Stronki na blogu

wtorek, 10 maja 2016

„Worek na zwłoki” (1993)


„Worek na zwłoki” to stworzona na potrzeby telewizji antologia, składająca się z czterech krótkich opowieści (wziąwszy pod uwagę historię spinającą) wyreżyserowanych głównie przez legendy kina grozy. John Carpenter i Tobe Hooper byli czołowymi twórcami „Worka na zwłoki”, a wspomagał ich Larry Sulkis (współscenarzysta takich filmów Carpentera jak „Duchy Marsa” i „Wioska przeklętych”), niewymieniony w czołówce, więc ciężko zgadnąć na czym dokładanie polegała jego reżyserska rola. Scenariusz autorstwa Billy’ego Browna i Dana Angela zakładał połączenie trzech tematycznie niezwiązanych ze sobą segmentów postacią mężczyzny przebywającego nocą w kostnicy i przybliżającego widzom historie trzech osób, które skończyły w czarnych foliowych workach w prosektorium. W postać tego zwichrowanego, acz nieszkodliwego indywiduum wcielił się John Carpenter i zrobił to tak dowcipnie, przyjemnie groteskowo, że przez jakiś czas planowano wykorzystać tę konstrukcję w serialu, stworzonym na modłę „Opowieści z krypty”. Jednak zamysł się nie ziścił - poprzestano na półtoragodzinnej antologii, summa summarum mogącej stanowić całkiem udaną ciekawostkę dla długoletnich wielbicieli horrorów.

Pierwsza historia zaprezentowana przez mężczyznę przebywającego w mrocznej kostnicy i wyreżyserowana przez Johna Carpentera nosi tytuł „Stacja benzynowa” i skupia się na studentce psychologii, Anne, która przybywa nocą na swoją pierwszą zmianę na stacji benzynowej. W obowiązki wtajemnicza ją stały pracownik, Bill, wykreowany przez Roberta Carradine’a kojarzącego się głównie z „Zemstą frajerów”, po czym odjeżdża zostawiając młodą kobietę zupełnie samą. Już sama odludna, cicha okolica w większości spowita w gęstych ciemnościach sprawia, że Anne czuje się wielce niekomfortowo, ale poczucie zagrożenia wzmaga również niedawna medialna informacja, że nieopodal znaleziono okaleczone zwłoki. Akcja toczy się niedaleko Haddonfield w stanie Illinois, miejsca żerowania Michaela Myersa, co poza tym, że jest bezpośrednim nawiązaniem do kultowego dzieła Johna Carpentera, pt. „Halloween” potęguje aurę niebezpieczeństwa właściwie na krok nieodstępującą głównej bohaterki. Obok ciemnej kolorystyki i złowieszczych akcentów wtłoczonych w scenariusz atmosferę zaszczucia wzmaga nastrojowa ścieżka dźwiękowa, bardzo charakterystyczna i windująca każdą sekwencję, podczas której rozlega się w tle na niebotycznie wysoki poziom podskórnego napięcia. Motywy muzyczne skomponowali John Carpenter, Jim Lang i Gary Kibbe i chociaż fabuła zasadza się na klasycznymi schemacie osaczenia młodej kobiety przez seryjnego mordercę oprawa audiowizualna sprawia, że perypetie Anne śledzi się w stanie wzmożonej czujności. W formie ciekawostki wypada wspomnieć o udziale Wesa Cravena i Sama Raimiego w tym segmencie, aczkolwiek tak epizodycznym, że dostrzegalnym jedynie przez nielicznych, bardzo spostrzegawczych odbiorców.

Drugą nowelę zatytułowaną „Włosy” również wyreżyserował John Carpenter, ale w mojej osobistej ocenie prezentuje się nieco słabiej od swojej poprzedniczki. Fabuła koncentruje się na Richardzie Cobertsie (jak zawsze w jego przypadku, zgrabna kreacja Stacy’ego Keacha), który boryka się z problemem łysienia. Jego dziewczynie to nie przeszkadza, ale mężczyzna ma swoistą obsesję na punkcie swoich włosów, wypróbowując wszystkie znane mu sposoby, które mogłoby zniwelować powiększającą się łysinę i przywrócić gęstość jego włosom. W końcu w telewizji dostrzega reklamę pewnej kuracji na porost włosów, którą opracował tajemniczy doktor Lock (w tej roli znany z między innymi „Omena” David Warner). Bez zastanowienia poddaje się zabiegowi, który okazuje się nadzwyczaj skuteczny. Ale niedługo potem odkrywa, że jego włosy żyją własnym życiem, czego twórcy nie omieszkali wizualizować z wykorzystaniem efektów komputerowych. Pomysł na scenariusz, choć prosty zaskakuje świeżością, wszak nie przypominam sobie żadnego horroru bazującego na zagrożeniu płynącym z diabolicznych włosów, poza jedną powieścią Grahama Mastertona, którą zresztą napisał dużo później. Problem tego segmentu nie zasadza się więc na tematyce, bo ta mocno intryguje tylko formie – lekko komediowym zacięciu, zamierzonej grotesce, która niszczy wszelkie zalążki klimatu grozy. Carpenter dostrzegalnie nie próbował jedynie niepokoić widza bądź tylko i wyłącznie go rozśmieszać, próbując umiejscowić się gdzieś pomiędzy, wywołując obie te reakcje. Za dużo chyba oczekiwał, bo przynajmniej w moim przypadku poza rozbudzeniem ciekawości przebiegiem akcji nie zdołał wykrzesać ze mnie żadnej ze wspomnianych emocji. 

Po obejrzeniu udanej „Stacji benzynowej” nie przypuszczałam, że w skład „Worka na zwłoki” mogła wejść historia, która jeszcze bardziej mnie ukontentuje, ale Tobe Hooper, reżyser ostatniej opowieści pod tytułem „Oko” przygotował miłą niespodziankę. Rzecz traktuje o baseballiście, Brencie Matthewsie (w tej roli Mark Hamill, ale uwagę wielbicieli kina grozy zwróci pewnie jedna z drugoplanowych postaci, w którą wcielił się niezastąpiony Roger Corman), który ma wypadek samochodowy, na skutek którego traci jedno oko. W szpitalu lekarze dokonują przeszczepu, przywracając mu tak potrzebny w jego zawodzie organ, ale nie wspominając, od kogo go pozyskali. Po powrocie do domu, do kochającej ciężarnej żony, Brent zaczyna miewać niepokojące wizje, mistrzowsko oddane na ekranie przez twórców efektów specjalnych. Ręka nagle wyłaniająca się z rozdrabniacza odpadów, trup kobiety wypełzający spod ziemi w przydomowym ogrodzie, czy wykrzywiona w paroksyzmie wściekłości twarz kobiety krzyczącej na przerażonego Brenta stanowią wspaniały popis wyczucia reguł rządzących tym gatunkiem, z idealnie wyliczonymi w czasie jump scenami i realistyczną charakteryzacją, tym bardziej wiarygodną, bo nieprzekombinowaną, nie aż tak szkaradną, żeby wywołać wrażenie przesytu. Halucynacją Brenta, które jak można się tego domyślić są projekcją przeszłych, tragicznych w skutkach wydarzeń, towarzyszą bóle głowy i atakujące wzrok przebłyski rażącego białego światła oraz najbardziej złowieszcze zmiany w jego osobowości. Całą nowelę dosłownie przeładowano gęstą atmosferą grozy, ale najwięcej korzyści dla spragnionego mocnych wrażeń widza oprawa wizualna stwarza podczas procesu popadania w szaleństwo, akcentowania coraz to bardziej niepokojącej postawy baseballisty względem jego małżonki. Hooper zepsuł jedynie zakończenie, wcześniej sugerując mocne, zapadające w pamięć zamknięcie, ale ostatecznie stawiając na coś zgoła mniej pożądanego, co zapewne wymusiły na min wymagania telewizji, bo chyba raczej nikt nie wątpi w tendencję tego reżysera do wizualizowania odważnych, bezkompromisowych pomysłów.

