Stronki na blogu

niedziela, 14 kwietnia 2013

Horror religijny (spoilery)

Głosowanie zakończone. Poniżej prezentuję krótką analizę, w której przewijają się typowane przez internautów horrory religijne.
Ze wszystkich religii świata największą popularnością wśród pisarzy i filmowców grozy cieszy się chrześcijaństwo. Trudno się temu dziwić, zważywszy na bezpardonowe okrucieństwo i zjawiska nadprzyrodzone, którymi nacechowano Pismo Święte – raczej nie zaskakuje fakt, że wyznanie oparte na utrzymywaniu wiernych w ciągłym strachu przed Ogniem Piekielnym stanowi inspirację dla twórców filmów grozy. Horror (czasem pomimo zjawisk paranormalnych klasyfikowany, jako thriller), nazwany umownie satanistycznym (lub satanicznym) na przestrzeni lat wykształcił trzy podstawowe motywy, które z lepszym bądź gorszym skutkiem starają się przede wszystkim przerazić widzów, również tych niewierzących. Oczywiście, od czasu do czasu twórcy odchodzą od utartych schematów, sięgając po inne wątki biblijne, jak na przykład: Apokalipsę („Siódmy znak”), stygmaty („Stygmaty”), demony („Constantine”), czy dziesięć plag egipskich („Plaga”). Jednakże od kilku dekad w horrorach satanistycznych przodują trzy motywy, inspirowane Pismem Świętym.
                             Szatan
Najsłynniejszym obrazem, przedstawiającym sylwetkę Szatana jest „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego – mimo, że film przede wszystkim traktuje o rychłych narodzinach Antychrysta (którego niedane nam będzie ujrzeć) to w trakcie jednej, prawdopodobnie najbardziej przerażającej sceny mamy szansę zobaczyć klasyczne wyobrażenie Lucyfera: bestię z rogami, ogonem i kopytami. W swojej reżyserskiej karierze Polański sięgnął jeszcze raz po podobną tematykę w „Dziewięciu wrotach”, gdzie przedstawił widzom całkowicie odmienną wizję Szatana – zielonooką, seksowną blondynkę, obdarzoną nadprzyrodzonymi zdolnościami. Zupełnie inaczej podeszli do sylwetki diabła Alan Parker („Harry Angel”) i Taylor Hackford („Adwokat diabła”) – ich Władcy Piekieł kreują się na dystyngowanych dżentelmenów, którzy do mamienia Bogu ducha winnych protagonistów wykorzystują siłę perswazji i swoją wrodzoną charyzmę, zamiast prymitywnej przemocy, co jest dobitnym dowodem na to, iż sylwetka Szatana w filmie nieustannie ewoluuje i jeszcze nie raz może nas zaskoczyć.
                          Antychryst
Apokalipsa św. Jana w wielkim skrócie mówi, że wkrótce ludzkość czeka nieuchronna zagłada, podczas której na Ziemię zstąpi między innymi Bestia, syn Lucyfera, poczęty z ludzką kobietą, zwany Antychrystem. Raczej nie dziwi fakt, że filmowcy czym prędzej starali się wykorzystać ten, jakże smaczny dla horroru motyw. Jak dotąd przoduje Richard Donner swoim ponadczasowym „Omenem”. Decydując się na kreację Bestii w ciele małego, słodkiego chłopca reżyser odnalazł klucz do wyobraźni widza – łącząc niewinność z wrodzonym złem, nie tylko wytworzył drażniący zmysły kontrast, ale również zwrócił uwagę publiczności na niebezpieczne stereotypy, głoszące, że dziecko niezależnie od swojej natury zawsze jest krystalicznie czyste. Po latach Stewart Hendler próbował osiągnąć podobny efekt, swoim „Zabójczym szeptem”, ale sukcesu „Omena” już nie powtórzył. Za to o wiele ciekawiej wypadł obraz Christiana Alvarta pt. „Przypadek 39”, który próbował zerwać z konwencją „Omena”, rolę Antychrysta powierzając dziewczynce.
                           Opętanie
Opętanie przez demony to najczęściej poruszana tematyka w horrorze satanistycznym. Bez wątpienia całą tę modę w kinematografii zapoczątkował ponadczasowy obraz Williama Friedkina pt. „Egzorcysta”, któremu sukces zapewniała przede wszystkim przerażająca charakterystyka opętanej dziewczynki nieprawdopodobnie wyginającej swoje ciało (obrót głowy o 180 stopni, „pajęczy” bieg po schodach) oraz wyczyniającej obrazoburcze rzeczy (masturbacja krucyfiksem połączona z błaganiem Chrystusa o „pieprzenie”). W XXI wieku twórcy horrorów o opętaniu postawili przede wszystkim na produkcje oparte na rzekomych faktach, ale tylko Scottowi Derricksonowi i jego „Egzorcyzmom Emily Rose” udało się odrobinę zbliżyć (tylko zbliżyć, ale nie dorównać) do sukcesu „Egzorcysty”, bo choć jego film nie jest tak odważny, jak dzieło Friedkina to bazuje na podobnych „akrobacjach” ciała, z pominięciem praw fizyki w wykonaniu opętanej dziewczyny. Ponadto z problematyką nawiedzenia przez demony możemy spotkać się między innymi w takich obrazach, jak „Demony”, „Ostatni egzorcyzm” i „Rytuał”, które z lepszym bądź gorszym skutkiem powielają fabułę „Egzorcysty”. Pewnym novum w owej tematyce jest głośny film Sama Raimi’ego „Wrota do piekieł”, który pomimo swojej komicznej wymowy przynajmniej nie powiela wypracowanego przez Friedkina schematu.
Powyższe motywy, oczywiście, nie są jedynymi, po które sięgają twórcy filmowego horroru. Lars von Trier na przykład postanowił troszkę poeksperymentować z interpretacją w swoim „Antychryście”, przeplatając psychologię z symbolami biblijnymi. Jedno jest pewne: Pismo Święte oferuje twórcom horrorów całą gamę przerażających pomysłów, nie tylko maksymalnie już wyeksploatowane motywy Szatana, Antychrysta i opętania. Kto wie, może filmowcy w końcu wykażą się odrobiną chęci stworzenia czegoś oryginalnego, dając wielbicielom grozy coś, czego podobnie, jak to ma miejsce w przypadku „Dziecka Rosemary”, „Omena” i „Egzorcysty” nigdy nie zapomną.

piątek, 12 kwietnia 2013

„Odmienne stany świadomości” (1980)

Recenzja na życzenie (Nukie)
W podziemiach szkoły medycznej dr Eddie Jessup przechowuje kapsułę, w której po wstępnych testach na studentach regularnie się zanurza. Niezwykłe właściwości tego urządzenia wywołują u niego przerażające halucynacje. Zarówno te doświadczenia, jak i badania schizofreników przekonują, spragnionego prawdy o naszym istnieniu, Jessupa, że istnieją również inne stany świadomości, które są równie rzeczywiste, jak ta, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić. Teraz pozostaje mu tylko przenieść się do swojej pierwotnej jaźni, w czym pomoże mu narkotyk otrzymany od pewnego prymitywnego plemienia. Wyniki tego eksperymentu okażą się tragiczne w skutkach.
Nominowany w dwóch kategoriach do Oscara horror science fiction Kena Russella, który nawet teraz, po upływie tylu lat cieszy się niesłabnącą popularnością wśród widzów, co akurat w ogóle mnie nie dziwi. Początek seansu, mówiąc szczerze, troszkę mnie zaniepokoił – filozoficzne i naukowe rozważania Jessupa, wygłaszane do każdego, kto tylko zechciał słuchać kazały mi przypuszczać, że cały scenariusz naszpikowano równie chaotycznymi, miejscami niezrozumiałymi tezami, które w istocie do niczego konkretnego nie prowadzą. Jednak swoje sceptyczne nastawienie musiałam dosyć szybko zweryfikować, bowiem z tego całego naukowego bełkotu z czasem zaczęła się wyłaniać spójna, przerażająca acz niezmiernie przekonująca filozofia, którą główny bohater stara się udowodnić nie tyle światu, co samemu sobie.
Czy istniało coś przed jakimkolwiek organicznym istnieniem na Ziemi? Co czeka nad po śmierci? I wreszcie, czy nasze postrzeganie świata jest jedynym właściwym? A może równolegle z nim egzystują inne, równie rzeczywiste stany świadomości? Na te pytania pragnie odpowiedzieć główny bohater, dr Eddie Jessup, znakomicie wykreowany przez Williama Hurta, który nijak nie przystaje do modelu przeciętnego amerykańskiego obywatela. Jedyną siłą, która mobilizuje go do życia jest jego praca, wszystko łącznie z seksem utożsamia z mistycyzmem, bo choć utracił wiarę w Boga, jest przekonany, że religijne objawiania są jednym z kluczy, otwierających wrota do ostatecznej prawdy wszechświata. Jednakże mimo swojego ewidentnego oderwania od rzeczywistości, mimo swoich niezbywalnych dziwactw pragnie dostosować się do obowiązujących w państwie norm społecznych, na co wskazuje jego małżeństwo z panią antropolog, Emily, przekonująco odegraną przez Blair Brown. Dążenie Eddie’go do ogólnie rozumianej „normalności” stanowi tragiczny wątek problemów jednostki, tłamszonej przez znormalizowane społeczeństwo. Ale to tylko wątek poboczny, bowiem najważniejsza jest głęboko zakorzeniona obsesja Jessupa, która powoli acz konsekwentnie prowadzi go do całkowitego zrozumienia mechanizmów wszechświata, kosztem utraty jego tożsamości.
Choć „Odmienne stany świadomości” sklasyfikowano, jako horror science fiction widz dostrzeże w nim więcej elementów tego drugiego gatunku, co wcale nie znaczy, że nie uświadczy solidnej dawki grozy. Klimat najmocniej potęguje zarówno obraz, jak i dźwięk – genialna, atakująca zmysł słuchu, ścieżka dźwiękowa, skomponowana przez Johna Corigliano, która szczególnie mocno oddziaływuje na widza w momencie wizualizacji halucynacji Jessupa. Niniejsze sceny mogą, oczywiście, zdeprymować współczesnego widza, bo choć efekty komputerowe w latach 80-tych stały na naprawdę wysokim poziomie to teraz, po przeszło trzydziestu latach mogą wydawać się nieco kiczowate. Mnie ani trochę to nie odrzuciło, ponieważ bardziej cenię sobie klasyczny kicz od współczesnego CGI. Szczególnie mocno wbiła mi się w pamięć scena wizualizacji apokalipsy, utrzymana w rażącej czerwieni z ludźmi strącanymi w otchłanie piekieł i ciałami przybitymi do krzyży – w połączeniu z głośną muzyką robi naprawdę niesamowicie mrożące krew w żyłach wrażenie. „Odmienne stany świadomości” to tego rodzaju inteligentny obraz, który po nudnawym wstępie gna do przodu w oszałamiającym tempie, podsycając w widzu pragnienie odkrycia zagadki istnienia wespół z Jessupem, a coraz to nowe niepokojące ujęcia dodatkowo podnoszą poziom adrenaliny we krwi (jedna scena łudząco przypomina „Muchę” Davida Cronenberga). Wielu widzów krytykuje zakończenie, które na pierwszy rzut oka wydaje się być mocno przesłodzone. Ale w moim mniemaniu Russell zdecydował się na jedyny słuszny finał tej historii, który znakomicie uzupełnia fabułę, podkreślając prawdę, do której w swoich badaniach ostatecznie dotarł Jessup. UWAGA SPOILER Po przygnębiającym wyznaniu Jessupa, który zwierza się Emily, iż dotarł do początków istnienia i odkrył „nicość”, która z kolei każe nam przypuszczać, iż po śmierci właśnie to na nas czeka, naukowiec całkowicie zmienia swoje zapatrywania na życie doczesne, dochodząc do wniosku, że jest jedyną niezbywalną, całkowicie rzeczywistą prawdą, którą należy skrupulatnie pielęgnować. Ostateczne dostosowanie się Eddie’go do norm panujących na świecie (powrót w ramiona Emily) symbolizuje jego głęboką przemianę wewnętrzną oraz daje widzom do zrozumienia, że jego badania, mimo swoich przygnębiających wyników w istocie uratowały jego tożsamość, pomogły uwolnić się od zgubnego i tak naprawdę niekonstruktywnego nałogu KONIEC SPOILERA.
Nie powiem, że niniejszy obraz jest najlepszym horrorem science fiction, jaki dane mi było obejrzeć, ale z pewnością wpisuje się do ścisłej czołówki. Inteligentne, klimatyczne i przede wszystkim niezmiernie intrygujące arcydzieło Russella, które każdy wielbiciel grozy i fantastyki powinien znać. Coś znakomitego!

środa, 10 kwietnia 2013

„Obsesja” (2009)

Derek Charles jest szczęśliwym mężem i ojcem, pracującym w dużej firmie na wysokim stanowisku. Ta idylla kończy się jednak z chwilą poznania pięknej Lisy, która przez kilka dni ma przebywać w jego biurze na zastępstwie. Dziewczyna próbuje poderwać niezainteresowanego jej wdziękami Dereka, a kiedy ten stanowczo odrzuca jej coraz to bardziej zapalczywe zaloty w jej chorym umyśle budzi się przekonanie, że łączy ich płomienny romans.
Hollywoodzka produkcja Steve’a Shilla z doborową obsadą i… konwencjonalną fabułą. Thrillerów traktujących o niebezpiecznych związkach nakręcono już całkiem sporo, a na uwagę zasługują przede wszystkim tak głośne obrazy, jak "W sieci", „Fatalne zauroczenie” i „Niewierna”. „Obsesji”, niestety troszkę brakuje do wymienionych produkcji, aczkolwiek jak na kondycję ostatnio powstałych w Hollywood thrillerów i tak radzi sobie nadzwyczaj dobrze. Twórcy przede wszystkim zadbali o przekonujące charakterologicznie postacie, wykreowane przez znane twarze. W roli prześladowanego przez blond piękność, czarnoskórego (o jakiejkolwiek niepoprawności politycznej nie może tu być mowy), cieszącego się dobrą opinią wśród kolegów z pracy, dowcipnego Dereka Charlesa, który nad wszystko przedkłada szczęście swojej żony i dziecka wystąpił przekonujący aktorsko Idris Elba. Jego nemezis, żyjąca w wyimaginowanym świecie, niebezpieczna femme fatale, wykreowana przez Ali Larter mogła poszczycić się najbarwniejszą rolą, najmocniej skupiającą uwagę widza na swojej psychotycznej osobowości. I chociaż aktorsko mogła dać z siebie troszkę więcej to w ogólnym rozrachunku i tak przyjemnie się na nią patrzyło. Obsadę dopełnia żona Dereka, która bynajmniej nie zamierza oddać męża bez walki. Zawsze uważałam, że Beyonce Knowles powinna pozostać przy śpiewaniu, aktorstwo zostawiając innym gwiazdkom (podobnie, jak Jennifer Lopez) i raczej nie zmieniłam swoich przekonań po obejrzeniu „Obsesji”, w której zdecydowanie zabrakło jej bardziej wyrazistej mimiki.
Choć „Obsesję” uważam za bardzo udany, mocno wciągający thriller byłabym nieszczera wychwalając każdą minutę seansu, bowiem w moim mniemaniu o wiele lepiej zaprezentowała się pierwsza połowa, w której Lisa próbowała najpierw subtelnie, a z czasem coraz bardziej nachalnie zdobyć serce Dereka. Sceny z obłapianiem mężczyzny w łazience, podczas gdy za drzwiami kabiny przebywał ich kolega z pracy oraz podesłanym Derekowi przez Lisę mailem z jej niezliczonymi zdjęciami w chwili, gdy w pokoju przebywała jego żona wykazują się sporą dozą umiejętnie wyważonego napięcia, bowiem mimo niewinności Dereka odbiorca (podobnie, jak on sam) cały czas jest przekonany, że z chwilą odkrycia molestowania jego osoby przez ponętną kobietę wszyscy z jego otoczenia, łącznie z żoną, nie dadzą wiary jego słowom, w pierwszej kolejności oskarżając (jak to zazwyczaj w takich przypadkach bywa) mężczyznę. Te subtelne, wręcz manipulacyjne zagrania naszej femme fatale kończą się z chwilą jej próby samobójczej – od tego momentu, niestety, twórcy zdecydowali się na większą dozę akcji, na rzecz której poświęcili to misternie konstruowane napięcie w pierwszej połowie seansu. Na ich usprawiedliwienie powiem tylko, że nie mieli innego wyjścia, wszak nie można całej fabuły opierać na delikatnych próbach zdobycia mężczyzny, w końcu musi dojść do bardziej zdecydowanych konfrontacji, aczkolwiek tutaj też scenarzysta się nie popisał. Akcja była, to nie ulega wątpliwości, aczkolwiek w czynach Lisy zabrakło mi większego zdecydowania, większej dozy okrucieństwa, co widać na przykładzie porwania synka Charlesów. Zakończenie, mimo, że nagrodzono je Złotym Popcornem za „najlepszą scenę walki” w moim mniemaniu nie dość, że było aż nadto naciągane to w dodatku zaprezentowało najgorszy z możliwych finał całej intrygi. UWAGA SPOILER Między Lisą i żoną Dereka od początku mocno iskrzyło – ich rozmowy przypominały rywalizację wściekłych kocic, co twórcy nachalnie podkreślili w ich finalnej walce, która owszem ze względu na swój pełny erotyzmu podtekst ma szansę przypaść do gustu męskiej części widowni, aczkolwiek dla mnie była mocno przesadzona. A jeśli dodamy do tego denerwujący, wręcz cukierkowaty happy end to za przeproszeniem zostają mi jedynie mdłości KONIEC SPOILERA.
„Obsesję” widziałam już kilkukrotnie (poza zakończeniem, którego pojedynczy seans w zupełności mi wystarczy), bo mimo kilku denerwujących rozwiązań fabularnych prezentuje sobą dokładnie tego rodzaju produkcję, jakich nieustannie poszukuję – bez efektów komputerowych, skupiających się jedynie na fabule, która choć mocno konwencjonalna i tak jakimś cudem mocno wciąga. A najważniejsze, że znalazło się również miejsce dla femme fatale, czyli mojego ulubionego typu bohaterki filmowej.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

H.P. Lovecraft ”Koszmary i fantazje. Listy i eseje”

Pierwszy na polskim rynku zbiór listów i esejów, najsłynniejszego autora opowiadań i powieści weird fiction, żyjącego na przełomie XIX i XX wieku. Wydawnictwo SQN nie tylko zapewniło wielbicielom HPL-a prawdziwą niespodziankę (już wyobrażam sobie, jakbym się czuła, gdyby ktoś opublikował autentyczne, choć przetłumaczone na język polski listy mojego ulubionego pisarza), ale również zadbało o estetykę książki – kolekcjonerskie wydanie w twardej oprawie. Ale to jeszcze nic, bowiem w moim mniemaniu najlepiej zaprezentował się tłumacz, Mateusz Kopacz, który w przystępny sposób przełożył niełatwy, bo pełen archaizmów, acz jakże dystyngowany angielski styl Lovecrafta na język polski oraz zadbał o odpowiednią ilość przypisów, orientujących niezaznajomionego czytelnika w twórczości HPL-a i kontekście historycznym. Wyobrażam sobie, ile pracy kosztowało Kopacza tak staranne opracowanie niniejszego wydania i mam nadzieję, że został sowicie za nią wynagrodzony.
„Koszmary i fantazje” to przede wszystkim listy kierowane do przyjaciół tzw. Samotnika z Providence, które dobitnie udowadniają, że ten przydomek nie do końca pasuje do Lovecrafta. W swoich długich korespondencyjnych dysputach z między innymi Frankiem Belknapem Longiem, Augustem Derlethem, Robertem E. Howardem, Clarkiem Ashtonem Smithem, Robertem Blochiem i Donaldem Wendreiem oraz innymi swoimi przyjaciółmi, niekoniecznie związanych jedynie z literaturą, Lovecraft uchyla przed nami rąbka tajemnicy, osnuwającej jego ubogie w pieniądze, acz bogate w wyobraźnię życie, które owszem głównie zamyka się w czterech ścianach jego gabinetu, gdzie autor oddaje się swojemu ulubionemu zajęciu – pisaniu. Ale to wcale nie znaczy, że HPL nie znajdywał czasu na liczne podróże nie tylko po Anglii, ale również Stanach Zjednoczonych oraz spotkania z licznymi przyjaciółmi, którzy w przeciwieństwie do ówczesnych krytyków i czytelników rozumieli jego twórczość i podobnie, jak on żywili nadzieję, że opowieści niesamowite z czasem zyskają większe, należne im uznanie. Choć listy Lovecrafta cechuje spora doza rozemocjonowania, naznaczona zajadłą ironią i irytacją to pisarz nigdy nie zapomina o drobiazgowym uargumentowaniu swojego zdania - w ten sposób współcześni wielbiciele horroru i fantastyki, którzy tak często nadużywają określenia „znawca” w odniesieniu do własnej osoby zostaną zmuszeni do zweryfikowania swoich poglądów, bo oto mają przed sobą prawdziwy autorytet w tych dziedzinach, który nie tylko znacznie przyczynił się do ich rozwoju, ale również zdaje się wiedzieć dosłownie wszystko o ich zastosowaniu w literaturze. Abstrahując od weird fiction z listów i esejów zamieszczonych w niniejszym zbiorze poznamy też sporo prywatnych poglądów Lovecrafta na religię, politykę i filozofię, co w ogólnym rozrachunku wykreuje nam w umyśle cynicznego agnostyka i pesymistycznego myśliciela – szczególnie polecam eseje, zatytułowane „Idealizm i materializm – refleksja” oraz „Wyznanie niewiary”, w których Lovecraft w niezwykle przenikliwym stylu krytykuje zarówno chrześcijan, jak i ateistów, dobitnie udowadniając, że ich zajadłe spory do niczego konstruktywnego nie prowadzą. Trzeci esej, który niezmiernie mnie zainteresował to „Koty i psy”, w którym HPL w równocześnie zjadliwy i zabawny sposób poddaje psychoanalizie wielbicieli tych czworonogów, krytykując nie tylko psy, ale również ich właścicieli, a tym samym wywyższając, niemalże do mistycznego poziomu koty. Moim zdaniem najsłabszy jest esej pt. „Obserwacje w kilku częściach Ameryki dokonane”, przede wszystkim ze względu na eksperymentowanie stylem, który niejednokrotnie „połamał mi język”. Pomijając listy i eseje wydawcy przygotowali dla nas również próbkę fikcyjnej twórczości HPL-a – odrzucony szkic fragmentów „Widma nad Innsmouth” oraz kawałek opowiadania stworzonego przez kilku pisarzy pt. „Wyzwanie spoza światów”. Ale to nie koniec niespodzianek…
Pewnie nie muszę polecać tej pozycji zagorzałym miłośnikom twórczości Howarda Phillipsa Lovecrafta, bo mogę iść o zakład, że stanowi dla nich substytut wygranej na loterii, aczkolwiek chciałabym jeszcze zachęcić osoby, które z dziełami tego pana jeszcze się nie spotkali, bowiem oto w ich ręce może trafić prawdziwy unikat literacki doskonale napisany, niezmiernie pouczający i przede wszystkim przenikliwie analizujący fenomen grozy w epice. Dla mnie przygoda z „Koszmarami i fantazjami” jeszcze się nie skończyła, ponieważ planuję często odświeżać sobie niniejszą lekturę równocześnie pozostając z nadzieją, że na tym nie skończy się przygoda polskich czytelników z listami Lovecrafta, że wydawcy zgotują nam jeszcze niejedną tego typu niespodziankę.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 7 kwietnia 2013

„The Innkeepers” (2011)

Recenzja na życzenie (Miss Kitsch)
Ostatni weekend przed zamknięciem dużego hotelu. Recepcjoniści Claire i Luke meldują kilku gości, po czym oddają się nudnej monotonii pracowniczej. Kiedy dziewczyna wpada na pomysł, aby zarejestrować obecność rzekomo nawiedzającego hotel ducha Madeline O’Malley - kobiety, która przed laty tutaj umarła, Luke bynajmniej nie jest zachwycony. Z pomocą jednej z ostatnich, posiadającej mediumiczne zdolności mieszkanek hotelu, Claire odkrywa niewyobrażalne byty, gnieżdżące się w budynku.
Horror ghost story, twórcy m.in. “The House of the Devil”, “Śmiertelnej gorączki 2” oraz współreżysera “V/H/S”, Ti’a Westa, który ku mojemu zaskoczeniu, nie zaskarbił sobie sympatii polskich widzów. Moje zdziwienie potęguje fakt, że pomimo kilku niedoróbek „The Innkeepers” stanowi rasową, przyzwoicie nastrojową ghost story, wywiązując się z niemalże wszystkich zadań stawianych temu nurtowi.
Cała oś fabularna obraca się w wokół dziwnej parki recepcjonistów. Sara Paxton, za którą osobiście nie przepadam i wolałabym, aby skończyła już swoją przygodę z horrorem w roli Claire może i nie była jakoś szczególnie zachwycająca, ale warsztatowo jej gra utrzymywała się na nierażącym poziomie. A nie miała łatwego zadania, bo jej bohaterkę ciężko przypasować do zazwyczaj spotykanych w tym gatunku protagonistek – infantylna, nadmiernie pobudzona, lekko oderwana od rzeczywistości, łatwo poddająca się emocjom i nietaktowna gaduła. Jej temperament odrobinę równoważy kolega z pracy, Luke (w tej roli całkiem znośny Pat Healy) – posępny pesymista, ciągle przesiadujący w Sieci i niezmiernie nudzący się na swoim stanowisku. Twórcy zdecydowali się na przydługi wstęp, pozbawiony infantylnych gadek o niczym, z których słyną przede wszystkim teen-horrory. Dialogi pomiędzy Claire i Lukiem mają jakąś głębię egzystencjalną – nic, czego byśmy już nie wiedzieli (pesymistyczne „życie niczego ludziom nie oferuje” i „nie oczekuj niczego od ludzi, bo dzięki temu masz szansę pozytywnie się zaskoczyć”), ale przynajmniej nie są to konwersacje typu: „kto pozwoli mi się przelecieć”.
West umiejscowił akcję w staroświecko umeblowanym hotelu, który znacznie potęguje klimat grozy – delikatny, nienachlany i w żadnej mierze nieprzesadzony, dodatkowo osnuty cichą ścieżką dźwiękową oraz długimi ujęciami wszechobecnej ciszy. To wszystko wespół z profesjonalną realizacją daje nam przedsmak niesamowitego wyczucia Westa w filmowym horrorze. Obecność nieznanego pogłębia fakt rychłego zamknięcia hotelu, ze względu na jego rzekome nawiedzenie, odstraszające potencjalnych gości. W weekend poprzedzający to wydarzenie stylowy zabytek, poza recepcjonistami, zamieszkuje kobieta z dzieckiem, która ucieczką z domu szantażuje męża, podstarzała aktorka-medium oraz tajemniczy jegomość, zajmujący pokój na odciętym trzecim piętrze. Twórcy dosyć szybko, za pośrednictwem Claire, wyłuszczają nam legendę o zmarłej przed laty w hotelu Madeline O’Malley, która teraz jakoby poszukuje nowego kochanka do wiecznej egzystencji w zaświatach. Prawie cały seans obfituje w pozbawione dosłowności, lekkie sygnały obecności nieznanego – muzyka, trzaskanie, szelesty i chroboty rozlegające się w budynku oraz jedna znakomicie zrealizowana jump scena z samoistnie wciskającymi się klawiszami fortepianu. Wszystkie te zabiegi, chwilami intrygujące, a czasami wręcz nudnawe zmierzają do pierwszej przerażającej wizualizacji doskonale ucharakteryzowanego ducha kobiety w sukni ślubnej, z zakrwawionymi ustami i oczami, który zarówno w pierwszej połowie seansu, jak w pełnych większej dosłowności w epatowaniu makabrą ostatnich 20 minutach niestety nie pozostaje na ekranie zbyt długo, ukazując swoje koszmarne oblicze niemalże w migawkowych ujęciach. Jednakże radzę zwrócić baczniejszą uwagę na tę kreaturę za pośrednictwem zatrzymanego kadru, bowiem Westowi udało się w tych przepełnionych efektami komputerowymi czasach stworzyć coś naprawdę realistycznego, rodem ze starych, dobrych straszaków.
Chociaż większości seansu nie udało się pozbawić pewnej dozy nużącej monotonii to wbrew pozorom fabuła prezentuje się na tyle wciągająco, aby przetrzymać widza do ostatnich, pełnych bardziej zdecydowanych elementów horroru minut seansu, które choć w sporej mierze żerują na ogranych motywach (zakrwawione ciało w wannie, jak w „Lśnieniu” i „13 duchów” oraz wisielec zjawy O’Malley, jak w remake’u „Amityville”) to i tak znacznie podnoszą poziom adrenaliny u odbiorcy. Szkoda tylko, że finał nie oferuje nam niczego, co miałoby szansę na dłużej pozostać w pamięci – domyka całą historię w przekonujący sposób, ale równocześnie nie zaskakuje niczym nadzwyczajnym.
„The Innkeepers” mogę chyba z czystym sumieniem polecić wielbicielom klimatycznych ghost stories, bo choć mógłby być nieco bardziej dosłowny to myślę, że owa grupa odbiorców właśnie takiej delikatnej ewokacji grozy poszukuje w tym gatunku. Ja tam zawsze wolałam troszkę większą odwagę twórców w prezentowaniu makabry, ale o dziwo fabuła niniejszego obrazu miała w sobie coś, co mimo kilku nudnawych scen wzbudziło moje zainteresowanie na tyle, aby dotrwać do końca projekcji.

piątek, 5 kwietnia 2013

„Żony ze Stepford” (1975)

Joanna i Walter Eberhart przeprowadzają się wraz z dziećmi do małego, cichego miasteczka Stepford, w którym jedyną rozrywką kobiet są prace domowe i uszczęśliwianie swoich mężów. Niezależna Joanna, ani myśli przystosować się do tutejszego stylu życia i wraz z nowo poznaną, równie wyzwoloną mieszkanką Stepford, Bobbie próbuje dowiedzieć się, dlaczego innym kobietom w miasteczku taką przyjemność sprawia usługiwanie mężczyznom. Wyniki tego śledztwa przejdą ich najśmielsze oczekiwania.
Ekranizacja kultowej powieści Iry Levina (autora między innymi „Dziecka Rosemary”), wyreżyserowana przez Bryan’a Forbesa. Po uprzednim zapoznaniu się z readaptacją Franka Oza z 2004 roku z Nicole Kidman zaintrygowała mnie klasyfikacja gatunkowa starej wersji. Książki Iry Levina często balansują na granicy grozy i komedii, przy czym autorowi po mistrzowsku udaje się zachowywać odpowiednie proporcje, nie popadając w groteskę, dlatego też ekranizacje jego prozy w niewprawnych rękach reżyserskich szybko mogą skłonić się ku zwykłej komedii. Taka sytuacja miała miejsce w nowej wersji – widać Oz nie zdołał zrównoważyć thrillera z satyrą, decydując się na czarną komedię, zabawną i intrygującą (ta historia ma w sobie tak wielki potencjał, że w każdym wydaniu nieodmiennie mnie zachwyci), ale pod kątem wyczucia realizatorskiego w przedbiegach przegrywającą z pierwszą filmową wersją.
Forbes, zgodnie z zamysłem Levina nakręcił prawdziwie niepokojący, ironiczny, a miejscami histerycznie zabawny thriller science fiction, którego niespełna dwugodzinna długość w moim przypadku przeciągnęła się do niemalże czterech godzin seansu, bowiem byłam tak dalece zachwycona, iż nie mogłam się oprzeć niezwłocznemu powtórzeniu projekcji. Tak więc, jeśli ktoś jest zainteresowany mankamentami „Żon ze Stepford” to odsyłam pod inny adres, bo ja mimo najszczerszych chęci nie dostrzegłam tutaj absolutnie żadnych minusów, za to niezliczoną ilość czystego geniuszu. Nagrodzona Złotym Zwojem, Katharine Ross, w roli skupiającej na sobie całą oś fabularną Joanny Eberhart przeszła moje najśmielsze oczekiwania – tak ekspresyjnej, pełnej życia i czystego talentu aktorki próżno szukać wśród rzeszy wypromowanych gwiazd dzisiejszych czasów. Ona nie kreowała postaci Joanny, ale zwyczajnie nią była, co wbrew pozorom wcale do łatwych zadań nie należało. Główna bohaterka „Żon ze Stepford” to w końcu prawdziwie wyzwolona, niezależna kobieta, pragnąca wymusić na swoim mężu równouprawnienie w podejmowaniu najważniejszych rodzinnych decyzji, co rzecz jasna jest nie w smak władczej, prawniczej naturze Waltera. Jak można się spodziewać przeprowadzka do malowniczego, cukierkowatego Stepford była jego pomysłem – Joanna niechętnie wyraziła zgodę, czego oczywiście głęboko żałowała po poznaniu mieszkanek miasteczka. Wiecznie uśmiechnięte, odziane w konserwatywne stroje gospodynie domowe, których jedynym zmartwieniem jest gotowanie, sprzątanie, zakupy oraz uszczęśliwianie swoich mężów bynajmniej nie przystoją systemowi wartości naszej protagonistki – wraz ze swoją nową przyjaciółką natrząsa się z ich niewolniczej egzystencji, która, o dziwo, sprawia im czystą przyjemność. Ilekroć na ekranie pojawia się, któraś ze stepfordowych żonek twórcy dokonują niemożliwego. Zarówno aparycja i zachowanie kobiet, jak i sielankowa ścieżka dźwiękowa, imitująca spoty reklamowe, do których tak łudząco upodabnia się ich życie powinny rozbawić widza, gdy tymczasem paradoksalnie te komiczne elementy działają wręcz odwrotnie wzbudzając jego niepokój, podsycany świadomością nierealności tychże postaci oraz zagrożenia, które stwarzają samą swoją obecnością. Jeśli dodamy do tego atmosferę małomiasteczkowej paranoi, potęgowanej niezwykle interesującym i zaskakującym śledztwem Joanny i Bobbie, który jasno wskazuje na ich zbliżającą się nieuchronnie utratę tożsamości to mimo ironicznego poczucia humoru, którym nacechowano scenariusz zamiast komedii otrzymamy prawdziwie mrożący krew w żyłach thriller science fiction z kontrowersyjnym przesłaniem.
Książki Iry Levina zawsze mają jakieś drugie dno, a „Żony ze Stepford” nie są żadnym wyjątkiem. Forbesowi udało się w prosty sposób przekazać morał autora, nie mówiąc niczego wprost, ale dając to jasno do zrozumienia. Zgodnie z cynicznym spojrzeniem pisarza na otaczający go świat mężczyźni tak naprawdę mają za złe systemowi emancypację kobiet, podświadomie pragnąc zamknąć ich w domu, przy garach i wykorzystywać, ilekroć przyjdzie im na to ochota. „Żony ze Stepford” to w istocie krytyka takiego zaściankowego myślenia, oskarżycielski palec wymierzony w osobników wychodzących za pozbawione swojej tożsamości „kury domowe”, wyłącznie w celu osiągnięcia swoich samolubnych korzyści. To przesłanie wespół ze znakomitą aktorką w roli głównej, niepokojącym klimatem, jakże wciągającą fabułą oraz jedynym słusznym zakończeniem w moich oczach sprawia, że niniejszy obraz bez wątpienia wpisuje się do panteonu najlepszych filmów grozy, jakie kiedykolwiek nakręcono. Nie interesują mnie żadne słowa krytyki wymierzone w tę produkcję, bo już zawsze będę określać go zaszczytnym mianem arcydzieła światowej kinematografii.

środa, 3 kwietnia 2013

Carla Mori „Krew, pot i łzy”

Ciężarna Klara Wasowska przyjeżdża do rodzinnej Częstochowy, celem napisania artykułu dla gazety, w której pracuje o malwersacjach rządzących miastem. Kiedy spotyka się ze swoją przyjaciółką, prokurator Zuzanną Bachledą, ta zostaje wezwana na miejsce podwójnego morderstwa, które zapoczątkuje tajemniczą serię zabójstw, nakierowując obie panie na głęboko skrywaną tajemnicę kościelną.
Debiut literacki polskiej autorki, ukrywającej się pod pseudonimem Carla Mori, będący swego rodzaju połączeniem horroru z kryminałem, aczkolwiek wyróżniający się szokującą problematyką, której nie spodziewałabym się po Polce, pochodzącej z Częstochowy. Sama konstrukcja fabularna przypomina dziełka klasy „B” pióra Guy’a N. Smitha oraz Paula Wilsona, ale pomijając nadużycia słówka „ja” w dialogach oraz oszczędne rozwinięcia różnych wątków (na co można z powodzeniem przymknąć oko, z uwagi na fakt, iż mamy tutaj do czynienia z debiutem) nie piszę tego ze złośliwości – raczej z wdzięczności, bowiem dla wielbiciela horroru taka niewymagająca myślenia literatura, skupiająca się przede wszystkim na fabule, a nie męczącym moralizowaniu również odznacza się pewnym nieodpartym urokiem, mającym szansę przyciągnąć jego uwagę na długie godziny.
„Żyjemy według przykazań kościelnych w całości wymyślonych i zatwierdzonych przez papiestwo, a nie przez Boga.”
Już na początku lektury „Krwi, potu i łez” zauważyłam pewną cechę Mori, która niemalże całkowicie przysłoniła wszelkie mankamenty warsztatowe. Mowa oczywiście o odwadze – nie dość, że akcja książki rozgrywa się w jej rodzinnej Częstochowie (świętym mieście Polski) to w dodatku autorka za pośrednictwem Klary niemalże bez zwłoki przystępuje do krytyki dostojników kościelnych, manipulujących Biblią na własny użytek i z dnia na dzień zdobywających coraz większą władzę i bogactwo, którym ani myślą dzielić się z najbiedniejszymi wiernymi. Tego rodzaju tezy, oczywiście, mają sporą szansę maksymalnie zaszokować ortodoksyjnych katolików, dla których w powieści Mori również znalazło się kilka zdań krytyki (obłuda, hipokryzja i czysta złośliwość tzw. „moherowych beretów”), ale to jeszcze nic w porównaniu z tezą na miarę „Kodu Leonarda da Vinci” Dana Browna (choć, jak się nad tym zastanowić Mori w swoich rozważaniach znacznie przekroczyła wyznaczoną przez niego granicę), głoszącą, że oto Kościół katolicki tak naprawdę składa hołd Szatanowi, oczekując przyjścia Antychrysta i przez dziesiątki lat oszukując wiernych, co do właściwej natury ich modłów. A na czele tejże sekty satanistów stoją najwyżsi możni Kościoła, z papieżem i biskupem w rolach głównych… Z uwagi na fakt, że uwielbiam tego rodzaju śmiałe, wręcz bluźniercze tematy Mori nie tylko zdobyła mój dozgonny szacunek, decydując się na tak odważny krok, będąc obywatelką tak konserwatywnego państwa, ale również skutecznie umiliła mi lekturę swojej powieści.
„Nigdy nie była fanką Kościoła jako instytucji. Zawsze wydawała jej się ona nieco oderwana od słów Pisma, sprzeczna z własnymi naukami i zakłamana. Jednak nigdy dotąd nie zwęszyła w działaniach papiestwa niczego, co wykraczałoby poza zwykłą, ludzką chęć osiągnięcia władzy i zysku. Teraz jednak powoli otwierały jej się oczy. […] W świetle faktów, które jej przedstawił, Kościół jawił się jako potężna sekta, kierowana przez światłych ludzi, prowadzonych i natchnionych przez samego Szatana.”
Jak już wspomniałam fabuła łączy w sobie elementy kryminału i horroru. Autorka zdecydowanie lepiej radzi sobie z tym pierwszym gatunkiem, bo choć śledztwo pani prokurator i komisarza Malinowskiego (zabawnego, niekompetentnego prostaka i chama) opiera się w większej mierze na przypadku niż skrupulatnym interpretowaniu dowodów to Mori popisała się, jeśli chodzi o modus operandi sprawcy. Pierwsze ofiary giną z wykrwawienia, aczkolwiek na miejscu zbrodni nie ma ani kropli ich płynów ustrojowych; druga ofiara umiera z wycieńczenia na siłowni, a trzecia z nadmiaru łez (wszystkie trzy zabójstwa bezpośrednio nawiązują do tytułu powieści). Śledztwo znacznie umila postać pani prokurator - wygadanej, nieznoszącej sprzeciwu, twardej osobniczki, która bez zbytnich problemów podporządkowuje sobie podwładnych. Jej wybuchowy temperament równoważy jej przyjaciółka, dziennikarka Klara, która na dniach spodziewa się przyjścia na świat swojego nieślubnego syna. Tożsamości ojca raczej nietrudno się domyślić. Pomijając niezmiernie ciekawe elementy satanistyczne wątki typowo horrorowe odrobinę zawodzą – zabrakło mi bardziej zdecydowanego potęgowania mrocznej atmosfery, która w pewnym momencie usunęła się na plan dalszy, ustępując miejsca policyjnemu śledztwu oraz większego rozlewu krwi w finale. Jednakże abstrahując od niemożności autorki w szokowaniu makabrą muszę przyznać, że zdecydowała się na najlepsze z możliwych zakończeń, pozostawiając czytelnika z ogromem pytań bez odpowiedzi.
Teraz, kiedy zewsząd słyszy się zachęty do czytania polskich współczesnych książek zastanawiam się, czy ktoś słyszał o kontrowersyjnym debiucie Carli Mori. Jeśli nie to ze swojej strony dołączę się do reklamy naszej rodzimej literatury i trochę na przekór powiem: jak polska powieść to tylko „Krew, pot i łzy”, ponieważ nie wydaje mi się, żeby wielu naszych obywateli miało odwagę napisać coś takiego, tym samym narażając się na głosy oburzenia ortodoksyjnych katolików, ale równocześnie zdobywając serca rzeszy czytelników, poszukujących szokujących, lekkich lektur, nad którymi można potem troszkę podumać. „Kobieta z jajami” – to chyba najtrafniejsze podsumowanie Carli Mori.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Val McDermid „Trujący ogród”

Rozgrywający brytyjskiej drużyny futbolowej, Robbie Bishop, zapada na trudną do zdiagnozowania chorobę. Kiedy pielęgniarka odkrywa, że został zatruty rycyną, na którą nie ma antidotum, lekarze wiedzą, że jego śmierć to tylko kwestia czasu. Po zgonie bożyszcza fanów piłki nożnej jego sprawa zostaje przekazana specjalnej jednostce śledczej, którą kieruje Carol Jordan, korzystająca z pomocy swojego współlokatora, profilera Tony’ego Hilla, który na skutek tragicznych wydarzeń obecnie przebywa w szpitalu. W trakcie prowadzonego śledztwa nieoczekiwanie dochodzi do wybuchu bomby na stadionie piłkarskim, w trakcie którego ginie trzydzieści sześć osób, łącznie z zamachowcem. Jordan wraz z Hillem, pomimo braku uprawnień postanawiają rozpracować również tę sprawę. W trakcie obu śledztw wychodzą na jaw szczegóły, które mogą je łączyć – ale czy rzeczywiście, czy są jedynie zbiegami okoliczności?
Piąta część stosunkowo mało znanej w Polsce serii szkockiej autorki o policjantce Carol Jordan i profilerze Tony’m Hillu, której akcja rozgrywa się w Wielkiej Brytanii. Odkąd przypadkiem trafiłam na nazwisko Val McDermid marzyłam o przeczytaniu którejkolwiek jej powieści o Jordan (wszystko jedno której, bowiem z własnego doświadczenia wiem, że serie kryminałów można swobodnie czytać bez zachowania odpowiedniej kolejności) z tego prostego powodu, iż postać ta nie cieszy się zbytnią sympatią wśród czytelników, mających przyjemność ją poznać. Z uwagi na swój specyficzny, niepokrywający się z ogółem gust, byłam wręcz przekonana, że „trudny” charakter Carol całkowicie zdobędzie moje uznanie. I nie myliłam się, aczkolwiek nawet nie podejrzewałam, że skrupulatna dbałość autorki o rysy psychologiczne wszystkich wymyślonych przez nią protagonistów pozwoli mi sympatyzować nie tylko z jedną postacią.
„Szczerze bolał nad tym, że przyszło mu żyć w takim świecie, gdzie trzeba ludzi przerazić, żeby zaczęli słuchać. Gdzie przemoc była jedynym środkiem wyrazu dostępnym dla tych, którzy chcieli zamanifestować swoją rozpacz i niezgodę na sposób sprawowania władzy nad rządami dusz. George Bush miał rację, gdy mówił, że to jest krucjata. Tyle, że zupełnie inna, niż się wydawało temu skur*** z Białego Domu.”
Autorzy kryminałów bardzo rzadko wybiegają poza prosty, klarowny styl wypowiedzi, ponieważ doskonale zdają sobie sprawę, że w tym gatunku jest on pożądany. McDermid nie korzysta z tej zasady - używając dojrzałego słownictwa pragnie w najdrobniejszych szczegółach, nakreślić tło przyczynowo-skutkowe, zarówno w aspektach śledczych, jak i w charakterologii postaci. W ten sposób czytelnik zostaje skonfrontowany nie tylko z jakże przekonującą pracą detektywistyczną, w której nie ma zbiegów okoliczności, a jedynie żmudna, czasami nudna, a czasem znacznie podnosząca adrenalinę robota zdeterminowanych policjantów, ale również z mocno „uczłowieczonymi” bohaterami – o jakiekolwiek „papierowości” w ich przypadku nie może być mowy. Widać to choćby na przykładzie relacji pomiędzy ambitną, pragnącą dominować nad wszystkimi Jordan a pragnącego jej jedynie pomóc Hilla, który choć nie rości sobie żadnych praw do jakichkolwiek pochwał od góry jest narażony na ciągłe przeprawy z wątpiącą w jego śmiałe tezy Carol. I mimo, że na gruncie osobistym pałają do siebie miłosnym uczuciem, w sprawach zawodowych nie potrafią dojść do porozumienia. Powód jest prosty: on-profiler ocenia śledztwo z punktu widzenia zachowań ludzkich, a ona woli polegać na twardych dowodach, przy okazji starając się zachować lojalność swoich pracowników, nawet jeśli nie ma racji. Nie ukrywam, że to najciekawsza parka, z jaką ostatnimi czasy spotkałam się podczas obcowania z lekturą i choć poboczne postaci również posiadają w sobie sporo godnych uwagi cech to najbardziej cieszyły mnie chwile, kiedy akcja skupiała się głównie na pracy Jordan i Hilla. A skoro o akcji mowa to o ile odbiorca uzbroi się w cierpliwość i przebrnie przez mało dynamiczne dochodzenie na początku powieści, zaraz po śmierci Bishopa (według mnie, autorka zrobiła poważny błąd podczas pierwszych stu stron, nacechowując je zbyt wielką monotonią) to w moim mniemaniu zostanie całkowicie nagrodzony coraz większą ilością trupów nieuchwytnego truciciela oraz sprawą krwawego zamachu, na skutek którego śmierć poniosło kilkadziesiąt osób. W momencie wypłynięcia drugiej sprawy, którą Jordan nieformalnie również się zajmuje wszystko zaczyna się tak mocno komplikować, że właściwie nie sposób domyślić się finału powieści. Zespół Carol prowadzi dwa równoległe dochodzenia, tropy mnożą się w zastraszającym tempie, a zawrotność akcji przyczynia się do zarwanych nocy (serio, czytałam do piątej rano) - czytelnik zastanawia się nad motywami sprawcy oraz nad szczegółami, które mogłyby połączyć oba śledztwa, co i tak jest bezcelowe, bo McDermid to mistrzyni mieszania ludziom w głowach, a co za tym idzie o żadnej przewidywalności w jej prozie nie może być mowy.
„Trujący ogród” to wymarzony kryminał zarówno dla wielbicieli powieści McDermid, jak i tych, którzy z jej prozą jeszcze się nie spotkali, ponieważ znajomość poprzednich części nie jest konieczna, aby zrozumieć wszystkie aspekty fabularne. Teraz zastanawiam się tylko, jaki poziom prezentują poprzednie tomy o Jordan i Hillu, skoro piąta tak mocno mnie wciągnęła, a jak wiadomo na ogół pierwsze części wypadają lepiej, więc chyba nie będę miała innego wyboru, niż przekonać się o tym na własnej skórze. A tymczasem fanów literackich kryminałów zapraszam do lektury „Trującego ogrodu”, bo kto wie, może będziecie równie ukontentowani, co ja.
Książka dostępna w promocji „Gwarancja dobrej książki albo zwrot pieniędzy”, której szczegóły znajdziecie tutaj
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 31 marca 2013

„Piątek 13-go” (2009)

Recenzja na życzenie (Nukie)
Grupa przyjaciół wybiera się nad jezioro Crystal Lake, aby spędzić weekend na zakrapianej alkoholem zabawie pod namiotami. Pech chce, że biwakują nieopodal miejsca zamieszkania bohatera mrożących krew w żyłach legend, Jasona Voorheesa – zamaskowanego mordercy z maczetą, który przed laty był świadkiem morderstwa swojej psychopatycznej matki. Młodzi ludzie nie wiedzą jeszcze, że nieopatrzenie wchodząc na jego teren podpisali na siebie wyrok śmierci…
Kilka dni później Clay, brat jednej z zaginionych, dociera nad jezioro Crystal Lake, aby wypytać tutejszych mieszkańców. W swoim śledztwie dociera do domku letniskowego, zajmowanego przez grupę młodych wczasowiczów, oddających się beztroskiej zabawie. Wkrótce wszyscy staną się celem mordercy z hokejową maską na twarzy.

Pamiętam, że swego czasu z utęsknieniem czekałam na nowy „Piątek 13-go”, ponieważ jego twórca, Marcus Nispel, kilka lat wcześniej wyreżyserował, moim zdaniem, najlepszy XXI-wieczny remake horroru, jaki kiedykolwiek nakręcono – „Teksańską masakrę piłą mechaniczną”, więc miałam pełne prawo spodziewać się rozrywki na najwyższym poziomie. Tym razem Nispel postanowił zrezygnować z remake’owania kultowego camp slashera Seana S. Cunninghama z 1980 roku, decydując się na reboot – prekursora nowej serii z Jasonem Voorheesem w roli głównej, którego akcja toczy się po wydarzeniach z części pierwszej, ale przed przywdzianiem sławetnej hokejowej maski przez mordercę – taka alternatywna cześć druga, podążająca w odrobinę innym kierunku niż stara seria. Na takowe umiejscowienie akcji wskazują początkowe ujęcia owiniętego w bandaże Jasona, który przywodzi na myśl mumię, aczkolwiek prezentuje się o wiele lepiej niż w starym sequelu, gdzie paradował z workiem na głowie. Oczywiście, z czasem Jason przywdzieje osławioną maskę hokejową, ale dopiero po dynamicznym prologu, moim zdaniem najmocniejszą częścią seansu.

Twórcy zdecydowali się na wprowadzenie dwóch grup protagonistów, których historie będą zazębiać się w dalszej części projekcji. W prologu poznamy grupkę młodych ludzi, biwakujących nad jeziorem Crystal Lake i jak to w slasherach zwykle bywa niewykazujących się choćby minimalną inteligencją – racjonalne myślenie blokują im hormony. Za wyjątkiem jednej dziewczyny, posiadającej wszelkie cechy final girl Whitney (przyzwoita, jak i cała obsada Amanda Righetti – no może wyłączając pozbawionego mimiki bożyszcza nastolatek Jareda Padaleckiego), praktycznie wszyscy czekają tylko na dogodny moment, aby zaspokoić swoje popędy płciowe – co wkrótce następuje, w myśl zasady „golizna w slasherach to podstawa”. Oczywiście, na Jasona nie przyjdzie nam długo czekać, co chwali się Nispelowi - ograniczył nudnawe gadki nierozgarniętych młodych ludzi do absolutnego minimum, przeskakując do brutalnego aspektu filmu. W prologu sceny mordów odznaczają się pewną dozą pomysłowości – szczególnie, mowa tutaj o podwieszeniu owiniętej w śpiwór dziewczyny nad ogniskiem, ale takie ujęcia, jak ugrzęźnięcie we wnykach, czy rozłupanie głowy maczetą również utrzymują wysoki poziom wizualny – na szczęście twórcy zdecydowali się na fizycznie obecną na planie posokę, zamiast efektów komputerowych, zwracając baczną uwagę na jej realistyczną barwę i konsystencję. Właściwie już prolog daje nad przedsmak tempa, jakim będziemy raczeni przez cały seans, bowiem kolejna grupka protagonistów również nie będzie miała okazji zdobyć sympatii widza, niemalże od razu stając się „pożywką dla mordercy”. Ma to swoje dobre strony, bo znacznie minimalizuje irytację widza ich trywialnym myśleniem, ale równocześnie sprawia, że nie sposób zidentyfikować się z nimi, a co za tym idzie dopingować im w walce o przetrwanie, która w moim mniemaniu szybko wpadnie w swego rodzaju monotonię – nawet błyskawicznie następujące po sobie sceny okrutnych mordów i chaotyczna bieganina po lesie może się przejeść, tym bardziej, że dynamika niemalże całkowicie wypiera klimat. Nispel, niestety nie zdecydował się na wykorzystanie hałaśliwej, aczkolwiek tak bardzo mrożącej krew w żyłach ścieżki dźwiękowej z pierwowzoru, pozostawiając jedynie główny motyw muzyczny, który i tak wybrzmiewa zbyt rzadko. Postawił na konwencjonalne, dopasowane do wydarzeń, ale niewbijające się w pamięć tony, które i tak szybko giną w całej tej zawrotnej akcji.  W ten sposób jedyne naprawdę klimatyczne sceny mają miejsce podczas samotnych wypraw naszych protagonistów po lesie – oświetleniowiec na szczęście nie przesadził z reflektorami, stawiając na naturalność, ale przy okazji sprawiając, że wszystko jest doskonale widoczne dla widza. Niestety, takich nastawionych na aurę czyhającego zewsząd niebezpieczeństwa scen jest zdecydowanie zbyt mało, bowiem wypiera ją zwykła rzeź – ciekawa wizualnie, ale bez klimatu nieodznaczająca się odpowiednią siłą rażenia.

Twórcy slasherów od zawsze wiedzieli, że ten nurt powinien się odznaczać kilkoma pozbawionymi logiki elementami, akceptowalnymi przez jego fanów, którzy paradoksalnie dostrzegają w nich pewien trudny do odparcia urok. Tak więc, kiedy ofiara ucieka przed mordercą na górę, zamiast do drzwi frontowych, albo po ogłuszeniu go rezygnuje z unicestwienia i rzuca się do ucieczki to prawdziwi wielbiciele slasherów całkowicie akceptują tego rodzaju konwencję. Podobnie, jest z motywem „ofiara biegnie, morderca sunie wolnym krokiem, ale ten drugi i tak wkrótce zyska przewagę”, czego Nispel widać nie zrozumiał. Chcąc zminimalizować wszelki brak logiki (co i tak mu się nie udało w przypadku zasady „zabili go i ożył”) pozbawił Jasona jego charakterystycznej flegmatycznej postawy, która w starej serii tak mocno potęgowała jego wszechmocną naturę – kiedy wolno zbliżał się do swojej ofiary sprawiał iście przerażające wrażenie, bowiem w ten sposób akcentował swoją nadludzką przewagę. W nowym „Piątku 13-go” Jason biega… no cóż, w moim mniemaniu to tak jakby pozbawić Kruegera ironicznego poczucia humoru, oddarcie jego „ja” z nieodmiennie kojarzącym się z tą postacią elementu. Nie powiem, że to profanacja, bo wychodzę z założenia, że żaden remake nie może zaszkodzić oryginałowi (przecież nie wpływa bezpośrednio na jakość pierwowzoru, nie sprawia, że ten nagle staje się zły), aczkolwiek nie jestem w stanie zaakceptować nowego wydania Jasona – jestem zwolenniczką powolnych antagonistów w horrorach, bo według mnie znacznie potęgują atmosferę i mimo swojej nielogicznej wymowy posiadają pewien hipnotyzujący magnetyzm, który nieodmiennie mnie fascynuje. Według mnie, obok jakiegokolwiek braku pomysłu na intrygującą i przede wszystkim zaskakująco poprowadzoną fabułę Jason jest najsłabszym elementem tego reboota, który znacznie zaniża ogólny poziom całej produkcji.

Hollywoodzy twórcy ostatnimi czasy uparli się, aby wskrzesić cztery najpopularniejsze serie slasherów („Halloween”, ”Teksańską masakrę piłą mechaniczną”, „Piątek 13-go” i „Koszmar z ulicy Wiązów”), z których opowieść o Jasonie najmniej mnie ukontentowała. Nie jestem przeciwniczką próby zapoznania młodych odbiorców z kultowymi sylwetkami kina grozy, aczkolwiek byłabym bardzo wdzięczna, gdyby prezentowały poziom „TCM”, a nie omawianej wyżej produkcji – rozlew krwi i pewna dynamika, oczywiście, jest potrzebna, ale bez klimatu i intrygującej postaci antagonisty te elementy tracą na znaczeniu bardziej nużąc, aniżeli trzymając w napięciu, że o uczuciu niepokoju już nie wspomnę.  

piątek, 29 marca 2013

Michael Crichton „W sieci”

Szef działu technicznego w dużej firmie komputerowej w Seattle, Tom Sanders, jest przekonany, że awansuje na wyższe stanowisko przed długo wyczekiwaną fuzją z innym przedsiębiorstwem. Niestety, jego wymarzoną posadę dostaje piękna, młoda protegowana dyrektora, Meredith Johnson, która przed laty spotykała się z Tomem. Mężczyzna, pomimo rozczarowania niezrozumiałą decyzją pracodawcy próbuje jakoś ułożyć sobie współpracę z nową szefową, aczkolwiek kobieta ma względem niego inne plany – pragnie wykorzystać go seksualnie, na co żonaty Tom nie wyraża zgody. Kiedy Meredith oskarża go o molestowanie seksualne u zakładowego prawnika, co ma zaowocować jego przeniesieniem do innej filii zakładu, mężczyzna postanawia walczyć o swoje prawa i jako pierwszy wnieść sprawę do sądu o molestowanie w pracy.
„Napastowanie seksualne to kwestia władzy. A ponieważ władza nie jest już charakterystyczna dla płci męskiej, kobiety będą to wykorzystywać równie często jak mężczyźni.”
Zapewne spora grupa telemaniaków zna głośny thriller z 1994 roku z Michaelem Douglasem i Demi Moore w rolach głównych, zatytułowany „W sieci” (telewizja tak często nas nim raczy, że raczej nie sposób go przegapić). Otóż, pomysłodawcą tego obrazu był nie kto inny, jak sam Michael Crichton, pisarz znany z kultowych technothrillerów, który tym razem postanowił zaprezentować swoim czytelnikom opartą na faktach wojnę płci, podaną rzecz jasna w realiach nowinek technologicznych. Powieść „W sieci” (znana w Polsce również pod tytułem „System”) w wielkim skrócie jest męskim głosem oburzenia na coraz bardziej szerzące się na świecie tzw. „równouprawnienie płci”. W tym momencie pewnie wiele kobiet oburzy się tak nietolerancyjnym podejściem pisarza do żeńskiej części globu – niesłusznie, bo Crichton wcale nie pragnął zdyskredytować płci pięknej, a jedynie zaznaczyć, że w rozumieniu społeczeństwa „równouprawnienie” nie ma nic wspólnego ze swoją nazwą, bo tak naprawdę działa tylko i wyłącznie na korzyść kobiet, całkowicie dyskredytując prawych mężczyzn. Ludzi dziwi, że „głowa rodziny” może stać się ofiarą przemocy ze strony małżonki, ale równocześnie walczą o pomoc dla maltretowanych kobiet. Ilekroć miną na ulicy mężczyznę pochylającego się nad obcym dzieckiem z miejsca podejrzewają go o pedofilię, a tymczasem kobiety mają pełne przyzwolenie na takie zachowania. I wreszcie, opinia publiczna nie jest w stanie zrozumieć, jakim prawem płeć męska oskarża kobiety o molestowanie seksualne, bo w swoim stereotypowym myśleniu nie mieści im się w głowie, że mężczyzna może nie zechcieć współżyć z chętną pięknością. Michael Crichton tak naprawdę nie potępia emancypacji kobiet – chciałby jedynie uświadomić czytelnikom, że wszystko działa w dwie strony: owszem, mężczyzna może dotkliwie skrzywdzić płeć żeńską, ale kobieta również jest władna zgotować mu prawdziwe piekło.
„Wszyscy powinni bez oporów pozwolić jej na łamanie prawa, ponieważ jest kobietą.”
Po krótkim omówieniu przesłania Crichtona przejdę do nakreślenia tła powieści. Otóż, cała fabuła skupia się na postaci Toma Sandersa, oddanego pracownika firmy komputerowej, który liczy na zasłużony awans. Nasz protagonista jest typowym crichtonowskim bohaterem – prostolinijnym, dbającym o podległych sobie pracowników, kochającym żonę i dzieci, ale równocześnie (co odrobinę mnie irytowało) niezwykle naiwnym i ciężko kojarzącym integralne fakty wielkiej intrygi, której na swoje nieszczęście padł ofiarą. Kiedy traci upragniony awans na rzecz pięknej nimfomanki, swojej byłej dziewczyny Meredith Johnson, która sprytnie wkupiła się w łaski dyrektora, a całą swoją karierę zawodową przebyła „drogą łóżkową” Tom zgodnie ze swoją uległą naturą, próbuje pogodzić się z nową polityką firmy. Nie ma nic przeciwko kobiecie na kierowniczym stanowisku, której również będzie podlegał, aczkolwiek podejrzewa, że Meredith ma za małe pojęcie o aspektach technicznych, co rzecz jasna może znacznie zaszkodzić firmie. Tymczasem dyrektor myśli tylko o zbliżającej się intratnej dla jego interesów, wielkiej fuzji z innym przedsiębiorstwem, a tamtejsi pracownicy zdają się być zadowoleni z awansu Johnson. O ile Sanders często irytował mnie swoim gapowatym podejściem do życia to byłam całkowicie ukontentowana postacią kłamliwej, pewnej siebie i do granic zepsutej femme fatale, która nawet po oskarżeniu przez Toma o molestowanie seksualne „nie traci zimnej krwi”, śmiało zmierzając do wyznaczonego celu – jest wredna i właśnie dlatego przypadła mi do gustu, bo właściwie w pojedynkę nadawała tempo i tak szybkiej akcji, zaskakując swoim niehumanitarnym podejściem do bliźnich. Najlepiej podsumowuje ją wymowne zakończenie UWAGA SPOILER kiedy to po przegraniu z Sandersem o swoje położenie obwinia niesprawiedliwy system, nie dostrzegając swoich własnych wad. A najciekawsze, że ma odrobinę racji, bo abstrahując od jej żmijowatej charakterystyki ona również, podobnie jak Tom padła ofiarą zakrojonej na szeroką skalę intrygi KONIEC SPOILERA.
Po zaskarżeniu Meredith przez Sandersa o molestowanie seksualne w pracy Crichton skłania się ku aspektom medialnym i prawnym, precyzyjnie wskazując różnice pomiędzy rozumieniem przez sądy problemu wykorzystywania mężczyzny przez kobietę a opinii publicznej. Ale choć autor celowo demonizuje główną antagonistkę absolutnie nie ma na celu oskarżenia wszystkich kobiet o nadmierny feminizm, bowiem drugoplanowe kobiece postaci obdarza całkowicie racjonalnym, wręcz godnym pochwały myśleniem. Czego nie można powiedzieć o pobocznych męskich bohaterach, dostrzegających jedynie własne potrzeby i potępiających Sandersa za odmowę usług seksualnych Meredith, co znacznie ułatwiłoby im egzystencję w firmie.
„W sieci” to powieść-przestroga przed stereotypowym myśleniem, próba zwrócenia uwagi czytelników na obustronność niektórych problemów, ale podana w tak tolerancyjny sposób, aby nie zdyskredytować całej płci żeńskiej, wywyższając tę drugą. Przesłanie Crichtona zapewne wielu da mocno do myślenia (ja zawsze miałam podobne podejście do tego rodzaju spraw, więc autor nie powiedział mi czegoś, czego bym już nie wiedziała, aczkolwiek jestem mu wdzięczna za poruszenie takiej problematyki, mimo mojej płci), ale myślę, że nie tylko ono zasługuje na uwagę, bo zarówno fabuła, jak i bohaterowie mają w sobie to coś, co nie pozwala oderwać wzroku od książki, aż do jej zakończenia. Lekturę odradzam jedynie ortodoksyjnym feministkom – pozostałe osoby powinny być tak samo, jak ja zachwyceni przenikliwym stylem Crichtona. A jak już przeczytacie książkę to koniecznie sięgnijcie po jej adaptację (jeśli oczywiście, jakimś cudem ją przegapiliście), bo choć nie oddaje całej problematyki prozy to i tak dostarcza wielu elektryzujących przeżyć.