Stronki na blogu

czwartek, 6 sierpnia 2015

Jorn Lier Horst „Poza sezonem”

Premiera 9 września 2015 roku

Ove Bakkerud odkrywa, że jego dom letniskowy w Stavern został splądrowany. Szybki obchód po okolicy uświadamia mu, że nie tylko on padł ofiarą włamywaczy. W sąsiednim domu, należącym do prowadzącego popularny talk-show, Thomasa Ronningena, znajduje zwłoki zamaskowanego mężczyzny. Zawiadamia policję, która szybko odkrywa, że jednej nocy okradziono kilka domów letniskowych. Sprawę prowadzi komisarz William Wisting. Dowody wskazują na porachunki w kręgach przestępczości zorganizowanej, która skrupulatnie zaciera po sobie ślady. Na domiar złego policjanci pozyskują informacje wskazujące, że wypadki w Stavern to dopiero początek ich zakrojonej na szerszą skalę działalności. Tymczasem córka Wistinga, dziennikarka „VG” Line po zerwaniu z chłopakiem wprowadza się do domu letniskowego, nieopodal przybytków, w których doszło do serii włamań.

Siódma odsłona poczytnej kryminalnej serii norweskiego pisarza, Jorna Liera Horsta, której głównym bohaterem jest komisarz William Wisting. Jak dotąd w Polsce nakładem wydawnictwa Smak Słowa ukazały się jeszcze ósma i dziewiąta część cyklu, ale zaburzona chronologia w najmniejszym stopniu nie uniemożliwia całkowitego zrozumienia opowieści Horsta. Z całej twórczości Norwega największym uznaniem cieszy się jak na razie przedostatnia odsłona serii z Williamem Wistingiem, „Psy gończe”. Całego cyklu jeszcze niedane mi było poznać, ale zestawiając tę powieść z „Jaskiniowcem” i „Poza sezonem” muszę przyznać jej pierwszeństwo. Co wcale nie znaczy, że jej poprzedniczka nie ma sobą nic do zaoferowania. Wręcz przeciwnie, na tle skandynawskich kryminałów wypada całkiem przyzwoicie, nawet pomimo faktu, że nie jest to Horst w swojej najwyższej formie.

Akcja „Poza sezonem” toczy się jesienią, po zakończeniu okresu urlopowego, kiedy Norwegię spowija gęsta mgła, a z nieba nieustannie leje się deszcz. Horst sporo miejsca poświęcił stworzeniu odpowiednio tajemniczej aury, w czym pomogła mu najlepsza dla tego rodzaju historii pora roku, ale również niewyjaśnione zgony ptaków. Już na początku powieści autor zatrzymuje się przy tym osobliwym zjawisku, wspominając, że z nieba spada duża ilość martwego ptactwa, sugerując jakiś związek z toczącym się śledztwem, ale rozwiązanie zagadki pozostawiając na później. Przez lwią część powieści Horst wykorzystuje owe zjawisko do stworzenia zagadkowej aury, szczególnie, podczas co bardziej klimatycznych wątków. Jesienna, zadowalająco sportretowana atmosfera wszechobecnej tajemniczości spowija śledztwo prowadzone przez Williama Wistinga, którego specyfika przypomina inne fikcyjne sprawy opisywane na kartach powieści przez Horsta. W twórczości tego autora zdążyłam już zauważyć pewną zależność, wykorzystywanie popularnego w literaturze kryminalnej zabiegu, zasadzającego się na początkowej pozornej prostocie danych spraw i ich znacznej komplikacji z biegiem trwania akcji. Po odkryciu zamaskowanych zwłok w jednym z obrabowanych domków letniskowych również wydaje się, że Horst konfrontuje nas z klarowną intrygą, której przebieg można sobie bez większych problemów ułożyć w głowie. Jednak z czasem, mnożące się w zastraszającym tempie, pozornie niezwiązane ze sprawą tropy, których nijak nie można dopasować do całości znacząco komplikują dochodzenie Wistinga. Niepoddające się jednoznacznej interpretacji ślady sprawiają wrażenie niezwykle ważnych dla dalszego rozwoju śledztwa. Co więcej są wypadkową kilku wątków, których połączenie w jedną spójną całość nastręcza sporo problemów bohaterom „Poza sezonem”. Przez pierwszą połowę powieści Horst korzysta z wielu zabiegów, mających na celu zmylenie czytelnika, odciągnięcie jego uwagi od istoty całej intrygi i do pewnego momentu bez wątpienia czyni to po mistrzowsku. Natomiast dużo gorzej prezentuje się druga część książki, w której autor przybliża nam struktury pewnej szajki przestępczej. Z typowej, acz mocno trzymającej w napięciu historii o tajemniczym morderstwie robi się klasyczna opowieść o pewnym gangu i działalności służby, która rozpracowuje jego struktury. Jeśli ktoś gustuje w powieściach o zorganizowanej przestępczości zapewne będzie ukontentowany kierunkiem obranym przez Horsta, ale ja do takich osób nie należę, więc byłam zmuszona skupić się na innych ustępach równolegle rozwijanych przez autora. Na szczęście, zadbał o preferencje osób z rezerwą podchodzących do tematyki grup przestępczych, serwując im inne, ciekawsze wątki.

„Miał przed sobą nowy europejski plac zabaw dla bogatych. Ale wzrost ekonomiczny nie dotyczył wszystkich. Rozwarstwienie społeczne łatwiej było zauważyć po zapadnięciu zmroku. Jawna prostytucja i bieda, a tuż obok zamożni mężczyźni wysiadający z drogich samochodów w towarzystwie długonogich blondynek. Wydawało mu się, że już rozumie, dlaczego ci, którzy nie widzieli dla siebie przyszłości w tym mieście, decydowali się szukać szczęścia w innych krajach, nawet jeśli to oznaczało wejście na drogę przestępstwa.”

W „Poza sezonem” Horst więcej miejsca poświęca postaci Williama Wistinga, marginalizując Line. Po zerwaniu z chłopakiem kobieta zatrzymuje się w domku letniskowym jej ojca i przystępuje do pisania kryminału. Horst szeroko rozpisuje się o jej rozterkach miłosnych i nowym hobby, tak jakby eksperymentował z tą postacią, szukając dla niej miejsca w następnych częściach serii. Z kolejnych odsłon cyklu wiemy, że Line najlepiej sprawdza się w roli dziennikarki śledczej, służącej pomocą policji, ale w tej konkretnej pozycji autor umiejscowił ją z dala od toczącej się intrygi. Pod koniec Line powraca „do swojego żywiołu”, ale przez większą część historii, ku mojemu rozczarowaniu, pozostaje w cieniu ojca. Który tymczasem trafia na międzynarodowy trop, znacząco komplikujący intrygę i zmuszający czytelników do pewnych refleksji. Wątek litewski nie tylko ukazuje dochodzenie w zupełnie nowym świetle, ale też umożliwia Horstowi przedstawienie swojego poglądu na aktualny problem imigracji. Autor wspomina, że rozszerzenie Unii Europejskiej w 2004 roku na kraje wschodnie znacząco podniosło wskaźnik przestępczości w Norwegii, ale nie krytykuje obywateli szczególnie Litwy (choć wspomina również o Polakach) okradających bogatsze kraje skandynawskie. Przemyślenia Wistinga, obserwującego zatrważającą biedę na Litwie wskazują, że autor zdecydowanie opowiada się za ideą europejskiej wspólnoty, rozumiejąc bolączki wschodnich regionów kontynentu, które nie miały takich szans na rozwój, jak kraje skandynawskie. Usprawiedliwianie imigrantów ograbiających Norwegów to przede wszystkim dowód wielkiej empatii autora, ale też problem, na który (jak wspomina sam Horst) zawsze należy spoglądać z dwóch perspektyw, unikając czarno-białego podziału na złych imigrantów i dobrych obywateli bogatych krajów Europy. W tym całym ciągle aktualnym szaleństwie antyimigracyjnym, w tym podważaniu idei strefy Schengen przez niektóre państwa członkowskie UE, tezy wysnute przez Horsta w „Poza sezonem” jawią się niezwykle dojrzale. Zmuszają do myślenia, miejscami wzruszają, ale przede wszystkim wskazują na bezzasadność przyjmowania skrajnych postaw w stosunku do tego zjawiska.

„Poza sezonem” może nie wspina się na wyżyny literatury kryminalnej, może nie zachwyca wątkiem przewodnim, ale summa summarum warto tę książkę przeczytać. Śledztwo prowadzone przez Williama Wistinga ma swoje mocne i słabe strony. Finał jest przewidywalny, a problematyka zorganizowanej przestępczości miejscami odrobinę nuży. Ale obok tych mankamentów egzystują również superlatywy – sprawnie sportretowany, przygnębiający jesienny klimat, początkowy pełen zwrotów akcji rozwój śledztwa i oczywiście aspekt moralizatorski, będący dowodem niezwykłej empatii autora i zmuszający do refleksji nad aktualnym problemem Unii Europejskiej. Mistrzostwo kryminału to to nie jest, ale to wcale nie oznacza, że czas stracony na lekturę będzie czasem straconym. Liczne superlatywy gwarantują przyjemny odbiór „Poza sezonem”, bez zachwytów, ale i bez większego rozczarowania.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 5 sierpnia 2015

„Zjadacz grzechów” (2003)


Ksiądz i członek Zakonu Karolingów, Alex Bernier, dowiaduje się, że jego mentor, ekskomunikowany Dominic, popełnił samobójstwo. W tym samym czasie z zakładu psychiatrycznego ucieka Mara Sinclair, młoda kobieta, którą Alex niegdyś egzorcyzmował. Razem wyruszają do Rzymu, aby pochować Dominica i rozwiązać zagadkę jego śmierci. Bernier nie daje wiary zapewnieniom przełożonych, że przywódca Karolingów sam odebrał sobie życie. Podobne zdanie ma jego przyjaciel, członek tego samego zakonu, Thomas Garrett, który również przyjeżdża do Rzymu, aby dopomóc Alexowi w śledztwie. Oględziny ciała Dominica naprowadzają ich na trop legendarnego zjadacza grzechów, nieśmiertelnego wroga Kościoła, który dzięki odpowiedniemu rytuałowi przejmuje na siebie przewinienia osób, którym księża odmawiają rozgrzeszenia.

Scenarzysta i reżyser „Zjadacza grzechów”, Brian Helgeland, na realizację swojego filmu przeznaczył aż 38 milionów dolarów. Inwestycja się nie zwróciła – wpływy nie pokryły nakładów, pomimo rozpoznawalności nazwiska twórcy „Zjadacza grzechów”. W światku filmowym Helgeland zasłynął głównie, jako scenarzysta (m. in. „Koszmar z ulicy Wiązów 4: Władca snów”, „Rzeka tajemnic”, „Teoria spisku”) i twórca głośnego „Obłędnego rycerza”, ale jego wcześniejsze przedsięwzięcia nie rzutowały na odbiór „Zjadacza grzechów”. Szczególnie przez krytyków, którzy w swoich recenzjach nie omieszkali wypunktować wszystkich w ich mniemaniu przywar produkcji Helgelanda.

„Zjadacz grzechów” to taka hybryda thrillera i horroru religijnego, podana z iście hollywoodzkim sznytem. Scenariusz Helgelanda zainspirowała legenda o osobnikach wyklętych przez Kościół, którzy jakoby dzięki odpowiednim obrzędom uwalniali umierających od grzechów. W zalewie tych wszystkich straszaków religijnych o opętaniach, demonach i Antychrystach pomysł wyjściowy jawił się całkiem nowatorsko. W każdym razie miał szansę wyróżnić się w światku filmowej grozy, gdyby nie owa nieszczęsna realizacja. Przyznaję, że po pierwszym seansie „Zjadacza grzechów” byłam ukontentowana – tak bardzo dałam się porwać oryginalnemu pomysłowi wyjściowemu, że przymknęłam oczy na liczne mankamenty tej produkcji. Dopiero ponowna projekcja uświadomiła mi, że superlatywy nie rekompensują całkowicie negatywów. Kiedy mija „efekt nowości” pozostaje jedynie zwykły przeciętniak, przy którym owszem można miło spędzić wolny czas, ale bez większych zachwytów. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta – innowacyjna koncepcja nie jest w stanie w pojedynkę zagwarantować sukcesu. Żeby wyróżnić się na tle innych filmów z tego samego gatunku należałoby jeszcze zadbać o realizację i konsekwentną narrację. Helgeland natomiast zauważalnie dał się omamić pokaźnym nakładom pieniężnym, skusić drogim efektom komputerowym, które sprawiały wrażenie „poupychanych na siłę”, niepotrzebnych, tak jakby imperatywem twórcy było jedynie popisywanie się nowoczesną technologią.