Szczerze powiedziawszy nie spodziewałam się tak dobrej rozrywki po „Worku na zwłoki”, nawet wziąwszy pod uwagę czołowych twórców niniejszej antologii. Mając na uwadze niesprostanie próbie czasu, niewielkie zainteresowanie tą pozycją wśród współczesnych odbiorców długo odkładałam seans tego obrazu. Ale jak się okazało powinnam była zaufać wrodzonym talentom Carpentera i Hoopera, którzy nawet w projekcie dostosowującym się do prawideł rządzących telewizją potrafili wykrzesać ogrom klimatu grozy, leżącego poza zasięgiem większości współczesnych reżyserów, pokazać kilka zjawiskowych praktycznych efektów, a nawet zaskoczyć mnie zwrotem akcji w finale z udziałem mężczyzny z prosektorium. Kilka rzeczy można było poprawić, ale w ogólnym rozrachunku „Worek na zwłoki” odebrałam w kategoriach bardzo przyjemnego widowiska, charakteryzującego się sporym ładunkiem grozy i ciekawymi pomysłami na fabuły, które to w głównej mierze przyczyniły się do śledzenia przeze mnie tej antologii z dużym zainteresowaniem.

poniedziałek, 9 maja 2016

„Granice zła” (2010)


Czterech zaprzyjaźnionych surferów, Rob, Toobs, Archie i Bull, wybiera się na dwunastodniowy rejs po Malediwach. Nieoczekiwanie Toobs przyprowadza na łódź dwie kobiety, swoją dziewczynę Alex i jej przyjaciółkę Sam, ale pomimo, że wycieczkę zaplanowano jedynie w męskim gronie reszta nie ma większych zastrzeżeń, co do ich obecności na pokładzie. Rob i Bull są tak zauroczeni Sam, że szybko przystępują do walki o jej względy, konkurując ze sobą. Dziewczyna wyraźnie wykazuje większe zainteresowanie tym pierwszym, co napełnia Bulla wściekłością i popycha go do nieprzyzwoitego zachowania. Jego bezpardonowa postawa w stosunku do Sam uczula resztę, ale nie na tyle, żeby byli przygotowani na apogeum agresji z jego strony.

Australijski thriller, będący pełnometrażowym reżyserskim debiutem Adama Blaiklocka, podobnie jak scenariusz, który współtworzył z Mattem Tomaszewskim i Joe Velikovskym. „Granice zła” kręcono na malowniczych Malediwach, a realizacja filmu wyniosła 850 tysięcy dolarów australijskich i chociaż produkcja nie znalazła poklasku u szerokiej grupy odbiorców wydaje się, że przedsięwzięcie Blaiklocka znalazło kilku sympatyków wśród krytyków. Co może zdumiewać w przypadku thrillera zasadzającego się na rozerwanie widza, bez pretensji do artystycznej głębi. Krytycy oczywiście zauważyli w scenariuszu stereotypowe rozwiązania, ale z paru ich recenzji przebijała akceptacja takiego sznytu, mnie natomiast konwencjonalność wydała się elementem koniecznym dla właściwego poprowadzenia akcji, w przewidywalnym kierunku, acz będącym naturalnym następstwem wcześniejszych wydarzeń, w dodatku dosyć silnie trzymającym w napięciu.

„Granice zła” to jeden z niezliczonych przedstawicieli kina grozy traktujących o grupie przyjaciół, która wybiera się na wycieczkę. Charakter wyprawy i natura zagrożenia czyhającego na podróżników może nasuwać skojarzenia z „Martwą ciszą” Philipa Noyce’a, ale choć zbieżności fabularne są ewidentne jakościowo przedsięwzięciu Blaiklocka jeszcze sporo brakuje do kultowego osiągnięcia jego kolegi po fachu. Co wcale nie oznacza, że w oderwaniu od „Martwej ciszy”, sam w sobie, film wypada źle – mnie nawet pozytywnie zaskoczył, bo szczerze powiedziawszy przystępując do seansu „Granic zła” byłam nastawiona na kino najniższych lotów „skierowane głównie do masochistów”. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy uświadomiłam sobie, że nie mam do czynienia z amatorskim tworem niemającym niczego ciekawego do powiedzenia tylko naprawdę zgrabną rozrywką, dosyć odświeżająco podchodzącą do sylwetek czołowych bohaterów. Scenariusz „Granic zła” jest zapisem kilkudniowego pobytu czterech surferów, ich towarzyszek i załogi jachtu na Oceanie Indyjskim i wysepkach leżących na terytorium Malediwów. Celem mężczyzn było niemalże dwutygodniowe oddawanie się swojemu sportowemu zamiłowaniu i oczywiście odpoczynek w tych malowniczych okolicach. I zapewne tak prezentowałaby się ich wyprawa, gdyby nie nieoczekiwana pasażerka, Sam, która szybko staje się obiektem westchnień dwóch z nich. „Granice zła” zrealizowano w przepięknej scenerii atakującej widza malowniczymi widokami błękitnego oceanu, sporadycznie z konturami rajskich wysepek wcinających się w widnokrąg oraz obfitujących we wściekłe barwy zachodów słońca. Dopóki na ekranie nie wyrastały nieodległe lądy twórcom udało się nawet przytłoczyć mnie bezkresem oceanu, ale rzecz jasna nie na klaustrofobiczną miarę „Martwej ciszy”. Ale choć byłam oczarowana krajobrazem i miejscami zaintrygowana chwytliwą aurą wyalienowania najwięcej uwagi poświęcałam elektryzującej relacji trójki bohaterów, którą jak już wspomniałam sportretowano w oderwaniu od ulubionego klasycznego podziału osobowości najczęściej spotykanego w hollywoodzkich obrazach. W kręgu największego zainteresowania scenarzystów znajdowali się Rob, Sam i Bull - pierwszą dwójkę dobrze, acz bez większych zachwytów wykreowali Sam Lyndon i Daisy Betts, natomiast w rolę Bulla w mistrzowskim stylu wcielił się Ben Oxenbould, prezentując jednostkę psychotyczną w naprawdę zapadającym w pamięć stylu. Pozostałe postacie są głównie tłem dla dramatu tej trójki, choć młody Harry Cook też zwracał moją uwagę charyzmatycznym warsztatem ilekroć pojawiał się na ekranie, inna sprawa, że jego udział podobnie jak w przypadku pozostałych bohaterów spoza czołowej trójcy, był mocno ograniczony.

Jedna kobieta i dwóch mężczyzn, z których jeden ma ewidentne zaburzenia psychiczne każe sądzić, że scenarzyści postawią na klasyczny podział na tych dobrych i tego złego, gloryfikując kiełkujące uczycie pomiędzy Robem i Sam jednocześnie demonizując przeżywającego zawód miłosny Bulla. Jednak, co zaskakujące jak na nastawiony głównie na rozerwanie widza thriller, scenarzyści umożliwili co bardziej skorym do zagłębiania się w dany problem odbiorcom dwojaką interpretację relacji owej trójcy. Można przyjąć najbardziej oczywistą wersję klasycznego podziału na pozytywne postacie i terroryzującego ich czarnego charakteru, albo rozszerzyć swoje postrzeganie na niniejszy konflikt i skonstatować, że ich relacja nie zasadza się na tak prostych przesłankach. Twórcy wyłuszczyli całą intrygę w taki sposób, żeby każdy mógł opowiedzieć się za wybraną wersją wydarzeń, bez poczucia nadinterpretacji, czy niedopatrzenia. I obok znakomitej kreacji Oxenboulda taka, a nie inna konstrukcja zaskarbiła sobie moją wzmożoną uwagę. Przyjmując bardziej skomplikowaną ścieżkę interpretacyjną zabawiałam się wyszukiwaniem coraz to nowych wskazówek potwierdzających moją hipotezę, że Rob wcale nie jest dobrotliwym kochasiem dbającym o przyjaciół, a za zachowaniem Sam kryją się jakieś mroczne intencje. Najbardziej widomymi oznakami ciemnej strony osobowości mężczyzny jest moment, w którym prowokuje Bulla do skatowania miejscowego surfera i oczywiście niewybredny żart, polegający na wrzuceniu jego ukochanej harmonijki do oceanu. Z Sam sprawa prezentowała się nieco trudniej, bowiem jej postawa nie była jednoznacznie okrutna, można ją było odczytywać w dwojaki sposób. Wiemy, że kobieta jest przygnębiona haniebnym postępkiem swojego byłego chłopaka, który poczyniony z myślą o jego prywatnym użytku striptiz Sam zamieścił w Sieci, gdzie teraz cieszy się ogromną oglądalnością. Można więc przyjąć, że poczucie krzywdy ze strony przedstawiciela płci męskiej sprawiło, że postanowiła zabawić się kosztem zauroczonych nią nowo poznanych mężczyzn. Wówczas sekwencja, podczas której Sam spryskuje twarz Bulla sprayem na owady, który przecież tylko próbował ją przeprosić za swoje karygodne zachowanie oraz niewykazywanie większej gotowości, aby ratować Roba pod koniec seansu byłyby zrozumiałe, ale to nie znaczy, że tylko przyjmując taką wersję można dopatrzyć się logiki w jej zachowaniu. Wszak atak na Bulla można również tłumaczyć jej odrazą wywołaną niedawnym niezaakceptowanym przez nią kontaktem fizycznym, paniką rzutującą na błędne odczytanie przez nią intencji, jakimi kierował się mężczyzna, a końcowe ignorowanie położenia Roba i myślenie głównie o własnym bezpieczeństwie można z kolei usprawiedliwić zwykłym instynktem samozachowawczym, przerażeniem narzucającym jedynie dbałość o siebie samą. Spoglądając na „drugą stronę barykady”, zaborczego Bulla, na pierwszy rzut oka można wysnuć wniosek, że oto mamy do czynienia ze zwykłym psycholem, którego powinno się izolować. I z czasem rzeczywiście tak się prezentuje, ale nie sposób nie zauważyć procesu, który doprowadził go do szaleństwa, w którym nie bez winy pozostawał głównie Rob. Odrzucenie przez Sam i sposób, w jaki jej nowy chłopak traktuje Bulla, uciekając się do podstępów w ich małej konkurencji o względy kobiety oraz wspomniane zabawianie się jego kosztem wywołują swoisty efekt domina – drobne niesnaski ewoluują w prawdziwy koszmar. Terror w końcowej partii filmu, choć konwencjonalny okazał się dla mnie zaskakująco emocjonujący. Szczególnego smaczku ostatecznej konfrontacji dodawały chaotyczne, szaleńcze, diablo przekonująco artykułowane przemowy Bulla. Ponadto całkiem nieźle wypadają windująca poziom dramaturgii próba nakarmienia przyjaciół surową rybą (podczas tego wydarzenia w tle można zobaczyć książkę między innymi McDermida, Cobena i „Dziennik Bridget Jones” Helen Fielding) i oczywiście najbardziej trzymające w napięciu pastwienie się nad Robem. UWAGA SPOILER Cieszył również finalny tajemniczy uśmieszek Sam, który sprawił, że największa zagadka scenariusza pozostała nierozstrzygnięta, jej rozwiązanie pozostawiono w gestii widza KONIEC SPOILERA. Żeby jednak nie było tak różowo, muszę zaznaczyć, że „Granicom zła” mimo wszystko zabrakło jakichś bardziej charakterystycznych sekwencji, które mogłoby na dłużej zapaść w pamięć, bo choć końcowe pastwienie się nad przyjaciółmi w wykonaniu Bulla może elektryzować w czasie trwania filmu istnieje raczej małe prawdopodobieństwo, że jego proceder na trwałe zagości w mojej głowie, czego z kolei nie mogę powiedzieć o aktorstwie Bena Oxenboulda. Poza tym na miejscu scenarzystów rozbudowałabym nieco role pozostałej trójki, szczególnie Archiego, bo w charakterystyce jego postaci tkwił ogromny potencjał, umożliwiający skomplikowanie całej intrygi oraz urozmaiciłabym nieco przydługi wstęp większą ilością złowieszczych incydentów z udziałem Bulla.

„Granice zła” to umiejętnie nakręcony thriller w głównej mierze starający się rozerwać publikę, akceptującą konwencjonalne rozwiązania fabularne i odnajdującą przyjemność również w obrazach niepretendujących do niczego ambitnego, opowiadających jakąś historię z widomą lekkością, bez ocierania się o artyzm, czy wielką psychologiczną głębię. Sylwetki głównych bohaterów angażują swoją niejednoznacznością, a kreacja czarnego charakteru wręcz wbija w fotel, ale to jeszcze nie jest coś, co pozwoliłoby mówić o niezmierzonej głębi charakterologicznej. Dobrze się ten film ogląda, ale tylko wówczas, jeśli nie spodziewa się niezapomnianej wirtuozerii, czy nadzwyczaj innowacyjnych wątków.

sobota, 7 maja 2016

Głosowanie – horrory 2011-2015


Pierwsza połowa drugiej dekady XXI wieku już za nami, w związku z tym wypadałoby zrobić jakieś zestawienie najlepszych horrorów, które ukazały się od 2011 do 2015 roku włącznie. Subiektywna lista będzie jednak mniej miarodajna od takiej, która obrazuje zdanie większej liczby osób. Dlatego osoby chętne współtworzyć takie zestawienie bardzo proszę o wpisywanie w komentarzu bądź wysyłanie mailem (buffy1977@wp.pl) maksimum pięciu ulubionych horrorów (może być mniej), których premiera miała miejsce w latach 2011-2015. Czas jak zwykle nieograniczony – kiedy spłynie wystarczająca liczba głosów na blogu ukaże się zestawienie złożone z filmów, które zdobyły najwięcej głosów. Zapraszam wszystkich do wspólnej zabawy i z góry dziękuję za oddane głosy!

piątek, 6 maja 2016

Christer Mjaset „To ty jesteś Bobbym Fischerem”

Recenzja przedpremierowa

Hakon spędził część dzieciństwa w małym norweskim miasteczku, Lillehammer. Gdy uczęszczał do podstawówki przyjaźnił się z Kristofferem, Bo, Perem, Erlendem i Agnes, głównie oddając się wspólnym wypadom do opuszczonych domów, w poszukiwaniu cennych przedmiotów i przesiadując w starym, niemieckim bunkrze z czasów drugiej wojny światowej. Jednak jedno straszne wydarzenie mające miejsce, gdy wszyscy byli nastolatkami sprawiło, że ich drogi się rozeszły. Od czasu wyprowadzki z Lillehammer przed dwudziestoma pięcioma laty Hakon nie pojawił się w Lillehammer, bojąc się konfrontacji z tragiczną przeszłością, ale pogrzeb Kristoffera skłania go do przyjazdu. Na miejscu zastaje trzech dawnych przyjaciół, którzy podobnie jak on przez wszystkie te lata nikomu nie zdradzili ich mrocznej tajemnicy. Hakon od dłuższego czasu nosi się z takim zamiarem i być może powrót do Lillehammer, który przywołał wiele wspomnień popchnie go do przerwania swoistego paktu milczenia, rzutującego na życie ich wszystkich.

Norweg, Christer Mjaset, jest lekarzem i pisarzem. Na rynku literackim debiutował w 2003 roku zbiorem opowiadań. Jego późniejsze powieści zyskały duże uznanie głównie za zgrabne połączenie estetyki thrillera, kryminału i dramatu oraz interesujące portrety doskonale mu znanego światka medycznego. Najnowszy utwór Mjaseta, „To ty jesteś Bobbym Fischerem” również został doceniony przez norweską krytykę, choć tym razem autor zrezygnował ze szczegółowego wyłuszczania codzienności lekarzy, jedynie marginalnie poruszając ten temat. Wydaje się, że opinię publiczną zachwyciły podobieństwa do szumnej powieści Dennisa Lehane’a zatytułowanej „Rzeka tajemnic” (dobrej, ale nigdy nie potrafiłam pojąć jej tak ogromnego fenomenu, głównie przez suchy styl autora) i oczywiście przemyślana narracja uniemożliwiająca ciekawskim czytelnikom odłożenie książki przed poznaniem całokształtu.

Dla mnie najlepszą powieścią mieszającą teraźniejszość z przeszłością bazującą na sielsko-koszmarnym obrazie dzieciństwa spędzonego w małym miasteczku jest „To” Stephena Kinga – obszerne tomiszcze nacechowane taką nostalgią, dosłownie przepełnione różnego rodzaju szczegółowo opisanymi emocjami, że w moim pojęciu żaden inny pisarz podobnie konstruujący daną historię nie jest w stanie przeskoczyć poprzeczki zawieszonej przez autora tego dzieła. Christer Mjaset w „To ty jesteś Bobbym Fischerem” też tego nie dokonał, ale oceniając jego najnowszą powieść w oderwaniu od znakomitego utworu Kinga nie sposób nie docenić zamysłu i do pewnego stopnia wykonania. Akcja książki Mjaseta toczy się dwutorowo, w teraźniejszości i przeszłości, którą przypomina sobie narrator, obecnie czterdziestoletni Hakon, przy czym wątki retrospektywne mają w sobie zdecydowanie większą moc. Głównie za sprawą lekkości, z jaką autor wyłuszcza pozornie sielski okres dzieciństwa w małym norweskim miasteczku oraz dzięki malowniczym, gdzieś na obrzeżach nacechowanym jakąś złowieszczością, opisom samego miejsca akcji. Lillehammer, jakie zapamiętał Hakon charakteryzowało się przede wszystkim spokojem i naturalnym pięknem, ale również tendencją do przytłaczania mieszkańców, szczególnie tych podświadomie tęskniących za wielkimi aglomeracjami. Hakon nigdy nie czuł się w tym miejscu komfortowo, ale jeśli przyjrzeć się bliżej jego osobowości można domniemywać, że był typem młodego człowieka, który nigdzie nie czułby się całkowicie szczęśliwy. Jako chłopiec, co zresztą pozostało mu do dzisiaj, dużo czasu spędzał w samotności, wypuszczając się na piesze wędrówki po lesie i grając w szachy z samym sobą. Jednak, pomimo że cechowało go swoiste wycofanie udało mu się znaleźć kilku przyjaciół, w towarzystwie których spędził wiele przyjemnych chwil, oddając się niebezpiecznym rozrywkom. Choć „To ty jesteś Bobbym Fischerem” jest króciutką powieścią (przeczytałam ją w trakcie jednego wieczora) Mjasetowi udało się szczegółowo sportretować sielskie miejsce akcji i oddać istotę dzieciństwa – beztroskę, żądzę przygód i pragnienie przynależności do grupy, nawet kosztem przyłączania się do niebezpiecznych eskapad. Drugim, równie ważnym elementem idealnie wyłuszczonym przez autora był wpływ błędów młodości na życie dorosłego człowieka, sposób w jaki dawne przewiny kładą się cieniem na całej egzystencji człowieka. Przez długi czas Mjaset ukrywa przed czytelnikiem charakter zbrodni, jakiej dopuścili się chłopcy przed przeszło dwudziestoma laty, podrzucając pewne tropy skoncentrowane na ich rówieśniczce, Agnes, pierwszej miłości Hakona, ale unikając jednoznacznych odpowiedzi. To naturalnie potęguje ciekawość, ale autor nie podsyca jej jedynie za pośrednictwem wątku przewodniego, osnuwając tajemnicą również życie rodzinne Kristoffera, jednego z członków dawnej paczki, do której przynależał również Hakon, na pogrzeb którego wiele lat później przybywa, co jak można się spodziewać zmusza go do konfrontacji z dawnymi grzechami. Przez długi czas wątek bazujący na stylistyce literackiego thrillera jest tylko ogólnie zaznaczany – wiemy, że coś strasznego wydarzyło się w dzieciństwie Hakona, sprawiając, że przez wszystkie te lata walczył z niszczącymi wyrzutami sumienia, ale nie znamy charakteru owego incydentu. Bo Mjaset zaczyna od portretu dzieciństwa w małym miasteczku i równolegle powrotu do miejsc znanych z młodzieńczego okresu, w tym pierwszym przypadku dużo uwagi poświęcając życiu rodzinnemu narratora i oczywiście rozrywkom, jakim oddawał się wspólnie z kolegami. Eskapady do opuszczonych domostw celem poszukiwania kosztowności, które następnie chłopcy składowali w starym bunkrze, Mjaset nacechował aurą niebezpieczeństwa, doprawioną nutką wielkiej przygody, co jawiło się niczym swoista sentymentalna podróż do niezapomnianego okresu beztroski, zapewne charakteryzującego dzieciństwo niejednego czytelnika. Autorowi udało się przelać na karty tej powieści swego rodzaju dziecięcego ducha, który notabene przywiązuje odbiorcę do jego historii na niestety krótki czas.

Choć jak wspomniałam pomimo niewielkiej objętości Christerowi Mjasetowi udało się idealnie sportretować kilka nośnych wątków, trudno oprzeć się poczuciu, że gdyby nieco rozbudował tę opowieść uderzałaby w czytelnika z nieporównanie większą siłą. W takim kształcie niestety pozostaje delikatne wrażenie niedosytu – wszak dostajemy bardzo dobrą, dojrzałą opowieść, ale w wersji mikro, skoncentrowaną na jedynie wyrywkach z życia narratora, a nie szerokim oglądzie egzystencji jego i jego przyjaciół z dzieciństwa. Te wątki, które Mjaset poruszył nie sprawiają wrażenia potraktowanych zbyt pobieżnie, ażeby przywołać oczekiwane emocje, ale wydaje mi się, że gdyby w takim samym stylu przybliżył nieco więcej różnego rodzaju wydarzeń, tak z przeszłości Hakona, jak i jego obecnego życia powieść „To ty jesteś Bobbym Fischerem” nie pozostawiałaby żadnego niedosytu, a być może zyskałaby nawet większy rozgłos niż „Rzeka tajemnic”, bo warsztat Mjaseta w moim pojęciu charakteryzuje się zdecydowanie większą emocjonalnością, magiczną zdolnością dosłownego wnikania w bohaterów i zarażania czytelników kłębiącymi się w nich uczuciami. Pomijając rozwiązanie zagadki zbrodni sprzed lat, zbyt mało widowiskowe, czy druzgocące, jak na fabułę, która w głównej mierze bazowała na podsycaniu ciekawości odnośnie charakteru owego wydarzenia, żaden element akcji nie prosił się o dopracowanie, ale nie zaszkodziłoby, gdyby Mjaset pokusił się o więcej spisanych w podobnym duchu wątków. I właśnie ten brak obfitości w różnego rodzaju wydarzenia uważam za największy mankament tej powieści, chociaż sympatycy niedługich powieści opartych na niewielu wątkach, zwłaszcza tak emocjonująco wyłuszczonych, zapewne nie podzielą moich zapatrywań na tę konkretną kwestię.

„To ty jesteś Bobbym Fischerem” to hipnotyzująca powieść o błędach młodości, które rzucają się cieniem na całe życie człowieka, zachwycająca podsycającą ciekawość konstrukcją i warsztatem, cechującym się dużą dojrzałością, nawet bez długich, szczegółowych opisów. Ale mimo ciekawej problematyki i angażującego stylu autora powieść może pozostawić pewien niedosyt u czytelników, odnajdujących przyjemność w obcowaniu z mnogością różnego rodzaju wątków, szczególnie jeśli rozsmakują się w piórze Christera Mjaseta tak bardzo, że życzyliby sobie zatrzymać się przy tej opowieści na dłużej. Bowiem norweski pisarz na kartach omawianej książki daje nam próbkę autentycznie wciągającej historii, równocześnie odbierając tak bardzo pożądaną możliwość długiego obcowania z jego dziełem.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu