Stronki na blogu

piątek, 20 maja 2022

Harold Schechter „Psychopata”

 

Harold Schechter to ceniony amerykański pisarz specjalizujący się w true crime stories, ze wskazaniem na seryjne morderstwa z XIX i XX wieku, ale na swoim koncie mający też prace o amerykańskiej kulturze popularnej, cykl kryminalny oparty na twórczości Edgara Allana Poego oraz serię dla młodzieży „The Curiosity House” stworzoną ze swoją córką Lauren Oliver – pierwszy tom, „The Shrunken Head” był nominowany do Edgar Award. Podobnie jak jego wydana w 2014 roku true crime story „Mad Sculptor: The Maniac, the Model, and the Murder that Shook the Nation”. Schechter studiował na Uniwersytecie Stanowym Nowego Jorku w Buffalo, gdzie uzyskał doktorat (jego promotorem był Leslie Aaron Fiedler, nieżyjący już amerykański krytyk literacki, orędownik literatury gatunkowej, szczególnie zainteresowany mitografią), oraz na The City College of New York. Przez czterdzieści dwa lata wykładał literaturę amerykańską i myth criticism w Queens College, City University of New York. Poprzez swój artykuł z 1973 roku zatytułowany „Kali on Main Street: The Rise of the Terrible Mother in America” Harold Schechter wprowadził do powszechnego użytku wyrażenie horror-porn, definiowane jako „materiał pisany lub wizualny, który podkreśla zmysłowe lub sensacyjne aspekty podmiotu nieseksualnego, przemawiającego do odbiorców w sposób podobny do podniecającego efektu pornografii”. Schechter od 2002 roku pozostaje w związku małżeńskim z poetką Kimiko Hahn.

Po raz pierwszy wydana w 1989 roku opowieść o życiu i zbrodniach człowieka, który zyskał niechlubny przydomek Rzeźnika z Plainfield (nazywany też Ghoulem z Plainfield), pióra Harolda Schechtera, eksperta od seryjnych zabójców, według Publishers Weekly. W oryginale opublikowana pod tytułem „Deviant: The Shocking True Story of Ed Gein, the original Psycho”, na polski rynek trafiła dopiero w 2022 roku, czyli aż trzydzieści trzy lata po jej światowej premierze, pod nazwą, po prostu, „Psychopata” - edycja w miękkiej oprawie przygotowana przez wydawnictwo Filia w bardzo dobrym tłumaczeniu Kingi Markiewicz. Warto zwrócić uwagę na układ liter w tytule – na okładce zaprojektowanej przez Mariusza Banachowicza oraz stronach tytułowych. Sylabizowanie najprawdopodobniej nie było podyktowane walorami estetycznymi, ale miało podkreślać związek podmiotu niniejszej niezbyt obszernej (trochę ponad czterysta stron) pracy z powieścią Roberta Blocha, przeniesioną na ekran przez Alfreda Hitchcocka. Mowa oczywiście o „Psychozie” (oryg. „Psycho”), jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, dreszczowcu w historii literatury, a już na pewno kina. Gdyby nie tytułowy antybohater omawianej książki Harolda Schechtera, najbardziej znany właściciel motelu prawdopodobnie nigdy by się nie urodził. Ani on, ani cała „plejada” odrażających zbrodniarzy, myślę, doskonale znanych fanom horrorów i thrillerów. Ze wszystkich „czarnych gwiazd” kina i beletrystyki, które swoje istnienie zawdzięczają Edwardowi Theodore'owi Geinowi, Norman Bates w „Psychopacie” Harolda Schechtera zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie. Innymi słowy, autor niniejszej publikacji niżej pochylił się w zasadzie tylko nad „Psychozą” Roberta Blocha i jej ekranizacją z 1960 roku w reżyserii niekwestionowanego mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka. Dla innego „wielkiego” niesławnego zrodzonego z największego koszmaru miasteczka Plainfield w stanie Wisconsin, jednej z najbardziej rozpoznawalnych twarzy – skórzanej twarzy – w przepastnym świecie horroru (nurt slash), Schechter przewidział zaledwie jeden akapit na ostatniej prostej. Mowa oczywiście o szaleńcu z piłą mechaniczną, a właściwie o pierwszym filmie z jego udziałem w reżyserii Tobe'ego Hoopera z 1974, a nie 1975 roku, jak stoi w tymże „Psychopacie”. Padają też inne, mniej i bardziej znane, tytuły makabrycznych fikcyjnych opowieści mający mniejszy i większy związek ze sprawą Rzeźnika z Plainfield, ale wśród nich nie ma, słusznie wyszczególnionego na opakowaniu książki (przednia strona okładki) Buffalo Billa, seryjnego mordercy wymyślonego - z inspiracji sylwetką Eddiego Geina - przez Thomasa Harrisa na użytek jego modus operandi, czyli powieściowej serii o Hannibalu Lecterze. A konkretnie, jej drugiej osłony pt. „Milczenie owiec”, o której to powieści Schchter mógł jeszcze nie słyszeć. Co prawda książka wyszła mniej więcej rok przed „Psychopatą”, ale jej filmowa wersja w reżyserii Jonathana Demme'a, która nadała swojemu pierwowzorowi większy rozgłos, pojawiła się dwa lata po omawianej publikacji.

W porównaniu z wydarzeniami, które rozegrały się w Wisconsin ponad trzydzieści lat temu [teraz ponad sześćdziesiąt lat temu], Psychoza jest niczym bajka na dobranoc.”

Harold Schechter już na samym początku tej mrocznej podróży do jednej z czarny kart historii ludzkości, pokazał mi, że jest całkiem wytrawnym gawędziarzem. Grunt prawie jak u Stephena Kinga – ta charakterystyczna „oprawa wizualna”, podobny koloryt, rytmika, sposób przemawiania do wyobraźni odbiorcy. Nie wspominając już o tym, że obszar działalności starego kawalera, małego człowieczka z nieomal nieodłącznym krzywym uśmieszkiem, wpisuje się w preferowane przez Kinga realia. Małomiasteczkowe. Tak zwany Dom Grozy, farma Geinów leżała mniej więcej dziesięć kilometrów od Plainfield w stanie Wisconsin, kiedyś sennej mieściny, która od czasu odkrycia odrażających zbrodni młodszego syna Augusty i George'a Geinów, nie odzyskała już dawnego spokoju i swego rodzaju anonimowości. Ze słów Schechtera wynika, że przed odkryciem jego drugiego oblicza, tajemnego życia prowadzonego właściwie tuż pod nosem także najbardziej wścibskich mieszkańców tego okrutnie doświadczonego małego amerykańskiego miasteczka, o Plainfield - podobnie jak o moim rodzinnym miasteczku:) - mało kto słyszał. Szerzej nieznane. Nie tylko w Stanach Zjednoczonych, nawet w samym Wisconsin, w obrębie własnego stanu. Brzydko mówiąc „podręcznikowa dziura zabita dechami”. Spokój, cisza, bezpieczeństwo... Przed szalonym Eddiem w wyobrażeniach wielu, może nawet większości Amerykanów, tak malowały się taka mniejsze aglomeracje. Rzeźnik z Plainfield mimowolnie udowodnił nie tylko swoim krajanom, że nawet w takich małych mieścinach, gdzie niby wszyscy znają wszystkich, bez większego wysiłku, całymi latami można zaspokajać swoje chore apetyty. Edward Theodore Gein, chcąc nie chcąc, obalił mit małych miasteczek. A Harold Schechter w swoim „Psychopacie” obala parę mitów na temat samego Eda. Na przykład kanibalizm albo nekrofilia w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa. Człowiek, którego „ekspert od seryjnych morderców” poddaje drobiazgowej analizie na kartach przedmiotowego utworu, faktycznie przez badających go psychiatrów został uznany za nekrofila (nawiasem mówiąc Schechter przybliży nam też kilka autentycznych postaci z tym zaburzeniem preferencji seksualnych), ale nie ma dowodów na to, że Ed kopulował ze zwłokami. Właściwie biorąc pod jego awersję do seksu, wpojoną mu przez najważniejszą osobę w jego życiu, z którą jak wielu seryjnych morderców (udowodniono mu tylko dwa zabójstwa, ale najgorliwsi wyznawcy zasady, że seria w takich wypadkach zaczyna się od trzech – zdania są podzielone – nie mają nic przeciwko dopisywaniu Geina do tych niesławnych, a przynajmniej nie większość z nich) miał mocno skomplikowaną relację. Chociaż...

Tak, związek Eda i Augusty w gruncie rzeczy wyróżnia się nawet na tym obficie splamionym ludzką krwią płótnie. Kompleks Edypa w wersji hard. Posunięty do ekstremum. Ale nie takiego, o jakim mogli rozprawiać najbardziej zaangażowani plotkarze, w wyjątkowo długim - na pewno z perspektywy wielu mieszkańców Plainfield – okresie po ujawnieniu makabrycznej zawartości dosłownie oblepionej brudem nieruchomości zdumiewająco niepozornie prezentującego się człowieczka. Nie ma dowodów na to, by szaleniec z Plainfield kiedykolwiek uprawiał seks ze swoją apodyktyczną, wręcz despotyczną mamusią. Ani żywą, ani martwą. Można śmiało uznać, że Augusta Gein była jedyną miłością Eda. Jego królową. Jedyną kobietą, dla której zrobiłby dosłownie wszystko. Cały świat rzuciłby jej do stóp, gdyby tylko miał taką moc. Kochał ją (świadomie) i zarazem (podświadomie) nienawidził. Szalona miłość i szalona nienawiść, skumulowane w niewysokim pozornie zupełnie nieszkodliwym dziwaku. Tak Ed Gein był postrzegany przez niewielką społeczność, z którą nigdy nie czuł się jakoś szczególnie związany - Augusta zadbała o to, by czuł odrazę do bezbożnej krainy, krainy rozpusty, jaką w jej przekonaniu było Plainfield - ale też nie miał w zwyczaju odmawiać, gdy ktoś prosił go o pomoc. Zawsze grzeczny, przeważnie na uboczu „krzywy człowiek z krzywym uśmiechem”. Harold Schechter swoją dogłębną analizę „Boogeymana z Wisconsin” (Ed Gein wpisał się do tamtejszego folkloru; podobno wciąż przydaje się niektórym rodzicom, chcącym wymusić posłuszeństwo na swoich co bardziej upartych pociechach. Taki straszak na krnąbrne latorośle) roztacza w zadowalająco zagęszczonym sosie społeczno-kulturowym i politycznym, choć w ten ostatni, w moim poczuciu, zaangażował się w mniejszym stopniu. Dzieciństwo i okres nastoletni chorego Eda, i tym bardziej wcześniejsze dzieje jego późniejszych rodziców, wprawdzie nie obfitują w wydarzenia, ale na dobrą sprawę dostarczają dość sporo informacji na temat warunków, w jakich dorastał ten samotny człowiek. Dla tych, którzy tutaj po raz pierwszy zderzą się z tą niechlubną postacią, ten etap książki może zyskać na wartość trochę później, gdy Schechter bardziej wniknie w jego okrutnie poplątaną głowę, a właściwie nie tyle on, ile pierwsi badacze tego porażającego przypadku. Prędzej czy później Harold Schechter doprowadzi nas do przekonania, że tytułowa postać jego całkiem szczegółowej rozprawy, to owoc złego wychowania. Że tak to ujmę, efekt uboczny tytanicznej pracy Augusty Gein. Bo chyba nie o to jej chodziło? Chyba. W każdym razie, gdyby rodzona matka Eda była inna, jego życie przypuszczalnie ułożyłoby się inaczej. I co ważniejsze, przynajmniej dwie osoby nie straciłyby życia. Nie byłoby Domu Grozy z Plainfield. Nie byłoby „Psychozy” ani „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”.

