Stronki na blogu

czwartek, 15 maja 2014

„All Hallows' Eve” (2013)


Sarah spędza halloweenowy wieczór w towarzystwie dwójki dzieci swojej przyjaciółki, Timmy’ego i Tii, którymi zgodziła się zająć przez kilka godzin. Gdy dzieci wracają z obchodu domów sąsiadów za cukierkami Timmy znajduje w swojej torbie kasetę VHS. Wiedziona ciekawością Sarah włącza film, który okazuje się zbiorem trzech krótkich opowieści grozy. W pierwszej czekająca na pociąg dziewczyna zostaje porwana przez klauna, który zabiera ją do podziemnego tunelu, gdzie spotyka jego inne ofiary. W drugiej kobieta spędzająca samotny wieczór w domu jest świadkiem lądowania niezidentyfikowanego obiektu pod jej oknem, który okazuje się środkiem transportu żądnego krwi kosmity. A w trzeciej towarzyszymy podróżującej samochodem kobiecie, która jest świadkiem zamordowania właściciela stacji benzynowej przez klauna, który upatruje ją sobie na kolejną ofiarę.

Pierwszy pełnometrażowy film w karierze Damiena Leone, który do czasu „All Hallows' Eve” zajmował się produkcją krótkich historyjek z gatunku horror. Tutaj również posiłkuje się krótkim metrażem – przedstawia trzy nowelki filmowe, które jednak zgrabnie łączy w jedną wspólną całość czwarta opowieść. „All Hallows' Eve” zauważalnie celuje w gusta niszy, która wychowała się na VHS-ach i dzisiaj, po latach nadal ma do nich wielki sentyment. Wątpię, żeby nowa generacja widzów od dzieciństwa obcująca z DVD i Blu-ray znalazła w tym filmie coś dla siebie, bowiem jego główną ambicją jest przeniesienie długoletnich wielbicieli kina grozy, którzy pamiętają złotą „erę” VHS-ów do tamtych, w ich mniemaniu lepszych dla gatunku czasów.

Trzy krótkie nowele, które ogląda główna bohaterka filmu, Sarah, mają za zadanie wywoływać wrażenie taniości. Sztuczne zachowania wyegzaltowanych bohaterów, kiczowate sceny gore, amatorska realizacja i antagoniści aparycyjnie przywodzący na myśl kreatury, wiodące prym w kinie grozy w latach 80-tych XX wieku. Podczas gdy inni twórcy niskobudżetowych straszaków usilnie starają się ukryć wszelkie niedoróbki swoich produkcji Leone wręcz przeciwnie – celowo je uwypukla. Istnieje, więc spore niebezpieczeństwo, że współcześni odbiorcy, nierozumiejący tego rodzaju niecodziennej konwencji będą wytykać „All Hallows' Eve” nieudolną realizację, co jest bezcelowe – nie można przecież zarzucać twórcom czegoś, co zrobili specjalnie, w ramach obowiązującej konwencji, ale można omijać film szerokim łukiem, jeśli z zasady nie pała się sympatią do B-klasowców z XX wieku. Ważne, aby każdy jeszcze przed seansem poznał zamysł reżysera, ażeby nie zderzyć się z konstrukcją, której zwyczajnie nie akceptuje w dzisiejszej kinematografii. Dla mnie projekcja „All Hallows' Eve” była prawdziwie sentymentalną podróżą do lepszej przeszłości, a że wyżej cenię sobie B-klasowe obrazy z lat 80-tych od tych dopracowanych w najmniejszych szczegółach, ale za to maksymalnie efekciarskich współczesnych tworów byłam wprost wniebowzięta, że ktoś wreszcie pomyślał o ludziach takich jak ja – niszy starej daty, która nadal nie może zaakceptować tego, co się obecnie wyprawia z filmowym horrorem.

