Stronki na blogu

wtorek, 6 maja 2014

„Wolf Creek 2” (2013)


Turyści z Niemiec, Katarina i Rutger, podróżują autostopem przez Australię, zwiedzając najciekawsze miejsca. Po obejrzeniu słynnego krateru w parku narodowym rozbijają namiot. W nocy zaskakuje ich Mick Taylor, który rozmiłował się w polowaniach na turystów. Atak na Niemców zwraca uwagę podróżującego Brytyjczyka, Paula, który przypadkiem zostaje wciągnięty do morderczej rozgrywki z Taylorem.

„Wolf Creek” Grega McLeana z 2005 roku cieszył się sporą oglądalnością, aczkolwiek opinie większości widzów były raczej chłodne. Doceniony przez krytykę, czego dowodem choćby nominacje do kilku nagród, ale dyskredytowany przez osoby nieprzepadające za hybrydami survivali z torture porn oraz długimi rozwinięciami akcji. Pierwsza połowa „Wolf Creek”, w trakcie której świadkujemy długiej podróży kilku turystów po pustynnych terenach Australii mnie w przeciwieństwie do innych niezadowolonych odbiorców bardzo urzekła. Rzadko mam okazję tak długo towarzyszyć bohaterom krwawych horrorów przed ich eliminacją, a taki zabieg pozwolił mi mocno się z nimi zżyć. Aż osiem lat trzeba było czekać, aż reżyser przebrnie przez wszystkie formalności i nakręci sequel swojego najbardziej znanego obrazu. Teraz sam przyznaje, że w międzyczasie niepotrzebnie oddał się produkcji „Zabójcy” z 2007 roku, bowiem kontynuacja „Wolf Creek” wypuszczona niedługo po pierwowzorze na pewno przyciągnęłaby uwagę większego grona odbiorców. Teraz, kiedy w końcu doczekałam się tego długo zapowiadanego sequela wiem, że zdecydowanie nie było warto.

Podobnie, jak część pierwsza kontynuacja opatrzona jest etykietką „oparto na prawdziwych wydarzeniach”. Choć w tym przypadku te fakty są ponoć zainspirowane zeznaniami mężczyzny, który przeżył starcie z szalonym Mickiem Taylorem, a obecnie przebywa w zakładzie psychiatrycznym, co już każe wątpić w prawdziwość jego słów – jeśli oczywiście cały ten zabieg nie jest tylko tanim chwytem marketingowym. McLean pisząc scenariusz „Wolf Creek 2” trzymał się starej zasady głoszącej, że każdy sequel krwawego horroru musi odznaczać się większą akcją niż w jedynce i większą liczbą zgonów. Tak, więc mamy antagonistę znanego z pierwowzoru, rozmiłowanego w czarnych dowcipach, nieustraszonego łowcę, Micka Taylora (ponowne znakomicie wykreowanego przez Johna Jarratta), który przemierza australijskie pustkowia w poszukiwaniu turystów. Do mordowania napotkanych osobników używa głównie strzelby, ale znalazło się również miejsce na krótką scenę dekapitacji za pomocą noża oraz odcinania palców piłą tarczową. I to w zasadzie tyle, jeśli idzie o sceny mordów, które niestety nie czerpały z jedynki, a więc z estetyką torture porn nie mają nic wspólnego - sztuczna realizacja i zbyt małe skupienie na anatomicznych szczegółach to uniemożliwiły. Mniej więcej 80% filmu jest survivalem, podlanym zawrotną akcją, która niszczy wszelkie zalążki klimatu wyalienowania. A szkoda, bo już samo miejsce akcji - skąpane w gorącym słońcu malownicze australijskie pustkowia – otworzyło McLeanowi furtkę do stworzenia niezapomnianej atmosfery. Gdybyż tylko nie skusił się tym „niekończącym się” pościgiem samochodowym… Ehh, szczerze mówiąc myślałam, że już tego nie przetrwam. Przez niemalże całą środkową część filmu Taylor niezmordowanie jedzie za uciekającym Paulem, próbując zepchnąć go z drogi. Ale to nie wszystko. W pewnym momencie twórcy chyba zauważyli, że ta ich „zawrotna akcja” nieopatrznie wpadła w odmęty daleko idącej monotonii, a więc aby nieco urozmaicić scenę pościgu wepchnęli kilka kangurów pod koła, mając chyba nadzieję, że owa sekwencja nie będzie aż tak żałosna, jak w ostateczności się okazała… Jedynie przekombinowanie irytuje mnie w horrorach mocniej od scen pościgu, a chyba nikt nie powie, że te kangury nie były nieudaną próbą postawienia na nogi nieubłaganie chylącego się ku upadkowi scenariusza.

Kiedy już udało mi się przebrnąć przez większą część seansu, która więcej miała wspólnego z tanią sensacją, aniżeli kinem grozy zostałam nagrodzona udaną końcówką. To znaczy, pomijając żałosny test znajomości Australii, którym Taylor katuje swoją ofiarę oraz ich wieczorek wokalny. Prawdziwy horror ma miejsce w trakcie finalnego krążenia niedoszłej ofiary Micka po pełnych rozkładających się ciał podziemnych korytarzach. Ale to tylko jakieś dziesięć-piętnaście minut seansu. Raczej nie warto tracić niemalże dwóch godzin życia, aby to zobaczyć.

„Wolf Creek 2”, jako survival czy torture porn w moim odczuciu w ogóle się nie sprawdza. Możliwe, że trafi w gusta wielbicieli sensacji, bo akurat elementów typowych dla tego gatunku filmowego jest w nim najwięcej. Mnie zachwyciła jedynie piękna australijska sceneria. Końcówkę też mogę określić mianem udanej, ale nie na tyle, ażebym długo o niej pamiętała. A więc w ogólnym rozrachunku mamy kolejną rąbankę, która jak na tego rodzaju kino jest zaskakująco mało krwawa, za to pełna akcji, która zabija wszelkie zalążki klimatu. Moim zdaniem swoją przygodę z „Wolf Creek” lepiej ograniczyć do pierwowzoru, bo kontynuacja poza bzdurną sceną z kangurami nie oferuje niczego, czego już wcześniej w survivalach nie było.  

poniedziałek, 5 maja 2014

„Contracted” (2013)


Samantha zostaje zaproszona przez swoją przyjaciółkę, Alice, na domówkę. Aby odreagować niesnaski ze swoją dziewczyną Sam szuka pocieszenia w alkoholu. Kiedy jest już mocno podpita nagabuje ją nieznajomy mężczyzna, BJ. Szybki seks w samochodzie już nazajutrz skutkuje niemiłymi konsekwencjami. Początkowo Samantha jest przekonana, że złe samopoczucie jest wynikiem zwykłego kaca, ale coraz poważniejsze objawy każą jej przypuszczać, że padła ofiarą jakiejś choroby przenoszonej drogą płciową.

Horror twórcy „Madison County”, Erica Englanda, przez krytyków porównywany do kanadyjskiego „Thanatomorphose” z 2012 roku, nie bez powodu, bo zbieżności fabularne, aż nadto rzucają się w oczy. Tak zwani znawcy podzielili się w swoich opiniach na temat „Contracted” na dwa obozy – jedni docenili zamysł Englanda, a inni prześcigali się w niepochlebnych recenzjach. Dla mnie seans tego filmu był prawdziwie sentymentalną podróżą do czasów świetności body horrorów, które obecnie odchodzą w zapomnienie.

Systematyczny rozpad ludzkiego ciała – to myśl przewodnia „Contracted”, w dodatku pomimo niskiego budżetu przedstawiony niezwykle realistycznie. Profesjonalna, acz wyzbyta z wszelkiego efekciarstwa realizacja sprawiła, że już od pierwszych minut seansu wiedziałam, że trafiłam w przysłowiową dziesiątkę. England ma w głębokim poważaniu zdobycze nowoczesnej technologii (i chwała mu za to) – przenosi swoich widzów do czasów świetności filmowego horroru, kiedy to prym wiodły fizycznie obecne na planie rekwizyty oraz przerażające charakteryzacje. Już samo to powinno zachęcić zagorzałych wielbicieli prawdziwych, nieupiększanych efektami komputerowymi straszaków, jeśli jakimś cudem potencjał tkwiący w fabule filmu będzie dla nich niezauważalny.

Przez wzgląd na podobieństwa do zamysłu „Thanatomorphose” nie mogę przyznać Englandowi oryginalności, aczkolwiek jestem przekonana, że znajdzie się ogromna rzesza odbiorców, która nie miała jeszcze styczności z takim podejściem do nurtu zombie movies. Twórcy już od pierwszych etapów przemiany Samanthy dają nam do zrozumienia, w co tak naprawdę ewoluuje dziewczyna (tutaj żadnego zaskoczenia miało nie być), jasno sugerują, że wkrótce stanie się żywym trupem, jakich pełno w światowej kinematografii. Siła tego obrazu tkwi w powolnym procesie przemian fizycznych, klimacie oraz podtekstach. Otóż, mamy młodą kobietę, która usilnie poszukuje swojego miejsca na świecie. Jej osobowościowy bunt (jak to widzi jej matka, gwiazda kina grozy z dużym stażem, Caroline Williams) objawia się przede wszystkim eksperymentowaniem ze swoją seksualnością. Po poznaniu niepokornej lesbijki, Nikki, Sam zmienia orientację na homoseksualną, uzależnia się od swojej dziewczyny i odrzuca wszelkie zaloty płci przeciwnej, ku niezadowoleniu matki. Choć nasza bohaterka ma wąskie grono przyjaciół najlepiej czuje się w towarzystwie Nikki i hodowanych przez siebie kwiatów, dlatego raczej nie dziwi, że po odkryciu dziwnej choroby toczącej jej organizm przenoszonej drogą płciową (England tutaj przestrzega przed przygodnym seksem i niebezpieczeństwem gwałtu) nie jest skora do szukania pomocy u kogokolwiek, poza lekarzem pierwszego kontaktu. Klimat „Contracted” przywodzi na myśl takie obrazy, jak „May”, „American Mary”, czy „Excision”. England zadbał, aby w parze z delikatnymi scenami gore szła surowa atmosfera wszechobecnego rozkładu. Jak się okazuje takie oszczędne podejście do tematu robi bardziej wstrząsające wrażenie, aniżeli hektolitry sztucznej posoki bryzgającej po ścianach. Rozpad cielesny Samanthy jest wręcz odczuwalny na skórze widza i nie tylko dlatego, że twórcy szczególny nacisk położyli na realizm akcentów gore, ale również dzięki odtwórczyni roli głównej. Utalentowana Najarra Townsend sprawiła, że pomimo trudnej, chwilami wręcz dziwacznej charakterologii jej kreacji paradoksalnie wprost nie sposób się z nią nie utożsamić. Jeśli ktoś zdoła w takim samym stopniu jak ja wczuć się w niewygodne położenie Samanthy i w równie niewygodny sposób odbierze ten chory klimat filmu poczuje się naprawdę nieswojo. Wystarczy zadać sobie pytania: co też ja uczyniłbym na miejscu Sam? Jak bym się czuł, gdyby moje ciało nagle z dnia na dzień zaczęło obumierać na moich oczach? Odpowiedzi być może zagwarantują wam taką schizę, jak mnie, a to klucz do właściwego przeżywania „Contracted”.

Przeprowadzając nas przez kolejne etapy przemian zewnętrznych Samanthy England sięgnął wyżyn body horroru. Minimalizm to recepta na daleko idący realizm i reżyser bez wątpienia zdawał sobie z tego sprawę. Zaczyna się dosyć niewinnie – od obfitego krwotoku z pochwy, podkreślonego pojedynczym robakiem wypadającym ze środka (to robactwo, toczące organy rozrodcze Samanthy było prawdziwie odstręczającym strzałem w dziesiątkę). Z czasem kobieta zacznie ni z tego, ni z owego słyszeć trudny do zniesienia hałas, a jej ciało zaczną znaczyć delikatne żyłki prześwitujące przez skórę. Wypadanie zębów, włosów i paznokci (to ostatnie robi naprawdę niemiłe wrażenie – bardzo powolne odrywanie paznokcia na naszych oczach… brrr!), odpadnięcie strzępka skóry przy ustach i wreszcie prawdziwie elektryzująca charakterystyka żywego trupa tuż przed końcowym etapem przemiany. Podbiegłe krwią oczy, z którego jedno zachodzi koszmarnym bielmem w połączeniu z zepsutymi zębami i żyłami wijącymi się po twarzy Sam sprawiły, że całkiem inaczej spojrzałam na tematykę zombie. Dotychczas w kinematografii dane mi było obserwować jedynie efekt końcowy, który nie robił na mnie większego wrażenia. Zupełnie inaczej sprawa ma się w przypadku powolnej degeneracji. Czy byłam zniesmaczona? Oczywiście, że tak, co zaskakuje biorąc pod uwagę raczej delikatne podejście do aspektów gore. Wszystko załatwiło powolne ujęcie tematu, zamiast daleko idącej akcji, która zawsze zabija klimat.

Kocham ten film. Właściwie tyle mogłabym powiedzieć gwoli podsumowania. Czy to kogoś zachęci do seansu nie wiem, ale jestem przekonana, że wielbiciele starszego kina grozy, kręconego z wykorzystaniem rekwizytów, aniżeli bzdurnego CGI oraz entuzjaści body horrorów i nietypowych rozwiązań w zombie movies wiele stracą, jeśli odpuszczą sobie ten film, bo jest w nim wszystko, czego prawdziwy szoker potrzebuje. Natomiast pod inny adres odsyłam poszukiwaczy daleko idącego efekciarstwa i zawrotnego tempa akcji, bo tego na pewno tutaj nie uświadczą.

sobota, 3 maja 2014

Veit Etzold „Cięcie”


Nadkomisarz Clara Vidalis z wydziału psychopatologii komendy policji w Berlinie otrzymuje krótki snuff movie, na którym nadawca podrzyna gardło przerażonej kobiecie. Gdy wraz ze swoimi kolegami dociera na miejsce zbrodni odkrywa, że kobieta została zmumifikowana, a jej zgon nastąpił parę miesięcy wcześniej. Niedługo potem morderca, który nadał sobie miano Bezimiennego ponownie kontaktuje się z Clarą, pragnąc wyjawić jej miejsce spoczynku jego kolejnej ofiary. Policjantka jest przekonana, że zwłok jest o wiele więcej, że leżą gdzieś w zamkniętych mieszkaniach, a ich rodzina i znajomi są przekonani, że nadal żyją. Tylko dlatego, że miesiącami po swojej śmierci są aktywni na portalach społecznościowych i randkowych. Bowiem nazwany przez prasę Facebookowym Żniwiarzem seryjny morderca wykorzystuje swoje informatyczne zdolności, żeby podtrzymywać wirtualny byt swoich ofiar, który we współczesnym świecie jest tożsamy z prawdziwym życiem. Dzięki między innymi Facebookowi może wyszukiwać kolejne ofiary, ale również już po ich zamordowaniu podtrzymywać w świadomości ich rodzin i znajomych przekonanie, że nadal żyją i mają się dobrze. Wielka cybernetyczna przestrzeń jest jego miejscem żerowania, a Clara mimowolnym widzem jego spektaklu zbrodni.

Debiutancka powieść niemieckiego autora, Veita Etzolda, która zyskała sporą międzynarodową popularność. Polskie wydanie może poszczycić się znakomitą okładką, na co rzadko zwracam uwagę, ale w tym przypadku wydawcy idealnie trafili w mój gust. Cenię sobie minimalizm, ale z pomysłem, a zwykły srebrny napis z wyciętymi w tekturze cięciami przyciąga uwagę, przy okazji obiecując prawdziwie elektryzującą treść. I tak też jest w istocie, bo chyba nikt nie zarzuci Etzoldowi minimalnego wykorzystania potencjału, nadal pomimo tak szerokiej eksploatacji w literaturze światowej, drzemiącego w psychothrillerach o seryjnych mordercach.

„Internet to nie tylko najpotężniejsze medium komunikacyjne i najobszerniejsza skarbnica wiedzy. Internet to również największe na świecie miejsce zbrodni. Można znaleźć tu wszystko – od dziecięcej pornografii aż po brutalne do granic filmiki – niektóre prawdziwe, a niektóre zagrane […] Wszystko to dostępne dla wszystkich i widoczne dla całego świata czyni z Internetu współczesny pręgierz i targowisko obsceniczności, wynaturzeń i zboczeń; równoległy świat pozbawiony zasad, gdzie każda żądza, każde chore pragnienie, najobrzydliwsze fantazje i najbardziej przerażające wizje mogą zostać zaspokojone i zrealizowane.”

Kinematografia już jakiś czas temu skonfrontowała nas z zagrożeniami, które niesie ze sobą Internet. Najbardziej znanym filmem o komputerowym mordercy, który wykorzystuje cyberprzestrzeń do swoich zbrodniczych celów jest „Nieuchwytny” Gregory’ego Hoblita z 2008 roku z Diane Lane w roli głównej. Veit Etzold poszedł w podobnym kierunku, tworząc swojego Bezimiennego, który za pośrednictwem portalów społecznościowych i randkowych wyszukuje ofiary, kontaktuje się z nimi, umawia, a na końcu atakuje. Swoje morderstwa nagrywa, a ciała mumifikuje, aby po miesiącach w dogodnym dla siebie momencie przesłać filmik berlińskiej policji. A konkretniej profilerce i psycholożce, Clarze Vidalis, z którą czuje osobistą więź i którą najbardziej pragnie wciągnąć w swoją chorą grę. Borykająca się z traumatyczną przeszłością policjantka, której życiową misją jest eliminowanie seryjnych morderców stanowi znakomity materiał na bohaterkę serii, którą mam nadzieję, „Cięcie” zapoczątkuje. Pozornie typowa, twarda policjantka, jakich wiele w literaturze kryminalnej, ale dzięki jej wewnętrznym, skrywanym przed światem słabościom ma w sobie jakąś ambiwalentność, która intryguje. Równolegle ze śledztwem autor konfrontuje nas z perypetiami pewnego producenta, Alberta Torino, który stara się zrealizować telewizyjne show, będące znakiem naszych zepsutych czasów. Zatytułowany „Shebay” ma być wulgarnym pokazem miss, w którym internauci i publiczność w studiu mają decydować o zwyciężczyni, która z kolei nagrodzi jednego szczęśliwca spośród głosujących upojną nocą pod okiem kamer. Raczej nietrudno się domyślić, jaką rolę „Shebay” odegra w działalności naszego antagonisty, ale autor dodał ten wątek również z potrzeby moralizatorskiej. Właściwie w całą fabułę „Cięcia” wtrącał swoje przemyślenia na temat zagrożeń płynących z Internetu oraz zepsucia współczesnych odbiorców, którzy potrzebują coraz to wulgarniejszych i okrutniejszych doznań, dostarczanych im za pośrednictwem krótkich zwyrodniałych filmików w Sieci oraz tak zwanych reality show. Tymi przesłaniami Ezold rzeczywiście trafił w punkt, bo chyba każdy, kto obserwuje kondycję współczesnego świata przyzna mu rację. Te moralizatorskie wstawki są jak najbardziej na czasie, a co najważniejsze idealnie wpasowują się w oś fabularną.

Choć fabuła, pomimo swojej małej oryginalności, dostarczyła mi silnych wrażeń i wprost zachwyciła mnie nieustającą akcją, podlaną psychologicznym sosem to autorowi nie udało się ustrzec kilku drobnych mankamentów. Dialogi są odrobinę niedopracowane – chwilami poszczególni bohaterowie wręcz powtarzają to samo, co wyartykułowali ich przedmówcy, tylko innymi słowami. Na to można przymknąć oko, szczególnie jeśli obcuje się z niemiecką literaturą, która częstokroć konfrontuje nas z tego rodzaju topornością warsztatową, ale procesów dochodzenia do prawdy przez śledczych nie sposób zignorować. Otóż, nasi policjanci „posiedli moc”, która niezmiennie irytuje mnie w literaturze kryminalnej. Właściwie nie dysponując żadnymi dowodami, na podstawie tylko i wyłącznie domysłów, które przyjmują za prawdę szybko rozpracowują profil psychologiczny sprawcy, który w rezultacie okazuje się, jak najbardziej trafiony. Nie przepadam za „jasnowidzącymi” profilerami zarówno w kinematografii, jak i literaturze, dlatego te naciągane procesy dedukcyjne mocno wybijały mnie z rytmu. Gdyby nie ciekawe modus operandi mordercy i nieustająca akcja „Cięcia” z pewnością przesądziłyby o mojej ocenie, ale przez wzgląd na dopracowanie innych aspektów fabuły jakoś je przełknęłam, pozostając z nadzieją, że druga powieść Etzolda będzie już bardziej dopracowana.

Mając przed oczami całościowy obraz „Cięcia” myślę, że mogę z powodzeniem polecić tę powieść wielbicielom psychothrillerów o seryjnych mordercach, nawet biorąc pod uwagę kilka jej mankamentów. Intrygująca protagonistka i antagonista, elektryzujące modus operandi sprawcy, zawrotne tempo akcji i przede wszystkim aktualne przesłania, mogące być przestrogą dla nieuważnych internautów przesądziły o moim zadowoleniu. Nawet, jeśli znalazło się parę akcentów, które mnie irytowały to i tak jestem przekonana, że „Cięcie” nie jest ostatnim słowem Veita Etzolda na rynku wydawniczym. Z taką znajomością gatunku można domniemywać, że pisarz jeszcze niejeden raz nas zaskoczy.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Baza recenzji Syndykatu ZwB    

czwartek, 1 maja 2014

„The Human Race” (2013)


Spora grupa ludzi budzi się w oddalonym od cywilizacji miejscu. Tajemniczy głos znikąd informuje ich, że biorą udział w wyścigu, w którym stawką jest życie. Nakazuje im biec po odgrodzonej od świata trasie, pamiętając o kilku regułach, które zagwarantują przeżycie. Jeśli ktoś zboczy na trawę bądź zostanie dwukrotnie przez kogoś minięty, zginie. Zwyciężyć może tylko jedna osoba, a wszystkie chwyty, łącznie z eliminacją konkurencji, są jak najbardziej dozwolone.

Niskobudżetowy horror science fiction Paula Hougha, na podstawie jego własnego scenariusza. Fabuła filmu, choć troszkę przywodząca na myśl „Wielki marsz” Stephena Kinga mogłaby stać się punktem wyjściowym do wielkiego hiciora, gdyby tylko dać jej autorowi szansę i zainwestować w produkt końcowy. Nie na tyle, aby przekształcić „The Human Race” w efekciarskie hollywoodzkie widowisko, bo to zepsułoby cały efekt, ale profesjonalna realizacja i przyzwoita obsada znacznie poprawiłyby ogólne wrażenia z seansu. Ale niestety niski budżet sprawił, że moje odczucia do „The Human Race” nieustannie balansowały pomiędzy dwiema sprzecznościami. Z jednej strony zachwycałam się pomysłową fabułą, a z drugiej irytowałam amatorskim wykonaniem.

Hough przedstawia nam kilkadziesiąt osób, które wbrew sobie muszą wziąć udział w wielkim wyścigu po życie. Wśród nich znajdują się zarówno ludzie w średnim wieku, jak i niemogący samodzielnie się poruszać staruszek, mężczyzna z amputowaną nogą, dziecko i ciężarna kobieta. Przez wzgląd na różne kondycje fizyczne szanse nie są wyrównane, a zasady wprowadzone przez rozlegający się zewsząd tajemniczy głos, który jest słyszalny również dla dwójki głuchych uczestników, dodatkowo wszystko komplikują. Już po krótkim zapoznaniu się z jedną z bohaterek będzie nam dane przekonać się, jak kończą osobnicy, którzy złamią którąś z obowiązujących reguł. Zbaczając z asfaltu na trawnik dziewczynie pod wpływem jakiegoś niezidentyfikowanego ciśnienia z wewnątrz dosłownie eksploduje głowa. A głos informuje wszem i wobec, ile osób pozostało w rozgrywce. Wyjścia z tego impasu nasi bohaterowie nie mogą szukać w niesubordynacji, bowiem odmowa wzięcia udziału w wyścigu będzie skutkować śmiercią, po dwukrotnym wyminięciu takiego śmiałka przez któregoś z pozostałych uczestników. Z tego wynika, że wyjściem jest tylko połączenie sił w zbiorowym buncie. Dwóch weteranów wojennych, Justin i jednonogi Eddie, próbują zmusić ludzi do współpracy, aby uratować schorowanego staruszka przed drugim wyminięciem, ale szybko odkrywają, że jak to zazwyczaj w sytuacjach ekstremalnych bywa, coś takiego jak solidarność nie istnieje. Poczynaniami uczestników wyścigu kierują dwa silne instynkty: chęć przeżycia i potrzeba bycia numerem jeden. Alegoria do współczesnego materialistycznego świata, w którym ludzie są w stanie zrobić absolutnie wszystko, aby nawet po trupach dojść do bogactwa i sławy jest aż nazbyt widoczna. To główne przesłanie „The Human Race”, a pozostałe, przede wszystkim krwawe ozdobniki mają jedynie podkreślić tę brutalną prawdę.

Zdaję sobie sprawę, że demonizowanie rasy ludzkiej nie jest w kinie grozy niczym nowym. Ileż to już mieliśmy obrazów, które wywoływały w nas obrzydzenie na widok haniebnych zachowań człowieka w sytuacjach ekstremalnych, w których do głosu dochodzą jego najniższe instynkty? Ale taka problematyka, pomimo swojej schematyczności niezmiennie przyciąga moją uwagę. I tak też było i tutaj. Hough na szczęście nie decydował się na żadne półśrodki – pokazał nam człowieka w całej jego obdartej z wszelkich norm moralnych, obmierzłej okazałości. Skazanie na śmierć staruszka, dziecka i ciężarnej kobiety to żaden problem dla chcącego wygrać uczestnika wyścigu. Moment, w którym jeden z takich zdegenerowanych osobników mija brzemienną kobietę, co skutkuje eksplozją głowy jej nienarodzonego dziecka, który pod wpływem siły odrzutu przebija jej ciało i w strzępach ląduje na posadzce jest naprawdę wstrząsający. Ale nie przez wzgląd na realizację efektu gore, bo pomimo pomysłowego sposobu eliminacji poszczególnych bohaterów jest ona równie amatorsko wizualizowana jak cały ten obraz. Największe wrażenie robi postawa rasy ludzkiej, która nie cofnie się nawet przed mordowaniem słabszych, aby osiągnąć swój cel. Jak można się tego spodziewać z czasem niektórzy postawią na bardziej zdecydowane ataki na konkurentów - próbę gwałtu i umyślne wypychanie biegnących na trawę. Jednym słowem: cała paleta wszystkich haniebnych postaw zezwierzęconej rasy ludzkiej. Pod koniec zostanie nam tylko jeden racjonalny, pozytywny bohater, który niestety również będzie musiał przyjąć reguły gry pozostałych, aby przeżyć. I tak aż do moim zdaniem idiotycznego zakończenia, które zamiast szokować pozostawia widza z uczuciem wielkiej konsternacji.

Jak już wspominałam realizacja woła o pomstę do nieba. Dosłownie wszystko, począwszy od pracy kamery, przez kolor i konsystencję sztucznej krwi po obsadę i dialogi jest tak toporne, że chwilami, aż płakać się chce, że Hough nie pozyskał większego budżetu na tak interesujący film. Z aktorów najbardziej irytuje Trista Robinson, kreująca głuchą dziewczynę. Nie wiem, jaki miała cel w tym przesadzonym miganiu i pełnej egzaltacji mimice, ale jedyne co osiągnęła to moje niepohamowane wybuchy śmiechu, ilekroć pojawiła się na ekranie. Czy reżyser nie poinformował jej, że jak nie potrafi się grać lepiej postawić na minimalną gestykulację i uzewnętrznianie uczuć twarzą zamiast tej daleko idącej przesady? Przy niej pozostała część obsady wypada wręcz gwiazdorsko – ale tylko przy niej, bo jeśli wziąć pod uwagę ogólny warsztat dzisiejszego aktorstwa to nie pozostaje nic innego, jak zaduma nad zasadnością zatrudniania tego typu jednostek.

„The Human Race” mogę polecić jedynie osobom zaznajomionym z niskobudżetowymi horrorami, którym niestraszna amatorska realizacja. Bezkompromisowa fabuła z oklepanym, ale jakże prawdziwym przesłaniem naprawdę zasługuje na uwagę wielbicieli kina grozy, ale tylko po przygotowaniu się na toporne wykonanie.