niedziela, 28 lipca 2013

„House Hunting” (2013)

Dwie rodziny, Haysów i Thomsonów, przyjeżdżają w odludne miejsce, aby obejrzeć wystawiony na sprzedaż dom. Po krótkiej konwersacji między sobą, gdy Haysowie próbują odjechać niemalże wpada im pod koła przerażona dziewczyna z odciętym językiem. Próbując jej pomóc obie rodziny wkładają ją do samochodu, po czym ruszają z powrotem do miasta. Jednakże, choć bardzo chcą opuścić miejsce swojego aktualnego pobytu, w którąkolwiek stronę by nie zmierzali i tak w rezultacie powracają pod front opustoszałego domostwa. Nie widząc innego wyjścia, wbrew uporczywym sprzeciwom znalezionej dziewczyny obie rodziny przekraczają próg domu, nie wiedząc jeszcze, jak długo przyjdzie im w nim zamieszkać, i jakie plany ma względem nich budynek.
Niskobudżetowy horror Erica Hurta, oficjalnie zaszufladkowany, jako thriller, z czym absolutnie się nie zgadzam. Zarówno elementy składowe, jak i motywy, eksplorowane przez „House Hunting” są nieodzowne dla nurtu ghost story – nawet narracja zauważalnie zmierza w stronę zaniepokojenia odbiorcy, co owszem, nie bardzo się udaje, ale rzeczywiste chęci twórców są na tyle widoczne, żeby z miejsca zaklasyfikować ten obraz do grona horrorów. Niski budżet bije po oczach już od pierwszych minut seansu, czasem szkodząc (amatorska gra absolutnie wszystkich aktorów), ale znacznie częściej pomagając, przede wszystkim w kwestii budowania klimatu całkowitego wyalienowania i niezdefiniowanego zagrożenia, czyhającego na naszych protagonistów gdzieś wewnątrz opustoszałego domostwa.
Fabuła zawiązuje się dosyć konwencjonalnie – mamy dwie rodziny, które planując przeprowadzkę docierają do stojącego na odludziu, sprawiającego upiorne wrażenie domu. Ktoś powie: motyw typowy dla ghost stories… Otóż nie, ponieważ o żadnych dobrowolnych przenosinach do nowego lokum nie ma tutaj mowy – nasi bohaterowie zostają siłą zatrzymani w tym oddalonym od cywilizacji miejscu, bowiem jakakolwiek próba oddalenia się od feralnego domostwa, kończy się dotarciem do jego frontu. Pomysł intryguje, nawet pomimo braku większej oryginalności, no i przede wszystkim jest doskonałym sposobem na zatrzymanie niczego nieświadomych ofiar w nawiedzonym obiekcie. Dwie trzyosobowe rodziny plus odnaleziona przed domem dziewczyna z obciętym językiem utkną w murach na pozór niezamieszkanej siedziby, w której zjawiska nadprzyrodzone są na porządku dziennym: samoistnie pojawiające się puszki fasoli i pianka do golenia, niepokojące wizje dręczące wszystkich bohaterów, ze szczególnym wskazaniem na młodą Emmy oraz rzecz jasna manifestacje zjaw, które przez wzgląd na niski budżet nie porażają jakimś przerażającym dopracowaniem (blade sylwetki aktorów), a chwilami ocierają się o mało realistyczny absurd (przemiana w białolice kreatury z rozwartą paszczą pełną ostrych zębów). Co się twórcom chwali, nie starali się zaskakiwać odbiorców nagłymi manifestacjami duchów, ingerencję jump scen ograniczając do absolutnego minimum, co pozwoliło mi sądzić, że mieli ambicję osiągnięcia czegoś więcej, aniżeli zwykłego podskoczenia widza w fotelu, na skutek oszołomienia, a nie zaniepokojenia. Zresztą mnie ani razu nie ogarnęło nawet to drugie uczucie, choć widać, że filmowcy mocno się starali – retrospekcja zabójstwa dziewczyny przez tajemniczą zjawę mężczyzny w czapce, czy podcinanie sobie gardła przez ducha zmarłej matki Emmy. Owe sceny grzeszą całkiem przyjemnym dopracowaniem i choć nie mają szans przestraszyć wyjadaczy kina grozy to przynajmniej znośnie się je ogląda.
O wiele mocniej od manifestacji bytów zza światów intrygują relacje pomiędzy naszymi protagonistami – waśnie żon, dziwaczny romans dzieci i przerażająca tajemnica, którą skrywa jedno z nich. Jednakże i tak najmocniej niepokoją tak zwane „głowy rodzin” – ukrywający przed córką prawdę o śmierci jej matki Charlie i podążający w stronę całkowitej destrukcji, opętany przekonaniem o czyhającym na jego familię niebezpieczeństwie ze strony drugiej rodziny Don. Te spięcia i kłótnie pomiędzy bohaterami znacznie umilają dość długi, jak na standardy kina grozy seans, niejednokrotnie ratując kulejącą, nierówną fabułę. Choć, pomimo kilku nużących wstawek cała projekcja całkiem znośnie umiliła mi czas to nie mogę tego samego powiedzieć o końcówce, eksplorującej ograny motyw, znany z „Lśnienia” i „Horroru Amityville” oraz przewidywalnym finale – można było może nie lepiej, ale troszkę bardziej zaskakująco rozwiązać fabułę, z czego twórcy niestety nie skorzystali.
„House Hunting” jest produkcją przeznaczoną głównie dla wielbicieli niskobudżetowych ghost stories, ponieważ koneserzy maksymalnego profesjonalizmu mogą poczuć się mocno zniesmaczeni amatorską obsadą oraz niedopracowanymi manifestacjami zjaw zza światów. Jednakże byłabym niesprawiedliwa, gdybym całkowicie zdyskredytowała ten obraz, bo pomimo kilku kulejących scen i zbytniego rozwleczenia mało interesujących momentów przez większą część czasu intryguje na tyle, żeby bez cienia przesady zaklasyfikować go do ponadprzeciętnego kina grozy, który owszem mógłby być o niebo lepszy, ale i tak w ogólnym rozrachunku wypada zaskakująco przyzwoicie.

4 komentarze:

  1. Liczyłam, że w końcu się skusisz na ten film;)
    Ilsa

    OdpowiedzUsuń
  2. Może nie jestem jakąś wielką wielbicielką niskobudżetowych ghost stories, ale lubię od czasu do czasu zdarza mi się obejrzeć takową produkcje. „House Hunting” zaciekawił mnie swoim zarysem fabuły, więc jednak dam mu szansę. Może akurat mnie bardziej przypadnie do gustu aniżeli tobie.

    OdpowiedzUsuń
  3. A mi się wyjątkowo spodobał :) ale fakt: jestem fanką niskobudżetowych ghost story :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ghost story uwielbiam, nie przeszkadzają mi pewne schematy czy niskobudżetowe efekty, film na pewno obejrzę :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...