Izolacja, nienawiść do bliźnich (bo grzeszni, nie to co ona, krystalicznie czysta Augusta Gein), mnóstwo kijów, mało, jeśli w ogóle, marchewek także dla faworyzowanego syna. Starszy brat Eddiego, Henry najwyraźniej nie był takim, hmm, oczkiem w głowie fanatyczki religijnej (luteranka), która ewidentnie, jak to się mówi, nosiła spodnie w domu Geinów – jej nadużywający alkoholu mąż siedział pod jej pantoflem, choć od czasu do czasu robił sobie z niej worek treningowy. Z niej i swoich dzieci. Przemoc na jednej z farm niedaleko Plainfield, której największą ofiarą był właśnie Ed Gein trwała właściwie aż do śmierci Augusty. Ojciec przestał maltretować synów, gdy podrośli, ale matka nigdy nie odeszła od obsesyjnej kontroli nad swoimi potomkami. Głównie Edem. Z Henrym nie miała tak łatwo. Henry nie był tak zapatrzony w Augustę, jak jego młodszy braciszek. Żaden z nich nigdy się nie ożenił (Augusta już się o to postarała), ale tylko jeden dożył dość późnej starości. Drugi zginął w zagadkowych okolicznościach. Natomiast najważniejsza osoba w życiu małego człowieczka z Plainfield odeszła na samym końcu. Eddie został sam. W oczach innych, ale niekoniecznie własnych. Jeśli wierzyć jego zeznaniom, w jego niemożliwie brudnym – istne wysypisko – pozbawionym elektryczności domu, niekiedy rozlegał się głos, jego nieżyjącej przecież rodzicielki, w którym znajdował chwilowe ukojenie. W domu pełnym własnoręcznie wykonanych, delikatnie mówiąc z nietypowych materiałów, przedmiotów codziennego użytku, makabrycznych dekoracji i jeszcze bardziej odrzucających strojów (maski i jeden kompletny kostium, pomagające mu, oczywiście w jego mniemaniu, stawać się kobietą, którą tak bardzo chciał być – jego matka marzyła o córce, więc...). Da się odczuć, że autor „Psychopaty” ma trochę współczucia dla tego żywego (w sumie to już nieżywego, Ed Gein zmarł bowiem w1984 roku – miał wówczas siedemdziesiąt osiem lat) dowodu na to, że ani wygląd zewnętrzny, ani nawet zachowanie w towarzystwie o niczym jeszcze nie świadczą. Chcę przez to powiedzieć, że przypadek Eda Geina wielu uświadomił tę, dziś już raczej banalną prawdę, że ci grzeczni, cisi i niewielkiej postury też mogą ślinić się na widok rozkładającego się trupa. I zabijać. I gromadzić swoje makabryczne trofea w niczym niewyróżniającym się domu w niczym niewyróżniającej się - no może na pierwszy rzut oka sielskiej, wręcz idyllicznej - okolicy. Szczupły człowiek, w którym jak się okazało była wielka krzepa. Nie sprawdzałam:), ale wydaje mi się, że potrzeba siły do takiej cmentarnej działalności, jakiej, naturalnie w wielkiej tajemnicy, oddawał się, i to przez spory kawał czasu, mały Eddie. Po zatrzymaniu antybohatera tej nie-powieści, poza spodziewanymi czynnościami prawnymi, Harold Schechter, z dużą dokładnością naświetli reakcje ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa, ze wskazaniem na mieszkańców Plainfield oraz „istne sępy, które zwietrzyły wyjątkowo soczystą padlinę”. Powiedziałabym, że autor ma więcej litości dla Eda niż dla dziennikarzy relacjonujących jego sprawę (swoją drogą, odniosłam również wrażenie, być może błędne, że Schechter skłaniał się ku temu, że nadmierna fascynacja makabrycznymi historiami, autentycznymi i/lub fikcyjnymi, może mieć zgubny wpływ na psychikę człowieka), ale... Ujmę to tak: autor współczuje Edowi, ale go nie rozgrzesza. Nie wyglądało mi na to, by stawiał się tutaj w roli jego adwokata (yhm, adwokata diabła), czy tam kogoś w tym rodzaju. Nieraz nazywa go potworem. Jednak potwory to też ludzie, jeśli rozumiecie, co mam na myśli. Straszne to, ale prawdziwe.

Kompendium wiedzy, bez której wielu śmiertelników pewnie spokojnie mogłoby się obejść. Wiedzy nie tyle niepotrzebnej, ile bardzo nieprzyjemnej, nadzwyczaj niewygodnej. Biografia jednego z najbardziej osławionych zbrodniarzy w historii, prototypu Normana Batesa, Leatherface'a i Buffalo Billa, człowieka, który własnymi rękami zbudował najbardziej przerażający Dom Grozy w Stanach Zjednoczonych, historia Edwarda Theodore'a Geina, tak zwanego Rzeźnika z Plainfield, dobitnie pokazuje, że cicha woda może najbrutalniej brzegi rwać, a małe miasteczka są mniej więcej tak bezpieczne, jak bliskie spotkanie z jadowitym wężem. „Psychopata” Harolda Schechtera nie jest suchą opowieścią o życiu i zbrodniach małego Eddiego, przynajmniej dwukrotnego zabójcy, nekrofila i hieny cmentarnej, która nieładnie udekorowała swój cuchnący domek w cichym zakątku Wisconsin. Czyta się prawie jak mocną powieść. Gdyby tylko dało się zapomnieć, że ta niestworzona historia nie jest czystym wymysłem... Amerykańskiego pisarza, uznawanego za eksperta od seryjnym morderców działających w XIX i XX wieku. Człowieka, który w mojej ocenie wyszedł zwycięsko z konfrontacji z Edem Geinem. Gorąco zachęcam do „obejrzenia tego starcia”, nieskrycie licząc na kolejne spotkania z prozą Harolda Schechtera z półki true crime.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

środa, 18 maja 2022

„Poza sezonem” (2021)

 

Marie Aldrich zostaje wezwana na wyspę Lone Palm z powodu zdewastowania nagrobka jej matki przez niezidentyfikowanego sprawcę i niezwłocznie udaje się tam z niejakim George'em Darrowem. Przed wjazdem na wyspę zostają poinformowani, że w związku z końcem sezonu most niedługo zostanie podniesiony, co uniemożliwi wydostanie się z tego miejsca drogą lądową. Jako że Marie i George nie zamierzają zostać na Lone Palm do wiosny, muszą działać szybko. Poszukiwania dozorcy cmentarza, człowieka, który podobno czeka na dyspozycje Marie odnośnie nagrobka jej rodzicielki, niespodziewanie się przeciągają. Napotkani mieszkańcy nie potrafią albo nie chcą im pomóc. A przybysze nie mogą czuć się bezpiecznie w ich towarzystwie. Na pewno nie Marie, kobieta, która dopiero teraz zaczyna wierzyć w dziwne opowieści jej matki na temat Lone Palm.

Mickey Keating, twórca między innymi „Pod” (2015), „Darling” (2015) i „Parku makabry” (2016), dorastał na Florydzie, poza sezonem zwykle spacerując po wyludnionych plażach. Wyznał, że było w tym coś przerażającego. Te samotne wyprawy mocno utkwiły mu w pamięci, być może głównie dlatego, że bezludne plaże w jego oczach mają tę specyficzną atmosferę opowieści południowogotyckich, które wprost uwielbia. Tak czy inaczej, zawsze widział w tym ogromny potencjał na film. Można więc powiedzieć, że pomysł na „Poza sezonem” (oryg. „Offseason”) wykiełkował w jego głowie już w okresie dorastania. Scenariusz napisał sam, sam też podjął się reżyserii. Utrzymanego w klimacie niesamowitości, podpatrzonym w prozie Howarda Phillipsa Lovecrafta, w szczególności w opowiadaniu „Widmo nad Innsmouth” i kultowym serialu „Strefa mroku”, folk horroru, którego akcję osadził na niewielkiej wyspie. Pierwszy pokaz tego klimatycznego widowiska odbył się w marcu 2021 roku na South by Southwest Film Festival, a szerszą dystrybucję w jego rodzimych Stanach Zjednoczonych rozpoczęto niemal równo rok później, na platformie Shudder. Pierwszym większym dystrybutorem „Poza sezonem” na terenie Polski został portal CDA Premium, który na swoje serwery wpuścił go 15 maja 2022 roku.

Dla jednych skrzyżowanie „Kultu” Robina Hardy'ego i opowiadania Shirley Jackson pt. „Loteria”. Dla innych bardziej „Mgła” Johna Carpentera i/lub „Silent Hill” Christophe'a Gansa. A „Uwolnienie” aka „Wybawienie” Johna Boormana? Mickey Keating raczej nie chciałby, żeby widzowie kojarzyli jego „Poza sezonem” z tym ostatnim. Według niego świat jest już w zupełnie innym punkcie – to, co brzmiało wiarygodnie w latach 70-tych XX wieku, niekoniecznie przekona współczesnych odbiorców. W każdym razie uznał, że taka kreacja lokalnej społeczności, jak u Boormana, trochę się zdezaktualizowała. Dzisiaj prędzej zabiega się o turystów, niż robi wszystko by się ich pozbyć. W ten czy inny sposób. Mieszkańcy Little Tall... to jest Lone Palm, z otwartymi ramionami witają turystów w swoich skromnych progach. Ale tylko w sezonie. Mieszkający w Nowym Jorku, Marie Aldrich i George Darrow, w pierwszym rozdziale (Keating zastosował ten mniej filmowy, bardziej książkowy podział - są nawet plansze tytułowe) przybywają do tego nieboskiego miejsca w przededniu kilkumiesięcznej izolacji wyspiarzy, która nie jest niczym nowym. Najnowsi przybysze nie byli na to przygotowani, ale wśród tubylców niewątpliwie nie znajdzie się ani jednej osoby, która przyjęłaby wiadomość o odcięciu tego miejsca od reszty świata na cały okres zimowy z porównywalnym zaskoczeniem. Uświęcona tradycja czy bardziej przymus? Jedno mogę powiedzieć z całą stanowczością: Lone Palm to jedno z najupiorniejszych miejsc, jakie w ostatnich latach „odwiedziłam” (na ekranie). Nie mogłam oprzeć się poczuciu (które umocniły „niedzisiejsze” napisy końcowe), że Mickey Keating nie szedł z duchem czasu tylko uparcie patrzył wstecz. Od początku czułam się trochę jak podróżniczka w czasie. Jakby Marie i niejaki George (nie jestem pewna, co łączy tych dwoje; miłość? przyjaźń?), przyzwoicie odegrani przez Jocelin Donahue i Joego Swanberga, znaleźli się nie tylko w innym miejscu, ale i w innym czasie. Most to granica pomiędzy teraz i kiedyś. Most to granica pomiędzy światami? Wymiarami? W sezonie życie na tej przeklętej wyspie ponad wszelką wątpliwość biegnie zupełnie zwyczajnym torem. A przynajmniej na pozór wszystko jest jak najzupełniej normalne. Turyści nie maja powodów do niepokoju. Ale główna bohaterka „Poza sezonem” odpowiedziała na wezwanie dozorcy cmentarza na Lone Palm, w mniej dogodnym, przynajmniej dla nietutejszych, momencie. Lone Palm w dużym stopniu pokrywa się z moimi wyobrażeniami Lovecraftowskiego Innsmouth, przybrzeżnej mieściny pełnej wielce podejrzanych – bardzo delikatnie mówiąc – stworzeń. Przygniatająca atmosfera niesamowitości. Groźba wisząca w powietrzu. Tak nisko zawieszona, że aż czuć jej nieziemski odór. Straszliwy fetor wnikający w każdą komórkę bezbronnego organizmu. W tej mgle trudno się oddycha. W tych wszędobylskich oparach (nie)znanego ukrywają się jakieś potworności nie z tego świata. Witamy w Strefie Mroku! „Porzućcie wszelką nadzieję wy wszyscy, którzy tu wchodzicie”. Zostałeś ostrzeżony. Mickey Keating i jego ekipa nie zostawiają złudzeń. Widz od początku ma mieć absolutność pewność, że to złe miejsce jest. Ta mgła, ta upiorna mgła, te przeraźliwe dźwięki... Tak zwana stara szkoła straszenia. Podskórny niepokój. Niedookreślone zagrożenie. Niewygodna tajemnica. Brudne sekrety w pewnym sensie utrwalone w powietrzu. Ścieżka dźwiękowa - fenomenalna robota debiutującego kompozytora filmowego Shayfera Jamesa – w „Poza sezonem” jest równorzędnym partnerem dla stylowych, wybornie klimatycznych zdjęć Maca Fiskena. Z takim zjawiskiem zdecydowaniem częściej spotykam się w XX-wiecznym kinie grozy (zresztą nie tylko grozy). Współcześni filmowcy efekty dźwiękowe, uważam, szczególnie upodobali sobie jako integralną część mechanizmu, któremu nadano dumnie brzmiącą nazwę jump scare, a którą ja wolę nazywać jump scenkami. Albo efektem „buu!”. W „Poza sezonem” takich „stresujących momentów” raczej nie uświadczymy. Nie bawimy się w „buu!”, próbujemy czegoś trudniejszego. Mickey Keating i jego zespół skompletowany na potrzeby „Poza sezonem”, postarali się rozgryźć dużo twardszy orzech. Trzymać w kleszczach strachu. Na jednych zadziała, na innych nie, wiadomo, ale intencje twórców przynajmniej dla mnie były doskonale czytelne. Nie idziemy po linii najmniejszego oporu, nie gonimy za aktualnymi trendami. Czysty strach, a nie jakieś tanie zaskoczenia.

W mojej opinii „Poza sezonem” Mickeya Keatinga to jeden z tych obrazów, które zwykle opisuje się słowami „przerost formy nad treścią”. Nie przepadam za tym określeniem, ale obawiam się, że niejeden odbiorca, przynajmniej w myślach, tak podsumuje ten pobyt na przeklętej wyspie. Otoczka wydajniejsza od scenariusza? Ujmę to tak: gdyby nie ten klimat, mogłabym nie dotrwać do napisów końcowych. Skoro „stara szkoła straszenia”, to nie wypada porywać się na jakieś większe komplikacje. W każdym razie Mickey Keating tak do tego podszedł. Prosto. I zarazem tajemniczo? Nie postawiłabym tego znaku zapytania, gdyby nie zaskakujące słowa Marie Aldrich skierowana do jej compadre George'a Darrowa po wyruszeniu w drogę powrotną - z Lone Palm do Nowego Jorku. Zaskakujące nie tyle treścią, ile miejscem, jakie w scenariuszu dla tego wyznania przewidziano. Owszem, nienaturalnie by wyglądało, gdyby Marie dłużej zwlekała ze zwierzeniem się George'owi ze swoich obaw, z przekazaniem mu niewiarygodnej historii, którą przed śmiercią opowiedziała jej matka, aktorka filmowa Ava Aldrich (prolog filmu zrealizowany w taki sposób, by widz czuł się, jakby był jedynym słuchaczem tej starszej, wyraźniej mocno zaniepokojonej kobiety, jakby rzeczony monolog był skierowany wyłącznie do niego – dość intymna chwila, kącik szczerości Avy specjalnie dla nieznajomego podglądacza, niewidzialnego, bezsilnego obserwatora tych i późniejszych wydarzeń). Ale tego w prosty sposób można było uniknąć – nie uświadamiając Marie przed faktem. Bo nie mam wątpliwości, że dłuższe potrzymanie odbiorców „Poza sezonem” w niepewności, przysłużyłoby się tej historii. W zasadzie uważam, że Mickey Keating popełnił tutaj kardynalny błąd. Tym jednym ruchem odebrał mi jeden z najsoczystszych owoców, jakie wydała jego upiorna wyspa. Nie od dziś bowiem wiadomo, że na tajemnicy sporo można ugrać. Jeśli starczy cierpliwości. Mickey'owi Keatingowi widać nie starczyło. Z powodzeniem mógł dłużej pograć mrocznymi sekretami Lone Palm, alarmować, ale nie odkrywać. Nie podpalać za wcześnie tej fantazyjnej kurtyny, bo może się okazać, że wyobrażenia widza były o niebo potworniejsze od tego, co istotnie ukrywało się za nią. Niektóre ruchy bohaterów też mogą spotkać się z dezaprobatą co poniektórych odbiorców. Jaka byłaby pierwsza myśl współczesnego człowieka, gdyby ugrzązł czy to na wyspie, czy gdziekolwiek indziej, skąd chciałby się jak najprędzej wydostać? Oczywiście: telefon. Ani Marie, ani tym bardziej George, jakoś na ten pomysł nie wpadają. Najmocniej rzuca się to w oczy podczas obchodu po, na pierwszy rzut oka, wyludnionym centrum miasteczka. Bohaterowie „Poza sezonem” - a przynajmniej jedno z nich - utknęli na wyspie w nader zastanawiających okolicznościach. To jest właśnie Strefa Mroku! Pamiętacie „W paszczy szaleństwa” Johna Carpentera? To coś podobnego. To konkretne zajście, niepojęta przeszkoda w drodze do jeszcze niepodniesionego mostu. Ale jeszcze nie wszystko stracone. Skoro telefon odpada, to może... Widz, w odróżnieniu od Marie, pewnie zapamięta incydent w barze. Nie, nie chodzi o nietypowe zachowanie ludzi zastałych w środku – niegrzeczne to za mało powiedziane, niebrutalne, nie jawnie agresywne; jedyne słowo, jakie przychodzi mi na myśl to „nienormalne” - choć podejrzewam, że ta scena nieszybko wyparuje z mojej pamięci. Ale to jeszcze nic. Mnie naprawdę nie potrzeba wiele. Wystarczą nieruchomo stojące, zastygłe postaci z białymi oczami. Koniecznie w jakiejś sugestywnej atmosferze. Jakby cały świat wstrzymał oddech w oczekiwaniu na ruch tego potencjalnego agresora, czasem więcej niż jednego. Przyznaję, lękałam się tych stworzeń. Wyglądali jak ludzie, ale ani przez moment nie wątpiłam w to, że nie są tacy jak my. Z mieszkańcami Lone Palm ewidentnie jest coś nie tak. Nie potrzeba wymyślnej charakteryzacji, żeby dostarczyć mi tego jakże pożądanego dreszczyku. Tylko białe oczy, które w światku horroru zwykle wloką za sobą to cuchnące Martwe Zło, tj. moja pierwsza myśl to zazwyczaj opus magnum Sama Raimiego. Nie wspominając już o dźwiękach – zdaje się, że krew w moich żyłach najbardziej zmroziła scena z mackami, czy tam jakimiś niezwyczajnymi pędami, i mam pewność, że to zasługa wyłącznie udźwiękowienia (takie odgłosy mógłby wydawać sam Cthulhu, jak myślicie?). Finał wprawdzie spodziewany, ale prawdę mówiąc nie potrafiłabym wymyślić lepszego akcentu na do widzenia. Zaciekawiła mnie też pierwsza plansza końcowa, a właściwie moja reakcja na nią. W napięciu czekałam na, bądź co bądź, zupełnie niewinną „igraszkę oceanu”. Bo chyba nikt nie będzie miał wątpliwości, do czego to prowadzi. Takie nic, a się wciągnęłam.

Poza sezonem” Mickeya Keatinga to propozycja dla zwolenników starych metod komunikacji z fanami horroru. Mniej dosadności, mnóstwo mgły. Z naciskiem na klimat, z wypięciem na aktualne trendy. Prosta, może nawet odrobinkę naiwna, opowieść, na której raczej nie poskaczecie. Czekają Was albo pożądane niewygody, albo niezasłużone wakacje w wyjątkowo nudnym miejscu. Myślę, że zdania będą podzielone. I mocno wątpię w przewagę zachwyconych. Może kiedyś... Ja też tak do końca przekonana do tej grozowej oferty nie jestem. Oprawa audiowizualna, jak dla mnie wyborna, ale scenariusz mógł być znacznie lepszy. Fabuła ani czterech liter, ani niczego innego mi nie urwała.

poniedziałek, 16 maja 2022

Sam Holland „Echo Man”

 

Anglia. Pewnej nocy dochodzi do podpalenia domu trzyosobowej rodziny Ambrose. Jessica i jej pięcioletnia córka uchodzą z życiem, ale kobieta staje się główną podejrzaną o zabójstwo swojego męża Patricka. Sojusznika Jess znajduje w zawieszonym detektywie z wydziału zabójstw Nathanielu Griffinie, od wielu miesięcy starającego się dopaść domniemanego seryjnego mordercę. Sprawca nie ma określonego sposobu działania, ofiary giną w różny sposób, przez co nikt poza Griffinem dotychczas nie łączył tych spraw. Tymczasem starsza siostra Griffina, nadinspektor Cara Elliott i detektyw sierżant Noah Deakin rozpoczynają śledztwo w sprawie wyjątkowo brutalnego podwójnego zabójstwa, a niedługo potem nabierają przekonania, że to kolejne uderzenie człowieka obsesyjnie poszukiwanego przez Nate'a Griffina. Seryjnego mordercy, który rekonstruuje zbrodnie swoich co bardziej znanych poprzedników. Od dawna działającego i właśnie nabierającego tempa naśladowcy. Nadzwyczaj niebezpiecznego osobnika, któremu prasa niebawem nada przydomek Echo Man.

Echo Man” (oryg. „The Echo Man”) to debiutancka powieść pochodzącej z Wielkiej Brytanii byłej specjalistki ds. kadr, Sam Holland. Czytelniczego bakcyla połknęła dzięki twórczości Stephena Kinga, Deana Koontza i Jamesa Herberta. Holland w pewnym sensie wychowała się na prozie tych kojarzonych głównie z horrorem, sławnych panów. Na mrocznych utworach wynajdowanych w bibliotece. Wtedy narodziła się jej, zupełnie niegroźna dla otoczenia, fascynacja makabrą. Sam Holland studiowała psychologię, a po paru latach tak zwanego zarządzania zasobami ludzkimi, postanowiła spróbować z pisarstwem na pełen etat. Jej pierwsza książka to swoisty owoc jej wieloletniego zainteresowania autentycznymi sylwetkami seryjnych morderców. Soczysty owoc wydany w 2022 roku (światowa i polska premiera), który być może doczeka się bezpośredniej kontynuacji. Obecnie Holland pracuje jednak nad czymś innym. Samodzielnym dreszczowcem, który, jak ujawniła, jest osadzony w tym samym uniwersum, co „Echo Man”, ale ma innych bohaterów. Głównych, bo autorka zapowiada okazjonalne występy nadinspektor Cary Elliott i paru innych postaci z „Echo Mana”. Holland zdradziła też, że w głowie ma już rozrysowaną fabułę ciągu dalszego jej pierwszej „sztuki” wystawionej na literackiej scenie. Jeśli będzie na to popyt to Sam Holland zapewni podaż. Wszystko w rękach czytelników.

Thriller kryminalny z całkiem grubą warstwą psychologiczną, który może nielicho zaskoczyć osoby wychodzące z założenia, że pierwsze kroki zawsze są niezgrabne. „Echo Man” Sam Holland to nie wiem już który - straciłam rachubę - literacki debiut, który zadaje kłam tej obiegowej opinii. Misternie skonstruowana intryga, niebanalne, niepowierzchownie przedstawione postaci, umiarkowanie makabryczne opisy i stosownie odpychająca, a przy tym intrygująca sylwetka tego złego, któremu marzy się przerośnięcie największych szkaradnych gwiazd na zbrodniczym firmamencie. Czy raczej w piekle. Ale zacznijmy może od zewnętrza. Przygotowane przez wydawnictwo Muza pierwsze polskie wydanie „Echo Mana” brytyjskiej autorki Sam Holland, w porządnym tłumaczeniu Radosława Madejskiego, dostało w mojej ocenie wyśmienite opakowanie – minimalistyczny, niesamowicie złowieszczy projekt Tomasza Majewskiego (wypukłe litery w imieniu i nazwisku autorki i chropawe w tytule książki), na który wprost nie mogłam się napatrzeć. A kiedy już udało mi się oderwać od tego magnetycznego diabełka... Rozpoczynałam tę podróż z przekonaniem, że czeka mnie swoista powtórka z rozrywki wyreżyserowanej przez Jona Amiela. Jeśli widzieliście jego „Psychopatę" z 1995 roku (scenariusz: Ann Biderman i David Madsen) z Sigourney Weaver w jednej z głównych ról, to zapewne też skojarzycie skrótowy opis fabuły zamieszczony na tylnej okładce „Echo Mana” z tamtym kultowym przecież thrillerem. Nie wiem na pewno, czy wieść o tamtym naśladowcy wybranych (w zdecydowanej większości autentycznych) seryjnych morderców dotarła do Sam Holland, ale znając jej zainteresowania można chyba założyć, że coś tam obiło jej się o uszy. Tak czy inaczej, jej morderca działa na nieporównywalnie szerszą skalę – więcej zdeprawowanych jednostek do naśladowania. Prowadząca para detektywów z wydziału zabójstw, szefowa później skompletowanego zespołu zajmującego się sprawą Echo Mana, nadinspektor Cara Elliott i jej najbardziej zaufany człowiek Noah Deakin, na pierwszy rzut oka przypominają MJ Monahan i Reubena Goetza, postacie odegrane w „Psychopacie” przez Holly Hunter i Dermota Mulroneya. W takim razie, idąc tym tokiem rozumowania, Jessica Ambrose musiałaby być nową Helen Hudson (Sigourney Weaver). Podobnie jak Helen, Jess zmaga się z jakimiś wewnętrznymi demonami, ale w przeciwieństwie do niej, za to podobnie jak autorka „Echo Mana”, Ambrose nigdy nie zajmowała się seryjnymi mordercami zawodowo, niewątpliwie jednak szczególnie upodobała sobie true crime stories. Zna biografie niezliczonych wielokrotnych zabójców, może okazać się więc nie mniej pomocna od specjalistki w tej dziedzinie, profilerki wykreowanej w „Psychopacie” Jona Amiela. Helen Hudson zmagała się z agorafobią, a Jess Ambrose często dopada przemożna potrzeba okaleczania się. Odbiera się jako osobę wybrakowaną. Z zazdrością patrzy na normalnych ludzi z rozpromienionymi buziami. Problem Jessiki ma podłoże genetyczne. Urodziła się inna, a w każdym razie ona sama tak się postrzega. Odszczepieniec. Jednostka, która przegrała swoje życie już w chwili przyjścia na ten świat. Pech jakich mało. Jak można się domyślić, w jej życiu wkrótce pojawi się ktoś, kto odmieni jej sposób postrzegania samej siebie. Zawieszony detektyw z wydziału zabójstw Nathaniel Griffin nieświadomie uruchomi w jej od niepamiętnych czasów skołowanej głowie proces akceptacji siebie. Ta nietypowa, żeby nie powiedzieć egzotyczna para (policjant i główna podejrzana w sprawie morderstwa i podpalenia, poszukiwana domniemana czarna wdowa), snuje opowieść o ludziach niedoskonałych, wyobcowanych, cierpiących w samotności, nierozumianych i niezbyt zabiegających o uwagę innych. Przywykłych do odrzucania pomocnych dłoni, odpychających ludzi. Łaknących bliższych kontaktów z bliźnimi, podświadomie wypatrujących swoich bratnich dusz, ale tak głęboko okopanych w swojej strefie dyskomfortu, że przepuszczających niejedną okazję do poprawienia swojego bytu. O tyle, o ile, bo każde z nich ma świadomość, że nigdy nie będzie mieć całkiem z górki. On już zawsze będzie nosił w sobie potworne wspomnienia, dźwigał na swoich niewątłych barkach niewyobrażalny ciężar (traumatyczne przeżycie: wielka strata i wielkie poczucie winy), a ona świadomość, że zawsze będzie różnić się od większości. Ani Griffin, ani Jess nie mogą zabić swoich wewnętrznych demonów, ale mogą nauczyć się z nimi żyć. Nauczyć się chodzić z tymi szkaradnymi pasażerami, obrzydliwymi intruzami na plecach.

Echo Man to człowiek duch. Niewidzialny, bo niemający swojego modus operandi. Kopista, który w ten przewrotny sposób prawdopodobnie chce pokazać, że jest lepszy, na swój odrażający sposób, od oryginałów (a Sidney Prescott mówiła, żeby nie wpie*** się w pierwowzory...). Przewyższyć swoich mistrzów? Niekoniecznie mistrzów, bo z krótkich przebieżek w jego iście nieprzyjemnym towarzystwie (rozdziały najbardziej skoncentrowane, bezpośrednio, na tej dość, a właściwie to na poły, zagadkowej postaci) wyniosłam przekonanie, że to osobnik z bardzo rozbuchanym ego. Sadysta, który raczej nie nazwałby siebie uczniem między innymi takich zwyrodnialców, jak Jeffrey Dahmer, Edmund Kemper, Charles Manson i jego tak zwana Rodzina, Ted Bundy, Zodiak, czy Rozpruwacz z Yorkshire. Swoją drogą, czy tylko mnie jedno ze wcześniejszych ataków Echo Mana nasunęło na myśl Nocnego Prześladowcę, tj. Richarda Ramireza? Zamierzone - element, możliwe, że nie jedyny, przygotowany dla co bardziej wścibskich;) czytelników - czy zupełnie przypadkowe podobieństwo? Tak czy inaczej, Echo Mana, zdaje się, poznajemy jako Roberta Daniela Keane'a. Na to wskazują materiały z przeszłości, małe odstępstwa od tradycyjnej narracji. W trzeciej osobie, zarówno w przestrzeni reprezentowanej przez nadinspektor Carę Elliott, której partneruje detektyw sierżant Noah Deakin, jak i na zazębiających się arenach mojej ulubionej postaci „Echo Mana”, Jess Ambrose, oraz Nate'a Griffina, kiedyś należącego do zespołu, którym kieruje jego starsza siostra Cara. Ta Cara. Ona woda, on ogień. Griffin zawsze był porywczy (najpierw działa, potem myśli), nieokrzesany, niepoukładany. Gdyby go zapytać pewnie powiedziałby, że jest czarną owcą w rodzinie, a Cara to jego zupełne przeciwieństwo. Można odnieść wrażenie, że siostra mu imponuje, że jest jego bohaterką, której niestety nie potrafi naśladować. Na przeszkodzie stoi jego charakter. Już wcześniej trudny, ale od jakiegoś roku Griffin dla wielu jest wręcz nie do zniesienia. Został sam, ale nie można powiedzieć, że wszyscy się od niego odwrócili. Gdyby tylko pozwolił sobie pomóc, jego zawsze zaradna siostra na pewno dołożyłaby starań, żeby wydobyć go z bagna, w jakie nagle zamieniło się jego życie. Stracił wszystko. I wpadł w obsesję. Na punkcie człowieka ducha. Podczas gdy on szukał seryjnego mordercy, czynni śledczy, w tym jego dawni współpracownicy, szukali różnych sprawców. Innymi słowy, tylko Nathaniel Griffin wypatrywał związków pomiędzy przeróżnymi sprawami dotyczącymi morderstw. Instynkt go nie zawiódł, ale nawet on, najwytrwalszy z przeciwników Echo Mana, nie wpadł na to, że „jego” sprawca rekonstruuje zbrodnie innych seryjnych. To będzie pierwszy duży przełom w jego śledztwie, którym, jak można się tego spodziewać, pokieruje jego starsza siostra. Skrupulatnie, szczegółowo wyłuszczona przez zdolną bestię Sam Holland wytężona praca śledczych. Autorce ani razu nie zdarzyło się – a przynajmniej ja nie odnotowałam takiego momentu – wpaść w „dziennikarską” manierę nieomal beznamiętnego wyłuszczania faktów, uzasadnionych i/lub pochopnych wniosków, założeń przewodniej grupy śledczej ds. nadzwyczaj przebiegłego osobnika, którego zbrodnie, jak stwierdza jedna z epizodycznych postaci, są echem zbrodni z przeszłości. Stąd przydomek Echo Man. Dowody, poszlaki, ekspertyzy, nawet bardziej prozaiczne scenki z życia bohaterów, tak zwana szara proza życia – w tym kotle cały czas aż kipi od emocji. Coraz to wścieklej. Tylko czekać, aż coś się uleje. Sam Holland od początku do samiuteńkiego końca (gdybyście zobaczyli moją minę po przewróceniu ostatniej stronicy tej historii... To już?! Ależ przepiękne draństwo) trzymała mnie w stanie gotowości na coś jeszcze gorszego. Gorszego od tych wszystkich niedziwnie znajomych bezeceństw. Makabryczne szczegóły działalności Echo Mana (ale, ale, to nie jest horror ekstremalny, radzę więc nie szykować się na przejażdżkę à la Edward Lee; zaryzykuję wyznanie, że Holland kładzie większy nacisk na generowanie pożądanie niewygodnych emocji, ale to tylko moja, absolutnie niewiążąca opinia – żadna tam prawda objawiona) to jedno, ale zagłębianie się w jego przeraźliwie zimną psychikę, zaglądanie w tę bezdeń, otchłań (opowieść o jednym z najciekawszych, najbardziej pasjonujących na swój chory sposób, fikcyjnych seryjnych morderców, na jakich zdążyłam „się nadziać”, poprzedza bodaj najszerzej znana sentencja, mądrość Friedricha Nietzschego) szczerze mówiąc, jeszcze silniej na mnie działało. Przerażająca postać. Powiedziałabym potwór nie człowiek, gdybym wierzyła w potwory...

Lubicie historie o seryjnych mordercach? Nie? To przeczytajcie proszę „Echo Mana”, pierwsze powieściowe (opublikowane) dziecko brytyjskiej autorki Sam Holland. Utwierdźcie się w swojej niechęci do serial killer thriller. Jeśli zdołacie. Oprzeć się sile tej opowieści. Nie wejść w pole rażenia tej emocjonalnej bomby atomowej. Próbujcie, wyzywam Was:) Lubicie historie o seryjnych mordercach? Tak? To co tu jeszcze robicie? Ruszaj wiara do świata przedstawionego przez Holland, gdzie fikcja jakby próbowała prześcignąć twardą rzeczywistość. Autentyczni seryjni inspiracją dla nieautentycznego seryjnego. Szatańsko elektryzująca rzecz!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 14 maja 2022

Magazyn Pocisk


We współpracy z wydawnictwem Papierowy Księżyc przygotowałam tekst do majowego numeru Magazynu Literacko-Kryminalnego Pocisk. Krótki przegląd twórczości Jacka Ketchuma, z okazji szykujących się wznowień (i nie tylko) większości dotychczas wydanych w Polsce powieści tego autora. W nowej szacie graficznej oczywiście pod szyldem wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Magazyn można kupić tutaj: 

W tym numerze dominuje horror. W środku znajdziecie między innymi artykuł Łukasza Wrońskiego o najbardziej znanym domu w Amityville, parę słów, a właściwie sporo słów od Adama Podlewskiego o grozie na ekranie (adaptacje klasyków horroru) oraz o braciach Grimm. Przeniesiecie się też w góry szaleństwa H.P. Lovecrafta, a jeśli jeszcze nie znacie to poznacie wstęp Stephena Kinga do „Dziewczyny z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma. Wywiady z pisarzami, opowiadanie autorstwa Grzegorza Kapli, fragmenty wybranych nowości książkowych... Polecam!

Więcej informacji tutaj: 

I tutaj: 

„Polowanie na czarownice” (2021)

 

Czasy współczesne. W Stanach Zjednoczonych trwają zinstytucjonalizowane polowania na ludzi ze zdolnościami magicznymi. Nastoletnia Claire mieszka z matką i dwoma młodszymi braćmi w stojącym na uboczu domu w Kalifornii, który decyzją jej rodzicielki służy za chwilowy azyl dla czarownic próbujących przedostać się do Meksyku. Dziewczyna nie rozumie, dlaczego jej matka tak ryzykuje i to dla kobiet, które świadomie korzystają z zakazanych mocy. Nastawienie Claire z wolna zacznie się zmieniać po pojawieniu się w jej domu nastoletniej Fiony i jej młodszej siostry Shae, czarownic, których matka przed paroma miesiącami na ich oczach została spalona na stosie. Tymczasem doświadczony łowca wiedźm, agent Hawthorne, trafia na trop przestępczej grupy, do której należy matka Claire.

Polowanie na czarownice” (oryg. „Witch Hunt”) to drugi pełnometrażowy obraz w reżyserskiej karierze Elle Callahan – w długim metrażu zadebiutowała w roku 2018 horrorem „Head Count”; pomysł na fabułę pochodził od niej, ale scenariusz napisał Michael Nader, późniejszy twórca filmu grozy pt. „The Toll” (2020) - tym razem oparty na jej własnym scenariuszu. Największy wpływ na twórczość Callahan – wedle jej własnych słów – mają dzieła Guillermo del Toro, a w szczególności jego „Labirynt fauna” (2006), „Nawiedzony” aka „Nawiedzony dom na wzgórzu” Shirley Jackson oraz filmy Patty Jenkins. Callahan dorastała w Nowej Anglii, więc, jak twierdzi, przesiąknęła tamtejszym folklorem. Zawsze chciała nakręcić film o prawdziwych czy tylko rzekomych wiedźmach. Bardziej pogłębione badania, uświadomiły jej, że tak zwane polowania na czarownice opierały się nie tyle na zbiorowej histerii, ile miały jak najbardziej logiczny sens, były niezbitym faktem, dla ludzi z dawnych epok. Wtedy zaczęła zastanawiać się, jak to wyglądałoby w czasach obecnych. Nie, nie do końca to, bowiem w świecie przedstawionym przez Callahan w „Polowaniu na czarownice”, faktycznie żyją ludzie obdarzone zdolnościami magicznymi. Autorka zadała sobie pytanie: „gdyby kobiety nagle mogły czynić magię i mieć taką moc, jakiej nie mają mężczyźni, jak zareagowałby nasz kraj [Stany Zjednoczone]?”. Nie planowała przemycać polityczno-społecznych treści, miało być bez podtekstów, ale tak się złożyło, że nad tym scenariuszem pracowała za panowania w jej rodzimych Stanach Zjednoczonych ludzi, z którymi diametralnie się nie zgadzała w wielu ważnych dla niej kwestiach. Na przykład dzielenie społeczeństwa na „normalnych” i „innych”. Jej frustracja przeniknęła do historii czarownic, której akcję (pomijając prolog) po namyśle Callahan przeniosła z Nowej Anglii (pierwsza wersja scenariusza) do Kalifornii, gdzie mieszka obecnie. Z dwóch powodów: lubi opowiadać o rzeczach, które są jej bliskie, a od jakiegoś czasu bliższa wydaje jej się Kalifornia niż Nowa Anglia, gdzie się wychowała, a poza tym to brzmiało tak stereotypowo: czarownice w Nowej Anglii. Premierowy pokaz filmu odbył się 17 marca 2021 roku na South by Southwest Film Festival i jeszcze tego samego miesiąca w paru krajach świata ruszyła dystrybucja internetowa. W październiku 2021 roku obraz pokazywano w wybranych amerykańskich kinach, a do Polski przybył w pierwszym kwartale 2022 roku.

Dark fantasy wzniesiona na całkiem pomysłowym, intrygującym fundamencie – polowania na czarownice w czasach współczesnych. Czyli walka z tak zwaną innością w ekstremalnym wydaniu. Egzekucje, także publiczne i także bez uprzedniego procesu sądowego, a zatem bez prawa do obrony, obozy koncentracyjne, niemiarodajne, żeby nie powiedzieć bzdurne testy (próba wody – jak wypłynie, to mamy czarownicę, a jak utonie, to cóż, na wojnie giną też niewinni, taka kolej rzeczy) i badania pseudolekarskie (poszukiwania piętna wiedźmy pośród zwykłych pieprzyków). „Polowanie na czarownice” w reżyserii i na podstawie scenariusza miłośniczki horrorów Elle Callahan, wbrew pozorom, jest opowieścią dość lekką. Zaskakująco miękkim pędzlem malowaną. Ale przekazującą ważne treści, skłaniającą do refleksji o skrajnie nietolerancyjnym świecie, który może być naszym jutrem. Walka z tak zwaną innością w zasadzie toczy się przez cały czas. Zmieniają się tylko „tarcze strzelnicze”. W omawianym obrazie, jak sama jego nazwa wskazuje, wrogami publicznymi numer jeden są jednostki obdarzone magicznymi zdolnościami. Wygląda na to, że „ta zaraza” (w zasadzie „wada” wrodzona) dotyka wyłącznie kobiet. Nawet jeśli jest inaczej, nawet jeśli mężczyznę to nie omija, to przez państwową wyżymaczkę przepuszcza się tylko płeć żeńską. W „Polowaniu na czarownice” Stany Zjednoczone to państwo totalitarne. Tutaj żadna, ale to absolutnie żadna kobieta i dziewczynka, nie może czuć się bezpiecznie. Winna czy nie, w każdej chwili może zginąć. Z rąk jakiegoś nadgorliwego łowcy czarownic albo cywila z sąsiedztwa. Większość podejrzanych o praktykowanie czarnej magii (według ustawodawców najwyraźniej nie istnieje coś takiego jak biała magia) trafia do czegoś w rodzaju obozu koncentracyjnego, ale niektóre giną na miejscu. Jednym z tych, któremu zdarza się załatwiać takie sprawy szybko, jest agent federalny nazwiskiem Hawthorne (taka sobie kreacja Christiana Camargo). Łowca czarownic, a ci w świecie Callahan mają nadzwyczajne uprawnienia. Teoretycznie mają tylko wytropić potencjalne czarownice. Znaleźć i zatrzymać. Niektóre stawiają opór, niektóre walczą na tyle zaciekle, że... Hawthorne wie, że w razie wpadki zawsze może tak powiedzieć. A jego słowo na pewno jest więcej warte niż słowa większości zwykłych śmiertelników. Tym bardziej niezwykłych. Przebrzydłych czarownic. Takich jak rudowłose siostry, nastoletnia Fiona i młodsza Shae (przekonujące występy odpowiednio Abigail Cowen i Echo Campbell)? W oczach agenta Hawthorne'a, jak zapewne większości amerykańskiego społeczeństwa (w domyśle w tym świecie fala migrantów zmieniła kierunek: więcej Amerykanów ucieka do Meksyku niż na odwrót), niewątpliwie nie miałby wątpliwości, że to bardziej potwory niż ludzie. Gdyby je wytropiono. W domu przypuszczalnie niemagicznej kobiety imieniem Martha (Elizabeth Mitchell, która według mnie w tej aktorskiej obsadzie wypadła najkorzystniej; najsolidniejszy warsztat). Główną bohaterką „Polowania na czarownice” jest najstarsze z jej trójki dzieci, które od śmierci męża wychowuje w pojedynkę, nastoletnia Claire (przeciętna kreacja Gideon Adlon). Uczennica miejscowego (jakaś niewielka mieścina w Kalifornii, przy granicy z Meksykiem – i jest wymarzony mur pewnego prezydenta Stanów Zjednoczonych! Yes, udało się!) liceum, gdzie jak przystało na totalitarne państwo młodzieży wpaja się jedyne słuszne prawdy. Bardziej indoktrynacja niż edukacja. W każdym razie w tym świecie myślący inaczej, jeśli nie chcą mieć problemów, muszą udawać, że myślą jak reszta. Przytakiwać, a jeszcze lepiej włączać się do chóru złorzeczących na aktualną najgorszą z mniejszości. Można by powiedzieć, że historia zatoczyła koło, gdyby nie jeden szczegół – w świecie Elle Callahan żyją najprawdziwsze czarownice. Żyją i mają się bardzo niedobrze.

Polowanie na czarownice” Elle Callahan to nieśpiesznie rozwijająca się, nieskomplikowana, niezbyt mroczna opowieść o dorastającej dziewczynie, która przeżywa coś w rodzaju kryzysu tożsamości. Z wolna zmienia swoje nastawienie do wrogów publicznych numer jeden. Gdy ją poznajemy głośno kontestuje „wywrotową” działalność swojej matki. Ma dość życia w ciągłym strachu przed dekonspiracją przestępczej szajki, w której nader prężnie działa jej rodzicielka. Ich rodzinne gniazdko to ostatni przystanek dla czarownic uciekających do Meksyku. Bardzo dogodna kryjówka, dzięki czemuś w rodzaju drugiego mieszkania za ścianami. Moja pierwsza myśl: „W mroku pod schodami” Wesa Cravena. Przez Claire w największej mierze przemawia pewnie właśnie lęk przed ewentualną wpadką, lęk przed konsekwencjami, jakie może ponieść nie tylko jej matka, ale niewykluczone, że swoje zrobiła też szkoła. Edukacja jaką odebrała stoi w jawnej sprzeczności z tym, co dzieje się w jej domu. Nauczyciele o niebie, matka o chlebie. Trudno się dziwić, że dziewczyna sama już nie wie, co ma myśleć. Jej bracia, Corey i George (utalentowani bliźniacy Cameron i Nicholas Crovetti), na razie nie mają takich problemów, ale jak trochę podrosną... Wtedy może będą już przebywać w całkowicie innych warunkach. Normalnych warunkach. A co to ta normalność? W „Polowaniu na czarownice” normalne rodziny nie pomagają wiedźmom. Normalne rodziny wiedzą, że to potwory, które należy zwalczać. Nie mają co do tego najmniejszych wątpliwości. A nawet jeśli, to tego nie okazują. Noszą maski, tak jak Martha, ale w odróżnieniu od niej nie robią nic, by przeciwdziałać bezrozumnej przemocy. Nie mieszają się, jak ci najbardziej niepokorni. Piąta kolumna (Elizabeth Mitchell była już w takiej: serial „V: Goście” z 2009 do 2011 roku), wrogowie wewnętrzni, dywersanci, sabotażyści. Jakkolwiek ich nazwiemy, Elle Callahan kreuje ich na tych dobrych. Ostatni bastion człowieczeństwa w alternatywnych Stanach Zjednoczonych. Zgaduję, że jeden wielki ruch oporu, którego członkowie są rozsiani po całym kraju. Dobrze, może być też kilka, kilkanaście albo kilkadziesiąt mniejszych, które ściśle ze sobą współpracują. Callahan nie zagłębia się w strukturę tej nielegalnej organizacji/tych nielegalnych organizacji, bo to nie ma znaczenia dla przebiegu fabuły. To znaczy mogła darować sobie szczegóły przy omówieniu ryzykownej działalności samotnej matki trojga dzieci, która z sobie tylko znanych powodów (ale czy na pewno? Czy tak trudno odgadnąć, co ją do tego skłoniło?), bierze udział w pozornie perfekcyjnie zaplanowanym przerzucie czarownic przez granicę amerykańsko-meksykańską. Na drugą stronę muru, wzniesionego z rozkazu rządzących krajem. Tuż przed dotarciem do kryjówki Marthy dwóch sióstr z Nowej Anglii, do gry wkracza lojalny wojownik Wielkiego Brata, agent Hawthorne. Dopada nie tylko czarownicę, ale i jednego ze zdrajców, mężczyznę, który w jego przekonaniu pewnie działa wbrew interesowi państwa. Tacy są najgorsi... a przynajmniej tak mawiają „modelowi patrioci”, politycy. Śledztwo szybko prowadzi go do nie tak znowu skromnych progów (patrz: „Annabelle: Narodziny zła” Davida F. Sandberga, to samo zewnętrze) czteroosobowej niepełnej rodziny, a tymczasem Claire po raz pierwszy w życiu, zaczyna otwierać się na osobę, ze zdolnościami magicznymi. Pierwsza przyjaźń z czarownicą i coś jeszcze. UWAGA SPOILER Jak Carrie White Claire odkrywa w sobie nadzwyczajne zdolności. Jest jedną z tych, do których nigdy nie była tak przychylnie nastawiona jak jej rodzona matka KONIEC SPOILERA. Efektów komputerowych, na szczęście dla mnie, zbyt wiele się tutaj nie „przyplątało”. Część opiera się na prostej, żeby nie rzec prymitywnej technice – pauza, a potem jakieś bardziej bajkowe niż mroczne cyfrowe „bajery” (no może poza znajomą upiorzycą, duchem(?)... i niech już będzie, zakapturzonymi postaciami, nie wydaje się, żeby tylko wyśnionymi). Klimatem „Polowanie na czarownice” Elle Callahan przypominało mi „Szkołę czarownic” Andrew Fleminga. Podobna tonacja. Twarde jajko podane na miękko:) Temat dość ciężki, forma dużo lżejsza. Zręczny montaż, profesjonalna praca kamer, piękna, nastrojowa ścieżka dźwiękowa, umiarkowanie interesujące postacie i dość angażująca, ale pozbawiona większych niespodzianek (co zaznaczam z myślą o tych widzach, którzy szukają zaskakujących zwrotów akcji) opowieść o tak zwanej odmienności, w której Elle Callahan pozwoliła sobie postawić mały pochwalny pomnik, złożyć hołd „Thelmie i Louise” Ridleya Scotta.

Dark fantasy dla młodzieży. W każdym razie coś lżejszego, ale niekoniecznie na poprawę humoru. Bo to w końcu polowanie na czarownice. Skąpana w magicznym sosie opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, kształtowaniu poglądów w bezwzględnym systemie, w rzeczywistości, w której samodzielne myślenie nie jest mile widziane. Opowieść o walce ze strasznymi innymi, którzy nie są tacy straszni, jak ich malują. „Polowanie na czarownice” Elle Callahan silniejszych wrażeń raczej nie dostarczy, ale na oczyszczenie aury może się nadać. Odpoczynek od mroczniejszych klimatów przy nie najlżejszym temacie.

czwartek, 12 maja 2022

Jolanta Bartoś „Śpij, dziecinko, śpij...”

 

Po zakończeniu gruntownego remontu będąca w zaawansowanej ciąży prawniczka Natalia Rogowska, wraz z mężem Markiem, wprowadza się do zakupionego mieszkania w starej kamienicy w jej rodzinnym Krotoszynie. Już pierwszej nocy budzi ją płacz dziecka, który nie dochodzi uszu jej partnera. Kobieta nie przywiązuje do tego większej wagi, dopóki nie dowiaduje się, że w najbliższym sąsiedztwie nie ma dzieci. To nie jest jednostkowy przypadek, a na domiar złego wszystko wskazuje na to, że nikt poza Natalią nie słyszy tego tajemniczego płaczu. A to nie jedyne zmartwienie młodej prawniczki. Koszmarne, niezwykle realistyczne sny, kołysanka wyśpiewywana starczym głosem w jej nowym mieszkaniu i niezwykłe róże rosnące pod oknem, wszystko to w połączeniu z niezidentyfikowanym płaczem, skłania Natalię do skonsultowania się z psychologiem. Kobieta boi się, że traci zmysły. I coraz bardziej utwierdza w przekonaniu, że jej mieszkanie jest nawiedzone przez nieprzyjaźnie usposobioną istotę z zaświatów, którą zaczyna nazywać Staruchą.

Jolanta Bartoś, autorka między innymi takich powieści jak „Niepokorna” (2016), „Uwięzieni w Galerii Lochy” (2018), cyklu Obłęd - „Obłęd” (2018), „Furia” (2018), „Fatum” (2019) - i „Stalker” (2020), gdzie przedstawiła swoje własne przeżycia z tytułowym antybohaterem, urodziła się w Jarocinie, a studiowała na Uniwersytecie Wrocławskim, w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej. Przez ponad trzydzieści lat mieszkała w Krotoszynie, mieście, w którym osadziła akcję opublikowanej w 2020 roku kryminalnej powieści zatytułowanej „Tenebris” oraz pierwotnie wydanej w 2022 roku przez wydawnictwo Zysk i S-ka - w przyciągającej uwagę okładce zaprojektowanej przez Pawła Panczakiewicza - powieści grozy pt. „Śpij, dziecinko, śpij...”. Horror o zjawiskach nadprzyrodzonych oparty na klasycznych motywach, w których odzywają się też echa stricte historyczne. Tak zwane fabrykantki aniołków. Madame Guzowska, Józefa Bednarek, Marianna Breszczak, Maria Blum, to tylko wybrane nazwiska z niechlubnej listy osób, którymi Bartoś bliżej się zainteresowała. Przestudiowała też sprawę z Lanarkshire w Szkocji: ponad czterysta ciał dzieci w różnym wieku pochowane na terenie byłego sierocińca prowadzonego przez katolickie zakonnice.

Nawiedzone mieszkanie w leciwej kamienicy i ciężarna młoda kobieta zmuszona do stawienia czoła temu wyzwaniu. Zmuszona do walki z nadnaturalną przeciwniczką. Jolanta Bartoś w „Śpij, dziecinko, śpij...” nie bawi się w długie wstępy. Już na samym początku dowiadujemy się, że niejaka Natalia Rogowska ma niecodzienny problem ze swoim nabytkiem. Albo zdrowiem psychicznym, bo przez chwilę bohaterka martwi się, że niepokojące zjawiska, jakim świadkuje, to projekcja jej umysłu. Można odnieść wrażenie, że ta ewentualność przeraża ją bardziej od też hipotetycznej złowrogiej obecności gnieżdżącej się, być może uwięzionej w jej mieszkaniu. Zapowiada się więc jeden z tych horrorów, w którym zagrożenie równie dobrze może pochodzić z zewnątrz, jak i z wewnątrz. Szaleństwo albo istota/istoty nie z tego świata. Tym razem podejrzenie pada na ducha i... właściwie nie ma tutaj nad czym się zastanawiać. Główna bohaterka „Śpij, dziecinko, śpij...” niedługo będzie wątpić w swoją ocenę sytuacji. W swoje zdrowe zmysły. Zdąży wprawdzie znaleźć psychologa, ale terapia nie będzie konieczna. A przynajmniej nie taka, jakiej można by się spodziewać. Rzeczony psycholog to nowo poznany Krzysztof Panek, który tak się szczęśliwie złożyło, interesuje się parapsychologią i zna jeszcze większego specjalistę w tej dziedzinie, który z kolei zna prawdopodobnie lepszych kandydatów do pomocy kobiecie przekonanej, że jej dom jest nawiedzony. Ale to za chwilę, najpierw garść alarmujących incydentów z życia Natalii Rogowskiej. Nic wymyślnego, typowe scenki ze świata horroru. No może z wyjątkiem różanego krzewu zasadzonego tuż pod jednym z okien (nowe mieszkanie Natalii znajduje się na parterze) świeżo wyremontowanego gniazdka prawniczki ds. administracyjnych. Roślina pewnikiem ma niezwykłe właściwości i wbrew zamiarom autorki oczywistym było dla mnie, co konkretnie się za tym kryje i w związku z tym, jaką rolę te magiczne róże odegrają w niniejszej historii. W życiu Natalii, która jeśli wierzyć jej samej (nie miałam, niestety, okazji poznać jej wcześniej, przed otarciem się o nieznane) zawsze twardo stąpała po ziemi. Sceptyczka, podobnie jak jej mąż Marek, pracoholik, który najwyraźniej ubzdurał sobie, że jego wątpliwa miłość go zdradza. Tak czy inaczej, Marek nie będzie zabiegał o sympatię czytelnika. Mocno podejrzany, skrajnie niepewny gość. Inaczej przedstawi się nam starszy brat Natalii, Maks, pracownik fizyczny będący w szczęśliwym związku z aktualnie pracującą w sklepie na B;) Karoliną, z którą wychowuje dwóch synów. Maks robi wszystko to, co w lepiej dobranych związkach, zazwyczaj robi mąż. Opiekuje się Natalią, pomaga jej i nawet nie stara się ukryć swojej niechęci do Marka. Natalia, jak to niestety nierzadko w takich sytuacjach bywa, usprawiedliwia swojego nerwowego, ewidentnie zaniedbującego ją męża. Ona musi być na każde jego zawołanie – jak już raczy pojawić się w domu i jej nie zastanie, to się wścieknie – a on nic może, bo pracuje. Większość czasu spędza w Poznaniu, gdzie oboje mieszkali przed przeprowadzką do rodzinnego miasta Natalii. W Krotoszynie czołowa postać „Śpij, dziecinko, śpij...” się urodziła i wychowała, tu też mieszka jej rodzeństwo. O Maksie już wspominałam, ale jest jeszcze Monika, najstarsza z tej trójki i najwyraźniej najbardziej pazerna. W każdym razie Monika po śmierci babci, która wzięła ich wszystkich pod swoje opiekuńcze skrzydła po śmiertelnym w skutkach wypadku ich rodziców, obraziła się na Natalię. Ubodło ją, że jedyną spadkobierczynią swojego domu babcia uczyniła jej młodszą siostrę, która notabene aż do śmierci się nią opiekowała. I nieważne, że wcześniej zarówno Monice, jak i Maksowi, babcia zapewniła dach nad głową, dom który przypadł Natalii był przecież dużo większy! Był wart nieporównywalnie więcej, co dla takiej materialistki, jaką niewątpliwie jest Monika, ma o niebo większe znacznie niż więzi rodzinne. Znane zjawisko w świecie ludzi. W świecie horroru natomiast mogliśmy już odnotować takie zjawiska jak: niezidentyfikowany płacz dziecka bądź dzieci, agresywny duch, od którego przypuszczalnie nie uwolnisz się nawet po przeprowadzce i coś w rodzaju przeciwwagi dla niego (ciemna i jasna strona mocy). Dybuk, wiedźma, łowcy duchów, szeregowy wojownik boży, czyli proboszcz kościoła położonego najbliżej nieszczęsnej kamienicy (będzie też egzorcysta?), „zagadkowe” zgony dzieci (jakby jakaś zaraza), mimowolne przenosiny w przeszłość w jak najbardziej dosłownym znaczeniu tych słów, a na dokładkę bardziej przyziemna, aczkolwiek możliwe, że równie niebezpieczna intryga kryminalna.

(źródło: https://pl-pl.facebook.com/zyskiska/)

Nie liczyłam wprawdzie na swoistą powtórkę z „Dziecka Rosemary” Iry Levina (szczerze mówiąc silniejsze skojarzenia miałam z „Naznaczonym” Jamesa Wana i „Nawiedzonym” Jana de Bonta adaptacji - wcześniej była znakomita ekranizacja Roberta Wise'a - wyśmienitej powieści Shirley Jackson pod tym samym polskim tytułem aka „Nawiedzony dom na wzgórzu”), ale nie miałabym nic przeciwko, gdyby i tutaj pozwolono mi nasiąknąć aurą wielce podejrzanej kamienicy. Podusić się trochę w realnie niemałym, ale odczuwalnie przeraźliwie ciasnym mieszkanku, blisko nieznajomych, którzy coś wiedzą. Wypełnić płuca stęchłym powietrzem, gnilnym odorkiem czy po prostu tym charakterystycznym „zapachem” nieznanego, nieśmiało, delikatnie rozpraszanym przez różany aromat. Krótko: nacieszyć się klimatem tego miejsca. I lepiej poznać postacie. W „Śpij, dziecinko, śpij...” Jolanty Bartoś nie ma miejsca na takie „dłużyzny”. Szybko i dużo. Jak dla mnie za szybko i za dużo, ale skądinąd wiem, że takim propozycjom na grozowym rynku wiedzie się całkiem dobrze. To znaczy, myślę, że ciężkie przeżycia Natalii Rogowskiej w niedawno zakupionym mieszkaniu w Krotoszynie, zaspokoją apatyt wielu amatorów mocniejszych wrażeń. Mnie natomiast trudno było utrzymać się w tym tempie . Właściwie to nie zawsze nadążałam za postaciami. Skokowa narracja. Raptowne przeniesienia w czasie i/lub miejscu. I tak jest od samego początku. Natalia słyszy w swoim mieszkaniu płacz dziecka i tylko na tej podstawie (nie licząc pomniejszych, prawie niesłyszalnych sygnałów alarmowych), nie wiedzieć czemu zrozpaczona, straszliwie umęczona kobieta, rozpoczyna poszukiwania psychologa, które nawiasem mówiąc nie trwają długo. Tak mi się ta sytuacja wyklarowała, ale okazało się, że to było trochę inaczej, że pani Bartoś przeskoczyła parę odcinków pomiędzy pierwszym zagadkowym płaczem dziecka, pierwszym koszmarnym snem, pierwszym nieprzyjemnym incydentem z różami i zwątpieniem kobiety w swoje zdrowie psychiczne. I tak, poniewczasie, dowiedziałam się, że Natalia miała więcej takich mrocznych przygód w swoim nowym miejscu zamieszkania. Wiekowa kamienica w Krotoszynie tym wyróżnia się tle nawiedzonych obiektów, które spokojnie można uznać za jedną z większych wizytówek gatunku horroru, że poczucie zagrożenia zazębia się tu z poczuciem bezpieczeństwa. Z jednej strony Natalia nadzwyczaj szybko nabiera przekonania, że w tych zimnych murach (a najzimniej w domowej bibliotece) mieszka jakaś przebrzydła istota, zapewne złośliwy duch, jakaś pokutująca dusza, która najwidoczniej nie żałuje grzechów, które musiała popełnić za życia (inaczej nie utkwiłaby między światami, prawda?). A z drugiej główna bohaterka nie może oprzeć się wrażeniu, że w tej jaskini bestii jest najbezpieczniejsza. O ile nie wchodzi do pokoju Staruchy. Tak Natalia nazywa niechcianą współlokatorkę, bo naprawdę nie ma powodów by kwestionować jej istnienie. A przynajmniej ja nie uznałam za konieczne z dystansem traktować ostrzegawcze doświadczenia Natalii w domu wiedźmy. Dla mnie kobieta od początku była absolutnie wiarygodnym świadkiem, co trochę mnie zaskoczyło, bo przygotowałam się (początek) na nieoszczędne dolewanie paranoi do tego piekielnego kociołka. Przygotowałam się na sprawdzoną w tego typu opowieściach grę w domniemania, a dostałam oczywistą ghost story. To nie tak, że w „Śpij, dziecinko, śpij...” Jolanty Bartoś nie ma żadnych zagadek do rozwiązania (stopień trudności niewielki). Nieciepiących zwłoki spraw, którym nasza bohaterka musi się bliższej przyjrzeć. Kim jest Starucha i czego chce od obecnej właścicielki najbardziej obciążonego przez tę złowrogą obecność mieszkania (bywało, że obmierzłe łapska wiedźmy sięgały do sąsiadów)? I wspomniana już zagadka różanego krzewu, który rozrasta się w nienaturalnie szybkim tempie, bardzo trudno go ściąć, czy choćby tylko przyciąć, a jakby tego było mało już jedna z początkowych scenek może zasugerować, że to nie tylko rozumne, ale i krwiożercze stworzenie. Znaczy, ta roślinka. Mnie bardziej jednak zafrapował konflikt małżeński. Ktoś może uznać ten wątek za zupełnie zbędny, wciśnięty na siłę, niepotrzebnie wrzucony w horrorowe realia, dla mnie jednakże była to miła odskocznia od tematu przewodniego. Zaciekawiła mnie też relacja sióstr, ale Monika (podobnie jak Maks) w pewnym momencie zostanie jakby zapomniana. W każdym razie oboje nagle schodzą ze sceny, ustępując miejsca, generalnie rzecz biorąc, częstym bywalcom horroru nadnaturalnego i oczywiście psychologowi, bez którego Natalii pewnie więcej czasu zajęłoby uformowanie tej małej armii, pozyskanie tylu bezcennych sojuszników w walce z nadnaturalną stalkerką. W sumie interesująca, na swój potworny sposób, postać. Muszę oddać autorce „Śpij, dziecinko, śpij...”, że nie obchodzi się z czytelnikiem najłagodniej. Mnie nie przygniotła, ale nie ukrywam, że kilkukrotnie ścisnęło się moje serce, smutek mnie ogarniał, ale nie tak potężny jak można oczekiwać po tak ciężkiej problematyce.

Mówią, że od przybytku głowa nie boli, ale mówią też, że mniej znaczy więcej. „Śpij, dziecinko, śpij...”, powieściowy horror o zjawiskach paranormalnych od polskiej autorki Jolanty Bartoś, wydaje mi się lepszą ofertą dla tych grozożerców, którzy szczególnie upodobali sobie obfitujące w wydarzenia, rozpędzone historie. Namiętni słuchacze bardziej klimatycznych przebojów, tj. zwolennicy nieśpiesznie budujących się, mocniej skoncentrowanych na postaciach i mniej skorych do wypuszczania głośniejszych fajerwerków, a przynajmniej dłużej się do tego szykujących, powieści grozy, obawiam się, mają mniejsze (ale nie zerowe!) szanse na zachłyśnięcie się tą wydawniczą propozycją. Polecam zatem tym pierwszym, a tym drugim... Cóż, kiedyś może najdzie Was ochota na szybko i dużo. Wtenczas sugeruję skierować się do starej kamienicy w Krotoszynie zaprojektowanej przez panią Jolantę Bartoś.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 10 maja 2022

Matt Witten „Życzę mu śmierci”

 

Przed dwudziestoma laty siedmioletnia Amy Lentigo z miasteczka Lake Luzerne w stanie Nowy Jork została porwana, zgwałcona i zamordowana. Sprawcę szybko schwytano i skazano na karę śmierci. Matka ofiary, Susan Lentigo, po zebraniu pieniędzy wyrusza w długą podróż do Hodge Hills w Dakocie Północnej, aby zobaczyć egzekucję człowieka, który zniszczył jej rodzinę. Wyrusza z przekonaniem, że sprawiedliwości wreszcie stanie się zadość, ale odkrycie jakiego pokonuje w trakcie tej znojnej wyprawy, każe jej wziąć pod uwagę możliwość, że oprawca Amy nadal przebywa na wolności. Kobieta rozpoczyna własne śledztwo, w trakcie którego coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że popełniono straszny błąd. Jeśli nie zdoła przekonać odpowiednich osób do swoich racji, niebawem zostanie stracony zupełnie niewinny człowiek. Ale czy na pewno?

Życzę mu śmierci” (oryg. „The Necklace”) to pierwsza wydana w Polsce – nakładem Wydawnictwa Kobiecego w 2022 roku, mniej więcej rok po światowej premierze, w tłumaczeniu Urszuli Gardner – książka amerykańskiego powieściopisarza, scenarzysty i producenta filmowego Matta Wittena. Urodził się w Baltimore, dorastał w Cincinnati, ukończył Amherst College w Massachusetts, a obecnie mieszka z rodziną w Kalifornii. Pracował między innymi przy takich serialach, jak „Prawo i porządek” (1990-), „CSI: Kryminalne zagadki Miami” (2002-2012), „Dr House” (2004-2012), „Nie z tego świata” (2005-2020) i „Słodkie kłamstewka” (2010-2017), a na scenie literackiej zadebiutował w roku 1999 powieścią „Breakfast at Madeline's”. W 2012 roku Witten przeczytał w The Post-Star artykuł o kobiecie, która zorganizowała w barze zbiórkę pieniędzy z przeznaczeniem na jej podróż do odległego miasta, gdzie miała odbyć się egzekucja człowieka dwadzieścia dwa lata wcześniej skazanego za zabójstwo jej córki. Ta historia mocno utkwiła w głowie Wittena. Dostrzegł w tym materiał na powieść, ale nie miał pomysłu na rozwinięcie tego wątku. Odsiecz przyszła parę lat później, w postaci jego przyjaciela, pisarza, reżysera, scenarzysty, dramaturga i nauczyciela, Johna Henry'ego Davisa, który podsunął mu pomysł na wątpliwości bohaterki, co do winy skazańca. I tak prace nad „The Necklace” wreszcie ruszyły i bynajmniej nie ograniczyły się do książki. Witten napisał też scenariusz, którym zainteresowały się firmy Cartel Pictures oraz założona przez Leonardo DiCaprio Appian Way Productions.

Niesamowicie poruszający thriller psychologiczny od debiutującego na polskiej scenie wydawniczej amerykańskiego pisarza, Matta Wittena, którego pióro w największej mierze ukształtowały utwory Dr. Seussa i Elmore'a Leonarda. Najtrudniejsze i zarazem najbardziej fascynujące dla autora „Życzę mu śmierci” było wejście w umysł jednostki, która zaczyna podejrzewać, że przez ostatnie dwie dekady trwała w fałszywym przekonaniu w wybitnie istotnej sprawie. Strasznej sprawie. Sceny z umownej teraźniejszości przez jakiś czas nierównomiernie przeplatają się z retrospekcjami. Główna bohaterka omawianej powieści, Susan Lentigo, to pięćdziesięciokilkuletnia kobieta od zawsze mieszkająca w Lake Luzerne w stanie Nowy Jork, miasteczku, w którym autor książki spędził przynajmniej jedne wakacje przed przystąpieniem do prac nad „Życzę mu śmierci”. W regionie u podnóża gór Adirondack, w którym kiedyś żyło się lepiej. Przed zamknięciem fabryk i młynów. Susan jednak dawniej było tutaj całkiem dobrze. Co prawda ona, kelnerka w miejscowym barze, i jej mąż Daniel 'Danny' Lentigo, agent nieruchomości, mieli dość napięty budżet, ale prawdziwa bieda zaczęła zaglądać Susan w oczy dopiero po rozpadzie ich rodziny. Susan od lat mieszka ze swoją matką Lenorą, niecierpliwie wyczekując egzekucji człowieka, który zgwałcił i zamordował jej jedyne dziecko. Na poznanie jego personaliów będziemy musieli trochę poczekać - Susan, także w myślach, nazywa go Potworem. Jeśli o nią chodzi, to ten mężczyzna nie zasługuje nawet na miano człowieka. Jedyne, na co zasługuje to śmierć, najlepiej w męczarniach, ale jak w pewnym momencie stwierdza Susan nie można mieć wszystkiego. Zobaczy, jak najbardziej znienawidzona przez nią istota umiera, ale gdyby to od niej zależało, to zgotowałaby mu mniej humanitarny koniec. Śmiertelny zastrzyk dla kogoś, kto w tak bestialski sposób potraktował zaledwie siedmioletnią dziewczynkę. Porwał, zgwałcił, udusił. Wystarczyło jedno małe niedopatrzenie. Zwykła, ludzka rzecz. Matt Witten, chcąc nie chcąc, zmusił mnie do nieprzyjemnych refleksji pod tytułem „Ile razy każdego dnia nieświadomie ocieramy się o katastrofę?”. Może nam się wydawać, że dopilnowaliśmy wszystkiego, że niczego, nigdy, nie zostawiamy przypadkowi, ale jeśli się nad tym dłużej zastanowić, można dojść do wniosku, że tak naprawdę całym naszym życiem rządzi ten przeklęty przypadek. Chwila nieuwagi i tracisz wszystko. Jedna nagrała wiadomość, inna jej nie odsłuchała. Tyle wystarczyło, by ktoś stracił życie. Takie przekonanie zrodziło się we mnie podczas odkrywania pierwszych najciemniejszych kart z przeszłości Susan. Poznajemy uroczą siedmiolatkę, która najwyraźniej czuje się kochana przez obojga rodziców. Wie, że mama i tato muszą oszczędzać, rozumie, że nie mogą dać jej wszystkiego, czego zapragnie. To nie burzy jej szczęścia. To nieważne. Ważne, że są przy niej ludzie, na których zawsze może liczyć. Amy czuje się bezpieczna. Amy garściami czerpie z życia. Ale wiemy, że to nie potrwa długo. Jedyne dziecko Susan i Danny'ego Lentigo nie dożyje ósmych urodzin. To była istna tortura – patrzeć na tę małą dziewczynkę z przekonaniem, że za chwilę umrze. Matt Witten jest raczej oszczędny w słowach, czy jak kto woli nie nadużywa ich. A mimo to - precyzja języka - podczas lektury „Życzę mu śmierci” w mojej głowie nieprzerwanie przewijały się imponująco szczegółowe kadry z tego mocno trzymającego w napięciu, dosłownie wyciskającego łzy z oczu „filmu”. O dzielnej kobiecie, potwornym mężczyźnie, biednej dziewczynce i ludziach dobrego serca. Na trasie Lake Luzerne, Nowy Jork – Hodge Hills, Dakota Północna ta pierwsza przekona się, że tych ostatnich jest zaskakująco wielu. Albo inaczej: nie spodziewała się takiego wsparcia ze strony nieznajomych. Plan był inny. Przez złośliwość rzeczy martwej i ordynarną kradzież, Susan została zmuszona do bardziej wytężonej walki, niż zakładała. Co więcej, wcześniej nawet przez myśl jej nie przeszło, że egzekucja człowieka skazanego za porwanie, gwałt i zabójstwo z premedytacją popełnione ze szczególnym okrucieństwem na jej dziecku, przestanie być dla niej nader przyjemną perspektywą. Jedno niezaplanowane posunięcie, jeden przystanek postawi pod wielkim znakiem zapytania to, w co wierzyła od dwudziestu lat. Czy Potwór aby na pewno jest Potworem?

Czy rodzic, któremu zgwałcono i zamordowano dziecko zasługuje na potępienie, jeśli pragnie śmierci oprawcy? Mało tego: jeśli jego największym marzeniem jest zobaczenie egzekucji na żywo? Matt Witten dokłada starań, byśmy wczuli się w sytuację takiej kobiety. Weszli w jej skórę. Stopili się w jedno z osobą przepełnioną nienawiścią. Susan Lentigo od dwóch dekad trwa w swego rodzaju zawieszeniu. Ojciec Amy Lentigo poszedł dalej, a życie jej matki jakby się zatrzymało. Susan pracuje, spędza czas ze znajomymi i tak dalej, ale można powiedzieć, że działa na autopilocie. Martwa w środku, ale podtrzymująca w sobie płomyk nadziei na lepsze jutro. Susan uważa, że jeśli cokolwiek może wyrwać ją z tego swoistego letargu, to śmierć zabójcy jej córki. Nie ma pewności, że to jej pomoże, ale tak czy inaczej nie może odmówić sobie widoku gasnącego Potwora. Kobieta ma prawo zakładać, że dobrze ukierunkowała swoją nienawiść. Zasada domniemania niewinności od dawna nie ma już zastosowania. Obiekt jej nienawiści został prawomocnie skazany. A wcześniej? Czy powinno się potępić rodzica ofiary za to, że przedwcześnie ferował wyroki? Że dosłownie rzucił się na podejrzanego? Będzie ciężko, bo autor „Życzę mu śmierci” postarał się, żeby rozpacz Susan udzieliła się czytelnikowi. Przynajmniej w ułamku. Tak czy inaczej, mnie to w zupełności wystarczyło. Ta czarna rozpacz. Trująca substancja, w której praktycznie utopiono kochającą matkę przeuroczej dziewczynki. Ciągle miałam przed oczami – wciąż mam – jej uśmiechniętą buzię, ten szczerbaty uśmiech. Siedmiolatkę z ukochanym wisiorkiem z kolorowych paciorków na szyi. Susan i Amy zrobiły go niedługo przed śmiercią tej drugiej. Po odnalezieniu jej sponiewieranego martwego ciałka, uznano, że wisiorek przywłaszczył sobie oprawca Amy. Na pamiątkę tego odrażającego wydarzenia, choć dla niego zapewne podniecającego. Stan zwłok nie pozostawiał wątpliwości: Amy wpadła w siła pedofila, który może i nie planował odebrania jej życia... Nie, sąd uznał, że od początku do końca działał z premedytacją. Hmm, ten sam sąd, który mógł skazać niewinnego człowieka. Susan na kilka dni przed zaplanowaną egzekucją Potwora dokonuje wstrząsającego odkrycia. Nie może tego zignorować. Nie potrafi uciszyć potwornych wątpliwości, które nagle na nią spadły. Praktycznie bez grosza przy duszy rozpoczyna własne śledztwo. Boi się, że jej podejrzenia są słuszne. Na samą myśl robi jej się słabo, ale nie zamierza się wycofać, dopóki nie pozna prawdy. Sprawiedliwość dla Amy to jedno, ale Susan nie jest też obojętny los innych potencjalnych ofiar. Na początku tego potężnego ładunku emocjonalnego od Matta Wittena, zadałam sobie pytanie, kto najprędzej okazałby się sprawcą w realnym świecie? Nie mogę powiedzieć, że długo nad tym myślałam. Właściwie to wcale. Odpowiedź nasunęła mi się niemal natychmiast, ale szczerze wątpiłam, że Witten pójdzie tą drogą. Nie odważy się. Tego byłoby za wiele. Dość już zmaltretował swoich czytelników, nie wspominając już o bohaterce, która z pewnością nie była mu obojętna. Mark Witten w przestrzeni medialnej opowiadał o swojej miłości do Susan Lentigo, wyrażając przy tym nadzieję, że jej odwaga będzie inspiracją dla innych. Budująca postawa kobiety, którą czeka jeszcze przynajmniej jeden wyjątkowo mocny kopniak od życia. I mnóstwo mniejszych. Trudno zliczyć te wszystkie kłody rzucane pod nogi Susan przez „jej boga”. Nielitościwego Matta Wittena. Nie, to nie do końca prawda. Autor tej niemożebnie wciągającej, a przy tym bardzo bolesnej opowieści zostawia pomocne dłonie na tej wyboistej drodze kobiety, która nie ma już nic do stracenia, a przynajmniej tak jej się wydaje. Opowieści o odrażającej zbrodni, przypuszczalnie niezasłużonej karze oraz nieustępliwej, imponująco zdeterminowanej kobiecie. Kobiecie biorącej sprawy w swoje ręce, mimo świadomości, że prawda może być przysłowiowym gwoździem do jej trumny. Prawda doszczętnie może ją zniszczyć. Mocna, realistyczna rzecz. Tylko pod koniec nieprzyjemnie zapachniało Hollywoodem. W puncie kulminacyjnym, u kresu tej pasjonującej, ściskającej krtań, w dużej mierze autoterapeutycznej pogoni za prawdą. Za sprawiedliwością dla dziecka, które spotkało coś strasznego, ale nie, i to jest w tym wszystkim najgorsze, niespotykanego w „przepięknym świecie”, w którym przyszło nam żyć.

Życzę mu śmierci” Matta Wittena to opowieść obok, której trudno przejść obojętnie. Nie zapłakać nad siedmioletnią dziewczynką i jej mamą. To zdecydowanie nie jest lektura na poprawę humoru. Owszem, posiada też właściwości oczyszczające, ale według mnie lepiej się sprawdza jako środek na wywołanie depresji. W kleszczach smutku. Bardzo, ale to naprawdę bardzo przygnębiająca historia niby z życia wzięta (z tym niby to może trochę się zapędziłam). Ani przez chwilę niedłużąca się powieść drogi, skłaniający do refleksji, niepatyczkujący się z czytelnikiem thriller psychologiczny i wstrząsający dramat rodzinny. Chcesz się struć, to spróbuj tego. Powinno zadziałać.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu