Stronki na blogu

czwartek, 22 maja 2014

„Dziecko Rosemary” (2014)


Rosemary i Guy Woodhouse spodziewają się dziecka, jednak podczas badania lekarz informuje ich, że płód jest martwy. Jakiś czas potem młode małżeństwo postanawia przeprowadzić się na rok do Paryża, gdzie Guy dostaje pracę wykładowcy angielskiego na dużej uczelni, a w wolnych chwilach oddaje się pisaniu książki. Wkrótce po zadomowieniu się we Francji Rosemary i Guy poznają Margaux i Romana Castevetów, którzy wprowadzają ich do swojego klubu, w skład którego wchodzą bogaci i wpływowi mieszkańcy Paryża, którzy wzajemnie się wspierają. Początkowo te nowe znajomości są dla Woodhouse’ów niczym wygrana na loterii. Przeprowadzają się do drogiego mieszkania w Chimerze – najokazalszego apartamentowca w Paryżu, należącego do Castevetów, Guy wydaje książkę, a członkowie nowego klubu robią wszystko, aby rozwiązać ich wszystkie, drobne problemy. Wszystko ulega zmianie, gdy Rosemary zachodzi w ciążę. Ciągła nieobecność męża, złe samopoczucie i dziwne wydarzenia, którym świadkuje zmuszają ją do bliższego przyjrzenia się Castevetom. Z czasem nabiera pewności, że znajduje się w centrum zainteresowania satanistycznego kultu, który ma jakieś plany, względem jej jeszcze nienarodzonego syna.

Kiedy trafiły do mnie pierwsze informacje o planowanym remake’u jednego z moim ulubionych horrorów, arcydzieła Romana Polańskiego z 1968 roku delikatnie mówiąc nie byłam zadowolona, wychodząc z założenia, że dzieła skończonego nie należy uwspółcześniać. Jednakże późniejsze śledzenie doniesień z planu rozpaliło moją ciekawość – nadal byłam przekonana, że Polańskiego nikt nie przebije, ale miałam nadzieję na przynajmniej przyzwoitą rozrywkę. Teraz, po skończonym seansie, muszę niestety po raz kolejny przyznać, że jeśli chodzi o tegoroczne horrory o wiele bezpieczniejszy jest daleko idący sceptycyzm, bo entuzjastyczne podejście na ogół skutkuje daleko idącym rozczarowaniem. Planowo nowe „Dziecko Rosemary” miało być miniserialem złożonym z czterech odcinków, które ostatecznie skrócono do dwóch niemalże półtoragodzinnych, które tak na dobrą sprawę można było z powodzeniem połączyć w jedną wspólną całość i wyemitować w telewizji, jako taki dłuższy film pełnometrażowy. Reżyserii podjęła się nasza rodaczka, Agnieszka Holland, a za produkcję odpowiadały Stany Zjednoczone. Jako, że miniserial został wyprodukowany na potrzeby telewizji budżet był dość okrojony, ale to nie on ostatecznie pogrążył tę produkcję, a rozwleczony scenariusz Scotta Abbotta i Jamesa Wonga oraz rzecz jasna brak doświadczenia Agnieszki Holland w pracy nad kinem grozy.

„Grzechy ojca nie powinny przechodzić na syna.”

Zamiarem Agnieszki Holland zauważalnie było całkowite odcięcie się od kultowej wersji Romana Polańskiego i stworzenie czegoś nowego, luźno opartego na prozie Iry Levine’a. A więc formalnie nowe „Dziecko Rosemary” jest bardziej readaptacją, aniżeli remake’iem. Zapewne reżyserka zdawała sobie sprawę, że próba kopiowania dzieła skończonego Polańskiego jedynie pogrąży jej film, bo gatunek horror absolutnie nie jest jej domeną. I chociaż jej wersja jest dużo gorsza od wiernej ekranizacji książki Levina z 1968 roku to chociażby za tę konsekwencję w tworzeniu całkiem nowej historii należą się Holland brawa (w przeciwieństwie do na przykład Kimberly Peirce, twórczyni nowej „Carrie”, która uciekała w stronę wizji Briana De Palmy). Oczywiście, kilka punktów wspólnych z książką i wersją Polańskiego jest, bo w przeciwnym razie to nie byłoby „Dziecko Rosemary”, ale wydarzenia do nich prowadzące znacząco zmodyfikowano. Akcję umieszczono w Paryżu, a nie jak to miało miejsce w pierwotnych wersjach w Nowym Jorku, rozbudowano historię przeklętego apartamentowca oraz kultu Szatana i przede wszystkim zrezygnowano z klimatu wielkomiejskiej paranoi, tak mocno potęgowanego przez Polańskiego. Pierwsze półtora godziny, jak już słusznie zauważyli krytycy niemiłosiernie się dłuży, bowiem cała akcja opiera się głównie na wodolejstwie – rozwleczonych do granic możliwości, nudnych dialogach. Niesmak dodatkowo budzi niemożność stworzenia tej diabelskiej aury, znanej nam z innych horrorów satanistycznych. Choć obraz utrzymano w ciemnych barwach Holland nie potrafiła wykrzesać z nich jakiegoś solidniejszego klimatu. Tak jakby myślała, że mroczna kolorystyka wespół z nie przeczę nastrojową ścieżką dźwiękową to wszystko, czego po horrorze można oczekiwać. Zapomniała chyba o profesjonalnych operatorach, którzy być może wykrzesaliby z tego choćby minimum grozy. A sytuację dodatkowo pogrążały te nieszczęsne „niekończące się” dialogi. Holland chyba zauważyła, że jej film niebezpiecznie oddala się od horroru, bo wtłoczyła kilka krwawych scen. Pierwsza ma miejsce w trakcie rozmów kwalifikacyjnych na stanowisko wykładowcy dużej uczelni. Konkurentka Guy’a nagle wpada w szał – widzi muchy latające po gabinecie, słyszy zniekształcony głos swojego potencjalnego pracodawcy, po czym rani go nożem, a siebie raz za razem dźga w szyję. Później przychodzi kolej na przyjaciółkę Rosemary, która w trakcie kursu gotowania zostaje poparzona rozgrzanym olejem, po czym uderza tyłem głowy o kant blatu. Krew podobnie, jak w poprzedniej scenie leje się strumieniami, a dodatkowe wrażenia gwarantuje umiejętnie ucharakteryzowana poparzona połowa twarzy kobiety. Takich scen ocierających się o gore jest więcej. Choćby zaczerpnięta od Polańskiego sławetna scena zjadania surowego mięsa przez ciężarną Rosemary – tutaj bardziej zniesmaczająca, bo opierają się na konsumpcji zakrwawionych wnętrzności kurczaka, dopiero co wyciągniętych z jego wnętrza. I wreszcie wstrząsająca historia Chimery, dawniej zamieszkanej przez grupę kanibali – scena z porcjowaniem mięsa zabitego mężczyzny i zjadanie wyrwanego prostytutce serca robią naprawdę mocne wrażenie. Wygląda na to, że Holland lepiej odnajduje się w estetyce gore, ale choć jestem jej wdzięczna za te drobne urozmaicenia nudnego scenariusza to niestety muszę zaznaczyć, że to nie ten film. Od „Dziecka Rosemary” wymagam przede wszystkim duszącej atmosfery. Gore, jako dodatek – nie mam nic przeciwko, ale nie zamiast klimatu.

Kluczową sceną „Dziecka Rosemary” zawsze był gwałt przez Szatana, który tutaj również się pojawia, ale dopiero pod koniec części pierwszej (co już powinno wam dać rozeznanie, jak mocno rozwleczono początkowe półtora godziny seansu). Błądzenie Rosemary między jawą a snem jest całkiem przyzwoitym popisem montażysty, a sam stosunek, choć znowuż wyjałowiony z klimatu grozy zachwyca zniekształconymi plecami Szatana. Drugi odcinek miniserialu, obrazujący przebieg ciąży Rosemary powinien już naturalną koleją rzeczy opierać się na jej domniemanej paranoi, ale Holland poszła w zupełnie innym, dosłownym kierunku. Dzięki rozmowom Guy’a z Castevetami nikt nie będzie miał wątpliwości, że podejrzenia głównej bohaterki względem nich są słuszne. Być może Holland uznała, że próba stworzenia wielorakiej interpretacji nie zda egzaminu, bo każdy już zna tę historię, aczkolwiek takie jednotorowe podejście i tak mocno mnie rozczarowało. Zdecydowanie wolałabym obserwować oznaki domniemanego szaleństwa Rosemary, nawet znając ich właściwą naturę.

Obsada spisała się średnio (jak i cała ta produkcja). Najbardziej rozczarowuje odtwórczyni roli głównej, Zoe Saldana, która najbardziej raziła sztucznymi atakami histerii. Nie udźwignęła tej bądź, co bądź niełatwej roli. O wiele lepiej od niej spisał się Patrick J. Adams, filmowy Guy, być może dlatego, że miał o wiele łatwiejszą, stateczną rolę. Znalazło się również miejsce na drobny akcent polski – Weronikę Rosati w epizodycznej rólce, klientki baru, której niedane było wypowiedzieć nawet słowa. Cóż, biorąc pod uwagę jej wątpliwy warsztat aktorski to chyba dobrze.

Nowe „Dziecko Rosemary” z całą pewnością zawiedzie wielbicieli książki Levina i ekranizacji Polańskiego. I nie chodzi tutaj o znaczącą modyfikację tej historii, bo zawsze lepiej oglądać coś nowego, aniżeli obcować z dziełami bezwstydnych kopistów. Historia Agnieszki Holland jest zdecydowania gorsza od tej opisanej w pierwowzorze literackim, głównie przez wzgląd na te rozwleczone, nudnawe dialogi, ale też przez brak jakiegokolwiek klimatu grozy, co w filmie pod takim tytułem nie powinno mieć racji bytu. Jestem wdzięczna Holland za te liczne modyfikacje, ale jej nieznajomość prawideł gatunku tak bije z ekranu, że naprawdę ciężko jest przebrnąć przez ten film. Podejrzewam, że takie miałkie coś nie zadowoli nawet osób nieznających wersji Polańskiego, a co dopiero jej wielbicieli. Zdecydowanie niepotrzebna readaptacja.

wtorek, 20 maja 2014

"Odd Thomas: Pogromca zła" - polska premiera ekranizacji bestsellera Deana Koontza

Już od 20 maja w Kinie Internetowym Cineman.pl będzie można zobaczyć film "Odd Thomas: Pogromca zła" z Willemem Dafoe, Antonem Yelchinen i Addison Timlin. Film zrealizowany przez twórców "Mumii" dostępny jest po raz pierwszy w Polsce wyłącznie w ofercie Super Premium VOD.

"Odd Thomas: Pogromca zła" to opowieść o młodym kucharzu, który posiada niezwykły dar umożliwiający mu kontakty ze światem zmarłych. Pewnego dnia odkrywa tajemniczy portal, przez który przenikają do miasta upiorne monstra. Tylko Odd może uchronić mieszkańców miasteczka przed prawdziwą apokalipsą, którą zamierza zgotować im armia demonów.

Film powstał na motywach pierwszej części bestsellerowej serii powieści o Oddzie Thomasie autorstwa jednego z czołowych twórców thrillerów - Deana Koontza. Jego książki zostały przetłumaczone na 38 języków, a 13 powieści trafiło na listę bestsellerów "New York Timesa". Kolejne wydania przygód Odda sprzedały się na świecie w nakładzie przekraczającym 20 milionów egzemplarzy.

Za reżyserię i scenariusz odpowiada Stephen Sommers ("Mumia", "Van Helsing", "Król Skorpion"). Jako Odd Thomas wystąpił Anton Yelchin, znany z roli Chekova w pełnometrażowym remake'u serialu "Star Trek" i jego sequelu "W ciemność: Star Trek". Yelchin wcielił się także w postać Kyle'a Reese'a w piątej części Teminatora ("Terminator: Ocalenie"). Towarzyszy mu Addison Timlin, której talent aktorski można podziwiać w serialu "Californication". W filmie zobaczymy również dwukrotnie nominowanego do Oscara Willema Dafoe ("Nimfomanka", "Spiderman"), który tym razem wciela się w postać szeryfa.

Już od 3 czerwca w wyjątkowej ofercie Super Premium VOD na Cineman.pl zostaną udostępnione dwie kolejne premiery. Pierwsza propozycja to pełen zaskakujących zwrotów akcji thriller "Feralna noc" z Johnem Cusackiem i Robertem De Niro w rolach głównych. Drugim premierowo udostępnionym tytułem będzie historia niezwykłego romansu - film "Oblicze miłości" z rewelacyjnym duetem aktorskim: Annette Bening i Edem Harrisem. Każdy z filmów użytkownicy serwisu będą mogli zobaczyć jeszcze przed polską premierą DVD, również w jakości HD.

 
Źródło: Informacja otrzymana od
www.cineman.pl

poniedziałek, 19 maja 2014

„Zew piekieł” (2000)


Amerykanka, Kristie St. Clair, wychodzi za przystojnego brytyjskiego dziennikarza, Marca. Gdy po dziewięciu miesiącach rodzi im się syn, Dylan, kobieta jest przekonana, że właśnie osiągnęła pełnię szczęścia, a jej przeznaczeniem jest szczęśliwe życie u boku rodziny. Kilka lat później przyjaciółka Kristie zostaje zamordowana, a tajemniczy taksówkarz wyznaje jej, że biologicznym ojcem Dylana jest Szatan i tylko ona może powstrzymać zapowiadany w Apokalipsie św. Jana Armagedon. Początkowo kobieta nie daje wiary jego słowom, ale coraz bardziej niepokojące zachowania Dylana i Marca wkrótce wywołują w niej wątpliwości.

Niskobudżetowy „Zew piekieł” jest jedynym pełnometrażowym obrazem w reżyserskiej karierze Richarda Caesara. Niemiecko-amerykański horror satanistyczny, zrealizowany na potrzeby telewizji, bynajmniej nigdy nie cieszył się wielkim zainteresowaniem opinii publicznej. W Polsce „Zew piekieł” przeszedł bez większego echa, gdzieś się zagubił pośród innych tytułów i tylko nieliczni zdecydowali się dać mu szansę, a większość z nich delikatnie mówiąc nie była zadowolona z seansu. Powód jest tylko jeden, ale dosyć znaczący. Otóż, scenarzyści, John Rice i Rudy Gaines, mocno inspirowali się „Dzieckiem Rosemary” i „Omenem” – właściwie prawie cały film jest kompilacją tych dwóch kultowych obrazów, twórcy niewiele dodają od siebie i co więcej w ogóle tego nie ukrywają.

Nie jestem przeciwniczką powtarzania znanych motywów z innych horrorów w nowszych produkcjach pod warunkiem, że zrealizowano je z naciskiem na fabułę, a nie popisywania się nowoczesnymi efektami specjalnymi. Tak się składa, że motyw dziecka w roli Antychrysta jest moim ulubionym w horrorze satanistycznym, ale tylko jeśli jego kreacja czerpie z zamysłu Richarda Donnera. Moim zdaniem za tak olbrzymi sukces „Omena” w dużej mierze odpowiada odtwórca głównej roli, Harvey Stephens. Pomiot Szatana w skórze słodkiego dzieciaczka z charakterystycznym figlarnym błyskiem w oku był istnym strzałem w dziesiątkę. Ku mojemu zadowoleniu Caesar również skorzystał z takiego kontrastu wyglądu i osobowości, przydzielając rolę Dylana, Alexowi Roe-Brownowi – aparycyjnie sympatycznemu blondaskowi z niewinną twarzyczką i przede wszystkim tym figlarnym błyskiem w oku, nie na miarę Stephensa, ale zawsze. Kreacja jego matki przypadła natomiast w udziale znanej wielbicielom kina grozy, Laurze Harris („Oni”, „Redukcja”), której daleko było do swojego młodszego kolegi po fachu, ale w ogólnym rozrachunku poradziła sobie całkiem znośnie.

„Zew piekieł” jest filmem zrealizowanym tanim kosztem, a więc nie uświadczymy tutaj widowiskowych efektów specjalnych. Na pracę kamery narzekać nie można, co prawda nie jest jakimś operatorskim mistrzostwem na miarę Oscara, ale jak na niskobudżetówkę jest całkiem przyzwoicie, co wcale nie znaczy, że poszukiwacze hollywoodzkich mega produkcji mają tutaj co szukać. Nie, film zdecydowanie skierowany jest do osób, akceptujących tanie obrazy, skupiające się tylko i wyłącznie na fabule. Ja doskonale się odnajduję w tego rodzaju telewizyjnych nieskobudżetówkach i ogólnie rzecz biorąc jestem zadowolona z seansu – nie do końca, bo zabrakło mi tutaj mrocznego klimatu, który można było wytworzyć dodając jedynie nastrojową ścieżkę dźwiękową, więcej kombinować już nie trzeba by było… Właściwą akcję filmu rozpoczyna noc poślubna Kristie i Marca, kiedy to kobieta traci przytomność i zostaje zgwałcona przez tajemniczego osobnika z bliznami na torsie. To ewidentne nawiązanie do „Dziecka Rosemary” po narodzinach Dylana odchodzi nieco w cień, gdy w scenariusz wkrada się powtórka z „Omena”. Chłopczyk dorasta u boku kochającej go matki i przybranego ojca, który zauważalnie knuje coś ze swoją przyjaciółką o demonicznej aparycji, reinkarnacją pani Baylock z arcydzieła Donnera, Elizabeth Plummer. Marc natomiast posiada wszelkie cechy Guy’a Woodhouse’a z ponadczasowej produkcji Romana Polańskiego – ot, takie połączenie znanych nam z dwóch różnych filmów charakterologii antagonistów. Podczas gdy Marc i Elizabeth przygotowują Dylana do przeznaczonej mu funkcji (w czym świetnie sprawdza się jego udział w telewizji, dzięki któremu może sobie zjednać ludzkość), niczego nieświadoma Kristie spotyka dziwacznego taksówkarza, który próbuje uświadomić jej, kogo tak naprawdę wydała na świat, bowiem tylko ona może go powstrzymać. Problem w tym, że kiedy wreszcie kobieta akceptuje prawdę jest już za późno. Ponadprzeciętna inteligencja Dylana i nadzianie świnki morskiej na słupek od płotu co prawda zaniepokoiło ją, ale nawet przez myśl jej nie przeszło, że jej syn może być Antychrystem. A po przemianie chłopca, w trakcie której jej przyjaciółka zostaje zamordowana, a pies oskarżony o okaleczenie chłopca wkrótce zostaje uśpiony w Dylanie nie ostaje się już ani odrobina człowieczeństwa. Choć Kristie desperacko walczy o odzyskanie swojego syna wydaje się być na straconej pozycji. Chłopiec buntowany przez swoich wyznawców traci do niej zaufanie i naturalną koleją rzeczy przerzuca się z zabijania zwierząt na ludzi. Akcja nabiera tempa, dramatyzm sytuacyjny rośnie i tak aż do zaskakującego finału – tym bardziej, że twórcy postawili w nim na własną, jakże intrygującą inwencję, zamiast kolejnego kopiowania kultowych dzieł grozy.

„Zew piekieł” pomimo jego ewidentnego żerowania na scenariuszach „Dziecka Rosemary” i „Omena”, a może dzięki niemu, oglądało mi się całkowicie bezboleśnie. Na pewno nie jest to film, który w jakimkolwiek momencie podniósłby mi poziom adrenaliny we krwi, a już na pewno nikogo by nie przestraszył, ale jednak ma w sobie to coś, co przyciąga uwagę. A może ja po prostu lubię tego rodzaju motywy w horrorach satanistycznych, na tyle, aby nie zrażać się ich ciągłą powtarzalnością. Cóż, więc tym bardziej nie mogę doczekać się seansu remake’u „Dziecka Rosemary” w reżyserii Agnieszki Holland;)  

niedziela, 18 maja 2014

Cilla & Rolf Borjlind „Trzeci głos”


W parku w Marsylii zostaje odnalezione poćwiartowane ciało kobiety. Gdy personalia zamordowanej dochodzą do mieszkającego w Szwecji, Abbasa el Fassi, wychodzi na jaw, że ofiara była jego kochanką w czasach, kiedy pracował w cyrku, trudniąc się rzucaniem nożami do ruchomego celu. Abbas postanawia wrócić do rodzinnej Marsylii, aby odnaleźć mordercę ukochanej. Towarzyszy mu bliski przyjaciel, były komisarz szwedzkiej policji, Tom Stilton.
Tymczasem w Szwecji nastoletnia dziewczyna znajduje w domu powieszone ciało swojego ojca, Bengta Sahlmanna. Oboje mieszkali w sąsiedztwie adopcyjnej matki Olivii Ronning, świeżej absolwentki szkoły policyjnej, która rozważa, czy wiązać swoją przyszłość ze służbami porządkowymi. Olivia zaprzyjaźnia się z osieroconą dziewczyną, a kiedy okazuje się, że jej ojciec nie popełnił samobójstwa tylko padł ofiarą mordercy postanawia przeprowadzić własne, amatorskie śledztwo. Ku niezadowoleniu jej przyjaciółki, prowadzącej śledztwo, Mette Olsater, która idąc innym tropem niż Olivia odkrywa powiązania Sahlmanna ze światkiem narkotykowym. Jej śledztwo wkrótce łączy się odkryciami Ronning, która trafia na nadużycia w prywatnym domu opieki oraz powiązania z zabójstwem byłej kochanki Abbasa w Marsylii. Jedynie połączenie sił może zagwarantować rozwiązanie obu tych spraw, tym bardziej, że morderca bądź mordercy bynajmniej nie zamierzają poprzestać na dwóch ofiarach.

Cilla i Rolf Borjlind to małżeństwo znanych w Szwecji scenarzystów filmowych, które od czasu do czasu z powodzeniem próbuje swoich sił w literaturze. „Trzeci głos” jest sequelem, cieszącego się sporą popularnością „Przypływu”. Obie książki łączą ci sami bohaterowie, którzy wspólnie rozwiązują zagadki kryminalne. Znajomość „Przypływu” nie jest konieczna do zrozumienia fabuły „Trzeciego głosu”, bo choć autorzy sporo nawiązują do wydarzeń z części pierwszej to krótko je streszczają, tak aby ich nowi czytelnicy nadążyli za zawiłościami fabularnymi. A tych, ku mojemu zadowoleniu jest całe mnóstwo. Skandynawskie kryminały, poza kilkoma wyjątkami, cechują się swego rodzaju prostotą, na ogół serwując czytelnikom skomplikowaną, acz jednowątkową intrygę, która pełni czysto rozrywkową rolę. U Borjlindów jest inaczej. Już sam fakt, że równocześnie obcujemy z trzema śledztwami wprowadza spore zamieszanie, z czasem jeszcze mocniej komplikowane dodatkowymi odgałęzieniami w stronę kolejnych amatorskich dochodzeń i prywatnego życia bohaterów. Takie podejście do fabuły wymusza na czytelnikach wzmożoną uwagę – tam, gdzie pojawia się tyle wątków, wśród których każdy najmniejszy szczegół może mieć kluczowe znaczenie dla głównej intrygi kryminalnej nie można pozwolić sobie na chwilę nieuwagi. Przegapienie jednego wątku owocuje niezrozumieniem kolejnego, a więc „Trzeci głos” absolutnie nie jest książką przeznaczoną dla poszukiwaczy rozluźniającej, niewymagającej myślenia jednorazowej rozrywki.

„Zawsze tak jest. Ludzie, którzy potrzebują największego wsparcia, dostają go najmniej, ponieważ jako liczebnie nieznacząca grupa, nie przekładają się na głosy w wyborach. Solidarność znaczy teraz tyle, co interes grupowy. Stilton uważał, że to obrzydliwe.”

Styl Borjlindów to taka mieszanka pióra szwedzkiego z amerykańskim. Ze swoich rodzinnych stron autorzy czerpią przy tworzeniu portretów psychologicznych protagonistów. Niby kryminał, a jednak nie mamy tutaj do czynienia z „papierowymi”, przewidywalnymi postaciami. Mette Olsater, Olivia Ronning, Tom Stilton i Abbas el Fassi to bardzo interesujący team. Choć są bliskimi przyjaciółmi w ich relacje często wkrada się napięcie, które jednak potrafią odrzucić na bok dla dobra śledztwa. Inspiracja amerykańską literaturą kryminalną nasunęła mi się w trakcie krótkich, acz treściwych opisów scenerii i szwedzkiej sceny politycznej. Inni skandynawscy pisarze poruszający się w ramach tego gatunku często starają się wydobyć maksimum piękna z krajobrazów danego państwa północnej Europy oraz nieco przybliżyć jego idealną politykę socjalną. Borjlindowie wręcz przeciwnie. Niczym Stieg Larsson pokazują, że Szwecja jedynie pozornie jest takim zachwalanym na całym świecie rajem. Ani myślą skupiać się na malowniczych sceneriach, czy socjalnej propagandzie. W „Trzecim głosie” Szwecja jawi się, jako wylęgarnia bogatych finansistów, którzy są gotowi znęcać się nad starszymi lokatorami swoich domów opieki byle tylko zaoszczędzić na personelu. Narkotyki, prostytucja, bezdomni… słowem: wszelkiego rodzaju patologia, cierpliwie wyliczana przez autorów w każdym kolejnym wątku powieści, sprawiając, że mamy tutaj do czynienia z kryminałem wręcz wyjątkowym na szwedzkim rynku wydawniczym. Napięcie dodatkowo potęgują, pełne zaskakujących zwrotów akcji trzy równoległe śledztwa naszych protagonistów, które w pewnym momencie łączą się w zgrabną, spójną całość. Co prawda, tutaj autorzy posiłkowali się naciąganym zbiegiem okoliczności, ale przez wzgląd na jego nieprzewidywalność i aktualne, szokujące przesłanie można przymknąć na to oko.

„Trzeci głos” to zdecydowanie jeden z najlepszych, najstaranniejszych kryminałów, jaki dane mi było przeczytać w ostatnim czasie. Wyraziści, skomplikowani psychologicznie bohaterowie. Zawiłe, pełne zaskakujących zwrotów akcji intrygi kryminalne. Przygnębiające przesłanie i przede wszystkim chodne spojrzenie na szwedzki ustrój, który dla autorów nie jest tak idealny, jak rysują go inne państwa świata. Dodajmy do tego kilka trupów i nieprzewidywalny, mocny finał, a mamy przepis na kryminał idealny, przeznaczony przede wszystkim dla osób gustujących w niebanalnych, wielowarstwowych powieściach, mających w sobie zarówno walory czysto rozrywkowe, jak i moralizatorskie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 17 maja 2014

„Cannibal Ferox – Niech umierają powoli” (1981)


Studentka antropologii, Gloria Davis, pisze pracę, która ma udowodnić całkowity zanik kanibalizmu u rdzennych plemion lasów deszczowych. W tym celu wybiera się wraz z bratem, Rudym i przyjaciółką Pat do Amazonii. Kiedy ich samochód grzęźnie w ruchomych piaskach postanawiają pieszo przemierzyć dżunglę, kierując się w stronę rzeki. Po drodze spotykają handlarzy narkotyków, Mike’a i Joe’ego, którzy utrzymują, że ich towarzysz padł ofiarą zamieszkujących tutejsze tereny kanibali. Choroba Joe’go zmusza ich do zatrzymania się w wiosce tubylców, w której zastają jedynie przerażoną starszyznę. Kilkudniowa obserwacja zachowania Mike’a względem bezbronnego plemienia zmusza Glorię do wyciągnięcia przerażających wniosków – uświadamia jej, dlaczego młodsze pokolenie tubylców na nich poluje. Problem tylko w tym, że zrozumienie przychodzi stanowczo za późno…

Obok „Zjedzonych żywcem”, „Cannibal Ferox” jest najbardziej znanym horrorem włoskiego reżysera, Umberto Lenzi’ego, głównie z powodu zakazu dystrybucji w latach 80-tych w 31 krajach. Wielka Brytania wciągnęła go na niesławną listę video nasty i dopiero w 2000 roku wypuściła na rynek w wersji ocenzurowanej. Fabułę filmu zauważalnie zainspirował powstały rok wcześniej, kontrowersyjny „Cannibal Holocaust” Ruggero Deodato, co krytykom wcale nie przeszkodziło w określaniu „Cannibal Ferox” obrazem transgresyjnym. Moim zdaniem mocno przesadzonym, nawet w 1981 roku, bowiem ówcześni widzowie mieli okazję już zaznajomić się z tego rodzaju przesłaniem, poruszonym w „Cannibal Holocaust”. Prawdziwe sceny zabijania zwierząt również pojawiły się już u Deodato, aczkolwiek w pełni popieram bojkot towarzystwa przyjaciół zwierząt, które słusznie wypominało Lenzi’emu niepotrzebne kopiowanie niechlubnych praktyk swojego inspiratora – jeśli oczywiście jest to prawdą.

„Opuściłam Nowy Jork, żeby znaleźć dowody na istnienie kanibalizmu. A to my, tak zwani cywilizowani ludzie, jesteśmy odpowiedzialni za ich brutalność. My i nasze rozwinięte społeczeństwo… […] Przemoc rodzi przemoc.”

Jestem w pełni świadoma kopiowania fabuły „Cannibal Holocaust” przez Umberto Lenzi - byłam na to przygotowana jeszcze przed seansem, aczkolwiek skłamałabym, gdybym przyznała wyższość Deodato, bo „Cannibal Ferox” w moim mniemaniu wypadł odrobinę lepiej. Tutaj, jak zwykle jestem w zdecydowanej mniejszości, bo o ile mi wiadomo film do dzisiaj boryka się z krytyką przeciwników takiego bezczelnego kopiowania zamysłu innego reżysera. Braku pomysłu Lenzi’emu absolutnie nie odmawiam, ale wydaje mi się, że mamy tutaj do czynienia z większą dynamiką i zdecydowanie solidniejszym rozlewem krwi, aniżeli miało to miejsce w „Cannibal Holocaust”. Wrażenia dodatkowo potęguje, moim zdaniem, znakomity główny motyw muzyczny, skomponowany przez Roberto Donati’ego i Fiamma Maglione.

OSOBY NIEPEŁNOLETNIE PROSZĘ O OPUSZCZENIE DALSZEJ CZĘŚCI TEKSTU

Podobnie, jak to miało miejsce w „Cannibal Holocaust” akcja „Cannibal Ferox” zawiązuje się po dotarciu trójki młodych Amerykanów, Glorii, Rudy’ego i Pat, do lasów amazońskich, celem udowodnienia zaprzestania antropofagicznych praktyk przez tubylców. Gdy spotykają Mike’a i rannego Joe’go zatrzymują się w pobliskiej wiosce, w której przebywa jedynie przerażona starszyzna. Podczas gdy Gloria i Rudy pielęgnują chorego towarzysza, Mike i Pat, oddają się zaspokajaniu swoich hedonistycznych pragnień. Chwila, w której atakują młodą dziewczynę z tubylczego plemienia daje widzom jasno do zrozumienia, jaka myśl przyświecała twórcom. Pat przykłada nóż do sutka dziewczyny i chociaż ostatecznie rezygnuje z okaleczenia jej ciała w jej oczach przez chwilę widać czystą fascynację. Mike ostatecznie bez powodu zabija przerażoną dziewczynę, a my już wiemy, że oto mamy powtórkę z „Cannibal Holocaust” – zderzenie cywilizacji z prymitywizmem, w którym paradoksalnie to tak zwane oświecenie wywołuje w odbiorcach odruch wymiotny. Tę tezę ostatecznie potwierdza opowieść Joe’go na łożu śmierci, kiedy wyznaje, że to oni, tak zwani cywilizowani biali ludzie przynieśli przemoc z wielkiej metropolii w te zapomniane przez Boga tereny, zamieszkałe przez nienarzucających się nikomu osobników. Jedyne, co tutaj mnie zraziło (oprócz inspiracji dziełem Deodato) to późniejszy monolog Glorii, która w krótkich zdaniach artykułuje przesłanie filmu – tak, jakby twórcy mieli widzów za idiotów i myśleli, że ten morał im umknął… W takim kontekście zemsta tubylców jest prawie całkowicie zrozumiała – nie do końca, bo dosięga również pozytywnych, nikomu niewadzących bohaterów. A odwet jest krwawy i co ważniejsze realistycznie, jak na niskobudżetowe gore z lat 80-tych zrealizowany. Szczególnie zapadają w pamięć dwie sceny mordów – podwieszanie kobiety za przebite hakami piersi i obcięcie czerepu mężczyźnie, w taki sposób, aby oprawcy mieli swobodny dostęp do jego mózgu, który ze smakiem konsumują. Moje wrażenie tymi scenami wynika w równej mierze z profesjonalnej realizacji, jak i pomysłowości, bowiem dotychczas niedane mi było zobaczyć w żadnym filmie tego rodzaju sposobów eliminacji postaci. Ponadto mamy scenę obcięcia i zjedzenia penisa, odrąbania maczetą ręki, otworzenie klatki piersiowej i zjadanie wnętrzności zmarłego mężczyzny oraz maksymalnie nieprzyjemne wydłubywanie oka. W kontekście całości epatowanie gore jest raczej oszczędne, nie ma tutaj hektolitrów krwi i wnętrzności bryzgających ze wszystkich stron, ale to co jest robi tak wstrząsające wrażenie, że raczej nie dziwi zakaz dystrybucji w kilkudziesięciu krajach.

Jak już wspomniałam w filmie przewija się kilka (ponoć autentycznych) scen zabijania zwierząt i moim zdaniem to jego największa przywara. Już pomijam fakt, że jeśli Lenzi rzeczywiście połasił się na prawdziwe mordowanie niewinnych stworzeń w mojej ocenie powinien siedzieć, ale nawet jeśli byłyby inscenizowane to nie zmienia faktu, że zwyczajnie nie lubię patrzeć na cierpienia zwierząt. Moment ćwiartowania i zjadania żółwia skopiowano z „Cannibal Holocaust”, a więc nie zaszokował mnie tak, jak podczas seansu produkcji Deodato, ale zupełnie inaczej rzecz ma się ze sceną z anakondą. Bardzo długie ujęcie duszenia przez węża skamlącego słodkiego zwierzaczka (nie wiem, jaki to gatunek, ale z miejsca zapałałam do niego sympatią) jest po prostu niesmaczne i maksymalnie dołujące – nie lubię ronić łez podczas oglądania filmów, ale tutaj nie mogłam się powstrzymać. Nie omieszkałam również rzucić kilku przekleństw pod adresem reżysera, ale należy mu oddać sprawiedliwość, że swój cel osiągnął. Chciał zobrazować prawo dżungli, w którym najsłabsi są na łasce drapieżników i udało mu się to tą jedną sceną – pozostałe, jak na przykład upolowanie małpy przez lamparta były już zbędne.

Na koniec wypada wspomnieć o trudnym do zignorowania mankamencie „Cannibal Ferox”, a mianowicie amatorskim aktorstwie i drętwym angielskim dubbingu. Zapewne to drugie spotęgowało egzaltację tego pierwszego, co znacznie obniżyło poziom realizmu niektórych scen. Za to finał, który pozostawia nas z niemiłą, acz jakże prawdziwą konstatacją na temat natury tak zwanych cywilizowanych ludzi ma u mnie duży plus. Całkowicie rozumiem końcowe zachowanie głównej bohaterki i jestem przekonana, że w kontekście fabuły filmu każdy jej przyklaśnie.

Czy się to komuś podoba, czy nie „Cannibal Ferox – Niech umierają powoli” to absolutna legenda kina kanibalistycznego. Mocno zainspirowana „Cannibal Holocaust”, wręcz żerująca na jego popularności, ale w moim mniemaniu odrobinę lepsza realizacyjnie. Jako, że jestem zagorzałą wielbicielką włoskiego gore z XX-wieku film nie mógł nie przypaść mi do gustu, co nie zmienia faktu, że poprę każdego, kto uzna, że sceny zabijania zwierząt były przesadzone.

piątek, 16 maja 2014

Zapowiedź "Troje" Sarah Lotz

„Troje” to wciągająca powieść sensacyjna i fenomen na światowym rynku wydawniczym. Prawa do publikacji książki na dwudziestu największych rynkach wydawniczych kupiono już wtedy, kiedy gotowy był dopiero jej pierwszy rozdział.

To zapis wydarzeń, jakie złożyły się na cztery katastrofy samolotowe, z których ocalała tylko trójka dzieci. Autorka wiernie oddaje nie tylko dramatyzm wypadków, ale pokazuje też atmosferę skandalu i konspiracji, jaka otacza tragiczne wydarzenia. Katastrofy są jedynie początkiem. Prawdziwym dramatem okazuje się to, co dzieje się później.

Czarny czwartek. Dzień, którego nie sposób zapomnieć. Dzień, w którym niemal równocześnie w czterech miejscach na świecie dochodzi do wypadków wielkich samolotów pasażerskich. Giną setki ludzi, przeżywa tylko czworo. Jedną z nich jest Pamela May Donald. Leżąc w pogorzelisku, wśród poskręcanych fragmentów kadłuba i zmasakrowanych szczątków współpasażerów, nagrywa na komórkę wiadomość, która wstrząśnie światem. Wkrótce potem umiera.

Dzieci, które jakimś cudem ocalały z wypadków, ściągają na siebie międzynarodową uwagę. Przerażona opinia publiczna naciska na jak najszybsze wykrycie przyczyn katastrof, te okazują się jednak zaskakująco niejasne. Hipotezy ataku terrorystycznego i czynników naturalnych zostają obalone. Pozornie wydaje się, że cztery wypadki nie mają ze sobą nic wspólnego, łączy je jedynie zaskakująca zbieżność czasowa i ocaleni.

Nie potrzeba wiele czasu by sprzyjająca spekulacjom atmosfera katastrof doprowadziła do powstania szeregu teorii spiskowych. Tragiczne wydarzenia tłumaczy się interwencją kosmitów lub międzynarodowym spiskiem. Religijni fanatycy głoszą apokaliptyczne wizje, według których dzieci, które wyszły cało z katastrof, zwiastują rychłe nadejście końca świata. Niektórzy są pewni, że z czwartej katastrofy także ocalało jedno dziecko. Rozpoczyna się prawdziwa nagonka medialna, a wraz z nią polowanie na Troje oraz poszukiwania rzekomego czwartego ocalonego.

„Troje” to mroczny i pełen napięcia thriller, w pełni oddający wyjątkowy klimat grozy, niejasności i skandalu otaczający katastrofy lotnicze. Tej książki nie można przeoczyć, trudno ją też zapomnieć.


Na specjalnej stronie TROJE - http://troje.net.pl/ można kupić książkę lub pobrać jej fragment. Aby jednak zdobyć ten fragment trzeba wpisać hasło: CZARNYczwartek13

Źródło: wydawnictwo Akurat