Stronki na blogu

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Mark Edwards „Głusza”

 
Recenzja przedpremierowa

Mieszkający w Anglii dziennikarz muzyczny, rozwodnik Tom Anderson, zabiera swoją czternastoletnią córkę Frankie, która mieszka z matką w Stanach Zjednoczonych, do leśnego ośrodka wypoczynkowego w stanie Maine o nazwie Płytkie Zdroje. Ich tymczasowi najbliżsi sąsiedzi, David i Connie Butlerowie z Kalifornii, już pierwszego dnia jego pobytu w Płytkich Zdrojach przedstawiają Tomowi niechlubną historię tego miejsca. Niemal dwadzieścia lat temu w tutejszych lasach doszło do najprawdopodobniej rytualnego mordu dwójki nauczycieli, którzy przyjechali na kemping ze swoimi nastoletnimi podopiecznymi. Jedynym podejrzanym był mieszkający w pobliskim miasteczku Penance chłopak Everett Miller, którego nigdy nie udało się schwytać. Domniemany sprawca jakby rozpłynął się w powietrzu. Miejscowa legenda głosi, że morderca od tamtego czasu ukrywa się w lasach otaczających jego rodzinnego miasteczko. W lasach, w których lata po podwójnym morderstwie, nieustannie ściągającym w te strony pasjonatów true crime stories, otworzono ośrodek Płytkie Zdroje. Tymczasem Frankie i jej nowy kolega, piętnastoletni Ryan Butler, syn Davida i Connie, ściągają na siebie gniew pojedynczych osób, które wedle wszelkiego prawdopodobieństwa mieszkają w Penance. Albo duchów nawiedzających las.

Brytyjski powieściopisarz Mark Edwards, obecnie mieszkający w West Midlands z żoną, trójką dzieci i dwoma kotami, pierwsze kroki na scenie literackiej stawiał ze swoją koleżanką po piórze Louise Voss – razem napisali kilka utworów, które oczywiście doczekały się publikacji. Pierwsza solowa powieść Edwardsa, „The Magpies”, ukazała się w roku 2013, a potem były między innymi takie poczytne mroczne opowieści, jak „Because She Loves Me”, „Follow You Home”, „The Retreat”, „In Her Shadow”, „The House Guest” i wreszcie „The Hollows”, pierwotnie wydany w 2021 roku thriller z elementami horroru, polskie wydanie którego, pod tytułem „Głusza”, zostało przygotowane na kwiecień 2022 roku przez wydawnictwo Muza. To pierwsza solowa książka Marka Edwardsa przetłumaczona na język polski. Człowieka, którego inspirują między innymi Stephen King, Ira Levin, Val McDermid, Ian McEwan i Elizabeth Haynes. Jego ulubioną książką jest „Tajemna historia” Donny Tartt, a ulubionym dreszczowcem „The Treatment” Mo Hayder.

Płytkie Zdroje. Idealne miejsce dla ludzi pragnących odpocząć od miejskiego zgiełku. I takich cywilizacyjnych zdobyczy, jak na przykład internet. Przytulne domki w leśnej głuszy, a tuż za progiem duże jezioro. Do tego cała masa rozrywek zaplanowanych przez właściciela tego ośrodka wypoczynkowego, który ma wszelkie prawo nasuwać skojarzenia z przystanią Jasona Voorheesa. Sam autor kojarzy Płytkie Zdroje z Camp Crystal Lake – wspomina „Piątek trzynastego” w odniesieniu do swojego wątpliwego zacisza. W tekście przewiną się też takie, myślę doskonale znane fanom horroru, tytuły, jak „Teksańska masakra piłą mechaniczną”, „Blair Witch Project”, „Smętarz dla zwierzaków” i „Cujo” (prawda, że dobre imię dla... kota?). Thriller, który wpadł do backwood horroru, slasher w serdecznym uścisku ze swoim kuzynem, powszechnie znanym jako home invasion i już ostrożniej, ze zdecydowanie większą rezerwą, nawiązujący kontakt z duchami. „Piątek trzynastego” Seana S. Cunninghama, „Nieznajomi” Bryana Bertino – nie, nie, prędzej „Następny jesteś ty” Adama Wingarda i może „Wizyta” Helen Phillips – „Blair Witch Project” Daniela Myricka Eduardo Sáncheza oraz pierwsza ghost story, jaka przyjdzie Wam na myśl. Takie smaki przede wszystkim znalazłam w „Głuszy” Marka Edwardsa, czyli Płytkich Zdrojach, ulokowanych gdzieś w małej ojczyźnie Stephena Kinga. W zasadzie to produkt wyobraźni brytyjskiego pisarza przemierzającego mroczniejsze rejony beletrystyki, fikcyjny ośrodek wypoczynkowy w stanie Maine. Najbliższe skupisko ludzkie, to klasyczna „zabita dechami dziura”, przy której Derry, miejsce żerowania między innymi pewnego niby klauna, wydaje się być prawdziwą metropolią, też nieistniejąca w prawdziwym świecie maleńka mieścina o nazwie Penance. Toma Andersona i jego czternastoletnią córkę Frankie zastajemy już w Płytkich Zdrojach. Właśnie przybyli do tego niewątpliwie tylko pozornie rajskiego zakątka, gdzie Tom zarezerwował dla nich domek na całe dziesięć dni. Częściowy narrator, dziennikarz muzyczny, który od paru lat cienko przędzie, nie ma wielu okazji do spędzania czasu ze swoim jedynym dzieckiem. Mieszkający w Anglii mężczyzna trzy lata temu rozwiódł się z matką Frankie, która następnie, wraz z córką, przeprowadziła się do Albany w stanie Nowy Jork, co naturalnie odbiło się na jego kontaktach z Frankie, która też na pewno chciałaby spędzać więcej czasu ze swoim rodzicielem. Utrzymują kontakt internetowy, a średnio raz do roku Tom udaje się do Stanów Zjednoczonych na małe, stanowczo zbyt krótkie wakacje z najważniejszą osobą w jego smutnym życiu. Kariera dziennikarska czołowego bohatera „Głuszy” praktycznie zamarła, co przyczyniło się do rozpadu jego małżeństwa z Sarah, matką Frankie. Niby wie, że najwyższy już czas poszukać innej pracy, ale przeraża go już sama myśl o definitywnym porzuceniu jedynego zajęcia, jakie kiedykolwiek brał pod uwagę. Nie ma planu B, właściwie nigdy go nie miał. Szansa pojawia się w najmniej oczekiwanym miejscu. To znaczy Tom na pewno nie spodziewał się, że w Płytkich Zdrojach trafi mu się okazja do ponownego wskoczenia na dziennikarskie siodło. Co prawda nasz bohater nie ma doświadczenia w takim dziennikarstwie, ale trzeba brać, co łaskawy los daje. W każdym razie Tom nie zamierza zaglądać darowanego koniowi w zęby. Tak się niefortunnie złożyło, że Anderson planując tegoroczne (umownie, bo akcja książki toczy się w 2019 roku) wakacje z córką, przegapił jeden „szczegół”. Otóż w lipcu 1999 roku w tutejszych lasach popełniono podwójne morderstwo prawdopodobnie o charakterze rytualnym. Jakieś pogańskie praktyki? Tak czy inaczej, szybko wskazano winnego – nastoletniego chłopaka z Penance nazwiskiem Everett Miller. Poszlaka A: miłośnik muzyki metalowej, przede wszystkim norweskiego zespołu, którego zakazany w Stanach Zjednoczonych, wprost przesycony przemocą i seksem teledysk, był bodaj najukochańszym widowiskiem młodego Millera. Poszlaka B: Everett lubił tak zwane krwawe horrory. Poszlaka C: zdecydowanie wyróżniał się ubiorem w takiej konserwatywnej mieścinie jak Penance. I wreszcie, był raczej samotnikiem. Ludzie mieli go za dziwaka, a niektórzy wręcz podmiot potencjalnie niebezpieczny. To dopiero mocne dowody, co? Tom też się dziwi, że tyle wystarczyło, by przypiąć mu łatkę mordercy. Ale jego rozmówcy – obsesjonaci true crime stories – natychmiast rozwiewają jego w pełni uzasadnione wątpliwości, mówiąc o dowodzie rzeczowym znalezionym na miejscu zbrodni. To była karta atutowa śledczych zajmujących się tą sprawą, która w zasadzie nigdy nie została zamknięta. Nie udało się bowiem schwytać sprawcy tej mocno działającej na wyobraźnię, odrażającej zbrodni na kempingu.

Głusza” Marka Edwardsa nie wydaje mi się być dobrą propozycją dla poszukiwaczy innowacyjnych rozwiązań fabularnych. Ja w każdym razie nie odważyłabym się polecać tej powieści osobom, którym zdążyły się przejeść historyjki o lasach, w których z różnych powodów nie można czuć się bezpiecznie. O zamaskowanych zabójcach, jakichś magicznych czy po prostu pogańskich rytuałach, wiedźmach, duchach i innych „milusińskich” zwykle dokazujących w światku horroru. Ach, i nie zapominajmy o „kolebce wszelkiego zła”, czyli małych amerykańskich miasteczkach:) Ale takich naprawdę maleńkich. Takich, gdzie życie już ledwo się tli. Dni Penance zdają się już być policzone. Jeszcze jedno, góra dwa pokolenia i koniec. Miasteczko widmo. Tak będzie, nawet jeśli jedyna atrakcja dla turystów rychło nie zostanie zamknięta. Rozwój sytuacji w Płytkich Zdrojach z jednej strony każe spodziewać się śmiertelnego ciosu dla tego ośrodka, ale z drugiej, trudno odrzucić możliwość, że kolejne tragedie napędzą jeszcze więcej klientów. Interes już teraz całkiem nieźle się kręci, głównie dzięki takim ludziom jak Connie i David Butlerowie. Można chyba założyć, że to właśnie oni robią najlepszą reklamę Płytkim Zdrojom. A konkretnie podcast kryminalny, który uczynił zwłaszcza z Connie rozpoznawalną postać wśród pasjonatów true crime stories. Kobieta ma grono oddanych fanów, co rzecz jasna niezmiernie ją cieszy. Mała jednak szansa, by Tom Anderson zasilił grupę jej stałych słuchaczy. Główny bohater „Głuszy” Marka Edwardsa krzywym okiem patrzy na ludzi fascynujących się takimi rzeczami. Zafiksowanych na puncie autentycznych zbrodni, którzy zwykle nie pamiętają nawet nazwisk ofiar, ale za to o ich zabójcach wiedzą wszystko. Może nawet więcej niż o swoich dzieciach. Tom szybko szufladkuje Butlerów, jako tych, co to stanowczo za dużo uwagi poświęcają ludziom, którzy niczym nie zasłużyli sobie na tak duże zainteresowanie opinii publicznej. W jego rodzimej Anglii obsesja na punkcie prawdziwych morderców nie jest aż tak rozpowszechniona jak w Stanach Zjednoczonych. Nic więc dziwnego w tym, że Tom jest nieco skonfundowany; nie najlepiej się czuje w towarzystwie „szalonych Butlerów”. Dość sympatyczni ludzie, ale w dłuższą dyskusję lepiej z nimi nie wchodzić. Chociaż nie do końca. Bo oto Tom przypadkiem, wcale nie szukając, znalazł prawdziwą skarbnicę informacji o podwójnym morderstwie z 1999 roku, o którym zresztą dowiedział się właśnie od Butlerów. Anderson, niejako wbrew sobie, mocno zainteresuje się tą sprawą. Obiecujący materiał dla człowieka, który nader niechętnie „żegnał się już z gąską”. Kto wie, może dzięki tej historii nie będzie musiał rezygnować z dziennikarstwa. W „Głuszy” narracja pierwszoosobowa (Tom) przeplata się z narracją trzecioosobową (Frankie i ktoś jeszcze). Mark Edwards pokazał mi się w „Głuszy” jako posiadacz lekkiego pióra. Duże zaskoczenie – proste zdania, nieobfitujące w detale opisy, całkiem dynamiczny rozwój akcji, a taki charakterystyczny, obezwładniający, duszny klimat, jakiego prędzej spodziewałabym się po horrorze niż thrillerze. Nieokreślone zagrożenie w naturalnej pułapce, z której niepodobna szybko umknąć. Niepokojące, podwójnie alarmujące zjawiska (nie dość, że groźba, to na dokładkę niewykluczone, że przynajmniej wspierana, wzmacniana przez jakąś tajemną moc: nadzwyczajna energia, istota czy istoty nie z tego świata będące w jakiejś dziwnej komitywie z człowiekiem lub ludźmi z krwi i kości uprzykrzających życie wybranym wczasowiczom?), makabryczne znaleziska na wyjątkowo niegościnnym łonie Natury. Przygnębiające, diablo ponure miasteczko, do którego najpewniej też dociera ten, mogłabym przysiąc, odorek zgnilizny wydobywający się podobno ze świętego soczyście zielonego, klaustrofobicznego zakątka w stanie Maine. Znikające rzeczy, upiorna twarz za oknem, martwe zwierzę, zagadkowe dźwięki rozlegające się gdzieś w lesie, blisko Penance, mieściny jakby obłożonej jakąś straszliwą klątwą. Ubóstwa, marazmu, nudy. Mieściny, w której raczej nie znajdzie się wielu przyjaźnie usposobionych do hałaśliwych turystów, ludzi. Tubylcy raczej nie lubią tych wszystkich flejtuchów, którzy ściągają do Płytkich Zdrojów. Takie wrażenie w każdym razie stwarza „komitet powitalny” miasteczka Penance. Specjalnie dla Frankie i Ryana. Nastolatków, którzy z czasem dojdą do wniosku, że poważnie narazili się psychopatycznym bliźniakom. Bo kto inny, jak nie oni może odpowiadać za te wszystkie przykre, bolesne rzeczy, jakie zaczynają ich spotykać w podstępnie urokliwej krainie. Pięknej, ale skażonej jakąś odrażającą obecnością. Może nawet nie jedną. W sumie łatwo to rozgryźć. Rozwiązać wszystkie zagadki przygotowane przez autora, rozpracować tę mimo wszystko niesamowicie wciągającą intrygę. Dla mnie najbardziej pomocne w poszukiwaniu najważniejszych odpowiedzi były retrospekcje, daleka jednak jestem od stwierdzenia, że Mark Edwards bardziej zaszkodził, niż pomógł swojej naprawdę mocno trzymającej w napięciu historii, tymi okresowymi przenosinami w przeszłość - wydarzenia z umownej teraźniejszości od czasu do czasu ustępują miejsca też interesującym, złowieszczym obrazom sprzed paru dekad. Wydarzeniom bezsprzecznie mającymi ścisły związek z aktualnymi przeżyciami Toma, jego córki i innych pechowców, którzy zdecydowali się na odpoczynek w (pudło!) Płytkich Zdrojach. Gdzie poczujesz się prawie jak na obozie Crystal Lake. To dopiero gratka, co? Wakacje nie do odrzucenia.

Pierwsza wydana w Polsce powieść angielskiego powieściopisarza Marka Edwardsa pozostawiła mnie z tym jakże dobrze znanym uczuciem, na poły swędzeniem, na poły ssaniem w pustym żołądku, które utrzyma się przynajmniej do naszego następnego spotkania. Mówiąc wprost, „Głusza” niesamowicie zaostrzyła mi zęby na twórczość tego pana. Chce się więcej, a więcej nie ma. Na razie. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że to długo nie potrwa, że ta historia nie przejdzie bez echa. Jestem o nią dość spokojna. Jestem spokojna o dalsze losy pana Edwardsa na polskim rynku. Będzie go więcej, zobaczycie. A tymczasem biegnijcie do Płytkich Zdrojów. Odpocznijcie od szarej prozy życia w zielonym piekle. Na wygody nie liczcie, chyba że lubicie sypiać z wielkimi mrówkami, przed domem znajdować bestialsko potraktowane zwierzęta i widywać upiorne, być może nieludzkie postacie w różnych miejscach. Także w mrocznym lesie, w którmh słychać dzwonki. Jak w horrorze, w tym thrillerze:)

Oficjalny polski zwiastun książki:

 

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 9 kwietnia 2022

Christina Sweeney-Baird „Koniec mężczyzn”

 

Rok 2025. Lekarka z Glasgow Amanda Maclean podczas swojego szpitalnego dyżuru spotyka się z zastanawiającym przypadkiem. Stan mężczyzny z objawami grypopodobnymi raptownie się pogarsza. Temperatura ciała rośnie w zastraszającym tempie, a wkrótce potem pacjent umiera. Amanda podejrzewa, że to jakiś wirus, który, jak wszystko na to wskazuje, jest odporny na dostępne leki i błyskawicznie się rozprzestrzenia. Kobieta próbuje zainteresować tą sprawą inspektorat sanitarny, ale zostaje zignorowana. A potem jest już za późno. W krótkim czasie zaraza obejmuje cały świat, a jej ofiarami padają wyłącznie mężczyźni. Każdy może być nosicielem, ale z jakiegoś powodu kobiety nie chorują. Wybitni naukowcy z różnych stron świata starają się opracować szczepionkę, wiedząc, że każdego dnia, w każdej godzinie i minucie ich niewidzialny wróg zbiera potężne żniwo wśród męskiej populacji. A to prosta droga do całkowitej zagłady ludzkości.

Koniec mężczyzn” (oryg. „The End of Men”) to pierwsza opublikowana powieść brytyjskiej prawniczki ds. sporów korporacyjnych, Christiny Sweeney-Baird. Powieść apokaliptyczna i postapokaliptyczna, którą autorka chętniej nazywa hiperrealistyczną powieścią spekulatywną, woją światową premierę mająca w roku 2021, a w Polsce ukazała się w kolejnym roku nakładem wydawnictwa Czarna Owca. Sweeney-Baird pisać zaczęła już w okresie nastoletnim, na co największy wpływ miała twórczość Julii Quinn. Kiedy miała dwadzieścia parę lat, przeczytała „World War Z” Maxa Brooksa, zachwycając się obraną narracją (historie wielu postaci) i tym jak prawdziwy wydawał jej się świat wykreowany na kartach tego utworu. Jakiś czas później, na początku 2018 roku, natrafiła na „The Power” Naomi Alderman i pomyślała: tak się dzieje w świecie, w którym kobiety są fizycznie silniejsze od mężczyzn, ale co się stanie, jeśli mężczyźni nagle znikną? Kiedy szkic „Końca mężczyzn” był już gotowy, Sweeney-Baird podpisała kontrakt na wydanie tej historii, po czym przystąpiła do, jak się okazało, nader sprawnego (nie zajęło jej to dużo czasu) przepisywania książki. Z pomocą swojej agentki, Felicity Blunt, zmniejszyła objętość tego maszynopisu – w pierwszej, nieopublikowanej, wersji perspektyw było więcej (w sumie ponad czterdzieści!). Sweeney-Baird swoją pracę nad tą powieścią rozpoczęła w 2018 roku, a w styczniu 2020 roku przedłożyła ją wydawcy (przed nią były jeszcze ostateczne prace redakcyjne), w międzyczasie racząc się między innymi lekturą „Station Eleven” Emily St. John Mandel, która miała pewien wpływ na emocjonalne aspekty „Końca mężczyzn”. Powieści, która ma szansę trafić na ekran – prawa zostały sprzedane jednej z hollywoodzkich wytwórni filmowych.

Thriller science fiction, który wbrew pozorom nie powstał niejako w wyniku pandemii COVID-19. Historia urodziła się wcześniej i jeszcze przed wybuchem pandemii została przekazana wydawcy. Możliwe, że na ostatniej prostej (prace redakcyjne), autorka dodała jakieś detale zaczerpnięte z życia, ale cała reszta została przelana na papier jeszcze przed okresem niepodzielnych rządów, na szczęście, nieporównywalnie mniej zjadliwego wirusa, u części zarażonych wywołującego podobne objawy, co niemający nazwy najzacieklejszy wróg ludzkości wymyślony na użytek jej, jak się okazało, pierwszej opublikowanej książki. Wcześniej Christina Sweeney-Baird, która dorastała w Glasgow i Londynie, gdzie obecnie mieszka, absolwentka Uniwersytetu Cambridge, szukała wydawcy dla swojej powieści historycznej, co nie przyniosło pożądanych rezultatów, ale nie ostudziło jej pisarskiego zapału. Na szczęście dla mnie, i jak zdążyłam się zorientować, całej rzeszy innych czytelników z różnych zakątków świata, którzy dali się porwać straszliwej wizji końca znanego nam świata roztoczonej w jej następnym „dziecku”, dla którego Sweeney-Baird już bez większego trudu, znalazła bardzo troskliwych opiekunów. Nic dziwnego, bo „Koniec mężczyzn” to nie tylko diablo realistyczna kronika skutecznej działalności zarazy i kompletnego zagubienia ludzkości w obliczu zagrożenia biologicznego, ale również, jeśli nie przede wszystkim, przekonujące analizy psychologiczne kobiet, rzadziej mężczyzn, różnie radzących sobie, albo nieradzących, na tym wyjątkowo potwornym polu bitwy. Jeśli przyjąć, że autorka „Końca mężczyzn” na dalszym etapie prac nad tą publikacją, nie uległa hipotetycznej pokusie wzbogacenia jej o składniki, które w tym momencie mogła już znać czy to z autopsji, czy z doniesień prasowych (na przykład akcja „zostań w domu”, która co trzeba zaznaczyć w jej apokaliptycznej i postapokaliptycznej wizji, to bardziej świadomy wybór co bardziej zapobiegliwych ludzi niźli głośna kampania, jaką wdrożono, przynajmniej w Polsce, w czasie bezwzględnego panowania covida), to można dojść do wniosku, że Sweeney-Baird posiada jakieś zdolności parapsychiczne. Prorokini? Według mnie (powtórzmy: przy założeniu, które może być błędne, że to rzeczywistość częściowo dogoniła fikcję, a nie odwrotnie) jest po prosty uważaną obserwatorką ludzkich zachowań w obliczu takiego czy innego zagrożenia. Ignorancja, indolencją, kompletne zagubienie (jak te dzieci we mgle) osób, którym podatnicy płacą między innymi za to, by reagowali, gdy docierają do nich takie sygnały, jakie wysyła Amanda Maclean. Jedna z głównych narratorek (jest i cała plejada osób, które rzadziej dochodzą do głosu), mieszkająca w Glasgow lekarka pracująca w dużym szpitalu, gdzie pojawia się pierwsze, a w każdym razie decydujące, ognisko nieznanego ludzkości wirusa, który daje objawy podobne do grypy. Na początku, potem chorzy i ich bliscy, przynajmniej ze Szkocji, nie myślą już o grypie, tylko o sepsie. Tak czy inaczej, sytuacja nagle staje się na tyle poważna, żeby zmusić nieszczęśników do udania się prosto na SOR. Tak to się zaczyna, a dalej jest już tylko gorzej. Amanda robi wszystko, co w jej mocy, by zainteresować inspektorat sanitarny, jak się obawia, nową chorobą, która najwyraźniej dopada wyłącznie mężczyzn. Bez skutku. Panikara, wariatka, ot co! W takiej sytuacji jedyne, co Amanda może zrobić, to wdrożyć odpowiednie kroki w swoim najbliższym otoczeniu i czekać, aż obudzą się ludzie, którzy mogą więcej. Mogli więcej, bo kiedy wreszcie dociera do nich, że popełnili błąd ignorując wiadomości od doktor Maclean, jest już dużo za późno. Mleko się wylało. Na całym świecie nie znalazła się ani jedna instytucja - ani jedna! - która zareagowała na czas. Z drugiej strony, czy to by coś dało? Czy ponoć najinteligentniejszy gatunek na Ziemi, mógł wygrać z takim wrogiem? Amanda najwyraźniej uważa, że tak, ale ja zdążyłam już utwierdzić się w zupełnie innym przekonaniu. Bez szans.

Niewiedza, niekompetencja i obawy tak często towarzyszą działaniom rządu, że nikt nie powinien być zaskoczony, gdyby instytucje, które w naszym mniemaniu zapewniają nam bezpieczeństwo, okazały się żałośnie bezradne w obliczu pandemii.”

W „Końcu mężczyzn” Christina Sweeney-Baird przedstawia nam bezpośrednie (narracja pierwszoosobowa) relacje fikcyjnych postaci z nieodległej przyszłości – akcja toczy się w latach 2025-2031. Do tego parę maili, listów i artykułów, głównie Marii Ferreiry, dziennikarki „The Washington Post”. Część z nich nigdy się nie spotka. O niektórych zrobi się głośno na całym świecie, parę osób wejdzie w bliższy kontakt, ale będą i tacy, których nazwiska nawet nie obiją się o uszy całej reszcie. Może później, gdy już powstanie bardzo obszerna kronika zarazy. Wirus dziesiątkujący populację męską, który na szczęście wykluł się w wyobraźni, nie mam wątpliwości, bardzo empatycznej pisarki (trochę łez poleciało) i rozpanoszył jedynie na kartach jej epickiego utworu, nie ma oficjalnej nazwy. Nazywa się to po prostu zarazą. Bo po co zawracać sobie głowę nazewnictwem, skoro masowo giną ludzie? Tak czy inaczej, mądre głowy w domyśle z całego świata wolą myśleć nad szczepionką. A te mniej mądre koncentrować na gaszeniu przeróżnych, mniejszych i większych, pożarów. Cel jest jeden: ocalić jak najwięcej ludzkich istnień. Klasyczna walka o przetrwanie właściwie całego gatunku ludzkiego. Szacuje się, że umrze ponad dziewięćdziesiąt procent zarażonych mężczyzn. Na domiar złego, nie tylko oni przenoszą tę bestię – kobiety choć same nie chorują, mogą przekazywać go dalej (nosicielki). W każdym razie wielu jest przekonanych, że niespełna dziesięć procent jeszcze do niedawna mniej więcej połowy ludzkości, nie wystarczy, że w takim układzie ludzkość wkrótce wyginie. „To się nie spina”, uznaje jedna z bohaterek powieści, po dokonaniu szybkich obliczeń. Jedyny ratunek? Szczepionka. Trzeba tylko ją wynaleźć... Jakiś czas temu uświadomiłam sobie, że jeszcze nie spotkałam się (a przynajmniej nie pamiętam takowej) z fikcyjną historią opartą na motywie zarazy, która kończyłaby się tak: jest szczepionka, ale ludzie nie chcą się szczepić. Zwykle jak już pojawia się remedium na strasznego wirusa, autorzy i autorki takich opowieści pozwalają nam odetchnąć. Zastanawiałam się, czy Christina Sweeney-Baird wyłamie się z tego schematu. Tak czy inaczej, dziś już wydaje mi się nieaktualny. Podobnie jak szok, oburzenie, niedowierzanie na wieść UWAGA SPIOLER o tym, że na tym świecie nie ma nic za darmo. Nawet, a zwłaszcza wtedy, gdy masowo umierają ludzie. Opór niektórych władz przy takim postawieniu sprawy (płaćcie albo gińcie) z dzisiejszej perspektywy nie brzmi zbyt przekonująco. A może się mylę? Skoro już jesteśmy w spoilerze to tak sobie myślę, czy Sweeney-Baird widziała może „Epidemię” Wolfganga Petersena, bo te małpy... KONIEC SPOILERA Oprócz wspominanej już lekarki Amandy Maclean na pierwszy plan wysuwa się Catherine Lawrence, moja ulubiona bohaterka jednej z lepszych opowieści o zarazie, jaka wpadła mi w ręce. Catherine poznajemy jako kobietę praktycznie spełnioną. Idealny mąż, uroczy synek, wygodny dom w spokojnej dzielnicy Londynu, praca, którą lubi – jest antropolożką: nauczycielka akademicka, której prace są publikowanej w różnych naukowych pisemkach, biuletynach etc. Jej życie co prawda nie zawsze było usłane różami, ale tuż przed pandemią, największą troską Catherine zdaje się być to, jak przekonać swojego ukochanego partnera do zrezygnowania z planu powiększenia ich rodziny. On chce mieć kolejne dziecko, ona nie bardzo. I jak można się tego domyślić, kobieta już wkrótce zatęskni za takimi problemami. Nie będę tutaj streszczać losów wszystkich postaci starających się jakoś przetrwać ten arcytrudny okres w :Końcu mężczyzn”, ale pozwolę sobie jeszcze pokrótce przedstawić Elizabeth Cooper, Amerykankę, młodszą specjalistkę w Centers for Disease Control and Prevention (CDC), która na początku epidemii przybywa do Londynu, aby jakoś wspomóc jeden z tutejszych zespół naukowych zajmujących się nowym wirusem. Ten zespół może być czarnym koniem w wyścigu, w którym ani myśli rzucać kłody pod nogi pozostałym naukowcom pracującym nad szczepionką. Elizabeth i pozostali członkowie tej ekipy bez zastanowienia, nieodpłatnie, dzielą się z innymi wynikami swoich badań. Czyli tak jak być powinno... w utopijnej krainie. Sęk w tym (właściwie to mnie w to graj), że autorka najwyraźniej woli twardy realizm od „różowych okularów”. Prawdę mówiąc, spodziewałam się bardziej zachowawczego podejścia do tematu. Myślałam, że Sweeney-Baird łagodniej obejdzie się z czytelnikami. Okaże więcej skrupułów, a zatem będzie więcej odpornych w otoczeniu w większości mocno straumatyzowanych kobiet, które przypuszczalnie nie tylko będą musiały jako odnaleźć się w tej nowej, przerażającej rzeczywistości, ale też odegrają ważne role w tej wojnie, na którą nikt nie był przygotowany. W poruszający, właściwie wyciskający łzy z oczu sposób, autorka „Końca mężczyzn” pisze o stracie mężów, ojców, braci, przyjaciół i/lub synów. Czarna rozpacz, poczucie niesprawiedliwości, zazdrość gniewem podgryzana na widok tych wszystkich szczęśliwców, z którymi los najwyraźniej obchodzi się łagodniej.

Koniec mężczyzn”, pierwsza opublikowana powieść brytyjskiej prawniczki Christiny Sweeney-Baird, to historia, która może wzbudzić lekkie kontrowersje. Wirus stanowiący śmiertelne zagrożenie tylko dla mężczyzn. Kobiety walczące, kobiety ostatnią nadzieją ludzkości. Nie mogę jednak nie polecić tej pozycji wszystkim, którzy nie mają jeszcze dość opowieści o strasznych wirusach niespodziewanie i oburzająco swobodnie rozprzestrzeniających się po świecie. Apokaliptyczna i postapokaliptyczna historia, która co prawda na późniejszych odcinkach, jakby wytraca pęd (nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to już takie przedłużanie na siłę, że ta publikacja wypadłaby jeszcze korzystniej w moich oczach, gdyby w dalszej partii odjąć jej jeszcze trochę „dekagramów”), ale w podsumowaniu tej „transakcji” wyszło, że jestem mocno do przodu. Wielki, soczysty plus!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 7 kwietnia 2022

„Ręka śmierci” (1988)

 

Jackson, seryjny morderca kryjący okaleczoną twarz pod maską hokejową, jest już zmęczony swoim nienaturalnie długim, samotnym życiem, które jest zmuszony spędzać na niekończącym się zabijaniu ludzi. Podczas jednej ze swoich morderczych eskapad zwraca uwagę na niewidomą kobietę imieniem Shelly, która nieoczekiwanie zaprasza go do swojego mieszkania. Jackson szybko zakochuje się w niedoszłej ofierze i wszystko wskazuje na to, że ona odwzajemnia jego uczucia. Mężczyzna otwiera się przed nią, opowiada jej o swoim tragicznym dzieciństwie i przykrościach, jakich doświadcza przez swój wygląd. Nie ma jednak odwagi powiedzieć jej o przymusie zabijania, któremu od dawna ulega. Nie wprowadza jej w szczegóły swojego przekleństwa, choć Shelly zapewnia go, że nic nie jest w stanie zmienić jej opinii na jego temat. Jest przekonana, że nic nie ugasi jej miłości do człowieka, który podobnie jak ona został okrutnie potraktowany przez los.

Ręka śmierci” (ang. „The Hand of Death” aka „Unmasked Part 25” aka „Jackson's Back”) to reżyserski debiut Andersa Palma, który później nakręcił jeszcze dwa filmy (scenariusz, reżyseria, producent – zdecydowanie największe doświadczenie ma na polu producenckim): „Murder on Line One” (1989) i „Murder Blues” (1991). Scenariusz „Ręki śmierci” napisał Mark Cutforth, też główny producent filmu, którego natchnęły filmy z oryginalnej serii „Piątek trzynastego”, kultowej slasherowej serii zapoczątkowanej w 1980 roku przez Seana S. Cunninghama. Wtedy wpadł na pomysł sparodiowania historii Jasona Voorheesa i szerzej mody na sequelowanie tego rodzaju horrorów. Pomniejszą inspirację Cutforth zaczerpnął z „Sześciu postaci w poszukiwaniu autora”, włoskiej sztuki pióra Luigiego Pirandello z 1921 roku. Tytuł „The Hand of Death” wybrał Mark Cutforth – zapożyczył go z jednego z wierszy Lorda Byrona – który został zmieniony na „Unmasked Part 25”, ponieważ zrodziła się obawa, że to wprowadzi publiczność w błąd, w 1976 roku wypuszczono bowiem film pod identyczną nazwą w reżyserii Johna Woo. A przynajmniej tak to sobie zaplanowano, ale koniec końców pierwsze reżyserskie osiągnięcie Andersa Palma było także, jeśli nie przede wszystkim, dystrybuowane pod tytułem „The Hand of Death”. Główne zdjęcia powstawały w Londynie, gdzie w tamtym czasie mieszkał Anders Palm, a za efekty specjalne odpowiadali między innymi Cliff Wallace i Stuart Conran, których fani kina grozy mogą kojarzyć choćby z „Hellraiser: Wysłannika piekieł” Clive'a Barkera, filmu opartego na jego własnej minipowieści pt. „The Hellbound Heart”.

Rozterki antybohatera slasherowej sagi. Zwykle żałujemy ofiar, ale Mark Cutforth każe nam zastanowić się, jak w całym tym „szaleństwie” odnajduje się oprawca. Co czuje taki (nie)człowiek, któremu nie pozwala się spokojnie, czy nawet niespokojnie odejść z tego padołu łez. Ginie w jednej części, by wrócić w następnej i znowu zabijać. W kółko to samo. Pętla, z której nie może się wydostać, bo my, fani tych wszystkich „Piątków trzynastego” i innych „Halloweenów”, mu na to nie pozwalamy. „Ręka śmierci” Andersa Palma to nietypowe, przewrotne spojrzenie na kino slash. Z perspektywy mordercy, który bynajmniej nie jest zadowolony z roli, jaką mu przypisano. Nie dano mu wyboru, nikt nie pytał go, czy chce żyć wiecznie na bezkresnym polu śmierci, które zupełnie sam regularnie będzie musiał obsiewać. Decyzję podjęli jego stwórcy, twórcy filmów z cyklu The Hand of Death, którzy przypuszczalnie już dawno temu skróciliby jego męki, gdyby nie to, że pomysł chwycił. Zasada popytu i podaży. Rynek nie znosi próżni. Skoro ludzie chcą to oglądać, skoro można na tym zarobić, to niemądrze byłoby z tego rezygnować. Przypomniał mi się późniejszy „Funny Games” Michaela Hanekego, który też dokonywał czegoś w rodzaju krytycznej analizy zwolenników mocniejszych filmowych klimatów, a przynajmniej skłaniał do spojrzenia na ten „problem” pod nietradycyjnym, innym kątem. Zasadniczą różnicą jest jednak tonacja. W „Ręce śmierci” to wrzucanie kamyczków do ogródka wiernych odbiorców makabrycznych opowieści, odbywa się z uśmiechem na ustach. Nie zawsze szerokim, czasami minka odrobinę rzednie, wesołość przytępia nieukrywana boleść niesprawiedliwie potraktowanego mężczyzny. Prawdopodobnie największej ofiary miłośników horrorowych rąbanek. Jackson (przejaskrawiona, egzaltowana kreacja Gregory'ego Coxa, która biorąc pod uwagę charakter tej opowieści zapewne była przemyślanym posunięciem – taka wizja autorów) to wariacja na temat Jasona Voorheesa z „Piątków trzynastego”. W każdym razie Mark Cutforth stworzył go na obraz i podobieństwo jednego z najbardziej rozpoznawalnych slasherowych zabójców, aczkolwiek w tym świecie przedstawionym to postać kojarzona z zupełnie inną franczyzą. Z serią The Hand of Death. Z podobnym zjawiskiem później zmierzy się choćby Wes Craven, w swoim „Nowym koszmarze” (1994) i swoich pastiszach kina slash, czyli rzecz jasna w pierwszych cegiełkach serii „Krzyk”. Film w filmie. W scenariuszu Marka Cutfortha motyw ten, choć bezsprzecznie służył przekazywaniu „podprogowych” treści (tj. krótka rozprawa na temat filmowych preferencji zastanawiająco dużej grupy ludzi), nie został posunięty tak daleko jak u Cravena. Choćby stąd wiemy, że można było bardziej poszaleć na tym gruncie, pobawić się tą konwencją. Wiemy, że Jackson jest antybohaterem popularnego cyklu filmowego o zamaskowanym osobniku, który z uporem maniaka szlachtuje w domyśle młodych ludzi, z których przynajmniej większość niczym mu się nie naraziła, ale możemy się tylko zastanawiać, czy ta fikcyjna postać przedarła się do prawdziwego świata, czy raczej nastąpiło tutaj odwrotne zjawisko. Bardziej prawdopodobne wydaje mi się to pierwsze. Niezwykłość, która w każdym z tych wariantów objęła nie tylko Jacksona. Na pewno też jego ojca, któremu czołowa postać „Ręki śmierci” w głównej mierze „zawdzięcza” swoje nieszczęśliwe dzieciństwo. Byli też inni. Dręczyciele chłopca, który utonął w jeziorze na obozie letnim, a potem powrócił, by siać terror. Jak Jason. Tak jak Jason był też mocno przywiązany do swojej matki, która wprost go ubóstwiała. Ta najważniejsza osoba w jego życiu, właściwie jedyna bliska mu osoba, zmarła dawno temu, a Jackson nigdy nie pogodził się z tą stratą. Wciąż głęboko ją przeżywa. To nadal boli, ale oto zupełnie nieoczekiwanie cierpienie niemłodego „Wertera” słabnie dzięki niewidomej kobiecie, którą poznaje w nietypowych - nie dla niego - okolicznościach.

Maska hokejowa skrywająca zdeformowaną, straszliwie okaleczoną twarz (solidna robota charakteryzatorów). Oczy przepełnione smutkiem, bezdennym cierpieniem. Czarne serce niewyobrażalnie stęsknione za drugim człowiekiem. Samotny człowiek, który marzy o zwyczajnym życiu. Chce być jak inni, ale to niemożliwe. A przynajmniej tak podejrzewał przed poznaniem Shelly (też przesadzony, nienaturalny występ Fiony Evans), niewidomej kobiety, której darował życie. „Rękę śmierci” otwiera rzeź urządzona przez rosłą postać, która wygląda jakby urwała się z Camp Crystal Lake. Czyżby Jason przed wypadem na Manhattan odwiedził Anglię? Nie, to tylko Jackson. Bardziej uczuciowy, empatyczny gość, który wcale nie chce krzywdzić ludzi. Tak go „zaprogramowano”. W pierwszych kilkunastu minutach trup ściele się gęsto, ale najbardziej plastyczny, dosadny mord odbywa się na samym początku – Jackson gołymi rękami zdejmuje skórę z twarzy biednego człowieka, po czym, też bez pomocy jakiegokolwiek ostrego narzędzia, wyrywa z niego wciąż bijące serce. Trzeba też nadmienić, że w pierwszej partii pojawia się scenka, którą fani kina grozy skojarzyli z „Krwawym obozem” Mario Bavy: przebicie kochanków. Efekty specjalne, oczywiście praktyczne, pewnie nie wzbudzą jakichś skrajnych emocji u jako tako zaznajomionych z gatunkiem widzów, ale myślę, że nawet ich może zaskoczyć ten wybuch brutalności (według mnie dobrej jakości - porządne wykonanie) już na „dzień dobry”. A ciąg dalszy nastąpi w trzecim „akcie”, który można podsumować jako nieklasyczne ujęcie sprawdzonego, wielokrotnego wałkowanego w horrorowych rąbankach motywu pod tytułem „grupa zaprzyjaźnionych młodych ludzi konsekwentnie uszczuplana przez zamaskowanego osobnika na jakimś odludziu”. Ta część podobała mi się najbardziej, głównie dlatego, że odnotowałam tutaj większą dbałość o napięcie niż w poprzednich „rozdziałach” (kiedy rzecz się rozgrywa? Jak myślicie?). I ta leśna sceneria. I, że tak to ujmę, pałeczka, którą po latach przejmie Randy Meeks, którego chyba nie trzeba bliżej przedstawiać. Jackson werbalizuje jedną z „nieśmiertelnych” reguł kina slash. Nie ma sensu uciekać, bo na pewno się przewrócisz. Na przykład potkniesz o jakąś gałąź. Twoja śmierć jest nieunikniona, więc po co się męczyć? Jaki jest sens walczyć o życie, którego nie sposób ocalić? Bo tak to wymyślono. Wydaje ci się, że to niesprawiedliwe? Myślisz, że to mnie się poszczęściło? Jackson, nieśmiertelny slasherowy morderca, widzi to inaczej. To tacy jak on są najbardziej poszkodowani. Oni mają najgorzej. I czy ktoś im z tego tytułu współczuje? Bynajmniej! A to przecież wyście zgotowali nam ten los. Wy, przeklęci fani tych bezsensownych, do znudzenia powielanych siekanin (ciągle to samo, dziwnie podobne polowania dziwnie podobnych zabójców na dziwnie podobnych pechowców). No ileż można? Ile jeszcze gardeł mam podciąć, ilu ludzi jeszcze wypatroszyć, ilu podziurawić, byś poczuł się nasycony, drogi podglądaczu? Ile głów jeszcze rozłupać? Akcja z maczetą wbitą w głowę jednej z dziewcząt przypomniała mi pierwszy „Piątek trzynastego” w reżyserii Seana S. Cunninghama, tyle że tam zamiast maczety mieliśmy siekierę, ale znając ulubione narzędzie zbrodni Jasona Voorheesa, który potem rozepcha się na tej slasherowej scenie, trudno nie dojść do wniosku, że twórcy zabiegali o to skojarzenie. Chcieli byśmy odebrali to jako kolejny ukłon w stronę wyjątkowo feralnych piątków. Środkowa część „Ręki śmierci” Andersa Palma to już bardziej opowieść egzystencjalna z domieszką romansu i rzecz jasna humor, który ujawnia się też w pozostałych segmentach tej, trzeba przyznać, całkiem pomysłowej historii. Po krwistej przystawce, wjechało dla mnie trochę za mało treściwe danie główne w postaci miłosnych i w ogóle życiowych rozterek zakochanego, jak wszystko na to wskazuje ze wzajemnością, mężczyzny. Mężczyzny skazanego na zabijanie, który ma już dość bycia potworem. Tak go nazywają, ale i on sam tak o sobie myśli. Uważa że wygląda jak potwór, gorzej jednak, że od lat dopuszcza się potwornych czynów. Istna maszyna do zabijania, która najwyraźniej dostaje wreszcie szansę na normalne życie. Na pozbycie się przekleństwa, którym jak się wydaje obarczono też jego rodzonego ojca. A właściwie obdarowano, bo tamten nie podziela stosunku swojej niekochanej latorośli (pogarda, niesmak, gniew, zawód – takie uczucia Jackson wzbudza w swoim zapijaczonym ojcu) do roli, jaką dla nich przewidziano (złe nasienie). W każdym razie ta historia nie urzekła mnie tak, jak powinna. Zanadto przegadana. Wymuszone dialogi, wałkowanie do znudzenia tych samych tematów – bolączki niemłodego mordercy oraz drobniejsze rozterki i fascynacje jego życiowej wybranki (zabawne, że ktoś taki jak Jackson z takim zdumieniem, jakby podszytym niesmakiem, reaguje na łóżkowe eksperymenty Shelly: BDSM raczej w łagodniejszym, lżejszym wydaniu). Nie porusza, nie bawi, nie działa tak jak myślę powinna działać opowieść o niemożliwie zmęczonym, straszliwie samotnym, nienawidzącym samego siebie i marzącym o wyrwaniu się ze slasherowej matni, udręczonym mężczyźnie, który ze wstydu ukrywa swoje przypuszczalnie na trwałe okaleczone oblicze pod „maską Jasona Voorheesa”. Ale nie przed Shelly. Tym ludzkim kołem ratunkowym, którego może nie powinien się chwytać. Jackson nie wie co zrobić. Jackson się waha. Obawia o bezpieczeństwo swojej ukochanej. Boi się, że może sprowadzić na nią śmierć, ale jakże by mógł odrzucić taką szansę? Zrezygnować z miłości, na którą przecież tak długo i bez większej nadziei czekał praktycznie przez całe swoje beznadziejne życie.

Antybohater tragiczny, czyli slasherowy morderca pod mikroskopem. Zauważalnie niedrogi brytyjski pastisz kina slash, ze wskazaniem na (naturalnie niecałą) oryginalną serię pt. „Piątek trzynastego”. Słodko-gorzka opowieść w trzech aktach o miłości i zabijaniu. Kreatywna, dowcipna, umiarkowanie makabryczna historia człowieka, który pragnie rozmówić się z fanami slasherów. Reżyserski debiut Andersa Palma na postawie, w moim poczuciu, trochę nierównego scenariusza Marka Cutfortha, który uważam i tak zasługuje na zainteresowanie miłośników gatunku. Miłośników kina slash, czyli głównych dręczycieli nieśmiertelnych seryjnych morderców. Bo oni też mają uczucia. Pomyślmy o tym, zanim zaczniemy domagać się kolejnego „Piątku trzynastego”, „Halloweenu” czy innej NeverEnding Story o zabijaniu. „Ręka śmierci” to okazja do głębszej refleksji, koledzy i koleżanki pasjami oglądający takie „podłe, ze wszech miar szkodliwe filmidła”:)

wtorek, 5 kwietnia 2022

SCRIPTOPHOBIA, autorski program Sylwii Błach

 
Jak będzie wyglądała Polska po apokalipsie zombie? Czy przetrwamy atak potworów? Co jest gorsze: zombie czy człowiek? I czy w ogóle zombie mogłyby istnieć? O aspektach związanych z zombie, społeczeństwem i psychologią rozmawiam z Łukaszem Rzadkowskim w moim pierwszym internetowym programie telewizyjnym SCRIPTOPHOBIA.
 
SCRIPTOPHOBIA — najstraszniejsze słowa świata — to autorski program Sylwii Błach prowadzony na profilu Sekielski Brothers Studio (braci Sekielskich). Rozmawia w nim z twórcami i promotorami horroru na bieżące tematy. Religia, psychologia, społeczeństwo, pornografia, przemoc — wszystkie te tematy przefiltrowujemy przez perspektywę twórców horroru. Rozmawiamy o tym czego (i dlaczego) ludzie się boją. Dyskutujemy też o książkach i filmach, o sposobach, w jakie kultura popularna przetwarza sytuację na świecie.

W SCRIPTOPHOBII znajdziesz nie tylko poważne wątki — w końcu nie istnieje bardziej roześmiana grupa twórców od pisarzy horroru, gwarantuję! Ale by o tym się przekonać, musisz obejrzeć odcinek. Gorąco zachęcam do zostawienia komentarza i subskrypcji, by być na bieżąco z naszymi działaniami!



Polska po apokalipsie zombie?! SCRIPTOPHOBIA: ZOMBIE || Łukasz Rzadkowski ImInfected.pl, Sylwia Błach
 
Nieumarli, ożywione trupy, chodząca śmierć — ZOMBIE! Skąd się wywodzą i jak ewoluują w zbiorowej wyobraźni? Czy łatwiej przeżyć dzień wśród nieumarłych, czy dzień w kasynie? O tym i o walce o przetrwanie w czasie zombie apokalipsy rozmawiam z Łukaszem Rzadkowskim: pisarzem, blogerem, recenzentem oraz zawodowym krupierem, koneserem filmów z i o zombie, założycielem największego w Polsce portalu o zombie: iminfected.pl i autorem „Leksykonu Żywej Śmierci”. Program prowadzi Sylwia Błach.

Zapraszam do oglądania: 

Sylwia Błach - pisze książki i programy, a po godzinach walczy o lepszy świat.
Pisarka. Autorka 5 książek i kilkudziesięciu opowiadań. Specjalizuje się w horrorze, gore i erotyce. Książka „Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory” została wyróżniona przez Polskie Towarzystwo Wydawców Książek w konkursie Najpiękniejsza Książka Roku 2017 oraz wyróżniona przez jury graficzne i literackie konkursu Książka Roku 2017 organizowanego przez polską sekcję IBBY i znalazła się na „liście bis” nagrodzonych książek. Jej opowiadania tłumaczone były na język czeski. Na podstawie jej tekstów powstają audiobooki. Działaczka. Jako pracownik fundacji Jedyna Taka organizowała wybory Miss Polski na Wózku. W 2016 została wybrana jedną z 6 najbardziej inspirujących kobiet na świecie wg Panache Lingerie. Trafiła na Listę Mocy „100 najbardziej wpływowych Polaków i Polek z niepełnosprawnościami” wg Fundacji Integracja. W 2019 pojawiła się na okładce magazynu „Harper’s Bazaar” jako jedna z kobiet wprawiających inne kobiety w ruch. W 2022 została wybrana przez „Forbes Women Polska” jedną z 22 kobiet, które warto obserwować w 2022 roku. Zawodowo programistka i propagatorka branży IT wśród kobiet.

Źródło: wszystkie materiały od Sylwii Błach

„Następna” (2021)

 

Młoda kobieta, Lorian West, zostaje porwana i przetransportowana na odizolowaną farmę, gdzie niejaki Heinrich i jego żona Misha tworzą niewolnice seksualne, które potem sprzedają swoim bogatym klientom. A Lorian ma być następna. Oprócz pieniędzy Heinrich za swoje nielegalne usługi otrzymuje narkotyk o nadzwyczajnych właściwościach o nazwie Aqua Velva, od którego zdążył się uzależnić. On i jego żona podejrzewają, że urodziwa niebieskooka blondynka, która bynajmniej nie z własnej woli trafiła pod ich dach, jest inna niż ich poprzednie ofiary. Lorian ma być największym z ich dotychczasowych dzieł. Dziewczyna zyskuje jednak sojuszniczkę. Też przebywająca na farmie kobieta o imieniu Charlotte stara się nie dopuścić do zmiany osobowości Lorian.

Larry Wade Carrell, twórca między innymi niszowego horroru z 2016 roku pt. „Jacob”, właśnie kończył pracę nad jednym ze swoich późniejszych obrazów, kiedy Zeph E. Daniel i Michael Muscal wyszli do niego z propozycją zaangażowania się w planowany przez nich projekt filmowy w charakterze reżysera. Carrell odmówił, ponieważ był zajęty i nie miał bladego pojęcia, kim są ci ludzie. Zmienił zdanie, gdy żona zwróciła mu uwagę na Zepha Daniela, który, jak mu uświadomiła, dawniej pisał pod pseudonimem Woody Keith. Carrell jest dzieckiem ery VHS, wychowanym na klasycznych filmach grozy, nie tylko więc kojarzył Woody'ego Keitha, ale na liście swoich ulubionym filmów od niepamiętnych czasów ma „Towarzystwo” i „Narzeczoną Re-Animatora” Briana Yuzny (Michael Muscal był jednym z producentów tego drugiego), których scenariusze Zeph Daniel współtworzył (warto też dodać, że jest też jedynym autorów scenariusza „Cichej nocy, śmierci nocy 4: Inicjacji” Briana Yuzny, a ponadto wyreżyserował między innymi mniej znany thriller z 1999 roku pt. „Dementia”, którego był też współscenarzystą). Podczas pierwszego spotkania z Zephem Danielem, Larry Wade Carrell usłyszał od niego, że on i Muscal mają pomysł na film, który sami chcieliby zobaczyć. Widzieli jego filmy i spodobały im się. Na dodatek nie trzeba martwić się o budżet, bo mają pieniądze. Carrella nie trzeba było dłużej przekonywać. Dołączył do zespołu, a jakiś czas do jego rąk trafił scenariusz „Girl Next” (pol. „Następna”) autorstwa Zepha Daniela – Michael Muscal jest wymieniony jako pomysłodawca historii. Scenariusz, który powstawał w trakcie zacieśniania więzi między Larrym i Zephem, którzy spędzili niezliczone godziny na rozmowach o uwielbianych przez nich filmach, historii kina i ogólnie o kinie. Jeśli chodzi o obsadę, to plan był taki by zaangażować mało znanych albo, jeszcze lepiej, kompletnie nieznanych aktorów i aktorki. Przesłuchali tysiące osób z różnych stron świata, aż znaleźli odpowiednich ludzi – debiutanci i osoby mające już jakieś doświadczenie w branży filmowej. Jedną rolę (szeryfa) wziął na siebie Larry Wade Carrell. Budżet „Następnej” oszacowano na milion dolarów, a premiera odbyła się w czerwcu 2021 roku między innymi w jej rodzimych Stanach Zjednoczonych.

Scenarzysta „Następnej” Zeph E. Daniel mówił, że to coś dla fanów horrorów, thrillerów psychologicznych i dysfunkcyjnych dramatów rodzinnych. Dodałabym: w duchu kina exploitation z lat 70-tych XX wieku. W każdym razie widać, że twórcy tego bałaganu próbowali nakręcić coś w tym stylu. „Ostatni dom po lewej” Wesa Cravena? „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego? Tak, bardzo możliwe, że mieli na uwadze te kultowe produkcje, ale tak czy inaczej efekt ich starań, delikatnie mówiąc, zawiódł moje oczekiwania. Chociaż były momenty... a właściwie jeden moment, który wyrwał mnie ze stanu najbardziej zbliżonego do zażenowania. Co ja oglądam? Po co to oglądam? Zabijcie mnie, ale nie wiem dlaczego z uporem maniaka brnęłam ku upragnionym napisom końcowym. Nie mogłam się ich doczekać, choć przecież w każdej chwili mogłam zakończyć te męki. Ale nie, szłam jak ta owca na rzeź, bo prawdę mówiąc już pierwsza partia „Następnej” uzmysłowiła mi, że to nie będzie łatwa przeprawa. Najpierw bolesna śmierć kobiety przywiązanej do krzesła. Pomysłowa diaboliczna machina wprawiona w ruch przez mężczyznę, o którym więcej dowiemy się już za chwilę. Najpierw porwanie młodej kobiety w deszczowy dzień. Z parkingu. Po przebudzeniu odkrywa, że znajduje się w nieznanym miejscu – znana nam już farma, a w każdym razie dawniej zapewne była tutaj farma – przywiązana do łóżka w jednym z licznych pokoi w obskurnym domostwie obcych ludzi. Jasnowłosa, niebieskooka piękność (co ma znaczenie dla Heinricha, miłośnika pewnego, na szczęście od dawna nieżyjącego, dyktatora), czyli tytułowa dziewczyna, która zostaje nam przedstawiona jako Lorian West przez demoniczną „pielęgniarkę” o imieniu Misha. Tę ostatnią wykreowała Paula Marcenaro Solinger, która najmniej wytrącała mnie z równowagi swoją grą. Marcus Jean Pirae jako Heinrich i tym bardziej Lacey Cofran jako Lorian zapewnili mi pokaz na miarę polskich paradokumentów kręconych dla telewizji. Superprodukcje małego ekranu... Ale wracając do naszej dziewczyny. Otóż, praktycznie już na starcie gehenny Lorian West, twórcy ujawniają, że zdegenerowane małżeństwo, które rozkręciło haniebny biznes, z jakiegoś sobie tylko znanego powodu, uważa, że trafiła im się wyjątkowa „sztuka”. Zwłaszcza Heinrich pokłada wielką nadzieję w tej dziewczynie, ewidentnie jest nią zafascynowany. I nawet nie próbuje ukryć przed żoną tego, że Lorian wpadła mu w oko. Misha wie, że Heinrich nie odwzajemnia jej miłości, ale uparcie podtrzymuje w sobie nadzieję na odzyskanie jego względów. Ona też jest ofiarą tego przemocowego mężczyzny - bita, poniżana, patrząca, jak uprawia seks z innymi. Ofiarą i jednocześnie oprawcą. Właściwie to ona przysparza najwięcej fizycznego bólu Lorian i Charlotte (nieprzekonujący występ Rachel Alig), jak się wydaje kobiety, która też ma stać się tak zwaną żywą lalką. W sumie z jej słów wynika („jestem nikim”), że ma już za sobą parę odrażających sesji z pseudodoktorkiem i pseudopielęgniareczką. Trudno ją wyczuć. Raz pani Nikt, innym razem pani Buntowniczka. Deklarująca chęć pomocy Lorian, ale niezbyt przykładająca się do tego wyzwania. To szaleńcze rozchwianie Charlotte zrzuciłam na karb prania mózgu „opatentowanego” przez uzależnionego od błękitnego płynu Heinricha. Narkotyk o nazwie Aqua Velva. Bardzo rzadki towar, przynajmniej na razie udostępniany nielicznym śmiertelnikom, a Heinrichowi przekazywany w ramach zapłaty za jego usługi (czy raczej to taki bonus, dodatek do gotówki, jaką on i jego żona inkasują za każdą „żywą lalkę”). I w tym miejscu robi się naprawdę dziwnie. Jakieś cyfrowe bóstwo, ogromna lewitująca głowa (klaun?) coś tam bełkocząca (pseudofilozoficzne monologi) do swojego odurzonego ucznia, który widzi ją przez, w domyśle niezbędne, okulary spawacza. Narkotyczne wizje, halucynacje naćpanego gościa czy jakiś wyższy stopień świadomości? Czy Auqa Velva otwiera oczy na boskość? To jest ten sławny Latający Potwór Spaghetti? :) Tak czy inaczej, główna bohaterka „Następnej” nie znalazłaby żadnych informacji na jego temat, gdyby skusiła się na lekturę jedynej księgi zostawionej w jej „celi”. Pisma Świętego.

Prześwietlone zdjęcia - w każdym razie stanowczo za dużo światła – chaotyczny montaż, nienaturalne dialogi. Bywa tak, że jedno mówi o niebie, a drugie o chlebie, bezsens goni bezsens, przeczenie samemu/samej sobie albo uderzenia w patetyczny ton tam gdzie nie wypada, tj. ton niedopasowany do treści, dysonans, który mógł być celowym posunięciem. Jak w starych, dobrych exploitation? Starych może tak (może, bo te jasne kolory...), ale czy tych dobrych? Jakoś nie jestem przekonana. Ścieżka dźwiękowa sama w sobie nie wydawała mi się taka zła, ale dobrze by było, gdyby „trochę oglądała się za sferą wizualną”. Zamiast współpracować, połączyć siły, nie chcą nawet na siebie spojrzeć, a cóż dopiero pracować na wspólny sukces. Domyślam się, że ów jazgot też był zamierzony – kolejny sposób na przywołanie ducha XX wiecznych niskobudżetowych szokerów (jestem praktycznie pewna, że przede wszystkim celowano w lata 70-te), ale w moim poczuciu coś poszło nie tak. Właściwie wszystko. Nawet efekty specjalne – praktyczne przecież – wyglądają jakby pożyczono je od jakiegoś podrzędnego teatru, który niedługo potem spłonął. Dawno temu, bo substancja imitująca krew, jak przypuszczam, zgodnie z planem twórców, zdecydowanie bardziej pasowała mi do przeszłości niż teraźniejszości. Oczywiście we współczesnym kinie grozy też można natrafić na taką „truskawkową polewę”, krew, która nie wygląda jak krew, ale ośmielę się wysnuć przypuszczenie, że najłatwiej wypatrzyć toto w ubiegłowiecznych siekaninach. Larry Wade Carrell i jego zespół raczej oszczędnie dawkują tak zwane obrzydliwości. Prolog uczulił mnie na „uciekają kamerę” - nastawiałam się na jeden z tych niby makabrycznych horrorów, w którym poleje się trochę nieprzekonującej sztucznej krwi, a całą resztę będę musiała sobie dopowiadać. Wtedy pomyślałam: niestety. Ale z czasem uznałam, że spokojnie obeszłabym się bez tych dosadniejszych ujęć. Pomijam tu akcję z nekrofilem. Przyznaję, zemdliło mnie. Obleśny facet grzebie między nogami trupa w dość zaawansowanym stadium rozkładu (a to nie koniec – będziemy jeszcze wracać do tej zamordowanej na samym początku „Następnej”, kobiety, co przywiodło mi na myśl horror Petera Walkera z 1978 roku pt. „The Comeback”, pol. „Jeszcze raz”; od razu widać, że kukła, a potem zawiało jeszcze większą tandetą), a potem wkłada te brudne paluchy do swoich ust. Z lubością zlizuje wydzieliny ze swojej niedobrowolnej kochanki. A potem to już pewnikiem akcja rodem z „Nekromantika” Jörga Buttgereita? Na to się zanosi, ale... Poprzestańmy na tym, że jest jedno ogromne „ale”. Szarpana okrągła rana tam, gdzie wcześniej było lewe oko, człowiek w kawałkach (mięsko najlepiej widać w górnych partiach – po dekapitacji, a właściwie dwóch), mniej groźne, choć nie powiedziałabym, że powierzchowne obrażenia na dwóch twarzach, i to by było na tyle. Tyle nieefektywnych starań, od których chyba miało mi się zakotłować w żołądku. Może by wyszło – najbrzydsze rany zrobione lepiej od pierwszoplanowych zwłok – gdyby w tym scenariuszu panował większy porządek. Płynniejsza narracja, mniej skokowa (szybka akcja i cięcie, nuda, nuda i cięcie i... o czym to ja chciałem? Dobra, dajmy cięcie) i bez kombinowania jak konie pod górę. Eh, ta Aqua Velva – co za głupota. Nie wiem czy gorzej wymyślona, czy zrealizowana. Niestrawnie kiczowate efekty komputerowe. Miało trącić myszką i trąci, tylko dlaczego telewizyjnymi historiami dla młodszych widzów? Serial „Power Rangers” z lat 90-tych XX wieku. Za dzieciaka uwielbiałam, ale teraz jakoś nie kręcą mnie takie klimaty, a zatem nie przyjęłam ze zbyt wielkim entuzjazmem tego „nowego Zordona”, czy co to tam było. Wszystko inne pewnie jakoś bym zniosła. No może poza zakończeniem. Przydałoby się też zamykać pokoje przynajmniej tych porwanych kobiet, którym jeszcze w głowach nie namieszano. Gdyby Henrich i Misha kiedyś trafili na kogoś odrobinę bardziej zdeterminowanego, by wyrwać się z tej koszmarnej farmy od Lorian i w domyśle od wszystkich swoich wcześniejszych ofiar – szczęście głupcom sprzyja – to bez większego trudu, myślę, by się z tym uporał. A raczej uporała. Niegościnni gospodarze tego domu nie mają wszak w zwyczaju zamykać drzwi na klucz. Pewnie dlatego, że zainwestowali w monitoring. To mogłoby stanowić problem dla hipotetycznej ofiary bardziej od Lorian walczącej o odzyskanie skradzionej wolności, ale podejrzewam, że dałoby się to obejść, bo nie wyglądało mi na to, żeby ta grupa przestępcza należycie, z ich punktu widzenia, pilnowała tych technologicznych zabawek. Innymi słowy, nie jestem pewna, czy monitoring miał całodobową obsługę. Chyba nie. Końcówka to już w ogóle nie do wiary (jest i scenka po napisach końcowych, ale teraz nie o tym). UWAGA SPOILER Czy ktoś doszedł, dlaczego mózg całej tej operacji wymyślił sobie tak skomplikowany sposób na pozbycie się problemu? Skoro nie zależało jej na życiu Lorian, tylko pozbyciu się jej z farmy i skoro nie brzydziła się przemocą, co nader dobitnie pokazuje później, to dlaczego wcześniej nie spróbowała jej zabić? Okazji ku temu jej nie brakowało. Ba, gdyby przyłożyła się do tego choć w połowie tak mocno, jak do swojego zdecydowanie mniej pewnego, ryzykownego, sposobu na zażegnanie spodziewanego kryzysu – w jej pojęciu to przewidziała, prorokini, Kasandra (nie obrażajmy, niech będzie, że to jakieś alter ego tej tragicznej postaci z mitologii grackiej) zmiksowana z Marcowym Zającem – to najpewniej spokojnie, nie nieniepokojona przez swoich, trudno w to uwierzyć, ale jeszcze mniej inteligentnych, kompanów (i mam tutaj na myśli także skorumpowanego szeryfa), wywiozłaby niebezpieczną dziewczynę z tej „zabitej dechami dziury” KONIEC SPOILERA. Zanim kretyni połapaliby się, że ich żółtowłosa ptaszyna wyfrunęła z pułapki, ona pewnie byłaby już hen daleko od tego domu rozpusty w wydaniu bardziej ekstremalnym. W każdym razie innego niż wszystkie.

Aż trudno uwierzyć, że scenariusz „Następnej” stworzył współautor skryptu „Towarzystwa” Briana Yuzny. Można było się spodziewać spadku formy, ale żeby aż tak? Nie, inaczej: ja na pewno nikomu bym nie poleciła tego reżyserskiego dokonania Larry'ego Wade'a Carrella. Opartego na scenariuszu Zepha E. Daniela, jak sadzę szerzej znanego jako Woody Keith, za koncepcją Michaela Muscala, niedrogiego filmu grozy, najwyraźniej „oglądającego się na” kino exploitation z poprzedniego wieku (lata 70-te bodajże). Dosłownie wymęczyłam tego koszmarka, dlatego jeśli rozbudziłam w kimś zainteresowanie niniejszym produktem, to naprawdę niechcący. Z góry przepraszam. Może niepotrzebnie.

niedziela, 3 kwietnia 2022

Anna Maria Wybraniec „Wilgość”

 

Opublikowana pod intrygującym tytułem „Wilgość”, niedługa, bo licząca sobie tylko trochę ponad dwieście stron, książka pochodzącej ze Śląska, nagradzanej autorki Anny Marii Wybraniec, to drugi zbiór opowiadań w jej pisarskiej karierze, po „Niebo, ptaki i robaki” (Phantom Books, 2020). Jej teksty można też znaleźć między innymi w takich antologiach, jak „Zabawki” i „Żertwa. Antologia słowiańskiego horroru” Wydawnictwa IX, „Dziwne opowieści. Antologia weird fiction” wydawnictwa Dom Horroru oraz w „Grobowcu. Zarazie” wydawnictwa Vesper, które zacieśniło współpracę z kobietą zwaną mistrzynią krótkiej formy przy „Wilgości”, która w całej swojej okazałości pokazała się w roku 2022. Jedenaście opowiadań charakterystycznej (wyższy poziom horroru) pisarki z Katowic, ze słowem wstępu jej kolegi po piórze Wojciecha Guni i czarno-białymi ilustracjami Jana Wojciechowskiego, także projektanta minimalistycznej okładki (oprawa twarda), od której, daję słowo, długo oczu oderwać nie mogłam.

Łyżka horroru nadnaturalnego, szklanka horroru psychologicznego w równych proporcjach zmieszanego z opowieścią egzystencjalną. Wlewamy do gorzkawej społeczno-obyczajowej zawiesiny, starannie mieszamy i... dostajemy coś najwyżej zbliżonego do twórczości Anny Marii Wybraniec. Jej proza tak zwinnie umyka przed gatunkowymi szufladkami, wymyka się wszelkiej klasyfikacji gatunkowej, że nie jestem w stanie – nie wiem, czy ktokolwiek jest – wyraźniej opisać tego niewątpliwie mrocznego obszaru, po jakim porusza się ta zdolna pani. To co ukryte, głęboko zagrzebane w ludzkich umysłach, być może pod wpływem jakichś pierwiastków nie z tego świata – a może bardziej prozaicznych, zupełnie zwyczajnych czynników zewnętrznych – pokazuje się nam w drobnych, niewiele mówiących fragmentach. Martwica umysłu. Martwica otoczenia. Postępująca gangrena wszechrzeczy. Cuchnąca ropna wydzielina wypływająca z ludzkich serc, by spotkać się z bynajmniej nie bardziej apetyczną treścią spulchniającą ziemię na tej życiowej ścieżce ku Wielkiej Niewiadomej. Niebo, Piekło, Nicość...???

Na szczycie nadzwyczajnych schodów z marmuru spotkałam mężczyznę imieniem Dawid. Głównego bohatera opowiadania pod tytułem „Pogrzebek”, który, ku niezadowoleniu swojej żony i rozczarowaniu kilkuletniej córki, wybrał się z matką na pielgrzymkę. Ta brzemienna w skutkach decyzja zapadła praktycznie w ostatniej chwili. Kobiecie miał towarzyszyć mąż, ojciec Dawida, ale tuż przed planowaną wyprawą mężczyzna podupadł na zdrowiu. Dawid chciał dobrze. Jak zwykle. I jak zwykle zadowalając jedną osobę, zawiódł inne. Dawid to postać tragiczna. Nieważne jak bardzo się stara, jego wysiłek nigdy nie przynosi spodziewanych rezultatów. Żaden dobry uczynek nie pozostanie bez kary. Fatalizm. Depresyjna opowieść o człowieku, który, wydaje się, niezasłużenie traci wszystko. Życiowa i pewnie dlatego tak poruszająca (z niepospolitym dodatkiem – akwaria), tak szalenie bolesna opowieść o człowieku nader okrutnie potraktowanym przez los.

Schodek niżej „nadziałam się” na mały tłumek zawodzących postaci. Rozpaczy ciąg dalszy. Ale po kolei, nie wszyscy naraz. Najpierw wysłuchajmy Nataszy. Samotnej kobiety, właściwie gotowej na poważny związek z odpowiednim mężczyzną, ale gdzie takiego znaleźć? „Lanie ołowiu” otwiera makabryczne odkrycie dokonane przez bohaterkę. Potem mamy poandrzejkowe wróżby, motyw luster, a i jakiś stalker najwyraźniej się tutaj przyplątał. Niejasne zagrożenie, podskórna, pulsująca groza, gęsta atmosfera tajemniczości i chwytająca ze serce końcówka, która nie daje jasnych odpowiedzi. Niedopowiedziana historia kobiety, która zgubiła siebie.

We „Włosach Wenus, włosach Tetydy” Anna Maria Wybraniec przedstawia nam dwie kobiety będące w miłosnym związku, ale na życzenie jednej z nich utrzymujący to w tajemnicy. Terasa nie jest jeszcze gotowa na tak zwany coming out, przynajmniej na razie woli podtrzymywać w ludziach przekonanie, że z Marie łączy ją tylko przyjaźń. Teresa robi peruki, a Marie jest jedną z osób, które zatrudnia w swojej coraz bardziej dochodowej firmie. Włosy: obsesja Marie. Zwidy czy włosy faktycznie nagle nabierają życia? Dosłownie. Narastająca paranoja, której po piętach depcze hipotetyczna, całkiem kreatywna (choć nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z „Szatańskimi włosami” Grahama Mastertona) nadnaturalna energia włosowata.
W „Drm” pani Wybraniec zabiera nas na upiorny żaglowiec. Czołową postacią jest człowiek nazwany po prostu J., który w tej wyprawie (transport towarów) pełni dwie role: kucharza i medyka. Sny o wielorybie przeplatają się z alarmującymi wypadkami na jawie. Wszystko zaczyna się od spuchniętego palca u nogi jednego z marynarzy. Zagadkowa choroba błyskawicznie postępuje. Ciekawy pomysł na cielesną deformację. Makabryczny ocean zrodzony z niewielu słów. Krótkie, diablo sugestywne, bezlitośnie przemawiające do kompletnie bezbronnej wyobraźni czytelnika, soczyste opisy, jakich myślę nie powstydziłby się żaden szanujący się body horror. Właściwie uważam, że to szlachetniejsze podejście do tego nurtu. Mięsna przekąska pokryta grubą warstwą pleśni i apetyczną zgniłą wisienką:) na deser.

(źródło: https://www.facebook.com/anmariwybraniec/)

Wielka zmiana wymaga ofiar, a my? My zawsze jesteśmy gotowi poświęcić kogoś innego za nasz dobrobyt. Ekonomia symbolicznych ofiar i realnych oprawców. Poświęcenie siebie w imię wyższego dobra, poświęcenie innych w imię naszego dobra.”

Kolejny krąg niebiańskiego piekła Wybraniec. Teksty, które w mojej ocenie niewiele ustępują swoim bezpośrednim poprzednikom. Jeśli zastanawia Was, skąd, u licha, wzięły mi się te marmurowe schody, to zapraszam do lektury „Nefalim”. O kobiecie (Marcelinie) i mężczyźnie (Piotrze), których połączy dziwna przypadłość. Dar albo przekleństwo. Łaska albo niełaska. Czarne plamki w oczach, mroczki, uciążliwe żyjątka, które mają jakiś związek ze schodami, po których w górę i w dół, w górę i w dół, od niepamiętnych czasów chodzą najprawdziwsze anioły. Dziwne, w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Co prawda początkowo to opowiadanko było dla mnie ociupinkę męczące, ale zaręczam, że się rozkręciło. Psychoza czy rzeczywistość? Atmosfera jak w sennym koszmarze z objawieniami religijnymi, duchowymi, jako temat przewodni.

Kōdō” to japońska ceremonia zapachów. Przybysze z Polski, Nora, jej partner Kuba, ich kolega Tomek i niejaki pan Zbyszek, decydują się wziąć udział w tej zwykle nieświadczonej turystom usłudze. Czy raczej grze z zapachami. Sztuczka polega na tym, by całkowicie się w nich zatopić. Posłuchać, co mają nam do powiedzenia. Gdzie jest haczyk? Bo gdzieś musi być, czyż nie? Tak czy inaczej, wyśmienity suspens, płynna narracja (wciągająca bestia) i, jak to często w oszałamiających progach Anny Marii Wybraniec, zastanawiające zakończenie.
Wakacje na Kubie, czyli „Kubałówka”. Grupka Polaków zwiedza Hawanę, a my niejako przy okazji penetrujemy pamięć jednej z nich. Wspomnienia z dzieciństwa z kochaną, nader troskliwą babcią. Teraźniejszość dla mnie trochę za mało treściwa, ale rekompensuje to opowieść o zaborczej, zachłannej, szaleńczej miłości z nie tu i nie teraz. Miłości niezamierzenie trującej. Pod dusząco opiekuńczymi skrzydłami kobiety, która pragnie tylko uchronić swoją wnuczkę od życia, którym nie cieszyła się ona. Pomóc jej spełniać swoje, nie jej, marzenia.

Lato szczęśliwych psów” to według mnie opowieść tylko niezła. O prawdopodobnie umierającej kobiecie. Poplątane myśli, religijne uniesienia, przebłyski, jakieś oderwane fragmenty wspomnień, w których ciężko było mi się połapać. I chyba o to chodziło. Zrozumienie, choć nie mogę obiecać, że pełne (to w końcu Anna Maria Wybraniec), przyjdzie na końcu. Tego rozczarowującego, żeby nie rzec zmarnowanego żywota? A może istnienia wyjątkowego, bo namaszczonego przez Tego Który Kroczy Między Chmurami.

Na koniec trzy, a w zasadzie dwa teksty („Głodna woda” w „Grobowcu. Zarazie”, pierwszym tomie planowanego cyklu antologii opowiadań grozy polskich autorów od wydawnictwa Vesper), z którymi jakoś mi się nie poukładało. Wina zapewne leży głównie po mojej stronie. Umysł zbyt ograniczony mam, by pojąć, o co chodzi z tym tygrysem ludojadem i tymi tajemniczymi zaginięciami w cieniu protestów ulicznych, zdaniem czołowej postaci, w absolutnie niesłusznej sprawie. Najpierw tygrys, a zatem historia pod tytułem „Plastynacja”. Miejsce akcji: Indie. Brud, smród, ubóstwo i plastik. Główny bohater: Polak. Młody mężczyzna, który po udanym (dla myśliwych, nie dla zwierzyny) polowaniu na groźnego zwierza, wreszcie spotyka się z niedawno poznaną kobietą, biorącą udział w ambitnym projekcie mającym wspomóc ludzkość w walce ze szkodliwym dla planety, ale i naszych organizmów plastikiem. Odstręczająco-przygnębiający miejski krajobraz to jedyny pozytyw, jaki wypatrzyłam w tej niejasnej podróży... donikąd? Ja w każdym razie dotarłam do ślepej uliczki. Gdzieś musiałam źle skręcić. Może wszędzie, nie wiem.

Z kolei „Marszoretki” skupiają się na mężczyźnie, który utrzymuje się między innymi z drukowania ulotek. Poligrafia. W budynku, w którym działa jego mały biznes, swoje podwoje - jakaś fundację - otwiera enigmatyczna kobieta. I tyle mogę na jej temat powiedzieć. Co się zaś tyczy głównego bohatera, to autorka nie pozostawia nam wątpliwości, że los nie był dla niego zbyt łaskawy. Nieszczęśliwe dzieciństwo, które położyło się cieniem na całym dorosłym życiu. Rozczarowująca egzystencja człowieka żywo zainteresowanego zaginięciami zwłaszcza dzieci. I autentycznie zniesmaczonego działalnością niektórych swoich rodaków. Czyżby świat już do reszty oszalał? Obyczajowa, praktycznie pozbawiona grozy (ja w każdym razie jej nie wyczułam), opowieść, która na początku wprawdzie rozbudziła we mnie jakie takie zainteresowanie, ale ono szybko wyparowało. Nijakie, to pewnie za mocne słowo, ale lepszego nie znajduję na opisanie mojego osobistego odbioru tej cegiełki „Wilgości”.

Dość wyrównany zbiór nieoczywistych opowiadań od nietuzinkowej pisarki, której z całego serca życzę wszystkiego najlepszego na jej nienowej drodze życia. Więcej Anny Marii Wybraniec! Więcej, więcej takiego spojrzenia na horror. Bardzo możliwe, że jedynego w swoim rodzaju. Chyba tak. Prawie na pewno tak. A niech tam, ta pani to prawdziwy unikat w obszernym gronie architektów literatury grozy. To zachęta, ale i ostrzeżenie. W „Wilgości” nie każdemu będzie wygodnie, właściwie to pewnie nikomu nie będzie, bo to nie jest proza, która ma zrobić nam dobrze, podnieść na duchu, rozweselić, ale rzeczony dyskomfort zapewne będzie się objawiał w pożądany i zgoła przeciwny sposób. Wszystko zależy od nastawienia. Spodziewaj się niespodziewanego, a powinno pójść gładko:) Otwórz umysł najszerzej jak się da i licz się z tym, że nie wszystkie Twoje pytania znajdą odpowiedzi. Wątpliwości pozostaną. Specyficzna to proza. Dziwna to proza. Wchodząca tak głęboko, że już pewnie nie wylezie. Utkwiło diabelstwo. Urzekająca bestia z bagna zwanego życiem.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 1 kwietnia 2022

Mark Freestone „Jak rozpoznać psychopatę. 7 typów niebezpiecznych umysłów, które nas fascynują i przerażają”

 

Doktor Mark Freestone jest starszym wykładowcą w Centrum Psychiatrii Queen Mary University of London, członkiem The Alan Turing Institute oraz doradcą NHS England w kwestii zaburzeń osobowości. Piętnaście lat przepracował w brytyjskich więzieniach, także tych, w których przebywają najbardziej niebezpieczni przestępcy na Wyspach, oraz w sądowych placówkach zdrowia psychicznego w charakterze badacza i klinicysty. W tym w Rampton Secure Hospital w Nottinghamshire i Broadmoor Hospital w Berkshire, instytucjach, w których umieszczono między innymi takich osławionych osobników, jak Peter William Sutcliffe, zwany Rozpruwaczem z Yorkshire, Levi Bellfield (zainteresowanych tym przypadkiem odsyłam do książki Colina Suttona „Obława. Manhunt. W jaki sposób oddałem w ręce sprawiedliwości seryjnego zabójcę Leviego Bellfielda”), Ian Brady, połowa zbrodniczego duetu zwanego Mordercami z wrzosowisk oraz Charles Arthur Salvador, lepiej znany jako Charles Bronson, więzień-celebryta. Freestone współpracował z brytyjskim Ministerstwem Sprawiedliwości przy wielu projektach badawczych dotyczących opieki nad przestępcami z zaburzeniami psychicznymi. Był redaktorem dwumiesięcznika The Journal of Forensic Psychiatry and Psychology, a w popkulturze zaistniał dzięki serialowi BBC „Obsesja Eve” (oryg. „Killing Eve”), przy którym pracował jako konsultant psychologiczny.

Mark Freestone jest autorem wielu opublikowanych artykułów naukowych na temat zaburzeń osobowości, psychopatii i ryzyka przemocy, a „Jak rozpoznać psychopatę. 7 typów niebezpiecznych umysłów, które nas fascynują i przerażają” (oryg. „Making a Psychopath: My Journey into Seven Dangerous Minds”) to jego pierwsza książka. Pozycja popularnonaukowa, która swoją światową premierę miała w roku 2020 roku, a pierwsze polskie wydanie wyszło w roku 2022 pod szyldem wydawnictwa Muza. Wcześniej nakładem tego samego wydawnictwa ukazała się książka Deana A. Haycocka pt. „W umyśle mordercy. Tajemnice mózgów psychopatów” - wspominam o tym, ponieważ uważam, że warto brać te publikacje w pakiecie. Freestone w swojej bodaj najobszerniejszej z dotychczasowych prac na temat psychopatów, czy jak kto woli ludzi z diagnozą osobowości psychopatycznej, pokrótce przedstawia (można potraktować to jako streszczenie) to, z czym bardziej zainteresowany tematem polski czytelnik, znajdzie we wspomnianej pozycji Deana A. Haycocka (neuroobrazowanie).

Autor „Jak rozpoznać psychopatę. 7 typów niebezpiecznych umysłów, które nas fascynują i przerażają” uczciwie uprzedza, że jednostki, które poddaje swoistej analizie na kartach tej publikacji, to tak naprawdę zlepek różnych osób, które zostały zdiagnozowane (test PCL-R) jako osobowości psychopatyczne. Zlepek wybranych psychopatów, których miał okazje poznać osobiście w związku ze swoją pracą – tutaj wyjątek stanowi Angela Simpson. Jedyna kobieta w siedmioosobowym zestawieniu doktora Mark Freestone'a, znana jest mu tylko z doniesień prasowych i ewentualnie publikacji innych badaczy, klinicystów. Angela to też jedna z przynajmniej dwóch jednostek „zgromadzonych” w „Jak rozpoznać psychopatę”, która w rzeczywistości nie stanowi kompilacji kilku osób. To samo tyczy się Jasona Marshalla. Mam natomiast wątpliwości co do Eddiego (imię prawdopodobnie zostało zmienione). Freestone tylko jego, z całej tej siódemki, wymienił w podziękowaniach, co sugeruje, że pod tym imieniem nie kryje się więcej niż jedna autentyczna postać. Kolaże różnych osób, z którymi na swojej zawodowej drodze zetknął się narrator omawianej książki, to z pewnością (w każdym razie tutaj nie mam wątpliwości) Paul, Tony, Arthur i Danny. Rozumiem powody, które kierowały autorem (zasada ochrony danych pacjenta), ale świadomość, że przynajmniej te cztery sylwetki stanowią nie tyle produkt wyobraźni, ile połączenie kilku prawdziwych podmiotów, nieco komplikowała mój odbiór tej powieści. „W całej swojej karierze zawodowej nie spotkałem nikogo, kto wypaczałby rzeczywistość wokół siebie tak sprawnie jak Paul” - dziwnie to brzmi, gdy ma się pewność, czy podejrzenie graniczące z pewnością, że rzeczony Paul powstał poprzez połączenie kilku osób. To oczywiście nie jedyny taki zgrzyt, ale uznałam, że ten wyrywek najlepiej zobrazuje największy problem, z jakim, przy całym zainteresowaniu, rozbudzonym we mnie przez obytego w psychopatycznym towarzystwie Brytyjczyka, borykałam się podczas tego naszego niedługiego spotkania. Spotkania z zaskakująco lekkim piórem starszego wykładowcy na wydziale psychiatrii w renomowanych, może nawet onieśmielających, murach Queen Mary University w Londynie. Prosty, maksymalnie przystępny język - nawet najwięksi laicy nie powinni mieć najmniejszych problemów z przyswojeniem wszystkich informacji zawartych w tej skromnej gabarytowo książce. Trochę ponad trzysta stron (druk trochę rozstrzelony, średniej wielkości czcionka), z czego część zajmują przypisy, bibliografia i wspomniane już podziękowania od autora. À propos przypisów: wygodniej dla odbiorcy książki - a na pewno dla mnie - byłoby, gdyby zamiast gromadzić je w jednym dziale, odpowiednio porozmieszczano je w dolnych obszarach stron. Szczegół, drobna niedogodność, ale jak by nie patrzeć, w prosty sposób, bez większego wysiłku można było usunąć tę małą „usterkę”. Wbrew polskiemu tytułowi, doktor Mark Freestone, moim zdaniem, nie tyle chciał podzielić się swoją zdolnością do wykrywania psychopatów w bliższym i/lub dalszym otoczeniu (wyraźnie daje do zrozumienia, że takowych zdolności nie posiada, czy tam nie jest osobą jakoś szczególnie biegłą w tej trudnej sztuce), ile kierował się potrzebą uświadomienia nieuświadomionym, że „psychopata psychopacie nierówny”. To znaczy, chciał pokazać, że ludzie, których kultura masowa jakby uparła się wrzucać do jednego worka (choć oczywiście znalazłoby się trochę wyjątków od tej, bądź co bądź, krzywdzącej reguły), to nie zbieranina Hannibalów Lecterów, Patricków Batemanów, markiz de Merteuil i Villanelle (antybohaterka „Obsesji Eve”, najczęściej wspominanej przez Freestone'a na kartach tej książki, fikcyjnej opowieści, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że miał swój wkład - w sumie niemały - w to przedsięwzięcie). Psychopaci zwykle nie są tak... interesujący? Nie wiem, czy to słowo jest tutaj na miejscu, chcę po prostu powiedzieć, że zdaniem Marka Freeestone'a ludzie z diagnozą osobowości psychopatycznej przy bliższym poznaniu nierzadko okazują się po prostu nudni. Czasami niesamowicie irytujący, rzadko, jeśli w ogóle, tak fascynujący, jak postacie znane z kina i beletrystyki. Pustka. Jałowa ziemia, tam gdzie normalnie znajdujemy istny urodzaj emocji. Czy w takim razie trzeba ich izolować? Wszystkich? Tylko dlatego, że są psychopatami? Wiadomo, że nie (wiadomo, prawda?). Ale już psychopatów kryminalnych należy traktować z najwyższą surowością. Takiego na pewno nie da się zresocjalizować. Psychopatia jest wszak nieuleczalna, a skoro tak to trudno brachu (dużo rzadziej siostro), skoro dopuściłeś się jednego przestępstwa, to niewątpliwie zrobisz to znowu. Bo jesteś psychopatą. Wygodna łatka...

Często byłem świadkiem, jak system zawodzi ludzi i vice versa. Doktor Mark Freestone najdobitniej to błędne koło przedstawia na przykładzie - uwaga! - Zresocjalizowanego. Pozostałe typy w „Siódemce Freestone'a” to Zabójca, Naciągacz, Kłamca, Pasożyt, Osobowość z pogranicza i Bezlitosna. Pierwszy rozdział „Jak rozpoznać psychopatę. 7 typów niebezpiecznych umysłów, które nas fascynują i przerażają” nosi tytuł „Maska psychopatii” i powiedziałabym, że to swego rodzaju przedłużenie „Przedmowy” i „Wprowadzenia”. Rozdziały od drugiego do ósmego to historie ludzi z diagnozą osobowości psychopatycznej. Każdy ma swój rozdział, ale, jak już uprzedziłam, nie każdy ma swojego (w każdym razie nie jednego) odpowiednika w rzeczywistości. Nie wiem, czy taki był zamysł piszącego, ale żywoty nieświętych wykreślone w „Jak rozpoznać psychopatę” nade wszystkim mnie zasmuciły. Oczywiście, przestępstwa, zbrodnie, występki - krótko, policyjne kartoteki - tych sześciu panów i jednej pani, nie przemawiały na korzyść tych jednostek. Autor nie próbował przekonać mnie, że między innymi skazańcy, z którymi spotykał się w więzieniach i szpitalach psychiatrycznych o zaostrzonym rygorze, znalazły się tam bez powodu. To nie są niewiniątka. Zabijali, gwałcili, torturowali. Z zimną krwią. Bez cienia skruchy. Ale nie dotyczy to wszystkich, bo jak już, myślę, dałam do zrozumienia Freestone pokazuje nam, że każdy przypadek osobowości psychopatycznej jest inny. Można jednak tutaj wyłapać sporo podobieństw pomiędzy nimi niekoniecznie wszystkimi – niemożność albo trudność w odczytywaniu cudzych emocji, których nie znają z autopsji, dbałość wyłącznie o własne interesy, własny komfort życiowy, opowiadanie bajek (patologiczni kłamcy), mniej czy bardziej wytrawne manipulowanie ludźmi i... I szczerze mówiąc ta książka tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że takiego psychopatę najłatwiej wypatrzyć w środowisku politycznym. Mało tego, ośmielę się wysnuć przypuszczanie, że ukrywa się tam sporo tak zwanych psychopatów sadystycznych. Ale co ja tam wiem? Trzeba by pofatygować się do nich z testem PCL-R (ha, już widzę jak się mu poddają...). Ale do rzeczy. Mark Freestone zdaje się nie ma przekonania, że jakikolwiek program resocjalizacyjny miałby szansę powodzenia w przypadku Jasona Marshalla oraz „chłopców”, których przedstawia nam jako Paula i Tony'ego. Niemniej, wychodzi z założenia, że trzeba próbować – może wziąć przykład z Holendrów? A jeszcze lepiej reagować zawczasu. Zanim taki „nieszczęśliwie urodzony” (geny) osobnik wkroczy na zbrodniczą ścieżkę. W końcu zazwyczaj odbywa się to stopniowo – mało kto, i tyczy się to nie tylko psychopatów, od razu rzuca się z siekierą na bliźniego. Częściej zaczyna się od pomniejszych kolizji z prawem. Ponadto z obserwacji Marka Freestone'a wynika, że decydującej jest środowisko w jakim taki człowiek dorasta. Stoi na stanowisku, że psychopatę kryminalnego czyni pechowa mieszanka genów i w większym stopniu wychowania i/lub towarzystwa w jakie wpadnie, na którymś etapie życia. Zwłaszcza za młodu. Czasami takie alarmujące sygnały są aż nadto głośne – ofiary przemocy fizycznej i inne patologie (alkoholizm, narkomania etc.) w domowym chaosie – ale tak się dziwnie składa, że nikt nic nie widzi i nikt nic nie słyszy (tak, oczywiście, trochę szlachetnych, godnych naśladowania wyjątków by się znalazło), dopóki nie dojdzie do jakiejś tragedii. Najbardziej, rzecz jasna, cierpią ofiary i ich rodziny. To przede wszystkim im trzeba współczuć, ale Freestone ma na tyle odwagi, by zwrócić naszą uwagę także na krzywdę samych sprawców. Gdyby system działał lepiej, można by uniknąć ofiar po obu stronach tej fatalnej barykady. Czuć się bardziej bezpiecznie w otoczeniu psychopatów. Którzy są wśród nas i przypuszczalnie zawsze będą, ale dopóki będziemy myśleć stereotypowo, dopóki nie wypracujemy skuteczniejszych form pomocy dla ludzi obciążonych tak zwaną psychopatią, dopóty CZĘŚĆ z nich będzie stanowić realne zagrożenie dla nas. Pomagając im, pomożemy sobie – to główne przesłanie tej książki. I już samo to każe mi polecić tę pozycję nie tylko, nawet nie przede wszystkim, osobom interesującym się tytułową przypadłością, ale też tym, którzy najzwyczajniej w świecie i nie bez powodu (kino, literatura, ale i doniesienia medialne, czasami, jak zauważa Freestone klecone przez dziennikarzy, którzy nie mają bladego pojęcia o czym mówią: stanowczo nadużywają określenia „psychopata”, czasami wyraźnie wychodząc z założenia, że sama ta etykietka wszystko wyjaśnia: zabił, bo jest psychopatą, kropka) boją się i/lub brzydzą tą „anomalią występującą w przyrodzie”.

Mało? To dodam, że „Jak rozpoznać psychopatę. 7 typów niebezpiecznych umysłów, które nas fascynują i przerażają” pióra doktora Marka Freestone'a z Wielkiej Brytanii, to szybko się czytająca – krótko, zwięźle i na temat – seria ciekawych opowieści z życia wziętych, doprawiona obiektywnymi informacjami głównie, ale nie wyłącznie, na temat psychopatów. Narrator, Mark Freestone, wydaje się być całkiem równym gościem. Nie miałam na przykład wrażenia, że patrzy z góry na ludzi, którzy, w przeciwieństwie do niego, psychopatów znają, albo tylko wydaje im się, że znają, co najwyżej z filmów, książek i doniesień niestrudzenie goniących za sensacją dziennikarzy. Czego jak czego, ale megalomanii autorowi zarzucić nie można:) Inaczej sprawa przedstawia się prawie z wszystkimi pozostałymi głównymi postaciami jego książki. Niewielka Siódemka, czyli siedem psychopatycznych osobowości, którym w mojej ocenie warto się przyjrzeć. Okiem człowieka, który poznawał to środowisko od środka. Bliskie spotkania trzeciego stopnia. Bezpośrednie kontakty z „kosmitami” psychopatami.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu