Stronki na blogu

niedziela, 6 lipca 2014

Markiz de Sade „Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu”


Początek XVIII wieku. Zamożni libertyni, książę de Blangis, prezydent de Curval, Durcet i biskup, kompletują kilkadziesiąt osób obojga płci w różnym wieku. Wraz ze swoimi ofiarami zamykają się w leżącym z dala od cywilizacji zamku Silling, gdzie ich głównymi rozrywkami na cztery zbliżające się miesiące mają być perwersyjne opowieści czterech prostytutek, Duclos, Champville, Martaine i Desgranges, których fragmenty libertyni będą wcielać w życie.

Donatien Alphonse Francois de Sade, francuski pisarz wyklęty, od nazwiska którego pochodzi termin sadyzm (w odniesieniu do zaburzeń seksualnych). Libertyn, który sporą część życia spędził w więzieniach, pod koniec XVIII wieku ciesząc się sporą poczytnością wśród Paryżan, ale równocześnie borykając z władzą, która dokładała wszelkich starań, aby zniszczyć jego najbardziej kontrowersyjne dzieła. Jego odważne tezy, jak na okres, w którym przyszło mu żyć (moim zdaniem minął się z epoką) bulwersowały nagromadzeniem wszelkiego rodzaju zboczeń, przemocy i bluźnierstwa nie tylko francuskie władze, ale również Kościół katolicki, który nie omieszkał wciągnąć dzieł de Sade’a do niesławnego watykańskiego Indeksu Ksiąg Zakazanych. Powstanie jednej z najpopularniejszych powieści Markiza, „Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu”, datuje się na 27 listopada 1785 roku. Dzieło to powstawało w trakcie odbywania przez de Sade’a kary w Bastylii, która została zdobyta przez Paryżan krótko po przeniesieniu autora do szpitala psychiatrycznego Charenton . W trakcie szturmu rulon z niedokończonym tekstem „Stu dwudziestu dni Sodomy” zaginął i chociaż Sade poświęcił sporą część życia na jego poszukiwania, umarł w przeświadczeniu, że utracił go bezpowrotnie. Po długim przekazywaniu z „rąk do rąk” przez przypadkowych właścicieli w XX wieku manuskrypt ujrzał światło dzienne, bulwersując kolejne pokolenia, aż po dziś dzień, ale jednocześnie zachwycając poważnych badaczy literatury. W 1975 roku Pier Paolo Pasolini zaadaptował powieść pod tytułem „Salo, czyli 120 dni Sodomy” i został zamordowany krótko przed premierą filmu.

„Sto dwadzieścia dni Sodomy” składa się z czterech części, które różni osoba narratorki pobudzająca libertynów, oddających się najbardziej zwyrodniałym perwersjom w murach zamku Silling oraz tematyka jej opowieści. Jako, że Sade’owi niedane było dokończyć książki jedynie pierwsza część, poświęcona opowiadanym przez Duclos tak zwanym namiętnościom prostym wydaje się mniej więcej pełna, pozostałe, czyli namiętności podwójne, zbrodnicze i mordercze przedstawiono w formie planu, który miał zostać przez autora rozbudowany, do czego oczywiście nigdy nie doszło. Poziom trudnego do wytrzymania bezeceństwa tej powieści determinują bohaterowie. Sade skupia się głównie na okrutnych libertynach i równie zepsutych narratorkach-prostytutkach, ich ofiary sprowadzając do ról przedmiotów, służącym ich wyszukanym perwersjom. Czytelnikowi niedane jest zidentyfikować się z którąkolwiek z postaci, bo choć trzy żony libertynów (i córki, bo w końcu nasi antagoniści pożenili się z latoroślami swoich przyjaciół) wydają się być jedynymi zdrowymi psychicznie osobami w Silling, de Sade celowo unika ich dogłębnej charakterystyki, starając się również wzbudzić jak największą niechęć do kobiet. Wszystko, co autor, z niejakim szacunkiem pisze o antagonistach i ich filozofii ma na celu zsolidaryzować czytelników z ich sylwetkami, wzbudzić sympatię do oprawców. W końcu wedle ich pokrętnej ideologii światem rządzi Natura, nie Bóg (w którego nie wierzą, co wcale nie przeszkadza im w obrzucaniu wszelkich świętości wyszukanymi obelgami), a więc skoro Natura życzy sobie rozwarstwienia społecznego oni winni jej w tym dopomagać. Ponadto według nich świat został zbudowany tak, aby dostarczać odważnym libertynom wszelkiego rodzaju hedonistycznych uciech, w których mają pełne prawo wykorzystywać słabsze jednostki. A że każdy człowiek potrzebuje coraz silniejszych wrażeń do rozpalenia ciała nikogo nie powinno dziwić, że w swoich perwersjach częstokroć uciekają się do bezrozumnej przemocy. Badaczy literatury zachwyciła filozofia Sade’a i raczej nie ma w tym nic dziwnego, bo choć nie jestem w stanie dopasować swojego światopoglądu do jego sposobu myślenia muszę przyznać, że całkiem przekonująco tłumaczy on zachowania, co poniektórych zwichrowanych jednostek zaludniających Ziemię.

PROSZĘ OSOBY NIEPEŁNOLETNIE O OPUSZCZENIE POZOSTAŁEGO TEKSTU

Akcja książki rozgrywa się w XVIII wieku w zamku Silling. Sade sporo miejsca poświęcił stworzeniu swego rodzaju teatralnej scenerii, w której każdy ma swoje miejsce, rolę do odegrania i charakterystyczny strój (mowa tutaj o wstążkach, które zmuszone są nosić dzieci). Po skompletowaniu kilkudziesięciu osób od wieku dziecięcego do podstarzałego libertyni zatrzymują się na cztery miesiące w odizolowanym od świata zamku, aby spokojnie oddawać się zboczeniom. Rozpaleni opowieściami prostytutek (które choć nie wdają się w szczegóły, poza opisami penisów i tyłków, mocno zniesmaczają) przystępują do wcielania w życie niektórych wariantów. Nie sprawia im różnicy, czy partner jest dzieckiem, ich córką bądź odstręczającą staruszką – kiedy się podniecą są w stanie uczynić dosłownie wszystko. Sodomia, koprofilia, wymiotowanie do ust, puszczanie wiatrów, spijanie krwi menstruacyjnej, plucie w twarz etc. Sade najwięcej miejsca poświęcił eksperymentowaniu z kałem, co jak sam zauważa wprowadzone zbyt szybko skazało praktycznie całą pierwszą część na początkowo szokujące, ale szybko powszedniejące podobne wątki. Późniejsze części, przedstawione jedynie w formie planu skupiają się już na bardziej dosadnych zboczeniach - seksie zbiorowym, również z córkami i matkami, torturach i mordach (obcinanie kończyn, wybijanie zębów, skalpowanie, stosunek z krucyfiksem, odcinanie piersi i palców, przypalanie, zoofilia, chłosta, duszenie, nakłuwanie, zaszywanie pochwy i odbytu, lewatywa, zjadanie ludzkiego mięsa, masturbacja w trakcie porodu, zrzucanie ciężkich przedmiotów na brzuch ciężarnej kobiety itd. itd.). Naprawdę ciężko jest wymienić wszystkie formy przemocy tak seksualnej, jak i fizycznej, której oddają się bohaterowie opowieści narratorek i czwórka naszych libertynów, bo Sade wspomniał tutaj dosłownie o wszystkim, co tylko zdolny jest wymyślić okrutny osobnik. Jego wyobraźnia nie ma dna i gdyby oceniać „Sto dwadzieścia dni Sodomy” pod kątem tylko i wyłącznie szoku to ta książka byłaby arcydziełem. Ale powieść rządzi się swoimi zasadami, od których Markiz celowo całkowicie odszedł. Można oczywiście oddać mu oryginalność konstrukcyjną, ale to nie zmienia faktu, że z czasem takie podejście (jedna ciągła plejada okrucieństwa) zwyczajnie męczy – w końcu, jak długo można obcować z takimi bezeceństwami? Gdyby Sade pokusił się o nieco większe rozbudowanie fabuły jego dzieło z pewnością czytałoby się wygodniej, a tak pozostaje jedynie oszczędne dawkowanie sobie jego prozy w przerwach czytania innych powieści. W przeciwnym razie można zwariować – naprawdę, nie przesadzam – no, ale chyba właśnie o to autorowi chodziło. Chciał wstrząsnąć czytelnikiem, zaśmiać mu się w twarz i udowodnić, że zdoła zagnieździć się w jego umyśle przez długi czas. Nigdy nie czytałam równie szokującej powieści, po której wręcz musiałam zbierać się z podłogi i jedynie z tego powodu muszę oddać szacunek wyobraźni Markiza de Sade’a.

Wydanie Mireki opatrzono artykułami Bogdana Banasiuka i Krzysztofa Matuszewskiego, co z uwagi na ich kompleksową znajomość twórczości Sade’a pomaga w zrozumieniu jego kontrowersyjnej sadycznej filozofii. Taka uprzejmość wydawców z pewnością przyda się osobom niezaznajomionym z prozą de Sade’a, ale przedtem niech lepiej ponownie rozważą przeczytanie tej powieści, bo nie przesadzając ona przesunie granice waszej wytrzymałości, a to jak wspomina sam autor w powieści może odbić się na psychice. Cóż, to książka jedynie dla odważnych dorosłych czytelników, którzy mają już duże rozeznanie w sztuce przemocy i sadycznej erotyki.

sobota, 5 lipca 2014

„Z piekła rodem” (2001)


1888 rok, Londyn. W dzielnicy Whitechapel grasuje morderca prostytutek, który rozmiłował się w chirurgicznym rozkrajaniu ciał i wyciąganiu niektórych wnętrzności. Sprawę prowadzi inspektor Frederick Abberline, który słynie ze sprawdzających się w rzeczywistości wizji. Z pomocą partnera, sierżanta Petera Godley’a, Abberline odkrywa, że celem mordercy jest grupka zaprzyjaźnionych prostytutek. Zdeterminowany, aby je ratować, w szczególności młodą Mary Kelly, inspektor nie waha się sprawdzać tropów prowadzących do najwyższych kręgów angielskiej władzy. Ten upór w końcu nagradza go odkryciem szeroko zakrojonego spisku, w którym zabójca, zwany Kubą Rozpruwaczem jest jedynie narzędziem służącym do zatuszowania pewnych spraw.

„Pewnego dnia ludzie spojrzą wstecz i powiedzą, że to ja zrodziłem XX wiek.”

Kuba Rozpruwacz – jeden z najbardziej znanych seryjnych morderców w historii świata, który na stałe zagościł w popkulturze. Chociaż od jego brutalnych czynów minął już przeszło wiek niektórzy nadal poświęcają sporo czasu na rozwiązanie zagadki jego tożsamości, a artyści, rzecz jasna, zarabiają na jego niesłabnącej „popularności”. Z całego tego zalewu, mniej lub bardziej trzymających się faktów filmów i książek, poświęconych postaci Kuby Rozpruwacza z pewnością najbardziej rzetelna jest praca badacza jego przypadku, Paula Begga. Z filmów, obok telewizyjnego obrazu Davida Wickesa z 1988 roku największym zainteresowaniem widzów cieszy się właśnie „Z piekła rodem”, który to należy zaznaczyć nie bazuje na faktach tylko komiksie Alana Moore’a i Eddiego Campbella, który dosyć luźno interpretuje koszmarne wydarzenia mające miejsce w 1888 roku w londyńskiej dzielnicy Whitechapel.

Alan Moore nie był zadowolony z adaptacji Alberta i Allena Hughesów, twierdząc, że główny bohater filmu jest niejaką karykaturą stworzonej przez niego postaci. Inspektora Frederick Abberline istniał w rzeczywistości (był jednym ze śledczych, tropiących Kubę Rozpruwacza), ale jego filmowe wyobrażenie znacznie odbiega od autentycznej postaci, zresztą od tej komiksowej (według Moore’a) również. Rola Abberline’a przypadła w udziale jak zwykle znakomitemu Johnny’emu Deppowi, którego kreacja miała wnieść do niniejszej produkcji pewną dozę mistycyzmu, uosabianego przez niezwykłe zdolności śledczego. Aplikując sobie absynt zmieszany z laudanum inspektor mógł fragmentarycznie poznać przyszłe wydarzenia, co dawało mu lekką przewagę nad nieuchwytnym mordercą, którego tropił. Natomiast widzom pozwalało cieszyć się sprawnie zmontowanymi, mrocznymi migawkami z miejsc zbrodni, natchnionymi mistycyzmem dzięki jaskrawym barwom, szczególnie uwidaczniającym krwawiące rany bezbronnych ofiar. Podobną doskonałością twórcy pochwalili się przy niektórych zdjęciach miasta (szczególnie zachwyca wieża ratusza na tle krwistoczerwonego nieba) oraz dopracowanej w najdrobniejszych szczegółach scenografii XIX-wiecznego brudnego Londynu. To wszystko w połączeniu z przekonującymi kostiumami tworzy mocno realistyczny obraz realiów, w których niegdyś działał niesławny seryjny morderca.

„Jesteśmy w najpodlejszym zakamarku ludzkiego umysłu. Promieniującej otchłani, gdzie człowiek spotyka sam siebie. […] W Piekle.”

Jeśli przyjmiemy, że scenariusz „Z piekła rodem” ma niewiele wspólnego z prawdziwymi wydarzeniami fabuła może zaintrygować – mnie pochłonęła, choć byłam całkowicie świadoma znaczących modyfikacji faktów. Scenarzyści postawili na jedną z teorii, nadal wysnuwaną przez tzw. „rozpruwaczologów”, która o odrażające mordy prostytutek oskarża Masonów, działających wspólnie z rodziną królewską. Serię brutalnych mordów, które wstrząsają całym Londynem zapoczątkowuje romans „kobiety upadłej” z księciem i ich ślub w towarzystwie przyjaciółek panny młodej, również trudniących się prostytucją. Twórcom całkiem zgrabnie udało się przedstawić ówczesne nastroje społeczne (chociaż można tutaj wytknąć im pewną pobieżność, gdyż w rzeczywistości ruszenia ludu miały bardziej drastyczny przebieg). Oskarżanie i napadanie Żydów (bo jak mówi jeden z bohaterów: żaden Anglik nie dopuściłby się tak niemoralnych czynów…), niezdrowa ciekawość zmuszająca przechodniów do przystawania nad ciałem, pastwienie się bogaczy nad zdeformowanym mężczyzną i ich niechlubne praktyki „leczenia” chorych oraz zacieranie śladów, które mogłyby wskazywać na zamożnego jegomościa. O tę materię twórcy, co prawda jedynie zahaczyli (silniej rozwija to Begg w swojej książce), ale zrobili to na tyle umiejętnie, aby dodatkowo spotęgować i tak już niesamowicie mroczny klimat wszechobecnego zagrożenia. Cieszyło mnie również przybliżenie, dzisiaj kontrowersyjnych, ale wówczas powszechnych, technik śledztwa. Badanie miejsca zbrodni dopiero po wcześniejszej „pielgrzymce” przechodniów nieopodal ciała, wymiotujący na widok wypatroszonych zwłok policyjni patolodzy i wreszcie zacieranie kluczowych dla sprawy tropów. Obok bestialskich mordów i tajników XIX-wiecznej pracy śledczych mamy wątek współpracy Abberline’a z lekarzem rodziny królewskiej, Williamem Gullem, który sugeruje inspektorowi podążanie tropem kogoś obeznanego z ludzką anatomią, najprawdopodobniej wykształconego w medycynie osobnika oddającego się osobliwemu rytuałowi. I rzecz jasna wątek miłosny. Frederick zauroczony młodą prostytutką, Mary Kelly (całkiem przyzwoita Heather Graham), będącą celem Kuby Rozpruwacza opracowuje plan, który ma ocalić jej życie.

Jak już wspomniałam „Z piekła rodem” ma niewiele wspólnego z prawdziwymi wydarzeniami, ale za to jako taki fikcyjny thriller spisuje się wręcz znakomicie. Intrygująca fabuła, znakomity Johnny Depp, mroczny mistyczny klimat i mocne zakończenie, którego podczas pierwszego seansu nie udało mi się przewidzieć, ale winą za to można obarczyć moje ówczesne przekonanie, że produkcja ta w finale postawi na fakty, czyli utrzymanie w tajemnicy tożsamości Kuby Rozpruwacza. Widzowie, którzy przed projekcją będą wiedzieć o końcowym ujawnieniu personaliów mordercy pewnie nie będą mieć zbytnich problemów z przedwczesnym ich rozszyfrowaniem, ale to nie znaczy, że twórcy nie przygotowali drugiej, już całkowicie zaskakującej, niespodzianki. Moim zdaniem warto dać mu szansę, bo to naprawdę kawał świetnego dreszczowca, o ile oczywiście nie będzie się ślepo wierzyć w jego inspirację faktami. Pamiętajmy, że to adaptacja komiksu, a nie prawdziwej historii Kuby Rozpruwacza.  

czwartek, 3 lipca 2014

„Madhouse” (2004)


Clark Stevens dostaje staż w zakładzie psychiatrycznym, Cunningham Hall. Już pierwszego dnia zaprzyjaźnia się z młodą lekarką, Sarą, która oprowadza go po nowym miejscu pracy. Już ten wstępny obchód uzmysławia Clarkowi, że dyrektor szpitala, dr. Franks nie traktuje dobrze swoich pacjentów. Najcięższe przypadki przetrzymywane są w brudnej piwnicy, w ciasnych, ciemnych izolatkach, a pozostali chorzy są przemocą zmuszani do posłuszeństwa. Kiedy Clark poznaje elokwentnego lokatora podziemia, Bena, i zaczyna widywać chłopca, przemykającego po korytarzach ośrodka postanawia z pomocą Sary rozwiązać zagadkę tajemniczych praktyk dr. Franksa.

Debiutancki film Williama Butlera, wielbicielom kina grozy znanego z drugoplanowych ról w horrorach z lat 80-tych i 90-tych (m.in. „Terror Night”, „Piątek trzynastego 7”, „Teksańska masakra piłą mechaniczną 3”, remake „Nocy żywych trupów”). Dysponując stosunkowo niewielkim budżetem Butlerowi udało się stworzyć jeden z ciekawszych horrorów nastrojowych, których akcja rozgrywa się w szpitalu psychiatrycznym, pomimo ewidentnej inspiracji innymi tego typu dziełami.

Motyw szpitala psychiatrycznego jest tak często poruszany w kinie grozy, że można chyba bezpiecznie przyjąć, iż wyrobił sobie już pewien schemat, którego w mniejszym lub większym stopniu trzyma się każdy scenarzysta, umieszczający akcję w tej osobliwej scenerii. „Madhouse” (polskie oficjalne tłumaczenie „Dom szaleńców”, ale przez przyzwyczajenie pozostanę przy oryginalnym tytule) standardowo trzyma się konwencji ghost story, podanej w realiach ośrodka dla psychicznie chorych, z czego wyłamuje się jedynie z finale. Już prolog, w którym naszym oczom ukazują się makabryczne sylwetki zakrwawionych pacjentów i lekarek, poprzeplatane z mrocznymi korytarzami wywołuje skojarzenia z remake’iem „Domu na Przeklętym Wzgórzu”. Szybki montaż, dzięki któremu przed naszymi oczami jedynie przemykają owe niepokojące migawki, chociaż nie jest niczym nowym w kinie grozy, zachwyca solidnym dopracowaniem i daleko idącym realizmem. Dlatego też niezmiernie cieszył mnie fakt, że Butler zdecydował się umieścić tego rodzaju sekwencje jeszcze w kilku późniejszych partiach filmu. To z pewnością pomogło w budowaniu klimatu grozy, który przecież i tak był bardzo gęsty, dzięki szarpiącej nerwy ścieżce dźwiękowej, oszczędnemu oświetleniu i nade wszystko posępnej scenerii, zaniedbanego szpitala psychiatrycznego. Co ciekawe Butler zamiast postawić na zaskakujące jump scenki, tak często wtłaczane w horrory nastrojowe, o wiele silniej zaakcentował charakteryzację, przede wszystkim cięższych przypadków, przebywających w podziemiach. Odstręczająca aparycja chorych w połączeniu z przerażającym miejscem, w którym zmuszeni byli przebywać nadała im wymiaru swego rodzaju potworności, co zamiast wzbudzać współczucie w widzu wywoływało w nim jedynie odrazę i niepokój. Ciekawy i co ważniejsze bardzo udany zabieg, znacząco podnoszący poziom adrenaliny we krwi, ilekroć Clark przekraczał próg mrocznej piwnicy.

Obok straszenia sferą fizyczną twórcy postawili również na domniemany wątek nadprzyrodzony, uosabiany przez bladego chłopca przemykającego po korytarzach ośrodka. Widzą go jedynie pacjenci i Clark, co sprawia, że tak do końca nie wiemy, czy mamy tutaj do czynienia z duchem, czy prozaicznymi halucynacjami. Jedno jest pewne – każdorazowe manifestacje chłopca, podobnie jak wątki z ciężko chorymi pacjentami, dopracowano w najdrobniejszych szczegółach. Zadbano o odpowiednio mroczną aurę i oszczędną, a co za tym idzie przekonującą charakteryzację dziecka, zdolnego dowolnie przekształcać swoje niematerialne oblicze. Kolejnym urozmaiceniem fabuły jest tajemnicza postać Bena, zamieszkującego w jednej z izolatek. Gdy Clark nabiera przekonania, iż personel Cunningham Hall poddaje pensjonariuszy okrutnym praktykom, nawiązuje kontakt z inteligentnym Benem, którego jednak aż do końca niedane mu będzie ujrzeć. Słyszymy jedynie jego głęboki głos, podczas gdy cała sylwetka ukrywa się w cieniu. Ale żeby tego nie było mało wkrótce personel szpitala zacznie ginąć. Tutaj na szczególną uwagę zasługuje zamordowanie doktor Hendricks, której zaaplikowano tak potężną dawkę elektrowstrząsów, że w chwili zgonu pluła tkanką i krwią. Naprawdę mocna scena, choć kolor i konsystencja krwi (podobnie, jak w późniejszych partiach filmu) pozostawia wiele do życzenia. Szukając minusów „Madhouse” dostrzegłam jedynie chwilowe niedopracowania oświetlenia – pomiędzy ujęciami zmienia się iluminacja i nasycenie barw. Poza tym nie dostrzegłam jakichś większych niedoróbek. Chociaż finał, który w zamyśle miał zaskakiwać przewidziałam już na początku (po przeczytaniu przez Clarka ustępu z książki Franksa) i szczerze mówiąc, choć wydawał się jedynym właściwym w kontekście fabuły, nie pokazał mi niczego, czego już wcześniej w kinie grozy bym nie widziała. Ale to jedynie subiektywna ocena (nie faktyczna niedbałość twórców), a co za tym idzie zakończenie każdy widz może widzieć na swój sposób.

Obsada, jak na film pozbawiony większego budżetu zaskakuje profesjonalizmem. Główni bohaterowie tej „sztuki”, Joshua Leonard, Jordan Ladd i oczywiście Lance Henriksen całkiem przekonująco wcielili się w swoje role, ale na uwagę zasługują też niełatwe kreacje aktorów odgrywających psychicznie chorych. W końcu mieli dosyć „twardy orzech do zgryzienia”.

Moim zdaniem „Madhouse” to jeden z lepszych horrorów nastrojowych, których akcja toczy się w szpitalach psychiatrycznych. Znakomity montaż, gęsty klimat grozy, intrygująca, acz pozbawiona większej oryginalności fabuła i charakteryzacja chorych zdecydowanie przemawiają na korzyść tej produkcji. Naprawdę nieźle jak na film debiutanta.

wtorek, 1 lipca 2014

Jonathan Holt „Carnivia. Bluźnierstwo”


Wenecja. Kapitan karabinierów, Kat Tapo dostaje swoją pierwszą sprawę zabójstwa, u boku osławionego pułkownika Aldo Pioli. Oboje mają rozwikłać zagadkę śmierci kobiety, której okute w szaty księdza ciało znaleziono u bram kościoła. Niedługo potem odnajdują zwłoki kolejnej kobiety. Trop prowadzi Kat do portalu internetowego, Carnivii, stworzonej przez miejscowego, czekającego na wyrok, geniusza matematycznego, stroniącego od ludzi Daniele Barbo. Strona jest dokładną kopią Wenecji, służącą użytkownikom do anonimowego wymieniania informacji. Kolejnym tropem, którym podążają Tapo i Piola jest owiana złą sławą, wysepka Poveglia, na której przed laty mieściła się izolatka dla osób dotkniętych chorobami zakaźnymi, a następnie zakład psychiatryczny. Tymczasem podporucznik Holly Boland, Amerykanka zesłana do bazy we Włoszech, mająca zajmować się kontaktami z miejscowymi trafia na trop spisku sięgającego czasów wojny między Chorwatami i Serbami w latach 1993-1995. Jej amatorskie śledztwo wkrótce łączy się z ustaleniami Kat i Aldo, odmalowując przed nimi obraz szeroko zakrojonego spisku na najwyższych szczeblach władzy, który pociągnął za sobą całą rzeszę ludzkich istnień.

„Ale taka była Wenecja: piękno budowane na brudzie, cuchnąca woda maskowana aromatem perfum, brutalny handel walczący o miejsce z największymi osiągnięciami włoskiej cywilizacji.”

 „Carnivia. Bluźnierstwo” to debiutancki thriller wykładowcy literatury angielskiej na Uniwersytecie Oksfordzkim, Jonathana Holta. Pisarz już zapowiedział, że przygody Kat Tapo będą kontynuowane w dwóch kolejnych tomach, zaplanowanych na ten i przyszły rok. Recenzenci porównywali konstrukcję „Carnivii” do trylogii „Millennium” Stiega Larssona i głośnej serii Dana Browna, w której skład wchodzi osławiony „Kod Leonarda Da Vinci”. Ja bym tak daleko w porównania nie wybiegała, bo czy każda trylogia, której fabuła zasadza się na misternym spisku ludzi u władzy zawsze musi być zestawiana z Larssonem i czy każdy prztyczek dla Kościoła katolickiego czerpie inspirację z prozy Browna? Moim zdaniem nie. Jak dla mnie Holt stworzył coś zupełnie nowego, nieporównywalnego z czymkolwiek, co już dane mi było przeczytać i tym samym zapoczątkował trylogię, na której kontynuację już wprost nie mogę się doczekać – a to rzadko mi się zdarza podczas obcowania ze współczesną literaturą detektywistyczną.

„Dlaczego to właśnie nasz kraj jest taki skorumpowany, gdy inne nie są? Hiszpania, Grecja, Portugalia, Francja… Niektóre nawet biedniejsze od nas, ale żaden nie boryka się z takimi problemami z przestępczością zorganizowaną. Jaką niezwykłą cechę mają Włochy, że nie mogą się pozbyć tej plagi?”

Jak na debiut „Carnivia. Bluźnierstwo” zachwyca pięknym, nierozwlekłym, acz precyzyjnym, stylem. Już choćby po nim widać, jaki zawód na co dzień wykonuje jej autor, który jednak zaskakuje wyborem miejsca akcji. Zamiast swojej rodzimej Wielkiej Brytanii Holt postawił na Włochy, a ściślej obleganą przez turystów, uważaną za zachwycającą Wenecję, którą właściwie dla reguł gatunku, w którym się porusza oszpecił do granic możliwości. Brudna woda zalegająca w kanałach i slumsy to tylko fasada, dzięki której Holt kreśli przed swoimi czytelnikami bardziej przerażający obraz Włoch. Państwo trawione korupcją, układami mafijnymi i dziurawym systemem prawnym, w którym wprost nie sposób wymierzyć sprawiedliwość. Włoski system zainteresował mnie przed laty, podczas zapoznawania się z głośną sprawą Amandy Knox i szczerze mówiąc do dzisiaj chętnie wracam do historii, czy to prawdziwych, czy wymyślonych osadzonych w realiach tego państwa, bo (zapewne wrednie) miło jest zgłębiać ustrój gorszy od naszego. Wydaje mi się, że wybór na miejsce akcji właśnie Wenecji pomógł Holtowi w tak przekonującym nakreśleniu fabuły, która elektryzuje już od pierwszych stron.

„Tacy ludzie jak ty, generacja dorastająca z Internetem, lubi wierzyć, że jawność zawsze jest dobra, a tajność zawsze zła. Jednakże bywa też odwrotnie. Czasami właśnie tajność nie pozwala złym ludziom odkryć, jak czynić więcej zła.”

Główną bohaterką, pretendentką do miana mojej kolejnej ulubionej postaci książkowej, jest uparta młoda kapitan karabinierów, Kat Tapo, która wraz z partnerującym jej pułkownikiem, Aldo Piolą prowadzi sprawę podwójnego zabójstwa dwóch turystek, walczących o prawa kobiet. Smaczku sprawie dodaje fakt, że jedna z ofiar była odziana w szaty księdza, co pozwoliło autorowi już na wstępie wmieszać w to Kościół katolicki i podyskutować trochę na temat zasadności odmawiania kobietom przez Watykan prawa do święceń. Ponadto, dzięki bezsensownemu włoskiemu systemowi prawnemu Holt mógł „wrzucać kłody pod nogi” swojej bohaterki. Jako, że w tym państwie prokurator jest kimś na kształt boga, mogącym wpływać na przebieg śledztwa, urozmaicił fabułę sprzedajnym Benito Marcello, który robił wszystko, aby skierować Kat na inne tory, aby jak najszybciej zamknąć sprawę, nie pociągając nikogo do odpowiedzialności. Ale i sama Kat w pewnym momencie mocno sobie zaszkodziła, wdając się w romans z żonatym Piolą. Ich relacja wprowadziła do fabuły bardzo intrygujący pierwiastek obyczajowy, który w finale wręcz zaparł mi dech w piersiach, przy okazji wzbudzając we mnie jeszcze większą sympatię do głównej bohaterki. Wracając jednak do wątków kryminalnych, z czasem fabuła zacznie się mocno komplikować, za sprawą dwóch dodatkowych protagonistów, Daniele Barbo i Holly Boland. Ten pierwszy jest okaleczonym w młodości, wywodzącym się z szacownego rodu geniuszem matematycznym, który stworzył cieszącą się sporą popularnością Carnivię – plotkarski portal internetowy, który zachwyca dokładnym odwzorowaniem Wenecji. Natomiast Holly jest amerykańską podporucznik, zesłaną do bazy we Włoszech, aby zadbać o kontakty z miejscowymi, które to niedługo po przyjeździe naprowadzą ją na skrywany od dawna spisek, sięgający czasów wojny Chorwatów i Serbów, którego prowodyrami byli agenci CIA, NATO, Kościół katolicki, politycy i wojsko, a który z kolei ściśle łączy się nie tylko z ludobójstwem, ale również niechlubnym procederem handlu żywym towarem na terenie Włoch. To tak w skrócie, bo choć powieść jest stosunkowo niedługa Holt tak bardzo rozbudował tę mocno skomplikowaną, pełną porywających zwrotów akcji fabułę, wtłaczając w nią multum pozornie niezwiązanych ze sobą wątków, które pod koniec zaczynają tworzyć prawdziwie przerażający obraz, że nie sposób wszystkiego przytoczyć. To po prostu trzeba przeczytać!

Nareszcie doczekałam się porywającego, skomplikowanego i dopracowanego w najmniejszych szczegółach thrillera, napisanego pięknym językiem i z szacunkiem podchodzącego do przekonującej charakterologii postaci. Na kontynuację tej książki aż chce się czekać, bo po zapoznaniu się z wysokim poziomem części pierwszej można być pewnym, że Jonathan Holt nie zawiedzie.