Stronki na blogu

sobota, 7 sierpnia 2010

„Seed – Skazany na śmierć” (2007) – okrucieństwo nie do przyjęcia?

Seryjny morderca po nieudanej egzekucji na krześle elektrycznym zostaje pochowany żywcem. Jednak wydostaje się z grobu, aby kontynuować swoje zwyrodniałe zbrodnie. Policja jest bezsilna, a ludzie wciąż giną w okrutny sposób.

Ten film zrobił na mnie piorunujące wrażenie. I nie chodzi mi tutaj o krwawe sceny, które wbrew wszelkim opinią były nadzwyczaj umiarkowane. Mnie zaszokował sam morderca, który znacznie przekroczył poziom zwyrodnienia, jeśli wziąć pod uwagę innych filmowych psychopatów. Jego modus operandi po prostu wbijał w fotel. Sporo osób miesza tę pozycję z błotem, twierdząc, że jest niemoralna, brutalna i niespójna, ale ja oczywiście jak zwykle nie zgadzam się ze zdaniem ogółu. Brutalna? Dajcie spokój, przecież ten film zupełnie nie wlicza się do innych pozycji spod znaku torture-porn. Szczerze mówiąc, tak do końca to nawet nie jest kino torture-porn, ale bardziej slasher z małą domieszką tego pierwszego podgatunku. Co się zaś tyczy spójności fabularnej to ja uważam, że wszystko jak najbardziej układa się w jedną sensowną całość i całkowicie trzyma się kupy. Jeśli zaś chodzi o moralność tego obrazu to tutaj niestety muszę się zgodzić z innymi, ale tylko po części. Ja uważam, że nieetyczne są tylko i wyłącznie sceny zabijania psów na początku filmu, które są autentyczne. Tego dowiedziałam się dopiero po skończonym seansie i muszę przyznać, że przez ten drobny fakt film trochę stracił w moich oczach, ponieważ nienawidzę prawdziwych obrazów zabijania zwierząt ukazywanych w filmach – to jest całkowicie niemoralne i poniżej dobrego smaku. Aktorstwo stoi na przyzwoitym poziomie, chociaż mogło być lepiej. Fabuła wciąga od początku do końca, oferując nam przy okazji parę elektryzujących scen. Zakończenie mnie całkowicie usatysfakcjonowało, chociaż niejednego widza może niemało zaszokować.


Polecam gorąco, choć zdaję sobie sprawę, że dla sporej liczy osób może to być kino trochę zbyt drastyczne. Jednak widzowie zaznajomieni z takimi pozycjami jak „Hostel”, czy „Frontiere(s)” raczej nie powinni twierdzić, że „Seed” jest krwawym horrorem i oni będą mieli rację, gdyż stopień brutalności w ogólnym rozrachunku nie jest aż tak wielki, jak twierdzi większość wielbicieli kina grozy.

niedziela, 11 lipca 2010

„Czwarty stopień” (2009) – thriller dający do myślenia

Doktor Abbey Tyler po tajemniczej śmierci męża postanawia kontynuować jego badania psychiatryczne na pacjentach z Alaski. Wkrótce odkrywa, że każdy z nich cierpi na zaburzenia snu, a podczas bezsennych nocy widzi sowę w swoim oknie. Abbey postanawia wprowadzić niektórych pacjentów w hipnozę, aby dowiedzieć się, czegoś konkretniejszego o dziwnej sowie. Wtedy odkrywa, że ludzie ci zostali kiedyś uprowadzeni przez kosmitów, które za kolejny cel obrały sobie panią doktor.

„Czwarty stopień” jest thrillerem science fiction stylizowanym na film obrazujący prawdziwe wydarzenia. Materiały pseudo archiwalne są tutaj splatane z fabułą W dodatku początkowa wypowiedź Milly Jovovich daje jasno do zrozumienia, że mamy do czynienia z filmem opartym na faktach – podobnie jest z końcowymi informacjami wyświetlonymi na ekranie. Ale to oczywiście wszystko pic na wodę, zwykły zabieg mający na celu oszukać widza. Wielu pewnie uzna to za atut, ale ja mam zgoła inny stosunek do takich tanich chwytów. Po prostu nienawidzę, kiedy filmowcy w tak bezczelny sposób próbują mnie zbajerować. Ale to moje osobiste odczucia, natomiast każdy może to odebrać w inny sposób. Moim zdaniem filmowcy starali się na wszystkie możliwe sposoby przekonać widzów, że kosmici naprawdę istnieją. Cóż, na pewno wielu zmusili do myślenia, ale mnie nie. I nie dlatego, że film był zły, bo wręcz przeciwnie – to kawał świetnego kina – ale z tego prostego powodu, że ja jestem typem cynicznej racjonalistki, wierzę tylko w to co widzę w rzeczywistości.

Co się zaś tyczy samego filmu to muszę przyznać, że jest on niezwykle wciągający, intrygujący i niebanalny. Fabuła jest naprawdę bardzo oryginalna i często zaskakuje w jak najbardziej pozytywnym sensie. To fakt, że nastrój dosyć często kuleje, ale z uwagi na to, że mamy tutaj do czynienia z thrillerem to raczej żadne zaskoczenie. Ale mimo tego, wielu widzów może wprawić w lekki niepokój, właśnie przez realność oraz wrażenie, że to rzeczywiście mogło wydarzyć się naprawdę. Co do głównej roli, którą odgrywa tutaj Milla Jovovich to nie wypowiem się na ten temat, ponieważ mogę być nieobiektywna, z uwagi na to, że nienawidzę tej aktorki, jak chyba żadnej innej. Zakończenie raczej nie jest zbytnio zaskakujące, ale wydaje mi się, że nikogo nie powinno zawieść – nie ma happy endu w ścisłym tego słowa znaczeniu, a to chyba najważniejsze.

Myślę, że wielbiciele filmów grozy powinni jak najszybciej zapoznać się z tą pozycją, ponieważ jest ona swoistym powiewem świeżości w tym gatunku, który, co tu dużo gadać, ostatnio przeżywa lekki kryzys. Kto nie widział, niech lepiej szybko nadrabia zaległości, bo mimo tego, że nie był rozsławiony w Polsce to bije na głowę wszystkie te rozreklamowane gnioty, jakich pełno ostatnio.

Ps. Dziękuję Gosi za umieszczenie notki na swoim blogu (Horrorsfan), która to skłoniła mnie do obejrzenia tego filmu.

piątek, 9 lipca 2010

„Wzgórza mają oczy” (1977) – kultowe dzieło Wesa Cravena

Rodzina Carterów wybrała się w podróż, której celem ma być Kalifornia. Pośród kompletnego pustkowia mają wypadek, w wyniku którego psuje im się samochód. Wkrótce okazuje się, że to z pozoru niezamieszkane miejsce jest terenem polowań rodziny kanibali, a Carterowie mają być ich kolejnym posiłkiem.

„Wzgórza mają oczy” Wesa Cravena to odpowiedź na głośną „Teksańską masakrę piłą mechaniczną” Toba Hoopera z 1974 roku. I muszę powiedzieć, że Craven swoim filmem całkowicie przebił dzieło Hoopera. Wiem, że wielu twierdzi, że oryginał „TCM” jest lepszy, ale ja mam kompletnie odmienne zdanie na ten temat. Horror Hoopera jest zlepkiem niedorzeczności i głupoty bohaterów, czego oczywiście w żadnym razie nie można powiedzieć o remaku. Tymczasem produkcja Cravena, choć nie jest filmem wysokich lotów to przynajmniej nie razi w oczy licznymi błędami logicznymi. Bohaterowie tego dzieła nie biegają w kółko bez celu i nie pchają się na siłę w łapy morderców – co niestety miało miejsce w oryginale „TCM”.

Z kolei porównując oryginał filmu „Wzgórza mają oczy” do remaku, to niestety ten pierwszy pozostaje w tyle we wszystkich aspektach. Fabuła jest bardzo podobna w obu tych produkcjach, ale niewielkie zmiany poczynione w remaku przebiły zdecydowanie fabułę oryginału. Tutaj grupka kanibali nie jest zdeformowana, nie zabija w akcie zemsty za próbne wybuchy nuklearne – co już odebrało większość smaczku temu filmowi. Właśnie to najbardziej podobało mi się w remaku – fakt, że potworki można było zrozumieć i nawet im współczuć. A tutaj? Wierzcie mi, w tym przypadku oprawcy nie zasługują na żadną litość. Krwawych scen nie ma za wiele, a i aktorstwo leży na wszystkich płaszczyznach – ale to akurat normalne w starych horrorach, więc można spokojnie przymknąć na to oko. Na duży plus zasługuje natomiast nastrój – ciężki, duszący, wręcz klaustrofobiczny – atmosfera stopniowana po mistrzowsku. I ten fakt przede wszystkim sprawia, że film „Wzgórza mają oczy” Cravena wybija się ponad przeciętność. Zakończenie mniej mi się podobało niż w remaku, ale cudów też się nie spodziewałam. Wygląd kanibali też pozostawia wiele do życzenia – nie są oni zdeformowani, co już wywołuje mniejsze obrzydzenie na ich widok. A na dodatek ich amatorski sposób działania połączony z ich wrodzoną głupotą zamiast przerażać miejscami wręcz śmieszy.

Jednak w ogólnym rozrachunku, muszę powiedzieć, że film ten ogląda się całkiem znośnie. Jest zupełnie pozbawiony kiczu, tak charakterystycznego dla starych horrorów. Groteski tez w nim nie znajdziemy, co tylko potęguje atmosferę grozy, która wręcz wylewa się z ekranu. Myślę, że tę pozycję każdy wielbiciel horroru powinien siłą rzeczy znać, gdyż jest to kino kultowe - dzieło Cravena jest produkcją, która jako jedna z pierwszych zapoczątkowała modę na dzisiejsze survivale z kanibalami w rolach głównych. Więc jak najbardziej polecam.

czwartek, 8 lipca 2010

„Wyspa tajemnic” (2010) – ani dobry, ani zły

Szeryf federalny Teddy Daniels wraz z partnerem przybywają na wyspę do ośrodka psychiatrycznego dla niebezpiecznych przestępców, aby wyjaśnić tajemnicze zniknięcie jednej z pacjentek. Śledztwo coraz bardziej się zapętla, a to co wydawało się jasne na początku z każdą chwilą się komplikuje.

Film głośny jak cholera. Ludzie oszaleli na jego punkcie, a liczne reklamy tylko dodatkowo potęgowały to ogólne szaleństwo. Dlatego między innymi tak długo zwlekałam z obejrzeniem tej produkcji. Nie lubię filmów rozreklamowanych, więc oglądam je tylko wtedy, gdy nie mam niczego innego pod ręką. I odkładam tę „przyjemność” tak długo, jak tylko się da. Ale szczerze mówiąc mogłam obejrzeć „Wyspę tajemnic” o wiele wcześniej, bo ku mojemu niezmiernemu zaskoczeniu nie była taka zła. Nie mówię, że jest to jakaś genialna pozycja, nie jest nawet dobra (przynajmniej moim zdaniem), ale do tragicznych także nie należy. Mam ambiwalentny stosunek do tego filmu, ponieważ moje odczucia względem niego utrzymują się na średnim poziomie. Z jednej strony mamy doskonałe aktorstwo, profesjonalną realizację, oryginalny scenariusz, nastrojową muzykę i kontrowersyjne zakończenie. Ale z drugiej strony mamy produkcję rozwleczoną tak bardzo, iż przez większą część seansu nie dzieje się nic godnego uwagi, co trochę męczy, a już na pewno zanudza.

Jeśli chodzi o obsadę to byłam absolutnie zadowolona z obecności w tym filmie Leonarda DiCaprio – możecie mówić, że zachowuję się jak tępa nastolatka, ale ten aktor zawsze mi się podobał ze względu na jego talent i oczywiście wygląd:) Nastrój też chwilami daje radę, ale do najwspanialszych nie należy. Tymczasem zakończenie to chyba największy atut tej produkcji. Szczerze mówiąc można go interpretować na dwa sposoby, przez co zdania widzów są podzielone. I dobrze, bo takie zmuszające do dyskusji momenty w filmach, jak najbardziej mnie zadowalają. Dodam, że ja też opowiedziałam się po jednej ze stron tego sporu, ale nie zdradzę tutaj, jak ja rozumiem zakończenie:) Sporo osób twierdzi, że „Wyspa tajemnic” jest kinem ambitnym, zmuszającym do myślenia i niezwykle skomplikowanym, ale ja nie podzielam tego zdanie. Scenariusz jest niebanalny, wręcz niepowtarzalny, ale czy tak bardzo trudny do skumania? Dla mnie nie, ale każdy musi to ocenić sam.

Podsumowując, jeśli ktoś ma trochę czasu i nie boi się, że przez większą część filmu skazany będzie na nudę to niech zaryzykuje, bo chyba warto trochę pocierpieć dla takiego zakończenia oraz wszystkich plusów wymienionych przeze mnie. Nie ma czym się podniecać, ale nie ma też potrzeby mieszać tego filmu z błotem.

„Kandydat” (2004) – znakomite dzieło o praniu mózgu

Raymond Shaw po powrocie z wojny zostaje odznaczony za uratowanie przed śmiercią kolegów z oddziału. Jako bohater narodowy ma ogromne szanse zostać wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, na którą to funkcję kandyduje. Jednak jego dowódca z wojska, Ben Marco, zaczyna miewać sny, które wskazują, że Shaw nie jest żadnym bohaterem. Niedługo orientuje się, że cały jego oddział wraz z nim został poddany praniu mózgu, a fałszywe wspomnienia, które im wszczepiono miały pomóc Shawowi w objęciu ważnego politycznego stanowiska. Marco postanawia dowiedzieć się, kto za tym stoi, ale sprawa nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać, ponieważ żołnierze nadal mogą być sterowani przez swoich oprawców.

O tym filmie dowiedziałam się w dość nietypowy sposób. Najpierw przeczytałam książkę Deana Koontza pt. „Fałszywa pamięć”, w której to pisarz wspomina o powieści Richarda Condona zatytułowanej „Mandżurski kandydat”. Co więcej Koontza swoje dzieło w dość dużym stopniu oparł na tej pozycji, ale wspomniał także, że nakręcono film na jej podstawie. Z uwagi na to, że „Fałszywa pamięć” była świetną książką postanowiłam zapoznać się z ekranizacją „Mandżurskiego kandydata” z roku 1962 i wtedy odkryłam, że powstał remake tego filmu, więc zdecydowałam, że nowa wersja będzie dla mnie bardziej przystępniejsza.

Tak, więc obejrzałam thriller pt. „Kandydat” i… byłam pod wrażeniem. Ten film można przedstawić tylko w samych superlatywach, inaczej się po prostu nie da. Od początku do końca trzyma w napięciu, mimo tego, że trwa ponad dwie godziny. Tematyka prania mózgu jest tutaj ukazana w bardzo tragiczny sposób. Pomyślmy tylko: mamy żołnierzy, którzy dobrowolnie ryzykują życie dla kraju, a jacyś szaleńcy odbierają im własną tożsamość. Grzebią w ich głowach usuwając niektóre wspomnienia, a inne fałszywe dodając. Na domiar złego robią z nich osobistych robotów, gotowych na wykonanie każdego ich żądania, łącznie z morderstwem. Poza tym ci bezwzględni ludzie starają się umieścić na stanowisku wiceprezydenta USA jednego ze swoich robotów, co siłą rzeczy miałoby katastrofalne skutki dla narodu. Wszystko to jest tak bardzo przerażające z tego względu, że możliwe w realnym życiu, to mogło mieć miejsce w rzeczywistości, a film nie pozwala widzowi zapomnieć o tej strasznej ewentualności.

W roli głównej Danzel Waschington, jak zwykle profesjonalny. Poza tym mamy tu też takie gwiazdy, jak Meryl Streep, czy Liev Schreiber, więc na amatorskie wykonanie nie ma co liczyć:) Jest jeden minus, a mianowicie zakończenie, które niestety nie oferuje nam żadnej bomby, nie zwala z fotela, a nawet lekko rozczarowuje. Poza tym wielu może zniechęcić pierwsza połowa filmu, ze względu na to, że niewiele się wtedy dzieje, ale ja osobiście nie mam zastrzeżeń, ponieważ nie nudziłam się ani przez chwilę i podobało mi się takie powolne wchodzenie w akcję – znakomicie potęgowało atmosferę, było przedsionkiem do tego, co miało stać się później. Fabuła jest w tak dużym stopniu niebanalna, oryginalna i wciągająca, że nikt nie może powiedzieć, że wszystko to już widział w innych tego typu produkcjach. Ten obraz jest genialny w ścisłym znaczeniu tego słowa. Chwilami trochę skomplikowany, co tylko przyciąga uwagę widza, zmuszając go do uważnego oglądania i myślenia przez cały seans. Raczej dla nikogo nie powinien być niezrozumiały, jeśli tylko podejdzie do niego poważnie i skupi się nad wydarzeniami oglądanymi na ekranie.

Jeśli ktoś interesuje się tematyką prania mózgu oraz szuka jakiegoś oryginalnego thrillera, którego nie można umieścić w żadnych ramach, pozbawionego schematyczności i przewidywalności to może śmiało sięgnąć po „Kandydata”. Widzom, którzy nie przepadają za ambitnym kinem grozy stanowczo odradzam.

środa, 7 lipca 2010

„Uczeń szatana” (1998), czyli opowieść o chorej fascynacji

Todd Bowden to nastolatek, który obsesyjnie interesuje się drugą wojną światową. Kiedy odkrywa, że w jego sąsiedztwie mieszka były, poszukiwany przez władze nazista zmusza staruszka, aby opowiedział mu ze szczegółami o tym, co działo się na wojnie. Mężczyzna nie mając innego wyjścia zgadza się na żądania chłopca, ale tym samym rozpoczyna swoją własną grę z nastolatkiem.

Film na podstawie opowiadania Stephena Kinga. Przyznam się bez bicia, że prozy nie czytałam, więc nie będzie żadnych porównań. Szczerze mówiąc nienawidzę filmów traktujących o wojnach z tego względu, że moje pacyfistyczne przekonania są silniejsze niż ciekawość na temat tego, co działo się podczas wojen i zwyczajnie nie mogę słuchać o tak wielkiej głupocie ludzkiej (wiem, jestem naiwna, ale jednak wolę żyć w słodkiej niewiedzy). Właśnie przede wszystkim dlatego film mnie nie zachwycił. Poza tym dwaj główni bohaterowie nie mieli moim zdaniem żadnych pozytywnych cech – nie można było polubić żadnego z nich, przez co identyfikacja z którymś z nich nie mogła być w moim przypadku w ogóle możliwa. Chociaż aktorzy odegrali znakomicie swoje role, a wśród nich znalazły się takie gwiazdy, jak np. Joshua Jackson, czy David Schwimmer, to po prostu żaden z bohaterów nie przypadł mi do gustu, na tyle, aby się z nim utożsamiać. Dodajmy do tego straszną monotonność – momenty, w których nic się nie działo zostały niemiłosiernie rozwleczone. Poza tym akcja także została ukazana w niesamowicie estetyczny sposób, co potęgowała dodatkowo muzyka. Nie mogę powiedzieć, że film jest tak do końca zły, bo to absolutna nieprawda. Powiem nawet, że jest cholernie ambitny. Dlaczego? Otóż, „Uczeń szatana” jest obrazem czysto psychologicznym, pozwalającym widzowi wniknąć w głąb chorych umysłów ludzi zafascynowanych zbrodnią.

Jeśli ktoś interesuje się taką tematyką to ten film będzie dla niego prawdziwą ucztą. Ja choć lubię psychologiczne produkcje nie potrafiłam wczuć się w ten obraz. Mnie nie przekonał, ale jestem pewna, że wielu widzów zachwyci.

poniedziałek, 5 lipca 2010

„Lake Mungo” (2008) – jeden z lepszych pseudo paradokumentów

Alice Palmer jest szesnastoletnią dziewczyną, która pewnego dnia tonie w jeziorze Mungo. Wkrótce po tym jej najbliżsi zaczynają odczuwać jakąś obecność w rodzinnym domu. Brat Alice postanawia ustawić kamery w domu w nadziei na uchwycenie czegoś, co wyjaśniłoby tajemnicze stuki dobywające się z korytarza i pokoju Alice. Istotnie, nagrania z kamer rejestrują sylwetkę łudząco podobną do zmarłej dziewczyny – podobnie rzecz ma się ze zdjęciami. Ale to nie koniec problemów, ponieważ okazuje się, że Alice skrywała pewne tajemnice, które jej rodzina postanawia wyjaśnić.

Film jest połączeniem dokumentu z tzw. „kręceniem z ręki”. Ciężko jest mi go ocenić, bo jak wszystkim wiadomo nie lubię większości horrorów nastrojowych, a już na pewno nie w takim wydaniu. Tylko, ze wydaje mi się, iż w tym przypadku te całe zabiegi z nowatorską pracą kamery zdały egzamin i na chwilę oszukały mnie, sprawiając, że miałam wrażenie, iż oglądam prawdziwy dokument. A o to chyba przede wszystkim chodziło reżyserowi. Wielu porównuje ten obraz do „Blair Witch Project”, czy „Paranormal Activity”, ale moim zdaniem stawianie tamtych gniotów obok „Lake Mungo” jest zupełnie nietrafione. Tutaj (mimo tego, że oglądałam to w środku dnia) udało mi się wychwycić nastrój i powolne, z każdą chwilą coraz bardziej nabierające tempa stopniowanie atmosfery. Nie wiem, co się stało, że taki podrzędny, do tego mało oryginalny horror wbił mnie w fotel, ale istotnie coś w nim było, coś co może nie przerażało, ale na pewno wywoływało lekki niepokój. Doszło nawet do tego, że w momentach kulminacji nastroju modliłam się, żeby nic nagle nie wyskoczyło znikąd (jak to często bywa w horrorach nastrojowych), bo w takim wypadku na pewno poskoczyłabym w fotelu. Ale ten obraz nie oferuje nam takich tanich zabiegów i w gruncie rzeczy działa to raczej na jego niekorzyść – właśnie te oklepane chwyty były tutaj potrzebne, aby zamienić niepokój w przerażenie, choćby tylko chwilowe.

Wielu może się nie spodobać ten film, ponieważ ma on formę wywiadu. Akcja, która i tak jest baaardzo powolna, na dodatek przerywana jest wstawkami, w której bohaterowie gadają do kamery o rzeczach mało interesujących. „Kręcenie z ręki” rejestrowane jest głównie z kamery telefonu komórkowego, przez co obraz jest ziarnisty i mało widoczny. Ale mimo tego rzeczy paranormalne są doskonale ukazywane za pomocą zbliżeń – na pewno nikt nie przegapi ducha:)

Nie wiem, czy mogę komukolwiek polecić ten film, bo w gruncie rzeczy jest on mało oryginalny – teraz mamy mnóstwo Ghost Stories bazujących na zasadach identycznych, co w „Lake Mungo”. Poza tym film może nudzić, ponieważ przez większą część seansu niewiele się dzieje, a akcja ślimaczy się niemiłosiernie. Nawet zakończenie nie oferuje nam żadnej rewelacji. Mnie się podobał, ale może miałam dobry dzień na takie produkcje:) Jeśli ktoś lubi takie opowieści to może śmiało sięgnąć po tę pozycję.

„Żmije” (2008) – kolejny nieudany Animal Attack

Podczas próby kradzieży z wojskowego laboratorium uciekają genetycznie zmutowane żmije. Wkrótce docierają one do małego miasteczka, zabijając każdego, kto stanie im na drodze. Garstka ocalałych uwięziona w mieście zaczyna walkę o przetrwanie. Ludzie muszą zmierzyć się nie tylko z krwiożerczymi żmijami, ale także z rządem, który odpowiada za stworzenie tych bestii.

Z Animal Attackami jest tak, że albo powstają kompletne gnioty, albo filmy przełomowe wręcz kultowe. Niestety w tym przypadku mamy do czynienia z tą pierwszą ewentualnością. Zresztą wiele nie oczekiwałam od tej produkcji ze względu na to, że oglądałam ją wczoraj na TVP2, a jak wiadomo nasza kochana telewizja publiczna zdecydowała się wyświetlać tylko te Animal Attacki, które nie mają sobą nic do zaoferowania, oprócz rzecz jasna głupoty. Miałam nadzieję, że film choć trochę uratuje Tara Reid, której grę aktorską bardzo lubię, ale niestety mimo tego, że miała interesującą rolę do odegrania i wywiązała się z tego zadania całkiem znośnie to i tak nie udało jej się podnieść morale tej produkcji.

Co mnie najbardziej zdenerwowało w tym filmie? Na początek tytułowe żmije, które z autentycznym wyglądem nie miały nic wspólnego („wspaniałe” efekty specjalne), nie wspominając już o ich modus operandi. Mieszkam w miasteczku, w którym jest całe mnóstwo żmij zygzakowatych, więc coś niecoś o nich wiem. Dodam, że zarówno żmije, jak i węże bardzo mi się podobają i między innymi dlatego właśnie lubię od czasu do czasu obejrzeć je sobie na ekranie. Ale tutaj nie było czego podziwiać. Rozumiem, że to genetycznie zmutowane osobniki, ale żeby od razu pożerały całego człowieka, zostawiając po nim tylko biżuterię? To już lekka przesada. Dodajmy do tego jeszcze parę rażących błędów logicznych. Wspomnę o jednym, który nieźle mnie rozśmieszył. W jednej z pierwszych scen filmu jakaś parka zakochanych wchodzi do namiotu , który na zewnątrz sięga im mniej więcej do pasa, ale gdy już są w środku mogą swobodnie się wyprostować (skojarzenie z magicznymi namiotami z Harry’ego Pottera nasunęło mi się automatycznie). Oczywiście tutaj mamy o wiele więcej takich śmiesznych incydentów, które skutecznie zrobiły z tego filmu nieprzeciętną komedię:)

Jak na Animal Attack film ma parę krwawych scen (w końcu ludzie pożerani są w całości), ale raczej nie zasługują one na większą uwagę. Głupota bohaterów powala – aż się dziwię, że ze swoim ilorazem inteligencji nie zginęli od razu, na początku filmu. Aż chwilami dopingowałam żmiją, bo wydawało mi się, że tylko one miały w głowie choć trochę rozumu – świetna reklama dla homo sapiens:) Nastroju grozy nie ma w ogóle. Pierwsza połowa filmu to dużo bezsensownego gadania, a mało jakiejkolwiek akcji. Ale druga część wcale nie jest lepsza, bo mimo tego, że coś zaczyna się dziać to i tak nie jest to nic nowego, w porównaniu z tym, co już widzieliśmy w innych tego typu produkcjach. Mimo wszystko film ten zbytnio mnie nie znudził, ponieważ mogłam się chociaż trochę pośmiać, więc w ogólnym rozrachunku raczej nie żałuję, że go obejrzałam.

Nie wiem, czy wypada polecić komuś film pt. „Żmije”. Może tylko tym osobom, którzy lubią czasem pośmiać się na horrorze lub do tego stopnia znają się na Animal Attackach, że potrafię przymknąć oko na ich wszystkie niedorzeczności. Odradzam osobom, którzy nie mają cierpliwości i dystansu do tego podgatunku.

niedziela, 4 lipca 2010

„Życie za śmierć” (2005), czyli film z mocnym klimatem

Adele wraz z córką Sarah wybiera się na wakacje do pasterskiego domku ojca małej. Wkrótce po przyjeździe dziewczynka ginie w tragicznych okolicznościach. Zrozpaczeni rodzice przekonani o tym, że ich córka żyje postanawiają ją odnaleźć. Ojciec decyduje się na poszukiwania wraz z miejscową grupą ratunkową. Natomiast matka sięga po niekonwencjonalne metody – zaczyna zgłębiać mitologię walijską, wierząc, że Sarah przebywa w zaświatach i tylko ona może ją przywrócić do życia. Wkrótce w ich domu pojawia się mała dziewczynka, która twierdzi, że nie żyje od 60 lat i wróciła z miejsca, w którym przebywa obecnie Sarah. Matka, aby odzyskać córkę decyduje się na najwyższe poświęcenie…

Nie spodziewałam się, czegoś takiego. Naprawdę byłam pewna, że będę miała do czynienia z kolejnym nudnawym filmem grozy, który nie zaskoczy mnie absolutnie niczym. Ale pomyliłam się. „Życie za śmierć” nacechowany jest ciężkim, mrożącym krew w żyłach klimatem grozy, który przywiódł mi na myśl atmosferę amerykańskiej wersji „The Ring”. Natomiast fabuła miejscami nasuwała skojarzenia z „Silent Hill”. I muszę powiedzieć, że ten swoisty mix tych doskonale znanych publice horrorów wypadł idealnie. Nie lubię kopii innych filmów, ale w tym przypadku taki zabieg zdał egzamin, oferując nam coś starego, przerobionego w taki sposób, że miało się wrażenie, iż ogląda się coś niezwykle oryginalnego, w tych czasach zupełnie niespotykanego w filmowych horrorze. Fabuła jest odrobinę zagmatwana, dlatego tę pozycję należy oglądać z wielkim skupieniem, aby móc zrozumieć zakończenie. No właśnie finał, może niejednemu widzowi nastręczyć trochę trudności, ponieważ na pierwszy rzut oka jest kompletnie niezrozumiały i pozbawiony większego sensu. Jednak jeśli poświęci się chwilkę na przeanalizowanie całości obrazu to na pewno zrozumie się, o co w nim chodzi. Zakończenie jest do tego stopnia niebanalne i zagmatwane, że siłą rzeczy zmusza do myślenia, ale naprawdę posiada sens tylko trzeba go dojrzeć. Mnie osobiście finał bardzo się podobał – lubię takie niedopowiedzenia w zakończeniu, które każą trochę pomyśleć.

Obsada profesjonalna, jeśli chodzi o dwie główne role. Sean Bean to stary wyjadacz, więc amatorszczyzny od niego nie można wymagać, ponieważ doskonale zna się na swojej robocie. Zaskoczyła mnie natomiast Maria Bello, naprawdę nie spodziewałam się z jej strony takiej profeski. Tą rolą udowodniła, że swoją osobą nie oferuje tylko ładnej buzi, ale także niebywały talent aktorski – do horrorów nadaje się idealnie. Podobała mi się też sceneria. Piękne pejzaże błękitnego morza, skał i zielonych pastwisk. Oczu nie można było oderwać od tych zachwycających widoczków.

„Życie za śmierć” jest doskonałym przykładem na to, że nawet efekty specjalne mogą zdać egzamin w horrorze – trzeba tylko dawkować je w odpowiednich ilościach, aby nie przedobrzyć. Tutaj, mimo że mamy parę takich efektów to zupełnie nie zaważyły one na klimacie, który bądź co bądź jest zdecydowanie największym atutem filmu. Jeśli ktoś ma ochotę na coś niekonwencjonalnego w stylu „Silent Hill” to jest to pozycja w sam raz dla niego. Ja bawiłam się na tym filmie wyśmienicie:)

„Wilkołak” (2010) – gniot roku!

Lawrence Talbot po usłyszeniu, że jego brat zginął wraca do rodzinnej posiadłości, w której mieszka teraz jego ojciec. Wkrótce potem Lawrence zostaje ugryziony przez wilkołaka i od tego czasu jest przeklęty dla świata. Zrzucić zły urok pomaga mu jego ukochana.

Wielkie gówno! I właściwie na tym krótkim stwierdzeniu mogłabym zakończyć swoją recenzję. Ale pokuszę się o dokładne opisanie debilności tego pseudo horroru. Minusów jest całe mnóstwo, ale znalazłam także jeden plus, a mianowicie piękne zdjęcia naszpikowane wspaniałymi widoczkami. I to tyle, jeśli idzie o zalety. A teraz wady:

- właściwie całość tej produkcji została zbudowana na efektach specjalnych, dodam jeszcze, że bardzo kiepskich

- nastroju grozy w sumie w ogóle nie ma

- wątek miłosny (skojarzenia z niesławnym „Zmierzchem” jak najbardziej na miejscu). Boże, jakie to oryginalne – wilkołak zakochany w człowieku… strasznie się wzruszyłam:)

- zakończenie ckliwe, jak przystało na solidny melodramat:)

- aktorstwo (za wyjątkiem Hopkinsa) tragiczne – główny bohater wszystkie uczucia obrazuje jedną miną (i znowu „Zmierzch”)

- wygląd wilkołaka to już jest jakaś kompletna farsa – potwór przywiódł mi na myśl przerośniętą małpę

- film jest stanowczo za długi. Sceny, w których nic ciekawego się nie dzieje (a jest ich mnóstwo) zostały niemiłosiernie przeciągnięte, a akcja trwa dosłownie parę minut. Tak więc wszystko to sprawia, że jedyne, co oferuje nam ta produkcja to nuda, znużenie i senność (ja naprawdę walczyłam ze sobą, aby nie zasnąć i jakoś wytrwać do końca – znakomity lek usypiający)

„Wilkołak” jest następnym przykładem na to, że horrory, które robią dużo szumu tak naprawdę niczego ciekawego nam nie oferują. Wiedziałam, że tak będzie z tym filmem, dlatego tak późno zdecydowałam się go obejrzeć – odkładałam to jak najdłużej. Jest całe mnóstwo horrorów o wilkołakach, ale ten jest zdecydowanie najgorszy. I tak, ze „Zmierzchem” ta produkcja ma sporo wspólnego – a wielbiciele tego obrazu niech sobie mówią, co chcą. Ja te podobieństwa widziałam, aż za dobrze. A co gorsze, mam przeczucie, że teraz całe mnóstwo filmów grozy będzie szło w tym kierunku, dając nam lepsze lub gorsze przeróbki „Zmierzchu” – aż się płakać chce…

Osobiście odradzam ten film każdemu wielbicielowi horrorów, a jeśli chodzi o fanów filmów fantasy to jest on jak najbardziej przeznaczony właśnie dla nich. Niech nikt nie sugeruje się szumną reklamą, czy pięknymi plakatami, bo na tym można się nieźle przejechać...