Stronki na blogu

piątek, 18 lipca 2014

Mal Film


Mała reklama, dla poszukujących profesjonalnych reportaży z między innymi uroczystości rodzinnych.

„Videofilmowanie i profesjonalny montaż.
Elegancko wykonany reportaż ze ślubu i przyjęcia weselnego to gwarancja satysfakcji z jakości filmu na długie lata. Każdy projekt traktuję indywidualnie, dlatego moje filmy są niepowtarzalne.
Wykonuję wyrafinowane, eleganckie filmy z dynamicznym montażem, bez nadmiaru „kiczowatych”, kolorowych i męczących oczy animacji, które nie wnoszą nic sensownego do fabuły reportażu ze ślubu. Pełne zaangażowanie w projekt z mojej strony to gwarancja wyjątkowego video. Montuję filmy od blisko 15 lat, bywam na festiwalach filmowych w Bielawie i jako uczestnik zdobywam uznanie wśród publiczności. Należę do szerokiego grona niezależnych filmowców w Polsce. Uczyłem się od profesjonalistów pracujących w znanych stacjach telewizyjnych. Kręciłem filmy fabularne, montowałem teledyski, programy kulinarne, filmy dokumentalne, reklamy na potrzeby stron internetowych i zrobiłem dziesiątki uroczystości rodzinnych.”

Źródło: http://malfilm.pl.tl/

„The Sacrament” (2013)


Patrick kontaktuje się z reporterami niszowych mediów, Samem i Jake’iem, proponując im wycieczkę do oddalonego od cywilizacji obozu, w którym zamieszkała jego niegdyś uzależniona od narkotyków siostra, Caroline. Mając nadzieję na dobry reportaż mężczyźni postanawiają filmować pojednanie Patricka z siostrą. Po dotarciu na miejsce odkrywają, że bram obozu strzegą uzbrojeni osobnicy, ale po ich przekroczeniu są niemalże zachwyceni azylem, stworzonym dla siebie przez ponad sto pięćdziesiąt członków komuny. Caroline zdradza im, że kiedyś byli biednymi, często uzależnionymi od narkotyków obywatelami Stanów Zjednoczonych. Dopiero spotkanie z charyzmatycznym Ojcem i dołączenie do jego małej grupy religijnej dało im nadzieję. Teraz pragną żyć z dala od cywilizacyjnej przemocy, w zgodzie z naturą i poszanowaniem wszystkich jednostek zamieszkujących ich obóz. Sam i Jake odkrywają, że inni wyznawcy światopoglądu Ojca mają równie entuzjastyczne podejście do jego małego przedsięwzięcia. Nawet rozmowa z ich guru nie wzbudza w nich większych podejrzeń. Dopiero wiadomość z prośbą o udzielenie pomocy przekazana przez jedną z mieszkanek kolonii sygnalizuje im, że nie wszyscy dobrowolnie przebywają w małym światku Ojca.

Ti West, twórca między innymi takich obrazów, jak „Dom diabła”, „Śmiertelna gorączka 2”, „Zajazd pod duchem” i jednego segmentu antologii „V/H/S”, tym razem postanowił spróbować swoich sił w filmie verite. Jak dotychczas „The Sacrament” zdobył Nagrodę Specjalną organizacji non-profit Film Independent (przyznaną producentowi filmu Jacobowi Jaffke – chociaż producentów było więcej, m.in. Eli Roth)) oraz wziął udział w konkursie ‘Horyzonty’. Siłą tego obrazu jest z pewnością jego inspiracja prawdziwymi wydarzeniami mającymi miejsce w Jonestown w Gujanie w latach 60-tych i 70-tych. Wówczas to charyzmatyczny kaznodzieja, Jim Jones, założył apokaliptyczną sektę, której członkowie żyli w zamkniętej kolonii, karmiąc się przerażającymi wizjami swojego lidera, głoszącego, że tak zwane cywilizowane społeczeństwa pragną zniszczyć ich mały światek. Jeśli ktoś zna historię sekty Jima Jonesa „The Sacrament” nie pokaże im niczego, co mogłoby zaskoczyć, ponieważ West praktycznie wszystkie ważniejsze wydarzenia rozgrywające się przed laty w Jonestown wtłoczył w scenariusz swojego filmu. Co więcej, pierwszy raz spotkałam się z jego nie-horrorem. Choć produkcję tę oficjalnie zaklasyfikowano, jako mieszankę thrillera z horrorem nie potrafiłam dostrzec w nim elementów tożsamych z tym drugim gatunkiem filmowym.

Co zaskakujące jak na film kręcony z ręki obraz, wyłączając końcówkę, jest bardzo stabilny – może dlatego, że kamerę dzierżył aktor odkrywający rolę operatora niszowych mediów, Joe Swanberg, który w swojej karierze już przy niejednym filmie odpowiadał za zdjęcia. Inna sprawa jest z nastrojem, ponieważ West pomimo zaklasyfikowania jego produkcji również do gatunku horroru nawet się nie starał wytworzyć aury wszechobecnego czy to fizycznego, czy nadnaturalnego zagrożenia. Usiłował raczej utrzymywać widza w napięciu emocjonalnym (czyli zgodnie z założeniami thrillerów), ale jeśli o mnie chodzi udawało mu się to jedynie w trakcie pierwszej, stateczniejszej połowy seansu. Kiedy reporterzy w towarzystwie Patricka przekraczają bramę obozu naszym oczom ukazuje się rozległy teren pełen profesjonalnych drewnianych konstrukcji, zamieszkały przez ponad sto pięćdziesiąt osób, którzy bez szemrania poddają się woli starszego charyzmatycznego mężczyzny, zwanego Ojcem. Logika tego guru przez chwilę przekonała nawet mnie (brawa dla odtwórcy tej roli, Gene’a Jonesa). W końcu, któż nie chciałby mieszkać w zjednoczonym społeczeństwie, z dala od takich „chorób cywilizacyjnych”, jak materializm, rasizm, konsumpcjonizm, czy nacjonalizm? W a la hipisowskiej komunie, w której wszyscy pracują dla dobra wszystkich, bez zważania na wygórowane ambicje jednostki? Ale choć credo Ojca chwilami mocno przekonuje, głównie przez jego rzadko spotykaną zdolność manipulacji, z czasem Ti West cały czas pozostawia nas (podobnie jak głównych bohaterów) z wątpliwościami. Zaczynamy zadawać sobie pytania – jakim cudem choć jedna jednostka z tak stosunkowo licznej społeczności nie staje przeciwko reszcie? Czy Ojciec rzeczywiście przekazał bogactwa wszystkich rezygnujących z konsumpcyjnej egzystencji na ich wspólną kolonię? I dlaczego zdecydował się na kontakt z mediami, którymi tak pogardza? Moment przekazania reporterom karteczki z prośbą o pomoc (takie samo wydarzenie miało miejsce w obozie Jima Jonesa) rozwieje nasze wątpliwości, ukazując prawdziwe oblicze tego z pozoru dobrotliwego ojczulka. Akcja znacznie przyśpieszy, trup będzie ścielić się gęsto, kamera zacznie chaotycznie latać z kąta w kąt, a zaznajomiony z historią kolonii w Jonestown widz zostanie pozbawiony złudzeń, że chociaż w końcówce West postanowi coś zmienić. Zaskoczyć jakąś własną inwencją twórczą, albo chociaż efektami gore. Nic z tych rzeczy. Owszem należy oddać twórcom całkiem wierną inspirację prawdziwymi wydarzeniami, ale to wcale nie zmienia faktu, że w drugiej połowie filmu nie mogłam oprzeć się znudzeniu. Zresztą z produkcjami tego reżysera na ogół tak mam – jedna połowa seansu wgniata w fotel, a jedna zwyczajnie nuży. Może powinien kręcić krótsze filmy?;)

Dla parających się historią sekty Jima Jonesa, „The Sacrament” wydaje się być idealną pozycją. Oczywiście, Ti West, wprowadził kilka zmian, ale są one na tyle mało znaczące, ażeby nie zepsuć wrażeń z oglądania tak zwanego filmu opartego na faktach. Natomiast widzowie pragnący klimatycznego, albo chociaż krwawego horroru mogą się poczuć zawiedzeni – to stuprocentowy thriller, który w dodatku nie potrafi wykrzesać większego napięcia. Ogląda się nawet znośnie, ale w moim mniemaniu bez większych rewelacji.

czwartek, 17 lipca 2014

Manel Loureiro „Ostatni pasażer”


Rok 1939. Rejs angielskiego węglowca zostaje zakłócony przez gęstą mgłę. Brak widoczności omal nie kończy się zderzeniem z niemieckim wycieczkowcem, „Valkirie”. Z powodu niemożności nawiązania kontaktu radiowego z nazistowskim statkiem kapitan wysyła na jego pokład trzech członków swojej załogi. Mężczyźni odkrywają, że cała załoga „Valkirie” zniknęła w tajemniczych okolicznościach, pozostawiając jedynie niemowlę żydowskiego pochodzenia leżące na podłodze.
Mniej więcej siedemdziesiąt lat później bogaty przedsiębiorca, Isaac Feldman, kupuje na aukcji owianą złą sławą „Valkirie” i przywraca ją do stanu świetności. Przy pomocy grupki naukowców ma zamiar wyjaśnić zagadkę zniknięcia pierwszej załogi statku oraz późniejszych wypadków mających miejsce na jego pokładzie. Towarzyszy im ambitna dziennikarka angielskiej gazety, Kate Kilroy, która po rozpoczęciu rejsu, jako pierwsza odkrywa, że legendy krążące na temat tego wycieczkowca nie są nieuzasadnione.

Hiszpański pisarz, Manel Loureiro, światową sławę zyskał dzięki trylogii o apokalipsie zombie, zapoczątkowanej powieścią pt. „Apokalipsa Z: Początek końca”. Tym razem postanowił zmierzyć się ze zgoła odmienną tematyką horroru, nastrojową ghost story, której lektura wywołała u mnie wrażenie, jakbym wygrała na loterii. Współczesna kinematografia może i często raczy nas tego rodzaju straszakami, ale w porównaniu do XX wieku pisarze raczej rzadko porywają się na podobną tematykę. Oczywiście, od czasu do czasu powstaje coś godnego uwagi, ale szybko gubi się w zalewie tych wszystkich powieści o żywych trupach i wampirach. „Ostatni pasażer” Loureiro jest zdecydowanie jedną z nielicznych XXI-wiecznych udanych ghost story, która z uwagi na popularność autora w kilku krajach świata być może natchnie innych pisarzy do śmielszego eksperymentowania z tym nurtem. Mam nadzieję, bo po przeczytaniu tej powieści wręcz marzę o wielkim powrocie literackich historii o duchach, dokładnie w takim nieprzekombinowanym stylu.

„Zrobiła kilka kroków w stronę środka maszynowni i stanęła w odległości zaledwie centymetra od odciętej głowy jednego z mechaników. Z szyi trupa wystawało kilkanaście stalowych odłamków, które przebiły plecy na wylot i tam się zatrzymały, oderwawszy uprzednio czaszkę od reszty ciała.”

„Ostatni pasażer” łączy w sobie estetykę horroru z thrillerem, przy czym ten drugi gatunek nieodmiennie pozostaje w tyle, pełniąc rolę swego rodzaju dodatku, pobudzającego akcję w momentach spowolnienia. Ta książka to przede wszystkim mocno klimatyczna ghost story, zainspirowana tak zwanymi statkami widmo, z których najbardziej znana jest przerażająca historia Mary Celeste, chociaż Loureiro przybliża nam też inne owiane złą sławą obiekty pływające, które zapewne inspirowały go w trakcie pisania „Ostatniego pasażera”. Moc tej książki objawia się już w prologu, kiedy to towarzyszymy załodze angielskiego węglowca w trakcie ich niepokojącego rejsu. Najpierw pojawia się tajemnicza mgła, niczym u Johna Carpentera, która spowija wszystko gęstym płaszczem ciszy. A potem trzech mężczyzn wchodzi na pokład opuszczonej „Valkirie”, gdzie stają twarzą w twarz z prawdziwym koszmarem. Ciemne korytarze są całkowicie puste, chociaż w jadalni natrafiają na suto zastawione świeżym jedzeniem stoły, które każą przypuszczać, że załoga całkiem niedawno opuściła pokład. Problem w tym, że szalupy tkwią na swoich miejscach, a na pokładzie rozlegają się tajemnicze głosy… Atak niezidentyfikowanego sprawcy na jednego z Anglików zmusza wszystkich do pośpiesznego wycofania się z tego przeklętego obiektu, uprzednio zabierając ze sobą niemowlę żydowskiego pochodzenia, samotnie spoczywające na zimnej posadzce „Valkirie”. Zapewne wiele osób pomyśli sobie, że w tym zarysie prologu „Ostatniego pasażera” nie ma nic szczególnego, ot kolejna opowieść o statku widmo. I będą mieć rację, bo siła tej książki nie tkwi w oryginalności tylko ewokacji grozy. Loureiro konfrontuje nas z silnie osadzoną w konwencji ghost stories problematyką, uciekając się nawet do motywów poruszonych już w innych książkach czy filmach z tego nurtu. Ale robi to z poszanowaniem prawideł rządzących tym podgatunkiem horroru. Nie wspominając już o budowaniu gęstego klimatu niezdefiniowanej grozy, który chwilami wręcz bije z kart tej powieści – już w prologu, ale dalej, po przeskoku akcji jest jeszcze lepiej.

Kiedy mija mniej więcej siedemdziesiąt lat od wydarzeń przedstawionych w prologu poznajemy główną bohaterkę książki, dziennikarkę Kate Kilroy, która przeżywa żałobę po stracie męża. Kiedy naczelna proponuje jej, aby zajęła się niepokojącą historią „Valkirie”, którą przed śmiercią badał jej ukochany zgadza się bez wahania. Dzięki swojemu uporowi nawiązuje kontakt z pozornie nieuchwytnym milionerem, Issaciem Feldmanem, który w oczach opinii publicznej jest niebezpiecznym mafiosem. Mężczyzna, zdeterminowany, aby poznać swoją przeszłość, organizuje pierwszy od kilkudziesięciu lat rejs na pokładzie odrestaurowanej „Valkirie”, trzymając się kursu, którym statek podążał w feralnym roku 1939. Grupa naukowców, zgromadzona na pokładzie, ma mu pomóc w rozszyfrowaniu zagadki zniknięcia nazistów podróżujących tym wycieczkowcem siedem dekad temu. A Kate, rzecz jasna udaje się nakłonić go do zabrania jej ze sobą. Jak można się tego spodziewać już po odbiciu od brzegu dziewczyna zaczyna świadkować dziwnym wydarzeniom – a to słyszy głosy, a to widzi archaicznie ubranych osobników przechadzających się po pokładzie. Z czasem zaczyna rozważać, czy aby nie postradała zmysłów, ale coraz sugestywniejsze „halucynacje” zmieniają jej punkt widzenia. Pytanie tylko, czy eksperyment Feldmana umożliwił „Valkirie” podróż w czasie, czy statek jest nawiedziony przez dusze nazistów, podróżujących nim w 1939 roku? Wszak wkrótce przeszłość nałoży się na teraźniejszość i na pokładzie zaczną dziać się naprawdę przerażające, choć konwencjonalne rzeczy. Niczym w „Statku widmo” (2002) Kate spotka zjawę dziewczynki, która przez jakiś czas będzie pełnić rolę jej przewodnika. Jak w „Lśnieniu” Stephena Kinga dziennikarka weźmie udział w nocnym przyjęciu pełnym widmowych postaci i wreszcie zmierzy się z czymś, co mieliśmy już okazję zobaczyć w remake’u „Domu na Przeklętym Wzgórzu”. Wszystkie te motywy, choć doskonale znane wielbicielom horroru są podane w tak znakomitym, mocno klimatycznym stylu, że nawet wymagającym czytelnikom pozostanie jedynie dać się porwać owej intrygującej historii, bez zważania na jej schematyczność. Jedyny wątek, który mnie zawiódł to ckliwy romans z widmowym kochankiem, który dla Loureiro okazał się też wygodnym deus ex machina. Kiedy Kate znajdowała się w „sytuacji bez wyjścia” autor mógł wprowadzać tego dobrotliwego duszka, który służył je pomocą i… swoim ciałem niczym w „Uwierz w ducha”. Nie wiem, jak ten wątek ocenią inni czytelnicy, ale w moim mniemaniu był mocno przekoloryzowany.

„Jeśli wrócą do przeszłości, będą mogli zapobiec popełnieniu przez Hitlera błędów, które doprowadziły do jego klęski. Stalingrad, Normandia… to by się nie wydarzyło […] Niemcy wygrają wojnę, ludność żydowska zostanie w całości wymordowana, zmieni się bieg historii. Na zawsze.”

Obok nastrojowego horroru w jakże rozpalającej wyobraźnię scenerii odrestaurowanego w stylu lat 30-tych XX wieku nawiedzonego statku Loureiro snuje również czysto thrillerową opowiastkę. Otóż, zaraz po wyjściu z portu Feldman zdradza Kate, że poluje na niego nazistowska organizacja, pragnąca przechwycić „Valkirie”, aby za jej pośrednictwem przenieść się w czasie i ostrzec Adolfa Hitlera przed porażką. Loureiro udało się całkiem zgrabnie połączyć motyw uzbrojonych sabotażystów z klimatem klasycznej ghost story, przy okazji dynamizując akcję w chwilach jej spowolnienia. I rzecz jasna sygnalizując nam swego rodzaju komplikację – możliwość podróżowania w czasie, które wkrótce będzie przebiegać równolegle z manifestacjami złośliwych duchów.

„Ostatni pasażer” to jedna z nielicznych współczesnych powieści o duchach, która zasługuje na wzmożoną uwagę wielbicieli konwencjonalnych, acz jakże klimatycznych historii. W dzisiejszych czasach naprawdę rzadko mamy okazję obcować z równie porywającą literaturą o zjawiskach nadprzyrodzonych i choćby ten fakt w połączeniu ze znakomitym warsztatem Manela Loureiro powinien nakłonić wciąż niezdecydowanych do jak najszybszego zapoznania się z tą pozycją. Naprawdę warto!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 15 lipca 2014

„Beneath” (2013)


Po przeszło trzydziestoletniej pracy w górnictwie George Marsh za namową zaniepokojonych jego podupadającym zdrowiem żony i córki, Samanthy, postanawia odejść na emeryturę. Ale przedtem czeka go jeszcze jeden dzień pracy, u boku córki, która pragnie poznać świat górników od środka. Po zejściu pod ziemię i rozpoczęciu pracy to, co wyglądało na kolejny rutynowy dzień roboczy zamienia się w koszmar. Kiedy jeden z górników przebija się do starej, owianej złą sławą sztolni wstrząsy zasypują korytarz wyjściowy. Pomoc ma dotrzeć najwcześniej za 72 godziny, ale do tego czasu górnicy i Sam będą musieli skonfrontować się z tajemniczymi siłami, zamieniającymi ich w mordercze bestie.

Niskobudżetowy horror Bena Ketaia, twórcy sequela „30 dni mroku”. „Beneath” opatrzono, jakże modną ostatnimi czasy, etykietką „oparto na prawdziwych wydarzeniach”, co pewnie przyciągnie uwagę większej grupy odbiorców. Zapewne z czasem obraz Ketaia będzie porównywany do „Zejścia”, ponieważ to najpopularniejszy horror, którego akcja rozgrywa się pod ziemią, ale moim zdaniem poza scenerią i będącym jej następstwem klaustrofobicznym klimatem nic tych produkcji nie łączy. Całkowicie inna tematyka i bohaterowie, ale co zaskakujące jak na tak mało znany obraz całkiem interesująco się to wszystko prezentowało. Bez szału, ale też i bez większej monotonii, której się spodziewałam.

Właściwa akcja „Beneath” rozpoczyna się z chwilą zasypania wejścia do sztolni, w której przebywa grupa pracujących górników i dorosła córka jednego z nich. Aby jakoś doczekać przybycia grupy ratunkowej nasi nieszczęśnicy znajdują schronienie w specjalnie skonstruowanym na takie okazje blaszanym baraku, który w zamyśle ma dostarczyć im wystarczającej ilości pożywienia i tlenu. Jednak nieobecność kilku kolegów i dziwne hałasy rozlegające się na zewnątrz zmuszają ich do zorganizowania pośpiesznej akcji poszukiwawczej. Właśnie wtedy odkrywają starą sztolnię przypadkiem odsłoniętą przez jednego z górników. I rzecz jasna wszyscy doskonale znają legendę, która krąży na jej temat. Ponoć w latach 70-tych utknęło tam dziewiętnastu górników, którzy oszaleli i pozabijali się nawzajem. Taki motyw nie jest oczywiście niczym nowym w kinie grozy – wszak, już Stephen King kombinował z czymś podobnym w swojej „Desperacji”, ale nie sposób zaprzeczyć, że wprowadzenie domniemanego wątku sił nadprzyrodzonych znacznie urozmaiciło fabułę. Wcześniej mogliśmy jedynie podejrzeć kilka ciekawych przywidzeń Sam – „płynna” twarz rannego kierownika i wkładanie palca w jego ranę, przez opatrującego go kolegę. Ale dopiero odkrycie owianej złą sławą sztolni i późniejsze bardziej dosłowne wydarzenia dodały fabule zdecydowanego horrorowego akcentu. I nie chodzi jedynie o domniemane duchy (a bo tak do końca nie wiemy, czy na protagonistów nie wpływał jakiś gaz), ale kreacje oszalałych górników. Co tam ich wykrzywione twarze? Owszem, charakteryzator postarał się o realistyczny wygląd tych żywych maszkar, ale nic tak mnie nie niepokoi w kinie grozy, jak białe oczy, a tutaj miałam ich aż nadto. Fabuła, jak można się tego spodziewać, szybko zamienia się w istny survival – protagoniści nie tylko muszą obmyślić plan wydostania się z pułapki, ale również uważać na współtowarzyszy, którzy szybko stają przeciwko sobie.

Pomimo dosyć ciekawego scenariusza „Beneath” pewnie stoczyłby się na samo dno, gdyby nie sugestywny, klaustrofobiczny klimat. Twórcy, oczywiście, mieli tutaj ułatwione zadanie, bo już sama sceneria wykonała połowę roboty, ale obcowanie z kinem grozy nauczyło mnie już, że wszystko da się zaprzepaścić – nawet potencjał drzemiący w miejscu akcji. Na szczęście Ketai posiadał to minimum wyczucia gatunku potrzebnego do stworzenia odpowiedniej aury. Ciasne korytarze, mrok zalegający w kątach, do których nie docierało światło latarek naszych protagonistów, odpowiednie oświetlenie (oszczędne, ale nie na tyle, żeby coś umknęło naszej uwadze) i przede wszystkim praca kamery. Niski budżet nie pozwolił zatrudnić jakichś uzdolnionych operatorów, ale tutaj paradoksalnie brak talentu pomógł w budowaniu atmosfery. Chwilami rozchwiany obraz, ale nie na tyle, żeby zirytować stwarzał taką osobliwą aurę wszechobecnego szaleństwa. Nie sądzę, żeby operator zrobił to celowo (zapewne jego małe obycie z kamerą przypadkiem wprowadziło ten paranoiczny pierwiastek), ale faktem jest, że dzięki niemu można było  przeżywać emocje typowe przy schizofrenicznych horrorach obok tych, które na ogół towarzyszą nam przy klimatycznych ghost stories. Niby dwie odmienne atmosferki, a tak doskonale zrównoważone w jednej produkcji.

Ale, ale, żeby tak nie zachwalać muszę wspomnieć o kilku dosyć znaczących niedoróbkach. Najbardziej rzuca się w oczy amatorska obsada. Najsilniej irytuje „drewniana” główna bohaterka, wykreowana przez Kelly Noonan, ale panowie również się nie popisali. Szczególnie raziło mnie przesadzone uzewnętrznianie emocji przez Joey’a Kerna i Jeffa Fahey’a. Pozostali panowie jakoś nie rzucali się zanadto w oczy. Druga wpadka to niedoróbki logistyczne. Całe to zamieszanie z poszukiwaniem butli z tlenem – raptem, kiedy się okazało, że powietrza może braknąć protagoniści odczuwali jego brak poza barakiem, wcześniej jakoś nie zwracali na to uwagi. I (a jakże) typowy moment dla tego rodzaju obrazów, kiedy Sam spada z dużej wysokości, ale nawet niczego sobie nie łamie (coś podobnego widziałam już w „Zejściu 2”) – doprawdy, zabawne ujęcie. Zakończenie natomiast jest na wskroś przewidywalne, a bo podobny motyw mogliśmy już widzieć w niezliczonej ilość horrorów z absolutnie wszystkich podgatunków.

Summa summarum moim zdaniem „Beneath” to godny uwagi, klimatyczny straszak, który choć na tle innych horrorów nie wyróżnia się niczym oryginalnym ogląda się naprawdę bezboleśnie. Brak nachalnych jump scenek, umiejętna charakteryzacja opętanych i przede wszystkim klaustrofobiczna atmosfera to coś, w czym powinni zasmakować może nie jakoś nadmiernie wymagający widzowie, ale przynajmniej ci, którzy liczą na ciekawą rozrywkę, bez aspiracji do czegoś mocniejszego, ale przynajmniej nienużącego.