe w górach opanowanych przez nazistowskie żywe trupy. Takie miejsca możemy mnożyć w nieskończoność, a zasiadając przed filmem, eksplorującym omawiany motyw możemy liczyć przede wszystkim na krwawą, niewymagającą myślenia jatkę, w sam raz na nudny wieczór po ciężkim dniu:)

sobota, 13 lipca 2013

„Prześladowca” (2001)


Lewis wyrusza w długą drogę samochodem do akademika Venny, dziewczyny, za którą szaleje, aby jak na prawdziwego dżentelmena przystało odwieźć ją do domu na okres letnich wakacji. W podróży dostaje wiadomość od matki, że jego starszy brat Fuller trafił do aresztu. Nadkładając drogi Lewis odbiera go z więzienia. Przejażdżkę obu braci urozmaici zakup radia CB, za pośrednictwem którego zrobią okrutny kawał kierowcy tira. Jeszcze nie wiedzą, że trafili na bardziej bezlitosnego „dowcipnisia”, który nie cofnie się absolutnie przed niczym, aby porządnie uprzykrzyć życie swoim ofiarom.

Prawdziwy fenomen Johna Dahla – thriller bezkrytycznie powielający znane schematy kina grozy, ale w tak porywającym stylu, że aż człowiek zaczyna się zastanawiać, czy oryginalność naprawdę jest nieodzowna w przypadku dobrego filmu. „Prześladowca” to tak zwany „thriller drogi”, garściami czerpiący z tradycji innych produkcji rozgrywających się na szosie z „Autostopowiczem” Roberta Harmona na czele. No tak, ale jeśli weźmie się pod uwagę jego wtórność fabularną, to cóż takiego sprawiło, że już po pierwszym seansie wiedziałam, iż będę często do niego wracać, że oto trafiłam na produkcję, którą mogę oglądać raz po raz i nigdy mi się nie znudzi?

Pierwszym przysłowiowym „strzałem w dziesiątkę” jest obsada. Paul Walker, w którego niezmiennie wpatrywałam się, jak w obrazek, porażająco przystojny i utalentowany aktor w roli tego „dobrego brata”: rozsądnego, ułożonego, kulturalnego i twardo stąpającego po ziemi. Fuller, jego absolutne przeciwieństwo, zjawiskowo wykreowany przez Steve’a Zahna, nastawiony tylko i wyłącznie na dobrą zabawę, bezpardonowo łamiący prawo i w swój jakże uroczy sposób zjednujący sobie każdego, z kim ma okazję rozmawiać. Obaj panowie znakomicie się dopełniają, zupełnie tak, jakby byli połówkami jednej osoby, a co za tym idzie widz (szczególnie płci żeńskiej) wprost nie może oderwać od nich oczu. Z czasem obsadę zasili również damski pierwiastek, w postaci sympatii Lewisa. Choć Leelee Sobieski warsztatowo nie jest złą aktorką, ja jakoś nigdy nie pałałam do niej choćby minimalną sympatią – stąd moja obojętność względem jej postaci. „Prześladowca” widocznie dzieli się na dwie części. Pierwsza połowa to podróż dwóch szalonych braci, którzy aby zwalczyć nudę robią kawał jednemu z kierowców – za namową brata Lewis udając kobietę zaprasza go do motelu, do pokoju sąsiadującego z ich własnym, w którym zatrzymał się „nieprzyjemny” mężczyzna. Oczywiście, jak można się tego spodziewać w tym podrzędnym przybytku dochodzi do tragedii – skompromitowany kierowca poważnie okalecza niczego nieświadomego lokatora motelu, po czym spokojnie odjeżdża. Od tego momentu fabuła skupi się na natrętnym prześladowaniu dwóch przerażonych braci. Anonimowy tirowiec w sobie tylko znany sposób zdobywa informacje na ich temat i co jeszcze dziwniejsze doskonale wie, gdzie w danej chwili się znajdują. Cóż, albo posiada jakieś nadnaturalne zdolności, albo twórcom zwyczajnie nie zależało na większej logice sytuacyjnej. I w sumie, mnie też niezbyt to obchodziło, bo biorąc pod uwagę wszystkie czasem zabawne, czasem nieznośnie wręcz trzymające w napięciu wydarzenia moje wyczulenie na sensowność fabularną całkowicie zobojętniało. Nawet moment, w którym Fuller dostrzega wiadomość skierowaną do naszych protagonistów na znakach drogowych w ogóle mnie nie zirytował, pomimo zatrważająco niskiego stopnia prawdopodobieństwa, że ten ciekawie zawoalowany sposób przekazania informacji przez prześladowcę rzuci mu się w oczy. Za to scena, która nastąpiła zaraz po tym dobitnie udowodniła, że twórcy filmu posiadają wyrafinowane poczucie humoru, którym delikatnie nacechowali fabułę – tym samym mocno podnosząc jej ogólny poziom. Mowa tutaj o otwarciu bagażnika przed sparaliżowanymi ze strachu bohaterami – bracia załamują się na widok leżącego w nim radia CB, na co zdziwiona Venna pyta, czy ktoś jej powie, dlaczego ma się tego bać? Niby banalne, ale biorąc pod wagę całość, koszmar, jaki bracia przeżyli przed dotarciem do jej akademika niezmiennie wywołuje uśmiech na mojej twarz.

I w ten płynny sposób przeszłam do drugiej połowy filmu, w której do obsady dołącza Sobieski. Skąpane w gorącym słońcu pustynne wzgórza, jakże smaczne wizualnie zostaną zastąpione nocną scenerią i szybko następującymi po sobie humorystycznymi (zmuszenie braci przez tirowca do wejścia nago do przydrożnego baru) i pełnymi idealnie stopniowanego napięcia (pościg na polu kukurydzy) wydarzeniami. Jeśli miałabym być całkowicie szczera powiedziałabym, że twórcy zepsuli jedynie zakończenie. UWAGA SPOILER I nie mówię tutaj o nieodkryciu prawdziwej tożsamości sprawcy – dobrze, że pozostawiono widzów z poczuciem niewiedzy na jego temat, ale o zbyt ułagodzonym stopniu makabry. Fakt, że przeżyli absolutnie wszyscy (nie tylko trójka naszych głównych bohaterów, ale również porwana przez prześladowcę koleżanka Venny z akademika) wprowadza w finał zbyt dużą dawkę mdlącej słodkości. A nie ma nic gorszego niż happy end w thrillerze, nawet jeśli jest tylko częściowy (bo w końcu morderca przeżył) KONIEC SPOILERA.

Nie będę już dłużej słodzić tej produkcji, bo chyba większej liczby superlatyw nie da się już przekazać. Powiem jeszcze jedno i niech to wystarczy za wszystkie ewentualne komplementy: obejrzyjcie ten maksymalnie wciągający film i cieszcie się rozrywką na naprawdę wysokim poziomie! A sequel z 2008 roku możecie sobie już odpuścić, bo niestety poszedł w całkowicie inną stronę niż chciałby tego Dahl.

piątek, 12 lipca 2013

„Wyspa strachu” (2009)

Recenzja na życzenie

Grupa przyjaciół przypływa na małą wyspę, aby spędzić weekend na beztroskiej zabawie, pomieszkując w drewnianej chacie jednego z nich. Po pierwszej zakrapianej alkoholem nocy znajdują w lesie ciało dozorcy. Od tego momentu rozpocznie się ich rozpaczliwa walka z tajemniczym zabójcą, który najprawdopodobniej mści się za dawne krzywdy.

Kanadyjski, telewizyjny slasher Michaela Storey’a, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Fabuła zawiązuje się dość nietypowo (przynajmniej dla tego nurtu) – obserwujemy wydarzenia rozgrywające się po rzezi na „przeklętej wyspie”, kiedy to jedyna ocalała na potrzeby policji i psychologa sądowego z trudem przypomina sobie, jak zginęli jej przyjaciele. Gliniarz podejrzewa ją, w przeciwieństwie do lekarki, ale na skutek zeznań dziewczyny w dalszej części seansu oboje zamienią się miejscami. Nasza główna bohaterka, Jenna, której rola przypadła Haylie Duff (nie wiem, kto wpadł na pomysł obsadzenia gwiazdki komediowej w filmie grozy, bo nie da się ukryć, że efekt takiego posunięcia wypadł wręcz koszmarnie), przeniesie nas do przeszłości, abyśmy mogli podejrzeć okoliczności, które zrobiły z niej podejrzaną wielokrotnych morderstw. 

Początkowe retrospekcje posiadają wszelkie znamiona konwencjonalnego slashera. Eksploracja motywu: „grupa przyjaciół wyjeżdża…”, odludna wysepka, typowo młodzieńcza, zakrapiana alkoholem i urozmaicana kopulacją zabawa dosyć szybko zamieni się w regularną rzeź, a pytania bez odpowiedzi zaczną mnożyć się w zastraszającym tempie. Jak to zwykle w tego typu produkcjach bywa zaznajomiony z ich konwencją widz dosyć łatwo odgadnie kolejność eliminacji poszczególnych protagonistów oraz będzie musiał przecierpieć często bezpodstawne odłączanie się od grupy pojedynczych osób, ale równocześnie dzięki subtelnym sygnałom twórców zda sobie sprawę, że fabuła dąży do maksymalnie zaskakującego zakończenia, które objawi się wstrząsającą tożsamością sprawcy. Śledząc uważnie „Wyspę strachu” można bez problemu wytypować dwóch potencjalnych winnych, którzy w momencie pierwszych zgonów nie mieli towarzystwa, ale należy jeszcze wziąć pod uwagę ewentualne zmyślenia Jenny, ponieważ podobnie, jak przesłuchujący ją śledczy nie możemy być do końca pewni jej niewinności – a w wypadku jej kłamstwa liczba podejrzanych wzrośnie do czterech osób. Z czasem, szczególnie po poznaniu motywów mordercy, ta lista ulegnie znacznemu zawężeniu, co wcale nie znaczy, że łatwo będzie przewidzieć całą intrygę, która w finale odwróci fabułę o 180 stopni. Pomijając umiejętnie stopniowaną ciekawość widza i zagmatwanie scenariusza, które skutecznie przyciągnęły moją uwagę zachwyciła mnie również sceneria odludnej, malowniczej wyspy, która owszem nie pozwala osiągnąć duszącego klimatu, ale za to oferuje nam poczucie wyalienowania, zdania na własne siły i niskie IQ, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Prawie wszystkie sceny mordów żerują na znanych z innych horrorów narzędziach zbrodni typu: pistolet do gwoździ, czy wnyki, ale muszę przyznać, że jedno posiadało wszelkie znamiona oryginalności – mowa o zamknięciu dziewczyny w jacuzzi, gdzie utopiła się we wrzącej wodzie. Poziom makabry jest tutaj dosyć niski, nie uświadczymy hektolitrów krwi, za co jestem twórcom ogromnie wdzięczna, bowiem już ta odrobinka sztucznej posoki, którą miałam nieszczęście zobaczyć mocno mnie zirytowała – rozwodniona do granic możliwości, pozbawiona zarówno barwy, jak i konsystencji prawdziwej krwi. Więcej posoki w takim tanim wydaniu pewnie wywołałoby u mnie poczucie swego rodzaju surrealizmu:) 

Obsada, niestety, nie wyróżnia się niczym szczególnym, a główna bohaterka Haylie Duff, na którą mam uczulenie (podobnie, jak na jej siostrę) dodatkowo mocno irytuje. Jednak pragnę wspomnieć, że w jednej z kluczowych ról wystąpił znany wielbicielom horrorów Aaron Ashmore, który podobnie, jak jego brat bliźniak bardzo dobrze odnajduje się w tym gatunku filmowym.

„Wyspę strachu” oglądało mi się całkiem znośnie - może dlatego, że wprost uwielbiam slashery oparte na motywach grupki przyjaciół, która gdzieś tam wyjeżdża, ale myślę, że głównym powodem takiego stanu rzeczy było mocne zagmatwanie fabuły w drugiej połowie, które tak bardzo mnie zdezorientowało, że nie znalazłam drogi, która doprowadziłaby mnie do przedwczesnego rozszyfrowania całej tej doskonale przemyślanej intrygi. Lubię filmy, które oszukują widzów pokazując mu coś, co w finale znacznie się zmodyfikuje i choćby z tego powodu będę polecać ten obraz każdemu poszukiwaczowi regularnych rąbanek.

środa, 10 lipca 2013

Peter Watts „Ślepowidzenie”


Rok 2082. Ziemię otoczyły satelity należące do obcej cywilizacji. Ludzie wysyłają w przestrzeń kosmiczną statek, zwany „Tezeuszem”, którym dowodzi wampir. Celem jest dotarcie do zbliżającego się w kierunku naszej planety pojazdu Obcych – „Rorschacha”. Załoga „Tezeusza” musi zebrać jak najwięcej informacji o pozaziemskiej inteligencji i powstrzymać ją w razie, gdyby była wrogo nastawiona do rasy ludzkiej. 

Najpopularniejsza w Polsce książka kanadyjskiego pisarza, Petera Wattsa, której wysoka sprzedaż jak dotąd wymusiła na wydawnictwie Mag, aż trzy polskojęzyczne wydania. To ostatnie, w twardej oprawie, przyozdobione czarno-białymi grafikami, posiadające wszelkie znamiona edycji kolekcjonerskiej prezentuje sobą dokładnie taką formę, na jaką „Ślepowidzenie” zasługuje, co zapewne potwierdzą poważni wielbiciele science fiction. 

„Cały świat przyłapany in flagranti na panoramicznej, kombinowanej stop-klatce. Zostaliśmy obmierzeni – a czy był to wstęp do formalnego powitania, czy otwartej inwazji, pozostawało w sferze domysłów.” 

„Ślepowidzenie” to klasyczna opowieść o Pierwszym Kontakcie, która pod kątem kluczowych wydarzeń niczym szczególnym się nie wyróżnia, na tle innych tego typu książek, czy filmów science fiction. Mamy grupkę śmiałków, która w odległym Kosmosie staje do walki z pozaziemskim bytem, zaczynając od podjazdowych wybiegów, mających na celu zebranie jak największej liczby danych o przeciwniku – schwytanie tzw. wężydeł, stworów pełnych macek, badanie ich fizjonomii i umysłów. Pewnym novum są ekspedycje załogi „Tezeusza” na pokład „Rorschacha”, którego promieniowanie nie tylko wywołuje poważne szkody w ich organizmach, ale również generuje w ich głowach tytułowe ślepowidzenie – oparte na konkretnych badaniach naukowych (obecnych już dziś) wywoływanie obrazów, których nie ma oraz ukrywanie przed oczami ludzi wybranych elementów. Właśnie to wiarygodne umiejscowienie poszczególnych wątków powieści w istniejących już odkryciach naukowych sprawia, że dzieło Wattsa nabiera prawdopodobnego, iście przerażającego wymiaru. Oczywiście, nie zabrakło tutaj również czystej fikcji, nieznajdującej żadnego potwierdzenia we współczesnych odkryciach przede wszystkim technologicznych, ale to wcale nie znaczy, że fantazje autora nie mają szansy się ziścić w 2082 roku – w końcu aż tak nieprawdopodobne nie są. Kto wie, czy w przyszłości nie będziemy komunikować się przez tzw. ConSensus, który pozwoli nam na wzmożoną egzystencję wirtualną kosztem tej rzeczywistej (w końcu już po części to robimy, za pośrednictwem Internetu) oraz będziemy mieli możność badania najdalszych krańców Kosmosu, na pokładzie „myślącego” statku. 

„Mózg to maszyna do przetrwania, nie wykrywacz prawdy. Jeśli do przetrwania trzeba się samooszukiwać, mózg kłamie. Przestaje zauważać… nieistotne rzeczy. Prawda się nie liczy. Tylko przeżycie. I teraz już w ogóle nie doświadczacie świata takim, jaki jest. Żyjecie z symulacji zbudowanej z założeń. Uproszczeń. Kłamstw. Cały gatunek standardowo cierpi na agnozję. Rorschach nie robi wam nic, czego byście sobie sami nie robili.” 

Kolejnym mocnym elementem „Ślepowidzenia” są bohaterowie. Narrator i równocześnie główny protagonista, Siri Keeton, to chyba najbarwniejsza postać powieści, szczególnie pod kątem jego stylu życia. Człowiek, który gromadzi w swym umyśle wszystkie istotne fakty, nie rozumiejąc ich, ale równocześnie potrafiąc wszystko objaśnić każdemu, kto tylko zechce słuchać. Nieznający pojęcia subiektywizmu i prawie nieposiadający uczuć, które byłyby władne zaburzyć jego w pełni obiektywny sposób rozumowania. Kapitanem statku jest wampir, Jukka Sarasti, co pewnie wielu potencjalnym czytelnikom wyda się ukłonem autora w stronę współczesnej mody na pseudowampiy – nic bardziej mylnego, bo choć Sarasti walczy po stronie ludzkości posiada też wszelkie cechy prawdziwego krwiopijcy, które tłumi dzięki postępowi ewolucji. Zresztą genealogia wampirów w wydaniu Wattsa jest równie starannie przemyślana i nadzwyczaj oryginalna, co wszelkie aspekty naukowe, pojawiające się w książce. Ostatnią bohaterką, która niezmiernie mnie zainteresowała (jest ich więcej, ale pozostali raczej nie wyróżniają się niczym nadzwyczajnym) jest Susan James, która dobrowolnie poddała się rozszczepieniu osobowości na cztery różne byty egzystujące ze sobą w pełnej komitywie (w przyszłości ponoć dzielenie swoich jaźni będzie w modzie). 

„Przypisujecie jej ogromne znaczenie, prawda? To właśnie ona wynosi was ponad bydlęta, ona czyni kimś szczególnym. Homo sapiens, mówicie o sobie. Człowiek Rozumny. Ale czy wy w ogóle wiecie, co to jest, ta świadomość, na którą się w tak egzaltowany sposób powołujecie? Wiecie w ogóle, do czego ona służy?” 

„Ślepowidzenie” nie jest tylko powieścią o oklepanym Pierwszym Kontakcie, ponieważ Watts 
próbuje wznieść się ponad to, wejrzeć w głąb ludzkiej i obcej świadomości, aby odkryć przerażające, acz jakże prawdziwe treści, które z pewnością spędzą sen z powiek niejednemu czytelnikowi. Pod przykrywką tej całej walki z pozaziemską cywilizacją autor w pełni obiektywnie prześwietla ludzkość, nie wystawiając jej pozytywnej recenzji, bo niby czemu ma na to zasługiwać? Sprawdźcie sami, czym dla Wattsa jest nasza tożsamość i inteligencja, ale pamiętajcie, że jego tezy opierają się na rzeczywistych badaniach uczonych, bo ten fakt z pewnością dodatkowo wykreuje w waszych głowach niepokojące obrazy nas samych, wywracając waszą percepcję do góry nogami. To prawdziwe odkrycie literatury science fiction – coś, czego nigdy się nie zapomina!  


Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu