sobota, 31 października 2015

Halloween w TV

Wieczór strachu zbliża się wielkimi krokami, więc wypadałoby wybrać repertuar. Osoby, optujące za telewizją, posiadające szeroki wybór kanałów, będą miały w czym przebierać, bowiem w tym roku mały ekran proponuje całkiem pokaźną listę horrorów. Tak więc poniżej przedstawiam kilka wybranych (jest ich więcej) pozycji filmowych, jakimi będzie nas dzisiaj raczyć telewizja, z okazji Halloween.

„Przerażacze” (1996), 21:00 TCM

Horror komediowy Petera Jacksona, do którego scenariusz napisał wspólnie z żoną Fran Walsh. Główną rolę powierzono doskonałemu Michaelowi J. Foxowi, który swoim udziałem w „Powrotach do przyszłości” zaskarbił sobie rzeszę oddanych fanów. Jednak ani znane wówczas nazwisko czołowego aktora, ani reżyseria twórcy „Złego smaku” i „Martwicy mózgu” nie przyczyniły się do kasowego sukcesu „Przerażaczy”. Pomimo niewielkich wpływów lekki przekaz, zgrabny dowcip i liczne efekty komputerowe zyskały uznanie krytyków, zapewniły produkcji osiem nominacji do Saturna, a po latach małżeński projekt został doceniony przez masowych odbiorców.

„Babadook” (2014), 21:30 Canal+

Horror psychologiczny Jennifer Kent, który przede wszystkim miał opowiadać o trudach rodzicielstwa i walce z własną psychiką, ale nietrudno dostrzec w nim inspirację niemieckim kinem ekspresjonistycznym. Minimalistyczna realizacja, gra światłem i cieniem oraz klaustrofobiczne wnętrza zostały docenione przez odbiorców, stając się jednymi z licznych udanych części składowych tego wysmakowanego obrazu, które przyczyniły się do rozpoznawalności „Babadooka”.

„1408” (2007), 22:00 SciFi Universal

Adaptacja opowiadania Stephena Kinga, która w moim mniemaniu przebiła oryginał. Jak to zwykle z filmowymi wersami krótkich form literackich bywa fabułę znacząco rozbudowano i to w sposób tak pomysłowy, zajmujący i mało efekciarski, że efekt winduje projekt Mikaela Hafstroma do nielicznego grona bardziej udanych ghost stories z XXI wieku.

„Wilkołak” (2010), 22:20 TVP2

Remake filmu z 1941 roku pod tym samym tytułem. Reżyser Joe Johnston skompletował rozpoznawalną obsadę (m.in. Anthony’ego Hopkinsa, Benicio Del Toro, Emily Blunt), zadbał o kostiumy z epoki oraz widowiskowe efekty. Summa summarum twórcy oddalili się od wysublimowanego gotyckiego klimatu na rzecz nowoczesnej oprawy wizualnej. Wysokobudżetowy, dopieszczony twór zyskał uznanie sporej grupy ludzi, podobnie jak powieść spisana przez znakomitego Jonathana Maberry’ego na podstawie scenariusza.

„Hostel” (2005), 23:00 TV4

Torture porn Eliego Rotha (choć jeszcze wówczas nie ukuto tego terminu – powstał po premierze sequela „Hostelu”), który sporo namieszał w światku filmowej grozy. Pod jego adresem kierowano zarówno słowa zajadłej krytyki, jak i peany przy czym większość pozytywnych i negatywnych opinii ogniskowała się na tej samej części składowej – scenach tortur i mordów. Dystrybucja w kinach, podobnie jak to miało miejsce w przypadku „Piły” była szokiem dla wielu masowych odbiorców, nienawykłych do takiego nagromadzenia przemocy. Jednocześnie przesadzone reakcje mogły bawić częstych widzów kina exploitation, w zestawieniu z którymi „Hostel” nie jawił się już tak makabrycznie. Dodatkowego smaczku całej otoczce produkcji dodawało oburzenie urzędników ze Słowacji i Czech, w odpowiedzi na zafałszowany portret Europy Środkowej w filmie.

„Świt żywych trupów” (2004), 23:15 TCM

Remake kultowego zombie movie George’a Romero w reżyserii Zacka Snydera. Twórcy nowego „Świtu żywych trupów” wprowadzili do scenariusza wiele zmian, przy czym najbardziej dotkliwą były biegające żywe trupy, ale efekt i tak zaskoczył wielu fanów oryginalnej wersji. Obecnie produkcja Snydera przez wielu widzów jest określana mianem jednego z najlepszych remake’ów nakręconych w XXI wieku i odbierana jest, jako jeden z ciekawszych współczesnych horrorów o zombie.

„Plaga” (2007), 23:35 TVN Fabuła

Horror religijny Stephena Hopkinsa, którego największą siłą zdaje się być pomysłowy scenariusz. Przeniesienie biblijnych dziesięciu plag w realia współczesnego małego miasteczka i konwencjonalna konfrontacja niewierzącej kobiety z irracjonalnymi zjawiskami dosłownie niosą ten film. Nie obywa się bez rozczarowań sztucznymi efektami i bez kilku monotonnych przestojów w akcji, ale w kategorii horrorów niepróbujących straszyć tylko opowiedzieć jakąś ciekawą historię z wątkiem nadprzyrodzonym „Plaga” może się podobać.

„Domowe piekło” (2008), 23:50 TV Puls

Znana również pod tytułem „Sto stóp” typowa ghost story Erica Reda z Famke Janssen w roli głównej. Nieskomplikowana historia kobiety, która zostaje skazana za zabicie swojego brutalnego męża policjanta. Pech chce, że ma odbyć areszt domowy w ich wspólnym lokum, w którym zagnieździła się dusza jej męża. Co prawda twórcy „Domowego piekła” generują kilka nieodnoszących pożądanego skutku efektów komputerowych, ale sama nieprzekombinowana fabuła, miejscami istotnie trzymająca w napięciu może zapewnić fanom opowieści o duchach całkiem przyzwoitą rozrywkę.

„Halloween” (2007), 00:25 Stopklatka TV

W powszechnej opinii uwspółcześniona wersja kultowego slashera Johna Carpentera nie dorównała geniuszowi pierwowzoru, ale w moim odczuciu przedsięwzięcie Roba Zombie nie zasłużyło sobie na dyskredytację. Jest bardziej krwawo, bardziej widowiskowo i mniej nastrojowo w zgodzie ze współczesnymi trendami, ale z realizacji i tak przebija wielki szacunek do ponadczasowej produkcji Carpentera i ikony popkultury, jednego z najbardziej rozpoznawalnych fikcyjnych seryjnych morderców w historii kina grozy, Michaela Myersa. Zombie nie sprofanował tej historii, nawet biorąc pod uwagę charakterystyczne dla jego twórczości pastelowe barwy, którymi nasycił zdjęcia.

„Zbaw nas ode złego” (2014), 00:50 HBO

Horror religijny Scotta Derricksona na podstawie książki Ralpha Sarchiego i Lisy Collier Cool, będący połączeniem kryminału z klasyczną historią o opętaniu. Zacięcie Derricksona do wynurzeń natury duchowej w pojęciu wielu widzów obniżyło rangę tej produkcji, ale znalazły się też takie osoby, które odnalazły się w konwencjonalnych rozwiązaniach fabularnych oraz doceniły pracę charakteryzatorów, dzięki której straszenie nie opierało się tylko i wyłącznie na prymitywnych jump scenkach.

„Martwe zło 2” (1987), 1:20 TCM

Po sukcesie ekstremalnie niskobudżetowego „Martwego zła” Sam Raimi, jak można się było tego spodziewać, postanowił kontynuować projekt. Sequel jego kultowego horroru można równie dobrze rozpatrywać w kategoriach remake’u, bardziej dopracowanej „powtórki z rozrywki” z mniejszą dawką gore. Wyszło z tego całkiem klimatyczne kino, ale w moim odczuciu z szalonym pierwowzorem nie może się równać.

„Sinister” (2012), 2:00 Polsat Film

W zalewie tych wszystkich współczesnych, niepotrzebnie efekciarskich horrorów nastrojowych „Sinister” był swego rodzaju powiewem świeżości. Minimalistycznym, stonowanym horrorem bazującym nade wszystko na klimacie podskórnej grozy i w mistrzowskim stylu stopniującym napięcie. Bardziej dosłownych, przy czym nieprzesadzonych smaczków również nie zabrakło choćby w postaci szkaradnego oblicza demona zapełniającego ekran w najbardziej pożądanych momentach i niepokojących taśm wprowadzających w standardową realizację odrobinę stylistyki verite. Nic dziwnego, że Scott Derrickson po raz kolejny zwrócił na siebie uwagę tym filmem.

„Wolf Creek 2” (2013), 2:20 Cinemax

W 2005 roku Greg McLean pokazał światu horror, którego scenariusz zauważalnie podzielono na dwie części. Podczas, gdy pierwsza połowa filmu zasadzała się na szczegółowym wyłuszczaniu detali podróży trójki młodych ludzi do krateru Wolfe Creek, druga bazowała na krwawych efektach podanych z poszanowaniem najwyższego napięcia. Wielu widzom nie spodobał się w ich mniemaniu rozwleczony wstęp, w trakcie którego nie uświadczyli jakichś mocniejszych wrażeń, więc McLean poprawił to w sequelu. Jest więcej akcji, trupów i zabawnych monologów mordercy, przy jednoczesnym braku bardziej charakterystycznego dla kina grozy klimatu.

