Stronki na blogu

niedziela, 25 stycznia 2015

„Cisza w eterze” (2012)


Spiker amatorskiej stacji radiowej Puszczyk, posługujący się pseudonimem Doc Rock podczas nocnej audycji odbiera telefon od seryjnego mordercy, którego prasa nazwała Nocnym Rzeźnikiem. Szaleniec informuje go, że uwięził kobietę i tylko udział Doc Rocka w osobliwej grze, puszczanej w eter w czasie rzeczywistym, może ocalić jej życie. Przerażony spiker niechętnie zgadza się na psychologiczną rozgrywkę z mordercą. A tymczasem śledczy Brix podąża za krwawymi wskazówkami podrzuconymi przez Nocnego Rzeźnika, mając nadzieję, że doprowadzą go do niego zanim pozbawi życia kolejną młodą kobietę.

Niemiecki thriller Marco J. Riedla i Carstena Vautha, na podstawie scenariusza tego pierwszego. Pełnometrażowa „Cisza w eterze” rozbudowuje historię tych twórców zaprezentowaną w 2010 roku w shorcie, który zdobył Shocking Shorts Awards na Festiwalu Filmowym w Monachium. Rozszerzona wersja miała swoją premierę w 2012 roku w Stanach Zjednoczonych na Screamfest Film Festival.

Akcja „Ciszy w eterze” zawiązuje się bardzo szybko i przez większą część seansu koncentruje się na znęcaniu się nad młodą, piękną żoną cenionego prawnika (urodziwa, acz niezbyt umiejętnie oddająca przerażenie Jasmin Lord) oraz psychologiczną rozgrywką ze spikerem radiowym, który zyskał szansę ocalenia kolejnej ofiary Nocnego Rzeźnika. Cała rozmowa Doc Rocka i zabójcy (odtwórcy tych ról, Markus Knufken i Charles Rettinghaus) idealnie wcielili się w swoje postacie) idzie w eter, dzięki czemu jego słuchacze mogą na bieżąco śledzić przebieg wydarzeń. W kinematografii motyw seryjnego mordercy został już dość mocno wyeksploatowany, więc tym bardziej cieszy, że Riedl nieco odbiegł od znanego schematu (szaleniec w wyszukany sposób pozbawia życia swoje ofiary, a śledczy podążają jego tropem). Główny wątek filmu osadził w dwóch miejscach: okazałej rezydencji, należącej do nieszczęsnej kobiety i jej męża oraz piwnicy Doc Rocka, w której ten urządził sobie amatorską rozgłośnię radiową, a większość napięcia skumulował w relacji pomiędzy trzema postaciami. Co jakiś czas, posiłkując się dynamicznym montażem płynnie przeskakiwał na śledczego Brixa (za bardzo teatralny Ronald Nitschke), który w pojedynkę stara się rozszyfrować znaczenie filozoficzno-makabrycznych wskazówek podrzuconych przez sprawcę. Najpierw sprawdza porzucony samochód, w bagażniku którego znajduje nieżywą kobietę z różą w ustach (kolczasta łodyga tkwi w jej gardle), co jest swego rodzaju wizytówką tego, od dłuższego czasu grasującego w mieście szaleńca. Pod pojazdem natrafia na jej odciętą dłoń (co również wpisuje się w zamiłowania mordercy), a w szopie nieopodal odnajduje pozszywane, bezgłowe ciało kobiety. Wszystkie tropy opatrzone są spisanymi przez Rzeźnika filozoficznymi sentencjami, których właściwa interpretacja może doprowadzić Brixa do jego aktualnego miejsca pobytu. Tymczasem gdzieś z dala od niego piękna kobieta i radiowy spiker przeżywają prawdziwe katusze. Morderca więzi żonę prawnika w ich apartamencie, ale wbrew pozorom okalecza jedynie mężczyznę. Kobietę wykorzystuje do wciągania Doc Rocka w przemyślną grę, w której najciekawszym elementem jest wymuszanie na nim przyznawania się do swoich najpodlejszych uczynków. Wszystko to trafia do uszu jego słuchaczy, którzy notabene ani myślą zawiadomić o tym incydencie policję… Aby wymusić na spikerze zeznania szaleniec aplikuje kobiecie substancję paraliżującą ją od szyi w dół, włącza piłę i w pełnych napięcia scenach zbliża obracające się ostrze do jej skóry. Naciskany w ten sposób Doc Rock szybko staje się marionetką w jego rękach, spełniając wszystkie, również makabryczne żądania Nocnego Rzeźnika. Tchórzliwy mężczyzna z czasem zgodnie z zamysłem szaleńca nabiera bohaterskich cech – własnym kosztem stara się ocalić nieznaną kobietę, aby odkupić dawne przewiny.

„Ciszę w eterze” zrealizowano w mrocznej oprawie, dostosowanej do ciężkiej psychologiczno-makabrycznej tematyki, w której to pierwsze rozegrano wręcz idealnie, z poszanowaniem wszelkich reguł suspensu i dramaturgii. Z krwawymi, dość oszczędnymi w liczbie ujęciami jest już nieco gorzej – metaliczna, rzadka krew pozostawia sporo do życzenia, a kamera „ucieka” gdzieś w bok w chwili ćwiartowania prawnika (jedynej sceny, w której mamy okazję obserwować morderstwo w czasie rzeczywistym, a nie jedynie, jako efekt wcześniejszych poczynań sprawcy). Pod koniec seansu Riedl postawił na kilka szybkich zwrotów akcji. Przez całą projekcję twórcy osnuwali aurą tajemnicy tożsamość nie mordercy, jak to zwykle w tego typu thrillerach bywa, a jego młodej ofiary. Jednakże niepotrzebnie wtłoczyli w scenariusz wątek obyczajowy, który pozwolił przedwcześnie przewidzieć jeden ze zwrotów akcji. Drugi, najbardziej znaczący, bo ukazujący w innym świetle wszystko, co wcześniej widzieliśmy, jeśli przymknie się oko na drobne oszustwa scenarzysty, mocno zaskakuje. Dynamiczna, aczkolwiek niezapominająca o budowaniu napięcia i potęgowaniu mrocznego klimatu końcówka jest naszpikowana jeszcze kilkoma zgrabnymi zwrotami akcji (rozciągniętymi do sceny pomiędzy napisami końcowymi), które znacząco zintensyfikowały i tak przygnębiający wydźwięk scenariusza.

W mojej ocenie, pomimo kilku drobnych wpadek, „Cisza w eterze” to prawdziwie elektryzujący thriller. Pomysłowy scenariusz, mroczna oprawa, dynamiczny montaż i umiejętnie potęgowane napięcie wręcz nie pozwalają spuścić oczu z ekranu, w oczekiwaniu na kolejne posunięcia seryjnego mordercy. Chciałabym żeby wszystkie dreszczowce o wielokrotnych zabójcach były nacechowane taką dramaturgią, nawet kosztem delikatnie podziurawionych scenariuszy, co niestety w tej produkcji mocno rzuca się w oczy. Czy na tyle, aby zniwelować ogromne plusy tego obrazu? Moim zdaniem nie, ale to już każdy musi ocenić sam.

sobota, 24 stycznia 2015

„Biała dama” (1988)


Halloween, 1962 rok. Mały chłopiec, Frankie Scarlatti, pada ofiarą niewybrednego kawału kolegów z klasy - zostaje zamknięty w szkolnej szatni. Po zapadnięciu zmroku jego oczom ukazuje się duch dziewczynki mordowany przez widmowego mężczyznę. Niedługo potem ktoś próbuje zabić Frankiego. Chłopiec zostaje odratowany, a kiedy dochodzi do siebie nabiera pewności, że w noc Halloween świadkował projekcji przeszłych wydarzeń oraz stanął oko w oko z od lat grasującym w okolicy seryjnym mordercą dzieci. Na domiar złego dusza zabitej przez tajemniczego szaleńca dziewczynki zaczyna nawiedzać Frankiego.

Horror Franka LaLoggii na podstawie jego własnego scenariusza zainspirowanego jedną z licznych wersji legendy o Białej Damie. W 1990 roku odtwórczyni jednej z drugoplanowych ról Katherine Helmond i wcielający się w głównego bohatera Lukas Haas byli nominowani do Saturna. Młodocianemu wówczas aktorowi udało się zdobyć nagrodę Young Artist, do której nominowano również „Białą damę”. Krytycy w większości docenili produkcję LaLoggii za budowanie napięcia, realizację i odżegnywanie się od epatowania makabrą, choć niektórzy przyznawali, że intryga kryminalna jest mocno przewidywalna.

Prolog filmu obrazuje dorosłego Frankiego Scarlatti, który trudni się pisaniem przerażających książek. Kiedy ktoś pyta go, czy kiedykolwiek był świadkiem wydarzeń zbliżonych do tych, które kreuje w swojej twórczości mężczyzna zaczyna przypominać sobie feralny rok 1962. Owa retrospekcja rozciąga się na cały film, a dorosły Frankie, co jakiś czas pełni w niej rolę narratora. Niezaprzeczalną siłą „Białej damy” jest małomiasteczkowy klimat a la Stephen King. Przygnębiające jesienne i zimowe zdjęcia zdominowanego przez przyrodę, spokojnego zakątka Stanów Zjednoczonych, zamieszkałego przez niewielkie skupisko ludzi. Stylizacja na lata 60-te XX wieku i sielski klimat szczególnie mocno skupiający się na podkreślaniu beztroskiej dziecięcej egzystencji przy akompaniamencie znakomitej ścieżki dźwiękowej skomponowanej przez samego LaLoggię to swego rodzaju wizytówki tego obrazu, które kto wie, może przypomną dorosłym widzom magiczne, szczenięce lata. Taki z pewnością był nadrzędny zamiar twórców w stosunku do starszych odbiorców. Młodszych natomiast (bo w tę grupę również celowano) może zaniepokoić taka stylistyka przypominająca nieśmiertelne „Opowieści z krypty”, „Gęsią skórkę” i „Czy boisz się ciemności?”. Scenariusz miesza konwencję ghost story z kryminałem, w którym rolę detektywów pełnią młodociani bracia, Frankie i Geno. Chłopcy za podszeptami zjawy zamordowanej przed laty dziewczynki starają się odnaleźć duszę jej zmarłej matki oraz rozszyfrować personalia seryjnego mordercy. Wszystkie nadnaturalne wstawki w dzieciństwie pewnie napędziłby mi niemałego stracha, ale z dzisiejszej perspektywy mocno trąciły kiczem. Efekt wklejania postaci w tło w trakcie latania nad miasteczkiem, sztucznie wygenerowana komputerowo świecąco-przezroczysta zjawa małej dziewczynki, która już w zamyśle LaLoggii nie miała wywoływać niepokoju tylko współczucie i wreszcie delikatnie ucharakteryzowana tytułowa kobieta w bieli snująca się po klifie. Paradoksalnie najbardziej nastrojowe są sceny z żywymi. Szczególnie silne wrażenie robi demonicznie umalowana Helmond schodząca ze schodów w starym, owianym złą sławą iście upiornym domku, stojącym nieopodal nawiedzonego klifu. Wątki stricte kryminalne również znacząco podnoszą poziom „Białej damy”, odrobinę niwelując niesmak nieumiejętną ingerencją komputera w ujęciach horrorowych. Tutaj najbardziej przypadło mi do gustu oskarżenie o seryjne zbrodnie czarnoskórego woźnego, który podczas próby zabójstwa Frankiego przebywał w budynku szkolnym. LaLoggia wyraźnie dotyka tutaj problematyki rasizmu. Najmocniej akcentuje to w trakcie rozmowy ojca Frankiego z szeryfem, który mówi wprost, że woźny ze względu na kolor swojej skóry jest idealnym kozłem ofiarnym. Scena w kościele, kiedy to matka jednej z ofiar mordercy atakuje rodzinę oskarżonego również sygnalizuje mentalność amerykańskiej społeczności lat 60-tych. Oburzenie rozchwianej psychicznie agresorki można zrozumieć, ale pasywna postawa pozostałych wiernych ma już mocno rasistowski wydźwięk.

Oprócz wątków rodem z ghost story i przewidywalnej, acz mimo to wciągającej intrygi kryminalnej w „Białej damie” można zaobserwować również, moim zdaniem niepotrzebne ustępy komediowe. Humorystyczne perypetie dziadków Frankiego, którzy czynią sobie nawzajem różnego rodzaju złośliwości zauważalnie miały stanowić swego rodzaju przerywniki we właściwej akcji, w zamyśle dać widzom wytchnienie od poważniejszej tematyki. Problem tylko w tym, że owe wątki były bardziej żałosne niż śmieszne, a fabuła z perspektywy dorosłego widza nie była tak ciężka, żeby musiała stopować napięcie za pomocą dowcipu.

„Biała dama” to taka ghost story w wersji lajt, która może zachęcić dorosłych widzów interesującą, acz mało straszną fabułą oraz iście magiczną realizacją. LaLoggii udało się opowiedzieć konwencjonalną historię w leniwy sposób, który z jakiegoś niepojętego dla mnie powodu, mimo wszystkich wad jego produkcji mocno mnie urzekł. Oczywiście żałuję, że nie obejrzałam tego filmu w dzieciństwie, bo jego stylistyka zapewne najsilniej będzie oddziaływać na młodszych odbiorców. Ale jako taki odprężający zapełniacz czasu obraz zdał egzamin, więc mimo wszystko polecam widzom o słabszych nerwach.

czwartek, 22 stycznia 2015

„Głęboka czerwień” (1975)


Niemiecka telepatka, Helga Ulmann, zostaje zamordowana. Zaalarmowany jej krzykiem pierwszy na miejscu zbrodni pojawia się pianista Marcus Daly. Policja wszczyna dochodzenie, które wkrótce rozrasta się na kolejne ofiary tego samego sprawcy. Tymczasem Daly nie może oprzeć się uczuciu, że morderca go obserwuje. Postanawia połączyć siły z piszącą artykuł o tej sprawie, dziennikarką Gianną Brezzi i odnaleźć zabójcę zanim ten obierze sobie jego za kolejny cel.

„Głęboka czerwień” to obok „Suspirii” najsłynniejsza produkcja najbardziej docenianego przez masowych widzów i krytyków włoskiego twórcy kina grozy, Dario Argento. Scenariusz wirtuoz nurtu giallo napisał wspólnie z Bernardino Zapponim, a muzykę skomponował kultowy już zespół Goblin, który zastąpił pianistę i kompozytora jazzowego Giorgio Gasliniego (ostatecznie parę jego utworów wykorzystano w filmie). Obecnie „Głęboka czerwień” jest dostępna w kilku wersjach – najdłuższa ma 126 minut, pozostałe poddano różnej długości cięciom. Niektóre wydania już na początku filmu w jednym kadrze ujawniają mordercę. Lwia część wielbicieli twórczości Dario Argento mianem jego najlepszego horroru określa „Głęboką czerwień” bądź „Suspirię”. Mnie wybór nie nastręcza żadnych problemów, bowiem po obejrzeniu tego drugiego na długo zniechęciłam się do produkcji Argento. Surrealistyczny klimat i widowiskowa realizacja oczywiście zachwycały, ale w obliczu tak mało interesującej fabuły szybko przestały mi wystarczać. W „Głębokiej czerwieni” natomiast wszystko stoi na naprawdę wysokim poziomie, łącznie ze scenariuszem.

Już pierwsze ujęcia z przemieszczającej się kamery z licznymi zbliżeniami sygnalizują widzom podejście twórców do narracji. Sporo subiektywnego filmowania z punktu widzenia mordercy, osobliwe tricki chaotycznego rejestrowania otoczenia, mające sprawiać wrażenie, jakby operatorzy, co jakiś czas poszukiwali bohaterów filmu, kilka surrealistycznych (ale bez przesady) wstawek, w których centrum znajdują się na przykład oczy postaci bądź kapiący z ich twarzy pot. Realizację znacząco wpiera ścieżka dźwiękowa zespołu Goblin i Giorgio Gasliniego, płynnie przechodząca z mrocznych po skoczne tony przyjemnie kontrastujące z sekwencjami szczytowej grozy. To wszystko ze swego rodzaju lekkością tworzy naprawdę niepokojący, lekko przybrudzony klimat, tak jakby Argento generował atmosferę automatycznie, bez rzucającego się w oczy szczególnie we współczesnych horrorach, wymęczania mrocznej aury wszechobecnego zagrożenia. Owo niebezpieczeństwo uosabia tajemniczy seryjny morderca w skórzanych rękawiczkach (jak to zwykle w giallo bywa), który bynajmniej nie ogranicza się do jednego modus operandi – do pozbawiania życia swoich ofiar wykorzystuje wszystko, co akurat ma pod ręką. Pierwsza osoba, telepatka Helga, ginie nadziana na odłamki szkła ze stłuczonego okna. Pornograficzne zbliżenia na spływające wściekle czerwoną, wręcz groteskową krwią udowadniają, że Argento nie boi się daleko idącej dosłowności, na którą porywa się również podczas późniejszych mordów. Moim zdaniem najbardziej realistyczna sekwencja mordu, obrazuje podtapianie kobiety we wrzącej wodzie, zakończone długim ujęciem jej pokrytej pęcherzami twarzy. Ale uderzanie zębami mężczyzny o kanty mebli również sprawia odstręczające wrażenie – tym bardziej, że tak mocno rozwleczono tę sekwencję w czasie. Oprócz wymienionych scen mordów zobaczymy jeszcze dwa szybkie finalne zgony (nie licząc tego z retrospekcji). Jak na przeszło dwugodzinny film to niewiele, ale o dziwo nie miałam poczucia niedosytu, pewnie dlatego, że twórcy zrekompensowali mi tę niewielką ilość mordów ich należytą długością oraz odwagą w epatowaniu makabrą. Ale niemałą rolę w podsycaniu mojej ciekawości „Głęboką czerwienią” odegrała również doskonale przeprowadzona intryga kryminalna.

Głównych bohaterów wykreowali David Hemmings i Daria Nicolodi, oboje mocno wyegzaltowani, chwilami wręcz groteskowi, ale znając stylistykę filmów Argento nie zdziwiłabym się, gdyby był to celowy zabieg. Relacja odgrywanych przez nich postaci, Marcusa i Gianny, jest dynamiczna – od nienawiści po sympatię. Początkowo ich kłótnie koncentrują się na kwestii równouprawnienia płci. Gianna to typowa wyzwolona, bezkompromisowa kobieta, która pragnie we wszystkim dorównywać mężczyznom (ujęcia z siłowaniem się na rękę). Marcus jest bardziej konserwatywny i narcystyczny. Uważa, że rola kobiety w społeczeństwie powinna być ograniczona, że to na mężczyznach ciąży obowiązek budowania kraju. Posiłkując się tymi zgoła odmiennymi światopoglądami głównych bohaterów scenarzyści nie tylko poruszyli odwieczny problem równouprawniania płci (obiektywnie, bez narzucania widzom swoich poglądów), ale również zdynamizowali relację pierwszoplanowej parki. Z czasem twórcy dotknęli również tematyki homoseksualizmu, w równie bezstronny, ale dający do myślenia sposób. Jednak na pierwszym planie nieodmiennie pozostaje jakże trzymające w napięciu, pełne zwrotów akcji, wciągające śledztwo Marcusa i Gianny. Argento nie tylko zadbał o obsesyjne wręcz budowanie suspensu i przyspieszające tętno momenty szczytowej grozy, ale również wtłoczył w scenariusz kilka zgrabnych zmyłek, mających za zadanie oddalić podejrzenia od właściwego mordercy (dałam się na to złapać – po drugim morderstwie, pod subtelne dyktando scenarzystów, aż do końca typowałam na sprawcę niewłaściwą osobę). Ciekawy okazał się również mylący zabieg sygnalizowania ingerencji sił nadprzyrodzonych, uosabianych dziecięcą piosenką zwiastującą rychłe pojawienie się mordercy i wątkiem rzekomo nawiedzonego domu, w którego wnętrzu moim zdaniem mają miejsce najbardziej klimatyczne ujęcia.

Moim zdaniem w „Głębokiej czerwieni” Dario Argento osiągnął wyżyny klimatu i makabry, a to wszystko w tle jednego z najbardziej intrygujących dochodzeń kryminalnych, jakie dane mi było do tej pory w giallo oglądać. Film zasłużenie zaskarbił sobie sympatię opinii publicznej, bo naprawdę grzechem byłoby nie zachwycać się nad takim kunsztem realizatorskim i fabularnym.

wtorek, 20 stycznia 2015

Gustav Meyrink „Golem”


Konserwator sztuki, jubiler i artysta, Atanazy Pernat zajmuje małe mieszkanko w kamienicy, stojącej w żydowskim getcie w Pradze. Monotonne życie mężczyzny zmienia się, kiedy tajemniczy klient, którego twarzy nie udaje mu się zapamiętać zleca mu naprawę zdobionej litery na okładce księgi „Ibbur”. Wkrótce potem dowiaduje się, że w przeszłości wyczyszczono mu pamięć, a w dzielnicy, w której mieszka mają miejsce niepokojące wydarzenia. Bogaty żydowski handlowiec, Aron Wassertrum, próbuje zdekonspirować romans hrabiny Angeliny z sąsiadem Pernata, którego nienawidzi za dawne przewinienia. Atanazy chcąc pomóc kobiecie łączy siły ze studentem, Charouskiem, który z kolei nie pała sympatią do Wassertruma. Na domiar złego tutejsi mieszkańcy utrzymują, że w po dzielnicy zaczął krążyć legendarny Golem, jakoby objawiający się, co trzydzieści trzy lata. Czującego dziwną więź z upiorem Pernata nawiedzają koszmarne sny i niejasne wizje, których sens pomagają mu odkryć rabin Schemajah Hillel i jego piękna córka Miriam.

Kultowa powieść egzystencjalistyczna austriackiego pisarza Gustava Meyrinka (Gustava Meyera), w formie książkowej po raz pierwszy wydana w 1915 roku. Poddający się niezliczonym interpretacjom mroczny tekst przez lata był przedmiotem sporu wielu badaczy, doszukujących się w „Golemie” skomplikowanej symboliki i mnogości przesłań. Nic w tym dziwnego, ponieważ Meyrink swoją historię skonstruował w typowym dla siebie mistyczno-psychologicznym stylu, którego interpretacja zależy od indywidualnej wrażliwości czytelnika. Polskie nowe wydanie wydawnictwa Vesper w zjawiskowym tłumaczeniu młodopolskiego poety, dramatopisarza i prozaika Antoniego Lange, z mrocznymi grafikami Hugo Steinera-Praga jest godne geniuszu „Golema”. A posłowie autorstwa Macieja Płazy (który moje serce zdobył znakomitymi tłumaczeniami prozy legendarnego autora literatury grozy, H.P. Lovecrafta) zapoznaje czytelników ze skrótową biografią autora, inną jego twórczością i oczywiście jedną z licznych interpretacji „Golema”.

„Nieujęte widmo zbrodni czai się tu w tych ulicach we dnie i w nocy i pragnie się ucieleśnić. Zawisło w powietrzu, a my go nie dostrzegamy. Nagle wpada w którąś z ludzkich dusz - nikt z nas tego nie przeczuwa. A kiedy w końcu zdążymy to pojąć – widmo traci swą postać i wszystko jest po dawnemu. I tylko niewyraźne słowa o jakimś okropnym zdarzeniu dochodzą do nas.”

Zagadkowość konstrukcji „Golema” zaczyna się już od pierwszych stron, opisujących sen głównego bohatera Atanazego Pernata. Kiedy mężczyzna się budzi nie dowierza swoim personaliom, co znajdzie wytłumaczenia dopiero w finale powieści. Wszystkie wcześniejsze wydarzenia są osobliwą kompilacją kryminału z literaturą grozy, podanych w ramach kierunku filozoficznego, zwanego egzystencjalizmem z odniesieniami do kabały. Atanazy Pernat jest wręcz szablonowym przykładem bohatera egzystencjalistycznego. Cierpiący katusze istnienia, przekonany o swej niepełności (utrata pamięci), skazany na wolność i przytłoczony błyskawicznym upływem czasu. Jego monotonna egzystencja, wypełniona głównie pracą z czasem zostaje napiętnowana przez nieuchwytną grozę, trwogę przed nieznanym, symbolizowaną legendarnym Golemem i manifestacjami jego sobowtóra (tutaj, jak również zauważył Maciej Płaza w posłowiu Meyring inspirował się opowiadaniem Edgara Allana Poego pt. „William Wilson”). Koszmarne sny i wizje Pernata wkrótce zmuszą go do poszukiwania wewnętrznego spokoju – odrzucenia kajdan śmiertelności na rzecz duchowego poznania. Patrząc z perspektywy współczesnego czytelnika automatycznie narzuca się tutaj interpretacja psychologiczna. Rozchwiany psychicznie główny bohater dzisiejszemu odbiorcy może się jawić, jako mimowolny sprawca wszystkich „nadnaturalnych” wydarzeń przytoczonych w powieści. Można domniemywać, że wszystko rozgrywa się tylko w jego głowie, że tak silnie utożsamił się z legendarnym Golemem, iż sam zaczął się nim stawać (wątek z przywdzianiem stroju potwora, w którym społeczeństwo żydowskie pomyliło go z Golemem). Meyrink znany ze swojej fascynacji okultyzmem i religiami tajemnymi wolałby zapewne, żeby wszystkie nadnaturalne wydarzenia z powieści traktować dosłownie, żeby czytelnik wierzył w świadectwo oczu głównego bohatera i odczytywał mistyczną symbolikę wtłoczoną w akcję, w postaci na przykład odniesień do kabały i tarota. Badacze literatury oczywiście chętnie to czynią, ale w moim mniemaniu nietuzinkowość „Golema” zasadza się przede wszystkim na możności wielorakiej interpretacji, nawet takiej, która być może nie była zamysłem autora.

„Świat jest po to, abyśmy go uważali jako nieistniejący […] wtedy dopiero zaczyna się życie.”

Rozpatrując „Golema” jako powieść grozy, bez wgłębiania się w symbolikę, nie pozostaje mi nic innego, jak oddać hołd wyczuciu klimatu Meyrinka. Wszystkie manifestacje nieznanego i nocne wątki osuwania się Pernata w głąb szaleństwa autor oddał z poszanowaniem reguł horroru, kładąc szczególny nacisk na wręcz napierającą na czytelnika mroczną atmosferę niezdefiniowanego zagrożenia. Skąpane w gęstym mroku pomieszczenia, w których akurat przebywa Pernat, subtelne oznaki przedostania się nieznanego do naszego świata (czy to interpretowanego w kategoriach szaleństwa mężczyzny, czy wszelkiego rodzaju widm), obsesyjne wręcz potęgowanie nastroju i niepokojące, wieloznaczne kulminacje robią wrażenie szczególnie dziś, w erze swego rodzaju lenistwa pisarzy. Literatura pierwszej połowy XX wieku charakteryzowała się kwiecistymi opisami, zdaniami złożonymi i dogłębną charakterystyką postaci, co powieściom grozy, w których bardzo ważne jest dłuższe skupienie na nakreślaniu atmosfery dodawało sporo uroku. Meyrink nie był tutaj żadnym wyjątkiem – jego pióro można spokojnie postawić obok takich znakomitości, jak Edgar Allan Poe, czy H.P. Lovecraft. Ważną rolę w budowaniu klimatu odgrywa również miejsce akcji – biedna dzielnica żydowska w Pradze, pełna odrapanych, niemalże walących się kamienic. Ciasne, brudne ulice zatłoczone dziewczętami trudniącymi się nierządem i żebrzącymi o kromkę chleba.  Ale „Golem” to nie tylko horror. Jak już wspomniałam autor pokusił się również o znacznie urozmaicającą i komplikującą fabułę intrygę kryminalną, w centrum której znalazł się Atanazy Pernat. Uosobieniem zła jest sklepikarz Aron Wassertrum, który zagraża bezpieczeństwu jednej z kobiet życia głównego bohatera, hrabinie Angelinie (drugą jest oświecona, wypatrująca cudów Miriam). Natomiast wcieleniem typowego detektywa jest student Charousek, który z powodów osobistych stara się zniszczyć mściwego sklepikarza. Młodziak łączy siły z Pernatem, który z czasem konstatuje, że poświęcił wszystko w walce z bezwzględnym Wassertumem dla kobiety, która nawet nie była jego życiową wybranką. Ale zauważa również, że gdyby nie podszepty własnego ja bądź Golema każące mu uwikłać się w tę niebezpieczną intrygę nie odnalazłby drogi do wiecznego spokoju, do wyzbycia się trawiącej go samotności i przekonania o bezsensie istnienia na rzecz duchowego przebudzenia. Wątki stricte horrorowe ściśle łączą się tutaj z elementami kryminalnymi – dopełniają się tak idealnie, że ma się wrażenie, iż w „Golemie” jedno nie może istnieć bez drugiego.

Cóż mogę rzec gwoli podsumowania? Podkreślić, że najsłynniejsza powieść Gustava Meyrinka jest arcydziełem literatury? Nie, na takie określenie „Golem” na pewno sobie nie zasłużył. Aby w pełni oddać jego geniusz w jednym zdaniu należałoby znaleźć słowa przewyższające miano arcydzieła, bo tego rodzaju perełek pomimo długoletniej historii literatury na światowym rynku jest niewiele.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu