Stronki na blogu

niedziela, 13 lipca 2014

„Laleczka Chucky” (1988)


Seryjny morderca, Charles Lee Ray, zostaje postrzelony podczas pościgu, ale przed utratą przytomności zdąża wypowiedzieć zaklęcie, które przenosi jego duszę w plastikowe ciało lalki. Tymczasem samotna matka Andy’ego Barclay’a, Karen, kupuje od ulicznego sprzedawcy „Dobrego kolegę” – mówiącą lalkę, która cieszy się ogromnym zainteresowaniem dzieci. Andy szybko informuje matkę, że jego nowa zabawka ma na imię Chucky i utrzymuje, że prowadzi z nim długie rozmowy. Początkowo Karen lekceważąco podchodzi do słów syna, zrzucając je na karb bujnej dziecięcej wyobraźni, ale gdy zaczynają ginąć ludzie w otoczeniu chłopca, a wszystkie dowody wskazują na jego winę, przypadkiem odkrywa prawdę.

Kultowy slasher twórcy między innymi „Postrachu nocy” i „Przeklętego”, Toma Hollanda. Scenariusz napisał do spółki z Donem Mancini i Johnem Lafią, których filmografia również obfituje przede wszystkim w kino grozy. Tuż po premierze „Laleczka Chucky” nie cieszyła się jakimś ogromnym powodzeniem tak wśród krytyków, jak i masowych odbiorców. Dopiero zainteresowanie oddanych wielbicieli gatunku z czasem zwróciło uwagę innych na ten tytuł. Kilka strajków w Stanach Zjednoczonych, których uczestnicy utrzymywali, że produkcja ta podżega do przemocy wobec dzieci pewnie też przyczyniło się do komercyjnego sukcesu tego obrazu. W każdym razie krytycy „obudzili się” dopiero w 1990 roku (przy okazji powstawania sequela) nominując „Laleczkę Chucky” do Saturna w czterech kategoriach, ale tylko odtwórczyni roli Karen, Catherine Hicks udało się zdobyć statuetkę.

Miałam to szczęście, że jestem z rocznika, który umożliwił mi obcowanie z Chucky’m w dzieciństwie. Film skonstruowano w taki sposób, aby trafić do wyobraźni przede wszystkim najmłodszych, a co za tym idzie najsilniej ich zaniepokoić. W końcu głównym bohaterem jest sześciolatek, Andy Barclay (niezapomniana kreacja małego wówczas Alexa Vincenta), a antagonistą zabawka. Tak, Chucky to postrach dzieciństwa większości znanych mi rówieśników, ale to wcale nie znaczy, że również dorośli nie dostrzegli uroku tej megaprodukcji grozy. Oglądając ten film teraz, po latach, z bardziej analitycznego punktu widzenia, aniżeli jak w latach szczenięcych dopuszczającego do głosu te podstępne chochliki, zwane bujną wyobraźnią, muszę przyznać, że Holland nakręcił slasher doskonały. Przede wszystkim zrównoważył wszystkie elementy, które ten nurt powinien zawierać, w taki sposób, aby widz nie miał ani wrażenia przesyty, ani niedosytu. Najlepiej widać to w klimacie i częstotliwości mordów. Obraz utrzymany jest w ciemnej kolorystyce, która wespół z niezapomnianą ścieżką dźwiękową tworzy naprawdę mroczną aurę wszechobecnego zagrożenia. Ale Holland doskonale zdawał sobie sprawę, że realizacja to nie wszystko. Aby jeszcze silniej zelektryzować odbiorców, co jakiś czas pobudzał akcję jakże trzymającymi w napięciu, dopracowanymi w najdrobniejszych szczegółach ujęciami nocnych samotnych wędrówek, czy to Andy’ego, czy Karen, czy wreszcie jej przyjaciółki, która ginie jako pierwsza w moim zdaniem najbardziej klimatycznej scenie tej produkcji. Ktoś powie: też mi coś, każdy potrafi nakręcić spacerek przerażonego bohatera po skąpanym w cieniu domostwie… Owszem, ale nie w takim stylu, bo naprawdę na palcach jednej ręki można policzyć twórców nawet kultowych slasherów, którzy ze współmiernym wyczuciem potrafiliby wycisnąć z jednej z pozoru statecznej sekwencji takie pokłady emocjonalnego napięcia. No i rzecz jasna nie każdy filmowiec wie, w którym momencie najlepiej zwizualizować właściwe zagrożenie, co Holland chyba wyliczył z dokładnością co do milisekundy.

Kolejnym ważnym elementem slasherów są sceny mordów i tutaj trzeba przyznać, że pod kątem innowacyjności Holland nie zaszczycił nas niczym szczególnym. Zrzucenie kobiety z okna, usmażenie lekarza aparatem do elektrowstrząsów i wysadzenie budynku – to z pewnością za mało, aby mówić o jakiejkolwiek oryginalności w eliminacji ofiar, ale za to paradoksalnie oszczędna częstotliwość i niski stopień brutalności tych scen zadziałały na korzyść „Laleczki Chucky”. Holland nie uczynił z mordów nadrzędnego elementu fabuły, a jedynie dzięki niej przyspieszał akcję w chwilach, w których czuł, że za chwilę może zwolnić – nawet nie dał jej wytracić prędkości, tak był zapobiegawczy, czyż to nie prawdziwy kunszt reżyserski? Don Mancini podkreślał w wywiadach, że wspólnie z kolegami dążył do utrzymywania widza w niepewności w pierwszej połowie seansu. Celowo tak długo nie pokazywali oblicza mordercy, aby odbiorca zaczął się zastanawiać, czy winnym nie jest podejrzewany przez dorosłych Andy, który wygaduje niestworzone rzeczy o morderczej lalce. Nie wiem, jak taki zabieg podziałał na opinię publiczną z końca lat 80-tych, sprzed powstania sequela, ale dla dzisiejszych odbiorców, którym na pewno, chociaż obiło się o uszy imię zabójczej laleczki o żadnej niepewności nie może być mowy. Zresztą, moim zdaniem, twórcy chcąc zmylić opinię publiczną powinni najpierw odpuścić sobie pierwszą scenę, w której seryjny morderca, Charles Lee Ray (jego personalia pochodzą od imion i nazwisk trzech prawdziwych zabójców: Charlesa Mansona, Lee Harvey’a Oswalda i Jamesa Earl’ego Ray’a) przenosi swoją duszę w ciało lalki w towarzystwie jakże rozczulających mnie kiczowatych efektów komputerowych, wyobrażających błyskawice.

Klimat, mordy, utrzymywanie widza w niepewności – każdy chyba powie, że to jedynie znaczące, ale nie najważniejsze dodatki, że na pierwszym planie i tak niezmiennie znajduje się upiorna, rudowłosa laleczka o chamskim, pełnym ironicznego humoru usposobieniu i jakże umiejętnie wygenerowanej komputerowo (jak na lata 80-te) mimice. O jego makabryczno-komicznym sposobie bycia najlepiej świadczy scena w windzie, w której staruszka na widok lalki mówi „Jaka brzydka”, a Chucky odpowiada „Chrzań się” – taka riposta z ust z pozoru niewinnej zabawki robi naprawdę spore wrażenie, o czym chyba Holland doskonale zdawał sobie sprawę, bo z czasem wtłoczył w jej usta jeszcze więcej impertynenckich odzywek. Tak, cała postać Chucky’ego to takie kuriozum, że nie dziwi jej wciąż niesłabnąca komercyjna popularność i miejsce w każdym fanowskim zestawieniu historycznych slasherowych seryjnych morderców, obok Freddy’ego Kruegera, Jasona Voorheesa, Michaela Myersa i Leatherface’a. Na koniec warto też wspomnieć o spektakularnej, równie komiczno-makabrycznej, jak sam Chucky końcówce filmu, ostatecznym starciu protagonistów z pozornie niezniszczalnym antybohaterem oraz dwuznacznym interpretacyjnie finale. UWAGA SPOILER Owe „złe spojrzenie” Andy’ego, sugerujące, że dusza Chucky’ego zdążyła wejść w jego ciało zostało niestety zepsute przez powstały w 1990 roku „Powrót laleczki Chucky” KONIEC SPOILERA.

Dotychczas dzieło Toma Hollanda doczekało się pięciu kontynuacji. Druga i trzecia część całkiem umiejętnie wpisuje się w konwencję pierwowzoru, ale już czwórka i piątka idą w stronę żałosnej autoparodii. Nadzieja na powrót prawdziwego Chucky’ego jedynie w Donie Mancini, który po nieudanym „Następnym pokoleniu” w najnowszej „Klątwie laleczki Chucky” niejako powraca do myśli przewodniej Hollanda. Zobaczymy, jak to się rozwinie w kolejnych częściach, a póki co odświeżajmy sobie najlepsze pierwsze odsłony tej kultowej serii slasherów.

sobota, 12 lipca 2014

Anton Szandor LaVey „Biblia Szatana”


Po raz pierwszy wydana w 1969 roku debiutancka książka założyciela i najwyższego kapłana Kościoła Szatana, „Biblia Szatana” do dzisiaj jest najważniejszym dokumentem wiary wyznawców satanizmu Antona Szandora LaVey’a. W młodzieńczych latach LaVey zajmował się grą na organach, fotografią policyjną, pracą w cyrku oraz studiowaniem okultyzmu. Legenda głosi, że zirytowany obłudą chrześcijan oraz atakowaniem satanistów przez media i Kościół w Noc Walpurgii 1966 roku, LaVey zgolił głowę i założył własną wspólnotę, zrzeszającą każdego, do kogo trafiała jego filozofia. Nazwa Kościół Szatana, podobnie, jak „Biblia Szatana” została przez niego zapewne celowo zapożyczona – taki przytyk w stronę chrześcijan musiał odbić się echem w opinii publicznej. LaVey’owi udało się zdenerwować wierzących w Boga, a co za tym idzie w Stanach Zjednoczonych stał się osobą kontrowersyjną, co rzecz jasna tylko pomogło mu pozyskać wyznawców. O Szandorze krąży wiele mitów – a to, że miał romans z Marilyn Monroe, a to, że doradzał Romanowi Polańskiemu przy kręceniu „Dziecka Rosemary”, ale zarówno przyjaciele Monroe, jak i Polański dementują te plotki. Jakiekolwiek legendy na temat LaVey’a by nie krążyły faktem jest, że udało mu się pokierować dotychczas zagubionymi w swoich dogmatach satanistami oraz pozyskać rzeszę innych osobników zmęczonych tradycyjnymi religiami, ale równocześnie łaknących przynależenia do jakiejś wspólnoty. A do tego znacznie przyczyniła się jego kontrowersyjna publikacja zatytułowana „Biblia Szatana”.

„W sobotnie wieczory widywałem mężczyzn uganiających się za roznegliżowanymi dziewczynami tańczącymi na zabawach odpustowych. Następnego dnia, w niedzielę rano, grając na organach dla wędrownych kaznodziejów po drugiej stronie miejsca wyznaczonego na zabawę, obserwowałem tych samych mężczyzn, jak siedzieli pokornie w kościelnych ławach ze swoimi żonami i dziećmi prosząc Boga, aby wybaczył im i oczyścił z cielesnych żądz. W następną sobotę znów pojawiali się na zabawie lub w jakimś innym miejscu uciech cielesnych. Wtedy zrozumiałem, że Kościół katolicki opiera się na hipokryzji i pozbawia człowieka jego cielesnej natury!”

Książka składa się z czterech ksiąg – Szatana, Lucyfera, Beliala i Lewiatana, wstępu polskiego wydawcy tłumaczącego, dlaczego zdecydował się wydać ten tekst, kilku słów od biografa LaVey’a (i członka jego kościoła), Burtona H. Wolfe’a i przedmowy autora. W przedmowie LaVey przybliża nam dziewięć twierdzeń satanizmu, na wzór dziesięciu przykazań, ale rzecz jasna z całkowicie odwrotną treścią. Pierwsza księga skupia się na Piekielnej Diatrybie, czyli zbiorze praw rządzących satanizmem. Dopiero druga część obszerniej przybliża nam filozofię satanizmu według LaVey’a, która tak szczerze mówiąc troszkę na wyrost nazywana jest kontrowersyjną. W końcu autor nie pisze niczego, czego Friedrich Nietzsche, czy nawet Markiz de Sade nie powiedzieliby wcześniej. LaVey zwyczajnie zapożyczył sobie filozofię między innymi tych dwóch panów, głosząc ją jako swoją własną. Dążąc do tego, aby jego religia była całkowitym przeciwieństwem chrześcijaństwa LaVey formułuje kilka zasad, którym powinni podporządkować się czynni sataniści, nie omieszkując wykpić niektórych dogmatów szczególnie katolików i buddystów. Wychodząc z założenia, że Kościół katolicki, opierając swoją religię na pneumie i całej masie zakazów, które egzekwuje od wiernych przez ciągłe podtrzymywanie ich w strachu przed Ogniem Piekielnym, LaVey w opozycji do niego opowiada się za czczeniem somy. Według niego tylko spełnianie swoich hedonistycznych pragnień, bez uczucia wstydu, może wyzwolić nas z destrukcyjnych zapędów. Co pewnie zaskoczy niejednego niezaznajomionego ze współczesnym satanizmem odbiorcę, autor książki kilka razy podkreśla, że folgowanie swoim cielesnym zachciankom musi przebiegać z poszanowaniem kilku praw (czyli mamy tutaj pewną niekonsekwencję – w końcu LaVey sporo miejsca poświęcił wykpiwaniu zakazów Kościoła katolickiego). Wyznawcy kościoła Szandora brzydzą się nieuzasadnioną przemocą zarówno względem ludzi, jak i zwierząt (poza masochistami, którzy proszą o ból), aczkolwiek wyznają również prawo Hammurabiego, „oko za oko”, traktując ludzi tak samo, jak oni ich. Szczególnie psychicznych wampirów, którym LaVey poświęca troszkę miejsca, przestrzegając swoich wyznawców przed ich żerowaniem na innych osobnikach. Na koniec pierwszej księgi autor zostawił kilka słów na temat propagandowych tak zwanych czarnych mszy, które w jego mniemaniu zostały zafałszowane przez dziennikarzy i Kościół katolicki, równocześnie przyznając, że przed XIX wiekiem, miały miejsce pewne niechlubne dla satanizmu praktyki kilku domorosłych wyznawców Szatana, ale też podkreślając, że nie mają one nic wspólnego z jego kościołem.

W pojęciu LaVey’a Szatan nie jest antropomorficznym bóstwem z rogami i kopytami (chociaż za symbol swojej religii przyjmuje odwrócony pentagram, podkreślając, że górne trójkąty mają symbolizować rogi) tylko siłami Natury, które to rządzą naszymi poczynaniami. Stricte czarnych mszy LaVey nie opisuje, wspominając jedynie, że obrzędy nie są wymogiem jego religii, a jedynie ewentualnością dla tych, którzy tego potrzebują. Za to dwie ostatnie księgi poświęca ceremoniom magicznym. Otóż, przeprowadzając taki rytuał z poszanowaniem zasad, zamieszczonych przez autora w „Biblii Szatana”, naprawdę zdeterminowany satanista może rzucić klątwę na swojego wroga, ukoić kogoś w cierpieniach bądź rozpalić w kimś żądzę seksualną do swojej osoby. Ale tutaj, jak wszędzie, również podkreśla, że w grę nie wchodzą żadne ofiary z ludzi, więc osoby oczekujące od satanizmu tego, co niezmiennie insynuują nam media mogą poczuć się odrobinę zawiedzeni…

„Biblia Szatana” w wielkim skrócie to taki zbiór filozofii, doskonale już mi znanej z innych źródeł, praktyk magicznych i przytyków w stronę innych religii. Książkę, co prawda napisano zgrabnym, gawędziarskim stylem, ale to nie zmienia faktu, że jej treść nie zaskakuje jakimś nowym spojrzeniem na świat i człowieka. Wszystko to już było, no ale zawsze warto zapoznać się z danym wyznaniem z punktu widzenia jego praktykanta, zamiast jakichś źródeł pobocznych. Więc choćby z tego powodu polecam ciekawskim, ale z zastrzeżeniem, żeby nie liczyli na jakąkolwiek kontrowersyjność (no, chyba, że są zagorzałymi katolikami – im tę lekturę stanowczo odradzam), bo przecież głównie z powodu tej przesadzonej reklamy, ludzie którzy nie są satanistami sięgają po „Biblię Szatana”.

czwartek, 10 lipca 2014

„Bankomat” (2012)


Po wielu próbach Davidowi udaje się namówić koleżankę z pracy, Emily, aby spędziła z nim trochę czasu. Kobieta zgadza się, aby odwiózł ją do domu po firmowym przyjęciu. Jednak plany Davida krzyżuje jego przyjaciel, Corey, który postanawia zabrać się z nimi. W trakcie nocnej jazdy Corey skłania pozostałych do zjedzenia kolacji w pizzerii, ale przedtem każe Davidowi zatrzymać się przy jakimś bankomacie. Kiedy już wybierają pieniądze uświadamiają sobie, że wpadli w pułapkę, zastawioną przez zakapturzonego psychopatę, który nie pozwala im opuścić budki z bankomatami.

XXI wiek nie jest dla slasherów łaskawy, a właściwie można śmiało powiedzieć, że w ostatnich kilkunastu latach ten nurt dogorywa, pomimo usilnych prób twórców jego wskrzeszenia. Powodem takiego stanu rzeczy są między innymi wygórowane oczekiwania widzów. Nowego pokolenia nie zadowala już tak popularna w latach 70-tych i 80-tych moda na proste fabularnie, umiarkowanie krwawe i celowo nielogiczne rąbanki. Dzisiejsi odbiorcy krwawych horrorów, wychowani na torture porn, oczekują większej brutalności i daleko idącej logiki, nie rozumiejąc, że jej brak jest częścią składową konwencji jednego z najpopularniejszych podgatunków filmowego horroru. Chociaż twórcy nadal od czasu do czasu kręcą jakiś godny uwagi slasher („Kłamstwo”, „Wszyscy kochają Mandy Lane”) to zdobywanie przychylności niemalże tylko i wyłącznie zagorzałych wielbicieli tego nurtu przy równoczesnej krytyce masowych odbiorców zniechęca ich do dalszego eksperymentowania ze slasherami. Jakim takim zainteresowaniem cieszą się jedynie uwspółcześnione sylwetki kultowych antybohaterów filmów slash, dlatego też twórcy często decydują się na niezliczone remake’i, rebooty, crossovery i sequele, wskrzeszające tak znane persony popkultury, jak Jason Voorhees, Freddy Krueger, Michael Myers, Leatherface, czy Laleczka Chucky. Próby stworzenia nowych postaci typowych slasherowych morderców również w XXI wieku się zdarzały. Przykładem choćby Victor Crowley z „Topora”, który notabene zgromadził w obsadzie odtwórców ról Jasona, Freddy’ego i Candymana, aczkolwiek nawet taka inicjatywa nie otworzyła dzisiejszemu pokoleniu oczu na potencjał drzemiący w filmach slash. Lata 80-te odeszły bezpowrotnie i nic nie wskazuje, że slasher mógłby jeszcze przeżyć boom porównywalny do tego sprzed ponad trzech dekad. Fani nurtu mogą jedynie liczyć na z rzadka pojawiające się w miarę dobre slashery, które przez wzgląd na nieubłaganą krytykę osób nierozumiejących ich konwencji nie zapowiadają zdecydowanego powrotu tego podgatunku.

Takim „przebłyskiem” okazał się dla mnie kandyjsko-amerykański „Bankomat”, wyreżyserowany przez producenta późniejszego „The Den”, Davida Brooksa, który miał w sobie niemalże wszystko, co tylko dobry slasher mieć powinien. To zdanie już powinno być sygnałem dla masowych odbiorców, poszukujących maksymalnie krwawych i logicznych obrazów, aby trzymać się od tej produkcji z daleka, bo Brooks z całą pewnością nie nakręcił jej z myślą o antyfanach filmów slash.

Już samo miejsce akcji zachwyca pomysłowością, wszak dotychczas niedane mi było zobaczyć budki z bankomatami w charakterze pułapki, do której nieopatrznie trafia trójka kolegów z pracy. Ciapowaty David, który daje się wykorzystywać swojemu wygadanemu przyjacielowi, Corey’owi i blondwłosa Emily, do której nasz główny bohater zapałał głębszym uczuciem. Jak na film z tak niewielkim budżetem zaskakuje dosyć wysoki poziom aktorski. Brian Geraghty i Josh Peck byli tak przekonujący, jak tylko można być, ale niestety przy ich warsztacie Alice Eve zauważalnie pozostawała nieco w tyle – głównie przez niewprawną mimikę. Wydawać by się mogło, że skoro lwia część fabuły rozgrywa się w ciasnej budce fabuła szybko skłoni się w stronę monotonii, ale nic bardziej mylnego. Chociaż zakapturzony psychopata niezmiennie tkwił na zewnątrz, unikając bliskiego kontaktu ze swoimi ofiarami (chyba, że ci w rzadkich momentach decydowali się wyjść do niego) przez ciągle utrzymujące się napięcie, relacje pomiędzy protagonistami i przede wszystkim „niespodzianki podrzucane” przez oprawcę do ich schronienia, Brooksowi udało się pozyskać moje zainteresowanie. Ale oczywiście, taki zabieg nie zdałby egzaminu, gdyby nie innowacyjne modus operandi sprawcy, który podobnie jak Jason przez cały film nie wypowiada nawet słowa i co więcej nie biegnie za ofiarą tylko idzie szybkim krokiem – niczym w najlepszych rąbankach z dawnych lat!. Z początku tylko stoi z twarzą zwróconą w stronę przeszklonej budki z bankomatami, ani myśląc wejść do środka. Chociaż nasi protagoniści podejrzewają, że za takim zachowaniem kryje się jakiś podstęp z czasem zaczynają myśleć, że zimne wnętrze tej klitki jest nie tylko pułapką, ale również schronieniem – bezpieczną przystanią, do której morderca nie może (drzwi można otworzyć tylko kartą, co każe im podejrzewać, że zabójca jej nie ma) lub nie chce wejść. Akcja nabiera tempa już chwilę po uwięzieniu naszych bohaterów, kiedy to psychopata na ich oczach zabija mężczyznę, który wyszedł na spacer z psem. Zarówno to morderstwo (rozwalenie głowy o bruk), jak i pozostałe nie odznaczają się jakąś większą oryginalnością (co nie jest typowe dla slashera), czy porażającym rozlewem krwi (co już typowe jest), ale właśnie ten pierwszy mord najsilniej mnie poruszył – przez chwytające za serce późniejsze zachowanie psa, który kładł się obok trupa swojego pana. Z czasem oczywiście posypie się więcej równie konwencjonalnie zabitych osobników, ale to nie sceny mordów najmocniej przyciągają uwagę tylko usilne próby wydostania się protagonistów z tej przemyślnej pułapki. Owe zabiegi oczywiście mają w sobie sporą dozę głupoty, co akurat jest swego rodzaju wizytówką filmów slash. Najbardziej zastanawiało mnie, dlaczego nie zdecydowali się rozbiec w trzech różnych kierunkach – wówczas przynajmniej dwoje z nich miałoby szansę przeżyć. Twórcy rzecz jasna wyjaśnili to uporem Davida, który nie chciał ryzykować życiem któregokolwiek z nich, a już na pewno nie zamierzał zostawić dziewczyny, która z czasem zaczęła wpadać w histerię, deklarując, że nie zamierza wyściubiać nosa na zewnątrz. Ale takie tłumaczenia były dla mnie niezadowalające, co wcale nie znaczy, że nielogiczne postępowanie bohaterów jakoś szczególnie mnie raziło – fani slasherów w końcu akceptują takie wstawki, jako części składowe konwencji. Skoro zdezorientowanie mordercy bieganiną po placu zostaje przez nasze towarzystwo odrzucone skupiają się oni na próbach powiadomienia policji. Pełen napięcia sprint Davida do samochodu, w którym odnajduje telefon, próby uruchomienia czujników dymu zainstalowanych w budce i wreszcie demolowanie bankomatów w nadziei zaalarmowania ochrony banku. A to wszystko w iście ekstremalnych zimowych warunkach – w trzaskającym mrozie, z czasem spotęgowanym powodzią w ich pozornej kryjówce.

Fabuła, napięcie, modus operandi sprawcy, rysy psychologiczne protagonistów i przede wszystkim miejsce akcji – to wszystko stworzyło slasher, od którego nie potrafiłam oderwać wzroku. Ale skłamałabym, gdybym oddała Brooksowi nieprzewidywalność, bo takie zakończenie, które w zamyśle twórców miało zaskakiwać przy tego rodzaju scenariuszach biorę pod uwagę od czasu seansu UWAGA SPOILER „Boogeymana 2” KONIEC SPOILERA. Chociaż z drugiej strony lepsza taka wtórność, aniżeli próby wyjaśnienia motywów mordercy, co mogłoby doprowadzić do absurdów. Więc z dwojga złego twórcy chyba postawili na najlepszy z możliwych finał, choć oczywiście do bólu przewidywalny.

„Bankomat” polecam wszystkim wielbicielom slasherów, bo podejrzewam, że tylko oni dostrzegą niezaprzeczalny urok w nim drzemiący, równocześnie akceptując chwilami nielogiczne zachowania bohaterów, które pamiętajmy zawsze było częścią składową konwencji tego nurtu. Jak dla mnie to prawdziwie trzymające w napięciu kino, nakręcone z myślą o nas, fanach filmów slash;)

wtorek, 8 lipca 2014

„Animal” (2014)


Rodzeństwo, Alissa i Jeff, zabierają swoje sympatie, Mandy i Matta, oraz bliskiego przyjaciela, Seana, do lasu, do którego w dzieciństwie często udawali się z rodzicami. Kiedy dojeżdżają na miejsce zostawiają samochód przed szlabanem blokującym drogę i pieszo ruszają w głąb głuszy. Gdy zapada zmrok ich oczom ukazuje się agresywne zmutowane zwierzę, które zapędza ich do stojącej w środku lasu drewnianej chatki. W środku zastają dwóch mężczyzn i kobietę, którzy już od dłuższego czasu walczą o życie z łaknącym ludzkiego mięsa potworem.

Brett Simmons swoimi „Husk” i „Małpią łapą” dał widzom jasno do zrozumienia, że jego domeną jest kino klasy B – tanie, wtórne, niewymagające myślenia rąbanki, które może i ogląda się stosunkowo bezboleśnie, ale też nie mają w sobie nic, co na dłużej pozostałoby w pamięci widzów. W swoim najnowszym przedsięwzięciu zdecydował się na konwencję animal attack’ów, równocześnie próbując (bez powodzenia) wtłoczyć ją w survival’owy klimat. W efekcie wyszła z tego swego rodzaju „wydmuszka”, w której nie sposób odnaleźć czegoś, na czym jakikolwiek odbiorca mógłby na dłużej skupić uwagę.

Konwencjonalna fabuła „Animal” może i nie raziłaby tak bardzo, gdyby twórcy natchnęli ją choćby minimalną dawką napięcia, którego nie ma tutaj wcale. A to dziwne, bo już wybór miejsca akcji, gęstego lasu, w innych tego typu filmach determinował atmosferę wyalienowania. Choć Simmons nie dysponował dużym budżetem postarał się o w miarę profesjonalną pracę kamery, która początkowo mocno skupiała się na zachwycających zdjęciach Natury. Byłam przekonana, że owe zabiegi są wypadkową przyszłej, pełnej napięcia emocjonalnego, survival’owej przeprawy protagonistów, ale choć twórcy bardzo się starali niestety nie byli w stanie choćby o milimetr podnieść poziomu adrenaliny w mojej krwi. Kiedy moim oczom ukazała się zmutowana sylwetka przerośniętego zwierzęcia, którego lwią część twarzy zajmowała pełna wielkich zębisk paszcza liczyłam na być może nie niezapomnianą, ale przynajmniej przyzwoitą rozrywkę. W końcu moje obawy się nie ziściły – Simmons nie postawił na żałosne CGI a la Telewizja Puls tylko przekonujący kostium. Współcześni twórcy animal attack’ów (moim zdaniem niesłusznie) praktycznie całkowicie odeszli już od przekonujących wizualnie kostiumów na rzecz śmiesznych efektów komputerowych, więc przynajmniej w tej materii Simmons wykazał się wyczuciem realizmu. Zaskoczył też nieprzewidywalną kolejnością eliminacji poszczególnych bohaterów, którzy po wpadnięciu w łapy naszego potworka byli patroszeni w krwawych, acz sztucznych ujęciach. Ale na tym niespodzianki się kończyły – wszystko inne jest tak niesamowicie nudne i przewidywalne, że aż chwilami ciężko wytrzymać. Grupa walczących o życie, barykadujących się w drewnianej chatce osobników, której charakterologie mocno czerpią z innych tego typu rąbanek. Silna, zrównoważona Alissa, w zamyśle wymalowana ślicznotka (tylko w zamyśle, bo wybór nieurodziwej aktorki raczej przeczy tej insynuacji scenarzystów), altruistyczny twardziel, zniewieściały dowcipniś i wreszcie samolubny macho, który jest gotowy poświęcić każdego, aby przeżyć. Nie dość, że cała ta „wesoła gromadka” nie grzeszy ani jedną innowacyjną cechą to jeszcze odtwórcom ich ról daleko do choćby częściowego profesjonalizmu aktorskiego.

Drugą połowę filmu można podsumować kilkoma słowami: barykadowanie się w drewnianej chatce – próby ucieczki – walki ze zmutowanym zwierzęciem i… wymuszone rozterki egzystencjalne. Wprawni w survivalach reżyserzy wszystkie obyczajowe wstawki wtłaczają w pierwszą, wprowadzającą część filmu, natomiast w chwilach szczytowej akcji decydują się jedynie na krótkie opłakiwanie ofiar przez pozostałych przy życiu protagonistów. Simmons postawił na zawsze denerwujące mnie w tego typu obrazach zwolnienia akcji zaraz po kulminacjach tylko po to, aby bohaterowie mogli się nam zwierzyć. A to jedna jest w ciąży, a to drugi był biseksualistą – w zamyśle miało to urozmaicić prościutką fabułę, ale tylko w zamyśle, bo w efekcie wpędziło mnie w jeszcze większą senność połączoną z irytacją. Kiedy już przebrniemy przez tę mocno monotonną walkę z przerośniętym zwierzęciem przyjdzie pora na ostatni akt, który zaskakuje osobą final girl, ale tylko tym – pozostałe „rewelacje” rozszyfrowałam już w trakcie pierwszej połowy seansu, zresztą podobnie jak jakieś dziewięćdziesiąt procent całej tej liniowej fabuły.

„Animal” może dostarczyć całkiem niezłej rozrywki osobom piwkującym w większym gronie znajomych, bo jedynie zamroczony umysł oprze się bijącej z ekranu wszechobecnej nudzie. Simmons niestety nie potrafił w interesujący sposób podać znanego schematu i chyba głównie to jest przysłowiowym „gwoździem do trumny” tego dziełka, bo realizacja jak na niskobudżetówkę "nie pachnie" jakąś porażającą taniochą.