Główną, spinającą wszystko historią przedstawioną w „All Hallows' Eve” jest opowieść o opiekunce do dzieci, Sarah, która decyduje się obejrzeć nagranie na taśmie VHS (przerywając wyświetlaną akurat w telewizji „Noc żywych trupów”), podrzucone jednemu dziecku do torby z cukierkami, podczas tradycyjnego obchodu domów sąsiadów. Pierwszą historyjkę ogląda jeszcze z dziećmi, ale w jej mniemaniu wysoki poziom okrucieństwa filmu zmusza ją do szybszego położenia podopiecznych do łóżek. Pozostałe dwie historyjki ogląda już sama. To jedyna opowieść zawarta w filmie zrealizowana na dzisiejszą modłę – bez celowej egzaltacji aktorów (odtwórczyni głównej roli, Katie Maguire, warsztatowo była całkiem znośna) i kiczowatej realizacji. Nie, ona ma reprezentować współczesną niskobudżetową kinematografię, natomiast pozostałe trzy nowele filmowe, oglądane przez Sarah, mają wywoływać ułudę obcowania z B-klasowymi horrorami z lat 80-tych. Gdyby ktoś tego nie zauważył Leone wtłacza w usta Sarah stwierdzenie, że jakość oglądanego przez nią nagrania przypomina jej twory z 1982 roku. Realizacja i owszem ma wywoływać takie skojarzenia, ale takie szczegóły jak na przykład nowe modele telefonów komórkowych bohaterów filmików mówią widzom, że choć mają okazję zderzyć się z klimatem horrorów ostatnich dekad XX-wieku to jednak świadkują czemuś, nagranemu w obecnych ponoć oświeconych czasach. Wszystkie trzy historyjki łączy postać upiornego klauna. W pierwszej pełni rolę porywacza, który dostarcza pewnej sekcie ofiar, w drugiej pojawia się tylko w finale, jako postać namalowana na płótnie, a w trzeciej dostaje już konkretniejszą rolę okrutnego mordercy, który uparcie ściga przerażoną młodą kobietę. Dwie pierwsze nowele, choć miażdżą duszącym klimatem, z którego słynęły horrory z lat 80-tych fabularnie troszkę przynudzają. Rozwinięcie akcji pierwszej opowiastki troszkę za mocno rozwleczono – krążenie ofiar klauna po podziemnych tunelach ma w sobie sporo mrocznej atmosfery, ale przez wzgląd na brak jakiejkolwiek akcji szybko wpada w monotonię. Za to finał zaskakuje jakże brutalną sceną wyrwania płodu z brzucha ciężarnej kobiety i aparycją antagonistów – maksymalnie kiczowatą, celowo przerysowaną, aby dodatkowo podkreślić fakt oddawania hołdu niskobudżetowym obrazom ze złotych dekad gatunku. Druga opowieść najmniej przypadła mi do gustu. Sporo czerpie z estetyki home invasion, łącząc konwencję tego nurtu z antagonistą typowym dla taniego kina science fiction – przerośniętym kosmitą, który z jakiegoś powodu uwziął się na przerażoną kobietę, spędzającą samotny wieczór w domu. Tutaj Leone zrezygnował z gore na rzecz napięcia, które owszem udało mu się wytworzyć, ale przy równoczesnym braku jakiegoś mocniejszego akcentu nawet klimat nie rekompensuje braku bardziej charakterystycznego pomysłu. Ostatnia nagrana na kasecie opowieść to już prawdziwa „jazda bez trzymanki” idealna dla wielbicieli taniego gore. Demoniczny klaun znany z poprzednich nowel rusza na polowanie. Zaczyna od właściciela stacji benzynowej, którego w jakże celowo przerysowanej scenie pozbawia kończyn za pomocą ręcznej piły, a potem obiera sobie za cel świadkującą temu przerażoną młodą kobietę. Choć dziewczyna ucieka przed nim samochodem to klaun jakimś cudem wyprzedza ją pieszo, eliminuje jej wybawiciela, po czym… no, to co robi głównej bohaterce w finale trzeba samemu zobaczyć… Ostatnia historyjka z VHS-u może pochwalić się jeszcze jedną charakterystyczną rzeczą – częstymi przebitkami uszkodzonej taśmy, mającymi imitować nagranie na kasecie. W pierwszych nowelach też się pojawiały, ale na mniejszą skalę. Dopiero trzecia opowieść idzie na całość, przywodząc na myśl estetykę „Death Proof” i „Planet Terror” - celowego obniżania jakości obrazu.

Kiedy seans Sarah dobiega końca przychodzi kolej na najmocniejszy akcent „All Hallows' Eve”. Choć już wcześniej można było łatwo przewidzieć, do czego dąży Leone to finał czwartej, spinającej wszystko historii i tak robi spore wrażenie. Szczególnie chwila, w której Sarah odbiera dzwoniący telefon i słyszy mrożące jej krew w żyłach słowa przerażonej kobiety. Zderzenie rzeczywistości z fikcją z maksymalnie okrutnym rozwiązaniem akcji i dodatkowy smaczek w trakcie napisów końcowych, mający za zadanie wywołać w odbiorcach lekki dyskomfort emocjonalny. Niech sobie każdy myśli co chce, ale dla mnie rozwiązanie akcji to absolutne mistrzostwo świata, tak dobre, że rekompensuje nawet dwie pierwsze miałkie fabularnie historyjki z VHS-u.

„All Hallows' Eve” jest pozycją skierowaną tylko i wyłącznie do osób, którzy wychowali się w „erze” VHS-ów i B-klasowych niskobudżetowych straszaków. Dla osób, którzy wyżej cenią sobie kiczowatą realizację horrorów z lat 80-tych od współczesnego efekciarstwa. Natomiast pozostali widzowie (szczególnie pokolenie DVD i Blu-ray) powinni trzymać się od tej produkcji z daleka, ponieważ istnieje spore niebezpieczeństwo, że nie zrozumieją, bądź nie zaakceptują jej celowo przerysowanej konwencji.  

wtorek, 13 maja 2014

„The Last Will and Testament of Rosalind Leigh” (2012)


Leon dziedziczy duży dom po zmarłej matce, Rosalind Leigh, z którą od lat się nie widywał. W dzieciństwie, po samobójczej śmierci ojca, Leon odsunął się od matki ze względu na jej głęboką wiarę, którą starała się w nim zaszczepić. Teraz, po przeprowadzce do jej domu, świadkuje dziwnym zjawiskom, sugerującym, że jej duch nadal znajduje się w tym miejscu. Pytanie tylko, czy dom rzeczywiście jest nawiedzony, czy Leon zwyczajnie boryka się z nawrotem choroby, którą przy pomocy swojej terapeutki leczy od jakiegoś czasu.

Kanadyjski horror nastrojowy Rodrigo Gudino – pierwszy pełnometrażowy obraz w jego karierze. Sam reżyser (i scenarzysta) utrzymuje, że „The Last Will and Testament of Rosalind Leigh” jest odbiciem jego katolickiego wychowania, a fabuła miała nade wszystko roztrząsać problem usilnego pragnienia połączenia matki i syna dzięki mocy wiary, która jest w stanie pokonać nawet śmierć. I rzeczywiście odniesień do religii jest tutaj całkiem sporo, chwilami wypiera ona nawet elementy grozy, co zdecydowanie szkodzi tej produkcji. Co nie znaczy, że Gudino poległ w absolutnie wszystkich aspektach.

Fabuła zawiązuje się na typowym dla ghost stories motywie przeprowadzki do odziedziczonego po matce wielkiego domostwa. Jego wystrój robi naprawdę mocne wrażenie – figurki Aniołów poustawiane na wszystkich półkach, wypchane zwierzęta, zbroje, miecze i oczywiście porozwieszane po ścianach sentencje, będące przestrogą dla niewierzących. Wszystko to robi wrażenie jednej wielkiej graciarni, w której jednak tkwi jakaś trudna do sprecyzowania groźba. Leon (przyzwoicie wykreowany przez Aarona Poole’a) też to zauważa, ale przez wzgląd na swój twardy racjonalizm początkowo udaje mu się odsuwać od siebie wszelkie skojarzenia z zaświatami. Obok scenerii błyszczy kunszt operatora. Samy Inayeh pokazał jak powinno się kręcić rasowy horror nastrojowy, aby wycisnąć z niego maksimum trzymającej w napięciu atmosfery. Nie wiem, jak Gudino go odkrył, ale pewne jest jedno – cała pierwsza połowa filmu należała do niego. Częste zbliżenia i oddalenia obrazu, powolne przemierzanie wszystkich pomieszczeń w domu i przede wszystkim częste opuszczanie Leona na potrzeby samotnej wędrówki operatora do miejsc, z których rozlegają się tajemnicze odgłosy. Sprawiało to takie wrażenie, jakby autor zdjęć był drugim, choć ukrytym bohaterem filmu, a przy okazji wyciskało maksimum klimatu grozy z pozornie niegroźnych sytuacji. To duże osiągnięcie, jeśli weźmie się pod uwagę minimum dosłowności w wizualizacji zagrożenia i bądź, co bądź miałką, nieprzemyślaną fabułę.

Pierwsza połowa filmu, choć nie pokazuje absolutnie nic mrożącego krew żyłach, skupiając się na ukrytych przed wzrokiem widza subtelnościach (na przykład coś uderzającego w drzwiczki szafki od wewnątrz) przyciąga uwagę niebywałą pracą kamery, która niestety gubi się w drugiej bardziej dosłownej, acz mocno absurdalnej połowie seansu. Od pierwszych scen, co jakiś czas w domu będzie rozlegał się niesłyszany przez Leona głos jego zmarłej matki, którego użycza Vanessa Redgrave. Kobieta, zwracając się do swojego syna pokrótce przybliży nam swoją trudną egzystencję, z dala od niego. Z wiarą, ale bez nadziei na pojednanie Rosalind spędzała każdą chwilę w swoim wielkim domostwie prawie zawsze w całkowitej samotności. Prawie, bo na jakimś etapie życia zdecydowała się dołączyć do tajemniczego kultu czcicieli Aniołów, któremu przewodniczą bracia bliźniacy (w podwójnej roli Julian Richings ze swoją wprost stworzoną do horroru demoniczną aparycją). Przedstawiciel tego kultu odwiedza Leona, starając się nakłonić go do wstąpienia w ich szeregi, ale na tej nieudanej próbie zrzeszenia udział czcicieli Aniołów praktycznie dobiega końca (nie licząc nagrania VHS, w którym widzimy jedno z ich spotkań, kiedy to na skutek ich gorących modłów posąg Anioła niespodziewanie otwiera oczy). To niestety nie jest jedyny aspekt filmu potraktowany przez twórców tak pobieżnie. Kolejnym zaczętym, acz niewyjaśnionym motywem jest obecność dziwacznego zwierzęcia w okolicach domu Leona, troszkę przypominającego wilkołaka bez sierści. Już pomijam fakt, jak owe monstrum się prezentuje (jeden wielki, sztuczny efekt komputerowy), najbardziej denerwuje, że Gudino podobnie jak z kultem czcicieli Aniołów wtłoczył jego postać w scenariusz chyba tylko po to, aby jakoś urozmaicić fabułę. Silił się na innowacyjność, ale nie miał pomysłu, jak wyjaśnić jego przeznaczenie, pozostawiając to w gestii widzów. Tutaj oczywiście nie ma mowy o chęci wprowadzenia wielorakiej interpretacji fabuły – myślę, że scenarzysta zwyczajnie nie wiedział, co chciał przez to widzom przekazać. Mnogość interpretacyjna pojawia się z chwilą ujawnienia problemów psychicznych Leona. Na skutek traumatycznego dzieciństwa, w towarzystwie próbującej nawrócić go na wiarę matki, jako dorosły mężczyzna boryka się z przywidzeniami, czym oczywiście twórcy starali się (choć bez powodzenia) wprowadzić troszkę zamętu w fabułę. Sugerowali nam, że nadprzyrodzone wydarzenia, którym świadkuje główny bohater w istocie mogą być jedynie projekcją jego rozchwianego umysłu.

Nie jestem w stanie jednoznacznie ocenić tego obrazu. Z jednej strony pokazuje nam prawdziwy kunszt realizatorski, ale mnogość niedopowiedzeń, szczątkowa fabuła i brak podnoszących napięcie jump scenek (poza ręką wychylającą się nagle z cienia i wskazującą jedną z sentencji wiszących na ścianie) przesądzają o jego nijakości. Być może film nie zasługuje na całkowitą dyskredytację, ale też przez te liczne niedoróbki nie oferuje niczego, co na dłużej pozostałoby w pamięci widzów. Ot, taka przeciętna rozrywka na jeden raz, bez pretensji do czegoś bardziej charakterystycznego.

niedziela, 11 maja 2014

„Hotel śmierci” (2006)

Grupa młodych przestępców bierze udział w specjalnym programie, który skróci im wyroki o miesiąc. Ich zadaniem jest trzydniowy pobyt w dużym, zaniedbanym hotelu Blackwell, spędzony na ciężkiej pracy porządkowej pod okiem dwójki strażników. Jednak to, co miało być odskocznią od widoku szarych więziennych murów już pierwszej nocy zamienia się w koszmar. Młodzi ludzie odkrywają, że wraz z nimi w hotelu mieszka ktoś jeszcze – rosły psychopata, Jacob Goodnight, który jest zapalonym kolekcjonerem ludzkich oczu.

Znany slasher Gregory’ego Darka z wrestlerem Kane’m w roli mordercy. Chociaż parę lat temu mógł poszczycić się sporym zainteresowaniem widzów to ich opinie były raczej chłodne. Przypadkowi odbiorcy, nieznający prawideł, którymi rządzą się slashery zarzucali mu naiwność fabularną, ale słowa krytyki były słyszane również z ust wielbicieli tego nurtu horroru, których zawiodła zbyt duża konwencjonalność. To prawda, „Hotel śmierci” tak ciasno tkwi w schemacie filmów slash, że może trafić w gusta jedynie osób, którzy wprost za nim przepadają. A że ja wpisuję się właśnie do tej grupy widzów to nikogo nie powinno dziwić, że ogólnie rzecz biorąc byłam raczej zadowolona z seansu.

Zawiązanie akcji, jak na slasher jest bardzo pomysłowe. Twórcy zrezygnowali z grupki przyjaciół, tak często występującej w tym nurcie na rzecz skazanych młodych ludzi, którzy w ramach specjalnego programu, zatrzymują się w wielkim hotelu, który lata świetności już dawno ma za sobą. Właścicielka tego przybytku, na pierwszy rzut oka miła staruszka, pragnie tanim kosztem doprowadzić go do jako, takiego stanu używalności, aby w przyszłości przekształcić go w przytułek dla bezdomnych. Jak się można tego spodziewać nasi młodzi protagoniści nie są zadowoleni z takiego układu. Rozwinięcie akcji przyciąga uwagę głównie za sprawą znakomitej scenerii zagraconego, mrocznego hotelu i relacji pomiędzy bardzo interesującymi charakterologicznie bohaterami. Mamy byłego policjanta w roli strażnika, który przed laty stracił rękę w trakcie starcia z psychopatą kolekcjonującym oczy. Jest rozsądna Christine, przyzwoita aktorsko Christina Vidal, która już od pierwszych minut seansu całą swoją postawą sugeruje nam, że przypadła jej w udziale rola final girl. Dziewczyna przyjaźni się z Kirą, która z kolei przez większą część pobytu zastanawia się, jak uciec z hotelu, ponieważ na skutek błędu organizatorów programu została do niego wcielona wraz ze swoim byłym chłopakiem, typowym macho, Michaelem, którego wydała policji. Znalazło się też miejsce dla zagorzałej, walczącej o prawa zwierząt wegetarianki, dwóch cwaniaczków, którzy poświęcają się poszukiwaniom pieniędzy ponoć ukrytych przed laty, gdzieś na terenie hotelu i wreszcie mój ulubiony w slasherach typ wrednej blondynki, znakomicie wykreowanej przez Rachael Taylor.

Trzymającej w napięciu akcji jak na slasher jest dosyć sporo. Rosły, niedorozwinięty morderca, wykreowany przez znanego wrestlera, Kane’a ujawnia się już pierwszej nocy pobytu naszych młodocianych przestępców w hotelu. Choć korytarze przypominają labirynt, w którym łatwo można zabłądzić nasz antagonista dokładnie poznał wszystkie jego najmniejsze zakamarki, dzięki czemu może szybko przemieszczać się po całym tym rozległym terenie. Jego potężna aparycja robi wrażenie, szczególnie zarobaczywiona dziura w głowie, która jakimś cudem nie pozbawiła go życia. Dzięki retrospekcjom z jego dzieciństwa wiemy, że był wychowywany w spartańskich warunkach przez fanatyczną religijnie matkę, która zaszczepiła w nim fascynację do ludzkich oczu (których teraz z upodobaniem pozbawia swoje ofiary) oraz symboli kultu. Nic więc dziwnego, że jego uwaga koncentruje się na Kirze, której plecy zdobi fantazyjny tatuaż wyobrażający krucyfiks. Krótkie retrospekcje obrazujące trudne dzieciństwo Jacoba mają oczywiście swoje plusy – dzięki nim możemy troszkę zrozumieć czyny mordercy, ale twórcy chyba zapomnieli, że w slasherach motywy sprawcy nie są ważne, to nie thrillery psychologiczne, przez co mocno zepsuli finał. W zamyśle miał być zaskakujący, ale dzięki tym krótkim wstawkom z przeszłości zabójcy raczej nikt nie będzie miał wątpliwości, czym bez powodzenia będzie się próbowało nas zaskoczyć. Kolejnym plusem, obok protagonistów, scenerii i sylwetki sprawcy jest zgrabny montaż, szczególnie zachwycający w końcówce, kiedy Jacob wpada w katatonię, a Christine powoli zbliża się do łóżka. Szybkie migawki baldachimu i kiwającego się mordercy znacznie potęgują i tak silne napięcie. Niestety dużo zepsuto chwilę później w trakcie wizualizacji efektu spadania – mocno przekombinowanego, wspomaganego sztucznymi efektami komputerowymi.

Slashery z zasady unikają nadmiernego rozlewu krwi. Tak też jest i tutaj. Twórcy zrezygnowali z hektolitrów posoki i ton wnętrzności bryzgających po ścianach, stawiając na bardziej realistyczny minimalizm. Za to z pomysłowością scen mordów jest troszkę gorzej. Trup ściele się gęsto, bo i bohaterów jest całkiem sporo, aczkolwiek tylko dwa morderstwa przykuły moją uwagę na tyle, aby nieodmiennie nasuwać mi się na myśl, ilekroć słyszę tytuł tego filmu. Spadanie z dachu wegetarianki, zakończone silnym uderzeniem w ziemię jedną ręką. Kość przebija skórę w jakże realistycznym ujęciu, po czym (o ironio!) rozszarpują ją wygłodniałe psy. Drugą oryginalną sceną mordów jest bezkrwawe uduszenie dziewczyny telefonem komórkowym wepchniętym do gardła. Ponadto mamy multum ujęć wyrywania oczu, dziurawienia ciał hakiem i miażdżenia głów o ściany, ale nie robią już takiego wrażenia jak te dwie mocno innowacyjne sceny mordów.

Nie wiem, czy istnieją jeszcze widzowie, którzy „Hotelu śmierci” nie widzieli. Jeśli tak to z czystym sumieniem mogę go polecić jedynie tym osobom, którzy wprost przepadają za konwencją slasherów, bo akurat ten obraz silnie w niej tkwi. Jak dla mnie to całkiem udany reprezentant swojego nurtu. W końcu ile współczesnych rąbanek może pochwalić się tak ciekawymi bohaterami, dopracowaną scenerią oraz montażem i oczywiście interesującą sylwetką mordercy? Kiedyś ten podgatunek wręcz słynął z takich elementów, ale nie w XXI-wieku. I choćby z tego powodu warto zaryzykować seans, jeśli oczywiście jest się fanem slasherów. Na ten rok zaplanowano sequel ze znaną z między innymi czwartej i piątej części „Halloween” (i dwóch remake’ów) Danielle Harris w roli głównej w reżyserii pań odpowiedzialnych za „American Mary”, sióstr Soska.     

piątek, 9 maja 2014

Peter Hoeg „Smilla w labiryntach śniegu”


Grenlandka mieszkająca w Danii, Smilla Jaspersen, zaprzyjaźnia się ze swoim rodakiem – małym chłopcem, Esajasem, mieszkającym z matką alkoholiczką w sąsiednim mieszkaniu. Gdy Grenlandczyk umiera po upadku z dachu, a śledczy są przekonani, że doszło jedynie do nieszczęśliwego wypadku, Smilla ma powody przypuszczać, że chłopiec został zamordowany. Kobieta łączy siły z nieśmiałym sąsiadem, trudniącym się mechaniką, aby wyjaśnić okoliczności śmierci ich wspólnego przyjaciela. Wszystkie tropy prowadzą do ekspedycji w 1966 roku na Grenlandię, w której brał udział ojciec Esajasa i której przeznaczenie owiane jest wielką tajemnicą. Aby dojść do prawdy Smilla nie tylko musi skorzystać ze swojej znajomości właściwości lodu, ale również zaryzykować wolność.

„Kultura wysoko rozwiniętej techniki nie pokonała ludów mórz polarnych. Takie stwierdzenie oznaczałoby zbyt wysoką ocenę tej kultury. Ona była jedynie zapalnikiem, realizacją tkwiącego w każdym człowieku i w każdej kulturze kosmicznego wzoru, według którego istnienie koncentruje się wokół specyficznej zachodniej żądzy pomieszanej z łatwowiernością.”

Po raz pierwszy wydana w 1992 roku powieść „Smilla w labiryntach śniegu” to trzecia publikacja duńskiego pisarza, Petera Hoega. Chociaż autor rozpoczął swoją karierę już w 1988 roku dopiero po czterech latach doczekał się przełomu. Przetłumaczona na kilkanaście języków, ogłoszona przez Timesa książką roku 1992 i zekranizowana w 1997 roku przez Bille Augusta, aż do dziś jest wznawiana przez wydawców z kilku kraju, w tym polskich. Fenomen tej powieści nie tkwi w jej głównej osi fabularnej, ale licznych wstawkach egzystencjalnych oraz pięknym warsztacie, który w najnowszym polskim wydaniu został należycie przełożony przez Iwonę Zimnicką. Dobre tłumaczenie w przypadku tak skonstruowanych powieści jest kluczowe, dlatego tym bardziej jestem wdzięczna pani Zimnickiej za tak wielkie zaangażowanie w pracę.

„Pojąć próbę zrozumienia różnicy między dorastaniem w Danii i na Grenlandii. Pojąć upokarzające, męczące, monotonne dramaty uczuć, które wiążą europejskie dzieci i ich rodziców we wzajemnej nienawiści i zależności.”

„Smilla w labiryntach śniegu” to mocno skomplikowana powieść, absolutnie nieprzeznaczona dla czytelników poszukujących szybkiej rozrywki na góra dwa wolne wieczory. Specyficzny styl Hoega nie pozwala wyłączyć myślenia i po prostu cieszyć się rozwojem akcji. Nie, autor angażuje czytelnika i zaprasza go do wspólnej, niezwykle trudnej interpretacyjnie przygody. Malowniczy język to jedno, ale najbardziej dezorientuje osobliwy miszmasz gatunkowy. Głównym członem fabuły jest śledztwo Smilly tropem mordercy jej małego przyjaciela, Esajasa, ale Hoeg tak często zbacza w sferę obyczajową, że niejednokrotnie zabija napięcie płynące z wątków kryminalnych na rzecz rozterek egzystencjalnych. To oczywiście spory minus, który zapewne zirytuje wielbicieli kryminałów, ale ten mankament chwilami przekuwa się na korzyść książki. Szczególnie, kiedy odskocznią autora od głównej osi fabularnej są wynurzenia egzystencjalne Smilly, tak prawdziwe i melancholijne, że aż odczuwalne każdą komórką ciała. Smilla jest Grenlandką, która po śmierci matki, trudniącej się łowiectwem na nieprzyjaznych, mroźnych terenach przeprowadza się do kraju swojego ojca, Danii, o której bynajmniej nie ma dobrego zdania. Choć jako dziewczynka nie radziła sobie z polowaniem na zwierzynę, głównie przez opory moralne Skandynawia nie jest dla niej bezpieczną przystanią. Tutaj się wychowała i zdobyła wykształcenie, ale wciąż tęskni za swoimi rodzinnymi stronami. Pomimo upływu tylu lat nadal czuje się na obczyźnie nieswojo. Kocha jedynie lód, unikając towarzystwa ludzi, przez co nieustannie boryka się z zżerającą ją samotnością. Towarzysza swojej niedoli znalazła jedynie w osobie małego, wyalienowanego Esajasa, który tak samo jak ona chłodno spogląda na otaczający go świat. Nie dziwi więc, że po tajemniczej śmierci chłopca przyrzeka sobie zrobić absolutnie wszystko, aby go pomścić, pomimo niebezpieczeństwa utraty wolności. Amatorskie śledztwo, na które się porywa wkrótce doprowadza ją do drugiego przyjaciela chłopca, sąsiadującego z nią mechanika, do którego ku własnemu zdziwieniu zaczyna pałać głębszym uczuciem. Razem wkraczają w brutalny świat pazerności, która popycha ludzi do zbrodni, a która łączy się z tajemniczą wyprawą na Grenlandię w 1966 roku, po coś tak cennego, że warto dla tego zabić, nawet niewinne dziecko.

„Żadna świadomość nie działa na mnie bardziej uspokajająco, niż świadomość, że umrę. […] Dla mnie śmierć nie jest wcale przerażającym obrazem czy też stanem albo wydarzeniem, które nastąpi i uderzy we mnie. Jest raczej skupieniem na teraźniejszości, pomocą, sprzymierzeńcem w pracy nad tym, żeby być obecnym.”

Zbłądzi ten, kto sięgnie po niniejszą powieść dla jej walorów kryminalnych, bo pomimo, że akcja opiera się na śledztwie ambicją Petera Hoega nie było utrzymywanie czytelnika w ciągłym napięciu emocjonalnym. Nie podrzucał mylnych tropów, które prowadziłyby do zaskakujących zwrotów akcji. Śledztwo było jedynie pretekstem do przekazania innym, za pośrednictwem Smilly swoich melancholijnych poglądów na świat i w tej materii autor spisał się wręcz idealnie. Oczywiście, jeszcze lepiej powieść wypadłaby gdyby odrobinę podreperować wątki stricte kryminalne, wówczas zapewne trafiłaby w gusta większej grupy odbiorców. A w takim kształcie, w jakim ostatecznie książka się ostała zachwyci przede wszystkim koneserów pięknego stylu, ambitnych przesłań i skomplikowanych fabuł, czyli tych, którzy od lektury czasem oczekują czegoś głębszego, aniżeli jedynie czystej, niezobowiązującej rozrywki.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Baza recenzji Syndykatu ZwB         

czwartek, 8 maja 2014

Horror Online poszukuje recenzenta

Recenzent poszukiwany! Żywy lub martwy. W przypadku pojmania żywcem, skazańca czeka odbywanie kary w serwisie Horror Online (www.horror.com.pl), gdzie będzie recenzował filmy i książki grozy, uczestniczył w konwentach, premierach filmowych i innych niegodnych czynach.
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie:
horror.com.pl@gmail.com


Źródło: podesłane przez Horror Online

Zapowiedź "Babadook"

Australijski horror psychologiczny „Babadook” określany jest jako jeden z najoryginalniejszych i najciekawszych horrorów ostatnich lat i formalnie nawiązuje do takich arcydzieł gatunku jak „Wstręt”, „Dziecko Rosemary” czy niedawne „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Przez krytyków filmowych film określany jest jako duszny, gęsty i tworzący schizofreniczną atmosferę. Matkę i jej sześcioletniego synka nawiedza nocami dziwaczny, tajemniczy stwór. Nie wiadomo, czy zjawisko jest realne, czy może jest wynikiem pogłębiającej się alienacji i psychozy bohaterów. Dodatkowego podkreślenia wymaga fakt, że zdjęcia do filmu wykonane zostały przez polskiego operatora Radka Ładczuka, znanego z takich niedawnych hitów jak „Jesteś Bogiem” czy „Sala samobójców”.

Światowa premiera filmu odbyła się podczas festiwalu w Sundance, gdzie „Babadook” był jednym z najgłośniejszych i najbardziej komentowanych tytułów. Z kolei premiera europejska miała miejsce podczas tegorocznego Berlinale. Film zachwycił krytyków. W rankingu najpopularniejszego światowego portalu Rotten Tomatoes, publikującego recenzje najbardziej znaczących recenzentów wydawnictw poświęconych filmowi, „Babadook” otrzymał 100/100% pozytywnych opinii. W Polsce będzie go można zobaczyć na trwającym właśnie Festiwalu w Krakowie OffPlusCamera, gdzie znalazł się w sekcji: Odkrycia, a do szerokiej dystrybucji wejdzie 30 maja.


Polski zwiastun tutaj 

Źródło: informacja Hagi Film

środa, 7 maja 2014

„Zgroza w probówce” (2011)


Podczas relaksującej wycieczki czwórka przyjaciół zostaje ogłuszona i porwana. Budzą się w zaniedbanym domu w towarzystwie kilku innych nieznanych im osób, którzy również padli ofiarami porywaczy. Każdy z nich ma z tyłu głowy przewód podłączony do mózgu, prowadzący do fiolki przytwierdzonej do karku. Z nagrania znalezionego w domu dowiadują się, że celem porywaczy jest pozyskanie związku chemicznego produkowanego przez mózg w chwilach fizycznego bólu. Zdobyty płyn planują wykorzystać do wytworzenia narkotyków. Jeśli więźniowie nie dostosują się do warunków i nie zaczną zadawać sobie cierpienia przed upływem dwudziestu dwóch godzin zginą.

Debiutancki zrealizowany bardzo niskim kosztem film aktora, Taylora Sheridana. Tanie horrory ostatnimi czasy wykształciły sobie pewną normę, która niezmiernie mnie dezorientuje – ciekawy pomysł i amatorska realizacja. Nie rozumiem, dlaczego tak oryginalne scenariusze nie są w stanie pozyskać większego budżetu, podczas gdy oklepana papka święci triumfy na ekranach kin. Z takim podejściem producentów widz, który usilnie poszukuje w horrorze czegoś nietuzinkowego musi wykształcić w sobie tolerancję na poważne niedoróbki realizatorskie, co w niektórych przypadkach może okazać się wręcz niemożliwe. Właśnie do takiego impasu doprowadził mnie seans „Zgrozy w probówce”. Cieszyło mnie ciekawe podejście Sheridana do tematu, ale amatorska realizacja znacznie obniżała ogólne wrażenia z seansu.

Oprócz „drewnianej” obsady najgorzej spisali się operator i oświetleniowiec. Ten pierwszy nie mógł zapanować nad drżeniem rąk, co poważnie destabilizowało obraz, a ten drugi zbyt często zapominał oświetlić pierwszy plan, co skutkowało niemożnością dokładnego przyjrzenia się scenom tortur. W rezultacie opis fabuły, który obiecuje mocne gore, podczas którego będziemy świadkować najwymyślniejszym cielesnym torturom jest mocno przesadzony. Starzy wyjadacze krwawego kina grozy zobaczą jedynie ułamek tego, co jestem o tym przekonana, dane im byłoby ujrzeć, gdyby oświetleniowiec był bardziej doświadczony w swoim fachu. Zamysł, sam w sobie, był bardzo dobry. Otóż, mamy grupkę protagonistów, którzy aby przeżyć muszą sami sobie zadawać ból. Nie wiem, czy takowe pozyskiwanie substancji psychoaktywnych jest możliwe, ale na korzyść scenariusza przyjmijmy, że mamy do czynienia z zaawansowaną medycyną, wchodzącą w skład świata przedstawionego „Zgrozy w probówce”. Co jest dosyć nietypowe w kinie grozy nasi bohaterowie nie będą bezpośrednio krzywdzeni przez jakichś degeneratów, ale z rąk swoich w większości nastawionych do nich przyjaźnie towarzyszy i… samych siebie. Piszę „w większości”, ponieważ spośród tej gromadki wyróżnia się młoda kobieta, która jako jedyna jest gotowa trwale okaleczać, a nawet zabijać kolegów byle tylko przeżyć. Na ogół w tego typu obrazach, w trakcie sytuacji ekstremalnych w bohaterach budzą się najniższe instynkty, które popychają ich do odrażający czynów kosztem innych. Tutaj, pomijając jedną desperatkę, mamy do czynienia z czymś zgoła odwrotnym. Protagoniści starają się współpracować, podnosząc się nawzajem na duchu i zadając koledze minimum potrzebnego do wykonania zadania bólu. Aby ustalić kolejność torturowanych losują kawałki ponumerowanej porcelany, po czym po kolei oddają się w ręce swoich przyjaznych oprawców. Choć w ruch idą takie narzędzia jak żelazko, tarka, obcęgi, wrzątek, śrubokręt i nóż niestety niedane nam będzie zobaczyć zbyt wiele (a może stety biorąc pod uwagę niski nakład finansowy, który zapewne nie popisałby się większym realizmem scen gore). Kamera często skupia się jedynie na wyrywaniu paznokci oraz scenach poparzeń, a ilekroć ktoś wpada na nowy pomysł zadania niewyobrażalnego cierpienia obraz ucieka gdzieś w bok. Do naszych uszu dobiega jedynie wrzask torturowanego, podczas gdy wszystko rozgrywa się poza kadrem.

Choć realizacja i efekt gore mocno rozczarowują to już relacje międzyludzkie są na tyle rozbudowane i jak na kino grozy w miarę innowacyjne, że pomimo wszystkich mankamentów przyciągają uwagę na tyle, aby dotrwać do końca seansu. Oprócz psychopatki gotowej po trupach dążyć do wolności, która wzbudza najwięcej emocji mamy jeszcze dziewczynę w ciąży, za którą jej chłopak jest gotów cierpieć, byle tylko nic nie stało się jego nienarodzonemu dziecku. Znalazło się też miejsce dla histeryczki, która nie jest w stanie dobrowolnie oddać się w ręce oprawców oraz dwóch charyzmatycznych chłopaków, którzy starają się podnosić morale grupy. Patrząc na tę „wesołą gromadkę” czekałam na moment pęknięcia, buntu który przesądzi o ich finalnym położeniu. I do pewnego stopnia doczekałam się takiego akcentu, dodatkowo urozmaiconego mocno zaskakującym rozwiązaniem fabuły.

„Zgroza w probówce” mogłaby okazać się hitem, gdyby podratowano reżysera większym zastrzykiem gotówki. Ale w takim kształcie jest co najwyżej zwykłą średniawką, która intryguje pomysłową fabułą, ale denerwuje nieudolną realizacją. Jeśli ktoś potrafi zaakceptować posunięte do granic amatorszczyzny wykonanie może śmiało zaryzykować seans dla samego scenariusza, bo bądź, co bądź na spory rozlew krwi również nie może liczyć.