Początkowo, kiedy Helgeland skupia się na kryminalnych aspektach fabuły „Zjadacz grzechów” prezentuje się całkiem zacnie. Poznajemy młodego księdza, członka fikcyjnego Zakonu Karolingów, Alexa Berniera (w tej roli znakomity Heath Ledger), który wyrusza do Rzymu, aby rozwiązać zagadkę śmierci swojego mentora, Dominica. Towarzyszy mu młoda, wrażliwa malarka, Mara Sinclair (całkiem przekonująca kreacja Shannyn Sossamon), zbiegła z zakładu psychiatrycznego, do którego trafiła po próbie samobójczej. Z czasem dołącza do nich przyjaciel Alexa, Thomas Garrett (równie przyzwoity Mark Addy). I od tego momentu rozpoczyna się właściwa akcja filmu, czyli poszukiwania tajemniczego zjadacza grzechów, który najprawdopodobniej zamordował Dominica. Od tego momentu fabuła zaczyna się też rozjeżdżać, tak jakby Helgeland nie mógł się zdecydować, jaki kierunek obrać. Na początku sugerował, że Mara posiada jakieś niezwykłe moce, pozwalające jej wejrzeć w przyszłość Alexa. Dał również do zrozumienia, że postrzega rzeczywistość inaczej niż zwykli śmiertelnicy, ale ku mojemu zaskoczeniu nie rozwinął tego wątku. W dalszej części seansu potraktował jej postać po macoszemu, aż do końcówki nie powierzając jej jakiegoś bardziej znaczącego zadania. Wykorzystał jej postać jedynie do pociągnięcia wątku miłosnego, notabene również niewystarczająco rozwiniętego. Innym zaledwie zarysowanym wątkiem jest interakcja Alexa i Thomasa z tajemniczym, zakapturzonym heretykiem, który wykorzystuje konających ludzi do dawania odpowiedzi na trudne pytania. Nasi protagoniści korzystają z ich pomocy w poszukiwaniu zjadacza grzechów, ale do tego właściwie ogranicza się rola owej tajemniczej sekty – Helgeland jakoś nie kwapi się, żeby nieco przybliżyć nam jej specyfikę. Jednakże gwoli sprawiedliwości pod koniec filmu wyjawia chociaż ambicje jej przywódcy, a to już coś. Kolejnym sprowadzonym jedynie do krótkich wtrąceń aspektem filmu jest krytyka Kościoła katolickiego, która zapewne popchnęła amerykańskie pismo „Faith & Family” do umieszczenia „Zjadacza grzechów” na pierwszym miejscu listy najbardziej antykatolickich filmów wszech czasów. Helgeland poświęca troszkę miejsca na zadanie pytania o zasadność ekskomuniki, co poniektórych wiernych i w dosyć kontrowersyjny sposób przybliża nam przywary tak zwanego rozgrzeszenia. Zauważa, że niektóre grzechy dla Kościoła są niewybaczalne, nawet jeśli człowiek, który je popełnił całe życie poświęcił pracy dla tej wspólnoty. Usprawiedliwia wroga kleru, pożeracza grzechów, który jak sam mówi podobnie jak Chrystus wybacza wszystkim, w przeciwieństwie do księży. Moralizatorski aspekt scenariusza w moim mniemaniu jest jednym z najlepszych, ale w „Zjadaczu grzechów” odnajdziemy jeszcze dwa interesujące wątki. Pierwszym jest walka Karolingów z demonami, których twarze w migawkach, co prawda wygenerowano komputerowo, ale w porównaniu do dalszych partii filmu dosyć oszczędnie. Tutaj na największą uwagę zasługuje dosyć klimatyczna scena starcia Alexa z demonem, który przybrał postać dzieci na cmentarzu oraz scysja Thomasa z duchem w podziemiach należących do tajemniczej sekty. Drugim ciekawym wątkiem jest ten przewodni, czyli relacje Berniera ze zjadaczem grzechów. Ale tylko na płaszczyźnie psychologicznej, bo obrzędy, które odprawia nieśmiertelny wróg Kościoła odznaczają się już wielce irytującym, sztucznym efekciarstwem, podobnie jak finalne starcie.

„Zjadacz grzechów” to typowy przykład filmu religijnego zrealizowanego z wielkim przepychem, popisującego się efektami komputerowymi i bogatą, zabytkową scenerią, który konfrontuje widza z różnego rodzaju, nierozwijanymi należycie wątkami. Przez to sprawia wrażenie dosyć rozproszonego, efekciarskiego widowiska, który owszem ma również coś ciekawego i innowacyjnego (w kinematografii) do powiedzenia, ale nie na tyle, żeby zachwycić co bardziej wymagających odbiorców. Może gdyby Brian Helgeland dysponował mniejszym budżetem jego film wyróżniałby się nie tylko pomysłem wyjściowym, ale również nastrojową realizacją, która chociaż utrzymywałaby widzów w jakimś tam napięciu emocjonalnym. W takim kształcie niestety film nie dostarcza mocniejszych emocji, ale na jednorazowy seans bez wygórowanych oczekiwań może się nadać.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

„Tajemnica Andromedy” (1971)


W okolicach małego miasteczka w stanie Nowy Meksyk spada amerykański satelita. Niedługo potem żołnierze zauważają ciała kilku tutejszych, a kiedy próbują się do nich zbliżyć również umierają. Podejrzewając zagrożenie biologiczne przez obcą formę życia władze wdrażają projekt wybitnego naukowca Jeremy’ego Stone’a, opracowany kilka lat wcześniej na wypadek podobnych sytuacji. Wraz z innymi specjalistami w swoich dziedzinach, Charlesem Duttonem, Ruth Leavitt i Markiem Hallem, Stone ma zostać umieszczony w supernowoczesnym laboratorium, zbudowanym z myślą o ewentualnych zagrożeniach biologicznych. Naukowcy, w sterylnej, odizolowanej od świata przestrzeni, dysponując najnowocześniejszą technologią będą musieli wyizolować zabójczy pozaziemski organizm zwany Andromedą i opracować sposób na unicestwienie go, zanim zacznie rozprzestrzeniać się po Stanach Zjednoczonych.

Adaptacja kultowego technothrillera Michaela Crichtona w tłumaczeniu pod tytułem „Andromeda znaczy śmierć”. Na krześle reżyserskim zasiadł Robert Wise, twórca między innymi arcydzieła kina grozy, „Nawiedzonego domu”. Scenariusz na podstawie książki Crichtona napisał Nelson Gidding, ten sam, który parę lat wcześniej w identycznej roli pracował nad adaptacją prozy Shirley Jackson. Nakręcona za 6.5 miliona dolarów „Tajemnica Andromedy” zarobiła niemalże dwukrotność tej sumy i otrzymała cztery nominacje do prestiżowych nagród, w tym do dwóch Oscarów. W większości pozytywne opinie krytyków i zwrócenie uwagi Akademii Filmowej powinny zagwarantować produkcji Wise’a spektakularny sukces, ale w latach 70-tych XX wieku nie odbił się takim echem w światku filmowym, na jaki z całą pewnością zasługiwał. Współcześni wielbiciele science fiction prawdopodobnie dostrzegają w nim większy geniusz niż ówcześni odbiorcy, tak jakby Wise wyprzedził swoją epokę, co biorąc pod uwagę choćby realizację najpewniej miało miejsce.

Powieść Michaela Crichtona na tle innych historii o zagrożeniu biologicznym wyróżnia „kronikarska” konstrukcja. „Andromeda znaczy śmierć” bardziej przypomina suchą relację z rzeczywistego wydarzenia (pozornie, bo w istocie fikcyjnego), aniżeli utwór beletrystyczny, co w głównej mierze intryguje, ale miejscami może męczyć beznamiętnym podejściem do bohaterów. Gidding zmienił kilka mniej istotnych szczegółów, ale tło i najważniejsze wątki wiernie przeniósł na stronice scenariusza. W przeciwieństwie do powstałego w 2008 roku miniserialu Mikaela Salomona bardzo swobodnie podchodzącego do fabuły Crichtona, wprowadzającego sporo ciekawych modyfikacji, ale i tak pozostającego w tyle za swoim filmowym poprzednikiem. Zresztą nic w tym dziwnego, bo tak na dobrą sprawę któż mógłby dorównać geniuszowi Roberta Wise’a? Tego, co reżyser zrobił z powieścią, która choć ciekawa miała swoje wady inaczej niż czystym geniuszem nazwać nie można. Poprawiono wszystko, co u Crichtona mnie irytowało, przekształcając pierwotną suchą relację w iście intrygujące kino z duszą – Wise z pomocą Giddinga tchnął życie w opowieść o Andromedzie, przedstawiając ją w bardziej przystępny sposób niż autor książki, ale zachowując jej myśli przewodnie. Żeby to zrobić wystarczyło jedynie podreperować sylwetki głównych bohaterów, poświęcić troszkę miejsca ich osobowościom i ograniczyć specjalistyczny żargon do niezbędnego minimum.

Gdybym miała przedstawić listę w moim mniemaniu najlepszych scen kina science fiction wędrówka naukowców w skafandrach ochronnych po wymarłym miasteczku w Nowym Meksyku z „Tajemnicy Andromedy” z pewnością znalazłaby się w czołówce. Pustynna sceneria, wyblakłe, przybrudzone oświetlenie, przytłaczająca cisza i spoczywające gdzieniegdzie ciała mieszkańców ze sproszkowaną krwią w organizmach. Powolne przemierzanie skażonego terenu przez dwóch mężczyzn przedstawiono z wszelkim poszanowaniem napięcia, z dbałością o niepokojącą aurę wymarcia na skutek ingerencji pozaziemskiego organizmu. Większość ludzi umarło w błyskawicznym tempie, nie zdążając zrobić nawet jednego kroku, ale paru tuż przed śmiercią oszalało. Żniwo, zebrane przez nieznaną chorobę twórcy przedstawili w dosyć pomysłowy sposób. Korzystając z techniki dzielenia obrazu, z lewej strony pokazywali naukowców zaglądających do domów zmarłych, a z prawej zdjęcia ich martwych ciał. Sporadycznie, bo największy nacisk położyli na całościowy portret tego koszmaru – obraz z kamery wielokrotnie sięgał w dal, dając widzom odczuć wyalienowanie pustynnego miasteczka i porażając jałowością krajobrazu. Coś niezapomnianego, ale nie tylko na tych sekwencjach zasadza się nietuzinkowość „Tajemnicy Andromedy”. Niemałą rolę odkrywa dalsza konstrukcja scenariusza, która podobnie jak w powieści Crichtona skupia się na badaniach pozaziemskiej formy życia w odizolowanym od świata, sterylnym laboratorium. Eksperci od efektów specjalnych zadbali o supernowoczesny wystrój miejsca akcji – dzisiaj być może sprawia wrażenie nieco przestarzałego, ale w latach 70-tych musiał robić naprawdę duże wrażenie. Korytarze w kształcie rur, ochronne skafandry, wszechobecne komputery i robotyczne ramiona, dzięki którym naukowcy mogli unikać bezpośrednich kontaktów z Andromedą. Ciasne pomieszczenia, świadomość niemożliwości szybkiego opuszczenia kompleksu przez bohaterów i wreszcie informacja, że w razie skażenia laboratorium zostanie zniszczone w przeciągu paru minut tworzą naprawdę rzadko spotykaną w kinie science fiction klaustrofobiczną aurę, z którą w moim mniemaniu nie może konkurować nawet „Obcy – 8. pasażer Nostromo”. Ewentualną destrukcję może zatrzymać jedynie chirurg, Mark Hall, wybrany do tego zadania dzięki swojemu kawalerskiemu statusowi, który w mniemaniu jego przełożonych gwarantuje słuszną, nieskrępowaną emocjami decyzję w sytuacji krytycznej.

Lwia część fabuły opiera się na próbach poznania Andromedy, co jest o tyle utrudnione, że nie pochodzi z Ziemi oraz znalezienia sposobu jej unieszkodliwienia, zanim unicestwi wszelkie życie najpierw w Stanach Zjednoczonych, a następnie na całym świecie. Być może nie brzmi to zachęcająco, ale w pracy naukowców doprawdy próżno szukać jakichś nużących przestojów. Weźmy na przykład testy na szczurach i małpce – ich wyciskająca łzy z oczu agonia poraża realizmem, ponieważ do owych scen wykorzystano żywe zwierzęta, które „atakowano” dwutlenkiem węgla. Po stracie przytomności, już poza kadrem, podawano im tlen. Albo pracę Halla z pacjentami – niemowlakiem i alkoholikiem, którzy z jakiegoś powodu przeżyli pomór w Nowym Meksyku. Dosłownie wszystko, co robią naukowcy zamknięci w laboratorium angażuje uwagę widza, w czym oprócz samej natury ich prac niemałą rolę odgrywają wyniki poszczególnych badań. Ich wysiłki „zostają nagrodzone” przerażającymi wnioskami, które z każdą kolejną rewelacją odmalowują obraz prawdziwie niszczycielskiego, pozornie niezniszczalnego organizmu, który być może unicestwi ludzkość. Tępą ludzkość, dodajmy. Kierowaną przez bandę ignorantów, których interesuje jedynie aspekt polityczny, nie globalne bezpieczeństwo. Crichton w swojej książce również podkreślił ową bezmyślność władz, która zdaje się być w najmniejszym stopniu nieprzygotowana na ewentualne globalne zagrożenie biologiczne, która woli stosować się do wskazówek doradców politycznych niż naukowców. Andromeda to fikcyjny pozaziemski organizm, ale zarówno powieść Michaela Crichtona, jak i jej adaptacja wyraźnie dają do zrozumienia, że ewentualność pojawienia się na Ziemi równie niszczycielskiej formy życia jest wielce prawdopodobna, i że my ludzkość w walce z nią możemy liczyć jedynie na szczęście. 

„Tajemnica Andromedy” to doskonały przykład fantastyki naukowej, której scenariusz w przyszłości może się ziścić, w dodatku zrealizowanej z takim wyczuciem napięcia i klimatu, że dosłownie nie można oderwać oczu. Robert Wise był genialnym twórcą kina grozy, co udowodnił mi już jego „Nawiedzony dom”, a „Tajemnica Andromedy” tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Celowo użyłam sformułowania „kino grozy”, bo choć film nie przynależy do horroru niepokoi bardziej niż większość współczesnych tworów z tego gatunku.     

niedziela, 2 sierpnia 2015

Michael Laimo „Głębia ciemności”


Doktor Michael Cayle, jego żona Christine i ich pięcioletnia córka Jessica przeprowadzają się z Nowego Jorku do niewielkiego miasteczka Ashborough w New Hampshire. Michael ma przejąć obowiązki poprzedniego, zmarłego tragicznie lekarza, co ułatwia mu kupno jego domu z gabinetem, poczekalnią i pełnym wyposażeniem niezbędnym do leczenia pacjentów. Niedługo po zaaklimatyzowaniu się w nowym miejscu mężczyzna zaczyna widywać złote oczy spozierające z usytuowanego nieopodal domu rozległego lasu. Natomiast jego najbliższy sąsiad, Philip Deighton przekazuje mu niewiarygodną historię o pradawnym plemieniu mieszkającym w tutejszych lasach. Zwane Izolantami stworki ponoć zniewalają mieszkańców Ashborough, zmuszając ich do składania ofiar z żywych istot. Michael początkowo nie daje wiary owym legendom, ale ciąg przerażających wydarzeń, w których centrum wkrótce się znajdzie każe mu zweryfikować swoje racjonalne poglądy.

Amerykański autor powieści i opowiadań grozy, Michael Laimo, w Stanach Zjednoczonych cieszy się dużą poczytnością. Do jego najpopularniejszych publikacji należy wydana po raz pierwszy w 2004 roku, nominowana do Nagrody Brama Stokera powieść pt. „Głębia ciemności”, która w 2011 roku doczekała się swojej literackiej kontynuacji, a w 2014 nieudolnie została przeniesiona na ekran przez Colina Theysa.  Laimo zdradził, że podczas pisania „Głębi ciemności” był pod silnym wpływem filmu telewizyjnego z 1973 roku zatytułowanego „Nie bój się ciemności” i rzeczywiście zarys historii jest podobny, ale kilka szczegółów przywodzi na myśl inny znany horror. Niektórzy rozczarowani „Głębią ciemności” polscy czytelnicy utrzymują, że powieść przynależy do klasy B, ale nie mogę zgodzić się z tą tezą. Warsztatowi Michaela Laimo daleko do stylu na przykład takich pisarzy, jak Guy N. Smith, czy Harry Adam Knight. Laimo nie snuje swojej historii ogólnikowo, nie ucieka przed długimi, pobudzającymi wyobraźnię opisami i stara się podejść do znanej konwencji horroru na swój własny sposób. W efekcie dostajemy próbkę prozy, która w swobodnym, nienapuszonym stylu podchodzi do gatunku, jakim jest horror, jednocześnie nie sprawiając wrażenia spisywanej w wielkim pośpiechu. Z „Głębi ciemności” przebija przede wszystkim wielka miłość Laimo do opowieści grozy - pragnienie zaszczepienia tej pasji w mniej zaznajomionych z gatunkiem czytelnikach, ale też połechtanie jego długoletnich wielbicieli.

Narratorem „Głębi ciemności” jest doktor Michael Cayle, który w prologu zdradza nam, że relacjonuje ową historię na użytek kolejnego lokatora domu w Ashborough w stanie New Hampshire. Już początek książki wyjawia kierunek, w jakim zdecydował się podążać Laimo, daje jasno do zrozumienia, w jakiej konwencji autor zdecydował się osadzić swoją historię. Rodzina Cayle’ów przeprowadza się do dużego domu w małym, liczącym około tysiąca dwustu mieszkańców miasteczku, usytuowanym pod lasem, kilometr od najbliższego sąsiada. Wydarzenia mające miejsce w dniu przyjazdu do Ashborough nasuwają silne skojarzenia z „Cmętarzem zwieżąt” Stephena Kinga, podobnie jak kilka późniejszych wątków. Kiedy Cayle’owie są już na miejscu Michaelowi, podobnie jak Louisowi Creedowi przychodzi na myśl, aby zostawić rodzinę i uciekać z tego miejsca, a chwilę później jego córeczka ma mały wypadek, innego rodzaju niż mała Ellie, ale wydźwięk jest podobny. Z opresji ratuje ich najbliższy sąsiad, Philip Deighton, „wchodząc w skórę” Juda Crandalla (który przez niedopatrzenie tłumacza bądź autora nie wiadomo ile lat mieszka w Ashborough, bowiem podaje różne liczby…). Kiedy Cayle’owie zadomawiają się w nowym miejscu Deighton nie wychodząc z roli „nowego Juda” zaczyna pełnić obowiązki przewodnika Michaela po nowej, przerażającej rzeczywistości. Prowadzi go do osobliwego miejsca w lesie, w którym znajduje się idealny okrąg utworzony z dębów i monolitów z leżącym pośrodku głazem ofiarnym. Wówczas Phil przybliża Michaelowi szczegóły prastarej klątwy, jaka zawisła nad miasteczkiem i obowiązki każdego mieszkańca względem agresywnej rasy Izolantów, która sprawuje niepodzielną władzę w tej okolicy. Jak można się tego spodziewać początkowo Michael nie daje wiary tej opowieści, ale ciąg koszmarnych wydarzeń, które mają miejsce później wymuszą na nim porzucenie sceptycyzmu. Prowadząc fabułę Laimo zrezygnował z jakichkolwiek przestojów - po sfinalizowaniu jednego niepokojącego wątku przechodził do następnego, przez co książkę czytało się „jednym tchem”, a nienachlane, sprawnie poprowadzone nawiązania do „Cmętarza zwieżąt” dodatkowo umilały mi lekturę. Oprócz wymienionych analogii uważny czytelnik dostrzeże jeszcze wpływ tego konkretnego dzieła Kinga w momencie, w którym okaleczona, umierająca kobieta ostrzega głównego bohatera przed Izolantami oraz w trakcie wątku rzekomego snu, kiedy to Michael podąża śladami swojego psa i łani-zombie do przeklętego miejsca w lesie.

„Głębia ciemności” podobnie, jak „Nie bój się ciemności” traktuje o rasie małych, człekopodobnych stworzeń, które kontrolują wszystkich mieszkańców Ashborough. Dzięki zdolnościom hipnotycznym i zastraszaniu Izolantom udaje się naginać ich do swojej woli. Zdominowane przez nich miasteczko jest swoistą pułapką bez wyjścia – ilekroć ktoś próbuje się z niego wydostać ginie. Ten sam los spotyka śmiałków, którzy ignorują rozkazy pradawnego plemienia. Taka koncepcja fabularna – małomiasteczkowe, zaściankowe realia, osobliwe lokalne legendy i klątwa ciążąca nad tym miejscem – tworzą dosyć często spotykaną szczególnie w twórczości Stephena Kinga atmosferę podskórnej grozy wyrastającej z rzeczy zwyczajnych, wręcz sielankowych.  Nie same wydarzenia, często makabryczne, nierzadko tajemnicze, tworzą ową elektryzującą aurę. Nie sama sceneria odizolowanego od świata, małego miasteczka, w istocie będącego śmiertelnie niebezpiecznym miejscem żerowania a la demonów generują klimat osaczenia i wyalienowania, ale również procesy zachodzące w głównej postaci, narratorze „Głębi ciemności”. Michael Cayle od początku nie sprawia wrażenia typowego, nieustraszonego amerykańskiego bohatera. Laimo przede wszystkim uwypukla jego wady (podejrzliwość względem innych, egoizm, poczucie wyższości, tchórzliwość), w ten sposób sprawiając, że jesteśmy zmuszeni towarzyszyć osobie, która przez większą część powieści nie wzbudza dużej sympatii. Takie przedstawienie głównego bohatera powieści z pewnością zirytuje wielu czytelników, ale mnie przekonało swoją niesztampowością, odcięciem się od prawideł konwencjonalnych horrorów na rzecz konfrontacji z koszmarem postaci zachowującej się tak, jak zapewne na jej miejscu zachowałaby się większość ludzi. W kreacji Michaela nie potrafiłam dostrzec tej „bezpłciowości”, o jakiej wspominali polscy czytelnicy w swoich recenzjach „Głębi ciemności”. Wręcz przeciwnie, duży nacisk autora na procesy myślowe głównego bohatera nie pozostawiał miejsca na żadne domysły w sferze stricte psychologicznej – Laimo w dojrzały sposób podszedł do huśtawki nastrojów Michaela i zwyczajnego zagubienia, przytłoczenia ogromem niezwykłych wydarzeń, z jakimi przyszło mu się zmierzyć. Autor umożliwił mi szczegółowe poznanie osobowości Cayle’a, dodatkowo urozmaicając płaszczyznę psychologiczną jego nietypową, pełną napięcia relacją z własną żoną. Kompilacja psychologii z niepopadającą w groteskę makabrycznością, kilka zwrotów akcji i utrzymywanie dynamicznego tempa dosłownie przez cały czas trwania lektury niezmiernie mnie zaskoczyły. Po chłodnym przyjęciu „Głębi ciemności” przez polskich czytelników nie spodziewałam się po Laimo takiej znajomości prawideł rządzących gatunkiem i tak umiejętnego przelania ich na papier.

Pomimo mojego zachwytu nad „Głębią ciemności” Michaela Laimo nie polecę tę powieści szerokiemu gronu polskich odbiorców, bo sądząc po opiniach tych osób, które książkę przeczytały mój entuzjazm plasuje się w zdecydowanej mniejszości. Jak zwykle zresztą… Tak więc wybór pozostawię wam. Ryzykujcie na własną odpowiedzialność, jeśli chcecie, a być może po skończonej lekturze zasilicie niewielki szereg Polaków zachwyconych tą historią, do którego się dopisuję. Mam taką nadzieję, bo w moim odczuciu „Głębia ciemności” całkowicie zasłużyła sobie na uznanie czytelników, rozumiejących i akceptujących konwencję małomiasteczkowego horroru, opowiedzianego w tak zajmujący sposób.