„Piątek trzynastego” (1980), 2:55 TCM

Kultowy camp slasher Seana S. Cunninghama z niezapomnianymi efektami mistrza charakteryzacji Toma Saviniego oraz ponadczasową ścieżką dźwiękową Harry’ego Manfrediniego. Inspiracją był włoski horror Mario Bavy, uważany za pierwszy slasher „Krwawy obóz”. Efekt pewnie przerósł oczekiwania nawet samego Cunninghama. Liczne sequele „Piątku trzynastego” i powstanie kultowej sylwetki Johna Voorheesa, mordercy z maską hokejową na twarzy dzierżącego w ręku maczetę i atakującego obozowiczów sprawiły, że obraz Cunninghama obrósł legendą, docierając również do współczesnego pokolenia widzów.

„Mgła” (1980), 4:30 TCM

Gdybym miała wymienić najbardziej klimatyczne ghost stories w historii kina to „Mgła” Johna Carpentera z całą pewnością widniałaby na tej liście. Twórca „Halloween” tym razem zabiera widzów w prawdziwie nastrojową podróż do nadmorskiego miasteczka z Królową Krzyku Jamie Lee Curtis w jednej z ról, którego mieszkańcy są zmuszeni stanąć do nierównej walki z mściwymi duszami założycieli miasta wyłaniającymi się z gęstej mgły, spowijającej to miejsce. Forma „Mgły”, wręcz obsesyjne dążenie do zmaksymalizowania duszącej atmosfery grozy, potęgowanej kilkoma niezapomnianymi zdecydowanymi akcentami wkraczania nieznanego w zwyczajną rzeczywistość wynosi ten obraz na prawdziwe wyżyny straszenia, tym samym słusznie wchodząc do kanonu kultowych filmów grozy.

czwartek, 29 października 2015

„Dar” (2015)


Małżonkowie, Simon i Robyn, przeprowadzają się z Chicago do Los Angeles, gdzie mężczyzna dostał dobrze płatną pracę. W trakcie zakupów zostają zagadnięci przez mężczyznę, który przedstawia się, jako znajomy Simona ze szkoły, Gordon Mosley. Zaganiana para zbywa go obiecując kontakt telefoniczny, ale niedługo potem Gordo pojawia się na progu ich domu z prezentem z okazji przeprowadzki. Robyn szybko nawiązuje z nim znajomość, z czego z kolei nie jest zadowolony jej mąż. Kolacje we wspólnym gronie, podczas których Gordo zagadkowo się zachowuje oraz wizyty u Robyn w trakcie nieobecności Simona wytrącają mężczyznę z równowagi do tego stopnia, że decyduje się jak najszybciej zakończyć tę znajomość. Informuje Gordona, że ani on, ani jego małżonka nie są zainteresowani podtrzymywaniem kontaktów z nim. Początkowo wydaje się, że mężczyzna uszanował wolę Simona, ale wkrótce para uświadamia sobie, że Gordo ich prześladuje, posuwając się coraz dalej w swoich dziwacznych gierkach.

Kojarzony głównie z aktorstwem Joel Edgerton kręci swój debiutancki pełnometrażowy film, pt. „Dar”, który dosłownie podbija serca Amerykanów, z krytykami włącznie. Pozytywne recenzje mnożą się w zastraszającym tempie, co w pewnym stopniu rzutuje na kasowy sukces filmu, zapewne zaskakując nawet samego scenarzystę i reżysera owego projektu. Uznanie masowych odbiorców dziwi tym bardziej, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że „Dar” nakręcono w bardzo stonowanym stylu, bez czerpania z „dobrodziejstw” nowoczesnej technologii. Taki sznyt niektórym Amerykanom skojarzył się z estetyką dreszczowców z lat 90-tych, kiedy to twórców bardziej interesowały fabuła i klimat, aniżeli widowiskowe efekty specjalne. Edgerton dysponował budżetem rzędu pięciu milionów dolarów, wystarczającym do nakręcenia naprawdę trzymającego w napięciu thrillera, pod warunkiem, że znajdowałby się w posiadaniu utalentowanego twórcy. Cóż, po tym co zobaczyłam wydaje mi się, że Edgerton zalicza się właśnie do tego grona artystów.

„Dar” często porównywany jest do „Ręki nad kołyską”, ale mnie osobiście bardziej skojarzył się z „Ukryte” Michaela Haneke, miejscami, bo w szczegółach produkcje odbiegają od siebie. Początkowo wydaje się, że Edgerton w swoim scenariuszu wkroczył na szeroko wyeksploatowaną ścieżkę. Poznajemy Gorda, który rozbudza nieufność już w chwili swojego pierwszego pojawienia się na ekranie, w roli nieśmiałego kolegi Simona z liceum. W tym konkretnym momencie mężczyzna właściwie nie robi niczego podejrzanego, ot pragnie się jedynie przedstawić i zamienić parę słów z przyjacielem z dawnych lat. Ale zaznajomionego z kinem grozy widza zapewne nie zwiedzie jego niewinne oblicze, wszak w tym gatunku tajemniczy nieznajomy nagabujący głównych bohaterów zazwyczaj jest zwiastunem niebezpieczeństwa. Dalsze sceny, w trakcie których sygnalizuje się nam podejrzliwość Simona względem Gorda potęgują naszą niechęć do nieznajomego. Przychylnie nastawiona do jego osoby jest jedynie Robyn i nie zniechęcają jej nawet niejasne aluzje do przeszłości obu panów rzucane mimochodem przez Gorda podczas wspólnej kolacji oraz teorie spiskowe, w które wydaje się święcie wierzyć. Simon próbuje uświadomić żonie, że Gordon jest niezrównoważony, przyznając, że był tak postrzegany również w szkolnym okresie, ale wrodzona wrażliwość kobiety nie pozwala jej na ostracyzm względem bliźniego. W scenariuszu bardzo dużo miejsca poświecono na relacje międzyludzkie, co natchnęło tę produkcję ogromnymi pokładami napięcia i całą gamą różnych emocji. Kino emocjonalne chciałoby się rzec, w dodatku zrealizowane z poszanowaniem wszelkich reguł klasycznego thrillera. Dzięki powolnej pracy kamery, szczegółowo portretującej uczucia odmalowujące się na twarzach poszczególnych postaci twórcy wytworzyli swego rodzaju więź pomiędzy bohaterami i odbiorcami. Bazując na intymności uosabianej minimalistyczną realizacją, nieśpiesznymi najazdami kamery zarówno na aktorów, jak i pozostałe elementy świata przedstawionego (częste zbaczanie poza centrum akcji) oraz skomplikowanymi relacjami pomiędzy bohaterami twórcy w niewymuszony, naturalny sposób wygenerowali doprawdy angażujący uwagę widza klimat, jednocześnie zawiązując interesującą intrygę, której siłą napędową są brudne sekrety skrywane przed światem.

Z długich, acz niewpadających w monotonię ustępów z życia Robyn i Simona wyłania się obraz małżeństwa, w którym obowiązuje tradycyjny podział ról. W starym mieszkaniu w Chicago kobieta realizowała się zawodowo, ale po poronieniu i przeprowadzce do nowego domu przystała na konserwatywny sposób życia. Podczas, gdy jej mąż wspina się po szczeblach kariery ona koncentruje się na urządzaniu ich miejsca zamieszkania, jednocześnie bez słowa skargi przystając na wszelkie prośby zapracowanego Simona. Oboje wydają się wieść szczęśliwe życie w „takim układzie”, do czasu pojawienia się Gorda. Mężczyzny, który całym sobą daje do zrozumienia, że przypadła mu w udziale standardowa rola stalkera. Prześladowcy, który nie spocznie, aż nie zniszczy wszystkiego, na czym zależy jego koledze z klasy. Edgerton także w tej stricte thrillerowej warstwie nie pokusił się o maksymalizm poszczególnych incydentów. Śledzenie Robyn i uśpienie jej, otrucie rybek głównych bohaterów, czy porwanie ich psa nie wychodzą z niczym charakterystycznym poza konwencję dreszczowców o maniakalnych stalkerach, ale już narracja znacząco wyróżnia się na tle przynajmniej tych nowszych reprezentantów tego rodzaju obrazów. Już mroczne zdjęcia, którym akompaniuje oszczędna ścieżka dźwiękowa i pełne suspensu budowanie napięcia powolnymi wędrówkami Robyn po zarówno ciemnych, jak i nasłonecznionych pomieszczeniach udowadniają, że w Edgertonie drzemie ogromny potencjał, który potrafi należycie przełożyć na język filmu. Ale największą siłą „Daru” i tak pozostaje przewrotna intryga, której korzenie sięgają nastoletniego okresu Gordona i Simona. Film Edgertona odkształca znaną nam konwencję, pokazując egzystencję zbudowaną na pozorach, grając na wypracowanych przez lata obcowania z dreszczowcami oczekiwaniach odbiorców do tego stopnia, UWAGA SPOILER że z czasem człowiek traci rozeznanie w tym, kto tutaj tak naprawdę jest tym złym KONIEC SPOILERA. Obranie takiej drogi pozostawia furtkę do moralizowania, przez którą Edgerton ochoczo przechodzi, ale raczej w podtekstach, bez szczegółowego wyłuszczania swoich myśli. Również w finale, gdzie pozostawia duże niedopowiedzenie, ku mojej radości, umożliwiając widzom indywidualną interpretację zakończenia. Po adresem „Daru” często pada określenie „inteligentny” i jestem skłonna się pod nim podpisać, aczkolwiek z zastrzeżeniem, że tak naprawdę scenariusz nie porusza problemu, o którym nie wspomniałby już inny artysta. Ale oryginalność nie jest konieczna do podniesienia wartości przekazu – wystarczy empatia i talent do opowiadania, żeby przekonać odbiorców nawet do mało innowacyjnej historii. I Edgerton to ma, tym samym dobrze rokując na przyszłość. Jedyny zarzut, jaki mogę skierować nie tyle pod adresem tej produkcji, co odtwórcy roli, dotyczy Jasona Batemana, który w moim odczuciu nie był naturalny podczas uzewnętrzniania emocji targających jego postacią. Jego niedostatki natomiast odrobinę rekompensowali Rebecca Hall i sam Joel Edgerton w roli Gorda, którym naprawdę nie jestem w stanie niczego zarzucić.

Macie już dość efekciarskiego kina grozy, które zamiast bazować na emocjach i podskórnym napięciu woli pochwalić się zdobyczami nowoczesnej technologii? Jesteście już zmęczeni mdłymi historyjkami, pełnymi standardowych bohaterów, którzy nie mają nic ciekawego do powiedzenia? Optujecie za filmami z „drugim dnem” podanymi z poszanowaniem klimatu i wręcz obsesyjnie stawiających na minimalizm w formie i maksymalizm w przekazie? Jeśli tak to „Dar” jest thrillerem właśnie dla was.

środa, 28 października 2015

William Hjortsberg „Harry Angel”


Popularny piosenkarz, Johnny Favorite, w okresie II wojny światowej zaciągnął się do wojska, ale w 1943 roku został poważnie ranny podczas ataku myśliwców Luftwaffe. Mężczyznę umieszczono w prywatnym szpitalu w Poughkeepsie w stanie Nowy Jork, gdzie w stanie amnezji spędził długie, samotne lata. W 1959 roku nowojorski prywatny detektyw, Harry Angel, dostaje zlecenie od jegomościa zwanego, Louis Cyphre, polegające na odnalezieniu Favorite’a, który ponoć po podpisaniu z nim umowy podstępem uniknął wywiązania się ze swoich zobowiązań. Początkowo Angel jest przekonany, że to będzie jedna z prostszych spraw, jakie prowadził, ale kiedy odkrywa, że Favorite od lat nie przebywa w klinice, a świadkowie, których przepytuje niedługo potem giną w okrutny sposób, uświadamia sobie, że został wmieszany w śmiertelnie niebezpieczną rozgrywkę, w której ogromną rolę odgrywają czarna magia i kult voodoo.

Nominowana do Nagrody im. Edgara Allana Poe, po raz pierwszy wydana w 1978 roku kultowa książka Williama Hjortsberga, powieściopisarza i scenarzysty. W 1987 roku Alan Parker przeniósł „Harry’ego Angela” na ekran w tak fenomenalnym stylu, że można chyba zaryzykować tezę, iż znacząco przyczynił się do niesłabnącej popularności literackiego pierwowzoru. Ale nie był jedyny, wszak nie należy zapominać o krytykach i pisarzach, w tym Stephenie Kingu, którzy prześcigali się w swoich entuzjastycznych opiniach o książce Hjortsberga. W wielu kręgach „Harry Angel” jest określany, jako jedna z ważniejszych powieści hardboiled, swego rodzaju ukłon w stronę twórczości Raymonda Chandlera. Ale oprócz aspektów kryminalnych utwór porusza się również w ramach konwencji typowego horroru satanistycznego i śmiem podejrzewać, że właśnie te wątki wyróżniły „Harry’ego Angela” na tle innych powieści kryminalnych z drugiej połowy XX wieku.

Początkowo fabuła książki nie wróży niczego choćby odrobinę innowacyjnego na tle całego gatunku. Mamy typowego dla literatury hardboiled cynicznego, wyrachowanego prywatnego detektywa, który nie wzdraga się przed działaniem ponad prawem. Choć jego jednoosobowa agencja nie prosperuje na najwyższym poziomie, Angel, nie może się skarżyć na dotkliwe ubóstwo, wszak zawsze znajdzie się ktoś, kto za godziwą opłatą będzie chciał wynająć cwanego prywaciarza, gotowego na wszystko, aby tylko rozwikłać sprawę. Takim kimś okazuje się dostojny Louis Cyphre, który enigmatycznie przedstawia Angelowi problem, jaki wyniknął z jego kontaktów z byłą gwiazdą sceniczną, Johnny’m Favoritem. Angel ma go odnaleźć, aby Cyphre mógł wymusić na nim dopełnienie warunków umowy, którą zawarli przed laty. Problem w tym, że mężczyzna nie przebywa tam, gdzie według raportów być powinien, czyli w prywatnym szpitalu, a jego dawni znajomi są przekonani, że nie żyje od 1943 roku. Początkowo Hjortsberg skupia się tylko i wyłącznie na bezowocnym śledztwie Angela, które znaczy szlak potwornie okaleczonych trupów, przy czym w swoich opisach niejednokrotnie wpada w denerwującą manierę przytaczania nazwy dosłownie każdej ulicy, którą Angel mija w swojej pogoni za Favoritem. Przez jakiś czas się tego nie zauważa, ale z czasem autor właściwie zamyka cały opis miejsca na podawaniu właściwych nazw ulic, jedynie sporadycznie siląc się na pojedyncze zdania opisowe, z wykorzystaniem przede wszystkim rzeczowników, rzadko przymiotników. W ten sposób dostajemy dokładną topografię Nowego Jorku końcówki lat 50-tych XX wieku, której nie brakuje charakterystycznego klimatu wielkomiejskiego zgiełku i zbieraniny obywateli wszelkiej maści. Ale przez sprowadzenie tego wszystkiego do marginalnych wzmianek autor sprawia, że nie ma w tym duszy, tak potrzebnego czytelnikowi szczegółowego oglądu areny dziwacznych wydarzeń, w centrum których stoi cyniczny prywatny detektyw. Hjortsberg wspomina o mijanych na ulicach również nastoletnich prostytutkach, alfonsach, handlarzach, ćpunach i naganiaczach czasami używając doprawdy brutalnych określeń, ale bez wdawania się w ich anatomiczne szczegóły, bez wyczerpującego moralizowania, choć jego zdanie na temat obywateli Nowego Jorku można łatwo odgadnąć po wulgarnych określeniach, jakich używa względem niektórych z nich. Więcej miejsca, bo prawie całą stronę autor poświęcił Gabinetowi Osobliwości, w skład którego wchodzą postrzegani w kategoriach dziwolągów, również niepełnosprawni ludzie, będący swego rodzaju symbolem podszytej czystym okrucieństwem mentalności pokolenia końcówki lat 50-tych. Styl obrany przez Hjortsberga podczas spisywania „Harry’ego Angela” nie jest żadnym novum dla literatury hardboiled, wręcz przeciwnie oszczędność w słowach była wręcz jej znakiem rozpoznawczym, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że szczątkowy z mojego punktu widzenia warsztat zaskarbi sobie sympatię wielbicieli niniejszego gatunku. Z racji osobistych preferencji oraz większej drobiazgowości w przekazie mnie o wiele silniej zaangażował drugi człon fabuły „Harry’ego Angela”.

Parę osób związanych z poszukiwanym Johnny’m Favoritem, niedługo po rozmowie ze zdeterminowanym prywatnym detektywem ginie w okrutny sposób. Mordy mają charakter rytualny – symbole nawiązujące do kultu voodoo odnalezione na miejscu zbrodni i potraktowane podmiotowo ciała nieszczęśników, którzy padli ofiarami niezidentyfikowanego sprawcy. Choć Hjortsberg roztaczając przez oczami czytelników krwawe obrazy przestrzelonego oka, zakneblowania penisem, czy wyrwanego serca nie rozpisuje się zanadto, w porównaniu do scenerii Nowego Jorku portrety miejsc zbrodni są aż nazbyt obrazowe. Z wykorzystaniem krótkich, treściwych zdań autorowi udało się odmalować w mojej wyobraźni doprawdy makabryczne zdjęcia, osnute ciężką, metafizyczną aurą nieuchronnej tragedii. Podobną zdolnością Hjortsberg wykazał się podczas opisywania ceremonii voodoo, ekstatycznych tańców z seksualnym podtekstem, śpiewów i składania ofiary z koguta. Choć Alan Parker w swojej adaptacji metafizyczne aspekty „Harry’ego Angela” ukazał z poszanowaniem jeszcze bardziej nieznośnej, mrocznej atmosfery niezidentyfikowanego zagrożenia, to i tak w przypadku literackiego pierwowzoru nie mogę mówić o jakimkolwiek zawodzie. Tym bardziej, że wydarzenia mające miejsce tuż po tajemniczej ceremonii voodoo nabierają takiego tempa, z równoczesną dbałością o suspens, że specyficzny styl hardboiled schodzi na dalszy plan. Autor nagle znacząco odchodzi od niuansów bezproduktywnego śledztwa Angela, którego wiele wątków porusza się w realiach światka jazzowego i dosłownie wrzuca czytelnika w otchłań szaleństwa. Paranoi Angela, którego koszmarne sny w osobliwy sposób przeplatają się z jawą, jednocześnie wzbogacając akcję naprawdę smaczną oniryczną aurą oraz satanistycznych praktyk, czarnych mszy, spośród których jedną Hjortsberg opisuje z zaskakującą brutalnością. Obrzędy w wydaniu tego autora dosłownie gwałcą umysł spragnionego mocnych wrażeń czytelnika, pozostawiając w jego głowie tak śmiałe obrazy, jak na przykład szaleńcza orgia, czy ofiara z niemowlaka. I tak, aż do wstrząsającego, zaskakującego finału, który dosłownie kpi sobie z czytelnika, dowodząc, że wszystko, o czym czytał wcześniej było zwyczajną ułudą, kłamstwem utkanym przez ojca oszustów na użytek zarówno głównego bohatera, jak i odbiorców książki. Kumulacja tej historii, rozładowanie budowanego wcześniej suspensu swoim bezpretensjonalnym, pomysłowym podejściem moim skromnym zdaniem dorównuje „Psychozie” Roberta Blocha i „Dziecku Rosemary” Iry Levine’a, albo raczej Romana Polańskiego, bo jego sfinalizowanie kultowej opowieści satanistycznej wypadło o wiele zgrabniej.

Choć części składowe „Harry’ego Angela” utrzymane w tradycji literatury hardboiled początkowo mnie męczyły z czasem owa historia wyewoluowała w prawdziwie klimatyczną, metafizyczną „jazdę bez trzymanki”, gdzie dosłownie wszystko może się wydarzyć, aby ostatecznie zadać cios iście zaskakującym zwrotem akcji, w dodatku idealnie współgrającym z wcześniejszymi wydarzeniami. Świat przedstawiony przez Williama Hjortsberga na kartach tej powieści poraża brutalnością, a dosłownie wszystko, o czym czytamy jest zwyczajną grą, sugestywną rozgrywką pomiędzy antagonistą i protagonistą książki, ale również autorem i odbiorcą jego prozy. Jestem przekonana, że akurat w tym rozdaniu zwycięży pisarz, finalnie uświadamiając czytelnikowi, że był jedynie marionetką w jego rękach…

poniedziałek, 26 października 2015

„Lustra” (2008)


Były detektyw nowojorskiej policji, Ben Carson, dostaje pracę w ochronie spalonego przed laty domu towarowego Mayflower. Mężczyzna ufa, że dzięki temu ustabilizuje swoje życie, które zniszczyło jego uzależnienie od alkoholu. Od rozstania z żoną, Amy, Ben mieszka u siostry, Angeli, poświęcając się pracy nad sobą, aby w przyszłości móc wrócić do rodziny, małżonki i dwójki dzieci. Obejmując nocną zmianę w podupadłym budynku Carson zauważa wyczyszczone przez jego poprzednika lustra, które jak odkrywa niedługo potem mają niezwykłe właściwości. Przerażające obrazy, jakie pokazują i zdolność wpływania na ludzką wolę uświadamiają Benowi, że znalazł się w ogromnym niebezpieczeństwie. Na domiar złego siła luster rozciąga się na oszklone powierzchnie spoza Mayflower, zagrażając jego bliskim, jeśli tylko mężczyzna nie wypełni ich woli.

Francuz, Alexandre Aja, z hukiem wdarł się do światka filmowej grozy, kręcąc dwa horrory, które zaskarbiły sobie rzeszę fanów. „Blady strach” i remake „Wzgórz mających oczy” sprawiły, że Aję zaczęto kojarzyć z drastycznymi horrorami, zaszufladkowano go, jako współczesnego twórcę krwawych, szeroko dystrybuowanych obrazów, podobnie jak Eliego Rotha. Potem reżyser nieoczekiwanie pokazał światu remake koreańskiej produkcji zatytułowanej „Lustro”, przekonując niejednego widza, że w ghost story sprawdza się równie dobrze, co w krwawych obrazach. Tak, wielu odbiorców przekonał, choć zachwyt nie sięgnął krytyków, z którymi wyjątkowo muszę się zgodzić. Na realizację „Luster” przeznaczono trzydzieści pięć milionów dolarów, co już zadziałało na mnie odstraszająco, a jeśli dodać do tego relatywnie szumną swego czasu kampanię reklamową film nie wróżył wiele dobrego.

Jeśli dostaje się tak drogi horror ma się wszelkie powody przypuszczać, że stonowanie nie będzie jego domeną. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, istnieją artyści, którym pieniądze nie uderzają do głowy, ale Aja przynajmniej w tym konkretnym przypadku pokazał zgoła odmienne oblicze. Dysponując trzydziestoma pięcioma milionami dolarów łatwo ulec pokusie i zamiast pozostać wiernym fizycznym efektom wynająć drogich speców od CGI, żeby trudną pracę wykonali przed komputerami. Oczywiście, pozostawiono wąskie pole do popisu dla charakteryzatorów, ale ich ciężka praca została przysłonięta cyfrowymi trikami. Scenariusz Alexandre Aja i Gregory’ego Levasseur, którzy współpracowali już przy między innymi „Bladym strachu” i remake’u „Wzgórz mających oczy”, miał kompilować klasyczną ghost story i wątek kryminalny z akcentami gore. Przy czym drastyczność jawi się raczej w kategoriach „zapychaczy”, rzadkich zrywów, mających chyba przypominać widzom, w jakiej stylistyce specjalizuje się Aja, ze wskazaniem na charakter nie formę. O ile w swoich dwóch wcześniejszych horrorach Francuz postawił na realistyczne efekty specjalne, o tyle w „Lustrach” powierzył to zadanie komputerom. W efekcie dostaliśmy dwie śmiałe w przekazie sceny mordów, które owszem zadowalają swoją szczegółowością, ale nie mają prawa zniesmaczyć wielbicieli kina gore. W prologu, który wyłuszcza widzom główną problematykę „Luster” widzimy odbicie ochroniarza Mayflower, które podrzyna sobie gardło. Rana pojawia się na ciele mężczyzny bez jego fizycznego udziału, ukazując oczom widza długie, szeroko rozchodzące się cięcie, z którego bryzga pikselowa krew. Pomysł mało oryginalny, ale porażający długością i drobiazgowością, przy czym w najmniejszym stopniu niezniesmaczający przez wzgląd na swoją cyfrową oprawę. Podobny problem wyłania się w sekwencji innowacyjnego zabójstwa Angeli, której szczęka tak dalece się rozwiera, że zostaje niemalże oderwana od reszty ciała. Pomysł był, ale wykonanie podobnie, jak w poprzedniej sekwencji mordu poraża cyfrową nienaturalnością.

Uważni widzowie zapewne przyznają, że „Blady strach” i remake „Wzgórz mających oczy” oprócz scen gore mogą pochwalić się umiejętnie potęgowanym napięciem i sugestywnym klimatem zdefiniowanego zagrożenia. Wielu osobom to umyka w zderzeniu z krwawymi ujęciami, ale one byłyby niczym, gdyby nie wrodzony talent Aji do budowania atmosfery grozy. Tym bardziej zastanawia, co takiego stało się Francuzowi, że nie wykorzystał należycie swoich zdolności w tym kierunku podczas realizacji „Luster”. Być może nie odnajduje się w generowaniu nadnaturalnego zagrożenia, wszak jego charakter znacznie odbiega od dającego się racjonalnie wytłumaczyć niebezpieczeństwa. Albo tak samo, jak w przypadku scen gore miliony uderzyły mu do głowy. W każdym razie zamiast powoli budujących dramaturgię, sukcesywnie zagęszczających mroczny klimat sekwencji mamy kilka wyjałowionych z wszelkich emocji nocnych wędrówek Bena (na Kiefera Sutherlanda, jak zwykle miło popatrzeć) po okopconych, zagraconych wnętrzach niegdysiejszego domu towarowego, które kumulowano między innymi wygenerowanym komputerowo ogniem złudnie trawiącym jego ciało oraz pęcherzami wykwitającymi na ciałach ofiar pożaru widzianych w przeklętych lustrach. Jak się zestawi te doprawdy plastikowe ustępy nawiązujące do tradycji ghost stories ze śledztwem śladami Esseker, na żądanie bytów gnieżdżących się po drugiej stronie luster to aż można odetchnąć z ulgi. Naprawdę ciekawy fenomen – nazbyt rozbudowane, pozbawione zaskakujących zwrotów akcji dochodzenie byłego policjanta sięgające czasów sprzed okresu świetności domu towarowego, nudnawe stare jak świat odniesienia do zakładu psychiatrycznego, schizofrenii i opętania przyjmowałam z wielkim entuzjazmem. Nie zaangażowało mnie zanadto to konwencjonalne śledztwo, nie trzymało w napięciu nawet przez minutę, ale przynajmniej nie żenowało plastikową, przepełnioną CGI realizacją. A z dwojga złego wolę monotonię i nieemocjonującą powtarzalność motywów. Pod koniec, co prawda scenariusz troszkę się ożywił, ale tylko w dwóch zrywach. Atak „lustrzanych bytów” na rodzinę Carsona przeprowadzono bez ingerencji zdobyczy nowoczesnej technologii, oszczędnie w przekazie z napięciem utrzymującym się na zadowalającym poziomie. Na pochwałę zasługuje również finał. Nie jest to prawdę powiedziawszy, jakiś zapadający w pamięć, dogłębnie zaskakujący akcent, ale przynajmniej bez happy endu, na co chwilę wcześniej się zanosiło. Jednak wydźwięk ostatnich sekwencji odrobinę psuje (znowu!) cyfrowa eksplozja ciała i niezamierzenie zabawna walka Bena z okaleczonym bytem.

Oglądając ten film przed laty byłam w miarę ukontentowana, ale moja pobłażliwość względem „Luster” nie ostała się do dziś. Nie jestem nawet w stanie poczytywać tej produkcji w kategoriach jednorazowego przeciętniaka – obecnie jego plastikowa forma tak mnie ubodła, że w moim subiektywnym odczuciu film plasuje się poniżej średniej. I oczywiście nie zmieniam zdania, co do sequela „Luster” nakręconego w 2010 roku przez Victora Garcię, choć w tej opinii, co nie jest żadnym novum, plasuję się w zdecydowanej mniejszości. Nadal uważam, że dwójka z jeszcze mniejszą dbałością podchodzi do klimatu grozy (tak można jeszcze bardziej podkopać i tak słabą atmosferę z jedynki), ale przynajmniej plastik nie bije tak po oczach, jak w pierwowzorze.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...